- Opowiadanie: Emzetx - Po drugiej stronie mgły

Po drugiej stronie mgły

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Po drugiej stronie mgły

 Budziki mają to do siebie, że gdy ich najbardziej potrzebujesz, buntują się niczym androidy w Bladerunnerze i odmawiają wszelkiego posłuszeństwa. Właśnie w takiej sytuacji zostałem postawiony przez mój budzik gdy ocknąłem się z głębokiego snu w sobotni poranek i stwierdziłem, że za niecałe pięć minut musze być po drugiej stronie miasta. Wziąłem rekordowo szybki prysznic narzuciłem jeansy, czarny t-shirt i wiedząc, że komunikacja miejska lubi naśladować skandaliczne zachowanie budzików wsiadłem do samochodu chwytając po drodze paczkę suchych płatków śniadaniowych. Niestety moim porannym przemyśleniom umknął fakt, iż Alfy romeo są jeszcze bardziej od budzików kapryśnymi stworzeniami. Zakląłem próbując odpalić silnik auta, które widziało więcej wiosen niż ja.

-Proszę cię, działaj– powiedziałem głaszcząc delikatnie tapicerkę– Błagam.– Po chwili moich uszu dobiegł słodki dźwięk odpalającego silnika. Alfa z trudem ruszyła z podjazdu i pozwoliła wyjechać mi na ruchliwą ulicę przed domem. Miasto dopiero budziło się z sobotniego snu. Na ulicach widać było nielicznych ludzi, których kariera zmuszała do pracy o tak niewdzięcznej porze. Gdzieniegdzie dało się zauważyć maruderów wracających dopiero po piątkowych przygodach, snujących się niczym zombie z pochylonymi głowami i wyrazem dogłębnego zmęczenia na twarzach. Letnie słońce leniwie wtaczające się na nieboskłon delikatnie muskało maskę samochodu zmuszając mnie do zmrużenia oczu. Po kilku minutach jazdy skręciłem w przecznice głównych alei, a moim oczom ukazał się cel podróży. Biuro turystyczne ADventure mieściło się w starej kamienicy o zniszczonej latami deszczu i wiatru, ohydnie szarej fasadzie. Szyld na którym mieściła się nazwa biura i kiczowaty obrazek tropikalnej plaży przykryty był delikatnie przez pył z ulicy i obsrany przez gołębie, w takim stopniu, że trzeba było wytężyć wzrok, aby móc dostrzec jego zawartość. Okna kamienicy ostatni raz myte były, prawdopodobnie, w ramach celebracji zakończenia drugiej wojny światowej, a osoba, która to robiła nie przyłożyła się jakoś specjalnie do swojej pracy. Część kurzu na framugach pochodziła jeszcze prawdopodobnie spod butów maszerującej rosyjskiej armii. Miejsce to nie wyglądało zachęcająco i prawdopodobnie z własnej woli nigdy bym się do niego nie wybrał. Zaparkowałem samochód między koszem na śmieci a furgonetką dostawczą z dumnym napisem „Żabka’ i spojrzałem na zegarek. Nie było tak źle, spóźniłem się zaledwie 15 minut. Wysiadłem i skierowałem się szybkim krokiem w stronę wspomnianego biura podróży. Trójka zniecierpliwionych znajomych czekała już na mnie przed drzwiami biura.

-Czemu nie odbierasz telefonu– Julka spojrzała na mnie wzrokiem pełnym krytyki. Była wyjątkowo piękną młodą dziewczyną, o długich, ciemno-kasztanowych włosach, dużych piwnych oczach, w których tańczyły wesołe iskierki, i lekko tajemniczym, milczącym uśmiechu.

-Jest szabas– zażartowałem. Żart spotkał się jedynie ze wzruszeniem ramion i karcącym potrząśnięciem głową– W każdym razie… wejdźmy– Gdy wchodziliśmy do środka naszym oczom ukazało się skromne pomieszczenie. Na nieotynkowanych ścianach wisiały liczne ulotki przedstawiające wysokie, groźne szczyty, piaszczyste plaże, wrzosowiska, średniowieczne zamki, francuskie pałacyki i dziewicze puszcze pełne tajemnic i dzikich zwierząt. W nozdrza uderzył mnie średnio pasujący do sytuacji zapach świeżo wyjmowanych z pieca czekoladowych ciasteczek. Przypomniało mi to o lichości mojego dzisiejszego śniadania składającego się z kilku garści zjedzonych w pędzie płatków śniadaniowych. Za staromodną ladą z dębowego drewna stał ubrany w schludną marynarkę mężczyzna z długimi spiętymi w kucyk czarnymi włosami i kozią bródką.

-Witajcie w moim skromnym biurze– Powitał nas niskim głosem szczerząc w uśmiechu zęby, białe niczym w amerykańskich reklamach pasty do zębów. Po powitaniu przeszliśmy prosto do ustalania kierunku wakacji. Niechybnie powinno to być proste, jednak w obecności czterech osób szybko okazało się, że każdy dysponuje lepszym pomysłem.

-Jeśli nie możecie się zdecydować– Po kilku minutach przerwał naszą zapalczywą dyskusje pracownik biura– może pozwolimy zdecydować losowi– Spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem.– Nie martwcie się. To zawsze działa– dodał uśmiechając się tajemniczo. To mówiąc wyciągnął z kieszeni złotą monetę i zaczął przerzucać ja pomiędzy palcami, rozkładając przy tym ulotki różnych miejsc na stole. Sprawność z jaką obracał monetę w palcach była zupełnie nienaturalna. Spojrzałem na Julkę i zobaczyłem w jej oczach niepewność wobec całej tej sytuacji. Nagle moneta dosłownie wystrzeliła w górę z ręki pracownika i z charakterystycznym brzękiem wylądowała na jednej z ulotek.

-Norwegia– rozległ się ponownie jego niski głos. Słychać w nim było dużą dozę entuzjazmu. Sytuacja, w której pracownik biura podróży losowo wybiera dla klientów destynacje może wydawać się absurdalna, jednak w postawie i pewności siebie tegoż pracownika, coś sprawiało iż sytuacja ta wydawała się całkiem naturalna.

-Ha!- Krzyknął Marcin, który od początku chciał jechać na bardziej ekstremalną wycieczkę. Marcin był dość przystojnym i wysokim młodzieńcem o wyraźnych kościach policzkowych i podłużnej twarzy. Jego głowę zdobiła wiecznie zaczesana do tyłu kruczo-czarna burza włosów. Nienawidziłem go, z jednego prostego powodu– był chłopakiem Julki. Mimo tego iż znałem go dość długo, zazdrość jest uczuciem potrafiącym doszczętnie zrujnować każdą relację. Julka pochyliła głowę w zrezygnowaniu, wiedziałem, że jest raczej fanką ciepłych krajów i niezobowiązującego trybu wypoczynku. Dobra książka, ciepły plażowy piasek i prażące letnie słońce. Alicja, trzecia towarzyszka podróży, przeciętnej urody brunetka, o dość bladej cerze i nie ustającym „poker face” nie wykonała żadnego ruchu, który zdradziłby jej nastawienie do tej sprawy. Mi było obojętne. Od dawna chciałem jechać na wakacje z Julką, a ona zgodziła się pod warunkiem, że oboje weźmiemy po jednej osobie. I w ten oto sposób wylądowaliśmy z jej Marcinem i flegmatyczną Alicją wpatrując się w ulotkę z napisem „Fauna i Flora Norwegii”.

-Wspaniale– Niski głoś pracownika biura ponownie wyrwał nas wszystkich z zamyślenia.– Spakujcie ciepłe rzeczy i weźcie plecaki bo zapowiadają się wam aktywne wakacje.– Zaoponowałbym ale widziałem, że Marcin był wniebowzięty, a i Alicji pod pozorną powierzchnią braku emocji w głębi duszy się to podobało, więc moja opozycja spotkałaby się z odpowiedzią „zgodziłeś się na losowanie” lub czymś równie jałowym i bezdyskusyjnym. Gdy wychodziliśmy z ciemnego biura podróży powoli dochodzące zenitu słońce oślepiło nas.

-Podwieźć cię?– spojrzałem na Julkę. Uśmiechnęła się do mnie w odpowiedzi i kiwnęła głową. Uśmiech ten, delikatny i milczący pojawiał się już nie raz w moich niespokojnych rozgorączkowanych snach. Wsiedliśmy do starej Alfy, która tym razem ruszyła bez większego oporu i ponownie wyjechałem na główne aleje, tym razem jednak pełne samochodów.

-Co myślisz o tym wyjeździe?– Zapytałem przerywając ciszę.

-Cudowny– W głosie Julki słychać było ogromną dawkę sarkazmu. – Czwórka nastolatków w chatce w Norwegii w środku lasu, brzmi jak materiał na horror.

-Być może– Uśmiechnąłem się.– Ponoć w pobliżu są chatki z innymi rodzinami– Dodałem. Julka przewróciła oczami i westchnęła wyrażając zrezygnowanie– Ale pojedziesz ma się rozumieć?

-A mam wybór?– Zapadła ponowna cisza przerywana tylko skrzypieniem mocno zużytej skrzyni biegów.

-Raczej nie.– Stwierdziłem i oboje parsknęliśmy cicho śmiechem.

 

* * *

Spakowanie się na dwa tygodnie do plecaka nie było łatwym zadaniem, szczególnie dla kobiet dlatego przez grzeczność zaproponowałem, że wezmę większy plecak i mogą się do niego spakować. Już na lotnisku poczułem, że żałuje tego wyboru. Stanęliśmy w kolejce do odprawy, gdy Marcin zadeklarował, że nada swój plecak. Wywołało to u nas zdziwienie ale Marcin uśmiechnął się enigmatycznie i odmówił przyznania się, dlaczego podjął taką decyzję. Nie lubiłem go i czasami wydawało mi się, że Julka zadaje się z nim tylko dlatego, żeby nie wyjść na niekonsekwentną osobę. Oczywiście ona, nigdy do tego by się otwarcie nie przyznała. Wkrótce potem siedzieliśmy już w małym samolocie do Ålesund. Założyłem słuchawki i zagłębiłem się w książkę, aby nie myśleć za bardzo o locie. Nigdy nie lubiłem specjalnie latać, mimo tego, iż mam świadomość, że więcej ludzi ginie choćby w wypadkach samochodowych. Lśniąca maszyna rozpędziła się po pasach lotniska i z gracją uniosła swój dziób w górę. Chwilę później byliśmy juz w powietrzu. Gdy startowaliśmy pogoda była typowo letnia. Przygrzewające słoneczko i zaledwie kilka bielutkich chmurek leniwie przesuwających się po niebie. Im bliżej jednak byliśmy celu podróży, tym bardziej pogoda stawała się północną. Niebo zaszło szarymi chmurami a silny wiatr zmusił samolot do obniżenia toru lotu. Już wkrótce pojawił się deszcz z piorunami. Spojrzałem na towarzyszy podróży. Marcin spał a Alicja patrzyła gdzieś w dal dość otępiałym wzrokiem. Mimo jej tajemniczości i flegmatyczności lubiłem ją. Była niezwykle inteligentna, oczytana. Julka natomiast zbladła i nerwowo poruszała nogą, widać po niej było, że lot samolotem a tym bardziej owa pogoda nie są jej w smak. Zdjąłem słuchawki i położyłem dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.

-Nie denerwuj się– powiedziałem siląc się na uspokajający głos.– Dolecimy.

-Nie denerwuje się– powiedziała. Julka nie potrafiła kłamać, głos zawsze jej się wtedy łamał. Przestała na chwilę ruszać nogą, ale gdy tylko zdjąłem rękę ponownie powróciła do wykonywania czynności, którą niektórzy nazwaliby tikiem nerwowym. Już miałem założyć ponownie słuchawki gdy moich uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk a kontrolka wyświetlająca polecenie „zapnij pasy” zaświeciła się. Julka głośno przełknęła ślinę.

-Spokojnie to napewno tylko turbulencje– powiedziałem bez przekonania.

-Proszę o zapięcie pasów i złożenie stolików– W głośnikach odezwał się spokojny i pewny głos kapitana. – Z powodu gęstej mgły i burzy na lotnisku w Ålesund wylądujemy 120 kilometrów od miasta na lotnisku polowym. Z góry przepraszam za wszelkie utrudnienia z tym związane.– Komunikat zakończył się cichutkim pyknięciem przypominającym to wydawane przez mikrofalówkę gdy pragnie nas poinformować, iż skończyła przygotowywać jedzenie. W samolocie nastał gwar, wszyscy przekrzykiwali się i krzyczeli na biedne, bogu ducha winne stewardessy. Julka zagłębiła się w fotelu mocno ściskając jego poręcz jedną ręką a drugą ramię Marcina, który nadal spał. Chwile potem wylecieliśmy z pod powierzchni chmur i naszym oczom ukazało się maleńkie polowe lotnisko z jednym szerokim pasem twardo ubitej ziemi. Powiedzieć, że lądowanie nie należało do najprzyjemniejszych byłoby więcej niż eufemizmem. Samolot trzasnął w ubitą ziemię z taką siłą, że kilka plecaków wyleciało na środek korytarza. Przy kilku siedzeniach pojawiły się maski z tlenem, które wypadły przez siłę uderzenia. W samolocie zapadła cisza. Wszyscy wstrzymali na chwilę oddech.

-Wylądowaliśmy– Rozległ się w głośnikach entuzjastyczny komunikat kapitana. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

* * *

– Jesteśmy w dupie– stwierdziłem trzymając mapę kupioną za 20 koron w maleńkim miasteczkowym markecie.– Z tego co się orientuje nasz domek jest około sto kilometrów stąd pomiędzy nami a Ålesund.

-Do tego nie jeżdżą tutaj busy– dodał Marcin. Spojrzeliśmy wszyscy na siebie z rezygnacją w oczach. Staliśmy tak przez chwilę w niezakłóconej wiejskiej ciszy. Przerywały ją tyko przejeżdżające przez małą wiejską drogę samochody. Samochody…

– Wiem!- przerwałem ciszę– pojedziemy autostopem. Napewno ktoś tu jedzie w kierunku Ålesund.

– Jeszcze więcej materiału na Horror– Alicja odezwała się pierwszy raz na tym wyjeździe.

-Spokojnie, jest nas przecież czwórka, co oznacza, że kierowca będzie jeden– Stwierdziłem po namyśle.

-A poza tym mamy broń– Oznajmił dumnie Marcin. Spojrzeliśmy na niego w zdumieniu.  On tymczasem pogrzebał chwilę w plecaku i wyjął srebrny, lśniący rewolwer.

-Co to kurwa jest?– Spytałem zezłoszczony. Dlaczego ten oszołom zabrał na wakacje rewolwer?? Zaczynało mieć sens dlaczego chciał nadać swój bagaż a nie przechodzić z nim przez odprawę.

-Magnum kaliber czterdzieści cztery– Stwierdził Marcin, jakby moje pytanie nie było retoryczne i uśmiechnął się szeroko pokazując nam, że broń jest załadowana ośmioma pociskami. – No co się tak gapicie, mój tata pracuje w Policji, dostać pozwolenie na pistolet to pestka. Jeszcze mi podziękujecie, że wziąłem broń.– Pokręciłem w rezygnacji głową. Szykowały się pełne wypoczynku wakacje. Dochodziła trzynasta gdy stanęliśmy przy drodze. Lekki zimny wietrzyk potrząsał przydrożnymi sosnami. Gdzieś w oddali przez lasek przemknął Łoś lub renifer– ciężko stwierdzić z takiej odległości. Jak na środek dnia było dosyć ciemno gdyż szare chmury spowijały całe niebo pozwalając tylko nielicznym promykom słońca przebrnąć drogę do naszych oczu. Większość aut ignorowała nas gdyż najzwyczajniej nie było w nich tyle miejsca. Staliśmy około godzinę a przejechało ich tylko pięć. Ciężko to było nazwać ruchem na drodze. Wiatr wzmógł się i mimo letniej pory roku zaczynaliśmy już naprawdę marznąć. Wyciągnąwszy swetry z plecaka zauważyłem, że z oddali zbliża się duży van. Prawdopodobnie volkswagen. To była nasza szansa. Nie pomyliłem się w domysłach albowiem już po chwili samochód zatrzymał się przy nas.

-hvor skal du hen?– rozległo się pytanie z uchylonego okna.

-Nie mówimy po norwesku– odpowiedź padła oczywiście w języku Angielskim.– Musimy się dostać w pobliże Ålesund.– Dodałem.

-Ålesund? cudownie się składa, właśnie tam jadę. Wsiadajcie– Zaskakująco ładnym Angielskim odpowiedział kierowca. Bez większego wahania wsiedliśmy do samochodu. Norweg wyglądał bardzo życzliwie.

-Jestem Mikelssøn– przedstawił się po usłyszeniu naszych imion. Opowiedzieliśmy mu po krótce co doprowadziło nas do sytuacji, w której się teraz znajdujemy. Mikelssøn, na oko czterdziestoletni mężczyzna, miał krzaczastą rudą brodę i około dwóch metrów. Gdybym zobaczył go w innych okolicznościach niż kierowanie nowoczesnym Vanem, przyrzekłbym, że jest wikingiem. Niskim głosem zaczął opowiadać o swojej rodzinie i miasteczku, w którym mieszka a także celu jego podróży do Ålesund.

-Zatrudniam się na dwa miesiące jako marynarz w kompani handlowej– Mówił– będę miał wysokie stanowisko więc jak na dwa miesiące pracy będzie to całkiem niezły zarobek.– Po kilkunastu minutach niski spokojny głos potencjalnego wikinga i jego opowieści o morskich wyprawach na kontenerowcach zaczęły mnie usypiać i ocknąłem się dopiero gdy zatrzymaliśmy się przy dużej drewnianej budzie.

-To moja ulubiona karczma.– Objaśnił Mikelssøn.– Mają tu wyborną pieczeń z renifera.– Zaparkował vana blisko wyjścia i otworzył ciężkie drewniane drzwi do przybytku. W środku panował półmrok, gdyż jedynym źródłem światła był trzaskający rozpalony kominek i kilka świeczek ustawionych na stołach. Na ścianach rozwieszone były skóry przeróżnych zwierząt leśnych. Starsza kobieta

powitała nas po norwesku i nie podając żadnej karty poszła na zaplecze po czym wróciła z ogromną pieczenią z renifera i jakąś sałatką. Mikelssøn cały czas coś mówił ale kiedy tylko przyniesiono jedzenie, zamknął się i rozpoczął wchłanianie pieczeni. Julka nie chciała jeść renifera a Alicja była wegetarianką więc zadowoliły się sałatką. Marcin odkroił sobie ogromny kawał reniferowego przysmaku. I ja chciałem to zrobić ale zauważyłem pełen wyrzutów wzrok Julki i również, dla spokoju sumienia, musiałem zadowolić się sałatką. Mikelssøn spojrzał na nas w sposób w jaki patrzy się na grubych anglików przebranych za kobiety w różowych sukienkach, ale po chwili wrócił do pałaszowania. Miła starsza Pani porozmawiała chwilę z Norwegiem uścisnęła mu rękę i się pożegnała. Obiad jak się okazało, zjedliśmy na koszt firmy. W ponowną drogę ruszyliśmy najedzeni i ogrzani co zdecydowanie poprawiło wszystkim humory. Zacząłem się zastanawiać czy możemy w jakikolwiek sposób odwdzięczyć się Mikelssønowi gdy nagle samochód zatrzymał się.

-Ludder! – Zaklął norweg i wysiadł z samochodu– Nie wiem jak mogłem to przeoczyć ale skończyło się paliwo. Mam chyba zepsutą kontrolkę…

-Ile stąd do Ålesund? -zapytałem. Mikelssøn tylko pokręcił głową.

-Za daleko– Wiking zamyślił się na chwilę, po czym wyciągnął laminowaną mapę i zaczął się jej przyglądać.– Na szczęście tam za tym sosnowym laskiem jest stacja benzynowa. Dojdziemy tam w dwadzieścia minut. – Stwierdził. Po czym zamknął auto. Zostawiwszy plecaki w bagażniku wszyscy w piątkę ruszyliśmy w kierunku rzeczonej stacji benzynowej. Kątem oka dostrzegłem, że Marcin wziął ze sobą rewolwer którego rączka sterczała zza tylnego paska.

– Oby nie zrobił czegoś głupiego– Pomyślałem i rozejrzałem się po okolicy. Wiatr delikatnie potrząsał sosnami wydając przy tym lekki uspokajający szelest. Wszyscy byliśmy trochę przerażeni wizją przeprawy z obcym człowiekiem w środku obcego kraju przez las do rzekomej stacji benzynowej, ale nie bardzo mieliśmy inne opcje. Poza tym jak dotąd Mikelssøn prezentował się jako nad wyraz miła persona.

– Stresujesz się?– zapytałem Julkę, która wzruszyła ramionami

-Mogło być gorzej– Odpowiedziała, jednak w jej oczach widać było smutek. Jak zwykle los udowodnił, że takich słów się nie mówi…

-Co to do cholery– Mikelssøn przystanął.– Przed nami zaczynała się biała ściana nieprzeniknionej mgły. Norweg spojrzał na mapę.– Idziemy dobrze. Już niedaleko– Stwierdził. – Spojrzałem na towarzyszy podróży. Wszyscy pobledli odrobine na perspektywę wchodzenia w tak gęstą mgłe w środku norweskiego lasu.

-Mówiłaś coś o materiale na horror?– szepnąłem do Julki, próbując dodać jej otuchy żartem, ale osiągnąłem skutek odwrotny.

-Nie szepczcie tak za moimi plecami po Polsku, bo zastanawiam się czy nie planujecie na mnie morderstwa– Rubasznym śmiechem przerwał nam Mikelssøn.– No już, nie bójcie się to tylko mgła.– Po czym dodając wszystkim otuchy pewnym krokiem wszedł w nieprzeniknioną mleczną ścianę. Cała grupa ruszyła za nim. Po raz kolejny los udowodnił aby nie wypowiadać słów „mogło być gorzej”. Po minucie marszu zaczęliśmy grzęznąć w błocie po kostki.

-Jest tu małe bagno. – Zaczął spokojnym głosem norweg– Ale nie martwcie się zaraz przez nie przejdziemy. Idźcie po suchych wysepkach trawy. Ruszyliśmy zapadając się co krok w błocie za Mikelssønem, któremu zaskakująco dobrze szło wyszukiwanie owych wysepek trawy. Mgła zgęstniała. Gdy już myślałem, że gorzej być nie może, usłyszałem głośno wciągającego powietrze norwega.

Spojrzałem w kierunku, w którym i on patrzył lecz gęsta mgła nie pozwalała mi dojrzeć powodu zmartwienia norwega. Zmartwienie może być tu nawet eufemizmem, gdyż Mikelssøna dosłownie zamurowało.

-Co do chuja…– Zdołał wykrztusić. Podszedłem w miejsce gdzie stał i moim oczom ukazał się widok, który do dziś nawiedza mnie w nocnych koszmarach. Na ogromnej płaczącej wierzbie dojrzałem coś co z początku wyglądało jak worek z kamieniami, jednak sekundę pózniej dostrzegłem wisielca. Autentycznego wisielca. Miałem ochotę zwymiotować ale powstrzymałem się i spojrzałem na Julkę. Stała blada jak mgła ograniczająca naszą widoczność, z głową w rękach i powtarzała w kółko „to się nie dzieje naprawdę”. Patrząc na Julkę zauważyłem niepokojący fakt. Marcina i Alicji nigdzie nie było. Tego już było za wiele.

-Co tu się…– zacząłem ale przerwało mi wycie psa. Wycie psa tak upiorne, że przeniknęło przez skórę do moich kości i rozprzestrzeniło się rezonując w całym moim ciele. Sekundę pózniej naszych uszu dobiegł wystrzał z pistoletu.

-To Marcin– wyszeptałem. Pierwszym instynktem moim i Julki była ucieczka, ale gdy zobaczyłem, że odważny Mikelssøn rzuca się w kierunku skąd dobiegł dźwięk wystrzału, pobiegłem za nim chwytając towarzyszkę za rękę. Biegnąc za norwegiem grzęźliśmy w błocie, być może trwało to pare sekund ale ja odczułem to jak godziny. W końcu wiking zatrzymał się. Coś zamurowało go. Spojrzawszy w tamto miejsce straciłem resztki wiary, że to wszystko dzieje się naprawdę. Głowa Marcina nie była już jedną całością z ciałem. Dookoła rozlana była jego krew a cała scena wyglądała jak wyjęta prosto z ekranu telewizora. Jakby tego było mało ponownie rozległo się wycie psa. Podbiegłem i chwyciłem leżący na ziemi pistolet Marcina.

-Nie może być…– Mikelssøn stał jak słup soli pokazując ręką w jednym kierunku. – Słyszałem legendy ale…– Spojrzeliśmy z Julką w kierunku, który norweg pokazywał. To co ujrzeliśmy oraz wszystko co zdarzyło się potem ciężko będzie opisać, gdyż chaotyczność i nieludzkość owych wydarzeń uchwycić w tekście niepodobna. W oddali, w miejscu gdzie pokazywał Mikelssøn stał ogromny człowiek. A przynajmniej humanoid, gdyż na oko trzy metrową postać z kolcami wyrastającymi z ramion ciężko nazwać człowiekiem. Ciężko powiedzieć o tym zjawisku więcej gdyż gęsta mgła pozwalała nam zobaczyć tylko jego zarys. W rękach trzymał ogromny oparty o ziemie dwusieczny topór. Przy jego nogach stały natomiast dwa psy. Jeśli widzieliście kiedyś średniej wielkości niedźwiedzia to możecie w przybliżeniu wyobrazić sobie wielkość owych bestii. Nie zdążyłem ujrzeć więcej szczegółów gdyż przerwał mi Mikelssøn.

-Uciekajcie– szepnął. Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Obróciliśmy się napięcie i grzęznąć w bagnie ruszyliśmy w szaleńczej ucieczce przed zjawami. Mikelssøn nie uciekał. „To moja wina” powtarzał po czym rzucił się na bestię z małym myśliwskim nożem w ręku w szaleńczym akcie heroizmu. Wycie ogromnych psów dobiegało nas z każdej strony. Nie mieliśmy pojęcia, w jakim kierunku biegniemy, gdy nagle jedna z bestii zagrodziła nam drogę. Z ogromnych pół metrowych kłów kapała jej świeża krew a oczy płonęły rządzą śmierci. Grzbiet jej pokryty był szarymi kolcami a warczenie przypomniało mi o dźwięku, który wydaje silnik mojego zdezolowanego samochodu. Nigdy, nawet na filmach nie widziałem czegoś tak okropnego. Odepchnąłem Julkę i stanąłem między nią a bestią, drżącą ręką unosząc pistolet. Czy się bałem? Oczywiście, że tak. Myślałem, że umrę ze strachu, jednak wola przeżycia wygrała. Bestia naprężyła mięśnie gotowa do skoku, lecz w tym samym momencie dwa razy nacisnąłem spust pistoletu. Dźwięk dwóch wystrzałów w krótkim odstępie ozwał się echem po bagnistej okolicy. Ogromny pies zaskomlał i upadł w locie na ziemie tuż pod moje nogi. Odetchnąłem na chwilę ze świadomością, że da się je zabić. Wycie ze wszystkich stron zbliżało się w przeraźliwym tępie. Pogodziłem się już chyba w tamtym momencie ze śmiercią wiedząc, że nawet gdybym trafił każdy pocisk, nie starczy nam amunicji na wszystkie bestie. Na szczęście Mikelssøn w swoim szaleńczym akcie spowolnił potwory na tyle, że dobiegliśmy aż tutaj. Chwytałem właśnie Julkę za rękę ostatecznie godząc się ze śmiercią, gdy nagle poczułem nosem najmniej pasujący do całej sytuacji zapach świeżo wyjmowanych z pieca ciasteczek.

-Tik tak, tik tak.– Śpiewny głos dobiegł naszych uszu a z mgły wyszedł ostrożnie omijając błoto pracownik biura podróży ADventure. Obracał w rękach swoją złotą monetę i uśmiechał się jakby właśnie wchodził do baru na plaży. Ubrany był w ten sam garnitur co w owy nieszczęsny w skutkach dzień gdy postanowiliśmy wyruszyć w kierunku Norwegii. Zamurowało mnie i nie mogłem wykrztusić ani słowa.

-Mam nadzieje, że Karruk i jego bestie nie sprawiają wam problemu– uśmiechnął się paskudnie. Wycie zbliżało się z każdą sekundą

-Czym jesteś?– wydusiłem z siebie

-TIK-TAK TIK-TAK. Nie ważne czym jestem, ważne, żeby stąd uciec. Bestie są coraz bliżej. Zawrzyjmy umowę… – przerwał na chwile a wycie bestii rozległo się w odległości zaledwie kilkunastu metrów. Zacisnąłem rękę na pistolecie.– Ja was stąd wyciągnę a wy…nie, ty– powiedział śpiewnym głosem, wskazując na mnie palce. Podszedł tak blisko, że czułem jego oddech na twarzy. -Oddasz mi przysługę– Jego twarz nadal wykrzywiał paskudny uśmiech triumfu. W mojej głowie kotłowały się najróżniejsze myśli.

-Zgoda kurwa, zgoda– wychrypiałem głosem pełnym rozpaczy– tylko wyciągnij nas stąd, teraz!

Ostatnie co zobaczyłem to bestie wybiegające na odległość ręki i rozszerzający się nienaturalnie uśmiech czegoś co udawało pracownika ADventure.

-Zaakceptowałeś pakt- dobiegł mnie cichy dźwięk po czym oślepiło mnie światło. Tak mocno, że straciłem przytomność.

 

* * *

Ocknąłem się na małej zielonej polance. Chłodna bryza delikatnie trzęsła drzewami w okolicy, słońce przyjemnie ogrzewało a całej tej sielance akompaniował głośny śpiew ptaków w leśnej gęstwinie. Zauważyłem, że Julka również odzyskiwała przytomność. Podszedłem do niej i pomogłem wstać. Rozejrzawszy się stwierdziłem, że na polanie nie ma nikogo innego.

– Co się właśnie stało…– westchnąłem. Julka pokręciła głową. Widać było, że jest w szoku i ciężko wydusić jej z siebie jakiekolwiek konstruktywne stwierdzenie. Wyglądała na tak przerażoną, że poczułem nieodpartą ochotę aby ją przytulić. Staliśmy tak chwilę w objęciach, a w naszych głowach kotłowały się myśli o niedawnych przeżyciach.

-Gdzie jesteśmy?– Julka przerwała ciszę. Pomacałem się po kieszeniach znajdując rewolwer, portfel i telefon. Wyciągnąłem to ostatnie, ale szybko okazało się, że nie mam zasięgu. Julka zostawiła swój telefon w plecaku, który teraz zapewne leżał sobie spokojnie w bagażniku Vana. Westchnąłem ciężko.

-Musimy iść przed siebie, napewno gdzieś dojdziemy.– powiedziałem, wskazując na wąziutką leśną dróżkę usłaną kamieniami i zaschniętym błotem.

– O co z tym wszystkim chodzi?– Julka zapytała z powagą w głosie.

-Wiem tyle co ty.– Odpowiedziałem z rezygnacją– najbardziej zastanawia kim jest ten pracownik ADventure. Bo napewno nie jest on człowiekiem…

-I gdzie jest Alicja…– dodała Julka z wyraźnym zmartwieniem w głosie. Ruszyliśmy przed siebie po ubłoconej ścieżce, która po kilku minutach marszu zmieniła się w szeroką brukowaną drogę, przypominającą jednak bardziej drogi średniowieczne, niż to co teraz nazwalibyśmy właśnie „drogą”. Wkrótce naszym oczom ukazały się rozstaje ze staromodnymi drewnianymi drogowskazami. Żałowałem, że gdzieś na bagnach zgubiłem mapę, gdyż byłaby teraz niezwykle przydatna. Nie słyszałem nigdy o takich miejscach jak „Darin” czy „Bereth”, jednak zdecydowanie nie mogłem się nazwać znawcą norweskiej geografii.

-To mogą być zarówno maleńkie wioski jak i większe miasteczka. Nie wiem na jakiej podstawie zdecydować w którą stronę iść. – Odezwałem się do Julki.

-Ty zdecyduj– Julka wzruszyła ramionami. Czułem, że ma już tego dosyć. Też miałem, ale musieliśmy znaleźć miejsce chociażby do spędzenia nocy. Mój telefon z niewiadomych przyczyn przestał wyświetlać godzinę. Skierowałem się w stronę „Bereth” podejmując losową decyzję nie opartą o żadne logiczne podstawy. Po około czterdziestu minutach marszu naszym oczom ukazała się drewniana, pokryta postrzępioną strzechą chata. Ściany pokryte wapnem błyszczały intensywnie w lekkim słońcu. W oknach nie było szyb, a nad drzwiami zbitymi z kilku desek wisiał szyld głoszący, o dziwo po angielsku, „Balet-hor general goods”. Bez dłuższego zastanowienia podbiegłem z Julką do drzwi i zapukałem.

-Wejść– odezwał się ze środka bardzo niski głos, również po angielsku. Zaskoczony tym faktem stałem chwilę zanim wreszcie otworzyłem drzwi.

Naszym oczom ukazało się obskurne pomieszczenie. Całą ścianę naprzeciwko wejścia zajmowała drewniana półka, na której leżały najróżniejszej maści produkty. Bukłaki na wodę, suszone mięso, przyprawy, kamienie szlachetne, warzywa, skórzane plecaki i chlebaki a nawet miecze, sztylety i łuki. „General goods” było bardzo trafnym określeniem na zawartość tego sklepu. Patrząc na zawartość szafek poczułem się jak w jakimś skansenie. Koło półek krzątał się karzeł z krzaczastą brodą ubrany w maleńką skórzaną tunikę, natomiast na krześle przy wejściu siedział oparty o ścianę zakapturzony mężczyzna i pociągał z fajki. Oprócz tego w pomieszczeniu nie było dosłownie nic.

-No podejdźcie nie gryzę.– Zaprosił nas karzeł, bardzo niskim nie pasującym do jego osoby głosem, po czym parsknął śmiechem.– Wybierzcie sobie coś– dodał.

-Przepraszam, ale gdzie my jesteśmy?– Zapytałem grzecznie, ośmielony bardzo dobrym angielskim sprzedawcy.

-Jakieś czterdzieści mil na południe od Bereth.– Odpowiedział karzeł patrząc na nas ze zdziwieniem.

-A daleko do jakiegoś większego miasta?– zapytałem.

-Bereth to przecie ogromne miasto!- zakrzyknął wyraźnie obrażony moim pytaniem sprzedawca.

-Nie przecze– uśmiechnąłem się delikatnie– ale chodzi mi bardziej o miasto wielkości Ålesund albo nawet Oslo– próbowałem wytłumaczyć.

-Co albo co?– Karzeł zamrugał w zdziwieniu. A mężczyzna siedzący w kącie podniósł głowę i spojrzał na nas podejrzliwym wzrokiem.– Jak chcecie wymyślać nowe miasta to zapraszam do rady osadniczej. Dodał karzeł i wybuchnął rubasznym śmiechem. Wyraźnie jego własny żart niepomiernie go rozbawił.

-W ile dotrzemy w takim razie do Bereth?– zapytałem zrezygnowany.

-Nie zdążycie przed zmrokiem. Ale po drodze jest gospoda mojego brata. Tam możecie przenocować. Jeśli macie pieniądze to sprzeda wam nawet konie!- Oznajmił sprzedawca.

-Kupujemy coś?– zapytałem Julkę zmieniając język na Polski. Już po kilku minutach na małej ladzie przed nami leżał plecak, dwa bukłaki na wodę, kilka jabłek i suszone mięso.

-Mam tu jeszcze rzeczy znalezione koło bagien– dodał brodaty karzeł wyciągając z zaplecza drewniane pudełko.– jesteście dziwni to może znajdziecie tu coś pożytecznego– Dodał. Nie wiedziałem na ile stwierdzał fakt a na ile starał się nas obrazić ale rozpocząłem przeglądanie pudełka. Były tam przeróżne osiągnięcia naszej cywilizacji– niestety w większości nie działające. Rozładowane lub zepsute telefony komórkowe, Zardzewiałe scyzoryki, klucze, pociski do różnego typu broni, zepsute aparaty fotograficzne, śrubki, kółka od deskorolki, śrut, kawałek złamanej strzelby myśliwskiej, Ipod ze stłuczoną szybką i wiele innych tego typy różności. Wyciągnąłem z tylnej kieszeni rewolwer i zacząłem porównywać amunicje do tej w pudełku. Karzeł patrzył na to z pełnym podejrzliwości wzrokiem. Po kilku minutach z pomocą Julki udało nam się wybrać jedenaście naboi do magnuma.

-To będzie wszystko– uśmiechnąłem się do karła sięgając po portfel do kieszeni.

-A miecza nie chcesz?– Sprzedawca niskim tonem skrytykował mój dobór produktów.– Nie przystoi tak mężczyźnie bez miecza chodzić. Zara ci jakiś dobiorę– powiedział po czym obrócił się i zaczął szperać w szafce z bronią. Wzruszyłem ramionami. Kilka lat temu chodziłem na szermierkę, więc każda broń mogła się przydać. Kiedyś może bym to wyśmiał ale po zdarzeniach ostatnich godzin…

-O ten będzie idealny– chrząknął karzeł, pokazując mi średniej długości błyszczące ostrze. Podał mi go do ręki. Muszę przyznać, że w życiu nie trzymałem w dłoni czegoś tak dobrze wyważonego.

-Jest idealny– szepnąłem.

-To będzie..– karzeł zamyślił się na chwilę zapewne licząc cenę wybranych przez nas rzeczy.– 12 srebrników i 4 juny. – stwierdził z zadowoleniem. Zamrugałem.

-Czego i co?– zapytałem rozdziawiając usta w zdziwieniu. Julka też była wyraźnie zszokowana. Ludzie mówiący po angielsku, średniowieczna architektura, broń i zwyczaje, obca waluta… gdzie my do cholery byliśmy?

-Mam tylko korony norweskie– wydukałem pokazując karłowi plik banknotów.

-A to co kurwa jest?– warknął.

-Spokojnie– odezwał się za nami pewny męski głos. To zakapturzony jegomość wstał z krzesła, odłożył fajkę i podszedł do nas. Wziął mi z ręki plik banknotów, odliczył kilka po czym schował je do kieszeni płaszcza oddając mi resztę.– dolicz mi do rachunku– powiedział uśmiechając się.

-Jak chcesz– prychnął sprzedawca– zawsze byłeś dziwakiem Athornie.– dodał po czym przesunął produkty bliżej mnie. W sercu zapaliła mi się iskierka nadziei. Ów człowiek nazwany Athornem musi coś wiedzieć. Nim zdążyłem o coś go zapytać, wyszedł z przybytku zabierając ze sobą fajkę i przystanął kawałek przed wejściem. Zarzuciłem na siebie plecak ze wszystkimi zakupami, przypiąłem pochwę z mieczem do paska i spojrzałem na Julkę.

-Tamten człowiek coś wie– szepnąłem.

-Choć musimy go zapytać gdzie jesteśmy– Odpowiedziała Julka równie jak ja oszołomiona całą tą sytuacją, choć jak zwykle niecierpliwa. Opuściliśmy szybkim krokiem pomieszczenie. Mężczyzna stał kilka metrów od wejścia i pociągał z fajeczki.

-Podejdźcie– powiedział, patrząc na nas porozumiewawczym wzrokiem.

-Gdzie jesteśmy?– walnąłem prosto z mostu. Obcy uśmiechnął się.

-Czterdzieści mil na południe od Bereth.– Parsknął Athorn. Przewróciłem oczami a Julka głośno westchnęła.– Powiedzcie mi jakie są ostatnie wspomnienia z waszego świata?– Zapytał poważniejszym tonem obcy. Te słowa zmroziły mi krew w żyłach.

-Z naszego świata?– spytałem oszołomiony. Athorn pokiwał głową w ciszy.– No weszliśmy w taką mgłę a potem goniły nas bestie z wielkimi kłami i zabiły naszych przyjaciół…

-I był taki ogromny potwór z kolcami na plecach i toporem– dodała drżącym głosem Julka. Athorn ponownie pokiwał głową

-Tak myślałem. Przeszliście przez mgłę Karruka. Ciężko wam to będzie wytłumaczyć ale jest to swojego rodzaju okresowe zjawisko, niezwykle niebezpieczne, jednak jeśli ktoś je przeżyje, przechodzi z waszego świata do naszego. Lub odwrotnie.– Rozpoczął tłumaczenie spokojnym głosem.

– To znaczy, że nie jesteśmy na ziemi?– Zapytałem niepewnie. Zakręciło mi się w głowie od napływu informacji. To wszystko brzmiało jak jakaś bajka albo sen.

– Można tak powiedzieć– Athorn pokręcił głową.

-Jak wrócić?– Wyprzedziła mnie z pytaniem Julka.

-Jest kilka opcji…– Obcy zamyślił się.– Jedna z nich wiedzie z powrotem przez mgłę Karruka…

-Odpada– przerwałem mu– nigdy nie wróciłbym tam z własnej woli

-Tak myślałem, nie jesteście pierwszymi z waszego świata, których tu spotykam– uśmiechnął się Athorn.– W Bereth mieszka mój przyjaciel, który może wam pomóc. Od dawna pracuje nad czymś co pozwoliłoby mu swobodnie poruszać się między tymi światami. Dam wam jego adres– dodał, po czym wyciągnął z szerokich kieszeni płaszcza kawałek pergaminu, węgiel i zaczął energicznie pisać. Po chwili podał mi karteczkę.

-Dziękuję– uśmiechnąłem się– nie wiem co byśmy zrobili bez ciebie. Athorn kiwnął przyjaźnie głową. Odwróciliśmy się , żeby ruszyć w stronę Bereth.

-Zaczekajcie– Zatrzymał nas Athorn.– Jak przeżyliście mgłę Karruka?

-Właściwie to sam nie jestem pewien– zacząłem– Pojawił się nagle człowiek ubrany w garnitur i zaproponował nam pomoc…

-Czy miał przypadkiem czarne włosy i kozią bródkę?– Athorn bardzo spoważniał.

-Taaak…– powiedziałem powoli

-Nie zawarliście z nim żadnej umowy prawda?– zapytał przybrawszy frasobliwy wyraz twarzy

-Obiecałem mu przysługę, to był jedyny sposób na przeżycie…– tłumaczyłem -kim on jest?– Zapytałem przerażony powagą rozmówcy. Athorn spochmurniał jeszcze bardziej.

-Biedaku– powiedział.– Zwą go na różne sposoby. Mjodżinem, złodziejem dusz, złem… kto raz zawrze z nim umowę jest związany nią do końca dni. Dobrze, że poprosił o przysługę. Zdarza mu się prosić o znacznie znacznie więcej– Kontynuował smutnym głosem. Głośno przełknąłem ślinę.– Przepraszam, że cię przestraszyłem– dodał przyjaźnie Athorn.– Napewno dasz sobie radę. No żegnajcie już, musicie zdążyć do gospody przed zachodem słońca, macie tu kilka srebrników na nocleg i konie, i tak zabrałem wam za dużo koron.– Uśmiechnął się po czym uścisnął mi rękę.

-Dziękuje– odpowiedziałem– za wszystko.

Do rzeczonej gospody doszliśmy gdy słońce zmęczone podróżą po nieboskłonie zaczynało już chować się za widzianymi w oddali górami. Droga do gospody była męcząca, lecz zupełnie spokojna. Po drodze spałaszowaliśmy wszystkie jabłka zakupione w sklepie Balet-hora. Zastanawiałem się ile czasu mogło minąć od obiadu z Mikelssønem. Sądząc po głodzie jaki odczuwaliśmy mógł to być nawet cały dzień. Ah ile dałbym wtedy za działający zegarek.

Gospoda okazała się niezwykle przytulnym miejscem. Przy ogromnych dębowych stołach siedział lud najróżniejszej maści. Karły z brodami w różnych kolorach, Kilki metrowi olbrzymi ludzie, jak i zwykłe kobiety i mężczyźni, których, od spotykanych codziennie na ulicy, różnił tylko średniowieczny strój.

W rogu stał kamienny kominek, w którym trzaskał ciepły ogień dodający uroku całemu miejscu. Przepychając się przez pijanych ludzi dostaliśmy się do „baru” który ograniczał się do monstrualnych rozmiarów lady z ciosanego drewna. Z początku brata Balet-hora na logikę wyobrażałem sobie jako brodatego karła, ten jednak okazał się conajmniej dwu metrowym olbrzymem, przypominającym swojego brata co najwyżej zarostem.

-Przysyła nas Balet-hor.– zacząłem instynktownie. Olbrzym rozpromienił się.

-Kolacja i pokój dla tej dwójki.– Piskliwym, zupełnie nie pasującym do jego postaci głosikiem olbrzym zwrócił się do krzątającego się w pobliżu kuchni mężczyzny. Ledwo powstrzymałem się od parsknięcia śmiechem.

Mężczyzna ubrany w biały mocno wybrudzony kaftan zaprowadził nas po schodach na poddasze.

-Tu będziecie spać– burknął otwierając srebrnym kluczykiem maleńki dwuosobowy pokój na poddaszu.– Przyniesiemy wam tu kolacje. Na dole jest tłok– dodał po czym wcisnął mi w rękę klucz i szybkim krokiem zniknął z naszego pola widzenia.

-Łóżko!- stwierdziła Julka z zadowoleniem w głosie i rzuciła się na posłanie. Przez chwilę myślałem, że zasnęła w przeciągu zaledwie sekundy ale rozkoszowała się tylko ową oznaką cywilizacji. Siadłem na łóżku naprzeciwko niej i ciężko odetchnąłem. Niedługo potem przyniesiono nam po misce zupy nieokreślonego pochodzenia, kilku kromkach chleba, miseczce powideł śliwkowych i butelce wina. Nie trzeba było nas przekonywać do zjedzenia wszystkiego i wypicia trunku. Chcieliśmy jak najszybciej zapomnieć o wydarzeniach dzisiejszego dnia.

-Lepsze niż Carlo Rossi– zażartowałem, a Julka uśmiechnęła się pierwszy raz od wylotu z Polski.

* * *

Słońce wędrowało powoli w kierunku zenitu, gdy cichutko starając się nie obudzić Julki zszedłem po schodkach, do głównej przyzby. W pomieszczeniu nie było żywego ducha, natomiast słychać było gwar przed drzwiami. Podszedłem i wyjrzawszy na zewnątrz moim oczom ukazała się bardzo osobliwa scena. Mały tłumek ludzi, w którym rozpoznałem międzyinnymi olbrzyma zarządzającego gospodą stał wokół dwóch osobników. Jeden z owych osobników był niskim, krępym człowiekiem , z łysą głową ale za to dość bujnym wąsem natomiast drugi z nich… no właśnie. Drugi osobnik był dość wysoki lecz bardzo chudy. Miał nienaturalnie długie ręce i szarą skórę pokrytą tatuażami przedstawiającymi runy. Rozebrany był do pasa i dało się zobaczyć, że mimo swojej chudej postury jest bardzo umięśniony. Przez jego klatkę piersiową przebiegała pokaźnych rozmiarów blizna.

-Ten pieprzony elf– awanturował się wąsaty mężczyzna– chciał mi ukraść konia! Wiecie ile zbierałem pieniądze na tego ogiera pierwszej klasy?

-Nie kradłem ci konia tylko go uspokajałem quen’di. Wy nie umiecie się z nimi obchodzić– odpowiedziało nazwane elfem stworzenie rozkładając ręce w obronnej pozie.

-Jak do mnie powiedziałeś szarawcu?– wrzasnął wąsacz, po czym zamachnął się ręką.– Już ja cie nauczę manierów do rasy wyższej– dodał, a jego ręka zaciśnięta w pięść poszybowała w kierunku elfa. Ten uchylił się w mgnieniu oka i wyprowadził szybką ripostę w postaci ciosu podbródkowego. Wąsaty awanturnik zatoczył się w tył od siły ciosu. Zaklął siarczyście.

-Pozwolicie mnie tak poniewierać paskudnemu elfowi?– wrzasnął rozglądając się po tłumie. Obserwujący scenę zanosili się śmiechem, podczas gdy wąsacz coraz bardziej czerwieniał. Elf wykorzystał sytuacje i przesmyknął się zwinnie przez wyrwę w zbiorowisku ludzi i szybciej niż jestem w stanie powiedzieć ‚paskudny elf’ zniknął nam wszystkim z pola widzenia. Gdy wąsacz zauważył zgubę jego twarz przybrała kolor niezwykle dojrzałej truskawki.

-Gonić złodzieja– wrzasnął i wskoczył na konia, po czym ruszył galopem w stronę lasu, a kilku gapiów podążyło za nim podjudzając wrogą atmosferę okrzykami. Brat Balet-hora ciężko westchnął i wszedł do środka.

-O wreszcie wstałeś– pisnął wpadając na mnie w przejściu.– Kazałem już dla was osiodłać konie i przygotować bale z ciepłą wodą na zewnątrz. Zaraz przyniosę ci śniadanie.– dodał, po czym odwrócił się napięcie i poszedł do kuchni. Stałem tak chwilę w pustej przyzbie wpatrując się w drewnianą ścianę, na której wisiała skóra nieznanego mi zwierzęcia. Olbrzym wrócił po chwili niosąc miskę kaszy i dwa kufle wody. Podziękowałem grzecznie i uginając się pod ciężarem misy ruszyłem na górę.

-Za wszystko będzie piętnaście srebrników– zawołał jeszcze za mną. Miałem nadzieje, że Athorn dał nam tyle, ale wywnioskowałem, że raczej wiedział ile kosztować nas będzie nocleg i konie. Julka jeszcze spała kiedy wchodziłem do pokoju. Wyglądała tak uroczo, zatopiona w burzy własnych kasztanowych włosów, że nie miałem serca jej budzić. Usiadłem na skraju łóżka i popijając wodę otworzyłem sakiewkę otrzymaną od Athorna. Było tam dokładnie 18 srebrników i karteczka z napisem:

 

Bereth, 12 dzielnica

dom 16

imię; Eldian

 

Uśmiechnąłem się na wspomnienie życzliwości tego człowieka. Niedługo potem obudziła się Julka. Zjedliśmy śniadanie bez pośpiechu i zeszliśmy po schodkach na dół zabierając nieliczne posiadane przez nas rzeczy ze sobą. Julka poszła umyć się w przygotowanej bali ja natomiast zapłacić za nasz pobyt. Było już późne popołudnie gdy wskoczyliśmy na osiodłane konie.

-Jak się nazywają?– zapytała Julka stajennego, który krzątał się w pobliżu.

-Ten, na którym siedzisz, to nugat– powiedział pokazując na beżowego ogiera Julki– a ten Marika– wyjaśnił pokazując na moją karą klacz z białym paskiem na pysku.

-Zawsze chciałem mieć konia o imieniu Marika– uśmiechnąłem się. Nie byłem zbyt dobrym jeźdźcem ale znajomość podstaw wystarczyła do przebycia dystansu stąd do Bereth. Wyjechaliśmy na ubitą, pokrytą żwirem drogę i ruszyliśmy kłusem w kierunku nieznanego miasta. Droga wyglądała na często uczęszczaną, jednak nie minęliśmy po drodze ani jednego powozu czy jeźdźca.

-Myślisz, że te karły z brodami to krasnale?– przerwała milczenie Julka wpatrując się we mnie pytającym wzrokiem i lekko przekrzywiając głowę.

-Wiem, że już raczej mało co mnie zdziwi.– odpowiedziałem szczerze.– Pomyśl tylko o tym– kontynuowałem– Wpadliśmy w jakąś mgłę prosto z horrorów. Uratował nas stamtąd pracownik biura turystycznego, którego niektórzy jak twierdzi Athorn nazywają „złem”, zamiast wyprowadzić nas z powrotem do Norwegii, albo dalibóg, do Polski wyrzucił nas po drugiej stronie tej mgły. Trafiliśmy do świata pełnego mitycznych stworzeń o cywilizacyjnym rozwinięciu na poziomie średniowiecza… Czy to wszystko nie wydaje ci się trochę snem?– zakończyłem monolog.

-A Marcin i Alicja zapewne nie żyją. Tak jak ten miły Norweg– pokwitowała smutno Julka podprowadzając konia żeby znaleźć się bliżej mnie.

-Nadziei dodaje mi, że są w tym świecie ludzie mili i pomocni. Gdyby nie Athorn nadal bylibyśmy w kropce.– mówiłem, chcąc podnieść ją trochę na duchu.– teraz przynajmniej mamy cel. Znaleźć przyjaciela Athorna i wrócić maszyną prosto do naszego świata.– Nie sądziłem, że kiedykolwiek wypowiem takie słowa. Jednak wydarzenia ostatniego dnia pokazały mi, że nie warto cokolwiek sądzić.

Po godzinie jazdy naszym oczom ukazała się barykada zrobiona z kilku przewróconych wozów, która zajmowała całą szerokość drogi. Wozy łączyła żerdź stanowiąca zapewne rodzaj prowizorycznego szlabanu. Na całej misternej konstrukcji siedział mężczyzna przyodziany w kolczugę przykrytą lnianym, niebiesko-żółtym kaftanem. Koło jego nogi leżały oparte o wóz widły.

-Przejścia ni ma, glejtu trza– wydarł się w naszym kierunku. Podniosłem brew.

-Glejtu?– takie określenie nie figurowało w zestawie znanych mi słów.

-No zapłaty– odpowiedział wyraźnie poddenerwowany mężczyzna– co ty głupi jesteś?– zapytał próbując mnie zapewne jak najdotkliwiej obrazić.

-A to z jakiego tytułu?– zdziwiłem się.

-Z takiego, że chuj ci w dupę cwelu. A jak nie chcesz zapłacić to mogę przystroić tę drogę twoimi zębami.– warknął nieznajomy.

-Spokojnie– odkrzyknąłem nie chcąc sprawdzać czy moje przeterminowane zdolności szermierki czy też strzelania z rewolweru sprawdzą się w starciu z widłami. Poza tym przeciwnikiem miałby być człowiek, rozumna istota. To nie to samo co pies w lesie.– zapłacimy.– dodałem wzruszając ramionami. Odpowiedź najwyraźniej zadowoliła obcego, gdyż zeskoczył on z konstrukcji i obrócił się w naszą stronę.

-To będą dwa srebrniki– stwierdził wyciągając rękę i oblizując wargi. Sięgałem już do kieszeni, gdy kątem oka zauważyłem, że stojący przede mną mężczyzna pobladł. Bez słowa obrócił się napięcie, zrywając z siebie kaftan okrywający kolczugę i puścił się biegiem w las. Zamurowało mnie. Chwilę później do moich uszu dobiegł tętent kopyt. Obróciwszy się zobaczyłem kolumnę jeźdźców wzniecającą w galopie kłęby pyłu. Nim zdążyłem ocenić sytuacje około pięćdziesięciu konnych stanęło między nami a prowizoryczną barykadą. Ubrani byli podobnie do człowieka, który uciekł przed chwilą do lasu z tym wyjątkiem, że zamiast widły uzbrojeni byli w cały możliwy arsenał średniowiecznych broni. Kilku z nich dzierżyło proporce z żółtym trzygłowym orłem.

-Co u licha?– nie zwracając na nas uwagi jeden z żołnierzy zsiadł i podszedł do szlabanu. Mocnym kopnięciem przewrócił żerdź.– Ktoś buduje barykady na naszych drogach… to nie pierwszy raz– dodał. Spojrzał na nas zaskoczony jakby dopiero teraz zauważył naszą obecność. Otwierałem już usta, żeby zadeklarować, że to nie nasza sprawka, ale wojownik odwrócił się i wskoczył z powrotem na konia.

-Ruszamy!- wydał rozkaz i kolumna przejechała po resztkach szlabanu, po czym szybko zniknęła nam z pola widzenia.

Już zmierzchało gdy na horyzoncie ujrzeliśmy Bereth. Wysokie śnieżnobiałe mury okalały pokaźnych rozmiarów rozświetlone miasto. Zjeżdżając ze wzniesienia mieliśmy okazje ujrzeć je w całej okazałości. Ciężko porównać to do jakiegokolwiek miasta widzianego przeze mnie w życiu. Najciekawsze było to, że miasto zbudowane było w kotlinie. Mury były najwyżej a coraz bogatsze dzielnice idące aż do ogromnego królewskiego pałacu znajdowały się w samym dole. W bramie miasta panował duży ruch. Rolnicy oddawali pokaźnych rozmiarów wozy z sianem do rewizji, tragarze przeciskali się przez tłum prowadząc za lejce objuczone do granic wytrzymałości muły a strażnicy miejscy ubrani w żółto-niebieskie kaftany spisywali dokładnie skład każdego wozu. Nikt nie zatrzymał nas gdy stępem wjechaliśmy na szerokie ulice miasta. Za murami gwar był jeszcze większy. Mimo w miarę późnej, wnioskując po słońcu, pory ciężko było przecisnąć się w jakimkolwiek kierunku. Handlarze ile sił w płucach zachwalali swoje towary, półnagie kobiety zapraszały do spędzenia nocy w „najlepszej w mieście gospodzie” a całemu gwarowi akompaniował dźwięk śpiewu, tłuczonego szkła i tętentu końskich kopyt. Nie trudno było odnaleźć dwunastą dzielnice, gdyż szybko zorientowałem się, iż mury okalają dzielnice szesnastą a dzielnice o coraz mniejszych numerach analogicznie po sobie schodzą w dół, coraz bliżej centrum będącego zarazem dnem kotliny. Domy również poustawiane były w bardzo zrozumiałym i logicznym porządku. Dom numer szesnaście w dwunastej dzielnicy okazał się pokaźną marmurową kamienicą z dwiema wieżyczkami, których dachy były pokryte błękitną dachówką i zakończone lekko kiczowatymi złotymi figurkami aniołków. Drewniane drzwi pomalowane były na ten sam błękitny kolor a na samym ich środku wisiała pokaźnych rozmiarów mosiężna kołatka przedstawiająca trzygłowego orła. Zsiedliśmy z Julką z koni i z dozą ostrożności uderzyliśmy trzy razy kołatką o wrota.

-Już już– rozległ się głos ze środka. Kilka sekund później drzwi otwarł nam mężczyzna w średnim wieku. Miał rude upięte w kucyk włosy i niezwykle krzaczaste brwi. Ubrany był w zabawną fioletową koszule z białymi mankietami.

-A to co?– zapytał unosząc włochatą brew.

-Przysyła nas Athorn, mówił, że nam pomożesz.– Wypaliłem. Rudzielec rozpromienił się po czym natychmiast spoważniał i rozejrzał się po uliczce.

-Wejdźcie– poprosił konspiracyjnym szeptem.– Narin! zaprowadź konie naszych gości do stajni– wydarł się wgłąb domu po czym zapraszającym gestem pokazał nam wnętrze budynku. Jeśli fasadę można było nazwać kiczowatą to zaprawdę zbyt ubogi jest mój słownik aby opisać wnętrze.

 

* * *

Wieczór spędziliśmy opowiadając o naszym świecie podnieconemu Eldianowi. Okazało się, że faktycznie pracuje on nad maszyną mającą umożliwić przesył ludzi z jednego świata do drugiego. Było to jego magnum opus, nad którym pracował od wielu lat. Całe jego laboratorium, znajdujące się w podziemiach kamienicy zawalone było fiolkami z nieokreślonymi substancjami przeróżnych kolorów, pergaminami z naszkicowanymi węglem rysunkami i podejrzaną miedzianą aparaturą.

-Jestem już blisko ukończenia mego dzieła, czuje to– Mówił Eldian podekscytowany, kręcąc loczki ze swoich długich rudych włosów.– Jak tylko skończę to wyśle was pierwszych a potem siebie– Dodał. Nie byłem pewny bezpieczeństwa tego planu ale lepsze to, niż zostanie na zawsze w innym świecie.

-Gdy już będziesz w naszym świecie, przyda ci się nasza waluta– rozpocząłem egzekwowanie sprytnego planu– nie chciałbyś wymienić trochę za wasze srebrniki?– zapytałem z nadzieją w głosie.

-Tak tak, jak najbardziej– Eldian pokiwał głową. Ruchowi temu towarzyszyło zabawne falowanie rudych krzaczastych brwi. Wyciągnąłem pozostałe korony na stół.

-Athorn za cztery razy mniej koron dał nam 50 srebrników.– Było to oczywiste kłamstwo, ale rudy naukowiec nie wyglądał na biednego.

-Narin! Weź no przynieś 200 srebrników– Narin był lokajem Eldiana, wysokim śniadym mężczyzną z blizną na policzku. Wyglądał na bardzo doświadczonego przez życie . Po minucie przyszedł z ogromnym lnianym workiem pieniędzy. – Ten…– zaczął mówić Eldian wyciągając z torby złotą monetę– jest wart dokładnie 27 srebrników. Zwą go autanem. A te maleństwa– kontynuował wyciągając z torby maleńką brązową monetę– to miedziaki zwane także junami. 12 miedziaków to jeden srebrnik. Łatwizna.– Uśmiechnął się po czym przesunął worek pieniędzy w moją stronę. Podziękowałem i wepchnąłem go do skórzanego plecaka.

-Zanim skończę maszynę, zachęcam was do wejścia na jutrzejszy bankiet w pałacu. Odbywa się z okazji dyplomatycznych rozmów z elfami. Nasz król uwielbia ludzi z waszego świata. Z pewnością załatwię wam wejście– dodał z nutą dumy w głosie. Podziękowaliśmy i z perspektywą ciekawego dnia jutrzejszego położyliśmy się w pokoju gościnnym. Pokój gościnny składał się z jednego małżeńskiego łóżka zasłanego jedwabną pościelą, jednej mahoniowej szafy i małego kufra stojącego w rogu. Przez okno wpadało posępne światło księżyca i rozpościerało się po ścianach pomalowanych na jaskrawo żółty kolor. Po prawej stronie łóżka wisiał obraz przedstawiający przystojniejszą wersje Eldiana na koniu w rycerskiej zbroi i tłum pięknych dziewcząt zebranych wokół niego. Parsknąłem śmiechem i przewróciłem się na drugi bok aby nie widzieć obrazu.

-Nie mam sukni na bankiet– wyrwał mnie z półsnu głos poważnie zmartwionej tym faktem Julki.

-Jesteśmy bogaci. Kupimy.– Uśmiechnąłem się. Zmęczenie po całym dniu dopadło mnie natychmiast po zamknięciu oczu.

O poranku po umyciu się i zjedzeniu śniadania składającego się z przypieczonego chleba z twarożkiem i jajecznicy, jak się okazało pochodzącej z jajek od trzygłowych kur, ruszyliśmy zakupić potrzebne nam na bankiet ubrania. Zeszliśmy w dół miasta aż do trzeciej dzielnicy, która jak określił Eldian miała być luksusową dzielnicą handlową. Naszym oczom ukazały się kamienice ze sklepami o najróżniejszej zawartości. Kaftany, zbroje, suknie, tuniki, torby, plecaki, cały arsenał broni, dywany, amulety, wyposażenie domu, zwierzęta, siodła i lejce to tylko mały odsetek rzeczy, które można było tutaj kupić. Julka zaciągnęła mnie do luksusowo wyglądającego sklepu w marmurowej kamienicy z dumnym szyldem; „Lady Maggan suknie i szaty”. Posadzony zostałem na wygodnej obitej skórą ławce i czekałem aż obsługa pomoże Julce dobrać perfekcyjną suknię. Czas dłużył mi się niemiłosiernie podczas gdy setki sukni przerzuconych zostało z kupki „do przymierzenia” na kupkę „takiej nie chce”. Żałowałem, że nie mam zegarka i nie będę jej mógł tego wypominać gdy nagle usłyszałem okrzyk zadowolenia.

-Taką chcę!- rozpromieniona Julka podbiegła do mnie ubrana w suknię. Spojrzałem i dosłownie odebrało mi mowę. Suknię tę ciężko będzie opisać na kartce papieru. Było w niej coś niezwykłego, magicznego: raz mieniła się na wszystkie kolory tęczy zapierając dech w piersiach a raz wyglądała jak rozgwieżdżone nocne niebo, o niesamowitej, wręcz nienaturalnej głębi. Po chwili wpatrywania się zorientowałem się, że stoję z otwartymi ustami, natychmiast więc je zamknąłem.

-Tta je… st idealnna– wydukałem w oczarowaniu. Julka rozpromieniła się jeszcze bardziej.

-To będzie równo jeden autan– podała cenę dystyngowana sprzedawczyni. Przełknąłem głośno ślinę. Sukienka kosztująca tyle co conajmniej cztery konie? Oczarowany jednak magią bijącą od sukni podałem złotą monetę sprzedawczyni i zaczekałem aż Julka przebierze się z powrotem w strój podróżny. Słońce dosięgało już zenitu gdy wyszliśmy przed luksusowy sklep. Gwar i tłok zwiększył się do granic możliwości. Kupiłem sobie elegancką koszulę i pelerynę z idealną kieszenią do ukrycia rewolweru. Gdy siedliśmy na obiad w gospodzie było już dawno po południu. Gospoda pękała w szwach od ilości ludzi. Mimo to każdemu gościowi podawano w błyskawicznym tępie kufel ciemnego piwa, a po jedzenie stanąć trzeba było w kolejce. Podchodziłem właśnie do rzeczonej kolejki gdy tuż przede mną wyrósł znajomy rudzielec.

– Polecałbym się nie nażerać– stwierdził Eldian zmierzywszy mnie wzrokiem.– zobaczysz wieczorem co oznacza bankiet w Bereth.

-Skąd się tu wziąłeś?– zamrugałem ze zdziwienia.– śledzisz nas?

-Każdy naukowiec potrzebuje przerwy– Spokojnym głosem wyjaśnił mężczyzna o krzaczastych brwiach.– A to akurat moja ulubiona gospoda– dodał z zadowoleniem. Zastosowaliśmy się do rady przyjaciela i opuściliśmy gospodę. Resztę popołudnia spędziliśmy na przechadzaniu się uliczkami dzielnicy handlowej oglądając magiczne amulety, zwierzątka i przeróżne asortymenty, których na próżno by szukać w naszym świecie.

Był już wieczór gdy przebrani w eleganckie stroje weszliśmy do pierwszej dzielnicy– dzielnicy pałacowej na samym dnie miasta. Po okazaniu listu polecającego od Eldiana natychmiast zostaliśmy wpuszczeni przez bramę. Widok naprawdę zapierał dech w piersiach. Samo przejście przez ogrody okalające rezydencje zajęło około dwudziestu minut. Pałac zbudowany był z marmuru jak każdy bogatszy budynek miasta. Liczne wierze górowały nad całością ośmiokątnego budynku. Wejście do środka było dość wysoko i prowadziły do niego niezwykle szerokie spiralne schody. Wrota do pałacu zbudowane były ze srebra.Wszędzie dało się zauważyć powtarzający się motyw złotego trójgłowego orła. Po granitowej posadzce podziwiając przepych w pałacu weszliśmy do głównej sali. Ogromne stoły z litego drewna uginały się wprost od ciężaru potraw. Setki elegancko ubranych ludzi kręciły się wokół stołów nabierając sobie jedzenie i odchodząc w głąb sali.

-Witajcie w naszym skromnym przybytku– odezwał się za nami niski głos. Odwróciłem się napięcie. Tylko jedna osoba mogła nazwać tak bogate miejsce skromnym przybytkiem. Wysoki i niezwykle przystojny mężczyzna ubrany w niebiesko żółte szaty ze srebrną koroną na głowię stał uśmiechnięty i wyciągał do nas ręce w powitalnym geście. Był to sam król państwa-miasta Bereth.

-Jestem zaszczycony wasza wysokość– wybąkałem nie do końca wiedząc jak zachować się w takiej sytuacji. Król uśmiechnął się.

-Zawsze chętnie powitam przybyszów z innego świata. Częstujcie się i bawcie się dobrze. Mam nadzieje, że już wkrótce powstanie połączenie między naszymi światami.– To mówiąc pokazał ręką na uginające się od jedzenia stoły, po czym uśmiechnął się i odszedł. Tłumek ciekawskich dziewczyn szybko porwał Julkę żeby porozmawiać z nią o naszym świecie i zostałem sam pośród zupełnie obcej arystokracji. Właśnie nakładałem sobie na talerzyk coś co wyglądało jak krewetki w sosie śmietanowym gdy za moimi plecami odezwał się aksamitny głos.

-Nie polecam tego jeść– stwierdził ów głos. Obróciłem się aby zobaczyć jego właścicielkę. Była to młoda kobieta o niezwykle bladym kolorze skóry, subtelnie czerwonych ustach i przepięknej burzy czarnych loków. Ubrana była w koronkową suknię, która niezwykle silnie prześwitywała w okolicach brzucha… i trochę wyżej.– Jeśli chcesz zjeść coś dobrego to na tamtym stole są akamy w maku z miodem. Moje ulubione.– dodała po czym uśmiechnęła się uroczo.

-Dzięki– stwierdziłem głupio, oczarowany jej osobą.

-Jestem Melanie -przedstawiła się wyciągając rękę w geście, który zmusił mnie do jej pocałowania.– Ty jesteś z tego innego świata, prawda?– zapytała z błyskiem zainteresowania w jasnoniebieskich oczach.

-Nie da się ukryć– odpowiedziałem grzecznie. Już miałem otwierać usta by zapytać się czym właściwie są akamy, gdy w sali rozległ się niski dźwięk trąb. Przez frontowe drzwi wszedł mały orszak szaroskórnych elfów. Na czele orszaku szedł ubrany w błyszczącą niebieską szatę najwyższy z nich, na jego skroniach spoczywał diadem mieniący się wszystkimi kolorami tęczy.

-Król Olch– przebiegły po sali podniecone szepty. Orszak zatrzymał się na środku sali a dwóch królów przywitało się nawzajem delikatnymi ukłonami.

-Jak wiecie– rozbrzmiał śpiewny głos nazwanego ‚Królem Olch’ elfa.– Mój ród od wieków był poniżany i znieważany w królestwach ludzi. Bereth jako pierwsze zgodziło się na rozmowy z nami. Przyznaj zatem, królu, że jesteśmy sobie równi i niech nasza władza, i nasze imperia rosną w siłę w wiecznym nierozrywalnym sojuszu.– przez salę przebiegł szmer niezadowolenia. Ludzie zaczęli wymieniać spojrzenia i urywki słów. Melanie zacisnęła rękę na moim ramieniu i szklistym wzrokiem wpatrywała się w Króla Olch. U niektórych ludzi na sali zobaczyłem cień strachu i niezdecydowania. Do Króla Bereth podszedł ubrany na biało człowiek w kapturze i wyszeptał mu coś do ucha, po czym szybkim krokiem oddalił się w głąb sali.

-Elfy mieszkały tu długo przed ludźmi– władca Bereth rozpoczął przemowę niskim głosem.– Gdy pojawiliśmy się my, szybko zbudowaliśmy cywilizację w ich świętych miejscach. Na budowę miast wycięliśmy ich lasy, ich domy.– elfy kiwały głowami– a teraz gdy z lasów migrują na nasze tereny, znieważamy ich i represjonujemy. wiecie czemu?– na sali panowała absolutna cisza, każdy wytężał słuch w napięciu.– Bo są słabsi. Dali się wygonić ze swoich domów, dali się pokonać w pierwszej wielkiej wojnie! selekcja naturalna, łańcuch pokarmowy, a te paskudne SZARAWCE nie będą nam ludziom mówić, że jesteśmy równi!- przez salę przebiegł okrzyk zadowolenia– nie będą nam mówić– kontynuował król– że nasze Imperia mogą rosnąć razem, że mamy…– W tym momencie król przerwał przemowę i zacharczał. Upadł na kolana a z ust wylała mu się stróżka krwi. Sala zamarła. Z piersi króla Bereth sterczała srebrna strzała, wbita po samą lotkę. W tym momencie otwarła się niewidoczna wcześniej klapa w podłodze i zaczęły wychodzić z niej w pełni uzbrojone elfy w pięknych srebrnych zbrojach z runicznymi grawerami.

-Zdrada!- krzyknął głos w tumie. Nastała panika i totalny chaos. Strażnicy rzucili się na grupę elfów. Strzały zaczęły latać w powietrzu. Celowano zarówno w cywili jak i w wojskowych. Wielu ludzi padało z okrzykiem bólu i sterczącymi z pleców srebrnymi lotkami na podłogę. Kilka ścian eksplodowało i jeszcze więcej elfów wypadło zza nich tnąc tłum mieczami. Rozejrzałem się aby znaleźć Julkę ale w tym chaosie było to niemożliwe.

-Ratuj się kto może– wrzasnął jeden ze szlachciców i rzucił się przed siebie. Ludzie bronili się ukrytymi w szatach nożykami a niektórzy wzięli ze stołu widelce i w panice próbowali dokonać nimi bohaterskich czynów. Rzuciłem się do jednego z bocznych wyjść wyciągając pistolet.

-Zabić wszystkich quen’di!- zagrzmiał potężny głos Króla Olch.– Nie oszczędzać nikogo.

Cudem udało mi się przepchnąć do wyjścia i po spiralnych schodach zacząłem zbiegać na dół

-Julka!- darłem się co sił w płucach ale bez odpowiedzi. W tym momencie piętro nade mną eksplodowało i prosto w moje ręce spadła z niego Melanie. Położyłem ją na schodach aby sprawdzić czy żyje

-Dovah quan quen’di !- usłyszałem głos. Spojrzałem w górę. W wyłomie po eksplozji stały trzy elfy i celowały łukami w naszym kierunku. Drżącą ręką wyciągnąłem rewolwer. Strzały poszybowały w moim kierunku i już byłem pewien, że tym razem nadszedł kres mojego życia, gdy moich nozdrzy dosięgnął zapach świeżo wyciągniętych z pieca ciasteczek. Strzała zawisła w powietrzu kilka centymetrów od mojego nosa. Rozejrzałem się. Czas dosłownie stanął, strzały wisiały w powietrzu razem z odłamkami z licznych eksplozji. Elfy zastygły z naciągniętymi łukami i podniesionymi mieczami, krople krwi rozbryzgane po ścianach zawisły tam niczym obrazy a ludzie z przerażeniem na twarzach skamienieli w to obronnych to walecznych pozycjach.

-Tik tak tik tak– usłyszałem, a moim oczom ukazał się pracownik ADventure, wyglądający tak samo jak zawsze. Przechadzał się spokojnym krokiem między trupami i szczątkami z eksplozji obracając w rękach swoją monetę.– w coś ty się znowu wplątał– powiedział z szerokim uśmiechem ściągając strzałę zawisłą tuż przed moim nosem z powietrza i zaczął obracać ją w rękach równolegle z monetą.– Choć. Przyszedł czas bym odebrał należne mi przysługi.– dodał z jeszcze szerszym uśmiechem.

-Nie teraz!- krzyknąłem z przerażeniem– muszę znaleźć Julkę– dodałem.

-Ależ poradzi sobie– Mjodżin pokręcił głową.– znajdziesz ją później. Teraz czas na nas.– Już otwierałem usta żeby zaprotestować ale poczułem silne szarpnięcie w okolicy żeber. Oślepiło mnie światło, tak jasne, że straciłem przytomność.

 

* * *

Stałem na wysokim trawiastym wzgórzu trzęsąc się trochę z powodu wieczornej bryzy. W oddalonej kilka mil dolinie światła małego zamku mieniły się na żółto-pomarańczowo oświetlając okoliczne lasy.

-Dawno temu spełniłem życzenie człowieka, który znalazł się w bardzo trudnej sytuacji.– rozpoczął opowiadanie Mjodżin. Wzdrygnąłem się gdyż dopiero teraz, oszołomiony po teleportacji zdałem sobie sprawę z jego obecności– W Zamian gdy pojawi się w naszym świecie ktoś z innego wymiaru, miał oddać duszę w moje ręce. Børn jednak, bo tak się nazywa, wykorzystał otrzymane ode mnie dary i zamknął się w zamku sprowadzając najlepszych mistyków z całego kraju aby nałożyli zaklęcia ochronne, które nie pozwalają mi tam przejść. W chwili gdy się pojawiłeś w naszym świecie, poszedłem po niego, lecz tym razem jestem bezsilny.– Mjodżin pokręcił głową– ty jednak… jako zwykły śmiertelnik możesz się tam przedostać i odebrać ostateczne jego życzenie. I wyciągnąć go stamtąd siłą jeśli będzie trzeba.– To mówiąc zacisnął pięść. Pierwszy raz widziałem go bez paskudnego uśmiechu na twarzy.

-Chcesz żebym sam sforsował zamek?– zamrugałem w zdziwieniu.

-Nie sforsował, musisz dostać się tam udając kogoś innego a dopiero gdy będziesz w środku powiedzieć, że przychodzisz ode mnie.– Mjodżin stwierdził jakby to wszystko było tak proste, jak posmarowanie chleba masłem. Westchnąłem ciężko wiedząc, że nie mam wyjścia. Nagle Mjodżin pstryknął palcami a obok mnie zmaterializował się koń. Poznałem w nim Marikę.

-Nie wiedziałem, że potrafisz takie rzeczy, nie możesz tu sprowadzić Julki na przykład?– zapytałem z nadzieją w głosie, ale Mjodżin pokręcił głową z uśmiechem politowania.– Powiedz mi…– ciągnąłem.– dlaczego nas tutaj sprowadziłeś. Dlaczego nie z powrotem do naszego świata?

-To proste– wargi Mjodżina wydęły się w najpaskudniejszym dotąd uśmiechu.– nie potrafię– westchnął. W waszym świecie nie posiadam żadnych mocy a przenosić mogę tam tylko siebie. Nie mniej to przeze mnie pojawiliście się tutaj. Myślisz, że przypadkowo moneta wylądowała na ulotce z Norwegią? Że przypadkowo samolot awaryjnie lądował nie tak daleko od lasu z mgłą Karruka?– szachował mnie pytaniami.– Myślisz, że kontrolki w samochodzie Mikelssøna zepsuły się same?– uśmiechnął się jeszcze paskudniej, choć wątpiłem, że jest to możliwe.

-Jesteś w takim razie mordercą!- krzyknąłem.

-Naiwny biedaczek. Oczywiście że jestem mordercą– urósł w oczach a jego głos stał się groźniejszy i niższy. Poczułem jak włosy stają mi na karku.– Niemniej ktoś z waszego świata był mi tu potrzebny. Inaczej kontrakt z tym człowiekiem– powiedział wskazując na zamek.– nie dopełniłby się, a ja nie mógłbym odebrać zapłaty.

-Dobrze. Spełnię te twoją zasraną przysługę a potem odnajdę Julkę i wyniesiemy się stąd na zawsze.– Wykrzyczałem w frustracji.

-Rozsądnie.– Powiedział Mjodżin znów swoim zwykłym pewnym siebie głosem.– Rozsądnie…

Jazda konna w nocy przez gęsty las nie należała do najprzyjemniejszych rzeczy jakie miałem okazje doświadczyć w tym dziwnym świecie, szczególnie, że nie byłem dobrym jeźdźcem. Gałęzie niższych drzew chlastały mnie po twarzy a krzaki cierniowe rozrywały nogawki eleganckich spodni. Marika kilka razy potknęła się o wystający korzeń, parskając przy tym z wyrzutem, jakby mówiąc „To wszystko twoja wina”. Poobijany dotarłem w końcu do wrót zamku. Marika stanęła jak wryta i odmówiła dalszej jazdy. Zsiadłem z konia i ostrożnym krokiem podszedłem do bramy.

-Ani kroku dalej– usłyszałem donośny głos znad bramy. Dwóch strażników w bordowo-czarnych kaftanach w kratkę celowało do mnie z kuszy.

-Jestem posłańcem od króla Bereth– Zaimprowizowałem– przynoszę ważną wiadomość dla pana na zamku.– Strażnicy spojrzeli na siebie zakłopotani po czym jeden z nich wyciągnął z kieszeni kartkę i rozwinął ją.

-Podejdź no do światła.– powiedział jeden z nich, a gdy spełniłem rozkaz zaczął przyglądać mi się i porównywać z obrazkiem na kartce.– to nie on– szepnął do drugiego po czym brama z głośnym skrzypieniem rozwarła się ukazując wejście na maleńki, ubłocony zamkowy dziedziniec na którym tarzały się świnie. Sala „tronowa” okazała się chłodnym kamiennym pomieszczeniem. Przy ścianie na dużym drewnianym obitym skórą fotelu siedział mężczyzna. Na jego bordowej tunice widać było ślady po winie i tłuszczu z jedzenia. Wyglądał na strasznie zmarnowanego niewyspanego pijaczynę i przez chwilę zrobiło mi się go żal. Podniósł głowę i spojrzał na mnie błędnym wzrokiem.

-Børnie! Przysyła mnie Mjodżin aby odebrać ostateczną zapłatę– Wyrecytowałem podaną mi przez złodzieja dusz formułkę, zaciskając rękę na rewolwerze w kieszeni. Poczułem magię i siłę bijącą od tych słów. Czterech strażników natychmiast wyciągnęło miecze i rzuciło się w moim kierunku. Nie miałem dużo czasu na myślenie nad moralnością. Wyciągnąłem rewolwer i powaliłem pierwszych trzech, niezbyt celnymi strzałami. Czwarty był za blisko. Upadłem na ziemie próbując uniknąć cięcia mieczem. Przetoczyłem się na bok, i wyciągnąłem swój miecz z pochwy. Szczęśliwym przypadkiem udało mi się sparować cios przeciwnika. Pistolet oczywiście musiał się zaciąć w najbardziej newralgicznym momencie, więc również wiele nie myśląc rzuciłem nim w twarz wroga i korzystając z momentu utraty przez niego równowagi ciąłem mieczem celując w prawe ramię. Strażnik niestety był lepszy niż myślałem. Odkręcił się do tyłu utrzymując niezachwianą równowagę i ciął w pół-piruecie. Widząc, że cięcie leci gdzieś w okolice kolan, udało mi się zrobić szybkie wyprzedzenie wyciągając rękę z bronią do przodu. Tego strażnik niestety się nie spodziewał i nie mógł uniknąć ciosu, ponieważ równowaga jego ciała przekierowana była na owo cięcie w moje nogi. Krew bryzgnęła z jego aorty przy bliższym spotkaniu z moim mieczem. Chciałem go unieszkodliwić, nie zabić więc gdy padł martwy na ziemie prawie zwymiotowałem. Zakręciło mi się w głowie gdy rozejrzałem się po sali patrząc na czterech martwych ludzi. To nie były potwory na bagnach to byli ludzie z krwi i kości. Tym razem zwymiotowałem. Børn nie ruszył się z fotela i patrzył na to wszystko błędnym wzrokiem.

-A więc to tak– wychrypiał– wiedziałem, że ten moment nadejdzie, ale nie byłem na to gotowy.

-Czas na zapłatę Børn– powiedziałem oddychając ciężko

-A ty dlaczego spełniasz jego zachcianki?– zapytał mężczyzna jakby mnie nie słuchając.– Mjodżin to uosobienie zła… Dał mi wszystko ale jakim kosztem?Gdy posiada się dar nieśmiertelności, każdy rok życia staje się wiecznością, wszystkiego się już spróbowało, wszystko co można było poczuć się poczuło, ludzie wokół przemijają, zostają po nich wspomnienia. Wspomnienia rozmyte jakby patrzyło się na nie przez zaparowane szkło. Nieskończoność jest darem, ale jest również przekleństwem. Gdy spotkałem Mjodżina byłem młody i niedoświadczony. Poczułem się jak bóg, nagle mogłem wszytko. Jednego dnia biedny włóczęga, następnego milioner, na wieczność. W każdym razie prawie na wieczność. Dopóki nie pojawiłeś się ty. Przykro mi, że zawarłeś umowę z Mjodżinem.

– Ja nie muszę oddawać mu duszy…– staliśmy chwilę w ciszy.– a przynajmniej tak mi się wydaje.– dodałem szeptem.– a teraz wstawaj i idziemy. Jestem w bardzo dużym pośpiechu.– Børn wstał z fotela z ciężkim westchnieniem.

– Ruszajmy zatem – wychrypiał. Podróż do miejsca umówionego z Mjodżinem nie była prosta. Ciemność i gęsty las utrudniały konne poruszanie się. Dodatkowo zjeżdżaliśmy do kotliny więc nachylenie stoku, dodatkowo śliskiego od wilgotnej nocnej mgły sprawiało, że poruszać mogliśmy się wolniej niż szedłbym na piechotę. Po około dwóch godzinach owej udręki księżyc wyszedł zza chmur co znacznie ułatwiło podróż. Wkrótce, zziębnięci i zmęczeni dotarliśmy do celu. Światło księżyca rozkładało swoją srebrzystą pajęczynę na okoliczne trawy i świerki, tworząc iluzję ruchu. Nie licząc ruin młynu w oddali dolina była całkowicie pusta.

– Børn! po tylu latach– Znany mi już głos Mjodżina rozbrzmiał za nami przerywając nieskazitelną nocną ciszę. Na twarz Børna wystąpiły krople potu.

-Mjodżin– wysyczał.– nie tęskniłem.

-Tak odzywasz się do człowieka, dzięki któremu żyjesz sześć tysięcy lat?– demon uśmiechnął się paskudnie i wyciągnął rękę. Powietrze zawibrowało. Teraz będziesz cierpieć wieczność– krzyknął. Powietrze stało się ciężkie jak kisiel.

-Czekaj– wydyszał Børn– nasza umowa miała jeszcze jeden paragraf. pamiętasz?– Uśmiechnął się triumfalnie– Duszę zabrać mi możesz dopiero gdy spotkamy się na dnie oceanu.

-GŁUPCZE– Mjodżin wyciągnął zwitek pergaminu z kieszeni– JESTEŚMY NA DNIE OCEANU– wykrzyczał tym samym głosem, który przeraził mnie wtedy na wzgórzu po czym rzucił zwitkiem w Børna.

-Niemożliwe– wyszeptał patrząc na mapę.

-Tak.– Mjodżin zrobił krok w jego stronę. – 15 Mileniów temu, gdy elfy rządziły wszystkimi krainami, w tym miejscu był ocean. Trzymasz w ręku elficką mapę.

-Nie. Nie– szeptał Børn z przerażeniem. Jeśli powietrze wcześniej przybrało konsystencje kisielu, teraz był to conajmniej budyń. Z wyciągniętej ręki Mjodżina wystrzeliła wiązka przeźroczystej energii. Børn krzyczał w bólu i przerażeniu.

-Pomóż mi, pomóż– krzyczał w moim kierunku błądząc po mojej sylwetce oczami. Stałem jak słup soli nie mogąc ruszyć nawet palcem. I nagle wszystko ustało. Krzyk, nienaturalne stężenie powietrza, strach i wibracje. Staliśmy w tej samej dolince. Zmieniła się tylko jedna rzecz. Nie było Børna.

-Rozsądnie.– Uśmiechnął się Mjodżin mierząc mnie wzrokiem.– Jesteśmy kwita– dodał.– Coś mi jednak mówi, że jeszcze się spotkamy.

-Oby nie– szepnąłem. Czułem się bardzo źle po wydarzeniach ostatnich godzin. Zabiłem czterech ludzi a jeden umarł błagając mnie o pomoc?

-Czas pokaże– Mjodżin rozłożył ręce.– Idź teraz i szukaj tej swojej Julki. Eldian zapewne już kończy maszynę.– powiedział celując we mnie palcem. Bezcelowe było pytanie Mjodżina skąd wie o tej maszynie tak jak bezcelowe byłoby pytanie gdzie jest Julka. Zresztą nie było czasu, odrazu po słowach Mjodżina poczułem znajome szarpnięcie w okolicy żeber. Oślepiło mnie światło. Tak jasne, że straciłem przytomność.

 

 

* * *

Stałem w miejscu gdzie jeszcze nie tak dawno stał kolosalny pałac króla Bereth. Dokładnie w tym samym miejscu, z którego Mjodżin zeszłej nocy. Wokół w różnym celu, krzątali się ludzie w rozmaitym wieku. Starowinki okryte czarnymi chustami i zapłakane biadoliły nad losem poległych w tej tragedii, grupy barczystych mężczyzn odkopywali spod gruzu trupy i wyrzucali je na okazałych rozmiarów drewniane wozy ręczne, kilka osób zbierało srebrną zastawę kuchenną i chowało za poły płaszczy. Całej tej scenie towarzyszyła chmurna pogoda i dojmujący lodowaty wiatr. Rozejrzałem się przełykając z trudem ślinę. Słaniając się na nogach ze zmęczenia i niepewności ruszyłem w kierunku jednego z wózków. Coś podpowiadało mi, że Julia nie zginęła tamtej nocy.

– Ach to ty! Gdzie się podziewałeś?– usłyszałem za sobą głos, a serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Nie był to jednak głos Julii. Jego właścicielem okazał się Eldian, kroczący w moją stronę w niezwykle komiczny sposób. Tym razem miał na sobie seledynową koszule z jaskrawo-turkusową koronką a jego rude włosy skręcone były w coś przypominającego gniazdo wysokogórskiego ptaka.

– Dużo by opowiadać, gdzie jest Julia?– odparłem, zbyt przejęty aby

odpowiedzieć na jego pytanie.

– Kto?– Eldian podniósł brew, ale nie czekał na odpowiedź– ach ta dziewczyna, z którą u mnie byłeś– zacmokał ustami– myślałem, że zniknęła razem z tobą.

-Nie nie zniknęła. Muszę ją znaleźć, czy znasz kogoś, kto przeżył ostatnie niefortunne wydarzenia na bankiecie?– zniecierpliwiony podniosłem głos. Eldian znów zacmokał wyraźnie będąc myślami gdzie indziej.

-To nie ważne, nie ważne– mówił powoli odganiając ręką wyimaginowaną muchę– pewnie nie żyje– dodał głosem, którym zapewne oznajmiał ludziom, że jutro będzie padać.– Ważniejsze jest to…– kontynuował, a jego oczy zabłysnęły w afekcie.-że skończyłem maszynę. Jest gotowa i czas przenieść cię z powrotem tam skąd przyszedłeś i udowodnić wszystkim, żę jestem największym geniuszem jakiego widział ten i każdy inny świat.

-Muszę ją znaleźć. Wracam z nią albo w ogóle.– potrząsnąłem głową, do głębi poruszony jego brakiem jakiejkolwiek empatii.

-Rób co chcesz ale masz na to tydzień. Obawiam się, że dłużej nie dam rady zasilać maszyny, a jeśli ją wyłącze ponowne uruchomienie może zająć kilka wiosen.– Eldian wzruszył ramionami, nie przejmując się zupełnie losem Julii.

-Kto przeżył? Kto może mieć jakiekolwiek informacje?– chwyciłem naukowca za ramiona i potrząsnąłem nim. Każdy normalny człowiek przejął by się w tej sytuacji losem innej żywej istoty ale rudowłosy geniusz nie zamierzał nawet próbować.

-W gospodzie w trzeciej dzielnicy siedzi grupa ludzi i opowiada o zamachu każdemu, kto chce ich słuchać i ma pieniądze na alkohol.– Otworzył jeszcze usta, żeby coś dodać, ale mnie już nie było. Biegłem co tchu w stronę wspomnianego przybytku po brukowanych drogach prowadzących do wyżej położonych dzielnic. Wiedziałem, że powinienem dać sobie czas na odpoczynek, po ostatnich zdarzeniach, ale nie było czasu. Owa gospoda mimo położenia w dość bogatej dzielnicy okazała się, używając eufemizmu, nie tak bardzo bogata. Drewniane pokryte białym wapnem ściany pasowały do wykonanych z marmuru fasad sąsiednich budynków równie „dobrze”, jak pokryty strzechą dach do eleganckich attyk tychże kamienic. W środku panował zaduch przywodzący na myśl trolla, który z myciem się miał tyle wspólnego co z wygłaszaniem przemówień na posiedzeniach sejmu. Nie byłem w stanie powiedzieć, która jest godzina, ale nie było raczej wystarczająco późno na leżenie pod stołem w oberży, a tej właśnie czynności oddawali się niektórzy szanowni goście. Ci, którzy pod stołami nie leżeli ściśnięci byli wokół dwóch opowiadających coś mężczyzn. Widać było, że wszyscy słuchają ich w napięciu.

-Mówię wam kurwa– wychrypiał jeden z nich– Szarawce były wszędzie. Cięli mieczami a z łuków strzelali że hej– po tych słowach pochylił głowę oparł ją na szynku i przysnął chyba na sekundę. Powiedzenie, że był pijany byłoby jak powiedzenie, że na Antarktydzie bywa chłodno. Przepchnąłem się agresywnie przez tłum, mimo licznych protestów i stanąłem bardzo blisko mówiącego mężczyzny chwytając go za ramię.

-Czy ktoś oprócz was przeżył?– zapytałem wyciągając sakiewkę monet zza pasa.

-Ten to wie jak mnie przekonać do opowiadania– Wyszczerzył zęby mówca.– kup mi jeno coś do jedzenia a wszystkie informacje będą twoje.– To mówiąc wykonał ruch jakby chciał na mnie zwymiotować więc cofnąłem się instynktownie. Skinąłem na karczmarza i rzuciłem dwa srebrniki na ladę. Tłum patrzył na mnie groźnie. – Tak się składa, że kilka osób przeżyło.– Skwitował to stwierdzenie głośnym beknięciem.– Na własnem żech oczy widzioł, że banda Alkierów szarawcom pomagała.– splunął wymawiając nazwę „Alkierzy”. Kilka osób w tłumie również splunęło.– a jak wiadomo oni zawsze biorą jeńców.

-Kto to są ci Alkierzy?– serce zaczęło mi bić szybciej.

-A ty co, gazety nigdy nie czytałeś?– zapytał, po czym zarechotał tak głośno, że prawie spadł z krzesła.– Alkierzy to, no, szubrawce i kanalie same jeno. Porywają jeńców i faszerują ich narkotykami, żeby byli im posłuszni. Po tygodniu takiej terapii każdy jeniec zmieni się w posłuszną maszynę do zabijania. Dlatego nie cieszyłbym się jeżeli szukasz przeżyłych– dodał widząc ekscytacje na mojej twarzy.– Prawo Królewskie każe każdego jeńca jak Alkiera traktować, nikogo nie oszczędzać, każdego na miejscu stracić.– zmartwiły mnie jego słowa, niemniej nadal pozostawała we mnie nadzieja na odnalezienie, wśród owych Alkierów, Julki.

-Jak ma się rozumieć– wtrącił się do rozmowy drugi, równie pijany mężczyzna– Książe Xander, syn naszego świętej pamięci króla, rozesłał już za nimi drużyny pościgowe. Ani się patrzeć a szczezną wszyscy w ziemii, gdzie ich miejsce– tu znowu nastąpiło siarczyste splunięcie.

-Z tego co wiadomo mi, a nie wiadomo zapewne książęcym drużynom– podjął wątek pierwszy mężczyzna– Alkierzy wyjechali z miasta z grupą kilkunastu jeńców północnym traktem w stronę Dardamein. Trzy dni drogi dzielą ich stąd do granicy, gdzie kończy się jurysdykcja szanownego Xandera. Jechać jednak głównym traktem nie będą, są może i bezwzględni i okrutni ale głupi to oni nie są.– Skwitował wypowiedź głośnym uderzeniem w ladę. Miałem już wszystkie potrzebne informację. Obróciłem się napięcie i przepychając przez tłum opuściłem przybytek.

-Sam za bandziorami pobiegnie chłopaczyna, patrzcie go– szydzili za mną pijacy. Wiedziałem dobrze, że sam przeciw grupie wyszkolonych w zabijaniu zbójów szans nie mam. Wiedziałem także, z rozmowy, że jeńców Alkierów nie oszczędza się, więc na królewskie drużyny liczyć nie mogłem. Pobiegłem zatem w stronę domu Eldiana. Otworzył mi jego lokaj Narin, i zapraszającym gestem wskazał mi na wnętrze. W środku w salonie siedział Eldian i… Athorn. Rozpromieniłem się na widok Athorna. Wiedziałem, że on napewno mi pomoże.

-Ciekawe, że się tu zjawiasz– Parsknął Eldian– właśnie o tobie rozmawialiśmy. Rano przypałętał się tu twój koń. Jest teraz w stajni, Narin się nim zajmuje, jest poharatany jakimiś krzakami.– Słuchałem, niedowierzając, w jaki sposób Marika pojawiła się w Bereth.– Athorna już poznałeś jak mniemam.

-Tak– powiedziałem uśmiechnięty potrząsając rękę mężczyzny, wyglądającego identycznie jak wtedy u Balet-hora. W tym samym wyświechtanym kapturze zakrywającym górną część czoła. Z tą samą drewnianą fajką…

-Co cię tu sprowadza, myślałem, że szukasz tej swojej Julki.– Wyrwał mnie z zamyślenia Eldian.

-Potrzebuje pomocy. Porwali ją Alkierzy, których natomiast szukają drużyny książęce.– Wyrzuciłem z siebie jednym tchem.

-I jak niby mam ci pomóc?– Eldian podniósł krzaczastą brew. Athorn rozparł się wygodniej w fotelu i przygasił fajkę.

-Nie wiem, ale jeśli czegoś nie wymyślisz to rzucę się za nimi tak jak stoję, a jeśli zginę to nie będziesz miał kogo wysłać w tej swojej pieprzonej maszynce– Podniosłem głos. Byłem zły na obojętność Eldiana na losy Julki. A do tego zmęczony po nieprzespanej nocy.

-A czy ty wiesz nawet czy ona napewno z nimi pojechała? Może nie żyje pogrzebana w gruzach!- warknął wyprowadzony z równowagi Eldian

-Czuje że żyje– uciąłem ostro.

-Pax, pax– powiedział Athorn wyciągając rękę.– ja ci pomogę. W imię mojej przyjaźni z Eldianem. Wytropić ich umiem a potem będziemy improwizować.– Uśmiechnąłem się. Athorn był zdecydowanie moim ulubionym człowiekiem. Eldian pokręcił głową z niesmakiem.

-Wszystko dla jakiejś dziewuchy.– powtarzał z niedowierzaniem.– wyśpij się chociaż chwilę. Alkierzy też zapewne spali więc ich dogonicie. Wyślę Narina po nowy strój dla ciebie.

-I nie możesz walczyć tą jarmarczną zabawką od Balet-hora– dodał Athorn wskazując na mój miecz.– Znajdziemy ci coś lepszego. Idź spać gdy słońce zacznie zachodzić wyruszymy w drogę.– To mówiąc wstał i nie obracając się już wyszedł z pokoju. Podziękowałem Eldianowi i położyłem się w pokoju gościnnym. Mimo nerwów zasnąłem odrazu.

Obudził mnie Narin przynosząc mi nowe ubranie. Była to tunika z czarnej bardzo twardej skóry z metalowymi okuciami. Do tego spodnie w tymże kolorze i kaptur. Ubrałem się szybko i sprawdziłem rewolwer. Zostało mi równo osiem pocisków. Wepchnąłem go za pasek i zbiegłem na dół. Athorn czekał już na mnie opierając się o framugę drzwi i pociągając z fajki.

-Tak se jeno myślałem, że już mi się nie przyda, a tobie jak najbardziej– Powiedział wychodząc z piwnicznych drzwi Eldian. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że mówi do mnie, dopiero w kolejnej chwili zdałem sobie sprawę o czym mówi. W rękach niósł miecz jednoręczny, najpiękniejszy jaki dotąd widziałem. Podał mi go z wyrazem dumy na twarzy. Rękojeść miecza była czarna z lekkim ametystowym połyskiem a na dole rękojeści wyrzeźbiona była głowa jaszczurki. Klinga, nieskazitelnie srebrna była pokryta niezrozumiałymi runami. Zamachnąłem się. Miecz, lekki jak woda, sam prowadził rękę. Dotknąłem ostrza opuszkiem palca. Ostry jak brzytwa.

-Dziękuję– tylko tyle potrafiłem z siebie wydusić oczarowany jakością oręża.

-Komu w drogę temu wczas– powiedział spokojnie Athorn. Chwilę potem jechaliśmy oboje w stronę północnej bramy. Towarzyszył nam wieczorny gwar dochodzący z karczm, gospód i burdeli, subtelna gra cykad pochowanych w szparach między marmurowymi kamienicami oraz delikatne stukanie kopyt Mariki o bruk. Obecność Athorna sprawiała, iż wróciły do mnie wszystkie nadzieje na uratowanie Julki.

 

* * *

Julka obudziła się zawinięta w śpiwór i mocno otępiała. Rozejrzała się po obozowisku rozłożonym na leśnej polance. Wokół wszyscy ubrani w te same szare kaftany z czerwonym pasem zbierali śpiwory i wygaszali ogniska. Słychać było parskanie koni i pogodne rozmowy obozowiczów. Szybko zdała sobie sprawę, że ktoś przebrał ją z sukni w taki sam szary kaftan z czerwonym paskiem. Ostatnim jej wspomnieniem była eksplozja i mężczyzna z białą przepaską na oku chwytający ją i przerzucający przez ramie.

-Wstawać nowi. No już zbierać się.– Krzyczała wysoka kobieta z mysimi włosami zawiązanymi w warkocz. Przy udzie trzymała półtoraręczny miecz ze złotymi zdobieniami. Julka zdała sobie sprawę, że krzyczy również do niej. Wytoczyła się ze śpiwora i zaczęła go rolować. Zdała sobie sprawę, że mimowolnie spełnia rozkazy tej kobiety. Jakby patrzyła na wszystko co się dzieje z trzeciej osoby.

-Chodź tu Khei’sa– usłyszała z drugiego końca polanki. Słowa te skierował do kobiety z mysimi włosami ogromny, niemal dwu i pół metrowy mężczyzna. Mężczyzna z białą przepaską na oku.

-Co jest Letard– warknęła kobieta, zdenerwowana, że ktoś przeszkadza jej w pośpieszaniu nowych. Mimo to podeszła do niego szybkim krokiem

-Zostały nam dwa dni do granicy.– Zaczął Letard wyciągając z kieszeni mapę i rokładając ją przed Khei’są. Blokady są tu, tu i tu. Z perspektywy Julki nie dało się zobaczyć co pokazuje olbrzym.– Musimy obmyślić trasę jeśli nie chcemy, żeby dogoniły nas drużyny książęce.

-Drużyny książęce mogą nam naszczać– warknęła Khei’sa.– Gonią nas przecie od dwóch lat.

-Mylisz się!- do rozmowy włączył się trzeci mężczna o kruczoczarnych przylizanych włosach. Przy olbrzymie i Khei’sie wyglądał na bardzo niskiego, jednak prawdopodobnie był po prostu przeciętnego wzrostu. – List gończy wystawiony na nas dwa lata temu to nie to samo co drużyny pościgowe. Złamaliśmy wszystkie prawa naraz wchodząc do zamku i sprzymierzając się z elfami.

-Havim jeszcze raz powiesz, że się mylę i poderżnę ci gardło– powiedziała Khei’sa podchodząc do niego i wyciągając sztylet.

-Coś ty dzisiaj taka ponura jak burdel w poniedziałek?– Przerwał im podchodząc czwarty mężczyzna. Wyglądał na najgroźniejszego z nich wszystkich. Jego skóra miała lekko szary odcień, miał krótko ostrzyżone blond włosy i oczy, którymi przenikliwie lustrował otoczenie, oczy budzące grozę. Oczy mordercy. Był wyższy i szczuplejszy od innych. Był pół-elfem.

-Garas wróciłeś ze zwiadów– stwierdził fakt Letard nie zwracając uwagi na jego zaczepke wobec Khei’sy.

-Wróciłem– Garas przeciągnął się.– Droga wolna musimy się zbierać. Książęce drużyny depczą nam po piętach.– Mówił to głosem, którym wydaje się rozkazy. Nikt nie protestował.

-Nowi!- wrzasnęła Khei’sa biorąc od Havima małą sakiewkę z lnu.– Do mnie.– Ponownie nikt nie protestował. Julka poczuła, że również idzie w kierunku wysokiej kobiety. – Przeżuć to i połknąć– powiedziała rozdając każdemu z nowych po fioletowym mięsistym liściu.– ruszamy.

Jechali przez gęsty las całą grupą poruszając się powoli ale konsekwentnie. Wybierali bezpieczne leśne ścieżki z dala od głównych traktatów. Julka podsłuchała fragment rozmowy niskiego czarnowłosego Havima z pół-elfem o ich najeździe na Darin, gdzie nie spodziewali się stacjonującego oddziału armii króla Viltofa i stracili przeszło trzydzieści dobrych ludzi w tym brata Havima. Khei’sa zorientowała się jednak, że Julka podsłuchuje rozmowę i kazała jej jechać z tyłu. Pierwszy przystanek zrobili dopiero gdy zbliżał się wieczór. Jeden z Alkierów wysłany został aby zbadać polanę, która miała się znajdować godzinę drogi od owego postoju pod kątem noclegu. Wrócił rozpromieniony i oznajmił, że miejsce jest idealne. Dojechali tam gdy już zmierzchało.

-Idealne miejsce– powtarzała pod nosem Khei’sa– coś mi tu nie pasuje.

Na środku polany rósł ogromny dąb stanowiący naturalny dach nad głową dla obozowiczów. w pobliżu w małym wykrocie szumiał jeszcze mniejszy strumyczek. A jednak faktycznie coś w tym miejscu nie pasowało. Julka zrzucając siodło z konia kątem oka dostrzegła błysk na skraju polany. Khei’sa także musiała go dostrzec bo chwyciła Letarda za ramię i skierowała jego wzrok w tamtą stronę kładąc rękę na mieczu. Wpatrywali się chwile, w ciszy, w miejsce, z którego doszedł ich oczu tamten błysk. Atmosfera stężała a w powietrzu dało się czuć niezidentyfikowane drganie.

-Pułapka– szepnęła Khei’sa

-Pułapka!- wrzasnął Letard, wyciągając zza pasa buzdygan. Wszyscy chwycili za broń. Nastał totalny chaos a Julka ponownie czuła się jakby oglądała wszystko z perspektywy trzeciej osoby. Zza drzew wysunęli się kusznicy z żółto-niebieską szachownicą na piersiach. Rozpoczęła się rzeź. Bełty świstały w koło trafiając zarówno ludzi jak i konie. Kilkunastu Alkierów pobiegło w stronę krawędzi lasu aby dopaść kuszników, ale w tym samym momencie za ich plecami ozwał się róg bojowy i na polane konno wjechał instygator książęcy z całą zbrojną kompanią. Julka biegła właśnie w stronę drzewa gdy poczuła, że coś zwala ją z nóg. Szarpiąca siła i ogromny ból w okolicy brzucha. Upadła tuż koło wielkiego dębu na samiusieńkim środku pola bitwy i osunęła się na niego plecami. Z jej biodra sterczał bełt kuszy. Patrzyła tylko jak Khei’sa szybkim ruchem zrzuca jednego z rycerzy z konia. Patrzyła jak Garas wywija mieczem sprawnie parując ataki dwóch wrogów. Jak unika ich ciosów piruetami i przechodzi do kontrofensywy. Patrzyła jak Letard pewnym uderzeniem buzdyganu powala konia razem z królewskim instygatorem. Patrzyła jak Havim słania się z bełtem z kuszy sterczącym z pleców, jak klnie nie mogąc wstać.

-Havim!- wrzasnął Garas przecinając wpół jednego z walczących z nim rycerzy, po czym puścił się w jego stronę biegiem. Biegł szybko ale jego stopy lekko odbijały się od ziemi sprawiając wrażenie jakby pół-elf latał. Dobiegł do niego w ostatniej chwili tuż nim stratował go koń. Zepchnął jeźdźca z siodła i ciął płasko. Szybko. Bezlitośnie. Z aorty jeźdźca bryzgnęła na polane szkarłatna krew.

-Havim– powtórzył pochylając się nad towarzyszem. Ale Havim już nie żył. Beretheńskie bełty mają to do siebie iż po trafieniu w cel rozbijają się na setki kawałeczków zwiększając znacznie szanse na trafienie, w któryś z witalnych organów. I zmniejszając tym samym szansę na odratowanie nieszczęśnika, który takim bełtem został trafiony. Na polanę wjechało dwóch zakapturzonych jeźdźców w czarnych skórzanych kamizelkach. Natychmiast zeskoczyli z koni. Wyższy z nich związał się walką z Letardem, który własnie kończył rozbijać buzdyganem głowę książęcego instygatora. A niższy… niższy biegł w kierunku Julki. Poznała go.

 

* * *

-Julka– krzyknąłem uradowany widząc ją opartą o pień dębu, w burzy rozczochranych kasztanowych włosów. Patrzyła na mnie błądzącym wzrokiem. Dopiero po chwili zauważyłem bełt sterczący z jej biodra. Zakląłem.

-A ty kim do cholery jesteś?– usłyszałem kobiecy głos za swoimi plecami. Obróciłem się napięcie a moim oczom ukazała się wysoka kobieta z mysimi spiętymi w warkocz włosami i zakrwawionym mieczem. Nie dała mi czasu by odpowiedzieć na pytanie. Doskoczyła do mnie w trzech krokach wybijając się przy ostatnim z nich aby przekazać całą siłę kinetyczną w cięcie. Miecz który dostałem od Eldiana poprowadził moją rękę ku perfekcyjnemu sparowaniu. Wyprowadziłem szybkie cięcie, pozornie miało iść w nogi ale tuż przed impaktem podciągnąłem je w kierunku biodra. Nie miałem jednak do czynienia z amatorką. Khei’sa odskoczyła zataczając mieczem koło i cięła przez lewe ramię. Również odskoczyłem jak najdalej, aby móc wyciągnąć zza paska rewolwer. Strzeliłem, jednak Khei’sa musiała się zorientować, że ma do czynienia z bronią zasięgową gdyż złożyła się w pół i przeturlała przez lewy bark unikając wystrzału i znajdując się tym samym bardzo blisko mnie. Wykorzystała moją chwilę nieuwagi aby wyprowadzić pchnięcie. Trafiło ono prosto w rewolwer wytrącając mi go z ręki. Tym razem to ona wypadła z równowagi. Ciąłem szybko, zza głowy celując w odsłonięty lewy bark. Powietrze rozdarł jej przeraźliwy krzyk. Patrzyła z niedowierzaniem na jej rękę a raczej to co z niej zostało. Srebrna, ostra jak brzytwa klinga mojego miecza odcięła jej rękę w całości, tuż przy barku. Chciałem się na tym zatrzymać, ale impet ruchu i instynktowne działanie myślącego miecza wyprowadziły mnie z powrotnym cięciem od dołu celującym w podbródek. Cięciem śmiertelnym.

-Kheeeeei’saaaa– usłyszałem wrzask i zobaczyłem jak biegnie do mnie postać z drugiego końca polany. Ciężko to nawet było nazwać biegiem postać frunęła jakby przez pobojowisko nie zwracając nawet najmniejszej krzty uwagi na otoczenie. Postać o lekko szarej skórze dzierżąca długi półtoraręczny miecz. Pół-elf przeskoczył strumyk. Trzy kroki piruet i cios celujący w aortę. Sparowałem go i z pomocą szybkiej finty próbowałem wyprowadzić kontratak. Nie było jednak czasu. Garas zasypywał mnie ciosami z nadnaturalną prędkością. Ciął przez prawy bark, zaraz potem przez lewy, z dołu, znowu przez lewy, zza głowy, zza prawego uda… ledwo udawało mi się je parować a o kontrataku nie było mowy. Traciłem również dobrą pozycję, gdyż pół-elf skakał lekko wokół mnie jakby jego nogi i ciosy które wyprowadzał były jedną całością. Widziałem, że próbuje wymanewrować mnie tak aby zachodzące słońce świeciło mi prosto w oczy a mimo to nie mogłem nic poradzić. Piruet i ponowny cios zza głowy. Uchyliłem się o pół sekundy za późno i poczułem rażący ból w lewym ramieniu. Ostrze zahaczyło o nie zostawiając obficie krwawiącą ranę. Traciłem siły, czego z pewnością nie można było powiedzieć o Garasie. Nie tylko podtrzymywał tempo walki ale był już o krok od ustawienia mnie w lini prostej ze słońcem.

-Panie Garas! Bądź Pan tak szanowny i wybierz sobie przeciwnika ze swoimi zdolnościami– tubalny głos Athorna wyprowadził nas obu z równowagi. Pół-elf splunął. Jednym niezwykle precyzyjnym ciosem wytrącił mi miecz z ręki po czym rzucił się na Athorna. Zwarli się w straszliwym pojedynku. Dla zwykłego człowieka niewidoczne były nawet klingi tak szybko przecinały powietrze. Po chwili zdałem sobie sprawę, że rytmiczne brzęki zderzanych ostrzy to jedyny dźwięk rozlegający się na polanie. Rozejrzałem się. Na pobojowisku nikt już nie walczył, jedni wykrwawiali się, inni nie żyli ale ostatnią walczącą parą byli Athorn z Garasem. Panicznie zacząłem szukać rewolweru na ziemi. Przez walkę, przemieściłem się tak, iż nie wiedziałem, w którym miejscu Khei’sa wytrąciła mi go z ręki. Athorn i Garas krążyli wokół siebie wymieniając cięcia i pchnięcia. W końcu zauważyłem, że Athornowi udało się ustawić pół-elfa na linii ze słońcem, ten jednak walczył nadal jakby ten fakt go nie dotyczył. Zaatakował nagle z półobrotu. Athorn desperacko sparował ten cios całą swoją siłą po czym jednym płynnym ruchem wyciągając lewą ręką zza pasa sztylet rzucił się na Garasa i oboje wyrżnęli na ziemie.

-Psia krew niby pół-elf a walczy jak cały.– Splunął Athorn wstając i otrzepując ręce jakby właśnie wyszedł z toalety. Z piersi Garasa sterczał wbity po rękojeść złoty sztylet. Nie myśląc długo podbiegłem do dębu, o który leżała oparta Julka.

-Nie odchodź, nie odchodź– mówiłem gładząc ją delikatnie wierzchem ręki po policzku. Drugą odgarniając włosy z jej twarzy.– Wszystko będzie dobrze, wyciągnę cię stąd i wrócimy do naszego świata. Naszego spokojnego świata.– Po policzku Julki spłynęła łza jednak była już za słaba aby cokolwiek odpowiedzieć.

-Ona nie przeżyje. Berethański bełt.– Szepnął smutno Athorn kładąc mi rękę na ramieniu. Podał mi do ręki sztylet.– Skończ jej cierpienie.– dodał poważnie i smutno. Rozciąłem jej kaftan w okolicy rany aby ją zobaczyć. Faktycznie wyglądało to źle. Bardzo źle. Spojrzałem jeszcze raz w jej duże piwne oczy.

-Nie odchodź– powtarzałem z coraz większą determinacją– Kocham cię.

-J… Ja…– wyszeptała słabo Julka– Ja ciebie też.– Objąłem ją mocno. Płakałem. Nasze czoła zetknęły się widziałem łzy w jej oczach. Zawsze obecne tam iskierki gasły. Pocałowałem ją. Poczułem wręcz elektryczną energię spływającą po całym moim ciele, od czubka głowy aż po koniuszki palców. Z pocałunku wyrwał mnie śmiech Athorna. Śmiech niezrozumiały dla mnie w tej sytuacji. Spojrzałem na niego otępiały ale on wskazywał tylko palcem na biodro Julki. Rany najzwyczajniej w świecie nie było.

-Jarmarczna sztuczka.– Śmiał się dalej Athorn– Przez wieki poeci głoszą o sile miłości. O królewnach wybudzanych z wiecznego snu przez pocałunki królewiczów a tu proszę!

-Ni.. nie rozumiem– Powiedziałem patrząc na Julkę, której wracały na twarz kolory. W jej oczach znów roztańczyły się iskierki.

-Poetycki Banał– rechotał dalej Athorn– Najwyraźniej miłość z waszego świata musi mieć w naszym nadprzyrodzone moce, zapewne vice versa– tłumaczył uśmiechnięty od ucha do ucha. Julka również się uśmiechała.

 

* * *

-Szybko, szybko póki działa.– mówił podekscytowany Eldian pokazując palcem na maszynę przypominającą przerośnięty toster. Pociągnąłem Julkę za rękę i wskoczyliśmy do czegoś uchodzącego za mocno prowizoryczną kabinę. – Teraz tylko koordynaty– skrzeczał dalej Eldian.– I mamy to! Do zobaczenia w waszym świecie kochasie moje. – Pomachał nam ręką w pożegnalnym geście. Tuż za nim opierał się o ścianę Athorn. Jak zwykle niewzruszony, jak zwykle pociągając z fajki. Uniósł lekko rękę.

-Do zobaczenia– rzuciłem. Poczułem mocne szarpnięcie w okolicy gardła. Wszystko zawirowało. Zaraz potem mocne szarpnięcie w okolicy żeber i oślepiające światło. Tak jasne, że straciłem przytomność.

* * *

Ocknęliśmy się w dość znajomym miejscu. Rozejrzałem się zdezorientowany nadal trzymając Julkę za rękę. Nieotynkowane ściany z licznymi ulotkami wakacyjnych destynacji i reklamami lini lotniczych. Duża dębowa lada zza której uśmiechał się do nas triumfująco pracownik w schludnej marynarce, estetycznie spiętych w kucyk czarnych włosach i charakterystycznej czarnej koziej bródce.

-Zwrotów wycieczek nie przyjmujemy.– Zarechotał a na jego twarz wstąpił znajomy paskudny uśmiech.

-Dzięki Mjodżin, rozważymy twoje biuro na przyszłość– powiedziałem sarkastycznie, pomagając wstać Julce. Ciepłe letnie słońce prażyło gdy wyszliśmy na Krakowską ulicę pełną zwykłych ludzi. Wokół nie widać było żadnego elfa, olbrzyma ani krasnoluda. Ludzie śpieszyli w swoich kierunkach załatwiać swoje codzienne sprawy; a to do pracy, a to odebrać coś z poczty, a to odprowadzić dzieci do szkoły. Westchnąłem głośno patrząc jak kierowca niebieskiego fiata pokazuje bardzo niemiły gest kierowcy białego Forda. Wszystko to było takie normalne. Objąłem i pocałowałem Julkę.

-Następnym razem pojedziemy w ciepłe kraje– szepnąłem.– Obiecuje.

 

Koniec

Komentarze

Emzetx-ie, opowiadania liczące ponad 80000 znaków nie wchodzą do grafiku dyżurnych, którzy nie mają obowiązku ich czytać. Tak długie raczej opowiadanie nie przyciągnie wielu czytelników, nie ma też szansy na nominację do Piórka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Usiłowałam przebrnąć przez dowolny dłuższy kawałek tego tekstu, ale niestety fabuła nie zdołała mnie wciągnąć, a wykonanie utrudniało lekturę. Źle zapisujesz dialogi, nie dbasz o interpunkcję, nie poprawiasz literówek. Nawet w ostatnim słowie tekstu masz błąd. Nie ustrzegłeś się też ortografów – “na pewno” i “w czas” pisze się osobno.

Skanując tekst trafiłam na jedno odwołanie – dość łopatologiczne – do dzieła “większego autora” (cokolwiek to znaczy), zbieżności imion nie wykryłam, zwłaszcza takiej, która byłaby znacząca (Alicja kojarzy mi się z Carrollem, Melania z “Przeminęło z wiatrem”, Julka z “W sieci” Augusta Kisielewskiego, a Marcin z niczym szczególnym, więc sam widzisz) – zresztą zbieżność musi być z czymś, a nie podałeś z czym, więc zadanie tym trudniejsze.

Jeśli chcesz zyskać czytelników, napisz może – starając się o językową poprawność – tekst w granicach 40k. Czytelnik nie będzie brnął przez ponad dwa arkusze wydawnicze tekstu, który niczym nie porywa od początku, a jest trudny w odbiorze z powodów techniczno-stylistycznych.

 

I dobra rada – jeśli zamierzasz tu bywać częstszym gościem, zapoznaj się z tym oto bardzo przydatnym poradnikiem portalowym:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka