- Opowiadanie: maciekzolnowski - Szmaragdowy Gród

Szmaragdowy Gród

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Szmaragdowy Gród

Podobno mapy odmagiczniają rzeczywistość. Dopóki nie masz w ręku mapy danego obszaru, ten wydaje ci się piękniejszy, większy i bardziej tajemniczy. Co więcej: to świat cały wydaje ci się piękniejszy, większy i bardziej tajemniczy. Ja wcale tak nie uważam i myślę, że jest dokładnie odwrotnie i że z atlasów tudzież planów nie warto całkiem rezygnować. Chciałbym dodać w tym miejscu, że wiele eskapad odbywałem z powodu takiej czy innej mapy, która umiejętnie podsycała mą globtroterską ciekawość, poszerzała horyzont oczekiwań i zdarzeń potencjalnych, możliwych do przeżycia podczas tej czy innej podróży, i pobudzała wyobraźnię, która – powiadają – nie zna granic. Moja fascynacja mapą zaczęła się u zarania dzieciństwa, w zamierzchłej przeszłości racławickich pradziejów, których antyk przypada na pierwszą połowę lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, zaś epoka brązu i żelaza – na późne lata siedemdziesiąte. Jako dziecko studiowałem starodruki. Jako dzieci studiowaliśmy rękopisy i stare pożółkłe mapy, jakie pozostały po Niemcach na stryszkach albo w piwnicach naszych dziadków. I ani obcojęzyczne nazewnictwo, ani też ornamentalna czcionka, pojawiająca się w legendzie, ani nawet dziury po kulach, ani wreszcie miejsca zalane krwią poległych nad mapą żołnierzy, nieczytelne, zakurzone, zamazane – nic, dosłownie nic nie było nas w stanie zniechęcić. Jęzory młodzieńczej ognistej wyobraźni, podsycanej do granic możliwości, nakazywały poszukiwanie skarbów, tajemnych przejść i skrytych przed całym światem zakamarków, o których my tylko wiedzieliśmy dzięki mapom właśnie.

A pośród mrowia dokumentów kartograficznych i materiałów, jakie posiedliśmy, jeden zasługiwał na szczególną uwagę. Była to stara mapa, o którą grupka niemieckich oficerów biła się z Rosjanami aż do ostatniej kropli krwi zimą czterdziestego piątego. Bo na początku była mapa i wszystko przez nią się stało, co się stało. I na początku tej opowiastki również jest mapa, przez którą to wszystko i cała draka. Ale po kolei…

***

Pewnego razu zjawił się u nas stary Lankamer, poczciwina, Pan bez fletni, przyjaciel rodziny, który zamiast „eł” wymawiał charakterystyczne kresowe „el”. Przyjechał starodawnym rowerem. Myślałem, że znów przywiózł kwachy-papierówki na kompot, ale nie, nie tym razem. Akurat bawiłem się w kuchni i udało mi się podsłuchać, o czym rozmawiał z dziadkiem.

– Panie Stanisławie szanowny, w imię Ojca! Pan wiesz, że to nie jest taka sobie zwyczajna mapa, prawda!?

– Tentego; że jest niezwykła, no to wiem, wiem!

– Panie Stanisławie kochany. Ja żem tylko raz na nią spojrzał, a to niebezpieczne jest, oj, niebezpieczne jest. I dzięki Bogu żyję, jak pan widzisz.

– No widzę, tentego, widzę. A niechże pan żyje i sto lat, panie Lankamer! Stu lat życia w zdrowiu panu życzę!

– Ze mnie jest prosty człowiek, ale coś panu powiem, panie Stanisławie, w imię Ojca. Szczegółów nie znam, ale po wojnie chodziły słuchy, że grupa nazistowskich okultystów rzuciła klątwę na każdego, kto choćby tylko łypnął okiem na tę mapę. Tfu! W imię Ojca!

– Co pan mówisz, panie Lankamer?

– Spokojnie, jeszcze nie skończyłem. Ta klątwa działa podobno na tych, co są źli, na ludzi złych, nigdy na dobrych i bogobojnych. A skoro tak, to nie musisz się pan niczego obawiać.

– Nie muszę, tentego…

– Coś panu powiem, panie Stanisławie. No zbliż no się pan. Powiadają, że jest zaczarowana, że przynosi pecha. Ee, kto by w takie bajki wierzył, panie?! Naziści zginęli w męczarniach podczas obrony niemieckich, wtedy jeszcze, Rasselwitz. I dobrze im tak, okrutnikom, w imię Ojca i Syna! A mapa przepadła bez śladu gdzieś na ziemi prudnickiej, ale nie na długo, panie Stanisławie, nie na długo. I tu ją pan masz, w imię Ojca, caluteńką. O, proszę.

Po kilku dniach od wizyty sprzedawcy owoców, którego – dziwna sprawa – nigdy więcej się we wsi nie widziało, zakradłem się raz na stryszek, gdzie odnalazłem stary, ozdobny kuferek. Już sam ten kuferek – daję słowo – mógł być skarbem – tak pięknie wyglądał. Ale jego zawartość była o wiele piękniejsza, a coś mi podpowiadało, że to, co w nim odkryłem, to nic innego, jak właśnie tajemnicza mapa, o której Lankamer opowiadał mojemu dziadkowi. Dowodów na to oczywiście nie miałem, ale jednego byłem pewien, tego, iż nie był to taki sobie zwyczajny świstek papieru.

Opowiem pokrótce o jego niesamowitych właściwościach. Przede wszystkim – po pierwsze, drugie i trzecie – każdy, kto na niego spojrzał, widział w nim coś innego. Mapa ukazywała mu bardziej lub mniej niebezpieczne, potencjalne trasy, które nigdy się nie dublowały, na zasadzie: „jeden człowiek, jedna trasa”. Kusiła obietnicą przeżycia prawdziwej przygody i roztaczała naokoło aurę niesamowitości oraz czegoś niewypowiedzianego. Któż więc zdołałby oprzeć się urokowi mapy?

Nastały wakacje. I o mapie zwyczajnie zapomniałem, mając ciekawsze rzeczy do roboty. Któregoś razu jednak zaszedłem na stryszek. Nie byłem sam. Kumpel z sąsiedztwa miał szczęście się tam ze mną znaleźć. Mógł nie dostąpić swoistego zaszczytu, ale dostąpił. A oto, jak do tego doszło: naprzód ktoś się z kimś nie kłócił, potem nagle raz się pokłócił, a następnie na nowo pogodził. E, wiadomo – dzieciaki są kapryśne.

– Ej! Nie jesteś moim kumplem!

– I ty nie jesteś moim – odpowiedział niewdzięcznik.

– Pogódźcie się – zaproponował ktoś trzeci. – Powiedz, że ci przykro.

– Jest mi… – powiedziałem.

– Mnie też jest mi… – odpowiedział.

– Przyjaźń na śmierć i…?

– Przyjaźń na śmierć i…!

– Chcesz zobaczyć coś na strychu? – spytałem tego, który był na powrót przyjacielem moim na dobre i złe.

Chciał. No i stało się: uniosłem wieko kufra tylko nieznacznie. A nagły błysk rozświetlił mroczne zakamarki zakurzonego pomieszczenia, choć z perspektywy czasu – przyznaję – to mogło być jedynie urojenie. Mój towarzysz oniemiał z zachwytu nad starodrukiem z tymi wszystkimi bajerami: południkami, równoleżnikami, ozdobnymi literami, kolorkami i tak dalej. Mógłbym przysiąc, że w zawiłościach planu okolicy dojrzał przyszłość i coś jeszcze, coś cennego i pięknego, niczym Narcyz własne odbicie w wodzie. Wyglądał, jakby się właśnie powtórnie narodził i po raz pierwszy ujrzał wschód słońca. Całą minutę, albo i dwie, poświęcił na wnikliwe studia kartograficzne i snucie planów, po czym spytał:

– Może wybierzemy się na czereśnie? Wiem, gdzie rosną najczarniejsze „bomby”. Weźmiemy mapę?

I tu pozwolę sobie na małe wprowadzenie w tę jakże apetyczną tematykę, której rys historyczny przedstawia się następująco: w osiemnastym wieku władcy pruscy zainicjowali zwyczaj sadzenia drzew przy drogach. A w tysiąc osiemset czterdziestym pierwszym roku na polecenie Fryderyka Wilhelma IV ukazał się specjalny dekret, w którym zalecano pielęgnację istniejących i sadzenie nowych drzewek, za których zniszczenie groziły surowe kary. Sadzono głównie gatunki użyteczne dla człowieka, takie jak: wierzby, lipy, śliwy, grusze, jabłonie, wiśnie oraz czereśnie. Drzewa te dostarczały chrustu, owoców, ożywiały i urozmaicały krajobraz, a w zimie – wskazywały kierunek rosnąc w szpalerach. Chroniły także przed czynnikami atmosferycznymi: wiatrem, deszczem oraz śniegiem. Ale takiej polnej dróżki, jaką myśmy w owym czasie w Racławicach mieli, z sinoczarnymi i soczystymi czereśniami rosnącymi na skraju, po obu jej stronach równo, to nikt i w całym powiecie, i w całym województwie nie miał – taka była cudna. A gdyby ktoś spytał, kim chcę zostać w przyszłości, odpowiedziałbym bez wahania, że dozorcą tejże dróżki. Kupiłbym sobie kilka puszek z karbidem albo skombinował wielkanocną terkotkę i szpaki bym straszył z wielkim hukiem za dnia, a w nocy… w nocy, tobym wyłaził przed namiot albo stróżówkę i gwiazdy bym zliczał na letnim niebie, utkanym z pełgań cudnych i jasnych jak marzenie, co są nie wiadomo po co i przez kogo umiejscowione tak pięknie i wysoko, a daleko, że aż dech zapiera.

Kiedy więc kumpel zaproponował wyjście na czereśnie, zgodziłem się. No wiadomo, mapa – to jedno, a pokusa napchania sobie brzucha do pełna – to drugie i chyba ważniejsze, co nie? W myśl zasady, że treścią życia jest treść pokarmowa. A zresztą, sami pomyślcie o tej czystej poezji smaku, o tym słoneczku zaklętym w owocach, do rozmiaru czereśni pomniejszonym, do miąższu sprowadzonym, zagęszczonym. To trochę, jak gdyby na świecie nie było jednego, lecz wiele różnych słońc: dla każdego dnia nowe jaśniejące. I to tak, jakby te słońca, w cudowny sposób, same stawały się poszczególnymi owocami po zachodzie i o zmierzchu, pojedynczymi, egzemplarycznymi czeresienkami, konkretną sztuką owocu tego i śmego.

Pora była cudna i całe lato zapowiadało się upalne. Była co prawda poobiednia, ale zdążyłem już dobrze zgłodnieć. Aura nas rozpieszczała i wystarczyło tylko zabrać ze sobą z domu parę drobiazgów, banieczkę albo jakiś worek na owoce i może jeszcze coś do picia, lemoniadę, pepsi colę – bo ja wiem? – oraz poprosić dziadków o pozwolenie na wyjście na trzy, cztery godziny. Łatwizna! Tylko po co kumplowi plan Racławic i okolic – tego nie byłem w stanie odgadnąć.

Wychodzimy więc z domu. I jest dobrze, a nawet świetnie. Ale myślę: „zaraz, zaraz… dwóch – to za mało, we dwójkę nie damy rady, trzeba by kogoś jeszcze zwerbować”. No więc chwila zastanowienia i już kierujemy się tam, gdzie rosną poziomki, a raczej – idziemy po ziomków z sąsiedztwa. I proszę! Szczęście nam dopisuje, bo oto siedzi sobie ta szkolna hałastra na kamiennych schodkach w pobliżu Ogrodowej. Tylko tyle pozostało z nieistniejącej od dawna oberży po niemieckich wysiedleńcach. Siedzi, klnie, pluje gdzie popadnie, na wszystkich spoziera z góry z dumą malca pijącego lurowatą oranżadę – syfonowy zawrót głowy z bąbelkami, zamiast procentów, domowy wyrób Wrony.

Ten poczciwy grubasek o idiotycznym ptasim nazwisku miał u siebie na chacie pralkę „Franię”, tępe żyletki „Rawa Lux”, zwane nie bez kozery „Krwawa Lux”, i wszystkie inne potrzebne do przedniej zabawy sprzęty rodem z peerelu. A miał w szczególności stary syfon, z którego od czasu do czasu robił użytek. Chwała mu za to! Nigdy już żaden napój nie smakował chłopcom z Ogrodowej bardziej od tego, pitego owego dnia na kamieniach schodkach historycznej już pijalni piwa.

Co robię? Oczywiście podchodzę, oczywiście spoglądam na oranżadowych pijaczków-cwaniaczków porozumiewawczo i walę prosto z mostu:

– Chłopaki! Idziecie z nami na czereśnie? Mamy fajową mapę, która nas tam doprowadzi.

To mówię i po sekundzie lecimy, ale nie wszyscy, bo jednak spora część z tego – jakby to powiedzieć – bractwa słonecznego pozostaje w okolicach pijalni. I dobrze! Nich pozostaje! Ta reszta mnie od tej chwili nie interesuje.

Przez wieś szło się nawet nieźle, choć o wiele za długo. Na szczęście w wonnościach „liposfery”, pod baldachimem lip kwitnących, człowiek stawał się dziwnie lekki taki. Gładka skóra nareszcie mogła oddychać do woli. Nieomal czułem, jak brązowieje od żaru. Miałem na sobie krótkie spodenki i tanie tenisówki. Koszulkę zdjąłem i przerzuciłem przez ramię z zamiarem opalania się podczas marszu.

Jeszcze przez czterdzieści minut pięliśmy się w kierunku malowniczych sadów przywioskowych i pól rozsianych naokoło, moszczących się wygodnie na rozfalowanych cudnie pagórach. A świat cały drgał, bzyczał, brzęczał i świergotał – słowem – grał, jak tylko lato grać może najpiękniej. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to cholerne pragnienie, które zaczynało już palić nas od środka. Co prawda mogliśmy je szybko ugasić, a Wrona zabrał z domu poniemiecki termos z herbatą lipową. Podobno. Mówił, że weźmie. Ale zastanawialiśmy się też, czy czasem nie lepiej wszamać po drodze soczystych owoców, wszystko jedno jakich, byle z krzaka z czyjegoś – rzecz jasna – sadu. Tak, te szabrowane smakują jednak lepiej od kupnych, a nawet własnych. Taka to prawda, reguł życia na głębokiej, opolskiej prowincji. 

A celem pierwszorzędnym była oczywiście alejka czereśniowa, ciągnąca się nieprzerwanie od Racławic aż po Nowy Browiniec i potem jeszcze dalej. Wyjątkowo urokliwe miejsce, uroczysko, o czym zresztą wcześniej wspominałem. Po drodze znajdowały się jeszcze: plebania, kościółek, cmentarz, ogrody, stary pegeer, stróżówka ciecia od czereśni i wreszcie – uwaga – smakowite, czereśniowe piękności.

Idziemy dalej. I jest dobrze, świetnie nawet. Ale myślę: „zaraz, jest nas wciąż niewielu, trzeba by kogoś jeszcze zwerbować”. Udajemy się więc w okolice kościoła po kumpla-ministranta, któremu marzy się w przyszłości zostać księdzem i który ma zawsze coś do roboty na plebanii, i to nawet wtedy, kiedy nic do roboty mieć nie musi. Ale to jego sprawa.

Trzeba zaznaczyć w tym momencie, że sędziwa matka naszego farosza cierpiała na dziwną dolegliwość, mianowicie ilekroć starała się wykrztusić z siebie jakieś słówko, tylekroć zaczynała puszczać – wybaczcie – gazy, i to całymi gazowymi seriami, bąkowymi folk-melodiami. Pardon, że o tym mówię, ale nawet teraz, po latach, śmieszy mnie to do łez. A oprócz tego była głucha jak pień. No to akurat zabawne nie jest, ale pamiętam czasy, kiedy człowiek był młody i pękał i rżał dosłownie z byle czego, z wszelkich ludzkich ułomności pękał i rżał. I brechtał się, że hej! Generalnie zatem konwersowało się z tą kobitą starowitą nielekko, bo też i atmosfera do dialogu była przyciężkawa:

– Pochwalony, pani starsza! Adaś jest może u księdza proboszcza? HALO! CZY ADAŚ – musiałem się powtarzać – JEST MOŻE U KSIĘDZA?!

– Bum, bum, bum! Bum, bum bum! – I tak dalej, i tak dalej.

Ech, a ja, naiwny, myślałem, że coś nam rzeknie ludzką mową ludów piśmiennych. A tu kupa, to znaczy klapa, która na dodatek posiada zapach, ale nie powiem, że pachnie fiołkami.

Cofnęliśmy się więc na ulicę Ogrodową, do punktu wyjścia, bo któryś z nas zauważył – i słusznie – że bogobojny Adaśko na pewno jest u siebie. Powinien był już wrócić i tam się znajdować. I wszystko byłoby może okej, gdyby nie pewien mały a kudłaty szkopuł, taki mianowicie, że na miejscu musieliśmy ciągnąc losy o to, kto odważy się po kolegę wleźć do środka. Wypadło oczywiście na mnie. Kiepsko! Dlaczego kiepsko? Dlatego, że do Adasiowego domu-fortecy nie można było ot tak sobie wejść i już. Nie dawało się zakołatać kołatką, zadzwonić dzwonkiem albo domofonem, a na podwórzu czaił się ów szkopuł – Misiek zły, pies, cerber, któremu na drugie oraz trzecie było zdaje się Menda i Zaraza. Każdy z chłystków się go bał, w tym również ja. Ale miałem plan, który od razu zacząłem realizować. Najpierw wślizgnąłem się na podwórze i już od furtki zacząłem od przymileń: „Misiek, Misiulek, Siulek, dobry Misiaczek, chce może paróweczkę, chce?”. Rzuciłbym mu ją, gdyby wyłonił się zza rogu budynku albo wyleciał przez uchylone drzwi, od strony sieni, a sam zdążyłbym jeszcze nawiać. Plan był prosty i radosny, ale jego powodzenia wolałem nie sprawdzać. Po chwili, tak jakoś w połowie drogi od furtki do drzwi wejściowych, zdało mi się, że coś słyszę. „Niedobrze”, myślę, ale nic. Idę dalej. To „coś” brzmiało mniej więcej tak:

– Kurr… Kogo licho niesie, kurka wodna?

– Maćka.

– Jakiego Maćka? A, tego Maćka, od sąsiadów. W takim razie idź i spuść psa.

Łubudu! Pierdu! Otworzyły się drzwi z hukiem i łoskotem. Już miałem się zmyć, założyć czapkę niewidkę (czy coś takiego), której notabene nigdy i nigdzie się nie widziało, gdy nagle usłyszałem głos, no taki jeszcze przed mutacją, przyjazny i opanowany. I to był właśnie Adaś:

– Misiek zabezpieczony. Właź!

Reszta odbyła się, jak poprzednio. Zaproponowałem spacer, zbiory owoców, przednią zabawę, wyżerkę i tak dalej:

– Idziemy? Mam fajną mapę, która nas poprowadzi.

Teraz wędrowaliśmy w odpowiednio dużym gronie: ja, mój kumpel na całe życie, Olek, ministrant Adaś, jego młodszy brat o imieniu Tomuś – bo inaczej go nie nazwę, jak właśnie Tomuś albo Tomeczek – oraz przyjezdny z Kędzierzyna-Koźla Boguś. Ach, i jeszcze plątał się na doczepkę ktoś, kogo w tej chwili nie pamiętam. Najstarszy był Adaś, starszy ode mnie o dwa lata, najmłodszy – Tomuś, mały, drobny i dziecinny. Nie wiem, ile mógł mieć lat. Po drodze ktoś odpadł, a ktoś doszedł. Reszta najwytrwalszych zuchów z Ogrodowej pozostała. A było warto. Ci, co szli od samego początku podążali niestrudzenie pod górę po stoku, na którym dumnie rozłożyły się dwutysięczne, niewielkie Racławice. Wyglądały, jakby chciały sięgnąć nieba, nie rezygnując z rozkoszy ziemskich, czyli tych, jakie mają do zaoferowania zwykłe tereny nizinne i nadrzeczne.

Szło się więc. I już sady były tuż-tuż. Już czuło się ten charakterystyczny powiew, rajskie smaki, świeżość, soczystość i inne bodźce przypominające wakacje. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty – piękne czasy, wspaniały rok urodzajny. Trochę rozmawialiśmy, trochę plotkowaliśmy, ale najwięcej, to śmialiśmy się jak głupi do sera. Rozważano dwie możliwości: albo schłodzenie się w rzece, albo łyknięcie wody ze studni przycmentarnej. Chryste, jak to dziwnie zabrzmiało: cmentarna studnia („Cmentarna szychta”, Cmentarne wrota” – to oczywiście tytuły). Nawet teraz, po latach, dziwnie się robi na samą myśl o niej. Zarówno dla mnie, jak i dla innych łebków „grobowa” opcja wydawała się wyborem zgoła nieciekawym, wręcz niesmacznym, jako że nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał dobrowolnie truć się trupim jadem czy czymś takim. Z kolei efektowna wstęga Osobłogi, modra i lśniąca w lipcowym słoneczku, znajdowała się zbyt daleko, by można było ją osiągnąć i o niej myśleć na poważnie. Pomimo oporów i odruchów wymiotnych, udaliśmy się wprost na cmentarz po wodę, gdzie urządziliśmy sobie mały postój. Stąd było naprawdę blisko do upragnionego celu, to jest: alejki czereśniowej.

W pewnej chwili odezwał się najmłodszy spośród nas i przemówił tymi oto słowy, które nie są właściwie słowami i nie wiem dokładnie, co znaczą:

– Kuku, kaka… – Pochylony nad czarną dziurą, „kukał” i „kakał” nasz Tomaszek, a „kukał” i „kakał” tak, jakby chciał usłyszeć w odpowiedzi wołanie jakiegoś anonimowego topielca albo topielicy, tam z głębokości dołu wodą zalanego.

– Kuku, kaka – odpowiedział podszywaniec, dławiąc się i słabnąc po trochu, by ostatecznie opaść z sił i zamilknąć.

– Kaka, sraka – wymsknęło mi się, kiedy jeden przez drugiego spoglądaliśmy w głąb zaczarowanego źródła artezyjskiego, a mnie, durnowatemu, przyszło na myśl dodatkowo, by cisnąć kamieniem do środka jakby na hasło: „no to chlast”.

– E no! Nie mąć wody – zbluzgał mnie ten, co był najstarszy, a w związku z tym musiał być i najrozsądniejszy.

Odczekaliśmy dosłownie pięć sekund, a następnie zaczerpnęliśmy ostrożnie ze studni, w której przypadku dobre były naprawdę li tylko dwie rzeczy: pierwsza – chłód, dobywający się z podziemi, i druga – właśnie echo, kiedy krzyczało się albo cisnęło cegłówką w mroczną bezdeń. Wrona wypił pierwszy łyk – widać herbatka lipowa z termosu dawno „wyszła”, ale niedosyt pozostał. Potem, niczym wierni apostołowie, gasili pragnienie jego następcy i uczniowie. Przez kilka kolejnych chwil każdy zajmował się głównie relaksem i sobą, z podziałem na dwie grupy: przedstawiciele pierwszej rozłożyli się z mapą Lankamera na pobliskiej płycie nagrobnej, odpowiednio szerokiej, drudzy natomiast zaczęli z atencją przyglądać się nazwiskom zmarłych, które zrazu jawiły się im jako śmieszne i dziwaczne, co z kolei przypomniało niektórym o parafialnych wypominkach w wydaniu wielebnego Świstaka. Anastazja Azorek-Pikuśowa, Anna Maria Brunhilda, Genowefa Sztywna-Paszczurek, Alojzy Pankracy Głuptaczek, Franciszka Gertruda van Pizdulka, Adolfina Zając-Wilczurowa, Miłosz z domu od Niemiłych i inne podobne „kwiatki” wydawały się ferajnie wyjątkowo zabawne. Niektórzy wręcz mieli wrażenie, że zostały z premedytacją tak dobrane, by ministrantów i dziatwę szkolną rozbrajać podczas nudnych jak flaki z olejem mszy z nabożeństwem.

Słoneczko pięknie nadal przypieka, a sjesta z wolna dobiega końca. I czas już najwyższy opuścić nekropolię, bo jest dobrze, jest dobrze, a nawet świetnie, kiedy tam, z prawej strony, rozpościera się ów widoczek wspaniały na reprezentacyjną część miejscowości, a w oddali widać rzekę błyszczącą diamentami oraz las majaczący misterium baśni. Wstajemy i kroczymy wśród sadów i poletek wąską, zakurzoną dróżką, którą znaczą połączone szczyty kilku najwyższych wzniesień i najbardziej zazielenionych pagórów, niby dziewica nieśmiało przechodzącą, przebiegającą, pomykającą, wijącą się na tyłach Racławic, a równolegle do torowiska. Spoglądam uważnie i myśl ta, niczym strzała, przeszywa mnie żarliwa: „Chryste, może tak właśnie wygląda niebo, może tak wyglądać powinno, ale jeśli nie jest to niebo, to… w każdym razie… znajduje się tu coś pięknego i unikatowego, w rodzaju ogrodów królowej Semiramidy wiszących”.

Powietrze stało. Choć godzina była popołudniowa, upał nie odpuszczał, wręcz przeciwnie – narastał. Świetlistość dnia życiodajnego była wprost namacalna. Wszechobecny pył, z lekka tylko wirujący, co rzucał się w oczy – wpadał nam prosto do oczu. Poniosło nas. Daliśmy się ponieść. Boże, że też nam się chciało dać, że też nam się zachciało obracać wokół własnej osi, kręcić niczym wirujący derwisz albo odpustowa karuzela. Ale zabawa była przednia – to fakt. Okręcałeś się z dziesięć razy w prawą mańkę, a jak już się pookręcałeś, to potem zmieniałeś kierunek albo nagle przystawałeś i już. I co? Pstro! Starałeś się – niekiedy bezskutecznie – zachować równowagę. Odpadałeś. Albo i nie. To zależy, jak bardzo chcieć chciałeś. Ktoś się zaśmiał, a ktoś tupnął nogą, z tej radości i z powodu, ot tak, bez powodu. A co? Zawsze musi być jakiś powód? No i kurz uniósł się, jakby się wpienił albo zdawał… wkurzać. Tak oto narodziła się nowa zabawa, z polnym pyłem drobinkowym w roli głównej. A Adaś, niczym starotestamentowy patriarcha, choć jeszcze bez brody, pochylił się nad spękaną od słońca gliną, pochwycił garść spylonej ziemi, po czym powstał i zaczął nas nią obsypywać, wygłaszając słowa: „prochem jesteście i w proch się obrócicie”, których wagi nie pojmowaliśmy, a choć nie pojmowaliśmy, to i tak bardzo nam się one podobały. Już samo brzmienie doniosłego cytatu wyzwalało i wzmagało bliżej nieokreślone poruszenie niewyżytej hałastry, której byłem członkiem.

Być może ta niemalże biblijna scenka trwałaby dłużej, gdyby nie nagła interwencja nieświętego, ale też i niegrzesznego Tomaszka. Był mały, więc mu wybaczyliśmy ów czyn niesmaczny i głupawy. A mianowicie to, iż znienacka wyjął siusiaka swego miniaturowego i bezwstydnie począł obsikiwać glebę, z jednej strony – wzniecając tumany, z drugiej zaś – kończąc z nimi. Chryste Przenajświętszy, cóż to była za polna apokalipsa, choć prawie bezgłośna (podobnie, też bezgłośnie, odbywa się zalewanie wrzątkiem mrowisk przydomowych w okresie lotów godowych: faraonek, hurtnic pospolitych, murawek darniowiec)! Jej sprawcą był tuman wszechwładny i pędzący tumany palec opatrznościowy. Oj, nie chciałbym być pyłem – myślałem – pylić się i prószyć wszędzie po okolicy, po Klisinach, Pomorzowicach, Pomorzowiczkach, a potem jeszcze moczyć, no, tak już po wszystkim. Nie chciałbym – daję słowo – być żadnym pyłku okruchem albo obłoczkiem. I oto narodziła się kolejna hulanka: wróżenie z powstających na pylistej i suchej glebie figur, w efekcie jej nawilżania i zraszania moczem. Boże jedyny, o sprawie, która nawet do wyrażenia słowem pisanym jest tak trudna, nie wypada wypowiadać się inaczej, jak tylko dobrze. Było więc dobrze, świetnie było nawet i wszystkim nam służyła ta lekka, niewymagająca rozrywka. Mnie osobiście spodobała się „naszkicowana” w przypływie Tomaszowego natchnienia żyrafka Spalonka, w kolorze lessu i uprażonej, spalonej, zdrowo przyrumienionej cegły, będącej zapowiedzią dalekich podróży, które odbyłem już jako dorosły. W malunkach, wykonanych unikatową techniką moczopędnych wytrysków, gruby Wrona rozpoznał zarys syfonu, a Boguś-wesołek – ukochany swój Kędzierzyn (i tylko Kędzierzyn, bo o Koźlu nic nie wspominał). Ktoś zauważył apetyczną watę cukrową-błotną, ktoś inny – podobiznę Kaczora Donalda, ktoś jeszcze inny – samego dyra szkoły gminnej, z tą charakterystycznie lśniącą łysą pałą.

Idziemy dalej. Jest dobrze, świetnie nawet. Udajemy się w rozżagwione słońcem wszechobecnym jaśniejącym okolice starego pegeeru, tak zwanej bazy. W bazie pracuje ojciec Adasia i Tomeczka, co wiecznie wozi się mopikiem tam i z powrotem, tam i z powrotem. Tu czuje się ogrom przestrzeni, jak nigdzie indziej, a okolica należy do wyjątkowych. Są to racławickie rubieże Północy, wyjęte poza nawias nasypu i torowiska ostatnie zabudowania wsi sielskiej opolskiej. Człowiek przechodzi tylko na drugą stronę, mija budkę dróżnika i staje się wolny, po prostu wolny. Kajdany wiejskiego dnia powszedniego z siebie zrzuca i już go ten nawias więcej nie dotyczy, już go nie ogranicza.

Starsi chłopcy spojrzeli na mapę Lankamera. Wynikało z niej niezbicie, że jedna polna dróżka wiedzie falistym płaskowyżem do Browińca, druga zaś – w stronę Wierzchu. Nic nam to nie mówiło. Niczym miododajne pszczoły do gryki i rzepaku, niczego nieświadome, lecieliśmy na wyczucie tam, gdzie znajdować się miały drzewka czereśniowe wraz z wspomnianymi „bombami”, smakowitymi, czerwonymi albo sinoczarnymi. Już za chwilę mieliśmy mijać stróżówkę ciecia od alejki.

Co do ciecia, to powiem tylko, że kiedyś wydarzyła się taka oto historia, o której swego czasu było głośno. I Adaś miał nagle na jej temat coś do rzeknięcia:

– E, chłopaki! – zawołał entuzjastycznie. – A pamiętacie, jak spiliśmy Cztery Łapy kuternogi-strażnika?

Kto pamiętał, ten pamiętał, kto wiedział, to wiedział, ja szczegółów nie znałem, więc zamieniłem się w słuch.

– Cztery Łapy był alkoholikiem – kontynuował.

– Co to jest alkoholik? – przerwał mu braciszek.

– Alkoholik – to jest… no ten… no po prostu pijak! – trysnął wiedzą, bo był najstarszy, czyli najmądrzejszy. – No więc pewnego razu nalaliśmy mu do michy piwska, dużo piwska, dużo, dużo piwska, a mało piany. A on to wszystko wychlał i od razu polazł spać. Wzięliśmy wtedy, ja z Bogusiem, spreja. I pomalowaliśmy całego na różowo.

– Ale jaja! – radośnie zauważył ktoś, kogo w tej chwili nie pamiętam (ech, ta dziurawa pamięć).

– Zaraz potem zwialiśmy, ale nie do domu, o, nie, nie. Popędziliśmy wprost na czereśnie. I to był błąd, wielkie błąd! Aha, jeszcze wtedy, to pamiętam, Wronka była z nami. Przemuś, pamiętasz?

Pokiwał głową na znak, że pamięta, choć wolałby raczej zapomnieć. Dlaczego? Dobre pytanie.

– Nie minie pięć sekund, a tu francowaty kuternoga wraca i się wścieka, za tego swojego burka. Uff, myśmy dali dyla – westchnął Adaś – ale Wrona nie zdążył. Za gruby. I ten go cap! Za frak. I trzyma. I nie chce puścić. Ale Przemuś miał głowę na karku. A móżdżek wcale nieptasi. Wyjechał więc z takim tekstem: „wiem, kto pomalował pańskiego psa, to ja go złapię”. Ale jak tylko został oswobodzony, natychmiast zmienił śpiewkę: „złapię, albo i nie”.

– Fajna historia – oceniłem, nie kryjąc zachwytu.

Należało teraz sprawdzić, czy cieć jest u siebie w stróżówce. Odważnych nie brakowało, tchórzy – też nie. Podkradliśmy się na paluszkach pod okno, które jak na złość znajdowało się strasznie wysoko. Boguś mnie podsadził, wskoczyłem Adasiowi na ramiona i już mogłem podejrzeć, co znajduje się w środku.

– Oj, ojej! Chodu, chłopaki! Ratuj się, kto może! – krzyknąłem chyba dla zasady, bo niczego niepokojącego przez okno nie dostrzegłem.

Porozbiegaliśmy się po okolicy, uciekając jak najdalej od tego miejsca. Całe dziesięć minut zajęło nam potem ponowne zejście się w jedną bandę. A że strażnika nigdzie się nie widziało, a my znajdowaliśmy się pośrodku jakiegoś pola pszenicy lub żyta, wśród grud pofałdowanej, suchej ziemi, popękanej wzorzyście niczym trylinka albo kocie łby, w Krainie Tysiąca Mrowisk Czerwonych Mrówek, toteż rychło narodził się pomysł skonfrontowania potencjału obronnego jednego gatunku owadziego z powerem drugiego. Czarne mrówki doskonale się do tego nadawały, bo można je było w razie co łatwo odróżnić od czerwonych, i to nie tylko po kolorze, bo i po rozmiarze, a nawet owadzim temperamencie. No i były spokojniejsze, bardziej pacyfistycznie nastrojone. Powiedziałem więc:

– Wrona, weź no słoja, nabierz ziemi wraz z czerwonymi… Ej no! Powiedziałem sztuk kilkanaście, a nie od razu pół mrowiska! A teraz chodź no tu, bo znalazłem fest mrowicho. Wysyp czerwone. Zrób czerwony deszczyk: kap, kap…

– Kuźwa, użarła mnie, menda! Ał, ała, o jejciu! Kuźwa twoja mać! Patrzcie, jak france się żrą.

Laliśmy wszyscy, bo i było z czego, i z kogo, a co do walki mrówek, to… no cóż, czerwone oczywiście wygrały, czyli: bez niespodzianek po prostu.

Idziemy dalej. I jest dobrze, a nawet cudnie. I upragniony cel zostaje w końcu osiągnięty. Wystarczy teraz, by Adaś wspiął się na dowolne, pierwsze lepsze drzewko i zrzucił z góry tych kilka gałązek z czereśniami, a my już je sobie ogołocimy ze słodkości; te caluchne gałęzie z mrowia owocnego sobie poobrywamy. Wiem, że niezbyt to ekologiczne jest, takie działanie, a tak w ogóle – to chuligańskie. Znaczy: teraz wiem, bo wcześniej, kiedyś jeszcze, wcale a wcale mnie to nie obchodziło, w ogóle prawie mnie to nie interesowało, a obecnie nareszcie zostałem uświadomiony i wychowany, i to dobrze wychowany.

I już nareszcie jemy, zajadamy, radośnie się pożywiamy, dławimy się soczystymi słodkościami, bośmy łakomi, wygłodniali, a na dodatek – straszne z nas pasibrzuchy, takie, że aż wstyd się przyznać – takie okropnie okropne. Sok się leje po uśmiechniętych naszych pychach, po jaskrawych ubrankach, kolorowo uśmiechających się do jaśniejącego słońca promienistego. Sok się leje w ogóle po wszystkim, ale nic sobie z tego nie robimy, nic a nic. Porównujemy smaki, bo każdy gatunek czereśni jest inny, każdy gatunek konkretnej „bomby”, zerwanej z konkretnego drzewka, inaczej przecież smakuje, i nawet owoc z tego samego drzewka pochodzący, ale zerwany – dajmy na to – z innej gałązki smakuje jednak też inaczej, no więc porównujemy, bo warto jest porównywać, a przy tym delektować się, tak jak na degustację przystało.

Ktoś ma rower, zabrał ze sobą z Racławic jak szedł, kiedy szedł, więc go ma, ma i już. I już go podstawiamy, niczym drabinę o dwóch, trzech szczeblach, skróconą, ze szczebli okrojoną, ale jednak wciąż jeszcze drabinę, już go pod drzewko podkładamy, podsuwamy, by się było można po nim wspinać, po nim i siodełku rowerowym, tak jak po masełku. I paru z nas faktycznie się wspinać zaczyna, paru się gramoli, a reszta na ziemi pozostała, by twardo po niej stąpać i w spokoju konsumować.

A na ziemi pełno leży pestek po pożartych fruktach sezonowych i mrowie rozkwaszonych, rozdeptanych czereśni. Ach! Glina krwawi? Czyżby? Nie, to nie glina! Boże, jakimi mi się piękne one zdają, kiedy tak krwistą swą czerwienią w suchą glebę wsiąkają i kiedy kolorkiem grają niby te maki na Monte Casino czerwone. Z czerwonych zrobiłem sobie nowe kolczyki nauszne, bo czereśnie – to sprawa wiadoma – rosną w pękach albo kiściach niby jakieś toskańskie czy prowansalskie winogrona przesłodkie.

Co mogło nas teraz zaskoczyć? Najbardziej, to chyba rójka, czyli ucieczka pszczół z ula. A jednak! Wydarzyła się. Naprawdę zaistniała. Nie tyle sama ucieczka nas zszokowała. Co to to nie. Zdecydowanie bardziej obawialiśmy się przelatującego ponad naszymi czerepami, niby chmura burzowa, wściekłego i rozbzyczanego roju. Wydawało się przez moment, że owadzie plemię właśnie naszą czereśnię obrało sobie za nowy dom. Na kilka minut zamarłem, niczym czapla na jednej nodze stojąc, jeszcze na ziemi, choć już prawie nad Styksem. Drugą nogę – już mogłem z wolna do Styksu wkładać. Jak nic na pewniaka mogłem! I z tej żabiej perspektywy obserwowałem Bogusia, który dosłownie stopił się z drzewem, z którego wcześniej czerpał był pełnymi garściami, przywierając do głównego pnia niby kameleon stosujący mimetyzm. Chwilę trwało, zanim błonkoskrzydłe pokręciły się, postraszyły i na dobre odleciały.

Nie wiem, kiedy nastąpił przesyt czereśniowym tematem ani tego, jak długo się pożywialiśmy. W końcu jednak owładnęły nami potrzeby wyższe – można rzec – estetyczne, a w głowie zakiełkowało pytanie, co jest tam, za kolejnym, następnym i jeszcze dalszym pagórkiem efektownego płaskowyżu. I byli wśród nas tacy, co zamierzali dać upust nieposkromionym domysłom, trącącym fikcją literacką rodem z baśni. Baśń ich zadowalała. I byli wśród nas tacy, co nie mieli woli poprzestawać li tylko na domysłach i pobożnych życzeniach. A dokładnie – to było ich dwóch, najstarszych, co miało mapę, którą im dałem, sprezentowałem, ofiarowałem, bo umieli pisać i czytać, byli czytaci i pisaci, jak to się nieraz mówi. I właśnie oni, oni właśnie mieli odwagę, by wybrać się w nieznane, pójść w stronę Browińca i odnaleźć miejsce, w którym – tak sądzono – chowa się tęcza za Racławicami, w Szmaragdowym, tak zwanym, Grodzie. Reszta wiejskich łebków, średniaków i młokosów, wróciła do domu na kolację, bo pora dojrzała już do finału. I wycieczki kres nastał.

A oto, co zanotowałem po latach w kochanym dzienniku, wspominając ów pamiętny rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty: Udaliśmy się więc w plener, daleko poza horyzont codzienności, tam, gdzie w cieniu drzew i krzewów w chowanego bawiło się całe poziomkowe plemię, a ponad koronami zieleńców fruwały bezpańskie pszczoły, układające się w chmurne roje-kominy, tam, gdzie ponad wsią sielską opolską, w której mieszkałem w dzieciństwie, wiła się droga przyozdobiona czereśniowymi wykwitami, polna droga pełna słodkopolskich dzieci, co – po swojemu – ochrzciły ją mianem Szmaragdowej, nie mając za bardzo pojęcia, dokąd wiedzie. Lubiliśmy wyobrażać sobie, że na jej końcu znajduje się coś zupełnie niespotykanego i błyszczącego szmaragdem, dającego ów wspaniały efekt awenturyzacji. Za jednym wzniesieniem było drugie i naturalnie też wyższe, a za tym drugim – następne i jeszcze, JESZCZE! wyższe. I tak bez końca. A my – dzieci Słodkopolski chcieliśmy za wszelką cenę poznać ten skrawek ziemi i dotrzeć na antypody racławickiego grajdołka zwanego światem”.

***

O zniknięciu moich dwóch kumpli z dnia na dzień zrobiło się strasznie głośno i nawet „Trybuna Ludu” coś o tym wspominała, a milicjanci penetrowali – uwaga – cztery, aż cztery! powiaty i ludzi z tych powiatów przepytywali. Sprowadzono nawet wojsko i psy tropiące. A wszystko na nic! Chłopcy jak gdyby zapadli się pod ziemię, a mapa – wraz z nimi, urastając w mej głowie do roli głównej podejrzanej w sprawie.

I teraz po latach, kiedy czasem przebywam w domu sam, w ciszy i skupieniu, lubię wyobrażać sobie, że zaginieni moi przyjaciele nadal żyją, choć być może egzystują w zupełnie innej rzeczywistości, w piątym jakimś wymiarze egzystują, i że tych moich przyjaciół zagubionych nadal zżera ciekawość, co też jest tam, za następnym i kolejnym wzgórzem za Racławicami. Za jednym i jeszcze jednym takim „dalej”. Może żywią się płonną nadzieją, że wkrótce ich młodzieńcza odyseja dobiegnie końca? A może już dobiegła? Co, jeśli faktycznie dobiegła? I teraz znajdują się w miejscu tak pięknym i niezwykłym, tak bardzo niedostępnym i nietuzinkowym, w niebie tak zwanym się znajdują, że ucieczka z niego nie wchodzi w grę? Może tak być na przykład, że w Szmaragdowym, tak zwanym, Grodzie się znajdują, w tej bajkowej krainie, skąd wyjścia, żadnego exit po prostu nie ma. Spowija więc ich piękna kolorowa tęcza – można by pomyśleć – taka, co zwiastuje moc szczęścia, taka, której świetlista poświata nam, żywym przysłania prawdę, będąc czymś w rodzaju kurtyny niewiedzy o losie zatraconych w wędrówce, zaginionych. Bo któż z nas może wiedzieć, jak było naprawdę, co z mapy Lankamera właściwie wyczytali, czy coś odkryli, czy też nie. I czy gdzieś dotarli? I czy aby na pewno nie było to porwanie? Czy aby na pewno nie?

Przez parę kolejnych lipcowych nocy racławiczanie mogli obserwować na nieboskłonie tajemniczy spektakl. Organista Rawski, na przykład, o mało kapci nie zgubił z wrażenia na widok pląsających światełek, kiedy starym zwyczajem wyszedł na ganek, by zakurzyć ostatnią przed snem fajeczkę. A wielebny Świstak nie tylko zaobserwował, ale też i dokonał interpretacji teologicznej niezwykłego fenomenu. A mianowicie: w locie z pełganiem dopatrzył się on powtórnego zwiastowania dobrej nowiny… albo też innego spektakularnego cudu. Natomiast Misiek-krwiopijca, ze strachu przed gigantycznymi „świetlikami”, podkulił ogon i usiłował bezskutecznie skryć się w mysiej norze. Sam cieć-kuternoga od alejki zdawał się być urzeczony, zrelaksowany i jak gdyby zahipnotyzowany. Myślał pewnie, że światła są ruchomymi gwiazdami, które tak bardzo przecież lubił podziwiać latem. Że były to gwiazdy – nie miał wątpliwości. No a że ruchome? Cóż, wiadomo przecież, że niektórym głowa się kiwa od piwa, co w sumie nie powinno dziwić, zwłaszcza, jak jest to mocne pełne albo bałtycki porter. Zastanawiające było co innego. To, iż liczba jasnych obiektów na niebie pokrywała się z ilością zaginionych chłopców. DWA! To było dziwne. Wszystko było dziwne.

Ale opowieść swą rozpocząłem od mapy. Niechajże stanie się i tak, że na mapie ją skończę. Mapy. Podobno odmagiczniają rzeczywistość. Dopóki nie masz w ręku mapy danego obszaru, ten wydaje ci się piękniejszy, większy i bardziej tajemniczy. Co więcej: to świat cały wydaje ci się piękniejszy, większy i bardziej tajemniczy. Istnieją jednak mapy szczególne, które mogą zabić. Magiczne, czy nie, myślę, że nie warto za nie ginąć. Co innego czereśnie, o tak, czereśnie – to inna bajka! Nie wyobrażam sobie życia bez nich, a one same kojarzą mi się z żarliwym słońcem i zmysłowym latem, takim, co mogłoby trwać i wieczność całą. A, i jeszcze: ze szczęśliwym dzieciństwem mi się konotują. O tak, ze szczęśliwym dzieciństwem także, a może nawet przede wszystkim.

Jeśli dane wam będzie kiedyś wędrować po poniemieckiej drodze czereśniowej, koniecznie weźcie sobie słowa tu zapisane do serca. Zapamiętajcie, a jeśli to możliwe, zapiszcie je i gdzieś przechowajcie. Kierujcie się tedy na północ, na racławickie rubieże, na Szmaragdowy Gród – Fabrykę Tęczy, bo tam, gdzie kres horyzontu łączy się z niebem zgrabnym mirażem dostępności i osiągalności, tą ułudą, co kusi, mami i zniewala, tam jedynie usłyszeć zdołacie dalekie echa śmiechu „małych bąków”, brzdąców, gdy się już dobrze z nastrojowym szmerem czereśniowych zieleńców zaznajomicie, gdy się wczujecie i nauczycie tęsknić za lepszymi dawnymi czasy. A teraz pozwólcie, że jeszcze na koniec… Intencji się pewnie domyślacie.

Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie, A Światłość Wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w Pokoju Wiecznym” („Oratio Pro Fidelibus Defunctis”). 

Koniec

Komentarze

Bardzo przyjemne opowiadanie! Obrazowe opisy sprawiły, że wręcz cofnęłam się w czasie.

Ciekawa jestem, co z tą mapą.

 

Pozdrawiam!

Sara

Dzięki, Sara! Nic na razie więcej nie mówię i niczego nie zdradzam, ale – powiem tylko – będzie się działo, oj, będzie się działo. Miało być dark fantasy i będzie dark fantasy. Część słoneczną i familijną-wspominkową mamy za sobą. Teraz może być tylko mroczniej (patrz – motyw mapy). Rzecz do dopisania i do rozwinięcia. Czas otworzyć już ten dozownik z kropelkami horroru, wysączanymi powoli, ale konsekwentnie, i tak aż do bólu. Pozdrawiam! M 

Nie wiem, co myśleć o tym fragmencie. Największym jego plusem było chyba to, że czytało się szybko. Mimo że tekst do najgorszych nie należy (ale do najlepszych też nie), to nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest słaby; śmierdzi grafomanią. Nie wiem, dlaczego – może to przez nietypową manierę pisania, czasem denerwującą, czasem niebezpiecznie zbliżającą się do bycia po prostu błędną.

Poza tym historia też nie jest wciągająca, jedyny interesujący wątek (ten z mapą) został zepchnięty do tła opowieści i czytelnik pozostaje z niezbyt interesującym opisem dnia bohatera, któremu towarzyszy trudna do ustalenia ilość kolegów.

Opisujesz zbędne rzeczy, bez których tekst niewiele by stracił, a może nawet zyskał, do tego używasz słów w nadmiarze, co jest chyba częścią wspomnianej wcześniej, irytującej maniery.

 

pobudzała wyobraźnię, która – powiadają – sama nie zna granic. → zbędne sama

 

ani nawet dziury po przelatujących przez papier ze świstem kulach → czyżby te kule nadal przez papier przelatywały?

 

ani wreszcie miejsca, zalane krwią → zbędny przecinek

 

Ogniste jęzory żarliwej, młodzieńczej wyobraźni → nie kupuje tej metafory, tym bardziej, że w dalszej części zdania jest zupełnie pominięta

 

który zamiast wymawiał charakterystyczne kresowe el. → brak cudzysłowu, powinno być ”eł”, “el”

 

tylko łypnął wzrokiem na tę mapę. → wydaje mi się, że łypnąć, to okiem, nie wzrokiem

 

którego – dziwna sprawa – nigdy więcej się we wsi nie widziało zakradłem się raz na stryszek → coś ci się tu zdania skleiły

 

mógłby być skarbem: tak pięknie wyglądał. → raczej widziałbym tu myślnik, nie dwukropek

 

Ale jego zawartość była o wiele piękniejsza, → nie wiem, czy bohater może tak powiedzieć, skoro jeszcze nie wiedział, co to za zawartość

 

I teraz opowiem pokrótce o jego niesamowitych właściwościach. → zbędne i, a nawet zbędne teraz, wielokrotnie w tekście natykałem się na podobne zwroty, które czasem nie to, że były zbędne, ale w ogóle nie pasowały do kontekstu wypowiedzi

 

A mapa ukazywała mu → tu mamy tego przykład

 

niebezpieczne szlaki do przejścia, które nigdy się nie dublowały, – chyba miało być lub

 

na zasadzie „jeden człowiek, jeden szlak”. → brak dwukropka po zasadzie

 

aurę niesamowitych wizji → nie wiem jak czytać tę aurę, każdy, kto w nią wszedł, miął halucynacje?

 

Któż więc zdołałby oprzeć się urokowi takiej mapy?

Nastały wakacje. I o mapie prawie zapomniałem, mając ciekawsze rzeczy do roboty. → chyba ten urok nie taki wielki, skoro bohater o mapie zapomniał

 

A oto, jak do tego doszło: naprzód ktoś się z kimś przez dłuższy czas nie kłócił, potem nagle się pokłócił, a następnie na nowo pogodził. Dzieciaki są kapryśne i grymaśne, wiadomo przecież.

– Ej! Nie jesteś moim kumplem! – zagroziłem.

– I ty nie jesteś moim – odpowiedział niewdzięcznik.

– Pogódźcie się – zaproponował rozjemca po dłuższej chwili. – Powiedz, że jest ci przykro.

– Jest mi przykro – powiedziałem.

– I mnie też jest przykro – odpowiedział.

– Przyjaźń na śmierć i życie?

– Przyjaźń na śmierć i życie!

– Chcesz zobaczyć coś na strychu? – spytałem tego, który był na powrót przyjacielem na dobre i złe. → nie podoba mi się to, zupełnie nic nie wnosi do opowiadania, po prostu pusty zapis

 

No więc stało się: uniosłem tylko wieko kufra nieznacznie, unieśliśmy je razem, a nagły błysk → uniosłem wieko kufra tylko nieznacznie; poza tym to w końcu bohater uniósł, czy unieśli razem z kolegą?

 

A mój towarzysz oniemiał z zachwytu → kolejne zbędne “a”

 

niczym Narcyz własne odbicie w lustrze o poranku. → skoro piszesz Narcyz z wielkiej litery, piszesz o postaci z legendy, a ów Narcyz z tego co pamiętam zakochał się w swoim odbiciu w tafli wody, nie w lustrze

 

gwiazdy bym zliczał na tym letnim niebie, utkanym z marzeń jasnych, jaśniejących, co są nie wiadomo po co, przez kogo i dla jakiej przyczyny umiejscowione tak pięknie i wysoko, a daleko, że dech zapiera tak, że hej! → marzenia wiszą na niebie?

 

do miąższu zagęszczonym i jakby zastygłym. → coś ci się tu pokręciło

 

I to tak, jakby te słońca, w cudowny sposób, same stawały się poszczególnymi owocami po zachodzie i o zmierzchu. I to właśnie – pojedynczymi, egzemplarycznymi czeresienkami, konkretną sztuką owocu tego, śmego i owego. → i to właśnie zupełnie nie pasuje co całości

 

I jest dobrze, jest bardzo świetnie nawet. → zdanie do poprawy, nie brzmi to dobrze

 

jest nas wciąż niewielu → kiedy zaczęło ich być niewielu? z tego co przeczytałem szli we dwóch

 

ma zawsze coś do roboty na plebanii, i to nawet wtedy, kiedy mieć nic nie musi. → nie musi mieć czego? nie uściślając sugerujesz, że nie musi mieć czegoś w sensie fizycznym, w posiadaniu

 

atmosfera napowietrzna → co?

 

bo ktoś zauważył słusznie, że bogobojny Adaśko na pewno jest u siebie. → kto zauważył, skoro było ich tylko dwóch?

 

ów szkop… szkopuł → znowu… co?

 

– W takim razie: idź i spuść psa. → kto to mówi?

 

jak za poprzednim razem → jak poprzednim razem

 

No to co? Idziemy? Mam fajną mapę, która nas poprowadzi. – brak myślnika przed rozpoczęciem dialogu

 

inaczej go nie nazwę, jak właśnie Tumuś albo Tomeczek → chyba miało być Tomuś

Masz rację, Maszkytny. Ze swoim gadulstwem muszę się bardziej pilnować. Na szybko poprawiłem, co tylko mogłem. Co do rozłożenia akcentów (sprawy istotne, mniej istotne, motyw mapy, motyw alejki czereśniowej): widać, że nie mogłem się na coś konkretnego zdecydować, nie wiedziałem, jak zacząć. I wyszedł chaos. Może oczekiwałoby się czegoś np. na wzór serii o Mikołajku, czegoś naiwnie dziecięcego, urokliwie prostego? Nie wiem, no być może. Bardzo dziękuję i pozdrawiam! MZ

 

To zaledwie fragment, ale znalazłam w nim zapowiedź wakacyjnych wspomnień chłopca i spodziewam się, że w dalszym ciągu poznam niecodzienne przygody bohatera i jego kolegów.

Dobrze oddałeś klimat tamtego dnia – czułam lipcowy upał, nad wonią rozgrzanych roślin dominował zapach kwitnących lip, byłam, podobnie jak chłopcy, zmęczona pokonywaniem pagórków i naprawdę wiele oddałabym za garść dorodnych czereśni.

Zastanawiam się tylko, kto opisuje tamte zdarzenia… Skoro to wspomnienia małego Maćka, przeszkadza mi nieco maniera dorosłego Macieja, który opowiada historię w sposób właściwy sobie, jednak chyba daleki od tego, jak powinien ją pamiętać chłopiec. Wolałabym język bardziej dziecięcy, pozbawiony słów i sformułowań, które w relacji ówczesnego podrostka brzmią dziwnie – czasami zbyt dorośle, a czasami zbyt współcześnie.

Jednakowoż nie ukrywam, że chętnie przeczytam, co jeszcze wydarzyło się tamtego lata. ;)

 

Ję­zo­ry mło­dzień­czej wy­obraź­ni, pod­sy­co­nej do gra­nic moż­li­wo­ści… –> Pewnie to mój problem, ale nijak nie potrafię sobie zwizualizować wyobraźni pod postacią jęzora/jęzorów.

 

po­szu­ki­wa­nie ukry­tych skar­bów, ta­jem­nych przejść i skry­tych przed… –> Nie brzmi to najlepiej. Gdyby skarby nie były ukryte, nie byłoby potrzeby poszukiwania ich.

Proponuję: …po­szu­ki­wa­nie skar­bów, ta­jem­nych przejść i skry­tych przed

 

A po­śród mro­wia do­ku­men­tów kar­to­gra­ficz­nych i in­nych ma­te­ria­łów pi­śmien­nych… –> Czy dokumenty kartograficzne traktujesz na równi z różnymi zeszytami, teczkami, notesami, ołówkami, kredkami, długopisami itp.?

 

wład­cy pru­scy za­ini­cjo­wa­li zwy­czaj za­kła­da­nia ale­jek drzew­nych przy dro­gach. –> Alejka to droga wysadzana drzewami. Nie wiem, czym jest alejka drzewna. Można obsadzić drogę drzewami, ale nie wydaje mi się by zakładano alejki przy drogach.

Proponuję: …wład­cy pru­scy za­ini­cjo­wa­li zwy­czaj sadzenia drzew przy dro­gach/ obsadzania dróg drzewami.

 

za­le­ca­no pie­lę­gna­cję ist­nie­ją­cych i sa­dze­nie no­wych drze­wo­sta­nów… –> Można pielęgnować rosnące drzewostany, ale nie wydaje mi się, aby drzewostan można sadzić – sadzi się drzewa, a te stworzą drzewostan.

 

Szpa­le­ry ro­ślin­ne do­star­cza­ły drew­na, owo­ców, oży­wia­ły i uroz­ma­ica­ły kra­jo­braz… –> W jaki sposób rosnące drzewa dostarczają drewna?

 

wska­zy­wa­ły kie­ru­nek w zimie, a także peł­ni­ły funk­cje ochron­ne przed czyn­ni­ka­mi at­mos­fe­rycz­ny­mi, ta­ki­mi jak: wiatr, deszcz lub śnieg.  –> Zdanie brzmi jakby zostało wyjęte z raportu jakiegoś urzędnika.

 

Ale ta­kiej po­lnej dróż­ki, jaką myśmy w owym cza­sie w Ra­cła­wi­cach mieli, z si­no­czar­ny­mi i so­czy­sty­mi cze­re­śnia­mi ro­sną­cy­mi na po­bo­czu po obu jej stro­nach równo… –> Polne dróżki nie mają poboczy. Drzewa mogły rosnąć na skraju dróżki, po obu jej stronach.

 

Ku­pił­bym sobie pu­szek z kar­bi­dem… –> Co to jest i do czego służy puszek z karbidem?

A może miało być: Ku­pił­bym sobie kilka pu­szek z kar­bi­dem

 

w nocy tobym wy­ła­ził przed na­miot… –> …w nocy to bym wy­ła­ził przed na­miot

 

pod bal­da­chi­mem z ale­jek li­po­wych… –> Można iść alejką pod baldachimem lip, ale nie można iść pod baldachimem z alejki.

 

Na no­gach mia­łem krót­kie spoden­ki i tanie te­ni­sów­ki. –> Może to głupie, ale wyobraziłam sobie chłopca, który spodenki i tenisówki ma w tym samym miejscu – na stopach. Czy trzeba zaznaczać, że spodnie i buty nosi się na nogach?

Proponuję: Byłem ubrany w krót­kie spoden­ki i tanie te­ni­sów­ki. Lub: Miałem na sobie krótkie spodenki i tanie tenisówki.

 

Jesz­cze przez czter­dzie­ści minut pię­li­śmy się w górę… –> Masło maślane. Czy można piąć się w dół?

 

A celem pierw­szo­rzęd­nym była „oczy­wi­śnie” alej­ka cze­re­śnio­we­go, cią­gną­ca się… –> Chyba miało być: A celem pierw­szo­rzęd­nym była „oczy­wi­śnie” alej­ka cze­re­śnio­wa, cią­gną­ca się

 

nie można było o tak sobie wejść i już. –> Chyba miało być: …nie można było ot tak sobie wejść i już.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie dzięki, Droga Reg. Robię, co mogę, abyś nie miała tutaj za dużo roboty, ale nic kompletnie z tego nie wychodzi. Babole, które notabene już poprawiłem, mnie po prostu lubią. Ale nie to jest najgorsze.

Największym problemem opowiadania – jak zauważyłaś – jest język. Na myśl przychodzi parę wzorców, z których należało – być może – zaczerpnąć: “Mikołajek”, “Guguły” Grzegorzewskiej, “Dukla: Raki” Stasiuka, “Falując na wietrze” Stachury oraz w mniejszym stopniu: “Nocne radio znów nadaje” Zygfryda89, “Stań przy mnie” Kinga i “Weiser Dawidek” Huelle. Przykłady można mnożyć.

Drugim problemem – jest brak, tak dla mnie charakterystycznych, neologizmów i leśmianizmów, co zresztą można łatwo (niełatwo) naprawić. A “jazdy do” współczesnej polszczyzny są w ogóle chyba jakąś porażką. Zastanawiam się tylko, które słowa najbardziej Ciebie drażniły i które boleśnie wryły Ci się w pamięć. Czyżby mój ulubieniec “standardzik”? Mogłabyś wskazać jakieś przykłady? A ja się poprawię, obiecuję.

Trzecią bolączką niechaj będzie i to, że w obliczu braku całości nie bardzo wiadomo, które składniki nadają się do wyrzucenia, słowem: co jest częścią integralną, a co zbyteczną dygresją jeno.

Jedno mi się na pewno udało: początek miał być mroczny i tajemniczy, środek natomiast – słoneczny i jaśniejący. Im bliżej nam do upragnionej alejki czereśniowej i im wyżej Racławic się znajdujemy, tym robi się bardziej słonecznie i kolorowo. A finał – rzecz do zrobienia – ma być na powrót mroczny, i to – mroczny bardzo.  

“Jednakowoż nie ukrywam, że chętnie przeczytam, co jeszcze wydarzyło się tamtego lata”. Zobaczę, co da się zrobić w sprawie. ;))

Maćku, będę musiała raz jeszcze zajrzeć do tekstu, by wyłowić to, co wydało mi się niezbyt właściwe. Żałuję, że nie łowiłam od razu. :(

Mam nadzieję, że wykażesz się cierpliwością, bo chciałabym najpierw zająć się opowiadaniami z dyżuru.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wstrzymaj się, proszę, aż napiszę II część. Wtedy być może opowiadanie nabierze innego oblicza, już jako całość. Przepraszam za kłopot i zamieszanie. :)

OK, Maćku. Będzie tak, jak sobie życzysz. I nie przepraszaj – nie ma żadnego kłopotu, nie ma też zamieszania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No cóż, tym razem, co widać czarno na białym, nie popisałam się, niestety. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przejmuj się. Gdybym miał świecić oczami za wszystkie błędy i przewinienia, tobym nie potrzebował latarki: nigdy i nigdzie. :)

Oj, Maćku, przepraszam, że tak zwlekałam, ale na Twoje teksty trzeba mieć nastrój. Tudzież odpowiednie nastawienie, którego mi ostatnio brak. Dlatego wybacz brak rozbioru na czynniki pierwsze – zaczęłam go przed kilku dniami i zabrakło mi siły.

Ej, żebym to ja miała jedną dziesiątą tego bogactwa, które jest w Twojej głowie… Przecież u Ciebie kipi kwieciem i papugami dżungla Meinonga, a u mnie – ziemia jałowa, fear in a handful of dust. Ech. Ale żeby z tego była literatura, czyli ogród dobrze utrzymany, a żyzny, trzeba jednak poprzycinać i przegrabić.

I widzę, że się do tego zabrałeś, a potem Ci się znudziło. Obiecałeś mi oto na początku jakąś apetyczną tajemnicę – a skończyłeś: not with a bang, but with a whimper. Dobrze, że to dopiero pierwsza część…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Oj, Tarninko! Cieszę się, że mnie odwiedziłaś, uczyniłaś mi ten zaszczyt. Cieszyłbym się bardziej, gdybyś zechciała ów rozbiór podesłać, czego nie mogę wymagać, o co mogę jedynie zabiegać. Chętnie bym poprzycinał to i owo w dżungli, ale jeszcze nie wiem co. Wiem natomiast, że niejedno w tekście zmienię, może nawet – nie lubię tego słowa – niejedno uproszczę. Faktycznie, piszę drugą część, ale idzie mi to jak krew z… idzie mi to pomaluśku. Piszesz, że u Ciebie – ziemia jałowa. Zaraz sprawdzimy, bo w sumie dawno niczego wartościowego i poprawnego nie czytałem, a Edziu Stachura ma na mnie – jak się zdaje – zły wpływ manieryczny, taki, że szkoda gadać. Pozdrawiam wieczorową porą! MZ :)

Chyba skończyłem. Dopisałem II cz. i scaliłem wszystko w jedną całość. Krótkie to to nie jest, uff! :)

Przeczytam niebawem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może nie wyszło dokładnie tak, jak chciałem, może za mało się starałem. Cieszę się, Reg., i czekam niecierpliwie na Twój osąd. ;) A to mój ulubiony fragment, idealny przykład literackiej banalizacji i ukłon w stronę małego realizmu (pewnie nie wszyscy pamiętają):

 

O tym, co przeczytałem ostatnio w kochanym moim dzienniku, gdy wspominałem dobry rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty

Udaliśmy się więc w plener, daleko poza horyzont codzienności, gdzie w cieniu drzew i krzewów w chowanego bawiło się całe poziomkowe plemię, a ponad koronami zieleńców fruwały bezpańskie pszczoły, układające się w chmurne roje-kominy, tam, gdzie ponad wsią sielską opolską, w której mieszkałem w dzieciństwie, wiła się droga przyozdobiona czereśniowymi wykwitami, polna droga pełna słodkopolskich dzieci, co po swojemu ochrzciły ją mianem Szmaragdowej, nie mając bladego pojęcia, dokąd wiedzie. Lubiliśmy wyobrażać sobie, że na jej końcu znajduje się coś zupełnie niespotykanego, błyszczącego szmaragdem, dającego ów efekt awenturyzacji. Za jednym wzniesieniem było drugie i naturalnie wyższe, a za tym drugim – następne i jeszcze, JESZCZE! wyższe. I tak bez końca. A my – dzieci Słodkopolski chcieliśmy za wszelką cenę poznać ten skrawek ziemi i dotrzeć na antypody racławickiego grajdołka zwanego światem. I potem wakacje dobiegły końca, nagle. Niektórzy spośród naszej paczki pokończyli szkoły, podorastali, pozakładali rodziny, albo i nie pozakładali, pożenili się, albo i nie, mieli dzieci, które żyły i pracowały, albo wcale nie mieli dzieci. Boże, jakie to do bólu normalne wszystko! 

 

Albo tak jeszcze: 

(…) I potem wakacje dobiegły nagle końca, a wraz z nimi przeminęło wspomnienie o pszczelej rójce. Minął czerwiec i przeszedł lipiec. Czereśni nigdzie już nie było. Nastał wrzesień, a potem październik. I skończył się okres burzowy, więc i tęczy nigdzie się nie widziało. A Szmaragdowy Gród stał się mało ważnym gródkiem, tak mało ważnym, że mógł ostatecznie rozpłynąć się we mgle niewyraźnych i na poły realnych wspomnień. Boże, jakież to do bólu banalne wszystko, to nasze życie! 

 

Całe opowiadanie prezentuje się znacznie lepiej, no i poznałam historię od początku do zaskakującego końca.

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że nadal panuje tu pewien chaos – nadal trudno się zorientować, czy narratorem jest Maciek czy Maciej.

A gdybyś tak we fragmentach dziejących się w czasie tamtego lata, oddał głos dzieciom i napisał je w czasie teraźniejszym? Łatwiej byłoby mi wyobrazić sobie, że uczestniczę w wyprawie, że nagle znalazłam się wśród tamtej gromadki. Chciałabym przeczytać dialogi napisane językiem bardziej chłopięcym, wierniej oddającym klimat tamtej przygody. Bez tych wszystkich poetyckich wtrąceń Macieja.

Maciejowi pozwól przemawiać jego charakterystycznym stylem w całej reszcie opowiadania. Niech będzie narratorem łączącym poszczególne sceny/ etapy wędrówki chłopców. Niech opisuje miejscowe widoki, niech wspomina, niech maluje słowami.

Nie chciałabym, brońcie bogowie, sugerować Ci, jak masz pisać i wcale nie twierdzę, że to jest dobry pomysł, ale może wart zastanowienia.  

 

Do­pó­ki nie masz w ręku mapy da­ne­go ob­sza­ru, ten – wy­da­je ci się pięk­niej­szy… –> Zbędna półpauza.

 

Moja fa­scy­na­cja mapą za­czę­ła się u za­ra­nia dzie­ciń­stwa, w za­mierz­chłej prze­szło­ści ra­cła­wic­kich pra­dzie­jów, któ­rych antyk przy­pa­da na pierw­szą po­ło­wę lat osiem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wieku, zaś epoka brązu i że­la­za – na późne lata sie­dem­dzie­sią­te. Jako dzie­ci stu­dio­wa­li­śmy… –> Zaczynasz, pisząc o sobie i nagle przeradzasz się w kilkoro dzieci. Piszesz, że fascynacja zaczęła się u zarania dzieciństwa, więc chyba zbędne jest zaznaczenie, że studiowałeś mapy jako dziecko.

 

– Po­gódź­cie się – za­pro­po­no­wał roz­jem­ca po dłuż­szej chwi­li. –> Kto był rozjemcą? Zrozumiałam, że w tej scenie uczestniczą tylko bohater i kumpel.

 

Ro­śli­ny te do­star­cza­ły chru­stu, owo­ców… –> Raczej: Drzewa te do­star­cza­ły chru­stu, owo­ców

 

Peł­ni­ły także funk­cje ochron­ne przed czyn­ni­ka­mi at­mos­fe­rycz­ny­mi: wia­trem, desz­czem oraz śnie­giem. –> A może, by wyzbyć się urzędowości, może wystarczy: Chroniły też przed wia­trem, desz­czem oraz śnie­giem.

 

albo skom­bi­no­wał wiel­ka­noc­ną ter­kot­kę i wrony bym stra­szył… –> Byłam przekonana, że największe szkody na czereśniach czynią szpaki, nie wrony.

 

Każdy z brzdą­ców się go bał, w tym rów­nież ja. –> Brzdąc to małe dziecko. Owszem, chłopcy uczestniczący w wyprawie byli dziećmi, ale chyba nie na tyle małymi, by można ich nazwać brzdącami.

 

Już mia­łem się stle­nić… –> Co to znaczy?

 

Teraz wę­dro­wa­li­śmy w od­po­wied­nio dużym gro­nie: ja, Adaś, jego młod­szy brat, Tomuś – bo ina­czej go nie nazwę, jak wła­śnie Tomuś albo To­me­czek – oraz przy­jezd­ny z Kę­dzie­rzy­na-Koź­la Boguś. –> A co się stało z kumplem-przyjacielem na śmierć i życie, z którym Maciek rozpoczął wycieczkę?

 

Ci, co szli od sa­me­go po­cząt­ku pięli się nie­stru­dze­nie pod górę po stoku… –> Masło maślane. Czy mogli piąć się w dół stoku?

Może: Ci, co szli od sa­me­go po­cząt­ku, maszerowali/ podążali nie­stru­dze­nie pod górę po stoku

 

– Kuku, kaka – po­chy­lo­ny nad czar­ną dziu­rą… –> – Kuku, kakaPo­chy­lo­ny nad czar­ną dziu­rą

 

Wrona wziął pierw­szy łyk… –> Wrona wypił pierw­szy łyk

 

zdro­wo przy­ru­mie­nio­nej cegły, która była za­po­wie­dzią da­le­kich po­dró­ży, jakie od­by­łem już jako do­ro­sły. –> …zdro­wo przy­ru­mie­nio­nej cegły, będącej za­po­wie­dzią da­le­kich po­dró­ży, które od­by­łem już jako do­ro­sły.

 

Choć Be­skid Niski to to nie jest, to jed­nak być może gdzieś po dro­dze wpad­nie się na An­drze­ja Sta­siu­ka, tego pi­sa­rza, wia­do­mo. –> Wcześniej napisałeś: Ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­ty piąty – pięk­ne czasy, wspa­nia­ły rok uro­dzaj­ny. –> Czy w 1985 roku Andrzej Stasiuk był pisarzem, o którym mały Maciek mógł słyszeć?

 

– Kto pa­mię­tał, ten pa­mię­tał, kto wie­dział, to wie­dział, ja szcze­gó­łów nie zna­łem, więc za­mie­ni­łem się w słuch. –> Czyja to wypowiedź? A może tylko przyplątała się zbędna półpauza?

 

– Co to jest al­ko­ho­lik? – Prze­rwał mu bra­ci­szek. –> – Co to jest al­ko­ho­lik? – prze­rwał mu bra­ci­szek.

 

– Al­ko­ho­lik to jest… no ten… no po pro­stu pijak! – Try­snął wie­dzą… –> – Al­ko­ho­lik to jest… no ten… no po pro­stu pijak! – try­snął wie­dzą

 

– Fajna hi­sto­ria.Oce­ni­łem, nie kry­jąc za­chwy­tu. –> – Fajna hi­sto­ria – oce­ni­łem, nie kry­jąc za­chwy­tu.

 

mi­li­cjan­ci pe­ne­tro­wa­li – uwaga – czte­ry, aż czte­ry!, po­wia­ty… –> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

Spro­wa­dzo­no nawet woj­sko, woj­sko oraz psy tro­pią­ce. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Wiecz­ne od­po­czy­wa­nie, Racz im dać Panie… –> Wiecz­ne od­po­czy­wa­nie, racz im dać Panie…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem, jak Ci mam dziękować, Reg, i to nie tylko za to, jak szybko uporałaś się z korektą, ale również i za wskazanie interesującej opcji zaprezentowania historyjki z punktu widzenia małego Maćka oraz dorosłego Macieja (patent zastosowany chyba w “Weiserze Dawidku” Huellego). Jest to swoiste wyzwanie, nie na teraz, broń Boże, na przyszłość raczej, bo wymaga perfekcyjnego operowania czasami i wyczucia przeróżnych niuansów językowych (coś, co zabrzmi w jednym czasie oraz trybie dobrze, nie zagra jak należy w innym). Na gorąco poprawiałem to, co na gorąco poprawić się dało, więc jeszcze raz dziękuję uniżenie! :-))

Maćku, bardzo się cieszę, że sugestia przypadła Ci do gustu. Może to i jest wyzwanie, ale jestem przekonana, że na pewno mu podołasz.

Podziękowałeś bardzo ładnie i nie musiałeś się wcale “uniżać”, aby to wyrazić. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka