- Opowiadanie: CM - Czekając na Quetzalcoatla

Czekając na Quetzalcoatla

Państwo Azteków.

I połowa XVI wieku.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Czekając na Quetzalcoatla

 

Mon­te­zu­ma II krą­żył ner­wo­wo po pa­ła­co­wym ogro­dzie. Był zły. Po­mysł z dzie­dzi­cze­niem imie­nia od po­cząt­ku wy­da­wał mu się chy­bio­ny. „II” w na­zew­nic­twie wład­ców ozna­czał za­zwy­czaj tego, który przyj­dzie na go­to­we po „I” i zaraz na pewno coś schrza­ni. W ta­kiej to wła­śnie po­sta­wił się roli. Dum­ne­go na­stęp­cy słyn­ne­go przod­ka. Kon­ty­nu­ato­ra wiel­kie­go dzie­ła.

Pięk­ne!

Cu­dow­ne!

Idyl­licz­ne!

Tyle że nie­praw­dzi­we w całej rozciągłości.

Co mógł jesz­cze zro­bić? Stary Mon­te­zu­ma zda­wał się osią­gnąć wszyst­ko. Dzię­ki wiel­kim pod­bo­jom i mą­drym so­ju­szom zbu­do­wał Az­te­kom wspa­nia­łe im­pe­rium. A on? Jemu po­zo­sta­wa­ło ni­cze­go nie ze­psuć. Tra­fić na karty hi­sto­rii jako ten, który umac­niał po­tę­gę pań­stwa i uśmie­rzał nie­licz­ne bunty.

Tylko cóż to wła­ści­wie zna­czy? – za­py­ta­ją kiedyś po­tom­ni.

Ano sie­dział na tyłku i nic nie zdzia­łał – od­po­wie z ru­basz­nym re­cho­tem hi­sto­ria.

Wziął głę­bo­ki od­dech. Wzbierająca w nim złość nie­bez­piecz­nie zbli­ża­ła się do po­zio­mu furii. Po­trze­bo­wał suk­ce­sów! Cze­goś, co wy­nie­sie go na pie­de­stał. Ow­szem, pró­bo­wał dal­szych pod­bo­jów. Tla­xca­lę sztur­mo­wał nawet trzy­krot­nie. Za każ­dym razem bez skut­ku. Dla­cze­go? Ba! Gdyby tamci byli tacy ule­gli, już Stary Mon­te­zu­ma urzą­dził­by ich jak trze­ba.

Ze zło­ści aż kop­nął ka­mień.

Za­pa­dła cisza.

Póź­niej roz­legł się wrzask.

To stopa Mon­te­zu­my wy­sła­ła mu sy­gnał, by na­stęp­nym razem nieco roz­waż­niej do­bie­rał obiekt wy­ła­do­wa­nia fru­stra­cji.

– Tla­to­ani! – Ener­gicz­ny głos ka­pła­na prze­rwał cichy mo­no­log Mon­te­zu­my. Mo­no­log zbu­do­wa­ny wy­łącz­nie ze słów po­wszech­nie uwa­ża­nych za nie­uro­dzi­we. – Tla­to­ani! Niosę zna­ko­mi­te wie­ści!

– To póź­niej – burk­nął ze zło­ścią wódz Az­te­ków. – Kto tu po­sta­wił ten ka­mień?!

– No… Ja, ale…

– Świet­nie. Zanim zgło­sisz się na ochot­ni­ka jako ry­tu­al­na ofia­ra, od­po­wiesz mi na jesz­cze jedno py­ta­nie.

– Tak?

Ka­płan ner­wo­wo prze­łknął ślinę.

– W jakim celu, do wszyst­kich dia­błów, po­ło­ży­łeś tu ten cho­ler­ny ka­mień?!

– Miał taki szla­czek… O tu. Po lewej. My­śla­łem, że może to jakiś sym­bol…

– No, tak. To by wiele wy­ja­śnia­ło.

– Ale, tla­to­ani! Niosę na­praw­dę wiel­kie wie­ści!

– Mów zatem. Byle szyb­ko.

– Roz­po­czął się rok jed­nej trzci­ny!

– I co z tego?

– Tla­to­ani! Rok jed­nej trzci­ny! Czy wiesz, co to dla nas ozna­cza?

– Pew­nie wiel­ką suszę.

– Wła­śnie!… Zaraz… Co? Nie! Dla­cze­go wiel­ką suszę?

– Skoro ma nam zo­stać tylko jedna trzci­na.

– Tla­to­ani! On po­wró­ci!

– Kto?

– On! Nasz po­tęż­ny bóg!

– Który? Z tego, co pa­mię­tam, mamy ich ponad pięć­dzie­się­ciu. – Mon­te­zu­ma spoj­rzał po­dejrz­li­wie na ka­mień. – A coś mi pod­po­wia­da, że nie­ba­wem do­ro­bi­my się na­stęp­ne­go.

– Qu­et­zal­co­atl. On po­wró­ci!

Ka­płan in­stynk­tow­nie za­wie­sił głos. W pew­nych oko­licz­no­ściach należało po­sta­wić na zwię­złość prze­ka­zu. Zwłasz­cza, gdy le­gen­dy gło­si­ły bez­li­to­sny po­wrót bó­stwa po wła­dzę.

– Czy to aby pewne? – za­py­tał Mon­te­zu­ma.

– O, tak! – po­twier­dził ka­płan. – Do­sta­li­śmy znaki.

– Znaki?

– Wiel­ka po­wódź, pożar w świą­ty­ni, ude­rze­nie pio­ru­na.

– Ostat­nio bo­la­ła mnie stopa. Czy to rów­nież był znak?

– Na­tu­ral­nie, tla­to­ani.

– I jak go ro­zu­mieć?

– W sen­sie do­słow­nym: uwa­żaj, jak cho­dzisz!

– Wiel­ka jest twa mą­drość, ka­pła­nie. Oba­wiam się, że muszę od­mó­wić na­szym bogom zło­że­nia cię w ry­tu­al­nej ofie­rze. Je­steś nam tutaj po­trzeb­ny.

Ka­płan dys­kret­nie ode­tchnął z ulgą. Nie to, żeby nie chciał się po­świę­cić. Zło­że­nie w ofie­rze ozna­cza­ło w końcu naj­wyż­szy za­szczyt. Cho­dzi­ło ra­czej o to, że nie bar­dzo czuł się tego za­szczy­tu… go­dzien. Po­dob­nie zresz­tą jak więk­szość miesz­kań­ców im­pe­rium. Spe­cy­fi­ka wie­rzeń wy­kształ­ci­ła w miej­sco­wej lud­no­ści coś w ro­dza­ju prze­sad­nej po­ko­ry. Praw­dzi­wy Aztek nigdy nie czuł się wart ry­tu­al­ne­go oł­ta­rza. Chęt­nie za to do­strze­gał ową war­tość u in­nych.

Zwłasz­cza u jeń­ców.

– Zatem w końcu po­wró­ci. – Za­du­mał się Mon­te­zu­ma.

– Bez cie­nia wąt­pli­wo­ści! – Ka­płan szy­bo­wał na skrzy­dłach eks­cy­ta­cji.

– Mu­si­my się przy­go­to­wać.

– Wszyst­kie­go do­pil­nu­ję, tla­to­ani.

– Po­zo­sta­je jesz­cze kwe­stia ka­mie­nia. Co z nim zro­bi­my?

– Może od­da­my mu cześć?

– Nie za­szko­dzi.

 

*

 

Qu­et­zal­co­atl, pie­rza­sty wąż o pió­rach kwe­za­la, spo­glą­dał le­ni­wie na roz­le­głe zie­mie im­pe­rium. I on nie miał naj­lep­sze­go dnia. Sta­tus az­tec­kie­go bó­stwa nie gwa­ran­to­wał sie­lan­ki. Zwłasz­cza ta­kie­go bó­stwa. Z takim cia­łem. Co z tego, że groź­nym. Co z tego, że efek­tow­nym. Niech­by tylko ze­chciał po­dra­pać się po gło­wie. Czym­że wła­ści­wie miał to uczy­nić?

Pió­ra­mi?

Z ciem­no­sza­re­go nieba spły­wa­ły po­to­ki wody. Nic, tylko cze­kać grzmo­tów i bły­ska­wic. Ile to już lat ob­ser­wo­wał tę nację. Zmie­nia­li się wład­cy. Zmie­nia­ły gra­ni­ce. On zaś nie­zmien­nie trwał na sta­no­wi­sku, pil­nu­jąc każ­dej za­cho­dzą­cej w pań­stwie prze­mia­ny. I choć cza­sem od­czu­wał znu­że­nie, nigdy nie bun­to­wał się prze­ciw swemu lo­so­wi. Takie w końcu za­da­nie wy­zna­cza­ła bogom re­li­gia.

Teraz jed­nak ktoś po­sta­no­wił to zmie­nić. Jakiś nie­wy­da­rzo­ny ka­płan bez­czel­nie gło­sił jego po­wrót. Ale nie o to był Qu­et­zal­co­atl zły. Także nie o to, że w całym im­pe­rium nikt nie po­tra­fił wy­mó­wić jego imie­nia. Chyba nawet nie to, że czczo­no go wraz z pięć­dzie­się­cio­ma in­ny­mi bó­stwa­mi. Był zły, bo nie mógł się po­dra­pać po tej cho­ler­nej gło­wie!

– Ciap­ku!

Cia­pek, naj­uczci­wiej rzecz bio­rąc, był… ry­tu­al­nym wy­bry­kiem. Czy to Mon­te­zu­ma po­kpił ce­re­mo­niał, czy sam Qu­et­zal­co­atl cze­goś nie do­pa­trzył, dość, że po­zba­wio­ny serca je­niec w jed­nej chwi­li zja­wił się obok boga. Takie wy­pad­ki się nie zda­rza­ły. Ofia­ry miały cha­rak­ter ści­śle sym­bo­licz­ny. Cho­dzi­ło wy­łącz­nie o akt he­ro­icz­ne­go po­świę­ce­nia. Po­no­szo­ne­go zresz­tą wbrew woli po­świę­ca­ne­go. Qu­et­zal­co­atl nigdy nie roz­wa­żał przy­czyn tego in­cy­den­tu. Za­wsze był zwo­len­ni­kiem oszczęd­ne­go za­rzą­dza­nia ro­zu­mem. Choć cza­sem by­wa­ło, że jed­nak nieco mi­mo­wol­nym. Inna rzecz, że szyb­ko po­lu­bił obec­ność Ciap­ka. Tro­chę przez przy­pa­dek zy­skał wier­ne­go sługę, to­wa­rzy­sza roz­mów oraz cał­kiem roz­sąd­ne­go do­rad­cę.

A imię?

Cóż… Qu­et­zal­co­atl miał wiele ta­len­tów. Znał cały al­fa­bet, li­czył do dzie­się­ciu, a w do­brej for­mie, po in­ten­syw­nym tre­nin­gu, po­tra­fił nawet prze­li­te­ro­wać swe imię. W tej sy­tu­acji słaba kre­atyw­ność to w za­sa­dzie żadna wada.

Poza tym Cia­pek brzmiał sym­pa­tycz­nie!

– Wzy­wa­łeś mnie, panie? – Chu­der­la­wy sługa skło­nił się uni­że­nie.

– Oczy­wi­ście, że cię wzy­wa­łem! – wark­nął Pie­rza­sty Wąż. – Sły­sza­łeś za­po­wie­dzi tego idio­ty?

– Mó­wisz o ka­pła­nie?

– Jasne, że o ka­pła­nie! O kim innym miał­bym mówić?!

– Cóż…

– Co on sobie w ogóle wy­obra­ża?!

– Po­wta­rza tylko słowa le­gen­dy, panie.

– Le­gen­dy, tak? A kimże jest ta cała Le­gen­da, żeby tak bez­czel­nie de­cy­do­wać o moim losie?! I dla­cze­go nie za­py­ta­ła mnie o zda­nie?!

– Le­gen­dy nie py­ta­ją – zmie­szał się Cia­pek. – One… są.

– Ja też je­stem! – oświad­czył Qu­et­zal­co­atl. – Tutaj! I ani myślę się stąd ru­szać!

– Mu­sisz roz­wa­żyć…

– Czyż­byś śmiał mi roz­ka­zy­wać?!

– W żad­nym razie! Chcia­łem je­dy­nie zwró­cić twoją uwagę na pe­wien szer­szy aspekt tej spra­wy.

– Więc jest jesz­cze jakiś Aspekt, tak? Pew­nie brat tej całej Le­gen­dy. Są w zmo­wie!

– Mówię tylko, że le­gen­da może pró­bo­wać cię ostrzec.

– A Aspekt? Co cie­ka­we­go ma mi do po­wie­dze­nia?

– No…

– Zresz­tą, nie­waż­ne. Nie za­mie­rzam słu­chać oty­łych.

– Oty­łych?!

– Sam mó­wi­łeś, że ten Aspekt jest tro­chę szer­szy. Zna­czy, przy kości.

Cia­pek roz­pacz­li­wie błą­dził w la­bi­ryn­cie myśli pana.

– A jeśli im­pe­rium za­ata­ku­ją na­jeźdź­cy? – spró­bo­wał.

– To świet­nie – ucie­szył się Qu­et­zal­co­atl.

– Świet­nie?!

– Za­wsze to jakaś roz­ryw­ka.

– A gdyby ci na­jeźdź­cy… pod­bi­li pań­stwo Az­te­ków?

– Biorę w ciem­no. Ten nu­dziarz Mon­te­zu­ma II dawno już mi się prze­jadł.

Cia­pek nie tra­cił na­dziei. Pro­ces le­pie­nia wnio­sków w gło­wie Qu­et­zal­co­atla przy­po­mi­nał mo­zol­ne wy­sia­dy­wa­nie jaja. Z tym, że w przy­pad­ku Pie­rza­ste­go Węża nie za­wsze na końcu wy­klu­wa­ło się pi­sklę.

– Panie… – wy­ja­śniał sługa. – Ci na­jeźdź­cy… Oni… Przy­bę­dą ze swo­imi bó­stwa­mi.

– I o to wła­śnie… Wróć! – Słaby pro­mień roz­sąd­ku roz­ja­śnił świa­do­mość Qu­et­zal­co­atla. – Co?!

– Na­jeźdź­cy wy­bi­ją two­ich wy­znaw­ców.

– Zna­czy, chcą się mnie po­zbyć?!

Sługa z nie­mym uśmie­chem przy­jął na­ro­dzi­ny pi­sklę­cia. Było co praw­da nieco upo­śle­dzo­ne, ale po Qu­et­zal­co­atlu nie na­le­ża­ło ocze­ki­wać zbyt wiele.

– Zga­dza się, panie – po­twier­dził Cia­pek.

– Nie­do­cze­ka­nie! – Po­tęż­ny wrzask Pie­rza­ste­go Węża z im­pe­tem uderzył w ciszę.

– Słusz­nie. Trze­ba im po­ka­zać, kto tutaj rzą­dzi.

– Wła­śnie!

– Wró­cisz i zro­bisz po­rzą­dek!

– Wrócę?

– Pew­nie. Niech znają po­tę­gę az­tec­kie­go boga.

– Może wy­star­czy ostrze­że­nie? Jakiś ka­ta­klizm?

– Żad­nych pół­środ­ków. Muszą wie­dzieć, że z tobą nie ma żar­tów.

– W sumie to jesz­cze nikt nas nie na­padł.

– To nic. Trze­ba wy­słać sy­gnał.

– Zatem wra­cam?

– Zde­cy­do­wa­nie.

– Nie­odwo­łal­nie?

– Bez cie­nia wąt­pli­wo­ści.

– W naj­bliż­szej przy­szło­ści?

– Nie­zwłocz­nie.

– Do­brze. Raduj się zatem, ludu Az­te­ków i drżyj, ta­jem­ni­czy na­jeźdź­co! Oto odzia­ny w po­tę­gę i chwa­łę wiel­ki Qu­et­zal­co­atl wraca do domu! – Nie­śmia­ły za­lą­żek myśli prze­mknął przez głowę boga. – Tylko nie dzi­siaj.

 

*

 

Im­pe­rium Az­te­ków sły­nę­ło z głę­bo­kiej wiary. Poza tra­dy­cyj­nym bo­giem-stwór­cą oraz po­mniej­szy­mi bó­stwa­mi od wia­tru, słoń­ca i wojny, swo­ich pa­tro­nów po­sia­da­ły rów­nież: sól, ku­ku­ry­dza, płod­ność, zie­mia, deszcz, drogi, księ­życ, me­dy­cy­na, agawa, kłót­nia, ogień, ofia­ry, wstyd, ka­len­darz, roz­kosz czy pi­jań­stwo. Na­le­ża­ło przy­pusz­czać, że gdyby tylko przy­szło tej dziel­nej nacji żyć w nieco in­nych cza­sach, z rów­nie wiel­kim od­da­niem czci­ła­by prąd, gaz, mik­se­ry, zszy­wa­cze oraz worki jed­no­ra­zo­we wie­lo­krot­ne­go użyt­ku.

U pod­staw az­tec­kiej wiary od za­wsze le­ża­ła głę­bo­ka tro­ska o bliź­nich. Zwłasz­cza bliź­nich z są­sied­nich ple­mion. Jeśli przy­jąć, że tylko praw­dzi­we męki pro­wa­dzą do wiecz­ne­go zba­wie­nia, pań­stwo Az­te­ków było praw­do­po­dob­nie je­dy­nym na świe­cie hur­to­wym do­staw­cą wnie­bo­wzię­tych.

Obec­nie uwaga miesz­kań­ców kie­ro­wa­ła się w stro­nę jed­ne­go tylko boga. To wła­śnie jego wy­glą­dał Mon­te­zu­ma, ob­ser­wu­jąc niebo ze szczy­tu pi­ra­mi­dy. Czuł przy tym de­li­kat­ne drże­nie coraz sła­biej bi­ją­ce­go serca. Wódz Az­te­ków zło­żył je na oł­ta­rzu, wie­rząc, że ko­lej­na ofia­ra przy­nie­sie w końcu wła­ści­wy sku­tek. Jego po­przed­ni wła­ści­ciel zda­wał się nie zgła­szać więk­szych pre­ten­sji. Być może dla­te­go, że mar­twi za­zwy­czaj wy­glą­da­ją na po­go­dzo­nych z losem.

Mon­te­zu­ma wra­cał do pa­ła­cu w po­czu­ciu do­brze speł­nio­ne­go obo­wiąz­ku. Jego mo­ment chwa­ły był bli­ski. Pie­rza­sty Wąż nie­ba­wem po­wró­ci.

I wtedy wszyst­ko się zmie­ni.

Czuł, jak wy­obraź­nia po­wo­li przej­mu­je kon­tro­lę nad ro­zu­mem. Mon­te­zu­ma II spro­wa­dza Qu­et­zal­co­atla do domu. Mon­te­zu­ma II otwie­ra złoty roz­dział w hi­sto­rii im­pe­rium. Mon­te­zu­ma II tra­fia do pan­te­onu az­tec­kich bogów…

– Tla­to­ani! – Pełen zachwytu głos ka­pła­na bru­tal­nie wy­rwał go z ma­rzeń.

W takim mo­men­cie!

Niech go wszy­scy dia­bli!

– Czego chcesz?! – Wście­kły krzyk Mon­te­zu­my niósł się po całym im­pe­rium.

– Tla­to­ani! On… On po­wró­cił!

 

*

 

Z od­da­li wy­ła­niał się okręt. Wspie­ra­ny lek­ki­mi po­dmu­cha­mi wia­tru, sunął ma­je­sta­tycz­nie w kie­run­ku brze­gu. Z po­cząt­ku mały i nie­wy­raź­ny, po ja­kimś cza­sie uka­zał peł­nię swego ogro­mu. Nie­ba­wem dobił do brze­gu. Ta­jem­ni­cza, ubra­na na czar­no po­stać, nie­spiesz­nym kro­kiem ru­szy­ła w kie­run­ku lądu.

I oto nad­szedł ten dzień.

Długo wy­cze­ki­wa­ny przy­bysz w końcu po­sta­wił stopę na az­tec­kiej ziemi.

 

*

 

Mon­te­zu­ma sta­czał się z góry emo­cji. Stara praw­da uczy, by nigdy nie ru­szać na szczyt en­tu­zja­zmu bez to­wa­rzy­stwa roz­sąd­ku. W prze­ciw­nym razie za­zwy­czaj szyb­ko wra­ca­ się do punk­tu wyj­ścia. W do­dat­ku bo­gat­szym o kilka mo­ral­nych si­nia­ków.

Na­strój wodza Az­te­ków ha­mo­wał obec­nie na po­zio­mie de­pre­sji.

– Roz­waż­my to wszyst­ko na spo­koj­nie – za­pro­po­no­wał Mon­te­zu­ma, nie spo­glą­da­jąc nawet w kie­run­ku ka­pła­na. – Na­sta­je rok jed­nej trzci­ny, tak?

Ka­płan kiw­nął twier­dzą­co głową.

– Licz­ne znaki na nie­bie za­po­wia­da­ją po­wrót Qu­et­zal­co­atla?

– Zga­dza się, tla­to­ani.

– Pie­rza­sty Wąż po­wra­ca, by za­po­cząt­ko­wać nową erę?

– Mniej wię­cej.

– Co zatem po­szło nie tak?

– Qu­et­zal­co­atl oka­zał się hisz­pań­skim na­jeźdź­cą, zaś wizję po­tęż­ne­go im­pe­rium za­stą­pi­ła re­al­na groź­ba jego upad­ku.

– I nie mo­głeś wy­snuć tego wnio­sku, jesz­cze zanim ob­sy­pa­łem Cortésa da­ra­mi?

– Cóż…

– Albo cho­ciaż zanim uko­rzy­łem się przed nim jako bo­giem?

– Kto mógł wie­dzieć…

– Tyle pracy. Tyle przy­go­to­wań. Ja to się nawet umy­łem!

– Nie trze­ba się mar­twić, tla­to­ani. To zwy­kłe nie­po­ro­zu­mie­nie.

– To nie­po­ro­zu­mie­nie chce za­gar­nąć skar­by Az­te­ków!

– Nic nam nie grozi, mój wodzu. On nas ocali.

– Kto?

– Qu­et­zal­co­atl.

– Więc my­ślisz, że jed­nak po­wró­ci?

– Oczy­wi­ście, że po­wró­ci. Prze­cież wy­słał nam znaki.

 

*

 

Pły­ną­ce z nieba po­to­ki wody czy­ści­ły Te­noch­titlán z krwi ry­tu­al­nych ofiar. Po­tęż­na ulewa sztur­mo­wa­ła mia­sto, zmu­sza­jąc Az­te­ków do tak­tycz­ne­go od­wro­tu. Qu­et­zal­co­atl skrzy­wił się, pa­trząc, jak miej­sco­wa lud­ność wy­ma­chu­je białą flagą przed desz­czem. Można było po­my­śleć, że jakiś wred­ny bóg od aury ce­lo­wo robił jej na złość.

– I nie udała nam się po­go­da – rzu­cił Pie­rza­sty Wąż bez wy­raź­ne­go ad­re­sa­ta.

– Eee, zwy­kła mżaw­ka – od­parł bez wiary Cia­pek. Przesadził. Czuł to od razu. Rów­nie wia­ry­god­nie brzmiał „po­tul­ny ko­ciak” w od­nie­sie­niu do wście­kłe­go jaguara.

– Żar­tu­jesz? Leje jak z cebra.

– To tylko deszcz, panie.

– Zmok­ną mi pióra!

– Po­tęż­ny bóg Az­te­ków z pew­no­ścią nie zlęk­nie się ka­pry­śnej aury.

– Będę wy­glą­dał jak ostat­ni kre­tyn!

– Az­te­ko­wie bar­dzo na cie­bie liczą. Chcesz ich za­wieść?

– Oczy­wi­ście, że nie. Po­wró­cę nie­zwłocz­nie. – Qu­et­zal­co­atl do­strzegł czło­wie­ka, który bie­gnąc na zła­ma­nie karku wy­ło­żył się twa­rzą w błoto. – Tylko nie dzi­siaj.

 

*

 

Do­brze wy­cho­wa­ny czło­wiek nigdy nie przyj­dzie w gości z pu­sty­mi rę­ka­mi. Nie trze­ba wiele ro­zu­mu, by wie­dzieć, że szan­sa na dobre pierw­sze wra­że­nie po­ja­wia się prze­cież tylko raz. Her­nan Cortés poj­mo­wał to do­sko­na­le. Dawno już od­krył, że w całej za­ba­wie z pre­zen­ta­mi liczy się głów­nie efek­tow­ność. Żad­nych pa­mią­tek, kwia­tów czy bez­war­to­ścio­wych dro­bia­zgów. Jak roz­da­wać – twier­dził – to tylko z przy­tu­pem. Zbio­ro­wy bilet do lep­sze­go świa­ta po­wa­lił Az­te­ków na ko­la­na. Co hoj­niej ob­da­ro­wa­ni zdą­ży­li nawet po­tra­cić głowy. To było to! Gest, który zo­sta­nie za­pa­mię­ta­ny na długo.

Głów­nie jako ma­sa­kra w Cho­lu­li.

Naj­więk­szy pro­blem z gło­śnymi pre­zen­tami po­le­gał jed­nak na po­trze­bie re­wan­żu. Nieważne, jak czło­wiek się sta­rał i ile by nie tłu­ma­czył. Go­spo­darz ko­niecz­nie mu­siał się od­pła­cić. Za­zwy­czaj do­kład­nie tą samą mo­ne­tą. Być może z pewną do­miesz­ką miej­sco­wej kul­tu­ry. Az­te­ko­wie nie za­mie­rza­li robić w tej kwe­stii wy­jąt­ków. Była to w końcu spra­wa ho­no­ru.

– …i wtedy się na nich rzu­ci­my. – Ko­bie­ta Wąż wpro­wa­dzał Mon­te­zu­mę w taj­ni­ki wiel­kie­go planu.

Tak. Ko­bie­ta Wąż był męż­czy­zną.

I nie. Nie da się tego lo­gicz­nie wy­tłu­ma­czyć.

– Je­steś tego pe­wien? – do­py­ty­wał się wódz Az­te­ków.

– Oczy­wi­ście, tla­to­ani. Bez cie­nia wąt­pli­wo­ści.

– Nie za­mie­rza­my ich za­bi­jać?

– W żad­nym razie.

– Ata­ku­je­my, ko­pie­my im tyłki i bie­rze­my w nie­wo­lę?

– Ko­pie­my ostroż­nie. Nie chce­my po­świę­cać na­szym bogom wy­bra­ko­wa­nych ciał.

– Nie prze­szka­dza nam, że tamci mają broń palną?

– My mamy od­wa­gę.

– No, tak. To roz­strzy­ga spra­wę.

– Bez obaw, tla­to­ani. Hisz­pa­nie nie mają z nami szans. Nasz prze­bie­gły styl walki jest znany na całym kon­ty­nen­cie.

– Zdaje się, że zy­skał nawet ofi­cjal­ną nazwę. Zaraz. Jak oni to mó­wi­li… Wiel­ka fan­ta­zja? Po­tęż­na bra­wu­ra?

– Cięż­kie fra­jer­stwo. – Ka­płan przy­był wo­dzo­wi z po­mo­cą.

– Wła­śnie. Za­sko­czy­my ich cięż­kim fra­jer­stwem! – Mon­te­zu­ma pró­bo­wał dodać sobie otu­chy. Nie po­mo­gło. Od­no­sił wra­że­nie, że przy­naj­mniej jedno słowo w tym zda­niu nie speł­nia­ło po­wie­rzo­nej mu roli.

– Cortés po­ża­łu­je, że się uro­dził! – Ko­bie­ta Wąż pła­wił się w wizji zwy­cię­stwa.

– Oby… – za­my­ślił się wódź Az­te­ków. – Jakaś al­ter­na­ty­wa? – za­py­tał nagle.

– Tla­to­ani! – Ko­bie­ta Wąż wy­strze­lił jak z procy. – Wąt­pisz w mój plan?

– Praw­dzi­wy mę­drzec za­wsze roz­wa­ża wszel­kie wa­rian­ty – od­parł Mon­te­zu­ma. Nie wie­dział, co praw­da, który kon­kret­nie mę­drzec po­stę­po­wał w ten spo­sób. Za­uwa­żył jed­nak, że takie po­sta­wie­nie spra­wy za­my­ka­ło za­zwy­czaj wszel­ką dys­ku­sję.

– Podjęcie walki uwa­żam za zbęd­ne ry­zy­ko – po­wie­dział ka­płan gło­sem nie­za­leż­ne­go eks­per­ta. – Cortés nic nam nie zrobi.

– Do­praw­dy? – po­wąt­pie­wał Ko­bie­ta Wąż.

– A, pew­nie! – od­parł ka­płan. – On nas ocali.

– Kto? – Tym razem to Mon­te­zu­ma zbłą­dził w pół drogi do od­po­wie­dzi.

– Qu­et­zal­co­atl – od­po­wie­dział ka­płan.

– Ach, prze­cież… – Wódz Az­te­ków ode­tchnął z wy­raź­ną ulgą.

 

*

 

– Panie! Już czas! – Cia­pek ner­wo­wo wy­glą­dał Qu­et­zal­co­atla. – Panie?

– Nie mogę. – Cichy, ża­ło­sny głos do­czła­pał do ucha sługi.

– Wszy­scy na cie­bie cze­ka­ją. Im­pe­rium wzywa!

– Nie mogę!

– Lu­dzie będą za­wie­dze­ni. Obie­ca­łeś…

– Nie mogę!!!

– Panie, dla­cze­go?

– Ze­msta Mon­te­zu­my!

 

*

 

Mon­te­zu­ma pod­szedł do ry­tu­al­ne­go oł­ta­rza. Spraw­ne ude­rze­nie ob­sy­dia­no­wym nożem i oto ko­lej­na ofia­ra od­da­ła Qu­et­zal­co­atlo­wi swe serce. Razem było ich już pięć­dzie­siąt. Wódz Az­te­ków opu­ścił świą­ty­nię, bła­gal­nym wzro­kiem spo­glą­da­jąc w po­chmur­ne niebo. Pie­rza­sty Wąż na pewno szy­ko­wał się już do drogi…

To nie­praw­da, że Az­te­ko­wie byli bar­ba­rzyń­ca­mi. Na­le­ża­ło ich ra­czej uznać za od­waż­nych pre­kur­so­rów. W końcu to oni, wbrew wszel­kim twier­dze­niom, prze­pro­wa­dzi­li pierw­szy, udany prze­szczep serca. Przynajmniej do połowy.

 

*

 

– Jutro?

– Jutro.

 

*

 

Były uro­czy­sto­ści i siel­ska at­mos­fe­ra. Były cu­dow­ne kwia­ty z ogro­du Mon­te­zu­my. Były nie­szcze­re ży­cze­nia i rów­nie fał­szy­we uśmie­chy. A wszyst­ko w takt ci­chych po­szep­tów: żeby ich jasny szlag tra­fił!

Mon­te­zu­ma zja­wił się u bram, nie­sio­ny w efek­tow­nej lek­ty­ce. Cortés przy­był do mia­sta w to­wa­rzy­stwie ho­no­ro­wej eskor­ty. Gdy zaś wszel­kie roz­mo­wy uci­chły, a wo­dzo­wie znik­nę­li w mu­rach pa­ła­cu, przy­szedł czas na naj­bar­dziej bez­względ­ny etap każ­de­go kon­flik­tu.

Roz­po­czę­ły się ne­go­cja­cje.

 

*

 

Po­wie­trze zda­wa­ło się nie­zno­śnie go­rą­ce. Drob­niu­teń­kie kro­pel­ki potu spły­wa­ły le­ni­wie po czole Qu­et­zal­co­atla. Bycie az­tec­kim bo­giem wy­ma­ga­ło nie­raz ogrom­nych po­świę­ceń.

– Tak sobie po­my­śla­łem… – urwał nie­zgrab­nie. Cia­pek po­spiesz­nie sta­nął przed bo­giem, skła­nia­jąc głowę z naj­wyż­szym uzna­niem. Na­le­ża­ło mu się. Każdy akt he­ro­izmu za­słu­gi­wał na mo­ment chwa­ły. – Po­my­śla­łem, że nie mogę tak zwy­czaj­nie po­wró­cić.

– Nie? – zdzi­wił się Cia­pek.

– Sam po­myśl. Mon­te­zu­ma staje do walki z na­jeźdź­cą, a ja tak po pro­stu od­bio­rę mu wła­dzę. To chyba tro­chę… No, wiesz… nie­ład­nie?

Ano, nie­ład­nie – po­my­ślał Cia­pek. Miał nie­od­par­te wra­że­nie, że bie­rze udział w czymś wy­jąt­ko­wym.

– Co in­ne­go, gdyby coś się stało – roz­wa­żał Pie­rza­sty Wąż. – Jakiś wy­pa­dek. Klę­ska. Nie­po­myśl­ny bieg zda­rzeń. Wtedy miał­bym powód.

Na­sta­ła cisza. Naraz Cia­pek zdał sobie spra­wę, że wła­śnie ode­brał poród cał­kiem lo­gicz­ne­go wnio­sku.

– Co zatem pla­nu­jesz, panie? – za­py­tał oszo­ło­mio­ny.

– Trze­ba za­cze­kać – od­parł Qu­et­zal­co­atl. Jego mózg od­pły­wał w stan nie­waż­ko­ści. – Gdy Mon­te­zu­ma… tego… znaj­dzie się w kło­po­tach… Wtedy… Wtedy wrócę.

 

*

 

Pokój wy­peł­nia­ła at­mos­fe­ra na­pię­cia. Była tak gęsta, że zbie­ra­ła wszel­kie po­my­sły, le­piąc z nich ko­żuch wie­rut­nych bred­ni. Mon­te­zu­ma błą­dził wzro­kiem po ścia­nach, usil­nie szu­ka­jąc punk­tu za­cze­pie­nia. Wie­dział, że w końcu padną py­ta­nia.

– Jak po­szły roz­mo­wy? – Ka­płan spró­bo­wał jako pierw­szy.

– Udało się po­czy­nić pewne usta­le­nia – od­parł wódz Az­te­ków, po­tu­pu­jąc ner­wo­wo.

– I na czym sto­imy?

– Wy­glą­da na to, że nie­ba­wem przyj­mie­my chrzest.

– Oj…

– Nie bę­dzie­my też już skła­dać ry­tu­al­nych ofiar. – Mon­te­zu­ma prze­rzu­cił wzrok na pod­ło­gę.

– Żad­nych? – prze­ra­ził się ka­płan.

– Żad­nych. Cy­wi­li­zo­wa­ni lu­dzie ponoć tak nie po­stę­pu­ją.

– Je­ste­śmy cy­wi­li­zo­wa­ni?

– Z tego, co wiem, bar­dzo chce­my być.

– Czy to już wszyst­kie zmia­ny? – za­py­tał z lę­kiem Ko­bie­ta Wąż.

– Wła­ści­wie tak – uspo­ko­ił go Mon­te­zu­ma. – Może jesz­cze jeden, mało istot­ny dro­biazg…

– Tak?

– Ogło­szę się pod­da­nym hisz­pań­skie­go króla. – Twarz wodza Az­te­ków przy­bra­ła barwę pur­pu­ry.

– Jak?! – Ko­bie­ta Wąż osu­nął się pod cię­ża­rem szczę­ścia.

– Nasze im­pe­rium z pew­no­ścią na tym sko­rzy­sta.

– A Cortés?

– Rusza na Te­noch­titlán.

– To chyba nie naj­lep­sze wie­ści?

– Dla­cze­go? Hisz­pa­nie wy­glą­da­li na szczę­śli­wych.

– Trud­no im się dzi­wić.

– Coś nie tak?

– Zdzi­wisz się, tla­to­ani, ale w ne­go­cja­cjach nie cho­dzi o ak­cep­ta­cję żądań dru­giej stro­ny.

– Nie? To o co w nich cho­dzi?

– Głów­nie o to, by po­ta­ku­jąc głową z przy­ja­znym uśmie­chem, nie zgo­dzić się ab­so­lut­nie na nic.

– Cie­ka­we. Cortés twier­dził… – Mon­te­zu­ma za­nur­ko­wał w głę­bi­nach pa­mię­ci. – Twier­dził, że to uczci­wy kom­pro­mis.

– Dla niego na pewno – zgo­dził się Ko­bie­ta Wąż.

– Skoro dla niego, to rów­nież i dla nas. Na tym prze­cież po­le­ga spra­wie­dli­wość.

– Kom­pro­mis, mój wodzu, za­kła­da ist­nie­nie dwóch spra­wie­dli­wo­ści. Ich oraz na­szej. Przy czym ich spra­wie­dli­wość ozna­cza jed­no­cze­śnie naszą nie­spra­wie­dli­wość. I od­wrot­nie. Ro­zu­miesz?

– Nic nie ro­zu­miem.

– Teraz to już i tak bez zna­cze­nia. Je­ste­śmy zgu­bie­ni.

– Może jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne? On prze­cież wróci, praw­da?

– Kto?

– Qu­et­zal­co­atl.

– No, teraz to już na pewno. – Ka­płan pod­szczyp­nął dumę wodza.

– Wi­dzisz! – Mon­te­zu­ma roz­mi­nął się z iro­nią. – Je­ste­śmy oca­le­ni!

– Oba­wiam się, że nie wszy­scy…

 

*

 

Qu­et­zal­co­atl leżał bezczynnie, trud­niąc się zaj­mu­ją­cą sztu­ką prze­pusz­cza­nia czasu przez palce. Był szczę­śli­wy. Po­nie­waż Mon­te­zu­ma trzy­mał się cał­kiem nie­źle, gło­śnie na­wo­ły­wa­nia o po­wrót mogły przy­naj­mniej przez jakiś czas po­zo­stać igno­ro­wa­ne.

– I co tam sły­chać w im­pe­rium? – za­py­tał za­do­wo­lo­ny.

– No… – Słowa ugrzę­zły Ciap­ko­wi w gar­dle.

– Tak?

– Mon­te­zu­ma… On…

– Mów, śmia­ło. Prze­cież nie wyrwę ci serca. – Qu­et­zal­co­atl za­niósł się pro­stac­kim re­cho­tem. Lubił ten żart. Cia­pek rów­nież. Choć tylko dla­te­go, że taka była wola jego pana.

– Mon­te­zu­ma… On przy­jął chrzest.

– Chrzest to ten z brodą?

Cia­pek wes­tchnął głę­bo­ko. Cza­sa­mi od­no­sił wra­że­nie, że głów­ne za­da­nie az­tec­kie­go boga po­le­ga­ło na… byciu bo­giem. Imię Qu­et­zal­co­atl mu­sia­ło zaś ozna­czać „ga­da­ją­cy posąg”.

– Panie… On… On się cie­bie wy­parł.

– Co?!

 

*

 

In­cy­den­ty…

Jeśli bitwy na­zy­wa­no solą kon­flik­tów, in­cy­den­ty sta­no­wi­ły ich wio­dą­cy fun­da­ment. Nie ist­nia­ło coś ta­kie­go, jak wojna bez po­wo­du. Każdy drob­ny za­targ po­trze­bo­wał mostu, by przejść od zwy­kłych sprze­czek do pierw­szych ba­ta­lii.

I wła­śnie szcze­ble tego mostu na­zy­wa­no in­cy­den­ta­mi.

Cały pro­ces bu­do­wa­nia kon­flik­tu po­le­gał na dys­kret­nym pod­gry­za­niu po kost­kach. Na­le­ża­ło gryźć na tyle mocno i cel­nie, by wróg ze­chciał wresz­cie od­po­wie­dzieć kop­nia­kiem. Kop­nię­ty sta­wał się ofia­rą agre­sji i można było w końcu za­czy­nać całą za­ba­wę.

Pro­ces li­czył zwy­kle kilka eta­pów. Za­czy­na­ło się od: „ja chcia­łem go tylko przy­tu­lić!”, póź­niej przy­cho­dzi­ło: „to było nie­chcą­cy!”, dalej: „nie wiem, skąd ten nóż w jego sercu!” i do­pie­ro: „ta broń wystrze­li­ła przy­pad­kiem!”, sta­wa­ło się pod­sta­wą zbroj­nych roz­wią­zań.

Prace nad mo­stem prze­bie­ga­ły w szyb­kim tem­pie. Dziel­ny lud Az­te­ków kładł ko­lej­ne szcze­ble, mor­du­jąc bez wy­tchnie­nia hisz­pań­skich ka­cy­ków. Cortés, przed­kła­da­jąc po­my­sło­wość nad siłę, wię­ził Mon­te­zu­mę w jego wła­snym pa­ła­cu. W końcu Alva­ra­do, od­bie­ra­jąc bu­do­wę, zwień­czył wszel­kie prace ma­sa­krą w świą­ty­ni.

Tak oto most śmier­ci zo­stał ukoń­czo­ny.

 

*

 

Gwiaz­dy w świecie Qu­et­zal­co­atla zwró­ci­ły się prze­ciw niemu. Le­d­wie chwi­lę wcześniej, efek­tow­ną szar­żą umy­słu zdo­łał wy­wal­czyć sobie wol­ność, by teraz znów szy­ko­wać się do po­wro­tu. Nie ża­ło­wał Mon­te­zu­my. Na­le­ża­ło mu się, pa­dal­co­wi wstręt­ne­mu. Żeby tak się wy­piąć na wła­sne bó­stwo.

Ka­na­lia!

– Niech ja go tylko dorwę – mam­ro­tał zło­wiesz­czo pod nosem.

– Panie? – Cia­pek wy­ru­szył w długą po­dróż do świa­do­mo­ści Qu­et­zal­co­atla.

– Jak tam zejdę. Jak go palnę.

– Panie?

– Zero li­to­ści dla po­kur­cza!

– Panie…

– Wrócę! Zdzie­lę go w łeb…

Dłu­gie wę­drów­ki har­to­wa­ły od­por­ność. Z całą pew­no­ścią po­bu­dza­ły też umysł.

Głów­nie do szu­ka­nia drogi na skró­ty.

– Czym? – za­py­tał znie­nac­ka Cia­pek.

– Co? – zdzi­wił się Qu­et­zal­co­atl.

– Czym chcesz go zdzie­lić, panie?

– To chyba oczy­wi­ste, że… – Pie­rza­sty Wąż za­wa­chlo­wał pió­ra­mi. Wy­glą­dał… uro­czo. – Niech to wszy­scy dia­bli!

– Nie trze­ba się de­ner­wo­wać.

– Jak mam się nie de­ner­wo­wać?! Żebym ja tylko do­rwał tego, który po­ka­rał mnie takim cia­łem. Jak bym go strze­lił!

Cia­pek spoj­rzał z li­to­ścią na pana. Cza­sa­mi na­praw­dę mu za­zdro­ścił. Jeśli ist­nia­ła droga do szczę­ścia, nie­chyb­nie mu­sia­ła wieść przez głu­po­tę.

– Los na pewno od­pła­ci Mon­te­zu­mie – pró­bo­wał wy­ja­śniać Cia­pek.

– Co mnie ob­cho­dzi Los?! – wrzesz­czał bez­rad­ny bóg. – Sam chcę go wal­nąć!

– Cier­pli­wo­ści, mój panie. Mon­te­zu­ma na pewno do­sta­nie za swoje.

– Tak my­ślisz?

– To tylko kwe­stia czasu. Los wkrót­ce da mu po­pa­lić, a wtedy wró­cisz i po­ka­żesz temu tchó­rzo­wi, jak na­le­ży rzą­dzić im­pe­rium.

– Brzmi nie naj­go­rzej.

– Lud Az­te­ków pad­nie do two­ich stóp!

– Może masz rację? Mam tylko jedną wąt­pli­wość.

– Tak?

– Kim, do dia­bła, jest ten cały Los?

 

*

 

Mon­te­zu­ma roz­my­ślał nad bie­giem wy­da­rzeń. Nie czuł się więź­niem. Dla­cze­go wła­ści­wie miał­by się czuć? Wszyst­ko było pod jego kon­tro­lą.

Miesz­kał prze­cież we wła­snym pa­ła­cu*.

Rzą­dził am­bit­nym, wa­lecz­nym ludem**.

Miał wła­sne zda­nie na każdy temat***.

Co zaś naj­waż­niej­sze, nadal mógł robić, co mu się żyw­nie po­do­ba****.

 

* Z któ­re­go nie wolno mu było wy­cho­dzić.

** Który ani my­ślał słu­chać jego roz­ka­zów.

*** Które nie bar­dzo po­tra­fił obro­nić.

**** Pod wa­run­kiem, że Cortés nie miał nic prze­ciw­ko.

 

*

 

– No… No! – Qu­et­zal­co­atl, wytężając wzrok, w znoju wy­peł­niał obo­wiąz­ki boga.

– Zda­wa­ło mi się… – Cia­pek sta­nął jak wryty. Był zdu­mio­ny. I to nawet wie­dząc, że umysł jego pana krą­żył po nie­zba­da­nych or­bi­tach.

– Nie prze­szka­dzaj!

– Chcia­łem tylko za­py­tać, co ro­bisz?

– Ki­bi­cu­ję Lo­so­wi.

– Jak?!

– Sia­daj i pomóż, za­miast pytać bez sensu.

– Ale…

– Wi­dzisz ten ka­mień?

– Ten ze szlacz­kiem?

– Ze szlacz­kiem. Mon­te­zu­ma zmie­rza w jego kie­run­ku. Może go nie za­uwa­ży.

– Zaraz… Ty chcesz… żeby upadł?!

– Upadł i po­tłukł tyłek!

– Bę­dzie cier­piał.

– I do­brze mu tak, zdraj­cy jed­ne­mu! No… No!

– Jed­nak go omi­nął.

– Trud­no. Jest jesz­cze szan­sa.

– Nie widzę tam wię­cej ka­mie­ni.

– To nic… No! Kąsaj dzia­da! Tnij bez li­to­ści!

– Ja?!

– Mo­skit, ga­mo­niu!

– Nie widzę tam żad­ne­go mo­ski­ta.

– Oj, bo od­le­ciał…

 

*

 

Byli wszy­scy.

Tego dnia każdy praw­dzi­wy Aztek mu­siał sta­wić się przed pa­ła­cem. Oto­czyć twier­dzę tych par­szy­wych Hisz­pa­nów.

Szlach­ta two­rzy­ła mit wa­lecz­nej i nie­złom­nej. Ka­pła­ni za­cie­ra­li ręce, cze­ka­jąc jeń­ców do roli ofiar. Pro­sty lud pa­trzył szan­sy, by dać upust ży­cio­wej fru­stra­cji.

Byli wszy­scy.

Go­to­wi na każde po­świę­ce­nie.

Tylko jak ru­szyć sztur­mem na pałac, bę­dą­cy mam­rem Mon­te­zu­my?

Jak wybić w pień tych prze­klę­tych Hisz­pa­nów, nie po­zba­wia­jąc życia wodza?

Może jed­nak le­piej za­cze­kać?

Może on nie­ba­wem po­wró­ci?

 

*

 

Tym­cza­sem u Qu­et­zal­co­atla…

– Skuś baba na dzia­da! Skuś baba na dzia­da! Skuś baba na dzia­da!

 

*

 

Grunt to wie­dzieć, na czym się stoi. Mon­te­zu­ma II wie­dział do­sko­na­le. Stał na roz­mo­kłej, grzą­skiej po­wierzch­ni, ko­ły­sząc się nad wła­snym gro­bem.

Sfera ży­czeń wy­ma­ga­ła roz­wa­gi. Los nie wy­ba­czał nie­do­po­wie­dzeń. Dawał do­kład­nie to, o co pro­szo­no, nawet jeśli nigdy nie chcia­ło się tego do­stać.

Proś­by Mon­te­zu­my zo­sta­ły wy­słu­cha­ne. Nie­ba­wem miał tra­fić na karty hi­sto­rii, z krót­ką ad­no­ta­cją: „ostat­ni tla­to­ani”. Wódz, który roz­ło­żył pań­stwo na ło­pat­ki.

Sfera ży­czeń wy­ma­ga­ła roz­wa­gi…

Mon­te­zu­ma wes­tchnął prze­cią­gle, po czym dum­nie ude­rzył się w pierś. Ta hi­sto­ria nie mogła się tak skoń­czyć. Był prze­cież wiel­kim wo­dzem. Przy­wód­cą po­tęż­ne­go im­pe­rium. Tacy lu­dzie nie zwy­kli dawać za wy­gra­ną.

Nigdy!

Zrobi, jak ra­dził Cortés. Wyj­dzie na bal­kon, prze­mó­wi do ludu i na po­wrót za­pro­wa­dzi po­rzą­dek.

Póź­niej wróci Qu­et­zal­co­atl…

 

*

 

– Jest! – Pie­rza­sty Wąż zdzie­rał gar­dło, dając upust emo­cjom.

– Coś się stało? – Cia­pek nie mógł jakoś zmu­sić się do zdzi­wie­nia.

– Mon­te­zu­ma obe­rwał ka­mie­niem.

– Obe­rwał?!

– Pro­sto w cym­bał.

– Jak do tego do­szło?

– To było nie­sa­mo­wi­te. Mon­te­zu­ma prze­ma­wia do tłumu, wście­kły lud spy­cha go do obro­ny i w końcu ka­pi­tal­ny rzut kła­dzie tego ga­mo­nia na zie­mię.

– To strasz­ne! Jak on się czuje?

– Nie wiem. Może umie­ra?

– Panie!

– Co? Za­słu­żył prze­cież.

– To jed­nak wódz Az­te­ków. I czło­wiek, przede wszyst­kim! Na­le­ży mu się odro­bi­na tro­ski i sza­cun­ku.

– No, do­brze, do­brze. Uczcij­my jego pa­mięć mi­nu­tą ciszy.

– On jesz­cze żyje! Poza tym oba­wiam się, że nie znamy po­ję­cia mi­nu­ty.

– To może ofia­ra? Na pewno mamy ja­kie­goś boga od tra­fio­nych ka­mie­niem.

– Nie bar­dzo.

– Ani jed­ne­go?

– Jak na złość.

– I tak to wła­śnie jest z tym wie­rze­nio­wym baj­zlem. Pięć­dzie­się­ciu bogów na sta­nie, a jak trze­ba chło­pu pomóc, to nie ma ni­ko­go.

– Co zatem ro­bi­my?

– Nic. Szy­kuj Az­te­ków na mój po­wrót.

– Więc w końcu po­wró­cisz.

– Oczy­wi­ście. Czas zro­bić po­rzą­dek w im­pe­rium.

– Jakie jest moje za­da­nie?

– Stwórz jakiś efek­tow­ny kli­mat. Tor­na­do. Trzę­sie­nie ziemi. Może jakaś po­wódź? Wy­bierz sobie ter­min.

– Ale jak?

– Nie wiem. Wy­myśl coś. Nie mogę prze­cież tak zwy­czaj­nie po­wró­cić. To musi być coś, co za­pa­mię­ta­ją na długo.

– A może… – Cia­pek spoj­rzał z na­dzie­ją na im­pe­rium. – Może być bitwa?

– Bitwa, po­wia­dasz… Jasne. Czemu nie? Byle uczci­wie krwa­wa.

– Świet­nie. Zatem obie stro­ny po­grą­żą się w bez­li­to­snej walce.

– I o to cho­dzi.

– A ty po­wró­cisz?

– Tak.

– Kiedy?

– Jutro.

 

*

 

Fakt to prze­są­dzo­ny, idzie bój wspa­nia­ły.

Dwie zwa­śnio­ne stro­ny szy­ku­ją od­dzia­ły.

Groza bój obej­mie, nie bę­dzie li­to­ści.

Krew po­pły­nie wart­ko, po­ła­mią się kości.

Oto bo­wiem w szran­ki dwóch ry­wa­li staje,

któ­rzy łby ciąć będą, niby sa­mu­ra­je.

Z jed­nej stro­ny ruszą hisz­pań­skie za­stę­py.

Banda bez­li­to­sna. Sza­ka­le i sępy.

Co nawet swe babki po­ło­żą po­ko­tem,

byle tylko na­pchać sakwy cu­dzym zło­tem.

By zaś ich na­prze­ciw godna armia stała,

orę­żem po­stra­szy az­tec­ka na­wa­ła.

Lud­ność wo­jow­ni­cza, po­grą­żo­na w wie­rze.

Kogo nie za­bi­je, to złoży w ofie­rze.

Komu bój przy­nie­sie zwy­cię­stwo i chwa­łę?

Kto tak­ty­kiem waż­kim? Kto zwy­kłym bę­cwa­łem?

W czyim sercu walka więk­szy ogień wznie­ci?

Kto bły­śnie od­wa­gą? Kto tchó­rzem ob­le­ci?

Kwe­stii nie roz­strzy­gnę. Jam wszak kro­ni­ka­rzem.

Bój pro­mu­ję wiel­ki (bo tak spon­sor każe).

Prze­to daję wszyst­kim temat do dys­pu­ty:

komu kto ode­tnie w bi­twie łeb za­ku­ty?

Czy Cortésa banda mę­stwo swe unie­sie,

nio­sąc wyrok śmier­ci po polu i lesie?

Czy jed­nak az­tec­ką dłoń wznio­są fi­nal­nie,

gdy hisz­pań­skie hieny w pień wy­tnie bru­tal­nie?

Lecz dość dy­wa­ga­cji, takoż i ru­szy­li.

Az­te­ko­wie szar­żą ry­wa­la spło­szy­li.

Już tam krąg wróż­bi­tów wiel­ki triumf wróży.

Umyka w po­pło­chu zgra­ja ob­cych tchó­rzy.

Za nią równo ciągną to­bo­ły z łu­pa­mi.

Tupie wście­kły Cortés i macha rę­ka­mi.

„Na cóż wam, wy dur­nie, złota pełne gacie,

gdy je ry­chło z ży­ciem w dia­bły po­stra­da­cie?!”.

Chci­wy lud hisz­pań­ski, na roz­są­dek głu­chy,

czła­pie prze­cią­żo­ny w ob­ję­cia ko­stu­chy.

Gros kon­kwi­sta­do­rów zgod­nie tru­pem leży.

Garst­ka wciąż umyka, lecz w cud już nie wie­rzy.

Za pro­mień na­dziei od­da­ła­by dusze.

Wtem nie­spo­dzie­wa­nie przy­był ktoś z so­ju­szem.

Zwy­rod­nia­ła ospa moc Az­te­ków kła­dzie.

Znów uwie­rzył Cortés, cho­ciaż był już w za­dzie.

Drugi od­dech zła­pał, woj­ska prze­gru­po­wał.

Po­sił­ki z wy­brze­ża w armię wkom­po­no­wał.

Wy­cze­kał, aż ospa resz­tę ofiar zbie­rze

Po czym ru­szył chyżo na dal­sze gra­bie­że.

Lud­ność po­wy­bi­jał, mia­sta po­przej­mo­wał.

Do­stęp do żyw­no­ści Az­te­kom zblo­ko­wał.

Wiel­ki Te­noch­titlán za­cie­kle sztur­mu­je.

Prze­ciw­nik, choć głod­ny, wciąż nie ustę­pu­je.

Ten w ka­len­darz kop­nął, tam­ten padł jak kacz­ka.

Jedni stra­szą dzia­łem, dru­dzy biją z lacz­ka.

Kon­kwi­sta­dor gromi, rywal niedo­ma­ga.

Ry­su­je się z wolna hisz­pań­ska prze­wa­ga.

Lecz choć lud Az­te­ków smęt­nie do­go­ry­wa.

Broni nie po­rzu­ca. Szar­pie się i zrywa.

I znów bieg wy­da­rzeń kurs zmie­nił znie­nac­ka.

Nie do­strzegł drab Cortés, że czeka za­sadz­ka.

Wpadł w ce­lo­wy wyłom az­tec­kiej obro­ny.

Sta­nął jak sie­ro­ta, spo­glą­da zdzi­wio­ny.

Naraz go ob­ję­ły wiel­ki strach i trwo­ga.

Wokół widać tylko wście­kłe twa­rze wroga.

Próż­no nawet kle­pać ostat­nie pa­cie­rze.

Za­bi­ją! – po­my­ślał. – Lub złożą w ofie­rze.

Już w pie­kle pod ko­tłem tliły się pło­mie­nie,

gdy zuch de Olea przy­był z wy­ba­wie­niem.

Uszedł z ży­ciem Cortés, prze­pa­dły na­dzie­je.

Znów wi­cher za­gła­dy w twarz az­tec­ką wieje.

Na nic wola walki, obro­na ofiar­na.

Mgli­sty ślad im­pe­rium skry­ła plama czar­na.

I tak cel osią­gnął, wedle swego planu,

podły sza­kal Cortés, pan Te­noch­titlánu.

 

*

 

– I oto nad­szedł dzień po­wro­tu! – Qu­et­zal­co­atl dumie na­stro­szył pióra. – Dzień, w któ­rym wszyst­ko się zmie­ni.

– Panie. – Cia­pek wy­glą­dał na znie­cier­pli­wio­ne­go.

– W któ­rym po­tęż­ne pań­stwo Az­te­ków roz­pocz­nie nowy roz­dział swej bo­ga­tej hi­sto­rii.

– Panie.

– Oto po wielu la­tach ocze­ki­wań Qu­et­zal­co­atl wraca do domu!

– Panie!

– Drżyj­cie ża­ło­śni na­jeźdź­cy! Drżyj­cie wy­znaw­cy in­nych bóstw!

– Panie!!!

– Co?!

– Już czas!

– Idę, idę. – Qu­et­zal­co­atl rzu­cił okiem na Te­noch­titlán. – Co tam się dzie­je?

– Cortés pod­bi­ja pań­stwo Az­te­ków! – Cia­pek aż tup­nął ze zło­ści. – Mu­sisz wra­cać! Na­tych­miast!

– Cortés pod­bi­ja im­pe­rium?!

– Tak!

– A, teraz to już nie warto…

Koniec

Komentarze

No to Tarnina będzie miała zabawę przy mapie :D 

OK, przyjęte do konkursu.

Chociaż nie wydaje mi się, że “państwo Azteków” to oficjalna nazwa. Już chyba raczej Imperium Azteków. Może podpytaj w wątku konkursowym albo z pomocą merytoryczną?

Babska logika rządzi!

Pytanie jak “nasze” nazwy (Państwo Azteków, Imperium Azteków) mają się do nazwy, jaką się samookreślali. To może być trudne do znalezienia.

Pytanie jak “nasze” nazwy (Państwo Azteków, Imperium Azteków) mają się do nazwy, jaką się samookreślali. To może być trudne do znalezienia.

Ee, myślę, że nasza nazwa wystarczy.

Żadni azteccy bogowie nie będą nas straszyć zza grobu, chodzi tylko o to by nam, Polakom, się zgadzało w konkursie.

 

 

No, ale czy nasi historycy używają jakiejś nazwy bardziej specyficznej niż “państwo Azteków”? Czy Cortez podpisywał jakieś traktaty?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam.

 

słynnego przodka.Kontynuatora

zgubiona spacja

Tyle, że nieprawdziwe od A do Z.

zbędny przecinek

Ze złości aż kropnął nogą w kamień.

Kopnął w kamień, nie kropnął, i nie trzeba dodawać czym, bo niczym innym nie mógł

drżyj tajemniczy najeźdźco!

przecinek przed wołaczem

To nie prawda, że Aztekowie byli barbarzyńcami

nieprawda

Należało ich raczej uznać za nowoczesnych prekursorów.

nie jestem pewna, czy prekursor może nie być nowoczesny – czy to nie jest wpisane w definicję?

Stał na rozmokłej , grząskiej

zbędna spacja

Po za tym obawiam się

poza łącznie

Wyczekał aż ospa resztę ofiar zbierze

przecinek przed aż

 

I usuń tych trzydzieści enterów z końca tekstu.

 

 

Edit.

Finklo, poczytałam trochę google, i moim zdaniem państwo jest ok. Używa się go wymiennie z imperium, choć państwo jest trochę bardziej rozpowszechnione. Tak czy inaczej, wiadomo, o co chodzi. Aztekowie wypadają z konkursu.

No to Tarnina będzie miała zabawę przy mapie :D 

Biorąc pod uwagę, że i tak już zdążyłem jej podpaść Jasiem Fasolą, to nawet nie chcę myśleć, co ze mną zrobi. :)

 

Finklo,

tak, jak pisała kam_mod, nazwy używa się naprzemiennie. W innych okolicznościach napisałbym “imperium”, ale skoro akcja ma się rozgrywać w jakimś kraju, to lepiej mimo wszystko brzmiało mi Państwo Azteków. Chociaż jak teraz spoglądam na tą moją argumentację, to odnoszę wrażenie, że dość mocno rozminęła się z sensem. :)

 

kam_mod,

dzięki za klika. Błędy poprawiłem.

Nie wiem, jak ja mogłem przegapić te entery na końcu. :(

 

Kopnął w kamień, nie kropnął, i nie trzeba dodawać czym, bo niczym innym nie mógł

Tutaj akurat celowo napisałem kropnął, właśnie po to, żeby móc dodać czym. Samo zdanie: ze złości aż kopnął w kamień zdawało mi się jakieś… za krótkie. Inna rzecz, że ten mój wygibas słowny faktycznie brzmiał trochę dziwnie, więc zmieniłem. :)

 

No to teraz czekam na swojego muminka. :)

Ee, myślę, że nasza nazwa wystarczy.

 

Chodziło mi o to, ze w sumie obojętnie, czy zostanie opisane Państwo czy Imperium – obie nazwy są w pełni zrozumiały i każdy wie, o jakie państwo chodzi :) 

Wiesz, jeśli napiszemy “dziewiętnastowieczna Francja”, to też każdy będzie wiedział. Ale spytaj Drakainy, ilu nazw oni natenczas używali. Ja mam wrażenie, że zmieniali co pięć minut.

Babska logika rządzi!

Tylko co do nazwy ówczesnego państwa francuskiego mamy “trochę” większą wiedze :) A nbie jestem pewien czy nazwa państwa/imperium azteckiego w ogóle będzie miała odpowiednik w “naszych” językach.

Ech, ci leniwi i przygłupiaści bożkowie… :-)

Czyżby ktoś wywołał imię Quetzalcoatla Twego nadaremno? 

 

CM – muminek niechybnie przybędzie, pierwej musi z Japonii się przyturlać :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

CM-ie z ogromną przyjemnością czytałam Twoją opowieść, bo choć opisałeś dramatyczne dzieje państwa Azteków, to zrobiłeś to z niebywałym wdziękiem i humorem. Bogów i władców przedstawiłeś tak jak na to zasłużyli, co opowiadaniu jeszcze przydało rumieńców.

Tak jak nie przepadam za poezją i wierszowanymi wstawkami w tekstach, tak Twój poemat wiernie przedstawiający zajścia bitewne, niezwykle przypadł mi do gustu. ;D

 

Tylko cóż to wła­ści­wie zna­czy? – za­py­ta­ją nie­gdyś po­tom­ni. –> Tylko cóż to wła­ści­wie zna­czy? – za­py­ta­ją kiedyś po­tom­ni.

Potomni nie mogą zapytać niegdyś.

 

– W jaki celu, do wszyst­kich dia­błów… –> Literówka.

 

– Wła­śnie!.. Zaraz… Co? –> – Wła­śnie! Zaraz… Co?

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

– Zatem w końcu po­wró­ci – za­du­mał się Mon­te­zu­ma. –> – Zatem w końcu po­wró­ci.Za­du­mał się Mon­te­zu­ma.

Zadumanie się nie jest odgłosem paszczowym.

 

Nie ważne, jak czło­wiek się sta­rał… –> Nieważne, jak czło­wiek się sta­rał

 

Qu­et­zal­co­atl leżał od­wło­kiem, trud­niąc się zaj­mu­ją­cą sztu­ką prze­pusz­cza­nia czasu przez palce. –> Na czym polega leżenie odwłokiem?

A może miało być: Qu­et­zal­co­atl leżał odłogiem, trud­niąc się

Leżeć odłogiem – mówimy tak o kimś, kto leży i nic nie robi.

 

Cały pro­ces bu­do­wa­nie kon­flik­tu po­le­gał na… –> Literówka.

 

Głów­nie do szu­ka­nie drogi na skró­ty. –> Literówka.

 

Bój pro­mu­ję wiel­ki (bo tak spon­sor karze). –> Bój pro­mu­ję wiel­ki (bo tak spon­sor każe).

Porównaj znaczenie słów: karzekaże.

 

Za nią równo suną to­bo­ły z łu­pa­mi–> Obawiam się, że toboły z łupami sunąć nie są zdolne. A może miało być: Za nią równo suną tabory z łu­pa­mi

 

Po czym ru­szył chyżo po dal­sze gra­bie­że. –> Po czym ru­szył chyżo na dal­sze gra­bie­że.

 

Kon­kwi­sta­dor gromi, rywal nie do­ma­ga. –> Kon­kwi­sta­dor gromi, rywal niedo­ma­ga.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Samego opowiadania jeszcze nie przeczytałem, ale rzuciłem okiem na komentarze. Jako, że ostatnio sam dość mocno zakopałem się w researchu na ten temat, mogę rzucić paroma informacjami jeśli chodzi o państwowość. Generalnie Aztekowie wbrew pozorom nie wykształcili dobrze zorganizowanego państwa, nazwa imperium też tak naprawdę jest trochę na wyrost. W Ameryce Środkowej tamtych czasów dominował raczej system podobny do państw-miast zamieszkanych przez konkretne ludy. Aztekowie więc nie mieli wielkiego, zorganizowanego państwa które kontrolowali, nie kontrolowali także zbyt mocno podbitych terenów, to było raczej terytorium, w którym państwa-miasta im podlegały, co sprowadzało się głównie do płacenia trybutu (także w jeńcach na ofiarę) oraz ewentualnie wysyłaniem wojsk, które pomagały Aztekom w wojnach. W takiej sytuacji jeśli chciałoby się ściśle określić nazwę samego państwa Azteków, to trzeba chyba posłużyć się nazwą ich stolicy, czyli mamy Tenochtitlán. 

Innym aspektem jest to, że jeśli ten kontrolowanych przez Tenochtitlán teren określimy jako Imperium Azteków, to mamy jeszcze jeden problem. Bo w istocie Imperium Azteków było określane jako Potrójne Przymierze (w języku nahuatl Ēxcān Tlahtōlōyān) i, jak sama nazwa wskazuje, było przymierzem trzech miast-państ: Tenochtitlánu, Texcoco i Tlacopanu, przy czym Aztekowie zamieszkiwali tylko Tenochtitlán. Tenochtitlán odgrywał jednak najważniejszą rolę polityczną w Przymierzu i w czasach Montezumy II praktycznie dominował. 

A na sam koniec trzeba jeszcze powiedzieć, że sama nazwa Aztekowie jest nieadekwatna, bo Aztekowie wcale się tak sami nie nazywali i w ogóle to nie jest słowo z ich języka (nahuatl). Aztekowie sami określali się mianem Mexików. Tak więc to wcale nie jest taka prosta sprawa :D 

AdamKB,

fajnie, że wpadłeś. :)

 

Thargone,

czekam niecierpliwie. Zgaduję, że dotrze liniami Muminki Airlines? :)

 

Finklo,

podziękowania za obszerny komentarz.

Musiałem. :)

 

Reg,

ślicznie podziękował za wizytę. Taka opinia od Ciebie to jak wygrana w całym konkursie. :)

Tradycyjne ukłony za cierpliwą łapankę. Błędy poprawione. Mam nadzieję, że nic mi nie uciekło. 

 

Za nią równo suną toboły z łupami… –> Obawiam się, że toboły z łupami sunąć nie są zdolne. A może miało być: Za nią równo suną tabory z łupami

Tu mam drobny problem. “Suną” zastosowałem w tym wersie jako synonim “są ciągnięte”, głównie ze względu na skąpą ilość sylab (a zatem z braku wyboru i na siłę). 

Czy jeśli napiszę: Za nią w ślad szorują toboły z łupami, to będzie z tego zdania jasno wynikało, że to Hiszpanie ciągną te toboły, czy muszę kombinować dalej?

Zapytawszy, idę klęczeć na grochu za ten paskudny ortograf. :(…

 

…ale najpierw podziękujemy jeszcze Arnubisowi za obszerny komentarz na temat Azteków.

Odwaliłeś za mnie całą robotę. :) Teraz mogę bez przeszkód powołać się na Ciebie jako niezależnego eksperta i stwierdzić, że jak nie napiszę, to i tak będzie źle. :)

Ja też musiałam. Prawdziwe komentarze w maju. ;-)

Babska logika rządzi!

Wiem, ale nie mogłem się powstrzymać, żeby czegoś od siebie nie dodać. :)

Części tego komentarza już się zresztą domyślam. Prawdopodobnie nie zabraknie słów: paskudny oraz ortograf. :-)

100% trafień. :-)

Babska logika rządzi!

Ale nagród za te trafienia nie przewidujesz? :-)

To była bardzo miła wizyta, CM, jestem z niej bardzo zadowolona i cieszę się, że Tobie też sprawiła przyjemność. ;)

 

A może rzeczone zdanie mogłoby brzmieć: Za nią równo ciągną to­bo­ły z łu­pa­mi

Ciągną może znaczyć, że toboły są przenoszone/ dźwigane, jak i to, że Hiszpanie, zgodnie z Twoim zamiarem, toboły ciągną i one się przemieszczają. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Super! Dziękuję i zmieniam. :)

Bardzo proszę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przewiduję nagród, nie za takie łatwe zagadki. ;-)

Babska logika rządzi!

CM, bardzo cię przepraszam, że próbuję pod twoim tekstem wyjść na eksperta. To nie moja wina, że wrzucasz tekst z Quetzalcoatlem (tak, umiem to już napisać bez zerkania w źródła) w tytule zaraz po tym, jak w ramach researchu przeczytałem dwie książki i kilka artykułów na temat Azteków (Mexików). A każdym razie – spróbuję w najbliższych dniach przeczytać samo opowiadanie. I jako humorystyczne nie traktować go do przesady poprawnie historycznie :D

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Arnubisie, ależ ja ten komentarz szalenie doceniam. Ten “niezależny ekspert” był formą docenienia, że chciało Ci się w tak wyczerpujący, a przy tym klarowny sposób omówić temat państwowości Azteków i jak sądzę, w zasadzie rozstrzygnąć w pewien sposób dyskusję na ten temat. Sam nie bardzo miałem pomysł, jak się za to zabrać, więc trochę przez przypadek rzuciłeś mi koło ratunkowe, opisując to zagadnienie. Zwłaszcza, że ja raczej nie zrobiłbym tego lepiej. :)

Naprawdę jestem Ci za to ogromnie wdzięczny.

Zwłaszcza, że teraz mogę się skupić na tłumaczeniu Finkli, że ten ortograf to żaden błąd, tylko nowatorskie podejście do zasad ortografii. :-)

 

Thargone,

aztecki wariant muminka – pierwsza klasa!

Szacunek!

No, to czekam na te tłumaczenia. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, oto i są:

 

Niezależny ekspert nowatorskiego podejścia do zasad ortografii wskazuje, iż wers: “ Bój promuję wielki (bo tak sponsor karze)” można na życzenie i potrzeby autora uznać za prawidłowy. 

W powyższym wersie autor sugeruje, iż kronikarz promuje wielki bój w ramach odbywania kary, wymierzonej mu przez sponsora. Brak szerszych wyjaśnień odnośnie powodu wymierzenia kary, wskazuje na jego niewielki wpływ na bieg zdarzeń w opowiadaniu, bądź próbę zaangażowania czytelnika w tekst poprzez snucie domysłów, czego owa kara może dotyczyć.

 

Zmianę tego wersu oraz zaprezentowanie jego ostatecznej treści: “Bój promuję wielki (bo tak sponsor każe)” należy zatem uznać za kosmetyczną modyfikację utworu. Autor decyduje się nadać jednemu z fragmentów nowe brzmienie, wyjaśniając, iż sponsor polecił kronikarzowi promowanie boju. Można przypuszczać, iż autor zdecydował się złagodzić początkowy wydźwięk wersu, uznając pierwszą jego wersję za formę prezentacji psychicznej bądź fizycznej przemocy nad kronikarzem.

I jak? :-)

Swoją drogą, żeby pisanie opowiadań, albo komentarzy do przeczytanych tekstów szło mi tak łatwo, jak wypisywanie tych głupot wywodów…

 

Reg, jeśli czytasz ten niezdarny wywód, zignoruj go proszę i potraktuj jako praktyczną naukę rozróżniania słów każe i karze.

Niezła próba. :-)

Ale i tak pozostaję przy pierwotnym przekonaniu, że się Autor rąbnął. Bo sponsor nie jest od karania.

PS. Wytrzeszczam ślipia i trudno mi znaleźć różnicę między dwiema, jakoby różnymi, wersjami. Potrzebujesz jeszcze treningów. ;-) Albo kogoś, kto powie, żebyś przestał się pogrążać. ;-)

Babska logika rządzi!

Oj, bo się skupiasz nie na tym, co trzeba. :-)

I przynajmniej jestem konsekwentny. O ile mnie pamięć nie myli, to już chyba trzeci raz wykładam się na tym słowie. I trzeci raz w innej konfiguracji. :-)

W tej sytuacji pozostaje mi stwierdzić, że autor jest w tym przypadku całkowicie bez winy, ponieważ został obrzucony jakąś paskudną klątwą. Badania wskazują, że może być to klątwa Finkli. :-)

 

W takim razie na Twoim miejscu próbowałabym tak przebudowywać zdania, żeby nie pojawiało się w nich feralne “każe/ karze”. Szukaj synonimów. ;-)

Babska logika rządzi!

Gdyby nie fakt, że mi się fajnie rymowało i akurat miało tyle sylab, co trzeba, z całą pewnością bym tego zakazanego słowa nie użył. :)

Swoją drogą, ten “przypadkowy” zbieg okoliczności tylko potwierdza, że to zwykła klątwa!

A teraz honorowo wywieszam białą flagę, niechętnie przyjmując na siebie fakt popełnienia błędu.

Liczę na łagodny wyrok. :-)

@Finklo, przyłączam się do prośby – proszę o łagodny wymiar kary, są okoliczności łagodzące i obietnica poprawy:))).

Poza tym, nie bez znaczenia, jest wisząca nad nami klątwa. Nie każdemu uda się wyślizgnąć z pośpiechu, nie na każdego rzuci zły urok oko Saurona, a lord Valdemort sporządzi śmiertelną pułapkę. :DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bez wywierania nacisków na jurora mi tu! ;-)

Babska logika rządzi!

:DDDDD, tylko tak na boczku, z wielkim trudem przemieszczam swoje dżdżownicowe cielsko, segment za segmentem do tyłu. A wiedz, że to trudna sztuka! Powoli skręcam swój odwłok i cofam się. Krok wstecz i pomaga mi w tym mantra – “Jest, jest, ja mogę i Ona zrozumiała” (no, z tą mantrą to trochę przesadziłam). 

Chyba uwielbiam wywierać nacisk na jurków:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Od kiedy to pierścienice mają odwłoki? Coś się plączesz w zeznaniach. ;-)

Babska logika rządzi!

A czy dżdżownice mają przód i tył? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ano, może plączę się się w zeznaniach, zaraz sprawdzę ten odwłok, o którym myślałam, że dżdżownica go ma w swoim niepodzielnym posiadaniu. Segmentów jestem pewna:), zaś odwłoku nie :DDD 

Thargone,  tu się przeciwię  spazmatyczne, acz zdecydowanie – MA :), swój  przód i tył, zresztą jak każdy. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zaraz dojdziemy do pytanie czy węzę mają zad (odpowiedź: mają).

Ale gąsienice nie są dżdżownicami, tylko się z nimi rymują.

Babska logika rządzi!

Odezwać już się nie mogę ;), a i skonfudowanam jestem, do Arnubisa się odwołam i werdykt jego przyjmę, na merytorycznej, ot co:)))

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wywołany do tablicy Arnubis, będąc biologiem i mając brata entomologa, chętnie udzieli merytorycznej odpowiedzi. Oczywiście, że gąsienice nie są dżdżownicami, co to w ogóle za pomysł? Gąsienice są larwami motyli, które są owadami, które to należą do stawonogów. Z kolei dżdżownice to skąposzczety, należące do pierścienic. Dość dalekie pokrewieństwo. Ty tyle, jeśli chodzi o jedną z wątpliwości. Jeśli chodzi o odwłok – jest to część ciała charakterystyczna dla stawonogów. Gąsienica więc ma odwłok, ale dżdżownica posiadać go nie może. Niestety poległaś na całej linii. 

No to jeszcze sprawa, która mnie szczególnie nurtuje – co z tym przodem i tyłem? Czy dżdżownica ma je oba, czy tylko dwa przody? (dwa przody, bo żadne stworzenie boże nie powinno być pokrzywdzone posiadaniem dwóch tyłów) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No cóż, rozczaruję cię niestety, ale dżdżownica ma przód i tył. Różnią się głównie tym, że przodem je, a tyłem nie. 

Aha. Znaczy, zdawałem sobie sprawę z tego że dżdżownica jedną stroną je, a drugą nie, ale myślałem, że ona może sobie dowolnie (to jest losowo, bo o celowość bym jej nie podejrzewał) zmieniać kierunek przesuwu. To jest, raz jeść jedną stroną, raz drugą :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nie, to tak nie działa :D Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale odrobinę wyspecjalizowanych struktur tam jest i jednak otwór gębowy się od wydalniczego różni :D Tak samo wydaje mi się, że jelita dżdżownicy mogą przejawiać perystaltykę – czyli takie jakby falę skurczy, przeciskające pokarm przez jelita. A perystaltyka idzie w jedną stronę i zapobiega cofaniu się pokarmu. No ale tutaj głowy nie dam, pewnie to u nich też tak działa, ale różnie być może. Inne pierścienice, jak np. wieloszczety, mają bardzo wyspecjalizowane aparaty gębowe i tam już byś nie miał takich wątpliwości :D

PS: Z ciekawostek – dżdżownice nie muszą oddychać. W każdym razie nie w taki sposób jak większość zwierząt, nie mają żadnego układu oddechowego, wymiana gazowa zachodzi u nich przez całą powierzchnię ciała. 

Inne pierścienice, jak np. wieloszczety, mają bardzo wyspecjalizowane aparaty gębowe i tam już byś nie miał takich wątpliwości :D

O, to, to wiem. Kiedyś oglądałem film, w którym wielgachny, zmutowany wieloszczet z głębin opanował statek wycieczkowy i zeżarł wszystkich pasażerów. Jego aparaty gębowe były bardzo wyspecjalizowane, i pokazywanie wielokrotnie, ze szczegółami :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

O proszę. Brzmi jak film, który totalnie chciałbym obejrzeć. Pamiętasz może tytuł? :D 

"Śmiertelny rejs" z 1998. Mistrzostwo horroru/akcji klasy B, świetny, bo jak na gatunek i lata produkcji miał całkiem niezły budżet i bardzo dobrą realizację, a mimo to nie próbował udawać, że jest czymś więcej, niż horrorem/akcją klasy B z dużym przymrużeniem oka ;-) 

https://youtu.be/gVFEVXIyu00

Aha, mam nadzieję, że autor wybaczy nam oftopowanie o robalach :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wygląda bardzo zacnie :D Ale ty popełniłeś kolejną wtopę. Bo zasadniczo, to gąsienice robakami zdecydowanie nie są, pierścienice też nie (chociaż czasem były kiedyś zaliczane). Generalnie robaki to określenie przestarzałe i już nie funkcjonuje ściśle w taksonomii, ciągle mamy jednak jeszcze takie pojęcia jak robaki obłe (obleńce) oraz robaki płaskie (płazińce). Robakami będą więc głównie pasożyty, takie jak glista, owsiki, tasiemce czy przywry. 

Dołączam się do prośby o wybaczenie offtopa, chociaż nie był on ani trochę o robalach :D 

Challenge dla Arnubisa: konkurs “biofantastyka” mile widziany i poparty głośnym krzykiem :-)

 

Brzmi jak plan. Zrobić taki konkurs a potem wytykać wszystkim uczestnikom błędy :D

Wiem, Arnubisie, wiem :-) Po prostu zamiast taksonomii faktycznej, zastosowałem taksonomię popularną, według której do robaków (robali) zaliczamy wszystko, co oślizłe i nie ma nóżek ani płetw. 

Choć według niektórych systematyków taksonomii popularnej, do robali zaliczają się także stawonogi :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Brzmi jak plan. Zrobić taki konkurs a potem wytykać wszystkim uczestnikom błędy :D

Każdy uczestnik wybiera sobie jedno stworzonko inne od ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb. stworzonka muszą być prawdziwe, ale mogą być  na różnych etapach ewolucji.

 

Autor nie ma czego wybaczać, bo przebieg oraz treść dyskusji spotkały się z jego wielkim zainteresowaniem. :-)

I zdumieniem przy okazji, że rozmowa o nowoczesnej ortografii potrafiła tak płynnie przejść do tematu robali nie będących robalami. :)

Poczekaj jeszcze tydzień, a zobaczysz dokąd dobrnie ta dyskusja ;-) 

wskazówka: możesz tez sprawdzić w profilu AQQ, które z jej opowiadań miało najwięcej komentarzy i co tam się działo XD 

Thargone, według jednego z systematyków taksonomii popularnej (którym jest moja rodzona matka) “robactwo to wszystko co pełza albo jest małe i obrzydliwe”. Teza ta szczególnie dotkliwa jest dla mojego starszego brata, który jako entomolog jest w domu regularnie wyszydzany, bo zajmuje się robalami. 

Każdy uczestnik wybiera sobie jedno stworzonko inne od ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb. stworzonka muszą być prawdziwe, ale mogą być na różnych etapach ewolucji.

W którymś odcinku "Z Archiwum X" była krzyżówka człowieka i motylicy wątrobowej z Czarnobyla. To trudno przebić ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Stworzonka musza być prawdziwe, inaczej Arnubis wytknie niezgodność z konkursem :) 

Z przyjemnością. 

Zgodził się! jeszcze tylko termin trzeba ustalić  i Arnubis zaczyna :-)

Popieram zacny pomysł. Oczywiście, trza napisać regulamin, więc ktoś musi pokrzyczeć na Arnubisa. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

CMie, skoro już  spamujemy pod Twoim opowiadaniem, może właśnie Ty poczynisz honory i krzykniesz na Arnubisa? W końcu konkurs, którego organizację właśnie mu wepchnęliśmy, wydaje się mieć potencjał :D 

Z wielką chęcią. :) ARNUBIS!!! I spamujcie dalej, bo liczę na setkę komentarzy. :-)

Spoko, dopiero trzy dni od wstawienia, a tu już grubo ponad pięć dych. Dojdziesz do setki z palcem w nosie.

Babska logika rządzi!

Finkla wie, co mówi. Jest commentbotem :-)

Dziękuję  CM :),  w takim razie napiszę słówko podsumowania:

# Finklo poległam, no dobrze gąsienice to nie dżdżownice. :)

Dobrze już dobrze, daleko od siebie, ale przyznasz Arnubisie, że oba gatunki do królestwa zwierząt należą? :D W sumie, to sama nie wiem, który gatunek piękniejszy, czy stadium larwalne motyli, czy te super pożyteczne dżdżownice. 

# z zadem miałam rację

# a Thargone poległ na robakach, i żadna popularna taksonomia tu nie pomoże, dziękuję Arnubisie za sprawiedliwość. :)

Pomysł z biofantastyką ciekawy! Dlaczego “bio” musi być prawdziwe? A gdyby kosmici wcielili się w dżdżownicę, albo żuka to byłby ok?  Krzyżówki mogłyby zadziwić, tylko jak to oceniać? Hmm…

Widziałam ten odcinek, miałam kiedyś "jazdę” na oglądanie “Z Archiwum X"

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A propos krzyżówek, to przypomniała mi się jeszcze książka niejakiego Grahama Mastertona, której akcja działa się w Warszawie. 

Otóż Krzyżacy pod koniec Średniowiecza wyhodowali sobie tylko znanymi, alchemiczno – magicznymi metodami krzyżówkę człowieka z turkuciem podjadkiem. Monstra owe (krzyżówki, nie Krzyżacy) hibernowały pod ziemią przez setki lat, a potem zostały obudzone przez hitlerowców i używane do polowań na powstańców w warszawskich kanałach. Po kilkudziesięciu latach główny schwarzcharakter powieści ponownie wykorzystał bytujące w kanalizacji turkuciopodjadkołaki, by sabotować jakąś budowę, czy co tam jeszcze… 

Totalny hardkor. 

No, ale tu już wyjątkowo daleko odjechałem od tematu bazowego tekstu :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

W najgorszym wypadku będziesz o kmcia bliżej do setki ; )

 

Z plusów – podobała mi się koncepcja, że bóg jest zbyt leniwy (jego zadanie polegało po prostu na byciu bogiem, czy coś takiego) by powrócić do swoich Azteków, a oni z kolei nic nie robili, czekając na jego powrót.

– Jutro, bo dziś mi pióra zamokną.

 

Z minusów – humor był na jedno pierze.

Zestawiłeś dwie pary – debil i pomocnik, który ogarnia trochę lepiej, ale znużyło mnie to po kilku opisach. Przez to fragmenty z Cortezarem nie wybrzmiały tak fajnie, jakby mogły. Czasem masz tam fajne puenty, ale za mało ich na tę długość tekstu.

Zauważ, że po pierwsze czytając/oglądając takiego Szewejka nie można mieć do końca pewności, czy facet jest upośledzony czy bardzo przebiegły. To nadaje głębi i pazura historii, coś więcej niż tylko licytowanie się na głupoty.

Po drugie, np. u Pratchetta masz bardziej zróżnicowanych bohaterów i humor – owszem, są idioci, ale jest też cyniczny Vimes, uszczypliwa babcia Wheterwax, uroczo naiwny Marchewa.

 

Fajnie to widać na przykładzie Rowana Atkinosona – jego Jaś Fasola i jego Czarna Żmija pokazują przeciwne bieguny humoru. Nie trzeba mówić, że preferuję Czarną Żmiję ;>

I would prefer not to.

 

Wódz Azteków odetchną z wyraźną ulgą.

zaginione “ł”

Humor jest : ). Momentami ocierałeś się o bandę, robiąc z Azteków debili, ale w moim odczuciu nie przekroczyłeś granicy dobrego smaku (Aztekowie mogliby mieć inne zdanie).

Zdecydowanie najlepiej wyszedł poemat, szacun!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Czytało się lekko i przyjemnie, co najwyżej pieśń na końcu wybiła z rytmu (nie jest złym zabiegiem, ale niekoniecznie pasującym do lekkiej komedii).

Jest jeden niepasujący element:

– No… No! – Quetzalcoatl, zaciskając pięści

– postać mityczna, można różnie wyobrażać sobie szczegóły, ale wcześniej wspomniano, że nie ma czym zdzielać wodza Azteków po łbie, więc raczej pięści nie ma.

 

Thargone,

za ten ostatni komentarz, gdybym tylko potrafił, narysowałbym Ci muminka. :-)

 

Wybranietz,

nawet dwa komcie do setki, bo mam powód, żeby napisać odpowiedź. :-)

Przede wszystkim, dziękuję, że wpadłaś. Jakość tekstu mogę niestety tylko skwitować krótkim: napisał jak umiał.

Dziękuję Ci bardzo za pochylenie się nad jednowymiarowością postaci i humoru, bo skupiając się na historii Azteków jakoś kompletnie zignorowałem tę sprawę. Biorę więc wszelkie uwagi do serca (zwłaszcza, że są niezwykle trafne) i postaram się z nich zrobić użytek w przyszłych tekstach.

 

Nevaz,

również podziękował za odwiedziny. Literówka poprawiona. Z głupotą Azteków (przyznaję się bez bicia) trochę mnie poniosło. :) Normalnie w takiej sytuacji stworzyłbym jakąś fikcyjną nację, nawiązującą tylko do Azteków, ale konkurs raczej na to nie pozwalał.

 

Wilku,

pieśń miała być w zamyśle tak samo oparta na humorze jak cała reszta. Niestety w trakcie jej tworzenia autor zdał sobie sprawę, że do założonej koncepcji nie bardzo wystarcza mu umiejętności. :-)

Zaciśniętą pięść poprawiłem, bo faktycznie nie miała żadnego sensu. 

Również wielkie podziękowania za odwiedziny. I trochę spóźnione za wspomnienie o tych komentarzach pod tekstem AQQ. Kapitalna lektura. :)

Masz jeszcze jeden!

Miło, że uznałeś uwagi za przydatne, bo zawsze mam wrażenie, że niepotrzebnie marudzę ; )

I would prefer not to.

Fajna praca na dwóch lustrzanych parach: Montezuma II i jego kapłan (czy on się w Kobietę węża przemieniał, ponieważ nie zrozumiałam) oraz Quetzalcoatla i Ciapek. 

Wiersz przedni, zdecydowanie mi się podoba, zwłaszcza że wyzwanie duże. Dla mnie wyszedłeś z tarczą, a nie na niej :) Co więcej, jest dla mnie zdecydowanie mocnym punktem opowiadania, podobnie jak dialogi.

Humor taki sobie. Zastanawiałam się dlaczego, bo przecież nabijanie się z krwiożerczych bogów i władców jest śmieszne, to wspaniały pomysł? Mam dwie hipotezy. Pierwsza, że i narrator gra w te same klocki, prześmiewa, co nie pozwala „złapać” dystansu, a druga że może trzeba uważać z makabreską, kiedy giną ludzie, choć może to również być związane z przeładowaniem humoru (nasilasz jeszcze i jeszcze).

Kilka zatrzymań po drodze:

W takiej to właśnie postawił się roli

usunęłabym, ponieważ nie on się w tej roli postawił, raczej zrobiła to historia

Ze złości aż kopnął w kamień. 

„aż” i „w” niepotrzebne?

Niosę znakomite wieści! 

przynoszę?

Specyfika wierzeń wykształciła

specyfika, antropologiczne? podmieniłabym

warknął Pierzasty Wąż. 

a może węża stylizować na węża, czyli syknął, zasyczał ?

Czuł jak wyobraźnia powoli przejmuje kontrolę nad rozumem. 

rozumiem i nie rozumiem, bo i wyobraźnia mi nie pasuje, i rozum

niósł się po całym imperium.  

znowu niósł, podmieniłabym słowo

Z oddali wyłaniał się okręt. Wspierany lekkimi podmuchami wiatru, sunął majestatycznie w kierunku brzegu.

Jak wyglądał okręt? Żaglowiec, parowiec, współczesny wycieczkowiec. okręt wojenny? 

Montezuma staczał się z góry emocji. Stara prawda uczy, by nigdy nie ruszać na szczyt entuzjazmu bez towarzystwa rozsądku. W przeciwnym razie zazwyczaj szybko wracało się do punktu wyjścia. W dodatku bogatszym o kilka moralnych siniaków.

niejasne, pokombinowałabym jak to napisać inaczej.

nie zlęknie się kapryśnej aury. 

ulęknie się?

wódz Azteków, potupując nerwowo. 

potupując, trochę niezgrabne

Kapłan podszczypnął dumę wodza

podszczypnął, niezgrabne

Każdy drobny zatarg potrzebował mostu, by przejść od zwykłych sprzeczek do pierwszych batalii. 

I właśnie szczeble tego mostu nazywano incydentami. - 

hm, zatrzymała mnie ta metafora, rozumiem, że odwracasz, lecz… A może zamieszanie wprowadza słowo szczeble – skojarzenie z drabiną

gryźć na tyle mocno i celnie

dlaczego celnie, wiemy, że po kostkach

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, czytałem wczoraj, jednak nie miałem siły komentować – za dużo świątecznego żurku. 

Po pierwsze – poczucie humoru. Bliskie mi, jakby znajome wręcz. W mojej opinii, bez niego opowiadanie straciłoby swój urok. Miejscami jednak jest go (tego humoru) ciut za dużo. Jak to mówią – samtajms less is more.

Generalnie – bardzo przyjemny tekst, wciągająca lektura i fajna jakość pisania. 

 

Ponieważ dajesz pod moimi opowiadaniami tak głębokie komentarze, zadumałem się i też mam coś dla Ciebie. Oczywiście bardzo subiektywne to będzie.

 

Fabuła jest raczej liniowa, a czytelnik, który nawet tylko liznął historii mniej więcej wie, czego się spodziewać na końcu. To nie jest minus. Ale – pojawiło mi się w trakcie lektury takie wrażenie, że droga do celu jest ciut zbyt długa, zbyt rozwleczona. Nie wiem, czy wraziłem się jasno? Chodzi o to, że wiesz, jaki będzie finał, jesteś ciekaw jak będzie podany, w jakich smakach i tak dalej – a tu po drodze jeszcze kilka przystanków, gdzie Q. odkłada swój powrót. Być może mój wczorajszy brak cierpliwości w tym względzie spowodowany był nadmiarem żurku i nie ma się czym przejmować. 

 

Klikałbym, jednak nie mam tej mocy. Dzięki!

 

 

 

Wybranietz,

no to jeszcze jeden, bo znów mam pretekst, żeby coś napisać.

Jeśli masz marudzić w taki (bardzo merytoryczny) sposób, to rób to jak najczęściej, bo odbywa się to tylko z korzyścią dla autora. :)

 

Asylum,

ogromne podziękowania za wyczerpujący komentarz.

 

choć może to również być związane z przeładowaniem humoru (nasilasz jeszcze i jeszcze).

Trafione w punkt. :)

Tutaj wystąpiło takie zjawisko, które nazwałbym roboczo przedobrzeniem. To jest taka sytuacja, w której tak bardzo chcesz coś zrobić absolutnie najlepiej jak potrafisz, że na końcu zwyczajnie przesadzasz. Gorzej, że te dobre chęci są koszmarnie trudne do skontrolowania. Ich główny zamysł był zaś taki, by wszelkie zdarzenia tragiczne (śmierć ludzi, upadek imperium), a także barbarzyńskie (ofiary z ludzi) podać w możliwie bezbolesny dla czytelnika sposób. Bez wzbudzania smutku i wzburzenia/odrazy, o tyle moim zdaniem jałowych, że (jako wywołane przez zdarzenia odległe historycznie) nie przynoszących czytelnikowi nic poza negatywnymi emocjami.

 

W takiej to właśnie postawił się roli

usunęłabym, ponieważ nie on się w tej roli postawił, raczej zrobiła to historia

Ja wyszedłem z założenia, że skoro sam przybrał imię słynnego dziada (lub brata dziada, bo różne wersje znajdowałem w internetach:)) to właśnie on postawił się w takiej roli, nawiązując imieniem do osoby i osiągnięć przodka. Mógł chyba przybrać inne (nie sprawdzałem aż tak dokładnie, żeby napisać ze 100% pewnością).

 

Z oddali wyłaniał się okręt. Wspierany lekkimi podmuchami wiatru, sunął majestatycznie w kierunku brzegu.

Jak wyglądał okręt? Żaglowiec, parowiec, współczesny wycieczkowiec. okręt wojenny? 

Przyznaję się bez bicia. Nie potrafiłem znaleźć jak wyglądał okręt Cortesa, a nie bardzo chciałem dodawać jego wyglądu od siebie. Zamysł był taki, żeby w mocno prześmiewczy i trochę pokrętny sposób pokazać jednak prawdziwą historię upadku Imperium Azteków. Dlatego tutaj wzbraniałem się przed dokładnym opisem, bojąc się, że umieszczę w opowiadaniu jakieś głupoty (historyczne, bo sam tekst jest oczywiście jedną wielką studnią głupoty).

 

Kapłan podszczypnął dumę wodza

 

podszczypnął, niezgrabne

Niezgrabne, bo wciśnięte na siłę. :)

 

Każdy drobny zatarg potrzebował mostu, by przejść od zwykłych sprzeczek do pierwszych batalii. 

I właśnie szczeble tego mostu nazywano incydentami. - 

hm, zatrzymała mnie ta metafora, rozumiem, że odwracasz, lecz… A może zamieszanie wprowadza słowo szczeble – skojarzenie z drabiną

Szczeble wprowadziłem tu trochę z braku wyboru. Pisząc, jakoś nie mogłem skojarzyć, jak nazywają się te elementy drewnianego mostu, więc “wcisnąłem” te nieszczęsne szczeble, bo nic innego nie mogłem wymyślić.

 

Jak widzisz odnoszę się tylko do części uwag. Dzieje się tak dlatego, że odniesie do wszystkich wymaga świeżego spojrzenia na tekst. Sprawdzenia, jak dane zdania brzmią, czytane po pewnej przerwie i z próbą ewentualnych zmian. Ja niestety na dzisiaj nie mogę tego zweryfikować. Może zetknęłaś się kiedyś z taką sytuacją, że po wielu zmianach i poprawkach, nie bardzo jesteś w stanie ocenić dane elementy tekstu? Nawet jeśli próbujesz go przeczytać, ledwie po kilku zdaniach zdajesz sobie sprawę, że większość, zamiast czytać, dopowiadasz z pamięci, na dodatek nie w pełni zbieżnie z ostateczną wersją tekstu, bo dziesiątki poprawek zwyczajnie Ci się mylą. Dlatego każdą z tych uwag, spróbuję spokojnie zweryfikować za miesiąc, może dwa, kiedy pewnie nikt nie będzie się już za bardzo interesował tym tekstem, a kiedy będę miał wreszcie możliwość potraktowania tego opowiadania “świeżym spojrzeniem”. Temu tekstowi wiele to już pewnie wtedy nie pomoże, ale do każdej uwagi staram się podchodzić w taki sposób, by wyciągnąć z niej jak najwięcej również pod kątem przyszłych opowiadań. 

Dzisiaj, choć naprawdę szczerze chciałbym chociaż spróbować, nie jestem w stanie już sprawiedliwie ocenić brzmienia poszczególnych zdań i jedynie, co mógłbym zrobić, to przyjąć wszystkie zmiany w ciemno. Dla tego opowiadania może to wyjść pewnie lepiej, ale jeśli tak postąpię, to odbiorę sobie prawo do wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków. Mam nadzieję, że nie będziesz miała o to do mnie pretensji, bo jeśli w ten sposób pozbawiam się możliwości otrzymania podobnych uwag przy kolejnych tekstach, to właśnie zrobiłem sobie ogromną krzywdę.

I na koniec. Kapłan i Kobieta-Wąż to dwie różne osoby. Kapłan miał odpowiadać za zapowiedzi powrotu Quetzalcoatla, a Kobieta-Wąż był prawdziwym (męskim żeby było śmieszniej) urzędem w Imperium Azteków i również pojawił się trochę na siłę jako ciekawostka. :)

 

Łosiocie,

podziękował za wizytę.

 

Teraz pewnie już rozumiesz, dlaczego tak mocno asekuruję się przy komentarzach pod opowiadaniami innych. Wysnuć wnioski zawsze łatwo, ale zrobić z nich użytek przy własnym opowiadaniu… to już zupełnie inna sprawa.

 

Fabuła jest raczej liniowa, a czytelnik, który nawet tylko liznął historii mniej więcej wie, czego się spodziewać na końcu. To nie jest minus. Ale – pojawiło mi się w trakcie lektury takie wrażenie, że droga do celu jest ciut zbyt długa, zbyt rozwleczona.

Żebyś wiedział ile ja się naczekałem na ten zarzut. :)

I nie jest on przesadzony ani o jotę. Naprawdę w punkt.

Ja od początku wiedziałem, że jeśli ktoś liznął historii Azteków, tekst nie zaskoczy go niczym. A ponieważ wpadłem na ten genialny pomysł, by “skakać” od Montezumy do Quetzalcoatla, zmusiłem się do wrzucenia kilku ponadplanowych wstawek o bogu. Czyli, pisząc wprost, jeszcze skomplikowałem sobie sprawę. I tak jak miałem świadomość, że może to być pewien (dość istotny) problem tego opowiadania, tak ,niestety, kompletnie brakło koncepcji jak go bezboleśnie rozwiązać. Samo skrócenie opowiadania było o tyle trudne, że musiałbym w takiej sytuacji wyrzucić również część wstawek dotyczących Montezumy. Czyli okroić historię upadku Imperium (czego z kolei bardzo chciałem uniknąć).

 

Miejscami jednak jest go (tego humoru) ciut za dużo. Jak to mówią – samtajms less is more.

Wiesz, właśnie dlatego cieszy mnie tak każdy komentarz, który tutaj dostaję (i również dlatego staram się zawsze dorzucić jakąś uwagę, komentując teksty innych). Bo niby jest to oczywiste. I czytając taki komentarz, masz pełną świadomość, że powinieneś wpaść na to sam. Ale jednak na końcu potrzeba tej uwagi czytelnika, żeby wyciągnąć właściwe wnioski.

 

Jeszcze raz podziękował za komentarz. Z klikiem, czy bez, jego wartość jest dla mnie ogromna. :)

 

No i uśmiałem się po same pachy. Humor przedni i dobrze umiejscowiony, można go było trochę podrasować ale nie czepiajmy się. Bardzo dobrze napisane, czytało się lekko i przyjemnie. Dobra robota.

Tomaszu, serdecznie podziękował za odwiedziny i dobre słowo.

Do końca tygodnia powinienem wpaść z rewizytą. :)

Ok dzięki.

Tekst świetny :). Wpasował się w moje poczucie humoru, więc ubawiłam się. Podziwiam, jak sprawnie operujesz słowem. Pomysł na odwlekanie przybycia boga, jak najbardziej trafiony. Postacie wykreowane ciekawie. Czyta się szybko i przyjemnie. Swojego czasu trochę interesowałam się Aztekami, więc miło było sobie przypomnieć ich historię w takiej zabawnej formie (choć same wydarzenia dalekie są od tego). Mam nadzieję, że ten komentarz wystarczy na klika :).

Dzięki wielkie za odwiedziny i tak pozytywny komentarz. Opinia z gatunku tych robiących dzień.

 

Mam nadzieję, że ten komentarz wystarczy na klika :).

Ja też, bo Quetzalcoatl ma szansę doczłapać w ten sposób do biblioteki. :)

Dobrze napisane, twój opek sam się czyta. Humor mi się podobał. Myślę, że z humorem to akurat nie przedobrzyłeś, może odrobinę z długością tekstu. Czytało się przyjemnie, gładko, uśmiałam się, czyli wrażenia na plus.

Czy słusznie domniemywam, że Quetzalcoatl ruszy wreszcie tyłkiem i wróci na Mitologie inaczej?

Chyba pierwszy raz mam okazję tak szybko odpowiedzieć. :)

Wielki dzięki za odwiedziny i tak pozytywny komentarz. Zadowolony czytelnik to jednocześnie szczęśliwy autor.

I dobrze myślisz, Quetzalcoatl wróci… 

chociaż na pewno nie z własnej woli. :)

I jednak w trochę innej formie, bo to drugie opowiadanie nie będzie miało żadnego związku z tym na Geofantastykę. 

Jeszcze raz podziękował za dobre słowo.

Biorąc pod uwagę, że i tak już zdążyłem jej podpaść Jasiem Fasolą, to nawet nie chcę myśleć, co ze mną zrobi. :)

„II” w nazewnictwie władców oznaczał

Hmm. Jak "dwa" to oznaczało, jak "dwójka" – oznaczała.

 W takiej to właśnie postawił się roli.

W roli chrzaniciela, czy dumnego następcy?

 Tyle że

Tyle, że.

 od A do Z

W zasadzie ten idiom stosuje się do latynki, którą Aztekowie nie pisali. Mnie trochę wytrąca z zawieszenia niewiary, ale jeśli Ciebie to bawi.

 Stary Montezuma zdawał się osiągnąć wszystko.

Hmm.

 Dzięki wielkim podbojom i mądrym sojuszom, zbudował

Nie dawałabym tu przecinka.

 irytacja niebezpiecznie zbliżała się do poziomu furii

Tu jest jeszcze parę szczebelków…

 kopnął w kamień

Kopnął kamień.

 Monolog zbudowany wyłącznie ze słów, powszechnie uważanych za nieurodziwe.

To oznacza, że monolog składał się ze słów, a słowa jako takie powszechnie uważa się za nieurodziwe. Jeden przecinek, a jaki ważny.

 No tak. (…) – Ale tlatoani!

No, tak. (…) – Ale, tlatoani!

 Mów, zatem.

A tu bez przecinka.

 W pewnych okolicznościach należało postawić na zwięzłość przekazu.

Ale dlaczego ma to dotyczyć tylko owych czasów, a nie być ogólną praktyką?

 O tak!

O, tak!

 uważaj jak chodzisz

Uważaj, jak chodzisz.

 nie gwarantował sielanki

Hmm.

 każdej, zachodzącej w państwie przemiany

Bez przecinka. "Każdy" nie jest epitetem, a kwantyfikatorem.

 Choć czasem bywało, że jednak nieco mimowolnym

Hmm?

 mozolne wysiadywanie jaja

A tu się abstrakcja zrobiła.

 w przypadku Pierzastego Węża, nie zawsze

Bez przecinka.

 z impetem wmeldował się w ciszę

Zderzenie obrazów. Kto się melduje z impetem?

 odziany w potęgę i chwałę, wielki Quetzalcoatl

Tu też nie dałabym przecinka.

 jedynym na świecie, hurtowym dostawcą

Ani tu, bo "jedyny na świecie" określa frazę nominalną "hurtowy dostawca" (w szkole robiło się takie schodki, pamiętasz? Rozbiór zdania?)

 martwi zazwyczaj wyglądali

Znowu – wyglądają. To jest zdanie ważne ogólnie, nie tylko wtedy.

 Czuł jak wyobraźnia

Czuł, jak wyobraźnia.

 Zachwycony głos

Może jednak "pełen zachwytu"?

 Z początku mały i niewyraźny, po jakimś czasie ukazał pełnię swego ogromu.

Oj, skrótowe.

 postać, niespiesznym krokiem ruszyła

Wr. Nie dość, że postać, to jeszcze przecinek między podmiotem, a orzeczeniem. No, weź.

 potoki wody, czyściły

Podmiot, orzeczenie. Przecinek należy rytualnie wyrwać, jeszcze bijący ;P

 skrzywił się patrząc

Skrzywił się, patrząc.

 Od razu czuł, że przesadził.

Potknęłam się.

 wściekłego tygrysa

W Ameryce?

 dobre, pierwsze wrażenie

Fraza nominalna – bez przecinka.

 Głównie jako masakra w Choluli.

Jakoś to nie brzmi. Jakby ten "gest" mógł być zapamiętany inaczej…

 problem głośnych prezentów polegał

Prezenty mają problemy?

 Nie da się tego logicznie wytłumaczyć.

Jak się chce, to się da :P

 No tak.

No, tak.

przynajmniej jedno słowo w tym zdaniu nie spełniało powierzonej mu roli.

Kurczę, to jest dobry dowcip, ale czegoś mi tu brakuje…

 Nie wiedział co prawda, który

Wtrącenie: nie wiedział, co prawda, który.

 Przelew krwi uważam za zbędne ryzyko

Bardzo dziwnie to brzmi. Co dokładnie miałeś na myśli?

 A pewnie

A, pewnie.

 Nawet jeśli mieli zgoła odmienne wyobrażenie biorcy.

Nawet, jeśli. Biorcy? Chyba już przesadzasz.

 cichych podszeptów

A komu to podszeptywano?

 Każdy akt heroizmu zasługiwał na moment chwały.

Akt heroizmu z jego strony, czy ogólnie?

 no wiesz

No, wiesz.

 Ano nieładnie

Ano, nieładnie.

 No teraz to już na pewno.

No, teraz to już na pewno.

leżał odłogiem

Był niebiańską istotą, nie polem. Odłogiem mogłaby leżeć Pachamama :P

 ignorowane

Anglicyzm.

 Jeśli bitwy nazywano solą konfliktów, incydenty stanowiły ich wiodący fundament.

Poplątana metafora.

 wstrzeliła

Literówka.

 zwieńczył wszelkie prace

Wycięłabym "wszelkie", nie wygląda mi naturalnie.

 Gwiazdy na planecie

Hem?

 przeciw niemu. Ledwie chwilę temu

Rym.

 I to nawet wiedząc

Na moje oko to anglicyzm.

tworzyła mit walecznej i niezłomnej

To też jakieś telewizyjne. Chociaż…

 Strefa kibica Quetzalcoatla.

Mmm, chyba przedobrzyłeś.

 No dobrze

No, dobrze.

obawiam się, że nie znamy pojęcia minuty.

A latynkę znacie, cwaniaki? XD

 Jak brzmi moje zadanie?

Zadanie nie brzmi. :P

A teraz to już nie warto…

A, teraz to już nie warto…

 

Cute. Stara, dobra komedia, tylko w południowoamerykańskim wdzianku. Nie śmiałam się w głos, ale ja w ogóle jestem marudnym ponurakiem ;) Tak czy siak, tekścik lekki, łatwy i przyjemny.

Uwaga ontologiczno – gramatyczna: często używasz czasu przeszłego, kiedy wyraźnie chodzi o zdania ogólnie prawdziwe (tj. niezależne od czasu) – zwykle używa się w nich czasu teraźniejszego (zaznaczyłam parę przykładów, ale nie wszystkie).

 No to Tarnina będzie miała zabawę przy mapie :D

:P

 Challenge dla Arnubisa: konkurs “biofantastyka” mile widziany i poparty głośnym krzykiem :-)

Brzmi jak plan. Zrobić taki konkurs a potem wytykać wszystkim uczestnikom błędy :D

Popieram, chętnie pomogę :) Dżdżownice gąsienicami, też coś.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

I nadeszła godzina sądu… :)

Ponieważ w większości przypadków nie mam nic na swoją obronę… to oczywiście chętnie coś odpowiem.

 

 

Quetzalcoatl wszystko to widzi.

I powróci!

Zobaczysz! :)

 

Hmm. Jak "dwa" to oznaczało, jak "dwójka" – oznaczała.

A jeśli “drugi”?

 

W roli chrzaniciela, czy dumnego następcy?

W roli dumnego następcy będącego chrzanicielem.

 

Tyle, że.

Tyle, że nieprawdziwe od A do Z.

zbędny przecinek

 

Zmieniłem za sugestią kam_mod, a, że znalazłem identyczne zdanie w “Ananke” Lema (również bez przecinka) to zostawię to bez zmian.

 

W zasadzie ten idiom stosuje się do latynki, którą Aztekowie nie pisali. Mnie trochę wytrąca z zawieszenia niewiary, ale jeśli Ciebie to bawi.

Zmieniłem na coś (jak sądzę) rozsądniejszego.

 

Hmm.

I wszystko jasne. :)

 

Tu jest jeszcze parę szczebelków…

Wzbierająca w nim złość, zamiast rosnącej irytacji będzie OK?

 

Kopnął kamień.

Nie chciałbym marudzić, ale po wszystkich sugestiach zmian od poszczególnych czytelników zostało mi z tego zdania jakieś 40%. Taka drastyczna dieta… :)

Oczywiście zmieniłem.

 

A tu bez przecinka.

Dlaczego? I pytam, żeby wiedzieć. Nie dlatego, że się nie zgadzam.

 

Hmm.

Po jednej nutce nie zgadnę. :) Poproszę o podpowiedź. :)

 

Hmm?

No przecież mógł być czasem mimowolnym zwolennikiem oszczędnego zarządzania rozumem. Na przykład w sytuacji, kiedy dany problem przerastał możliwości tego rozumu. Nie używał go, bo nie potrafił. Dlatego był mimowolnym zwolennikiem…

Przynajmniej taki był zamysł.

 

A tu się abstrakcja zrobiła.

Cholera, a tak mi się to zdanie podobało. Jak wymyślę coś mądrzejszego to zmienię. Jeśli nie, zostawię jak jest.

 

Zderzenie obrazów. Kto się melduje z impetem?

“Wmeldować się” użyłem jako synonimu “wpaść”. A przecież można wpaść z impetem.

 

Może jednak "pełen zachwytu"?

Całkiem możliwe. Poprawione.

 

Oj, skrótowe.

Cały ten fragment dopisałem na siłę, tylko dlatego, że oparłem tekst na “przeskokach” od Montezumy do Quetzalcoatla i musiałem coś tam wpisać. Nie chciałem go już jednak bardziej rozbudowywać, zwłaszcza, że o samym okręcie nie udało mi się znaleźć nic.

 

Wr. Nie dość, że postać, to jeszcze przecinek między podmiotem, a orzeczeniem. No, weź.

A co ja Ci zrobię, że akurat “postać” brzmiała mi tam najlepiej? 

W kwestii przecinka nie mam nic na swoją obronę.

 

Potknęłam się.

To zdanie zmieniałem sześć czy siedem razy i w każdym przypadku brzmiało nie tak, jak trzeba. W końcu wywiesiłem białą flagę…

Ale spróbuję jeszcze pomyśleć.

 

W Ameryce?

 Jednak w dziejach ludzkości, według Azteków, największe znaczenie ma życiodajne Słońce, czyli Huitzilopochtli, bo dzięki niemu możliwe było odrodzenie kolejnych czterech społeczności Ziemi, które miały ulec zniszczeniu w wyniku potężnych kataklizmów – plagi tygrysów, wiatru, pożaru i potopu.

Tyle znalazłem na swoją obronę. :)

 

Jakoś to nie brzmi. Jakby ten "gest" mógł być zapamiętany inaczej…

Wiem, że to nie brzmi najlepiej, ale samo: “Jako masakra w Choluli” sprawiało, że potykałem się na tym fragmencie. Znowu, spróbuję coś wymyślić, a jeśli się nie uda, zostawię bez zmian.

 

Prezenty mają problemy?

Mam nadzieję, że już nie. :) Poprawione.

 

Jak się chce, to się da :P

Udowodnij. :)

 

Kurczę, to jest dobry dowcip, ale czegoś mi tu brakuje…

Kolejne zdanie zmieniane kilkukrotnie, do którego zwyczajnie zabrakło mi w pewnym momencie cierpliwości. Zostawiłem w zgodzie z przekonaniem, że nic lepszego nie wymyślę.

 

Bardzo dziwnie to brzmi. Co dokładnie miałeś na myśli?

Może zmienię na: “Podjęcie walki uważam za zbędne ryzyko”? Będzie chyba jaśniej.

 

Nawet, jeśli. Biorcy? Chyba już przesadzasz.

Pisząc o biorcy miałem na myśli bogów, którym te serca ofiarowano. Ale tutaj długo myślałem, czy aby nie przeginam.

Pierwotnie było tak:

“W końcu to oni, wbrew wszelkim twierdzeniom, przeprowadzili pierwszy, udany przeszczep serca. Przynajmniej pierwszą jego część”. 

Ale to z kolei brzmiało mi tak jakoś bez wyrazu. Poza tym miałem problem z powtórzeniem. 

Może zostać, czy jednak sugerujesz zmianę?

 

 cichych podszeptów

zmieniłem na cichych poszeptów.

 

Akt heroizmu z jego strony, czy ogólnie?

Ogólnie.

 

Był niebiańską istotą, nie polem. Odłogiem mogłaby leżeć Pachamama :P

A może jako istota niebiańska był tak potężny, że potrafił przybrać postać pola? :)

Dobra, już to zmieniam.

 

Anglicyzm.

Ale tylko jeden. Mogłabyś przymknąć oko.

A najlepiej oba. :)

 

Poplątana metafora.

Wiem, ale nie mogłem wymyślić nic lepszego. Musi zostać. :(

 

Wycięłabym "wszelkie", nie wygląda mi naturalnie.

Bez tych wszelkich potykałem się jakoś na tym fragmencie. Dlatego je wpisałem.

Spojrzę jutro jeszcze raz i pomyślę, czy mogę go wyciąć. 

 

Hem?

Będą gwiazdy w świecie.

 

Rym.

Już go nie ma.

 

Na moje oko to anglicyzm.

Ponownie przymykamy oczy. :)

 

To też jakieś telewizyjne. Chociaż…

To chyba miało trochę takie być. W końcu telewizja przekłamuje obraz na własne potrzeby i oni chcieli dokładnie tego samego.

 

Mmm, chyba przedobrzyłeś.

To było takie zdanie: do pierwszej krytycznej uwagi. Jutro zmienię.

 

Zadanie nie brzmi. :P

No to już przestało. :)

 

Uwaga ontologiczno – gramatyczna: często używasz czasu przeszłego, kiedy wyraźnie chodzi o zdania ogólnie prawdziwe (tj. niezależne od czasu) – zwykle używa się w nich czasu teraźniejszego (zaznaczyłam parę przykładów, ale nie wszystkie).

Będę pamiętał. Chociaż mój problem za każdym razem polega na tym, że z czasem teraźniejszym dane zdanie mi… nie brzmi. :)

Ale będę z tym walczył.

 

Uff…

 

Część błędów (przecinki) już poprawiłem. Do reszty wrócę jutro.

 

Wiesz, zawsze byłem ciekawy, jak to jest trafić na listę Tarniny. 

Teraz już wiem, że to interesujące doświadczenie. :)

Trochę jak pierwsze szczepienie. :) (tak, wiem, że pojawił się rym :))

Bardzo się cieszę, że wpadłaś. 

A jeszcze bardziej, że udało Ci się zmieścić wszystkie uwagi w jednym komentarzu. :)

 

I żeby zakończyć pozytywnym akcentem:

 

Tak czy siak, tekścik lekki, łatwy i przyjemny.

yessmiley

 

Nie śmiałam się w głos, ale ja w ogóle jestem marudnym ponurakiem ;)

Zaraz ponurakiem. Szpieg Ci wyszedł całkiem zabawny. :)

 

A jeśli “drugi”?

A jeśli mój mózg wyskoczył na małą kawkę w trakcie czytania? XD

Zmieniłem za sugestią kam_mod, a, że znalazłem identyczne zdanie w “Ananke” Lema (również bez przecinka) to zostawię to bez zmian.

Hmm. Może to moja idiosynkrazja. Będę musiała sprawdzić.

Zmieniłem na coś (jak sądzę) rozsądniejszego.

OK.

I wszystko jasne. :)

"Hmm" zasadniczo oznaczają, że coś mi tu nie gra, ale nie umiem tego nazwać.

Wzbierająca w nim złość, zamiast rosnącej irytacji będzie OK?

Czemu nie.

po wszystkich sugestiach zmian od poszczególnych czytelników zostało mi z tego zdania jakieś 40%. Taka drastyczna dieta… :)

Ale teraz jest smukłe i zgrabne jak Naomi Campbell XD

Dlaczego? I pytam, żeby wiedzieć. Nie dlatego, że się nie zgadzam.

"Mów, zatem" – nigdy nie widziałam, żeby w takim miejscu był przecinek.

Nie używał go, bo nie potrafił. Dlatego był mimowolnym zwolennikiem…

Ale jeśli nie potrafił, to nie miało to nic wspólnego z jego wolą. Więc nie nazwałabym go zwolennikiem.

“Wmeldować się” użyłem jako synonimu “wpaść”. A przecież można wpaść z impetem.

Wpaść można, ale wmeldować się – nie bardzo. Patrz na konotacje.

Tyle znalazłem na swoją obronę. :)

A te tygrysy – to na pewno tygrysy? Czy tłumacz nie był po prostu leniuszkiem i nie nazwał tak jaguarów?

Udowodnij. :)

Eeee… :D

Może zostać, czy jednak sugerujesz zmianę?

Ja zrobiłabym tak: przeprowadzili pierwszy udany przeszczep serca. Przynajmniej do połowy.

Mogłabyś przymknąć oko. A najlepiej oba. :)

<wstaje od komputera i spada ze schodów>

W końcu telewizja przekłamuje obraz na własne potrzeby i oni chcieli dokładnie tego samego.

No. Tak też pomyślałam.

Szpieg Ci wyszedł całkiem zabawny…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

"Hmm" zasadniczo oznaczają, że coś mi tu nie gra, ale nie umiem tego nazwać.

To jutro przyjrzę się tym wskazanym zdaniom, może coś znajdę.

A te tygrysy – to na pewno tygrysy? Czy tłumacz nie był po prostu leniuszkiem i nie nazwał tak jaguarów?

Obawiam się, że nie znam tłumacza, poza tym swoją argumentację oparłem na artykule weekendowego magazynu “Dziennika Związkowego” :)

Dobra. Zmienię jutro na tego jaguara.

Ale teraz jest smukłe i zgrabne jak Naomi Campbell XD

Jakie smukłe? Toż to czysta anoreksja! :)

"Mów, zatem" – nigdy nie widziałam, żeby w takim miejscu był przecinek.

Hmm… Wygląda na to, że na własne potrzeby stworzyłem jakiś wyjątek. :)

Pratchett chyba to kiedyś nazwał batalistycznym podejściem do zasad interpunkcji. :)

Ale jeśli nie potrafił, to nie miało to nic wspólnego z jego wolą.

Dlatego był zwolennikiem mimowolnym. :)

Dobra, wiem, że to bez sensu, ale strasznie mi się nie chce zmieniać. :)

Wpaść można, ale wmeldować się – nie bardzo. Patrz na konotacje.

Niech Ci będzie. Chętnie bym o to “wmeldowanie się” powalczył, bo mi ładnie brzmiało… ale nie mam argumentów.

Ja zrobiłabym tak: przeprowadzili pierwszy udany przeszczep serca. Przynajmniej do połowy.

Super! No i problem rozwiązany. Jutro zmienię.

Podziękował!

<wstaje od komputera i spada ze schodów>

Miałaś tylko przymknąć oczy! Nikt nic nie mówił o żadnym łażeniu! :)

Szpieg Ci wyszedł całkiem zabawny…

Zignoruj to, co napisałem na końcu. Czasem nadużywam żartów, a tutaj chciałem jakoś efektownie zakończyć wielogodzinne zmagania z pisaniem odpowiedzi. W tym przypadku mój mózg odpalił dopiero po wciśnięciu : GOTOWE. :(

 

W ramach rekompensaty postaram się rozwiązać Twoje problemy z pisaniem na Mitologie.

ARNUBIS!!!

Możesz pisać. :)

Swoją drogą, myślałem, że tylko u mnie kryzys objawia się w ten sposób.

Witaj w klubie.

Nie mogę pisać, bo się połamałam :P

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nagraj audiobook. :)

Przeczytałem to opowiadanie wczoraj i muszę przyznać, bardzo mi się spodobało. Tekst jest lekki, czyta się go bardzo przyjemnie, a przy tym narracja jest poprowadzona inteligentnie, dialogi ciekawe i zabawne, w kilku miejscach spowodowały u mnie coś więcej niż tylko uśmiech. Czekam na kolejne teksty :)

Tytuł nasuwa mi skojarzenie z “Czekając na Godota”.

Podziękował za odwiedziny i za tak pozytywny odbiór mojego opowiadania.

Z tytułem trafiłeś w punkt. Miał nawiązywać właśnie do “Czekając na Godota”. Cały pomysł na opowiadanie polegał na tym, żeby “pożenić” historię Azteków właśnie z tą sztukę, uzupełnić to wszystko głupotą własną i sprawdzić, co z tego wyjdzie.

Jeszcze raz dziękuję za każde dobre słowo. :)

Zabawne. Choć przywiązanam do teorii, że w Cortezie Montezuma upatrywał właśnie powracającego Q. Ostatni klik się należy :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Mamy bibliotekę, wohoo! :D

I do setki już rzut beretem. ;-)

Babska logika rządzi!

Fleurdelacour,

ogromne podziękowania za odwiedziny i ostatniego klika. 

Gdzieś czytałem, że po pierwszym spotkaniu z Cortesem, Montezuma mógł się już domyślać, że tamten nie był bogiem. “Boskość” Cortesa ograniczyłem więc do minimum.

 

Kam_mod,

Na bibliotekę była szansa już parę dni temu, ale klik od Monique .M wciąż nabiera mocy urzędowej. :)

 

Finklo,

przemyślałem sprawę i walka o sto komentarzy akurat pod tym opowiadaniem chyba nie była zbyt szczęśliwą decyzją.

W końcu setkę komentarzy trzeba będzie jakoś uczcić.

A w jaki sposób można świętować pod opowiadaniem o Quetzalcoatlu?… :)

 

Swoją drogą, ci Aztekowie okazują się fantastycznym wyborem. Nie myślałem, że tylu osobom będzie się chciało przeczytać ten tekst.

Oj tam, gdybyśmy każdą setkę czcili… Na przykład kilkoma setkami, portal popadłby w zbiorowy alkoholizm. ;-)

Babska logika rządzi!

A w jaki sposób można świętować pod opowiadaniem o Quetzalcoatlu?… :)

Tequila i czekolada :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Każdy powód, żeby złożyć kogoś w ofierze Quetzalcoatlowi jest dobry. :)

 

Edit: I jest setka!

Ja tam z ofiar się wypisuję, a jakby co to ołtarzu składam plastik, niech go pożre, na wieki wieków. :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jak się bóg struje, to dopiero ofiarodawczyni będzie miała przerąbane… ;-)

Babska logika rządzi!

I dobrze, jeśli ofiar z ludzi wymaga, to niech cierpi na wieczną niestrawność, a los ofiarodawczyni – będzie walczyć “Ogniem i mieczem” ;p  Z nadzieją, że się uda:).

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zanim go walniesz książką w głowę, zdąży Cię udusić swoim kipu. ;-)

Babska logika rządzi!

NIeeee, nie dam się! Ucieknę, w końcu człowiek szybszy od robaka (przepraszam Arnubisie za pop taksonomię). 

Ha, ale może stanę z nim do walki i przekonam, argumentacją:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nieee, znowu? Węże to nie robaki! Chociaż, węże z piórami, to diabli wiedzą, jak sklasyfikować.

Babska logika rządzi!

Pop taksonomia XD 

I tu, racjaaa. 

Quetzalcoatl, chociaż wąż, to chyba ssak, bo reaguje, myśli, mówi jak człowiekopodobny, a może taksonomia bogów nie obejmuje?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

może taksonomia bogów nie obejmuje?

Skoro nie są zwierzętami, to nie powinna ;)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wiem, że pewne elementy w tekście nie zawsze pasują do reszty. Jednak mimo wszystko ta humoreska wyszła świetnie. Stworzyłeś pewne stałe żarty i na ich wariacjach oparłeś tekst. Narrator też nawijał tyle, ile trzeba. Postacie główne – czyli Montezuma oraz boski wąż – wyszły charakterystyczne.

Pewną wadą jest jednak zbytnie znużenie w końcówce. Żart powtórzony zbyt wiele razy powoli przestaje bawić. I ja poczułem, że ten moment i do mnie nadciąga. Na szczęście tekst skończył się, nim to uczucie przeszło w coś bardziej przeszkadzającego.

Podsumowując: dobry humorystyczny koncert fajerwerków, choć może z lekka nużyć pod koniec.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, 

dziękuję za odwiedziny i każde dobre słowo. Ze znużeniem w końcówce trochę się liczyłem, ale nie znalazłem sposobu, żeby to obejść. Pewnie potrzeba mi większej wprawy.

Bardzo fajne opowiadanie. Podoba mi się pomysł na lekko upośledzonych bohaterów, wyszło naprawdę zabawnie. Dobrze się czytało.

Fajne :)

Anet, dzięki za odwiedziny i wylewny komentarz.

I nie. To nie jest żadna złośliwość. 

Naprawdę się rozpisałaś. 

Ciekawą konwencję przyjąłeś, urzekł mnie ten Pratchettowski humor. Bardzo przyjemnie się czytało. Dodatkowy plus za swobodne podejście do formy – różne długości akapitów i segmentów, wprowadzenie przypisów w środku tekstu i opisanie bitwy poprzez poemat.

Tekst zahacza o ciężkie tematy, ale mimo wszystko nie odczułam, żeby została tu przekroczona granica, jako że akcja skupiła się na samych Aztekach. Świetnie przemieszczasz się między Montezumą z kapłanem i Quetzalcoatlem z Ciapkiem (<3).

 

Swoją drogą chyba najbardziej odjechany z konkursowych Muminków. :D

 

Gratuluję wyróżnienia w konkursie!

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

black_cape,

Wielkie podziękowania za odwiedziny i każde miłe słowo.

Muminek faktycznie genialny. Jak Thargone pozwoli, ustawię go sobie jako avatar. :)

Gratuluję zwycięstwa!

Państwo jest, nawiązania bardzo silne – fabuła nieprzenoszalna. To musieli być Aztekowie i wyczekiwany bóg.

Element fantastyczny też załatwiony.

Fabuła. Z jednej strony fajna, podobała mi się. Z drugiej – niespecjalnie oryginalna, sama kiedyś wykorzystałam motyw Corteza i Quetzalcoatla. Z trzeciej – wszyscy wiemy, jak to się musi skończyć. Nie dosyć, że szlag trafia suspens, to jeszcze smutno się robi.

Bohaterowie wyraziści. Oczywiście, karykaturalni, ale nie ujmuje im to uroku. Chyba nawet nie ma co wzbogacać ich sylwetek. Pierzasty Wąż ma być przygłupi i leniwy i tyle cech wydaje się mu wystarczać w wykreowanym świecie.

Duży plus za humor. Przemyślenia Ciapka dobre, zwłaszcza w zestawieniu z bezmyślnością Węża.

Interesująca forma. Widać, że postawiłeś na dialogi. To dodaje tekstowi lekkości, ale i krzyczy „to tylko żarcik, nie ma się co przejmować”. Może warto rzucić trochę więcej opisów. Ech, aż żal, że Hiszpanów nie pokazałeś. Oni też pewnie ze sobą rozmawiali… Zagranie z kronikarskim wierszem wydaje mi się ryzykowne. IMO, trochę przydługi wyszedł.

Sporo tracisz na wykonaniu, chyba zabrakło ostatniego szlifu. Pół biedy, że trafiają się literówki. To jeden paskudny ortograf robi naprawdę złe wrażenie. :-(

Babska logika rządzi!

Finklo, 

dziękuję Ci za obszerny jurorski komentarz.

I jeszcze raz ukłony za ekspresowe wyniki. 

Ubawiłam się na tym tekście. Co prawda jakoś od początku czułam, że się na tego Quetzalcoatla nie doczekają, ale mimo to całość była zabawna i fajna. 

Zarówno postacie bóstwa jak i władcy wypadły bardzo komicznie, tylko Ciapka mi szkoda, bo mam wrażenie, że to taki głos wołającego na puszczy. Jeśli przyjdzie mu spędzić wieczność w towarzystwie bóstwa, to szczerze mu współczuję ;). 

Bardzo podoba mi się lekki, pełen ironicznego humoru klimat tego tekstu. Opowiadasz o wydarzeniach, nierzadko krwawych i tragicznych, w sposób tak zabawny, że nawet te wycinane serca czy walki z Hiszpanami budziły raczej rozbawienie niż grozę. 

Fajny, pomysłowy i zabawny tekst. Taki na poprawę nastroju, a przynajmniej mnie poprawił. 

 

Pozdrawiam C.

Cześć, CM!

 

– narracja Quetzalcoatl przesympatyczna i urocza w swoim absurdzie, humor: żarty o piórach i imieniu, podoba mi się!, dodatkowe punkty za abstrakcyjny humor (Legenda i Aspekt), czarny humor („ciężkie frajerstwo”) niespodziewane zmiany punktu widzenia – naprawdę, narracyjnie bardzo mi się podobało

– Montezuma jakiś mało bystry, skoro nie zna własnej historii (kalendarza? religii?); autor używa dialogu jako ekspozycji – ale bohaterowie mówią o czymś, co powinno być dla obojga oczywiste. Poza tym, kapłani raczej nie zgłaszają się na ofiary, nawet jeśli zdenerwują króla

– syndrom „gadających głów” – całe serie dialogowe bez żadnych didaskaliów

– językowo jeszcze kuleje, brak wyszlifowanego języka – czasem gubisz rytm zdań, używasz mało gładkich wyrażeń, brniesz w niezręczne zwroty. wszystko do wyćwiczenia, jest dobrze.

– konflikt głównego bohatera – bycie przeciętnym, brak genialnych umiejętności. Tu jest spory potencjał, ale trochę zszedł na drugi plan. Plus klasyczne „uważaj, o czym marzysz”.

– zróżnicowana, kreatywna narracja (gwiazdki, wiersze, współczesne metafory) – można nazwać to nieczystymi zagrywkami w utrzymywaniu uwagi czytelnika, a jednak można pozazdrościć ci kreatywności

– zakończenie bez większego łupnięcia, ale w sumie trudno byłoby o jakąś niespodziankę. Ogólnie prosta, sympatyczna historia, która stoi ciekawą i barwną narracją

– research porządny, nie mam zastrzeżeń. Ładne odmalowanie utraconego świata.

– podsumowując, dobrze się bawiłam przy lekturze twojego opowiadania. U mnie było szóste miejsce :) 

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cephiednomiko. hej!

 

Fajnie, że tekst poprawił nastrój. Mnie przy pisaniu notorycznie psuł. :)

Jeśli przyjdzie mu spędzić wieczność w towarzystwie bóstwa, to szczerze mu współczuję ;). 

Nie przyjdzie. :) Quetzalcoatl musi ruszyć zadek na Mitologie inaczej.

Bardzo Ci dziękuję za tak pozytywny komentarz.

 

kam_mod,

dziękuję za obszerny jurorski komentarz. Wiem, że mało kreatywna ta odpowiedź, ale nie zawsze może być twórczo. :)

Nowa Fantastyka