- Opowiadanie: chalbarczyk - Jedna jest droga w górę i w dół

Jedna jest droga w górę i w dół

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy

Oceny

Jedna jest droga w górę i w dół

Z Mapo pa­mię­tam tylko białe słoń­ce.

Gdyby tylko wy­star­czy­ło mu oświe­ce­nie takim lep­kim, wy­miot­nym żarem! Ale nie! Wo­dził tymi swo­imi wiel­ki­mi ocza­mi o cho­ro­bli­wym wy­glą­dzie od kra­węż­ni­ka do wiaty, od wiaty do szyl­du, od szyl­du do pry­zmy opon. Miał gład­ką i cien­ką skórę, jak wszy­scy, któ­rzy z jakiś du­cho­wych po­bu­dek żyją man­trą, me­dy­ta­cją i czym tam jesz­cze. Du­cho­wych, cho­le­ra!

– Mu­si­my do­stać się do Gan­gwon – mruk­nął i po­wle­kli­śmy się z to­bo­ła­mi na przy­sta­nek au­to­bu­su.

Prze­su­wa­ły się za oknem eg­zo­tycz­ne pola ryżu, ogrod­ni­cze tu­ne­le opię­te brud­ną folią i liche do­mo­stwa ukry­te za wy­so­ki­mi par­ka­na­mi i ka­mien­ny­mi mu­ra­mi. W miarę jak wjeż­dża­li­śmy w góry i zo­sta­wia­li­śmy za sobą miesz­kal­ne bu­dyn­ki, pa­sa­że­ro­wie opusz­cza­li bus, aż w końcu zo­sta­li­śmy sami we dwoje. Kie­row­ca zo­sta­wił nas na ostat­nim przy­stan­ku i szyb­ko za­wró­cił, nawet nie od­po­wia­da­jąc na nasze nie­po­rad­ne po­że­gna­nie. As­falt skoń­czył się już dawno temu, więc ru­szy­li­śmy wy­jeż­dżo­ną grun­to­wą drogą. Brzyd­kie, po­nu­re góry wzno­si­ły się po dwóch stro­nach wą­wo­zu. Wil­got­ny chłód pod­pełzł ku nam i za­gnieź­dził się w za­ło­mach na­gich skał. Za­ci­snę­łam zęby, prze­cież jest już za późno, żeby się wy­co­fać. Zresz­tą, ja­kieś tam mo­dli­twy wy­trzy­mam. Wró­ci­my potem do domu i za­po­mni­my o Korei i bud­dyj­skim guru.

Klasz­tor wy­rósł przed nami nagle, wa­biąc do sie­bie krzy­kli­wą po­li­chro­mią i fan­ta­stycz­ny­mi rzeź­bio­ny­mi po­two­ra­mi. Wy­krzy­wi­łam na to usta z nie­sma­kiem. Mnich, który wy­szedł nas witać, miał taką samą prze­źro­czy­stą skórę jak Marek i tak samo ner­wo­wo wo­dził ocza­mi, spo­glą­da­jąc to na mnie, to na Marka. Świe­cił ide­al­nie wy­go­lo­ną głową i owi­nię­ty był, ni­czym w ko­ko­nie, szarą płach­tą, która bez­wstyd­nie bar­dziej ob­na­ża­ła niż za­sła­nia­ła jego na­gość. Ka­mien­ny dzie­dzi­niec pełen był przy­jezd­nych, ale nie wie­dzia­łam, czy to tu­ry­ści czy czci­cie­le. Ro­bi­li sobie zdję­cia na tle drew­nia­nych bu­dyn­ków o orien­tal­nych, wy­gię­tych da­chach, pil­no­wa­ni przez ochro­nia­rzy w pań­stwo­wych uni­for­mach.

– Jang Il So – mnich przed­sta­wił się i kur­tu­azyj­nie po­chy­lił głowę, razem skła­da­jąc dło­nie o wy­pie­lę­gno­wa­nych pa­znok­ciach. Dał znak dwóm straż­ni­kom, któ­rzy już do nas pod­cho­dzi­li, więc ci nie­chęt­nie za­trzy­ma­li się z da­le­ka.

Roz­ma­wiał z Mar­kiem po an­giel­sku o dro­dze i oświe­ce­niu. Sta­łam z boku, po­nu­ro wga­pia­jąc się w buty, bo nie mia­łam naj­mniej­szej ocho­ty na prze­ży­wa­nie ich fik­cyj­nej ilu­mi­na­cji. Mnich z cie­niem po­gar­dy na swo­ich peł­nych i zmy­sło­wych ustach od­wró­cił się do mnie ple­ca­mi, po­pchnąw­szy Marka lekko przed sie­bie. Po­szli w stro­nę głów­nej świą­ty­ni, a ja po­wlo­kłam się za nimi.

We wnę­trzu było sporo bia­łych i kilku Azja­tów. Wszy­scy cze­ka­li na oświe­ce­nie. Bili nie­skoń­czo­ną ilość po­kło­nów przed zło­tym po­są­giem na­la­ne­go bożka, do­ty­ka­jąc czo­łem ka­mien­nej po­sadz­ki i klę­cząc na czer­wo­nych, mięk­kich po­dusz­kach. Taki dys­kret­ny smak luk­su­su i wy­go­dy za­ma­sko­wa­ny ob­łud­nym asce­ty­zmem. Marka przy­cią­gał ten klasz­tor jak ma­gnes, jego du­cho­wa aura. Lu­dzie wy­no­sze­ni w kon­wul­sjach roz­ko­szy, gdy do­zna­wa­li Wizji. Obłęd oczu, wy­cho­dze­nie z ciała, nie­chcia­ne po­wro­ty do ciała.

Całe to łajno.

Z da­le­ka wi­dzia­łam, jak mnich kła­dzie ręce na gło­wie Marka, coś mam­ro­cząc i ki­wa­jąc się z pięt na palce. Marek wy­szedł w sa­mych skar­pet­kach ze świą­ty­ni i za­ma­chał do mnie ener­gicz­nie.

– Jutro, to już jutro! – w jego gło­sie było sły­chać eks­cy­ta­cję i sza­leń­stwo. Oczy miał jesz­cze bar­dziej roz­bie­ga­ne, mówił szyb­ko, ła­piąc po­wie­trze jak ryba.

– Marek, wy­jedź­my stąd! – po­pro­si­łam nagle. Nie wiem, dla­cze­go teraz za­pra­gnę­łam to za­koń­czyć, i to wła­śnie tutaj. To du­cho­we obłą­ka­nie nie było prze­cież moje. Marek uką­szo­ny obiet­ni­cą wizji nie­bios od mie­się­cy po­szu­ki­wał oświe­ce­nia i cze­kał tylko na to. Twier­dził, że od­naj­dzie szczę­ście. Że nie mam prawa mu tego za­bie­rać.

– Co ty ple­ciesz?! Ty nie wiesz, co to zna­czy – być wy­bra­nym! Być wy­jąt­ko­wym! Oświe­ce­nie jest dla mnie! Dla mnie! Sły­szysz?!

Za­gro­dzi­łam mu drogę. Roz­po­star­łam sze­ro­ko ręce.

– Nie idź!

– Jak chcesz być jak inni, jak ci, co nic nie wie­dzą, to ucie­kaj stąd, a jakże! Karma cie do­pad­nie, w na­stęp­nym życiu bę­dziesz świ­nią lub małpą!

Gniew ude­rzył mnie w po­licz­ki, za­ci­snę­łam pię­ści.

– Co ty wy­ga­du­jesz, opa­mię­taj się!

– Tylko praw­dzi­wych wy­znaw­ców nie do­się­gnie gniew ojca. Zo­bacz na jego roz­ju­szo­ną minę – po­ka­zał pal­cem w stro­nę sali ze zło­tym po­są­giem – tacy jak ty spro­wa­dza­ją nie­szczę­ście! Na sie­bie i na wszyst­kich!

Za­czął rzu­cać prze­kleń­stwa­mi, a ja się cof­nę­łam. Wy­mi­nął mnie i po­biegł do świą­ty­ni. Za­czę­ło po­wo­li do mnie do­cie­rać, że po­dróż, która miała być drogą du­cho­we­go oświe­ce­nia, szczę­ścia i od­na­le­zie­nia sensu życia – jest tak na­praw­dę drogą w ot­chłań.

– Obcy? – ktoś z klasz­to­ru po an­giel­sku za­py­tał ni to z obawą, ni z cie­ka­wo­ścią, ze śmiesz­nym ak­cen­tem.

Kiw­nę­łam głową.

– Też chce spo­tkać świa­tło? Też?

– A won ode mnie! – krzyk­nę­łam po pol­sku, a młody mnich się zmarsz­czył i cał­kiem ukrył małe oczy w fał­dach skóry. Od­wró­ci­łam się z gnie­wem, ko­piąc ka­mień, jak­bym chcia­ła uka­rać zie­mię za to wszyst­ko.

Słoń­ce pa­li­ło od góry, bo linia lasu cof­nę­ła się w głąb gór, jakby i drze­wa chcia­ły swoim po­wol­nym wzro­stem uciec z tego miej­sca. Ni­g­dzie nie było cie­nia. Za­schło mi w gar­dle, więc za­czę­łam szu­kać cze­goś do picia. Prze­cież mnisi muszą mieć jakąś uzdra­wia­ją­cą stud­nię czy coś. Jeden z we­wnętrz­nych dzie­dziń­ców był pusty i nie było widać pil­nu­ją­cych, więc ostroż­nie prze­szłam przez de­ko­ra­cyj­ną, ma­lo­wa­ną bramę i zna­la­złam się na gro­bli po­mię­dzy dwoma sta­wa­mi o sto­ją­cej, czar­nej wo­dzie. Wszyst­ko było umar­łe. Nad roz­le­wi­skiem nie było owa­dów i wiatr nie po­ru­szał ani jed­nym li­ściem. Po­my­śla­łam, że to trum­na dla zmar­łych, a nie klasz­tor oświe­ce­nia. Sia­dłam na brze­gu i za­nu­rzy­łam rękę w wo­dzie, była nie­przy­jem­nie gęsta i cie­pła. Nagle serce mi pod­sko­czy­ło do gar­dła, bo w od­bi­ciu zo­ba­czy­łam sto­ją­cą za mną po­stać. Zdu­si­łam w sobie krzyk i od­wró­ci­łam się ze stra­chem. Azjat­ka o dłu­gich, czar­nych wło­sach i pięk­nej twa­rzy wpa­try­wa­ła się we mnie tymi cho­ro­bli­wie błysz­czą­cy­mi ocza­mi, po któ­rych roz­po­zna­wa­łam czci­cie­li, ilu­mi­na­tów i każ­de­go in­ne­go typu sek­cia­rzy.

Toła­dżu­se­jo… uri omma… – wy­szep­ta­ła.

– Omma? Co z twoją matką? – sta­ra­łam się mówić po an­giel­sku po­wo­li i wy­raź­nie, ale dziew­czy­na nie sły­sza­ła. Za­czę­ła się osu­wać na zie­mię, bo­le­śnie wcze­pia­jąc palce w moje ramię. Ude­rzy­łam ją kilka razy po twa­rzy.

– Hej, nie mdlej mi tutaj, ock­nij się!

Kiedy się obu­dzi­ła, sia­dły­śmy w cie­niu, który rzu­ca­ła ka­mien­na, chiń­ska la­tar­nia. Zmo­czy­łam w wo­dzie chust­kę i ka­za­łam Azjat­ce przy­ło­żyć ją do czoła.

-Uri omma, opso…

– Gdzie więc jest? Co się z nią stało?

Dziew­czy­nie za­drża­ły usta i się roz­pła­ka­ła. Za­czę­ła mówić szyb­ko, jakby się bała, że może nie zdą­żyć po­wie­dzieć wszyst­kie­go. Ro­zu­mia­łam co dzie­sią­te słowo, ale i tak było to dość.

– Jak ci na imię?

– Nana.

Uśmiech­nę­łam się mi­mo­wol­nie. Pa­so­wa­ło do niej.

– Ja je­stem Maria.

– Ma­ri­ja – po­wtó­rzy­ła wy­schnię­ty­mi usta­mi.

Pod­nio­słam się i po­mo­głam jej wstać. Chwia­ła się, jakby wiał wiatr, więc przy­trzy­ma­łam ją i ru­szy­ły­śmy w stro­nę głów­nej świą­ty­ni. Przed wej­ściem spraw­dzi­li nas, ob­ma­cu­jąc po łyd­kach i ra­mio­nach i po­zwo­li­li wejść.

We wnę­trzu był tłum. Me­dy­ta­cja nie jest wcale cichą rze­czą. Wy­znaw­cy bili rę­ka­mi o pod­ło­gę, kla­ska­li, mam­ro­ta­li, nie­któ­rzy ję­cze­li, bo wy­da­wa­ło im się, że do­stę­pu­ją oczysz­cze­nia z ziem­skie­go ciała. Świ­dro­wał po­wie­trze dźwięk me­ta­lo­wej ko­łat­ki, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach potu zmie­sza­ny z dusz­nym dymem ka­dzi­deł i świec. Wszę­dzie przy ścia­nach stały ta­blicz­ki z imio­na­mi zmar­łych, jakby oświe­ce­ni byli pewni, że prze­kro­czą gra­ni­cę po­mię­dzy ży­ciem a śmier­cią, po­mię­dzy na­szym świa­tem, a ich świa­tem. Wy­da­wa­ło mi się, że mar­twi pil­nu­ją swo­ich ta­bli­czek, bo zo­sta­wia­ją na nich brud­ne ślady pal­ców. Wzdry­gnę­łam się. Za­czę­ły­śmy szu­kać jej matki. Cho­dzi­łam od jed­nej ko­bie­ty do dru­giej, spo­glą­da­jąc py­ta­ją­co na dziew­czy­nę, ale Nana chyba już wie­dzia­ła, że matki tu nie ma. Nikt się nami nie in­te­re­so­wał, wszy­scy wy­ko­ny­wa­li te same ruchy jak w tran­sie, z naj­wyż­szym na­pię­ciem wpa­tru­jąc się w złoty pępek kukły. Marek klę­czał w da­le­kim kącie, wy­krę­ca­jąc dło­nie raz do dołu, raz do góry. Prze­szłam przez ludz­ki la­bi­rynt i sia­dłam na­prze­ciw, mając na­dzie­ję, że po­roz­ma­wia­my, że może go prze­ko­nam. Ale on mnie nawet nie po­znał. Obo­jęt­nie prze­su­nął po mnie szkla­nym wzro­kiem, a na jego twa­rzy nie drgnął żaden mię­sień.

– Marek! To ja! To ja, po­zna­jesz mnie?

Nie­zro­zu­mia­le coś beł­ko­tał, a cięż­kie ko­ra­le, które ktoś za­wie­sił mu na szyi grze­cho­ta­ły przy każ­dym ruchu.

– Marek! – Po­wstrzy­my­wa­łam się od pła­czu, bo jesz­cze mia­łam na­dzie­ję, że to tylko chwi­lo­wy obłęd i gdy jutro wró­ci­my i wsią­dzie­my na prom, wszyst­ko bę­dzie po sta­re­mu.

Wy­szły­śmy ze świą­ty­ni na za­la­ny po­po­łu­dnio­wym słoń­cem plac. Na ple­cach po­czu­łam czyjś wzrok i od­wró­ci­łam się z na­dzie­ją, że to Marek wy­biegł za mną, ale to tylko dwaj ochro­nia­rze bez­czel­nie nam się przy­glą­da­li. Zo­sta­wi­łam Nanę na scho­dach, a ona opar­ła się ple­ca­mi o drew­nia­ny filar i za­mknę­ła po­wie­ki, jakby umar­ła. Ręce zwi­sa­ły jej bez­wład­nie, a śnia­da skóra przy­bra­ła kolor pa­pie­ru. Po­gła­ska­łam ją z czu­ło­ścią po po­licz­ku. Po­my­śla­łam, że nic wię­cej dla niej nie mogę zro­bić i ode­szłam.

War­tow­ni­cy stali przede wszyst­kim przed tymi bu­dyn­ka­mi, które były wy­peł­nio­ne ludź­mi. Tam, gdzie nie było ni­ko­go, nie wi­dzia­łam ich czar­nych gar­ni­tu­rów i bia­łych ko­szul. Ostroż­nie prze­szłam na tył du­że­go, przy­po­mi­na­ją­ce­go lamus gma­chu. Po­dwór­ko było roz­le­głe, oko­lo­ne ze wszyst­kich stron do­ma­mi o prze­su­wa­nych drzwiach i drew­nia­nych po­de­stach. Drzwi otwie­ra­ły się ze skrzyp­nię­ciem, po­ka­zu­jąc opu­sto­sza­łe wnę­trza. Nic tu nie było, je­dy­nie kilka sta­rych sza­fek z wy­rwa­ny­mi szu­fla­da­mi, które przy­po­mi­na­ły, że jed­nak ktoś tu kie­dyś miesz­kał. W ostat­nim po­ko­ju za cien­kim prze­pie­rze­niem ode­zwa­ły się głosy. Dwóch męż­czyzn roz­ma­wia­ło od stro­ny głów­ne­go dzie­dziń­ca, a pa­pie­ro­we ścian­ki nie sta­no­wi­ły żad­nej prze­szko­dy. Mie­sza­li ko­re­ań­ski i an­giel­ski.

Ondże?

– Jutro.

Nugu?

– Ja po­ja­dę, ty mo­żesz na­stęp­nym razem. Za­ła­do­wać tu i roz­ła­do­wać tam. Czy­sta ro­bo­ta.

Ostroż­nie zro­bi­łam dziu­rę w pa­pie­ro­wej okien­ni­cy. Kika razy wy­cie­ra­łam palce o ubra­nie, bo spo­ci­ły mi się i śli­zga­ły po po­wierzch­ni. Wyj­rza­łam. Nie byli to zwy­kli straż­ni­cy, któ­rych było pełno w głów­nych bu­dyn­kach i któ­rzy spraw­dza­li wcho­dzą­cych. Ci tutaj mieli woj­sko­we mun­du­ry. I ka­ra­bi­ny.

– Dzi­siaj jakaś siksa szu­ka­ła swo­jej matki.

Aro.

Jeden podał dru­gie­mu pa­pie­ro­sa. Od­pa­li­li od za­pal­nicz­ki.

– Może sobie szu­kać – obaj za­re­cho­ta­li i za­cią­gnę­li się dymem. Chwi­lę nic nie mó­wi­li i za­le­gła cisza, w któ­rej sły­sza­łam bicie swo­je­go serca, jakby ktoś ude­rzał w dzwon. Byłam pewna, że żoł­nie­rze zaraz też go usły­szą. Bałam się ru­szyć, a nawet prze­nieść cię­żar z jed­nej nogi na drugą, żeby deski nie za­ję­cza­ły i mnie nie zdra­dzi­ły.

– Po­dob­no – ten pierw­szy zni­żył głos – Nie­któ­rzy wy­bie­ra­ją sobie co ład­niej­sze. Prze­cież nie za­wsze tra­fia­ją się stare. W ze­szłym ty­go­dniu, pro­szę cie­bie, była taka jedna, przy­stoj­na na twa­rzy i cał­kiem, cał­kiem. Fajna fi­gu­ra, szko­da tylko, że fa­na­tycz­ka. Może ty też sobie jaką wy­bie­rzesz?

Śrho.

– Jak nie chcesz, to nie – i znów za­re­cho­tał.

Pot za­czął spły­wać cien­ką struż­ką wzdłuż ple­ców. Ła­sko­tał mi szyję i ło­pat­ki. Z naj­wyż­szym wy­sił­kiem po­wstrzy­ma­łam się, aby nie rzu­cić się na oślep do uciecz­ki.

– Kto by po­my­ślał, że naj­wyż­szą kom­pa­ty­bil­ność będą mieć ci sza­leń­cy? Aż dziw, że wszyst­ko idzie tak gład­ko. Ani jed­naj awa­rii. Wiesz, co by się stało, gdyby jakiś nie­kom­pa­ty­bil­ny się tra­fił?

Mulla.

– Po­le­cia­ły­by głowy sze­fów, oj, po­le­cia­ły­by.

Po­wo­li do­cie­rał do mnie sens pod­słu­chi­wa­nej roz­mo­wy. Znik­nię­cie matki Nany, ochro­na na każ­dym kroku, brak as­fal­to­wej drogi… – wszyst­ko sta­wa­ło się zro­zu­mia­łe. A jutro… , co bę­dzie jutro? Za­bie­ra­ją stąd ludzi, to pewne. W cza­sie spo­tka­nia muszą ich wy­pro­wa­dzać tyłem, pod stra­żą i pod ostrą bro­nią. Dla­cze­go jed­nak nikt stam­tąd nie uciekł, nie wzy­wał po­mo­cy? Nie krzy­czał? Jeśli po­da­ją im nar­ko­ty­ki albo inne środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce, to nie muszą się mar­twić o ja­ki­kol­wiek bunt. Nar­ko­ty­ki są w ka­dzi­deł­kach? W je­dze­niu? Co oni póź­niej robią z po­rwa­ny­mi ludź­mi? Prze­trzy­mu­ją ich gdzieś w klasz­to­rze? Jeśli prze­szu­kam do­kład­nie wszyst­kie za­bu­do­wa­nia, moż­li­we, że coś znaj­dę…, jaka nie­kom­pa­ty­bil­ność?

Ty­sią­ce myśli prze­la­ty­wa­ły mi przez głowę. Mu­sia­łam zo­stać tu bez ruchu, jeśli chcia­łam żyć. Była jed­nak szan­sa, że żoł­nie­rze wie­czo­rem się zmie­nia­ją i scho­dzą na chwi­lę z po­ste­run­ku. Pró­bo­wa­łam nie od­dy­chać i pra­wie za­czę­łam się dusić. Wy­da­wa­ło się, że słoń­ce się za­trzy­ma­ło i nigdy nie za­cznie biec, po­nie­waż każda mi­nu­ta wlo­kła się jak wiecz­ność. Wresz­cie drgnę­ło i ru­szy­ło ku za­chod­nie­mu ho­ry­zon­to­wi, a w za­tę­chłym po­miesz­cze­niu zro­bi­ło się chłod­niej. Za pa­pie­ro­wą ścia­ną zro­bił się ruch i straż­ni­cy ode­szli. Wy­pa­dłam na tylne po­dwór­ko, które teraz to­nę­ło w wie­czor­nym mroku. Ła­twiej było się ukryć, ale też i trud­niej było zna­leźć jakąś ścież­kę. Wy­do­sta­łam się z pu­łap­ki i nie wie­dzia­łam, co dalej. Czy mam szu­kać Nany? Pró­bo­wać do­dzwo­nić się na po­li­cję? Rzu­cić się z go­ły­mi pię­ścia­mi na ochro­nia­rzy i wy­cią­gnąć Marka na siłę?

Trzy­ma­jąc się jedną ręką ścia­ny, szłam w stro­nę, z któ­rej do­cho­dził zwie­lo­krot­nio­ny śpiew czci­cie­li. Kiedy zna­la­złam się na placu, cie­nie od­su­nę­ły się na bok i mo­głam iść po bia­łych pły­tach chod­ni­ka. Na scho­dach wiel­kiej świą­ty­ni nie było ni­ko­go. Mimo że war­tow­ni­ków nie było widać, to prze­cież do­my­śli­łam się ich obec­no­ści po ża­rzą­cych się pa­pie­ro­sach. Nana. Czy miała na tyle siły, żeby nocą szu­kać matki, czy za­bra­li ją stąd, pod­trzy­mu­jąc z dwóch stron i cią­gnąc po ka­mien­nym bruku?

Po­de­szło do mnie dwóch, mieli roz­pię­te pod szyją ko­szu­le i od­dy­cha­li cięż­ko, jakby chcie­li z sie­bie wy­rzu­cić całe go­rą­ce po­wie­trze, któ­re­go na­ły­ka­li się za dnia. Po­ka­za­li mi ge­stem kie­ru­nek i po­kle­pa­li się po boku, gdzie pew­nie mieli za­wie­szo­ne pałki. Nie, za­bra­kło mi nawet tej od­wa­gi, aby się im prze­ciw­sta­wić albo co­kol­wiek po­wie­dzieć. Bez jed­ne­go słowa po­szłam za nimi.

W nocy bałam się za­snąć. Po­ło­żo­no mnie z in­ny­mi ko­bie­ta­mi na pod­ło­dze i dano je­dwab­ną po­ściel. Przed drzwia­mi po­sta­wio­no ochro­nia­rzy i dano do zro­zu­mie­nia, że nie ro­zu­mie­ją po an­giel­sku. Chłód wy­szy­wa­nej koł­dry przy­wo­dził na myśl ja­kieś nie­ja­sne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, lecz do­kład­nie nie mo­głam sobie przy­po­mnieć jakie. Czy to było wspo­mnie­nie uspo­ka­ja­ją­ce­go śnie­gu, czy noc­ne­go, nie­skoń­czo­ne­go nieba? Nie było ze mną Nany i nie wie­dzia­łam, czy zna­la­zła schro­nie­nie w innym klasz­tor­nym domu, czy po­rzu­co­na, z za­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi, leży gdzieś na sty­gną­cej ziemi. Przez pa­pie­ro­we okna są­czy­ła się mdła po­świa­ta, bar­wiąc wszyst­ko błę­kit­nym chło­dem. Jutro nic się nie sta­nie, jutro nic się nie… – po­wta­rza­łam moją man­trę, a me­ta­licz­ne lśnie­nie pod­peł­za­ło coraz bli­żej. Za­ci­ska­łam po­wie­ki, ale da­rem­nie. Czu­łam na twa­rzy i szyi srebr­ny po­blask, jak peł­znie po skó­rze i zo­sta­wia śli­ski ślad.

Nocny lęk nad ranem wcale nie znik­nął, prze­ciw­nie, wzma­gał się z każdą go­dzi­ną. Wszy­scy neo­fi­ci już od dłu­gie­go czasu cze­ka­li w głów­nej świą­ty­ni. Ocze­ki­wa­li wta­jem­ni­cze­nia, które miało na nich spły­nąć wraz z po­za­ziem­skim świa­tłem. Ocze­ki­wa­li bło­gie­go od­czu­cia nie-by­cia i nie-ist­nie­nia, które miał im udzie­lić bożek z obrzmia­łym brzu­chem. To­ru­jąc sobie drogę łok­cia­mi prze­pcha­łam się do Marka. Źre­ni­ce już za­czę­ły za­cho­dzić mu biel­mem i tra­cił wzrok. Chwy­ci­łam go za barki i po­trzą­snę­łam.

– Ock­nij się! Ten jeden, je­dy­ny raz mnie po­słu­chaj! Nie mówię, żebyś mnie ko­chał, nie chcę, żebyś mi obie­cy­wał wspól­ne życie albo przy­szłość. Tylko wy­jedź­my stąd teraz, na­tych­miast! – pró­bo­wa­łam zaj­rzeć mu w oczy, do­strzec ostat­nią iskrę świa­do­mo­ści, ale on tylko ode­pchnął mnie bru­tal­nie i znalazłam się na pod­ło­dze. Mnich wy­gła­szał w tym cza­sie długą prze­mo­wę o prze­mia­nie i wy­zby­ciu się my­śle­nia, które są wy­zby­ciem się wszyst­kich trosk i wszyst­kich niepotrzebnych ra­do­ści. Na końcu kazał tym, któ­rzy nie chcą do­stą­pić tej wie­dzy, wyjść. Dwóch ochro­nia­rzy chwy­ci­ło mnie za ra­mio­na i wy­cią­gnę­ło na ze­wnątrz. Pięk­na Nana reszt­ką sił pod­nio­sła się ze scho­dów i z gło­śnym wo­ła­niem, który przy­po­mi­nał płacz, wbie­gła do środ­ka. Wy­cią­gnę­ła ręce do góry, jakby chcia­ła coś uchwy­cić albo coś za­trzy­mać. Nawet nie zdą­ży­łam krzyk­nąć, żeby ni­g­dzie nie szła, żeby zo­sta­ła ze mną.

Biały obłok ni­czym białe słoń­ce po­łknął wszyst­kich i wszyst­ko. Za­sło­ni­łam oczy, ale jesz­cze przez długi czas świe­cił mi pod po­wie­ka­mi czar­nym bla­skiem. Ka­mie­nie jed­nak po­zo­sta­ły zimne i mar­twe. Kiedy zga­sło, na oło­wia­nych no­gach we­szłam do świą­ty­ni, ale prócz na­la­ne­go bó­stwa nie było tu ni­ko­go. Na po­sadz­ce po­nie­wie­ra­ły się dro­bia­zgi, oku­la­ry, klu­cze i te­le­fo­ny. Pod­nio­słam chust­kę, którą dałam Nanie. Po­czu­łam jak tłu­mio­ny od rana nie­po­kój ro­śnie i mnie dusi. Gdzie się wszy­scy po­dzia­li?! Gdzie jest Marek?! Za­czę­łam ner­wo­wo prze­szu­ki­wać po­miesz­cze­nie, chcąc zna­leźć ja­kie­kol­wiek dru­gie wyj­ście, a ob­żar­ty bożek nie spusz­czał ze mnie wzro­ku. Ręce mi drża­ły, bo wy­obra­ża­łam sobie, że w ko­lej­nej sza­fie lub wnęce znaj­dę stos tru­pów albo spo­pie­lo­ne ciała. Szu­ka­łam cieni, które mogły zo­sta­wić, wy­pa­ro­wu­jąc w mgnie­niu oka. Nagle pod na­ci­skiem ugię­ła się jedna z ażu­ro­wych ścia­nek, od­sła­nia­jąc wąski ko­ry­tarz. Za­wa­ha­łam się przez mo­ment, bo coś cią­gnę­ło mnie w druga stro­nę i popycha­ło do uciecz­ki. Przy­trzy­ma­łam się drew­nia­nej fra­mu­gi i z wy­sił­kiem po­sta­wi­łam jedną nogę, a potem drugą. Za­nu­rzy­łam się w dusz­ną ciem­ność i pra­wie po omac­ku po­su­wa­łam do przo­du. Nie wiem, ile trwała ta wędrówka. Ko­ry­tarz koń­czył się prze­stron­ną salą o czer­wo­nych, drew­nia­nych ko­lum­nach, otwie­ra­ją­cą się na chiń­ski ogród, rów­nież mar­twy i pusty.

Na pod­ło­dze przy ni­skim sto­li­ku sie­dział nasz mnich Jang Il So. Jego twarz stra­ci­ła maskę, którą wi­docz­nie za­kła­dał dla adep­tów, teraz już nie­po­trzeb­ną. Był znu­dzo­ny i apa­tycz­ny. Spoj­rzał na mnie bez za­in­te­re­so­wa­nia. Z roz­pa­czy i wście­kło­ści nie mo­głam sobie przy­po­mnieć an­giel­skich słów. Za­czę­łam, ją­ka­jąc się:

– Gdzie…, gdzie są wszy­scy? Dla­cze­go Marek znik­nął?

Mnich le­ni­wie żuł su­szo­ną ośmior­ni­cę.

– Wi­dzia­ła świa­tło? Za­bra­ło. Wszyst­kich.

– Jak to za­bra­ło?! Jak… Dokąd?!

Pa­bu­ja – mruk­nął nie­chęt­nie.

– Kto jest głup­cem? Co z nimi… zro­bi­li­ście? – Bra­ko­wa­ło mi tchu.

Za­ma­chał gwał­tow­nie rę­ka­mi w pro­te­ście.

– Nie, nie! Oni sami chcie­li. Do­znać eks­ta­zy, być szczę­śli­wym. Eu­fo­ria. Wizje. Uno­sze­nie do nieba – mnich ziew­nął. – Jak chce, też może iść do ha­ny­ryn. Do nieba.

Po­wo­li sia­dłam na pod­ło­dze na­prze­ciw mni­cha przy jego sto­li­ku z czer­wo­nej laki. Pod­cią­gnę­łam ko­la­na pod brodę. Wpa­try­wa­łam się w niego z na­pię­ciem, aby nic mi nie mogło umknąć. A więc można się dostać do miejsca, dokąd zabrano ich wszystkich.

– Jak to do nieba?

– Musi bić po­kło­ny, mo­dlić i idzie do nieba.

– Tak po pro­stu? I tylko tyle?

– To wcale nie jest pro­ste – mnich wydął usta – niebo wie, kto szcze­ry, kto nie­szcze­ry. Tylko praw­dzi­wy czci­ciel widzi bogów.

– A gdzie jest to niebo?

– Nie wie. Nie byłem. Alem sły­szał, że kto już tam po­szedł, ten nie wraca. Nie ma już duszy – tu obłudnie pokręcił głową ze smutkiem. – Droga w jedną stro­nę. Hana.

– Na pewno nie! – krzyknęłam – Skoro świa­tło ich za­bra­ło, to może też oddać.

Mnich za­sta­na­wiał się przez chwi­lę, a jego sko­śne oczy zro­bi­ły się jesz­cze bar­dziej wą­skie.

– Może i spo­sób jest. Ale po co ci to? A ten twój na­mdzia, to przy­naj­mniej cię kocha? Wra­caj do sie­bie i za­po­mnij. O nim i o świe­tle.

Byłam pewna, że nie po­trze­bu­ję żad­ne­go oświe­ce­nia, po­nie­waż mam teraz tak jasne myśli, jak nigdy w życiu.

– A nie, nie mam zamiaru zapomnieć. Nie będzie jakieś gówniane, kompatybilne światło wysysać ludzkie mózgi! Nie będzie się żywić wolną ludzką duszą!

– Od razu wysysać mózg – wzruszył ramionami – zabiera ich tylko na drugą stronę, tam są przydatni, no, tacy bezwolni, podłączeni, razem z rdzeniem, tam robią taką nową, lepszą przyszłość. Zresztą i tak do niczego innego się nie nadają.

– Tak? Nowy świat?! Wspaniały ład?!

Mnich nie rozumiał mojej wściekłości. Patrzył zdziwiony. Zapytałam, jak mam się tam dostać, bo mam zamiar uratować Marka. Miałam też zamiar posłać ten cały system, ład i szczęście do wszystkich diabłów, ale tego głośno nie powiedziałam.

– Hm – chrząk­nął jakby za­że­no­wa­ny – świa­tło musi cie­bie wy­pluć, no, zwy­mio­to­wać. Nie mo­żesz agas­si po­zba­wić się świa­do­mo­ści i toż­sa­mo­ści, bo tych roz­pły­nię­tych po­chła­nia, agas­si musi go oszu­kać. Mo­dlić, śpie­wać pie­śni i wołać: oświeć mnie! Oświeć!

– Oszu­kać? Oszu­kać świa­tło? – mu­sia­łam się upew­nić.

– Jak cię nie stra­wi agas­si, to wy­rzy­ga po dru­giej stro­nie. Znaj­dziesz tam wszyst­kich in­nych. Kto wie, może i swojego namdzia ściągniesz z powrotem. Oni my­śle­li, że tam jest życie, iluminacja, wyższy stopień świadomości. Co za szaleńcy. – Mnich mla­snął i popił ry­żo­wą wódką z por­ce­la­no­wej mi­secz­ki. Przy­mknął po­wie­ki do po­ło­wy i można by­ło­by po­my­śleć, że me­dy­tu­je, ale ja wie­dzia­łam swoje. Po­szedł spać, bo cała rze­czy­wi­stość śmier­tel­nie go nu­dzi­ła.

Zdję­łam buty i w sa­mych skar­pet­kach we­szłam do głów­nej świą­ty­ni. Brzu­cha­ty Budda, wy­po­le­ro­wa­ny na wy­so­ki po­łysk, wy­da­wał się za­do­wo­lo­ny. Po­wie­trze wy­peł­niał gry­zą­cy dym ka­dzi­deł zmie­sza­ny z za­pa­chem wo­sko­wa­ne­go drew­na, zmar­li stró­żo­wa­li, a pod­ło­ga była świe­żo za­mie­cio­na. Po­my­śla­łam, że jakoś to prze­ży­ję. Za­ję­łam naj­bar­dziej mięk­ką z wy­glą­du po­dusz­kę i za­czę­łam li­czyć po­kło­ny: raz, dwa, trzy…

 

Koniec

Komentarze

Przeczytane.

Witamy w konkursie :)

łapiąc powietrze ja ryba

jak

Karma cie

ogonek

Alem słyszał, – tu zaczął szeptać – że kto już tam poszedł

zbędny przecinek

 

Przeczytałam.

OK, Korea była, ale nie Południowa. Do konkursu.

Ależ Tarnina będzie miała problem z mapką… ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Chalbarczyk – zaciekawiło mnie. Czytałem z zainteresowaniem do samego końca. Historia potrafi wciągnąć. Niestety końcówka mnie rozczarowała. Zagadka została nie wyjaśniona, a ja nie lubię niewyjaśnionych zagadek, no chyba, że czegoś nie zrozumiałem.

Tomasz R.Czarny – końcówka poprawiona, może teraz zagadka się bardziej wyjaśni.

"Tylko prawdziwych wyznawców nie dosięgnie gniew ojca"

– pomijając kwestię "jaka to religia", ze mowa o "ojcu", to podejrzewam, ze w większości wyznan chodziłoby o konkretny przydomek danego boga lub jego imię , więc Ojcu.

 

"Przed wejściem sprawdzili nas, obmacując po łydkach i ramionach"

– to raczej obmacali niż sprawdzili, bo gdyby coś miały wnieść, to łatwiej było choćby w kieszeniach. Ale hm, miejscową tez sprawdzili?

 

to, ze akcja dzieje się w Korei wynika tylko z adnotacji umieszczonej przed opowiadaniem. Nie chodzi mi tu o aspekt konkursowy, a o fakt, ze ta lokalizacja ma wpływ na sposób, w jaki wyobraża się sobie scenerię.

 

Czy z kontekstu należy sądzić, ze bohaterka zna koreański? Bo rozumiała rozmowę toczoną między strażnikami.

 

Moment pojawienia się chmury wygląda jakby brakło jednego zdania – przynajmniej z mojego punktu widzenia.

 

Trochę dziwny jest tez fragment, w którym strażnicy sugerują możliwość użycia siły – okoliczności tego nie nasuwały, skoro rano i tak bez problemu wypuszczali z pomieszczenia sypialnego. Choć to można uzasadnić błędną interpretacją bohaterki.

 

Co do samego opowiadania: podobał mi się ogólny pomysł, podobała mi się budowana atmosfera tajemnicy. Coś mi przez moment zazgrzytało w wiarygodności postaci, ale później się to naprostowało w taki sposób, ze rozwiało wcześniejsze wątpliwości – więc tu też ok. Jest tu coś z “orientalnego, ale współczesnego” klimatu lovecraftowego. W małej dawce, ale jednak.

Problem w tym, ze po przeczytaniu jest niedosyt. Nie mam problemu z niewyjaśnionymi zagadkami, czasem nawet lepiej jeśli są (tutaj jest własnie taki przypadek). Ale trzeba je podawać w odpowiedni sposób. Może być tez pół na pół – część  wyjaśniona, część nie. Ale tu wyszło inaczej. Jakiś  taki miks, jest tajemnica, ale urwana. Nie zasygnalizowana, nie przedstawiona sama w sobie.

Mnich skądś dużo wie, a bohaterka ani trochę się temu nie dziwi. Dla czytelnika (ale nie dla bohaterki) jest to przedstawione tak, jakby faktycznie była to wiedza mnicha, a nie jako “wie czy dopowiada sobie”. Niby jest w tej kwestii wskazówka w postaci rozmowy ochroniarzy/żołnierzy, ale mimo to ten element zgrzyta formą (własnie formą, nie samą treścią – bo faktycznie mógł “wiedzieć”. Swoją droga aż za łatwo (pomimo wyraźnej ekspozycji!) można przegapić zagadkę roli ochroniarzy, którzy też zniknęli. To swoją droga jest ciekawe samo w sobie – bo jeśli się nie mylę, ta rozmowa miała wskazać czytelnikowi rozwiązanie, a mimo to jakoś nie do końca działa w tej roli.

Zupełnie osobną sprawa jest to, jaką rolę pełni mnich z punktu widzenia ochroniarzy. to akurat w sumie nie ma znaczenia i zgaduję w ciemno, że nie brałaś tego pod uwagę. Zresztą da się to wyjaśnić na wiele sposobów, chociażby “dla świętego spokoju, gdyby ktoś sprawdzał stan prawny klasztoru pod nieobecność ochroniarzy”).

 

Generalnie mam mieszane odczucia, bo lubiąc teksty “częściowo niewyjaśnione” i każące myśleć, tu mimo wszystko mam odczucie zgrzytu. Jednocześnie dostrzegam duży potencjał tekstu. Zwyczajnie jakby po drodze coś nie do końca wyszło, jakiś element źle został ułożony.

 

Mimo to zaraz wrzucę  w wątek nominacji do punktów biblioteki, bo widać, że w dobrą stronę szło.

 

Na koniec pytanie: czy czytałaś “Ósmą czarę”? Jest o czymś innym, ale mam odczucie pewnego odległego (nawet bardzo odległego) podobieństwa jednej ze scen opowiadania z jednym z wątków tego komiksu. nawet mniej niż inspiracji, ale tak jakoś się przypomniało.

 

Edit: a tytuł to już z Artrosis się kojarzy :-)

 

Edit 2: za to nieźle wyszedł moment, w którym bohaterka traci opanowanie i zaczyna mówić nieskładnie w nerwach.

wilk-zimowy – dziękuję za przeczytanie i recenzję. Rozumiem, że gdyby rozwinąć i uzupełnić o zdania precyzujące – byłoby trochę lepsze. Nie czytałam “Ósmej czary”, ale chętnie po to sięgnę, myślę, że klimat sekty i cynicznego wykorzystywania wyznawców przez ich guru zawsze będzie podobny.

Okej, przeczytałem, jak dla mnie może być. Dzięki.

Chalbarczyk, nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Większość czytelników lubi mieć wszystko rozwiązane, problem w tym, ze są takie teksty (ten do nich należy), które na wyjaśnieniu wszystkiego tylko stracą. Jest tez mniejszość (i ja do tej mniejszość należę), która lubi odpowiednio podaną tajemnicę, która jest rozwikłana tylko częściowo, częściowo samemu trzeba pomyśleć, a częściowo też dopowiedzieć.

W przypadku tego tekstu… chyba nie chodzi o to, czy “rozjaśnień” ma być więcej czy mniej. Bardziej o to, że momenty rozjaśnień i zaciemnień są w nieodpowiednich miejscach.

Świetny tytuł opowiadania, przykuwa uwagę. :)

Mam trochę mieszane uczucia, bo dystans narratorki wobec opisywanych realiów nieco dystansował mnie też od nich jako czytelniczkę, a fajnie byłoby jednak zanurzyć się w azjatyckich klimatach. Ale prawdopodobnie to już kwestia nastawienia czy oczekiwań.

Przyczepiłabym się też trochę do nazywania Buddy “bóstwem” i oświecenia jako “wizji”, ale niech będzie, że wpisuje się to we wspomniany dystans narratorki (i w sumie prawdziwy charakter klasztoru).

Sam wątek kryminalny super, rozwiązanie mogłoby być bardziej rozbudowane, ale ogólnie sposób poprowadzenia fabuły satysfakcjonujący. Od strony językowej i warsztatowej tekst też dopracowany i przemyślany, dobrze się czyta. A zakończenie odpowiednie, choć szkoda, że razem z narratorką nie przedostajemy się na tę drugą stronę. ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

A jeszcze co do “Ósmej czary” – nie jest o sekcie, zwyczajnie jedna scena przywodzi ciąg skojarzeń.

wilk-zimowy – w streszczeniu “Ósmej czary” przeczytałam o raju, z którego bohaterowie chcą uciec, to nasunęło mi skojarzenie utopijnej, bezdusznej rzeczywistości, która miałaby być spełnieniem ludzkich marzeń o idealnym świecie.

Jeżeli tak napisali, to walnęli paskudny spoiler czegoś, co jest długo po początku. Tak czy inaczej klasyka polskiego undergroundowego komiksu.

OD strony narracyjnej jest tu fajna tajemnica i powolne znajdowanie odpowiedzi. Aspekt fantastyczny, choć nie nowy, wydał dla mnie najfajniej – to fikcyjne niebo, poszczególne tropy. Tło koreańskie niestety słabo – poza adnotacją i kilkoma losowymi słowami i elementami nie czuć tutaj klimatu dalekowschodniego. A taki by się definitywnie przydał, jeśli mowa o państwie mocno odległym kulturowo od naszego.

Słabo też z bohaterką i jej prezentacją. Przez długi czas nie wiedziałem, czy Marek to jej chłopak, czy brat/ktoś z rodziny. Dopiero pod koniec jej słowa to zdradzają. Nie klei mi się więc, czemu pojechała za nim, skoro od początku tekstu traktował ją gorzej niż powietrze. Miłość jest ślepa, ale w tym wypadku tutaj tego nie kupuję.

Podsumowując: element fantastyczny tego koncertu fajerwerków plus, reszta średnia.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ty chopie napisz kiedyś nową wersję Doliny Muminków. Komiksową! :) 

Dziękuję za ilustrację! Bardzo fajnayes

No cóż, może i był tu jakiś pomysł, ale chyba nie został opowiedziany tak, bym mogła uwierzyć we wszystkie opisane zdarzenia. No bo jak to możliwe, że w klasztorze, w którym mają miejsce wielce podejrzane wypadki i gdzie wszędzie kręcą się uzbrojeni strażnicy i ochroniarze, bohaterka dość swobodnie porusza się po całym terenie, prowadzi prywatne śledztwo i przez nikogo nie niepokojona penetruje budynki. Wydaje mi się to dość nieprawdopodobne.

Nie wiem jak wyglądało pierwotne zakończenie, ale obecne niczego mi nie wyjaśniło. Nie wykluczam, ze może czegoś nie doczytałam lub nie pojęłam, ale muszę powiedzieć, że nie bardzo wiem, o co chodzi w opowiadaniu.

Wykonane pozostawia sporo do życzenia.

 

Z Mapo pa­mię­tam tylko białe słoń­ce. Gdyby tylko wy­star­czy­ło… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

wszy­scy, któ­rzy z jakiś du­cho­wych po­bu­dek… –> …wszy­scy, któ­rzy z jakichś du­cho­wych po­bu­dek

 

po­wle­kli­śmy się z to­bo­ła­mi na przy­sta­nek au­to­bu­su.

Prze­su­wa­ły się za oknem eg­zo­tycz­ne pola ryżu, ogrod­ni­cze tu­ne­le opię­te brud­ną folią i liche do­mo­stwa ukry­te za wy­so­ki­mi par­ka­na­mi i ka­mien­ny­mi mu­ra­mi. –> Czy dobrze rozumiem, że to wszystko przesuwało się za oknem przystanku autobusu?

Brakło mi choćby słowa, ze autobus przyjechał, wsiedli i odjechali.

 

i owi­nię­ty był, ni­czym w ko­ko­nie, szarą płach­tą, która bez­wstyd­nie bar­dziej ob­na­ża­ła niż za­sła­nia­ła jego na­gość. –> …i owi­nię­ty był, ni­czym ko­ko­nem

Jeśli płachta nie osłaniała całego mnicha, trudno porównywać ją do kokonu.

 

nie­chęt­nie za­trzy­ma­li się z da­le­ka. –> Można dokądś przybyć z daleka, ale nie wydaje mi się, aby można się zatrzymać z daleka.

Proponuję: …nie­chęt­nie za­trzy­ma­li się w pewnej odległości.

 

Mnich z cie­niem po­gar­dy na swo­ich peł­nych i zmy­sło­wych ustach… –> Zbędny zaimek. Czy mógłby mieć pogardę na cudzych ustach.

 

Karma cie do­pad­nie… –> Literówka.

 

Gniew ude­rzył mnie w po­licz­ki, za­ci­snę­łam pię­ści. –> To tak, jakby gniew przyszedł z zewnątrz, a nie zrodził się w dziewczynie.

Może: Rumieńce gniewu wykwitły mi policzkach

 

Zo­bacz na jego roz­ju­szo­ną minę… –> Zo­bacz jego roz­ju­szo­ną minę… Lub: Spójrz na jego roz­ju­szo­ną minę

Można zobaczyć coś, ale nie można zobaczyć na coś.

 

Słoń­ce pa­li­ło od góry, bo linia lasu cof­nę­ła się w głąb gór… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kiedy się obu­dzi­ła, sia­dły­śmy w cie­niu… –> Skoro dziewczyna mdlała, to raczej: Kiedy oprzytomniała, sia­dły­śmy w cie­niu

 

-Uri omma, opso… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Wy­da­wa­ło mi się, że mar­twi pil­nu­ją swo­ich ta­bli­czek, bo zo­sta­wia­ją na nich brud­ne ślady pal­ców. –> W jaki sposób martwi zostawiali na tabliczkach ślady brudnych palców?

 

Ostroż­nie prze­szłam na tył du­że­go, przy­po­mi­na­ją­ce­go lamus gma­chu. –> Co sprawia, że gmach przypomina lamus?

 

Nie byli to zwy­kli straż­ni­cy, któ­rych było pełno… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Po­dob­no – ten pierw­szy zni­żył głos – Nie­któ­rzy wy­bie­ra­ją sobie co ład­niej­sze. –> – Po­dob­no – ten pierw­szy zni­żył głos – nie­któ­rzy wy­bie­ra­ją sobie co ład­niej­sze.

 

A jutro… , co bę­dzie jutro? –> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

moż­li­we, że coś znaj­dę…, –> Jak wyżej.

 

w za­tę­chłym po­miesz­cze­niu zro­bi­ło się chłod­niej. Za pa­pie­ro­wą ścia­ną zro­bił się ruch… –> Powtórzenie.

 

i dano je­dwab­ną po­ściel. Przed drzwia­mi po­sta­wio­no ochro­nia­rzy i dano do zro­zu­mie­nia… –> Powtórzenie.

 

nie­ja­sne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, lecz do­kład­nie nie mo­głam sobie przy­po­mnieć jakie. Czy to było wspo­mnie­nie… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

od dłu­gie­go czasu cze­ka­li w głów­nej świą­ty­ni. Ocze­ki­wa­li wta­jem­ni­cze­nia, które miało na nich spły­nąć wraz z po­za­ziem­skim świa­tłem. Ocze­ki­wa­li bło­gie­go… –> Jak wyżej.

 

– Gdzie…, gdzie są wszy­scy? –> Zbędny przecinek po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnich, który wyszedł nas witać, miał taką samą przeźroczystą skórę jak Marek i tak samo nerwowo wodził oczami, spoglądając to na mnie, to na Marka.

Wydaje mi się, że powtórzenie imienia nie jest konieczne.

Karma cie dopadnie, w następnym życiu będziesz świnią lub małpą!

Zobacz na jego rozjuszoną minę

Napisałabym: spójrz.

Zawahałam się przez moment, bo coś ciągnęło mnie w druga stronę i popychało do ucieczki.

 

Mam mieszane odczucia. 

Czytało mi się dobrze, ale na końcu okazało się, że zagadkę można było rozwiązać na samym początku. Wystarczyło zapytać mnicha.

Znam tylko pięć liter ;)

Kraj niby jest, ale nawiązania słabe. Ta historia mogła się wydarzyć w każdym państwie, gdzie są świątynie buddyjskie. Albo i jakiekolwiek.

Element fantastyczny jest, chociaż nie zaszkodziłyby, IMO, wyjaśnienia; a po co światłu fanatycy, a co z tego mają mnisi, a dlaczego tam się kręcą umundurowani strażnicy. Dostajemy tylko niekomunikatywnego fanatyka i mnicha, który może się podzielić domniemaniami. W sumie, chyba dziwne, że to robi.

Fabuła mało złożona. On lezie w przepaść, ona jest bezradna. I niewiele od niej zależy, jest tylko obserwatorem, dopiero pod koniec podejmuje jakąś samodzielną decyzję. Zastanawiałam się podczas lektury, dlaczego dziewczyna w ogóle pchała się do tej świątyni razem z facetem. Jej to wyraźnie nie kręciło, przesadnie kochającą się parą też nie byli…

Bohaterom przydałoby się więcej głębi. Ale całkiem płascy nie są.

Tekst można interpretować metaforycznie – wtedy robi się ciekawszy, ale i jeszcze słabiej związany z Koreą.

Warsztat mógł być lepszy, chociaż mam wrażenie, że starałaś się, żeby doprowadzić tekst do porządku. Zostały jakieś powtórzenia, sporadycznie literówki. Niekiedy miałam wrażenie, że nadużywasz zaimków.

Babska logika rządzi!

Cześć, Chalbarczyku!

 

– ładne pierwsze zdanie, natomiast sam początek gryzie przez zagubienie podmiotu (w pierwszym zdaniu podmiotem jest słońce – ono – w drugim on – jaki on?)

– mam wrażenie, że tekstowi przydałoby się jeszcze jedno przeczytanie, najlepiej na głos, przed puszczeniem. Zwróć uwagę na dynamikę zdań, m. in. tutaj: „Marka przyciągał ten klasztor jak magnes, jego duchowa aura (czyja aura, skoro podmiotem w zdaniu jest Marek?). Ludzie wynoszeni w konwulsjach rozkoszy, gdy doznawali Wizji. Obłęd oczu, wychodzenie z ciała, niechciane powroty do ciała.”, tutaj: „ktoś z klasztoru po angielsku zapytał ni to z obawą, ni z ciekawością, ze śmiesznym akcentem.”, tutaj: „całkiem ukrył małe oczy w fałdach skóry” (oczy same się ukryły, to nie jest intencjonalne działanie). Lub niedopasowane metafory: „Gniew uderzył mnie w policzki”.

– brak początkowego wprowadzenia w świat bohaterów – kim jest narratorka, kim są dla siebie ona i Marek? Parą? Znajomymi? Rodzeństwem? Jaka jest więź między nimi, bo wydaje się bardzo słaba?

– chaos w historii, brak podstawowych informacji (po co Marek tam przyjechał, skąd on to sobie wymyślił, co się stało z Naną i jej matką, skąd Maria zna koreański, co ona w ogóle tam robiła, czekała na Marka? Gdzie, z jakimi kobietami spała?) oraz logicznych reakcji (Marek nieprzytomny, Maria sobie wychodzi, Nana nieprzytomna, Maria zostawia ją na schodach). Ogólnie miałam wrażenie, jakbym oglądała czyjś sen, w którym ludzie zachowują się bez sensu i bez jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego

– Co i rusz zdarzają ci się zdania z zagubionym podmiotem: „Mimo że wartowników nie było widać, to przecież domyśliłam się ich obecności po żarzących się papierosach. Nana. Czy miała na tyle siły, żeby nocą szukać matki, czy zabrali ją stąd, podtrzymując z dwóch stron i ciągnąc po kamiennym bruku? Podeszło do mnie dwóch (dwóch co? Kto?), mieli rozpięte pod szyją koszule i oddychali ciężko, jakby chcieli z siebie wyrzucić całe gorące powietrze, którego nałykali się za dnia.”

– trudno mi odkryć cel i sens tego opowiadania. Przy działaniach bohaterki nie następują żadne refleksje ani wyjaśnienia, nadal nie wiem, kim dla niej był Marek i dlaczego postanowiła podążyć jego ścieżką, jaki w historii był udział Nany. Jaki był cel opowiadania historii? Opowieść o dwójce ludzi, którzy zobaczyli coś dziwnego w klasztorze? Nikt się niczego nie dowiedział, niczego nie nauczył, nie zmienił.

– tekst od strony językowej czytało się ciężko – znikające podmioty, zdania zmieniające temat w połowie („Przetrzymują ich gdzieś w klasztorze? Jeśli przeszukam dokładnie wszystkie zabudowania, możliwe, że coś znajdę…, jaka niekompatybilność?”)

– podróżniczo tekst wypada blado. Owszem, jest Korea, choć gdyby nie było to podane w przedmowie, to bym się nie domyśliła. Ale co to za klasztor, gdzie jest, co to za mnisi? Jedynym elementem budującym zagraniczny klimat są pojedyncze koreańskie słowa (bądź też dialogi angielsko-koreańskie, w których angielski brzmi łudząco podobnie do polskiego), co jednak chwilami raczej utrudnia lekturę. Dlaczego w ogóle bohaterami są Polacy? Skąd oni się tam wzięli?

– lektura pozostawia ogromny niedosyt i zmieszanie w głowie czytelnika

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Spieszę z przeprosinami, że tak długo prawdziwego komentarza nie było. Cóż, tak to teraz u mnie jest – by robić wszystko to, co powinienem, musiałbym w ogóle nie spać, a i tak doba miałaby zdecydowanie za mało godzin. 

A co do tekstu – z pewnością robi jedną, bardzo fajną rzecz: pokazuje "filozoficzną" (cudzysłów celowo – nie lubię używać słowa "filozofia" w odniesieniu do orientalnych systemów) stronę dakekowschodniości z innej perspektywy. Mam wrażenie, że na zachodzie ustalił się jedyny, obowiązujący pogląd na wschodnią religijną duchowość, zwłaszcza w monastycznym wydaniu – że to wszystko jest bardzo uduchowione właśnie, bogate, mądre i ze wszech miar pozytywne. Twoje opowiadanie mówi, że niekoniecznie – jest tam miejsce na szarlatanerię, chciwość, przemoc i zwykle sekciarstwo, a boskie oświecenia mają wiele wspólnego z obłędem. 

Reszta wyszła jednak dość średnio. Geograficznie ledwie poprawnie – tak naprawdę akcja mogłaby dziać się gdziekolwiek na Dalekim Wschodzie. A czytało się… Cóż, jakoś tak ciężkawo. Nie, żeby tekst był napisany źle, nie ma tam rażących błędów, a wiele metafor całkiem mi się podobało. Może to przez niepotrzebnie skomplikowane zdania, w których ucieka rytm (pewien rytm zdań jest potrzebny nawet w prozie) no i narratorkę, która sprawia wrażenie, jakby nie do końca właściwie postrzegała rzeczywistość (rwane myśli, zauważone przez innych nagłe zmiany tematu w Polowie zdania), jakby poruszała sie na granicy oniryzmu. To mógł być celowy zabieg – dziwne realia buddyjskiego klasztoru wpływają ba świadomość – ha, mam nawet nadzieję, że celowy. Ale po prostu nie wypalił do końca. Dlatego przez tekst trzeba brnąć, choć podkreślam, nie jest źle napisany. 

A pomysł bardzo cacy. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nowa Fantastyka