- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Wycieczka nad morze

Wycieczka nad morze

Oceny

Wycieczka nad morze

Koronkowe zasłony, wolno oraz miarowo, poruszały się nad krótkim, drewnianym parapetem. Ich biel dawno przeżywała swój najlepszy okres, w jakiś dziwny sposób, szpecąc otaczającą przestrzeń. Za nimi ktoś dbający o całą architekturę tegoż obiektu postanowił prosto i skutecznie zainstalować niebieskawe żaluzje. Przez dosyć drobne wyszczerbienia przenikały do wewnątrz "okruchy" światła. Niezbyt daleko od drzwi, na miękkim oraz wyjątkowo długim tapczanie odpoczywała dwudziestoletnia dziewczyna, próbując zebrać w całość rozbiegane myśli… dzień jak co dzień… lekko nudnawy albo pozbawiony sensu. Właściwie przypominała sobie lub próbowała przypomnieć, o który dzień naprawdę chodziło – dokąd dotarła, dlaczego “odbierała” nieustające i intensywne dzwonienie w uszach.

Niebezpieczne wycieczki należały do ulubionych rozrywek jej dorosłego życia, a przynajmniej tak podpowiadała, silnie rozwinięta, kobieca intuicja. Druga opcja, o ile mogła taką brać pod uwagę, polegała na zbyt dużo wypitym alkoholu.

– Powolutku do celu… wstawaj Mary, Jane – powiedziała sama do siebie, zupełnie nie interesując się swoim pełnym nazwiskiem. Nagle zrozumiała, że język którym mówiła, stanowił jeden procent tego, czego nauczyła się przez całe życie. Przed jej oczami pokazywały się rozbiegane wokół iskierki, a w każdej z nich widziała, jakby samoistnie skonstruowane maszyny – przestrzenie wypełnione ciekawą elektroniką – wśród nich mogła rozróżnić superkomputery, które popularnie nazywano w siedzibie technokracji jako ARKANSAS-72.

Wspomnienia wróciły do normalnego rytmu, kiedy odsłoniła pobliskie żaluzje okien. Od razu zauważyła, iż żadne dźwięki nie dochodziły z zewnątrz, szczególnie hałas wydawany przez grupę bawiących się plażowiczów – około osiemdziesięciu brudnych i obdartych łachmaniarzy. Znajdowała się na czwartym albo piątym piętrze, jakiejś nadmorskiej budowli, będącej prawie na pewno latarnią morską. Usiadła na łóżku, przenikliwie spoglądając na drewniany stoliczek nocny, wykonany z cennego drewna, jakim była olcha czarna. W zakamarkach szuflad odnalazła średnich rozmiarów notatnik, kilka nabojów do pistoletu Desert Eagle – nie wiedziała, czy aby nadają się do użytku – siedemnaście plastrów na zadrapania oraz paczkę, wypełnioną pokrojonymi paskami suszonej wołowiny. Czyżby miała jakiegoś adoratora?

Na samej górze, leżał miedziany klucz do ciężkich, dębowych drzwi pokoju. Szybko otworzyła zamkniętą przeszkodę, zadając niezupełnie jasne pytania, swojej fragmentarycznej pamięci, którą trudno było nazwać wspomnieniem. Schodząc po krętych i dosyć "niezgrabnych" schodach, o mały włos nie spadając na sam dół, nagle przypomniała sobie koniec poprzedniego dnia. Pewien gruby koc okrywający jej ciało, jasne oświetlenie nowoczesnej i ogrzewanej sypialni czy mieszczącej się w dłoni książki “Nowe Przygody Czarnoksiężnika M…”. Ostatnie słowo zawarte w tym tytule prawdopodobnie wypadło z jej pamięci. Nowe komputery były brzydkie, olbrzymie i zdecydowanie, nie mogły mieć nic wspólnego z czymś tak wykończonym, będącym jej niedawnym miejscem wypoczynku. Podświadomie odczuwała wahania, które mogły być spowodowane brakiem równowagi psychicznej, czyli zbytnio nagromadzonych wątków wiązanych z jednostkami ludzkiej pamięci.

– Same przeszkody… znów elektroniczna technologia, a dalej ten sam cyfrowy marazm? – Palec wskazujący lewej dłoni, samoczynnie dotknął napiętej do granic możliwości oraz lekko bolącej skroni.

– Miałam interesujące życie… – nadal schodziła wolnym krokiem, na sam parter budowli. – W odległości paru metrów, pląsali w tańcu, skaczący i bawiący się rybacy. Jeśli to pasuje do elity, wspominanej z poprzedniego świata, to niech mnie jasna cholera.

Kilkanaście osób zachęcało ją głośnymi pokrzykiwaniami, aby przyłączyła się do wspólnej zabawy.

– Bestia nie żyje! Wreszcie możemy rozpoczynać połowy, a nasza osada odpracuje ciągle ubywające zapasy.

– Jaka bestia? Masz na myśli smoka, który atakował pobliskie wioski oraz niszczył zbiory… – Mężczyzna spojrzał na dziewczynę dziwnym wzrokiem, kiwając powoli głową, po czym nie zwracając większej uwagi pobiegł prosto przed siebie. Co chwilę wymachiwał rękami i krzycząc na całe gardło podskakiwał w stronę odwróconego do tyłu, wielkiego atlety.

– Przypatrz się swojej kozie, Atyllo! Nawet ona zwariowała ze szczęścia. Bawmy się do białego rana, przyjaciele!

Mary Jane nienawidziła myśleć o sobie w kategoriach czyjejś własności. Podświadomie wypatrywała każdy błąd, jaki mogli popełnić otaczający ją ludzie. Przeplatające się teorie oraz tezy z czasów, co najmniej początków ery średniowiecza, nie należały do tego świata. Wreszcie miała coś nowego na języku.

– Wielki rycerzu! Pewnie ty zabiłeś smoka. Czy czarnoksiężnik wie o twoim zwycięstwie? – powiedziała, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Jej krótkie blond włosy dodawały uroku zmęczonemu, silnie zbudowanemu ciału.

Trochę otyły, dorosły i muskularny rybak odwrócił się powoli w stronę znajomej. Na policzkach miał sporo piegów, na głowie przerzedzone rude włosy, a cała fizjonomia przypominała lekko ograniczone umysłowo dziecko, z chwilowym niedotlenieniem w okresie poporodowym. Kaleka chwycił ją za gardło, przyciągając jej ciało w swoją stronę. Każde z jego naprężającego się muskułu, wbrew pozorom stawało się coraz mniej kontrolowane i bardziej silne.

– Puść ją, Janek. – powiedział starszy, ale nader sprawny psychicznie i fizycznie człowiek. – A teraz, popatrz na mnie bardzo powoli. Wielki smok umarł w twoich objęciach, wokół nas znajdują się sami przyjaciele…

– Jestem… Jan rybak z pobliskiej wioski i przepraszam za moje zachowanie.

– Nie bój się, mój Janek nie zrobi ci więcej żadnej krzywdy. Daniel Kłosiński, do usług! – powiedział zadowolony senior. – Kiedy miał dwanaście lat, był jeszcze w miarę rozumny. Mogliśmy swobodnie rozmawiać o połowach, pracy czy dochodach naszej wioski. Wracając do łodzi, wpadł do starego tunelu, zostawionego przez nieznanych przybyszów. Wewnątrz niego, przechowywano same radioaktywne zbiorniki z odpadem rdzenia atomowego, a większość osiadła na jego plecach, tworząc kilku centymetrowe otwory. Ponad dwa miesiące trwało usuwanie szkodliwych substancji z organizmu. Sama rekonwalescencja Janka, kolejne dwa miesiące, jednak mutacja zrobiła swoje.

– Na pewno, nie zrobisz mi nic złego? – Z przestrachem powiedziała do olbrzyma, jak mała dziewczynka, do stracha na wróble.

– Znalazłem resztki ekwipunku oraz twoje omdlałe ciało, niedaleko naszej osady. Obok ciebie, leżało kilka przedmiotów, które wsadziłem do szuflad w nocnej szafce latarni. Janek niósł cię przez cały czas na rękach, aż od nadmorskiej przytani. – U staruszka, nieco z prawej strony ust, Mary zauważyła mocno zdeformowane i poprzecinane wargi. Grube mięśnie świadczyły o wykonywaniu długotrwałej i wytężonej pracy na morzu. Reszta organów, według niej, niestety nie nadawała się do użytku.

– Wiem, zabrałam je ze sobą. Posłuchaj, Daniel… pewnie masz kogoś bliskiego… chciałam ci podziękować za pomoc i uratowanie przed smokiem.

– Nie ma żadnych smoków… tylko głupcy piszą o nich w książkach. – uśmiechnął się wielki Jaś, wydając z siebie pomruki zadowolenia.

Słońce chyliło się ku zachodowi, przenosząc mieszkańców w jeszcze bardziej dzikie i nieokiełznane zachowanie. Kilkanaście łez pojawiło się ni stąd, ni zowąd na jej długich, seksownych rzęsach. Najbardziej przystojni chłopcy całowali swoje partnerki, skupiając się na nadchodzącej ekstazie. Starsi rybacy przygotowywali się do głównego punktu biesiady, jakim bezspornie okrzyknięto obficie zastawiony jedzeniem, drewniany stół.

Mary, Jane – a może powinna powiedzieć wyłącznie Maria – wyciągnęła notatnik, znaleziony niedawno w pokoju.

"Mam nadzieję, że będziesz zadowolona z tego pamiętnika, Mario. Jestem już stary, a weterani nie zajmują się wyciąganiem "grzecznych dziewczynek" z kłopotów. Co takiego, mam na myśli? Pewnie zrozumiesz, gdy przeczytasz parę stron. Możesz mieć spore trudności z ocenianiem moich wyborów, dróg przeznaczenia. Nie wiedziałem, że kartki wylatujące z mojego kalendarza, czyli mówiąc prościej "bezpańskie chwile" są już zwiędłymi i zbrązowiałymi liśćmi drzewa – obrazy mojej młodości, których dzisiaj nie zobaczysz. Zresztą nie mam przyjemności opowiadać "małym dziewczynkom" całego swojego życiorysu. Musisz zrozumieć, iż nie jesteś zwyczajną osobą, lecz wyjątkowym człowiekiem, przywódcą frakcji i elity naukowej, do niedawna chronionej przez Polskie Jednostki Rozjemcze. Niestety, zmiany na lepsze, które tak bardzo gloryfikowała Belinda, spowodowały katastroficzne skutki – zwłaszcza dla elity waszej organizacji. Przejdźmy do głównego dania.

Wystarczyło trochę wolnego czasu, aby narastające burze piaskowe odeszły w nieznanym kierunku. Powoli zostają zapominane przez mieszkańców naszego obszaru. Kiepska sytuacja klimatyczna, przechodzi na zupełnie nowy teren. Temperatura otoczenia osiągnęła swoje neutralne kryterium dzięki czemu, mogliśmy rozpocząć naszą podróż. Dzięki otworzeniu skarbnicy, udało się pozyskać wiele nowych urządzeń, w tym odebrać sygnał alarmowy z południowego – zachodu, centrum waszej frakcji. Nowe szczepy bakterii, nie zdołały opanować choroby układu nerwowego, która wyniszczyła całą waszą bazę. Niestety, jedynie ty zdołałaś przeżyć katastrofę, a bunt wojska dopełnił resztę. Doktorzy nie potrafili zrozumieć, co takiego zostało odnalezione, dlatego próbki wykorzystano w testach na mutantach – wyłapywani z wiosek, na północnym wschodzie. Ochrona bazy opuściła laboratoria, w trzy dni odchodząc do krainy umarłych. Postanowiliśmy wraz z Belindą, wyruszyć na pomoc i przetransportować pozostałych przy życiu, do różnych oaz na pustyni. Kwarantanna pozwoliła oddzielić zarażonych, od zdrowych. Gdy wracaliśmy do "Rybackiego Dworu", czyli w bardziej bezpieczne miejsce, spotkaliśmy przemierzających pustkowie handlarzy. W dużym plecaku, przewoziliśmy cenne przedmioty, zabrane z opustoszałych na południu pozostałości, po waszych magazynach. Ryzyko jest napędem dzisiejszego handlu. Aktualny "urobek" był wyjątkowo udany. Gruby kaftan, noszony na własnym grzbiecie, spowalniał nieco nasz przemarsz, ale bez takiego efektownego okrycia, w moim podeszłym wieku, mógłbym zachorować już na początku wyprawy. Wiedziałem, że w drodze powrotnej, napotkamy kogoś takiego jak oni, jednak nie zdawałem sobie sprawy, kiedy to dokładnie nastąpi. W miastach czy na pustkowiu, miałem wielu przyjaciół, kilkunastu silnych wrogów oraz kilku mało istotnych dżentelmenów, napotykanych w najbrudniejszych dziurach tego zakątka. Niektórzy z nich, potrafili w kurtuazyjny sposób zaproponować jedzenie, lekarstwa czy narkotyki lub alkohol. Po rozstaniu, przychodzili wynajmowani zabójcy, nazywani czasami jako "podrzynacze gardeł". Paradoks mieszający zaufanie z pocałunkiem śmierci. Patrząc na pustkowie przed zachodem słońca, często przypominałaś mi o swojej obecności, jakby odciągając mnie na właściwą ścieżkę. Dzisiejsi poszukiwacze przeszli do handlu wymiennego – proste ubrania, świecidełka, części zamienne, broń biała oraz amunicja. Prawdopodobnie, należeli do grona polskich kupców, zrzeszonych pod patronatem ich nowego lidera, nazywanego „Jakubem z Wysp”. Potrafili kupować i sprzedawać wszystko, co miało jakąkolwiek przydatność w siedzibie ich organizacji. Jednakże wartość danego przedmiotu była określona przez tego człowieka. Byli kulturalni, posiadali ogładę i bezsprzecznie, oczekiwali na sygnał od swojego przywódcy.

Najlepiej uzbrojony, podszedł w naszym kierunku, wyciągając rękę w geście powitania.

– Witaj Rolf! – wykrzyknął mężczyzna – Mamy dla ciebie specjalną ofertę… przyprawy odnalezione zaraz po wojnie i przechowywane w magazynach miasta. Ile miesięcy minęło od naszego ostatniego spotkania?

– Już prawie dwa lata Karol… nadal jesteś szybki… nawet nie zdążyłem powiedzieć "zgoda". – stwierdziłem, podając mu rękę i odbierając woreczek z przyprawami. – Chciałem wam przedstawić moją nową znajomą. Nazywa się Mary Jane Johnson i była przewodniczącą pewnej rady naukowej z południa.

Po dwudziestu albo trzydziestu minutach, piliśmy świeżo zaparzoną kawę z dodatkiem kardamonu.

– Chyba nie muszę już wszystkiego utajniać. – powiedziała do zebranych osób. – Większość mieszkającej przed wojną elity politycznej oraz naukowej, opuściła nasz Układ Słoneczny. Cywilizacja przegrupowała swoje księgi DNA, dodając pechowe zdarzenia globalnej mutacji, na naszej planecie Ziemia oraz przenosząc się pod skrzydła Alpha Centauri. Na domiar złego pojawiły się obce istoty.

– Wiemy, Mario… nasza gildia handlowa jest znana z obcych istot w całym wszechświecie. – uśmiechnął się przywódca zebranych.

– Ludzkość przeżywa swoje kolejne uwstecznienie w odniesieniu do ery lotów kosmicznych, natomiast ostatnie złoża, jakie pozostały do wydobycia, zgromadziły się w Obwodzie kaliningradzkim.

– Ciekawe. Z naszych źródeł informacji wynika, że oprócz pokaźnych łowisk, nie znajdziecie tam nawet jednego kilograma rudy.

– Śmieszne i błędne analizy. Dawne władze pozostawiły szansę dla oczekujących nowej ery. Tym razem, postanowiliśmy poprzeć regenerację ludzkiego ciała, prokreację oraz sztuczną inteligencję.

– Dawno temu, poznałem kogoś podobnego do ciebie. – zaintonował Karol. – Z takimi kobietami jak ty, moje konkubiny uwielbiały robić interesy. Wiedziały, co takiego warto sprzedawać, za ile wycenić sprawny przedmiot oraz jak najszybciej zarobić na towarze. Przez całe swoje życie, nauczyłem się od nich bardzo wiele, dlatego dzisiaj jestem podobny do nich – jestem niemal identyczny.

Z prowadzonej z Mary rozmowy, mogło wynikać, że kupiec ma odrębne zdanie, jeśli chodzi o zasoby. Musiałem wtrącić "parę groszy", aby nie doszło do czegoś gorszego.

– Nawet teraz, jesteś naprawdę dziwny, Karol. Mój ojciec był Polakiem, lecz ożenił się z kobietą pochodzącą z innego kraju. Nigdy nie żałował, że postawił taki, a nie inny krok. Dlaczego nie wrócisz do jakiegoś polskiego miasta?

– Do ojczyzny? Dzisiaj dopijam swoją kawę tylko dlatego, że wszystkich traktuję podobnie. Kiedy będę zadowolony z posiadanego majątku, odłączę się od grupy handlarzy i przeprowadzę się do odbudowywanej Warszawy. Minęło kolejnych dwadzieścia lat, a ludzie nadal uważają, że morze stanowi jedyne wybawienie, chociaż większość z nich, nie jest świadoma, co zniszczyło nasze metropolie. Kto przy zdrowych zmysłach, opuszczałby dzisiaj Jakuba z Wysp? Ostatnio kolekcjonuje różne sygnety… powiedział do mnie:

"Karolu! Idź do naszego przyjaciela i przekaż mu świecidełka, a on będzie wiedział, co z nimi zrobić."

– Zwariowałeś? Nie mogę tego przyjąć. Przecież to jest wasza rodowa pamiątka. Gdybyś trafił na hieny w myśliwskich czapach, mogliby poodcinać wam ręce.

– Mamy taki na każdym palcu. – uśmiechnął się kupiec. – To zwyczajne repliki, chociaż drogocenne. Dzisiaj pomagamy tobie, a jutro ty, pomożesz nam przetrwać nieznane zagrożenie. Pozdrowienia od Belindy.

Co takiego, miał na myśli ten cholerny Polak, mówiąc o mojej kobiecie? Może próbował poruszyć moje serce, poprzez zwykłe, ludzkie sprawy. Wiedziałem, że w zachowaniu takich ludzi, przeprowadzony sposób rozmowy był nader zwyczajny. Często mówili o rodzinie, kobietach i znajomych, oferując prezenty wyrównujące stratę rozłąki.

– Wiesz, co słychać u Belindy?

– Spotkałem ją niedawno, chodząc po bazarze. Powiedziała, że gdy nasze słońce, będzie krwisto czerwone, a pewne osoba rozpocznie swoje badania, znowu zawitasz do jej skromnych progów… wyglądała jak prawdziwa wiedźma. Na całym ciele miała zawieszone liczne talizmany, amulety oraz podrabiane relikwie. Próbowałem odpowiedzieć na pytanie, kim była osoba, z którą miałem przyjemność wtedy rozmawiać tj. wiedźma czy Belinda?

Nazajutrz, zmęczeni i głodni, dotarliśmy do miasta o nazwie Anastri zajmującego się połowem ciekawych i niebezpiecznych bestii morskich. Belinda mieszkała w jednym z małych domów na obrzeżach. Miasteczko potocznie nazywano "bazą orbitalną", gdyż przed apokalipsą startowały stąd promy i taksówki kosmiczne. Sprzedaliśmy większość skór, broni oraz części, a wymienione wcześniej przedmioty, zamieniliśmy na alkohol oraz jedzenie. Wchodząc do środka naszego domu, byłem bardzo zaniepokojony, jak zareaguje na widok swojej dawnej mistrzyni oraz przewodniczącej rady. Jak zwykle siedziała przy kominku, patrząc na mocno zziajanych gości.

– Wreszcie wróciliście! Spójrzcie na siebie, wyglądacie jak siedem nieszczęść. Będę musiała was karmić przez najbliższy miesiąc. – sprawiała wrażenie bardzo spokojnej, jednak podświadomie wiedziałem, że starość powodowała jej wahania oraz ciągłe rozdygotanie nerwów.

– Spotkałem Karola. Jeśli dotrze do magazynów w jednym kawałku, to być może jeszcze zarobi. Jesteśmy zmęczeni do granic możliwości, a kwarantanna spowodowała poważne wycieńczenie naszych organizmów. – podszedłem szybkim krokiem, całując jej smukłe, lecz nadal atrakcyjne dłonie. – Mary Jane będzie tutaj gościem, aż do końca tygodnia. Później udaje się do "Rybackiego Dworu", gdzie poszukiwane są pewne odczynniki.

We troje siedzieliśmy naprzeciwko siebie, trzymając się mocno za ręce. Przy krótkim, drewnianym stole, nuciliśmy piosenki, wyciągnięte z dawno zapomnianego śpiewnika „Radość o słonecznym poranku”, obserwując każdy ruch naszych twarzy. Śmieszny układ ust, delikatne naciągnięcie powieki, czy krótkie siąkanie nosem sprawiały wszystkim najwięcej przyjemności. Dla osoby postronnej, takie zachowanie dorosłych przyjaciół, mogło stanowić zwyczajną komedię. Po prawej stronie stołu, duże i przystrojone firankami okno wychodziło na staw, pokryty grubymi taflami zaschniętej ziemi. Tutejszy klimat był dużo cieplejszy, od panującego na pustkowiu. Powoli wyciągałem atrakcyjne i unikatowe przedmioty, które miały nam zapewnić przetrwanie, kiedy z twoich rąk, nasza gospodyni odebrała drogiego, rosyjskiego szampana.

– Tym razem, przeszedłeś samego siebie, kochanie. Okradłeś jakiegoś bogatego podróżnika?

– Dopiero zaczynam. – zażartowałem. – Możesz być pewna, że w przyszłym roku, będziesz czuła się, jak królowa Anastri.

– Nie jesteśmy już tacy młodzi! 

– Na zdrowie! – powiedziałem do zebranych, podając jej wspaniały kieliszek szampana.

Nasze problemy, długi oraz całe, otaczające środowisko rozpadły się w nicości. Prawdziwe szczęście nie pochodziło od bogactwa, lecz jedynej i cudownej rzeczy, dzięki której robiąc doskonały unik, sprawiłem swojej kobiecie wielki podarunek.

– Co będziesz dalej robiła, Mario?

– Powinnam podziękować za waszą pomoc. Pomimo, że nie jesteś już członkiem naszej organizacji, to uratowałaś moje życie, wysyłając Rolfa.

– Nie jest taki sprawny, jak za młodu, lecz nadal potrafi przewrócić dużego przeciwnika. Poczekajcie chwileczkę, bo ktoś puka do drzwi!"

W jednej chwili przypomniała sobie wszystkie wydarzenia, całą historię swojego panowania we frakcji technokratów oraz swoich największych sojuszników. Zdawała sobie sprawę, co doprowadziło do jej pobytu w Anastri. Mianowicie wiedziała, że do ich mieszkania wkroczyło sześciu uzbrojonych gwardzistów, których ciężka broń automatyczna typu DFA-11, zmieliła na drobny mak jej najbardziej oddanych przyjaciół. Gdyby znajomi nie ułożyli sobą ciasnej osłony, a ona nie wybiegła przez półotwarte, tylne drzwi mieszkania, podzieliłaby ich smutny los. Gwardia uważała swoich wybrańców za mesjaszy i obrońców naszej planety, rozprawiała się z każdym, kto mógł spowodować jakąkolwiek dewastację lub ponowne zagrożenie dla Ziemi. Widocznie od pewnego czasu, musieli być śledzeni przez szpiegów, a jej aktualne położenie, określono już dawno temu. Biegła prawie przez półtorej godziny, ciągle w nieznanym kierunku, aż wylądowała na małej plaży. Właśnie tam, gdzie przebywali Daniel oraz Jan. Chwilę później, straciła przytomność. Ktoś bardzo silny i ekstremalnie wytrzymały, zaniósł ją do wioski o nazwie „Płonący Wodorost”, kładąc na miękkie i wygodne łóżko. Wspomnienia o wspaniałej sypialni oraz dawnym życiu pochodziły prosto od czwartego poziomu bazy naukowej, która jeszcze niedawno, istniała daleko na południu.

– Po zniszczeniu potwora, corocznie świętujemy jego odejście. Znam parę osób, które zajmują się przywracaniem pamięci. – powiedział Daniel, podchodząc z olbrzymim talerzem jedzenia. – Proponuję, abyś spróbowała naszych rodzimych delikatesów – seks z szamanem albo narkotyki. 

– Wasza gościnność jest bardzo zachęcająca! Będę musiała jak najszybciej wyruszyć na północ. – Powiedziała Mary Jane, słuchając uważnie towarzysza i wyciągając kilka zabezpieczonych plastrów. Szybko użyła ich na własnym ciele, wysypując zawartość kwadratowych, papierowych torebek na stół.

Koniec

Komentarze

Anonimie, jaki jest sens publikowania “wstępu do drugiej części powieści”, skoro nie znamy części pierwszej ani w ogóle nic z Twojego świata? Rzut oka na zakończenie pokazuje jasno, że urwałeś/aś ten kawałek w przypadkowym miejscu. Na dodatek tenże sam rzut oka na ostatnie akapity pozwala stwierdzić, że z wykonaniem zapewne też rewelacyjnie nie jest, ponieważ źle zapisujesz dialogi, a także masz problem z przecinkami.

Spróbuj może zmierzyć się z takimi pytaniami: dlaczego użytkownicy portalu mieliby poświęcać czas na czytanie czegoś takiego? Po co? Jaką satysfakcję czytelniczą mogą z tego wynieść?

 

Aha, masz tu poręczny poradnik portalowego survivalu, zwróć uwagę szczególnie na punkt 8:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Anonimie, reklamy na tym portalu są zakazane, a sposób, w jaki prezentujesz link, wskazuje na taki właśnie jego charakter.

To sformułuj inaczej wstęp do linku. Zarówno teksty jak i komentarze są edytowalne.

 

A ja akurat za postapo nie przepadam i nic nie wskazywało na to, że jest inaczej. Zaglądam do większości nowych tekstów (co nie znaczy, że je wszystkie czytam) z poczucia portalowego obowiązku.

I just need to kill something.

Koronkowe firanki, wolno lecz miarowo, poruszały się nad krótkim, drewnianym parapetem.

Pięć określników. Przecinki – rozsypane. Firanki zawsze są koronkowe (niekoronkowe są zasłonki). W jaki sposób "wolno" i "miarowo" miałyby się wykluczać?

Ich biel, dosyć dawno przeżywała swój najlepszy okres, w jakiś dziwny sposób, jeszcze bardziej szpecąc otaczającą przestrzeń.

Nie rozumiem tego zdania, a dużą rolę w tym niezrozumieniu grają przecinki. Pierwszy rozdziela podmiot i orzeczenie (tak nie można). Ostatni oddziela od siebie czasownik i jego określenie (jak wyżej). I dlaczego przeżywanie i szpecenie miałyby być jednoczesne?

Za nimi, ktoś

Bez przecinka.

dbający o całą architekturę tegoż obiektu, postanowił w prosty i skuteczny sposób zainstalować

Co ma architektura do żaluzji? Dlaczego ich instalacja miałaby być trudna i nieskuteczna?

plastykowe szczerbinki

https://sjp.pwn.pl/szukaj/szczerbinka.html "Drobne" nie bardzo pasuje z otworami wszelkiego rodzaju.

"okruchy" światła

Po co dystans?

oraz wyjątkowo długim tapczanie

"Oraz" jest pretensjonalne. A tej wyjątkowej długości nie rozumiem. On był na cały pokój?

myśli.. dzień jak co dzień..

Wielokropek składa się z trzech kropek.

lekko nudnawy albo pozbawiony sensu

Czyli jaki?

odbierała nieustające, głuche i intensywne dzwonienie w uszach

Odbierała? Trzy określniki wskazują w trzech różnych kierunkach.

wycieczki, należały

Bez przecinka między podmiotem, a orzeczeniem.

podpowiadała, silnie wywindowana, kobieca intuicja

Ona potrzebuje intuicji, żeby wiedzieć, co lubi? Nie może być "silnie wywindowana", a najwyżej "wysoko rozwinięta".

Druga opcja, o ile mogła taką brać pod uwagę, polegała na zbyt dużo wypitym alkoholu.

To – to nawet nie jest po polsku.

zupełnie nie interesując się swoim pełnym nazwiskiem

… what?

Nagle zrozumiała, że język którym mówiła, stanowił tylko dziesiętną tego, czego nauczyła się przez całe życie.

Chyba dziesiątą (część).

w każdej z nich, widziała

Bez przecinka.

samoistnie skonstruowane maszyny

Oksymoron. Konstruuje się coś innego, nie siebie.

wśród nich, mogła

Bez przecinka.

super komputery

Łącznie.

odsłoniła pobliskie żaluzje okien

W przeciwieństwie do żaluzji odległych?

dźwięki nie dochodziły z zewnątrz

Nie dochodzą. Chyba. To zdanie wprawia mnie w konfuzję.

około osiemdziesięciu brudnych i obdartych łachmaniarzy

Policzyła ich? I nie bardzo sobie wyobrażam żebraków bawiących się na plaży.

piętrze, jakiejś

Bez przecinka.

przenikliwie spoglądając na drewniany stoliczek

Przenikliwie?

drewniany stoliczek nocny, wykonany z cennego drewna, jakim była olcha czarna

To zapewnianie tylko śmieszy (ona na oko poznaje gatunek drewna? Jest stolarzem?) Uciąć, skrócić i wyrzucić: stoliczek nocny z olchowego drewna.

W zakamarkach szuflad

Zakamarki – w małym stoliczku?

paczkę, wypełnioną pokrojonymi paskami suszonej wołowiny. Czyżby miała jakiegoś adoratora?

Przecinek zbędny. Przeskok logiczny – rozkoszny.

Na samej górze, leżał

Bez przecinka między czasownikiem i jego określeniem.

Szybko otworzyła zamkniętą przeszkodę

Otwartej by nie otwierała.

zadając niezupełnie jasne pytania, swojej fragmentarycznej pamięci, którą trudno było nazwać wspomnieniem

Pierwszy przecinek błędny. Całość mętna.

po krętych i dosyć "niezgrabnych" schodach

Znowu – po co dystans? Nie możesz po prostu powiedzieć, że krzywe?

w jednym momencie, o mały włos nie spadając na sam dół, przypomniała sobie koniec poprzedniego dnia tj. gruby koc

Z górki na pazurki. Zupełny chaos.

oświetlenie nowoczesnej i ogrzewanej sypialni czy ciężkiej, lecz mieszczącej się w dłoni książki

Oświetlenie książki? Największą "mieszczącą się w dłoni" książką, jaką mam, są "Emancypantki" Prusa (ponad 1000 stron) – ale wcale nie nazwałabym jej ciężką.

Czegoś zapomniała w tym tytule. Nowe komputery były brzydkie

Co ma jedno do drugiego?

zdecydowanie, nie mogły

Bez przecinka między czasownikiem, a określającym go przysłówkiem.

czymś tak wykończonym, będącym jej niedawnym miejscem wypoczynku

Nie wiem, o co chodzi.

wahania, które mogły być spowodowane brakiem równowagi

Really.

zbytnio nagromadzonych wątków wiązanych z jednostkami ludzkiej pamięci.

… co?

Palec wskazujący lewej dłoni, samoczynnie dotknął

Bez przecinka, patrz wyżej.

napiętej do granic możliwości oraz lekko bolącej skroni.

Napiętej… skroni? I palec tak do niej pofrunął?

W odległości paru metrów, pląsali w tańcu, skaczący i bawiący się rybacy

Przecinki zbędne. To ona schodzi, a parę metrów od niej (w klatce schodowej, jak mniemam) tańczą rybacy. Mhm.

po czym nie zwracając większej uwagi

Po czym, nie zwracając większej uwagi – na co? O co chodzi? Skąd tu nagle smok?

Co chwilę, wymachiwał

Bez przecinka (p. wyż.)

odwróconego, silnie zbudowanego mężczyzny.

Znaczy, bycie odwróconym jest jego stałą cechą? Prezes?

Mary, Jane nienawidziła myśleć o sobie, w kategoriach czyjejś własności

Oba przecinki błędne.

wypatrywała każdy błąd, jaki mogli popełnić otaczający ją ludzie

Każdego błędu. Co to ma do poprzedniego zdania?

teorie oraz tezy z czasów, co najmniej początków ery średniowiecza

??? Oba przecinki w tym zdaniu zbędne, ale mogę to stwierdzić tylko mechanicznie, bo i bez nich pozostaje mętne.

Wreszcie miała coś nowego na języku.

?

wie, o twoim zwycięstwie

Bez przecinka – czasownik i określenie.

powiedziała szczerząc

Powiedziała, szczerząc.

krótkie, blond włosy

Bez przecinka – grupa nominalna.

zmęczonemu, lecz w gruncie rzeczy, silnie zbudowanemu ciału

A jak to się wyklucza?

odwrócił się powoli, w stronę znajomej

Bez przecinka.

cała fizjonomia przypominała ograniczone umysłowo dziecko

Cała fizjonomia przypominała dziecko, o, matko.

Każde z jego naprężającego się muskułu, wbrew pozorom stawało się coraz mniej kontrolowane i bardziej silne.

To bełkot. A chwytanie za gardło chyba powinno być odrobinkę dramatyczne, nie?

starszy ale nadal sprawny

Starszy, ale nadal sprawny. A co to za jeden i skąd się tu wziął?

A teraz, popatrz na mnie bardzo powoli.

Przecinek zbędny. Jak się patrzy "powoli"?

Wewnątrz niego, przetrzymywano

Bez przecinka. Przetrzymuje się zakładników, a pojemniki można przechowywać.

odpadem radioaktywnym rdzenia atomowego, a większość osiadła na jego plecach, tworząc kilku centymetrowe otwory.

Kilkucentymetrowe. Nie, przepraszam, ale mam dość. Nie chodzi nawet o radioaktywność z filmu o Godzilli – po prostu nie widzę tu sensu. To, co przeczytałam, ma pretensje do jakiejś głębi, ale nieuzasadnione. Przykro mi. Akcji serca brak.

Bardzo dziękuję za pomoc, Tarnino.

Może to śmiesznie zabrzmi, lecz kiedyś stosowałem wielokropek z trzema kropkami i niestety wiele osób radziło inaczej. Jednak chylę czoła, moja duma poskromiona.

Interpunkcja jest moją “piętą achillesową”.

cała fizjonomia przypominała ograniczone umysłowo dziecko

Nie jest zbytnio gramatycznie ale to nie traktat o zbieraniu truskawek. Mężczyzna z upośledzeniem dziecięcym, wielki dramat – chociaż bywa gorzej.

Koronkowe firanki

https://www.obrus.eu/koronkowe-c-120_241.html

Wiele błędów wyłapujesz w tym fragmencie mojego opowiadania i szczerze dzięki za wszystko.

Pozdrawiam,

niestety wiele osób radziło inaczej

A, to dziwne. Wielokropek przed wojną miał trzy kropki i teraz ma.

Koronkowe firanki

Nie wzorowałabym się na stronie internetowej sklepu.

Wiele błędów wyłapujesz w tym fragmencie mojego opowiadania i szczerze dzięki za wszystko.

Nie ma sprawy.

Zostałam wrzucona w środek jakiejś historii, a ponieważ nie znam jej początku, miałam nieustające wrażenie ciągle rosnącego chaosu, skutkiem czego nie wiem, Anonimie, co chciałeś osiągnąć, prezentując Wycieczkę nad morze, bo ja z niej nic nie zrozumiałam. :(

Wykonanie jest bardzo złe. Nieczytelny, zły zapis dialogów, wiele fatalnie skonstruowanych zdań, że nie wspomnę o innych błędach i zlekceważonej interpunkcji – skutecznie odstręczają od lektury powyższego fragmentu.

Nowa Fantastyka