- Opowiadanie: Trzask - Czerwona Tunguzka

Czerwona Tunguzka

Akcja rozgrywa się na ostępach głębokiej Syberii będącej częścią Imperium Rosyjskiego w okolicach rzeki Tunguzka. Opisane wydarzenia dzieją się w 1908 roku, podczas panowania ostatniego rosyjskiego Cara – Mikołaja II Romanowa.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla, zygfryd89

Oceny

Czerwona Tunguzka

"Natychmiast się odwróciłem i ujrzałem wydłużony, płonący obiekt lecący po niebie. Jego przednia część była o wiele szersza niż ogoniasty tył, a kolor miała jak ogień za dnia. Był dużo większy niż Słońce, ale bardziej przyćmiony, tak że można było patrzeć nań gołym okiem. Gdy tylko płomienie zniknęły, rozległ się grzmot głośniejszy niż strzał z armaty, poczułem drżenie ziemi i wyleciały szyby z okien."

 

– autentyczna wypowiedź mieszkańca okolic Tunguzki, Imperium Rosyjskie 1908 rok

 

 

 

Nawet grube burty carskich sań oraz sterty zwierzęcych futer nie mogły oprzeć się syberyjskiemu zimnu. Wkradało się ono w każdą szczelinę i sprawiało, że palce zmieniały się w sztywne, twarde kołki. Miłościwie panujący car Mikołaj II Romanow nigdy wcześniej nie zapuścił się tak głęboko we wschodnie tereny swojego Imperium, a każda minuta spędzona wśród zamarzniętej syberyjskiej tajgi uzmysławiała mu dlaczego. Pozostawało mu jedynie mieć nadzieję, że ekscentryczny doradca Rasputin rzeczywiście miał powody, aby nakłonić go do tak niewygodnej podróży. Siedzący obok pan Michajłow zdawał się rozmyślać o tym samym. Skulony carski konsultant wymruczał niewyraźnie przez zmarznięte usta:

– Batiuszka, oficer Piotrowycz wyjechał już przeszło godzinę temu. Co z nami będzie, jak nie wróci?

– Wy mi powiedzcie, Michajłow. W końcu to wy wyznaczyliście go jako najlepszego wojskowego znającego Sybir – uciął car. W tym momencie nie miał ochoty na czczą gadaninę i gdybanie.

Chwilę później okryta rękawicą dłoń Michajłowa wskazała ośnieżone brzozowisko, z którego wyłonił się wspomniany carski oficer. W obecności władcy starał się nie drżeć w wysokim siodle, choć jego obficie pokryty lodem zarost zdradzał, jak piekielnie musi być mu zimno.

– Miłościwy panie, znaleźliśmy ich. Przed nami jakieś pół godziny jazdy. Szałas znajduje się w płytkiej dolinie, więc odpoczniemy w końcu od tego piekielnego wiatru – zameldował żołnierz.

Widząc lekkie skinienie ze strony cara, zajął się wydawaniem rozkazów swoim ludziom. Już za chwilę miała zakończyć się ich wielotygodniowa podróż na koniec świata.

 

***

 

Płozy sań rozorały ostatnie metry skrzypiącego śniegu zalegającego w dolince. Na jej szczytach pięły się zagadkowo osmalone świerki oraz rachitycznie powykręcane krzewy. W centralnym punkcie niecki usadowił się natomiast dziwaczny domek o bardzo niskich, sięgających kolana ścianach oraz grubym dachu pokrytym gałęziami rosnących nieopodal iglaków. Car zeskoczył z sań i nieskutecznie otrzepał się ze śniegu, który zdążył już zamienić się w warstewkę lodu. Tuż za nim niezgrabnie na ziemię osunął się pan Michajłow. Zdecydował od razu podzielić się swoim sceptycyzmem:

– Batiuszka, czy to wszystko? Tygodnie spędzone za końskim zadem i odmrażanie sobie uszu tylko dla jakiegoś zapomnianego przez Boga szałasu? Zostaliśmy oszukani! To wszystko wina przeklętego Rasputina.

Widząc, jak jego gadanina wpływa na oddział żołnierzy eskortujących carską ekspedycję, Mikołaj II kazał mu się po prostu zamknąć, chyba że chce zdać mu raport o tym, jak się mają sprawy na dalekiej Kołymie. Zamiast słuchać narzekań doradcy, skupił całą swoją uwagę na postaci, która ukazała się w niskich drzwiach chatki. Kątem oka dostrzegł, że oficer Piotrowycz cały czas trzyma ręce w pobliżu pistoletu oraz szabli, choć zmurszały dziad zapraszający gestem do wnętrza szałasu nie wyglądał na zdolnego do wykonania żadnego agresywnego ruchu.

– Michajłow, idziesz ze mną. Staraj się nie odzywać, kiedy nie jesteś pytany. Piotrowycz, wydajcie oddziałowi dodatkową porcję gorzałki, każcie im rozpalić ogniska i odpocząć – rozkazał car i schylając się głęboko, wszedł do szałasu.

 

Jego nozdrza od razu uderzył smród palonego w świecach łoju oraz dobrze mu znany ciężki zapach skór. W obliczu panującego wewnątrz ciepła nie miało to dla niego jednak znaczenia. Małe ognisko w centrum klepiska, stanowiącego podłogę domku, skutecznie ogrzewało ciasne pomieszczenie. Obwieszony kościanymi talizmanami oraz pokryty gęstą siatką tatuaży Dziad wskazał gościom dywanik, na którym mogli usiąść. Gospodarze, a było ich trzech, nie odzywali się przez dłuższą chwilę, mierząc nowoprzybyłych ciężkim wzrokiem.

Pan Michałow unikał ich spojrzeń i oglądał ozdobione amuletami, fiolkami oraz prostymi malunkami sklepienie chatki, jak gdyby znajdował się w najpiękniejszej moskiewskiej cerkwi. Mimo że konstrukcja przywodziła na myśl połączenie starej lepianki i leśnego szałasu, to w obliczu panującego na zewnątrz mrozu można było ją uznać za prawdziwy luksus. W końcu jeden z mieszkańców domku wstał i ruszył do małego rusztu nad paleniskiem, by poczęstować gości gorącym naparem. Obdarowując ich płytkimi misami, rzekł:

– Jestem Dziad Stiopa, syberyjski szaman, a wszystko, co Wam powiem, jest prawdziwe. Po mojej prawicy znajduje się Dziada Maruszka – wychrypiał, wskazując wytatuowanego starca, który otworzył przyjezdnym drzwi do szałasu. – Po mojej lewej zaś przesiaduje Dziad Anton.

Ostatnie stwierdzenie wydawało się całkowicie niedorzeczne, ponieważ Dziad Anton wcale nie wyglądał na Dziada. Jego skóra była wolna od zmarszczek i przebarwień, ba, jego wiek bez obaw można było określić na około siedemnaście lat. Car skwitował tę krótką prezentację pytającą miną oraz uniesioną brwią, które zostały całkowicie zignorowane przez Dziada Stiopę. Upijając łyk naparu, pan Michajłow przedstawił, zgodnie z etykietą, najpierw siebie, a następnie swojego wspaniałego władcę. Czując, że zanosi się na kolejną długą chwilę ciszy, Mikołaj II zabrał głos:

– Przebyliśmy kawał świata, aby się z wami spotkać. Moi żołnierze marzną na zewnątrz, a ja mam na karku Imperium, którym muszę się opiekować. Będę wobec tego rad, jeśli od razu przejdziemy do sprawy. Dlaczego zostaliśmy tutaj wezwani?

– To właśnie z myślą o twoim imperium, miłościwy carze, sprowadziliśmy cię tutaj. Jednak zanim poznasz naszą historię, musisz uwierzyć, że istnieją na świecie rzeczy mocniejsze i trwalsze nawet niż carska władza. Wstrzymaj się, młodzieńcze – dziad Stiopa ugasił szykujący się bunt nie tak wcale młodego już Michajłowa. – Jeżeli Pan nasz chce przejść do rzeczy, niech tak się stanie. – Starzec upił łyk z własnej miski i kilka razy zakasłał.

– Nawet najbardziej siwe głowy muszą kłaniać się carskiej władzy, szamanie. Pamiętaj o tym – burknął urażony Michajłow.

 Dziad Stiopa, ignorując go zupełnie, wlepił swoje pożółkłe ślepia w Mikołaja II. Imperator od razu się domyślił, że jego rozmówca wielokrotnie rozgrywał tę konwersację w swojej głowie, dobierając odpowiednie słowa. Zdradzało go przesadne skupienie i nerwowe pocieranie zmarszczonego w zamyśleniu czoła. Z pewnością chciał przekazać mu coś ważnego. Szaman Stiopa, upewniwszy się, że car poświęca mu całą swoją uwagę, wziął głęboki wdech. Wyglądał, jakby szykował się do skoku do lodowatej sadzawki.

– Otwórzcie uszy i serca, bo to, co do nich teraz wpadnie, jest niezwykle ważne – zaczął w końcu. – W okolicach rzeki Tunguzka wydarzyła się bowiem straszna katastrofa, a była to katastrofa o dwojakiej naturze. Niebo nad nami urodziło wielką skałę, która spadając z ogromną prędkością, uderzyła w ziemie Sybiru. Dzień stał się wtedy tak jasny, jak gdyby zawieszono na nim dziesięć Słońc, huk eksplozji można było porównać jedynie do wystrzału dziesięciu tysięcy armat, a siłę ognia do salwy z miliona muszkietów. Drzewa grubości torsu drwala kładły się jak zapałki, okoliczne jeziora wyparowały, szczątki nieszczęsnych zwierząt nawet teraz nie są możliwe do rozpoznania. Chmura pyłu i kurzu zasłoniła niebo na długie godziny tak niespodziewanie, że przerażeni chłopi padali na twarze w kaplicach i okolicznych cerkwiach. Powiadam, wielka katastrofa nawiedziła te ziemie – mówiąc to, szaman nie patrzył już na cara. Jego oczy nieprzytomnie wpatrywały się w małe ognisko po środku szałasu, w którym ponownie zapadła cisza.

 

Na twarzy Pana Michajłowa wymalował się pobłażliwy, rozbawiony uśmiech, taki, którymi obdarowuje się koślawe rysunki dziecka. Wyglądał, jakby właśnie usłyszał dziwaczną bajkę od szalonej staruchy. Car z kolei chwycił się za skronie, trawiąc niewiarygodne rewelacje. "Przejechałem tysiące mil w śniegu i mrozie, aby wysłuchać zgrai szalonych dziadów" – pomyślał. W głowie zaświtała mu myśl, że Rasputin wysłał go na koniec świata dla własnej korzyści. Nie podnosząc nawet wzroku, zapytał:

– Z nieba spadł ogromny kamień, czy dobrze rozumiem? Zniszczył kawał tajgi, powalił tysiące drzew? Obawiam się, że nie wierzę w twoją historię. Takie rzeczy nie istnieją, po prostu nie mają miejsca. – Wspominając beznadziejną podróż przez syberyjskie pustkowia, Mikołaj II przez chwilę rozważał, czy aby nie upuścić nieco ze swojej wściekłości i nie kazać wymierzyć starcowi kilka razów grubym kijem. Opanował się jednak.

– Skoro katastrofa była tak wielka, to dlaczego nie widzimy jej skutków?

– Miejsce, w którym się znajdujemy, dzieli około dwóch godzin marszu od Wielkiej Dziury. Tak nazwaliśmy miejsce uderzenia. Jeżeli jego carska mość zechce na własne oczy przekonać się o rozmiarach tragedii, chętnie wskażemy kierunek. – Dziad Stiopa nie dał się zdjąć sceptycyzmem cara, który słysząc to, zerwał się na równe nogi i opuścił śmierdzącą chatkę. Powitał go zdziwiony wzrok oficera Piotrowycza.

– Szykujcie swojego konia, oficerze. Znajdźcie też dwa kolejne, najmniej zmęczone podróżą, dla mnie i Michajłowa. Weźcie także…

– Nic z tego – przerwał mu bagnisty głos Dziada Maruszki, który znowu pojawił się w drzwiach chaty. – Konie boją się Wielkiej Dziury, na nic się Wam zdadzą. Nie pokonają też setek powalonych pni. Stiopa nie bez powodu określił odległość w godzinach marszu. Jeżeli taka carska wola, to Dziad Anton zaprowadzi Was na miejsce.

Mikołaj II postanowił zignorować oczywistą obrazę, jaką jest przerywanie mówiącemu carowi. W jego głowie i tak zaczął już kiełkować pomysł rozstrzelania szalonych starców. Zamiast tego nakazał Piotrowyczowi przygotowanie futer, rozwodnionej gorzałki oraz pistoletów. W końcu przebył tysiące mil, kilka dodatkowych nie zrobi żadnej różnicy. Poza tym chęć sprawdzenia, czy w opowieści Dziadów kryło się choć ziarno prawdy, kazała władcy Imperium Rosyjskiego podjąć jeszcze jeden, ostatni wysiłek.

 

***

 

Brodząc w grubym śniegu car Mikołaj II i jego świta, na którą składali się oficer Piotrowycz, pan Michajłow i jeden z dziwacznych szamanów, pokonywali kolejne mile targanej lodowatym wiatrem tajgi. Na początku przyszło im mijać coraz więcej zagadkowo poczerniałych drzew. Później pojawiały się powalone pnie oraz sterty połamanych, choć zdrowych i pokrytych gęstą igłą gałęzi. Dziad Anton przeskakiwał je dziarskim krokiem, nie okazując żadnego zmęczenia. To właśnie on, jako przewodnik, rozbijał potężne zaspy śniegu i drążył w nich wąską ścieżkę.

Teren pod nogami cara oraz jego towarzyszy zaczął się wznosić, przez co cała czwórka musiała iść pod górę. Łatwo było się domyślić, że szaman Anton prowadzi ich na wzniesienie, aby mogli dokładniej przyjrzeć się okolicy. Już po godzinie marszu żaden członek ekspedycji nie miał wątpliwości, że na to miejsce spadła jakaś straszna klątwa. Otaczał ich las pełen straszących odsłoniętymi korzeniami świerków, sosen i jodeł, a ku niebu pięły się także inne drzewa pozbawione koron i gałęzi. Nie doszukali się też żadnych śladów obecności zwierząt, nawet wszędobylskich ptaków. Otaczała ich jedynie cisza, rytmiczne skrzypienie śniegu pod stopami i hulający między martwymi konarami wiatr.

– Za chwilę będziemy na miejscu. Starajcie się nie podchodzić do krawędzi klifu, wiatr może zdmuchnąć was do Wielkiej Dziury – rzucił krótko Dziad Anton w momencie, kiedy Mikołaj II oraz pan Michajłow wymienili pełne dezorientacji spojrzenia. Już teraz las wydawał się im dziwacznie nienaturalny. Zastanawiali się w duchu, co czeka ich u końca podróży.

Ostatnie kroki zaprowadziły ich na szczyt wzniesienia, z którego mieliby doskonały widok na dolinę rzeki Tunguzka, gdyby tylko ta jeszcze istniała. Widząc makabryczną scenę, pan Michajłow od razu padł na kolana. W żaden sposób nie próbował kryć swojego oszołomienia. Oficer Piotrowycz ogarnął Wielką Dziurę wzrokiem i stanął jak wryty niczym posąg odlany z brązu. Jego kolana zmiękły bardziej niż podczas oczekiwania na wrogą salwę podczas bitwy. Pomimo panującego wokół mrozu zdjął swoją wysoką czapę.

