- Opowiadanie: aKuba139 - Najemnik śmierci

Najemnik śmierci

Oceny

Najemnik śmierci

Sie­dzę. Mróz, ciem­ność, głód. Nic nie widzę, ale czuję, że ktoś mnie ob­ser­wu­je. A może to złu­dze­nie? W tej celi jest cho­ler­nie zimno i ciem­no. Przez tę wąską szpa­rę w drzwiach świa­tło pra­wie nie wpada. I jesz­cze ta wil­goć. Je­dy­ne co mam to szkla­ną bu­tel­kę z ły­kiem mleka na dnie…

– Rycis.

Na dźwięk tego prze­kleń­stwa za­spa­ny straż­nik burk­nął, bym sie­dział cicho.

Usłu­cha­łem. My­śla­łem, co zro­bić, ale wil­goć w moich świe­żo ukra­dzio­nych, skó­rza­nych bu­tach z cho­le­wa­mi, zna­ko­mi­cie mi to utrud­nia­ła. Tak samo woda ka­pią­ca ze ścian i su­fi­tu na mój stary ku­brak.

A wła­ści­wie kap­tur. Lubię kap­tu­ry.

Cze­kam. Cze­kam na wyrok. Nie­let­nich na śmierć nie ska­zu­ją, tak jak nie od­ci­na­ją rąk czy pal­ców. Mam tylko dziewietnaście lat do peł­no­let­no­ści jesz­cze dwa, na moje szczę­ście. Co tym razem mnie czeka?

Ma­de­jo­we łoże, kara wody? A może chło­sta? Oby nie. Już mam dość blizn na ple­cach. Na rę­kach też, ale te na rę­kach to pa­miąt­ki. Szcze­gól­nie po­do­ba­ła mi się ta na wnę­trzu pra­wej dłoni. Pa­miąt­ka po pierw­szym ukra­dzio­nym nożu. Mia­łem wtedy dwanaście lat, a już żyłem na ulicy. Byłem do tego zmu­szo­ny.

Oj­ciec pijak, dziw­karz, sa­dy­sta. Matka pusz­czal­ska lu­bi­ła bły­skot­ki i tylko je, bo ludzi nie zno­si­ła. Odkąd pa­mię­tam do domu przy­cho­dzi­łem tylko spać, a i to nie za­wsze. Ja­dłem to, co ukra­dłem lub do­sta­łem za przy­słu­gi u han­dla­rzy, kup­ców i im po­dob­nych. Wszy­scy w mej dziel­ni­cy mnie znają. Bo nie umia­łem kraść. I nadal śred­nio umiem. Dla­te­go tu sie­dzę. Dla­te­go mam pręgi na ple­cach. Dla­te­go kupcy wy­tę­ża­ją zmy­sły i wo­ła­ją pa­choł­ków jak mnie widzą. Dla­te­go sprze­da­ją mi wszyst­ko kilka razy dro­żej lub w ogóle nie sprze­da­ją. I dla­te­go nikt nie chce mi dać noc­le­gu i to dla­te­go śpię w ru­inach.

Coś za­szu­mia­ło. Nie wy­da­wa­ło mi się, bo straż­nik chra­pał, a ja sie­dzia­łem na je­dy­nym "meblu" czyli na roz­sy­pu­ją­cej się, drew­nia­nej pry­czy. I nagle sły­szę kroki szyb­kie i ener­gicz­ne mimo póź­nej pory.

Cięż­kie buty woj­sko­we i jesz­cze ja­kieś.

Zgrzyt klu­cza w zamku ale nie moimi tylko celi obok. Uffff. Takie szyb­kie kroki nigdy nie są dobre dla tego do kogo zmie­rza­ją. Szyb­ka wy­mia­na zdań. Trzask drzwi i zgrzyt zamka. Szyb­ko po­szło po­my­śla­łem. Wtedy zgrzyt mo­je­go zamka. Mia­łem albo pro­blem albo szczę­ście. Drzwi się otwo­rzy­ły a świa­tło, które mnie ośle­pi­ło przy­pra­wi­ło mnie o ból głowy. W drzwiach sta­nę­li straż­nik w peł­nej zbroi i jakaś po­stać w dłu­giej do ko­stek gra­na­to­wej sza­cie z czer­wo­ny­mi ak­cen­ta­mi i chyba zło­ty­mi gu­zi­ka­mi o ciem­nej, bar­dzo ciem­nej, przy­po­mi­na­ją­cej po­piół cerze o ostrych ry­sach i ko­ziej bród­ce.

– Thel­fos? – spy­tał ostro straż­nik.

– Tak – po­wie­dzia­łem

Nie lubię mego na­zwi­ska bo ko­ja­rzy się z ojcem ale trud­no.

– Za­bro­ni­li nam Cię karać bo niby je­steś nie­win­ny – mówił za­ku­ty w zbro­ję. – Ale to bę­dzie ku prze­stro­dze.

Oboje zło­wiesz­czo się uśmiech­nę­li.

Ten drugi wy­cią­ga ku mnie rękę i za­czął coś beł­ko­tać. Głowę prze­szył im­puls bólu. Prze­stał po se­kun­dzie jakby zdzi­wio­ny moją re­ak­cją lub tego co zro­bił. Po­pa­trzył na straż­ni­ka i znów na mnie za­czął na po­wrót beł­ko­tać a ból głowy stał się nie do wy­trzy­ma­nia. Ta­rza­łem się po ziemi trzy­ma­jąc za bo­lą­cą głowę póki ręce nie za­czę­ły drę­twieć. Po chwi­li prze­sta­ło a kom­pa­na straż­ni­ka nie było w celi. Było tylko sły­chać kroki na ko­ry­ta­rzu. Po kilku pa­łach i kop­nia­kach przy­ję­tych na tyłek byłem już na ze­wnątrz wię­zie­nia.

Ro­zej­rza­łem się po zna­nej ulicy. Była noc wszyst­ko po­za­my­ka­ne ludzi pra­wie nie było. Tyko jakiś ni­zio­łek w czar­nej sza­cie z kap­tu­rem prze­pa­sa­nej sznu­rem. Go­blin? Gar­ba­ty kra­sno­lud? A może po pro­stu ka­rzeł? Nie mam czasu. Muszę iść.

Tylko dokąd?

Idę więc bez celu środ­kiem nocy i ulicy prze­sze­dłem plac z prę­gie­rzem, który był koło wiel­kie­go ka­mien­ne­go bu­dyn­ku wię­zie­nia. Mi­ja­łem po­za­my­ka­ne domy z po­za­my­ka­ny­mi szczel­nie okien­ni­ca­mi z racji tego że lu­dzie tu miesz­ka­ją­cy mieli się czego bać. Z dru­giej stro­ny mieli naj­lep­sze wi­do­ki na pu­blicz­ne eg­ze­ku­cje i kary z okien wła­snych domów. Coś za coś. Cho­dzi­łem więc tak bez celu po głów­nych uli­cach oświe­tlo­nych sła­bym świa­tem rzad­ko roz­sta­wio­nych la­tarń.

Za­sze­dłem tak do slum­sów. Cho­ciaż kto wie co to wła­ści­wie jest? Re­gion zło­dziei, ćpu­nów, ruin i bo­go­wie wie­dzą czego jesz­cze. Po­czu­łem zna­jo­my za­pach krwi, potu, tłusz­czu i pyłu.

Obie­ca­łem sobie nigdy tu nie wra­cać, za­cząć nowe, godne życie pełne suk­ce­sów, chwa­ły, uczci­wo­ści, mę­stwa a znów wy­lą­do­wa­łem w tej dziu­rze i miej­scu dla naj­gor­szych ehhh. Nie­na­wi­dzę swo­je­go życia. Jeśli to można na­zwać ży­ciem ten stan ist­nie­nia, w któ­rym się zna­la­złem,

ten gów­nia­ny, marny i bez­na­dziej­ny stan cią­głe­go głodu, bez­sen­no­ści, ucie­ka­nia i stra­chu po­łą­czo­ne­go ze zło­ścią. Bez trudu od­na­la­złem ruiny daw­ne­go ra­tu­sza. Teraz to było tylko ster­tą ka­mie­ni. Nie raz sły­sza­łem opo­wie­ści o tym jak ten ra­tusz gó­ro­wał nad całym mia­stem jak jego wieże wzno­si­ły się ponad wszyst­ko, o sa­lach i ich prze­py­chu roz­cho­dzi­ły się le­gen­dy, ale lu­dzie jak za­wsze wy­ol­brzy­mia­li. Pewne jest to że miał wi­tra­że (bo zna­la­złem i przy­własz­czy­łem sobie jeden) to że był na­praw­dę duży i to że był. Resz­ta to opo­wia­da­nia ludzi a takim nigdy nie można wie­rzyć w 100%.

Wię­cej czasu niż od­na­le­zie­nie ruin za­ję­ło mi od­na­le­zie­nie wej­ścia do mojej me­li­ny. Ta­aaaa. Zna­la­złem!!!

Tam gdzie daw­niej było (chyba) bocz­ne wej­ście i le­ża­ły na sobie fi­la­ry był duży się­ga­ją­cy mi może do kolan ka­mień. Wbrew po­zo­rom był dość lekki i za­zna­czo­ny drob­nym le­d­wie wi­docz­nym em­ble­ma­tem. Moim em­ble­ma­tem. Od­su­ną­łem go a on ujaw­nił wąski i bar­dzo niski tunel Po­ło­ży­łem się przed nim na ziemi, wy­cią­gną­łem ręce i zła­pa­łem za "uchwy­ty", czyli za­głę­bie­nia skal­ne czy wła­ści­wie ru­ino­we i kur­cząc ręce przy­su­ną­łem się szu­ra­jąc brzu­chem po pia­sku, prze­cho­dząc tym spo­so­bem przez "wej­ście". Będąc w środ­ku po­czu­łem za­pach stę­chli­zny. Ro­zej­rza­łem się ale wszyst­ko było na miej­scu czyli zbite deski i ka­wa­łek owczej skóry z fu­trem ro­bią­ce mi za łóżko, wi­traż przed­sta­wia­ją­cy nimfę lub scenę z po­lu­ją­cą na nią łucz­nicz­ką, która na moż­li­wo­ści wi­tra­żu była bar­dzo ładna. Były tam też 2 małe skrzyn­ki. Nie py­taj­cie jak je tu przy­nio­słem bo sam nie pa­mię­tam.

Za­czę­ło padać przez dziu­rę w su­fi­cie przy­po­mi­na­ją­cą komin (na tyle wy­so­ką, że nie dało się przez nią wejść do środ­ka od ze­wnątrz ruin ) za­sta­wi­łem wi­tra­żem by nie na­pa­da­ło do środ­ka. Wy­cią­gną­łem sa­kiew­kę z ukry­cia (nie my­śl­cie że wam po­wiem ja­kie­go), spraw­dzi­łem czy nóż jest na miej­scu i wy­sze­dłem.

Noc, ciem­no i zimno. Jak za­wsze. Po­sze­dłem do swo­jej ulu­bio­nej karcz­my o wdzięcz­nej na­zwie "Pod za­rżnię­tą świ­nią". Ale ktoś prze­bił a na e, a e na ę… . Taaa, ludz­ka kre­atyw­ność. Nie ważna nazwa. Ważne wnę­trze, które swoją drogą nie było lep­sze. Wy­so­ka może na 2.5m pro­sto wy­ko­na­na ob­szer­na sala, w któ­rej bez ładu ani skła­du były okrą­głe lub kwa­dra­to­we stoły z 4 krze­sła­mi cho­ciaż klien­ci czę­sto do­sta­wia­li lub za­bie­ra­li sie­dze­nia. Ale w za­ło­że­niu miało być 4. Oczy­wi­ście piec a wła­ści­wie ko­mi­nek, a może pa­le­ni­sko lub rożen?

W każ­dym razie miej­sce na ogień wbu­do­wa­ne w ścia­nę, na któ­rym sma­ży­ła się świ­nia. Po dru­giej stro­nie były okna z gru­by­mi okien­ni­ca­mi wy­cho­dzą­cy­mi na ulicę. Ro­zej­rza­łem się, za­uwa­ży­łem kilka zna­jo­mych twa­rzy, pod­sze­dłem do baru. Bar­man nawet nie pytał, nalał mi piwa i podał zło­żo­ną kart­kę a ja po­ło­ży­łem wy­li­czo­ne pie­nią­dze na la­dzie on znów nawet nie prze­li­czył, wie­dział, że nie mogę go oszu­kać. Za wiele mu za­wdzię­czam, zde­cy­do­wa­nie za wiele.

Od­wró­ci­łem się na krze­śle tyłem do bar­ma­na czyli przo­dem do drzwi wej­ścio­wych i roz­ło­ży­łem kart­kę, prze­czy­ta­łem, zło­ży­łem z po­wro­tem i scho­wa­łem do kie­sze­ni i za­czą­łem po­pi­jać piwo. Ro­zej­rza­łem się po sali raz jesz­cze, szu­ka­jąc cze­goś cie­ka­we­go lub kogoś. Nie za­wio­dłem się. Wsta­łem chwy­ci­łem do po­ło­wy pełny kufel, za­cze­pi­łem pa­choł­ka ro­bią­ce­go za sprzą­ta­cza, kel­ne­ra, po­ma­gie­ra i roz­jem­cę roz­rób imie­niemmmmm eeeeeeeee rycis znowu za­po­mnia­łem, mniej­sza z tym

– 2 pu­cha­ry wina do tam­te­go sto­li­ka -

po­wie­dzia­łem do niego wska­zu­jąc sto­lik w rogu, przy któ­rym sie­dzia­ła sa­mot­nie "Łania", moja bar­dzo bli­ska

przy­ja­ciół­ka.

– Ale Panie…. – za­czął pa­cho­łek.

– Za­mknij się i nie ma­rudź, za­pła­cę jak przy­nie­siesz.

Pew­nie znów chciał po­wie­dzieć, że ma za dużo ro­bo­ty, że nie może, że płaci się z góry lub pro­sić o na­pi­wek.

Prze­ci­sną­łem się przez tłum, krze­sła, stoły, czę­sto na­ra­ża­jąc się na obe­lgi i sztur­cha­nie ale nie po­zo­sta­wa­łem dłuż­ny.

Do­tar­łem. Do­sia­dłem się do niej, tej jakże ślicz­nej blon­d­wło­sej nie­bie­sko-zie­lo­no-sza­ro okiej,  wy­so­kiej, smu­kło­no­giej, zgrab­nej i wy­spor­to­wa­nej, nie­zmier­nie szyb­kiej oraz zwin­nej o sze­ro­kich bio­drach, in­te­li­gent­nej, by­strej, ma­ją­cej na sobie swoje ulu­bio­ne opię­te skó­rza­ne ubra­nia mia­no­wi­cie fa­lo­wa­ną pro­sto uszy­tą spód­ni­ce się­ga­ją­cą jej do po­ło­wy ud, buty, po­dob­ne do moich, pra­wie iden­tycz­ne, tylko że jej miały niski obcas, bar­dzo niski ale jed­nak, ciem­no nie­bie­ską, pra­wie gra­na­to­wą bluzę wło­ży­ła w spód­ni­cę tak by z niej nie wy­sta­wa­ła. Miała na sobie rów­nież coś co było po­dob­ne do gor­se­tu wy­ko­na­ne­go z gru­bej gar­bo­wa­nej skóry ale za­czy­nał się do­pie­ro tam gdzie żebra i szedł w górę trzy­ma­jąc na miej­scu pier­si, które pod­czas jej akro­bac­kich wy­czy­nów mogły by być uciąż­li­we oraz ów "gor­set" był wy­po­sa­żo­ny w kap­tur, który teraz spo­czy­wał na ple­cach ko­le­żan­ki, mojej ko­le­żan­ki i tylko ko­le­żan­ki. Do­sia­dłem się za­ma­szy­stym ru­chem kła­dąc kufel na stole.

 

-Wi­taj

Koniec

Komentarze

aKubo, wrzucanie kilku fragmentów jednego wieczora to nie jest dobra strategia. Po pierwsze fragmenty nie są popularne na tym portalu, po drugie – lepiej dać czytelnikom zapoznać się z jednym tekstem, a dopiero potem wrzucać następne.

Poza tym – właściwie dlaczego wrzucasz kolejne niedokończone kawałki (skoro to fragmenty)? Czego oczekujesz od czytelników, skoro zakładasz, że zechcą tym tekścikom poświęcić swój czas? Ten tu kawałek – sądząc z zakończenia – wygląda na kompletnie urwany w środku – po co publikować coś takiego?

 

Spróbuj może napisać zamknięte fabularnie opowiadanie, choćby i bardzo krótkie?

 

I łap dobry poradnik portalowego survivalu i savoir-vivre’u jednocześnie:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nic nie widzę ale czuję, że ktoś mnie obserwuje. – brak przecinka: Nic nie widzę, ale czuję, że ktoś mnie obserwuje.

Na dźwięk tego przekleństwa strażnik zaspany burknął bym siedział cicho. – szyk zdania i brak przecinka: Na dźwięk tego przekleństwa zaspany strażnik burknął, bym siedział cicho.

Myślałem co zrobić, ale wilgoć (…) – brak przecinka: Myślałem, co zrobić, ale wilgoć

Myślałem co zrobić, ale wilgoć w moich świeżo ukradzionych, skórzanych butach z cholewami, sięgającymi mi pod kolana, znakomicie mi to utrudniała. – całe to zdanie jest złe, bo sens jest zaburzony. Jak już, to zostawiłabym tak: Myślałem, co zrobić, ale wilgoć w moich świeżo ukradzionych, skórzanych butach z cholewami, znakomicie mi to utrudniała.

Mam tylko 19 lat do pełnoletności jeszcze 2, na moje szczęście. – wiek i cyfra najlepiej pisać słownie

Miałem wtedy 12 lat a już żyłem na ulicy. – jak wcześniej wiek słownie i brak przecinka: Miałem wtedy 12 lat, a już żyłem na ulicy.

Jadłem to co ukradłem (…) – brak przecinka: Jadłem to, co ukradłem (…)

Nie wydawało mi się bo strażnik chrapał a ja siedziałem (…) – brak przecinków: Nie wydawało mi się, bo strażnik chrapał, a ja siedziałem (…)

Lecz znów wrażenie że ktoś coś mówi. – po pierwsze trochę bezsensowne zdanie, które nic wiele nie wnosi i spokojnie można je wyrzucić + brak przecinka: Lecz znów wrażenie, że ktoś coś mówi.

 

Doczytałam tylko do tego momentu, bo po pierwsze mnie nie porwało, a po drugie zauważyłam, że nie stawiasz żadnych przecinków! No, dosłownie może się z trzy znalazły. Boisz się ich, czy co? W każdym razie czytaj sobie na głos, co piszesz, a w miejscach, gdzie bierzesz wdech, rób przecinki + poczytaj o takich ogólnych zasadach stawiania przecinków i będzie gites ;) 

Na początku chciałbym podziękować za wasze uwagi. Odnośnie pierwszego komentarza, Drakaino (chyba dobrze odmieniłem). Zapoznałem się z tym poradnikiem i wiem, że się przyda. Odnośnie wrzucania kilku niedokończonych fragmentów to chciałbym powiedzieć, że miałem te dwa pomysły. Chciałem je wrzucić i zobaczyć, czy ktoś zwróci na nie uwagę i jak na nie zareaguje. Zastosuję się do uwagi i spróbuję napisać coś krótszego i zakończonego.Prosiłbym o odpowiedź na następujące pytanie: co myślisz o samej treści tego fragmentu, pomysłu itd.?

CharliseEileen przecinki i ortografia to moja zmora. Jeśli ortografię jest mi w stanie poprawić autokorekta, to przecinków już nie. Myślę, że Twoja rada o wdechach może dużo pomóc, a te wyszczególnione przez Ciebie błędy postaram się poprawić, gdy znajdę trochę czasu.

co myślisz o samej treści tego fragmentu, pomysłu itd.?

Cóź, nie ma w tym fragmencie wiele, zwłaszcza oryginalnego, więc fabułę trudno ocenić. Na to musiałbyś napisać coś bardziej, no, fabularnego… Jest parę scenek, nie wiadomo, do czego zmierzają, na koniec coś, co mnie doprowadza do białej gorączki, czyli kobieta, która wszystko ma “naj” i to wg bardzo stereotypowych męskich “wet dreams”. Opisanego gorsetu sobie nie wyobrażam (a na ubiorach z dawnych epok co nieco się znam), sprawia na mnie wrażenie narzędzia tortur, a nie czegoś, co się da nosić. Zalatuje również męskimi fetyszami, niestety.

 

Wykonanie, delikatnie mówiąc, też do remontu. Interpunkcja szwankuje, niepotrzebne entery, zaimki niepotrzebnie z dużej litery (używamy tego wyłącznie w korespondencji), liczebniki powinny być zapisane słownie. Oraz anachronizmy, niepasujące do fantasy: ćpun, slumsy, barman.

Akrobacki → akrobatyczny

Co do przecinków i wdechów – to nie zawsze tak działa, często skutkuje np. niepotrzebnymi przecinkami między grupą podmiotu i orzeczenia. Polecam raczej zapoznać się z zasadami interpunkcji, na poziomie podstawowym nie są trudne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niestety, aKubo, i ten fragment nie wzbudził we mnie entuzjazmu dla Twojego pomysłu, no bo cóż my tu mamy – młodzieńca, który nie wiadomo dlaczego trafił do więzienia i nie wiadomo dlaczego został nagle wypuszczony. Podreptał więc nasz bohater najpierw do siebie, a potem do karczmy, gdzie spotkał przyjaciółkę – KONIEC!

Wykonanie jest tak złe, że mocno utrudnia czytanie. Niektóre zdania wymagają głębokiego zastanowienia, aby móc się zorientować, co chciałeś napisać.

Podtrzymuję sugestię z komentarza pod Podziemnym złem.

 

A może to złu­dze­nie? W tej celi jest cho­ler­nie zimno i ciem­no. Przez wąską szpa­rę w drzwiach świa­tło pra­wie nie wpada. I jesz­cze ta wil­goć. Je­dy­ne co mam to… –> Nadmiar zaimków.

 

Je­dy­ne co mam to szkla­ną bu­tel­kę… –> Je­dy­ne co mam, to szkla­na bu­tel­ka

 

Mam tylko dzie­wiet­na­ście lat… –> Mam tylko dzie­więt­na­ście lat

 

świa­tło, które mnie ośle­pi­ło przy­pra­wi­ło mnie o ból głowy. –> Czy oba zaimki są konieczne?

A może: …oślepiające światło przyprawiło mnie o ból głowy.

 

po­stać w dłu­giej do ko­stek gra­na­to­wej sza­cie z czer­wo­ny­mi ak­cen­ta­mi i chyba zło­ty­mi gu­zi­ka­mi o ciem­nej, bar­dzo ciem­nej, przy­po­mi­na­ją­cej po­piół cerze o ostrych ry­sach i ko­ziej bród­ce. –> Czy dobrze rozumiem, że chyba złote guziki granatowej szaty z czerwonymi akcentami miały bardzo ciemną, przypominającą popiół cerę, ostre rysy i kozią bródkę?

A może miało być: …po­stać o bardzo ciem­nej, przy­po­mi­na­ją­cej po­piół cerze, ostrych ry­sach i ko­ziej bród­ce, ubrana w dłu­gą do ko­stek gra­na­to­wą sza­tę z czer­wo­ny­mi ak­cen­ta­mi i chyba zło­ty­mi gu­zi­ka­mi.

 

– Za­bro­ni­li nam Cię karać… –> – Za­bro­ni­li nam cię karać

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Oboje zło­wiesz­czo się uśmiech­nę­li. –> Piszesz o mężczyznach – strażniku i tym z kozia bródką,  więc: Obaj zło­wiesz­czo się uśmiech­nę­li.

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Ten drugi wy­cią­ga ku mnie rękę i za­czął coś beł­ko­tać. –> Dlaczego zmieniasz czas?

Ten drugi wy­cią­gnął ku mnie rękę i za­czął coś beł­ko­tać.

 

Głowę prze­szył im­puls bólu. Prze­stał po se­kun­dzie jakby zdzi­wio­ny moją re­ak­cją lub tego co zro­bił. –> Ze zdania wynika, że impuls, który sprawił ból po sekundzie przestał i był zdziwiony skutkiem tego, co uczynił…

aKubo, nie mam pojęcia, co chciałeś wyrazić tym zdaniem.

 

Było tylko sły­chać kroki na ko­ry­ta­rzu. Po kilku pa­łach i kop­nia­kach przy­ję­tych na tyłek byłem już na ze­wnątrz wię­zie­nia. Ro­zej­rza­łem się po zna­nej ulicy. Była noc wszyst­ko po­za­my­ka­ne ludzi pra­wie nie było. –> Byłoza. 

 

Idę więc bez celu środ­kiem nocy i ulicy… –> Można iść środkiem ulicy, ale nie wydaje mi się, aby można iść środkiem nocy. Można natomiast iść w środku nocy.

 

Mi­ja­łem po­za­my­ka­ne domy z po­za­my­ka­ny­mi szczel­nie okien­ni­ca­mi… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

miesz­ka­ją­cy mieli się czego bać. Z dru­giej stro­ny mieli naj­lep­sze… –> Powtórzenie.

 

Za­sze­dłem tak do slum­sów. –> W czasach opowieści fantasy nie znano pojęcia slumsy.

 

Re­gion zło­dziei, ćpu­nów, ruin… –> W czasach opowieści fantasy nie znano pojęcia ćpun.

 

miej­scu dla naj­gor­szych ehhh. –> Co to są najgorsze ehhh?

 

w któ­rym się zna­la­złem,

ten gów­nia­ny, marny… –> Zbędny enter.

 

Teraz to było tylko ster­tą ka­mie­ni. –> Teraz to była tylko ster­ta ka­mie­ni.

 

Nie raz sły­sza­łem opo­wie­ści o tym jak ten ra­tusz… –> Nieraz sły­sza­łem opo­wie­ści, jak ten ra­tusz

 

takim nigdy nie można wie­rzyć w 100%. –> …takim nigdy nie można wie­rzyć w stu procentach.

Liczebniki zapisujemy słownie; nie używamy symboli.

 

Wię­cej czasu niż od­na­le­zie­nie ruin za­ję­ło mi od­na­le­zie­nie wej­ścia… –> Powtórzenie.

 

wej­ścia do mojej me­li­ny. –> Obawiam się, że w czasach opowieści fantasy, nie znano pojęcia melina.

 

wi­traż przed­sta­wia­ją­cy nimfę lub scenę z po­lu­ją­cą na nią łucz­nicz­ką, która na moż­li­wo­ści wi­tra­żu była bar­dzo ładna. –> Co ostatecznie przedstawiał witraż – nimfę, czy scenę polowania?

Jakie możliwości może mieć witraż?

 

Były tam też małe skrzyn­ki. –> Były tam też dwie małe skrzyn­ki.

 

wejść do środ­ka od ze­wnątrz ruin ) –> Zbędna spacja przed zamknięciem nawiasu.

 

karcz­my o wdzięcz­nej na­zwie "Pod za­rżnię­tą świ­nią". –> …karcz­my, o wdzięcz­nej na­zwie "Pod Za­rżnię­tą Świ­nią".

 

Ale ktoś prze­bił a na e, a e na ę… . –> Po wielokropku nie stawia się kropki!

 

Taaa, ludz­ka kre­atyw­ność. –> Obawiam się, że w czasach opowieści fantasy, to słowo nie było znane.

 

Nie ważna nazwa. –> Nieważna nazwa.

 

Wy­so­ka może na 2.5m… –> W czasach opowieści fantasy nie istniało pojęcie metra. Sugeruję, abyś podał tę wysokość na przykład w stopach: https://pl.wikipedia.org/wiki/Stopa_(miara)

 

okrą­głe lub kwa­dra­to­we stoły z 4 krze­sła­mi… –> W karczmach nie ustawiano tak małych stołów, nie stawiano też krzeseł, bo karczmarz zbankrutowałby niechybnie, gdyby po każdej bójce musiał wymieniać umeblowanie.

W karczmach ustawiono zazwyczaj wielkie, ciężkie stoły i takież ławy, bo takie miały szansę przetrwać dłużej.

 

miej­sce na ogień wbu­do­wa­ne w ścia­nę, na któ­rym sma­ży­ła się świ­nia. –> …miej­sce na ogień wbu­do­wa­ne w ścia­nę, na któ­rym piekła się świ­nia.

Nad ogniem świnia mogła się piec, ale nie smażyć. Smażenie odbywa się na patelni, z udziałem rozgrzanego tłuszczu.

 

pod­sze­dłem do baru. Bar­man nawet nie pytał… –> W karczmach nie było ani baru, ani barmanów.

Proponuję: …pod­sze­dłem do szynkwasu. Karczmarz nawet nie pytał

 

i podał zło­żo­ną kart­kę […] roz­ło­ży­łem kart­kę, prze­czy­ta­łem… –> Gdzie i kiedy bezdomny młodzieniec nauczył się czytać?

 

Od­wró­ci­łem się na krze­śle tyłem do bar­ma­na… –> Od­wró­ci­łem się na ławie tyłem do karczmarza/ oberżysty

 

za­cze­pi­łem pa­choł­ka ro­bią­ce­go za sprzą­ta­cza, kel­ne­ra… –> W czasach opowieści fantasy nie było kelnerów. Wyrażenie robić za, także nie ma tu racji bytu.

 

roz­jem­cę roz­rób imie­niemmmmm eeeeeeeee rycis znowu za­po­mnia­łem, mniej­sza z tym… –> Dlaczego taki zapis? Czy nie wystarczy: …roz­jem­cę roz­rób, imie­niem eee… Rycis, znowu za­po­mnia­łem, mniej­sza z tym.

 

2 pu­cha­ry wina do tam­te­go sto­li­ka -

po­wie­dzia­łem do niego wska­zu­jąc sto­lik w rogu, przy któ­rym sie­dzia­ła sa­mot­nie "Łania", moja bar­dzo bli­ska

przy­ja­ciół­ka. –> Zbędne entery. Winno być:

Dwa pu­cha­ry wina tam po­wie­dzia­łem, wska­zu­jąc stół w rogu, przy któ­rym sie­dzia­ła sa­mot­nie Łania, moja bar­dzo bli­ska przy­ja­ciół­ka.

 

– Ale Panie…. – za­czął pa­cho­łek. –> – Ale, panie… – za­czął pa­cho­łek.

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Zbędna kropka po wielokropku.

 

lub pro­sić o na­pi­wek. –> Obawiam się, że w czasach opowieści fantasy, nie znano pojęcia napiwek.

 

ślicz­nej blon­d­wło­sej nie­bie­sko-zie­lo­no-sza­ro okiej… –> …ślicz­nej blon­d­wło­sej, nie­bie­skozie­lo­nosza­rookiej

 

smu­kło­no­giej, zgrab­nej i wy­spor­to­wa­nej… –> A gdzież to panna z opowieści fantasy uprawiała sport???

 

ma­ją­cej na sobie swoje ulu­bio­ne opię­te skó­rza­ne ubra­nia… –> …ma­ją­cej na sobie swoje ulu­bio­ne, opięte skó­rza­ne ubra­nie

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach, a dawniej w skrzyniach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

mia­no­wi­cie fa­lo­wa­ną pro­sto uszy­tą spód­ni­ce się­ga­ją­cą jej do po­ło­wy ud… –> Co to jest falowana spódnica.

Nie chcę Cię martwić, aKubo, ale minispódniczka została „wynaleziona” dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku.  

 

ciem­no nie­bie­ską, pra­wie gra­na­to­wą bluzę… –> …ciem­nonie­bie­ską, pra­wie gra­na­to­wą bluzę

 

Miała na sobie rów­nież coś co było po­dob­ne do gor­se­tu wy­ko­na­ne­go z gru­bej gar­bo­wa­nej skóry ale za­czy­nał się do­pie­ro tam gdzie żebra i szedł w górę trzy­ma­jąc na miej­scu pier­si, które pod­czas jej akro­bac­kich wy­czy­nów mogły by być uciąż­li­we oraz ów "gor­set" był wy­po­sa­żo­ny w kap­tur… –> Wybacz, aKubo, ale przy tym opisie ryknęłam gromkim, serdecznym śmiechem – czy zdajesz sobie sprawę, jakie brednie powypisywałeś? Spróbuj sobie narysować skórzany gorset z kapturem, a gwarantuję, że też się zdrowo uśmiejesz.

 

Do­sia­dłem się za­ma­szy­stym ru­chem kła­dąc kufel na stole. –> Do­sia­dłem się, za­ma­szy­stym ru­chem stawiając kufel na stole.

Gdyby położył kufel, jego zawartość wylałaby się na stół.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka