- Opowiadanie: leniwy2 - Połów

Połów

Kraj: Wielka Brytania(Szkocja), XIX wiek.

Starałem się, żeby zapis dialogów lśnił, ale nie byłbym sobą, gdyby interpunkcyjne babole się nie pojawiły.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Połów

Mam na sobie granatowy, ciasny, modny surdut. Obok, na ławie, na pokrytych drzazgami deskach, kładę nowy cylinder z czarnego filcu. Czuję się jak u siebie i nie u siebie. Jest mi dziwnie ciepło, odpinam guziki kołnierza, zawsze tu było duszno, ale dzisiaj ledwo łapię oddech. Otacza mnie drewno, zapachy starych plam, trunków, które lały się przez lata na klepki podłogi, które ja sam wylałem. Nagle mam ochotę wyrzucić cylinder – nie pasuje do tego miejsca. Palcami, które od dziesięciu zim nie skalały się pracą, przesuwam po szorstkim sosnowym blacie. Bardzo możliwe, że ja też nie pasuję. Kiedy wchodziłem, widziałem niebo szare od chmur, teraz, gdzieś w oddali słyszę pierwszy grzmot, pomruk, cichy głos, wzywający kogoś, kogo już nie ma. Idzie sztorm.

– Dwa razy indyjskie jasne – mówi dziewczyna i stawia przede mną kufle.

Unoszę dłoń, w geście wdzięczności, chcę już wrócić do rozważań.

– Pański przyjaciel się spóźnia? – pyta, może dlatego, że wyglądam zamożnie, może dlatego, że wyglądam staro.

– Rzeczywiście.

– Ale przyjedzie dzisiaj?

Podnoszę kufel do ust, lubię gorzkie piwo. Nie wiem co odpowiedzieć.

– Jesteś tu nowa?

– Tak, skąd pan wie?

Milczę.

– Przyjedzie – odpowiadam w końcu, a dziewka zamiata ścierką zbutwiały blat, odchodzi.

Wyciągam z kieszeni fajkę i nabijam ją. Kawałek pachnącego drewna oraz dwa obłoki dymu, tyle mi zostało. Mam dużo – trzy posiadłości, fabrykę, kilka stad owiec, które pasterze ganiają w moim imieniu z zachodu na wschód, nawet jedną córkę, której pomagam, chociaż nie wie, kim jestem. Dla mnie jednak liczy się tylko stara fajka i szczypta zwietrzałego, ledwie tlącego się tytoniu. Zaciągam się jak najmocniej. Jest już późno, wchodzą ci z wojskowych, śmieją się, grają i tańczą, obłapiają dziewki, a te same do nich lgną. Wnętrze piwiarni staje się głośne, prawie nie do zniesienia, wolę ciszę, ale nie mam im tego za złe. W największej gospodzie w Peterhead, czy noc, czy dzień, zawsze trwa zabawa.

Koło dwunastej przepite gardziele i czerwone twarze zbierają się w kręgu, żeby śpiewać żeglarskie pieśni. Mi też już lekko kręci się w głowie, podryguję w rytm rozstrojonej harmonii, gitary bez dwóch strun, a dziewczyna ciągle dolewa do kufla, choć drugi stoi pełny. Sztorm się zbliża, światła błyskawic wpadają przez uchylone drzwi, pomruki grzmotów trzęsą ziemią, deszcz bębni o dach, lecz w środku trwa zabawa. Czuję się trochę lepiej, do czasu gdy słyszę nuty kolejnej szanty. Błagam ich w duchu, żeby nie śpiewali ostatnich zwrotek. Śpiewają.

 

Z Diamentu piękny statek był,

Przy kole sternik stał,

Portowe dziewki śmieją się,

Że bał się morskich fal.

 

Johnny Smith wołali go,

Dla przyjaciół Biały John,

Krochmalnego płótna kolor miał,

Gdy patrzył w morską toń.

 

A więc krzycz o, ho!

Odwagę w sercu miej!

Wielorybów cielska groźne są,

Lecz dostaniemy je.

 

Fordewind raz zadął w żagle,

Dziób statku uniósł się,

John ze strachu puścił reling,

Za burtę zsunął się.

 

Pływa dzielny sternik twarzą w dół,

Nikt prócz nas nie wspomni go,

Bo i większy tchórz z Johnnego był.

Niźli tchórzów sto…

 

A więc krzycz o, ho!

Odwagę w sercu miej!

Wielorybów cielska groźne są,

Lecz dostaniemy je.

 

O, nie tak źle ci na dnie Johnny,

Syrena choć ci da,

Zwykła dziewka nie śpi z marynarzem,

Co pod siebie sra…

 

Gdy kończą, izbę wypełnia rechot kilkudziesięciu gardzieli, radosne okrzyki i szczęknięcia zderzających się kufli, nawet smutny bosman uśmiecha się pod nosem. Wiem, że to głupia przyśpiewka, niewarta zachodu, ani chociażby splunięcia, ale mimo to czuję, że moje dłonie zaciskają się w pięści. Niech sobie wycierają nią mordy przy wiosłach, przy żaglach, w nocy i za dnia, kiedy rzygają po długim wieczorze i kiedy od szkorbutu wypadają im zęby, dla mnie mogą ją śpiewać bez przerwy i codziennie. Codziennie, ale nie dzisiaj.

– Gówno prawda – szepczę.

Kilkoro głów odwraca się w moją stronę.

– Mówię, gówno prawda! – Uderzam z całej siły w stół, stare deski trzeszczą, prawie się łamią. Na twarzy czuję nagle morską bryzę, w płucach, słony wiatr, mój głos jest potężny, tak jak kiedyś był, prostuję się, podnoszę brodę, patrzę na nich i w końcu duchota przechodzi, w końcu przez chwilę czuję się wolny.

Trzech osiłków wstaje w milczeniu, podchodzi do mnie, ich barki twarde, twarze harde, nalane. Jestem stary, słaby, patrzę im prosto w oczy.

– Co tam burczysz? – odzywa się największy, w czerwonej chustce.

– Dziadek chyba zabłądził – mówi drugi, ten z odkrytym torsem.

– Wygląda, jakby dziadek wybierał się na partyjkę krykieta u królowej Wiktorii. A trafił do tawerny, akurat żeby posłuchać naszego żołnierskiego występu, cóż za zbieg okoliczności. I jak? Nie spodobała się przyśpiewka? – pyta trzeci.

Milczę przez chwilę. Na języku czuję morską sól.

– Zgadza się, gogusiu. Co do joty – odpowiadam, gdzieś w oddali słyszę fale, rozbijające się o brzeg.

– No, to ciekawe. Tylko kim ty, kurwa, jesteś, żeby nam zabawę psuć, co? – odpowiada czerwony, dość piskliwym tonem. Zaczyna mi działać na nerwy.

– Kim ja jestem? – Wstaję. Mój głos jest donośny, nie mówię już tylko do nich, ale do całej tej zaplutej tawerny, do największej, najgęściej obszczanej gospody w Peterhead, której właściciele zmieniają się jak rękawiczki, a w której nikt nie pamięta ludzi wartych zapamiętania, ani historii wartych opowiedzenia, gdzie pokolenia marynarzy wydały swój krwią splamiony żołd po to, by dzień, dwa dni później popaść w zapomnienie, nicość i pustkę. Ale zabawa wiecznie trwa.

– Ja jestem kapitan Thompson. Natomiast ta łajba, co piosenki o niej śpiewacie, co przy jej imieniu do gardła gorzałę lejecie, co Diamentem się zwie, to mój statek. I gówno prawda, jeszcze raz, gówno prawda, że nikt już nie wspomni Białego Johna. Ja wspomnę.

 

– Nie przyjdzie. Ja bym nie przyszedł.

Kręcę głową. Patrzymy z dolnego pokładu w stronę zamglonych uliczek Peterhead, rzędów niskich, portowych, obskurnych domostw. Za naszymi plecami wschodzi słońce, powietrze jest rześkie, wieje południowy wiatr.

– Daj mu chwilę. Pierwszy prawdziwy rejs, spotkanie z kapitanem, z ludźmi morza, pierwsza okazja, żeby naprawdę coś zarobić. Chłopak się zachłysnął, na pewno przyjdzie.

– Zachłysnął, zachłysnął, a potem ja go będę miał przez dwa lata na głowie. – Biały John śmieje się, ręce, wielkie jak drągi, krzyżuje na piersi. – Ale tak szczerze, to późno już, na Davis Strait flota wypływała pół roku temu. Pamiętaj kapitanie, co mówił Dick Harrison.

– W dupie mam, co mówił. Szkutnicy długie miesiące dłubali w drewnie, żebyśmy siedzieli w porcie? To praktycznie nowy statek, z dobrym wiatrem będziemy na Grenlandii w dwadzieścia dni, a za niesubordynację pan zarządca mi jeszcze ręce wycałuje. – Zastanawiam się chwilę. – Zresztą musimy wypłynąć. Ja muszę.

Mgła pierzchnie, niebo jest jasne, błękitne, majtkowie zbierają cumy, chcą już odbijać. Diamencie, łajbo stara, zawsze byłaś piękna, ale dzisiaj się błyszczysz. Rzemieślnicy długo cię dłutami traktowali i dobrze, niech Duńczykom oczy się świecą z zazdrości.

Spoglądam ostatni raz na panoramę miasta, które mnie zrodziło i wychowało, na koślawe ulice, dwie brudne dorożki, kursujące tu od niepamiętnych czasów, zbutwiałe chatki, rybackie sieci wywieszone wzdłuż brzegu. Morze znów mnie wzywa, ale wrócę, niedługo wrócę, co to są dwa lata, sześćset dni minie, będę bogatszy niż kiedykolwiek, może na tyle bogaty, żeby nie pływać pół świata za chlebem, żeby naprawdę coś osiągnąć. W stolicy znam kilkoro ludzi, na prowincji też, życie nie skończy się, kiedy zejdę na ląd. Muszę tylko w dobrym miejscu postawić stopę.

– Miał kapitan rację. – John wybija mnie z rozmyślań, wyciąga muskularne ramię przed siebie. – Przyszedł.

Po kamiennym molo biegnie niski, ryży podrostek, prawie dziecko, z tobołkiem przewieszonym przez ramię, potyka się co jakiś czas o bruk, ale nie zwalnia.

– Myślisz, że da radę?

John kiwa głową, wierzy w niego. Podnoszę ręce do ust.

– Dawaj po sztormtrapie młody! – Spoglądam w stronę załogi. – A wy, darmozjady, rozwijać żagle, bo mi tu pozasypiacie!

John śmieje się krótko w niebo.

– Z kolei pan, panie pierwszy oficerze, niech przypomni sobie swoją dawną funkcję i przejmie ster, bo Jacobowi już nie ufam, po jego ostatnich popisach.

– Skoro kapitan prosi. – Odwraca się na pięcie.

Wchodzi na górny pokład szybkim krokiem. Trzyma się jak najdalej od burty, kurczowo chwyta za wewnętrzną poręcz schodów. Gdybym go nie znał, możliwe, że by mnie to zdziwiło.

Chłopakowi udało się wejść po linach, opiera się o reling, jego nogi drżą. Twarz ma czerwoną, dyszy, ale kiedy podchodzę staje prosto i poprawia koszulę.

– Pamiętasz, jak mam na imię, młody?

– T-tak, k-kapitanie Thompson.

– A statek jak się nazywa?

– D-diament, panie kapitanie!

Śmieję się.

– No to już wszystko wiesz. Ja, kapitan Thompson, każę teraz tobie, majtkowi, odłożyć tobołek, wziąć wiadro, które stoi tam, przy maszcie, i szorować pokład.

Chłopak rozgląda się, już ma odejść, jednak staje w pół kroku.

– Ale k-kapitanie, tu jest bardzo czysto, po co znowu to myć?

Uśmiecham się i patrzę w górę, na Białego Johna. Ten kręci tylko z politowaniem głową. Śmieję się głośno, głośniej, aż do rozpuku, a rufa i dziób, trzeszczące drewno, zmęczone liny, żagle i maszty, morskie bałwany, toń, wszystkie one śmieją się wraz ze mną.

 

Jest dwóch Johnów Smithów. Pierwszego można spotkać w porcie i kapitańskich kwaterach. Z pochodzenia Walijczyk, z powołania awanturnik, nieprzystojny, urody raczej przeciętnej, ale wielki i silny, o głosie niskim, przyjemnym, ukochanym przez kobiety, oczach zmrużonych i pogodnych, patrzących w dal, w przyszłość. Skory do żartu, lojalny. Tak dobry, jak tylko dobry potrafi być człowiek wychowany przez morze. Ile portów z nim zwiedziłem, nie zliczę, ile razy szliśmy we dwójkę na dno, też nie. Podczas jednego ze sztormów, wyciągnął po mnie rękę. Chociaż wolałbym o tym zapomnieć, wiem, że gdyby nie ten samotny zryw mięśni, ruch ścięgien, leżałbym teraz na dnie, gdzieś, dokąd promienie słońca nie docierają, gdzie panuje wieczna noc i chłód. Kiedyś nadejdzie czas, bym odwdzięczył się za przysługę, a wtedy, moje ciało nie zawiedzie. Nie może zawieść.

Drugi John to ten, który odbija się w tafli wody. Jest błyskiem, refleksem, dostrzegam go wśród fal, wirów, ale pierzchnie, nim zdążę wypowiedzieć chociaż słowo. Drugi John nie podchodzi do burty, jego oczy są szeroko otwarte, niespokojne, rozedrgane. Wiecznie szukają zagrożenia, widzą coś, czego ja nie widzę. Ręce wczepiają się w reling, paznokcie ryją bezsilnie w drewnie, byle tylko powstrzymać, osłonić, uciec. Wielki, dzielny marynarz garbi się nad sterem i patrzy w dół, wzywam go po imieniu, ale nie odpowiada. Drży.

Potem znika tak samo nagle, jak się pojawił. Płyniemy szybko, wiatr wieje nam w plecy, na niebie nie ma chmur. Młody nie dostaje nocnych zmian, zamiast tego wstaje o świcie i szoruje pokład. Nie wszystko robi uważnie, ale kiedy coś przeoczy, jestem pobłażliwy. Gdy kończy, uczy się wiązać liny, wspina na orle gniazdo albo idzie pod pokład, pompować. Czasem, jeśli ma szczęście John pozwala mu pokierować statkiem.

– Trzymaj kurs, majtku, choćby i Duńczycy do nas z armat strzelali!

– T-tak jest, panie oficerze!

John bierze się pod boki i śmieje, dużo w tym śmiechu szczerości.

– O nie, majtku, czy i ty to widzisz?

– P-panie oficerze?

– Wiesz co to, ten mały ciemny punkt, na horyzoncie?

– Ale tam nic nie ma…

– Źle patrzysz! Czarna flaga łopocze na wietrze, to korsarze tego kundla, Fryderyka! Co ich tu przygnało? Płyną jak diabły, prosto na nas, lekką ręką daję im piętnaście węzłów! Jesteśmy zgubieni, majtku!

– P-panie oficerze!

– Gotuj się majtku, bierz co pod ręką! Jeśli nie harpun, to chociaż linę, wszystko, by się obronić, ocalić skórę! Uważaj i czuwaj, bo zaraz zacznie się tu… abordaż! – Biały John rechocze, z zaskoczenia próbuje dać młodemu przez żebra, ten jednak wymyka się, chowa za sterem.

– Ho ho, widzę, żeś zwinny, ale nie łudź się, że uciekniesz przed korsarską szablą! – Łapie chłopaka za kołnierz, zakłada dźwignię, czochra mu włosy i wykręca nos. Młody parska, próbuje się uwolnić, w końcu John luzuje chwyt i obaj padają na pokład. Uśmiecham się do siebie.

Szybko mijamy znajome, szkockie fiordy i wypływamy na otwarte wody Atlantyku. Pogoda ciągle nam dopisuje, Diament mknie, jakby działała na niego jakaś obca siła, jakby ktoś wielki, ukryty stał za nami i dłonią, o delikatnych, smukłych palcach, popychał rufę.

Chłopak nie odstępuje już Johna na krok, ten niby się opędza, ale widzę, że lubi młodego, że kiedy z nim jest, twarz ma spokojną, a oczy pogodne. Uczy go jak obsługiwać busolę, wpuszcza czasem do kwater, pokazuje zakurzone mapy, rysuje po nich cyrklem i jemu pozwala rysować, kreśli figury, tłumaczy.

Popołudniami jednak, młody znika pod pokładem, a spojrzenie Białego Johna traci blask. Plecy wyginają się w łuk, rysy twarzy wyostrzają, ręce tetryczeją, paznokcie zakrzywiają w szpony. Porusza się chybotliwym krokiem, jak najdalej od wody, gdy choć na chwilę musi zboczyć z drogi, blednie, szepcze coś cicho do siebie.

Znam Białego Johna, nie zaskakują mnie drobne dziwactwa, ale po raz pierwszy widzę go w tak ciężkim stanie. Wczoraj odprowadzał chłopaka do mesy. Kiedy młody zniknął pod pokładem, John zastygł w miejscu jak posąg, stał tam od popołudnia do wieczora. Otrzeźwiał po paru godzinach, wdrapał się pospiesznie na górę, chciałem coś powiedzieć, ale minął mnie, milcząc.

Ta rozmowa powinna była się odbyć dawno temu. Jestem stary, wzywa mnie ląd, skaliste wybrzeża, zielone pagórki Szkocji, jasne ściany londyńskich pałaców. Ale zanim odejdę, zanim zostanie sam, muszę wiedzieć, wysłuchać i zrozumieć. Łapię go za ramię, jest jasna gwieździsta noc, księżyc w pełni, światło odbija się od fal, błyszczy, rzuca cienie, które układają się w znaki, formy, struktury, a ja łapię go za ramię i mówię:

– Chcę porozmawiać.

– Coś ważnego, kapitanie?

– Chodź.

Idziemy razem na rufę, Jacob przejmuje ster.

– Jestem już stary – mówię po prostu.

Uśmiecha się.

– Nie żartuję. Jak myślisz, czemu chciałem tak szybko wypływać?

– Czemu?

– Bo to mój ostatni rejs. Kiedy wrócę, sprzedam olej, fiszbin i pożegnam się z Diamentem. Pod kimś innym będzie musiał pływać.

Spuszcza wzrok, na moment zapada się w sobie. Zostanie sam. Nagle znowu się prostuje, oczy, od dawna zmartwione, stają się pogodne.

– W takim razie trzeba to solidnie oblać! Oj, całe Peterhead przez miesiąc nie zaśnie! A jak dobrze pójdziemy, to i dwa! – Śmieje się, ja razem z nim.

– Trzeba oblać, trzeba, bo to nie jedyna okazja.

– Na rycerza też cię pasują?

Rozmawiam z Johnem, z moim najlepszym przyjacielem, człowiekiem morza, wielkim i silnym.

– Wiesz, znam paru ludzi.

– Do kroćset, ciebie lepiej nie pytać.

– Znam paru ludzi, a zostaje po mnie statek i pusta posada kapitana.

Widzę zdumienie na jego twarzy.

– Nie zrobisz tego! Nie zrobisz! – krzyczy w noc, w gwiazdy.

– A właśnie, że zrobię. Jeśli się dobrze zakręcę, potrafię zrobić wszystko, kapitanie Smith.

John otwiera ramiona, dajemy sobie uścisk szorstki, uścisk silny. Nie wie co powiedzieć.

– Diament mój?

– I Diament i czapka będą twoje. Ale jest warunek. Kiedy odejdę, muszę wiedzieć, że poradzisz sobie sam. Że zostawiam statek w dobrych rękach.

Po jego twarzy przebiega cień, skroń marszczy się, usta zaciskają. Walczy w milczeniu, z czymś ukrytym, czego słabe, księżycowe światło nie może ujawnić.

– Zanim odejdę, muszę wiedzieć – powtarzam.

Charczy i spluwa.

– Dobrze, powiem, powiedziałbym ci już tamtej nocy, po sztormie, gdybyś spytał.

Nisko, nad naszymi głowami, wisi niebieski firmament.

– Wiesz, kim jest matka wody i blasku?

Wzdrygam się na dźwięk tego imienia. Na statku, na morzu, nierozważnie takie imię wymawiać.

– Słyszałem jakieś historie, strzępy powtarzane przez dzieci i starców.

– Co konkretnie?

– Opowieści o kobiecie stworzonej ze światła, która zrodziła wszystkich na wyspach, która mieszka tam, gdzie słońce spotyka się z zakolem strumienia. Płynie jak rzeka, dawno wyschniętymi korytami do morza. Przegląda się w śniegu. Kocha, co jasne i czyste, nienawidzi, co brudne i martwe.

John patrzy w niebo.

– Ona istnieje – mówi. – Spotkałem ją. Mój ojciec był rybakiem, pamiętasz?

Pamiętam.

– Miałem wtedy pięć lat, przez cały dzień mocno świeciło słońce. Wieczorem ojciec wracał z połowu, wybiegłem jego łódce naprzeciw, stałem po kolana w wodzie. Chciał mnie chyba przytulić, więc też zszedł do jeziora. W tym jednym momencie, kiedy się podnosił, zobaczyłem ją na powierzchni, poczułem dotyk, chłodny oddech na karku. Wysoka i zimna. Lodowe kwiaty na skroni, włosy białe, proste, lśniące spływały luźno po ramionach. Była naga, jak ze szkła albo srebra, przez jej ciało widziałem niebo. Blask bił spod półprzymkniętych powiek, otworzyła usta. Miała ostre, wąskie, długie zęby. Nieludzkie. Wargi poruszały się, wypowiadały słowa od dawna zapomniane. Uciekłem, biegłem byle dalej, byle nie widzieć, zostawić, ale wciąż czułem smukłe palce, zapach śniegu i wiosny.

Wróciłem do domu. Matka wzięła mnie na kolana, wysłuchała, potem mówiła o przodkach, o pani, która nie marzy, która dotyka. Zasnąłem. Kiedy się obudziłem, byłem kim innym. Za każdym razem, gdy widzę swoje odbicie, czuję jej obecność, skłębione myśli, oddech. Dlatego się boję, drżę, dlatego nie patrzę w morską toń, uciekam…

Kończy, czeka na osąd. Milczę.

– Nie wierzysz mi. – Uśmiecha się słabo. – Ja też bym nie uwierzył.

Kręcę głową, przecieram skroń.

– Wierzę. Po prostu cię nie rozumiem.

– Jak to?

– Powiedziałeś, że uciekasz, jestem do ciebie podobny, tylko że ja gonię. Spotkaliśmy się, ten, co ucieka i ten, co goni na jednym statku, ale coś ciągle chowa się w cieniu. Boisz się wody, płaskiej tafli, tak? Więc czemu, Biały Johnie, wytłumacz mi, czemu zostałeś marynarzem?

Nie odpowiada, patrzy na fale, odbijają światło księżyca. Odchodzę, pozwalam mu się zastanowić, ale gdy stawiam trzeci krok, słyszę głos.

– A ty, kapitanie? Czemu zostałeś marynarzem? – Przystaję. – Co jeśli to ja gonię, a ty uciekasz?

Śmieję się i zamykam za sobą drzwi kajuty.

Mój umysł jest niespokojny, nie mogę zatrzymać myśli. Zdejmuję czapkę, płaszcz, koszulę, wyciągam szklany korek z flakonu i piję duszkiem. Gorąco. Zrzucam resztę ubrań i kładę się na łóżku, fale kołyszą statkiem, w głowie szumi rum. Zasypiam snem powolnym, leniwym.

We śnie przychodzi do mnie matka Białego Johna. Ma na sobie prostą, siermiężną, lnianą suknię, gładzi me czoło, nos, całuje w policzek. Rozpuszcza długie, kasztanowe włosy, pozwala się w nich zapaść, zatopić, obejmuje czule, zbliża swoją twarz do mojej. Jej skóra jest gładka. Bezbarwne usta zbliżają się, rozchylają, odsłaniają zęby.

– Wszyscy jesteśmy dziećmi Dôn, synami Blodeuwedd… – szepczą.

Przed oczami mam pustkę.

 

– Tytoń się skończył. – Stukam fajką o kant stołu, wypada z niej sadza i proch.

Smutny bosman sięga za pazuchę i wyciąga paczkę owiniętą białym papierem. Kiwam głową z wdzięcznością. Wokół stoją marynarze angielskiej floty, opierają się o ściany, belki, ławy, trzymają kufle, na wąsach mają pianę. Naprzeciwko mnie siedzi trzech osiłków, jeden pochłonięty rozmyślaniami, pozostałych dwóch patrzy w moją stronę.

– To wszystko? Przestraszył się własnego odbicia? – pyta czerwony.

– Potem usłyszał historię na dobranoc i w nią uwierzył – stwierdza ten z gołym torsem. – Jeszcze raz, dlaczego mamy piosenki nie śpiewać?

– A ja tam wierzę w Dôn. Też bym się trochę bał – odpowiada trzeci.

– Boś taki sam tchórz jak John Smith!

Izbę znów wypełnia rechot, tylko bosman strzyże wąsem i spogląda na mnie.

Nabijam i odpalam fajkę, czekam aż się uspokoją. Puszczam kółko z dymu.

– Historia Białego Johna ma jeszcze jeden rozdział – odpowiadam.

Ten w czerwonej chustce drapie się w głowę.

– O tym, że wylatuje za burtę? Jak w piosence?

Uśmiecham się lekko.

– Tak. Że wylatuje za burtę.

 

 

Gdy przybyliśmy, Dick Harrison nie wycałował mi rąk, ale nie dał też przez łeb. Wpływamy do Melville Bay, zatoki, w której roi się od kaszalotów. Niebo jest pochmurne, lecz spokojne, co pewien czas wieje lodowaty, północny wiatr. Z ruchów i spojrzeń załogi można wyczytać jakąś zaciętość, gotowość, determinację. Przez kolejne półtora roku, do dwóch lat, ich życie będzie monotonne, ale wiedzą, na co się pisali. Młody przełyka ślinę.

– Pamiętasz swoją funkcję? – pyta John, patrzy badawczo.

– P-panie oficerze, ja bym wolał po prostu podawać harpuny.

Majtkowie wodują dwie, z czterech łodzi wielorybniczych. Takielunek, liny i lance chrzęszczą w rytm ich pracy.

– A kto ty jesteś, mężczyzna, czy mięczak?

– Mężczyzna!

– No, to w takim razie idź i pokaż im, jak młody Szkot poluje na wieloryba.

– Ale, panie oficerze…

– Bez wykrętów mi tu.

Chłopak spuszcza wzrok, John uśmiecha się słabo i klepie go po plecach

– Jeśli się spiszesz, opowiem ci, jak robiłem na kliprach, w Black Ball Line.

Młody schodzi na łódź, siada przy linach. John podąża za nim wzrokiem, blednie, odsuwa się od burty. Jego stan się pogarsza, przy chłopaku, tylko, czasem się rozluźnia.

Wody są tu ciemnozielone, gęste, tajemnicze. Marynarze siadają do wioseł, łodzie o szerokich kadłubach odbijają, płyną w stronę burzącego fale, czarnego cielska. Wokół panuje cisza, złudne poczucie bezpieczeństwa i chłód poranka.

Pierwszy harpunnik rzuca i pudłuje. Czarne cielsko znika pod wodą, wynurza się przy łodzi, na której siedzi młody. Chłopak polewa wodą liny, jego harpunnik liczy, zgaduje, bierze zamach. Harpun wbija się w grzbiet kaszalota, puszcza krew, woda bulgocze, jakby się gotowała, słychać niski, złowróżbny pomruk. Zwierzę nurkuje, lina przywiązana do harpuna rozwija się z ogromną prędkością, trze o wspornik, drewniany pal na dziobie i, w końcu, napręża. Młody się spisał. Gdyby odpowiednio jej nie zmoczył, zapaliłaby się.

Łódka mknie, rozbija fale, ciągnięta przez czarne cielsko, płynie szybciej niż korsarskie statki, niż klipry Black Ball Line, niż cokolwiek, co człowiek przygotował do morskiej żeglugi. Kaszalot bierze oddech, a majtkowie, raz po raz, kłują go lancami, z nozdrzy dobywa się czerwona piana. Zwierzę miota się, buja łodzią. Drugi oficer kilkoma ciosami przecina ścięgna ogona, czeka, aż ruchy zwolnią. Obserwuje, jego oczy są zawzięte i szare, stalowoszare jak niebo.

Uderza. Podłużny, płaski grot, prawie ostrze, wbija w bok wieloryba, zagłębia w cielsku aż do drzewca. Kaszalot targa kikutem, kłapie paszczą, z jego trzewi dobiega jęk. Potem spokój. Wody znów są spokojne, wokół łodzi rozlewa się plama krwi, czerwień, rozglądam się, patrzę w stronę wybrzeża i oceanu, i widzę całe morze, czerwone.

John odwraca wzrok.

– Całkiem duży, jak na moje oko. Pięćdziesięciobaryłkowiec – mówię.

– Ona brzydzi się tym, co martwe – odpowiada.

– Słucham?

– Nie czuję się zbyt dobrze, kapitanie. Pójdę do kajuty.

Odchodzi chwiejnym krokiem. Majtkowie holują martwego wieloryba w stronę statku. Dwóch wspina się na pokład i opuszcza podłużną deskę, na której układają cielsko, wkłuwają się w skórę, wykonują podłużne cięcia. Z góry zrzucają hak, mocują go tuż nad okiem i ciągną, ciągną z całych sił, jeden za drugim, odrywają szerokie płaty sztywnego tłuszczu, następnie ćwiartują to co zostało. Z czaszki wydobywają bryłę spermacetu, który potem posłuży do produkcji świec, wśród jelit szukają ambry, używanej w przemyśle perfumeryjnym. Rozczłonkowane truchło, krwawą pulpę, nieruchomą masę wrzucają do wody. Unosi się przez chwilę wśród piany i fal, potem opada powoli, obraca w ciszy, idzie na dno, tam, gdzie światło nie dociera, gdzie panuje wieczna noc i chłód.

Przez kolejne trzy dni załoga zajmuje się obróbką i gotowaniem. Komin pieca wystaje nad pokład, pluje w górę dymem i sadzą. Pył, popiół przykrywa statek jak ciemny całun, wpada do oczu i nosa. Olej śmierdzi, śmierdzą napełnione nim baryłki, pomieszczenie do krojenia tłuszczu, drewno i żagle, ubrania majtków i ich ciała, wszystko cuchnie gęstym, mdlącym, rybim swądem.

John w ogóle nie wychodzi z kajuty, ja wychodzę czasem, spoglądam na czarny słup, który pnie się w niebo, i myślę sobie, że widać go z daleka, pewnie nawet z kilkudziesięciu mil, może i kilkuset. Gdyby ktoś nas szukał, gdyby czyjeś jasne, czyste spojrzenie błąkało się wśród chmur, grenlandzkich śniegów i zboczy, ta brunatna iglica z pewnością przyciągnęłaby jego uwagę.

Schylam się, by wypluć węgiel, który czuję w ustach i patrzę w wodę. Przez chwilę mam wrażenie, że Diament pływa po kobiercu uszytym z białych, prostych, długich włosów. Zmarszczki i wiry to kołtuny, splątane pukle, piana to kwiaty. Owiewa mnie chłodna bryza, mrugam. Wrażenie przechodzi.

 

Budzę się, w drzwiach kajuty stoi John.

– Musimy wracać.

Przecieram oczy, wyciągam rękę po butelkę rumu, ale nie mogę jej znaleźć.

– Musimy wracać, teraz.

– John, co ty mówisz?

Jego skóra ma niezdrowy, zielony odcień, pot spływa po niej jak oliwa po surowym mięsie.

– Nie możemy zostać, kapitanie.

– Ale co się właściwie stało?

Narzucam na siebie koszulę, John podchodzi i wyciąga mnie za ramię na zewnątrz. Mamy chłodny poranek, taki jak zawsze tutaj. Wiatr wieje od południa.

– Widzisz?

– Co mam widzieć?

– Nie ma statków kompanii, nie ma słupów dymu, nikogo tu nie ma, oprócz nas.

Rzeczywiście, przedwczoraj, gdzieś na zachodzie dostrzegłem jeden trójmasztowiec i kilka płonących kominów. Dzisiaj morze jest puste.

– I co w związku z tym?

– Kiedy tu płynęliśmy cały czas wiał przychylny wiatr, od południa. Co taki wiatr ze sobą niesie?

– Co?

– Krę, kapitanie, krę.

Potrząsam głową.

– Pół życia tu pływamy, nigdy nie baliśmy się kilku kawałów lodu.

– Kilku nie. Ale teraz idzie ich tyle, że jeśli jeszcze trochę poczekamy, to zginiemy. Cała zatoka zamarznie na kość.

– Skąd to wiesz?

Spuszcza wzrok, po czym znów spogląda mi w oczy.

– Ufasz mi?

Zastanawiam się przez sekundę. Może dwie.

– Oczywiście, że ci ufam, jesteś moim przyjacielem.

– Więc płyńmy.

Moje ciało porusza się samodzielnie jak nakręcana zabawka. Pod pokładem mam sto funtów spermacetu i pięćdziesiąt siedem baryłek tłuszczu. Żeby osiągnąć jakikolwiek wymierny przychód, potrzebuję kilkunastu tysięcy. Mimo to szybkimi ruchami nakładam płaszcz, spodnie i kapitańską czapkę.

– Załoga!

Brudne od popiołu i piasku twarze majtków, zwracają się w moją stronę. Nie zdążyli jeszcze nawet wyczyścić pokładu, młody klęczy przy maszcie. Przełykam ślinę.

– Rozwijać żagle! Kurs na Davis Strait!

Patrzą na siebie.

– Kapitanie, jak to?

– Co z naszą dolą?

Odwracam się i widzę Johna, zgarbionego, cherlawego Johna, trzymającego się kurczowo poręczy. Zaciskam zęby.

– Davis Strait! – krzyczę ile sił w płucach, woda niesie echo dalej, niż sięga wzrok.

Płyniemy tak szybko, jak się da. Niebo nagle ciemnieje, morze też, wybrzeże, zbocza gór wydają się mniej przyjazne, ostrzejsze. Na początku wśród załogi słychać pomruki niezadowolenia, ale im dalej na południe, tym stają się cichsze, w końcu zupełnie milkną. W całym Baffin Bay nie ma żywej duszy. Biały John wygląda jakby się modlił, klęczy na brudnych deskach, Jacob przejął ster. Młody wspina się na orle gniazdo, wypatruje zagrożenia. Co ja właściwie robię? Ten rejs miał zapewnić mi przyszłość, a sprowadzi na skraj bankructwa. Uciekam przed czymś, czego nie widzę, przed szeptem, obłąkaną wizją.

– Kapitanie! Kra na horyzoncie!

Podnoszę lunetę, ale nie widzę kry. Widzę wysoki, biały cień, jakby zawirowanie powietrza, stąpające po lodzie. Patrzę na nie, ale mam wrażenie, że to ono patrzy, odwracam wzrok, zimny pot spływa mi po plecach. Cała załoga też to dostrzega. Część z nich przeciera oczy, część krzyczy, zawodzi, Jacob żegna się i załamuje ręce. Tylko John klęczy w bezruchu, spomiędzy struchlałych warg dobiega cichy syk.

Przez fale, nad falami, w stronę statku zbliża się matka. Jest wysoka, wyższa od grotmasztu, czoło dotknięte mrozem, lśniące włosy, warkocze unoszą się na wietrze. Jej ciało to lustro, odbija się w nim lód i czarna, morska toń. Półprzymknięte powieki podnoszą się, oczy są żywe i martwe zarazem, nie mają źrenic, tęczówek, są jak kryształ, bije od nich pomarańczowy blask. Widzi nas, nasz statek, co Diament się nazywa, widzi mnie, staje. Biorę głęboki wdech.

Czuję zapach oleju. Wisi, unosi się w powietrzu, trafia do jej nozdrzy. Matka też czuje swąd starego tłuszczu, krwi, która wsiąkła w deski pokładu, popiołu i dymu, i kości wyrzuconych za burtę, i matka krzywi się i otwiera usta w gniewie, bo nienawidzi tego, co martwe. Ostre jak igły zęby wydłużają się, rzęsy, powieki rogowacieją, skóra ciemnieje, pokrywa się brunatną łuską, szczupłe nogi łączą w ogon, ręce tracą palce i dłonie, zmieniają w płetwy. Szyja znika, oczy, rozżarzone węgle, pokrywa błona. Monstrum wisi przez moment w górze, ryczy, po czym spada między fale.

Wiatr zrywa się, pada deszcz, ulewa. Odpycham Jacoba, biorę ster w dłoń. Potwór płynie prosto na nas, potężne uderzenia ogona podrywają w górę fontanny piany, pod powierzchnią wody ślepia błyskają pomarańczowym światłem, zawiścią. Majtkowie szlochają, obejmują maszty, część zastanawia się, czy nie zeskoczyć z pokładu.

– Zamknąć mordy!

Jacob zaczyna płakać. Zmieniam nieznacznie kurs.

– Powiedziałem, zamknąć mordy! Ostrza w dłoń, komu życie miłe. Przywiązywać się do bakburty, kiedy uderzy, bić z całych sił i jeszcze mocniej! Rozkaz, skurwysyny!

Dochodzą do siebie, nie kieruje nimi już strach, ale zimna determinacja, chłodna bezwzględność ludzi, którzy nie mają drogi odwrotu. Tylko Biały John wciąż wczepia się w poręcz schodów, jego członki i tułów drżą, mam wrażenie, że zaraz się rozpadną.

Drugi oficer rozdaje broń, kwatermistrz – liny. Bestia jest coraz bliżej, trzydzieści zaprawionych przez wiatry i słońce twarzy, trzydzieści par silnych, żylastych rąk, trzydzieści szerokich, mokrych piersi, wszystkie stają przeciw niej.

Brunatny czerep, cielsko zderza się z kadłubem, impet zwala mnie z nóg. Długie zęby ryją, próbują przebić, zmiażdżyć deski, ślizgają się po drewnie. Wstaję, marynarze podnoszą harpuny i lance nad głowy, rzucają, dźgają i kłują, walczą. Stwór odpływa, ale tylko na chwilę.

– Trzech na dół, nabieramy wody! – Mój głos ginie wśród strug deszczu i huku drugiego uderzenia.

Wielorybnicy znów atakują, ale bestia jest tak zwinna, a jej pancerz tak twardy, że nic sobie z tego nie robi. Kątem oka dostrzegam jakiś cień, zsuwający się po olinowaniu. Spluwam.

– Młody, nie schodź! Zostań na gnieździe, słyszysz?!

Nie słyszy, schodzi, ale zbyt wolno. Tym razem bestia napiera grzbietem, Diament trzeszczy, prawie pęka, jak łupina orzecha.

– Kapitanie! – krzyczy drugi oficer. – Kapitanie, człowiek za burtą!

– Lina, kurwa mać!

Skulony John widzi chłopaka targanego przez fale, jego głowę, która co i rusz zanurza się w czarnych odmętach. Sznur rozwinięty przez kwatermistrza padł zbyt blisko statku, młody nie ma szans do niego dopłynąć. A przecież nie słyszał jeszcze o kliprach Black Ball Line, nie widział obiecanych atlasów i map.

Coś odzywa się we wnętrzu Białego Johna, coś co nie ma już siły gonić i uciekać, co kruszy strach przed matką, demonami i odbitym światłem. Wstaje, prostuje się, jego twarz jest spokojna. Idzie w stronę bakburty, stawia kroki podobne do gromów, przysięgam, widziałem jak spod butów uciekają mu błyskawice. W marszu zdejmuje płaszcz i koszulę.

– John, przestań. – Nie słucha mnie, więc puszczam ster.

– John, Diament! Kapitańska czapka! To wszystko twoje! – Biegnę za nim, ale jest już przy burcie.

Stoi w deszczu, nieprzystojny, nagi do pasa, wielki i silny, człowiek, który mnie rozumiał i ocalił, a w którego zwątpiłem.

– John, zostań, ja pójdę!

Linę owija wokół pięści, do ręki bierze harpun. Odwraca się przez ramię.

– Pamiętaj o obietnicy.

Skacze za burtę, w otchłań. Sekundę później stoję tam, gdzie on stał, dłońmi chwytam powietrze. Byłem zbyt wolny. John szybko dopływa do młodego, daje znak majtkom, by zwijali.

Matka jest blisko. Nie zdążymy wyciągnąć ich obu, John zostawia linę. Stwór płynie na niego, otwiera paszczę pełną zębów, on podnosi harpun nad głowę i uderza prosto w płonące ślepie. Matka wije się, krzyczy i płacze, ale John nie puszcza, potwór nurkuje w morskie odmęty, ale John nie puszcza.

 

– I już.

Dopalam fajkę, smutny bosman kiwa głową, cała gospoda jest cicha, milczy nawet trzech osiłków. Siedzimy tak razem przez chwilę, deszcz bębni o dach.

– Obietnica? – pyta w końcu ktoś z tłumu.

– No tak. – Uśmiecham się. – W noc po sztormie, kiedy mnie uratował, upiłem się z nim jak świnia. Postanowiliśmy, że jeśli któryś utonie, ten drugi, przez dziesięć lat, będzie przychodził tu, do największej gospody w Peterhead i pił jego zdrowie. O ile topielec się nie stawi, odszedł w pokoju. Nikt nie pozwoli, by przyjaciel wywiązywał się z tak głupiej przysięgi, więc nie było wyjścia, obaj musieliśmy przeżyć. – Gryzę się w język. – Dzisiaj dziesiąta rocznica.

Stukam paznokciem o blat, czuję się niewyraźnie.

– Za Białego Johna – odzywa się bosman po chwili.

– Za Johna! – odpowiada mu sala.

Podnoszę kufel do ust, jest prawie pusty. Siedzę na szorstkiej, nieoheblowanej ławie, czuję zapach starego drewna, deszczu i soli. Marynarze rozchodzą się do swoich stołów, wkrótce karczmę znów wypełnia szmer rozmów, śmiech. Na zewnątrz szaleje sztorm, ziemia trzęsie się od gromów, fale biją w falochrony, ale nie jest mi już duszno. Chowam fajkę do kieszeni. Może jednak tu pasuję, może to moje miejsce. Może coś jeszcze mam.

Nagle gwar cichnie, drzwi do gospody otwierają się, skrzypiąc. Niebo przecina piorun, w świetle błyskawicy widzę sylwetkę mężczyzny. Mężczyzny silnego, wielkiego.

– Gdzie jest ta łajba, co Diament się nazywa? – pyta, głos ma głęboki.

– Wszyscy jesteśmy dziećmi Dôn… – szepczę pod nosem i dopijam piwo.

Koniec

Komentarze

OK, Wielkiej Brytanii jeszcze nie było. Do konkursu.

Babska logika rządzi!

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Dziękuję Finklo ;)

Drobiazg. ;-)

Babska logika rządzi!

Świetnie się czytało. ;)

Przemyślany tekst, solidnie oparty na specjalistycznej wiedzy. Szczegółowa narracja wciąga, a fabuła jest bardzo sprawnie poprowadzona, teraźniejszość płynnie przeplata się z retrospekcjami. Niedopowiedzenia ponownie działają na plus. Relacje między postaciami nakreślone z wyczuciem; podobnie tajemnicza postać matki, choć sam wątek jako główny element fantastyczny można by jeszcze nieco rozwinąć.

Od strony stylu uwagę zwracają krótkie, rwane zdania – do mnie osobiście przemawia taka narracja, zwłaszcza że odpowiednio dawkujesz informacje, ale w tych spokojniejszych scenach tworzy wrażenie pewnego pośpiechu.

Trochę błędów interpunkcyjnych się znalazło, ale to już kwestia korekty. Ogólnie bardzo satysfakcjonująca lektura.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Doskonałe opowiadanie: gęste, klimatyczne, mocno osadzone w realiach. Mój faworyt w konkursie. Gratki! I klik.

Dzięki za odwiedziny black_cape! Bałem się i w zasadzie dalej trochę się boję, że za dużo w tekście “morskiego przynudzania” i technikaliów, ale skoro przez to przebrnęłaś bez większych trudów, to może nie jest tak źle.

Uwaga co do krótkich zdań w opisach odnotowana, przyda się w przyszłości. Cieszę się, że dobrze Ci się czytało ;)

 

Dzięki za odwiedziny i bardzo pochlebną opinię, rybaku ;) Postaram się do Ciebie zajrzeć, jak tylko będę miał więcej czasu.

Fajne, podobało mi się!

Napisane ładnym językiem. Opowieść o Pani Blasku, Wody i Lodu (niejednoznaczna, dobra i zła); kaszalocie (wymierający gatunek, skojarzenia z Moby Dickiem), o braterstwie i lojalności.

Nie przyglądałam się zdaniom. Piszę z pamięci. Coś tam pewnie dałoby radę wygładzić, np. pot spływający jak oliwa po zzieleniałej skórze. W ogóle odnosiłam wrażenie, że dużo tej oliwy, chodzi o słowo. Na samym początku wspominasz, źe wchodzą Ci z wojskowych? – a potem kiedy zaczęli śpiewać szanty musiałam sprawdzić, czy to z marynarki?

Po przeobrażeniu Panią nazywasz Matką, czy to celowe, jeśli tak to przynajmniej niejasne. Matka występuje w dwóch znaczeniach.

Zastanawia mnie też zakończenie… ale rozumiem, że domyślić się można :)

Klikam:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zbędne przecinki:

 

które pasterze ganiają w moim imieniu, z zachodu na wschód

Dla mnie jednak, liczy się tylko stara fajka

Koło dwunastej, przepite gardziele

wybierał się na partyjkę krykieta, u królowej Wiktorii

ręce, wielkie jak drągi

a za niesubordynację, pan zarządca mi jeszcze ręce wycałuje

Drugi John, to ten

od popołudnia, do wieczora

Ta rozmowa, powinna była się odbyć dawno temu

Wzdrygam się, na dźwięk tego imienia

dawno wyschniętymi korytami, do morza

jak ze szkła, albo srebra

wypowiadały słowa, od dawna zapomniane

Za każdym razem, gdy widzę swoje odbicie

Boś taki sam tchórz, jak John Smith

co pewien czas, wieje lodowaty

idź, i pokaż im

Zmarszczki i wiry, to kołtuny

pot spływa po niej, jak oliwa po surowym mięsie.

porusza się samodzielnie, jak nakręcana zabawka

John wygląda, jakby się modlił

 

Brakujące przecinki:

 

chociaż nie wie kim jestem

W dupie mam co mówił

Wiesz kim jest matka wody i blasku

Kocha co jasne

ten co ucieka i ten co goni

czemu Biały Johnie,

Nie czuję się zbyt dobrze kapitanie

Kapitanie jak to?

tego co martwe

John przestań

 

Powtórzenia:

 

Potem spokój. Wody znów są spokojne

czerwień, rozglądam się, patrzę w stronę wybrzeża i oceanu, i widzę całe morze, czerwone.

 

Zły zapis dialogów:

 

nabieramy wody! – mój głos ginie wśród strug deszczu

To wszystko twoje! – biegnę za nim, ale jest już

 

Przeczytałam.

Fajnie, że wpadłaś, Asylum ;) Miło mi, że się podobało. Ten olej się bardzo namnożył bo czytałem ostatnio o tym jak wyglądało życie na okrętach wielorybniczych i oleju tam było najwięcej. Co do “wojskowych”, tak, chodziło mi o to, że robili na okrętach, wojskowych statkach.

Mówię na nią matka, bo to była “matka wody i blasku, pani która dotyka”. A zakończenie takie się napisało ;) Dzięki za biblio!

 

Dzięki śliczne kam_mod za łapankę i czas spędzony nad tekstem, przecinki jak najszybciej poprawię. Oba powtórzenia są celowe. Nad dialogami siedziałem, a i tak nie wygładziłem wszystkiego. Ja to mam talent. 

Dziękuję za klika ;)

 

edit:

Poprawiłem przecinki oprócz dwóch:

Za każdym razem, gdy widzę swoje odbicie

Przed “gdy” zawsze musi być przecinek?

ręce, wielkie jak drągi

To było wtrącenie, więc przecinek chyba powinien być.

 

Jeszcze raz dzięki wielkie za pomoc! Reg się wkurzy, nie będzie czego poprawiać ;)

Ach, popłynęłam razem z Diamentem. :)

Podobało mi się i to bardzo. Ciekawy pomysł z opowieścią w opowieści. Płynnie napisane i widać, że wiesz, o czym piszesz. I nie, nie masz za dużo “morskiego przynudzania”. Miałam wrażenie, że cały opek płynie w rytm szant.

Zacna lektura, klikłabym, ale jeszcze nie mogę. :D

 

Tak mnie nastroiłeś, że zaraz posłucham Santiano.

Jeszcze raz dzięki wielkie za pomoc! Reg się wkurzy, nie będzie czego poprawiać ;)

O, panie, tylko poczekaj – nie doceniasz bogini ;) Watch and see.

 

Do usług!

Reg się na takie rzeczy nie wkurza.

Ale kiedyś ktoś wywieszczył, że jeśli ani Reg, ani AdamKB (kosa na błędy, niestety ostatnio mało aktywny) nie znajdą w tekście żadnego błędu, to nastąpi koniec świata. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytane. I to z przyjemnością. Warsztatowo zacne. Forma ciekawa, ożywcza, pasująca do tej długości tekstu (przy dłuższym zaczęła by mnie męczyć). Sama historia mną nie sponiewierała ale całkiem zgrabne jest to opowiadanie. I tak, jak ktoś już tutaj zwrócił na to uwagę – duży plus za detale i obszerną wiedzę w zakresie przedstawianej tematyki.

@Irka_Luz Miło mi, że się podobało i dzięki za widmo-klika! Słuchałem szant przez całą długość opowiadania ;D

 

@Finkla No wiem, że się nie wkurza. Reg jest tak miła w komentarzach, że nie potrafię sobie wyobrazić jej wkurzonej, w prawdziwym życiu ;)

 

@Peter Barton Fajnie, że wpadłeś, a opko dało radę.

Ogólnie nie lubię historii morskich, a w szczególności opowiadań i książek, nie czytam i nie oglądam filmów, są tylko dwa wyjątki : Moby Dick i Stary człowiek i morze.

Zmusiłem się jednak do przeczytania Twojego opowiadania i… WSIADŁEM NA STATEK I POPŁYNĄŁEM W TEJ REJS.

 

Haha, dobrze to słyszeć Tomaszu ;)

Bardzo dobre opowiadanie. Cała sztuka przy tym pomyśle polegała na tym, żeby oderwać czytelnika od fotela, kanapy, czy gdzie tam on to czytał i zabrać go w tą podróż. Sprawić, że będzie nie tyle czytał, ile płynął z tekstem. Przede wszystkim zaś, pozwolić mu tą historię zobaczyć i poczuć. Tobie udało się to bardzo dobrze. Nie ma w tym przypadku znaczenia, czy historia była prosta, czy złożona. Czy temat był nowy, czy oklepany. Na końcu, przy takim opowiadaniu liczą się głównie wrażenia. Jeśli oderwałem się na chwilę od rzeczywistości, przeżyłem opowiadaną przez Ciebie historię wraz z jej bohaterami, to znaczy, że swoją robotę wykonałeś nad wyraz solidnie.

Gratuluję opowiadania. Naprawdę świetnie się czyta.

 

Cieszę się CMie, że udało się Ciebie wciągnąć. Sam trochę się bałem, że fabuła może być zbyt prosta, ale stwierdziłem, że postawię na relacje bohaterów, a resztę pociągnie język.

Opko jest nieskomplikowane również dlatego, że inspiracją były losy Diamentu, który naprawdę istniał, tak samo szanta na jego cześć, do odszukania na jutubie, jako “The Bonnie Ship the Diamond”(polska wersja to “Pieśń Wielorybników”, ale tekst mocno się różni). Diament został zniszczony na Grenlandii przez krę i część załogi utonęła, dwa lata po powstaniu szanty, chciałem by ten sam motyw znalazł się w opowiadaniu.

Dzięki, że pochyliłeś się nad tekstem, jak tylko będę miał więcej czasu, odwiedzę Cię ;)

na pokrytych drzazgami deskach

Pokrytych drzazgami? Masz na myśli takie nastroszone, zdarte jak pilnikiem drewno?

Jest mi dziwnie ciepło, odpinam guziki kołnierza, zawsze tu było duszno

Hmm. Chociaż jako strumień świadomości…

zapachy starych plam

Plamy mają zapachy?

teraz, gdzieś w oddali słyszę

Nie dałabym pensa za ten przecinek.

Unoszę dłoń, w geście wdzięczności

A ten, to już całkiem.

wyglądam zamożnie

Chyba jednak "wyglądam na zamożnego". Nawet w tekście dziejącym się w Wielkiej Brytanii anglicyzmy trochę rażą.

– Rzeczywiście.

Indeed? Dałabym raczej "owszem" lub coś w tym rodzaju.

Nie wiem co

Nie wiem, co.

zamiata ścierką zbutwiały blat, odchodzi.

Aż zbutwiały? I dałabym kropkę zamiast przecinka.

owiec, które pasterze ganiają

Cute.

córkę, której pomagam, chociaż nie wie, kim jestem.

To też trochę angielsko zabrzmiało – córka, rozumiem, nieślubna?

wchodzą ci z wojskowych

Którzy z wojskowych?

Mi też już lekko kręci się w głowie

Mnie.

światła błyskawic wpadają przez uchylone drzwi

Hmm.

Czuję się trochę lepiej, do czasu gdy słyszę

Sounds English. Ja zrobiłabym tak: Czuję się trochę lepiej, ale nagle słyszę…

Krochmalnego płótna

Really? To nie wygląda na "oficjalne" tłumaczenie.

Niech sobie wycierają nią mordy

Szyk: Niech sobie nią wycierają mordy.

w płucach, słony wiatr

Bez przecinka. Możesz dać myślnik, jeśli bardzo chcesz.

barki twarde, twarze harde

Rym.

ten z odkrytym torsem

W pubie? Don't think so.

do tawerny, akurat żeby

Do tawerny, akurat, żeby.

Natomiast ta łajba, co piosenki o niej śpiewacie, co przy jej imieniu do gardła gorzałę lejecie, co Diamentem się zwie, to mój statek.

Hmm. Sama nie wiem.

zamglonych uliczek

Hmm.

portowych, obskurnych domostw

Portowe domostwa?

Pamiętaj kapitanie

Pamiętaj, kapitanie (bo wołacz).

pan zarządca mi jeszcze ręce wycałuje

Szyk: pan zarządca jeszcze mi ręce wycałuje.

Zresztą musimy

Zresztą, musimy.

Mgła pierzchnie

Pierzcha, albo rozpierzcha się. "Pierzchnie" to czas przyszły.

dzisiaj się błyszczysz

Bez "się".

Dawaj po sztormtrapie młody!

Dawaj po sztormtrapie, młody!

kiedy podchodzę staje

Kiedy podchodzę, staje.

jak mam na imię

Przecież nie będzie z majtkiem po imieniu?

No to już wszystko wiesz

No, to już wszystko wiesz.

nieprzystojny, urody raczej przeciętnej

Dublujesz informację.

wtedy, moje ciało

Bez przecinka.

pierzchnie nim

Pierzcha, nim.

Czasem, jeśli ma szczęście John

Wtrącenie: Czasem, jeśli ma szczęście, John.

dużo w tym śmiechu szczerości.

Czy mamy powody w to wątpić?

O nie

O, nie.

Wiesz co to

Wiesz, co to.

Gotuj się majtku, bierz co pod ręką

Gotuj się, majtku, bierz, co pod ręką.

dłonią, o delikatnych

Bez przecinka.

Uczy go jak obsługiwać

Uczy go, jak obsługiwać.

Popołudniami jednak, młody

Bez przecinka.

gwieździsta

Gwiaździsta.

oczy, od dawna umartwione

Oj, chyba nie.

dajemy sobie uścisk

Hmm.

Nie wie co powiedzieć.

Nie wie, co powiedzieć.

Nisko, nad naszymi głowami, wisi

Jesteś pewien, że to ma być wtrącenie?

Kocha, co jasne

Kocha to, co jasne.

tylko że ja gonię

Tylko, że ja gonię.

patrzy na fale, odbijają światło księżyca

Hmm.

Co jeśli

Co, jeśli.

czekam aż

Czekam, aż.

co pewien czas wieje lodowaty, północny wiatr

Hmm. Na pewno nie dałabym tu przecinka.

dwie, z czterech łodzi

Bez przecinka.

szkot

Dużą literą.

przy chłopaku, tylko, czasem się rozluźnia.

Jaśniej byłoby: tylko czasem się rozluźnia, przy chłopaku.

burzącego fale, czarnego cielska

Bez przecinka (grupa nominalna).

oczy są zawzięte

No, nie wiem.

ambry, używanej w przemyśle perfumeryjnym

To brzmi prawie jak podręcznik historii. Czy tak określiłby to kapitan?

tam gdzie światło nie dociera

Tam, dokąd światło nie dociera.

kobiercu uszytym z białych, prostych, długich włosów

Z włosów – raczej utkanym.

twarze majtków, zwracają

Bez przecinka między podmiotem, a orzeczeniem.

krzyczę ile sił

Krzyczę, ile sił.

wygląda jakby

Wygląda, jakby.

zawirowanie powietrza, stąpające

Zawirowania nie mają stóp.

czoło dotknięte mrozem

To znaczy?

zawiścią

Nie.

zastanawia się, czy nie zeskoczyć z pokładu

Zastanawia się?

coś co

Coś, co.

widziałem jak

Widziałem, jak.

Byłem zbyt wolny.

Anglicyzm.

No tak.

No, tak.

O ile topielec się nie stawi, odszedł w pokoju.

Jeśli topielec się nie stawi, to znaczy, że odszedł w pokoju. Tak chyba wygląda tu zależność.

 

No, zarobiłeś na swoją flaszkę rumu. Bardzo, ale to bardzo porządna kompozycja, napięcie rośnie, jak trzeba.Nic dodać, a i ujmować nie trzeba. Ahoj!

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki za szczegółową korektę, kapitanie Tarnino! To co najbardziej kłuło w oczy poprawiłem od razu, resztę ruszę jak tylko będę miał czas(trochę jestem zawalony robotą ostatnio). Do części się odniosę ;)

córkę, której pomagam, chociaż nie wie, kim jestem.

To też trochę angielsko zabrzmiało – córka, rozumiem, nieślubna?

Tak, miało być trochę mniej dosłownie, bardziej enigmatycznie.

wchodzą ci z wojskowych

Którzy z wojskowych?

Tamci ;)

Krochmalnego płótna

Really? To nie wygląda na "oficjalne" tłumaczenie.

Nie wiem, co miałaś tu na myśli. Biały John jest mój i zwrotki są moje, tylko refren pożyczyłem.

ten z odkrytym torsem

W pubie? Don't think so.

Cicho! Nikt nie patrzył!

jak mam na imię

Przecież nie będzie z majtkiem po imieniu?

No nie, ale jak się nazywa człowiek, który go za łeb trzyma, mógłby wiedzieć ;)

dużo w tym śmiechu szczerości.

Czy mamy powody w to wątpić?

A widzisz, jak napisałem, to już się wątpliwości pojawiają ;D

ambry, używanej w przemyśle perfumeryjnym

To brzmi prawie jak podręcznik historii. Czy tak określiłby to kapitan?

Miało tak brzmieć. Kontrast praktycznej ekonomii, chłodnej kalkulacji, we fragmencie gdzie marynarze wydobywają te wszystkie surowce vs cierpienie zwierzęcia podczas polowania i tragedia kiedy rozczłonkowany korpus opada na dno. Myślę, że mógłby tak to określić, słowo “przemysł” już chyba wtedy funkcjonowało.

zawirowanie powietrza, stąpające

Zawirowania nie mają stóp.

Oczu też nie mają, a patrzyło ;)

czoło dotknięte mrozem

To znaczy?

Oszronione, pokryte kwiatami z lodu.

 

Jeszcze raz dzięki śliczne Tarnino, dużo się zawsze uczę z twoich komentarzy. A i flaszkę rumu chętnie przyjmę, jak znajdziemy się kiedyś przez przypadek w tej samej gospodzie ;)

Ej! Teraz już nie wolno poprawiać!

Babska logika rządzi!

O nie kompletnie zapomniałem! Dobra, pamiętam co zmieniłem, użyję metody dekonstrukcji!

Nie wiem, co miałaś tu na myśli. Biały John jest mój i zwrotki są moje, tylko refren pożyczyłem.

Miałam na myśli, że to raczej nie jest przekład autentycznej szanty (czyli – zgadłam), bo trudno by to było zaśpiewać.

Cicho! Nikt nie patrzył!

No nie, ale jak się nazywa człowiek, który go za łeb trzyma, mógłby wiedzieć ;)

Jak to, jak? Pan kapitan :)

A widzisz, jak napisałem, to już się wątpliwości pojawiają ;D

Niom.

Myślę, że mógłby tak to określić, słowo “przemysł” już chyba wtedy funkcjonowało.

No, funkcjonowało już wcześniej, o ile wiem. Miałam na myśli raczej to, że kapitan rozważałby pewnie, komu i za ile tę ambrę sprzeda. Mniej abstrakcyjnie.

Oczu też nie mają, a patrzyło ;)

Oj, przegapiłam :(

Jeszcze raz dzięki śliczne Tarnino

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Finklo, tekst wrócił do stanu pierwotnego ;) Sorki jeszcze raz, jestem trochę zabiegany i mój mózg wszystkiego nie rejestruje.

 

Tarnino, nie wiem naprawdę co ty masz do tych grup spółgłoskowych ;) Śpiewam sobie tę zwrotkę z krochmalnym płótnem bez problemu.

No, funkcjonowało już wcześniej, o ile wiem. Miałam na myśli raczej to, że kapitan rozważałby pewnie, komu i za ile tę ambrę sprzeda. Mniej abstrakcyjnie.

No racja, ale chciałem też wprowadzić trochę współczesnego spojrzenia.

 

Przy okazji re-korekty sprawdziłem jeszcze parę słówek. Jesteś specjalistką, więc powiedz co o tym sądzisz.

Pierzchnąć i pierzchać to chyba dwa różne czasowniki, o tym samym znaczeniu. “Pierzchnie” to czas teraźniejszy czasownika pierzchnąć. https://sjp.pwn.pl/slowniki/pierzchn%C4%85%C4%87.html

Noc według Van Gogha jest gwiaździsta, ale według słownika gwieździsta też może być ;) Nawet jest jakiś morski przykładzik https://sjp.pwn.pl/szukaj/gwie%C5%BAdziste.html

Tam, specjalistką. Nie przesadzaj.

 

Pierzchnąć i pierzchać to chyba dwa różne czasowniki, o tym samym znaczeniu.

^^ Dwa aspekty tego samego czasownika, jak już: dokonany i niedokonany.

według słownika gwieździsta też może być ;)

Widać źle szukałam, bo ja tego jakoś nie znalazłam. Dziwne.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Fajne, podobało mi się :)

Dzięki Anet, jesteś kochana :^)

;)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki thargonie za piękny obrazek, nie mogłem się doczekać kapitana muminka ;D

Hm, poległem i w sumie nie potrafię powiedzieć na czym. Bo tak: klimat jest (najpierw tawerny, potem bosmański). Sposób prowadzenia narracji ok (Black Cape pisze o krótkich, rwanych zdaniach – dla mnie to akurat plus). Nastój postaci można sobie wyobrazić (a to też dobrze świadczy o budowaniu opowieści). Czyli tu plus, tam plus i jeszcze gdzie indziej plus. A jednak nie dotarłem do końca (przy dwóch podejściach) i rozkładam ręce w odpowiedzi na pytanie dlaczego. Mam wrażenie znużenia, a jednocześnie nie mam przekonania czy to właśnie w tym problem.

Niemniej pewnie jeszcze zaglądnę do drugiego Twojego tekstu.

 

BTW, nie planowałeś pisać o Chinach? :)

 

Dzięki wilku za próby. Pierwszy komentarz, który wyraża moje obawy, że tekst może znużyć zanim się rozpędzi. Wydaje mi się, że to przez stosunkowo powolny początek, pierwsza scena miała być takim mocnym akcentem, który popchnie odbiorcę, ale możliwe, że się przeliczyłem. Potem zresztą idę w to morze, a nie wszystkim opowieści marynistyczne podchodzą(mi nigdy nie podchodziły, aż sam się dziwiłem jak pisałem).

 

Planowałem, miałem nawet kilka rozdziałów książki, ale usunąłem je ze złości, bo nie były na poziomie ;D Ale jakieś opowiadanie na pewno w przyszłości, w tych klimatach wrzucę

Kraj – niby jest, ale powiązania słabe, a i tak akcja właściwie rozgrywa się na morzu. Narrator mógłby siedzieć w każdym porcie, z różnych państw pochodzili wielorybnicy.

Element fantastyczny też niby jest, ale tylko w opowieści marynarza. Zdaje mi się, że oni nie słyną z prawdomówności. ;-)

Tematyką do mnie nie trafiłeś – ani polowania na wieloryby mnie nie kręcą, ani scenki w karczmie. Ale za to końcówka mi się spodobała – obietnica jest naprawdę fajna. I piszesz obrazowo, przyjemnie się czytało, w końcu zainteresowały mnie losy Johna.

Bohaterowie w porządku, nie będę narzekać na niedostatki w budowie.

Oryginalność. Niby zwykła marynarska opowieść (a to chyba ludek dość przesądny i rozmiłowany w snuciu barwnych historii), ale takiej jeszcze nie znałam, więc na plus.

Drugi za bogate słownictwo związane z morzem.

Warsztatowo wypadasz nieźle, tylko gdzieś tam zaplątał się „Szkot” małą literą.

Babska logika rządzi!

Element fantastyczny też niby jest, ale tylko w opowieści marynarza. Zdaje mi się, że oni nie słyną z prawdomówności. ;-)

Chciałem coś odpisać, ale co racja, to racja ;D

 

Dzięki Finklo, z przyjemnością wziąłem udział w konkursie.

Finklo, słabe powiązania? Kurcze, dlaczego?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wybacz, Leniwy2, obiecałem przed północą komentarz, ale syn wyciągnął mnie na Avengers i nie wyrobię. Powiem tak, przeczytałem, jest dobrze, ale do piórka bym nie zgłosił, więc na spokojnie skomentuję pewnie jutro. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bo gdyby bohatera przenieść do knajpy w innym mieście, to opowiadanie by się zbytnio nie zmieniło. Najważniejsze rzeczy wydarzyły się na morzu, a szanty śpiewa się w wielu miejscach.

Babska logika rządzi!

No, niekoniecznie, Finklo;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Możliwe, że czegoś nie wiem (a to nawet pewne) i że nie łapię jakichś nawiązań.

Babska logika rządzi!

@Asylum Dzięki za pierwszą linię obrony ;D

 

@Finklo No bo Diament to statek z Peterhead właśnie i też pływał na Grenlandię, a rozbił się tam z powodu kry. No i Don to postać z mitologii walijskiej. Piosenka też istnieje naprawdę tylko dodałem te zwrotki o Johnie ;) Nie wiem czy uznałabyś to Finklo za dostateczne osadzenie w realiach, ale w sumie już i tak nie ważne bo po konkursie.

 

@mr.maras Dzięki mr.marasie, jak tak to spoko. Myślałem, że po prostu o mnie zapomniałeś!

Z poślizgiem, ale jestem. Długo się namyślałem, czy nie nominować Twojego opowiadania do piórka, przynajmniej z dwóch powodów: umiejętnie zbudowanego klimatu i godnego wyróżnienia warsztatu.

Z drugiej strony zabrakło mi jednak w Twojej historii pomysłu wywołującego efekt Wow! Spotkanie z mityczną, walijską Dan gdzieś wśród wód Grenlandii, przebiega dosyć przewidywalnie, Twoja opowieść podobna jest do innych morskich legend i żeglarskich bajań. I wpisując się w taką konwencję jest tylko, jak inne takie opowieści, kolejną historią o spotkaniu jakiejś "morskiej kreatury", gdzieś na morzu.

Dobry jest tawerniany wstęp do tej opowieści, chociaż podobny już gdzieś czytałem lub widziałem (reakcja świadka wydarzeń z przeszłości wobec śmichów i chichów gawiedzi).

Postacie Johna (prawa ręka kapitana, dług wdzięczności za uratowanie życia), majtka (młodzik, o którym od razu wiemy, że musi wpaść w tarapaty) i reszty załogi oraz ich relacje również bardzo klasyczne (nie chcę używać krzywdzącego określenia “sztampowe”).

Samo spotkanie z boginią Matką też wpisuje się gładko w znane legendy morskie (kto lubi serię “Piraci z Karaibów” ten zna gatunek), chociaż więcej jest w rozwinięciu tej historii Twojej inwencji, jak podejrzewam. Tu też mam małą uwagę – przeszłość i pochodzenie Johna, spotkanie z boginią podczas powrotu ojca, "obecność" cząstki bogini w samym Johnie – to wszystko jest jakby nie do końca jasne, czytelne i uzasadnione.

Jednak najlepszy jest finał tej historii. Takie otwarte zakończenie, świetnie zamyka opowiadanie i doskonale wpisuje się w konwencję. Ja zrozumiałem, że w drzwiach stanął John, bo jego dusza nie zaznała jednak spokoju.

Jako marynistyczna opowieść w klimatach "Moby Dicka" tekst robi zatem naprawdę dobre wrażenie. Język masz bogaty, merytorycznie również odrobiłeś zadanie, a to, w co miałem uwierzyć – portowe Peterhead, technikalia, geografia, praca wielorybników – przedstawiłeś wystarczająco wiarygodnie (chociaż miałem lekkie wrażenie, że opierasz się głównie na haśle "wielorybnictwo" z Wikipedii). Na mniej wiarygodne detale jak np. szkocki kapitan wśród londyńskich pałaców i pasowanie na rycerza, przymykam oko.

Początkowo lekko irytująca narracja pierwszoosobowa, podawana w krótkich zdaniach lub dla odmiany zdaniach bardzo długich, które poszatkowałeś przecinkami (przyjrzyj się tym zdaniom, konstruujesz je według jednego schematu i są przez to nieco monotonne i podobne do siebie), z czasem przestała zawadzać podczas lektury.

Jeszcze raz pochwalę warsztat. Jako praktyczny debiutant na portalu, napisałeś dojrzałe, przemyślane, dobrze skomponowane opowiadanie. A przy tym swobodnie posługujesz się językiem, umiejętnie stylizujesz, zadbałeś o stronę merytoryczną oraz umiejętnie zbudowałeś klimat opowieści i bohaterów. Znasz też sporo chwytów literackich, co zauważam z czytelniczą satysfakcją. Do tego postarałeś się o ciekawe powiązanie tekstu z wydarzeniami historycznymi, mitologią, szantami itd..

Do mojego głosu na nominację zabrakło w sumie niewiele. Może ciekawszej, mniej przewidywalnej historii z bardziej autorskim pomysłem? Jakiegoś zwrotu akcji i zaskoczenia? Twistu? Większych emocji?

Niemniej masz spore szanse w konkursie (o ile Finkla przestanie marudzić na słabe związki ze Szkocją. Pracuję akurat w Peterhead od pół roku dojeżdżając, znam to miasto dobrze i go nienawidzę – szaro, mokro, zimno, pusto na ulicach i śmierdzi rybą, u Ciebie trochę tego Peterhead poczułem).

Z ciekawością przeczytam Twoje kolejne teksty. Prędzej czy później będzie piórko.

 

Kilka uwag na koniec:

 

Wyciągam z kieszeni fajkę i nabijam ją. – po co to "ją"?

 

Wnętrze piwiarni staje się głośne, prawie nie do zniesienia, wolę ciszę, ale nie mam im tego (…) – podmiot się lekko gubi.

 

– No, to ciekawe. Tylko kim ty, kurwa, jesteś, żeby nam zabawę psuć, co? – odpowiada czerwony, dość piskliwym tonem. Zaczyna mi działać na nerwy. – zaczyna, ale nic z tego nie wynika potem.

 

najgęściej obszczanej gospody w Peterhead(…)– niefortunne określenie obszczania.

 

– Z kolei pan, panie pierwszy oficerze, niech przypomni sobie swoją dawną funkcję i przejmie ster, bo Jacobowi już nie ufam, po jego ostatnich popisach. – sztucznie i zalatuje infodumpem.

 

– No to już wszystko wiesz. Ja, kapitan Thompson, każę teraz tobie, majtkowi, odłożyć tobołek, wziąć wiadro, które stoi tam, przy maszcie, i szorować pokład. – to samo, infodump i sztuczna gadka.

 

Chociaż wolałbym o tym zapomnieć, wiem, że gdyby nie ten samotny zryw mięśni, ruch ścięgien. – wolałbym określenie pojedynczy zryw.

 

Edit. Ps. Nie zauważyłem, że są już wyniki konkursu. Piąte miejsce (wyróżnienie) to dobre i niedobre miejsce dla Twojego opowiadania. Muszę poczytać więcej konkurencyjnych tekstów, bo Twój widziałem wyżej. Ale jak na pierwszy raz nie możesz narzekać ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

OK, prawdziwość Diamentu i części jego historii wzmacnia związek. Ale nadal najważniejsze wydarzenia rozgrywają się na morzu, a nie w Szkocji.

Babska logika rządzi!

A właściwie dlaczego nazwa statku nie ujęta w cudzysłów?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Z początku jakoś ciężko mi było przywyknąć do stylu tego opowiadania, ale mniej więcej w chwili, gdy zaczęła się opowieść o Białym Johnie, pozwoliłam się jej ponieść i zanurzyć się w tę żeglarską opowieść.

Uwielbiam takie klimaty i przyznaję, że czytało mi się to bardzo przyjemnie, a historia, choć od początku dość przewidywalna, miała swój urok i specyficzną magię, która mnie ujęła. 

Podobała mi się zarówno postać kapitana, jak i samego Johna. Od razu dało się wyczuć, że łączy ich szczera przyjaźń, i że wiele razem przeszli. Ich relacja jest dla mnie najmocniejszą stroną tego opowiadania. 

Drugim jest również wiedza autora i umiejętność przedstawiania świata, wraz z różnymi detalami, które nadają mu głębi i charakteru.

Bardzo mi się to podobało i z przyjemnością sięgnęłabym po więcej. 

 

Pozdrawiam C. 

Cześć, Leniwy!

 

– mam słabość do szkatułkowych historii – podoba mi się obudowanie jednej historii drugą, zgrabnie ci to wyszło

– naprawdę musisz poćwiczyć łączenie zdań złożonych spójnikami (jest ich parę w języku polskim), a nie tylko przecinkiem. Natomiast samymi przecinkami można było obdarować kilka innych opowiadań ;)

– często łączysz przecinkiem zdania o zupełnie innym podmiocie (np. „Blask bił spod półprzymkniętych powiek, otworzyła usta” bądź też „Narzucam na siebie koszulę, John podchodzi”). Bardzo źle się tak prowadzony tekst czyta.

– widzę mrugnięcia do czytelników Moby Dicka ;) i przyznam szczerze, że miałam ochotę odświeżyć sobie lekturę by sprawdzić, ile w tej historii jest twojej historii.

– świetny research i znajomość słownictwa żeglarskiego. Osadzasz swoich bohaterów w dobrze wykreowanym świecie, który opisujesz z przekonaniem, ułatwiając czytelnikowi zaangażowanie

– historia poprowadzona jest z pewnością i doskonałym wyczuciem, podtrzymujesz uwagę czytelnika mini-zapowiedziami, każesz mu tkwić przy tekście, subtelnie podkreślając co jakiś czas, o co toczy się stawka (co jest nagrodą czytelnika za dotarcie do końca tekstu)

– napięcie budowane od pierwszych linijek aż do samego końca i catharsis w ostatniej scenie – klasyczna budowa tekstu, której możliwości wykorzystałeś jakbyś od niemowlęctwa nic innego nie robił, czapki z głów

– sposób narracji mnie męczył, ale doceniam zamysł i konsekwencję wykonania; krótkie, poszarpane fragmenty zdań i brak kropek nadawały tekstowi gwałtowności i dynamiki, nie pozwalały złapać oddechu, wręcz kazały brnąć dalej i dalej. Ale jak to się trudno czytało!

– bohaterowie przekonujący, nakreśleni w pełnokrwisty i wyrazisty sposób przy minimum środków w to włożonych; mówią w charakterystyczny sposób, mają swoje historie i motywacje – świetna robota

– minus za blady, mało znaczący tytuł – mogłeś wymyślić coś, co ściągnęłoby tu więcej czytelników

– podsumowując, świetne opowiadanie. U mnie zajęło czwarte miejsce – gratuluję :)

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Ojej, ale się nazbierało.

 

Mr. marasie, dziękuję za najbardziej obszerny i rzeczowy komentarz w całej mojej, krótkiej bo krótkiej, forumowej karierze(a konkurencja była bo i reg i tarnina komentowały ;)).

Zgadzam się, że historia i postaci są dosyć przewidywalne i sztampowe, czułem to bardzo silnie kiedy zaczynałem pisać. Niby wiedziałem, że “Ameryki nie odkryję”, ale miałem wybór między nie napisaniem tego tekstu, albo napisaniem w takiej formie jak jest(nie było czasu na myślenie przez wyścig o państwa + zajob na uczelni).

Usprawiedliwię się też trochę – zwykle moje teksty nie są aż tak odtwórcze. Wydaje mi się, że konkursowe ramy trochę temperują moją kreatywność(nie chodzi o jakieś konkretne zasady, bardziej o samą świadomość tego, że tekst nie jest do końca “wolny”, nie może popłynąć “tam gdzie chce”).

(chociaż miałem lekkie wrażenie, że opierasz się głównie na haśle "wielorybnictwo" z Wikipedii)

Może trochę zbyt lekkie ;) Dużo wziąłem z wikipedii, część tego co pamiętałem, z Moby Dicka.

Co do zdań poszatkowanych przecinkami, to taki mam trochę styl. Ale z drugiej strony tekst nie odleżał i jak teraz patrzę, to inaczej bym niektóre rzeczy podzielił. Dzięki, że zwróciłeś na to moją uwagę.

Fajnie, że poczułeś trochę klimatu Peterhead, ale szczerze mówiąc po obejrzeniu widokówek i zdjęć moje wrażenia są mocno średnie. Przyjmuję ciepłe słowa względem warsztatu.

 Z ciekawością przeczytam Twoje kolejne teksty.

A ja z chęcią wrzucę nowe, ale może później niż prędzej. Znalazłem opowiadania Cerlega i leczę teraz depresję ;(

Z uwagami się zgadzam, zwłaszcza infodumpowymi. Ogólnie z dialogami mam jeszcze lekkie problemy. Do kilku się odniosę:

Chociaż wolałbym o tym zapomnieć, wiem, że gdyby nie ten samotny zryw mięśni, ruch ścięgien. – wolałbym określenie pojedynczy zryw.

Też bym wolał, ale jest powtórzenie zdanie wyżej, a że nie chciało mi się go przemodelować to poszedłem na łatwiznę.

A właściwie dlaczego nazwa statku nie ujęta w cudzysłów?

Bo chyba nie trzeba, a jak nie trzeba, to wolę nie używać. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/nazwy-okretow;1981.html

Muszę poczytać więcej konkurencyjnych tekstów, bo Twój widziałem wyżej. Ale jak na pierwszy raz nie możesz narzekać ;)

Zobacz tekst Wiktora Orłowskiego, jest bardzo poczytny. Teraz, jak emocje opadły, trochę mi żal, bo dosyć ostro zareagowałem na jego tematykę, ale jako opowiadanie do konkursu wypada bardzo dobre.

To nie mój pierwszy raz, w retrowizjach też byłem ;)

 

@Cephiednomiko Dzięki za odwiedziny. Dla mnie też, ich przyjaźń miała być głównym punktem opowiadania, w ogóle mężczyźni potrafią się całkiem nieźle przyjaźnić ;) W przyszłości chętnie do Ciebie zajrzę!

 

@kam_mod Dziękuję za jurorski komentarz i podciągnięcie mnie troszeczkę w górę w ogólnym rozrachunku, bo Finkla na pewno widziała mnie na szarym końcu ;D

Tak, te zdania zauważył też mr.maras, zwykle lepiej nad nimi panuję(no ale moja interpunkcja do czołówki nie należy). Boję się też, że trochę mnie przeceniasz jeśli chodzi o sposób narracji, teoretycznie był to jakiś tam świadomy wybór, ale z drugiej strony bardziej też mój styl i pośpiech(bo zwykle staram się o większą płynność).

Dziękuję za słowa uznania co do kompozycji i postaci, bardzo satysfakcjonujące słyszeć takie komplementy od jurorki ;)

 Z przyjemnością wziąłem udział w konkursie!

Bardzo ładny tekst. Moim zdaniem pierwszy fragment z piosenką zapodałeś świetnie – “show, do not tell” w najlepszym wydaniu, by stworzyć klimat morskich opowieści. 

Potem bywa różnie – przyznaję, że w połowie sam tekst zaczął mnie z lekka nużyć. Forma nie zrażała, wręcz moim zdaniem idealnie budowała i napięcie, i emocje.

Dwaj główni bohaterowie wyraźni, podoba mi się charakteryzacja Johna. Początkowo myślałem, że majtek coś jeszcze sobą zaprezentuje, ale to narzędzie fabularne i w sumie ta rola tutaj wystarcza.

Podsumowując: ładny, morski koncert fajerwerków. Z lekka nuży w połowie, gdy kapitan i John ciągle nawijają, ale potem akcja podnosi napięcie. Spięcie klamrą tawerny na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka