- Opowiadanie: Żongler - Polny wianek na łbie byka

Polny wianek na łbie byka

Brandenburgia-Prusy

1663 r.

 

W dużej mierze oparte na faktach, ale radzę zajrzeć do nich po lekturze. Swoją drogą historia bardzo dołująca.

Można sobie posłuchać demonicznych kołysanek.

 

Stare (jakoś dwuletnie), jare (coś się tam jara, nawet parę cosi) i mam nadzieję w miarę przystępne (wielowarstwowych metafor chyba nie ma).

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Polny wianek na łbie byka

 

"… zmarła po torturach czwartego listopada tysiąc sześćset sześćdziesiątego trzeciego roku, przez diabła uduszona, bo jej szyja całkiem chwiejna i spuchnięta była."

~ Extrakt Protocolli Judycij Grunbergensis

 

*~*

 

Karczma płonęła ogniem tak jasnym, jakby podsycał go sam diabeł.

Czy to złocista czerwień pobudziła ludzi, czy też rumor walących się drewnianych krokwi, nikt tego nie wiedział. Całą wieś wypełniła wrzawa. Jak ogień podkradł się niezauważony przez nikogo? Gospoda była mocarna i strzelista, o potężnym dachu i dwuskrzydłowych wrotach wprawionych w kamienny łuk. Wszyscy wiedzieli, że przepędza zło. Raz trafił w nią piorun marcowej burzy, a natrafiwszy na obraz świętego Urbana, błyskawica spłynęła po ścianie i przepadła w trawie, niezdolna skrzywdzić miejsce strzeżone przez Boga.

Jednak skoro karczmy strzegli święci, dlaczego obraz Urbana pożerały teraz płomienie?

Anna czuła żar na policzkach, kiedy patrzyła, jak synowie młynarza wiążą na przedramionach podarte mokre koszule, żeby czym prędzej odgarnąć płonące bale i ratować uwięzionych tam ludzi. Stary karczmarz miał pięcioro dzieci i żadne z nich nie przekroczyło jeszcze dziesiątego roku życia. W oborze po drugiej stronie trzymał krowy i świnie, a piwniczka kryła tegoroczne zbiory wina, najszczodrzejsze od wielu lat. Anna pamiętała, jak stary Sigimund śmiał się radośnie, poklepując z dumą pozostałych parobków i zachęcając ich, by żwawiej składowali beczułki.

– Tu miejsca pod dostatkiem – powtarzał, a uśmiech ani na moment nie opuszczał jego twarzy. – Najbezpieczniejsze miejsce na całym Śląsku, co go sami wniebowstąpieni strzegą!

Anna wpatrywała się w pożar, słuchając krzyków, szlochów i zawodzenia, ujadających psów i plusku lanej wody, której wiadra podawali sobie młynarscy synowie. Gdzie polali, tam natychmiast wyrastała kolejna ognista ściana. Pomarańczowe pejcze rozwijały się nad głowami stłoczonych ludzi, a iskry rozsypywały się na czerniejącą ziemię szczodrze niczym monety z królewskich sakw… choć ich dźwięk był pełen syku i grozy, pełen czegoś, co przywodziło na myśl rychłą zgubę, okropne nieszczęście.

Spośród rozwartych okiennic, teraz już opadłych i skurczonych, wyglądał wizerunek świętego Urbana, stróża ziemi i ojca urodzaju. Pulchna twarz, dotychczas dobrotliwa i wyrozumiała, była teraz otoczona wieńcem z wirującego popiołu. Rumieńce przeżarły policzki, zostawiając czarne dziury, broda skurczyła się jak pajęczyna muśnięta pochodnią. Oblicze świętego wykrzywiło się, przymykając powieki i przywołując na jego wargi grymas ogromnego cierpienia. A kiedy tak czekał, męczennik bezradny wobec swojego losu, Anna skrzyżowała z nim spojrzenie. I wtedy portret otworzył nagle oczy, tak gwałtownie, jakby chciał błagać o pomoc… lecz to były żółte, nienawistne ślepia, oczy, które nie mogły należeć do żadnego świętego.

 

*

 

Melchior Ladenskron zapowiedział zemstę. Nim zgliszcza karczmy zdążyły ostygnąć, szukano już sprawcy. Anna wyszła wcześnie z domu, usiłując nie myśleć o pożarze. Gdy za zielonogórskimi murami biły poranne dzwony, ona szła już przez wieś. Dało się czuć, że dzień wstał niechętnie, ponury i szary. Łuna wisząca nad miastem przypominała obłok dymu, który bił nocą z gospody.

Przechodząc obok jednej z chat, Anna poczuła, że ktoś ją obserwuje. Odwróciła się i stanęła oko w oko ze starą Kliche.

Oblicze kobiety było tak szkaradne, że nawet z daleka wywoływało dreszcze. Stojąc tak blisko staruchy, dziewczyna mogła policzyć jej brodawki, spostrzec, gdzie krzyżują się bruzdy zmarszczek, głębokich jak wycięte nożem rany. Oczy miała blisko osadzone i zupełnie pozbawione koloru.

– Niech będzie pochwalony, Kliche – zaczęła, odsuwając się nieznacznie w tył. – Czy słyszałaś, co stało się z…

Starucha złapała ją nagle za przedramię, zaciskając długie palce w kurczowym uścisku, tak mocno, że paznokcie drasnęły Annę nawet przez gruby wełniany płaszcz i podszywany materiał sukni. Oczy Kliche, wielkie i okrągłe niczym zmrożone szronem sadzawki, drżały nieznacznie w otoczce grubych jak źdźbła rzęs.

Anna wstrzymała oddech, czekając, aż stara przemówi, ta jednak milczała, nie spuszczając oka z jej twarzy. Badawcze spojrzenie przenikało ją na wskroś.

– Widziałaś coś – syknęła nagle stara, głosem ochrypłym od długiego milczenia. – Widziałaś coś w oknie.

– O czym ty mówisz? – Anna spróbowała się wyszarpnąć, starsza kobieta była jednak dużo od niej silniejsza. We wsi powiadano, że nocami sączy krew z ciał krów, żeby ukraść dla siebie krztyny życia. – Puść mnie, bo zacznę krzyczeć i zbudzę całą wieś.

– Wieś zbudził ogień, głupia. Chodź. Chodź, napić się ziół. Napić się święconych ziół. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego.

Anna rozejrzała się ukradkiem wokół, ale nie dostrzegła nikogo, kto mógłby pospieszyć jej z pomocą. Kliche nie spodobała się zwłoka, a milczenie tylko ją rozdrażniło. Sycząc przez brakujące zęby, wciągnęła dziewczynę przez próg rozpadającej się chaty. Długie wiązki ze splątanych wierzbowych witek boleśnie zdzieliły kobiety po głowie i ramionach, choć zdawać by się mogło, że znachorka przyjęła ból z przyjemnością.

Ostatni raz Anna była tutaj jako dziecko, gdy ojciec zaniósł ją do zielarki bez wiedzy matki, która za tak bezbożny uczynek wyklęłaby ich oboje. Do dziś dzień, przez mgłę sennych mar przebijały się rozmyte plamy i odległe głosy, które w połączeniu z gorzkim zapachem palonego piołunu budziły Annę w środku nocy, skuloną w pościeli i płaczącą ze strachu.

Chałupa wyglądała dokładnie tak, jak dwadzieścia lat temu, wąska i niska, przyozdobiona roślinami w różnym stopniu rozkładu i zasuszenia, niektóre dogasające w płytkich misach, inne stojące w wodzie, cierpliwie czekające na los, który szykowała dla nich Kliche. Skrzynie były pokryte kocami wyszytymi w niezrozumiałe dla Anny symbole, być może niezrozumiałe dla całej reszty świata. Na ścianie wisiał pożółkły krowi łeb, również udekorowany glinianymi wisiorkami, kwiatami i palącymi się karlimi świecami.

– Tutaj.

Kliche na wpół rzuciła Anną, na wpół pchnęła ją na krzesło, po czym zasunęła je zamaszystym ruchem. Stół odciął dziewczynie drogę ucieczki. Był tak gęsto zastawiony, że zapomniała na chwilę o niepokoju. Nie było potraw, lecz same naczynia wystarczyły, żeby stworzyć ułudę. Lśniły w półmroku pomieszczenia skradzionym blaskiem, obce na tle skromnych, brzydkich mebli. Były tu szklane leśne pucharki, kraustrunki i duża cynowa konew do mleka, a na półmisku wymalowanym w kwiaty leżała długa łyżka, którą Anna poznała natychmiast. Nie musiała odczytywać pisma, żeby przypomnieć sobie powiedzenie, którym ją ozdobiono.

– "Pamiętaj, człowiecze, że cię nie długo na świecie" – wyrecytowała zduszonym głosem, ledwie zdając sobie sprawę, że to robi. Podniosła oczy, strwożona. – Kliche? Kliche, to zastawa landeskronowej karczmy. Skąd ją masz? Karczma została…

– Wypij. – Kliche postawiła Annie parujący kubek. Zapach był jeszcze gorszy od tego wypełniającego chatę. Oczy staruchy były przekrwione i spuchnięte, jakby przepłakała całą noc. – Wypij ze mną, Anno, bo podzielisz ze mną winę.

– Jaką winę? Kliche, co ty zrobiłaś? – Anna zdała sobie sprawę, że na stole leżały dwa nakrycia, a parujący napar był rozlany do dwóch kubków już przed tym, nim znachorka zaciągnęła ją do środka. Czy na nią czekała, czy też… – Kliche, kto tutaj był? Czy ktoś ci to przyniósł, w zamian za zioła?

Niektóre zioła rzeczywiście były cenne, a Kliche, choć stara, gderliwa i dziwaczna, znała ich sekrety i potrafiła leczyć ludzi z ich pomocą… lecz czy zbicie gorączki czy nastawienie złamanej kości były warte karczemnej zastawy samego starosty?

Zielarka przysiadła w progu jak ogromna ropucha, ciężkie szaty zwisały z ramion niczym brudne futra. Przycisnęła krzywe palce do twarzy. Wyglądała, jakby miała zamiar się rozpłakać, ale ona tylko zazgrzytała głośno kikutami zębów.

– Poszedł sobie. Znalazł sobie inną, upatrzył kolejną na moje miejsce. Przygotowałam to dla niego, a on nie przyszedł.

– Kto? – Anna wiedziała, że najczęstszym gościem staruchy byli pastuszkowie, którym chorowały krowy lub których owce miały problemy w połogu. – Hansel Koniczyna? Czy Józek zza pola?

Stara uśmiechnęła się, jej żuchwa opadła nagle, wargi rozciągnęły się, jakby ktoś chwycił stanowczo za ich końce. Grymas był obślizgły, drżący i pełen tęsknoty. Na chwilę zmroził Annę, ale szybko odepchnęła od siebie strach. Tutaj chodziło o coś więcej niż jej dziecięce koszmary. Jeżeli miała przyczynić się do ujęcia okrutnika, który spalił żywcem całą rodzinę, a dobytek rozkradł, licząc, że skażą starą, na wpół szaloną Kliche… jeśli Anna mogła usłyszeć jego imię, jej własne strachy musiały poczekać.

– Przecież go widziałaś – odparła Kliche, błyskając chorowitymi oczami. Jej pełna zbrązowiałych plam twarz przypominała oblicze wyryte dłutem w spróchniałym pniu bardzo starego drzewa. Każdy zaczerpnięty oddech mógłby sprawić, że przeżarta kora rozsypie się w proch. Stara kiwała się do przodu i do tyłu. – Stał w gospodzie, patrzył, jak zbieram do wora. Kraustrunek, łyżeczka. Mówił, które. Mówił, że jego, to wzięłam. Miał takie ładne oczy, złociste jak miód, i słodkie, och, słodziusieńkie. – Uniosła drżącą rękę, suchą i skurczoną jak spalona gałąź. – Spójrz… Słońce. Przyszło, jak obiecało.

Anna spojrzała w stronę rozchylonych okiennic, lecz zamiast wschodzącego słońca ujrzała oczy, te same kształtne, pełne złotego blasku ślepia, które widziała na twarzy świętego Urbana. Drgnęła z przerażenia i strąciła kubek z naparem, który brzdęknął głucho o klepisko i rozlał się na sitowie. Gdy Anna podniosła wzrok, wśród słomianych laleczek i powiązanych ptasich piór nie było choćby śladu po obcym człowieku. Dziewczyna czuła wrzątek wsiąkający szybko w jej miękkie pantofle. Dotkliwy ból rozchodził się po palcach stóp, ale ona nie ośmieliła się poruszyć.

Jej wzrok padł na wianek, który kołysał się nieznacznie, jakby chwilę temu coś go potrąciło… a może to zbłąkany podmuch wiatru wpadł przez rozchylone okiennice? Wianek był z chabrów, maków i rumianków, niebieski, czerwony i biały, a kwiaty świeże, jakby zebrane chwilę temu. Ich płatki poruszały się, podając sobie drobne kropelki rosy, prężąc się i na powrót zwijając do środka. Anna zdała sobie sprawę, że wstrzymuje oddech.

– Kto to był? – zmusiła się, by zapytać. – Kliche, co…

Ale stara nie siedziała już na progu. Anna, zdumiona, rozejrzała się po pustej chacie. Świece drżały, przelęknione, pokryte szronem zioła skuliły się z zimna. Zastawa zniknęła. Pozostała tylko łyżka, wbita w drewniany blat z taką siłą, że rękojeść wygięto, a z czubka wypadła perła. Anna poczuła nagły chłód, który zmroził jej nagle usta. Uniosła rękę, żeby wykonać znak krzyża, ale coś ją zatrzymało, jakby samo zimno zabroniło jej wezwać Boga.

– Puść mnie… – wyszeptała. – Nic nie powiem… Przyrzekam…

Czekała z zaciśniętymi mocno powiekami. Usłyszała śmiech, cichy chichot. Rozszedł się spokojnie po suficie i podłodze, okadzając pomieszczenie. Anna słyszała myszy rozdrapujące w przerażeniu ściany. Kiedy zimno ustąpiło, upadła na kolana.

Wypadła z chaty znachorki, biegnąc tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu, rozpluskując stojące w kałużach błoto i depcząc grządki, nie patrząc się za siebie w obawie przed przenikliwym wzrokiem złotych oczu i wiankiem z żywych kwiatów, które pulsowały w rytm cichego chichotu.

 

*

 

Szykowało się czuwanie. Za starego Sigimunda i jego pięcioro dzieci, za źrebięta i jagniątka, świeżo zebrane wino. I za Kliche, którą z zachodem słońca pojmali ludzie starosty. Podobno pochwycili ją, kiedy biegła skrajem rzeczki, w koszuli opadłej do pasa, z rozwianymi siwymi włosami. Wedle słów nosiwody żołdacy musieli ściągnąć ją sznurami ze zbocza Mausebergu, kiedy wspinała się na wzgórze na czworakach, jak zwierzę. Gdy ją krępowali, wierzgała, drąc się wniebogłosy nienawistnym, nieludzkim głosem.

– Módlcie się do świętego Urbana, który przywróci spokój i urodzaj, który odbuduje szkody – mówili żołdacy, krzątając się wokół szczątków karczmy. – Ktokolwiek poskąpi Bogu swej modlitwy, będzie współwinny tej zbrodni. Żałujcie gorliwie, a będzie wam wybaczone.

I wieś usłuchała, milcząca ze strachu, ludzie skuleni za zawartymi drzwiami, obawiając się choćby wyjrzeć przez okna. Lecz gdy żołdacy wrócili do miasta, brat zmarłego w płomieniach Sigimunda, Polke, zapukał do domu Anny.

– Idziemy kadzić groby – rzekł surowym głosem, kiedy Anna zebrała się na odwagę, by uchylić drzwi. – Bóg dostał swoje prośby, ale duchy też trzeba przebłagać.

– Przecież starosta zakazał chodzić na pole – odpowiedziała cicho dziewczyna. – Strach teraz zioła palić, jak Kliche. Diabła wabić…

– Palimy, by go przegnać, nie żeby wabić! A o Kliche ani słowa. To ona to nieszczęście sprowadziła.

– Jak to? – Anna wyjrzała, żeby upewnić się, że Polke jest sam. – To już wiecie? Znaczy… To na pewno ona, nikt inny?

– Ludzie starosty ją w obrót wzięli, to i mówić zaczęła. Ladenskron dostanie, czego chce. Stara podłożyła ogień i pokradła, co jej w ręce wpadło. Ją winić trzeba. Wykląć. Przepędzić. Jej chatę z ziemią zrównać.

– Polke, co ty mówisz? – Anna nawet nie spostrzegła, kiedy zupełnie otworzyła drzwi. Stanęła naprzeciwko rosłego, brodatego mężczyzny, wpatrując się w niego w osłupieniu. – Kliche? Taka słaba, niedołężna? Przecież jej Hansel musiał wodę ze studni przynosić, a jak chora legła, to i kocem okryć…

– Czy ty ją bronisz, Anno? Bronisz morderczyni? Może i ty jej w tym pomogłaś, hę?

– Nie, ja nie…

Wykrzywił twarz.

– Więc chodź. Będzie nas niedużo. Helenka przyszykowała nam wianki. Z chabru, maku i…

– …rumianku. – Anna znieruchomiała. Złapała się ościeżnicy, żeby nie upaść.

Polke zmrużył oczy.

– Blada jesteś. Co ci?

– Nic, Polke. Już idę. Przebiorę się i przyjdę.

Zamknęła drzwi, nim Polke zdążył odpowiedzieć, natychmiast przywierając do nich plecami. Po chwili po drugiej stronie rozległy się kroki. Anna ukryła twarz w dłoniach. Ogarnął ją strach, nagły jak letni zmierzch. Co takiego powiedziała Kliche ludziom starosty? Co usłyszał od niej Ladenskron? Anna wiedziała, jak mściwym człowiekiem był starosta. Dotychczas nie mieszał się w sprawy wieśniaków, co jakiś czas upewniając się jedynie, czy modlą się do właściwego Boga, ale sprawy guseł i przesądów zostawił pomiędzy nagrobnymi kamieniami ich przodków. "Teraz to się zmieni", zdała sobie sprawę Anna. Dlaczego rozmawiała wtedy ze znachorką? Czy ktoś widział, jak od niej uciekała? O kim mówiła starucha, wskazując na wianek? Dziewczyna nie mogła tego znieść. Musiała iść, dołączyć do Polke, nim ktoś zacznie coś podejrzewać. Zarzuciła na ramiona gruby wełniany płaszcz, zapięła go pospiesznie święconą w Wielkanoc broszą z krzyżem i weszła w pejzaż purpurowo-złotego wieczoru.

Idąc na pole, łatwo było pobłądzić, nazbyt ufając szlakowi wysokiego bukszpanu, ale Anna znała dobrze dróżkę prowadzącą pomiędzy Mysie Kamienie. Koło wydrążonego pnia jesionu, przez maliny, a potem srebrzystymi głazami na wschód. Z oddali usłyszała głosy tych, którzy dotarli tutaj przed nią, lecz przez chwilę wydawało jej się, że coś szepnęło tuż obok jej ucha.

– Anno.

Przerośnięty czarny bez szumiał niespokojnie, a paproć wtórowała mu swoim cichym, melodyjnym głosem. Echo zmieniało kierunek, ciskane przez wiatr między krzaki. Coś wyłoniło się spod niższych gałęzi, czerwony, przysadzisty stwór, który runął na Annę gwałtownym susem.

– Aniu, Aniu! – zawołał dziecięcy głosik, a potworem okazała się być córeczka Polke, Helenka, owinięta w czerwony płaszczyk. Wyciągnęła w górę piąstkę zaciśniętą na powiązanych kwiatach. – Wianki mam! No, weź!

Anna podniosła go niepewnie. Był spleciony z chabrów, maków i rumianków, tych samych kwiatów, które widziała u Kliche, stróży prostych ludzi. Ten wianek miał oklapłe płatki i nie było w nim ani trochę życia. Oddechu, które złociste oczy zawieszone w półmroku tchnęły jakąś niezwykłą magią między kwiaty.

– Śliczny – odparła, siląc się na uśmiech. Ulegając oczekującemu wzrokowi dziecka, ostrożnie wsunęła wianek na głowę. Poczuła nagłe zimno, ale spłynęło jej po karku i ramionach. – Chodź, idziemy do taty.

– Do duszków – poprawiła ją uparcie Helenka. – Idziemy pasać duszki i karmić nimi krówki.

– Helenka, nie wygłupiaj się. Stała się straszna rzecz. W nocy…

– Spłonęły cielaczki, spłonęły dziateczki. – Helenka obróciła się w tanecznym pląsie, ciągnąc ją między bez. – W płomieniach na wieki się smażą duszeczki.

– Co…

Dziewczynka łypnęła na nią z niezadowoleniem, zła, że Anna przerwała jej piosenkę.

– Helenka! Anna!

Porośnięty przez cierniste jeżyny płotek wychodził prosto na polanę, gdzie zgromadził się tłum. Gęsto otoczone bzem Mysie Kamienie pozostawały skryte przed wzrokiem niewłaściwych oczu. Helenka wyrwała się Annie i pobiegła w dół pagórka, ku wyczekującego jej Polke. Płaszczyk powiewał za nią krwistą czerwienią, a wianek lśnił, jakby pokryty rosą. Polke porwał córkę z ziemi, a przez jedną chwilę jego zasnuta żałobą twarz rozjaśniła się nieco, markotne oczy zamigotały. Choć uśmiechnął się do dziecka, grymas spełzł z jego ust, kiedy podszedł do Anny.

– Zaczynamy – oznajmił krótko. – Mamy miód i gorczycę, a stare już palą zioła. Trzeba rzucić ziarna w skopaną ziemię.

Anna nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Jej matka oduczała córkę tych przesądów, używając rzemienia i głodu, ale dusza wsi zawsze należała do dawnej wiary, jakkolwiek hardo usiłowano jej tego pozbawić. Czuła się rozdarta między dwoma światami. W końcu zdobyła się, żeby spojrzeć na polanę.

– Przecież oni nie tutaj pogrzebani… Polke, z nich nic nie…

– Ani słowa! Dusze przyjdą, same obaczą. Co z tego, czy proch w ziemi?

– Wybacz. – Anna przygryzła wargę. – Pójdę pomóc.

– Nie. – Brodaty mężczyzna chwycił ją za ramię, w to samo miejsce, gdzie wcześniej złapała Annę stara Kliche. Dziewczyna wzdrygnęła się, ale nic nie powiedziała. Polke obserwował ją uważnie. – Weźmiesz koszyk i rozdasz wianki. Nie chcę, żeby dziecko biegało między skropionymi kamieniami.

– Po co wianki? – Anna pożałowała, że tu przyszła. – Znak krzyża przegania złe moce, nie kwiaty.

– Możesz iść, jeśli ci wadzą.

Jego spojrzenie, rozeźlone i srogie, przypominające świeżo rozdrapane rany, i jej, wystraszone i smutne, wyczekujące czegoś złego.

– Nie wadzą mi. Jak mówisz, tak będzie. Przykro mi, Polke.

– Na co mi twoja przykrość? To sprawiedliwości potrzebuję.

"Kwiaty ci w tym nie pomogą", niemal powiedziała Anna. Wiedziała jednak, że na tak ogromny ból nie było żadnego ukojenia. Polke i wieś potrzebowali obrządku z palonych ziół, żeby odkupić winy. Taki był właśnie porządek świata.

Wianki czekały w głębokim koszyku plecionym z rudej wikliny. Wszystkie wyglądały tak samo, poprzeplatane kolory tworzące razem tarczę do obrony przed nieszczęściem. Mak, dla ochrony przed czarami, chaber, nagradzający skromnego człowieka, i rumianek, strzegący nawet śpiącego. Zło miałoby odstąpić, napotkawszy ich połączone siły. Gdy Anna chwyciła kosz, zdawało jej się, że dotknęła czegoś bardzo gorącego. Zacisnęła zęby. Podchodziła do ludzi, zmuszając się, żeby spojrzeć im w oczy. I oni wyglądali tak samo, wynędzniałe widma o napuchniętych od łez powiekach i ściągniętych brwiach. Nosili amulety, a niektóre starsze kobiety kurze łapki wplątane w gliniane symbole, sięgające starością zamierzchłego czasu ich własnych babć. W polu, gdzie wicher zagłuszał ludzkie słowa, wieśniacy nie szukali bogów, lecz wychodzili naprzeciw duchom i marom. Anna nie zaczynała z nikim rozmowy ani nie próbowała nikogo pocieszać. Uciszyliby ją tylko lub syknęli karcąco, by umilkła. Tu leżeli ich bliscy i tutaj pochowano pamięć o nich. A teraz nastał czas, żeby ich odwiedzić.

– Przybądźcie, przybądźcie, do stołu zasiądźcie, mchem zastawionego, kwiatami malowanego!

Anna stała, słuchając cichego śpiewu kobiet, obserwując, jak Polke wrzuca w ogień kosmyk swoich włosów. Śledząc dym, zwróciła uwagę na inną postać, stojącą w pewnej odległości od reszty. Człowiek ten tkwił w bezruchu na skraju starych wierzb, zdając się z oddali podziwiać ognie. Anna zauważyła, że nie nosi wianka. Podejrzewając, że przeoczyła go, rozdając kwiaty, dźwignęła kosz i ruszyła w jego kierunku.

Wtem nieznajomy drgnął nagle i wszedł niespiesznie między drzewa.

Dziewczyna wiedziała, że Polke będzie zły, jeśli nie obdarowała któregoś z gości obronnym wiankiem. Przyspieszyła kroku. Zawołałaby go, gdyby tylko wiedziała, kim był.

Zagłębiła się między wierzby, czując ich zwiewny dotyk, ostrożnie stawiając stopy na grząskiej ziemi pokrytej liśćmi. Przez grube jak warkocze gałęzie prześwitywał zawieszony między chmurami księżyc. Anna stanęła jak wryta, dostrzegając jego kształt.

"Oko", pomyślała, strwożona. "Złote oko".

Wpatrzona w niebo, poślizgnęła się, w jednej chwili straciła grunt pod nogami. Poczuła, że spada i puściła kosz, chcąc chwycić się drzewa… a jej wyciągnięta ręka natrafiła na czyjś stanowczy uścisk, który spokojnie podźwignął ją w górę. Kosz upadł, rozsypując wianki pośród gęstego błota. Wodząc za nimi oczami, Anna dostrzegła buty, lśniące, czarne kozaczki, o wysokich obcasach i ładnych skórzanych cholewach.

Zobaczyła nad sobą młodzieńca. Był czarnowłosy, o bladej skórze i kształtnych, uśmiechniętych ustach. Pochylał się nad nią, wyraźnie zatroskany. Wyglądał jak czeladnik sukiennika czy mistrza malarskiego, o skromnym, lecz zadbanym ubraniu. Sięgnął między dryfujące w błocie wianki i chwycił ten najokazalszy, delikatnie podrywając go z wody, jakby był rannym zwierzęciem. Obrócił go z zainteresowaniem.

– Martwe kwiaty – powiedział cicho. Jego głos był dźwięczny i łagodny. – Ludzie oczekują, że martwe kwiaty uchronią ich od zła. Wybacz – dodał, wciąż nie patrząc na Annę, gładząc oklapły wianek długimi, białymi palcami. – Nie spodziewałem się, że księżyc cię wystraszy.

– To nie księżyca się boję. – Anna prędko podniosła koszyk. Chciała obejrzeć się w stronę polany, ale nie mogła się na to zdobyć. Było tu bardzo zimno, jakby przyszły już zimowe mrozy. – Kim jesteś? Nigdy wcześniej cię nie widziałam.

– Czy jesteś tego pewna?

To pytanie przeszyło Annę nieoczekiwaną trwogą, a w połączeniu z czystym echem głosu nieznajomego była w stanie uwierzyć we wszystkie koszmary. Dostrzegła aurę z kryształowego mrozu, która otaczała obcego jak utkany ze szronu płaszcz.

– Nie jesteś stąd. Podglądałeś nas? Chcesz donieść staroście?

– A czy robiliście coś złego, żebym miał powód komukolwiek donosić? – Młodzieniec uśmiechnął się niewinnie. Jego wysokie kości policzkowe były równocześnie drapieżne i kruche. – Czy palenie ognisk jest surowo karane przez pana tych ziem, Anno?

– Nie, ogniska… Skąd znasz…

– Imię? Twoje imię? Krzyk to zdradził. Krzyk zamęczonej na kole starej kobiety.

Annie przychodziła do głowy tylko jedna kobieta.

– Kliche.

– Imiona zwiędniętych kwiatów. – Gdy cofnął palce, ociekający błotem wianek był pełen życia, miał rozwinięte, soczyste płatki, a kwiaty pachnące tak słodko, że Annie zakręciło się w głowie. – Kliche krzyczy, a ja słucham. Będzie krzyczeć całą noc, a rano… Czy nie słyszysz, jak cierpi? Wołała cię, kiedy szłaś śladem czarnego bzu. Mogłaś jej usłuchać, ale tego nie zrobiłaś.

Zręcznym ruchem obrócił wianek w dłoniach i nasunął na czubek głowy, gdzie plecionka wygodnie umościła się na miękkich kosmykach jego czarnych włosów. Kwiaty, które miały chronić przed złem, szeroko rozwarły korony, mieniąc się kolorami. Oczy nieznajomego skradły nieco tego blasku, spiły lśniącą rosę. Rozjarzone, zdradziły złocistą głębię, która w nich czyhała.

Anna nie wiedziała, co czynić.

– Jesteś…

– Jestem Merten – przedstawił się ciepło młodzieniec, nie przestając się uśmiechać. – Przecież wiesz.

Anna zdała sobie sprawę, że to była prawda. Wyczytała to z jego spojrzenia, od którego nie potrafiła oderwać wzroku.

– Słyszę ją – uświadomiła sobie. Coś kłębiło się wokół niej. – Słyszę. O na Boga, ona…

– Tam, gdzie jest Kliche, nie ma boga. Nie przyjdzie jej z pomocą. Nie pomoże i tobie, jeśli iskra jej stosu spadnie pod twoje nogi.

– Stosu?

– Mówisz, że pan tej ziemi nie jest surowy, lecz łamie kołem stare zielarki i pali je żywcem na wzgórzach, by świat dobrze widział dym. Iskry łatwo wzbijają się w powietrze. Równie szybko opadają w dół. Lgną do tych, których wskazuje ostatnia wola umierającego.

– Nie. – Anna cofnęła się o krok, gotowa uciekać, krzyczeć i błagać o ratunek. – Nie, ja przecież… Niczego nie zrobiłam. Nie mam nic wspólnego z pożarem. Kliche nie może winić mnie… W imię Ojca…

Merten obserwował cierpliwie, jak Anna wykonuje Znak Krzyża, choć w jego oczach kryło się lekkie zdziwienie, że poświęca czas na tak próżne gesty.

– Czy nie rozumiesz? – zapytał wyrozumiałym tonem. – Z jutrzejszym świtaniem z Mausebergu spłynie smoła. Chrust i siano wypiją ją łapczywie. Kliche zbudziła ogień, więc teraz płonie, póki nie zgaśnie. Pamiętaj, człowiecze…

– …że cię nie długo na świecie. – Dziewczyna poczuła się zupełnie bezradna. – Proszę, musisz mi pomóc.

Patrzył ponad jej ramieniem na przebłyski ogników płonących na polanie. Jego oczy pochłaniały ten widok z najwyższą uwagą. Słychać było flet i bębenki, rytmiczne kroki wielu stóp. To musiał być taniec życia, pożegnanie duchów chwilą beztroskiej zabawy. Merten nasłuchiwał przez chwilę.

– Zatańczysz ze mną, Anno? – spytał nagle.

Nie rozumiała.

– Tam są ludzie… Oni nie zrozumieją…

– Oni? To ciebie proszę. Spełnię twoje życzenie, jeśli się zgodzisz.

– Chcesz tańczyć? Przecież jesteś…

Młodzieniec wyciągnął do niej dłoń, dobroduszny i uprzejmy.

– Jestem chabrem. Jestem makiem. Jestem rumiankiem.

Ujęła jego rękę. Nie poczuła zupełnie nic, tylko podmuch wiatru musnął czubek jej dłoni. Niepewna, spojrzała za siebie. Pod wierzbami, gdzie rozciągały się kałuże z błota i spadłych liści, zieleniła się teraz trawa. Między jej kępami rosły kwiaty, niebieskie, czerwone i białe.

Kiedy wrócili na polanę, nikt nie zwrócił na nich uwagi, jakby wcale nie istnieli, lub jakby tańczących zupełnie pochłonęła muzyka. Oddani jej bezmiernie, wirowali i podskakiwali, a ich rumiane policzki kipiały od gorączki, która toczyła ich wszystkich. Anna słyszała przyspieszone oddechy, dyszące w wysiłku. Widziała groteskowe uśmiechy, przyczepione do wysuszonych twarzy, które napięte w jakimś okrutnym przymusie trzymały na ludzkich obliczach zadowolenie. Nogi tupały w jednym rytmie, dłonie klaskały o siebie w tej samej chwili. Anna czuła się tak, jakby szła we śnie, przez jeden ze swoich dziecięcych koszmarów, gdzie mgła przybierała kształt tylko w chwili, kiedy skupiło się na niej wzrok. Przerażona, słuchała muzyki, i choć dźwięki wydawały jej się znajome, towarzyszyło im dziwne, chichoczące echo, które naigrawało się z nieudolnych tancerzy, zmuszając ich, żeby tańczyli coraz szybciej i szybciej.

Merten ujął Annę w tali i stanowczo wyprostował jej rękę. Skoczyli w lewo, potem w prawo, obcasy chłopaka mistrzowsko uderzyły o siebie. Wszędzie wokół plątały się kształty. Anna zobaczyła przerażenie w oczach mijających ją ludzi, ślinę cieknącą z wykrzywionych ust, krew skapującą strużkami z poczerwieniałych z wysiłku uszu.

– Mertenie, przestań.

Ale on uśmiechnął się jeszcze szerzej i obrócił ją wokół własnej osi, raz, drugi, trzeci. Oczy zaszły jej piekącą mgłą, w uszach zabrzmiał czyjś krzyk.

– Zostaw. Nie krzywdź ich. Przestań.

Nie przestawał. Rozmyty cień jego twarzy przybrał odrażającą postać, przystojne oblicze czarnowłosego młodzieńca rozpadło się jak dynia roztrzaskana toporem, a tryskające z jej środka nasiona ułożyły razem rogatą, szkaradną czaszkę o ziejących złocistymi płomieniami ślepiach… tych samych, które Anna widziała w płonącej karczmie. Usłyszała krzyk Kliche, tak głośny, jakby staruszka wrzeszczała z bólu prosto do jej uszu, rozdzierające, okropne wycie kogoś, kto umiera w męczarniach. Było zupełnie tak, jakby to Anna zadawała jej cierpienie.

– Annooooooo! Płooooooń! Płoooooń!

– Dość! – krzyknęła głośno Anna, zakrywając rękami uszy. Wianek spadł z jej głowy.

I wtem wszystko ustało. Anna patrzyła prosto na Mertena, który stał, z opuszczonymi rękami i nieruchomą, chłodną twarzą, na powrót należącą do czarnowłosego młodzieńca. Świat wokół nich stężał i zwolnił, sylwetki tańczących brnęły przez mgłę, walczące daremnie z lepką melasą, rozrywając palcami przypominające pajęczyny obłoki zastygłego czasu.

– Co zrobiłeś? – spytała Anna, oddychając szybko. – Co to wszystko znaczy?

Skłonił się dwornie.

– Było mi bardzo miło tańczyć z tobą. Przyjemnościom należy się odwdzięczać, bo inaczej będą tylko pustymi igraszkami.

Anna pojęła, że czekał na jej słowa. Strach wrócił ze zdwojoną siłą.

– Kliche nie może powiedzieć, że wtedy u niej byłam. Nie może wydać mnie ludziom starosty. Jeśli tu przyjdą… Jeżeli… – Potrząsnęła głową. – Proszę, niech tamten dzień wcale się nie wydarzy.

– Czas można zwolnić, przyspieszyć, ale nigdy odwrócić.

– Nie chcę płonąć na stosie. Obiecaj mi.

Na to czekał, na jedno życzenie. Nachylił się ku niej, tak blisko, że ujrzała łgarskie błyski w jego gołębich oczach. Jak szklisty lód, krył pod sobą grozę. Jeden niewłaściwy ruch i mroźna woda pogrzebie najśmielszego z ludzi.

Jednak czarnowłosy młodzieniec nie był człowiekiem. Byłby częścią jej snu, gdyby tylko śniła.

– Obiecuję – odparł cicho.

Nim głos umilkł, Anna była sama. Stała nad kwadratową skałą jednego z Mysich Kamieni, a na świeżo skopanej ziemi pod nim leżał wianek z pachnących kwiatów. Kolory były tak żywe w porównaniu do lepkich grud popiołu i błota.

– Anno.

Minęła chwila, zanim dziewczyna rozpoznała głos. To był Polke. Stał za nią, jakby obawiał się zbliżyć.

– Stoisz tak całą noc – podjął po chwili wahania. – Anno, słyszysz mnie? Obrządek dokonany, wszystko już zgasło. Dusze posłuchały i poszły. Nie ma na co czekać. A tam, na wzgórzu…

– Co takiego? – Anna obróciła się akurat na czas, żeby zobaczyć zdumienie na twarzy mężczyzny. Policzki Polke były szare od sadzy, a we włosach miał samotny czerwony płatek. – Polke, co się dzieje na wzgórzu?

– Nie wesz? Płonie ogień. Ladenskron pali czarownicę.

Anna zobaczyła pióropusz dymu ponad laskiem, podobny do tego, który znaczył niebo nocą pożaru w karczmie, jednak ten ciągnął się, przeganiając chmury płonącym biczem rozwiniętym nad wzgórzem, na szczycie którego majaczyły płomienie. Były wysokie jak topole. Anna słyszała, jak wybijają rytm, co rusz okładając mroźne powietrze podmuchami żaru.

Rozległ się krzyk, przepełniony tak wielkim bólem, że nic nie było w stanie go stłumić. Echo przemknęło grzywami owsa i żyta, znieruchomiałego z trwogi.

– Kliche. – Anna zapragnęła uderzyć Polke. Mężczyzna spuścił oczy przed gniewem w jej głosie. – Palą zielarkę, którą znałeś całe życie. Która uratowała ci córkę przed gorączką, wyciągała źle ułożone cielaki.

– Palą wiedźmę! Na Boga, Anno! Nie możemy nic zrobić. Jest winna i ponosi odpowiednią karę. – Natychmiast zamilkł. – To okrutne, ale Ladenskron ma prawo…

– Po co tu przyszedłeś, skoro możesz stać tam i patrzeć, jak smażą wiedźmę?

– Martwiłem się… o ciebie.

– Nie chcę twojego zmartwienia, jak i ty nie chciałeś mojego.

Jego strudzone, spuchnięte oczy błądziły po Mysich Kamieniach, usiłując znaleźć odpowiednie słowa wśród rozsypanego popiołu.

– Zabiła mi brata. Zabiła dzieci.

– Nie – odrzekła szeptem Anna. – Nie ona.

– Jeśli nie ona, to kto?

Zapragnęła mu wszystko wyznać, opowiedzieć o złotych ślepiach, które ujrzała w płonącej karczmie i czarnowłosym młodzieńcu, który czekał na nią pod wierzbami. Nagle przypomniała sobie nienawiść w głosie Polke, kiedy mówił o winie Kliche. Zacisnęła usta.

– Wszyscy jesteśmy winni – odpowiedziała ozięble. – Sprowadziliśmy na siebie jego gniew.

– Jego? – Polke uniósł dłoń, żeby się przeżegnać. – Boga?

Anna zapomniała o Bogu. Spostrzegła, że zgubiła swoją broszkę, starą pamiątkę po zmarłej matce. To była gorliwa, posłuszna kobieta, która każdą wolną chwilę poświęcała na żal za grzechy, jeśli nie swoje, to całego bezecnego świata.

– Tutaj nie ma Boga, Polke – powtórzyła to, co powiedział jej Merten. – Pamiętaj, człowiecze.

Wręczyła mężczyźnie zupełnie uschnięty wianek z polnych kwiatów i zeszła z polany, by wrócić do wsi szlakiem czarnego bzu.

 

*

 

W katedrze świętej Jadwigi wyły dzwony, ich donośne, ogłuszające głosy wybijały Annie rytm ucieczki. Nigdy wcześniej nie były tak głośne. Nienawidziły jej, usiłowały przepędzić, przeklinały nienawistnym śpiewem, nakazując pościgowi pojmać ją i osądzić.

Anna wiedziała, że sąd będzie niesprawiedliwy. Starosta Ladenskron był zawzięty jak myśliwski ogar, a wsparty przez kościół pozostawał niepowstrzymany, gotów rozgrzanymi do czerwoności narzędziami kuć przykład dla grzeszących ludzi. Od czasu śmierci w płomieniach wiejskiej znachorki, Ladenskron tropił czarownice bez ustanku. Pojmał już dwie. Jedna spłonęła wczoraj, druga miała dokonać żywota wraz z dzisiejszym zmierzchem. Akuszerka i córka grabarza, dwie błagające o łaskę kobiety, których płaczu nikt nie wysłuchał. Ladenskron szukał także mężczyzny, młodego chłopaka, posługującego się imieniem Martin, Mertin lub Marcin, zależy, kogo o niego spytano. I on, i Anna, jako jedyni wciąż pozostawali ukryci.

Aż do teraz.

– Vade retro Satana! – rozbrzmiewały głosy recytujące jedne słowa, głośno i wyraźnie, jakby czystość śpiewu decydowała o skuteczności ich modlitwy. – Crux Sacra sit mihi lux! – Tętent kopyt i syk pędzących pochodni wzmacniały ich zawziętość, a wczesny śnieg schodził im z drogi. – Święty Michale Archaniele, pogromco Lucyfera! Któż jak Bóg!

Mógł im towarzyszyć Bóg, ten sam, w którego dawniej wierzyła Anna, ale ona sama miała za sojusznika jedynie las, którego drzewa zdawały się biec u jej boku. Rumieńce pokrywały twarz i szyję, z ust biły gęste obłoki pary, a wargi miała spierzchnięte i krwawiące. Suknia, porozrywana na cierniach, strzępiła się pasmami tkaniny wokół chudego ciała. Włosy miała pozlepiane od błota, mazi i zaschniętej posoki. Na palcach brakowało jej paznokci, a na stopach butów. Gdy upadła na śliskim kamieniu, rozbiła kolanem warstwę lodu zamarzniętej kałuży.

Czuła, jak dudni ziemia. Zapach kadzideł rozchodził się po lesie, święty dym, który przywiedli ze sobą jeźdźcy. Wiotkie drzewka szumiały niespokojnie, a buroszare niebo skryło przed nią wszelkie gwiazdy. Poczuła obezwładniający ją ból. Kiedy przychodził, za każdym razem był silniejszy, a swąd palonego ciała stawał się niemal gorszy od krzyku, który wypełniał jej wtedy uszy.

Jednak tym razem usłyszała zasmucony, pełen współczucia szept.

– Anno.

Zdawało jej się, że klęczy w krwi, która wsiąkała powoli w jej ubranie, zniszczone długim pobytem w jesiennym lesie. Patrzyła na swoje okaleczone dłonie, poparzone od cudzego cierpienia, o powykręcanych, obdartych ze skóry palcach.

– Anno, co czynisz?

– Nie mogę – odpowiedziała. Zęby obijały jej się o siebie z zimna, chociaż żar był nie do wytrzymania. – Nie potrafię dłużej tego znieść.

– Znieść czego? – spytał uprzejmie głos, który okazał się być człowiekiem, w zatroskaniu przykucniętym nad Anną. – Słyszysz ich? Są tuż, tuż. Chcą zapędzić cię na Mauseberg.

Na Mausebergu ginęły czarownice, a Anna dzieliła niedolę z każdą z nich. To ją wyniszczało, powoli jak skażona krew. Dni spędzała z oślepiającym, uszytywniającym ciało bólem, zagryzając język i czołgając się wśród spadłych liści, parząc napary i jęcząc, żeby choć odrobinę ulżyć cierpieniom. Bycza krew pomagała, lecz nie na długo. Maść z nieochrzczonego dziecka również zawodziła. Noce były pełne krzyku i smrodu, smaku smoły i siarki. Inne, podobne do niej kobiety przychodziły do niej, nagie i białe, o długich włosach spływających po łopatkach aż do pośladków. Ich połączone głosy zagłuszały wrzaski płonącej na stosie Kliche.

– Oddasz się im? – nie ustępował głos, karcący i rozczarowany. – Wiesz, co z tobą zrobią. Kto ich powstrzyma, jeśli zapragną wziąć cię siłą, tutaj, na śniegu? Powyrywać włosy albo zęby, żeby posłuchać twojego krzyku?

– A więc ich zatrzymaj. – Nic więcej jej nie zostało. – Wiem, że potrafisz. Zwiedź ich w bagno. Połam karki koniom, wskaż wygłodniałym ogarom gardła swoich panów. Niech wychłepczą posokę, a potem pozagryzają się nawzajem.

Nim jeszcze skończyła mówić, wiedziała, że jej nie pomoże.

– Dlaczego miałbym to robić?

Widziała jego cień w odłamkach skruszonego lodu, rozmytą twarz, odbijającą się ciemnymi plamami w pęknięciach.

– Robiłam, co kazałeś. Nie opuszczaj mnie. – Zimno zdusiło jej oddech w piersi. – Zioła, ognie, kości… Bydło, ludzie… Ich krew… To wszystko…

– Każda kropla dawała ci jeden swobodny oddech. Ale krew już wyschła. Czy nie wiesz, że ogień pije krew?

Anna odjęła ręce od twarzy. Były blade i kościste, trupie. Unosząc wzrok, dostrzegła ruch między drzewami. Ogniki prześlizgiwały się w pośród gałęzi, końskie grzywy furkotały na wietrze. W oddali majaczyło pole, o ziemi pokrytej śniegiem w kształt długich pociągnięć pędzla, a nad nim, ślący czujne spojrzenie, stał księżyc, owinięty w purpurowo-pomarańczowy płaszcz z chmur. Ten widok był tak piękny, że po twarzy Anny popłynęły łzy.

 

*

 

Wiedziała, że poprzedzi jej koniec i pojawił się, jakby ściągnęła go tutaj jedyna spokojna myśl.

Wyglądała przez więzienne okienko, patrząc na Mauseberg i obserwując, jak odległe sylwetki składają na podeście drewno, chrust i słomę, kiedy poczuła, że ktoś stoi obok niej.

Ujrzała go takim, jaki pojawił się, kiedy po raz pierwszy się spotkali. Czy była to psota jej oczu, czy też zdecydował się na to sam, chcąc przywołać choć odrobinę beztroski przeszłości. Anna nie znała prawdy. Wyglądał jak czeladnik, podobny do młodych sukienników, którzy uśmiechali się do niej, kiedy odwiedzała czasami miejski rynek. Smukły czarnowłosy młodzieniec o przystojnej twarzy i łagodnych oczach. Znalazła w nich odwagę, żeby pogodzić się z tym, co miało nastąpić.

– Mertenie…

Objął ją, tak delikatnie i czule, że niemal uwierzyła w jego przygnębienie. Jakby był prawdziwym człowiekiem… lecz wciąż nie wyzwolicielem, nie wybawcą.

Był jej katem, którego nie potrafiła nienawidzić.

– Och, Anno – rzekł, pełen żalu. – Co oni ci zrobili?

Czuła się staro. Zdążyła przywyknąć do brudu, zmęczenia i bólu, ale starość ukłuła ją boleśnie w serce, które wczesny mróz pokrył lodem.

– Jestem starą kobietą, Mertenie. Zabrałeś mi moje życie. Wszystkie lata, które mogłam przeżyć, gdybym ciebie nie spotkała. Bydlęca krew nie zwróciła mi własnej. Świece zgasły, a kwiaty uschły.

– W mojej dłoni kwiaty zawsze są żywe. Spójrz.

Na jego kolanach leżał wianek z polnych kwiatów, pachnący życiem i starannie spleciony, dorodny i piękny. Był niebieski, czerwony i biały. Anna uśmiechnęła się słabo. Zapragnęła go dotknąć, lecz obawiała się, że go skrzywdzi. Ostatnimi czasy potrafiła tylko niszczyć.

– Chaber, mak, rumianek.

Przechylił głowę. Czarne, bujne włosy opadały mu swobodnie na ramiona.

– Łza, krew, kość. Pamiętasz nasz taniec?

– Pamiętam – przyznała tęsknie. – Tańczyłeś z każdą?

– Nie. Tylko z tobą.

– Ludzie mnie nienawidzą. Będą szydzić i przeklinać, na wieki. Już nigdy nie zaznam spokoju. Nikt nie zapali dla mnie świecy, nie wspomni imienia.

Uspokoił ją mrugnięciem.

– Ludzie to tylko kwiaty, Anno. Bez mojego dotyku uschną. Ja wybieram sobie tylko najpiękniejsze, żeby dowiodły przede mną swojego uroku.

– A ja, Mertenie? Co się stanie ze mną? Obiecałeś…

– Obiecałem. – Uniósł dłoń i ujął ją za policzek, pocięty od razów i fioletowy od sińców. Jego palce przyniosły ukojenie, oczy lśniły, wypełnione usypiającym spokojem. – Ja tylko zbieram kwiaty.

Anna była wolna od strachu. Poczuła się tak, jakby porzuciła ludzkie ciało. Lekkość wypełniła jej pierś.

– Czy to już? – spytała cicho.

– Tak.

Spod bladych knykci rozlała się purpura. Szyja dziewczyny zwiotczała, szczęka opadła, kości chrząstnęły. Anna westchnęła, osuwając się bezwładnie w ramiona młodzieńca. Zdążyła tylko dostrzec cień, który opuścił jego twarz, gdy przestał być przystojnym czeladnikiem sukiennika. Zrzucił czarne szaty, jakby zniknęły trzymające je szwy, skrępowane pazury wystrzeliły z okowów skórzanych butów.

Diabeł trzymał przez chwilę martwą staruszkę, pochłaniając uciekające z niej ciepło, smakując je niespiesznie i doceniając każdy jego łyk. A kiedy była już zupełnie zimna, ułożył ją ostrożnie na pozbawionej okrycia pryczy. Po chwili wahania zostawił obok niej wianek, o kwiatach pięknych jak w dzień zebrania.

Polny wianek z chabrów, maków i rumianków.

Koniec

Komentarze

Przeczytane. Ogólnie nie przepadam za tego typu opowiadaniami ale przeczytałem z dużą przyjemnością. Historia ciekawa i zręcznie napisana. Stylistycznie pięknie. Gdzieś mi jakiś niepotrzebny przecinek zamigotał ale summa summarum – brawo!

OK, do konkursu.

A czy w 1663 to nie było księstwo w unii z Brandenburgią, zwane jako Brandenburgia-Prusy? Tak czy siak – kraj do wzięcia.

Babska logika rządzi!

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

najbardziej szczodre

najszczodrzejsze

 

ojca jej urodzaju. Jego twarz, dotychczas dobrotliwa i wyrozumiała, była teraz otoczona wieńcem z wirującego popiołu. Rumieńce przeżarły policzki, zostawiając czarne dziury, broda skurczyła się jak pajęczyna muśnięta pochodnią. Oblicze świętego wykrzywiło się, przymykając jego powieki i przywołując na jego wargi grymas ogromnego cierpienia.

jej ciężkie, zawoalowane szaty zwisały z jej ramion niczym brudne futra

wybijały Annie rytm jej ucieczki. Nigdy wcześniej nie były tak głośne. Nienawidziły jej

Wiedziała, że on poprzedzi jej koniec i pojawił się, jakby ściągnęła go tutaj jedyna jej spokojna myśl.

zaimkoza

 

 

Słyszałam, że lepiej nie wysyłać na Fantazje Zielonogórskie tekstów o czarownicach, bo jurorzy mają ich już serdecznie dosyć ;)

Znasz tekst Werweny “Jabłoń zakwita, gdy zderzają się puchary”? Warto się zapoznać, kawałek fajnej lektury.

 

 

Przeczytałam.

Peter, serdeczne dzięki za tak miłe słowa. Finklo, Kam, również dziękuję. Co do Branderburgii to nie mam pojęcia, tutaj mowa głównie o śląskiej dzielnicy Prus, bo ten dokumencik z początku tyczy się ściśle tego obszaru. Zaimkozę wyleczę.

 

Żadne tam Fantazje, po prostu czytałam kiedyś o różnych imionach diabła i mnie zwiodło do zielonogórskich procesów czarownic. Uznałam, że kurde, ponure to jak cholera, warte jakiejś historii. I popełniłam to opowiadanie. Skoro Kam poleca Werwenę, to idę czytać ;)

No, ale jakie Królestwo, skoro Fryderyk ogłosił się królem dopiero w 1701? Wcześniej to było księstwo, które na naszych zawieruchach historycznych ugrało suwerenność.

A według Wiki w 1663 Księstwo Raciborskie (to tam się rozgrywa akcja?) było pod władzą naszych Wazów. Weź, ustal, gdzie i kiedy, póki jeszcze wszystkie okoliczne kraje są wolne.

Babska logika rządzi!

Co do Branderburgii to nie mam pojęcia, tutaj mowa głównie o śląskiej dzielnicy Prus

Prusy zajęły Śląsk dopiero w XVIII wieku. W 1663 mamy dwa państwa połączone unią personalną: Elektorat Brandenburgii i Prusy Książęce.

Okej, czyli Branderburgia-Prusy.

Uff, problem z głowy.

Babska logika rządzi!

Historia niezwykle mroczna, przesycona klimatem czarów, zabobonów, odczyniania uroków, z diabłem w tle i czarownicami płonącymi na stosach. Niby nic nowego pod słońcem, ale rzecz została opisana w sposób pozwalający przenieść się w dawne czasy i niejako uczestniczyć w tych okropnych wydarzeniach.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Karcz­ma pło­nę­ła ogniem go­re­ją­cym tak jasno, jakby pod­sy­cał go sam dia­beł. –> Płonąćgorzeć to synonimy.

Może wystarczy Karcz­ma pło­nę­ła/ gorzała ogniem tak jasnym, jakby pod­sy­cał go sam dia­beł.

 

Ob­li­cze świę­te­go wy­krzy­wi­ło się, przy­my­ka­jąc jego po­wie­ki i przy­wo­łu­jąc na jego wargi gry­mas ogrom­ne­go cier­pie­nia. –> Czy niezbędne są oba zaimki?

 

bruz­dy zmarsz­czek, głę­bo­kich jak wy­cię­te nożem bli­zny. –> Blizna to ślad po zagojonej się ranie. Blizny nie można wyciąć nożem.

 

bu­dzi­ły Annę w środ­ku nocy, po­zwi­ja­ną w po­ście­li i pła­czą­cą ze stra­chu. –> Myślę, że pozwijana była chyba pościel, no bo nie wiem, jak mogłaby pozwijać się Anna.

Proponuję: …bu­dzi­ły Annę w środ­ku nocy, skuloną w po­zwi­ja­nej po­ście­li i pła­czą­cą ze stra­chu.

 

pchnę­ła ją na krze­sło, po czym za­su­nę­ła go za­ma­szy­stym ru­chem. –> Krzesło jest rodzaju nijakiego, więc: …pchnę­ła ją na krze­sło, po czym za­su­nę­ła je za­ma­szy­stym ru­chem.

 

Stół od­ciął dziew­czy­nie drogę uciecz­ki. Był tak suto za­sta­wio­ny… –> Suto zastawiony stół, to stół na którym postawiono mnóstwo jedzenia, a na tym stole jedzenia nie ma.

Proponuję: Stół od­ciął dziew­czy­nie drogę uciecz­ki. Był tak gęsto za­sta­wio­ny

 

duża cy­no­wa kon­wia do mleka… –> …duża cy­no­wa kon­ew do mleka

 

– "Pa­mię­taj, czło­wie­cze, że cię nie długo na świe­cie"… –> – "Pa­mię­taj, czło­wie­cze, że cię niedługo na świe­cie"

 

jej cięż­kie, za­wo­alo­wa­ne szaty zwi­sa­ły z jej ra­mion ni­czym brud­ne futra. –> Czy konieczne są oba zaimki? Co to znaczy, że szaty Klichy były zawoalowane?

 

Przy­ci­snę­ła krzy­we palce do twa­rzy. Wy­glą­da­ła, jakby miała za­miar się roz­pła­kać, ale ona tylko za­ci­snę­ła mocno ki­ku­ty zębów. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

ko­ły­sał się nie­znacz­nie, jakby chwi­lę temu go coś po­trą­ci­ło… –> …ko­ły­sał się nie­znacz­nie, jakby chwi­lę temu coś go po­trą­ci­ło

 

Wia­nek był z cha­brów, maków i ru­mian­ku… –> Wia­nek był z cha­brów, maków i ru­mian­ków

Zakładam, że w wianku był więcej niż jeden rumianek.

 

Anna ro­zej­rza­ła się w zdu­mie­niu po pu­stej cha­cie. –> Raczej: Anna, zdumiona, ro­zej­rza­ła się po pu­stej cha­cie.

 

Unio­sła rękę, żeby wy­ko­nać Znak Krzy­ża… –> Dlaczego wielkie litery?

Za SJP PWN: znak krzyża «w chrześcijaństwie: gest kreślenia krzyża na sobie lub na kimś albo nad kimś lub czymś»

 

osu­nę­ła się po bla­cie stołu, upa­da­jąc na ko­la­na. –> Jak mogła osunąć się po poziomym blacie?

 

nie oglą­da­jąc się za sie­bie… –> Masło maślane. Czy mogła oglądać się przed siebie?

Wystarczy: …nie oglą­da­jąc się… Lub: …nie patrząc za sie­bie

 

kiedy wspi­na­ła się na wzgó­rze na rę­kach i no­gach, jak zwie­rzę. –> A może: …kiedy wspi­na­ła się na wzgó­rze na czworakach, jak zwie­rzę.

 

spra­wy guseł i prze­są­dów zo­sta­wił po­mię­dzy na­grob­nym ka­mie­niom ich przod­ków. –> …spra­wy guseł i prze­są­dów zo­sta­wił pomię­dzy na­grob­nymi ka­mie­niami ich przod­ków.

 

po­bie­gła w dół pa­gór­ka, ku wy­cze­ku­ją­ce­go jej Polke. –> …po­bie­gła w dół pa­gór­ka, ku wy­cze­ku­ją­ce­mu jej Polke.

 

jak­kol­wiek hardo usi­ło­wa­no jej tego po­zba­wić. –> …jak­kol­wiek hardo usi­ło­wa­no tego po­zba­wić.

 

– Znak Krzy­ża prze­ga­nia złe moce, nie kwia­ty. –> – Znak krzy­ża prze­ga­nia złe moce, nie kwia­ty.

 

"Kwia­ty ci w tym nie po­mo­gą", nie­mal nie po­wie­dzia­ła Anna. –> "Kwia­ty ci w tym nie po­mo­gą", nie­mal po­wie­dzia­ła Anna.

 

Gdy Anna chwy­ci­ła za kosz… –> Gdy Anna chwy­ci­ła kosz

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Pod­cho­dzi­ła do ludzi, le­d­wie zmu­sza­jąc się, żeby spoj­rzeć im w oczy. –> Ledwie sugeruje, że właściwie nie musiała się zmuszać, że robiła to bez przykrości.

Pewnie miało być: Pod­cho­dzi­ła do ludzi, zmu­sza­jąc się, żeby spoj­rzeć im w oczy.

 

tutaj po­cho­wa­no pa­mięć po nich. –> …tutaj po­cho­wa­no pa­mięć o nich.

 

Przez grube jak war­ko­cze pną­cza prze­świ­ty­wał… –> Przez grube jak war­ko­cze gałęzie prze­świ­ty­wał

Wierzby nie są pnączami.

 

– Tam, gdzie jest Kli­che, nie ma boga. –> – Tam, gdzie jest Kli­che, nie ma Boga.

 

Rów­nie szyb­ko opa­da­ją w dół. –> Masło maślane. Czy coś może opadać w górę?

 

jak Anna wy­ko­nu­je Znak Krzy­ża… –> …jak Anna wy­ko­nu­je znak krzy­ża

 

chło­pak mi­strzow­sko ude­rzył ob­ca­sa­mi o sie­bie. –> Czy dobrze rozumiem, że chłopak uderzył się  obcasami?

Proponuję: …obcasy chło­paka mi­strzow­sko ude­rzyły o sie­bie.

 

w uszach zawył czyjś krzyk. –> Krzyk nie wyje.

 

roz­dzie­ra­ją­ce, bez­den­ne wycie kogoś… –> Na czym polega bezdenność wycia?

 

na świe­żo sko­pa­nej ziemi pod nim leżał wia­nek ze świe­żych, pach­ną­cych kwia­tów. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Anna zo­ba­czy­ła pió­ro­pusz dymu ponad la­skiem, po­dob­ny do tego, która zna­czy­ła niebo nocą po­ża­ru w karcz­mie, jed­nak ten cią­gnę­ła się… –> Piszesz o pióropuszu, a ten jest rodzaju męskiego, więc: Anna zo­ba­czy­ła pió­ro­pusz dymu ponad la­skiem, po­dob­ny do tego, który zna­czy­ł niebo w noc po­ża­ru w karcz­mie, jed­nak ten cią­gnął się

 

że echo nie było w sta­nie go stłu­mić. Echo prze­mknę­ło… –> Czy to celowe powtórzenie.

 

– Tutaj nie ma boga, Polke… –> – Tutaj nie ma Boga, Polke

 

Suk­nia, po­roz­ry­wa­na na cier­niach, strzę­pi­ła się pa­sma­mi tka­ni­ny wokół roz­wi­chrzo­nych wło­sów… –> W jaki sposób długa suknia mogła strzępić się wokół włosów?

 

bu­ro-sza­re niebo skry­ło przed nią… –> …bu­rosza­re/ szarobure niebo skry­ło przed nią

 

Dni spę­dza­ła z ośle­pia­ją­cym, sztyw­nie­ją­cym ciało bólem… –> Dni spę­dza­ła z ośle­pia­ją­cym, usztyw­nia­ją­cym ciało bólem

 

ruch mię­dzy drze­wa­mi. Ogni­ki prze­śli­zgi­wa­ły się mię­dzy ga­łę­zia­mi… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

kiedy od­wie­dza­ła cza­sa­mi mia­sto­wy rynek. –> …kiedy od­wie­dza­ła cza­sa­mi miejski rynek.

Za SJP PWN: miastowy pot. «ktoś, kto pochodzi z miasta lub mieszka w mieście»

 

sta­rość ukłu­ła ją bo­le­śnie w serce, który wcze­sny mróz po­krył lodem. –> Piszesz o sercu, które jest rodzaju nijakiego, więc: …sta­rość ukłu­ła ją bo­le­śnie w serce, które wcze­sny mróz po­krył lodem.

 

Pa­mię­tasz nas ta­niec? –> Literówka.

 

Szyja dziew­czy­ny zwiot­cza­ła, szczę­ka opa­dła w dół… –> Masło maślane. Czy coś może opaść w górę?

 

po­chła­nia­jąc ucie­ka­ją­ce z niej cie­pło, sma­ku­jąc go nie­spiesz­nie… –> Piszesz o cieple, które jest rodzaju nijakiego, więc: …po­chła­nia­jąc ucie­ka­ją­ce z niej cie­pło, sma­ku­jąc je nie­spiesz­nie

 

Polny wia­nek z cha­bru, makuru­mian­ku. –> Polny wia­nek z cha­brów, makówru­mian­ków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Blizny nie można wyciąć nożem.

Yyyy… można. I z dużym prawdopodobieństwem w tym miejscu utworzy się kolejna blizna.

 

Melancholia, smutek, żal i te łzy cisnące się do oczu. To tyle i aż tyle. Więcej nie trzeba żeby ocenić tekst. Dzięki Żongler. 

W końcu jakiś tekst przesiąknięty emocjami.

Blizny nie można wyciąć nożem.

Yyyy… można. I z dużym prawdopodobieństwem w tym miejscu utworzy się kolejna blizna.

No tak, Wilku, w zasadzie można, ale nie przypuszczam, by Żonglerka miała na myśli takie wycinanie blizn.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak, do remontu… *wzdycha, zakładając czapeczkę z gazety* Jak zwykle, jestem wdzięczna! Blizny się chyba cofną do postaci ran.

 

Ale zaraz, zaraz. Czyżby to znaczyło, że tym razem Reg nawet podobało się opowiadanie? D:

 

Dzięki, Tomaszu. Czasy smutne, to klimat też ponury. Zajrzałeś do artykułu z przedmowy?

Tak, Żonglerko, mimo usterek czytałam z przyjemnością, bo opowiadanie zaciekawiło mnie od początku. I tak, podobało mi się. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aż otworzę jakiś alkohol! <3

 

No, wszystko poprawiłam, jedynie “nie długo” brałam stąd (autentyczny wierszyk z łyżki), jestem pewna, że ta konwia też została skradziona z jakiegoś historycznego źródła, ale to było dawno i nie mogę znaleźć.

Żinglerko, skoro tekst poprawiony, z przyjemnością klikam Bibliotekę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A to mi się bardzo spodobało i to pomimo tego, że generalnie za horrorkami nie przepadam. Mroczne, ale piękne. Jak zwykle bardzo dbasz o stylistykę i bogactwo języka, historia, którą opisujesz też jest niezwykle ciekawa. Bardzo dobre opowiadanko. :D

Piękne. <3

Bardzo do mnie przemawia Twój styl, niesamowicie plastyczny, poetycki i (chyba najodpowiedniejsze określenie) organiczny. Wszystko tu łączy się w całość, opisy są żywe i obrazowe, ciekawie budowane są porównania i metafory,

Świat wokół nich stężał i zwolnił, sylwetki tańczących brnęły przez mgłę, walczące daremnie z lepką melasą, rozrywając palcami przypominające pajęczyny obłoki zastygłego czasu.

a do tego te powracające refrenicznie chaber, mak i rumianek.

 

Historia opisana z wyczuciem odpowiednim dla ciężkiego tematu. I bardzo poruszająco, pod koniec autentycznie miałam łzy w oczach.

 

Tutaj tylko się przyczepię:

Drgnęła z przerażenia i strąciła kubek z naparem, który brzdęknął głucho o klepisko i rozlał się na sitowie.

Zdanie wskazuje na to, że w dalszej części jest mowa o samym kubku, a to napar się rozlewa.

 

Ale zdecydowanie więcej było zdań, które mnie naprawdę zachwyciły. Chętnie bym dała klika, gdybym się kwalifikowała do nominowania.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Serdeczne dzięki, moje panie! Komentarze z typu tych robiących dzień.

 

Rozlewający się kubek to nowy hit ;) Zniżka, w zestawie z wiankiem tylko połowa Twojej duszy!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

O, się Thargone szarpnął na kolory… To z racji wianka? ;-)

Babska logika rządzi!

Czy to Notre Dame?

 

Nie no, Mumin jak się patrzy, klawy kapelusz.

He he, czerwony jest dlatego, że inaczej nie byłoby widać, co Mumin trzyma w łapce :-) A żółte oczy to wiadomo. Chociaż nie miałem żółtego flamastra, musiałem więc zeskrobać kawałeczki takiej pianki, której używam do wyłożenia prasy gilotyny, kiedy obcinam klejone książki, i położyć na rysunku… No dobra, nie ważne ;-) 

Żongler – to Wieża Głodowa w Zielonej Górze, niedaleko której palono czarownice. Ale chyba niezbyt podobna mi wyszła :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Podobna, podobna ;)

Z zadowoleniem stwierdzam, że mój plebejski umysł zdołał tym razem udźwignąć treść Twojego opowiadania. :)

A ponieważ nie masz mnie w zasięgu ręki (a co za tym idzie, nie możesz wydrapać mi oczu), pozwolę sobie na jeden, całkowicie zbędny, rażący bezczelnością komentarz:

I co, można prościej ?! :)

Teraz już poważnie. O języku tym razem krótko. Nie chcę powielać komplementów z poprzedniego opowiadania, więc napiszę tylko, że panujesz nad słowami z taką zręcznością, jak zaklinacze robili to z wężami. Każde zdanie sprawia wrażenie tak świetnie dopasowanego do danej sytuacji/ obrazu, który opisujesz, jakby słowa same płynęły za Twoimi myślami i wyobrażeniami. Nie wiem, jak Ty to robisz, ale jedno jest pewne.

Ja też chcę tak umieć! :)

Podkreślam ten język, bo zrobił tutaj całą robotę. Stanowił świetne uzupełnienie całej historii. Kapitalnie budował klimat. I przede wszystkim spełniał tutaj swoją najważniejszą rolę. Stanowił ogromną wartość dodaną tego opowiadania. 

Nie napiszę, że ten tekst mnie zachwycił, bo też nie był on od zachwycania. Miał w pewien sposób przygnębiać i swoją rolę wypełniał bez zarzutu. Opowiadanie trochę nie w moim guście, ale nawet przez moment nie miałem wątpliwości, że warto je przeczytać. 

Słowem ,dobra robota!

Jedno wyjaśnienie na koniec. Ten początkowy, bezczelny komentarz traktuj oczywiście jako żartobliwy. Mówiąc mogę pomóc sobie odpowiednim akcentem, tutaj nie bardzo, a samo : “:)” nie zawsze do końca oddaje żartobliwy ton mojego komentarza.

I co, można prościej ?! :)

 

O przepraszam poziom namieszania w “Siewca szklanych kwiatów” jest bardzo fajny, zmuszający do myślenia, a przez to czyniący tekst bardzo wartościowym. Akurat żonglerka gdy pisze wielopoziomowo, robi to w bardzo dobry sposób – osobiście domagam się więcej takich komplikacji :-)

Ja akurat myślałem o “Pogrobowcu Boga Wi”. :-)

Znaczy polecasz? :P 

Wilku, tekst zaliczyłbym do grupy: dla ambitnych! Z całą pewnością zmusza do myślenia. Choć w pewnym momencie głównie o tym, że przydałby się do tego tekstu jakiś przewodnik. :) (Żonglerko, to tylko głupi żart, mam nadzieję, że mi go darujesz).

Pisząc zaś poważnie. Opowiadanie było bardzo fajne. Zrobiło na mnie spore wrażenie. Przynajmniej ta część, którą zrozumiałem. :) Reszta być może nie była przeznaczona dla mnie. Nie da się pisać dla wszystkich.

 

Akurat żonglerka gdy pisze wielopoziomowo, robi to w bardzo dobry sposób – osobiście domagam się więcej takich komplikacji :-)

Dlatego często zaznaczam, że piszę komentarz laika. Mnie akurat myśleć przy opowiadaniach za bardzo się nie chce, dlatego często gubię wątek. A że ten plastyczny język niesamowicie mi się podoba, dlatego usilnie domagam się przynajmniej części tekstów na poziomie mojego plebejskiego umysłu. :-)

 

Bardzo mi się podobało: efektowne, emocjonalne, a jednocześnie bardzo plastyczne w opisach, przywołujące klimat miejsc i wydarzeń. Ciekawie przetwarza autentyczną historię, tworząc przekonujący (choć koszmarnie ponury) klimat.

EDIT: Klik.

Mogłaś ją usłuchać, ale tego nie zrobiłaś.

Na pewno

Pojmał już dwie, z których obie czekał wspólny los. Jedna spłonęła wczoraj, druga miała dokonać żywota wraz z dzisiejszym zmierzchem.

A tego nie rozumiem. Pojmał dwie. Z tych dwóch dwie czeka wspólny los. A pozostałe z tych dwóch (czyli chyba nikogo) czeka inny. No i ten sam los czeka tylko na jedną, bo druga już spłonęła.

No, nie podobają mi się te zdania.

Suknia, porozrywana na cierniach, strzępiła się pasmami tkaniny wokół c, chudego ciała.

Ładne, dobrze się czyta.

Znam tylko pięć liter ;)

wrotach wprawionych w kamienny łuk

Nie dam głowy, czy to tak działa.

 przepędza zło

Jesteś pewna?

skrzywdzić miejsce

Hmm.

 tegoroczne zbiory wina

W sumie zbiera się winogrona… wino trzeba z nich dopiero zrobić, ale jeśli to żargon, to w porządku.

 poklepując z dumą pozostałych parobków

Potknęłam się, zanim wpadłam na to, że Zygmunt też jest parobkiem.

 krzyków, szlochów i zawodzenia, ujadających psów i plusku lanej wody

Skoro słucha dźwięków, to i "ujadania psów" – żeby nie psuć wzoru.

 Pomarańczowe pejcze

Dziwne trochę.

 dźwięk był pełen syku

Syk to też dźwięk.

 szukano już sprawcy. Anna wyszła wcześnie z domu

Przestawiłabym: już szukano sprawcy. Anna wcześnie wyszła z domu.

 mogła (…) spostrzec

Troszkę anglicyzm, ale bardzo nie razi.

 zaciskając długie palce w kurczowym uścisku

Zaciskając – w uścisku. Powtórzenie.

 podszywany materiał

Podszewka to też materiał.

 nie spuszczając oka

Jednego?

 Sycząc przez brakujące zęby

Raczej przez szczerby, bo z brakującymi zębami nie da się zrobić nic.

 roślinami (…) niektóre dogasające

Zaburzony związek zgody – ma być?

 dla reszty całego świata

Naturalniej: dla całej reszty świata.

 zasunęła je zamaszystym ruchem

Zamaszystym? Z siedzącą na krześle dziewczyną?

 nie długo

Łącznie.

 chorowitymi oczami

Czyli skłonnymi do chorób. Hmm.

 kształtne, pełne złotego blasku ślepia

Ślepia – kształtne?

 Zamknęła drzwi, nim Polke zdążył odpowiedzieć, natychmiast przywierając do nich plecami.

Troszkę niejasne.

 wiedziała, jak mściwym człowiekiem był starosta

Jest (c.t.)

 dołączyć do Polke

Nie wiem, czy nie powinno się tego odmienić.

 Anna znała dobrze dróżkę

Naturalniej: Anna dobrze znała dróżkę.

 prowadzącą pomiędzy

Dałabym raczej "między", ale to może być kwestia słuchu.

 oczekującemu wzrokowi dziecka

Hmm. Coś nie teges to.

 chwycił ją za ramię, w to samo miejsce

Hmm.

na tak ogromny ból nie było żadnego ukojenia

Nienaturalne. Nic nie mogłoby ukoić takiego bólu.

 obrządku z palonych ziół

Obrządek to rytuał, więc nie dawałabym tu "z".

 kolory tworzące razem tarczę

Hmm.

 Zło miałoby odstąpić

Brzmi to bardzo ironicznie, tylko pytajnika brakuje. Tak ma być?

 zdawało jej się, że dotknęła czegoś bardzo gorącego

Myślę, że można by to skrócić.

 Nosili amulety

"Nosili" sugeruje, że robili to stale – chyba nie o to chodzi.

 lub syknęli karcąco, by umilkła

Czyli uciszyliby.

 nie nosi wianka

Że nie ma na głowie wianka (p. wyż.)

 któregoś z gości

Gości? Przecież to miejscowi?

podźwignął ją w górę

Masło maślane.

 Wodząc za nimi oczami

Hmm.

 Chciała obejrzeć się

Naturalniej: Chciała się obejrzeć.

 a w połączeniu z czystym echem głosu nieznajomego była w stanie uwierzyć

Coś tu nie wyszło gramatycznie. Co jest połączone z czym?

 aurę z kryształowego mrozu

Wycięłabym "z".

 kości policzkowe były równocześnie drapieżne

Kości – drapieżne? Czy po prostu nadawały jego twarzy taki wyraz?

 Imiona zwiędniętych kwiatów

Zwiędłych.

 rozwinięte, soczyste płatki, a kwiaty pachnące tak słodko

Płatki są częścią kwiatów w sumie.

 Mogłaś ją usłuchać,

Jej usłuchać.

kałuże z błota

Tu też nie dawałabym "z".

 Oddani jej bezmiernie

Bezmiernie?

 we śnie, przez jeden

Tu nie dałabym przecinka.

 na powrót należącą

No, nie wiem.

 Przyjemnościom należy się odwdzięczać

Odwdzięcza się komuś, ale za coś.

pojęła, że czekał

Czeka (c.t.)

 Nie może wydać mnie

Naturalniej: nie może mnie wydać.

 Echo przemknęło grzywami owsa i żyta, znieruchomiałego z trwogi.

Hmm. Przemknęło, ale znieruchomiałego…

 spuścił oczy przed gniewem w jej głosie

No, nie wiem.

 posłuszna kobieta

Posłuszna – czy pobożna?

 dwie, z których obie

"Z których" na moje oko tylko myli trop.

c, chudego

Literówka.

 Wiotkie drzewka szumiały niespokojnie

Czy ja wiem. Chyba tu przedobrzyłaś.

obezwładniający ją ból

Skoro ona poczuła ból, to nie mógł obezwładnić nikogo innego.

 klęczy w krwi

We krwi.

głos, który okazał się być człowiekiem

Surrealistyczne.

 Wiedziała, że poprzedzi jej koniec

Nie rozumiem?

 

Uu, straszne. Nastrojowe. I – chociaż mniej poplątane i surrealistyczne od Twojego standardu, to widać, że Twoje. Dobrze się czyta. Dlaczego tak trudno znaleźć słowa pochwały, a nagany tak łatwo?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Smutne, mroczne, melancholijne. O tym, że może przybrać inny kształt, niż się moz e zdawać, a jednak nadal być złem. I że dobro może być ślepe lub go wcale nie być. Dołujące bardzo.

Dobry tekst. O ludziach i tym, ze czasem nie wiedzą, co można zrobić.

 

 

"reszty całego świata"

– całej reszty świata?

 

"Krzych zamęczonej"

– literówka

 

"pasmami tkaniny wokół c"

– literówka

 

Bardzo ładny tekst. Budujesz klimat obrazami, przesycasz je mocno też kolorami w opisach. To daje fantastyczny efekt. Do tego dokładasz język dialogów – lekko stylizowany, ale nadal zrozumiały. Czytałem więc całość z zapartym tchem i jedynie szkoda, że z lekka akcji nie ożywiło coś bardziej żywiołowego od rytuałów, pościgu i rozmów. Ale nie ten typ tekstu.

Obraz bohaterki i diabła wyłania się wyrazisty. Bohaterka bowiem się mu poddaje… właściwie do końca nie wiem dlaczego? Z początku ze strachu, potem chyba ciągle też z tego samego powodu. Jednak sam pozostaje tajemniczy i niezdobyty. Jedynie niektóre jego teksty w dialogach denerwują. Zbyt takie “trailerowe”. Jakby słuchał Mrocznego Lorda, a nie byt. Z kolei inne spodobały mi się, zwłaszcza te o kwiatach.

Podsumowując: bardzo ładny koncert fajerwerków, klimatyczny, o wyraźnych postaciach. Szkoda, że z lekka nieśpieszny, ale taki był zamysł. Całość definitywnie na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wszystkim serdeczne dzięki za przeczytanie!

 

CM, pewnie, że da się prościej, tyle że ja zdecydowanie wolę pisać te surrealistyczne rzeczy. Tutaj wszystko jest proste (może nawet aż nudnawe?), ale uznałam, że pójdę szlakiem rad spod “Pogrobowca” i postawię na coś bezpośredniego oraz nieco bardziej przystępnego dla czytelnika – miałam zaczęty stary tekst, co pomogło. Budowanie klimatu co prawda zwolniło fabułe, no ale jak jest depresyjnie, to się udało – ponure historie > komedie.

Przewodniki do moich niezrozumiałych rzeczy można kupić w formie audiobooka na jakimś nowofantastycznymi piwie, zapraszam ;)

 

Ninedin, ale mi miło!

 

Anet, Tarnino, WIlku, poprawiłam, co zdążyłam, możecie spocząć! Cieszę się, że wam się spodobało, aż jestem zdziwiona, żeście nie narzekali na brak jakiegoś ‘pierdut’. No, tego… Wygląda na to, że ze wszystkich zgromadzonych w tym wątku to ja narzekam najgłośniej. Tarnino, widzisz, nie musisz się martwić naganami, ja sobie sama poradzę D:

 

NWM, Diaboł musi trochę denerwować, bo co by z niego był za Władca Ciemności? Taki zwykły śmieszek chyba jednak zbyt stereotypowy jak na moje klimaty. Dzięki za wizytę, niezmiernie się cieszę z Twojego komentarza i opinii.

Początkowo byłem trochę poirytowany. Operujesz obrazami, nie żałujesz kolorów, lecz poszczególne składowe są połączone w tak eteryczny sposób, że dosłowny sens ciągle gdzieś mi umykał. I wtedy stwierdziłem, że może by ten sens olać, dać się porwać impresji. I to było to.

Ja tu widzę obłęd, w jaki zamierzchłe społeczeństwo wpędzało niewinne kobiety za sam fakt posiadania wiedzy. Wyśmiany jest tutaj też zabobon, jednak nie pod postacią zielarskich guseł, a religii jako takiej. Ostatecznie tutaj nawet nie musiał występować diabeł, czy w ogóle element fantastyczny, bo umysł to potężne narzędzie, które odpowiednio stymulowane, może wytworzyć wszystko. Nie wiem, czy moja wizja pokrywa się z Twoim zamiarem, ale bardzo spodobało mi się to, co zobaczyłem.

Budowanie nastroju znakomite. Kolory, zapachy, aura niepokoju i wisząca gdzieś niedaleko groźba szaleństwa. Największe wrażenie wywarły na mnie rozmowy z Martenem. Ciarki! Zwłaszcza ten fragment:

– Słyszę ją – uświadomiła sobie. Coś kłębiło się wokół niej. – Słyszę. O na Boga, ona…

– Tam, gdzie jest Kliche, nie ma boga.

W odpowiedzi Martena było coś dalej, ale uważam, że gdyby uciąć ją w tym miejscu, wybrzmiałaby z jeszcze większą siłą.

Położyłam na twarz maseczkę, pootwierałam sobie karty i stwierdziłam, że wrócę tu, jak zmyję to świństwo. Ale zerknęłam na Dosłownie Sekundkę i siedzę tu od dwudziestu minut, z dość głupio rozdziawioną facjatą, toteż jeśli moja twarz sczernieje i zgnije, jest to Twoja wina i lepiej, żebyś wzięła za to odpowiedzialność. Rachunek za zabiegi medycyny estetycznej prześlę pocztą.

Istnieje możliwość, że tekst przypadł mi do gustu tak bardzo z uwagi na niedawno przeczytaną “Czarownicę” Julesa Micheleta (swoją drogą polecam, wdzięcznie, choć momentami histerycznie napisane studium zagadnienia). Przypuszczam jednak, że zatrzymał mnie tutaj Twój styl i historia, którą ubrałaś w mroczne, momentami nieco ezoteryczne fatałaszki. Bardzo imponuje mi umiejętność przekucia prawdziwych informacji i “faktów autentycznych” (:>) na opowieść, muszę więc pogratulować, bo Ci to po prostu wyszło. A i pochwalam wybieg z cytatem otwierającym – bardzo lubię takie smaczki.

Posługujesz się niezwykle plastycznym językiem, a w Twoich opowiadaniach – także i tutaj – łatwo jest pogubić się bez przykładania uwagi do drobnych elementów i ich symboliki. Jedni mogą odebrać to za wadę, ale w moich oczach jest to potężna zaleta. Nie musi być przecież prosto i jak krowie na rowie, nie?

Czy tam bykowi na rowie. I w tym rowie leży wianek.

Fragment pierwszego spotkania z Mertenem jest imponujący. Kolega nie dostał wiele czasu antenowego, a mimo to nadałaś mu dość charakteru, by się nim zachwycić i na dłużej go zapamiętać. Przyznam jednak, że zgrzytnęło mi nazwanie go w końcowych zdaniach diabłem – myślę, że o wiele lepiej wyglądałoby to, gdyby pozostawić go w stanie “zawieszenia”, każąc nam domyślać się, kim on tak naprawdę jest. No ale tak zaserwowali, to co poradzić – jem. I to ze smakiem.

Pomarudzę na dwa aspekty tego opowiadania;

  1. Zgubiłaś mnie w kwestii spłonięcia karczmy. W wypowiedziach Anny przewinęło się, że “zasłużyli sobie na to”, ale nie chwyciłam, w jaki sposób i czym dokładnie zawinili… Ale jako że jest to Twoje opowiadanie, istnieje możliwość, że głębszy sens zauważę przy drugiej lekturze. 
  2. Zabrakło mi jakiegoś mocniejszego “geograficznego” (sic!) osadzenia opowieści w danym miejscu i czasie. Bez adnotacji w przedmowie miałabym trudność, żeby to opowiadanie w ogóle gdzieś ulokować. Odnosisz się do nazw lokalizacji, ale myślę, że nie zaszkodziłby taki akapit “z lotu ptaka”, przedstawiający pokrótce tło toczących się wyrażeń. Ale to tylko takie marudzenie zgreda. 

 

Podsumowując moje wypociny: gorąco gratuluję i życzę powodzenia w konkursie.

Kraj niby w przedmowie podajesz, ale powiązania z nim bardzo słabe. Piszesz, że w Prusach, są jakieś nazwy miejscowości, ale bez żadnego wysiłku można przenieść akcję gdzieś indziej. Domniemane czarownice palono w wielu państwach.

Element fantastyczny… Hmmm, niby mocny, ale jeśli to były tylko zwidy bohaterki, efekt voodoo itp… Procesy czarownic odbywały się naprawdę. OK, wątpliwości rozstrzygamy na rzecz oskarżonego, więc fantastykę uznaję za wyraźnie obecną.

Fabuła interesująca, chociaż często zwalnia, a akcję zastępują opisy. Ale są ładne, plastyczne, więc nie będę się czepiać. Za to nie bardzo podobało mi się, że bohaterka została w swoją „zbrodnię” wrobiona. Prawie nic od niej nie zależało. I prawie nic w zamian nie dostała. Chociaż negocjowała kiepsko (spodziewałam się, że skoro zastrzegła sobie ochronę przed spaleniem, to zostanie utopiona w próbie wody). No, moje poczucie sprawiedliwości marudzi.

Bohaterka daje radę, chociaż nic nie urywa. Ładnie pokazane interakcje między ludźmi i nieludźmi.

Z oryginalnością cienko – o palonych czy w inny sposób prześladowanych czarownicach już trochę tekstów było. Wianek z kwiatów ciekawszy, ale to bardziej dekoracja niż poważny element fabularny.

A czy po zrobieniu młodego wina, to jeszcze kwitną maki?

Z wykonaniem nie jest źle, ale mogło być lepiej. Czasem coś w tekście zgrzytnie, ale rzadko. Na przykład nie „konwia”, tylko „konew”. Część to pewnie ślady ostatnich poprawek. Dlaczego „nie długo” rozdzielnie?

Babska logika rządzi!

Żonglerko, masz bardzo ładny, poetycki styl, pięknie operujesz słowem. Podobało mi się to jak wykorzystałaś kwiaty oraz to, co już napisała o nich black_cape, że powracały niczym refren w tekście.

Cóż, jak pojawił się Merten – gdzieś z tyłu głowy już miałam myśl, że to się dla Anny dobrze nie skończy. 

Hmmm, najpierw odczuwała przed nim strach, ale później… pojawiło się w niej chyba jakieś konkretniejsze uczucie wobec niego, popychające ją do spełniania każdej jego zachcianki. 

A on, jako diabeł znający jej pragnienia, słabości, marzenia, krócej: znający ją na wylot, mógł nią obracać jako w tańcu, narzucać tempo, zmieniać kroki. Po prostu umiejętnie prowadził ją i rozkazywał. 

Generalnie Merten był dosyć specyficznym diabłem.

I wydaje mi się, że wybrał Annę, z tego względu, że przejawiła konkretne uczucia/emocje, odmienne od tych, którymi kierowali się inni. 

A później po prostu zagrał na niej, tak, aby doznała interesujących go uczuć, których może mu brakło, a których smak znowu chciał ,,poczuć" (ta ostatnia scena z tym ciepłem, może to były właśnie te uczucia albo coś, co ją tworzyło jako człowieka) albo ponownie pragnął je ujrzeć wyrażone na obliczu osoby, która była mu jakby bliższa. Może żeby samemu coś poczuć?

Ale jednocześnie mam też wrażenie, że pod koniec potraktował ją poniekąd jak zabawkę. Hm…

Generalnie takie myśli przychodzą mi do głowy z jednej przyczyny: Merten był dla mnie dosyć zimny, momentami obojętny, zdystansowany. 

Krótko: przez opowiadanie płynęło się, dzięki bardzo ładnym opisom, miejsce zdarzeń rzeczywiście nie jest aż tak zarysowane, postać diabła ciekawa. 

Cześć, Żonglerko!

 

– mam problem z tym opowiadaniem. Historia jest prosta, bez większych twistów, a opowiedziana jest tak, że rozszyfrowywałam ją jak instrukcję detonacji broni atomowej i nie potrafię nawet pokazać, jak można by to usprawnić. Mam wrażenie, że szklany klosz dzieli obrazy w twojej głowie i to, co wychodzi spod palców. Plus motywacja bohaterki do wzniecenia tego pożaru jest mętna, brak warstwy emocjonalnej – minus, biorąc pod uwagę, że poznajemy historię z jej perspektywy

– język poprawny, z niewielkimi problemami: nadmiar przymiotników („zaciskając długie palce w kurczowym uścisku, tak mocno, że paznokcie drasnęły Annę nawet przez gruby wełniany płaszcz i podszywany materiał sukni. Oczy Kliche, wielkie i okrągłe niczym zmrożone szronem sadzawki, drżały nieznacznie w otoczce grubych jak źdźbła rzęs.”), notoryczne nadużywanie zaimków

– ładny fragment: „Spłonęły cielaczki, spłonęły dziateczki. – Helenka obróciła się w tanecznym pląsie, ciągnąc ją między bez. – W płomieniach na wieki się smażą duszeczki.”, i rymowanka „pamiętaj, człowiecze” bardzo klimatyczne

– no, zaskoczenie z tego, że czarnowłosy Merten to diabeł jest równe mojemu zaskoczeniu za każdym razem, jak reprezentacja Polski w piłce nożnej przegrywa mecz, jestem wprost wstrząśnięta. Szkoda, że poszłaś w klisze

– bardzo mglisty jest status Anny – co ona robi, gdzie mieszka, czy jest uważana przez innych za czarownicę, czy tylko przez Kliche

– Kliche błyszczała w swojej scenie, Anna jest mi obojętna, diabeł wyjątkowo blady

– natomiast warstwa obrazowa to pierwsza klasa: przewijająca się przez tekst wyliczanka chabru, maku i rumianku, rymowanki i wierszyki, urozmaicało mi to lekturę i pozwalało wyróżnić się tekstowi. Bardzo mi się podobało od strony opisowej; dobra robota.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Świetnie wypadło to połączenie chrześcijaństwa i kultywowanych równolegle obyczajów pogańskich. Tropy geograficzno-kulturowe subtelne, ale przecież cały czas obecne, choćby w tym czerwonym kapturku Helenki ;)

Językowo pięknie, gęsto, z rozmachem. Najbardziej podobały mi się piosenka Helenki i ten fragment:

Na to czekał, na jedno życzenie. Nachylił się ku niej, tak blisko, że ujrzała łgarskie błyski w jego gołębich oczach. Jak szklisty lód, krył pod sobą grozę. Jeden niewłaściwy ruch i mroźna woda pogrzebie najśmielszego z ludzi.

Jednak czarnowłosy młodzieniec nie był człowiekiem. Byłby częścią jej snu, gdyby tylko śniła.

Diabeł w pierwszym momencie wydaje się standardowy, później jednak zyskuje na oryginalności dzięki motywowi z ożywianiem kwiatów.

Kompozycyjnie przeszkadza trochę przeskok między sceną guseł i zimową ucieczką.

Wyłapałem sporo baboli gramatycznych. Pomylone podmioty domyślne:

Stojąc tak blisko staruchy, dziewczyna mogła policzyć jej brodawki, spostrzec, gdzie krzyżują się bruzdy zmarszczek, głębokich jak wycięte nożem rany. Oczy miała blisko osadzone i zupełnie pozbawione koloru.

Wygląda na to, że piszesz o oczach dziewczyny.

 

Gospoda była mocarna i strzelista, o potężnym dachu i dwuskrzydłowych wrotach wprawionych w kamienny łuk. Wszyscy wiedzieli, że przepędza zło.

Co – gospoda czy łuk?

 

Chałupa wyglądała dokładnie tak, jak dwadzieścia lat temu, wąska i niska, przyozdobiona roślinami w różnym stopniu rozkładu i zasuszenia, niektóre dogasające w płytkich misach, inne stojące w wodzie, cierpliwie czekające na los, który szykowała dla nich Kliche. Skrzynie były pokryte kocami wyszytymi w niezrozumiałe dla Anny symbole, być może niezrozumiałe dla całej reszty świata.

W pierwszym zdaniu powinno być „niektórymi dogasającymi…” (co zresztą brzmiałoby słabo) albo należałoby zrobić nowe zdanie od „Niektóre z nich dogasały…”. W drugim albo trzeba wprowadzić nowy podmiot po przecinku albo znowu zmienić na „niezrozumiałymi”.

Helenka wyrwała się Annie i pobiegła w dół pagórka, ku wyczekującego jej Polke.

ale dusza wsi zawsze należała do dawnej wiary, jakkolwiek hardo usiłowano jej tego pozbawić.

Twój artykuł chce, by mu zapłacić przed przeczytaniem ;p

No ale skoro znam już opowiadanie, to chyba nie muszę?

 

Przyklasnę Coboldowi – mnie również najbardziej podobała się piosenka Helenki. Co nie oznacza, że inne elementy nie zrobiły wrażenia.

Przede wszystkim muszę oddać Żongli co Żonglerowe – tym razem było w pełni zrozumiałe. Choć opowiadanie starsze, hmm.

Za to pomysł znacznie klasyczniejszy niż te współcześnie wypisywane przez Ciebie cuda – stąd wniosek, że Twój warsztat jeszcze nie może sprostać wyobraźni. Ale już niedługo, Żonglo! <głosem mędrca>.

 

No ale miało być o kwiatkach i skwierczących ciałach.

Początek niby dynamiczny, ale chyba nazbyt zwyczajny – co prawda płonie, ale to wciąż karczma.

Później robi się znacznie ciekawiej. Klimat, problematyka chrześcijaństwa i czarnoksięstwa, fajne postacie (Kliche, Merten) i bardziej zwyczajni antagoniści (Ladenskron, Polke). Hmm. Swoją drogą, że nie pokusiłaś się jeszcze o jakąś mięsistą scenę palenia żywcem – byłoby bardziej po hrabiowsku.

Tak czy inaczej, czytałem z zainteresowaniem. Obrządek, rozmowę z Mertenem i taniec opisałaś w sposób plastyczny, bogaty w szczegóły i, przede wszystkim, względnie zwięzły. Nie odczułem dłużyzn. A i poznałem coś nowego – to naczynie z guzami :D

Ładnie i subtelnie wyszła relacja Anny i Mertena. Zakończenie też przyjemne, motyw z kwiatami nadaje całości nieco większej oryginalności.

Cóż, podobało mi się. Na kolana nie rzuciło, bo jednak brakło tu trochę Twojej nieposkromionej fantazji, ale i tak dobra robota, Żonglo.

 

Trzymaj się.

 

 

PS: Za to kołysanki – hell yeah! ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Skuszony Piwnymi polecankami, dotarłem. I… zaskoczenie.

Iluminacja jakowaś na mnie zstąpiła ;)? Zrozumiałem tekst Żonglerki?

Ale na poważnie – bardzo fajny tekst. Nie będę oryginalny, kiedy powiem, że największą zaletą tego opowiadania jest bogaty język, kwieciste porównania. Ale także i tematyka fanatyzmu religijnego, podana w interesujący sposób. Że nie czytam dużo fantasy, to i wielu tekstów o czarownicach nie czytałem, toteż byłem zaciekawiony od pierwszego do ostatniego słowa.

Ale żebym tylko nie chwalił, to się doczepię do tego i owego;).

Do boju (widziałem, że parę uwag się powtórzy, ale jak już wyłapałem…):

– “W oborze po drugiej stronie” – drugiej stronie czego?;

– “tegoroczne zbiory wina” – całkiem pewien tego czepu nie jestem, ale – wszak wino nie rośnie na polach czy łąkach, a zostaje wyprodukowane; czy można więc pisać o “zbiorach wina”?; 

– “krzyków, szlochów i zawodzenia” – to “zawodzenie” mnie wybiło z rytmu: liczba mnoga, liczba mnoga i nagle pojedyncza;

– “Do dziś dzień” – coś tu nie ten teges; “do dziś” by nie wystarczyło?;

– “wisiał pożółkły krowi łeb” – hm, a nie chodziło ci raczej o czaszkę? bo wtedy pasowałoby “pożółkła”, bo łeb jest pokryty skórą przecież;

– “kiedy biegła skrajem rzeczki” – a nie “brzegiem”?;

– “który odbuduje szkody” – to brzmi, jakby to szkody trzeba było odbudować ;);

– “ostrożnie wsunęła wianek na głowę” – a nie “założyła”?; wianki się wsuwa?;

– “ku wyczekującego jej Polke” – “wyczekującemu”; i czemu imienia “Polke” nie odmieniasz? naturalniej brzmiałoby “Polkemu”;

– “lśniące, czarne kozaczki” – a to mnie kompletnie wybiło z rytmu; kozaczki? w XVII wieku? istniał wtedy rodzaj obuwia o takiej nazwie?;

– “Sięgnął (…)i chwycił ten najokazalszy, (…), jakby był rannym zwierzęciem” – to brzmi, jakby to Merten był rannym zwierzęciem, a nie wianek; 

– “ich rumiane policzki kipiały od gorączki, która toczyła ich wszystkich” – to drugie “ich” moim zdaniem niepotrzebne;

– “Anna słyszała przyspieszone oddechy, dyszące w wysiłku” – oddechy dyszały ;P?;

– “ujął Annę w tali” – literówka: “talii”;

– “krew skapującą strużkami” – hm, strużka jest czymś ciągłym, skapywać to mogą krople;

– “nad kwadratową skałą” – skały są bryłami i nie mogą być kwadratowe; ale za nic nie wymyśliłem lepszego określenia; “sześcienna” byłoby właściwym słowem, ale fatalnie by to brzmiało; nie wiem, jak to zmienić;

– “wyły dzwony” – to też mi sobie trudno wyobrazić – wyjące dzwony?

 

A tak poza tym – bardzo jestem zadowolony z lektury. Bardzo dobre opowiadanie :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Nowa Fantastyka