- Opowiadanie: CzarneMleko - Passiflora na śmietniku

Passiflora na śmietniku

Opo­wia­da­nie na­pi­sa­ne prze­ze mnie jakiś czas temu, teraz pod­da­ne po­praw­kom. Od­da­ję do oceny. Nie­któ­rych za­pew­ne może od­rzu­cić styl i te­ma­ty­ka, więc od razu ostrze­gam przed dość dużą ilo­ścią wul­ga­ry­zmów i draż­li­wy­mi tre­ścia­mi.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Passiflora na śmietniku

Trzask kości wy­ry­wa­nych ze sta­wów wzbu­dza we mnie wiele emo­cji. Teraz myślę, że wszyst­ko jest kwe­stią pe­spek­ty­wy, a ma­rze­nia mogą się speł­nić, jeśli tylko do­brze je zre­de­fi­niu­jesz. Jeśli sku­pisz się od­po­wied­nio mocno i po­szu­kasz wła­ści­we­go punk­tu wi­dze­nia, to wbi­ja­ją­ce się w ciało igły mogą być przy­jem­ne.

Jakie szan­se życie stwa­rza dziec­ku kurwy i nar­ko­ma­na ocze­ku­ją­ce­go na ko­niec swo­ich dni w celi śmier­ci?

 

Kilka mo­men­tów z dzie­jów życia przy­ku­wa moją uwagę szcze­gól­ną in­ten­syw­no­ścią i pio­ru­nu­ją­cym zna­cze­niem. Od­dy­cha­nie tle­no­we, wie­lo­ko­mór­kow­ce, en­do­sym­bio­za, a szcze­gól­nie na­ro­dzi­ny wi­ru­sów w na­stęp­stwie ge­ne­tycz­nej uciecz­ki. Nie­mniej w przy­pad­ku na­sze­go ga­tun­ku, a więc i mojej hi­sto­rii, naj­waż­niej­sze po­zo­sta­je roz­mna­ża­nie płcio­we, dziew­czyn­ki ma­ją­ce szpar­ki po­mię­dzy no­ga­mi i chłop­cy go­to­wi mocno się na­tru­dzić, aby się do nich do­brać.

Za­baw­nym jest fakt, że wszyst­ko to roz­kwi­tło na po­hy­bel ja­kimś pro­to­ta­siem­com, a nie po to, aby Sha­ke­spe­are na­pi­sał "Romea i Julię" czy Klimt na­ma­lo­wał "Po­ca­łu­nek". Tym więk­szym osią­gnię­ciem jest zatem "Pa­dli­na" Bau­de­la­ire'a.

 

Je­steś synem kurwy i wie­lo­krot­ne­go mor­der­cy, który umowę spo­łecz­ną wy­ma­zał spod wła­snych skro­ni me­tam­fe­ta­mi­ną pro­du­ko­wa­ną z za­pa­łek na śmiet­ni­ku. Jeśli masz tyle ar­gu­men­tów, by wma­wiać sobie, że ucie­le­śniasz całą krzyw­dę swo­je­go ga­tun­ku, jak mo­żesz nie za­ko­chać się we wła­snym gło­sie?

 

Jak da­le­ko tylko się­gam obec­nie kom­plet­nie roz­bi­tą pa­mię­cią, ohyda cią­gnę­ła się za mną, jak śluz za śli­ma­kiem. Odkąd ewo­lu­cja wrzu­ci­ła na rynek mo­de­le zróż­ni­co­wa­ne pod wzglę­dem za­da­nia jakie mają peł­nić w pro­ce­sie re­pro­duk­cji, pewna doza an­ta­go­ni­zmu mię­dzy przed­sta­wi­cie­la­mi od­mien­nych płci jest nie­unik­nio­na, an­ta­go­nizm zaś ozna­cza wy­ści­gi zbro­jeń, sprzecz­ki o te­ry­to­ria, a przede wszyst­kim pakty biz­ne­so­we. Moja matka była kurwą; z punk­tu wi­dze­nia jej ko­le­gów sło­ikiem, w któ­rym każdy może za­ki­sić swo­je­go ogóra za od­po­wied­nią opła­tą, in­sty­tu­cja jak wy­ciąg nar­ciar­ski albo kieł­ba­ski z gril­la. Z punk­tu wi­dze­nia wszyst­kich bak­te­rii, wi­ru­sów i pier­wot­nia­ków prze­no­szo­nych drogą płcio­wą była jak Je­dwab­ny Szlak. Za­pew­ne każda dwo­in­ka rze­żącz­ki dwo­iła się i tro­iła, aby wziąć pod pro­tek­to­rat bramę wjaz­do­wą do ciał bar­dziej fry­wol­nej (w każ­dym razie na pozór) po­ło­wy przed­sta­wi­cie­li mo­je­go ga­tun­ku. Dla­te­go też cza­sem na­wie­dza mnie py­ta­nie: czy pod­czas mego po­czę­cia krę­tek kiły nie pod­szył się pod któ­rąś z nie­wy­ży­tych, śle­pych i zde­spe­ro­wa­nych gamet?

Fak­tem po­zo­sta­je, że pod wzglę­dem cho­rób we­ne­rycz­nych jesz­cze na tra­sie po­mię­dzy po­czę­ciem a na­ro­dzi­na­mi pia­sto­wa­łem cał­kiem wy­so­kie sta­no­wi­sko w świa­to­wej lidze. Jak zwy­kli ma­wiać, w ro­dzi­nie nic nie ginie. Na szczę­ście bądź nie, ta­kich jak ja dzi­siaj uzdra­wia­ją. Mi­ło­sier­dzie ka­blem wtła­cza­ne w kości. Wy­pru­li mnie z brzu­cha wła­snej matki, parę razy prze­płu­ka­li żyły i resz­tę sadła, od­pra­wi­li inne za­klę­cia współ­cze­snej me­dy­cy­ny, a potem za­szy­li w pie­kle z po­wro­tem. Jak to pomoc so­cjal­na, świa­ta nie uzdro­wi­ła, ra­czej ra­to­wa­ła przy­szłych kry­mi­na­li­stów przed przed­wcze­snym zgo­nem. Mimo wszyst­ko po­zo­sta­ły nie­od­wra­cal­ne zmia­ny i cięż­kie do prze­wi­dze­nia skut­ki. Na mojej ro­dzi­ciel­ce cała im­pre­za nie zro­bi­ła spe­cjal­ne­go wra­że­nia; jak­kol­wiek ona rów­nież zo­sta­ła pod­da­na grun­tow­nej hy­drau­li­ce, szyb­ko od­zy­ska­ła utra­co­ne po­zy­cje na li­ście w ksią­żecz­ce zdro­wia.

Jak można się do­my­ślić, byłem pa­skud­nym po­kur­czem. To, czego nie wy­krzy­wi­ły cho­ro­by, odzie­dzi­czy­łem po ojcu. Masz oczy dia­bła, sły­sza­łem to od zu­peł­nie róż­nych osób przy­naj­mniej parę razy w miesiącu. Zmy­sły i ciało po­krzy­wi­ła mi cała ple­ja­da zda­rzeń, na jakie byłem wy­sta­wia­ny. Matkę spie­nię­ża­ją­cą swoją urodę pa­mię­tam do­sko­na­le, dzia­ło się to zbyt czę­sto, by przy­szło mi za­po­mnieć. Po­dob­no chło­piec na pew­nym eta­pie roz­wo­ju, ucząc się po­żą­da­nia, na swój dzie­cię­cy spo­sób pra­gnie matki i jest za­zdro­sny o swo­je­go ojca. Nie­ste­ty hy­bry­do­wą wer­sję tego kon­cep­tu w moim wy­pad­ku cięż­ko mi po­skle­jać do kupy z resz­tek wspo­mnień, zwłasz­cza, że od­biór rze­czy­wi­sto­ści dziec­ka nie jest aż tak wolny od me­cha­ni­zmów fil­tru­ją­cych in­for­ma­cje, jak więk­szość ludzi by­ła­by skłon­na przy­pusz­czać.

 

Bądź mo­dli­twą, która zwró­ci ćpuna przed je­dy­ną mi­ło­sier­ną spo­śród nie­po­skro­mio­nej mno­go­ści twa­rzy Boga. Bądź roz­pę­dzo­ną śmier­cią na ostat­nim spo­śród wa­go­nów. Bądź za­ta­pia­ją­cą mózg juchą, wolno, nie­ubła­ga­nie są­czą­cą się z wnę­trza za­ro­pia­łej rany.

 

Nar­ko­ty­ki okre­śla­ły znacz­ną część mo­je­go życia, choć zna­jąc dzi­siaj drogę jaką prze­sze­dłem, śmia­ło mogę stwier­dzić, że za­czę­ło się cał­kiem nie­win­nie – więk­szą część dzie­ciń­stwa byłem gotów na­dźgać się czym­kol­wiek, co w zbyt bez­czel­ny spo­sób nie przy­po­mi­na­ło trut­ki na szczu­ry, a je­dy­ną mo­ty­wa­cją sto­ją­cą za przy­ję­ciem ta­kie­go kursu dzia­łań był brak per­spek­tyw na lep­sze życie. Szczę­śli­wie bądź też nie, moja matka w miarę moż­li­wo­ści blo­ko­wa­ła mi do­stęp do ta­kich atrak­cji. We­ne­rycz­ne łącze o naj­więk­szej prze­pu­sto­wo­ści wy­po­wia­da­ją­ce wojnę prze­pu­sto­wo­ści mojej ba­rie­ry krew-mózg.

Ojca nie po­zna­łem na­zbyt do­brze, chyba nigdy nawet z nim nie roz­ma­wia­łem. Jed­nak czę­sto wi­dy­wa­łem go ko­rzy­sta­ją­ce­go z usług matki, a nasze po­do­bień­stwo nie po­zo­sta­wia­ło miej­sca na wąt­pli­wo­ści. Cza­sem na mój widok coś mówił, pa­mię­tam tylko, że było to dla mnie kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­łe. Są­dzi­łem, że jest nie­re­for­mo­wal­nie obłą­ka­ny, teraz jed­nak prze­szło mi przez głowę, że trze­ba było słu­chać go tro­chę uważ­niej. Czę­ściej jed­nak wolał wy­krę­cać moje ręce niż snuć swoje mi­stycz­ne opo­wie­ści, usia­ne ob­cy­mi mi słowy. Za­ję­ło to sporo czasu, ale w końcu opa­no­wa­łem prze­mie­nia­nie tego bólu w przy­jem­ność. Czę­sto też do­sta­wa­łem po mor­dzie w bar­dziej kla­sycz­ny spo­sób, ale wy­krę­ca­nie rąk pa­mię­tam naj­le­piej. A w za­sa­dzie chrzęst moich kości ob­ra­ca­ją­cych się w sta­wach wbrew temu, co po­dob­no na­zy­wa się wolą, metafizycznemu za­kli­na­czo­wi mię­cha i kości.

Matka na niego po­twor­nie le­cia­ła. Taką przy­naj­mniej teo­rię uku­łem, by wy­ja­śnić sobie dla­cze­go bez słowa po­zwa­la­ła wy­pra­wiać te wszyst­kie rze­czy ze mną, a rów­no­cze­śnie z taką de­ter­mi­na­cją od­py­cha­ła mnie od ćpa­nia. Może prze­wi­dzia­ła moją przy­szłość. A może była tępą szma­tą, która bała się wła­snych klien­tów.

 

W prze­ci­wień­stwie do in­nych ba­cho­rów, z któ­ry­mi cza­sem się krę­ci­łem, jakoś nie prze­ko­ny­wa­ła mnie prze­moc dla samej prze­mo­cy. Pa­mię­tam paru łeb­ków wie­sza­ją­cych kota na dru­cie wy­mon­to­wa­nym z elek­trycz­ne­go pa­stu­cha kra­dzio­ny­mi no­ży­ca­mi do me­ta­lu, okra­szo­ny­mi cha­łup­ni­czą izo­la­cją. Byłem wów­czas bier­nym ob­ser­wa­to­rem, ten plan dnia nie­spe­cjal­nie mnie prze­ko­nał, a mo­ment wpro­wa­dze­nia go w życie nawet wzbu­dził we mnie coś po­mię­dzy smut­kiem a nie­sma­kiem. Wtedy chyba po raz pierw­szy uzna­łem, że coś ze mną jest po­waż­nie nie tak.

Lubię wma­wiać sobie, że byłem dobry dla zwie­rząt, ale tego typu po­ję­cia są na tyle pla­stycz­ne, że mo­ment ich zwer­ba­li­zo­wa­nia od­bie­ra im zna­cze­nie. Nie­ste­ty tego kota nie ura­to­wa­łem, po­dob­nie jak wielu in­nych zwie­rząt. Oczy­wi­ście, tego typu próbę mógł­bym przy­pła­cić utra­tą koń­czy­ny bądź życia i na bazie tego mógł­bym roz­bu­do­wać jakąś za­kro­jo­ną na szer­szą skalę wy­mów­kę. Nie mam jed­nak po­ję­cia, czy bohaterskie za­mia­ry cho­ciaż raz nawiedziły moje myśli.

 

Kwe­stia ko­biet sta­no­wi­ła dla mnie za­gad­kę zbyt długo i na dobre ukształ­to­wa­ła wiele moich myśli oraz re­ak­cji emo­cjo­nal­nych. Aku­rat tutaj mój roz­wój jawi się nieco ja­śniej. Na po­cząt­ku ładne dziew­czyn­ki po pro­stu wzbu­dza­ły mój uśmiech i przy­ku­wa­ły wzrok. Lu­bi­łem z nimi roz­ma­wiać i ni­cze­go wię­cej nie ocze­ki­wa­łem (przy­naj­mniej na uświa­do­mio­nym po­zio­mie), choć i ku temu oka­zję mia­łem rzad­ko, mimo tego, że sły­sza­łem cza­sem, iż je­stem pełen cha­ry­zmy i przy­jem­nie się mnie słu­cha, co raj­co­wa­ło mnie znacz­nie bar­dziej, niż był­bym skłon­ny przy­znać choć­by nawet przed samym sobą.

Potem na wierzch wy­pły­nę­ła myśl, że faj­nie by­ło­by nie tylko z nimi gadać, ale i je ob­ra­cać od czasu do czasu. To jed­nak nie­spe­cjal­nie ukła­da­ło się po mojej myśli. Nie­któ­re z nich ewi­dent­nie na mnie le­cia­ły, zwłasz­cza gdy do­sta­wa­łem przy nich pierw­szych w swoim życiu ta­chy­fre­nii i w sta­now­czo zbyt wznio­słych sło­wach od­da­wa­łem cześć ich uro­dzie. Nie­mniej nie­spe­cjal­nie ogar­nia­łem pod­skór­ne re­gu­ły tego pro­ce­su, ra­czej dłu­ba­łem w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, czego tam nie było. Od­kry­cie, iż śli­nie­nie się pizdą pod­le­ga re­duk­cjo­ni­zmo­wi ma­te­ria­li­stycz­ne­mu, zła­ma­ło mi serce. Dziew­czyn­ki, czy też wów­czas już pa­nien­ki, które wpa­da­ły mi w oko, były do­kład­nie tymi, które wpa­da­ły w oko więk­szo­ści, zatem usy­tu­owa­nie ma­te­rial­no-bio­lo­gicz­ne da­wa­ło im prawo wy­bo­ru więk­sze, niż od­po­wia­da­ło­by to moim żą­dzom. Lu­bi­ły ze mną gadać, ale w kwe­stii da­wa­nia dupy miały znacz­nie lep­sze opcje.

 

Bud­dy­ści wy­su­nę­li kon­cept, że bycie jak naj­bar­dziej świa­do­mym zada kłam więk­szo­ści na­szych bo­lą­czek. Ba­da­nia zu­peł­nie róż­ne­go typu i za­ha­cza­ją­ce o wiele dzie­dzin nauki są w miarę zgod­ne, że w tym stwier­dze­niu kryje się sporo praw­dy. Co jed­nak jeśli nie jest to je­dy­ne, ani nawet nie naj­efek­tyw­niej­sze roz­wią­za­nie? Być może nasz stan­dar­do­wy po­ziom świa­do­mo­ści re­pre­zen­tu­je punkt kry­tycz­ny, mak­sy­ma­li­zu­ją­cy cier­pie­nie, a roz­wią­za­niem po­sta­wio­ne­go przed nami pro­ble­mu rów­nie efek­tyw­nym, co sku­pie­nie się na jed­nej myśli lub man­trze, jest pod­krę­ce­nie tempa myśli do tego stop­nia, że wszyst­kie ogra­ni­cze­nia,li­mi­ty i ba­rier­ki roz­sy­pią się w drza­zgi, a umysł nie bę­dzie w sta­nie sam sie­bie do­go­nić pod­czas wy­cie­czek po szla­kach roz­pra­co­wu­ją­cych cier­pie­nie? In­ny­mi słowy, czy ktoś wi­dział pła­czą­ce kom­pu­te­ry kwan­to­we?

 

Szczę­śli­wie bądź nie, w od­rzu­ca­ją­cych mnie, sta­no­wią­cych pod wzglę­dem wa­lo­rów roz­pło­do­wych ści­słą topkę pan­nach w moim wieku, zna­la­złem obiekt, na któ­rym mógł­bym do­ko­nać eks­pre­sji wła­snej furii. Zre­kon­fi­gu­ro­wa­łem też wła­sne pre­fe­ren­cje na tyle, że wię­cej unie­sień wzbu­dza­ły we mnie dziew­czy­ny nie ema­nu­ją­ce zdro­wiem i ra­do­ścią, a pa­to­lo­gią, znisz­cze­niem i prze­mo­cą, czyli takie, które mia­łem w za­się­gu swo­ich rąk. Przy tej oka­zji życie po­zwo­li­ło mi spo­strzec, że bi­lans zy­sków i strat bycia zde­ze­lo­wa­ną szma­tą o po­cię­tym w ka­wał­ki dzie­ciń­stwie ar­ty­ku­ło­wa­ny gło­sem na­rwa­nej, nie­wy­ży­tej, roz­pa­da­ją­cej się i nie­moż­li­wie pi­ja­nej dziew­czy­ny, to dla mnie kojący so­und­track do ry­tu­ałów go­do­wych.

Pa­mię­tam wpier­do­le­nie sobie w śro­dek ma­ło­let­niej, za­ćpa­nej mordy pa­kie­tu w za­ło­że­niu ma­ją­ce­go re­ali­zo­wać na po­zio­mie neu­ro­nowym ja­kieś cięż­kie­go ka­li­bru idee fi­zy­ki teo­re­tycz­nej. To, co kryło się w środ­ku, było na tyle pro­ste, że nie mam po­ję­cia, po co ktoś zadał sobie trud pro­to­ko­ło­wa­nia tego za­miast ja­kiejś peł­nej teo­rii. Ja i resz­ta od­rzu­tów, z ja­ki­mi przy­szło mi zbi­jać bąki na oko­licz­nych po­dwór­kach i śmiet­ni­kach, jed­nak nie na­rze­ka­li­śmy. By­li­śmy go­to­wi wgrzać sobie w rdzeń wszyst­ko, co przy­wo­ły­wa­ło stan, który z czy­stym su­mie­niem moż­na­by okre­ślić mia­nem "nie­złej bomby". Cie­ka­we, czy Marks pi­sząc, że "re­li­gia to opium dla mas" prze­wi­dział czas, gdy ide­ami bę­dzie można się na­stu­kać w jak naj­bar­dziej do­słow­nym sen­sie.

 

Po­dob­no jaźń nie służy do ni­cze­go wię­cej, niż wła­ści­we za­wia­do­wa­nie or­ga­ni­zmem, aby ten mógł się re­pli­ko­wać. Jak­kol­wiek spra­wia na sobie samej wra­że­nie umiar­ko­wa­nie so­lid­nej ca­ło­ści, jest tylko zbio­rem do­brze współ­pra­cu­ją­cych sztu­czek, któ­rych mylne utoż­sa­mie­nie ma uspraw­niać za­wia­do­wa­nie całym przed­się­wzię­ciem bycia żywym. W takim razie po­ucza­ją­cym ćwi­cze­niem bę­dzie roz­bi­cie czę­ści kon­so­li­du­ją­cej, spo­iwa tej ilu­zji. W naj­prost­szej wer­sji może ozna­czać to kon­struk­cję oso­bo­wo­ści wie­lo­ra­kiej, co po­dob­no cza­sem nawet zda­rza się sa­mo­ist­nie. To jed­nak tylko od­po­wied­nik in­sta­la­cji ma­szy­ny wir­tu­al­nej. Wię­cej wnio­sków wy­cią­gnąć można pusz­cza­jąc luzem po­szcze­gól­ne po­du­kła­dy. Zaś naj­le­piej zro­bić to rów­no­cze­śnie z naj­więk­szą moż­li­wą ilo­ścią.

 

Cięż­ko o tym my­śleć, ale po­twor­nie eks­cy­to­wa­ła mnie krew ciek­ną­ca z nosa spę­dza­ją­cych ze mną czas pa­nie­nek, gdy za­je­ba­ły o jed­ne­go szczu­ra za dużo. Cie­szę się, że żad­nej z nich nie ude­rzy­łem i nie mam naj­mniej­sze­go po­ję­cia, co o tym za­de­cy­do­wa­ło. Chyba pa­trząc na swoje dziew­czy­ny, chcia­łem wi­dzieć cier­pie­nie tych, któ­rych mieć nie mo­głem. Spo­glą­da­jąc z wy­so­ka na to, jak po­skrę­ca­ne są prze­wo­dy ko­du­ją­ce to, co nie­któ­rzy biorą za duszę, obrzy­dze­nie i nie­na­wiść do wszel­kie­go życia wy­da­ją się nie tylko nie­unik­nio­ne, ale wręcz oczysz­cza­ją­ce.

 

Pierw­sze do­brze ro­ku­ją­ce kroki w stro­nę re­ali­za­cji świa­do­mo­ści na nie­kla­sycz­nej ma­szy­ne­rii miały miej­sce już dawno przed moimi na­ro­dzi­na­mi. Naj­bo­gat­si, w ra­mach fa­na­be­rii i w akcie usku­tecz­nie­nia mo­kre­go snu de­bi­li o nie­śmier­tel­no­ści, od­pa­la­li na kla­sycz­nych kom­pu­te­rach ja­kieś sfla­cza­łe i oka­le­czo­ne kopie wła­snych mó­zgów jesz­cze za cza­sów moich dziad­ków. Do mo­men­tu, gdy wy­po­wie­dzia­łem swoje pierw­sze słowo, tech­no­lo­gia z tego za­kre­su zdą­ży­ła przejść burz­li­wą ewo­lu­cję, po­ta­nieć oraz dwu­krot­nie zy­skać i stra­cić zwo­len­ni­ków, osta­tecz­nie zdo­by­wa­jąc z jed­nej stro­ny po­wszech­ność, a z dru­giej łatkę kom­plet­ne­go nie­wy­pa­łu, ra­to­wa­ne­go zbyt długo i na siłę. Nie ujaw­ni­ła nic no­we­go na temat nas sa­mych, wbrew dość po­wszech­nym ocze­ki­wa­niom. Zrzu­ty jaźni na ogół były bar­dzo szorst­kie w oby­ciu. Łatwo było je zła­mać, kom­plet­nie ani­hi­lu­jąc ich po­ten­cjał, bądź też pu­ścić luzem bez żad­nej kon­tro­li i zy­sków. Na­to­miast przy­pad­ki uzy­ska­nia owoc­nej współ­pra­cy mię­dzy zrzu­tem a czło­wie­kiem na­le­ża­ły do rzad­ko­ści. Zwy­kle taka przy­ja­zna jaźń roz­sy­py­wa­ła się lub od­bi­ja­ła jej szaj­ba, zanim sto­sow­ni go­ście wy­kro­ili z niej to, co ich in­te­re­so­wa­ło.

 

W końcu emo­cje roz­go­rza­ły we mnie nieco moc­niej, a z nimi i coś na kształt za­pa­try­wań mo­ral­nych. Je­stem pełen po­dzi­wu dla kro­pot­ki­now­skiej wizji, wy­wo­dzą­cej mo­ral­ność z ewo­lu­cyj­nej opła­cal­no­ści we­wnątrz­ga­tun­ko­wej so­li­dar­no­ści. Rów­no­cze­śnie moje wąt­pli­wo­ści budzą za­pew­nie­nia nie­któ­rych teo­lo­gów, że ewo­lu­cja roz­pi­na most mię­dzy ro­ba­kiem a bó­stwem, zwłasz­cza takim o mi­ło­sier­nym ob­li­czu. Za­so­bów jest skoń­cze­nie wiele, więc bę­dzie­my je sobie wy­ry­wać, do­pó­ki życie nie zga­śnie. Po­wszech­na zgoda wszyst­kie­go co żywe, jest wia­ry­god­nym kon­cep­tem chyba tylko dla cho­wa­nych pod klo­szem pię­cio­lat­ków. Sfru­sto­wa­ny i za­wie­dzio­ny oto­cze­niem oraz samym sobą, uzna­łem, że chcę wy­krztu­sić z mał­pie­go mięsa tyle tylko speł­nie­nia, ile w ra­mach od­szko­do­wa­nia za bycie na­ro­dzo­nym na­le­ży się umy­sło­wi, który na ten świat się nie pro­sił. Kon­se­kwent­nie roz­pier­da­la­łem tę świe­żo zla­złą z drze­wa małpę, w któ­rej byłem za­mknię­ty i z którą nie­ro­ze­rwal­nie byłem sple­cio­ny, ła­du­jąc z pełną mocą po ka­blach i ob­ra­ca­jąc każde szpry­chy, które tylko były go­to­we się mi oddać. To jed­nak nie od­no­si­ło skut­ku.

Byłem do­brym zło­dzie­jem, choć to po­dob­no nie powód do dumy. Fach mniej ho­no­ro­wy niż za­bój­ca, mówią. Mi to od­po­wia­da­ło. Krad­nąc, za­ra­bia­łem na życie, zaś żyjąc pró­bo­wa­łem uczy­nić kra­dzież wartą po­peł­nie­nia. Dziś wy­krę­ca­ne prze­ze mnie nu­me­ry wy­da­ją się dzie­cin­nie na­iw­ne i ewen­tu­al­nych na­śla­dow­ców za­pro­wa­dzą ra­czej do pudła, niż na wy­ży­ny ulicz­nic­twa, ale wtedy ota­cza­ją­cą mnie pa­to­lo­gię łatwo było zro­bić w wała. To za­dzi­wia­ją­ce, jak silny jest w nas zew na­tu­ry. Kra­dłem wię­cej i w znacz­nie bar­dziej ry­zy­kow­ny spo­sób niż po­trze­bo­wa­łem, uwiel­bia­łem ad­re­na­li­nę, ale ro­bi­łem to chyba po to, żeby za­im­po­no­wać ewen­tu­al­nym part­ner­kom. Za­ska­ku­ją­co głu­pie, gdyż sta­no­wi­ło to naj­jaw­niej­szy wyraz mojej nie­sta­bil­no­ści nawet w or­ga­nicz­nym wcie­le­niu, tym bar­dziej za­ska­ku­ją­ce, że nie było wąt­pli­wo­ści, iż taka stra­te­gia dzia­ła. Nigdy nie pojmę, dla­cze­go pawie wabią sa­mi­ce ogo­na­mi.

 

Wokół zrzu­tów świa­do­mo­ści na­ro­sło mnó­stwo za­bo­bo­nów, lęk ja­ski­niow­ca przed spoj­rze­niem w Słoń­ce. Ni­ko­go z moich zna­jo­mych nie in­te­re­so­wa­ły tak, jak mnie. Chyba byłem je­dy­nym go­ściem w oko­li­cy, które uznał, że za­ba­wa tego typu sprzę­tem nie jest trwo­nie­niem pie­nię­dzy. Ja, po zdo­by­ciu ja­kie­goś przed­po­to­po­we­go in­stru­men­ta­rium, zgra­łem sa­me­go sie­bie na twar­de dyski nie­zli­czo­ną ilość razy. Zgry­wa­łem też wszyst­kie dziew­czy­ny, które się zga­dza­ły oraz na tyle mnie urze­kły, że uzna­wa­łem je za warte re­ali­za­cji tego przed­się­wzię­cia. Pierw­sze wra­że­nie było takie, że zrzu­ty są po­dob­ne do ory­gi­na­łów, ale jeśli dłu­ba­ło się w nich od­po­wied­nio długo i po­zwa­la­ło śmi­gać im luzem, róż­ni­ce sta­wa­ły się coraz ostrzej­sze. Nic no­we­go, fakt do­brze znany, kiedy jesz­cze moja ro­dzi­ciel­ka no­si­ła pam­per­sy. Za­sko­czył mnie jed­nak fakt, że uzna­no to za po­raż­kę. Jasne, dla fi­lo­zo­fów to może tra­ge­dia, ale dla kry­mi­na­li­sty z aspi­ra­cja­mi ra­czej żyła złota. Kiedy ogar­ną­łem tę za­ba­wę, wy­wo­ła­ne nad­uży­cia­mi środ­ków psy­cho­ak­tyw­nych dziu­ry w moim mózgu za­czę­ły wresz­cie znaj­do­wać świad­ków w moim co­dzien­nym za­cho­wa­niu. Funk­cjo­no­wa­łem w sta­nie kom­plet­nej pa­ra­noi, mia­łem mnó­stwo tików i ję­zy­ko­wych na­tręctw, po­nad­to tempo myśli spo­wal­nia­ło i przy­śpie­sza­ło zu­peł­nie nie­za­leż­nie od wa­run­ków ze­wnętrz­nych, dość czę­sto pła­ka­łem, jesz­cze czę­ściej czu­łem ro­bac­two ro­ją­ce się pod moją skórą. Zrzu­ty hi­per­bo­li­zo­wa­ły wszyst­kie te dzi­wac­twa, widać to było nawet w bez­na­dziej­nych sy­mu­la­cjach naj­niż­szej ja­ko­ści, ja­ki­mi dys­po­no­wa­łem. Wy­ko­na­ne naj­wcze­śniej trzy­ma­ły się naj­le­piej. Eks­pe­ry­men­tu­jąc, jeden z póź­niej­szych udało mi się w miarę moż­li­wo­ści uzdro­wić, czy też ra­czej od pew­ne­go mo­men­tu uzdra­wiał się sam. Oczy­wi­ście, dalej miał po­twor­nie na­sra­ne we łbie, ale za­czął funk­cjo­no­wać nieco spraw­niej od mojej fi­zycz­nej wer­sji. Chyba nawet za­przy­jaź­ni­li­śmy, co tu się zresz­tą dzi­wić, łą­czył nas kawał wspól­nej hi­sto­rii. Nie­spe­cjal­nie dziwi mnie fakt, że po­sta­no­wił on spró­bo­wać ule­czyć moją fi­zycz­ną wer­sję, na­to­miast nie mam po­ję­cia co kie­ro­wa­ło mną, gdy się na to zgo­dzi­łem. Do­brze zda­wał sobie spra­wę, że cha­rak­ter jego ist­nie­nia nie po­zwo­li mu nigdy za­miesz­kać mo­je­go ciała ani choć­by nawet świa­ta. Więk­szość ludzi pew­nie by­ła­by prze­ko­na­na, że taki zwie­rzak ze­chce się ze­mścić za bycie za­mknię­tym w kom­pu­te­rze. Jed­nak na ile zna­łem sa­me­go sie­bie oraz skalę prze­kła­mań ma­ją­cych miej­sce pod­czas zrzu­ca­nia, uzna­łem, że co­kol­wiek jest jego in­ten­cją, nie chciał­by stra­cić or­ga­ni­zmu, nad któ­rym ma jakiś skra­wek kon­tro­li, i to chyba mi wów­czas wy­star­cza­ło.

Naj­pierw pod­dał mo­dy­fi­ka­cji sa­me­go sie­bie. Sko­pio­wał się, po­maj­stro­wał przy tych swo­ich klo­nach oraz sta­rych zrzu­tach i po­do­szy­wał do sie­bie. Coś chyba nawet po­wy­cią­gał ze zrzu­tów nie­któ­rych lasek. Pusz­czał przez sie­bie naj­róż­niej­sze szumy, sam sobie wpa­ko­wy­wał w kod pod­pro­gra­my. Do­ku­pi­łem kil­ka­na­ście dys­ków, żeby mógł się po­mie­ścić. Póź­niej do­wie­dzia­łem się, że po­dob­no to, co sobie zro­bił, było czy­stym bólem nawet dla spra­so­wa­nej i wie­lo­krot­nie mie­lo­nej świa­do­mo­ści sztucz­nej in­te­li­gen­cji. Dzie­ciń­stwo w moim mię­sie prze­trwa­ło kom­pre­sję, od­szu­mia­nie, frag­men­ta­cję i de­frag­men­ta­cję i wy­bu­chło na syn­te­tycz­nym no­śni­ku peł­nią barw. Nie wiem jak mi się udało, ale gdzieś w li­nij­kach jego kodu krył się ze­ro-je­dyn­ko­wy ana­log trza­sku wy­krę­ca­nych ze sta­wów rąk.

Bar­dzo szyb­ko prze­rósł nie tylko moje, ale i wszyst­kich moich zna­jo­mych go­to­wych z nim roz­ma­wiać zdol­no­ści po­znaw­cze. Z tego co wiem, nikt nigdy z czymś po­dob­nym się nie spo­tkał. Osta­tecz­ny bo­ening 747 w wer­sji za pół dychy. A jed­nak, ro­zu­mia­łem go cał­kiem do­brze. Do­bro­wol­nie zo­sta­łem jego ro­bot­ni­kiem, a może i cie­ciem. Skon­stru­ował mi plan dnia, naj­pierw szy­ko­wał wła­ma­nia, uło­żył dietę, do­brał leki, zor­ga­ni­zo­wał od­sta­wie­nie pro­chów. Wy­kosz­to­wa­łem się na sprzęt, który po­zwa­lał nam na kon­takt w cza­sie rze­czy­wi­stym w do­wol­nych oko­licz­no­ściach. W sobie tylko zro­zu­mia­ły spo­sób na­wi­go­wał moim usy­tu­owa­niem spo­łecz­nym na tyle chy­trze, że wy­nio­słem się z dziu­ry, poza którą nic nie zna­łem i nic nie zna­czy­łem. Zna­la­złem le­gal­ną i cał­kiem do­brze płat­ną ro­bo­tę w bran­ży zaj­mu­ją­cej się oko­ło­zrzu­to­wą te­ma­ty­ką. Kilka razy prze­płu­ka­łem sobie krew i po­od­świe­ża­łem na­rzą­dy, choć w mojej ka­te­go­rii wie­ko­wej tego typu za­bie­gi były atrak­cją dla praw­dzi­wie bo­ga­tych wy­brań­ców. Od­świe­ża­nie ba­cho­ra jest gro­szo­wą spra­wą, w za­sa­dzie po­wy­żej pew­ne­go progu re­ge­ne­ru­je się sam. Wraz z wie­kiem koszt ro­śnie eks­po­nen­cjal­nie. Po­mi­mo spo­re­go za­strzy­ku go­tów­ki, nie by­ło­by mnie stać nawet na pół ta­kie­go za­bie­gu po paru de­ka­dach pracy. Na szczę­ście bądź nie, mój sznyt oszu­sta w syn­te­tycz­nym klo­nie roz­bu­chał ponad wszel­kie ocze­ki­wa­nia. Udało mi się za­kwa­li­fi­ko­wać na kró­li­ka do­świad­czal­ne­go w licz­nych pro­gra­mach od­no­wy bio­lo­gicz­nej. W końcu uzy­ska­łem taki pułap kon­dy­cji psy­cho­fi­zycz­nej, że mo­głem sobie po­zwo­lić na sa­mo­dziel­ność. Zmia­na sy­tu­acji ma­te­rial­nej po­zwo­li­ła rów­nież mo­je­mu to­wa­rzy­szo­wi, sa­mo­mo­dy­fi­ku­ją­ce­mu wy­kwi­to­wi do­tych­cza­so­wo kon­tro­lu­ją­ce­mu moje życie na dy­na­micz­ną trans­for­ma­cję. Prze­siadł się na kom­plet­nie od­mien­ny sprzęt, a sa­me­go sie­bie prze­bu­do­wał i po­więk­szył tyle razy, że kon­cept, iż wy­rósł z ludz­kie­go umy­słu, za­kra­wał na sza­leń­stwo. A jed­nak jego wy­rwa­ny z moich emo­cjo­nal­nych wy­rzy­gów rdzeń po­zo­sta­wał na pierw­szym pla­nie.

 

Mniej wię­cej wtedy do­wie­dzia­łem się, że mój oj­ciec zo­stał ska­za­ny za serię be­stial­skich mor­dów na przed­sta­wi­cie­lach lo­kal­nej spo­łecz­no­ści. Swoim ofia­rom żyw­cem wła­sny­mi rę­ka­mi wy­ry­wał ję­zy­ki, a potem na ple­cach wy­ci­nał nożem "nie po­zo­sta­wiaj drzwi otwar­tych". Jak można się spo­dzie­wać, ujęto go do­pie­ro, gdy po­dob­na sztucz­ka udała mu się z sio­strze­ni­cą mego pra­co­daw­cy, na ubo­gich przed­mie­ściach prze­stęp­stwa chyba uważa się już za ele­ment lo­kal­nej kul­tu­ry. Nie­kie­dy świat zdaje się bar­dzo mały.Mój anioł stróż wszel­kie in­for­ma­cje do­ty­czą­ce mo­je­go po­cho­dze­nia uwi­kłał tak, że roz­szy­fro­wa­nie moich wię­zów krwi kosz­to­wa­ło­by wię­cej, niż było warte, ale moja twarz z pew­no­ścią pro­wo­ko­wa­ła wiele pytań. Je­stem cie­kaw, co wła­ści­wie zro­bi­li­by­śmy, gdyby ktoś po­sta­no­wił zadać je na głos. A jed­nak, żaden z nas nie miał wąt­pli­wo­ści, że nie chce­my mo­dy­fi­ko­wać obec­nej pre­zen­cji.

Tech­no­lo­gia ewo­lu­owa­ła wraz z nami, my zaś po­dą­ża­li­śmy ko­ry­tem rzeki, które innym wy­da­wa­ło się wy­schnię­te. Mia­łem kon­takt z wie­lo­ma SI, jed­nak żadna z nich nie przy­po­mi­na­ła, tego, co wy­ro­sło z od­pad­ków po mnie. Nawet te opar­te o dużo bar­dziej bio­lo­gicz­ne roz­wią­za­nia, były kom­plet­nie zde­hu­ma­ni­zo­wa­ny­mi two­ra­mi. Już jako osoba kom­pe­tent­na, wie­dzia­łem, że zrzu­ta­mi nie zaj­mu­je się żaden istot­ny gracz na rynku. Ich jaź­nie wy­bu­cha­ły zbyt szyb­ko, roz­sa­dza­ne przez ja­kieś cy­fro­we no­wo­two­ry, ni­czym bi­nar­na owca Dolly. Im wię­cej wie­dzia­łem, tym bar­dziej za­ska­ki­wa­ło mnie, jakie cudo przy­pad­kiem wy­ho­do­wa­łem. Jego po­przed­ni­cy ukształ­to­wa­ni na mój obraz i po­do­bień­stwo też roz­le­cie­li się, zanim za­czę­li dzia­łać w roz­sąd­ny spo­sób, ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że okres ich pół­tr­wa­nia i tak wie­lo­krot­nie prze­ra­stał znane po­wszech­nie przy­pad­ki. Moja pas­si­flo­ra ze śmiet­ni­ka. Kie­dyś ro­dzi­ciel­ka po­wie­dzia­ła mi, że jest we mnie coś ma­gicz­ne­go. Mat­czy­ne serce praw­dę ci powie.

 

Cza­sem, kiedy prze­cią­gam się tuż po prze­bu­dze­niu, czuję wy­ra­zi­ste jak rysy wy­cię­te scy­zo­ry­kiem na szkle, wła­sne cią­go­ty ku roz­le­wo­wi krwi. Je­ste­śmy zszyw­ką mię­śni, zębów, słup­ków i prę­ci­ków, ewo­lu­cja nie po­trze­bu­je nic wię­cej. Mamy jak naj­efek­tyw­niej po­lo­wać, bro­nić się i re­pro­du­ko­wać. Warto spleść razem wszyst­kie te funk­cje w jedną, aby opty­mal­no­ści stała się za­dość. Kiedy owi­jasz się wokół swo­jej ko­chan­ki, od boa du­si­cie­la od­róż­nia cię cał­kiem nie­wie­le. Kilka zręcz­nych bądź przy­pad­ko­wych prze­pięć w neu­ro­nach i tego typu gra­ni­ce prze­sta­ją ist­nieć.

 

W nie­któ­re po­ran­ki po pro­stu bu­dzisz się pełen zmę­cze­nia, roz­cza­ro­wa­nia za­sta­nym świa­tem, pełen po­gar­dy wobec ludzi, na któ­rych pra­gniesz eg­ze­kwo­wać furię, nie ba­cząc na kwe­stię jej słusz­no­ści. W takie wła­śnie po­ran­ki lu­dzie jawią ci się tym, czym w isto­cie są – do­pie­ro co zbie­gły­mi z sa­wann wy­ły­sia­ły­mi szym­pan­sa­mi.

 

A potem po­in­for­mo­wał mnie, że tech­nicz­nie już je­stem tru­pem. Wszyst­kie za­bie­gi re­no­wa­cji ćpuna od­by­wa­ły się kosz­tem moich na­rzą­dów. Mój mózg w każ­dej chwi­li może się roz­le­cieć – pra­cu­ję teraz na naj­wyż­szych ob­ro­tach. I nawet nie mu­siał mówić, po co to wszyst­ko. Wbi­łem się w naj­lep­szy sprzęt, jakim dys­po­no­wa­łem, i oto je­stem. Już wir­tu­al­ny na wieki, z wy­daj­no­ścią mie­rzo­ną ceną kabli. Wy­ry­wa­ne kości bolą tak samo. Tak samo jara mnie każda szpu­la, która ja­ra­ła mnie, gdy re­zy­do­wa­łem w mię­sie. A prze­cież drzwi pro­wa­dzą­ce w mięso szczę­śli­wie za­mknę­ły się za mną, choć wy­ro­słem na mał­pim śmiet­ni­ku. Je­stem nową pas­si­flo­rą. Cza­sem warto się prze­po­czwa­rzyć.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Fajny tekst, dużo S w SF, śmiała wizja. Ujął mnie pomysł doskonalenia siebie przez siebie. Mocna rzecz.

Wydaje mi się, że to wszystko zbyt wolno się rozkręca. Dużą część wstępu (na przykład choroby weneryczne) czyta się z zainteresowaniem, ale jest nie na temat. Najciekawsze, bo fantastyczne, rzeczy pojawiają się stosunkowo późno.

Babska logika rządzi!

Co do zrzutów świadomości pojawia się pytanie: czy emocje można sprowadzić do procesów stricte informacyjnych, jakie zachodzą w ludzkim mózgu i jakie ewentualnie można by “zgrać” do komputera. Otóż sądzę, że problem ten został już dawno rozwiązany na gruncie cybernetyki (vide “Cybernetyka i charakter” Mariana Mazura): procesy informacyjne (“myślenie”) przebiegają wewnątrz korelatora – takiego na przykład, jak mózg – natomiast to, co zwykliśmy odbierać jako emocje, jest relacją między mózgiem a resztą ciała, z którym ten mózg jest zintegrowany. Otóż “umysł” oderwany od ludzkiego ciała przestałby być ludzkim umysłem, nie można by więc z nim wejść w typowe międzyludzkie interakcje. Albo przekształciłby się w jakiegoś “obcego” (Aliena) albo rozpadłby się prędko, szczególnie, gdyby przemieszczał się pomiędzy różnymi komputerami – “ciałami”.

Wypruli mnie z brzucha własnej matki, parę razy przepłukali żyły i resztę sadła, odprawili inne zaklęcia współczesnej medycyny, a potem zaszyli w piekle spowrotem.

Z powrotem. 

Być może nasz standardowy poziom świadomości reprezentuje punkt krytyczny, maksymalizujący cierpienie, a rozwiązaniem postawionego przed nami problemu równie efektywnym, co skupienie się na jednej myśli lub mantrze, jest podkręcenie tempa myśli do tego stopnia, że wszystkie ograniczenia,limity i barierki rozsypią się w drzazgi, a umysł nie będzie w stanie sam siebie dogonić podczas wycieczek po szlakach rozpracowujących cierpienie? Innymi słowy, czy ktoś widział płaczące komputery kwantowe?

Jest tam brakująca spacja, ale bardziej chodzi mi o poziom skomplikowania i długość zdania – trzeba je przeczytać kilka razy, żeby w ogóle zrozumieć o co tam chodzi. Nie twierdzę oczywiscie, że cała literatura ma być lekka, łatwa i przyjemna, ale w tym przypadku poziom złożoności nie służy niczemu – ani pięknu formy, ani głębokości myśli, ani jakości przekazu. Można byłoby prościej, nie tracąc nic z powyższych. 

Był to jedynie dość jaskrawy przykład, ale rzecz może odnosić się do całego tekstu. Nie ma tu konkretnej akcji, fabuła jest w zasadzie szczątkowa, opowiadanie opiera się na pomyśle i przemyśleniach bohatera/narratora. Podanie tego przy pomocy dość ciężkiego (nie mylić ze złym) stylu i zagmatwanych, wielokrotnie złożonych zdań może utrudniać i zniechęcać do zapoznania się z owymi konceptami. A szkoda, bo są ciekawe. Uproszczenie stylu pomogłoby tekstowi, zwłaszcza, że tak jak już pisałem – w tym konkretnym przypadku taki sposób narracji niczego mię upiększa ani nie buduje specyficznego nastroju ni klimatu. 

Tak czy owak jest to dobry tekst i warty przeczytania, i trochę mi wstyd, że zainteresowałem się nim dopiero, gdy zapukała mi w ekran wizja niewyrobienia dyżurowej normy. Shame on me. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Finkla, dziękuję za miłe słowa. Sam też uważam, że trochę szybciej trzeba było przejść do rzeczy, jednak nie za bardzo umiałem wyczuć, co pominąć, bo nie chciałem, żeby nazbyt przypominało to streszczenie. Może z czasem jakoś to wyważę.

Marcin Robert, myślę, że sporo prawdy w tym co piszesz. Emocjonalność raczej nie ma maszynowej postaci. Niemniej sam zrzut, jest nie tylko symulacją procesów myślowych, ale też symulacją ciała i musi zapewniać jakiś interfejs graficzny, przez który podawane są informacje, przy czym ten interfejs graficzny do pewnego stopnia musi przypominać (z punktu widzenia zrzutowanego umysłu) prawdziwe środowisko życia oryginalnego umysłu. Wspomnianej książki akurat nie trawię, jej autor ma jakiś problem z filozofią, który ujemnie wpływa na odbiór treści. Niemniej dziękuję za opinię, to co tu napisałem (o specyfice zrzutów) może wypadałoby zawrzeć w tekście.

thargone, zgodnie z Twoją sugestią pewnie uproszczę trochę rzeczy, bo forma rzeczywiście może być często niezachęcająca. Dziękuję za miłe słowa. Błędy ortograficzne oczywiście poprawię.

Na koniec przepraszam wszystkich za tak późną odpowiedź.

Czytało się całkiem nieźle, niestety, tylko do pewnego momentu. Kiedy doszłam do fragmentu o zrzutach jaźni, przestałam rozumieć o czym piszesz i tak mi już pozostało do końca opowiadania. :(

 

w moim wy­pad­ku cięż­ko mi po­skle­jać do kupy… –> …w moim wy­pad­ku trudno mi po­skle­jać do kupy

 

wszyst­kie ogra­ni­cze­nia,li­mi­ty i ba­rier­ki… –> Brak spacji po przecinku.

 

stan, który z czy­stym su­mie­niem moż­na­by okre­ślić… –> …stan, który z czy­stym su­mie­niem moż­na ­by okre­ślić

 

Cięż­ko o tym my­śleć… –> Trudno o tym my­śleć

 

Je­stem pełen po­dzi­wu dla kro­pot­ki­now­skiej wizji… –> Je­stem pełen po­dzi­wu dla Kro­pot­ki­now­skiej wizji

 

Sfru­sto­wa­ny i za­wie­dzio­ny oto­cze­niem… –> Literówka.

 

lęk ja­ski­niow­ca przed spoj­rze­niem w Słoń­ce. –> …lęk ja­ski­niow­ca przed spoj­rze­niem w słoń­ce.

 

Chyba byłem je­dy­nym go­ściem w oko­li­cy, które uznał… –> Literówka.

 

Chyba nawet za­przy­jaź­ni­li­śmy, co tu się zresz­tą dzi­wić… –> A może: Chyba nawet za­przy­jaź­ni­li­śmy się, co zresztą nie dziwi

 

mój sznyt oszu­sta w syn­te­tycz­nym klo­nie roz­bu­chał ponad wszel­kie ocze­ki­wa­nia. –> Co rozbuchał?

 

Nie­kie­dy świat zdaje się bar­dzo mały.Mój anioł stróż… –> Brak spacji po kropce.

 

Warto spleść razem wszyst­kie te funk­cje w jedną, aby opty­mal­no­ści stała się za­dość. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trochę to nie moja bajka, lubię dobrze opowiedziane historie, a tu historii praktycznie nie ma.

Nowa Fantastyka