- Opowiadanie: Irka_Luz - Bóg dał, bóg wziął

Bóg dał, bóg wziął

Nie trzy­ma­łam się ści­śle fak­tów i mitów.

 

Po­praw­ki: li­te­rów­ki, do­pi­sa­ne za­gi­nio­ne słów­ka, zli­kwi­do­wa­na się­ko­za, poprawione przecinki, kilka słów zmienionych na lepiej brzmiące

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Bóg dał, bóg wziął

Ochro­nia­rze ob­ser­wo­wa­li na mo­ni­to­rze męż­czy­znę, który pa­ko­wał do kie­sze­ni bi­żu­te­rię ze sto­ja­ka w H&M. Pa­trzy­li, jak pod­cho­dzi do niego dwóch pra­cow­ni­ków ga­le­rii. Wy­da­wał się za­sko­czo­ny tym, że zo­stał zła­pa­ny, ale nie sta­wiał oporu. Po chwi­li znik­nął z mo­ni­to­ra, a w parę se­kund póź­niej wpro­wa­dzo­no go do po­ko­ju. Wy­glą­dał na ja­kieś trzy­dzie­ści pięć, czter­dzie­ści lat, choć jed­no­cze­śnie było w nim coś mło­dzień­cze­go; przy­stoj­ny, za­dba­ny, nosił ciem­ny płaszcz, a na gło­wie miał ka­pe­lusz. Nie był ani za­wsty­dzo­ny, ani roz­gnie­wa­ny, ani nawet zde­ner­wo­wa­ny. Spo­koj­nie wyjął z kie­sze­ni ukra­dzio­ne przed­mio­ty.

– Jak wam się udało… – Za­milkł, jakby szu­kał w my­ślach od­po­wied­nie­go słowa.

– Mamy tu ka­me­ry – od­po­wie­dział szef zmia­ny, po­ka­zu­jąc mu na­gra­nie z mo­ni­to­rin­gu.

Zło­dziej pa­trzył na ekran, a jego ciem­ne oczy błysz­cza­ły jak onyk­sy.

– Cu­dow­ne, to na­praw­dę utrud­nia spra­wę. – Wy­da­wał się au­ten­tycz­nie za­chwy­co­ny. Ochro­nia­rze spo­glą­da­li na sie­bie ze zdu­mie­niem, ta­kiej re­ak­cji jesz­cze nie wi­dzie­li. Tylko ich do­wód­ca nie dał się na­brać na to przed­sta­wie­nie.

– Na­stęp­nym razem, kiedy wyj­dzie pan na łowy, niech pan wy­bie­rze sklep bez mo­ni­to­rin­gu – za­pro­po­no­wał z prze­ką­sem. – A na razie do­ku­men­ty pro­szę.

– Na­stęp­nym razem?! To nie wrzu­ci­cie mnie do lochu?

– Bar­dzo za­baw­ne – skwi­to­wał szef zmia­ny, prze­czu­wa­jąc pro­ble­my.

Miał rację, męż­czy­zna nie miał do­ku­men­tów, ani pie­nię­dzy. Mówił z obcym ak­cen­tem, któ­re­go nie po­tra­fi­li umiej­sco­wić, a jego niem­czy­zna była ar­cha­icz­na, jakby uczył się z bar­dzo sta­rych pod­ręcz­ni­ków. Twier­dził, że jest Her­me­sem, bo­giem z grec­kiej mi­to­lo­gii, co na krót­ko wy­wo­ła­ło we­so­łość całej ekipy, a potem iry­ta­cję, bo ozna­cza­ło ko­niecz­ność we­zwa­nia po­li­cji i mnó­stwo pa­pier­ko­wej ro­bo­ty. Oczy­wi­ście mu nie uwie­rzy­li, choć po­win­ni. Po­wie­dział bo­wiem praw­dę.

Go­dzi­nę póź­niej sku­te­go zło­dzie­ja wy­pro­wa­dzi­li z ga­le­rii dwaj po­li­cjan­ci. Wy­pusz­czo­no ich bramą dla per­so­ne­lu, która wy­cho­dzi­ła na wąską, pustą ulicz­kę. Ra­dio­wóz stał za­par­ko­wa­ny na jej końcu. Prze­szli kilka kro­ków i nagle wię­zień sta­nął.

– Tu się roz­sta­nie­my – oznaj­mił stró­żom prawa.

– Idzie­my, pro­szę nie utrud­niać – upo­mniał go bez­na­mięt­nie funk­cjo­na­riusz.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się i nagle jeden z po­li­cjan­tów stał z głu­pią miną i kaj­dan­ka­mi na nad­garst­kach, a zło­dziej ucie­kał pędem.

– Ver­dam­m­te Scheiße! – za­klął ten skuty. – Jak on to zro­bił, Ho­udi­ni cho­ler­ny?

– Grze­je, jakby mu skrzy­dła u butów wy­ro­sły – za­uwa­żył drugi gli­niarz.

Pie­szo nie mieli szans go do­go­nić, ale męż­czy­zna biegł w stro­nę ra­dio­wo­zu, a to da­wa­ło pewną moż­li­wość. Po­truch­ta­li więc do auta.

*

Uciecz­ka spra­wi­ła Her­me­so­wi mnó­stwo ra­do­ści. Wiatr owie­wał mu twarz, krew pły­nę­ła ży­wiej, a serce ogar­nia­ło unie­sie­nie. Po raz pierw­szy od ponad dwu­stu lat czuł, że żyje. Wła­ści­wie mógł po pro­stu znik­nąć, ale zbyt do­brze się bawił. Skrę­cił w cichą ulicz­kę i do­strzegł duży kon­te­ner, sto­ją­cy pod ka­mie­ni­cą.

„Nada się” – po­my­ślał i wsko­czył do niego z roz­pę­du, nawet nie ha­mu­jąc.

Kątem oka za­uwa­żył jesz­cze zdu­mio­ną minę sie­dzą­cej na ławce ko­bie­ty i wy­lą­do­wał na ster­cie gruzu. Bo­le­śnie ude­rzył ko­la­nem o cegłę i po­ra­nił dło­nie, ale nawet ból sma­ko­wał jak am­bro­zja. Nad kon­te­ne­rem wznio­sła się chmu­ra pyłu, którą zaraz roz­wiał hu­la­ją­cy wiatr. Kilka se­kund póź­niej usły­szał war­kot sa­mo­cho­du i po­li­cjan­ta, który pytał o ucie­ki­nie­ra.

– Tam. – Usły­szał od­po­wiedź.

Roz­ma­wia­li za­pew­ne z ko­bie­tą, którą minął. Spiął mię­śnie, gotów do dal­szej uciecz­ki. Drżał z ocze­ki­wa­nia na ko­lej­ną por­cję za­ba­wy, ale auto od­je­cha­ło wraz z klną­cy­mi gli­nia­rza­mi. To go za­sko­czy­ło. Z ru­mo­rem wy­do­stał się z kon­te­ne­ra. Otrze­pał ubra­nie i nie­śpiesz­nie ru­szył w stro­nę ko­bie­ty. Sza­tyn­ka, o krót­ko ob­cię­tych wło­sach, mniej wię­cej czter­dziest­oletnia nie wy­glą­da­ła naj­le­piej. Na jej twa­rzy ma­lo­wa­ło się zmę­cze­nie, drża­ła z zimna w kurt­ce zbyt lek­kiej jak na po­czą­tek li­sto­pa­da i naj­wy­raź­niej była głod­na. O ławkę stał opar­ty ogrom­ny ple­cak. Po­dró­żo­wa­ła, a to zna­czy­ło, że jest pod jego opie­ką. Zo­ba­czył w my­ślach jej imię: Zofia. Bała się, pew­nie do­pie­ro do niej do­tar­ło, że prze­cież nie był ści­ga­ny bez przy­czy­ny, mógł być mor­der­cą albo gwał­ci­cie­lem.

– Ja nic nie zro­bi­łem, sama zde­cy­do­wa­łaś – za­gad­nął. – Chciał­bym wie­dzieć, dla­cze­go.

– Spier­da­laj stąd, gliny mogą za chwi­lę wró­cić – od­po­wie­dzia­ła po pol­sku.

– Mowa jest teraz taka dziw­na – mruk­nął do sie­bie.

Nie prze­szka­dza­ła mu nagła zmia­na ję­zy­ka, bo znał każdy. Co praw­da te współ­cze­sne mocno się zmie­ni­ły i nie zro­zu­miał wszyst­kich słów, ale sens prze­ka­zu był jasny. Ko­bie­ta miała rację, po­wi­nien odejść. Jed­nak za­fra­po­wa­ła go jej de­cy­zja. Śmier­tel­ni­cy za­wsze bu­dzi­li jego cie­ka­wość swoim nie­ocze­ki­wa­nym za­cho­wa­niem. Mu­siał znik­nąć, ale chciał ją za­brać ze sobą. Za­sta­na­wiał się, jak to ro­ze­grać. Z ludź­mi za­wsze były pro­ble­my, albo nie wie­rzy­li, albo – kiedy już dali wiarę – byli zbyt prze­ra­że­ni, żeby dało się z nimi sen­sow­nie po­roz­ma­wiać.

– Gdzie chcia­ła­byś się teraz zna­leźć? – za­py­tał.

– W Pa­ry­żu – od­par­ła od­ru­cho­wo, za­kła­da­jąc ogrom­ny ple­cak na ra­mio­na.

Wes­tchnął, wy­brał Ha­no­wer, bo jego ostat­nie wspo­mnie­nia z Pa­ry­ża nie były miłe. W 1794 roku do­słow­nie stra­cił tam głowę i w bar­dzo nie­przy­jem­ny spo­sób prze­ko­nał się, że rze­czy­wi­ście jest nie­śmier­tel­ny. Póź­niej do­szedł do wnio­sku, że to wina ton mi­to­lo­gicz­nej li­te­ra­tu­ry. Umrzeć mogą tylko za­po­mnia­ni bo­go­wie. Zaś ci, o któ­rych lu­dzie wciąż pa­mię­ta­ją, nawet jeśli już w nich nie wie­rzą, muszą żyć. Czy tego chcą, czy nie.

Niech jed­nak bę­dzie Paryż.

– Za­mknij oczy – po­pro­sił i zła­pał ją za rękę, drugą chwy­ta­jąc le­żą­cą na ławce torbę.

– Zo­staw mnie! – Pró­bo­wa­ła się wy­rwać.

– Za­mknij oczy, nic ci nie zro­bię. Straż­ni­cy zaraz wrócą i wtedy też bę­dziesz miała kło­po­ty. – To wy­star­czy­ło, żeby po­słu­cha­ła.

*

– No, je­ste­śmy. Mo­żesz otwo­rzyć oczy – po­wie­dział po chwi­li. – Place de la Révo­lu­tion… Nie­zwy­kłe. Jak to mia­sto się zmie­ni­ło – mruk­nął do sie­bie, roz­glą­da­jąc się z za­sko­cze­niem.

Zer­k­nął na swoją to­wa­rzysz­kę, ko­bie­ta spoj­rza­ła na fon­tan­nę, obok któ­rej się zna­leź­li, wo­dzi­ła zdu­mio­nym spoj­rze­niem po bu­dyn­kach z ko­lum­na­mi, za­mru­ga­ła na widok ogrom­nej ka­ru­ze­li. Nagle za­sty­gła w bez­ru­chu, wpa­trzo­na we wzno­szą­cą się w od­da­li sta­lo­wą kon­struk­cję, któ­rej Her­mes nie roz­po­zna­wał. Nie tylko jej. Skąd się wziął tutaj choć­by ten egip­ski obe­lisk?

– Wieża Eif­fla!  J…jak, co zro­bi­łeś i kim je­steś? – za­py­ta­ła, szczę­ka­jąc zę­ba­mi.

– Zdej­mij ten tobół, chyba po­win­naś usiąść.

Miał wra­że­nie, że Zofia zaraz upad­nie z nad­mia­ru wra­żeń i pew­nie też cię­ża­ru, który dźwi­ga­ła. Śmier­tel­nicz­ka opa­dła na scho­dek fon­tan­ny i wy­plą­ta­ła się z ple­ca­ka. Her­mes usiadł obok i podał jej bu­tel­kę coli, która jesz­cze przed chwi­lą tkwi­ła w tor­bie tu­ryst­ki. Zofia za­uwa­ży­ła to, a jed­nak przy­ję­ła napój z wdzięcz­no­ścią.

– Je­stem Her­mes, po­sła­niec bogów, opie­kun po­dróż­nych i pa­ste­rzy, pa­tron han­dlu i zło­dziej. Czy można tutaj wy­na­jąć jakiś powóz? Na­uczysz mnie tego świa­ta, za­pła­cę ci.

Tego naj­wy­raź­niej było dla niej za wiele. Nie ze­mdla­ła, ale bla­dość po­wle­kła jej twarz, spoj­rze­nie zmęt­nia­ło i wy­raź­nie nie do­cie­ra­ło do niej, co mówi. Wes­tchnął, lubił ludzi, ale cza­sa­mi byli na­praw­dę kło­po­tli­wi. Po­ra­dził sobie. Może i nie znał nazw ota­cza­ją­cych go rze­czy, ale miał wdzięk i cha­ry­zmę. Już po chwi­li pro­wa­dził sła­nia­ją­cą się ko­bie­tę do tak­sów­ki, bez wy­sił­ku dźwi­ga­jąc jej bagaż. Zofia za­sty­gła na tyl­nym sie­dze­niu, a on kon­wer­so­wał z kie­row­cą, pró­bu­jąc wy­cią­gnąć z niego jak naj­wię­cej in­for­ma­cji o współ­cze­snej Fran­cji. Wiele zmie­ni­ło się od czasu jego ostat­nie­go po­by­tu w tym kraju.

Auto za­trzy­ma­ło się w wą­skiej ulicz­ce, przed wej­ściem do ho­te­lu Di­stric Re­pu­bli­que.

– Od­pocz­nij – po­wie­dział, wpro­wa­dza­jąc ko­bie­tę do utrzy­ma­ne­go w ło­so­sio­wej to­na­cji po­ko­ju – a ja przy­nio­sę coś do je­dze­nia. – I znik­nął za drzwia­mi.

*

Tuż obok ho­te­lu była mała re­stau­ra­cja, z któ­rej pły­nął sma­ko­wi­ty za­pach pizzy, ale Her­mes po­szedł dalej. Minął za­par­ko­wa­ne sku­te­ry, sie­dzą­cą pod ścia­ną że­bracz­kę i, roz­glą­da­jąc się cie­ka­wie, skrę­cił w na­stęp­ną ulicę. Po­do­bał mu się ten świat. Za­chwy­ca­ły po­wo­zy bez koni, swo­bod­na at­mos­fe­ra, a nawet ubio­ry. Zwłasz­cza ko­bie­ce. Lu­dzie wy­da­wa­li się bar­dziej bez­tro­scy, le­piej od­ży­wie­ni i bo­gat­si niż w cza­sach, w któ­rych ostat­ni raz stą­pał po uli­cach Pa­ry­ża i w ogóle tego świa­ta. Choć obec­ność że­bracz­ki świad­czy­ła o tym, że nie wszyst­kim do­brze się wio­dło.

Wę­dro­wał, chło­nąc at­mos­fe­rę mia­sta i pod­słu­chu­jąc roz­mo­wy jego miesz­kań­ców. Do­oko­ła sły­szał nie tylko fran­cu­ski, ale też mno­gość in­nych ję­zy­ków. Ulice prze­mie­rza­li lu­dzie róż­nych ras, a nie­któ­rzy wy­glą­da­li do­praw­dy oso­bli­wie, jak ta dziew­czy­na z kół­ka­mi w noz­drzach oraz brwiach i zie­lo­ny­mi wło­sa­mi. Prze­mie­rza­jąc ko­lej­ne ulice, stra­cił po­czu­cie czasu. Do ho­te­lu wró­cił do­pie­ro po trzech go­dzi­nach, nio­sąc dwa pu­deł­ka pizzy, i był mile za­sko­czo­ny fak­tem, że ko­bie­ta nie ucie­kła.

– A teraz, Zofio, wy­ja­śnij mi, co to są ka­me­ry, jak wy­glą­da­ją i jak dzia­ła­ją – za­żą­dał, kiedy się po­si­li­li.

Wzdry­gnę­ła się, sły­sząc swoje imię, ale szyb­ko się po­zbie­ra­ła.

– Nie wiem, jak dzia­ła­ją. To ma chyba coś wspól­ne­go z opty­ką – od­po­wie­dza­ła.

Her­mes spoj­rzał na nią roz­cza­ro­wa­ny.

– Są­dzi­łem, że na­uczysz mnie tego świa­ta.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Mo­że­my spraw­dzić w In­ter­ne­cie – za­pro­po­no­wa­ła.

Na stole stało urzą­dze­nie, które Her­mes wi­dział już w po­ko­ju ochro­ny. Zo­ba­czył na ekra­nie swoje imię i ob­ra­zy przed­sta­wia­ją­cych go po­są­gów. Uniósł brew. Ko­bie­ta za­czer­wie­ni­ła się i spra­wi­ła, że in­for­ma­cje znik­nę­ły, a na ich miej­scu po­ja­wił się napis Go­ogle. Cier­pli­wie tłu­ma­czy­ła mu, jak po­ru­szać mysz­ką i ko­rzy­stać z wy­szu­ki­war­ki. W końcu ustą­pi­ła mu miej­sca, a za­fa­scy­no­wa­ny Her­mes ru­szył na pod­bój wir­tu­al­ne­go świa­ta. Póź­nym wie­czo­rem zo­rien­to­wał się, że Zofia jest zmę­czo­na i z nie­cier­pli­wo­ścią czeka, aż się go wresz­cie po­zbę­dzie, ale nie mógł się ode­rwać od In­ter­ne­tu i nie miał za­mia­ru tego robić. Uśmiech­nął się i nagle w jego dłoni po­ja­wił się ka­du­ce­usz. Zo­ba­czył jesz­cze błysk zro­zu­mie­nia w jej oczach, a póź­niej od­pły­nę­ła.

Bóg przy­glą­dał się śpią­cej ko­bie­cie.

– Śnij swoje życie – szep­nął.

Przez chwi­lę ob­ser­wo­wał ob­ra­zy po­ja­wia­ją­ce się w jej umy­śle, aż w końcu uznał, że wie dość. Przy­naj­mniej wy­ja­śni­ło się, dla­cze­go nie wy­da­ła go po­li­cji. Wy­emi­gro­wa­ła bez planu, za to z na­dzie­ją na lep­sze życie, która się nie speł­ni­ła. Kilka razy ją oszu­ka­no. Nie miała dokąd wra­cać. W Pol­sce zo­sta­ły długi i męż­czy­zna, który z ko­chan­ka zmie­nił się w prze­śla­dow­cę. Była bez­dom­na i nie miała już pie­nię­dzy. Nie było to cu­dow­ne życie, ale wi­dział gor­sze. A pod po­kła­da­mi stra­chu i roz­pa­czy zo­ba­czył od­wa­gę, cie­ka­wość i żądzę przy­go­dy. Mu­siał je tylko wy­cią­gnąć na świa­tło dzien­ne.

– Śnij swoje ma­rze­nia – szep­nął.

Jej twarz roz­po­go­dzi­ła się. W tym samym mo­men­cie za­sy­czał jeden z węży opla­ta­ją­cych laskę. Her­mes zmarsz­czył brwi. To wiele zmie­nia­ło. Po­my­ślał, że już jej nie po­trze­bu­je, wszyst­kie­go może się na­uczyć z In­ter­ne­tu. Z dru­giej stro­ny do­brze mieć kogoś, przy kim nie trze­ba uda­wać, kto już wie i ak­cep­tu­je to, kim jest. Do­brze mieć kogoś, żeby nie czuć tak po­twor­nej sa­mot­no­ści.

Chrze­ści­jań­stwo znisz­czy­ło jego świat. Pa­ła­ce legły w gru­zach, a rów­no­le­gła do świa­ta lu­dzi prze­strzeń, którą zaj­mo­wa­li znacz­nie się skur­czy­ła. Sta­rzy bo­go­wie nie przy­ję­li tych zmian do­brze. Wciąż usi­ło­wa­li mie­szać się w ludz­kie spra­wy, ale nikt już nie wią­zał pro­ble­mów z ich imio­na­mi. Po­zba­wie­ni ofiar i uwiel­bie­nia, z wolna po­pa­da­li w sza­leń­stwo. Her­mes sam nie wie­dział, dla­cze­go unik­nął ta­kie­go losu. Może dzię­ki wro­dzo­nej cie­ka­wo­ści świa­ta, albo sła­bo­ści do ro­dza­ju ludz­kie­go. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści od­rzu­co­nych bogów, Her­mes nie znie­na­wi­dził ludzi, swoją złość skie­ro­wał w stro­nę Boga, któ­re­go stwo­rzy­li. Nie osza­lał, ale za­pła­cił za to wy­ob­co­wa­niem.

Pod­jął de­cy­zję. Jego po­stać za­mi­go­ta­ła, roz­my­ła się, a potem zni­kła. Po­ja­wił się z po­wro­tem kilka se­kund póź­niej, trzy­ma­jąc w ręku małą bu­te­lecz­kę. Jesz­cze raz spoj­rzał na po­grą­żo­ną we śnie ko­bie­tę, a potem wró­cił do lap­to­pa.

Za­chwy­ca­ła go nie tylko wie­dza, do­stęp­na na wy­cią­gnię­cie ręki, ale też moż­li­wo­ści, jakie da­wa­ła sieć. Po­czy­tał o gieł­dzie, wszedł na stro­ny paru ban­ków i za­my­ślił się. A potem dmuch­nął w mo­ni­tor i wy­słał w po­dróż cząst­kę sie­bie. Dro­bin­ka Her­me­sa od­szu­ka­ła sy­gnał ra­dio­wy, po­wę­dro­wa­ła jego śla­dem i w kilka se­kund póź­niej bóg, a przy­naj­mniej jakaś jego część, oso­bi­ście bu­szo­wał po sieci i gro­ma­dził pie­nią­dze.

„Tak, to zde­cy­do­wa­nie pięk­ne czasy” – po­my­ślał.

*

Oglą­dał „Ocean’s Ele­ven”, kiedy Zofia się obu­dzi­ła. Ko­bie­ta po­wo­li przy­po­mi­na­ła sobie wczo­raj­sze wy­da­rze­nia, ale jej ra­cjo­nal­ny umysł nie po­tra­fił za­ak­cep­to­wać fak­tów.

– Nie zwa­rio­wa­łaś, nie le­żysz w szpi­ta­lu w komie i to nie jest sen – zbył jej nie­wy­po­wie­dzia­ne wąt­pli­wo­ści. Wzdry­gnę­ła się. – I nie czy­tam ci w my­ślach. Nie­trud­no zgad­nąć, co cho­dzi ci po gło­wie – skła­mał.

– Cho­le­ra, spa­łam w ostat­nich czy­stych ciu­chach, jakie mia­łam. – Usi­ło­wa­ła uda­wać pew­ność sie­bie, ale głos jej za­drżał i za­brzmia­ło to ża­ło­śnie.

„Przy­naj­mniej pró­bu­je” – po­my­ślał Her­mes.

Ze­rwał się z krze­sła.

– No, to idzie­my na za­ku­py, skle­py po­win­ny być już otwar­te. Mamy teraz mnó­stwo pie­nię­dzy – za­rzą­dził.

Oczy jej się roz­sze­rzy­ły.

– Kurwa, uży­wa­łeś mo­je­go lap­to­pa do kra­dzie­ży?! Wiesz, jak łatwo to na­mie­rzyć! Ja pier­do­lę, jak­bym nie miała dość kło­po­tów! – krzy­cza­ła pi­skli­wie.

– Uspo­kój się, nie je­stem ha­ke­rem, nie można mnie na­mie­rzyć. IP two­je­go kom­pu­te­ra ni­g­dzie się nie po­ja­wi. Nikt w ogóle nie za­uwa­ży, że coś jest nie tak, a nawet jeśli za­uwa­ży, to do końca świa­ta nie doj­dzie, co się stało. Poza tym, bied­nych nie okra­dam – za­pew­niał.

Ga­pi­ła się na niego zdez­o­rien­to­wa­na.

– Już wo­la­łam, jak py­ta­łeś o powóz – po­wie­dzia­ła w końcu, z re­zy­gna­cją krę­cąc głową, tro­chę spo­koj­niej­sza, ale wciąż nie do końca prze­ko­na­na.

– Po­mo­głaś mi, więc teraz chcę pomóc tobie, ale jeśli nie je­steś za­in­te­re­so­wa­na, w każ­dej chwi­li mo­żesz odejść.

Wi­dział we­wnętrz­ną walkę, którą to­czy­ła. Z jed­nej stro­ny za­sa­dy mo­ral­ne, które jej wpo­jo­no i duma ka­za­ły jej ucie­kać. Z dru­giej, miała dość tu­łacz­ki, biedy i ludzi, któ­rzy ją oszu­ki­wa­li. Her­mes był pe­wien, że wie, jaką de­cy­zję po­dej­mie Zofia. Nie mylił się.

– W po­rząd­ku, ale żad­nych kra­dzie­ży – po­wie­dzia­ła.

*

Pa­pie­ro­we torby z logo róż­nych marek odzie­żo­wych za­peł­ni­ły cały pokój. Her­mes z za­do­wo­le­niem pa­trzył na sie­dzą­cą na łóżku Zofię. Oczy jej błysz­cza­ły i ma­chi­nal­nie gła­dzi­ła ma­te­riał nowej bluz­ki. Nie po­zwo­lił jej zro­bić za­ku­pów w sie­ciów­kach, za­miast tego za­cią­gnął ją do naj­droż­szych mar­ko­wych skle­pów, a na ko­niec jesz­cze do fry­zje­ra. Efek­tem była kom­plet­na me­ta­mor­fo­za ko­bie­ty, która nagle stała się cał­kiem ładna.

Świe­żo od­kry­ta uroda Zofii tro­chę go roz­pro­szy­ła, a miał do zro­bie­nia jesz­cze jedną rzecz. Rola bo­skie­go po­słań­ca na­uczy­ła go prze­ka­zy­wa­nia złych wie­ści szyb­ko i bez prób ich osło­dze­nia. W jego ręku po­ja­wił się ka­du­ce­usz.

– Tylko żad­ne­go usy­pia­nia – za­pro­te­stow­ała Zofia, od­su­wa­jąc się pod ścia­nę.

Nie zwa­ża­jąc na ten sprze­ciw, Her­mes zbli­żył ke­ry­ke­jon do jej ciała. Jeden z węży pod­niósł łeb i za­sy­czał, a wy­stra­szo­na Zofia krzyk­nę­ła.

– Syczy, kiedy wy­czu­wa śmier­tel­ną cho­ro­bę. Umrzesz w ciągu roku – po­wie­dział.

Ko­bie­ta zgar­bi­ła się, znik­nął błysk w jej oku, a na twa­rzy po­ja­wi­ło się zmę­cze­nie.

– Po co mi to mó­wisz – za­py­ta­ła z wy­rzu­tem.

Zdał sobie spra­wę, że wie­dzia­ła, a przy­naj­mniej in­tu­icyj­nie wy­czu­wa­ła cho­ro­bę i to prze­czu­cie ukry­ła tak głę­bo­ko, że nawet on nie po­tra­fił go do­strzec.

– Mam dla cie­bie pre­zent. – Wyjął z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki bu­te­lecz­kę i podał jej. – To am­bro­zja wy­mie­sza­na z nek­ta­rem.

– Jasne, to uczy­ni mnie nie­śmier­tel­ną – po­wie­dzia­ła z prze­ką­sem.

– Nie do końca. Wy­le­czy cię, bę­dziesz żyła dużo dłu­żej, ale nie bę­dziesz nie­śmier­tel­na. Nie tak jak ja. Wciąż mo­żesz zgi­nąć w wy­pad­ku, albo ktoś może cię zabić – wy­ja­śnił, nie zwa­ża­jąc na jej sar­kazm.

Wresz­cie do­tar­ło do niej, że mówi po­waż­nie. Pa­trzy­ła na niego z nie­do­wie­rze­niem.

– O ile dłu­żej?

– Ja­kieś pięć­set lat.

Parę razy otwo­rzy­ła i za­mknę­ła usta, z którch nie wy­do­był się jed­nak żaden dźwięk. I znowu w jej gło­wie to­czy­ła się walka. Per­spek­ty­wa ta­kiej dłu­go­wiecz­no­ści prze­ra­ża­ła ją, ale nie chcia­ła umie­rać w tak krót­kim i prze­wi­dy­wal­nym cza­sie. Pra­gnę­ła wresz­cie użyć życia i miała na­dzie­ję, że Her­mes jej to umoż­li­wi.

Bóg po­trzą­snął bu­te­lecz­ką.

– Nie mu­sisz tego robić, ale to jed­no­ra­zo­wa pro­po­zy­cja, dru­giej szan­sy nie bę­dzie – stwier­dził, wi­dząc, że Zofia wciąż się waha.

W końcu, tak jak prze­wi­dział, wzię­ła fla­ko­nik, od­kor­ko­wa­ła drżą­cy­mi rę­ka­mi i wy­pi­ła za­war­tość jed­nym hau­stem, a Her­mes aż się skrzy­wił na ten widok. Przez chwi­lę ko­bie­ta sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo, wstrzy­mu­jąc od­dech i naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc na jakąś spek­ta­ku­lar­ną prze­mia­nę. Roz­ba­wi­ło go to.

– To tak nie dzia­ła, po­czu­jesz się le­piej w ciągu kilku dni.

*

Uwol­nio­na od cho­ro­by Zofia od­młod­nia­ła i zy­ska­ła mnó­stwo ener­gii. Wszyst­kie­go była cie­ka­wa, wszyst­ko chcia­ła zo­ba­czyć. Zwie­dza­li pa­ry­skie muzea w dniach, w któ­rych były za­mknię­te, oszu­ki­wa­nie kamer nie sta­no­wi­ło dla Her­me­sa pro­ble­mu. Wy­py­ty­wa­ła go o Paryż z cza­sów re­wo­lu­cji. Wpa­dli do Aten, a póź­niej na Pe­lo­po­nez.

Piąt­ko­we­go wie­czo­ra spa­ce­ro­wa­li nad ka­na­łem, po­ło­żo­nym nie­da­le­ko ich ho­te­lu. To po­wo­li sta­wa­ło się ry­tu­ałem – spa­cer, a potem późna ko­la­cja w jed­nej z et­nicz­nych knaj­pek, któ­rych nie bra­ko­wa­ło w tej oko­li­cy. Szli, spie­ra­jąc się ze śmie­chem, co wy­brać. Kuch­nię śród­ziem­no­mor­ską, jak chciał Her­mes, czy też azja­tyc­ką, w któ­rej za­ko­cha­ła się Zofia. Dys­ku­sję prze­rwa­ły im krzy­ki prze­ra­żo­nych ludzi.

– Co się…

Py­ta­nie Zofii urwa­ło się nagle, a ona upa­dła. Her­mes w pierw­szej chwi­li nie zro­zu­miał, co się stało.

– Co z tobą? – za­py­tał, klę­ka­jąc przy niej.

Nie żyła. Kiedy jej do­tknął, po­czuł krew na dłoni, choć na ciem­nym płasz­czu nie było jej widać. Wpa­try­wał się z osłu­pie­niem w mar­twą twarz ko­bie­ty, któ­rej kilka dni wcze­śniej po­da­ro­wał dłu­go­wiecz­ność. Jak to moż­li­we?! Przez chwi­lę jesz­cze wie­rzył, że Zofia zaraz otwo­rzy oczy i ode­tchnie głę­bo­ko, prze­stra­szo­na, ale żywa. Jed­nak kula tra­fi­ła ją pro­sto w serce. Jej ciało roz­świe­tli­ło się, a potem cały ten blask sku­pił się w jeden wątły pło­myk, który Her­mes zła­pał. Trzy­mał na otwar­tej dłoni jej duszę, po którą nikt się nie zgła­szał. Kie­dyś od­pro­wa­dził­by ją do Ha­de­su, ale teraz nie miał już dokąd.

W gęst­nie­ją­cym mroku, roz­pra­sza­nym tylko świa­tła­mi ulicz­nych la­tar­ni, krzy­cze­li, krwa­wi­li i umie­ra­li lu­dzie. Jękom ran­nych i mo­dli­twom o ra­tu­nek to­wa­rzy­szy­ły ryt­micz­ne serie strza­łów i coraz bliż­sze wycie po­li­cyj­nych syren. Her­mes był jed­nak ślepy i głu­chy na to, co dzia­ło się wokół. Szep­tał sta­ro­żyt­ne słowa, by uspo­ko­ić prze­ra­żo­ną duszę ko­bie­ty, która miała ukoić jego sa­mot­ność. Pło­myk ja­rzył się coraz sła­biej, aż w końcu zgasł. Do­pie­ro wów­czas Her­mes wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści Pa­ry­ża 2015 roku. Wstał i ro­zej­rzał się. Za­bój­ca z ka­łasz­ni­ko­wem po­ja­wiał się w polu jego wi­dze­nia i zni­kał w rytm pul­su­ją­cych nie­bie­sko świa­teł.

– Al­la­hu akbar! – wrzesz­czał, po­zba­wia­jąc życia ko­lej­nych ludzi.

Her­mes po­czuł wście­kłość, bo oto ko­lej­ny stwo­rzo­ny przez ludzi bóg za­brał mu coś, co na­le­ża­ło do niego. Ru­szył w stro­nę ter­ro­ry­sty, ale nawet ze­msta zo­sta­ła mu ode­bra­na. Kula z po­li­cyj­nej broni była szyb­sza. Więc od­wró­cił się i zanim ktoś zdo­łał go za­trzy­mać, od­szedł sa­mot­nie w mrok, zo­sta­wia­jąc ludzi z bo­ga­mi, któ­rych sobie wy­bra­li.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Hej, jestem!

Na początek coś, co wyłapałem przy okazji czytania:

 

Z rumorem wydostał z kontenera. – brakuje się.

 

ale mógł się oderwać od Internetu i nie miał zamiaru tego robić. – brakuje nie.

 

a równoległa do świata ludzie przestrzeń, którą zajmowali, znacznie się skurczy. – ludzi. I chyba dodałbym przecinek.

 

Uspokój się, nie jestem hakerem, nie można mnie namierzyć. IP twojego komputera nigdzie się nie pojawi. – Tutaj ciekawi mnie to, że dzień wcześniej niewiele wiedział o współczesności, a teraz zna już pojęcia takie jak haker czy IP. Rozumiem, że przyswoił akurat tę wiedzę podczas nocnego serfowania po sieci? Albo, jako bóg, przyswoił wiedzę z internetu w szybszym tempie niż zwykły śmiertelnik.

 

Zabójca za kałasznikowem pojawiał się w polu jego widzenia i znikał w rytm pulsujących niebiesko świateł. – Chyba miałaś na myśli zabójca z kałasznikowem. 

 

A teraz do rzeczy! Podobało mi się, bardzo! Czytało się super. Realistyczna postać Zofii, jej decyzje są przemyślane i zgadzają się z profilem postaci, który stworzyłaś. Nie dłużyło mi się ani przez chwilę. Co najbardziej mi się podobało? Końcówka! Choroba, decyzja Zofii, lekarstwo, aż tu nagle śmierć.

Hermes poczuł wściekłość, bo oto kolejny stworzony przez ludzi bóg zabrał mu coś, co należało do niego. Ruszył w stronę terrorysty, ale nawet zemsta została mu odebrana. Kula z policyjnej broni była szybsza. Więc odwrócił się i zanim ktoś zdołał go zatrzymać, odszedł samotnie w mrok, zostawiając ludzi z bogami, których sobie wybrali.

To jest naprawdę dobry koniec jak dla mnie. Fajnie nawiązałaś Allahem do Chrystusa, o którym wcześniej pisałaś. Wszystko fajnie się połączyło. I zostali z bogami, których sobie wybrali… No fajne to było! :)

Pozdrawiam i również życzę powodzenia w konkursie ;)

Troszkę interpunkcja ma kłopoty, wyłapałam najbardziej te dwa zdania:

“Szatynka, o krótko obciętych włosach, w okolicach czterdziestki nie wyglądała najlepiej.” – brzmi, jakby kobieta na ciele miała czterdziestkę i w jej okolicach wyglądała nie najlepiej, co jest intrygujące, ale chyba nieprawdziwe.

“Z jednej strony zasady moralne, które jej wpojono i duma, kazały jej uciekać.” raczej “Z jednej strony zasady moralnej, które jej wpojono, i duma kazały jej uciekać.”

Ale ogólnie wygląda fajnie, i poza drobnymi niezręcznościami językowymi bardzo dobrze i płynnie mi się czytało, ma swoją atmosferę i klimacik.

Jedyne, co mnie irytuje, nie w kategorii błędu, a po prostu takiego spostrzeżenia o literaturze, to fakt, że podkreślasz, że bohaterka jest ładna dopiero, gdy jakiś obcy facet najpierw ją uratuje, a potem odzieje, koniecznie w najdroższych sklepach w Paryżu. Kojarzy mi się ten wątek z kiepskimi powieściami dla kobiet, gdzie służy chyba spełnianiu jakichś fantazji o księciem ratującym przed ciuchami z sieciówek :P

 

Realuc, dzięki za wizytę i cieszę się, że się podobało. Czytałam tekst już sama nie wiem ile razy, a i tak jakieś babole zostały, dzięki za wskazanie. Poprawiłam.

Hermes miał całą noc na zapoznanie się z internetem, a to jeden z inteligentniejszych greckich bogów. Gdzieś tam czytałam, że w czasach rzymskich dorzucono mu naukę do obowiązków. Stwierdziłam, że mógł sobie poradzić. Poza tym to tylko słownictwo, programować umieć nie musi. ;)

 

Filologu, ciebie również witam serdecznie. Fajnie, że ci się podobało.

Przyznaję, że “w okolicach czterdziestki” nie jest najzręczniejszym wyrażeniem. Z drugiej strony jest to wyrażenie, którego używa się, przynajmniej w mowie potocznej. A ja nie potrafię wymyślić nic sensownego, co miałoby niewielką liczbę znaków. Limit mnie trochę ciśnie. ;)

 

podkreślasz, że bohaterka jest ładna dopiero, gdy jakiś obcy facet najpierw ją uratuje, a potem odzieje, koniecznie w najdroższych sklepach w Paryżu. Kojarzy mi się ten wątek z kiepskimi powieściami dla kobiet, gdzie służy chyba spełnianiu jakichś fantazji o księciem ratującym przed ciuchami z sieciówek.

A wiesz, że kompletnie nie myślałam w tych kategoriach. Zofia jest bezdomna, ma na sobie letnie ciuchy, a więc trwa to już jakiś czas. Kiedy wzięła prysznic, zaliczyła fryzjera, pewnie jeszcze jakiś makijaż i włożyła sensowne ciuchy, zaczęła wyglądać lepiej. A z Hermesa jest niezłe ziółko, zaciągnął ją do takich właśnie sklepów, żeby jej pokazać, jak może wyglądać jej długowieczne życie.

 

 

Witaj Irko!

Bardzo przyjemne opowiadanie. Podobało mi się, mimo że ani Hermes, ani Zofia nie przypadli mi do gustu. Zwłaszcza ona – słabinka nieogarniająca własnego życia marząca o wielkim świecie. I ten oklepany Paryż… ;) Ale tak czasem bywa, choćby jak w “Breaking Bad” – wszyscy bohaterowie są wkurzający, ale całość jest dobra.

Co do metamorfozy kobiety – tak niestety jest i trzeba się z tym pogodzić. Ksiądz, który prowadził religię u mnie w liceum mówił tak: “Nie ma kobiet brzydkich, są tylko zaniedbane” ;)

Zakończenie świetne!

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie! 

Sara

– Wieża Eiffla!  J..jak, co zrobiłeś i kim jesteś?

Sympatyczne :)

Hej Saro, miło że wpadłaś, a jeszcze milej, że ci się podobało.

 

Ksiądz, który prowadził religię u mnie w liceum mówił tak: “Nie ma kobiet brzydkich, są tylko zaniedbane”

Rany, ksiądz, który mówi takie rzeczy, aż trudno uwierzyć. ;) Generalnie jednak dokładnie o to mi chodziło.

Co się zaś tyczy Zofii, masz rację, to słabowinka, ale jednak z potencjałem.

 

Anet, dziękuję. :D

 

Nooo, ten ksiądz rzucał czasem takimi tekstami, że oczy nam na wierzch wychodziły. Zanim zaczął uczyć w szkole, przeprowadzał egzorcyzmy i nam o nich opowiadał. surprise Poza tym bardzo sympatyczny człowiek, tylko nieco zwariowany ;)

 

 A jeszcze miałam dodać, że podobało mi się, jaki film oglądał Hermes. Złodziejaszki. ;)

Bardzo fajne. :)

Sara

Hmm, interesujący ksiądz, a jego opowiastki możesz wykorzystać w jakimś opku. :)

Hej, opowiadanie, które u mnie zostało uratowane przez dobre, zaskakujące zakończenie. Czyta się OK, natomiast nie wciągnęło mnie specjalnie na poziomie historii. Chyba brakuje jej trochę dramaturgii. Po obiecującym początku napięcie właściwie nie rośnie, a zakończenie (bardzo mi się ono podoba) przychodzi niejako z zewnątrz, nie wynika z fabuły, lecz z przyczyn niezależnych. Marudzę? To dodam, że podobają mi się bohaterowie. I podoba mi się bardzo ostatnie zdanie tekstu. I to nie oznacza, że reszta mi się nie podoba :P

Sympatyczna historia, dobre zakończenie. Znaczy, nie mam nic przeciwko happy endom, ale tutaj już zaczynała grozić landrynkowa słodycz. Fajnie, że ją przełamałaś. Ostatnie słowa niegłupie.

Podobały mi się wybryki Hermesa, jego luzackie podejście do złapania… I ucieszyłam się, że nawiązałaś jeszcze do jego roli Psychopompa.

Babska logika rządzi!

Witaj Łosiocie. Fajnie, że podoba ci się zakończenie. Faktycznie nie wynika ono z fabuły, choć trochę starałam się przygotować czytelnika, pisząc o negatywnym stosunku Hermesa do chrześcijańskiego Boga. Z drugiej strony, zbyt wiele odniesień zepsułoby mi efekt zaskoczenia, na który bardzo liczyłam.

Co do napięcia i dramaturgii, ja chyba już tak mam. Większość z tego, co piszę jest takie spokojne i stonowane. Muszę raz spróbować trochę podkręcić atmosferę. ;)

I nie, nie marudzisz, a przynajmniej ja tego tak nie odbieram.

 

Finklo, dziękuję za miłe słowa i klika (tym razem zauważyłam). Szczerze mówiąc po moich nieszczęsnych kotach, miałam większego pietra wrzucając opka, niż przy debiucie i teraz trochę odetchnęłam.

Ta słodycz trochę celowa była, chciałam, żeby bardziej zabolała końcówka. Mam nadzieję, że nie przesadziłam. Starałam się w miarę wiernie oddać charakter Hermesa, wynikający z mitów. Gość był taki właśnie luzacki. ;)

 

No, chyba trudno być spiętym i sztywnym bogiem złodziei… ;-)

Babska logika rządzi!

To fakt, pewnie dlatego lubię go najbardziej z tej całej czeladki. :)

Priap też chyba był luzacki (przynajmniej w ubiorze ;-) ). Chociaż poniekąd opozycjonista w stosunku do Hermesa. ;-)

Babska logika rządzi!

No, niby tak, ale zero subtelności. ;)

Zgrabne, miło się czytało. Zakończenie mi nie podpasowało, jakby doklejone na siłę. Podobała mi się postać Hermesa, Zofia bardzo szybko zaadaptowała się do nowej sytuacji… Bardzo:)

Nie oszalał, ale zapłacił za to alienacją.

Nie lepiej “wyobcowaniem”?

Nie zwariowałaś, nie leżysz w szpitalu w komie

Yyy?

 która nagle stała się całkiem ładna.

Aby kobieta stała się ładna, potrzeba jej wizyt w kilku drogich butikach i u fryzjera. Zanotowane.

 etnicznych knajpek

Czy to nie jest anglicyzm, albo przynajmniej dosłowne tłumaczenie? Dziwnie to brzmi.

 

Dzięki za ten tekst, dobrze sie bawiłem.

Witaj bronchospaźmie, dziękuję za wizytę i cieszę się, że dobrze się tu bawiłeś.

 

Zakończenie mi nie podpasowało, jakby doklejone na siłę.

Hmm, od początku miałam to zakończenie przed oczami. Starałam się po drodze zostawić kilka tropów: Hermes i Zofia spotykają się na początku listopada, wspominam o niechęci Hermesa do Boga, jest karuzela na Placu Zgody, której w tej chwili już nie ma (wiem, że mało kto zwróci na to uwagę, ale Drakaina na pewno). Nie wiem, może przesadziłam z cukierkowatością znajomości tej dwójki i stąd twoje wrażenie.

 

Nie oszalał, ale zapłacił za to alienacją.

Nie lepiej “wyobcowaniem”?

Lepiej, jeśli nic innego nie wyskoczy, poprawię. Rzecz w tym, że mam jeszcze tylko 13 znaków do wykorzystania. ;)

 

Nie zwariowałaś, nie leżysz w szpitalu w komie

Yyy?

Czemu Yyy. To inne określenie śpiączki https://sjp.pwn.pl/doroszewski/koma-II;5440991.html

Spania w tym akapicie jest pełno, nie chciałam dorzucać jeszcze śpiączki.

 

Aby kobieta stała się ładna, potrzeba jej wizyt w kilku drogich butikach i u fryzjera. Zanotowane.

Odwrócę kota ogonem. Widziałeś kiedyś przystojnego bezdomnego, albo śliczną bezdomną? Taki tryb życia odbija się na wyglądzie człowieka. Nie zwrócisz uwagi na kobietę z przetłuszczonymi włosami, które na dodatek kompletnie się nie układają, ubraną w ciuchy nie pierwszej czystości.

 

 etnicznych knajpek

Czy to nie jest anglicyzm, albo przynajmniej dosłowne tłumaczenie? Dziwnie to brzmi.

Szczerze mówiąc, nie wiem. Chodziło mi o kuchnie narodowe i to słowo “narodowe” jakoś mi nie brzmiało.

 

 

 

 

Miło spędziłam czas przy Twojej opowieści. Polubiłam Hermesa, chyba głównie przez początek, który mnie ujął. Chętnie przeczytałabym całe opowiadanie w takim klimacie, np że włamuje się do banku lub muzeum po jakiś tajemniczy artefakt (trochę wyobraźnia mnie poniosławink). 

Tekst sprawnie napisany, ciekawe pomysły, jak np. jego odradzanie się czy możliwość wejścia w sieć i zarabiania. Wolałabym, aby jednak Zofia okazała się jego bratnią duszą na dłuższy czas, ale końcówka z wybieraniem bogów rzeczywiście pasuje i daje do myślenia. Daje klika.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursiesmiley

Z cyklu przyganiał kocioł garnkowi. :)

 

 J..jak, co zrobiłeś

Dlaczego dwie kropki?

 

Na jej twarzy malowało się zmęczenie, trzęsła się z zimna w kurtce zbyt lekkiej jak na początek listopada i najwyraźniej była głodna.

Tutaj delikatnie się potknąłem. Może gdyby “trzęsła się” zastąpić “drżała” zabrzmiałoby to lepiej?

 

Może i nie wiedział, jak się nazywają otaczające go rzeczy, ale miał wdzięk i charyzmę. Już po chwili prowadził słaniającą się kobietę do taksówki, bez wysiłku dźwigając jej bagaż. Zofia skuliła się na tylnym siedzeniu, a on konwersował z kierowcą, starając się wyciągnąć z niego jak najwięcej informacji o współczesnej Francji. Wiele zmieniło się od czasu jego ostatniego pobytu w tym kraju.

Siękoza.

 

– Tylko żadnego usypiania – zaprotestowła Zofia, odsuwając się pod ścianę.

Literówka. Swoją drogą, żeby wynajdywanie ich we własnych tekstach szło mi równie łatwo. :)

 

Bardzo przyjemne opowiadanie. Dobre, refleksyjne zakończenie. Postać Hermesa przypadła mi do gustu (myślę o tym, jak go zaprezentowałaś). Bardzo też spodobało mi się “zderzenie” mitologii i wiary w tym tekście. Podobnie jak Łosiot miałem natomiast problem, żeby “wciągnąć się” mocniej w całą historię. Prezentujesz Hermesa oraz Zofię, buduje się między nimi pewna relacja, czy nawet więź. Tyle że przy takim limicie znaków trudno jest sprawić, by czytelnik jakoś mocniej zainteresował się ich losami. Kiedy poznaję ich już dobrze, kiedy budzą we mnie pewne odczucia… musisz kończyć. :) Nie twierdzę, że zrobiłaś tu coś źle, natomiast nie jestem pewien, czy taka forma przedstawienia postaci i ich relacji może dobrze funkcjonować przy tym limicie. Zwyczajnie nie masz tu żadnej przestrzeni, żeby to później rozwinąć. A dopiero przy tym rozwinięciu czytelnik tak naprawdę śledzi losy bohaterów z największym zainteresowaniem.

Inna rzecz, że to tylko moje odczucia i byłbym mocno ostrożny z wyciąganiem z tej uwagi jakichś daleko idących wniosków.

Całe opowiadanie zdecydowanie na plus.

 

Pozdrawiam.

 

Monique, cieszę się że się spodobało. Dziękuję za klika. :)

Zakończenia bym nie zmieniła, ale oni spędzili razem prawie dwa tygodnie, w czasie których wiele się mogło zdarzyć. Tymczasem ten czas skurczył mi się do jednego krótkiego akapitu. W planach miałam na przykład scenę, w której Hermes chce sobie wziąć coś z jakiegoś muzeum na pamiątkę, a Zofia mu nie pozwala. Już nawet zaczęłam szukać w necie odpowiedniego eksponatu, ale zorientowałam się, że nie wyrobię z limitem.

 

CM, ciebie również witam serdecznie i dziękuję za klika.

 J..jak, co zrobiłeś

Dlaczego dwie kropki?

Bo ślepa jestem. Już mi to wcześnie Anet usiłowała pokazać, a ja i tak nie zauważyłam. Poprawione, podobnie jak siękoza.

 

Literówka. Swoją drogą, żeby wynajdywanie ich we własnych tekstach szło mi równie łatwo.

Ech, no właśnie… ;)

 

Tyle że przy takim limicie znaków trudno jest sprawić, by czytelnik jakoś mocniej zainteresował się ich losami. Kiedy poznaję ich już dobrze, kiedy budzą we mnie pewne odczucia… musisz kończyć. :)

Masz rację, przydałoby mi się jeszcze cztery, pięć tysięcy znaków, żeby trochę lepiej opisać czas, który spędzili razem. Nigdy nie musiałam tak ściśle trzymać się limitów przy pisaniu. Wymyśliłam sobie historię i dopiero w połowie zorientowałam się, że jest ona zbyt rozudowana, jak na ten limit znaków. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płota, zgłosiłam się do konkursu i zaklepałam postać. Mogłam oczywiście przekroczć limit, ale w trakcie pisania stał się on wręcz wyzwaniem. :)

 

 

 

 

 

Dobrze się czyta. Dobrze się kończy… to znaczy źle się kończy, ale dobrze rozegrana ta końcówka, Napadasz znienacka czytelnika przygotowanego juz na jakieś “żyli długo i szczęśliwe” suspensem aż do bólu realnym.

Jedyna rzeczą co do której mam wątpliwości to zbyt (sądzę) szybkie oswojenie się żebraczki z greckim bogiem.

O jakości formy (gramatyka, interpunkcja etc. ) ode mnie nie usłyszysz, bo zauważyłem tu sporo osób kompetentnych i ambitnych w tej konkurencji :)

Witaj Tsole, miło cię widzieć. :) Cieszę się, że miło spędziłeś czas z moim opkiem.

 

Co do twoich wątpliwości, nie jestem pewna, czy masz na myśli to, że uwierzyła, iż Hermes jest bogiem, czy że tak łatwo przystała na jego opiekę.

W pierwszym przypadku, cóż, sama zawsze mam z tym problemy. Dlatego tak spektakularnie przeniosłam ich z Hanoweru do Paryża. Po takim numerze, nawet ja bym uwierzyła, że mam do czynienia z bogiem. ;)

W drugim przypadku, Zofia jest zwykłym, w miarę przyzwoitym człowiekiem. To kobieta, która popełniła w życiu parę błędów, a potem zrobiła to co wciąż robi wielu Polaków, wyjechała z kraju bez żadnego przygotowania, w nadziei, że na obczyźnie będzie jej się lepiej żyło i srodze się zawiodła. Nie zrobiła w życiu nic złego, to ją spotkały nieprzyjemne rzeczy ze strony innych. Może nie jest jeszcze żebraczką, ale niewiele jej do tego brakuje i na dodatek przeczuwa, że ma poważne problemy zdrowotne. Myślę, że w tej sytuacji mogła pomyśleć: a czemu nie, przyzwoitość jest przereklamowana, nic mi z niej nie przyszło.

Zofia jest zwykłym, w miarę przyzwoitym człowiekiem.

Kobieta która rzuca mięchem???? Przy bogu??? Impossible! laugh

 

Myślę, że w tej sytuacji mogła pomyśleć: a czemu nie, przyzwoitość jest przereklamowana, nic mi z niej nie przyszło.

No tak, to przecież Zofia, czyli z grecka mądrość… choć może raczej rezolutność? Tak czy owak mogłabyś pomyśleć nad rozbudową jej portretu psychologicznego…

Kobieta która rzuca mięchem???? Przy bogu??? Impossible!

He, he, dobre!

 

 

No tak, to przecież Zofia, czyli z grecka mądrość

A wiesz, jesteś pierwszą osobą, która zwróciła uwagę na znaczenie jej imienia. Miłe. ;)

 

Na rozbudowę limit nie pozwala. To opowiadanie konkursowe, mam do dyspozycji 19 tysięcy znaków.

No, przecież to oczywiste, nie ma co wspominać. I jeszcze w oficjalnej formie, bez żadnych zdrobnień…

Babska logika rządzi!

Wszelkie braki warsztatowe nadrobiłaś mądrym przesłaniem, które mocno wybrzmiewa w finale, i którego zupełnie się nie spodziewałem. Rację ma Finkla, ostatnie zdanie bardzo dobre. Ciut wcześniej zaczęło mi pachnieć "Miastem Aniołów" i romansem postaci nieziemskiej z ziemską kobietą, która umiera pozostawiając, bohatera z jego znajomością prawdziwego, ludzkiego życia także od tej smutnej strony: straty, żalu, bólu i rozpaczy. Ale Ty poszłaś na szczęście w inną stronę.

Trochę to zakończenie może razić akurat takim umiejscowieniem w czasie i przestrzeni oraz pewnym stereotypem, do jakiego się odwołałaś – muzułmańskiego terrorysty na ulicach Paryża. Ale fakty są takie, jakie są i to odniesienie do Allaha dobrze równoważone jest wcześniejszymi dywagacjami o chrześcijaństwie i innych religiach, które uczyniły nasz świat miejscem, jakie znamy obecnie. Czyli średnio fajnym.

Ta perspektywa, ujęta w tekście oczami boga mitycznego, odchodzącego w niepamięć, także zasługuje na pochwałę. Ogólnie sporo tu dojrzałych myśli i obserwacji.

Bardziej naiwnie brzmią za to niektóre fragmenty od strony warsztatowej. Czasem język zabrzmi nieporadnie, czasem jakieś rozwiązanie fabularne zazgrzyta, czasem narracja grzęźnie w dłuższych infodumpach "zza kamery". Ale całość może się podobać i, mimo że trochę błądzisz z czytelnikiem i kluczysz fabularnie jakbyś nie mogła się zdecydować, o czym chcesz nam opowiedzieć, na koniec raczysz nas gorzką, ale wartościową puentą.

Wybrzmiewa ona tym mocniej, że konfrontujesz niejako luzacką postawę głównego bohatera z pierwszej części tekstu, z jego postawą i rozczarowaniem pod koniec historii. Jego zachwyt nowym światem i możliwościami, jakie on niesie, z ponurym finałem. A sama opowieść dosłownie gorzknieje z każdym akapitem.

Dlatego daję klika pomimo pewnych potknięć stylistycznych i warsztatowych.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, dziękuję za miłe słowa i za klika.

 

Trochę to zakończenie może razić akurat takim umiejscowieniem w czasie i przestrzeni oraz pewnym stereotypem, do jakiego się odwołałaś – muzułmańskiego terrorysty na ulicach Paryża. Ale fakty są takie, jakie są i to odniesienie do Allaha dobrze równoważone jest wcześniejszymi dywagacjami o chrześcijaństwie i innych religiach, które uczyniły nasz świat miejscem, jakie znamy obecnie.

Trochę się bałam, że to zakończenie może zostać odebrane, jako zarzut pod adresem jednej konkretnej religii. Cieszę się, że tak się nie stało i mój opek został odebrany tak, jak chciałam, żeby był.

 

Bardziej naiwnie brzmią za to niektóre fragmenty od strony warsztatowej. Czasem język zabrzmi nieporadnie, czasem jakieś rozwiązanie fabularne zazgrzyta, czasem narracja grzęźnie w dłuższych infodumpach "zza kamery".

Hmm, będzie mi bardzo miło, jeśli znajdziesz jeszcze trochę czasu, żeby pokazać mi, które fragmenty zgrzytają. Nie chodzi mi o to, żeby z tobą dyskutować, po prostu chcę wiedzieć, gdzie robię błędy, żeby ich w przyszłości uniknąć. Potrafię powiedzieć, co mi nie pasuje w tekstach innych autorów, ale jestem niestety ślepa, kiedy chodzi o moje własne teksty.

Nie mogę powiedzieć, żeby opowiadanie przypadło mi do gustu. Co gorsza, o ile zwykle dobrze sobie radzę z identyfikowaniem elementów tekstu, które mi nie grają, tak w tym przypadku mam z tym problem. Niby wszystko jest na miejscu, ale…

Jednak komentarz w stylu “nie podoba mi się, bo nie” to przecież hańba dla komentującego, spróbuję więc chociaż wskazać kilka elementów, które mnie uwierały.

Muszę przyznać rację CMowi, czuć tu pewną pośpieszność, przez co relacja miedzy bohaterami wypada nieco płasko, a finał wydaje się, czy ja wiem, zbyt gwałtowny? Zbyt nagły? Ucina wątek który nie zdążył jeszcze zaowocować. No bo limit.

Co więcej, o ile nie wypada mi narzekać na brak happy endu, bo sam takowych raczej nie pisuję, tak tutaj potknąłem się trochę na nagłej zmianie nastroju tekstu, od sielanki do gorzkiej refleksji niemal w jednym zdaniu. Jasne, wszystko przebiegło wiarygodnie, nastrój pasuje do wydarzeń, tym niemniej, wybiło mnie to na moment z lektury.

Charakter i zachowanie bóstwa bez zarzutu. Zofia trochę gorzej, zarysowana raczej opisami niż zachowaniami.

Językowo poprawnie, momentami nawet lepiej.

 

Ogólnie – to dobry tekst, którego jakoś nie zdołałem polubić. Szkoda, że limit nie był większy.

Witaj None. Cieszę, że wpadłeś, choć oczywiście żal, że ci się nie spodobało. Może następnym razem.;)

 

czuć tu pewną pośpieszność, przez co relacja miedzy bohaterami wypada nieco płasko, a finał wydaje się, czy ja wiem, zbyt gwałtowny? Zbyt nagły? Ucina wątek który nie zdążył jeszcze zaowocować. No bo limit.

Cóż, tak jak pisałam już wcześnie, przydałoby mi się jeszcze z pięć tysięcy znaków. Prawie dwa tygodnie ich znajomości skwitowałam jednym akapitem, to musiało wywołać krytykę. ;)

 

Co więcej, o ile nie wypada mi narzekać na brak happy endu, bo sam takowych raczej nie pisuję, tak tutaj potknąłem się trochę na nagłej zmianie nastroju tekstu, od sielanki do gorzkiej refleksji niemal w jednym zdaniu.

To akurat bało zamierzone. Tak to wygląda w rzeczywistości. Nie ma żadnych znaków, że stanie się coś złego, żadnych przeczuć. Po prostu idziesz do baru, a w następnym momencie już cię nie ma.

 

Zofia trochę gorzej, zarysowana raczej opisami niż zachowaniami.

Początkowo miałam narrację z dwóch perspektyw, Zofii i Hermesa, ale nie było szans, żebym w ten sposób zmieściła się w limicie. Z jednej strony trochę mi żal, bo odbiór Zofii jest nie do końca taki, jakbym chciała. Z drugiej strony jednak ta ledwo zarysowana sylwetka Zofii podkreśla, a przynajmniej mam taką nadzieję, przedmiotowe traktowanie jej przez Hermesa.

To akurat bało zamierzone. Tak to wygląda w rzeczywistości. Nie ma żadnych znaków, że stanie się coś złego, żadnych przeczuć. Po prostu idziesz do baru, a w następnym momencie już cię nie ma.

Wyczytałem gdzieś zdanie, że prawdziwe życie ma tę przewagę nad fikcją, że nie musi mieć sensu. Z czego oczywiście wynika, że fikcja ma tą wadę, że sensowna być musi. ;) 

Ten manewr nie jest oczywiście błędem. Jak pisałem, zmiana nastroju pasuje wydarzeń. To się trzyma kupy. Ale ja się na tym potykam. Nie wina tekstu, a odbiorcy.

Oczywiście, że mogę wskazać jakieś przykłady, żaby nie być gołosłownym.

 

Na przykład to zdanie:

 

Mężczyzna uśmiechnął się i nagle jeden z policjantów stał z głupią miną i kajdankami na nadgarstkach, a złodziej uciekał pędem.

 

Brzmi fałszywie.: mężczyzna uśmiechnął się – i nagle – stał – a złodziej uciekał.

Nie od razu wiadomo, że mężczyzna to złodziej. Skrót całej akcji w postaci “i nagle” też nie jest zbyt literackim chwytem.

 

Albo to:

 

 

Uwolniona od choroby Zofia odmłodniała i miała mnóstwo energii.

Odmłodniała i miała. Gdyby było np. odmłodniała i zyskała, lub nabyła, lub poczuła przypływ, nie brzmiało by to fałszywie.

 

 

Później doszedł do wniosku, że to wina ton mitologicznej literatury.

Wina ton literatury? Chwytam sens, ale to określenie i skrótowość myśli są kulawe moim zdaniem. 

 

Kolejnym zastrzeżeniem jest sposób w jaki wprowadzasz na scenę swoje postacie. To słaby chwyt literacki, by wyjeżdżać na powitanie z opisem wyglądu wewnętrznego (a nawet wiekiem, ubraniem itd.). Robisz tak i z Hermesem i z Zofią.

Aha. Masz też rok podany w zapisie cyfrowym.

Po przeczytaniu spalić monitor.

ich dowódca

Nie jestem pewna, że to się tak nazywa.

Powiedział bowiem prawdę.

"Bowiem" trochę mi zgrzytnęło jako archaiczne.

to dawało pewną możliwość

No, nie wiem.

mocno się zmieniły i nie zrozumiał wszystkich słów

Hmm. Trochę to nie gra z tą starą niemczyzną. Jeśli on automatycznie zna wszystkie języki?

nieoczekiwanym zachowaniem

A oczekiwał, że nie będą się zachowywać?

odparła odruchowo

Aliteracja.

zapomnieni

Zapomniani.

Westchnął, wybrał Hanower

Rozdzieliłabym.

Zerknął na swoją towarzyszkę, kobieta spojrzała

To też.

zapytała, szczękając zębami

Ekwilibrystyczny wyczyn.

z nadmiaru wrażeń i pewnie też ciężaru

Z nadmiaru ciężaru?

tkwiła w torbie turystki

Zbliżasz się do aliteracji.

tkwiła w torbie turystki. Zauważyła to

Tu są trzy "one" i w pierwszej chwili doprawdy nie wiedziałam, o którą Ci chodzi. Ale wczoraj przez godzinę miotałam się po Morenie, a ulicy Miłosza nie znalazłam, zatem albo mózg mi gnije, albo kosmici ją ukradli.

bladość powlekła jej twarz

Bardzo wymyślne i archaiczne.

spojrzenie zmętniało i wyraźnie nie docierało do niej, co mówi.

Hmm, no, nie wiem.

Westchnął, lubił

Rozdzieliłabym.

naprawdę kłopotliwi

Trochę anglicyzm.

Wiele zmieniło się

Naturalniej: wiele się zmieniło.

obrazy przedstawiających go posągów

Poplątane. Może "wizerunki"?

Zobaczył jeszcze błysk zrozumienia w jej oczach, a później odpłynęła.

Niby zrozumiałe, ale…

obserwował obrazy, pojawiające się

Aliteracja i zbędny przecinek.

akceptuje to, kim jest

Kim jest – kto?

Pałace legły w gruzach

Oczywiście, plemiona germańskie nie miały z tym nic wspólnego <marudzenie>.

nikt już nie wiązał problemów z ich imionami

Hem?

jej racjonalny umysł nie potrafił zaakceptować faktów.

Brzmi to sztucznie.

używałeś mojego laptopa do kradzieży

Nienaturalne.

Pozy

Literówka.

Widział wewnętrzną walkę, którą toczyła.

Purpurowe.

Efektem była kompletna metamorfoza kobiety, która nagle stała się całkiem ładna.

Nienaturalne.

Po co mi to mówisz

Przyda się pytajnik.

Nie tak jak ja

Nie tak, jak ja.

nie zważając na jej sarkazm.

Nie wiem, po co Ci to. Jest wyraźnie widoczne w kontekście.

w tak szybkim i przewidywalnym czasie

Jak już, to "krótkim", ale z "przewidywalnym" nie wiem, co zrobić. A coś należałoby.

Szli, spierając się ze śmiechem

Jakoś to nie brzmi.

Jej ciało rozświetliło się

Jak wyżej.

 

Zderzenie dwóch koncepcji. Co najmniej dwóch. Tu miło i słodko, tam, hmm. Niesłodko. Sama nie wiem, co o tym sądzić.

Choroba Zofii wydała mi się już lekką przesadą (jakby nie miała dość kłopotów), no i antymonoteizm – nie jesteś Lukrecjuszem, Irko (on co prawda zwalczał wielobóstwo – religia grecka uległa rozkładowi na długo przed erą chrześcijańską, rzymska trochę później). A żadna religia nie przerobi ludzi automatycznie w anioły, na szczęście.

Ale za to wykorzystałaś chyba wszystkie aspekty Hermesa, które się dało, i zasygnalizowałaś jego życiowe problemy dość czytelnie. Tylko końcówka cokolwiek pospieszna. (Limit, co?)

Podsumowując – początek miły, środek karmelkowy, koniec przypalony.

A ja nie potrafię wymyślić nic sensownego, co miałoby niewielką liczbę znaków.

"Mniej więcej czterdziestoletnia"?

Rany, ksiądz, który mówi takie rzeczy, aż trudno uwierzyć. ;) Generalnie jednak dokładnie o to mi chodziło.

Ksiądz też człowiek. U mnie w liceum był taki, co za młodu grywał w RPG.

Nie oszalał, ale zapłacił za to alienacją. Nie lepiej “wyobcowaniem” Lepiej, jeśli nic innego nie wyskoczy, poprawię. Rzecz w tym, że mam jeszcze tylko 13 znaków do wykorzystania. ;)

Ja dałabym "samotnością" (11 znaków).

Myślę, że w tej sytuacji mogła pomyśleć: a czemu nie, przyzwoitość jest przereklamowana, nic mi z niej nie przyszło.

Bez przesady z tą nieprzyzwoitością.

ledwo zarysowana sylwetka Zofii podkreśla, a przynajmniej mam taką nadzieję, przedmiotowe traktowanie jej przez Hermesa.

Hmm, no, nie do końca.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

None,

Wyczytałem gdzieś zdanie, że prawdziwe życie ma tę przewagę nad fikcją, że nie musi mieć sensu. Z czego oczywiście wynika, że fikcja ma tą wadę, że sensowna być musi. ;)

Trafne spostrzeżenie. Wezmę pod uwagę następnym razem. :)

 

Marasie, dziękuję za ponowne odwiedziny i twoje uwagi, choć mam wrażenie, być może mylne, że moja prośba trochę cię zirytowała.

 

Oczywiście, że mogę wskazać jakieś przykłady, żaby nie być gołosłownym

Nie posądzałam cię o gołosłowność. Włożyłam w ten tekst, podobnie jak w inne, sporo pracy, czasu i serca. To moje dziecię i rzeczywiście jestem ślepa na jego niedoskonałości. Co nie oznacza, że jestem głupia. Nawet jeśli nie dostrzegam swojej nieporadności, to nie znaczy, że jej nie ma. Jeśli jednak nie będę wiedziała, co schrzaniłam, nie będę też tego w stanie w przyszłości poprawić. Stąd moja prośba o wskazanie konkretnych przykładów.

 

Odmłodniała i miała. Gdyby było np. odmłodniała i zyskała, lub nabyła, lub poczuła przypływ, nie brzmiało by to fałszywie.

Poprawiłam. Jest to jednocześnie jedyna poprawka, jaką wprowadziłam po przeczytaniu twoich uwag. Nie dlatego, że nie zgadzam się z resztą. Pozostałe twoje wskazówki wymagają sporej ingerencji w strukturę tekstu. A jest to opowiadanie konkursowe. Może jestem staroświecka, ale chcę, żeby oceniona była moja praca, nawet jeśli jest ona nieco nieporadna. Mogę cię za to zapewnić, że więcej nie znajdziesz w moich tekstach wprowadzenia postaci z tak dokładnym opisem.

 

Masz też rok podany w zapisie cyfrowym.

A tego nie rozumiem. W moim odczuciu zapis roku w formie słownej będzie zwyczajnie nieczytelny.

 

Tarnino, dzięki za wizytę i łapankę. Poprawiłam oczywiste babole, literówkę i przecinki. Czterdziestkę też zmieniłam, podobnie, jak alienację. Więcej poprawek nie chcę teraz nanosić, zostawiam to sobie na “po konkursie”

 

ich dowódca

Nie jestem pewna, że to się tak nazywa.

Właściwie to jest kierownik zmiany, ale ponieważ to on jest odpowiedzialny za wszystko i on wydaje polecenia, myślę, że można go nazwać dowódcą.

 

mocno się zmieniły i nie zrozumiał wszystkich słów

Hmm. Trochę to nie gra z tą starą niemczyzną. Jeśli on automatycznie zna wszystkie języki?

Też się trochę nad tym zastanawiałam, ale w końcu doszłam do wniosku, że to trochę tak jak z ludźmi. Niby znasz język, a jak przyjeżdżasz na miejsce, to i tak ludzie gadają inaczej, niż cię w szkole uczyli i wielu rzeczy nie rozumiesz. Poza tym trochę czasu go na ziemi nie było.

 

tkwiła w torbie turystki. Zauważyła to

Tu są trzy "one" i w pierwszej chwili doprawdy nie wiedziałam, o którą Ci chodzi. Ale wczoraj przez godzinę miotałam się po Morenie, a ulicy Miłosza nie znalazłam, zatem albo mózg mi gnije, albo kosmici ją ukradli.

Fakt za dużo “onych”, dorzuciłam Zofię, żeby było jaśniej. :)

 

Pałace legły w gruzach

Oczywiście, plemiona germańskie nie miały z tym nic wspólnego <marudzenie>.

Hmm, no nie miały, bo ja miałam na myśli te pałace należące do bogów. ;)

 

nikt już nie wiązał problemów z ich imionami

Hem?

Próbowali się nadal wtrącać w ludzkie życie i może im się nawet czasem udało namieszać, ale nikt nie miał pojęci, że to oni mieszają. A co to za frajda mieszać, kiedy ludzie i tak innego boga błagają o litość.

 

Podsumowując – początek miły, środek karmelkowy, koniec przypalony.

Ech, no cóż, niezupełnie o to mi chodziło. Może następnym razem. ;)

W żadnym razie nie było irytacji. Zdałem sobie sprawę, że powinienem podać jakieś konkretne przykłady. Powierzenia w konkursie raz jeszcze!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dobre!

W środku jak dla mnie trochę zbyt harlequinowe, ale za to zakończenie bardzo dobre.

Ciekaw tylko jestem, co Hermes robił przez te 200 lat? Tyle się respawnuje czy co ;)?

Ze szczególików tylko jeden czep: “oszukiwanie kamer nie stanowiła” – powinno być “stanowiło”.

Poza tym – kolejny bardzo dobry tekst na Mitologie :)!

 

A przy okazji – kałtornada nie będzie? Bataclanu (bo tak to rozpoznałem) można użyć, a Sri Lanki już nie? Czym różnią się te wydarzenia? Witoldzie, Ty to słyszysz i nie grzmisz?

 

EDIT: No i posłane gdzie trzeba ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Witaj, Staruchu, dzięki za dobre słowo i za klika. Cieszę się, że się podobało. :)

 

W środku jak dla mnie trochę zbyt harlequinowe

A tak się cały czas zastanawiałam, czy przesadzam z tą słodyczą. Chyba jednak tak. ;)

 

Ciekaw tylko jestem, co Hermes robił przez te 200 lat?

Rżnął w karty z Lokim w równoległej do naszego świata przestrzeni, którą zajmują bogowie. Nawet miałam to w tekście, ale… limit. ;)

 

A przy okazji – kałtornada nie będzie? Bataclanu (bo tak to rozpoznałem) można użyć, a Sri Lanki już nie?

Raczej kawiarnie niż Bataclan. Opka Wiktorii jeszcze nie czytałam, czeka w kolejce. Zajrzałam tylko w komentarze i… cholera, chyba dobrze, że nie czytałam, bo pewnie by mi łapki drżały nad klawiaturą. O opku Wiktorii będę mogła się wypowiedzieć, jak go w końcu przeczytam, ale generalnie zgadzam się z tobą. Można pisać, a nawet trzeba. Literatura to też forma komentarza.

Trochę jestem rozdarty jeśli chodzi o opinię na temat tego opowiadania. Początek mi się podoba – fajny Hermes, łotrzykowski klimat. Nieźle wypada i zachwyt nowoczesnym światem i to, że pierwsze co zrobił Hermes po przybyciu to poszedł kraść do sklepu. Może i nie oszalał, jak sam stwierdził, ale rozsądny to też nie jest. W każdym razie w pierwszych akapitach czuć radość Hermesa i wszystko się bardzo dobrze zapowiada.

Potem to niestety dla mnie siada. Co prawda sama idea Hermesa znajdującego sobie kogoś kto mu wytłumaczy świat jest całkiem logiczna, to jednak cały środek opowiadania niebezpiecznie zbacza w stronę jakiejś komedii romantycznej czy innego romansu. Chyba nie bardzo jestem targetem, bo mnie to nudziło (chociaż ciągle są fajne motywy, jak Hermes hakujący internety). 

Końcówka ratuje całość. Nagłe, mocne zakończenie, wpasowujące się w to, co wcześniej było sygnalizujące. Co prawda od początku mocno zgrzytały mi te antychrześcijańskie (czy później faktycznie antymonoteistyczne, jak zauważyła Tarnina) wątki, ale byłem w stanie to zaakceptować, bo co jak co, ale jednak z punktu widzenia boga wypartej religii takie poglądy są dość uzasadnione. 

Podoba mi się Hermes. Zofia trochę robi za dodatek. Może w trakcie lektury nie zwróciłem tak mocno uwagi na przedstawienie relacji Hermesa i Zofii jak zauważyła od razu smutny filolog, ale za to uderzyło mnie inne zdanie:

Hermes poczuł wściekłość, bo oto kolejny stworzony przez ludzi bóg zabrał mu coś, co należało do niego.

Które nagle stawia Hermesa w zupełnie innym świetle (i nie jestem pewny, czy na pewno miałaś taki cel). Bo oto pokazujesz, że dla Hermesa Zofia była tylko zabawką, przedmiotem, jego własnością. I kiedy umiera, to Hermes nie czuje nawet smutku. Jest wściekły, ale nie dlatego, że zginęła jego towarzyszka/przyjaciółka/podopieczna/kochanka/cokolwiek. Jest wściekły, bo ktoś zabrał mu jego własność. I nie mówię, że takie podejście do Hermesa jest złe – bo to podkreśla jednocześnie stosunek bogów do ludzi, ich obcość i tak dalej, pokazuje, że cała ta jego “ludzka” otoczka to tylko zabawa. Tylko ta zmiana odbioru pojawia się nagle, zaburzając to, jak kreowałaś bohatera wcześniej. I przez pryzmat tego samo zakończenie wyglądało mi raczej na zachowanie dziecka, któremu ktoś zabrał zabawki, więc ono się obraża i sobie idzie. Jeśli to był świadomy zabieg, to ja jestem na tak, ta wersja bardziej mi się podoba niż ta bez takiej interpretacji. 

Witaj Arnubisie, cieszę się z twojej wizyty. Fajnie, że podobał ci się mój Hermes, przynajmniej na początku. Co do zakończenia…

 

Które nagle stawia Hermesa w zupełnie innym świetle

Nie do końca się z tobą zgodzę. Hermes od początku bawi się z Zofią. Zabiera ją do Paryża tylko dlatego, że go zaintrygowała i nie pyta ją o zdanie w tej kwestii. Podobnie rzecz ma się z zakupami, a nawet z ambrozją. Kiedy orientuje się, że Zofia jest chora, w pierwszym momencie myśli, że przecież jej nie potrzebuje. Decyduje się ją wyleczyć nie z miłości, czy jakiś humanistycznym pobudek, a jedynie dlatego, że jest samotny. Ani przez chwilę nie ma wątpliwości, że Zofia przystanie na jego plany. On się z nią bawi od samego początku, bo taka jest boska natura. Nie potrafi inaczej, co wcale nie oznacza, że jest jakoś szczególnie zły. Po prostu brakuje mu ludzkiej umiejętności współczucia i empatii, których to zresztą cech nie ma żaden bóg, ani stary, ani nowy.

Nie zgodzę się też, że nie jest nawet smutny, gdy Zofia umiera. Został przy niej, zrobił dla jej duszy wszystko, co mógł. Kiedy jednak wraca do rzeczywistości, jest bogiem. To nie jest gniew człowieka, ale gniew boga. Ktoś wystąpił przeciwko niemu, ktoś zabrał mu coś, co uznał za swoje.

 

Im więcej tych konkursowych opowiadań czytam, tym więcej widzę już wykorzystanych motywów, które sama zamierzałam zgarnąć :P I zastanawiam się, czy wgl kończyć opowiadanie.

 

Podobało mi się, jakoś tak ładnie napisane. No i Francja :) Coś czuję, że mógłby tu być dodatkowy plusik u co najmniej jednej z jurorek :D

Hmm, no nie miały, bo ja miałam na myśli te pałace należące do bogów. ;)

Przyjdzie Cuchulain i roz…wali wam ten kurnik XD

Próbowali się nadal wtrącać w ludzkie życie i może im się nawet czasem udało namieszać, ale nikt nie miał pojęci, że to oni mieszają.

Dobra, tylko skrót myślowy wyszedł za krótki.

Może następnym razem. ;)

heart

Rżnął w karty z Lokim w równoległej do naszego świata przestrzeni, którą zajmują bogowie.

XD Perfect.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dobrze się to czyta. Bardzo dobrze. :)

Udało Ci się stworzyć realne postaci pomimo limitu. Charakter Hermesa oddany przepięknie. I taka ładna, ckliwa historia, z wplecionym humorem… i nagle łup! Pod koniec jedyne, co miałam w myślach, to “Ale dlaczego?! To nie fair!”, czyli przesłanie emocjonalne zadziałało. :)

 

Powodzenia! :)

Aryo, witaj. Cieszę się, że się spodobało. I pisz, pisz, szkoda by było, gdyby zabrakło Jazona. :)

 

Tarnino,

Dobra, tylko skrót myślowy wyszedł za krótki.

Ech, najwyraźniej. ;)

 

Yantri, lejesz miód na moje serduszko. Cieszę się, że zadziałało. :)

Sympatyczne opowiadanie, przyjemnie się czytało. Wydźwięk, mam wrażenie, nieco melancholijny mimo wesołego usposobienia Hermesa. A może właśnie ważny jest zawarty tutaj kontrast. Jednak podobnie jak Łosiotowi zabrakło mi trochę dramaturgii, emocji.

Nagła śmierć Zofii jest trochę jak deus (nomen omen) ex machina, tyle że na odwyrtkę. :) Ale to chyba wcale nie jest wada – fajnie pokazuje to ironię losu – Hermes uratował jej życie i obdarzył długowiecznością tylko po to, by wszystko przekreśliła zbłąkana kula jakiegoś oszołoma.

Podobnie jak wielu Przedpiścom bardzo spodobało mi się zakończenie, jego przesłanie i oczywiście ostatnie zdanie.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Bardzo fajny początek. Świetnie pokazujesz charakter Hermesa, jego lekkość, lekko zabawowe podejście do życia. Rozwijasz to wraz ze spotkaniem z postacią Zofii. Ona akurat wypada dość blado przy nim – taki typowy zlepek nieszczęść. Wszystko, co mogło się nie udać, to się nie udało.

Środek jest mocno przesłodzony. Hermes daje, obsypuje darami, nawet szybko uczy się hakowania (trochę mi to nie grało z tym, że niedawno nie wiedział, czym są kamery – ale okej, przywilej boga). Więc wiedziałem już w tym momencie, jak to się skończy. I trafiłem. Końcówka smutna, ale trochę wymuszona. Takie złe zakończenie wymuszone swoistą “karmą”, bo za wiele dobrego spadło na Zofię przed momentem.

Stąd fabuła z lekka nie domaga. Przechodzi od skrajności w skrajność, co osłabia wymowę. Z bohaterów Hermes jest tutaj tym pełnowymiarowym i go najbardziej zapamiętam.

Technicznie zaś jest dobrze.

Podsumowując: nierówny fabularnie, ale z silnie zarysowaną postacią Hermesa-bohatera. Dobry koncert fajerwerków, choć trochę wyrównań by mu nie zaszkodziło.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

El Lobo, dziękuję i za wizytę i za komentarz. Cieszę się, że się spodobało.

 

NoWhereMan, tobie również dziękuję za wizytę.

 

Technicznie zaś jest dobrze.

Tym krótkim zdaniem sprawiłeś mi naprawdę dużo radości.

W ogóle cieszę się, że te moje fajerwerki ci się spodobały. Doszlifować tekst na pewno nie tylko można, ale i trzeba, jednak nie chcę za bardzo w nim grzebać przed zakończeniem konkursu.

 

taki typowy zlepek nieszczęść

Co czyni ją szczególnie podatną na manipulację. ;)

Sympatyczne opowiadanie, ciekawa postać Hermesa, zaskakujące zakończenie, tyle że mnie jakoś nie wzięło, w połowie miałem ochotę przerwać i dopiero te zakończenie ożywiło mnie. Środek opowiadania trochę taki nijaki z domieszką mdlącej słodyczy. 

Tomku, dzięki za wizytę, szkoda, że się nie spodobało. Może następnym razem. ;)

Nowa Fantastyka