- Opowiadanie: yantri - Michałku, odejdź

Michałku, odejdź

Po­sta­cią ra­dzą­cą sobie z nową rze­czy­wi­sto­ścią jest Baron Sa­me­di.

Czas – może być teraz, może kilka lat temu, na pewno nie wcze­śniej niż w 2005 roku (po­wsta­nie YouTu­be).

Miej­sce – Zie­mia, ja­kie­kol­wiek więk­sze mia­sto z ty­po­wy­mi atrak­cja­mi.

Miało być w do­my­śle pol­skie mia­sto, choć nie jest to ni­g­dzie za­zna­czo­ne, ale kilka osób słusz­nie za­uwa­ży­ło, że ta lo­ka­li­za­cja kłóci się z tre­ścią opo­wia­da­nia, więc po pro­stu – mia­sto.

 

Chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać moim betom za po­świę­co­ny tek­sto­wi czas i uwagi. Bez Was opo­wia­da­nie na pewno by­ło­by gor­sze. :)

 

Dzien­ni­czek zmian

26.04 – kilka dro­bia­zgów po uwa­gach Ar­nu­bi­sa.

30.04 – nie­wiel­ka zmia­na po uwa­gach Ar­nu­bi­sa i None w te­ma­cie nie­ma­te­rial­ne­go tłumu.

03.05 – po­praw­ki po uwa­gach użyt­kow­ni­ków Sta­ruch i mr.maras

12.05 – drobiazgi po uwagach regulatorów

18.05 – jeszcze kilka tycich poprawek po uwagach cobolda

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Michałku, odejdź

Roz­sta­wi­łem fio­le­to­we świe­ce, uło­ży­łem na wcze­śniej przy­go­to­wa­nym pod­wyż­sze­niu naj­lep­sze cy­ga­ra, jakie udało mi się zdo­być, i bu­tel­kę rumu Baron Sa­me­di. Do­da­łem jesz­cze jedną, naj­droż­szą z po­bli­skie­go skle­pu mo­no­po­lo­we­go, na wy­pa­dek gdyby pierw­szy na­pi­tek oka­za­ł się ja­kimś ba­dzie­wiem. Na­la­łem moc­nej kawy do fi­li­żan­ki, obok po­sta­wi­łem ta­lerz cia­sta. Za­pa­li­łem świe­ce. Spoj­rza­łem na czar­ne­go ko­gu­ta, a ptak spoj­rzał na mnie. Cóż, tylko jeden z nas uj­dzie z tego z ży­ciem. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, chwy­ci­łem drób w od­po­wied­ni spo­sób, pró­bu­jąc uło­żyć jego szyję na ka­mie­niu. Bydlę za­czę­ło się wy­krę­cać i za nic nie mo­głem uciąć mu głowy. Mę­czy­łem się tak przez ładną chwi­lę, gdy nagle do­szedł mnie chi­chot gdzieś z tyłu. Od­wró­ci­łem się po­wo­li, nie pusz­cza­jąc ko­gu­ta ani tym bar­dziej nie od­kła­da­jąc ostrza – nigdy nie wia­do­mo, kto może się po­ja­wić póź­nym wie­czo­rem na cmen­ta­rzu. Gotów do akcji obron­no-za­czep­nych spoj­rza­łem na opie­ra­ją­cą się o po­bli­skie drze­wo po­stać. Mu­rzyn. Wy­so­ki. Szczu­pły. Roz­ba­wio­ny. Za­cią­gnął się dymem z cy­ga­ra i wska­zał mój te­atrzyk jego roz­ża­rzo­nym koń­cem.

– Daruj kur­cza­ko­wi, one ostat­nio ja­kieś nie­smacz­ne się zro­bi­ły – po­wie­dział. – Czego chcesz?

Spoj­rza­łem na drób. Miał być z wol­ne­go wy­bie­gu, eko­lo­gicz­ny i takie tam, ale kto wie, czym go paśli? Może facet miał rację… Chwi­la, chwi­la, co go to wła­ści­wie ob­cho­dzi­ło?

– Idź stąd – wark­ną­łem. – Cze­kam na kogoś.

– Ja też, jakby się za­sta­no­wić. – Po­ki­wał głową. – Ale Gran Bri­jit nie lubi tu ostat­nio prze­by­wać, mówi, że rzy­gać jej się od was chce.

Coś mnie tknę­ło. Pod­nio­słem się i utkwi­łem wzrok w roz­mów­cy. Owio­nął mnie za­pach cygar i al­ko­ho­lu, gdzieś da­le­ko za­gra­ła le­d­wie sły­szal­na mu­zy­ka, a twarz przy­by­sza zdała się czasz­ką. Za­niósł się de­mo­nicz­nym śmie­chem. Po chwi­li wizja znik­nę­ła, a ja pa­trzy­łem w czar­ne oczy w przed chwi­lą jesz­cze bia­łym ob­li­czu czar­ne­go czło­wie­ka.

– Wy­du­sisz to z sie­bie? Nie mam całej nocy, ale skoro już mnie tu ścią­gną­łeś, to słu­cham. Byle szyb­ko.

 

***

 

Do­wie­dzia­łem się o nim z klipu na YouTu­be. Szu­ka­łem cze­goś, co po­zwo­li­ło­by mi ne­go­cjo­wać ze śmier­cią. Nie, nie dla sie­bie. Dla żony. Za­ła­ma­ła się po odej­ściu synka, który zgi­nął po­trą­co­ny przez sa­mo­chód trzy lata temu. Wi­dzia­ła go wszę­dzie, na ulicy, w cen­trum han­dlo­wym, nawet w domu. Żaden psy­chia­tra nie zdo­łał jej pomóc, a była chyba u ośmiu. Zna­jo­my ksiądz po­mru­ki­wał coś o nie­do­koń­czo­nych spra­wach ducha, ale jakie nie­do­koń­czo­ne spra­wy może mieć sied­mio­la­tek?

Za­czą­łem prze­ko­py­wać cze­lu­ście In­ter­ne­tu w po­szu­ki­wa­niu nawet naj­bar­dziej ab­sur­dal­ne­go roz­wią­za­nia. Wy­da­łem ma­ją­tek na wszel­kiej maści oszu­stów – bio­ener­go­te­ra­peu­tów, eg­zor­cy­stów, media i im po­dob­nych. Tak do­wie­dzia­łem się o Vodou i ro­dzi­nie Guédé – ucie­le­śnie­niu śmier­ci i płod­no­ści. Nie­ste­ty, nie byłem w sta­nie do­trzeć do ni­ko­go, kto znał­by ja­ką­kol­wiek uży­tecz­ną prak­ty­kę. Wielu ofe­ro­wa­ło spo­rzą­dze­nie la­le­czek, inni obie­cy­wa­li nawet wskrze­sze­nie dziec­ka w for­mie zom­bie. Nikt jed­nak nie chciał pod­jąć się przy­wo­ła­nia ko­go­kol­wiek z Guédé, kto mógł­by od­po­wie­dzieć na py­ta­nia o los chłop­ca, czy nawet za­ka­zać mu na­wie­dza­nia matki.

Zro­bił­bym wszyst­ko, aby unik­nąć nie­mal­że już prze­są­dzo­ne­go od­da­nia Beaty do za­kła­du za­mknię­te­go. Gdy już na po­waż­nie roz­wa­ża­łem wy­ciecz­kę na Haiti, by od­na­leźć praw­dzi­wych wy­znaw­ców kultu, na­tra­fi­łem na wy­wia­d z DJ-em Sam­mym. Przy­cią­gnął mnie głupi tytuł – "Vo­odoo DJ – kim jest Sammy?" – i jakoś obej­rza­łem ca­łość. Roz­mo­wa zo­sta­ła prze­pro­wa­dzo­na kilka lat wcze­śniej w stu­diu ja­kiejś mało zna­nej sta­cji te­le­wi­zyj­nej, ma­te­riał nie za­chwy­cał ja­ko­ścią, jed­nak wy­raź­nie przed­sta­wiał fa­ce­ta ubra­ne­go i uma­lo­wa­ne­go jak Baron Sa­me­di. Dość po­wie­dzieć, że więk­szość wy­wia­du sta­no­wił ty­po­wy mar­ke­tin­go­wy bul­l­shit, jed­nak na sam ko­niec pre­zen­ter zadał py­ta­nie, na które pod­świa­do­mie cze­ka­łem: "Jak i gdzie można cię zna­leźć?", a jego gość po­chy­lił się do ka­me­ry, uśmiech­nął zło­wro­go i po­wie­dział:

– Idź na stary cmen­tarz na roz­sta­ju dróg. Złóż ofia­rę. Może przyj­dę.

Olał­bym ten fil­mik, gdyby nie to, że wtedy, tak jak przed chwi­lą, jego twarz na mo­ment stała się czasz­ką, nie na­ma­lo­wa­ną maską, ale praw­dzi­wą wy­szcze­rzo­ną tru­pią głową. Tak, mogli ten efekt spre­pa­ro­wać, jed­nak na mnie wy­warł on nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie. Za­czą­łem prze­ko­py­wać sieć w po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji za­rów­no o Ba­ro­nie Sa­me­di, jak i DJ-u Sam­mym. Pierw­szy był łatwy do od­na­le­zie­nia, drugi już nie tak bar­dzo – do­wie­dzia­łem się tyle, że po­dró­żu­je, gra w klu­bach na całym świe­cie, nigdy nie wia­do­mo, gdzie po­ja­wi się na­stęp­nym razem, no i że jego im­pre­zy są od­lo­to­we.

Zna­la­złem stary cmen­tarz na roz­dro­żu, za­opa­trzy­łem się w nie­zbęd­ne ar­ty­ku­ły i po­sze­dłem pro­sić o prze­ko­na­nie widma Mi­cha­ła, by wresz­cie zo­sta­wiło matkę w spo­ko­ju.

 

***

 

Wy­słu­chał mnie z na­ra­sta­ją­cym znie­cier­pli­wie­niem, po­pi­ja­jąc z bu­tel­ki, którą przy­nio­słem, i ku­rząc cy­ga­ro za cy­ga­rem. Otwo­rzył drugą flasz­kę, po­cią­gnął łyk, skrzy­wił się nie­mi­ło­sier­nie i splu­nął.

– Co za gówno na­zwa­li moim imie­niem – sko­men­to­wał. Podła ja­kość nie prze­szko­dzi­ła mu jed­nak w do­pi­ciu trun­ku.

Po­ki­wał głową do mojej opo­wie­ści i swo­ich myśli, i gdy już byłem pe­wien, że za chwi­lę za­śnie z upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go, nagle wstał, osu­szył fi­li­żan­kę kawy, za­gryzł spo­rym ka­wał­kiem cia­sta i kazał za­cze­kać. Za­brał ło­pa­tę usta­wio­ną obok naj­bliż­sze­go świeżo wykopanego grobu, po­spiesz­nie okle­pał jego ścia­ny i bez słowa od­szedł do po­bli­skiej szopy. Kiedy wró­cił, nie wy­glą­dał już na spo­koj­ne­go gra­ba­rza – miał na sobie czar­ny sur­dut, fio­le­to­wą ka­mi­zel­kę, cy­lin­der i laskę za­koń­czo­ną srebr­ną czasz­ką. Ma­ki­ja­żu jesz­cze nie na­ło­żył.

– Chodź ze mną – za­rzą­dził.

 

***

 

Szli­śmy uli­ca­mi mia­sta, jego brud­ny­mi za­uł­ka­mi i ja­sny­mi ale­ja­mi. Czas zda­wał się nas omi­jać. Za­trzy­ma­li­śmy się w ob­skur­nym barze, gdzie mój to­wa­rzysz za­mó­wił górę pi­kant­ne­go je­dze­nia. Od­wie­dzi­li­śmy pa­skud­ną knaj­pę, gdzie wypił rzekę al­ko­ho­lu. Za­stu­ka­li­śmy do drzwi me­li­ny, z któ­rej wy­niósł trzy litry do­mo­wej ro­bo­ty al­ko­ho­lu.

– Pra­wie jak kle­ren – sko­men­to­wał, śmie­jąc się.

Nie­zwy­kłe było to, że nikt nie pró­bo­wał go za­trzy­mać, nikt się nie dzi­wił temu, co Baron robił, a za­cze­pia­ne ko­bie­ty zda­wa­ły się być mile za­sko­czo­ne, nawet gdy uży­wał bar­dzo spro­śne­go ję­zy­ka i su­ge­styw­nych ge­stów. Ema­no­wał od niego trud­ny do uchwy­ce­nia urok, który uwo­dził ludzi na tyle sku­tecz­nie, że jego za­cho­wa­nie zda­wa­ło im się czymś po­wsze­dnim.

– Dla­cze­go je­steś tutaj i ba­wisz się w DJ-a? – za­py­ta­łem w przy­pły­wie od­wa­gi.

Od­po­wie­dział mi śmie­chem.

Za­krę­cił się w pi­ru­ecie na środ­ku ulicy, roz­kła­da­jąc ra­mio­na.

– Patrz! – wy­krzyk­nął. – Cały ten świat, od któ­re­go tak długo trzy­ma­li­śmy się z dala! Cały ten świat na wy­cią­gnię­cie ręki, z jego żar­ciem, rumem i dziw­ka­mi.

Trud­no było nie przy­znać mu racji. Na do­da­tek to ja pła­ci­łem za wszyst­ko – je­dze­nie, al­ko­hol, tytoń. Go­tów­ka zni­ka­ła z port­fe­la w eks­pre­so­wym tem­pie.

– Zban­kru­tu­jesz – stwier­dził loa, jakby czy­ta­jąc mi w my­ślach. – Ale ofia­ra przy­naj­mniej po­rząd­na – dodał na po­cie­szenie.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i z pi­jac­ką szcze­ro­ścią oznaj­mi­łem:

– A na chuj mi kasa? Przy­naj­mniej jak po­mo­żesz, to się na coś przy­da.

Po­ki­wał głową w za­my­śle­niu, a po chwi­li ru­szy­li­śmy dalej, w drogę do klubu.

Od czasu do czasu Sa­me­di kiwał na kogoś ręką, by ten do nas do­łą­czył. Nikt nie pod­cho­dził bli­sko, ale kątem oka za­uwa­ży­łem nie do końca ma­te­rial­ny tłu­mek, który po­dą­żał na­szy­mi śla­da­mi i sys­te­ma­tycz­nie rósł.

Do­tar­li­śmy do klubu znaj­du­ją­ce­go się w sta­rej hali fa­brycz­nej. Bram­ka­rze bez słowa skie­ro­wa­li nas do wej­ścia dla per­so­ne­lu. Wid­mo­wy tłum prze­nik­nął przez ścia­ny. Ochro­nia­rze i zwy­kli go­ście zda­wa­li się go nie do­strze­gać. Baron Sa­me­di sta­nął przed lu­strem w małej ła­zien­ce na za­ple­czu. Su­mien­nie na­kła­dał ma­ki­jaż z bia­łej farby. Pro­wa­dził pę­dzel do­kład­nie po za­ry­sie czasz­ki, którą wtedy wy­raź­nie wi­dzia­łem. Dwoił mi się w oczach. Się­gną­łem po kawę, by się ocu­cić, wy­pi­łem so­lid­ny łyk i pra­wie na­tych­miast po­czu­łem przy­pływ ener­gii. Baron za­chi­cho­tał.

– Do­da­ją coś do tego gówna – wy­ja­śnił. – Zaraz bę­dziesz trzeź­wy jak świ­nia. I na haju. Idź się pobaw, a ja się zajmę lanmò.

Wszedłem do głów­nej sali, gdzie po­przed­nik wła­śnie za­po­wie­dział DJ-a Sammy'ego i lu­dzie za­czę­li wi­wa­to­wać. Nie co dzień ba­wi­li się przy mu­zy­ce ser­wo­wa­nej przez gwiaz­dę. Baron Sa­me­di pod­szedł do kon­so­le­ty, prze­chy­lił bu­tel­kę, pierw­sze dźwię­ki prze­nik­nę­ły po­wie­trze. Tłum za­fa­lo­wał do taktu. DJ Sammy krzy­czał wraz z wo­ka­li­stą: „Magic pe­ople, vo­odoo pe­ople”!

 

***

 

Mu­zy­ka dudni w uszach, prze­ni­ka całe ciało. To już któ­ryś utwór z rzędu przy­wo­ła­ny do życia przez Ba­ro­na, a ja wciąż sły­szę otwie­ra­ją­cy jego wy­stęp numer The Pro­di­gy ("The vo­odoo, who do what you don't dare do, pe­ople?"), tłum ko­ły­sze się w ryt­mie, dawno stra­ci­łem po­czu­cie czasu i miej­sca. Po co tu je­stem? Czy on mi po­mo­że? Ni­cze­go prze­cież nie obie­cał, tylko pił i palił na mój koszt.

Mo­men­ta­mi widzę je­dy­nie Ba­ro­na, jak uśmie­cha się do mnie znad kon­so­le­ty, świat wi­ru­je, a ja już nie chcę, już mam dość. W sumie… we­zwa­łem go, czas się roz­stać, ode­słać ducha śmier­ci, tylko jak? Po­wi­nie­nem móc odejść, od­wró­cić się i znik­nąć w tłu­mie. Nie mogę, nie mogę prze­rwać transu. Nar­ko­tyk trzy­ma mnie mocno. A może to nie pro­chy? Może to magia? Ta moż­li­wość po­wo­li do mnie do­cie­ra i za­czy­nam się bać. Przy­wo­ła­łem wcie­le­nie śmier­ci. Czego ocze­ki­wa­łem?!

Strach na­ra­sta, za­mie­nia się w pa­ni­kę, ale tylko we­wnętrz­nie, moje ciało wciąż tań­czy do rytmu wy­gry­wa­ne­go przez Ba­ro­na. Tłum ro­śnie, po­ło­wa zdaje się nie­ma­te­rial­na. Baron unosi ręce w za­pra­sza­ją­cym ge­ście i tłusz­cza po­dą­ża za nim w prze­cu­dacz­nej pa­ra­dzie. Po­ru­szam się wraz z nimi. Pró­bu­ję prze­ła­mać czar. Jak?! Ode­słać go? Ale jak? Po­dob­no Vodou już nie ist­nie­je, nie ma mocy, a tym­cza­sem Baron Sa­me­di pro­wa­dzi tłum dusz z klubu w czar­ną, ro­ze­dr­ga­ną noc, pro­sto w za­świa­ty, śmie­jąc się.

 

***

 

Obu­dzi­łem się, za­sko­czo­ny, że wciąż tu je­stem. Le­ża­łem z głową na mo­gi­le Mi­cha­ła. Jak się tu zna­la­złem? Czy ta noc była tylko snem? Ale prze­cież za­czy­na­łem cały ten cyrk na zu­peł­nie innym cmen­ta­rzu.

Ro­zej­rza­łem się. Nie­da­le­ko, na na­grob­ku, sie­dział Baron, znowu wy­glą­da­ją­cy jak zwy­kły gra­barz, w ogrod­nicz­kach, ro­bo­czych bu­tach i z ło­pa­tą. Sie­dział i palił cy­ga­ro.

– Ten twój chło­pak – po­wie­dział, wska­zu­jąc grób – już dawno w Ginen. Nie chciał­by wra­cać. A twoja żonka zdro­wa.

– Zdro­wa? – za­py­ta­łem zdzi­wio­ny. – A było jej coś?

– Było – po­twier­dził. – Guz mózgu, dla­te­go ma­łe­go wi­dy­wa­ła. Ale na­pra­wi­łem.

Po­sta­ra­łem się ze­brać myśli. Kac-mor­der­ca nie po­ma­gał.

– Le­ka­rze nic nie zna­leź­li – za­prze­czy­łem. – Je­steś pe­wien?

Na mo­ment znowu uj­rza­łem czasz­kę za­miast twa­rzy. W końcu wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Twoja spra­wa, komu uwie­rzysz. Ja swoje zro­bi­łem, a ty za­pła­ci­łeś.

Wstał, wyjął zza po­mni­ka bu­tel­kę i po­cią­gnął so­lid­ny łyk. Zbie­rał się do odej­ścia.

– Cze­kaj! – za­wo­ła­łem. – Czemu kluby?

– Bo tak jest ła­twiej. – Mach­nął ręką i świe­ży grób roz­cią­gnął się w prze­strze­ni, przy­bie­ra­jąc roz­mia­ry zbio­ro­wej mo­gi­ły. – Ben­dje po­wie­rzył nam opie­kę nad wami, za­srań­ca­mi. I gdy inni mogą to ole­wać, ja nadal mam obo­wiąz­ki. A was się na­mno­ży­ło. My­ślisz, że będę dla każ­de­go grób kopał? I ce­re­mo­nii też nie od­pra­wia­cie jak na­le­ży. A, nie za­po­mi­naj­my o tym po­pie­przo­nym za­uro­cze­niu zom­bie. Na­praw­dę nie warto, ale co zro­bić? Pracę sobie uła­twiam. Or­ga­ni­zu­ję ce­re­mo­nie, zbie­ram ofia­ry, spra­szam wszyst­kie nie­daw­no zmar­łe duchy i hur­to­wo je prze­pra­wiam na drugą stro­nę. A ile za­ba­wy przy tym!

Mru­gnął i po­szedł w stro­nę szopy. Zanim się ze­bra­łem, jego już nie było.

 

***

 

Beata prze­sta­ła wi­dzieć Mi­cha­ła. Cza­sem tę­sk­ni za nim i wo­la­ła­by, by wizje wró­ci­ły, ale przez więk­szość czasu cie­szy się tym, co mamy.

Każ­de­go roku, gdy nad­cho­dzi drugi li­sto­pa­da, wy­my­kam się wie­czo­rem na cmen­tarz, za­opa­trzo­ny w cy­ga­ra, sa­mo­gon, kawę i plac­ki wę­gier­skie. Bez ko­gu­ta. Nie po­tra­fię po­wie­dzieć, co mnie tam cią­gnie, dla­cze­go znowu chcę go spo­tkać. Może to jego urok, czar, któ­re­mu ule­głem, a może czuję, że nie do końca od­wdzię­czy­łem się wcie­lo­nej śmier­ci za spo­kój i szczę­ście mojej ro­dzi­ny.

Nigdy jesz­cze nie do­cze­ka­łem się wi­zy­ty Ba­ro­na, ale nie tracę na­dziei. Na­stęp­ne­go dnia sprzą­tam puste opa­ko­wa­nia i bar­dzo, ale to bar­dzo chcę wie­rzyć, że opróż­nił je albo on, albo ktoś z jego ro­dzi­ny. Jeśli to bez­dom­ni, to im współ­czu­ję – plac­ki są tak przy­pra­wio­ne chil­i, że wręcz nie­ja­dal­ne.

Koniec

Komentarze

Ależ świetnie mi się to czytało! Bardzo fajny pomysł, zręczne połączenie Barona Samediego z klubową kulturą, bardzo dobrze to wszystko się zgrywa. Przyjemny, lekki i wyluzowany język sprawia, że czyta się migiem. A do tego w tle, mimo wszystko, poważna, dramatyczna historia. Cała historia zresztą zgrabnie poprowadzona i ze świetnym zakończeniem, epilog super. 

, i butelkę rumu Baron Samedi. Dodałem jeszcze jedną, najdroższą z pobliskiego sklepu alkoholowego, na wypadek gdyby tamta okazała się jakimś badziewiem.

Teoretycznie wszystko jest tu ok, ale jednak badziewiem to raczej może okazać się rum, a nie butelka.

Bydlę zaczęło się wykręcać i za nic nie mogłem pozbawić go głowy. Męczyłem się tak przez ładną chwilę, gdy nagle doszedł mnie chichot gdzieś z tyłu.

Czytając ten fragment wyobrażałem sobie, że koleś piłuje nożem szyję kurczaka, ale sobie nie radzi. A nie o to chodziło :D 

Znajomy ksiądz pomrukiwał coś o niedokończonych sprawach ducha, ale jakie niedokończone sprawy może mieć siedmiolatek?

Akurat ksiądz to nie bardzo by o takich sprawach pomrukiwał, bo duchy nawiedzające żywych po śmierci nie bardzo wpisują się w chrześcijańską wizję świata. 

Vodou

Niby ok, ale jednak wersja voodoo jest znacznie bardziej rozpowszechniona i przez to naturalniejsza.

Wielu oferowało sporządzenie laleczek, inni obiecywali nawet wskrzeszenie dziecka w formie zombie.

Zombie w voodoo to nie są wskrzeszeni zmarli. W sensie, to są chyba ciała zmarłych zamieszkałe przez zniewolone złe duchy, a nie przez duchy samych zmarłych. Ale tak tylko sobie narzekam, w tym tekście to i tak nie przeszkadza :D 

Zastukaliśmy do drzwi meliny, z której wyniósł trzy litry domowej roboty rumu.

Jeśli akcja jest gdzieś w Polsce, to mógł bimber wynieść, a nie domowy rum :D 

Od czasu do czasu Samedi kiwał na kogoś ręką, by ten do nas dołączył. Nikt nie podchodził blisko, ale kątem oka zauważyłem tłumek, który podążał naszymi śladami i systematycznie rósł.

Dotarliśmy do klubu znajdującego się w starej hali fabrycznej. Bramkarze bez słowa skierowali nas do wejścia dla personelu. Niematerialny tłum przeniknął przez ściany.

W tym momencie musiałem się na trochę zatrzymać. Problem jest w tym, że piszesz, że “Niematerialny tłum przeniknął ściany”, ale wcześniej nic nie sugeruje, że ten tłum jest niematerialny, po prostu piszesz o ludziach idących za Samedim.

Sięgnąłem po kawę, by się ocucić i prawie natychmiast poczułem przypływ energii.

Filiżanka była pokryta narkotykami? Wypadałoby napisać, że łyknął tej kawy :D 

Muzyka dudni w uszach, przenika całe ciało…

Rozumiem chyba zamysł, dlaczego napisałaś to tak a nie inaczej, ale nagle cały akapit napisany w czasie teraźniejszym, gdy reszta opowiadania jest w przeszłym, niezbyt mi się podoba.

 

Mówiłem już, że bardzo mi się podobało? Powiem jeszcze raz :D

 

Fajne. Lubię opowiadania, które mają swój własny, konsekwentny styl od A do Z. To się trzyma, jest spójne, nic nie zgrzyta. No dobra, jedna rzecz, ale to troche czepialstwo. Mamy polskie imiona bohaterów, a dla mnie, skojarzeniowo, ale też klimatem, akcja się dzieje w Stanach. Nowym Orleanie na przykład (nigdy tam nie byłem;). 

Baron Samedi to dla mnie od lat postać z Grafa Zero W. Gibsona. I pewnie tak już zostanie, bo mnie te jego cyberpunkowe historie straszliwie jarały swego czasu. 

Ale dobrze jest przybliżyć sobie tę postać pokazaną bliżej “realiów”. 

Podoba mi się, dzięki. Klikaubym do Biblioteki. 

Fragment z bety: ciekawy pomysł na hurtowe, imprezowe załatwianie sprawy przez Barona i ogłaszanie się przez Internet. Dla mnie pokazuje to jego dostosowanie się do współczesnych czasów. Rozbawił mnie kurczak i jego ekologiczne pochodzeniesmiley.

Dodam jeszcze, że opowiadanie czyta się szybko i z zaciekawieniem. Baron wg mnie zarysowany autentycznie, oddaje klimat Nowego Orleanu.

Dziękuję, serdecznie dziękuję za tak pozytywne pierwsze opinie. Cieszę się, że tekst się podoba.

 

Nigdy nie byłam w Stanach. Jeśli postać Barona tak wpłynęła na opowiadanie, że zdaje się ono rozgrywać w Nowym Orleanie, to widocznie bohater zaczął żyć własnym życiem. Nie był to jednak zabieg celowy. Ot, skutek uboczny wczucia się w postać. wink

 

Arnubisie, tyle komplementów od Ciebie! Dziękuję za wszystkie słowa, tak te chwalące tekst, jak i te wytykające potknięcia.

Co do tych ostatnich, to pozwolę sobie odpowiedzieć na nie w kilku słowach.

 

, i butelkę rumu Baron Samedi. Dodałem jeszcze jedną, najdroższą z pobliskiego sklepu alkoholowego, na wypadek gdyby tamta okazała się jakimś badziewiem.

Teoretycznie wszystko jest tu ok, ale jednak badziewiem to raczej może okazać się rum, a nie butelka.

Racja. Zmieniłam trochę.

 

Bydlę zaczęło się wykręcać i za nic nie mogłem pozbawić go głowy. Męczyłem się tak przez ładną chwilę, gdy nagle doszedł mnie chichot gdzieś z tyłu.

Czytając ten fragment wyobrażałem sobie, że koleś piłuje nożem szyję kurczaka, ale sobie nie radzi. A nie o to chodziło :D

Niezłe wyobrażenie. Na razie tak zostawię, podoba mi się, jak makabrycznie można ten fragment odczytać. :D

 

Znajomy ksiądz pomrukiwał coś o niedokończonych sprawach ducha, ale jakie niedokończone sprawy może mieć siedmiolatek?

Akurat ksiądz to nie bardzo by o takich sprawach pomrukiwał, bo duchy nawiedzające żywych po śmierci nie bardzo wpisują się w chrześcijańską wizję świata.

To chyba zależy od księdza… ten był znajomy, a narrator z otwartym umysłem, to może i ksiądz wyluzowany. ;)

 

Vodou

Niby ok, ale jednak wersja voodoo jest znacznie bardziej rozpowszechniona i przez to naturalniejsza.

Bohater poszukiwał źródeł, robił risercz, a z jego perspektywy opowiadanie jest pisane. Dla niego to Vodou. Tytuł wywiadu czy tekst utworu The Prodigy są związane z kulturą masową, i tam występuje bardziej rozpowszechniona wersji.

 

 

Wielu oferowało sporządzenie laleczek, inni obiecywali nawet wskrzeszenie dziecka w formie zombie.

Zombie w voodoo to nie są wskrzeszeni zmarli. W sensie, to są chyba ciała zmarłych zamieszkałe przez zniewolone złe duchy, a nie przez duchy samych zmarłych. Ale tak tylko sobie narzekam, w tym tekście to i tak nie przeszkadza :D

Ładnie wyłapane :) Temat zombie jest trochę obszerniejszy, ale tu chodzi o to, że bohater znajdował w sieci oferty niby poważne, niby profesjonalne, ale tak naprawdę obliczone na wyciągnięcie kasy ze zdesperowanych laików.

 

Zastukaliśmy do drzwi meliny, z której wyniósł trzy litry domowej roboty rumu.

Jeśli akcja jest gdzieś w Polsce, to mógł bimber wynieść, a nie domowy rum :D

Racja :D Zmieniłam.

 

Od czasu do czasu Samedi kiwał na kogoś ręką, by ten do nas dołączył. Nikt nie podchodził blisko, ale kątem oka zauważyłem tłumek, który podążał naszymi śladami i systematycznie rósł.

Dotarliśmy do klubu znajdującego się w starej hali fabrycznej. Bramkarze bez słowa skierowali nas do wejścia dla personelu. Niematerialny tłum przeniknął przez ściany.

W tym momencie musiałem się na trochę zatrzymać. Problem jest w tym, że piszesz, że “Niematerialny tłum przeniknął ściany”, ale wcześniej nic nie sugeruje, że ten tłum jest niematerialny, po prostu piszesz o ludziach idących za Samedim.

Hmm. Bohater widzi ich kątem oka, będąc już pijanym.

 

Sięgnąłem po kawę, by się ocucić i prawie natychmiast poczułem przypływ energii.

Filiżanka była pokryta narkotykami? Wypadałoby napisać, że łyknął tej kawy :D

Znowu racja. Poprawione. :D

 

Muzyka dudni w uszach, przenika całe ciało…

Rozumiem chyba zamysł, dlaczego napisałaś to tak a nie inaczej, ale nagle cały akapit napisany w czasie teraźniejszym, gdy reszta opowiadania jest w przeszłym, niezbyt mi się podoba.

Tak mi pasowało. Widziałam tę scenę oczyma wyobraźni (nadal nie mogę się pozbyć "Voodoo People" z głowy) i była ona kluczowa dla magii Barona Samedi, stąd czas teraźniejszy. Jakoś tak zdał mi się lepiej podkreślać atmosferę. Jeśli jednak utrudnia to czytanie, to pomyślę nad zmianą. Poczekam, zobaczę, ilu osobom ten zabieg zazgrzyta.

 

Mówiłem już, że bardzo mi się podobało? Powiem jeszcze raz :D

Jeszcze raz dziękuję. :D

Rewelacja, nie mogłem się oderwać. Fajnie zarysowana historia (co nie jest łatwe w tak krótkim tekście) i całkiem satysfakcjonujące zakończenie. Napięcia nie czułem, ale rekompensuje to klimat i ciekawie przedstawiona postać Barona Samedi.

Obudziłeś moją ciekawość, będę musiał poskakać po anglojęzycznych stronach, żeby dowiedzieć się o nim nieco więcej. 

Pozdrawiam i powodzenia. 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Oo, dziękuję. :) 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Fantastycznie się czytało, mimo że Baron Samedi jest dla mnie postacią kompletnie obcą (co szybko naprawię, korzystając z linków, które podałaś). Opowiadanie ma niepowtarzalny klimat, faktycznie myśli biegną w stronę Nowego Orleanu. Być może wynika to z zestawienia motywów o różnym ciężarze gatunkowym, z jednej strony śmierć dziecka, z drugiej klubowa impreza. To raczej nie polskie klimaty. ;) Ryzykowne zestawienie, ale efekt naprawdę świetny. :D

Dziękuję serdecznie. :)

Miasto nie jest nazwane, bo właśnie klimat miał być taki, na wpół realny. Jeśli się udało, to się cieszę.

Przyjemna lektura. Podoba mi się rozpoczęcie tekstu akcją, po której następuje nieśpieszy powrót i wyjaśnienia sytuacji. Ściąga to uwagę czytelnika. Sceny w klubie ładnie opisane. Bardzo poprawny językowo tekst, choć narracja prosta, bez większych szaleństw i smaczków.

 

Historia nasuwa skojarzenia z "Smętarzem dla Zwieżąt" i "Pięknym umysłem".

 

Dziwi mnie, że akcja tekstu dzieje się w Polsce, gdy nic tu Polski nie przypomina, ani wielkie kluby, ani placki na cmentarzach, ani sam wybrany przez ciebie bóg. Wydaje mi się, że immersja w tekst byłaby łatwiejsza, gdybyś umieścił akcję w kraju, w którym spotkanie takiego boga byłoby logiczniejsze (u nas spodziewałabym się raczej czegoś słowiańskiego czy katolickiego).

 

No, tak czy inaczej, jestem usatysfakcjonowana lekturą. Klikam bibliotekę.

Dziękuję, kam_mod smiley

 

Bardzo pochlebne skojarzenia, szczególnie z “Pięknym umysłem”, który bardzo cenię.

 

Polska może tu i nie pasuje aż tak bardzo. Znalazłabym pewnie kilka sporych klubów w większych miastach, tak samo meliny i inne wymienione miejsca. Podobnie jak, przynajmniej podających się za takowych, “wyznawców” voodoo w światku ezoterycznym. Placki to już nabyta wiedza bohatera.

Skoro jednak kilka osób zauważyło, że miejsce wygląda raczej na Nowy Orlean czy inne podobne, to nie będę lokalizacji narzucać, szczególnie że podałam ją tylko jako domyślną w opisie, w samym tekście nic na ten temat nie ma.

 

Jeszcze raz dziękuję, także za bibliotekę, i cieszę się, że się podobało. smiley

W tym opowiadaniu nie podoba mi się tylko jedna rzecz. Tytuł. Sugeruje tekst zdecydowanie bardziej sentymentalny, smutniejszy niż ten, z którym rzeczywiście mamy do czynienia. 

 

Poza tym, jest naprawdę dobrze. Czyta się gładko, historia jest spójna, ma nawet nieduży twist pod koniec. Czuć tu celowość i to mi się podoba. Na poziomie emocjonalnym odwaliłeś kawał dobrej roboty. Ten tekst się po prostu czuje. Podczas lektury miałem wrażenie, że pod stopami dudnią mi basy (a może bębny?), a powietrzu unosi się tytoniowy dym. 

Kreacja postaci jest porządna. Nie powala, nie zachwyca, ale też nie wybija z rytmu, nie przeszkadza. W takim opowiadaniu to wystarczy.

Z natury jestem marudny, ale tu po prostu nie mam ochoty się czepiać. To po prostu bardzo dobry tekst.

 

No, może malutki czep (tak dla podtrzymania reputacji) – również potknąłem się na tym nieoczekiwanie niematerialnym tłumie.

Dziękuję, None.

 

Cieszy mnie to, że nie masz ochoty się czepiać. Nie nabieraj jej, ok? wink

 

Co do tytułu – miałam z nim problem, z początku brzmiał “DJ Sammy”, ale jeszcze bardziej nie pasował mi do klimatu historii. “Michałku, odejdź” w zamierzeniu miało mieć ton rodzica odsyłającego natrętne dziecko, ale może być odczytany bardziej poważnie. I wtedy, masz rację, wpływa na oczekiwania co do nastroju tekstu.

 

Chyba będzie trzeba popracować nad tym (niematerialnym) tłumem. indecision

Dziekuję za uwagi i dobre słowa.

Dobre :)!

Czyta się samo. Napisane bardzo porządnie (prawie, ale o tym za chwilę). I pomysł ciekawy, i sceneria, i bohaterowie. No dobre to po prostu.

Dodatkowy plusik za Prodigy :).

A co do czepialstwa:

– “na wcześniej przygotowanym podniesieniu” – chyba podwyższeniu? podniesienie to jednak całkiem co innego – https://sjp.pwn.pl/sjp/podniesienie;2502455.html ;

– “z pobliskiego sklepu alkoholowego” – kurcze, u nas się mówi “monopolowy”, ale jak w USA, to nie wiem;

– “próbując ułożyć szyję na kamieniu” – to zabrzmiało mi tak, jakby narrator kładł tę głowę;

– “tym bardziej nie odkładając ostrza” – a skądżeż to ostrze się wzięło? przed chwilą gość zapalał świece;

– “wskazał mój teatrzyk rozżarzonym końcem” – a to znowu brzmi, jakby Baron miał, hm, rozżarzony koniec ;).

 

Abstrahując od mojego czepialstwa – bardzo dobry tekst, który wyekspediowałem tam, gdzie jego miejsce ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Jak widać, dałem klika do biblioteki, co wyraźnie sugeruje, że jestem w sumie zadowolony z lektury.

Teksty z konkursu, w którym sam biorę udział, planowałem komentować po terminie zgłoszeń, ale obowiązki dyżurnego stawiam wyżej niż prywatne widzimisię ;)

Przede wszystkim, dobrze się czyta to opowiadanie. Miałaś na warsztacie przemyślaną, zaplanowaną, konkretną, zamkniętą i dobrze rozłożoną na sceny opowieść (opowiastkę?). I to widać i czuć. Tekstu i scen jest akurat tyle ile trzeba. Na początek pochwalę zatem porządną konstrukcję. Warsztat od strony technicznej też całkiem, całkiem. Zdania czasem zachroboczą, ale ogólnie widać całkiem niezłe pióro. Od wytykania baboli są inni, więc proszę tylko, żebyś wzięła sobie do serca ich uwagi.

Lekturę na pewno ułatwia i uprzyjemnia "luzacki" styl opowieści i dosyć "luzacka" treść. Za to, że udało się Tobie nadać taki klimat historii, w której tle mamy przecież śmierć dziecka i rozpacz matki, też spory plus. Nic tu nie fałszuje, nic nie oburza w wymowie opowiadania, pomimo tej dysharmonii. Lekki humor też pasuje do całości.

Sam Baron od początku wzbudza sympatię, a to, w jaki sposób mówi, zachowuje się i jak działa, zaraz podsuwa pod oczy obraz wielkiego, wyluzowanego Mu… znaczy się Afroamerykanina. Czyli kreacja najważniejszej postaci też na plus. Ostatni dodam za sam pomysł, i chociaż nie jest on z gatunku tych zwalających z nóg, to jednak całość gra i pasuje na kilku płaszczyznach.

 

Kilka uwag:

 

Co to jest kleren w zdaniu:

– Prawie jak kleren – skomentował, śmiejąc się.

 

Jakie ściany grobu i po co je oklepywał w zdaniu:

 

Zabrał łopatę ustawioną obok najbliższego grobu, pospiesznie oklepał jego ściany i bez słowa odszedł do pobliskiej szopy.

 

Co to za dziwny szyk w drugim zdaniu poniższej wypowiedzi?

 

A na chuj mi kasa? Przynajmniej jak pomożesz, to się na coś przyda.

 

Powodzenia w konkursie.

 

Ps. Aha. Zapomniałem. Lekko mi fałszowały te zmiany czasu narracji. Nie tylko w scenie klubowej, bo pojawiły się też gdzieś w innych miejscach.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, Staruchu, za komentarze i za klika. :)

Cieszę się, że się podobało.

 

A co do czepialstwa…

 

– “na wcześniej przygotowanym podniesieniu” – chyba podwyższeniu? podniesienie to jednak całkiem co innego – https://sjp.pwn.pl/sjp/podniesienie;2502455.html ;

Racja.

 

– “z pobliskiego sklepu alkoholowego” – kurcze, u nas się mówi “monopolowy”, ale jak w USA, to nie wiem;

Też nie wiem, ale właśnie tego słowa mi brakowało. Czułam, że coś jest nie tak, tylko nie mogłam uchwycić co. Dziękuję. :)

 

– “próbując ułożyć szyję na kamieniu” – to zabrzmiało mi tak, jakby narrator kładł tę głowę;

Racja.

 

– “tym bardziej nie odkładając ostrza” – a skądżeż to ostrze się wzięło? przed chwilą gość zapalał świece;

Zmieniłam wcześniej w tekście na “Bydlę zaczęło się wykręcać i za nic nie mogłem uciąć mu głowy.”, żeby to ostrze choć domyślnie się pojawiło. Dla mnie było oczywiste, ale przeczytałam jeszcze raz i rzeczywiście nic w tekście nie wskazywało, jak on chciał się tej głowy koguta pozbyć.

 

– “wskazał mój teatrzyk rozżarzonym końcem” – a to znowu brzmi, jakby Baron miał, hm, rozżarzony koniec ;).

Dodałam jego, żeby się odnosiło do cygara. Może wystarczy, choć muszę przyznać, że Twoja wizja jawiła się dość atrakcyjną. :D ;)

 

Ps. Czepianie jest dobre, czepianie sprawia, że zauważam w tekście błędy i niejasności, które wcześniej mi umknęły.

Czepianie jest dobre

No nie wiem. Ja osobiście jestem wtedy zły, że babolków nie zauważyłem ;P. Ale później mi przechodzi :D.

W każdym razie – teraz czuję się zadowolony, że mogłem być pomocny.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Mr.maras, dziękuję za bardzo przychylny komentarz, i za klika do biblioteki. :)

 

Od wytykania baboli są inni, więc proszę tylko, żebyś wzięła sobie do serca ich uwagi.

Biorę, naprawdę biorę sobie ich uwagi do serca. Każdą ponadto analizuję i nawet, jeśli się z nią nie zgadzam, to staram się zapamiętać, co czytelnikom się podoba, co nie, co im w tekście zgrzyta. Tak na przyszłość.

 

Co to jest kleren w zdaniu:

– Prawie jak kleren – skomentował, śmiejąc się.

“Bawon Samdi is notorious for his formidable appetite. He even makes his own liquor: raw kleren, a form of cheap rum, steeped in 21 hot peppers, which renders it so spicy that no other lwa can bear to drink it.”

Za https://www.britannica.com/topic/Bawon-Samdi

Kleren to rodzaj taniego rumu, wytwarzanego przez Barona.

 

Jakie ściany grobu i po co je oklepywał w zdaniu:

 

Zabrał łopatę ustawioną obok najbliższego grobu, pospiesznie oklepał jego ściany i bez słowa odszedł do pobliskiej szopy.

Tak mi się wyobraziło zakończenie wykopywania grobu – oklepanie jego ścian, coby ziemia się nie osypywała. Czyli kończył zadanie wcześniej rozpoczęte. Teraz to widzę. Nigdzie nie wspomniałam, że to świeżo wykopany grób. Dodane.

 

Co to za dziwny szyk w drugim zdaniu poniższej wypowiedzi?

 

A na chuj mi kasa? Przynajmniej jak pomożesz, to się na coś przyda.

Logika pijanego.

 

Ps. Aha. Zapomniałem. Lekko mi fałszowały te zmiany czasu narracji. Nie tylko w scenie klubowej, bo pojawiły się też gdzieś w innych miejscach.

Wezmę pod uwagę na przyszłość. Tu mi tak akurat pasuje.

 

Jeszcze raz dziękuję. :)

Staruchu, mnie też to z początku irytuje i się czasem nawet od głupich wyzywam, no bo jak można kilka razy czytać, poprawiać i oczywistości przegapić?

A potem myślę, że fajnie, że jest taki Staruch i kilka innych osób, które to wyłapują i w miły sposób mi wytykają. I mi przechodzi. I następnym razem czytam jeszcze dokładniej. A babolki znowu, jak te chochliki, się wkradają do tekstu. ;)

Dziękuję za pomoc. :)

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Przeczytawszy z ukontentowaniem :) Poza tym wszystkim, co już napisali pozostali, od siebie dodam, że podobał mi się zabieg zmiany czasu narracji we fragmencie, gdzie bohater jest pod wpływem narkotyków (”A może to nie prochy? Może to magia?” ). Przez to odbiór imprezy staje się bardziej dosadny.

 

Klimatycznie nieco zbliżone do niektórych opowiastek Gaimana, przynajmniej w moim odczuciu :)

Pozdrawiam!

Dziękuję, Anetarya. :)

Loa i klub w całkiem zgrabnym połączeniu. Fabuła prosta, ale nakreślona postać Barona urzeka poglądami oraz pragmatyzmem. Generalnie to opowieść o nim i jak na tak krótki tekst, wychodzi nad zwyczaj nieźle.

Podsumowując: krótki, ale skoncentrowany na głównym elemencie koncert fajerwerków. Dobrze nakreślona postać główna, z fajnym pomysłem na wkręcenie współczesności.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Czuję się zaszczycona Twoim komentarzem, NoWhereMan.

Dziękuję. blush

Miło tu widzieć jurorkę. smiley

Przybywam z nieco spóźnionym komentarzem z bety:

Ciekawy wybór postaci – dla mnie było to pierwsze spotkanie z Baronem Samedi, ale bardzo satysfakcjonujące, bo stworzyłaś wyrazistą kreację. Uśmiałam się z tego zbiorowego przeprawiania dusz na drugą stronę. ;)

Samo opowiadanie ma przyjemny klimat czarnej komedii i przejrzyście poprowadzoną fabułę. Świetnie się czyta.

I ten epilog też ładny, jak rozwiewający się dym.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Spodobało mi się. Bo choć bohater przeżywa podwójny dramat rodzinny, to rzecz została opowiedziana niezwykle lekko, miejscami zabawnie, bez zbędnego wzbudzania współczucia.

A Baron Samedi, no cóż, Baron jest po prostu bardzo fajny! ;D

 

Po­ki­wał głową do mojej opo­wie­ści i swo­ich myśli… –> W jaki sposób można pokiwać głową do opowieści i myśli?

 

Się­gną­łem po kawę, by się ocu­cić, wy­pi­łem so­lid­ne­go łyka… –> …wy­pi­łem so­lid­ny łyk

 

Wy­sze­dłem do głów­nej sali… –> Raczej: W­sze­dłem do głów­nej sali… Lub: Wy­sze­dłem z głów­nej sali

 

Nie co dzień ba­wi­li się przy mu­zy­ce ser­wo­wa­nej przez gwiaz­dę. –> Muzyki się nie serwuje.

 

Wstał, wyjął zza po­mni­ka bu­tel­kę i po­cią­gnął so­lid­ne­go łyka. –> …i po­cią­gnął so­lid­ny łyk.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czwarte opowiadanie w tym konkursie, które przeczytałem i w końcu poczułem ten dreszczyk. To jest to co wciąga czytelnika. Ciekawa historia z tajemniczością i mrokiem w tle a na końcu mrok się rozwiewa i na niebo wychodzi słońce. Bardzo dobre. Postać Barona Samedi idealnie nakreślona, odzwierciedla jego pierwotny charakter ukształtowany czasami w jakich się znajdujemy, nadgryziona zębem czasu. 

Dziękuję, black_cape, za opinię i przede wszystkim za betowanie. smiley

Tomasz R.Czarny, cieszę się, że aż tak się podobało. smiley

regulatorzy, dziękuję za pozytywną opinię, uwagi i sugestie poprawek, z których jak najchętniej skorzystam. smiley Niektóre już wprowadziłam, nad niektórymi muszę pomyśleć.

Bardzo proszę, Yantri, i PSNP. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Potknąłem się na tym akapicie:

Owionął mnie zapach cygar i alkoholu, gdzieś daleko zagrała ledwie słyszalna muzyka, a twarz przybysza zdała się czaszką. Zanosił się demonicznym śmiechem. Po chwili wizja zniknęła,

Jeżeli trwało to tylko przez chwilę, bardzie pasowałoby konsekwentne trzymanie się formy dokonanej, czyli “zaniósł się”.

a ja patrzyłem w czarne oczy w przed chwilą jeszcze białym obliczu czarnego człowieka.

a tu jest trochę zagmatwane, długa konstrukcja, bez przecinków, z dwoma “w”.

 

A poza tym całkiem, całkiem.

Fragment w czasie teraźniejszym razi na pierwszy rzut oka, po chwili zastanowienia kupuję jednak ten zabieg. Do Ciebie należy decyzja, czy chcesz, żeby czytelnik tak reagował, czy żeby lektura zyskała na płynności.

A do Barona Samedi mam słabość, o czym mam nadzieję Was niebawem przekonać ;)

 

Dziekuję za uwagi, coboldzie.

Co do formy dokonanej, to masz zupełną rację, jakoś mi ten czasownik umknął. Poprawiłam. Dziękuję.

a ja patrzyłem w czarne oczy w przed chwilą jeszcze białym obliczu czarnego człowieka.

a tu jest trochę zagmatwane, długa konstrukcja, bez przecinków, z dwoma “w”.

 

Przyznaję, że konstrukcja do najszczęśliwszych nie należy, natomiast oddaje to, co “widziałam” pisząc tę scenę. Utknęłam z nią i nie za bardzo wiem, jak zmienić. Wszelkie pomysły i podpowiedzi mile widziane. :)

 

Czas teraźniejszy zostaje. Nie wszystkich razi, a skoro “kupujesz ten zabieg”, to i najgorszym wyborem nie jest. Spróbowałam przepisać te fragmenty w czasie przeszłym i nie miały już pożądanego wydźwięku, przynajmniej nie dla mnie. Biorę uwagi na ten temat za wskazówki, że taki zabieg jest czymś, nad czym muszę jeszcze popracować, by wplatać go w tekst bardziej płynnie właśnie.

 

Z ciekawością przeczytam Twoje opowiadanie z Baronem Samedi. :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Miło widzieć jurorkę. :)

Podoba mi się zmienny nastrój akapitów. Scena przywoływania barona jest lekko humorystyczna, potem się robi smutno, surrealistycznie, a na końcu happy end, i to wszystko współgra ze sobą. Znaczenie takich słów jak “Lanmó” czy “Ginen” można wywnioskować z kontekstu, a dodają fajnego klimatu, widać, że odrobiłaś lekcje przed pisaniem. 

Że tak zacytuję klasyka: “Fajne, podobało mi się”.

Dziękuję, wojtasie.

Starałam się wpleść kilka określeń specyficznych dla voodoo własnie dla klimatu, ale tak, żeby dało się wywnioskować lub domyślić i żeby nie zmuszały czytelnika do przerywania lektury i szukania w googlu. Cieszę się, że mi się udało. I że się podoba. :)

Fajna, interesująca historia. Podoba mi się, w jaki sposób Baron pełni swoje zwyczajowe funkcje. Jakoś to współczesne wcielenie wydaje się do niego pasować.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo.

Jeśli się nie mylę, to kult voodoo nadal funkcjonuje, a loa są postrzegane jako wciąż żywe, więc nigdy nie wiadomo, co Baron teraz porabia. ;)

Z tymi nieśmiertelnymi to człowiek nie zna dnia ani godziny… ;-)

Babska logika rządzi!

O, dokładnie tak. :-)

Bardzo fajne, nieoczywiste (nawet pozornie niepasujące) zestawienie motywów poważnych i smutnych (śmierć, załamanie) z takimi lekkimi elementami imprezowymi. Baron Samedi przedstawiony bardzo wyraziście, charakterystycznie, a także (uwaga, będzie dziwnie) w tej swojej boskości jakoś tak sympatycznie ludzki.

Język dobrany w tak fajny sposób, że z jednej strony te smutne zdarzenia pozostają w świadomości czytelnika, z drugiej nie wywołują takiego “pustego” żalu, o tyle w tym przypadku bezcelowego, że jednak tekst służy w pewien sposób (choć, ma się rozumieć, nie tylko) przedstawieniu Barona Samediego i jego poczynań w rzeczywistym świecie.

Jeżeli czegoś mi zabrakło, to chyba tylko elementu, który pozwoliłby wyraźnie wyróżnić się temu opowiadaniu spośród pozostałych. Takiego, jaki można było znaleźć u Leniwego2, czy Black_Cape. Inna rzecz, że podobną uwagę można wystosować również i do mojego tekstu, a pozwalam sobie na nią wyłącznie przez wzgląd na fakt, że tutaj widzę jeszcze pewne rezerwy. Tym nie mniej nie traktuj tego jako jakiś zarzut, bo powołałem się przecież na teksty walczące o piórko. Twoje opowiadanie jest bardzo dobre, czytało się naprawdę fajnie.

Pozdrawiam. :-)

Doczekałam się Twojej rewizyty, CM. :) Cieszę się niezmiernie, także z tego, że opowiadanie Ci się podobało. Dziękuję za dobre słowa.

Tak naprawdę dopiero zbieram doświadczenie w trudnej sztuce pisania i pozytywne opinie bardzo mnie podbudowują. Co do tekstów Leniwego2 czy Black_Cape, to są to majstersztyki, które podziwiam, i trudno się obrażać za Twoją uwagę. Może któregoś dnia uda mi się wykorzystać rezerwy i też stworzyć coś wartego nominacji do piórka. :)

Na razie cieszę się, że ludziom się moje opka dobrze czyta, bo przecież o to chodzi.

Pozdrawiam. :-)

Doczekałam się Twojej rewizyty, CM. :)

Punktualność to nie jest moja najmocniejsza strona. :-)

Z drugiej strony wolę wpaść trochę później i napisać choć kilka zdań, niż klecić krótki komentarz w pośpiechu i z zegarkiem w dłoni.

I bardzo dobrze. :-)

Dodam, że warto było poczekać, bo Twój komentarz jest naprawdę porządny i przydatny.

 

Pozdrawiam. :)

Pomysł na Barona Samedi i jego losy – znakomity. Bardzo dobrze wpisany zarówno w mit tej postaci, jak i i jej kulturowe znaczenie. Doceniam smaczki w rodzaju humorystycznego mini-twistu z kogutem. Ta idea ze sceną klubową – znakomita. Trochę mniej porwała mnie fabuła – wiem, że naznaczyłyśmy mały limit, ale osobisty dramat bohatera i powód jego kontaktu z Baronem troszkę mało, jak dla mnie, wybrzmiewa i jest nieco zbyt pretekstowy, zwłaszcza biorąc pod uwagę emocjonalną wagę straty dziecka. Ale generalnie opowiadanie udane.

Mogę się podpisać pod opinią ninedin, dodam tylko, że niejasne było dla mnie, że rzecz dzieje się w Polsce – to koniecznie trzeba podkreślić, jeśli opowiadanie trafi do antologii. Dla Barona to powinno też być czymś zaskakującym – dodałabym idącego w tym kierunku dramatyzmu scenie spotkania. Oraz zdecydowanie zmieniłabym nutę tragedii bohatera – tu możesz pograć nawet na wysokich emocjach, bo on przecież powinien być wykończony sytuacją z żoną, a zarazem złamany śmiercią dziecka.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ninedin, Drakaino, przede wszytkim serdecznie dziękuję za polecenie mojego opowiadania do antologii, oraz za tak pozytywne opinie.

 

Jeśli chodzi o Polskę, to takie było założenie, ale tekst jakoś poszedł swoją drogą i po tym, jak udało się w nim stworzyć tę nowoorleańską atmosferę, zrezygnowałam z jakiegokolwiek umiejscawiania akcji. Lepiej niech klimat mówi sam za siebie.

 

Co do tragedii bohatera… istnieją ludzie, którzy w obliczu najstraszniejszych wydarzeń odcinają emocje i skupiają się na działaniu. Oni nie są w stanie opisać tego, co się wydarzyło inaczej niż prostymi zdaniami. To ci, co organizują wszystko i nigdy nie płaczą na pogrzebach. Takim człowiekiem jest ojciec Michałka. On działa, szuka pomocy dla żony, bo inaczej jego świat straci sens. On nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. I to on jest tu narratorem. Jak tak patrzę na ten tekst, to może rzeczywiście kreacja postaci jest zbytnio pozostawiona w domyśle, może powinnam to dokładniej opisać, choćby w jego zachowaniu i myślach już po rozwiązaniu problemu. Przyjrzę się temu.

 

Bardzo dziękuję za wszelkie wskazówki. :)

Przyjmuję autorskie wyjaśnienie, ale fajnie by było, gdyby to wszystko czytelnik odczytywał z tekstu :) Jeśli pójdzie do antologii, będziesz miała czas popracować nad tym z redaktorem.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Masz całkowitą rację, powinno sie to znaleźć w tekście. I prawdopodobnie się znajdzie w najbliższym czasie, dla nowych czytelników, i żeby mnie nie dręczyło, że zostawiłam temat w takim punkcie. :)

Nowa Fantastyka