- Opowiadanie: mr.maras - Clas Myrddyn

Clas Myrddyn

Opowieść sama się snuła, więc niestety nie powstrzymały mnie limity, punkty karne i stracone szanse, bo chciałem ją opowiedzieć od początku do końca. Z szacunku dla Merlina ;)

A tak serio. Ciąłem i ciąłem i z każdym cięciem tekstu przybywało.

Gwoli wyjaśnienia - "Clas Myrddyn" znaczy piecza lub zagroda Merlina.

 

Dzienniczek: kilka drobnych poprawek, głównie literówek i przecinków, po uwagach Sary, Dogs, Reg i Starucha.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Clas Myrddyn

Świt zastał cesarzy Europy okładających się mieczami na brzegu Renu. Wokół walczących świszczały kule, powietrze rozdzierały salwy artylerii, zasnutą dymem równinę szarpały eksplozje bomb.

– Dlaczego stajesz przeciwko mnie, Fryderyku?! – zapytał z goryczą Karol, ale nie doczekał się odpowiedzi.

Tylko kruki zaskrzeczały radośnie, gdy opadł na kolana, z trudem parując kolejny cios rudobrodego rycerza. Joyeuse, królewski miecz, pękł w tym starciu na dwoje. Roztrzaskana tarcza króla Franków już od dłuższego czasu leżała porzucona w błocie z krwi i rozdeptanej ziemi.

– Panie mój! – zawołał z trwogą Roland, par Francji i paladyn Karola, gdyż zdał sobie sprawę, że walka jest przegrana. Otoczony przez sześciu rycerzy z Kyffhäuser nie mógł pospieszyć swojemu władcy na odsiecz.

Jeszcze spojrzał z nadzieją na północ, gdzie walczył dzielny Ogier, ale rycerz, którego tarczę zdobiły karmazynowe serca i lwy, właśnie opuścił klingę Courtaina. Jakby utracił siły. Lub wiarę.

Przeciwnik Duńczyka, potężny wojownik w czarnej zbroi, także wstrzymał ostrze i odwrócił głowę, by ponad szachownicą pól i lasów spojrzeć wprost w oczy Rolanda. A potem ruszył żwawo ku rycerzom walczącym na francuskiej ziemi. Marszu nie spowolniły zasieki z drutu kolczastego, szykany i okopy Linii Maginota.

– Zadmij w róg, Orlando! – krzyk Karola wyrwał hrabiego z otępienia. Roland wciąż pamiętał słowa, jakie padły z ust jego druha Oliwiera w wąwozie Roncevaux. I których posłuchał zbyt późno, uniesiony honorem. Lecz tym razem nie o honor szło, a o coś znacznie ważniejszego. Cesarz wystąpił przeciw cesarzowi. Nad Europą zaległy chmury czarniejsze niż krew diabła.

Sześciu rycerzy zawęziło krąg, gdy paladyn sięgnął po złoty róg przytroczony do pasa i przyłożył instrument do ust.

A potem zadął przeciągle.

Rudobrody uśmiechnął się krzywo. Nad jego głową wciąż krążyły stada kruków, a ich skrzydła zdawały się odbijać światło na przemian czernią piór i szarością stali. 

Tymczasem donośny dźwięk Olifanta poniósł się w cztery strony świata: ku północnym fiordom, pod ścianę Uralu, do ziemi Afrów, przez Brytanię, na Morze Hybrydzkie i dalej, ponad wodami, które Saraceni nazywali Morzem Ciemności. Aż do wybrzeży Nowego Świata. 

Roland odrzucił róg i mocniej chwycił rękojeść Durendala. Milczący rycerze z Kyffhäuser unieśli klingi i ruszyli do ataku.

 

***

 

Kiedy wczesnym wieczorem Artur stanął na progu kamiennej chaty przycupniętej u podnóża Mynydd Enlli, towarzyszyły mu tylko zachodzące słońce i chłodny wiatr znad Zatoki Cardigan.

Zdawało się, że z dawna zapomniana magia władała tym miejscem, nakrywając skromny przybytek poduchą nieczasu. Zastygłe w przechyle domostwo jakimś cudem opierało się sztormom i zimom.

Dłoń Artura zamarła w połowie drogi i król z niepokojem obejrzał się przez ramię. Na kamienistym podwórzu kładły się długie cienie wysokich krzyży oplecionych celtyckimi wiankami. Ścieżka, którą przybył, wiodła przez pastwiska obok omszałych ruin i małej sadzawki. Dalej, na drugim krańcu wyspy Bardsey, stała dziwaczna wieża, której żółte oko łypało dookoła, przeczesując horyzont. Król wzdrygnął się, a potem zapukał.

Drzwi otworzyły się ze zgrzytem i zanim docenił przydatność tego czaru, dostrzegł pod nogami kota, który uchylił drewniane skrzydło dla gościa. A może sztuczka polegała właśnie na tym, że stary kocur wita przybyszów, otwierając im drzwi przed nosem? – pomyślał, wkraczając do zagraconej sieni i wypatrując w półmroku gospodarza.

Powitał go inny Merlin. Znacznie starszy niż we wspomnieniach, ale wciąż pełen życia i energii.

– Arturze! – głos maga łamał się ze wzruszenia. Merlin odchrząknął, objął króla w ojcowskim uścisku, a potem obejrzał od stóp do głów.

– Zmizerniałeś na garnuszku Vivieny. Czym ona cię tam karmiła? Pewnie jabłkami?

Obaj się roześmiali i obu zaszkliły się oczy.

 

Po kolacji, kiedy Merlin zakończył wieczorną krzątaninę w kuchni, zasiedli przy kominku. Za oknem siąpiła letnia mżawka i obaj mężczyźni w milczeniu siorbali mocny, gorzki napar, grzejąc dłonie o metalowe kubki i wsłuchując się w szum deszczu.

– A więc przybyłeś na wezwanie. W czas trwogi, gdy Brytania w potrzebie.

Artur wyprostował plecy i odstawił puste naczynie.

– Takie moje przeznaczenie.

Merlin skinął głową, wpatrując się uważnie w twarz króla.

– Jak mnie znalazłeś? – zapytał.

– Pani Jeziora wskazała drogę i poradziła by niczemu się nie dziwić. Potem… – Artur zawahał się na chwilę. – Obudziłem się na brzegu Ellan Vannin. Stamtąd życzliwi rybacy zabrali mnie na Ynyss Enlli. Nie pytali o nic, zerkali tylko ukradkiem na moją kolczugę.

– Walijczycy – zawyrokował mag.

– Zgadza się. Według nich miałeś spoczywać w Caer Wydr

Merlin prychnął z oburzeniem.

– To tylko legenda. Spędziłem dziesięć lat uśpiony w kryształowej grocie i chyba wystarczy. Myślisz, że po czymś takim z własnej woli zamieszkałbym w szklanym zamku? Na ponad tysiąc lat?

– Powiadali, że nie żyjesz.

– O tobie też tak mówią, Arturze. Cóż, widocznie pogłoski o naszej śmierci były mocno przesadzone, jak powiedział pewien niegłupi człowiek. – Mag zaśmiał się pod nosem i dolał herbaty z czajniczka. – Inna sprawa, że straszne głupoty wypisywał o Camelocie – dodał po chwili.

– Człowiek, który pisze księgi, choć nie jest mnichem, prawda? – zapytał król, a Merlin przyjrzał mu się z zaciekawieniem.

Artur zamilkł i wstrzymał oddech. Coś się zmieniło. Z każdą myślą lepiej rozumiał ten świat. Z każdym uderzeniem serca wiedział więcej o tych czasach. Ze zdziwieniem spojrzał na ponownie napełniony kubek.

– Magiczny wywar?

Czarodziej mrugnął okiem. 

– I tak, i nie. To zwykła herbata. Teraz wszyscy ją piją, jak niegdyś piło się wodę. Tyle że zaparzyłem ją w niezwyczajnym kociołku. Ściśle mówiąc, w Kotle Mądrości i Natchnienia. Wiedźma Ceridwen już go nie potrzebowała, ale nigdy bym go nie odnalazł bez wskazówek Taliesina. Jak widzisz, nie próżnowałem, wyczekując twojego powrotu.

– Właśnie. Jak zdołałeś przetrwać te wszystkie lata?

Mag uśmiechnął się tajemniczo.

– Pewnie pamiętasz, że ten świętoszek Galahad ostatecznie odnalazł Graala. Kielich trafił potem w ręce Zakonu Świątyni, a ja odesłałem go razem z ostatnim Strażnikiem jak najdalej stąd. Lecz przedtem łyknąłem z niego cydru.

– I gdzie jest teraz? – zapytał Artur i jednocześnie uprzytomnił sobie, że dla ludzi z tych czasów odpowiedź na to pytanie zapewne nadal jest jedną z największych tajemnic świata. Merlin najwidoczniej uważał inaczej.

– Daleko za horyzontem. Trafił na Wyspę Dębów w miejscu zwanym Nową Szkocją. Jest tam dziura w ziemi zwana Studnią Pieniędzy, znacznie głębsza od głupoty ludzi, którzy zaczęli w niej kopać… Ale moc Graala już działa. W nowym świecie będzie natchnieniem dla naszych sprzymierzeńców. Jednak my musimy stoczyć swoją walkę tutaj, na ziemi Brytów.

Oblicze Artura spochmurniało.

– Zatem Szkoci mają nową ojczyznę? – zapytał głuchym głosem i zamilkł wyraźnie przejęty.

Merlin zachichotał pod nosem.

– Bez obaw, mój królu, Anglicy też mają Nową Anglię, a Walijczycy całkiem Nową Południową Walię na drugim końcu świata, ale to nie znaczy, że wszyscy porzucili ziemię ojców. Czy wspomniałem, że powstał również Finn McCumhail z wyspy Skye? Nadal macie dla kogo walczyć.

Król Brytanii uniósł głowę.

– Domyślam się z kim. To Germanie, prawda? Germanie rozpętali tę wojnę.

Czarodziej przytaknął. 

– Musisz wiedzieć, że zmierzysz się z potężnymi przeciwnikami, którym przewodzi Cesarz Barbarossa. Lecz nie będziesz sam. Gdy germańscy władcy wypełzli ze swych legowisk pod Etną, Rammel i Kyffhäuser, a w dalekiej Rosji powstali Stienka Razin, Griszka Otriepiew i kilku innych, którzy sprzyjają Rudobrodemu, w Europie przebudzili się niemal wszyscy Obrońcy. Najpierw król Chrobry na zamku Wawel i rycerze spod góry Giewont, potem Holger Danske w pieczarach pod Kronborgiem, a na ziemi Franków Carolus Magnus pod górą Utensberg i hrabia Roland. Na wezwanie jego rogu odpowiedzieli następni. Olaf Trygwason na dalekiej północy i Wilhelm Tell opodal Altdorfu. Jeźdźcy z otchłani pod Skałą Wyszehradzką i Don Sebastian gdzieś w Portugalii. Rycerze świętego Wacława spod góry Blanik i Świętopełka na Morawach. Na południu królewicz Marek w grotach bałkańskich i Iwan Czarny w Czarnogórze. A także wielu innych. Niektórzy z Obrońców polegli lub poddali się od razu, gdyż nie mieli dla kogo i za kogo walczyć. Część wciąż stawia opór. Niestety, zew Olifanta obudził także kolejnego wroga naszej sprawy… – Merlin zamilkł na chwilę. – Teutońskiego herosa Zygfryda, który spał w podziemiach zamku Geroldseck. Wykąpanego w smoczej krwi i walczącego potężnym Balmungiem

Ciszę, która zapadła po tych słowach przerwał dopiero spokojny głos Artura.

– Ufam, że wszystko to wielcy mężowie, ale poza Ogierem nie znam żadnego z nich. Skoro jednak przebudziło się aż tylu rycerzy, znak to niechybny, że toczymy największą wojnę w dziejach. Tylko że to nie pierwsza wielka wojna w tych dziwnych czasach…

– Racja. – Merlin zmarszczył czoło, wyraźnie zafrasowany. – Ludzie tłuką się jak zawsze, ale z coraz większym rozmachem. Z poprzednią wojną poradziłem sobie sam i żaden wróg nie postawił stopy na naszej ziemi. Tym razem jest inaczej. A najgorsze, że nie mam pewności co do niektórych Obrońców i wciąż zastanawiam się, u czyjego boku staną i czy moc zaklinacza Väinämöinena posłuży nam, czy drugiej stronie? I uwierz mi, lepiej nie mieć w nim wroga. Dlatego sam już nie wiem, czy dobrze uczyniłem, odsyłając Graala do Nowego Świata. Może bardziej przydałby się tutaj, by zebrać dobrych ludzi pod jego sztandarem…

Król wbił wzrok w podłogę i odparł cicho.

– By wypełnić powinność, potrzebuję Excalibura, nie Graala. Czyż nie przez poszukiwania Graala rozpadła się drużyna Okrągłego Stołu?

Czarodziej pogładził białą brodę i zmrużył oczy, spoglądając spod krzaczastych brwi.

– Masz rację. Z kielichem życia nic byś nie wskórał. Potrzeba miecza, który zada śmiertelny cios. Jednak nie rozkazałeś czasem sir Bedivere, by oddał go Pani Jeziora? 

Artur potrząsnął głową. Niewiele pamiętał z poranka nazajutrz po bitwie pod Camlann: brzeg morza, nieopisany ból w boku i niewypowiedziany żal w sercu po utracie przyjaciół. A także mgłę, która zasnuła świat. I wciąż nie miał pewności, czy to oczy zaszły mu mgłą, czy morze spowiła prawdziwa mgła, z której wynurzyła się łódź z czterema kobietami na pokładzie. Był tam sam, czy był z nim sir Bedivere?

– W Avalonie jest mnóstwo mieczy, widziałem tam nawet Arondith Lancelota. Ale nie ma Excalibura. Podobno został rozbity na trzynaście kawałków, które ukryto w szklanej wieży.

– Mówisz o Skarbach Brytanii? To przecież pół zastawy stołowej! Talerz, nóż, garnek i inne magiczne rupiecie. – W głosie maga słychać było drwinę.

Artur uśmiechnął się krzywo.

– Nie kpij, Merlinie. Starzy przyjaciele nie powinni się okłamywać.

– Widzisz tu jakąś wieżę, Arturze?

– Po drodze widziałem ruiny wieży, jednak nie wzniesiono jej ze szkła.

– To pozostałości opactwa. Założył je niejaki Cadfan, oczywiście święty i podobno twój daleki krewniak. A zniszczył jeden z twoich następców, zdaje się jakiś Henryk. Przyznam, że nie rozeznaję się w Henrykach na brytyjskim tronie.

Artur wstał i podszedł do okna. Przez zabrudzoną szybę wypatrzył przeciwległy kraniec wyspy, gdzie wśród oparów mgły majaczył biało-czerwony, jakby ścięty w połowie obelisk. Widok ten przestał niepokoić króla. Wiedział już, że to latarnia morska, której światło prowadzi okręty płynące przez Kanał Świętego Jerzego z bliskich jego sercu wód zwanych teraz Môr Celtaidd na niespokojne wody Môr Iwerddon

Wzrok Merlina podążył za spojrzeniem Artura. Czarodziej uśmiechnął się i skinął głową.

– Chodźmy – rzekł.

 

***

 

Po mżawce noc była chłodna. Na północnym wschodzie majaczył cień Mynydd Enlli, latarnię wzniesiono zaś na płaskim półwyspie połączonym wąskim przesmykiem z południową częścią Bardsey. 

W połowie drogi Artur przystanął. Odetchnął słoną bryzą i przymknął oczy.

– To miejsce…

Merlin również się zatrzymał. Wsparty na kosturze, badawczym wzrokiem zlustrował okolicę pogrążoną w półmroku. Potem wskazał na pobliskie ruiny i cmentarz, z którego wyrastały kamienne krzyże i rzekł:

– Przez stulecia na wyspie pochowano tysiące pielgrzymów. Wybrali to święte miejsce na ostatni przystanek w podróży przez życie i pewnie nie wszyscy trafili w zaświaty. W tamtych czasach trzy pielgrzymki na wyspę Bardsey odpowiadały jednej wyprawie do Rzymu. Sam przyznasz, że to wygodne dla starych kości. Wszystko tutaj wyrosło z krwi leniwych pątników – zakończył z kpiną.

Król zaśmiał się cicho. Skalista wyspa przypominała mu surowe okolice rodzinnego Tintagel otoczonego granitowymi klifami. 

– Najwidoczniej niewiele tliło się w nich życia. Nie rośnie tutaj ani jedno drzewo. Sama trawa i wrzosy – zauważył.

Merlin pokiwał głową z zadowoleniem.

– I właśnie dlatego wybrałem tę wyspę. Nie ma drzew, nie ma druidów – oznajmił i splunął pod nogi.

Resztę drogi pokonali w milczeniu, a gdy dotarli do latarni, Artur wskazał na otaczające ją zabudowania. W kilku oknach tliło się słabe światło, ale czarodziej machnął tylko ręką.

– Nie ma się czym przejmować. To prości ludzie. Mają mnie za dziwaka, którym straszą dzieci i owce. Lepiej jednak wejdźmy do środka – rzekł, otwierając drzwi u podstawy wieży.

Strome schody zaprowadziły ich do ciasnego pokoju tuż pod oszklonym szczytem latarni. Artur rozejrzał się po pomieszczeniu z zainteresowaniem.

– Poczyniłem już pewne przygotowania. – Merlin poczłapał do okna i zamknął je z trzaskiem.

– Noc sprzyja ciekawskim – wyjaśnił.

Król nie pytał nawet, jaki szpieg mógłby czaić się za oknem latarni wysokiej na ponad dziewięćdziesiąt stóp i stojącej na niemal bezludnej wyspie. Skinął tylko głową i przysiadł na rogu stołu, zakładając ręce na piersiach. Z uwagą obserwował krzątaninę maga, który po zaryglowaniu okna i drzwi zajrzał jeszcze pod ławę, a następnie wdrapał się na stołek, sięgając po coś z najwyższej półki pomocnika, chociaż z miejsca, w którym siedział Artur, wydawała się pusta.

– Dziwi cię pewnie ten brak ostrożności. – Merlin z podłużnym kuferkiem w dłoniach zeskoczył z taboretu i zbliżył się do stołu.

– Raczej jej nadmiar – zauważył król.

Mag westchnął ciężko.

– Szukałem kota – odrzekł. – Zresztą, nieważne. Otóż ukryłem nasz skarb w dosyć widocznym miejscu, ale nie posądzaj mnie w żadnym razie o beztroskę. W tej izbie widać tylko to, co ma być widoczne – zapewnił. – Reszta ukryta jest przed wścibskimi oczami.

– Płaszcz Caswallawna? – zapytał Artur. A gdy Merlin zerknął na niego z uznaniem, dodał: – Nie zapominaj, że mieszkałem na Wyspie Jabłoni przez półtora tysiąca lat. Chociaż czas zdawał się tam płynąć nieco wolniej.

– Racja, Nimue zna się co nieco na czarach. Miała dobrego nauczyciela.

– Byłeś tam?

Czarodziej zmieszał się i wzruszył ramionami. 

– Byłem, widziałem, jak mawiał Taliesin. Avalon nie ma przede mną tajemnic. I jak słusznie zauważyłeś, nie ma tam również Excalibura… – Wypowiadając te słowa, Merlin uniósł wieko szkatuły.

Król zajrzał do środka i westchnął ciężko. 

– Rzeczywiście w kawałkach.

– Zgadza się. A scalić go może jedynie dziecko o czystej miłości w sercu, a dzierżyć tylko mąż o wielkiej odwadze. Tak to już jest z przepowiedniami. Za cholerę nie rozwikłasz tej łamigłówki, więc szkoda tracić czasu.

Czarodziej spoważniał. Gdy znów przemówił, jego głos nabrał mocy.

– Chwyć za rękojeść, mój królu!

Artur wyciągnął dłoń, a kiedy dotknął trzpienia, w skrzyni rozbłysło intensywne białe światło. Przymknął oczy. 

Tuż przy lewym uchu usłyszał szept Merlina.

– Długo czekałem twojego powrotu. To wyczekiwanie było sensem mojej samotnej podróży przez wieki. By móc przygotować cię na świat, którego musisz bronić. By przekazać wszystko, co potrzebne Obrońcy Lorges. Byłeś dzieckiem, gdy spełniła się przepowiednia i wciąż pamiętam chłopca, który sięgnął po Miecz w Kamieniu. Teraz też jesteś jak dziecko. I znów sięgasz po miecz jako Artur Odrodzony. Rex quondam, rexque futurus. Rex Bellorum! Unieś Excalibura!

Gdy król wykonał polecenie maga, stal wykuta przez chalibijskich kowali w dalekiej Anatolii rozbłysła jeszcze większym blaskiem, rozjaśniając izbę. Ostrze znów było całe!

– Jak to możliwe? – zapytał i w tej samej chwili świat zawirował, aż Arturowi zakręciło się w głowie. Latarnia morska, wyspa Bardsey, cała Brytania – wszystko odpłynęło w dół i w dal. Patrzył teraz na wschód, na niezmierzoną krainę skrytą w cieniu czegoś ogromnego i złego. A wśród dymów spowijających lasy, góry i równiny dostrzegł kontury walczących postaci, nad którymi krążyły czarne ptaszyska. Ten obraz nakładał się na ponury pejzaż pogrążony w półmroku. Samotny rycerz z trudem odpierał ataki dwóch potężnych wojowników. Jeden z nich niespodziewanie wstrzymał miecz i spojrzał przez ramię, prosto na zachód. Białko oka błysnęło w ciemności.

– Artur! – Gardłowy krzyk rozdarł przestrzeń i Excalibur wypadł z dłoni króla, który na powrót znalazł się w małym pokoiku pod szczytem latarni.

– Mów, co zobaczyłeś!? – zawołał Merlin.

Artur potrząsnął głową i zamrugał powiekami.

– Widziałem dwóch potężnych mężów. Rudobrodego i drugiego, odzianego na czarno.

Merlin pokiwał głową.

– To wnuk Barbarossy. I kolejny Fryderyk. U nich z Fryderykami jest jeszcze gorzej niż u nas z Henrykami. Tego nazywają Cesarzem Końca Czasów. To wielki wojownik i czarodziej, który para się czarną magią. Nie czerpie siły z woli i bohaterstwa własnych poddanych. Mocy dodaje mu strach i cierpienie podbijanych narodów. Nie przebudził się, by bronić swojego ludu, tylko by wynieść go ponad inne! – Ostatnie zdania wykrzyczał wzburzony.

– Widziałem też kruki. Dlaczego służą Rudobrodemu?

– To waleczne ptaszyska z zamku Kyffausen. Naszym krukom z Tower podcinamy skrzydła, ze strachu, że gdy odlecą, Brytania będzie zgubiona. Swoją drogą, gdybyś nie kazał wykopać tej przeklętej głowy spod Białego Wzgórza, niepotrzebne byłyby nam kruki, a ty nadal mógłbyś obżerać się jabłkami w Avalonie. Ptaki, które widziałeś, są wierne Fryderykom za sprawą Henryka Ptasznika, ostatniego z germańskich Przebudzonych, na dodatek Saksończyka.

– Tego ubiję pierwszego! – zapewnił Artur.

Merlin zacmokał z niezadowoleniem.

– Niestety, z Sasami sprawy się nieco skomplikowały. Daj czas earl greyowi, to zrozumiesz. A teraz wracajmy do chaty, pora się położyć. Musisz wypocząć, bo jutro czeka cię pierwsze stracie z nieprzyjacielem. Nad stolicę nadlatują kruki – oznajmił zatroskanym głosem.

 

***

 

I nastał dzień, w którym król Artur ponownie stąpał po ulicach Londinium, miejsca swojej koronacji. We wspomnieniach zachował obraz brzydkiego miasta, które wyrosło na mocnych kościach rzymskiej osady. Teraz była to rozległa i piękna stolica Brytanii, godna miana Nowej Troi.

Szedł powoli z ręką na głowicy Excalibura, rozglądając się uważnie, dumny z tego, co widzi. Imponujące gmachy, zachwycające leśne gaje, wyrastające pośród kamienia i budzące podziw szerokie, brukowane trakty. Z żalem zauważył, że wiele z budynków zostało uszkodzonych, a ulice są wyludnione. 

Wtem, gdzieś niedaleko, jakieś bestie zawyły jak opętane. To syreny – uprzytomnił sobie Artur. Ostrzegają przed atakiem wroga! 

Zaraz potem ziemia zatrzęsła się, a powietrze rozdarł huk eksplozji.

Przystanął, gdyż w pobliżu wyczuł naraz potężne i znajome źródło energii – emanował nią Kamień Brutusa, przywieziony z prawdziwej Troi przez wnuka Eneasza. Artur pamiętał, że to Rzymianie wzmocnili mocą kamienia serce warownej twierdzy. Wiedziony magią miecza, natychmiast skierował kroki w kierunku, z którego owa moc dochodziła.

Odnalazł Kamień Londynu w bocznej ulicy, ukryty w małym, zakratowanym portyku, wbudowanym w mury kościoła. Święty przybytek rozpadł się pod uderzeniem potężnej siły, ale kamień na szczęście pozostał nietknięty. Od jego losu zależał los miasta.

Niestety, najwidoczniej nieprzyjaciel też o tym wiedział, gdyż na końcu długiej ulicy czekały na Artura dwie znajome postacie, a nad ich głowami krążyły stalowe kruki, które zrzucały na miasto śmierć i zniszczenie. Ruszył ku nim bez słowa. 

Na drodze Artura stanął Cesarz Końca Czasów. A gdy tylko skrzyżowali miecze, królem Lorges wstrząsnął dreszcz. Poczuł bowiem moc przeciwnika i całe zło, które stanowiło o jego sile. Sile, z jaką Artur nigdy wcześniej się nie mierzył. Przygniatała obrazem przyszłości pełnej strachu, bólu i rozpaczy. Odbierała nadzieję nieludzkim okrucieństwem. Krzywdą dzieci, kobiet i starców. Śmiercią milionów niewinnych ofiar. Widokiem ponurych warowni otoczonych drutem i wieżami strażniczymi, które nie chroniły wynędzniałych mieszkańców, tylko więziły i strzegły porządku zagłady.

Artur przemógł obezwładniające poczucie bezsilności wobec zła o takim obliczu. I ruszył na wrogów jak lew, niesiony gniewem, natchniony sprzeciwem wobec wizji czarnych niczym krew diabła. 

Walczyli dzielnie, lecz musieli ustąpić wobec jego furii. Władali orężem biegle, lecz nie mogli równać się z kunsztem pierwszego szermierza Brytanii.

Jednak gdy szala zwycięstwa przechylała się na jego stronę, król popełnił błąd. Wytrącony miecz wypadł z dłoni Barbarossy i Artur odstąpił, pozwalając przeciwnikowi podnieść oręż. 

W tej właśnie chwili ostrze Balmunga przecięło odsłonięte ścięgna i zdumiony król Brytów padł na kolana. 

– Nie godzi się! – krzyknął, lecz w odpowiedzi usłyszał tylko śmiech przeciwników. Zza pleców Artura wystąpił mąż wielki jak góra.

– Spóźniłeś się Zygfrydzie – rzekł Cesarz Końca Czasów i uniósł miecz, celując w kark pokonanego. Lecz zanim spadł cios, powietrze zawirowało i przed klęczącym Arturem stanęli dwaj nieznani rycerze, zasłaniając go własną piersią i krzyżując ostrza z Fryderykiem. Jednocześnie obok nich pojawił się rydwan z Merlinem na pokładzie. Mag odrzucił lejce i skoczył na Zygfryda, wściekle wymachując sękatym kijem. Chwilę potem z nieba posypały się czarne pióra.

Król spojrzał w górę. Bieliki i rude kanie krążyły nad ich głowami, przeganiając kruki i wrony. 

Barbarossa również obserwował powietrzne starcie. Nagle odwrócił się na pięcie i odszedł na wschód. Zygfryd i Cesarz Końca Czasów podążyli za nim bez słowa i cała trójka rozpłynęła się wśród szarej mgły.

– Załóż ten pierścień! Szybko! – rozkazał Merlin, gdy dwaj rycerze usadzili Artura w magicznym rydwanie. Już po chwili czarodziej i okaleczony król znaleźli się przed drzwiami chaty na wyspie Bardsey. Niedługo potem Artur wylądował w łożu, przy którym zakrzątał się Merlin, opatrując królewskich rany.

– Widziałem straszne rzeczy – wyszeptał władca Brytów.

A wtedy Merlin, prorok, mag i mędrzec przepowiadający przyszłość, spojrzał na niego z bólem.

– Wiem, mój panie. Widziałem to dawno temu. Od tamtej pory ten koszmar śni mi się co noc. Od ponad tysiąca lat. Zaprzysiągłem sobie, że nie dopuszczę, by zły sen się ziścił, by koszmar dotarł tutaj, do mojej Brytanii.

Król Lorges tylko ścisnął dłoń starego przyjaciela, bo współczucie odebrało mu głos. Chwilę potem zasnął wyczerpany.

 

Tuż przed południem obudziła go kłótnia mew i słońce zaglądające przez okno. Wstał rześki i wypoczęty. Lekko kulejąc, dokuśtykał do izby Merlina i opadł ciężko na krzesło.

Mag nie podniósł się jeszcze z łoża i wyglądał, jakby w ciągu jednej nocy przybyło mu z trzydzieści lat. Jednak na widok Artura uśmiechnął się łagodnie.

– Minąłem się z prawdą, mój królu. Nigdy nie dane mi było zobaczyć Graala. Nie byłem widać godny, po tych wszystkich rzeczach, które uczyniłem… Ale na pamięć twojego ojca, Uthera Pendragona, pamiętaj proszę, że wszystko to robiłem dla dobra Brytanii – rzekł cicho zawstydzony, jakby się tłumaczył.

Artur milczał wstrząśnięty, bowiem domyślił się prawdy. Z rozpaczą spojrzał na swoje dłonie.

– Gdybym nie zgubił pochwy Excalibura… – zaczął, lecz mag zaraz mu przerwał.

– Zatrzymaj ten pierścień, Arturze. To dar Morgany dla Ogiera Duńczyka. Nie pytaj, jak trafił w moje ręce, to zbyt długa historia, a czasu mam niewiele. Pierścień leczy rannych i chromych oraz przywraca młodość. A może raczej odpędza starość? – zadumał się Merlin. – Mnie już nie będzie potrzebny, ale Brytanią nie może władać Okaleczony Król. Wspomnij króla Pellesa, jeśli nie pamiętasz, co to oznacza.

– Zawiodłem – wyszeptał Artur.

– Głupstwa gadasz. To tylko jedna potyczka. Przed tobą cała wojna. Jednak niewiele brakowało i całe szczęście, że sprowadziłem tam rycerzy spod Giewontu – odparł mag słabym głosem.

– Walczycie od wielu miesięcy, dlaczego dopiero teraz zostałem wezwany z Wyspy Jabłoni? – zapytał król, bo to pytanie od dawna nie dawało mu spokoju.

– Wcześniej żaden wróg nie dobył miecza na naszej ziemi. Walczyliśmy z dala od domu. Gdybyś tylko wiedział jakich czarów musiałem użyć pod Dunkierką… – Merlin zaśmiał się pod nosem. – Pamiętaj, że nie o samą Brytanię toczy się teraz gra, ale o Europę, a może i cały świat. Dla wielu dobrych ludzi jesteś ostatnim z Dziewięciu Walecznych. Nie ma już Cezara, Godfryda czy Hektora, a Karol uległ Barbarossie. Więc w tobie pokładają nadzieję.

Merlin zakaszlał sucho i uniósł się na łokciach, by wyjrzeć przez mały lufcik u wezgłowia.

– Chcesz mojej rady? Kieruj się honorem, ale nie bądź naiwny, Arturze. I nie łudź się, że wróg, który dopuszcza się takich podłości, będzie postępował honorowo. Lepiej przygotuj się na każdą niegodziwość. – Spojrzał ze smutkiem na króla. – Szaleństwo ogarnęło tamten naród i odmieniło prawych niegdyś rycerzy… – Przerwał, by zebrać siły.

Artur czekał w ciszy, lecz Merlin nie podjął myśli urwanej w połowie zdania i milczał, ciężko oddychając. Głowa starca opadła na poduchę. Chwilę potem zasnął.

Król podniósł się ostrożnie ze stołka i na palcach przeszedł przez izbę do okna. Otworzył je na oścież.

Na zewnątrz tętniło życie. Słońce zawędrowało wysoko i ze szczytu nieboskłonu wyciągało ku ziemi złociste języki. Morze falowało leniwie, muskane zachodnim wietrzykiem. W górze, ponad wyspą, Artur dostrzegł grupę mew zawieszonych w powietrzu. Hen, na horyzoncie, zaświecił biały żagiel. Tristan by się ucieszył – przemknęło mu przez głowę.

A za plecami króla, śmierć kościstą dłonią zatrzymała umęczone serce maga. Artur czuł jej obecność i ponure spojrzenie. Bał się odwrócić, gdy delikatne muśnięcie zmroziło mu ramię. Zacisnął pięść. Pierścień Ogiera uwierał go w palce.

I w serce, więc zapłakał.

 

***

 

Powiało chłodem. W powietrzu rozniósł się zapach jabłek. Artur odłożył oliwioną kolczugę i wyszedł na ścieżkę, by przywitać gościa. Od strony sadzawki zbliżała się kobieca postać. Zmrużył oczy, próbując ją rozpoznać. Czy to Viviena? Lile? A może Morgana? Czy zjawiła się, by sprowadzić króla do Avalonu? Chciał zaprotestować, lecz zanim otworzył usta, podeszła bliżej i wiedział już, że to Nimue. Oczywiście, to musiała być Nimue.

– Zabiorę Merlina do Brocalinde – oznajmiła aksamitnym głosem.

Król Lorges spuścił wzrok jak zawsze onieśmielony jej urodą i majestatem. 

– Myślę, że wolałby pozostać na tej wyspie. Tłumy świętych dotrzymają mu towarzystwa. A zdaje się, że mają sobie sporo do powiedzenia – odparł. – No i nie ma tutaj drzew – dodał cicho i zaraz pożałował swoich słów.

Pani Jeziora spojrzała na Artura z oburzeniem.

– Dajesz wiarę tym bzdurom? Nie zamknęłam Merlina w drzewie! – Jej brwi ściągnęły się gniewnie, ale w kącikach ust błąkał się uśmiech. – To była kryształowa komnata.

– Wspomniał o tym przed śmiercią.

Spoważniała i zwróciła się w stronę chaty. 

– Zatem pochowajmy wielkiego Myrddyna tutaj. Zgodnie z jego wolą. 

 

***

 

Zmierzchało. Ciemne wody Kanału La Manche uderzały rytmicznie o burty magicznego Rydwanu Morgana Bogatego. Artur wyczuwał pod podłogą złowrogie wibracje – to stalowe bestie wroga krążyły głęboko w zimnej toni jak wilki węszące za ofiarą. Pokonał dzika Twrch Trwytha, poradzi sobie z wilkami – pomyślał i obejrzał się przez ramię na towarzyszy gotujących się do walki. Pragnąłby widzieć u swego boku niezwyciężonego Lancelota, wiernego Geweina i dzielnego Percivala. A zwłaszcza Merlina, który odszedł przed kilkoma laty. Zarazem jednak radował się z obecności nowych sprzymierzeńców – bezimiennych herosów nowego świata, których przywiodło wyzwanie Graala i przebudzonych Obrońców z całej Europy. 

A potem zacisnął palce na rękojeści Excalibura i spojrzał przed siebie. Ponad rojem alianckich okrętów, tłoczących się jak okiem sięgnąć na ołowianych wodach. Ponad wzgórzami Armoryki, które znał tak dobrze. 

Powędrował wzrokiem dalej, na ponure wybrzeże Normandii. To stamtąd przypłynęła niegdyś fala najeźdźców, która podbiła Brytanię. Teraz ich potomkowie wracają, by odbić krainę przodków z rąk najpodlejszego wroga.

Następnie jego wzrok sięgnął daleko na wschód, gdzie błyskały łuny pożarów, a ciemne dymy spowijały horyzont. I wtedy Artur uśmiechnął się do własnych myśli. Szanse na zwycięstwo Sprzymierzonych znacznie wzrosły, gdy Barbarossa, nieprzewidywalny w swym szaleństwie, zaatakował kraj Pugaczowa i Wańki Kaina, dawnych sojuszników.

Ale Rudobrodym zajmie się później, postanowił, bo teraz nadszedł czas rozprawy z Zygfrydem i Cesarzem Końca Czasów. Za całe nieskończone zło, które uczynili. I król Artur znów poczuł znajomy gniew i moc, które pchały go do walki.

Za Brytanię. Za Europę.

Dla Merlina.

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo dobrze, że olałeś limit znaków, bo powstało wyśmienite opowiadanie!

Jestem pod wrażeniem. W dość krótkim tekście zawarłeś mnóstwo informacji i co najważniejsze, po mistrzowsku wplotłeś je w dialogi i opisy. 

Mimo, że akcja rozgrywa się w czasach II wojny światowej, to zachowałeś średniowieczny klimat. Podobało mi się, że nie wszystko było podane na tacy. Musiałam się skupić, by nie zgubić jakiegoś faktu, żeby wychwycić z rozmów pewne rzeczy i je ze sobą powiązać. Dlatego czytało się nieprędko, ale to właśnie lubię i to, moim zdaniem, świadczy też o poziomie tekstu.

Podobało mi się nawiązanie do Rolanda i jego rogu. Język – przepiękny! Momentami zatrzymywałam się na jakimś zdaniu i czytałam raz jeszcze. Na przykład:

 

“Zdawało się, że z dawna zapomniana magia władała tym miejscem, nakrywając skromny przybytek poduchą nieczasu.”

 

Po prostu wow!

 

Znalazłam kilka babolków:

“biało czerwony” → biało-czerwony

“(…) a ulica są wyludnione” – literówka

”(…) bo tych wszystkich rzeczach, które uczyniłem.” → literówka

chromych” – a nie chorych? 

 

To opowiadanie ma klimat. I szansę na wygraną, bez względu na liczbę znaków.

 

Trzymam kciuki i powodzenia! :)

Sara

Dziękuję za wizytę, lekturę i pierwszy komentarz, SaraWinter. I oczywiście za wszystkie miłe słowa. Bardzo się cieszę, że moja opowieść o Merlinie przypadła Tobie do gustu. Limit nie limit, liczy się dobra zabawa, a ja się świetnie bawiłem pisząc ten tekst, bo tematyka jest mi bliska.

 Te kilka babolków zaraz poprawiłem, dziękuję za wskazanie usterek.

Do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem.

Edit. Chromych czyli kalekich. Tak niegdyś mówiono.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, ja się tam na gniew Drakainy narażać nie zamierzam, więc nie podpisuję się pod stwierdzeniem Sary o olewaniu limitu. Ale, kurcze, to było świetne, rewelacyjne. Wiem, że to mało merytoryczny komentarz, ale trochę mnie przytkało. :D

Tobie też, Irka_Luz, dziękuję za odwiedziny i komentarz. Oczywiście nie namawiam do olewania limitów, ale zawsze miałem z nimi problem. Dzięki za pozytywną opinię, fajnie, że się podobało.

Do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem (czwartkowy dyżurny).

Po przeczytaniu spalić monitor.

“Chromych czyli kalekich. Tak niegdyś mówiono.” – Aaaa, mi się zaraz z chromem skojarzyło. Wybacz, zboczenie zawodowe ;) Ale przynajmniej się czegoś dowiedziałam. Dziękuję :)

Sara

Do tekstu na razie tylko zerknęłam, ale przeczytam ^^

Z tego co wiem chromy znaczy nie tyle kaleki, co kulawy. Istnieje nawet słowo chromać = kuleć.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Rzeczywiście, chyba w tym wyjaśnieniu nieco uogólniłem. Chociaż mam wrażenie, że i kalectwo tak nazywane gdzieś widziałem, a może chodziło właśnie o uszkodzenie kończyn dolnych?

Tak podświadomie to ogólne kalectwo miałem w głowie, ale biorąc pod uwagę rodzaj okaleczenia jakie miał Artur, Merlin chyba nawet bardziej świadomie niż ja użył określenia "chromych".

Dzięki za zwrócenie uwagi, Dogsdumpling, i zapraszam do lektury :)

 

Witam, Ninedinjury pewnie mnie już przeklęło za ten przekroczony limit. Ale dziękuję za klika bibliotecznego. Coś ciężko z tym tekstem do biblioteki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

leżała porzucona w błocie z krwi i udeptanej ziemi. → udeptana to znaczy ubita

 

Dłoń Artura zamarła w połowie drogi – w połowie drogi dokąd?

 

otwierając im drzwi przed nosem – hm, raczej się komuś zamyka drzwi przed nosem, nie otwiera

 

Wsparty na kosturze badawczym wzrokiem zlustrował okolicę pogrążoną w półmroku. – tu bym dała przecinek, bo najpierw przeczytałam, że wsparł się na kosturze badawczym

 

na ostatni postój w podróży przez życie – postój sugeruje, że podróż przez życie jeszcze dalej trwa, nie chodziło przypadkiem o ostatni przystanek?

 

Mają mnie za dziwaka, którym straszą dzieci i owce. – rozumiem straszenie dzieci, ale w jaki sposób można straszyć dziwakiem owce? @_@

 

czekały na Artura dwie znajome postacie, a nad ich głowami krążyły stalowe kruki, które zrzucały na miasto śmierć i zniszczenie. – hm, z tego zdania wynika, że stalowe kruki krążyły nad głowami dwóch postaci; jak rozumiem chodzi o bombowce – nie mogły krążyć nad tak niewielkiem obszarem

 

Artur wyczuwał pod podłogą złowrogie wibracje to stalowe bestie wroga krążyły głęboko  – nie za bardzo rozumiem jak mógł odczuwać wibracje pod podłogą, to raczej podłoga powinna wibrować od tego, co działo się poniżej

 

Początek dla mnie nieco chaotyczny, sporo różnych postaci, niełatwo było się rozeznać kto z kim i co.

Fragment rozmowy Merlina i Artura, w którym mag wymienia mnóstwo postaci historycznych i legendarnych trochę znużył, szczególnie, że większość wymienionych postaci nie odgrywa w tekście żadnej roli. Takie trochę zarzucenie czytelnika nazwami własnymi.

 

Czytało się płynnie, widać, że panujesz nad językiem i tempem opowiadanej historii. Snujesz ją niespiesznie, ale konsekwentnie i dbasz o nastrój. Sporo jest tu różnych drobiazgów z tła, które go budują. Mimo że to nie są moje klimaty, jestem zadowolona z lektury.

 

Co do wątku mitologicznego, wiem, że twoją postacią jest Merlin, ale dla mnie ten tekst jest przede wszystkim o Arturze (mimo tytułu i dedykacji na końcu).

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Dziękuję serdecznie za te cenne uwagi, Dogsdumpling. Oczywiście, rozdeptanej i przystanek.

Wibracje wyczuwał magicznie, gdzieś tam w głębi pływały U-Booty. Kruki/bombowce i wrony/myśliwce latały niejako w przestrzeni magicznej, która nakładała się na świat realny. Stąd to kręcenie nad głowami. Także mityczne postaci osiągały "inny wymiar i rozmiar", gdy sięgały po magiczne miecze i inne artefakty.

Opowiadanie jest jak najbardziej o Merlinie. O jego poświęceniu, które było niezbędne do zwycięstwa. Jest niby w tle Artura, ale to on dokonuje najważniejszych rzeczy w tej historii.

Było wcześniej "w połowie drogi do drzwi", ale wywaliłem, bo potem jest, że puka, a tych drzwi i skrzydeł było trochę za dużo w jednym akapicie.

Przecinek rzeczywiście chyba się przyda we wskazanym miejscu.

A te owce to przecież żarty Merlina.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Opowiadanie jest jak najbardziej o Merlinie.

Nie twierdzę, że nie jest ;-) Po prostu Artur wydał mi się dominujący.

I jeszcze zapomniałam dodać, że mi się ten tekst odrobinę skojarzył z Goście, goście z Jeanem Reno :-D (choć tam klimat inny).

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Zapomniałem podziękować za wizytę i lekturę, Dogsdumpling. Dziękuję również za klika :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Widać, że walczyłeś z limitem. Ale mam wrażenie, że ciąłeś nie w tych miejscach, w których należało. Wydaje mi się, że mnóstwo mi umyka (i tu chętnie powitałabym więcej wyjaśnień) – multum symboli i odniesień. A zostało dużo szczegółów i postaci, które można bez większych strat dla tekstu wywalić – opisy pogody, dokładne rozmowy, Nazwy Własne… Czym, u licha, jest Olifant? Mnie się kojarzy ze słoniem, ale tu jakby Roland…

IMO, albo uprościć, albo rozwinąć do pełnego, długiego opowiadania. Bo w tej chwili sygnalizujesz, że do powiedzenia masz znacznie więcej, ale koniec końców tego nie mówisz.

Zostały Ci jeszcze jakieś literówki i połknięte przecinki.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za wizytę i komentarz, Finklo.

Hmm. Jeśli widać tę walkę tak wyraźnie to niedobrze. Przyznaję, klimatyczne opisy, nazwy własne i rozmowy między Merlinem i Arturem, to komponenty główne tego tekstu, więc nie chciałem ich ciąć. I fakt, symboli i odniesień rzeczywiście jest sporo, pewnie spora część zrozumiała dla osób obytych z mitologią wysp brytyjskich (i nie tylko), ale chciałem zachęcić do zapoznania się, bo to naprawdę fascynujący świat.

Próbowałem też znaleźć pewną równowagę pomiędzy "mitycznym i magicznym" klimatem (zawsze w cenie), pomysłem (uważam, że pomysł walczących ze sobą legendarnych patronów narodowych, a wszyscy wymienieni naprawdę występują w legendach europejskich jako śpiący i mający się przebudzić w potrzebie, jest fajny), szczyptą akcji (sceny pojedynków) i dialogami pomiędzy dwójką bohaterów.

Fakt, opowieść naładowana jest odniesieniami, ale fabularnie to dosyć prosta historia spotkania przyjaciół w innych czasach, oraz poświęcenia jednego z nich dla dobra sprawy, nałożona na wydarzenia z II wojny światowej.

Do opowiedzenia mam znacznie więcej, ale w obecnej formie opowiadanie tworzy zamkniętą i mam nadzieję bogatą merytorycznie opowiastkę o śmierci Merlina, który poświęca się dla przyjaciela i Brytanii, której mag jest mitycznym Opiekunem. Zgodnie z tytułem, który oznacza "Pieczę Merlina" lub "Zagrodę Merlina".

A Olifant to przecież nazwa rogu Rolanda i także ogólnie ozdobnego instrumentu (wykonanego z kła słonia właśnie) i charakterystycznego dla rycerstwa średniowiecznego. Kto czytał "Pieśń…" powinien zaraz skojarzyć.

Edit. I za klika dziękuję!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo fajne opowiadanie.

Szkoda, że uśmierciłeś Merlina, nie mogli się wymieniać tym pierścieniem czy coś? :/

No, ale rozumiem, że to Artur musiał przeżyć i walczyć o słuszną sprawę ;)

W pewnym momencie trochę się może nie tyle zgubiłam, co poczułam lekko niepewnie: to ten fragment, w którym wymieniasz całą masę rycerzy, a ja nie wszystkich kojarzę. Ale cóż, trudno mi obwiniać Ciebie o moją ignorancję ;)

Czytało się bardzo dobrze, podobało mi się :)

 

Anet, jeśli Ty piszesz, że się podobało i że bardzo fajne opowiadanie, to ja przynajmniej wiem, że napisałem fajne opowiadnie ;).

Masz rację, szkoda Merlina, ale jego misja wreszcie dobiegła końca. Myślę, że jest całkiem prawdopodobnie, iż widział tę swoją przyszłość i koniec.

Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Na pewno widział, w końcu to Merlin ;)

No właśnie :). Dziękuję za klika!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Proszę uprzejmie :)

Coś tam czytałam; jakieś legendy arturiańskie, “Tristana i Izoldę”, różne wersje spopularyzowane… “Rolanda” przerabialiśmy w liceum (pewnie fragment). Nie rozumiałam gościa, nie lubię wojen, nie moje klimaty.

Babska logika rządzi!

Wiem, Finklo, wspominałaś. Tylko wyjaśniam czym był Olifant. A np. “Pieśń…” w wydaniu Biblioteki Narodowej Ossolineum to prawdziwa skarbnica wiedzy. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Siemka. Bardzo spodobał mi się pomysł z równoległą dziejom Europy płaszczyzną walki legendarnych herosów. To jest naprawdę świetne, tak samo jak Twój warsztat pisarski. Samo opowiadanie mnie osobiście podeszło jednak średnio, ze względu na konwencję, jaką przyjąłeś: jest przegadane, zbyt erudycyjne, chłodne i zdystansowane w stosunku do bohaterów. Kwestia gustu, oczywiście. 

 

Dziękuje za wizytę, lekturę i komentarz, Łosiot. Cieszę się, że znalazłeś w tekście elementy, które przypadły Ci do gustu. Szkoda, że opowiadanie podeszło średnio, ale to zapewne wina autora.

Rozumiem, że może zdać się przegadane, skoro spora część tekstu to dialogi dwójki bohaterów. Rozumiem, że może wydać się "erudycyjne" (to nie miał być komplement?), ponieważ upchałem tutaj trochę więcej niż zazwyczaj symboliki, odniesień, znaczeń, nazw własnych itd. i pewnie bez zaglądania do Google lektura była nieco utrudniona.

Ale nie rozumiem zarzutu o chłód i dystans w opowiadaniu, w którym dwóch dorosłych facetów płacze (jeden nawet dwa razy ;)), mamy śmierć, poświęcenie, żal, współczucie, momenty zdecydowanie nostalgiczno-melancholijne, szczyptę humoru oraz okropieństwa wojny, które wywołują tysiącletnie koszmary.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hej, z tą erudycją, to jest trochę tak, że o Tobie świadczy świetnie fakt, że potrafisz tak pisać. A jeśli ktoś nie ma mocy przerobowych żeby to strawic, to jego problem. Czyli mój ????. Chłód i dystans. Czułem, że to podejmiesz. Na poziomie fabuły, wszystko jest na miejscu. Ale już w moim odbiorze, czegoś brakuje. Nie wiem czego, piszę o moich subiektywnych odczuciach. Nie przejmowałbym się za bardzo mną na Twoim miejscu :P

Nie, nie jest to problem czytelnika. Jak pisałem wyżej, chciałem, żeby to opowiadanie było swoistą zachętą do poznania świata mitologii wysp brytyjskich, a także innych mitologii, o które zahaczam. To naprawdę bogaty i piękny świat. Pisanie, szukanie powiązanej symboliki, ukrywanie znaczeń i nawiązań było naprawdę niezłą zabawą dla mnie w procesie twórczym, ale próbowałem równocześnie przedstawić ciekawą historię, toczącą się obok tych odniesień i opartą na prostym pomyśle walczących (śpiących i przebudzonych) bohaterów narodowych. Ale skoro czytelnika to znużyło, to jednak jest to problem Autora.

Jeśli czegoś zabrakło wg. Ciebie na płaszczyźnie emocjonalnej, to także mnie martwi. Chciałem żeby była to wzruszająca opowieść o poświęceniu i śmierci. Ale śmierci, która ma wielką wagę i sens oraz znamiona poświęcenia.

Oczywiście wiem, że to wszystko Twoje subiektywne odczucia, ale jesteś jednym z niewielu komentujących to opowiadanie i jednym z pierwszych, więc taki odbiór mnie zastanawia.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytałem raz jeszcze, żeby dać Ci lepszy, za przeproszeniem, feedback. Z czym wracam? Z hipotezami. 1. Może jest tak, że rozbudowane I pełne detali tło, przysłania nieco historię? Spora część opowiadania to rozmowa Merlina z Arturem, a jej celem jest właśnie budowanie tła. 2. Dialogi M&A to zręcznie utkane rozmowy o faktach, miejscach i ludziach. Natomiast mało w nich jest informacji o tym, co panowie czują, jak się do tych spraw ustosunkowują. 3. Śmierć Merlina trochę mało mnie obeszla. Zastanawiałem się, dlaczego. I tu pytanie do Ciebie. Co ta śmierć wniosła na poziomie fabuły? Mam trochę wrażenie, że ona fabularnie nie ma znaczenia. Może to to? Czy źle zrozumiałem? Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci, że tak drążę? Mam tylko dobre intencje :)

Bardzo się cieszę z każdej dyskusji pod moimi opowiadaniami, zatem cieszę się również z Twoich dociekań. Nie wiem tylko, czy wypada, żeby autor tłumaczył swoje intencje i zamiary, bo skoro nie wynikają z tekstu, to znaczy, że schrzanił sprawę. A poza tym tekst, jak wiadomo, powinien bronić się sam.

Postaram się jednak w skrócie wyjaśnić sens śmierci Merlina, jaki umyśliłem sobie, tworząc tę historię. Otóż jako jedyna z wymienionych postaci, Merlin nie śpi snem, z którego ma powstać w czasie zagrożenia dla danego narodu czy kraju, tylko podtrzymuje swoje życie dzięki pierścieniowi. W wielu legendach Merlin śpi gdzieś w szklanym zamku (Caer Wydr) lub po prostu spoczywa po śmierci w różnych lokalizacjach, między innymi w Lesie Brocalinde (zależnie od wersji legendy). W tym miejscu należy wspomnieć o tym, że Merlin był prorokiem, znającym przyszłość (jak inni bardowie, chociażby Taliesin – a wywodzi się postać Merlina także od barda, lub magowie i druidzi (nie wszędzie jednak jest druidem)). Oczywiście nie dokładnie całą przyszłość z detalami, ale jej zarysy i istotne wydarzenia. W mojej opowieści Merlin zna więc ową mroczną przyszłość i jako opiekun Brytanii postanawia uczynić wszystko, żeby ten koszmar nie dotknął jego krainy. Korzystając z mocy pierścienia Ogara czeka więc na przewidziany powrót Artura. I jak sam tłumaczy, robi to, aby przygotować Artura na spotkanie z rzeczywistością, jaką zastanie w przyszłości. A także zebrać artefakty, przechować Excalibura (zgodnie z legendą na wyspie Bardsey) oraz Trzynaście Skarbów Brytanii (m.in. Rydwan Morgana Bogatego).

Ale przede wszystkim czeka na Artura, żeby ocalić mu życie (pomagając w walce) i zdrowie (po okaleczeniu) po pierwszej, nieudanej potyczce z Barbarossą i jego ekipą. Według wierzeń celtyckich władca okaleczony, chory itd. sprowadzał nieszczęście na całą krainę, także według legend arturiańskich (wspomniany Okaleczony król Pelles) chromy król sprowadza zgubę na cały kraj.

Sugeruję zatem w swoim opowiadaniu, że Merlin zna tę przyszłość i wie o losie Artura i że świadomie poświęca swoje życie oddając mu pierścień i jednocześnie kończąc swoje ponad tysiącletnie męczarnie życia z koszmarem, jakim byłą wizją przyszłości zaplanowanej przez Barbarossę, a której fragment ujrzał również Artur, gdy skrzyżował miecz z germańskimi przebudzonymi.

Mam nadzieję, że trochę rozjaśniłem swój zamysł i że inni czytelnicy domyślą się moich intencji bez czytania tego komentarza.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hej, dzięki. Biorę to wyjaśnienie. Pewnie już nie dojdziemy, czy u mnie słabo z rozumieniem tekstu, czy jednak coś tu nie do końca trybi. Przyjdą inni i nam powiedzą. Powodzenia!

Dzięki, Łosiot. Zgadza się, poczekam na opinię innych i będę mądrzejszy w tej kwestii.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Piękna opowieść, lecz “psiakrew” cholernie hermetyczna, przynajmniej dla mnie, googlowałam na potegę, bo szybciej niż zajrzeć do trzech książek leżących w stosiku na półce. 

Więcej (teraz byłoby tylko po emocjach, a tu namysł potrzebny, abym jakkolwiek ujęła to, co mam na myśli) – jutro, lub pojutrze, bo zaczynam pięciotygodniowy maraton pracowy. 

Klik jest oczywisty:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję za wizytę, lekturę i miły komentarz, Asylum. Oczywiście czekam na Twojej uwagi i opinię. Być może opowiadanie jest nieco hermetyczne ale konkurs mitologiczny wymaga pewnej znajomości legend i mitologii także od czytelników. Ja sam też muszę czasem googlac by ogarnąć niektóre niuanse zawarte w konkursowych tekstach.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tekst z tych, które trudno mi się ocenia. Z jednej strony przyjemnie napisany, pełen nawiązań, widać, że włożyłeś w niego wiele pracy, która zaowocowała opowieścią klimatyczną, utrzymaną w “mitologicznym” tonie.

Z drugiej – fabularnie jest tu cóż, biednie. Prawie 30k znaków, a dzieje się w zasadzie niewiele. Rozmowy, jeden pojedynek, trochę opisów przyrody… Bardziej przystawka, niż danie główne. Smaczna, owszem, pięknie podana, ciekawie przyprawiona, ale zostawia uczucie niedosytu. 

Struktura poprawna, choć mógłbym się czepić powolnego tempa, które doskwierało mi szczególnie w scenie pojedynku – przy niesamowicie ogólnym opisie i tak udało ci się go rozciągnąć do sporych rozmiarów. Stylizacja a’la epos? Zapewne, ale nie podeszło.

 

Podsumowując – tekst piękny, ale zostawił mnie z niedosytem. 

Mr.marasie, tekst jest napisany dobrze, przeczytałem go bez przykrości, ale nie podoba mi się (z powodów subiektywnych, poniżej).

 Narzuciłeś sobie konwencję takiego lekko nadętego high fantasy albo rycerskiego eposu, jak zauważył none (a la scena śmierci Rolanda) i nad nią panujesz, ale mnie te klimaty średnio porywają. Nie trafiłeś też na czytelnika wyjątkowo zaangażowanego – nie znam większości postaci i nazw własnych, które przywoływałeś i jasne, świadczą one o rozległej wiedzy autora, ale nie wiem do końca po co tam są. Gdybym znał wszystkie odniesienia, tekst pewnie by zyskał, ale czy aż tyle? Wydaje mi się, że nie, zwłaszcza, że czasem stosujesz je jako zamienniki budowy świata przedstawionego (tekst mniejszy rozmachem, słabiej stojący różnymi “Olgierdami”, a mocniej opisem pewnie wiele by pod Twoim piórem zyskał).

Jest problem ze strukturą – jedna trzecia opowiadania to ekspozycja, która nie buduje zupełnie napięcia. Rozumiem, Merlin i Artur to postaci legendarne i dla nich taka wojna to normalny dzień w pracy, ale dla czytelnika nie. A jest to podane dosyć info dumpowo niestety. Merlin mówi: Ten i ten ze sobą walczą, ci i ci się obudzili, Graala zgubiłem, btw jutro idziesz na bitwę. A Artur odpowiada: Aha, no dobra.

Później coś się dzieje, ale znowu w klimatach bardzo podniosłych i wplątanych w nomenklaturę. Problem też w tym, że do końca nie byłem pewien na jakim poziomie metafory funkcjonuje tekst, nie wiem czy wszyscy ci bohaterowie są jedynie alegoriami tego, co się wówczas w Europie działo, czy w zamyśle autora istnieją “naprawdę”. Oczywiście autor nie musi na takie pytania odpowiadać, a czasem nawet lepiej, żeby tego nie robił, ale tutaj, w moim odczuciu, owa alegoryczność wpływa na emocjonalny dystans między odbiorcą, a losem postaci przedstawionych.

Nie rozumiem za to zarzutu o to, że “Merlin nic nie zrobił” i “jego śmierć była bez znaczenia”. Czekał chłop ponad tysiąc lat na przyjaciela, potem oddał za niego życie, dla mnie dosyć to ładne.

No i tyle. Wszystko powyższe to tylko moje luźne przemyślenia, także nie wiem ile wagi bym do nich przywiązywał.

Dzięki wielkie za wizytę i opinię, None. Oczywiście martwi mnie trochę Twój odbiór mojej opowieści i ów niedosyt. Ale zarazem cieszą te plusy, jakie dostrzegasz: "przystawka smaczna, owszem, pięknie podana, ciekawie przyprawiona (…)". Jak wiadomo, wszystko zależy od upodobań i gustu. Wskazujesz na ubogą w wydarzenia akcję i leniwe tempo. Cóż, starałem się nadać opowiadaniu nieco kameralny klimat (wydarzenia na wyspie Bardsey), opisując spotkanie dwóch postaci żyjących na granicy dwóch płaszczyzn czy rzeczywistości – realnej czasu II wojny światowej i magicznej, mitycznej. I ich zakulisowych działań, walki, poświęceń. Jest chyba jednak ciut więcej tej akcji poza rozmową i jednym pojedynkiem. No i wiele dzieje się w tle. Od Bitwy o Anglię po Normandię. Z tym eposem masz sporo racji. Tematyka konkursu miała u mnie przenikać fabułę, symbolikę, świat przedstawiony i także w pewnym zakresie formę i styl. Miało trącić legendą, eposem, mitem. Taka konwencja (i stąd ta kursywa w chwilach magiczno-mitycznych). Ty jej nie kupujesz, możesz inni kupią. Jeśli nie, będę miał nauczkę. Ale za to określenie "tekst piękny" bardzo dziękuję.

Tobie również dziękuję za lekturę i komentarz, Leniwy2. Po części odpowiadam na Twoje uwagi powyżej. Zgadza się, wymagam trochę znajomości mitów i symboliki od czytelnika i świadomie podjąłem to ryzyko. A odnośnie stylu – taka formuła tej opowieści mi pasowała i na klimacie oraz nieco podniosłym tonie gram w znacznej części opowieści. Jedni wybierają wyciszone trawestacje mitów, inni idą w epos. Oczywiście moje postacie to nie alegorie, a ich legendarny świat żyje i toczy się obok naszego, nakłada i wpływa na niego. To dla mnie realne osoby, herosi narodowi, coś jak bogowie u Gaimana. No i miło, jeśli uważasz, że tekst napisany dobrze i nawet nie sprawił przykrości podczas czytania. Zawsze coś.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jest chyba jednak ciut więcej tej akcji poza rozmową i jednym pojedynkiem.

Jest – ale dzieje się głównie w tle. |Jest taka zasada, “nie mów, pokaż” – a ty czasem zamiast pokazać, opowiadasz. Ba, opowiadasz podwójnie, bo i nam i bohaterowi jednocześnie. Jasne, niekoniecznie jest to błąd – ale brakuje czegoś, co zrównoważyłoby te fragmenty, zdynamizowało nieco tekst. Pojedynek był ku temu okazją, ale wybrałeś inną stylistykę. Ponownie – to nie błąd, ale taki układ ma swoją cenę.

Tekst traktuje o wydarzeniach, które odmieniły oblicze Europy – ale nie dajesz nam ich oglądać, zwykle ledwie je wspominasz. Nie czuć ich doniosłości, nie widać ich skali, dlatego trudno, żeby wywoływały emocje.

Taka konwencja (i stąd ta kursywa w chwilach magiczno-mitycznych). Ty jej nie kupujesz, możesz inni kupią.

Oczywiście. Ba, podejrzewam, że będzie ich więcej niż marud takich jak ja. Ale niezdrowo jest wysłuchiwać samych zachwytów. ;)

 

Z rzeczy, które mi się w tekście spodobały, a o których zapomniałem wspomnieć poprzednio – poświecenie Merlina. Emocjonalnie moim zdaniem najlepszy fragment tekstu. Może odrobinę (malutką) przeciągnięty. Ale niewątpliwie udany.

Hm, generalnie, Marasie, miałeś ciekawą wizję, ale na zbudowanie większego napięcia, jak myślę, potrzebowałbyś więcej miejsca.

Na relację Merlin-Artur również, bo choć mają wspólną przeszłość, to nic nie poczułam w stosunku do nich, toteż, idąc za tym, nie wzruszyłam się śmiercią maga.

Poza tym, wydaje mi się, że postacie te mogły zostać uznane za zdystansowane właśnie z powodu tematów rozmów między nimi, tzn. mogły wydawać się one hermetyczne.

Ale czy to źle, że jest sporo nawiązań, symboli?

Wychodzę z założenia, że lepiej wiedzieć więcej, ale w kontekście opowiadań czasem można przedobrzyć z zalewem odniesień, symboli, postaci i, mimo że mogą być one wszystkie bardzo zajmujące, to jeżeli jest ich ,,multum", wyrywając słówko z komentarza Finkli, to mogą sporo przysłonić z prowadzonej historii, a nie wzbogacić ją; tutaj, imo, pewna część wplecionych przez Ciebie elementów sprawia, że opko czyta się z większym zainteresowaniem, a pewna część, niestety, odbiera je.

Już krócej, bo czas mi przecieka przez palce: początkowa scena walk lekko dłużyła mi się, Rolanda pamiętałam mniej-więcej z gimbazy, ale jakoś dramatycznie mnie nie interesował, niektóre opisy podobały mi się; ładne były. To, co mnie zainteresowało, wynotowałam i pewnie za jakiś czas dokładniej sobie sprawdzę. ^^

Lecz, suma summarum, przyznam z przykrością, że gdy czytałam Twoje poprzednie opowiadania, to płynęłam przez nie; przez to poniekąd również, ale tym razem często znosiło mnie – było to dosyć drażniące, a wynikało to właśnie nie przez odniesienia, a przez przyjętą stylizację, za którą po prostu nie przepadam.

Trochę trwało, nim zorientowałam się, że opisujesz zdarzenia bliższe naszym czasom, niż tym, w których zazwyczaj dzieją się opowieści o królu Arturze i Merlinie, a mnóstwo wymienionych postaci dezorientowało mnie jeszcze bardziej. Jednak kiedy Twój zamysł stał się jasny, lektura także stała się łatwiejsza i mogłam już bez przeszkód oddać się śledzeniu nieśpiesznej opowieści, w której wszystko logicznie się ułożyło. ;)

 

– Za­dmij w róg, Or­lan­do! – Krzyk Ka­ro­la wy­rwał hra­bie­go z otę­pie­nia. –> – Za­dmij w róg, Or­lan­do! – krzyk Ka­ro­la wy­rwał hra­bie­go z otę­pie­nia.

 

– Ar­tu­rze! – Głos maga łamał się ze wzru­sze­nia. –> – Ar­tu­rze! – głos maga łamał się ze wzru­sze­nia.

 

a potem obej­rzał od stóp do głowy. –> …a potem obej­rzał od stóp do głów.

Od stóp do głów to związek frazeologiczny, czyli forma ustabilizowana, utrwalona zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

dla na­szych sprzy­mie­rzeń­ców. Jed­nak my mu­si­my sto­czyć naszą walkę tutaj… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Lekko ku­le­jąc, do­czła­pał do izby Mer­li­na… –> Skoro lekko kulał, to raczej: Lekko ku­le­jąc, dokuśtykał do izby Mer­li­na

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Marasie, nie “zawsze coś” tylko dobre masz pióro i tyle, zresztą przed założeniem konta, czytałem parę Twoich tekstów i wchodziły gładko. Wszystkich, każdym opkiem nie zadowolisz, tak to jest. Inna sprawa, że ja jakimś guru literackim nie jestem ;) 

 

Wydaję mi się, None, że rozumiem Twój punkt widzenia. Oczywiście tak poprowadzona kameralna opowieść o wielkich wydarzeniach, może nie podejść każdemu. Może akcenty są rozłożone w niewłaściwy sposób, może emocje wytłumione zostały przez inne elementy. Chociaż ja miałem wrażenie, że tych emocji jest sporo. Założyłem też, że czytelnik będzie miał dobrą zabawę kojarząc fakty historyczne, ukryte za opowieścią Merlina. Być może błędnie założyłem. Emocje "zaplanowałem" w kilku (wiadomych) punktach tekstu i cieszę się, że scena z Merlinem się podobała. Dziękuję za wszystkie uwagi i na pewno pomyślę nad nimi i wyciągnę wnioski.

Draconis. Dzięki wielkie za wizytę i szkoda, że tym razem nie "popłynęłaś" z moim tekstem. Być może to wina konwencji, stylizacji, a może to ja się starzeję i pióro się stępiło. Albo straciłem literackiego "czuja". Na pewno zapamiętam uwagę (kolejną) na temat "przesilenia" symboliką i detalami. Ja się świetnie bawiłem, bo lubię temat, a wciskanie w tekst symboli i odniesień zdawało się zapowiadać dobrą zabawę podczas ich wyszukiwania przez czytelników. Może przekroczyłem jakiś punkt krytyczny?

Tobie również serdecznie dziękuję za lekturę i jak zawsze cenne uwagi, Reg. Oczywiście wszystkie poprawki naniosę jeszcze dziś (i odnotuje w dzienniczku). Bardzo mnie raduje, że mimo początkowych perturbacji wszystko trafiło na właściwe miejsce i opowiadanie logiczne się ułożyło:)

Leniwy2. Oczywiście nie mam focha. Czytam i analizuję wszystkie opinie i Tobie również bardzo dziękuję za wszystkie uwagi i spostrzeżenia. Na pewno skorzystam. I masz rację, nie zawsze można zadowolić każdego czytelnika. Wiem o tym dobrze i na krytykę czekam tak samo, jak na pochwały. Trochę niby zaboli, ale zawsze przynosi korzyści na przyszłość. Dziękuję!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zaczynając od tego, co dobre – klimat. To Ci się definitywnie udało. Pierwszy fragment wprowadza w pewien epos rycerski, który jest potem kontynuowany w kolejnych, pisanych kursywą. Na to nakłada się kameralna opowieść o spotkaniu Merlina i Artura. Dwóch przyjaciół, niejako nieprzystających do współczesnych czasów. Przy czym na swój sposób Merlin skojarzył mi się z jego odpowiednikiem z “Raz na zawsze król”.

Jednak jest tu też spory problem, a jest nim wymienianie kolejnych elementów mitologii arturiańskiej, którymi prujesz do czytelnika niczym z karabinu maszynowego. Moja wiedza ogranicza się do paru ogólników i tego, co pamiętam z “Raz na zawsze króla” oraz “Mgieł Avalonu” – i stąd pewnie zgubiłem się tak w połowie pierwszej rozmowy. Kolejne artefakty, kolejne osoby ginęły w morzu adnotacji. Stąd też miałem trudność wyłapania referencji nie-arturiańskich, ale współczesnych. Widać tutaj Twoją walkę z limitem, ale nie wiem, czy wybrane podejście działa na większość czytelników. Na znawców opowieści o Arturze – na pewno, oni się odnajdą, bo czuć, że wiesz, o czym piszesz. Ale inni, w tym na pewno ja, mogą wypaść z tego pędzącego pociągu na którymś z wielu zakrętów.

Końcówka mnie zaskoczyła swą kameralnością. Poświęcenie Merlina nie wypadło jakoś epicko i dla mnie plus. Doskonale wpisuje się więc w tę dwoistość konwencji, jakie mają te dwie linie fragmentów.

Podsumowując: klimatyczny koncert fajerwerków, jednak dużo wymaga od czytelnika z zakresu znajomości mitologii Króla Artura. A to nie zawsze działa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Być może to wina konwencji, stylizacji, a może to ja się starzeję i pióro się stępiło. Albo straciłem literackiego "czuja".

 

Marasie, niczego nie straciłeś, także nie ma co się załamywać i pisać, że ,,pióro się stępiło"  – bo wcale nie, po prostu raz się z czymś trafi, raz nie i jak coś nie do końca poszło, to i tak trzeba pisać dalej, szczególnie, że masz dużo do opowiedzenia i umiesz przekazać swoje myśli.

Przecież zresztą to wiesz. ¯\_(ツ)_/¯

A dlaczego by nie spojrzeć na starzenie się jak na nieodłączny element dalszego rozwoju?

W teorii z każdym upływającym rokiem można nauczyć się czegoś nowego, pozmieniać coś w swoim życiu, doświadczyć; generalnie dalej kontynuować swój rozwój się na różnych płaszczyznach, a dla twórcy oznacza to pi razy oko tyle, że w pewnym sensie oddala się od ryzyka przejawienia monotematyczności w swoich dziełach; ale to właśnie ma swoją cenę w postaci postępowania w latach.

Poza tym, tak naprawdę wiek siedzi w głowie i na tym skończę; wybacz off-top. 

Ciekawy pomysł z wykorzystaniem mitologii arturiańskiej i przeniesienie jej w czasy drugiej wojny. Pomysł chwytliwy i całkiem dobrze napisany, przemyślany jednak jakoś nie mogłem wczuć się w klimat opowiadanie. A raczej jakoś tego klimatu mi brakowało, mimo wielu odwołań do historii i mitów. Dobrze napisany tekst, ale jakoś mi nie podpasował niestety.

NWM, dzięki za komenatarz dyżurnego. I patrz, chwalisz klimat, a zaraz pod Twoją opinią Belhaj pisze, że zabrakło mu właśnie klimatu. No nie dogodzisz :). Fajnie, że klimatyczny koncert fajerwerków ma plusa za kameralne odejście Merlina i szkoda, że napakowanie odniesieniami arturiańskimi okazało się ciężkostrawne dla kolejnego czytelnika i zbyt dużo od odbiorcy wymagam Twoim zdaniem. Tak to jest gdy się pisze o tym, co się lubi i wydaje się, że inni podzielają te zachwyty, chociaż w pewnym stopniu.

Tobie, Draconis, dziękuję raz jeszcze za miłe słowa. Wiekiem się nie martwię, ma swoje plusy, i raczej martwi mnie ta hermetyczność, którą uskuteczniłem w obrębie tego tekstu, a nie obawa przed monotematycznością ogólną w twórczości, bo próbuję wszelkich gatunków i tematów.

Bardzo miło Cię widzieć ponownie, Belhaju! Dziekuję, że odwiedziłeś moje opowiadanie i podzieliłeś się swoją opinią. Cieszę się, że chociaż pomysł się spodobał. Inni chwalą głównie klimat, Tobie klimatu zabrakło. No nie znam niestety złotego środka, jak widać. No ale jeśli dobrze pamiętam, chyba żaden z moich tekstów Tobie dotychczas nie podpasował, więc zapewne nadajemy na innych falach po prostu. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nooo, ładne :). Bardzo erudycyjne, jak ktoś wspomniał. Mnóstwo nawiązań (nie wszystkie wyłapałem, jakby co), postaci, miejsc. Co do miejsc – Marasie, ja wiem, że Ty o tych Szkocjach jak ja o Chorzowie i Rudzie Śląskiej, ale przydałaby się mapka, bo kompletnie nieznane mi nazwy geograficzne troche mnie wybijały z rytmu.

A co do meritum – że technicznie pisać umiesz, to wiadomo. Że spróbowałeś się z czymś w rodzaju rycerskiego eposu, przerywanego obrazkami “zza kulis” – za to brawa! Ale…

Nie mogę się zgodzić, że to Barbarossa był sprawcą wybuchu II wojny. Germanie byli raczej chłopcami na posyłki tych od Wańki Kaina. I druga sprawa – rycerskość pobratymców Artura mooocno wątpliwa, po tym, jak potraktowali po zakończeniu wojny “rycerzy spod Giewontu” (lotnicy, Sosabowski, Maczek).

 Toteż tu, na poziomie fundamentalnego pomysłu, idei, tekst mi najbardziej zgrzytał. 

A, jeszcze jedna uwaga – czemu tak stosunkowo mało znanych Rosjan wziąłeś na warsztat? A nie na przykład Aleksandra Newskiego czy Dymitra Dońskiego?

I jeszcze szczególarstwo ;):

– “posłuchał zbyt późno uniesiony honorem” – zabrakło przecinka; to brzmi, jakby go honor za późno uniósł;

– “uśmiechną się krzywo” – literówka;

– “od Skałą Wyszehgradzką” – Wyszehradzką;

– “Graala (…) by zebrać dobrych ludzi pod jego sztandarem…” – hm, to mi nie brzmi – “sztandarem Graala”? a nie “znakiem” ? jak – “pod tym znakiem zwyciężysz”?;

– “dwaj nieznani rycerze, zasłaniając go własną piersią” – wspólną tę pierś mieli :P?;

– “rydwan z Merlinem na pokładzie” – tego akurat nie wiem, ale czy rydwany mają pokłady?;

– “skoczył na Zygryda, wściekłe” – dwie literówki;

– “przy którym zakrzątał się Merlin” – a nie “zakrzątnął”?;

– “Ciemne wody Kanału La Manche” – z tego, co mi wiadomo, żadnemu Brytyjczykowi przez usta nie przejdzie taka nazwa; wszak to Kanał Angielski!;

– “Artur wyczuwał pod podłogą złowrogie wibracje” – a tu znowu na pewno “pod pokładem”.

 

Czyli tak – technicznie, erudycyjnie, mitotwórczo – bardzo ładnie! Z tym, że sens uważam za chybiony.

PS. Bardzo mi się podobało nawiązanie do Marka Twaina :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Witam Staruchu! Dzięki wielkie za wizytę i obszerny komentarz. Bardzo cenne uwagi i bardzo miłe słowa w nim padły. A także poprawki.

Ale… Wydaje mi się, że sięgasz zbyt daleko, doszukujesz się dogłębnych analiz i kwestii, w prostej historii o walce Artura i Merlina z mitycznym wrogiem, nałożonej na II wojnę światową. Wiadomo powszechnie, że wojnę rozpoczęli Niemcy i to mi wystarczało do zbudowania tego "eposu". Ty zaś, jako znawca tematu, sięgasz do źródeł, do polityki (chociaż jak pewnie zauważyłeś, wspominam na początku, o wspieraniu Barbarossy przez "rosyjskich" bohaterów). Zresztą ten Barbarossa ładnie mi się komponował pod koniec z atakiem na ZSRR, jeśli wiesz, co mam na myśli..

Podobnie z tą rycerskością pobratymców Artura. To już nie płaszczyzna mityczna, to raczej sfera zwykłych ludzi, prawdziwej rzeczywistości, nie mojej "mitycznej". Ja skupiłem się na herosach narodowych, na powszechnych w Europie przepowiedniach o ich powrocie, to jest moja idea, koncept i grunt. Tam są ci szlachetni i ci podli, bez dociekania kto i w jakim interesie. Ok, Karol klęka pokonany, mamy Vichy, Holger opuszcza miecz bez wiary i siły, Dania się poddaje, zaklinacz V(coś tam) się waha, Finlandia najpierw jest z Niemcami, potem przeciw itd. To są proste mechanizmy, proste zależności, na jakich opiera się zazwyczaj legenda, mit itd. Nie chciałem tego komplikować nadmiernie. W każdej legendzie mamy zazwyczaj tych złych i tych dobrych, nie wnikałem zatem i nie mąciłem jeszcze bardziej zawiłymi relacjami przedwojennymi i powojennymi. Artur to wzór i ideał, dla chrześcijan jeden z Dziewięciu Walecznych rycerzy Europy, dlatego idealnie nadawał się na bohatera takiej opowieści. O kim innym miałbym napisać podobną historię? Zresztą mi chodzi tak naprawdę o Merlina, jest na drugim planie, ale to o nim ta opowieść, to on działa, czeka, poświęca się, umiera, żartuje, opowiada.

Kolejna sprawa, wszystkie postacie wymienione w tekście (poza Merlinem) to bohaterowie narodowi, którzy według legend wszelakich śpią i mają się obudzić, gdy ich Ojczyzna będzie w potrzebie. Stąd tacy, a nie inni herosi na wschodzie, bo nie spotkałem się z legendą o śpiących gdzieś Aleksandrze i Dymitrze. Chyba że przegapiłem.

Za literówki serdecznie dziękuję! Pokład chyba jednak będzie pokładem. Z tym kanałem długo się namyślałem, serio. Może i racja, trzeba było dać Angielski, ale bałem się, że to może spowodować pełne niezrozumienie i dezorientację (której ogólnie chyba i tak nie uniknąłem w tym tekście).

Ps. Cieszę się, że wyłapałeś i przypadł do gustu ten żarcik o M.T. :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, jakoś wiele Twoich tekstów nie czytałem( najbardziej pamiętam ten z konkursu o Godach), ostatnio ogólnie mam mało czasu na zaglądanie na portal. A co do mojego zarzutu to nie odbieraj go jako krytykę, po prostu nie potrafiłem się wczuć w klimat Twojego opowiadania.

Marasie – nie zrozumieliśmy się!

Ja się niczego nie doszukuję, nigdzie nie sięgam – po prostu dla mnie Twoja historia oparta jest na wadliwych podstawach. To tak, jakby w którejś space operze ludzie oddychali na Księżycu. Czy można? Pewnie! Czy to może być dobra literatura? Jak najbardziej, że wspomnę tylko pana Twardowskiego czy Swifta.

Tym niemniej dla mnie (co będę mocno akcentował), ten tekst zawiera nieusuwalny zgrzyt. Bo jeśli już łączysz rycerzy ze współczesnością (a właściwie bliską historią, ale taki skrót myślowy mi pasuje), to ta współczesność musi być (jak dla mnie, podkreślam), współczesna, prawdziwa, a nie niemal alternatywna. I tyle! Bo doceniam całą resztę, wszak to naprawdę bardzo dobre opowiadanie. Tylko… No właśnie!

Co do rycerzy – tu mi umknęło, że to wszystko postacie “zahibernowane”. Nie znam aż tak dobrze mitów i legend, a już rosyjskich z tymi bohaterami, których wymieniłeś, kompletnie! Toteż – miałeś rację, a ja nie.

Dezorientację? Hm, pewnie troche tak. Ja się zagubiłem w geografii. Inni może w mitach, bo sporo ich nawsadzałeś ;). Ale czy to źle? Wydaje mi się, że absolutnie nie! Ubogaca ten tekst o rzeczy ciekawe i wartościowe, a kto chce, sobie dogugla. Chyba, ze będziemy od tej pory tagować teksty – “dla tych, którzy znają mity arturiańskie i byli w Szkocji”. Czy tak ;P?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Nadrabiając (mocno) spóźniony komentarz.

Bardzo dobre opowiadanie, które pozostawia z uczuciem pewnego niedosytu.

Początek robi świetne wrażenie. Takie, które budziły u mnie wyłącznie opowiadania, okazujące się później piórkowymi. Jak już pisano, bardzo umiejętnie oddałeś klimat średniowiecza. Tyle że na przestrzeni całego tekstu, gdzieś ten efekt początkowego WOW! mi znikał, pojawiając się już tylko okresowo. Zazwyczaj we fragmentach pisanych kursywą. To dalej było dobre opowiadanie, dalej czytało się dobrze i ze sporym zainteresowaniem (zresztą, gdyby było inaczej, pewnie bym je sobie odpuścił), ale jednak również z pewnym niedosytem.

Dlaczego?

Nie bardzo miałem czas, żeby napisać komentarz wcześniej, ale też paradoksalnie zyskałem dzięki temu okazję, żeby spróbować ustalić źródło owego niedosytu. Teraz piszę to bez większego przekonania, ale chyba jednak Twoja koncepcja delikatnie rozminęła się z moim wyobrażeniem tego tekstu. Bardzo ambitnie “promowałeś” tutaj jak gdyby mitologię i jej poszczególnych bohaterów. Jak z kolei jestem wyjątkowo prostym czytelnikiem, który lubi mieć wszystko wyłożone na tacy. Nie zawsze znajdę wszystkie odniesienia, nie zawsze skojarzę wszystkie postaci. Nie chciałem w trakcie czytania wspomagać się internetem, bo to jednak wytrąca z rytmu, a Twój tekst czyta się naprawdę bardzo dobrze. Zresztą, jedną z jego zalet jest to, że nawet nie kojarząc wszystkich i wszystkiego i tak dostaję fajną, ciekawą historię, której odbiór nie jest w pełni uzależniony od poziomu mojej wiedzy, czy znajomości mitów. Tak więc ta, jak to nazwałem (być może trochę niewłaściwie) promocja nie przeszkadza jakoś w czytaniu czy odbiorze, ale jednak powoduje uczucie lekkiego zagubienia. Przekonanie, że albo czegoś nie dopowiadasz, albo ja nie “wyciągam” z tego tekstu tyle, ile powinienem.

Jak widzisz, skupiłem się tylko na tym jednym, delikatnie wytrącającym z pełnego zadowolenia aspektem, bo też to jedyny element, który w jakiś sposób mi przeszkadzał. Poza tym, czytało się świetnie, pomysł na tekst również niczego sobie, zwłaszcza, że idzie za nim bardzo dobre wykonanie. Piszę dość ogólnie, bez wdawania się w szczegóły, bo też większość zalet Twojego opowiadania wymienili przedpiścy i zamiast powtarzać po nich, wolę zwyczajnie przyznać, że opowiadanie czyta się z dużą przyjemnością.

Pozdrawiam.

Belhaju! Oczywiście, to kwestia gustu, jak mógłbym się gniewać o takie rzeczy.

Staruchu. Ja wiem, o czym piszesz i nie wiem zarazem. Chodzi o prawdę historyczną? O to, że Brytyjczycy i reszta Aliantów zachowała się nierycersko wobec Polski? Artur na pewno to potępił ;) A poza tym masz rację, trzeba ufać inteligencji i wiedzy czytelnika (ale nie przesadzać w tekstach, jak zauważyłem z autopsji).

Witaj CM. Serdecznie dziękuję za ten obszerny i merytoryczny komentarz i za wszystkie uwagi i przemyślenia. Bardzo sobie cenię takie opinie. Dziękuję również za miłe słowa. Przyznam, że Twój niedosyt mnie martwi. Jak rozumiem, Tobie z kolei bardziej przypasowały te fragmenty podniosłe, te, w których piszę umowny "epos" o walce Artura ze Złymi. Czyli inaczej niż kilku przedmówcom. No nie znalazłem widać złotego środka. A mówiąc prościej, mam wrażenie, że Ty także "przygnieciony" zostałeś tymi wszystkimi odniesieniami, symbolami, nazwami własnymi itd. Po tylu podobnych wypowiedziach chyba rozumiem swój błąd.

To chyba rzeczywiście zbyt hermetyczne opowiadanie. Nie chcę używać sformułowania Łosiota "erudycyjne" bo to raczej określenie na wyrost. Po prostu za dużo legend i mitów w tej opowieści o mitologii. Miały oddać klimat i przekazać ducha takich opowieści, a chyba zbytnio odsunęły czytelnika od zamysłu autora i ukrytej tutaj prostej historii o poświęceniu.

Spotkamy się pod Twoim opowiadaniem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dopiero teraz udało mi się coś przeczytać na portalu od paru dni, więc od razu przybyłam tutaj:) Przeczytałam, podobało mi się, ale… :P Dłuższy komentarz skomponuję wieczorem z domu :)

Chyba się odróżnię od większości komentujących, ale… 

To było dobre i nie-dobre zarazem.

Pierwsza scena wypadła świetnie, pozostałych chyba nie ogarnąłem do końca. Nieraz pod różnymi opowiadaniami wychodził ze mnie zwolennik treści krótkich. Czasami jednak zdarzają się wyjątki i wspominam, ze warto coś rozszerzyć. W tym konkretnym przypadku mam wrażenie, że opowiadanie z powodu skracania ucierpiało bardzo i zastanawiam się jak wyglądałoby, gdyby zostało rozszerzone… dwukrotnie? Może nawet bardziej.

Dobry był klimat, zwłaszcza wspomniany początek, pierwsza rozmowa z Merlinem, czy pojedynek (ale tylko do momentu, gdy zjawia się Merlin na pokładzie rydwanu.

Dobre było zmieszanie symboliki z wielkimi wydarzeniami historycznymi.

Natomiast to, co wyszło słabiej, to odczucie lekkiego chaosu w środku. Takiego szarpania. A zdecydowanie znając Twoje umiejętności (zarówno techniczne, jak i fabularne), to wrażenie “szarpania” mogło wyjść nieco inaczej i stać się punktem kulminacyjnym, czyniącym opowiadanie znacznie lepszym.

Czyli taki “niedosyt środka opowiadania”. Nie finału, nie całości, a własnie niewypełnionej treści.

 

Nowa Fantastyka