 

Reakcja podwładnych cara nie miała jednak większego znaczenia. Cały pokaz zorganizowany przez syberyjskich starców był przeznaczony dla oczu miłościwie panującego Mikołaja II Romanowa. Ten, pierwszy raz od wielu, wielu lat, poczuł się malutki i nieważny. Oczom władcy ukazała się bowiem gigantyczna, czarna dziura, w której mogłyby z powodzeniem zmieścić się wody sporego jeziora. Leżące w niej olbrzymie głazy wyglądały stąd jak ziarenka piachu, który zmieszany z tłustym popiołem wyścielał dokładnie cały krater. Twarda syberyjska ziemia poddała się uderzeniu, jakby była zrobiona z miałkiej mąki. Krawędzie wyrwy pięły się wysoko ku niebu. Sprawiały, że środek Wielkiej Dziury wydawał się abstrakcyjnie głęboki.

Jednak prawdziwą trwogę cara wzbudził powalony las. Setki tysięcy drzew ułożyło się w idealnej symetrii względem środka dziury. Wszystkie z nich były absolutnie ogołocone z igieł i wyglądały, jakby leżały tak od wielu lat. Niektóre zostały po prostu wydarte z ziemi, inne połamane na wysokości około metra. W odległości kilku kilometrów próżno było szukać ocalałych świerków albo porastających tajgę krzewów. Wielka Dziura, jak nazwali to miejsce dziwaczni starcy, ziała trwogą, śmiercią i całkowitym zniszczeniem. Mikołaj II kilka razy zbierał się do zabrania głosu, ale wtedy stawała mu przed oczami wizja momentu katastrofy. Jak wielki obiekt mógł wyrządzić tyle szkód? Jaki huk oraz blask przyszło oglądać pobliskim mieszkańcom? I jak wielu z nich wyparowało w chwili uderzenia?

– Nie spieszcie się – uprzedził go Dziad Anton. – Sam również potrzebowałem chwili na pozbieranie myśli, kiedy pierwszy raz tu przybyłem.

– To jakieś dwieście tysięcy hektarów… położone jak trzcina – wysapał klęczący w śniegu Michajłow.

– Na świecie nie ma takiej ilości prochu, by dokonać podobnych zniszczeń – dodał oficer Piotrowycz, starając się objąć sytuację swoim rzeczowym, wojskowym umysłem.

– To nie zasługa prochu ani człowieka. Dziad Stiopa powiedział wam, co się stało, a to, co powiedział, jest prawdziwe – przypomniał przewodnik.

Umysł cara pracował na najwyższych obrotach. Starał się znaleźć racjonalne wytłumaczenie makabrycznej sceny, jednak każdy pomysł wydawał mu się niedorzeczny. Chcąc nie chcąc, jego myśli cały czas wracały do wytłumaczenia, które poznał w chacie szamanów.

– W szałasie mówiliście, że ta wielka tragedia ma dwie natury. Co to znaczy? – Ocknął się nagle.

Dziad Anton złowił jego wzrok i uśmiechnął się z ponurą satysfakcją, jakby cały czas czekał na to pytanie. Uniósł smukłą dłoń i powoli zatoczył koło, wskazując drastyczny krajobraz za swoimi plecami. Obserwujący go car Mikołaj II wciąż nie mógł przyzwyczaić się, że jego przewodnikiem jest, nazywany z jakiegoś powodu Dziadem, nastoletni podrostek.

– Pierwszym obliczem katastrofy jest nieopisany ból, jaki spotkał dolinę rzeki Tunguzka. Syberia doznała ogromnej straty. Tysiące martwych drzew, zwierząt oraz śmierć ludzi przebywających zbyt blisko uderzenia to coś, z czego będzie otrząsała się przez wieki. Natura nie lubi gwałtowności, przyroda nie chce być świadkiem zniszczenia. Głęboki żal będzie unosił się nad tym kraterem do końca świata. – Trudno było określić, czy jego głos drży z powodu zimna, czy poczucia wielkiej krzywdy.

– No dobrze, ale czym, na Boga, jest druga natura katastrofy? – nie wytrzymał pan Michajłow.

– Tego dowiecie się po powrocie do szałasu. Ruszajmy stąd, zanim zamarzniemy.

 

***

 

Pan Michajłow oraz car Mikołaj II z zadowoleniem przyjęli ponowne zaproszenie do chatki syberyjskich Dziadów. Mimo że była nietypową i kruchą konstrukcją, to doskonale trzymała zgromadzone w środku ciepło. Czując wobec starców zdecydowanie większy respekt, niż jeszcze przed kilkoma godzinami, władca odebrał od Dziada Maruszki kubek gorącej zupy. Postanowił poczekać ze swoimi pytaniami do czasu, aż szamani sami zdecydują się przemówić. Zaczął wyglądający na młodzieńca Dziad Anton.

– Tak jak z pewnością carska mość się spodziewa, nie sprowadziliśmy tu carskiej mości tylko po to, aby pokazać ogrom zniszczeń dokonanych przez wielki kamień z nieba. Wszystko, co się dzieje, ma swój cel. Wielki kamień nie spadł na Ziemię bez przyczyny.

– Jaką przyczynę może mieć tak ogromna katastrofa. Do tego taka, która wydarzyła się gdzieś na zapomnianym przez Boga pustkowiu? – zastanawiał się na głos Michajłow. – Poza tym, gdzie podział się wspomniany wielki kamień? Czy nie powinien znajdować się wewnątrz dziury? A może rozleciał się w kawałki podczas uderzenia? Chyba nigdy się tego nie dowiemy. Na miejsce trzeba sprowadzić wykwalifikowaną ekipę naukowców, którzy dokładnie zbadają sprawę.

– Jaki cel miał kataklizm, który przed chwilą oglądałem? – przerwał mu car. Pragnął konkretów.

– To my sprowadziliśmy na Tunguzkę wielki kamień – wychrypiał bez ogródek oparty na kiju Stiopa. – To nasza trójka odpowiada za wszystkie zniszczenia. Nie róbcie takiej miny, Mikołaju, doskonale wiemy, że carów uczy się o mocy syberyjskich Dziadów, inaczej nie byłoby cię tutaj. Chciałeś przekonać się, czy to prawda, a teraz masz dowód. Obok fabryk, manufaktur, dróg, uniwersytetów i cywilizacji wyciągającej łapska po każdy skrawek wolnego terenu, istnieją rzeczy, o których ludzie wolą zapomnieć.

– Dlaczego tutaj? Dlaczego na dalekiej Syberii? – zapytał miłościwie panujący Mikołaj II, starając się ukryć swoje przytłaczające zmieszanie.

– Naszym celem była Moskwa, Panie. Wielki kamień miał uderzyć w miasto i zdmuchnąć je z powierzchni ziemi.

– Zdrada! – rozwrzeszczał się natychmiast pan Michajłow. W dolince przed szałasem od razu rozległy się syki szabel wyciąganych z pochew oraz kliknięcia odbezpieczanej broni. – Zdrada, powiadam! Zaplute dziady, zawszone chamy, chcieliście sprowadzić śmierć na Tysiącletnie Miasto, na wszystkich jego mieszkańców!

 

Do chatki wpadł oficer Piotrowycz. Zdezorientowany car wahał się przez chwilę, ale zaraz wydał rozkaz, by wyrzucić szamanów na śnieg. Dwóch z nich zaczęło niezdarnie podnosić się z ziemi, w czym pomagał im młody Anton. Mikołaj II wyciągnął elegancki pistolet zza pasa i wymierzył broń w stronę starców, dołączając do reszty swoich żołnierzy.

– Macie teraz szansę, aby wytłumaczyć się ze zdrady. Chcieliście zniszczyć cara i jego rodzinę, zniszczyć Moskwę, zgładzić moich poddanych. Możecie także przyznać się do kłamstwa, obiecać, że katastrofa Tunguzka nie jest waszą sprawką, a całą historię z wielkim kamieniem po prostu zmyśliliście. Niemniej wyrok w obu przypadkach będzie identyczny.

Trójka szamanów popatrzyła po sobie smutno, a w ich spojrzeniach kryła się rezygnacja. Dziad Maruszka wystąpił o kilka kroków, chwycił wytatuowaną dłonią jeden ze swoich kościanych amuletów, jak gdyby szukał w nim odwagi. Dolinę wypełnił jego starczy głos:

– Miłościwie panujący nam carze Mikołaju II Romanowie, opowiem ci o swojej wizji, a to, co powiem, jest prawdziwe. Od kiedy żyję, a przyszedłem na świat przeszło sto dwadzieścia lat temu, widzę to, co ma być. Czasami mary dotyczą rzeczy błahych, niewartych carskiej uwagi, innymi razy spływa na mnie łaska poznania bardzo ważnych zdarzeń. Widziałem wojny, upadki imperiów, śluby, przysięgi, chwile wesołe oraz smutne. Przyszłość przybiera różne kształty i kolory, jednak teraz objawiła się w przerażająco mrocznej postaci. – Dopiero w tym momencie Mikołaj II zauważył, że z ust starca nie wydostają się kłęby pary, zupełnie tak, jakby mówił w pogodny, letni dzień. – A postać ta przybrała soczystą czerwień. Na świat ma spaść okrutna czerwona klątwa, szaleństwo, które zmąci umysły Rosjan i doprowadzi do śmierci setek milionów ludzi. Sąsiad zwróci się przeciwko sąsiadowi, naród przeciwko narodowi. Ogarnięci czerwoną gorączką żołdacy będą siali zniszczenie, pożogę i gwałt. Zwyczaje zostaną zapomniane, tradycja spłonie w ogniu. Chłop, robotnik, cieśla oraz zdun chwycą za broń, by dołączyć do niezliczonej armii. Rosyjscy żołnierze zdobędą wschodni i zachodni świat. Pozostawią po sobie jednak jedynie śmierć. Tako rzeczę ci ja, Dziad Maruszka.

Skończywszy wypowiedź, podreptał niemrawo do swoich towarzyszy. Cała trójka wpatrywała się w cara pełnym nadziei wzrokiem, Dziad Stiopa zakaszlał twardo i zawołał:

– Jednak jest także inna przyszłość. Poświęcając Moskwę, zabijając czerwień w zarodku, jesteśmy w stanie zapobiec tragedii. Pomóż nam, carze Mikołaju, pomóż nam sprowadzić kolejny wielki kamień! Z twoim błogosławieństwem na pewno uda się nam odwołać klątwę. Tylko twoja decyzja może uratować miliony istnień i zapobiec szaleństwu! Zaklinam cię, ratuj nasz świat!

Ręka Mikołaja II mierząca w stronę Dziadów drżała. Nie drżała jednak z zimna lub wycieńczenia, lecz z powodu natłoku myśli, które kłębiły się w carskiej głowie. Imperator przymrużył oczy, zawiesił wzrok w odległym punkcie, nerwowo tupał wysokim butem w uklepany śnieg. W międzyczasie dostrzegł panującą wśród żołnierzy niepewność, złowił spojrzenie nerwowo oblizującego wargi Pana Michajłowa. Nawet karny oficer Piotrowycz wyglądał na zdezorientowanego. Nie miało to jednak znaczenia, car Mikołaj II Romanow podjął decyzję.

– Za zdradę cara i Matuszki Rosji zostajecie skazani na śmierć poprzez rozstrzelanie.

Pistolet władcy wystrzelił jako pierwszy, sekundę później huknął chór pozostałych karabinów. Syberyjskie Dziady padły na ziemię w pokracznych pozach, barwiąc śnieg ciemną czerwienią. Piotrowycz rozkazał żołnierzom podłożyć ogień pod dziwaczny szałas. Michajłow oparł się ciężko o pobliskie drzewo i starał się wyrównać oddech. Po chwili zaczął przysypywać ciała białym puchem. Mikołaj II polecił zwinięcie obozu oraz odwrót do Moskwy, więc straż zajęła się przygotowywaniem jego sań do podróży.

 

***

 

– Batiuszka? – zagadnął następnego dnia skulony na carskich saniach pan Michajłow. Wciąż nie mógł przyzwyczaić się do syberyjskich mrozów. – A co jeśli Dziady miały rację?

– Żywię głęboką nadzieję, że tak właśnie jest, panie Michajłow.

– Wybaczcie carze, nie rozumiem, przecież mówili o wielkiej klęsce i upadku.

– Oczywiście, że nie rozumiecie. Wojna z Japonią zakończyła się klęską, Rosja jest w rozsypce, Imperium słabnie, a Rasputin krząta się po dworze jak lis po kurniku. Wrogowie tylko czekają na odpowiedni moment, aby wydrzeć nam to, co nasze. Jeżeli Imperium Rosyjskie ma powrócić do dawnej chwały, do czasu, kiedy inne narody drżały przed potęgą Dwugłowego Orła, potrzebujemy czerwonej klątwy. – Mina carskiego konsultanta wskazywała na to, że zaczynał rozumieć intencje swojego pana. – Sam słyszałeś, wieszcz mówił o niezliczonej, niepokonanej rosyjskiej armii, która zdobędzie wschód i zachód. Wystarczy nadać jej odpowiedni tor, wziąć w ryzy, wykorzystać czerwone szaleństwo do odbudowy wielkiego Imperium. Zamiaruję stanąć na czele tej siły.

Pan Michajłow nie odzywał się zbyt wiele podczas pozostałej podróży. Owinął się jedynie dodatkową warstwą futer i zajął się rozmyślaniem o swojej pozycji w nowym, lepszym świecie.

 Dziesięć lat później wraz z carem Mikołajem II Romanowem został zabity w piwnicy carskiej rezydencji przez czerwonych bolszewików.

 

Koniec

Komentarze

OK, Imperium/ Cesarstwa Rosyjskiego jeszcze nie było. Do konkursu. :-)

Babska logika rządzi!

Tunguzka? To zabieg celowy, inna transliteracja, czy literówka?

https://pl.wikipedia.org/wiki/Podkamienna_Tunguzka – zabieg celowy, jednak Twoja uwaga jest jak najbardziej słuszna, bo katastrofa, która się tam wydarzyła, została później nazwana Katastrofą Tunguską. Tutaj jednak chodzi o rzekę, bo wówczas jeszcze takie nazewnictwo nie funkcjonowało. 

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Dyskusyjne, czy Dziadowie nie powinni celować w Petersburg, ale licentia poetica… Poza tym za nic nie kojarzę, dzięki jakiemu łańcuchowi przyczynowo-skutkowemu zniszczenie Moskwy miałoby zapobiec wiadomemu zamachowi stanu, który miał miejsce w Petersburgu, i jego konsekwencjom.

Czy Pan to imię pana Michajłowa?

Kilka lat po przedstawionych wydarzeniach partia bolszewicka w Moskwie liczyła około 70 000 członków i stanowiła ważny element rewolucji (niemalże połowa sił rewolucjonistów pochodziła z Moskwy). Poza tym Moskwa jest bardziej ikoniczna, choć oczywiście Petersburg sprawiłby się w roli “ofiary” równie dobrze, także celna uwaga. 

 

Dzięki za uwagę z “panem” :)

przyćmiony, tak, że można było patrzeć

drugi przecinek zbędny

Piotrowycz

Piotrowicz

uciął Car

Miłościwy Panie, znaleźliśmy ich

Tak jak z pewnością Carska Mość się spodziewa

Tako rzeczę Ci ja, Dziad Maruszka.

Tylko Twoja decyzja może uratować miliony istnień i zapobiec szaleństwu! Zaklinam Cię, ratuj nasz świat!

Wszystkie zwroty piszemy w literaturze małą literą.

 

Chcąc nie chcąc jego myśli cały czas wracały do wytłumaczenia

brakujący przecinek

 

Wszędzie jest nieprawidłowy zapis dialogów. Proszę się dokształcić w tym temacie.

 

 

Przeczytałam.

Przeczytałem, jednak nie mam opinii. Nie potrafię tego ocenić. Jest Geo, jest fantastyka, jest znajomość historii ostatniego z Romanowów ale mnie nie porwało. Nie czuje nic po przeczytaniu. Początek nawet mnie zaciekawił, ale po powrocie do chaty dziadów… Tajemnica i ciekawość prysła. Może to nie moja bajka?

Na plus, ze miejscami pojawia się styl jak w rosyjskich legendach. Jednocześnie na minus, że bardzo nadużywasz dużych liter. Pytanie o to, czy Pan to imię jak widzę już padło – warto to poprawić, bo gryzie bardzo.

Trochę dziwne, że szamani syberyjscy (w tamtych rejonach używano określenia “dziady”?) nie spróbowali samodzielnie ponowić próby. Do czego im było “błogosławieństwo” kogoś, kto szamanem nie jest?

wydłużony, płonący obiekt lecący

Przecinek zbędny. Rym płonący-lecący.

Słońce, ale bardziej przyćmiony

Słońce nie jest przyćmione wcale – "bardziej" wprowadza w błąd.

grube burty carskich sań oraz sterty zwierzęcych futer nie mogły oprzeć się syberyjskiemu zimnu

A co ono im robiło? Wiem, wiem, włos na czworo, ale mimo wszystko.

palce zmieniały się w sztywne, twarde kołki

To nie jest złe, ale trochę dużo tu tych "się".

carski konsultant

Konsultant? Strasznie nowoczesne słowo.

wy wyznaczyliście go jako najlepszego wojskowego znającego Sybir

Coś tu jest nie tak. Co miałeś na myśli? Że Piotrowycz został wyznaczony do zadania jako najlepiej znający Sybir? Bo jeśli tak, to mogłoby być jaśniej.

uciął Car.

Małą literą. Zaznaczam tylko raz, bo robisz ten błąd konsekwentnie.

ośnieżone brzozowisko

Dotąd myślałam, że to się nazywa brzezina.

wyłonił się wspomniany carski oficer

Wygląda to tak, jakbyś z całej siły unikał wymieniania jego nazwiska.

jego obficie pokryty lodem zarost zdradzał, jak piekielnie musi być mu zimno.

"Jego" zbędne, jasne z kontekstu. Musi mu być zimno.

piekielnego wiatru

Powtórzenie.

Widząc lekkie skinienie ze strony Cara

Jakieś to nienaturalne.

Płozy sań rozorały ostatnie metry skrzypiącego śniegu zalegającego w dolince.

Jak wyżej. Pomijając rymy i metry (których wtedy chyba nie używano, nie w Rosji) – czy śnieg skrzypi przy rozorywaniu?

pięły się zagadkowo osmalone świerki

Zagadkowo się pięły (?) czy zagadkowo osmalone?

centralnym punkcie niecki

Niecka jest okrągła – dolina ma strumień, więc musi być wydłużona.

domek o bardzo niskich, sięgających kolana ścianach

Sięgających do kolan. To się nazywa ziemianka.

nieskutecznie otrzepał się ze śniegu, który zdążył już zamienić się w warstewkę lodu

Niezgrabne. Powtarzasz "się" (i to jeszcze po czasownikach – to samo w reszcie akapitu), poza tym "otrzepał się" jest dokonane i nie do końca gra z "nieskutecznie".

jak jego gadanina wpływa na oddział żołnierzy

Czyli jak?

chyba że

Chyba, że. Nie wiem, czy bym robiła takie piętrowe zastrzeżenia.

skupił całą swoją uwagę na postaci,

A czyją uwagę? I – postaci? Hmm?

nie wyglądał na zdolnego do wykonania żadnego agresywnego ruchu.

Współczesne jakieś, skrótowe.

Staraj się nie odzywać, kiedy nie jesteś pytany.

Skróciłabym: Staraj się nie odzywać niepytany.

wydajcie oddziałowi dodatkową porcję gorzałki, każcie im rozpalić ogniska

Kłopot z podmiotem. Ujednoliciłabym: wydajcie ludziom dodatkową porcję…

palonego w świecach łoju

Jakbyś za mocno to dookreślił. Może te świece wyrzucić?

W obliczu panującego wewnątrz ciepła nie miało to dla niego jednak znaczenia.

Kliniczne.

ognisko w centrum klepiska

Rym.

Gospodarze, a było ich trzech

I tak nagle się zmaterializowali? Już zobaczyłam pustą izbę. Zwłaszcza, że nazywasz ją ciasną.

ciężkim wzrokiem

Hmm. Niewiele mi to mówi.

w obliczu panującego na zewnątrz mrozu można było ją uznać za prawdziwy luksus

Co Ty z tym "obliczem"?

Obdarowując ich płytkimi misami

Obdarowuje się kogoś na zawsze, a on tylko częstuje herbatą.

co Wam powiem

Zaimek małą literą, to nie list.

Dziada Maruszka

Dziada?

przesiaduje Dziad Anton

Przesiaduje jest formą konswetudinalną. Anton po prostu siedzi.

Ostatnie stwierdzenie wydawało się całkowicie niedorzeczne,

Jakoś zbyt usilnie mnie o tym zapewniasz.

Jego skóra była wolna od zmarszczek i przebarwień, ba, jego wiek bez obaw można było określić na około siedemnaście lat.

Brzmi to cokolwiek z angielska, ta strona bierna. I: około siedemnastu lat.

całkowicie zignorowane

Anglicyzm.

Upijając łyk naparu, pan Michajłow przedstawił

Z pełnymi ustami?

Twoim imperium

Zaimek małą.

ugasił szykujący się bunt nie tak wcale młodego już Michajłowa

Znowu – skracasz. Nie pokazujesz. Przecież limit nie był taki ciasny?

Jeżeli Pan nasz

Pan dużą literą odnosi się tylko do Boga.

ignorując go zupełnie

Anglicyzm.

wlepił swoje pożółkłe ślepia

A czyje miał wlepić?

Zdradzało go przesadne skupienie i nerwowe pocieranie zmarszczonego w zamyśleniu czoła.

Hmm.

katastrofa o dwojakiej naturze

Dwojakiej natury.

szczątki nieszczęsnych zwierząt nawet teraz nie są możliwe do rozpoznania

Nienajgorszy opis psujesz takim nieporównaniem… :(

Jego oczy nieprzytomnie wpatrywały się

Hmm.

małe ognisko po środku szałasu, w którym ponownie zapadła cisza

To wygląda tak, jakby cisza zapadła w ognisku. I: pośrodku.

Na twarzy Pana Michajłowa wymalował się

Pana małą, a "wymalował się" jakoś mi tu nie pasuje, choć to może być kwestia gustu.

chwycił się za skronie, trawiąc niewiarygodne rewelacje.

Melodramat. "Trawienie" wydaje mi się bardzo nowoczesne. A poza tym – car miał jakiś tam wywiad i wiedziałby, przynajmniej z grubsza, co w trawie piszczy.

nie dał się zdjąć sceptycyzmem

Nie, to zupełnie nie gra. Nigdy nie widziałam takiego idiomu, skąd go wziąłeś?

który słysząc to, zerwał się

Który, słysząc to, zerwał się.

zignorować oczywistą obrazę, jaką jest przerywanie mówiącemu Carowi

Skróciłabym.

pokonywali kolejne mile targanej lodowatym wiatrem tajgi

Hmm. To szli szybko, czy wolno? Aliteracja "targana tajga".

przeskakiwał je dziarskim krokiem

Albo krok, albo skok.

Teren pod nogami Cara oraz jego towarzyszy zaczął się wznosić, przez co cała czwórka musiała iść pod górę.

Zdublowana informacja.

że na to miejsce spadła jakaś straszna klątwa

Hmm.

pięły się także inne drzewa pozbawione koron i gałęzi

"Pięły się" sugeruje siłę życiową, której chyba nie miałeś na myśli.

rytmiczne skrzypienie śniegu pod stopami i hulający między martwymi konarami wiatr.

Głośna ta cisza.

w momencie, kiedy Mikołaj II oraz pan Michajłow wymienili pełne dezorientacji spojrzenia.

Zapewniasz. Następne dwa zdania też mocno zapewnieniowe.

W żaden sposób nie próbował kryć swojego oszołomienia.

A powinien?

stanął jak wryty niczym posąg odlany z brązu

Po co Ci aż dwa porównania?

Ten, pierwszy raz

Może raczej: Ten po raz pierwszy.

gigantyczna, czarna dziura

Bez przecinka.

mogłyby z powodzeniem zmieścić się

Szyk: mogłyby się z powodzeniem zmieścić.

zmieszany z tłustym popiołem wyścielał dokładnie cały krater

Nie widzę tego. Czemu miałby wyściełać niedokładnie?

Sprawiały, że środek Wielkiej Dziury wydawał się abstrakcyjnie głęboki.

Ale go widać, nie? Pogubiłam się.

ułożyło się w idealnej symetrii względem środka dziury

Żargon matematyczny? Może z czymś to porównaj? Ułożyło się promieniście?

Wszystkie z nich były

Lepiej zabrzmi: Wszystkie były.

połamane na wysokości około metra

Złamane (o, tak: /| – połamane może coś być na kilka kawałków).

Wielka Dziura, jak nazwali to miejsce dziwaczni starcy, ziała trwogą, śmiercią i całkowitym zniszczeniem.

Tak usilnie mnie o tym zapewniasz…

zbierał się do zabrania

Powtórzenie.

starając się objąć sytuację swoim rzeczowym, wojskowym umysłem

Niezbyt naturalne.

Umysł Cara pracował na najwyższych obrotach.

Nowoczesny idiom. Nie pasuje.

drastyczny krajobraz

Krajobraz nie może być drastyczny.

wciąż nie mógł przyzwyczaić się, że jego przewodnikiem jest, nazywany z jakiegoś powodu Dziadem, nastoletni podrostek.

Długie i poplątane zdanie, zresztą podrostkowie bywali przewodnikami zawsze. To nikomu nie uwłacza.

obliczem katastrofy jest nieopisany ból

Ból – obliczem? Hmm?

Tysiące martwych drzew, zwierząt oraz śmierć ludzi przebywających zbyt blisko uderzenia to coś, z czego będzie otrząsała się przez wieki.

Nienaturalne. Telewizyjne.

nietypową i kruchą konstrukcją

Ziemianka? Kruchą?

Tak jak z pewnością Carska Mość się spodziewa

Tak, jak. Spodziewać się można czegoś, co dopiero będzie. W ogóle nie za bardzo mi to brzmi.

Do tego taka, która wydarzyła się gdzieś na zapomnianym przez Boga pustkowiu?

Hmm. Ja napisałabym: Dlaczego miałaby się wydarzyć na zapomnianym przez Boga pustkowiu?

gdzie podział się wspomniany wielki kamień?

To też brzmi jak z dziennika. Cała wypowiedź trąci "Starożytnymi kosmitami" (bez urazy).

Jaki cel miał kataklizm, który przed chwilą oglądałem?

Nie oglądał kataklizmu, tylko jego skutki.

ukryć swoje przytłaczające zmieszanie

"Swoje" zbędne. Pokaż to.

Zdezorientowany Car wahał się przez chwilę, ale zaraz wydał rozkaz, by wyrzucić szamanów na śnieg.

Zaraz, zaraz. To oni tak się dają? I skoro raz nie wyszło, czemu pozbawiają się następnej szansy?

Dwóch z nich zaczęło niezdarnie podnosić się z ziemi, w czym pomagał im młody Anton.

Jakieś to niezgrabne.

wymierzył broń w stronę starców, dołączając do reszty swoich żołnierzy

Szedł tyłem?

obiecać, że katastrofa Tunguzka nie jest waszą sprawką

No, nie wiem.

Niemniej wyrok w obu przypadkach będzie identyczny.

Źle to brzmi.

popatrzyła po sobie smutno, a w ich spojrzeniach kryła się rezygnacja

Trochę jednak dublujesz.

A postać ta przybrała soczystą czerwień.

Soczystą, hmm. I nie byłoby prościej walnąć mniejszym meteorem od razu w Lenina? Albo go wciągnąć w jakieś psychodelie? Co też mogłoby dać skutek odwrotny do zamierzonego, ale oni w ogóle się nie starają.

Pozostawią po sobie jednak jedynie śmierć

Dlaczego "jednak"? (Pomijasz też gwałcicielską działalność czerwonoarmistów.)

Carze Mikołaju, pomóż nam sprowadzić kolejny wielki kamień!

A na co im jego pomoc? Ponadto – tacy starzy, a tacy durni… Przecież państwo moskiewskie podbiło Syberię nie tak znowu dawno, a jej lud nadal traktuje per noga. Lud zresztą nie pozostaje mu dłużny, o ile wiem.

Skończywszy wypowiedź

Wystarczy: Skończywszy. Wiemy, co skończył.

zimna lub wycieńczenia

Z zimna ani wycieńczenia. Wycieńczony, to on nie jest.

nerwowo tupał wysokim butem w uklepany śnieg.

No, nie wiem. Na pewno zrobiłeś krok w dobrym kierunku.

W międzyczasie dostrzegł panującą wśród żołnierzy niepewność

Pokaż mi to.

huknął chór

Aliteracja. I niezbyt szczęśliwa metafora.

pozostałych karabinów

Karabiny i pistolety to nie to samo.

starał się wyrównać oddech

Hmm.

Wciąż nie mógł przyzwyczaić się do syberyjskich mrozów.

"Przywyknąć" oszczędziłoby jedno "się" i brzmiałoby lepiej.

a co jeśli

A co, jeśli.

Wybaczcie Carze

Wybaczcie, carze.

potrzebujemy czerwonej klątwy

… Evil is NOT a toy.

Zamiaruję stanąć na czele tej siły.

Jakaś ta stylizacja niedopasowana.

Romanowowem

Romanowem.

 

Masz dość sztywne pióro, w paru miejscach wyszło cokolwiek niezręcznie pod względem języka, ale ogólnie nie jest źle. Natomiast fabuła mnie rozczarowała. Maluśko jej, i mocno pretekstowa. A jeśli chciałeś po prostu pokazać Syberię, to bardzo mało jej pokazałeś. Fantastyka też słabej próby – ot, spuścilimy kamulca na tajgę i tyleż. Nawet drugiego spuścić nie umiem. Twoi szamani nijak nie pasują do niczego, co o szamanach czytałam (nie było tego wiele, ale zawsze).

Może następnym razem.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przyjemny tekst. Fabuła dość prosta, ale zajmująca. Klimat Syberii udało Ci się oddać nie najgorzej. Przemyślenia cara w końcówce bardzo ciekawe. Ostatni akapit mógłby być trochę bardziej subtelny.

Kraj jest, głośny, wyraźny i nieprzenoszalny. Meteoryt tunguski i widmo komunizmu mogły się zdarzyć tylko w jednym państwie.

Element fantastyczny jakiś jest, ale na kolana nie rzuca. Dziadowie mogli ściemniać, że to oni sprowadzili katastrofę (a jeśli naprawdę mieli taką moc, to czemu spudłowali i jeszcze nie przewidzieli reakcji cara?). Przepowiednia gorączki robi już większe wrażenie.

Fabularnie nie dzieje się wiele – ot, połączyłeś dwa wydarzenia z historii Rosji, ale mimo to czytało mi się przyjemnie, ciekawiło mnie, co zdecydują goście. Chociaż łatwo domyślić się, o co chodzi z czerwoną gorączką, więc zaskoczeń w końcówce nie było.

Pod względem oryginalności też nie rzuciłeś mnie na kolana. Te dwa wydarzenia są tak znane, że na ich kanwie powstało mnóstwo tekstów. OK, połączenie w jedno to jest jakieś novum.

Bohaterowie zarysowani raczej z grubsza, bez interesujących szczegółów, które dodałyby im człowieczeństwa. Pełnią swoje role (cara, dziada itd.), ale nie widać, żeby mieli jakieś życie poza opowieścią.

Jednostki miary. Twoi bohaterowie czasem używają mil, czasem kilometrów. Czy wiorsty nie byłyby lepsze?

Po warsztacie widać, że dopiero zaczynasz romans z pisaniem. Zapis dialogów do remontu. W dialogach pan, twój itp. piszemy małą literą. Czasem trafi się literówka albo powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Przyjrzyj się zapisowi dialogów. 

No, nie porwało mnie :(

 

Znam tylko pięć liter ;)

Podobał mi się mroźny, nieprzyjazny klimat, który stworzyłeś. Poczułam się trochę jak w carskiej Rosji ;)

Niestety zachowanie Dziadów bardzo, bardzo nielogiczne, co psuło mi nieco przyjemność. Nie mogli po prostu walnąć drugim meteorytem? Po co ściągali całą ferajnę?

Językowo nie jest źle, trzeba trochę popracować, poprawić te nieszczęsne Pan, Wy itd.. Ze trzy razy powtórzyłeś też, ze w chacie było ciepło. 

Cześć, Trzask!

 

– ładnie się zaczyna, dobrze wymyśliłeś charakterystyczny klimat (carska Rosja, zima i pustkowie) i konsekwentnie się go trzymasz, tworząc w wyobraźni czytelnika spójny obraz

– motywacja Mikołaja narysowana grubą kreską – brakuje tu pewnego pogłębienia, by całkiem przekonać do niej czytelnika. Również motywacja dziadów jest dość kuriozalna – swoimi działaniami doprowadzili do swojej śmierci; również motywacja dziadów do zamachu stanu jest niezbyt logiczna – czy oni byliby w jakikolwiek sposób osobiście dotknięci rewolucją dziejącą się na drugim kontynencie? Czy dotknęłoby to ich wystarczająco, by ryzykować życie? Nie sądzę.

– warto dopracować tekst pod kątem precyzyjności języka (np. porównanie dziury do sporego jeziora nie działa na wyobraźnię) i jego koherentności (gryzie współczesność języka, np. Michajłow mówiący o wykwalifikowanej ekipie naukowców)

– ostatnie zdanie, a dokładniej ostatnie słowa, za bardzo walą łopatą. Czytelnik mając podaną datę domyśla się, czym jest czerwona zaraza, nie trzeba mu wprost tłumaczyć.

– pomysł na historię jest niezły, wystarczająco nietuzinkowy, by zaintrygować i pozwolić się wciągnąć w historię

– natomiast w wykonaniu widać brak zręczności typowy dla początkującego pisarza – pamiętaj o zasadzie show, don’t tell: opowiadanie właśnie przez sposób prowadzenia historii (która jest w przeważającej części opowiadana przez bohaterów, nie pokazywana) traci całe napięcie i impet, które mogłaby zyskać, gdybyśmy byli uczestnikami tych wydarzeń

– podróżniczo opowiadanie punktuję wysoko, klimat do mnie przemówił, lokalizacja interesująca; natomiast fabularnie zabrakło trochę sensu i logiki

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Dziękuję wszystkim za oceny. Komentujący słusznie zauważyli, że dopiero rozpoczynam przygodę z pisaniem, jest to moje pierwsze opowiadanie od około 10 lat. W następnym tekście poprawię zapis dialogów oraz popracuję nad wielkimi i małymi literami.

Pisanie, nawet po tak długiej przerwie, dało mi naprawdę wiele frajdy, więc na pewno naskrobię coś jeszcze. Dzięki!! :)

Jest taki dowcip radziecki, że do do biura Stalina wpada Beria i mówi, że przed drzwiami Kremla stoi jasnowidz i chce widzenia z przywódcą ZSRR, bo ma dla niego ważne wieści.

– Rozstrzelać – rozkazuje bez namysłu Stalin.

– Ale co, jeśli on jest faktycznie jasnowidzem? – pyta Beria.

– Gdyby nim był, to by tu nie przyszedł.

 

I tak widzę ten tekst. Podbudówka ładna, motyw z carem jadącym do Tunguski też. Ale, potem to już nudy. Car rozmawia z dziadami, ci bez problemu mu wszystko wyjawiają – i na koniec kończą jako trupy. Żadnego ciekawego finiszu, na który jako czytelnik czekałem z wytęsknieniem. Żadnej większej kulminacji. Po prostu car przyjeżdża, sporo rozmawia i odjeżdża. Nic koniec końców się nie zmieniło.

Technicznie chropowato.

Podsumowując: jest tu pomysł, ale całość sprawia wrażenie raptem fragmentu. Ładnie z początku budujesz napięcie, ale potem ono gdzieś umyka, zagłuszone przez rozmowy i wyjaśnianie, o co chodzi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cóż, przychodzę późno, więc pozostaje mi zgodzić się z przedpiścami. Technicznie, rzeczywiście widać, że nie masz jakiegoś ogromnego doświadczenia, ale nie ma też jakich wielkich błędów, które można wypisywać i poprawiać (poza wspomnianymi już wielkimi literami i problemami w zapisie dialogów). Jest chropowato, ale na zasadzie utalentowanego sportowca, który długo nie trenował – wyniki takie sobie, ale po solidnej rozgrzewce będzie dużo lepiej. Znaczy – masz potencjał, jeśli będziesz więcej pisał, rezultaty będą więcej niż satysfakcjonujące. 

Jeśli chodzi o geograficzną, konkursową syberyjskość, to jest nieźle. Mroźnie, śnieżnie i lesiście jak należy, no i jeszcze ta atmosfera ostatniego zadupia na końcu świata – bardzo cacy. Czyli nastrój na plus. Choć oczywiście należy popracować nad sposobem opowiadania – wspomniana wcześniej zasada "show don't tell". Czytelnik chce widzieć wydarzenia, nie być o nich informowanym. 

Fabuła ma swoje zady i walety. Waletą zdecydowanie jest sam pomysł. Grupka syberyjskich szamanów, próbując zapobiec tajemniczej bolszewickiej zarazie, zamierza sprzątnąć Moskwę ogromnym meteorytem – to jest tak odjechane, że aż cudowne! Car Mikołaj II też w porządku, choć nieco za płytko przedstawiony, jest prawdopodobny – jego decyzja wydaje się być oczywista, biorąc pod uwagę warunki historyczne i jego charakter.

Zadą natomiast jest sposób poprowadzenia owej historii. Zbyt wiele, wspomnianych już przez Kam dziur logicznych – dlaczego dziadowie, tak potężni, że mogli ściągnąć/wywołać ogromny meteoryt i tak rozsądni, że znają się niuansach międzynarodowej polityki, nie byli w stanie przewidzieć reakcji cara i stanęli przed nim bezbronni i ufni? Co ich w ogóle obchodziła bolszewicka rewolucja? Kierowali się altruistyczną troską o dobro świata? Dlaczego w ogóle car tam pojechał, czy wpływ Rasputina był aż tak duży? A jeśli tak, to jaka była jego rola w tym wszystkim? Pytania można mnożyć, a to nie świadczy najlepiej o fabule, która nieco przypomina potwora Frankensteina – zajebista, ale kiepsko pozszywana. 

Zwróć uwagę na miary i wagi – trzeba być konsekwentnym. Nie mam nic przeciwko temu, że narrator trzecioosobowy używa kilometrów – on nie musi być "z epoki". Ale nie powinien mieszać do tego mil, a jeśli bohater, prosto z carskiej Rosji, mówi o hektarach, to jest już błąd. Poza tym:

Brodząc w grubym śniegu Car Mikołaj II i jego świta, na którą składali się oficer Piotrowycz, pan Michajłow i jeden z dziwacznych szamanów, pokonywali kolejne mile targanej lodowatym wiatrem tajgi.

Piszesz wcześniej, że krater był oddalony od chaty o dwie godziny marszu. Ile mil można pokonać na piechotę, w głębokim śniegu, w środku tajgi, przy kilkunastustopniowym mrozie, w ciągu dwóch godzin? 

Mimo wszystko jest to fajny, ciekawy tekst, który pokazuje, że warto czekać na Twoje kolejne opowiadania – jestem przekonany, że będą coraz lepsze. 

P. S. 

Tym razem, w drodze wyjątku, spóźniony mumini stempel przeczytania nie będzie odnosił się do treści, ni miejsca, tylko do samego tytułu. Jestem dotknięty klątwą totalnie nieadekwatnych skojarzeń, a w tym przypadku, po przeczytaniu tytułu, nie mogłem pozbyć się z głowy obrazu czerwonego samobieżnego zestawu przeciwlotniczego 2K22 Tunguska ;-) 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo doceniam Twój pełen wiary komentarz i dodatek graficzny :D u made my day!! dzięki!!

Bardzo dobry prolog. Klimatyczny, ładnie napisany, wciągający. Tytuł również udany, bo wzbudził moją ciekawość.

Niestety od sceny w domku szamanów czar pryska. Zaczyna wiać nudą. Do tego zapis dialogów niepoprawny. Mimo że przedpiścy wspomnieli Ci o tym, to nic z tym nie zrobiłeś. Wielki minus za to. Skoro tekst ma wady, to poprawiaj je. Konkurs się już skończył. Możesz opowiadanie polerować, tak by każdy kolejny czytelnik, który do Ciebie zajrzy, miał więcej przyjemności z lektury.

 

Kilka przykładowych błędów, które często się powtarzają u Ciebie:

 – Jeżeli Pan nasz chce przejść do rzeczy, niech tak się stanie. – starzec upił łyk z własnej miski i kilka razy zakasłał.

Pan → pan (to nie list, a car to nie Bóg)

starzec → Starzec (Po kropce jest nowe zdanie, więc wielką literą)

 

– To my sprowadziliśmy na Tunguzkę wielki kamień. – wychrypiał bez ogródek 

Bez kropki “– wychrypiał bez ogródek” to dalsza część tego samego zdania.

 

Tu jest poradnik:

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

 

 Mikołaju, doskonale wiemy, że Carów uczy się o mocy syberyjskich Dziadów, inaczej nie byłoby cię tutaj.

Dlaczego “Carów” wielką literą?

car, cesarz, król to nie są nazwy własne.

 

Z “Dziadami” nie jestem pewien, ale też raczej z małej.

 

 

Podoba mi się pomysł wykorzystania tajemniczego zdarzenia, jednak nie mogę powiedzieć, że jego opisanie było satysfakcjonujące. Podpisuję się pod wszystkimi zarzutami wymienionymi przez wcześniej komentujących, a od siebie dodam pytanie: – Dlaczego car wydał rozkaz zabicia dziadów, nie dowiedziawszy się wprzódy, jakim sposobem szamani sprowadzili wielki kamień?

Wykonanie nadal pozostawia sporo do życzenia, a dawno wskazane błędy nadal utrudniają lekturę.

 

Był dużo większy niż Słońce… –> Był dużo większy niż słońce

Jestem przekonana, że mieszkaniec Tunkuzki miał na myśli słońce świecące na niebie, a nie gwiazdę Słońce.

 

Nawet grube burty car­skich sań oraz ster­ty zwie­rzę­cych futer… –> Czy car mógł okrywać się futrami innymi niż zwierzęce?

 

uzmy­sła­wia­ła mu dla­cze­go. Po­zo­sta­wa­ło mu je­dy­nie… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

dłoń Mi­chaj­ło­wa wska­za­ła ośnie­żo­ne brzo­zo­wi­sko, z któ­re­go wy­ło­nił się… –>…dłoń Mi­chaj­ło­wa wska­za­ła ośnie­żo­ną brzezinę, z któ­re­j wy­ło­nił się

 

Płozy sań roz­ora­ły ostat­nie metry skrzy­pią­ce­go śnie­gu za­le­ga­ją­ce­go w do­lin­ce. Na jej szczy­tach pięły się… –> Czy dobrze rozumiem, że dolinka miała szczyty???

A może w drugim zdaniu miało być: Na jej zboczach pięły się

 

Pan Mi­cha­łow uni­kał ich spoj­rzeń… –> Literówka.

 

Dzień stał się wtedy tak jasny, jak gdyby za­wie­szo­no na nim dzie­sięć Słońc… –> Słońca zawieszono na dniu?

Proponuję: Dzień stał się wtedy tak jasny, jak gdyby ukazało się dzie­sięć słońc

 

zdro­wych i po­kry­tych gęstą igłą ga­łę­zi. –> Raczej: …zdro­wych i gęsto po­kry­tych igłami ga­łę­zi.

 

na to miej­sce spa­dła jakaś strasz­na klą­twa. Ota­czał ich las pełen stra­szą­cych od­sło­nię­ty­mi… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

wy­da­wał się im dzi­wacz­nie nie­na­tu­ral­ny. Za­sta­na­wia­li się w duchu, co czeka ich u końca po­dró­ży. Ostat­nie kroki za­pro­wa­dzi­ły ich na szczyt… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

– To ja­kieś dwie­ście ty­się­cy hek­ta­rów… po­ło­żo­ne jak trzci­na – wy­sa­pał klę­czą­cy w śnie­gu Mi­chaj­łow. –> Zdaje mi się, że w carskiej Rosji nie używano hektarów.

Za Wikipedią: rolne miary powierzchni 1 sążeń kwadratowy (квадратный сажень) = 4,5522 m2 1 ośmina (осьминник) = 800 sążni kwadratowych = 3641,8 m2  1 dziesięcina skarbowa (miara podstawowa) = 3 ośminy = 10 925 m2

 

car Mi­ko­łaj II wciąż nie mógł przy­zwy­cza­ić się, że jego prze­wod­ni­kiem jest, na­zy­wa­ny z ja­kie­goś po­wo­du Dzia­dem, na­sto­let­ni pod­ro­stek. –> To słowo nastoletni nie ma racji bytu w tym opowiadaniu. Powstało dopiero w drugiej połowie XX wieku.

 

Wiel­ki ka­mień nie spadł na Zie­mię bez przy­czy­ny. –> Wiel­ki ka­mień nie spadł na zie­mię bez przy­czy­ny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka