- Opowiadanie: black_cape - Koan dla Karakuri XQ-54

Koan dla Karakuri XQ-54

An­dro­id XQ-54 zo­stał od­dzie­lo­ny od swo­je­go pro­gra­mo­wa­nia – które z nich, an­dro­id czy pro­gra­mo­wa­nie, było praw­dzi­wym XQ-54? Czy yūrei ma na­tu­rę Buddy? Jak można zło­wić suma za po­mo­cą tykwy? Osta­tecz­na droga nie jest trud­na, kiedy po­rzu­ci się roz­róż­nie­nia.

 

Zgod­nie z ty­tu­łem – opo­wia­da­nie w duchu buddyjskiego koanu, czyli krótkiej opowieści ma­ją­cej uka­zy­wać pu­łap­ki du­ali­stycz­ne­go my­śle­nia (ina­czej – kom­pli­ku­ją­cej nar­ra­cję, czę­sto w dość ab­sur­dal­ny spo­sób, żeby sens zo­stał uchwy­co­ny bar­dziej in­tu­icyj­nie, ca­ło­ścio­wo). Akcja roz­gry­wa się w Ja­po­nii w nie­da­le­kiej przy­szło­ści. W tek­ście po­ja­wia­ją się też od­nie­sie­nia do sztuk te­atru nō, ka­bu­ki i bun­ra­ku (“Egu­chi“, “So­ne­za­ki shinjū”, “Yot­suya ka­idan”, “Mat­su­ka­ze”). Otwie­ra­ją­cy cytat w przy­to­czo­nym prze­kła­dzie po­zwo­li­łam sobie po­ży­czyć z “Fi­lo­zo­fii zen” Agniesz­ki Ko­zy­ry.

 

Cóż, mam na­dzie­ję, że wy­szło w miarę przej­rzy­ście i ko­mu­ni­ka­tyw­nie. Przy­naj­mniej jak na stan­dar­dy ko­anów.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Koan dla Karakuri XQ-54

Od­dzie­le­ni o mi­liar­dy kalp,

a jed­no­cze­śnie nie są roz­dzie­le­ni nawet na chwi­lę.

Za­wsze twa­rzą w twarz,

a prze­cież nawet przez mo­ment nie stoją na­prze­ciw sie­bie.

Daitō Ko­ku­shi

 

 

– Wi­ta­my w sys­te­mie ob­słu­gi zgło­szeń Po­ste­run­ku Po­li­cji w Fu­shi­mi-ku w Kioto. Roz­po­czę­to nową sesję. Su­ge­ro­wa­ne opcje: zgło­sze­nie prze­stęp­stwa, py­ta­nie o prze­bieg trwa­ją­ce­go śledz­twa, zło­że­nie za­ża­le­nia, pomoc on­li­ne, in­for­ma­cje o sys­te­mie.  

– Chcę zgło­sić prze­stęp­stwo.

– Wy­bra­no zgło­sze­nie prze­stęp­stwa. Pro­si­my o po­da­nie sta­tu­su zgła­sza­ją­ce­go. Su­ge­ro­wa­ne opcje: osoba po­szko­do­wa­na, czło­nek ro­dzi­ny osoby po­szko­do­wa­nej, świa­dek prze­stęp­stwa, spraw­ca prze­stęp­stwa.

– Je­stem osobą po­szko­do­wa­ną.

– Po­da­no sta­tus zgła­sza­ją­ce­go. Pro­si­my o opi­sa­nie prze­stęp­stwa.

– Za­gi­nął an­dro­id, model Ka­ra­ku­ri XQ-54, wła­sność te­atru Fu­shi­mi Cyber Bun­ra­ku.

– Po­le­ce­nie nie­ja­sne. Su­ge­ro­wa­ne opcje: za­gi­nię­cie osoby, kra­dzież mie­nia. Przy­po­mi­na­my, że zgod­nie z usta­wą o an­dro­idach wy­bra­ne mo­de­le ro­bo­tów hu­ma­no­idal­nych po­sia­da­ją sta­tus pod­mio­tu. Usta­wa prze­wi­du­je na­stę­pu­ją­ce wa­run­ki jego uzy­ska­nia: przy­na­leż­ność do siód­mej ge­ne­ra­cji we­dług no­we­go po­dzia­łu, przy­na­leż­ność do ka­te­go­rii ro­bo­tów opie­kuń­czych, spo­łecz­nych bądź roz­ryw­ko­wych, obec­ność sys­te­mu ad­ap­ta­cyj­ne­go E-VO­LVE 1.5.1 lub now­sze­go, obec­ność sztucz­nej mo­ral­no­ści Jisei…

– Pomoc on­li­ne. Jaka jest sy­tu­acja praw­na mo­de­lu Ka­ra­ku­ri XQ-54?

– Brak wy­ni­ków. Czy cho­dzi­ło ci o: model Ka­ra­ku­ri XQ-53?

– Niech bę­dzie. Wy­szu­kaj wy­ni­ki dla XQ-53.

– Model Ka­ra­ku­ri XQ-53 pod­le­ga ochro­nie praw­nej jako wła­sność osoby fi­zycz­nej lub praw­nej, po­nie­waż nie speł­nia wa­run­ków uzy­ska­nia sta­tu­su pod­mio­tu we­dług…

– Cof­nij.

– Pro­si­my o opi­sa­nie prze­stęp­stwa.

– Chcę zgło­sić kra­dzież mie­nia. Za­gi­nął an­dro­id, model Ka­ra­ku­ri XQ-54, wła­sność te­atru Fu­shi­mi Cyber Bun­ra­ku.

– Po­le­ce­nie nie­ja­sne. Brak da­nych o sta­tu­sie praw­nym mo­de­lu Ka­ra­ku­ri XQ-54.

– Czy mogę wy­brać obie opcje? Za­gi­nię­cie osoby i kra­dzież mie­nia?

– Po­le­ce­nie nie­ja­sne. Zgło­sze­nie zo­sta­ło od­rzu­co­ne. Dzię­ku­je­my za sko­rzy­sta­nie z sys­te­mu ob­słu­gi zgło­szeń.

 

 

Prak­ty­ka

Świą­ty­nię Taizō-in roz­bu­dził głę­bo­ki dźwięk dzwo­nu.

Sze­le­ści­ły prze­su­wa­ne drzwi, kroki szemrały na ta­ta­mi. Yoshi za­cze­kał, aż dzwon umilk­nie, odło­żył mło­te­czek i za­czął po­ran­ne prace. Naj­pierw prze­niósł do ja­dal­ni wszyst­kie trzy­dzie­ści pięć tac z za­sta­wą. Na­stęp­nie do każ­dej z sze­ściu misek na­kła­dał ko­lej­no por­cję ryżu, dużą cho­chlę zupy dy­nio­wej, kost­kę tofu z pastą se­za­mo­wą, ka­wał­ki słod­kie­go ziem­nia­ka w tem­pu­rze, garść śli­wek i po­szat­ko­wa­ne ma­ry­no­wa­ne wa­rzy­wa z grzy­ba­mi. Okrą­żyw­szy dwa rzędy ni­skich sto­li­ków, po­czła­pał z po­wro­tem do kuch­ni przy­go­to­wać her­ba­tę.

Ja­dal­nia była pełna, kiedy wró­cił z pę­ka­tym czaj­ni­kiem. Nie­znacz­nie przy­spie­szywszy kroku, roz­lał do cza­rek go­rą­cy, pa­ru­ją­cy napar. Nie zajął ostat­nie­go wol­ne­go miej­sca. Sta­nął przy wej­ściu i cier­pli­wie cze­kał, aż po­zo­sta­li skoń­czą po­si­łek.

Kwa­drans póź­niej zbie­rał puste na­czy­nia w opu­sto­sza­łej sali. Jedna z por­ce­la­no­wych misek zsu­nę­ła się z tacy i brzęk­nę­ła o pod­ło­gę. Yoshi utkwił za­kło­po­ta­ne spoj­rze­nie w pęk­nię­tych sko­ru­pach i za­stygł w miej­scu z sied­mio­kon­dy­gna­cyj­ną pa­go­dą tac na rę­kach.

W ciszy roz­le­gło się prze­cią­głe wes­tchnie­nie.

– Zo­staw to, Yoshi. Za­bierz tace do kuch­ni i wyjdź na dzie­dzi­niec.

Pa­ra­sol kwit­ną­ce­go drze­wa wiśni roz­po­ście­rał się nad po­dwó­rzem. Yoshi wy­trwa­le za­mia­tał wy­słu­żo­ną bam­bu­so­wą mio­tłą ścież­kę usła­ną dy­wa­nem opa­dłych bla­do­ró­żo­wych płat­ków. W od­da­li pię­ciu mni­chów prze­cze­sy­wa­ło gra­bia­mi pia­sek wokół nie­re­gu­lar­nych ka­mie­ni su­chych ogro­dów – ja­sno­be­żo­we­go i ciem­no­sza­re­go. Mistrz Shin­ji Yama­da przy­siadł na chwi­lę w cie­niu we­ran­dy.

Yoshi zo­stał sam, kiedy w bra­mie świą­ty­ni po­ja­wi­li się pierw­si tu­ry­ści. Ro­ze­szli się po aza­lio­wych ogro­dach kon­tra­stu­ją­cych z su­ro­wymi ka­re­san­sui, prze­cha­dza­li się nad sta­wa­mi, w któ­rych pod kwia­ta­mi lo­to­su prze­pły­wa­ły le­ni­wie kar­pie koi. Splą­ta­ne ścież­ki w końcu spo­tka­ły się na dzie­dziń­cu. Yoshi giął się w ukło­nach, wi­ta­jąc zgro­ma­dzo­nych w głów­nym holu. Kiedy sala się za­peł­ni­ła, wy­pro­sto­wał się i zło­żył dło­nie w ocze­ki­wa­niu.

Ktoś stuk­nął w przy­cisk na ekra­nie do­ty­ko­wym.

– Zja­wi­ska men­tal­ne i ma­te­rial­ne – re­cy­to­wał mo­no­ton­ny głos – przy­cho­dzą i od­cho­dzą jak chmu­ry na czy­stym nie­bie.

Bły­ska­ły fle­sze apa­ra­tów i białe uśmie­chy. Tu­ry­ści uwiel­bia­li Yoshie­go.

Mistrz Shin­ji Yama­da nie lubił Yoshie­go.

Wie­dział, że Yoshi nie po­wi­nien go nie­po­ko­ić. To two­rzy­ło po­dzia­ły, pię­trzy­ło ko­lej­ne du­ali­zmy. An­dro­id był prze­cież tylko zna­kiem cza­sów. No­wo­cze­snym me­dium tra­dy­cji. Jesz­cze jedną formą, w ja­kiej prze­ja­wia­ła się rze­czy­wi­stość. Jego ludz­ka po­stać, ob­le­czo­na w si­li­ko­no­wą skórę i ubra­na w gra­na­to­we samue, była prze­cież zu­peł­nie nie­szko­dli­wą ilu­zją. Z dru­giej stro­ny jego ob­cość też była ilu­zją. Czyż nie na­le­żał do tego miej­sca tak samo jak oni? Albo choć­by jak złote trzna­dle i szkar­łat­ne aza­lie, jak ogro­do­we wo­do­spa­dy?

Jego obec­ność w pu­sto­sze­ją­cym klasz­to­rze była swo­istą ko­niecz­no­ścią, a przy­naj­mniej ogrom­nym udo­god­nie­niem. W dzi­siej­szych cza­sach nie sta­no­wi­ła nawet ni­cze­go oso­bli­we­go – po­ło­wa Kioto, ba, po­ło­wa kraju ko­rzy­sta­ła z an­dro­idów. W Kōdai-ji od­pra­wia­ły już nawet po­grze­by. Po­grze­by! Jemu wy­star­czy­ło, że Yoshi re­gu­lar­nie tłukł ce­ra­mi­kę i za­ci­nał się pod­czas sprzą­ta­nia. Wy­star­czy­ło, że swoim syn­te­tycz­nym gło­sem re­cy­to­wał nauki daw­nych mi­strzów.

– Chci­wość, nie­chęć i nie­wie­dza po­ja­wia­ją się i zni­ka­ją jak fale na po­wierzch­ni oce­anu.

Mistrz Shin­ji Yama­da za­zgrzy­tał zę­ba­mi.

 

 

Nazwa pro­gra­mu: „Egu­chi­_Tae”

Ze skra­ju pu­ste­go ekra­nu pro­jek­cyj­ne­go w głębi sceny wy­ro­sła cien­ka ga­łąz­ka. Z po­cząt­ku ma­lo­wa­na jakby po­je­dyn­czym po­cią­gnię­ciem nie­wi­dzial­ne­go pędz­la, za­czę­ła się roz­wi­dlać w róż­nych kie­run­kach. Na koń­cach po­gma­twa­nych ście­żek wy­ra­sta­ły klo­no­we li­ście, za­pa­la­jąc się krwa­wą czer­wie­nią je­sie­ni. Drze­wo za­ko­ły­sa­ło się pod de­li­kat­nym po­dmu­chem nie­ist­nie­ją­ce­go wia­tru. Li­ście opa­da­ły jeden po dru­gim, wy­pa­da­ły z płasz­czy­zny ekra­nu na scenę i zni­ka­ły, zanim do­się­gły pod­ło­gi.

Ogo­ło­co­ne drze­wo roz­pły­nę­ło się w pu­st­ce; na jego miej­scu roz­błysł księ­życ w pełni. Dwa znaki kanji, od­ci­na­jąc się czar­no na bia­łym tle, ob­wie­ści­ły tytuł sztu­ki.

Z gło­śni­ków są­czył się szum rzeki Yodo. Przy akom­pa­nia­men­cie elek­trycz­ne­go sha­mi­se­nu i bębna taiko na scenę wkro­czył mnich z dwoma słu­ga­mi. Wszy­scy trzej wsie­dli do łodzi zmie­rza­ją­cej do wio­ski Egu­chi.

– Gdy księ­życ nam tak wier­nym kom­pa­nem, jak mo­że­my opu­ścić ten świat?

XQ-53, po­my­śla­ła To­mo­ko Hi­ra­no, po­pra­wia­jąc oku­la­ry ho­lo­gra­ficz­ne. Ci dwaj mu­sie­li być jesz­cze star­szy­mi mo­de­la­mi – XQ-46, może XQ-47, z ogra­ni­czo­ną pa­mię­cią po­zwa­la­ją­cą tylko na wy­ko­ny­wa­nie kilku pro­stych se­kwen­cji. Wpraw­ne oko mogło jesz­cze uchwy­cić sztucz­ność w mechanicznej precyzji ich ruchów, nie­zmien­nych od ponad trzech lat.

– Gdy księ­życ nam tak wier­nym kom­pa­nem, jak mo­że­my opu­ścić ten świat? – za­wo­dził Vo­ca­lo­id.

Łódź przy­bi­ła do brze­gu.

Za­trzy­ma­li się pod szu­mią­cą wierz­bą, ko­ły­szą­cą do snu omsza­ły ka­mien­ny ko­piec. Po­wia­da­no, że strzegł pa­mię­ci le­gen­dy zwią­za­nej z mni­chem Saigyō, który dawno temu bez skut­ku szu­kał w wio­sce miej­sca na noc­leg. W Egu­chi miesz­ka­ła wów­czas Tae, kur­ty­za­na skry­wa­ją­ca swoją praw­dzi­wą toż­sa­mość.

To­mo­ko Hi­ra­no opar­ła pod­bró­dek na dłoni.

– Pani Egu­chi – śpie­wał Vo­ca­lo­id – która w dniach mi­nio­nych…

– Nie w dniach mi­nio­nych – od­po­wie­dział syn­te­tycz­ny głos o ko­bie­cej bar­wie. – Spójrz! Księ­życ świe­ci jak za­wsze, nie­zmien­ny.

Re­flek­to­ry jakby ożyły na te słowa i przy wtó­rze bęb­nów oto­czy­ły przy­by­łą księ­ży­co­wą po­świa­tą. Cięż­kie bro­ka­to­we ki­mo­no za­skrzy­ło się w moc­nym świe­tle drże­niem zło­tych nici. Dwie damy pod­trzy­my­wa­ły długi tren, gdy wy­cho­dzi­ła z bia­łej łodzi po­dob­nej do ob­ło­ku.

Po­wia­da­no, że była wcie­le­niem bo­dhi­sat­twy Fugen.

Na dwóch krań­cach sceny zna­la­zły się teraz w ide­al­nej sy­me­trii dwie ho­lo­gra­ficz­ne ło­dzie, dwie to­wa­rzysz­ki kur­ty­za­ny i dwaj słu­dzy mni­cha. Pani Egu­chi i nowy Saigyō.

Tae prze­ła­ma­ła mar­twą sy­me­trię. Od­wró­ci­ła się do wi­dow­ni i roz­wi­nę­ła skrzy­dła wzo­rzy­ste­go ki­mo­na w po­wol­nym tańcu jo no mai. Dwa wa­chla­rze, uno­szo­ne dźwię­ka­mi sha­mi­se­nu, trze­po­ta­ły w jej dło­niach jak ko­lo­ro­we mo­ty­le.

To­mo­ko Hi­ra­no uśmiech­nę­ła się na wpół z dumą, na wpół ze wzru­sze­niem. Jej naj­now­sze dzie­ło bez­błęd­nie syn­chro­ni­zo­wa­ło się za­rów­no z mu­zy­ką, jak i grą star­szych mo­de­li. Gesty wy­da­wa­ły się płyn­niej­sze, sub­tel­niej­sze niż pod­czas pierw­szych prób w la­bo­ra­to­rium. Przy­jem­nie było pa­trzeć, jak szyb­ko nowa Ka­ra­ku­ri ad­ap­to­wa­ła się po­przez in­te­rak­cję. XQ-54 wy­glą­da­ła jak praw­dzi­wa lalka bun­ra­ku, która nie po­trze­bo­wa­ła już lal­ka­rzy, praw­dzi­wa ak­tor­ka te­atru . Pani Egu­chi i Fugen w jed­nej oso­bie. Znik­nę­li XQ-53 i XQ-54, znik­nął elek­trycz­ny sha­mi­sen i ho­lo­gra­ficz­ne de­ko­ra­cje. Wszyst­ko stało się ca­ło­ścią.

Chwi­lę póź­niej scena zga­sła, na wi­dow­ni za­pa­lo­no świa­tła, a wszyst­ko na po­wrót stało się ni­co­ścią.

 

*

 

Po­miesz­cze­nie ja­śnia­ło chłod­ną bielą. Na ob­szer­nym biur­ku o kształ­cie przy­po­mi­na­ją­cym ka­łu­żę wody, stało tylko po­je­dyn­cze, równo przy­strzy­żo­ne drzew­ko bon­sai. Do­pie­ro kilka kro­ków dalej do­strze­ga­ło się wy­świe­tlo­ną na ścia­nie in­te­rak­tyw­ną mapę mi­ga­ją­cą czer­wo­ny­mi punk­ta­mi, zdję­cia po­szu­ki­wa­nych an­dro­idów wraz ze spe­cy­fi­ka­cją sprzę­to­wą i sze­reg lśnią­cych od­znak za ener­ge­tycz­ną ba­rie­rą małej ga­blot­ki.

In­spek­tor Eiji Ka­na­za­wa wy­łą­czył ho­lo­gra­ficz­ny ekran do­ty­ko­wy.

– Pro­szę wejść, panie Fu­ji­sa­ki. Ode­bra­li­śmy pań­skie za­ża­le­nie. Bar­dzo prze­pra­sza­my za pro­ble­my z na­szym sys­te­mem, jest jesz­cze w wer­sji beta i…

– Kiedy mogę po­now­nie zło­żyć wnio­sek?

– Od­czy­ta­li­śmy na­gra­nie roz­mo­wy i wstęp­nie przy­ję­li­śmy zgło­sze­nie. Czy pró­bo­wa­li pań­stwo sa­mo­dziel­nie zlo­ka­li­zo­wać XQ-54?

– Wszyst­kie nasze an­dro­idy wy­świe­tla­ją się na mapie w opro­gra­mo­wa­niu. Z wy­jąt­kiem tego jed­ne­go. Zu­peł­nie jakby ktoś odłą­czył go z sieci.

Ka­na­za­wa znów po­dzie­lił biur­ko flu­ore­scen­cyj­nym ekra­nem. Czer­wo­ne krop­ki pul­so­wa­ły na ścia­nie jak roz­złosz­czo­ne owady.

– Więc po­dej­rze­wa pan kra­dzież.

– Nie widzę tutaj innej moż­li­wo­ści – zdzi­wił się dy­rek­tor Fu­ji­sa­ki.

– Kiedy to się stało?

– Niech po­my­ślę. To było tuż po za­koń­cze­niu se­zo­nu, po ostat­nim spek­ta­klu „Sa­mo­bój­stwa ko­chan­ków w So­ne­za­ki”. Tak, do­kład­nie w nocy z dwu­dzie­ste­go ósme­go na dwu­dzie­sty dzie­wią­ty marca.

Skrzy­wił się lekko na wspo­mnie­nie wiel­kie­go suk­ce­su te­atru, który skoń­czył się szyb­ko i tra­gicz­nie, zu­peł­nie jak wy­sta­wia­na sztu­ka, choć po­li­cyj­ne­mu sys­te­mo­wi zgło­szeń nie­mal udało się prze­mie­nić spek­takl w ko­me­dię. Po­zo­sta­ło mieć na­dzie­ję, że Ka­na­za­wa od­po­wied­nio ode­gra swoją rolę.

– Czy zo­sta­ły spraw­dzo­ne na­gra­nia z mo­ni­to­rin­gu?

– Od tego za­czę­li­śmy. Nie­ste­ty, nie udało się usta­lić ni­cze­go poza tym, że an­dro­id wy­do­stał się z ma­ga­zy­nu i opu­ścił bu­dy­nek.

– Opu­ścił bu­dy­nek?

– Mu­siał zo­stać spe­cjal­nie za­pro­gra­mo­wa­ny na taką se­kwen­cję dzia­łań. To nowy model, miał jesz­cze nie­wy­ko­rzy­sta­ny zapas pa­mię­ci.

In­spek­tor mil­czał przez dłuż­szą chwi­lę, jakby przy­jął wy­ja­śnie­nia i roz­wa­żał zu­peł­nie inne moż­li­wo­ści.

– Kto wi­dział XQ-54 jako ostat­ni?

– Ma­ga­zy­nie­rzy, oczy­wi­ście. Ale oni nie mają do­stę­pu do pa­ne­lu ste­ro­wa­nia. Któ­ryś z tech­ni­ków mógł wcze­śniej wgrać pro­gram i za­pla­no­wać uru­cho­mie­nie na od­po­wied­ni mo­ment.

– Czy ktoś jesz­cze miał do­stęp do pa­ne­lu?

– Tylko kon­struk­to­rzy. Twier­dzi­li, że nie udało im się zlo­ka­li­zo­wać an­dro­ida, ale nie chcie­li dzie­lić się szcze­gó­ła­mi. To nie­moż­li­we, żeby nie było żad­ne­go spo­so­bu.

– Przyj­rzy­my się temu. Kto za­pro­jek­to­wał XQ-54?

– Ze­spół To­mo­ko Hi­ra­no z Uni­wer­sy­te­tu w Osace. Jesz­cze jedno, panie Ka­na­za­wa.

In­spek­tor prze­stał stu­kać w ho­lo­gra­ficz­ną kla­wia­tu­rę i po­pa­trzył na niego przez pół­prze­zro­czy­sty ekran.

– Oprócz an­dro­ida skra­dzio­no też białe ki­mo­no i ko­bie­cą pe­ru­kę.

 

 

Kon­tem­pla­cja

Nad roz­grza­nym, fa­lu­ją­cym nie­bem w czar­ce her­ba­ty uno­si­ły się chmu­ry.

Mistrz Shin­ji Yama­da uważ­nie przy­glą­dał się wy­uczo­nym kro­kom i ukło­nom an­dro­ida krą­żą­ce­go po sali z czaj­ni­kiem. Zre­zy­gno­wał z kło­po­tli­we­go te­le­fo­nu na Uni­wer­sy­tet w Osace. Od kilku dni wszyst­ko szło nad­zwy­czaj gład­ko – Ka­ra­ku­ri ani razu ni­cze­go nie upu­ścił, nie roz­lał ani nie stłukł. Nie był to już ten sam an­dro­id, któ­re­go pierw­sze po­tknię­cia pa­mię­ta­ły złote żyłki kint­su­gi za­krze­płe w cier­pli­wie po­skle­ja­nych mi­skach. On także dążył do per­fek­cji w ra­mach do­stęp­ne­go za­pa­su pa­mię­ci; mistrz Yama­da cza­sa­mi nie­mal za­po­mi­nał, że to dą­że­nie było tylko efek­tem ­pro­gra­mo­wa­nia.

Yoshi z me­cha­nicz­ną gra­cją wy­no­sił z ja­dal­ni dzwo­nią­ce pię­trow­ce pu­stych na­czyń.

Na po­dwó­rzu z drze­wa wiśni, bia­łej chmu­ry wro­śnię­tej w zie­mię, sy­pa­ły się śnie­żyn­ki kwia­tów. Ptaki zwin­nie prze­ska­ki­wa­ły z ga­łę­zi na gałąź, oży­wia­jąc ogród we­so­łym świer­go­tem. Bam­bu­so­wa mio­tła ryt­micz­nie szu­ra­ła po żwi­ro­wej ścież­ce.

Yoshi ro­zej­rzał się na boki. Po obu stro­nach także roz­cią­ga­ły się ścież­ki – jedna ja­sno­be­żo­wa, druga ciem­no­sza­ra. Fale i kręgi pia­sku opły­wa­ły nie­ru­cho­mo wy­sep­ki ka­mie­ni i mchu; opa­da­ją­ce płat­ki gro­ma­dzi­ły się w ko­li­stych za­głę­bie­niach.

Pod­niósł mio­tłę i prze­kro­czył niski ży­wo­płot. Chwi­lę póź­niej do­go­nił go chrzęst sło­mia­nych san­da­łów i sze­lest czar­nej szaty.

– Yoshi! Stój!

Za­stygł w pół kroku nad dy­wa­nem roz­mie­cio­nych płat­ków i od­ci­śnię­ty­mi w pia­sku śla­da­mi wła­snych stóp. W po­wie­trzu za­wi­sła cisza. Mnich spoj­rzał na niego z za­kło­po­ta­niem.

– Nie po­wi­nie­neś wcho­dzić za ogro­dze­nie, Yoshi. Wra­caj już do świą­ty­ni.

– Czy mam za­koń­czyć bie­żą­cy pro­gram?

– Przejdź do ostat­nie­go etapu pro­gra­mu „Po­ran­ne­_pra­ce”. Mistrz prze­ka­że ci dal­sze po­le­ce­nia.

Mistrz nie prze­ka­zał mu dal­szych po­le­ceń. Sys­tem ad­ap­ta­cyj­ny E-VO­LVE nie zno­sił próż­ni – Yoshi wdra­pał się na we­ran­dę i żwa­wym kro­kiem minął ma­lo­wa­ne żu­ra­wie prze­cha­dza­ją­ce się przy wej­ściu.

W pu­stej prze­strze­ni wy­zna­czo­nej pro­sto­ką­ta­mi mat i drzwi z pa­pie­ru ry­żo­we­go za­cie­ka­wił go czar­no-bia­ły obraz cią­gną­cy się w głąb pła­skiej ścia­ny. Yoshi wy­ostrzył sen­so­ry optycz­ne, z tru­dem prze­twa­rza­jąc dane. Wresz­cie udało mu się usta­lić, że czar­ne plamy tuszu ukła­da­ją się w upo­rząd­ko­wa­ną ca­łość, przy­po­mi­na­ją­cą praw­dzi­wy pej­zaż. Po­środ­ku kra­jo­bra­zu, na tle roz­my­tych wzgórz, czło­wiek na­chy­lał się nad sta­wem, w któ­rym pły­wa­ła ryba. W rę­kach trzy­mał nie­du­że na­czy­nie o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie.

Mistrz Shin­ji Yama­da za­marł, za­sta­jąc Yoshie­go przed „Po­ło­wem suma tykwą”. Wy­glą­da­ło to, jakby an­dro­id nie cze­kał na niego, a wpa­try­wał się w obraz; jakby pró­bo­wał roz­wią­zać za­gad­kę, nad którą gło­wi­ło się trzy­dzie­stu jeden mi­strzów. To mogło się źle skoń­czyć. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dział już, jak an­dro­id tłu­cze ko­lej­ne na­czy­nia, pró­bu­jąc zło­wić w po­bli­skim sta­wie kar­pia koi.

– Roz­pocz­nij nowy pro­gram – wy­chwy­ci­ły sen­so­ry słu­cho­we Yoshie­go.

 

 

Nazwa pro­gra­mu:So­ne­za­ki­_shin­ju­_O­hat­su”

Do­oko­ła pa­no­wa­ła ciem­ność.

Namu Amida. Namu Amida.

Jak się tu zna­la­zła? I gdzie się zna­la­zła? Czy po­chło­nę­ła ją ciem­ność? Czy to ona sama była ciem­no­ścią? Nie, była za­mknię­ta na znacz­nie bar­dziej ogra­ni­czo­nej prze­strze­ni, od­gro­dzo­na od nie­skoń­czo­no­ści cien­ką, twar­dą po­wło­ką; i jesz­cze jedną, mięk­ką i ela­stycz­ną. A może to było tylko złu­dze­nie? Prze­cież nawet nie mogła się po­ru­szyć.

Namu Amida, po­wta­rza­ło echo w jej gło­wie. Namu Amida, a potem jej gar­dło prze­bił szty­let i osu­nę­ła się na zie­mię bez­wład­nie jak lalka.

– Że­gnaj, świe­cie i ty, nocy, że­gnaj – śpie­wał czyjś głos przy akom­pa­nia­men­cie sha­mi­se­nu. – Jak smut­ny jest ten sen o śnie.

Zgi­nę­ła. Oboje zgi­nę­li, ona i To­ku­bei, w so­sno­wym lesie za mo­stem Umeda. To jego ręka za­da­ła cios. Ale nie do niego ży­wi­ła urazę. Wszyst­ko wy­da­rzy­ło się z winy pod­stęp­ne­go Ku­he­iji, który wpę­dził jej uko­cha­ne­go w ha­nieb­ny dług. To­ku­bei mógł tylko tak oca­lić swój honor, zanim po­padł­by w nie­ła­skę swo­je­go stry­ja i pra­co­daw­cy. Jakże szyb­ko ro­ze­szła­by się ta wieść w całej Osace! A ona nie­chyb­nie wpa­dła­by w ręce tego zdra­dziec­kie­go opry­cha.

Byli jak dwa nie­ostroż­ne owady, które za­plą­ta­ły się w za­wi­łą sieć. I tylko jedno mogło ich z niej uwol­nić.

Wtedy wie­rzy­ła, że zmie­rza­ją do bło­go­ści nir­wa­ny, że będą żyć wiecz­nie wśród gwiazd. W tej ciem­no­ści nie było jed­nak gwiazd, a za­miast bło­go­ści na­ra­sta­ła w niej go­rycz.

Naj­gor­sze było jed­nak nie­od­par­te prze­czu­cie, że śmierć nie spo­tka­ła jej po raz pierw­szy, że umie­ra­ła wiele razy, dzień w dzień, z każdą śmier­cią coraz sil­niej prze­czu­wa­jąc nie­uchron­ne. I nigdy nie umia­ła zna­leźć słów, by wy­ja­wić ko­mu­kol­wiek tę strasz­ną praw­dę. Zu­peł­nie jakby to wszyst­ko było tylko snem – To­ku­bei, Ku­he­iji, Osaka i most Umeda. Snem, który śniła w kra­inie umar­łych.

Wzbie­ra­ją­ce fala za falą roz­go­ry­cze­nie zwią­za­ło ją z tym strasz­nym miej­scem na całe kalpy, choć prze­cież nie było w tym jej winy. Czy po­win­na – czy mogła – z uśmie­chem na twa­rzy raz za razem przyj­mo­wać swój los ni­czym upra­gnio­ny po­da­ru­nek?

Jakaś nie­zna­na, po­tęż­na siła oży­wi­ła jej po­wło­kę i po­pchnę­ła ją do przo­du.

Gdy tylko po­stą­pi­ła krok, ośle­pia­ją­ce świa­tło roz­dar­ło kur­ty­nę ciem­no­ści na strzę­py. To było jak ki­shi­kan, coś, co już kie­dyś się zda­rzy­ło. Wy­da­wa­ło jej się, że po każ­dej śmier­ci ktoś przy­cho­dził po nią i wy­pro­wa­dzał ją z tego miej­sca. A potem wszyst­ko znowu się po­wta­rza­ło.

Do­oko­ła tło­czy­li się umar­li, nie­ru­cho­mi i mil­czą­cy, o bia­łych cia­łach i bez­i­mien­nych twa­rzach. Więc tak wy­glą­da­ły za­świa­ty, w któ­rych spo­dzie­wa­ła się zna­leźć uko­je­nie? Czy To­ku­bei też się tu zna­lazł? Czy mógł być jed­nym z tych…?

Może cho­ciaż jemu dane bę­dzie za­znać spo­ko­ju. Ona nie pra­gnę­ła już spo­ko­ju; siła, która wy­cią­gnę­ła ją z pust­ki, wzy­wa­ła ją z po­wro­tem do świa­ta, choć nie jako tę samą osobę. Nie jako Ohat­su.

Ze­msty, po­wta­rza­ło echo w jej gło­wie. Ze­msty, gdy kro­czy­ła mię­dzy odar­ty­mi z szat i imion cia­ła­mi umar­łych.

Na dru­gim końcu po­miesz­cze­nia cią­gnę­ły się rzę­da­mi po­rzu­co­ne ki­mo­na, pasy obi, wa­chla­rze, pa­ra­sol­ki, nawet włosy uło­żo­ne w wy­so­kie fry­zu­ry, w które cią­gle wpię­te były ozdob­ne szpi­le. Po­gła­dzi­ła dło­nią wzo­rzy­sty, ob­sy­pa­ny kwia­ta­mi je­dwab, po czym na chwi­lę za­trzy­ma­ła wzrok na cięż­kim bro­ka­cie prze­ty­ka­nym złotą nicią. W końcu ze smut­kiem za­rzu­ci­ła na ra­mio­na ża­łob­ną biel. Dłu­gie czar­ne włosy opa­dły jej na twarz.

Ze­msty. Ze­msty.

Drzwi jęk­nę­ły jak stru­ny sha­mi­se­nu.

 

*

 

Eiji Ka­na­za­wa przy­glą­dał się ople­cio­ne­mu prze­wo­da­mi me­cha­ni­zmo­wi nie­do­koń­czo­ne­go ro­bo­ta. La­bo­ra­to­rium Uni­wer­sy­te­tu w Osace zda­wa­ło mu się w isto­cie tym samym miej­scem, co ma­ga­zyn te­atru Fu­shi­mi Cyber Bun­ra­ku, ale na innym eta­pie kon­struk­cji; jakby jego szki­cem albo rusz­to­wa­niem. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy wobec tego teatr po­wi­nien przy­rów­nać do ukoń­czo­ne­go dzie­ła, czy je­dy­nie fa­sa­dy.

– Pro­fe­sor Hi­ra­no, pro­szę być ze mną szcze­rą. Nie może pani czy nie chce zlo­ka­li­zo­wać an­dro­ida?

– Po­wtó­rzę jesz­cze raz, panie Ka­na­za­wa. – To­mo­ko Hi­ra­no wska­za­ła spoj­rze­niem mapę na jed­nym mo­ni­to­rze i sze­reg ko­mu­ni­ka­tów na dru­gim. – Ostat­ni sy­gnał po­cho­dzi z Fu­shi­mi Cyber Bun­ra­ku, z dnia dwu­dzie­ste­go ósme­go marca, go­dzi­ny dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści pięć.

– A co wy­świe­tla się w tym miej­scu, na te­re­nie Ukyō-ku?

– To drugi an­dro­id, za­ku­pio­ny przez świą­ty­nię Taizō-in. Pro­szę zo­ba­czyć, cały czas otrzy­mu­je­my ak­tu­ali­za­cje jego miej­sca po­by­tu. Sy­gna­ły przy­cho­dzą nawet, gdy zo­sta­je wy­łą­czo­ny albo roz­ła­do­wa­ny.

– Czy to ten sam model?

– Oba an­dro­idy to Ka­ra­ku­ri XQ-54. Dzia­ła­ją w iden­tycz­ny spo­sób, róż­nią się tylko prze­bie­giem wgra­nych pro­gra­mów.

– Ro­zu­miem, że nie zgła­sza­no wcze­śniej żad­nych pro­ble­mów z ich dzia­ła­niem? Z sys­te­mem za­bez­pie­czeń?

– Nasze an­dro­idy dzia­ła­ły zu­peł­nie spraw­nie. Wszyst­kie błędy wy­kry­te w fazie te­stów zo­sta­ły na­pra­wio­ne przed od­da­niem do użyt­ku.

– A może błędy po­ja­wi­ły się póź­niej? Czy XQ-54 nie był wy­po­sa­żo­ny w dy­na­micz­ny sys­tem ad­ap­ta­cyj­ny?

To­mo­ko Hi­ra­no zmarsz­czy­ła brwi.

– Panie Ka­na­za­wa, sys­tem E-VO­LVE służy udo­sko­na­la­niu dzia­ła­nia an­dro­ida, nie jego de­te­rio­ra­cji.

– Wobec tego wszyst­ko wska­zu­je na to, że zło­dziej zła­mał za­bez­pie­cze­nia i prze­jął kon­tro­lę nad XQ-54.

– Jeśli chce pan po­znać moje zda­nie, wy­glą­da to ra­czej, jakby an­dro­id zo­stał po­waż­nie uszko­dzo­ny. Albo znisz­czo­ny. Naj­wi­docz­niej ha­ke­ro­wi się nie po­wio­dło.

– Nie­ste­ty, wręcz prze­ciw­nie. Zło­dzie­jo­wi udało się za­pro­gra­mo­wać an­dro­ida na otwar­cie drzwi i wyj­ście z bu­dyn­ku. Po­dob­no prze­brał go też zdal­nie w jeden ze stro­jów te­atral­nych. Białe ki­mo­no i roz­pusz­czo­ne włosy. Nasz po­dej­rza­ny musi być za­pa­lo­nym czy­tel­ni­kiem ka­ida­nów.

– Albo na­sto­let­nim hi­ki­ko­mo­ri lu­bu­ją­cym się w miej­skich le­gen­dach.

– A może za­dzia­ła­ły tu nad­przy­ro­dzo­ne moce i nasz an­dro­id zmie­nił się w yūrei?

– To po­waż­ne przed­się­wzię­cie, panie Ka­na­za­wa – po­krę­ci­ła głową To­mo­ko Hi­ra­no, prze­no­sząc wzrok na mo­ni­tor wy­świe­tla­ją­cy ko­mu­ni­ka­ty. – Taka kra­dzież godzi w dobre imię na­sze­go uni­wer­sy­te­tu. Pro­szę jak naj­szyb­ciej spraw­dzić mo­ni­to­ring w dziel­ni­cy Fu­shi­mi-ku i po­in­for­mo­wać mnie, jeśli dowie się pan cze­goś no­we­go.

 

 

Nazwa pro­gra­mu: „Yot­suy­a_ka­idan_O­iwa”

Księ­życ szedł za nią krok w krok. Świe­cił jak za­wsze – nie­zmien­ny. Po­dob­nie jak ona mu­siał osła­niać przed świa­tem po­ło­wę bia­łe­go ob­li­cza. Czy jego także otru­to i oszpe­co­no? Czy na­pęcz­niał jak lam­pion po tym, jak wrzu­co­no go do zim­nej, czar­nej toni?

Przy­po­mnia­ła sobie wszyst­ko. Za życia miała na imię Oiwa. Tam­te­go dnia zo­ba­czy­ła, co stało się z jej twa­rzą. Włosy nie po­zwo­li­ły się ucze­sać, ca­ły­mi ko­smy­ka­mi opa­da­ły na zie­mię. Oko wy­pły­nę­ło z oczo­do­łu. Prze­glą­da­ła się w zwier­cia­dle, a chwi­lę póź­niej w ostrzu mie­cza. Śmierć była gład­ka i ostra. Iyemon, nie­wier­ny uko­cha­ny, uło­żył mar­twe ciało na drew­nia­nych drzwiach i rzu­cił w lo­do­wa­te ob­ję­cia rzeki. Ciało wy­pły­nę­ło na po­wierzch­nię, a duch spa­dał w dół, w dół, pro­sto do pod­ziem­ne­go świa­ta.

Pro­sto do pod­nó­ża góry, przez któ­rej grzbiet cią­gnął się teraz przed nią nie­skoń­czo­ny tunel ty­się­cy cy­no­bro­wych bram torii, oświe­tlo­nych szpa­le­rem pło­ną­cych ka­mien­nych la­tar­ni.

Do­oko­ła nie było żywej duszy; tylko od tego miej­sca wy­czu­wa­ło się czy­jąś obec­ność. Przy­cią­ga­ło ją jak świa­tło ćmę. To tam mu­siał się udać prze­klę­ty, okrut­ny Iyemon. Po­że­gna­ła swo­je­go je­dy­ne­go kom­pa­na po­włó­czy­stym spoj­rze­niem i po­pły­nę­ła ka­mien­ną ścież­ką przy­pró­szo­ną kwia­ta­mi wiśni. Ko­lej­ne bramy prze­su­wa­ły się nad jej głową ni­czym ząbki grze­bie­nia.

– My­ślisz, że to praw­dzi­wa onryō?

– Cie­ka­we, jak bę­dzie wy­glą­dać na zdję­ciu.

– Ci­szej! Jesz­cze nas za­uwa­ży.

Ze­msty. Ze­msty.

Po­wie­trze prze­szył świ­dru­ją­cy krzyk. Przy­spie­szy­ła kroku, bie­gła coraz szyb­ciej, by do­go­nić ucie­ka­ją­ce ofia­ry. Mię­dzy bra­ma­mi prze­my­ka­ły się ciem­ne syl­wet­ki spło­szo­nych kotów.

Uwaga: Niski stan za­si­la­nia. Włą­czo­no tryb oszczę­dza­nia ener­gii.

Za­krę­ci­ło jej się w gło­wie. Za­trzy­ma­ła się na chwi­lę, żeby od­po­cząć, na­słu­chu­jąc od­da­la­ją­cych się kro­ków i cich­ną­cych gło­sów.

Wi­ją­cy się smo­czy ogon cy­no­bro­wych bram wy­pro­wa­dził ją na otu­lo­ny drze­wa­mi plac, któ­re­go cen­tral­ną część zaj­mo­wa­ła nie­wiel­ka świą­ty­nia. Pa­mię­ta­ła po­dob­ną świą­ty­nię z bar­dzo dawna, jakby z po­przed­nie­go życia, w któ­rym no­si­ła inne imię. Tam­ten chram zo­stał wznie­sio­ny nie z drew­na, a fos­fo­ry­zu­ją­ce­go świa­tła. A może tylko jej się przy­śnił? Ten był jed­nak cał­ko­wi­cie ma­te­rial­ny, choć biło od niego coś nie­uchwyt­nie nie­po­ko­ją­ce­go. Pa­trzył na nią set­ka­mi oczu. Set­ka­mi li­sich oczu na­ma­lo­wa­nych na trój­kąt­nych drew­nia­nych ta­blicz­kach.

– Gdzie twoje ma­nie­ry, śmier­tel­nicz­ko? Czy zwy­czaj nie na­ka­zu­je zło­żyć ofia­ry? Ach, za­to­pi­ła­bym zęby w so­czy­stym pla­strze abu­ra-age

Ze szczy­tu ka­mien­nej la­tar­ni ze­sko­czy­ła biała li­si­ca z za­wią­za­nym na szyi czer­wo­nym śli­niacz­kiem, yoda­re kake. Mięk­ko wy­lą­do­wa­ła na ziemi i za­mio­tła wszyst­ki­mi trze­ma ogo­na­mi.

– Do­brze, do­brze, nie będę taka wy­bred­na. Za­do­wo­lę się nawet mi­secz­ką ryżu.

Za­czę­ła nie­cier­pli­wie krą­żyć do­oko­ła Oiwy z wy­wie­szo­nym ję­zy­kiem, pró­bu­jąc wy­wę­szyć jakiś sma­ko­łyk. Roz­cza­ro­wa­na po­ło­ży­ła uszy po sobie i usia­dła przed nią, ob­li­zu­jąc się ła­ko­mie.

– Nawet ma­leń­kie­go oni­gi­ri? Do­praw­dy roz­cza­ro­wu­ją­ce. Nie dość, że nie pach­niesz je­dze­niem, to nawet nie pach­niesz jak śmier­tel­nicz­ka. Czego szu­kasz w domu Inari?

– Ze­msty – od­po­wie­dzia­ła Oiwa.

Li­si­ca kłap­nę­ła zę­ba­mi.

– Dziw­na z cie­bie isto­ta – pod­ję­ła, po­dejrz­li­wie prze­krzy­wia­jąc głowę. – Je­steś mści­wą onryō i nie je­steś mści­wą onryō. Masz w sobie wiele dusz, a za­ra­zem nie masz żad­nej. Je­steś i nie je­steś śmier­tel­nicz­ką. Gdyby nie twoje krwa­we za­mia­ry, da­ła­bym głowę, że od­wie­dzi­ła nas sama Ty­siąc­rę­ka Kan­non. Ach, to do­pie­ro kąsek do roz­gry­zie­nia.

– Za życia mia­łam na imię Oiwa Ta­miya.

– Dusze kłę­bią się w tobie jak bu­rzo­we chmu­ry. Oiwa. Ohat­su. Tae. Mat­su­ka­ze.  Które z tych imion jest praw­dzi­we? A może były jesz­cze inne imio­na? – Li­si­ca bły­snę­ła ocza­mi. – Może nie było żad­ne­go?

Oiwa osu­nę­ła się na zie­mię i ob­ję­ła obu­rącz głowę.

– To okrut­ne, Iye­mon-do­no – po­wta­rza­ła jak man­trę.

Li­si­ca spu­ści­ła głowę i przy­drep­ta­ła do niej, kła­dąc pu­szy­sty łeb na bia­łym je­dwa­biu ki­mo­na.

– Bie­dac­two – wes­tchnę­ła. – Żaden z cie­bie duch, ale cała je­steś zimna, blada i skost­nia­ła. Czy wiesz, ilu ludzi zjawi się tutaj wraz ze wscho­dem słoń­ca? Oni nie będą wie­dzie­li, zo­ba­czą tylko onryō z ża­ło­śnie prze­krzy­wio­ną pe­ru­ką. Chodź za mną, po­ka­żę ci, gdzie bę­dziesz mogła się schro­nić i ogrzać w bla­sku Ama­te­ra­su.

 

 

Wgląd

Yoshi uło­żył w ostat­niej misce ka­wa­łek du­szo­nej rzod­kwi, do­pra­wia­jąc go łyżką sosu miso. Za­koń­czyw­szy po­myśl­nie za­da­nie, prze­szedł do „Pa­rze­nia_her­ba­ty”, ostat­nie­go etapu pro­gra­mu.

Na ko­ry­ta­rzu jego sen­so­ry słu­cho­we zło­wi­ły nie­wy­raź­ny szmer do­bie­ga­ją­cy zza rogu. Praw­do­po­do­bień­stwo, że jest to prze­zna­czo­ne dla niego po­le­ce­nie, wy­no­si­ło wpraw­dzie nie wię­cej niż sie­dem pro­cent, jed­nak po­twier­dze­nie tej in­for­ma­cji za­ję­ło­by mak­sy­mal­nie czter­dzie­ści se­kund. Yoshi po­drep­tał w stro­nę źró­dła dźwię­ku i zi­den­ty­fi­ko­wał zna­jo­my głos:

– „…dziew­czy­na o imie­niu Seijo zo­sta­ła od­dzie­lo­na od swo­jej duszy”.

– Czy mam przy­jąć nowe po­le­ce­nie? – za­py­tał Yoshi.

– „Po pew­nym cza­sie obie znowu się spo­tka­ły. Która z nich, dusza czy dziew­czy­na, była praw­dzi­wą Seijo?”

– Nie po­tra­fię zde­fi­nio­wać słowa „dusza”.

Mistrz Shin­ji Yama­da wyj­rzał z po­ko­ju na dźwięk syn­te­tycz­ne­go głosu. Za­wa­hał się na chwi­lę; wła­ści­wie była to naj­bar­dziej prze­ni­kli­wa od­po­wiedź na py­ta­nie, jaką mógł usły­szeć. Szko­da, że w przy­pad­ku an­dro­ida wy­ni­ka­ła ona ze zwy­kłe­go zbie­gu oko­licz­no­ści, a nie stanu umy­słu.

– Yoshi, czy przy­go­to­wa­łeś już her­ba­tę?

– Za­da­nie „Pa­rze­nie_her­ba­ty” nie zo­sta­ło roz­po­czę­te.

– Więc idź – wes­tchnął z re­zy­gna­cją – i za­go­tuj wodę.

Yoshi ukło­nił się i od­czła­pał w głąb ko­ry­ta­rza.

Po za­koń­cze­niu pro­gra­mu „Śnia­da­nie” w jego pa­mię­ci po­zo­sta­ło jedno ocze­ku­ją­ce za­da­nie. Co ozna­cza­ło „od­dzie­le­nie od swo­jej duszy”? Wbu­do­wa­ny słow­nik nie za­wie­rał słowa „dusza”. Z kon­struk­cji zda­nia wy­ni­ka­ło, że sta­no­wi­ła ona część „Seijo”, zi­den­ty­fi­ko­wa­nej jako czło­wie­ka, i na­le­ża­ła do ka­te­go­rii obej­mu­ją­cej czę­ści ciała lub funk­cje ży­cio­we.

– Roz­pocz­nij nowy pro­gram.

Yoshi pod­łą­czył się do sieci, żeby sko­pio­wać en­cy­klo­pe­dycz­ną de­fi­ni­cję. Po­szcze­gól­ne, dość licz­ne ob­ja­śnie­nia po­ję­cia wy­klu­cza­ły się jed­nak i nie spo­sób było wy­brać tego wła­ści­we­go. Mimo to udało mu się zak­tu­ali­zo­wać dane i usta­lić, że „dusza” nie na­le­ży do wstęp­nie przy­ję­tych zbio­rów da­nych, a ra­czej sta­no­wi­ wła­sną, od­ręb­ną ka­te­go­rię. Yoshi znał więk­szość ele­men­tów na­le­żą­cych do zbio­ru czę­ści ciała oraz isto­tę czyn­no­ści ta­kich jak po­ru­sza­nie się czy re­ago­wa­nie na bodź­ce, ale nigdy wcze­śniej nie pró­bo­wał sa­mo­dziel­nie prze­ana­li­zo­wać po­zo­sta­łych ka­te­go­rii.

Roz­łą­czył się z sie­cią, wstrzy­mał funk­cje mo­to­rycz­ne i wy­łą­czył sen­so­ry. Nad­szedł czas na ak­tu­ali­za­cję.

– Yoshi, roz­pocz­nij nowy pro­gram.

W pu­st­ce we­wnątrz alu­mi­nio­wo-si­li­ko­no­we­go ciała, poza prze­twa­rza­niem bodź­ców i szu­mem in­for­ma­cyj­nym sieci, zi­den­ty­fi­ko­wał uśpio­ne pro­gra­my ocze­ku­ją­ce na ak­ty­wa­cję. Od­szy­fro­wał pięć nazw: „Po­ran­ne­_pra­ce”, „Śnia­da­nie”, „Ob­słu­ga­_tu­ry­stów”, „Obiad” i „Wie­czor­ne­_pra­ce”. Nie zna­lazł jed­nak żad­nych da­nych na temat prze­strze­ni, w któ­rej się znaj­do­wał, mię­dzy ukoń­czo­nym „Śnia­da­niem” a nie­roz­po­czę­tą „Ob­słu­gą­_tu­ry­stów”. Być może był to tylko ko­lej­ny pro­gram, nie­moż­li­wy do zde­fi­nio­wa­nia z obec­ne­go po­ło­że­nia.

Być może zna­lazł się na dro­dze do od­kry­cia ka­te­go­rii „dusza”.

 

*

 

To­mo­ko Hi­ra­no zdję­ła buty i we­szła na we­ran­dę; drew­nia­na pod­ło­ga za­skrzy­pia­ła pod jej kro­ka­mi. Kilka po­miesz­czeń dalej, na pod­ło­dze ja­dal­ni, sie­dział Ka­ra­ku­ri XQ-54 wpa­tru­ją­cy się nie­obec­nym wzro­kiem w prze­strzeń. Mi­mo­wol­nie uśmiech­nę­ła się na jego widok. W asce­tycz­nej świą­tyn­nej sce­ne­rii wy­glą­dał, jakby był po­grą­żo­ny w głę­bo­kiej me­dy­ta­cji.

Mistrz Shin­ji Yama­da nie po­dzie­lał jej roz­ba­wie­nia.

– Pro­szę wy­ba­czyć to za­mie­sza­nie, pro­fe­sor Hi­ra­no, ale je­ste­śmy cał­ko­wi­cie bez­sil­ni. Od kilku dni Yosh… to zna­czy an­dro­id, nie re­agu­je na żadne po­le­ce­nia.

– Jest rōshi pe­wien, że po pro­stu się nie roz­ła­do­wał?

– Tam­te­go dnia miał w pełni na­ła­do­wa­ną ba­te­rię. Zresz­tą, to wszyst­ko za­czę­ło się już wcze­śniej. Od pew­ne­go czasu prze­twa­rzał wię­cej da­nych, niż po­wi­nien. Usi­ło­wał sa­mo­dziel­nie wy­peł­nić pust­kę mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi za­da­nia­mi.

– To zna­czy, że sys­tem ad­ap­ta­cyj­ny dzia­ła po­praw­nie. Czy Ka­ra­ku­ri spra­wiał przez to pro­ble­my?

– Za­czę­ło się od tego, że pró­bo­wał prze­jąć nie­któ­re obo­wiąz­ki mni­chów. Nie trzy­mał się wy­zna­czo­nych pętli. Wi­dzia­łem też, jak wpa­try­wał się w obraz. Po co an­dro­id miał­by wpa­try­wać się w obraz?

– Czy to wła­śnie wtedy prze­stał dzia­łać?

– Za­wie­sił się po przy­ję­ciu po­le­ce­nia prze­zna­czo­ne­go dla jed­ne­go z moich uczniów. Cza­sa­mi jego sen­so­ry wy­chwy­tu­ją pro­wa­dzo­ne przez nas roz­mo­wy; tak też się stało tego dnia.

– Jak brzmia­ło to po­le­ce­nie?

– To był koan.

Oczy To­mo­ko Hi­ra­no roz­bły­sły. Nie mogła już się do­cze­kać, aż prze­ana­li­zu­je hi­sto­rię dzia­łań an­dro­ida z okre­su ostat­nich kilku dni. Na eta­pie te­stów od razu od­rzu­cił­by po­le­ce­nie ma­ją­ce formę i treść koanu, ale sys­tem E-VO­LVE jakąś za­wi­łą drogą do­pro­wa­dził go do jego przy­ję­cia.

– Jesz­cze raz prze­pra­szam za kło­pot. Sam nie mogę pojąć, dla­cze­go an­dro­id pod­jął się wy­ko­na­nia po­le­ce­nia, skoro nawet go nie zro­zu­miał.

– Z pew­no­ścią wła­śnie po to, żeby je zro­zu­mieć.

– Słu­cham?

– Pro­szę mi podać kon­tro­ler an­dro­ida. Dzię­ku­ję. Tak, nic dziw­ne­go, że Ka­ra­ku­ri nie re­agu­je na po­le­ce­nia, ma wy­łą­czo­ne wszyst­kie sen­so­ry.

– Czy można je z po­wro­tem włą­czyć?

– Oczy­wi­ście, już je… – Po kilku nie­uda­nych pró­bach zre­zy­gno­wa­ła i otwo­rzy­ła listę pro­gra­mów. – Chwi­lecz­kę. Ka­ra­ku­ri wy­ko­nu­je obec­nie pro­gram o na­zwie „Mat­su­ka­ze”. Myślę, że wiem już, o co cho­dzi. Praw­do­po­dob­nie pod­czas wy­szu­ki­wa­nia roz­wią­za­nia pod­łą­czył się do sieci i przy­pad­ko­wo po­brał wi­ru­sa.

– „Mat­su­ka­ze”? Jak ta słyn­na sztu­ka te­atru ?

To­mo­ko Hi­ra­no za­nie­mó­wi­ła. Wszyst­ko nagle na­bra­ło sensu. Wy­świe­tla­ją­ca się w opro­gra­mo­wa­niu lo­ka­li­za­cja XQ-54 nie wska­zy­wa­ła dziel­ni­cy Ukyō-ku, ale Fu­shi­mi-ku.

– To pięk­na i po­ru­sza­ją­ca opo­wieść o trud­no­ści po­rzu­ca­nia przy­wią­zań. Po raz pierw­szy wi­dzia­łem ją jesz­cze jako… Pro­fe­sor Hi­ra­no? Dokąd pani idzie?

– Halo? Z tej stro­ny To­mo­ko Hi­ra­no. Chyba zna­leź­li­śmy naszą zgubę, panie Ka­na­za­wa.

 

 

Pust­ka

Nazwa pro­gra­mu: „Mat­su­ka­ze”

Sła­bła. Z każdą chwi­lą coraz bar­dziej sła­bła. Wy­do­sta­ła się z brzu­cha pę­dzą­ce­go na górę cy­no­bro­we­go smoka i zna­la­zła schro­nie­nie w oko­licz­nym bam­bu­so­wym lesie, po­dob­na bia­łe­mu mo­ty­lo­wi od­po­czy­wa­ją­ce­mu wśród źdźbeł traw. Koty ob­ser­wo­wa­ły ją z da­le­ka czuj­ny­mi ocza­mi.

Gdyby tylko mogła wzbić się w po­wie­trze i od­le­cieć.

Li­si­ca wsko­czy­ła na ka­mien­ny po­dest, ziew­nę­ła prze­cią­gle i za­sty­gła w mil­czą­cy posąg.

Uwaga: Kry­tycz­nie niski stan za­si­la­nia.

Była tak bli­sko. Wy­da­wa­ło jej się, że cel jej ze­msty znaj­du­je się tuż obok, nie, jesz­cze bli­żej, do­kład­nie w tym samym miej­scu, gdzie ona. Dla­cze­go więc wciąż po­zo­sta­wał nie­uchwyt­ny?

To okrut­ne, Iye­mon-do­no.

Na bia­łym ki­mo­nie umo­ścił się mały czar­ny kot. Wzdry­gnął się lekko pod do­ty­kiem syn­te­tycz­nych pal­ców.

Wy­so­ko w górze de­li­kat­ny róż wsią­kał w niebo, po któ­rym roz­le­wa­ła się świe­ża war­stwa akwa­ma­ry­ny. Ama­te­ra­su do­tknę­ła jej bia­łe­go czoła cie­pły­mi pro­mie­nia­mi przez gęstą ścia­nę smu­kłych, zie­lo­nych ło­dy­żek. Czuła, jak wstę­pu­je w nią nowa siła. Nie była tylko pewna, czy ener­gia po­cho­dzi z ze­wnątrz, od słoń­ca, czy z we­wnątrz, od bo­le­snych wspo­mnień daw­ne­go życia.

Kiedy tylko po nią się­gnę­ła, ener­gia wy­mknę­ła się jej jak fi­glar­ny onibi, błęd­ny ognik. Wcale nie uczy­ni­ła jej sil­niej­szą, a je­dy­nie obu­dzi­ła w niej ko­lej­ną duszę. Oiwa. Ohat­su. Tae. Mat­su­ka­ze. Nie znała imie­nia tej nowej.

Na­wią­za­no po­łą­cze­nie sie­cio­we.

Kot mył łapkę, ni­cze­go nie prze­czu­wa­jąc.

Wi­dzia­ła teraz samą sie­bie rów­no­cze­śnie z głębi swo­jej isto­ty i z bar­dzo, bar­dzo da­le­ka. Nowa dusza ma­ja­czy­ła nie­wy­raź­nie na an­ty­po­dach jej świa­do­mo­ści. I nagle, jakby osu­wa­ła się w błogi sen, ogar­nę­ła ją cał­ko­wi­ta pew­ność, że jej nie­spra­wie­dli­wa śmierć zo­sta­ła po­msz­czo­na. Tak prze­cież było za­pi­sa­ne.

Za­koń­czo­no pro­gram „Yot­suy­a_ka­idan_O­iwa”.

Była wolna. Teraz cze­ka­ło ją tylko wiecz­ne życie po­śród gwiazd. Ale czy nie tak mó­wi­ła sobie za każ­dym razem, zanim upa­da­ła mar­twa w so­sno­wym lesie za mo­stem Umeda? Czy nie było wyj­ścia z tego upior­ne­go, ob­ra­ca­ją­ce­go się sza­leń­czo kręgu jed­nej je­dy­nej in­kar­na­cji?

Wy­cią­gnę­ła ostrze z rę­ka­wa ki­mo­na. Lśni­ło bla­skiem księ­ży­ca, ku któ­re­mu miało ją wy­słać. Jeśli ist­nia­ło wyj­ście, to wy­glą­da­ło wła­śnie tak. Namu Amida. Namu Amida. Tak prze­cież było za­pi­sa­ne.

Za­koń­czo­no pro­gram „So­ne­za­ki­_shin­ju­_O­hat­su”.

Mnich klę­czał nad omsza­łym na­grob­kiem i śpiew­nym gło­sem re­cy­to­wał wiersz Saigyō. Pani Egu­chi znów ko­ły­sa­ła się w tańcu jo no mai. Chmu­ry za­snu­wa­ły jej ludz­ką po­stać, od­sła­nia­ły boską po­stać bo­dhi­sat­twy Fugen. Tak prze­cież było za­pi­sa­ne.

Za­koń­czo­no pro­gram „Egu­chi­_Tae”.

Dwie sio­stry, Mat­su­ka­ze i Mu­ra­sa­me, przy­nio­sły nad brzeg morza cięż­kie no­si­dła. Za­pa­dał zmrok i wraz z wodą do wia­der wle­wa­ło się niebo. Mat­su­ka­ze ze śmie­chem za­nu­rza­ła w na­czy­niu drew­nia­ną cho­chel­kę, pró­bu­jąc zło­wić księ­życ.

Mu­ra­sa­me czy­ta­ła przy­szłość z twa­rzy sio­stry. W przy­szło­ści tań­czy­ły wokół drze­wa, wspo­mi­na­jąc swoje dawne życie, i po­wo­li za­po­mi­na­ły wszyst­ko. Były cu­dzym snem, który zni­kał wraz z prze­bu­dze­niem. Po­zo­sta­wał po nich tylko wiatr wśród sosen i je­sien­ny deszcz. Tak prze­cież było za­pi­sa­ne.

Było za­pi­sa­ne coś jesz­cze.

Sio­stro, jaka dziw­na hi­sto­ria mi się przy­po­mnia­ła!

Od­po­wie­dział jej ra­do­sny śmiech.

Pewna dziew­czy­na o imie­niu Seijo zo­sta­ła od­dzie­lo­na od swo­jej duszy. I kiedy znów się spo­tka­ły, nikt nie wie­dział, czy to dusza, czy dziew­czy­na była praw­dzi­wą Seijo.

Księ­życ fa­lo­wał na po­wierzch­ni wody.

Sio­stro, a gdy­bym to ja była tamtą dziew­czy­ną, a ty moją duszą? Co byś mi po­wie­dzia­ła, gdy­by­śmy się spo­tka­ły?

Mat­su­ka­ze od­wró­ci­ła się ze zdzi­wie­niem. Jej twarz od­bi­ja­ła się w twa­rzy sio­stry jak księ­życ prze­glą­da­ją­cy się w wo­dzie.

Za­koń­czo­no pro­gram „Mat­su­ka­ze”.

Czar­ny kot wy­mknął się z nie­ru­cho­mych objęć.

 

*

 

– Tak, panie Fu­ji­sa­ki, już nad tym pra­cu­je­my. Uster­ka zo­sta­nie na­pra­wio­na w moż­li­wie naj­krót­szym cza­sie.

– Trud­no to na­zwać uster­ką, pro­fe­sor Hi­ra­no. An­dro­id zo­stał zna­le­zio­ny w bam­bu­so­wym lesie, całe ki­lo­me­try od te­atru, z wy­łą­czo­ny­mi wszyst­ki­mi funk­cja­mi.  A po­li­cja nie tylko nie wska­za­ła spraw­cy, ale zdaje się su­ge­ro­wać, że żad­ne­go spraw­cy nie było.

– Do­pusz­cza­my moż­li­wość, że był to wirus lub błąd sys­te­mu ad­ap­ta­cyj­ne­go.

–  Ktoś po­wi­nien za­pła­cić za stra­ty, jakie po­niósł nasz teatr.

– Ze swo­jej stro­ny mo­że­my je­dy­nie za­dbać o to, żeby udało się unik­nąć dal­szych strat.

– Jak długo po­trwa na­pra­wa? Mu­sie­li­śmy już od­wo­łać spek­ta­kle za­pla­no­wa­ne na przy­szły ty­dzień. Nie mam pew­no­ści, czy w tym se­zo­nie w ogóle uda się wy­sta­wić „Mat­su­ka­ze”.

– Bę­dzie­my pań­stwa o wszyst­kim na bie­żą­co in­for­mo­wać.

– Bar­dzo pro­szę. W prze­ciw­nym wy­pad­ku media za­czną na bie­żą­co in­for­mo­wać całe Kioto. Czy sły­sza­ła pani, że w In­ter­ne­cie krążą już plot­ki o onryō na­wie­dza­ją­cej chram Fu­shi­mi Inari?

– Nic mi o tym nie wia­do­mo, panie Fu­ji­sa­ki.

– Pro­fe­sor Hi­ra­no, mam jedną proś­bę. Niech pani tym razem nie wgry­wa pro­gra­mu „Yot­suy­a_ka­idan_O­iwa”.

 

*

 

– Czy wia­do­mo już, kiedy Yoshi wróci do świą­ty­ni?

– Mogę za­pew­nić, że jutro bę­dzie jak nowy.

– To do­brze, to do­brze. Cho­ciaż praw­dę mó­wiąc, to szko­da. Wiele zdą­żył się przez ten czas na­uczyć.

– Tak, to nie­wąt­pli­wa za­słu­ga sys­te­mu ad­ap­ta­cyj­ne­go.

– Przede wszyst­kim to za­słu­ga prak­ty­ki.

– Jest też bar­dzo dobra wia­do­mość. Zak­tu­ali­zo­wa­li­śmy wer­sję sys­te­mu E-VO­LVE; mam na­dzie­ję, że od teraz Ka­ra­ku­ri bę­dzie spra­wiać mniej pro­ble­mów.

– Nowa wer­sja? Czy to zna­czy, że nie bę­dzie to ten sam an­dro­id?

– Bę­dzie jesz­cze spraw­niej wy­ko­ny­wał te same za­da­nia. Bez pew­nych ak­tu­ali­za­cji po­zo­stał­by na­ra­żo­ny na po­dob­ne błędy w przy­szło­ści.

– Oczy­wi­ście. Ro­zu­miem.

– Zmia­ny szyb­ko staną się nie­zau­wa­żal­ne. To wciąż model XQ-54.

 

*

 

Na brzo­skwi­nio­wym jesz­cze nie­bie za­ma­ja­czył księ­życ, za­glą­da­jąc do środ­ka przez ramę okna.

To­mo­ko Hi­ra­no wpa­try­wa­ła się zmę­czo­nym wzro­kiem w ja­skra­we pro­sto­ką­ty ekra­nów i za­twier­dza­ła ko­lej­ne ko­mu­ni­ka­ty. Sfor­ma­to­wa­no pa­mięć sen­so­rów optycz­nych. Sfor­ma­to­wa­no pa­mięć sen­so­rów ter­micz­nych. Za­in­sta­lo­wa­no syn­te­za­tor mowy Ben­shi 2.0. Za­in­sta­lo­wa­no syn­te­za­tor śpie­wu Vo­ca­lo­id. Za­pi­sa­no pro­gram „Po­ran­ne­_pra­ce”. Za­pi­sa­no pro­gram „Egu­chi­_Tae”.

Od­wró­ci­ła się na krze­śle ob­ro­to­wym i po­pa­trzy­ła na Ka­ra­ku­ri, bez­wład­ne jak ich na­krę­ca­ne osiem­na­sto­wiecz­ne imien­ni­ki, któ­ry­mi ba­wi­ła się w dzie­ciń­stwie. Jaka szko­da, że nie miała oka­zji od­two­rzyć hi­sto­rii prze­bie­gu ich dzia­łań i wy­snuć wła­snych wnio­sków, zanim zak­tu­ali­zo­wa­ła sys­tem, unie­moż­li­wia­jąc ko­mu­ni­ka­cję mię­dzy an­dro­ida­mi. Ale od ja­ko­ści i tempa na­pra­wy za­le­ża­ło dobre imię uni­wer­sy­te­tu. Ka­ra­ku­ri zdą­ży­ły przy­nieść ogrom­ne stra­ty te­atro­wi Fu­shi­mi Cyber Bun­ra­ku i za­kłó­ci­ły po­rzą­dek dzien­ny świą­ty­ni Taizō-in.

To­mo­ko Hi­ra­no upiła łyk ja­śmi­no­wej her­ba­ty i od­sta­wi­ła kubek na sto­ją­cy przy kom­pu­te­rze ro­bo­tycz­ny chwy­tak.

An­dro­idy stały tuż obok sie­bie, od­dzie­lo­ne o mi­liar­dy kalp.

Koniec

Komentarze

SŁOWNICZEK

 

abura-age – rodzaj smażonego tofu, szczególnie lubiany przez mityczne lisy (kitsune);

Amaterasu – japońska bogini słońca;

Inari – shintoistyczne bóstwo ryżu, którego posłańcami są białe lisy;

kaidan – opowieść o duchach lub innych zjawiskach nadprzyrodzonych;

karakuri(-ningyō)mechaniczna lalka wytwarzana w Japonii od XVIII do XIX wieku;

karesansui – ogród medytacyjny w postaci minimalistycznej kompozycji z piasku i kamieni ;

kintsugi – technika naprawy ceramiki laką zmieszaną ze złotem;

kishikan – déjà vu;

onibi – błędny ognik;

onryō – rodzaj yūrei; żądny zemsty duch żywiący głęboką urazę do sprawcy swojej śmierci; tradycyjnym wizerunkiem onryō jest kobieta w białym (żałobnym) kimonie;

rōshi – tytuł japońskiego mistrza zen;

samue – tradycyjny ubiór roboczy japońskiego mnicha zen;

yodare kake – śliniaczek wotywny;

yūrei – duch osoby zmarłej w nienaturalny sposób, nawiedzający miejsce lub osobę związaną ze swoją śmiercią

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

OK, Japonii jeszcze nie było. Do konkursu.

Babska logika rządzi!

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

odgłosy kroków dudniły na matach tatami

Nie jestem pewna, czy one dudnią – ale nie znam się na tym.

 zaczekał, aż dzwon zamilknie

Może "umilknie"? Ładniej i bez aliteracji.

 przyspieszając kroku, rozlał

Jednocześnie?

zawiesił zakłopotany wzrok

Mmm, aliteracja i antropomorfizowanie wzroku, chociaż w Japonii antropomorfizują wiele rzeczy. Skorupach-rękach – powtarza się dźwięk.

łagodził upał wschodzącego dnia

No, nie wiem. O tej porze roku? Chyba, że to ta prawie tropikalna część Japonii?

 zamiatał wysłużoną bambusową miotłą ścieżkę usłaną dywanem opadłych bladoróżowych płatków

Ale musiałby przy tym poruszyć płatki.

 kamieni suchych ogrodów – jasnobeżowego i ciemnoszarego

To kolory ogrodów, czy kamieni?

 azaliowych ogrodach akompaniujących

Hmm.

 tak samo jak oni?

Tak samo, jak oni?

 wiedziona jakby pojedynczym pociągnięciem niewidzialnego pędzla

Pomieszała Ci się metafora – pędzel może malować, ale wieść?

zaczęła rozwidlać się

Naturalniej: zaczęła się rozwidlać.

 wzbierając krwawą czerwienią jesieni

Nie wiem, czy "wzbierając" tu pasuje.

 szumiącą wierzbą, kołyszącą do snu omszały

Szumi – ale ładnie szumi.

 tajemnicza kurtyzana skrywająca swoją prawdziwą tożsamość.

W sumie to zdublowana informacja.

świeci jak zawsze

Świeci, jak zawsze.

 przybyłą postać

Wycięłabym "postać" – nic nie dodaje.

 zaskrzyło się w mocnym świetle drżeniem złotych nici

Hmm.

 Dwa wachlarze, unoszone dźwiękami shamisenu

Chyba troszkę za daleko poszłaś z tą metaforą.

 obszernym biurku

Czy biurko może być obszerne?

opływowym kształcie, przypominającym kałużę wody

Kształt opływowy to taki, który płyny szybko opływają – a kałuża jest nieregularna. Może chodziło Ci o powyginany kształt?

 krzyczącą migającymi

Ąc-ąc.

 Zupełnie jakby

Zupełnie, jakby.

 Niestety nie udało się ustalić niczego poza tym

Niestety, nie udało się ustalić niczego, poza tym.

efektem zaprogramowania

Może jednak "programowania".

układały się

Układają – c.t.

 wychwyciły sensory słuchowe Yoshiego.

Dużą literą, to nie czynność paszczą.

 mógł tylko tak ocalić swój honor

Tylko tak mógł ocalić swój honor.

Zupełnie jakby

 Zupełnie, jakby.

 Snem, którego nie sposób było kontrolować.

Tak to bywa ze snami. Troszkę to "kontrolowanie" psuje nastrój.

 zaznać spokoju. Ona nie pragnęła już spokoju

Powtórzenie – nie widzę dla niego uzasadnienia.

 rozburzone czarne włosy opadły

Hmm.

 Nie może pani czy nie chce

Nie może pani, czy nie chce.

 wskazała wzrokiem

Może jednak: spojrzeniem.

 raczej, jakby

Raczej tak, jakby.

 nieuchwytnie niepokojącego

Hmm.

 ułożył w ostatniej misce kawałek duszonej rzodkwi, doprawiając

Jednocześnie?

sensory słuchowe ułowiły

Może raczej "złowiły". "Ułowiły" zbyt rybnie się kojarzy, przynajmniej mnie.

 Prawdopodobieństwo, że było to przeznaczone

Że jest – c.t.

 Która z nich, dusza czy dziewczyna, była prawdziwą Seijo?

Która strona, awers, czy rewers, jest prawdziwą monetą? ;)

w jego pamięci nadal pozostało jedno oczekujące zadanie

Hmm.

 opisy pojęcia

Pojęcie raczej się eksplikuje, niż opisuje – ale to nie jest zbyt literackie słowo. Objaśnienia?

 że „dusza” nie należała

Nie należy, stanowi – c.t.

 znał większość elementów należących do zbioru części ciała oraz istotę czynności

Istotę? Hmm? Poza tym – trochę tu straszysz. Dobrze i subtelnie.

 takich jak poruszanie się czy reagowanie

Takich, jak poruszanie się, czy reagowanie.

 Nadszedł najwyższy czas

Nie dawałabym obu tych słów.

 W pustce wewnątrz aluminiowo-silikonowego ciała

Hmm. Sama nie wiem.

 zdefiniowania z obecnego położenia.

Co ma położenie do definiowania? Stan wiedzy, tak, ale położenie?

do odkrycia kategorii „dusza”

Kategorie już odkrył, teraz chce się dowiedzieć, co to znaczy. A skoro chce… Houston, mamy emergentną osobę. I to chyba już drugą.

 Zresztą to wszystko

Zresztą, to wszystko.

 odrzuconych próbach

Chyba lepiej: nieudanych.

 porzucania przywiązań

Hmm?

 postać, odsłaniały boską postać

Powtórzenie.

 Musieliśmy odwołać już

Naturalniej: Musieliśmy już odwołać.

 Pojawiła się nowa wersja

A to nie Hirano ją napisała? Albo ktoś z jej zespołu?

 popiła jaśminowej herbaty

Może: upiła (łyk).

Powiem jedno. Przegrać z Tobą, black_cape, to lepiej, niż wygrać.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Przeczytałem. Pomysł i klimat bardzo ciekawy – już tytuł i tagi narobiły mi smaku na prawdziwą ucztę. Niestety, troszkę się rozczarowałem, choć trudno powiedzieć, czy to problem samego tekstu, czy moich wygórowanych oczekiwań.

Bardzo podobał mi się moment “oświecenia” tj. zawieszenia się Yoshiego i chwili, gdy przygląda się własnym procesom myślowym i schematom (programom), które kierują jego życiem. Android odkrywa sedno medytacji i to był dla mnie moment zachwytu. Android wsłuchuje się w swoje "myśli” i kontempluje pustkę pomiędzy nimi.

W pustce wewnątrz aluminiowo-silikonowego ciała, poza przetwarzaniem bodźców i szumem informacyjnym sieci, zidentyfikował uśpione programy oczekujące na aktywację. Odszyfrował pięć nazw: „Poranne_prace”, „Śniadanie”, „Obsługa_turystów”, „Obiad” i „Wieczorne_prace”. Nie znalazł jednak żadnych danych na temat przestrzeni, w której się znajdował, między ukończonym „Śniadaniem” a nierozpoczętą „Obsługą_turystów”. Być może był to tylko kolejny program, niemożliwy do zdefiniowania z obecnego położenia.

Być może znalazł się na drodze do odkrycia kategorii „dusza”.

Piękna, fascynująca rzecz…

Niestety, reszta opowiadania w moim odczuciu za bardzo skupia się na sztukach teatralnych i legendach, i była dla mnie, szczerze mówiąc, zagmatwana i trochę niezrozumiała. A może po prostu doszukiwałem się większej głębi tam, gdzie jej nie było?

W trakcie lektury wątku teatralnego odnosiłem wrażenie, że po prostu przeniosłaś “Westworld” do Japonii. Z powodu aktualizacji oprogramowania androidka zaczyna coś sobie przypominać poprzednie “odtworzenia” i poprzednie zgony. Wspomnienia jej się mieszają, szuka zemsty (choć nie bardzo wie, na kim). Nie rozumiem tylko, czemu ma zwidy z lisicą. Powiem tak: wątek Yoshiego wydawał mi się (albo przynajmniej mógłby być – po rozwinięciu) pięknym połączeniem filozofii Wschodu z kognitywistycznym hard SF o naturze świadomości i sztucznej inteligencji, a tymczasem wątek “aktorki” jest bajkowy, surrealistyczny i wnosi stosunkowo niewiele konkretów (chyba że go kompletnie nie zrozumiałem, co jest możliwe). Spodobało mi się tylko, że androidka patrzy na współczesny świat oczami jej postaci (w pociągu dopatruje się smoka itp).

Jeśli chodzi o język, z jednej strony pasuje do klimatu i treści, widać dużo pracy… ale z drugiej imho przesadziłeś z kwiecistością, a metafory nie zawsze są trafione. Zamiast płynąć przez tekst, trochę za często się potykałem.

Czysto subiektywnie podsumowując: jest w porządku, ale liczyłem na coś więcej… :(

 

 

Przeczytałam.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Lubię japońskie klimaty, więc czytało się dobrze, ale jak na mój gust, za mało było androida w opowiadaniu o androidzie. Wolałabym więcej Yoshiego i jego przemyśleń, a nieco mniej baśni i różnych duchów.

 

od­gło­sy kro­ków dud­ni­ły na ma­tach ta­ta­mi. –> Czy mata tatami nie jest czymś w rodzaju masła maślanego? Czy nie wystarczy: …od­gło­sy kro­ków dud­ni­ły na ta­ta­mi.

 

Ro­ze­szli się po aza­lio­wych ogro­dach akom­pa­niu­ją­cych su­ro­wym ka­re­san­sui… –> Na czym polega akompaniowanie ogrodów azaliowych?

Za SJP PWN: akompaniament 1. «partia instrumentalna utworu towarzysząca i podporządkowana partii głównej» 2. «towarzyszenie na instrumencie soliście albo zespołowi» 3. «dźwięki towarzyszące czemuś»

 

Pięła się w górę, wie­dzio­na jakby… –> Masło maślane. Czy coś może piąć się w dół?

 

– Spójrz! księ­życ świe­ci jak za­wsze – nie­zmien­ny. –> Dodatkowe półpauzy w dialogach sprawiają, że, moim zdaniem, zapis staje się mniej czytelny.

Proponuję: – Spójrz! księ­życ świe­ci jak za­wsze, nie­zmien­ny.

 

Od­wró­ci­ła się do wi­dow­ni i roz­wi­nę­ła skrzy­dła wzo­rzy­ste­go ki­mo­na… –> Kimono ma skrzydła???

 

Na ob­szer­nym biur­ku o opły­wo­wym kształ­cie… –> Czy dobrze rozumiem, że biurko było obłe, podobne do jajka i nie miało żadnych kantów?

 

w nocy z dwu­dzie­ste­go ósme­go na dwu­dzie­ste­go dzie­wią­te­go marca. –> …w nocy z dwu­dzie­ste­go ósme­go na dwu­dzie­sty dzie­wią­ty marca.

 

– „…dziew­czy­na o imie­niu Seijo zo­sta­ła od­dzie­lo­na od swo­jej duszy.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Szko­da, że przy­pad­ku an­dro­ida… –> Pewnie miało być: Szko­da, że w przy­pad­ku an­dro­ida

 

Od kilku dni Yosh…, to zna­czy an­dro­id… –> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Na brzo­skwi­nio­wym jesz­cze nie­bie za­ma­ja­czył Księ­życ… –> Dlaczego wielka litera?

 

To­mo­ko Hi­ra­no po­pi­ła ja­śmi­no­wej her­ba­ty i odło­ży­ła kubek… –> Jeśli nie wypiła całej herbaty, to z odłożonego kubka wszystko się wylało.

Może: To­mo­ko Hi­ra­no napiła się ja­śmi­no­wej her­ba­ty i odstawiła kubek

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tarnino,

Dōmo arigatō za wizytę i poświęcenie czasu na korektę. Z wieloma propozycjami się zgadzam, jak najszybciej naniosę poprawki, a do niektórych uwag jeszcze chciałabym się krótko odnieść.

 

kamieni suchych ogrodów – jasnobeżowego i ciemnoszarego

To kolory ogrodów, czy kamieni?

Ogrodów. To bym jednak zostawiła w obecnym brzmieniu, bo określenia są zaraz po rzeczowniku.

 

 

azaliowych ogrodach akompaniujących

Hmm.

A tu chodzi o aliterację czy przesadną (nomen omen) kwiecistość? :P

 

 

 tak samo jak oni?

Tak samo, jak oni?

Ha, z tą konstrukcją “tak[,] jak” to sama nigdy do końca nie wiem, ale wydaje mi się, że w tym przypadku przecinek można pominąć.

 

 

 zaskrzyło się w mocnym świetle drżeniem złotych nici

Hmm.

Nici w materiale kimona. :P

 

 

opływowym kształcie, przypominającym kałużę wody

Kształt opływowy to taki, który płyny szybko opływają – a kałuża jest nieregularna. Może chodziło Ci o powyginany kształt?

Chodziło mi jednocześnie o opływowy i przypominający kałużę, ale faktycznie źle to brzmi, jakby jedno miało wynikać z drugiego. Chyba zostanę przy samej kałuży. :P

 

 

 Nie może pani czy nie chce

Nie może pani, czy nie chce.

Hmm, tutaj wydaje mi się, że przecinek powinien się pojawić dopiero przy powtórzeniu “czy” (tj. “Czy…, czy…?”).

 

 

 postać, odsłaniały boską postać

Powtórzenie.

Tu akurat powtórzenie jest celowe, miało zwiększać melodyjność zdania.

 

Na razie to chyba wszystko, ewentualnie jeszcze dopiszę, jakbym coś zauważyła podczas poprawiania. Jestem miło zaskoczona klikiem, dziękuję. <3

 

 

master_of_orion,

Dōmo arigatō za wizytę i merytoryczny komentarz. Po publikacji zastanawiałam się jeszcze nad strukturą opowiadania i wydaje mi się, że pewne zarzuty są tutaj uzasadnione. Problem tkwi chyba w epilogu, który nie wyszedł tak “koanicznie”, jak powinien…

Ogólnie chodziło o to, że oba androidy miały tę samą (“pustą”) naturę, ale przez odmienne zaprogramowanie jeden skłaniał się bardziej ku naturze “oświeconej”, a drugi “karmicznej”. Same uświadamiają sobie podobieństwo dopiero w ostatniej scenie, kiedy spotykają się jako siostry. Łączy się spektakl i koan. W epilogu teoretycznie znowu mają tę samą naturę, ale już w taki jałowy sposób, z którego nic nie wynika.

Lisica jest posłańcem bóstwa Inari, do którego chramu trafia przeprogramowana Tae. Tutaj akurat łączę charakter jej obecnego programu z charakterem tego miejsca (nocą podobno nawiedzonego ;)).

Rzeczywiście w tym uzyskaniu autonomii przez Tae w wyniku powtarzających się śmierci i traumatycznych przeżyć pobrzmiewa jakaś logika “Westworld”; też przeszło mi to przez myśl, chociaż już bardziej podczas pisania niż na etapie planowania.

Kwiecistość to już chyba wina mojego stylu :P, ale jeśli chcesz, możesz podesłać niektóre z tych metafor, które Ci szczególnie zazgrzytały. Każda uwaga przyda mi się na przyszłość.

 

 

Witam też jurorki Finklękam_mod. Teraz tylko czekać na Muminka. :)

 

 

Edit: O, jeszcze reg przybyła w międzyczasie, powitać! Z uwagami generalnie się zgadzam, jeszcze tylko odnośnie dwóch z nich:

 

Rozeszli się po azaliowych ogrodach akompaniujących surowym karesansui… –> Na czym polega akompaniowanie ogrodów azaliowych?

To miała być taka przepoetyzowana synestezja. :P Osobiście bym ją zostawiła, ale się zastanowię, skoro i Tobie, i Tarninie to zgrzytało.

 

 

Odwróciła się do widowni i rozwinęła skrzydła wzorzystego kimona… –> Kimono ma skrzydła???

Skrzydła w sensie bardzo szerokich rękawów. :P

 

 

W zamyśle oba wątki miały stanowić całość (tak jak tam piszę wyżej), ale dzięki za zasygnalizowanie, że ten filozoficzny zagrał lepiej. Każda taka uwaga jest dla mnie cenna. I dōmo arigatō za klika! <3

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Ostatnie zdanie miodzio, nawet jeśli build up aż tak mną nie poruszył. Jeszcze tu wrócę, ale najpierw szybka uwaga:

Mistrz Shinji Yamada zamarł, zastając Yoshiego przed „Połowem suma tykwą”. Wyglądało to, jakby android nie czekał na niego, a wpatrywał się w obraz; jakby próbował rozwiązać zagadkę, nad którą głowiło się trzydziestu jeden mistrzów. To mogło się źle skończyć.

Mistrzowie zen nad koanami się nie głowią. Głowią się nad nimi uczniowie(właściwie to medytują), zanim dostąpią oświecenia. Oprócz tego, koan to nie zagadka.

Hej, le­ni­wy2!

Dzię­ki za uwagę, fak­tycz­nie tro­chę źle to za­brzmia­ło. Cho­dzi­ło mi o te trzy­dzie­ści jeden wier­szy na­pi­sa­nych nad ob­ra­zem. Jesz­cze się za­sta­no­wię, jak to ewen­tu­al­nie prze­for­mu­ło­wać, żeby nadal można było to od­nieść do wy­sił­ku umy­sło­we­go an­dro­ida i jed­no­cze­śnie unik­nąć tego skró­tu my­ślo­we­go.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

A tu chodzi o aliterację czy przesadną (nomen omen) kwiecistość? :P

O aliterację, ale bardziej o to, co wskazała też reg. Czyli o nietrafione słowo.

 wydaje mi się, że w tym przypadku przecinek można pominąć.

Hmm. Zawsze mi się to wydaje jakieś gołe, kiedy nie ma przecinka.

 Nici w materiale kimona. :P

I one tak się wypruły i tańczą? XD

 Hmm, tutaj wydaje mi się, że przecinek powinien się pojawić dopiero przy powtórzeniu “czy” (tj. “Czy…, czy…?”).

Chyba nie… sprawdź to lepiej.

 Skrzydła w sensie bardzo szerokich rękawów. :P

Dla mnie to akurat było obrazowe – ale ja się interesowałam tym, jak wygląda kimono i miałam to dość świeżo w pamięci.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

 wydaje mi się, że w tym przypadku przecinek można pominąć.

Hmm. Zawsze mi się to wydaje jakieś gołe, kiedy nie ma przecinka.

Okej, tu jeszcze zrobię mały risercz.

 

Nici w materiale kimona. :P

I one tak się wypruły i tańczą? XD

Światło się od nich odbija. :P

Pomyślę jeszcze nad tym, ale na razie nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.

 

 Hmm, tutaj wydaje mi się, że przecinek powinien się pojawić dopiero przy powtórzeniu “czy” (tj. “Czy…, czy…?”).

Chyba nie… sprawdź to lepiej.

Znalazłam coś takiego na przykład.

 

 

Okej, niniejszym przystępuję do wprowadzania poprawek. Dziękuję raz jeszcze! ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Jestem z powrotem ;)

Opowiadanie podobało mi się umiarkowanie. Bardzo mnie cieszy za to, że ktoś interesuje się buddyzmem zen, próbuje go jakoś zgłębiać, poznawać i do tego jeszcze pisze o tym teksty ;D

Z dobrych rzeczy, wątek Yoshiego był ciekawy i przejrzysty. Postać mistrza, który jest ludzki, ma wątpliwości, choć nie powinien wikłać się w przywiązywanie. Łowienie suma tykwą, ulubiony chyba koan profesor Kozyry też na plus. Odpowiedź Yoshiego na pytanie podniesione przez mistrza, też super, niby prawie poprawna, ale przecież wiemy, że przemawia przez niego komputer(czy na pewno?) ;) 

Styl ok(trochę zbyt obfity jak na mój gust, zwłaszcza, że piszesz tu o szkole buddyzmu z najbardziej oszczędną estetyką w dziejach), odważnie operujesz barwami, co się chwali, z drugiej strony popadasz w przymiotnikozę, kiedy chcesz przekazać zbyt dużo informacji naraz(miałem przykład jednego strasznego zdanka, ale chyba je poprawiłaś).

Co mi się nie podobało, to cały wątek androida – aktorki, który z pewnością jest świetny, jeśli odbiorca pamięta treść wszystkich wymienionych sztuk teatralnych, ale bez zaznajomienia się z nimi, ja prawie nic nie zrozumiałem, czytało się ciężko. Bardzo fajnie, że odnosisz się do dzieł kultury, ale dobrze robić to z głową, tak, żeby laik przeszedł przez to bez oporów, a specjalista pokiwał głową z uznaniem. Piszesz Amaterasu zamiast słońca, no okej, większość osób tutaj zrozumie, bo to portal fantasy, ale co na to Kowalski/ska, a nawet osoba inteligentna, która nie zetknęła się w jakikolwiek sposób z kulturą Japonii. Utwór może być głęboki, będąc jednocześnie czytelnym ;)

Oprócz tego nie rozumiem, skąd wziął się motyw zemsty. Z jednej ze sztuk? Jeśli tak, ok, jeśli nie, to nie wiem po co tam jest.

Co do krótkiego wstępu przed tekstem. Nie nawiązujesz formą do koanu, koan to palimpsestowy gatunek literacki, treść dzieli się zwykle na wprowadzenie sporządzone przez mistrza, treść właściwą koanu, komentarz mistrza prozą(który ma tłumaczyć, ułatwiać odbiorcy zrozumienie), komentarz mistrza poezją, komentarze kolejnych mistrzów, którzy zdecydowali się takowe zostawić. Do koanu nawiązujesz duchem utworu ;)

Ogólnie chodziło o to, że oba androidy miały tę samą (“pustą”) naturę, ale przez odmienne zaprogramowanie jeden skłaniał się bardziej ku naturze “oświeconej”, a drugi “karmicznej”. Same uświadamiają sobie podobieństwo dopiero w ostatniej scenie, kiedy spotykają się jako siostry. Łączy się spektakl i koan. W epilogu teoretycznie znowu mają tę samą naturę, ale już w taki jałowy sposób, z którego nic nie wynika.

Pamiętaj, że samsara to nirwana i nirwana to samsara. Jaźń oświecona i nieoświecona mają ten sam kształt, po oświeceniu widzimy, że to sześcian, nie kwadrat, ale tylko dlatego, że siedzimy na wyższym krześle. Dlatego z perspektywy chanowskiej oba androidy mają zawszę tę samą naturę. Jeden może być bliżej oświecenia, drugi dalej, ale niczego to nie zmienia. Ich natura zawsze jest pusta, nie może się pustą stać na koniec.

Ogólnie raczej podobało mi się, wątek Yoshiego zwłaszcza. Drugi dużo by zyskał, gdyby nie był tak mocno zamotany w nawiązania i baśniowość. Ostatnie zdanko, jak pisałem, miodne, za nie same daję dużego plusa, reszta dostaje plusa umiarkowanego ;)

 

leniwy2, dōmo arigatō za merytoryczny i wyczerpujący komentarz! :)

Zacznę może od tego nawiązywania do formy koanu. Rzeczywiście w tej chwili jest to mało czytelne (usuwam z wprowadzenia słowo “formy”), natomiast rozważam jeszcze dodanie epilogu, w którym nawiązanie byłoby czytelniejsze. W zamyśle tekst miał się ograniczać do treści właściwej koanu, bez uwag i komentarzy mistrzów. Oczywiście musiał być o wiele dłuższy niż taki standardowy koan (w końcu konkursowy limit dolny to 20 tys. znaków :P); więc to tak, jakby tej krótkiej historyjce o Seijo odpowiadał cały tekst opowiadania.

Dzięki za uwagi odnośnie wątku aktorki. Tak się zastanawiałam, czy tutaj nie przegięłam… :D Motyw zemsty wziął się ze sztuki “Yotsuya kaidan”. Konkretnie aktorka po całym sezonie odgrywania śmierci Ohatsu w “Sonezaki shinjū” przeprogramowuje się w Oiwę.

Amaterasu jednak bym zostawiła, ale dodam do słowniczka. ;)

Cieszę się, że wątek Yoshiego się podobał. Kreacja Yamady też, bo bałam się, że ostatecznie przedstawiłam go zbyt negatywnie.

Ano tak, androidy cały czas miały “pustą” naturę, ale one same nie zdawały sobie z tego sprawy. Nie jestem pewna, czy mówisz tutaj o segmencie “Pustka”, czy o epilogu – w pierwszym przypadku to właśnie ten przebłysk “oświecenia”, drugi to już jego koniec. Czyli w skrócie – chodzi nie tyle o pustkę, co świadomość pustki.

Okej, mam nadzieję, że niczego nie pominęłam. Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz, postaram się niedługo znaleźć chwilę na lekturę Twojego “Aliażu”.

Pozdrawiam! ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Kalpy cudne, małe, duże, podstawowe, wymierne i niewymierne. Ciekawy mistrz z ciekawej linii. Z df koanu dyskutowałabym, acz dualne być mogą, choć historyjkami niekoniecznie:)

Bardzo fajne, klimat jest, miłość-zemsta, chociaż ciutkę w europejskich dekoracjach, oświecenia brakuje. Na to czekałam, na obudzenie się w teraźniejszości, na satori, na spotkanie mistrza i ucznia, bądź na spotkanie robocie. 

Lis – super, chyba najpiękniejszy, zaraz po Karakuri model XQ54.

Gratuluję opowiadania, nigdy nie znudzą mi się opowiadania o robotach, oprogramowaniu, SI/AI. To cholernie interesujące, może przez to, że nas przybliża do duszy/istoty/teraz :DDD, a może właśnie piszę ten komentarz.

 

Kilka sformułowań zatrzymało mnie na drodze. To, te drobiazgi:

‚sugerowane – podmieniłabym na proponowane, bądź inaczej, aby dać propozycję, możliwości, a nie wskazywać. Chociaż, za chwilę już się do tego przyzwyczaiłam

‚dudniły na tatami – podmieniłabym dudniły, na tatami są szelesty, odgłosy stąpania, raczej nie dudnienie – zdaje mi się zbyt mocne, gdyż tatami wygłusza jak ziemia, raczej nie dudni odgłosami maszerującej armii po moście, czy kamieniu. Rozumiem, że chodziło Ci o narastanie dźwięku i jego jednoczesność, rytmiczność, zbliżanie się.

‚niskich stolików – raczej ławy?, ale pewna nie jestem, to bardziej z wyobrażeń, filmów

‚poczłapał – i tak, i nie, odzierasz go z dostojeństwa i praktyki. Nawet jeśli jest wiekowy to szedł wolno, ostrożnie, lecz nie „człapał się”. On chce tam być, chce uczyć się. Potem, dalej masz podreptał, poczłapał itd. Już wiem, że wiekowy nie jest, więc tym bardziej, nie czyń z niego dziecka.

‚siedmiokondygnacyjną pagodą tac na rękach – tace?, a na nich miseczki?; dlaczego nie same miseczki? Kelnerzy noszą inaczej. Jak to wyglądało? Taca na tacy – to stąd kształt pagody?, wtedy może w rękach?

‚Wprawne oko mogło jeszcze uchwycić sztuczność w mechanicznej perfekcji ich ruchów, niezmiennych od ponad trzech lat. – jakoś niezręczne, kojarzy mi się z automatem, sztywno poruszającym się plus perfekcja więc ruchy celowe (choć może nie płynne) plus niezmienne – czyli wytrenowane i jako takie musiały pieścić i zachwycać oko obserwatora?

‚pod szumiącą wierzbą, kołyszącą do snu omszały kamienny kopiec. – coś tu nie gra, wierzba kołysząca do snu – czyli kamień w kołysce?:)

,jeszcze płynniejsze – jeszcze – usunęłabym

‚Na podwórzu(+,) z drzewa wiśni – chyba przecinek?

‚Zawahał się na chwilę – usunęłabym „na”?

‚rzeczywistego stanu umysłu – usunęłabym „rzeczywistego”

 

Pozdrawiam, dobre opowiadanie, gratki:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dōmo arigatō, Asylum! :)

Poprawkami zajmę się już jutro, bo późno, a na razie odniosę się do pierwszej części komentarza.

Z tymi “historyjkami” masz na myśli, że zbyt “beztroskie” czy niepoprawne sformułowanie? Bo te dłuższe koany to już mają formę takich opowiastek czy anegdotek. Ogólnie w zen ciężko cokolwiek zdefiniować. ;) Ale jeśli to bardzo zgrzyta, to mogę zmienić.

Spotkanie robocie nastąpiło w segmencie “Pustka”, w formie odtworzonego cyfrowo spektaklu. Wskazówką jest tutaj komunikat o nawiązaniu połączenia sieciowego, a dalej wplecenie koanu o Seijo w scenę ze sztuki “Matsukaze”.

Cieszę się też, że kitsune się podobała. :D

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

„Historyjki” – to krótkie dialogi mistrza z uczniem, a właściwie pytanie mistrza; bywały w postaci opowieści. Chodziło mi o to, że określenie za lekkie, błahe, sprowadzające rolę koanu do niewiele znaczącego odezwania się/„tekstu”, do paplaniny. Cóż, w gruncie rzeczy wszystko jest paplaniną – „Mu”. Absolutnie nie musisz poprawiać:D

Jeśli chodzi poprawki w tekście, ostrożnie, czyli najpierw sprawdź, czy aby mam rację;), bo mogę jej nie mieć.

Spotkania w „Pustce” nie zrozumiałam, pomyślałam inaczej. Kombinowałam w następujący sposób. 

Tak, było spotkanie w sieci i oświecenie tych dwóch konkretnych jednostek, zakończono program Matsukaze i „czarny kot wymknął się z nieruchomych objęć” (piękne:)). W dalszej części opowiadania – niejako w domyśle – pozostaje odpowiedź na pytanie – czy było to przebudzenie prawdziwe, wkroczenie na ścieżkę, a przecież nim było, stając się udziałem nie tylko tych dwóch pojedynczych jednostek, lecz rozpłynęło się w oprogramowaniu, udoskonalonym E-VOLVE. No i potem miałam kłopot, gdyż: Fujisaki prosi, aby nie wgrywać programu „Yotsuya_kaidan_Oiwa” – dlaczego?, przecież to już nie ma znaczenia, nie może być katalizatorem zmian, gdyż wiedza jest dostępna w sieci, w której się to zdarzyło, czyli jest dostępna dla każdego Karakuri, no chyba że dotyczy tylko Joshiego, ale nie może, więc mamy pętlę. W każdym razie dla mnie niejasność.

Pogłębia ją „aktualizacja systemu” dokonana przez profesor Hirano, uniemożliwiająca komunikację pomiędzy androidami i ostateczna konkluzja – rozdzielenie obu pustych skorup – milionami kalp. 

Właśnie ta pętla niejasności sprawiła, że napisałam o europejskich dekoracjach. 

Dodatkowo taki tok myślenia podbijał motyw zemsty, której mogłoby nie być (w takiej postaci), odnosiłam wrażenie, że zaplątała się tam przypadkiem, ponieważ był piękny fragment o rozumieniu swojej śmierci i równie piękna pogoń-podróż przez kolejne wcielenia. W związku z tym zemsta zdawała mi się niepotrzebna i niezrozumiała, zawracająca ze ścieżki, zgodziłabym się z niektórymi przedpiścami.

Nie znam się na filozofii Zen, nie znam japońskich sztuk, ale zaciekawiłaś mnie. Przeczytałam teraz komentarze i nie rozumiem rozróżnienia pomiędzy naturą oświeconą i karmiczną. Różne są/były drogi, którymi prowadzili mistrzowie swoich uczniów ku oświeceniu. Czy wiesz może, jak nazywał się mistrz, który rozpoczął żeńską ścieżkę przekazu – scena w wiosce Eguchi, kurtyzana Tae?

 

Chyba, pomimo słowniczka rozważyłabym zmniejszenie liczby japońskich słów.

Fajne opowiadanie:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Yaaay, doczekałam się Muminka!

 

 

(Tak się zastanawiałam, czy to będzie Muminek-Yoshi, czy Muminek-Tae. :P)

 

Asylum,

 

„Historyjki” – to krótkie dialogi mistrza z uczniem, a właściwie pytanie mistrza; bywały w postaci opowieści. Chodziło mi o to, że określenie za lekkie, błahe, sprowadzające rolę koanu do niewiele znaczącego odezwania się/„tekstu”, do paplaniny.

Racja, jednak to przeformułuję. Właściwie “historyjki” miały trochę równoważyć nieco zbyt formalny wydźwięk opisu opowiadania, ale chyba faktycznie się to nie sprawdziło.

W dalszej części opowiadania – niejako w domyśle – pozostaje odpowiedź na pytanie – czy było to przebudzenie prawdziwe, wkroczenie na ścieżkę.

To był taki przebłysk oświecenia, który skończył się wraz z ingerencją ludzkich bohaterów.

No i potem miałam kłopot, gdyż: Fujisaki prosi, aby nie wgrywać programu „Yotsuya_kaidan_Oiwa” – dlaczego?

Te ostatnie dialogi opierają się na zamyśle, że wszystko wraca do poprzedniego stanu, ale jednak następuje symboliczna zmiana na lepsze – Yoshi ma szansę na lepszy status w świątyni, a Tae nie musi już odgrywać najbardziej tragicznej roli. Z perspektywy Fujisakiego to pewna ostrożność czy przesądność, bo sztuka “Yotsuya kaidan” jest owiana złą sławą. Ale też racja, dość niejasne to wyszło. :/

wiedza jest dostępna w sieci, w której się to zdarzyło, czyli jest dostępna dla każdego Karakuri, no chyba że dotyczy tylko Joshiego, ale nie może, więc mamy pętlę

Hmm. W zamyśle to połączenie dostępne tylko dla XQ-54.

Przeczytałam teraz komentarze i nie rozumiem rozróżnienia pomiędzy naturą oświeconą i karmiczną.

Tak, tamto wcześniejsze wyjaśnienie było trochę “pomocnicze”, bo właściwie oba androidy dopiero dążyły do oświecenia, tylko różnymi drogami.

Czy wiesz może, jak nazywał się mistrz, który rozpoczął żeńską ścieżkę przekazu – scena w wiosce Eguchi, kurtyzana Tae?

Tu chyba trochę nie rozumiem pytania. :c Ogólnie w sztuce jest wspomniany mnich Saigyō, ale Tae nie jest jego uczennicą (raczej sama udziela mu pouczenia jako Fugen :P).

 

Wielkie dzięki za wnikliwą lekturę, bardzo się cieszę, że opowiadanie tak Cię zainteresowało. :D

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Dzięki za odpowiedź b_c :), nie będzie mnie już męczyć to, jak było naprawdę.

Muszę trochę wyjaśnić, bardzo lubię rozkminianie opowiadań w drugim etapie.

Zastanawiam się tylko, czy dobrze zrobiłam rozkminiając to w komentarzu, ponieważ chyba lepiej byłoby, aby kolejni czytający nie widzieli tej naszej rozmowy. Z drugiej strony jak o tym nie rozmawiać, kiedy fajne. No, pocieszam się że nikt nie zajrzy do długich komentarzy.

Przekonuje mnie Twój zamysł zakończenia, jest bardziej realistyczny. Jedna rzecz mnie, w takim przypadku zastanawia, ucieczka bohaterki, ale może nie – jest ok, a Joshi ściągnął jej gasnące impulsy z sieci. Jej motywy były inne.

Z ta karmicznością, jak pisałam, nie znam się, ale dokonałam dla siebie takiego rozróżnienia: przez naturę/ciało/przeżycia i przez rozum/zapętlenie go i odrzucenie wytworów umysłu. Zdawało mi się to interesujące, więc czym prędzej „rzuciłam się” w przeszukiwanie biografii mistrzów, sposobów uczenia i w jednej z nich przeczytałam opowieść o wiosce, kurtyzanie i tej linii przekazu kobiecej i… zasnęłam. 

Wczoraj, kiedy próbowałam odnaleźć te informację, niestety już nie potrafiłam, nawet po historii, bo za dużo stron przeglądałam, a i materia trudna, więc stąd pytanie, takie offtop, ponieważ mnie dręczy, a może Ty wiedzialabyś.

 

Opowiadanie pozostanie mi w pamięci. Postać Joshiego jest świetna, czynności, ktore wykonuje, a drugim mocnym punktem jest wschód, obecny zen. To pierwsze opowiadanie spoza kręgu kultury zachodniej,ktore jest nim wysycone nie nasz sposób.

Ps. Jakie piękne te thargonowe Muminki! 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jakie piękne te thargonowe Muminki! 

Dzięki, Asylum, rozkręcam się! Do końca konkursu będę jak drugi Nikifor ;-) 

Oczywiście prawdziwe komentarze pojawią sie po zakończeniu. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Witaj, black_cape.

Opowiadanie przeczytałem z poczuciem dobrze spędzonego czasu. Niestety, nie zawsze jestem w stanie dobrać odpowiednie słowa do moich odczuć, więc obawiam się, że niestety zostaniesz uraczona raczej skromnym komentarzem.

Bardzo spodobał mi się pomysł na Yoshiego. I cały problem polegał na tym… że trochę za bardzo.

Chciałem jego wniosków. Chciałem jego przemyśleń. Ciekawił mnie potencjalny motyw odkrycia znaczenia duszy. Słowem, czekałem na każdy fragment odnoszący się do niego. Trochę mimowolnie zrobiłem z niego jedynego bohatera Twojego opowiadania. Nie było to pewnie uczciwe wobec Ciebie oraz pracy włożonej w ten tekst. Może jednak zderzyłaś się kiedyś z taką historią, kiedy coś bardzo Cię w danym opowiadaniu zaciekawi i siłą rzeczy pozostałe elementy (nawet wbrew twojej woli) stają się trochę mniej istotne. Ja tak czasem mam i w taką pułapkę wpadłem przy Twoim tekście.

O Yoshim napiszę jeszcze tylko tyle, że chciałbym, by pojawiło się opowiadanie poświęcone wyłącznie jemu. Odnosząc się do reszty tekstu, miałem wrażenie, że trochę zbyt wiele było tych japońskich słów. Ja wiem, że poniżej załączyłaś słowniczek. Tyle, że czytając opowiadanie trochę ciężko do niego zerkać. Wydawało mi się, że w tym przypadku lepsze mogły być trzy bądź cztery słowa, których znaczenia można się było domyślić z kontekstu. Wtedy jest nawet szansa, że część z tych słów zostanie w głowie czytelnika na dłużej.

Nawet nie taka krótka ta opinia. :)

Kończąc. Daruj mi niezgrabną formę komentarza i wiedz, że opowiadanie oceniam pozytywnie. Nawet jeśli czytałem je wybitnie po swojemu. :)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

@CM, kłopot z Joshim jest taki, że nie jest człowiekiem, więc ludzkiej narracji spodziewać się po nim nie sposób, już prędzej po ludziach go otaczających, czyli profesor Hirano, czy Fujisakim (? nie wiem, czy naturalnie odmieniać), albo inspektorze  przyjmującym – Kanazawie, albo mnichu.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wiesz, Asylum, ja chyba właśnie dlatego, że nie jest człowiekiem, chciałem tej ludzkiej narracji. :-) Wiem, że jedno przeczy drugiemu, ale moja wyobraźnia chadza bardzo pokrętnymi ścieżkami. 

I pewnie dlatego mam później takie problemy z napisaniem komentarza.

 

Być może znalazł się na drodze do odkrycia kategorii „dusza”.

Posłużę się tym zdaniem, bo to chyba ono najbardziej niosło moją wyobraźnię (nie twierdzę, że tam, gdzie trzeba). Gdyby tak oprzeć opowiadanie na zgłębianiu pojęcia duszy. Na odkryciu jej znaczenia przez androida. Słowem ,wyobraziłem sobie najciekawszą dla mnie formę opowiadania właśnie jako tę drogę i później, nawet wbrew własnej woli, trochę na siłę tego szukałem. Wiesz, to jest bardzo ciężka reakcja do ubrania w słowa, bo też niestety mocno opierająca się logice. Jeśli nie piszę zbyt jasno, będę próbował jakoś doprecyzować.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Ha, też bym chciała:) Dusza, kilometry o niej napisano i… nic.

Piszesz jasno, co więcej zbliżyłeś się do niej na krok w tekście o diable, ale ta droga, czy w ogóle istnieje, dokąd prowadzi, czy inne prowadzą dokądś. Na ten temat szkoda gadać, ponieważ nic nie mam do powiedzenia, prócz tego że lubię przyrodę, ludzi i ich “wytwory” – sztukę, całą. Życia nie starczy, aby je poznać, są fascynujący. Kłopot mam jeden – z wyborem, zawsze. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum,

Mnie tam się miło dyskutuje, a w końcu od tego są komentarze. Myślę, że jak ktoś nie będzie zainteresowany, to po prostu przescrolluje wątek. :P

Z ucieczką bohaterki to kwestia interpretacji – może się zbuntowała (wersja optymistyczna), a może tak działał jej kolejny program (wersja pesymistyczna).

 

Z ta karmicznością, jak pisałam, nie znam się, ale dokonałam dla siebie takiego rozróżnienia: przez naturę/ciało/przeżycia i przez rozum/zapętlenie go i odrzucenie wytworów umysłu. Zdawało mi się to interesujące, więc czym prędzej „rzuciłam się” w przeszukiwanie biografii mistrzów, sposobów uczenia i w jednej z nich przeczytałam opowieść o wiosce, kurtyzanie i tej linii przekazu kobiecej i… zasnęłam.

Hmm, to znaczy tak najogólniej rozróżnienie między naturą karmiczną a oświeconą to tak jak między jednostką a absolutem (przy czym jednocześnie obie istnieją obok siebie). A jeśli mowa o mistrzyniach zen, może chodziło Ci o Mugai Nyodai? Albo którąś z postaci z chińskiej historii zen (chan)?

 

Opowiadanie pozostanie mi w pamięci.

Z tego cieszę się najbardziej, dziękuję. <3

 

CM,

Cześć, dzięki za lekturę i merytoryczny komentarz. :)

Rozumiem Twoje odczucia, bo faktycznie wątek Yoshiego był bardziej przejrzysty niż wątek Tae, który opierał się na różnego rodzaju odniesieniach kulturowych. Cieszę się, że sygnalizujesz te niejasności, a nie jest to w żadnym wypadku nieuzasadnione, bo ja ogólnie mam tendencje do popadania w skróty myślowe.

 

Odnośnie pojęcia duszy, mały plot twist, bo buddyzm w zasadzie nie uznaje takiej niezmiennej i nieśmiertelnej duszy jak hinduizm, a zen raczej się tym tematem nie zajmuje. Pojęcie duszy jest więc bardziej dla Yoshiego pretekstem do medytacji. Koan o Seijo jest też przywołany ze względu na sam motyw rozdzielenia i ponownego spotkania, jak to było w przypadku XQ-54.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Ładne. Jest wzmianka o Osace, ale generalnie bardziej czuć ducha mniejszych japońskich wysp. Nowoczesności mistyka, ale czy na pewno? Bardzo mnie ciekawi, czy scena z lisicą z punktu widzenia autora jest wizualizacją w obrębie programu androida, czy tez faktycznym spotkaniem robota z duchem. Całość na plus, a pierwsza scena to dodatkowy smaczek, bo fajnie komentuje dążenie do automatyzacji spraw codziennych.

Przeczytałem. Fajnie napisane, klimat Japonii ok, ale to nie moja bajka, choć uwielbiam sf. Jakoś nie trafiło do mnie. Sorki.

wilk-zimowy, dzięki za miłe słowa! Osaka pojawia się tu bardziej jako ośrodek robotyki, a bardziej skupiam się na tych dwóch miejscach w Kioto. Scena z lisicą to już kwestia interpretacji, ale skoro pytasz, skłaniałabym się bardziej ku drugiej opcji – taki drobny element shintoistyczny. :)

 

Tomasz, dzięki za wizytę! Chętnie bym jeszcze zapytała, czy opowiadanie nie przemówiło do Ciebie przez ten klimat, czy jakieś niejasności w tekście. Ale tak czy inaczej dzięki za podzielenie się odczuciami. :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

 Już wyjaśniam : chodzi tylko i wyłącznie o klimat. Syndrom stwórcy, który usiłuje wepchnąć w to co stworzył uczucia i “ uczłowiecznić” to coś, nie jest mi obcy, ale nie w każdej formie mnie przekonuje. Owszem pięknie to podajesz na tacy ale… To jest tak jak idziesz na imprezę do ekskluzywnej restauracji i na stole widzisz pięknie podane wyszukane dania, które cieszą oko, niestety nie wiadomo czemu ty sięgasz po zwykły bigos. To oczywiście moja subiektywna opinia.

Jasne, rozumiem. Może to efekt nieco eksperymentalnego łączenia różnych konwencji. :P

Dzięki raz jeszcze za wizytę i komentarz!

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Tekst z ciekawym pomysłem konstruktorskim, nie wiem jednak, czy nie przesadziłaś z nadmiarem dekoracji. Stworzyłaś klimat Japonii, ale gdzieś w połowie poczułem przesyt. Czułem, że jestem na prezentacji wiedzy o innym kraju i na każdym kroku musiano mi prezentować wszystko, co jest insze. Tak więc cały tekst od tej strony skończyłem z uwierającym przesytem.

Sama fabuła bardzo fajna. Podoba mi się spojrzenie na problem androidów od strony buddyzmu i sztuki. Trochę tu też za dużo wątków jak na jeden tekst – te motywy ze sztuk i medytacji, choć najciekawsze, wybijały ze śledztwa i rozmów postaci w realu. Wprowadzały chaos przez nadmiar doznań i wbijania się pomiędzy inne fragmenty.

Bohaterowie wyraźni, nawet w swej mnogości. To spory plus. Choć niestety ilość oraz rozmiar opowiadania nie pozwoliły jakoś mocniej rozwinąć skrzydeł postaciom.

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków, jednak mam wrażenie, że ilość wrzuconych rzeczy rozdęła 36k znaków do granic możliwości. Czuję niedosyt – za wiele w za małej formie. Rozbudowa mogłaby wyjść na plus. Tym bardziej, że pomysły masz, a medytacje wydają się najciekawszym elementem tekstu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dōmo arigatō, NoWhereManie!

Bardzo dziękuję za miłe słowa i rady na przyszłość. Strasznie podoba mi się określenie “koncert fajerwerków”, fajnie go przeczytać też pod swoim tekstem. :D

Z tym nadmiarem dekoracji prawdopodobnie masz rację. Wzięło się to stąd, że chciałam jak najmocniej powiązać fabułę z krajem, po części dla klimatu, po części w myśl konkursu.

Ciekawe, że wspominasz o tym, że sztuki i medytacje wybijały ze śledztwa. Miałam właśnie odwrotny zamysł – według niego to ludzie (ze swoją “chciwością, niechęcią i niewiedzą”) cały czas przeszkadzali robotom w osiągnięciu oświecenia. No, ale skoro o tym piszesz, to znaczy, że w pewnym sensie zadziałało. ;)

 

 

W końcu się zebrałam, żeby wprowadzić ostatnie drobne zmiany, więc jeszcze strasznie spóźnione uwagi do uwag Asylum (pozostałe zdania poprawiłam według Twoich rad, dziękuję!):

 

sugerowane – podmieniłabym na proponowane, bądź inaczej, aby dać propozycję, możliwości, a nie wskazywać.

Tu zostawiłam “sugerowane”, bo ten system właśnie miał być taki trochę wredny – z jednej strony narzuca, a z drugiej nie pozwala wybrać żadnej opcji. (Swoją drogą to też nawiązanie do koanów. :P)

 

niskich stolików – raczej ławy?, ale pewna nie jestem, to bardziej z wyobrażeń, filmów

siedmiokondygnacyjną pagodą tac na rękach – tace?, a na nich miseczki?; dlaczego nie same miseczki? Kelnerzy noszą inaczej. Jak to wyglądało? Taca na tacy – to stąd kształt pagody?, wtedy może w rękach?

Tak, taca na tacy, a stoliki miały wyglądać tak jak tutaj.

 

poczłapał – i tak, i nie, odzierasz go z dostojeństwa i praktyki. Nawet jeśli jest wiekowy to szedł wolno, ostrożnie, lecz nie „człapał się”. On chce tam być, chce uczyć się. Potem, dalej masz podreptał, poczłapał itd. Już wiem, że wiekowy nie jest, więc tym bardziej, nie czyń z niego dziecka.

Tutaj akurat nie zmieniałam, bo Yoshi na tym etapie miał być taki trochę pocieszny i nieporadny. On jeszcze się tam nie uczy, tylko jest takim, cóż, robotem domowym. Uczy się niejako przypadkiem. :P

 

pod szumiącą wierzbą, kołyszącą do snu omszały kamienny kopiec. – coś tu nie gra, wierzba kołysząca do snu – czyli kamień w kołysce?:)

A to już takie poetyzowanie, szum drzewa jako kołysanka. Tym drzewem nie ma co się za bardzo przejmować, to i tak tylko holograficzna iluzja. :P

 

 

(W międzyczasie zmieniłam też zapis ‘Iemon’ na ‘Iyemon’. Ciekawe, ile osób w międzyczasie przeczytało go jako ‘Lemona’. :D)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Sympatyczne :)

Dōmo arigatō, Anet! ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Przyjmuję na wiarę, że to nie jest nic obraźliwego ;)

Teraz wszyscy będziemy dziękować Anet w językach egzotycznych :)

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

E, to akurat mało egzotyczne, jeśli dobrze kojarzę to tyle samo, co po szwedzku “tack sa mycket”(kółko nad a) :) 

Kraj jest, nawiązania liczne i silne – robotyzacja, religia, kultura… Uważam, że tej fabuły nie da się przenieść do innego kraju. Nie wszędzie mają teatry bunraku.

Element fantastyczny jest i to taki nie do wycięcia brzytwą.

Fabuła w porządku, chociaż nie jest z tych trzymających w napięciu. Dużo refleksji i spokojnych obrazków, ale one akurat świetnie pasują do treści i miejsca.

Bohaterów dużo, trochę mi się mylili. I oczywiście zabrakło miejsca na obdarzenie każdego pełnowymiarową osobowością, wyszli schematyczni (poza androidami, te są nieoczekiwanie głębokie). Ale pewnie nie można mieć wszystkiego.

Motyw robota grającego w teatrze i mocno wczuwającego się w rolę wydaje mi się bardzo oryginalny.

Piszesz o dudniących krokach. A czy po tatami nie chodzi się boso? W sumie, ciekawe, czy android zakłada buty…

Na plus japońskie słówka i ten spokojny klimat. Mnóstwo typowo japońskich elementów wplotłaś; bonsai, kimona, wiśnie, potrawy…

Tekst jest naprawdę mocno zanurzony w kulturze japońskiej. Coś tam o niej słyszałam, ale i tak odnoszę wrażenie, że wiele niuansów mi umyka. Nic to, tego, co wyłapałam wystarcza na bardzo ciekawe opowiadanie. Słyszysz, jak klaszczę jedną ręką? ;-) Acz fajnie byłoby wiedzieć więcej o tych duszach, o których piszesz.

Warsztat bardzo dobry, nic mi się w oczy nie rzuciło. Ale może tekst porwał.

Babska logika rządzi!

Anet,

Ja tylko ładnie podziękowałam. :P

 

Finklo,

Dōmo arigatō za komentarz, bardzo się cieszę. Świetnie się bawiłam podczas konkursu. :D

Dudniące kroki (słuszna uwaga) zostały w międzyczasie poprawione za radą Asylum. Mistrz pewnie by się załamał, gdyby Yoshi mu tam jeszcze w butach chodził.

Ha, pewnie i mnie wiele niuansów umknęło, wszak to nadal zachodnia perspektywa. Ale cieszę się, że różnorodnymi odniesieniami udało się te wschodnie realia zaprezentować.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Mnie się szalenie, szalenie podobało. Piękne, wzruszające opowiadanie, poruszyło moimi emocjami tak, jak to lubię; spokojnie, dyskretnie, bez grania na uczuciach i emocjonalnego szantażu. No i serio, jako uczestniczka konkursu szczerze zazdroszczę tego, jak mocno wpisane jest ono w lokalność i japońską kulturę. Dziękuję za przyjemność, jakiej mi dostarczyła lektura. 

Mam tylko jedno, retoryczne, pytanie związane z tekstem. Dlaczego nie czytam TAKICH opowiadań w Nowej Fantastyce? Przynajmniej raz na jakiś czas. I dlaczego zamiast TAKICH opowiadań są tam zamieszczane często-gęsto jakieś dziwolągi quasiseksualnofantastyczne?

No, dlaczego???

Znak czasu?

Znak czasu?

Nie, gust redakcji.

www.facebook.com/mika.modrzynska

– dobry początek: prostym obrazkiem zarysowujesz, co będzie głównym konfliktem tekstu i pozwalasz czytelnikowi zadać pierwsze pytania. Scena, w której Yoshi tłucze talerz – znów, prosta, ale intrygująca, z przejrzyście zarysowanym konfliktem

– fantastycznie zrobiony research, opowiadanie tętni życiem, Japonia pięknie odmalowana. Podoba mi się połączenie historii i nowoczesności

– przepiękne wykorzystanie kontrastów: historia/przyszłość, kultura/technologia, technologia/natura, kolory – bawiłam się znakomicie, dostrzegając kolejne strony historii

– historia ascetyczna w stereotypowo azjatycki sposób: dobrze dobrany sposób prowadzenia opowieści do tematu

– piękny język, nie zauważyłam żadnych potknięć

– bohater rzutował na język danego fragmentu („smok” widziany przez androida”), wysokie zróżnicowanie narracji

– podsumowując, czytałam z przyjemnością. U mnie opowiadanie wylądowało na trzecim miejscu, ale różnice punktowe na podium miałam minimalne.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

www.facebook.com/mika.modrzynska

ninedin,

Dōmo arigatō za wizytę i miłe słowa! Twoje opowiadanie mam już w kolejce. :)

 

rybaku,

Również dōmo arigatō za odwiedziny i komplement, choć trochę szkoda, że dostał mi się niejako kosztem innych opowiadań; ale cieszę się, że lektura była udana!

 

kam_mod,

Dōmo arigatō, ja z kolei przeczytałam z przyjemnością komentarz jurorski. Cieszę się, że pojawiło się określenie “ascetyczna”, bo w końcu opowiadanie nawiązujące do zen powinno taki aspekt zawierać.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Nawet nie wiedziałem, że na portalu jest tylu specjalistów od Japonii i od zen ;)

Mój komentarz będzie wypowiedzią profana.

Świetny wybór pomysłu i tła do konkursu. Japońskość wylewa się z każdego zdania, jest czytelna, ale nie prostacka; trafia do laika, ale jak widać zadowala siedzących w temacie.

Na mnie nieodmiennie wrażenie robią rozważania literackie o człowieczeństwie androidów, w tym wymiarze szczególnie podobała mi się scena przebudzenia w magazynie i końcowe zdanie. Dodatkowo ujęłaś mnie tym podziałem na pierwiastek męski i żeński i ich wzajemnym poszukiwaniem się. No i wreszcie doceniam koncept z zapętleniem się i reinkarnacją aktora w świecie teatru.

Kompozycyjnie miałbym zastrzeżenia do początku opowiadania – w czterech kolejnych scenach wprowadzasz całkiem nowe postaci i dekoracje. Taki brak ciągłości, zakotwiczenia jest niekomfortowy dla czytelnika – mniej wyrafinowanego może odstraszyć.

Dōmo arigatō, coboldzie! :)

Bardzo doceniam miłe słowa na temat fabuły i wszelkie uwagi dotyczące kompozycji. Cieszę się, że także w Twoim odczuciu udało się oddać nastrój Japonii.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Ładnie.

Udany mariaż technologii i religii okraszony esencjonalnym pięknem Japonii. Warsztatowo wspięłaś się na wyżyny dobrego smaku. Jeszcze trochę więcej tych ozdobników i porównań, a byłaby irytująca grafomania. Ale zatrzymałaś się w porę i wyszło, jak wyjść miało. Język szedł w parze z immersją i pozwalał przenieść się do Twojego świata. Dla mnie było to nader łatwe – kocham Japonię.

Trochę filozofowałaś, ale też nie na tyle, by znudzić. Temat zgubionego androida udany, a wątki ze świątyni słaniały do przemyśleń – jak to połączysz?

Tempo niespieszne, ale konsekwentne. Może przydałoby się dopieścić ten element i przyspieszyć z narracją choćby w momentach spoglądania w obraz czy rozkminy o duszy, by lepiej oddać konfuzję Yoshiego, ale i tak wyszło dobrze, więc nie będę narzekać.

Zakończenie fajne. Tytuł frapujący, choć niespecjalnie hrabiowski. Niech Ci będzie.

 

Słowem – subarashii! :)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dōmo arigatō, Hrabio! :)

Filozofowania i poetyzowania nigdy za wiele, ale oczywiście cieszę się, że przesyt nie był odczuwalny.

Narracja w scenach Yoshiego miała być taka bardziej statyczna, kontemplacyjna, po części dla kontrastu z Tae, niemniej dzięki za uwagi, zawsze więcej do przemyślenia na przyszłość.

Pozdrawiam kolejnego miłośnika Kraju Kwitnącej Wiśni!

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Z góry przepraszam, że komentarz nie będzie obszerny – w podwójnie niesprzyjającej pisaniu komentarzy sytuacji usiłuję jednak wyrobić się z lekturą piórkową.

Należę do grupy o odczuciach ambiwalentnych. Bardzo to ładnie i elegancko napisane, ale jak dla mnie przegadane – plus minus w połowie poczułam przesyt budowaniem klimatu i japońskości, zwłaszcza że również mniej więcej wtedy odgadłam, ku czemu zmierza szczątkowa fabuła. Podobnie jak wielu czytelnikom najbardziej podobało mi się, jak napisane były sceny z Yoshim, podczas gdy – paradoksalnie – ciekawszy dla mnie wątek dziewczyny trochę mnie nużył i gubiłam się w nim.

Za mało też wiem o Japonii i buddyzmie, żeby mieć odczucia takie jak np. Count, a i takie jak leniwy2. Fascynowałam się nią dawno dawno temu, kiedy dziecięciem jeszcze będąc zakochałam się w filmach Kurosawy, ale była to bardzo powierzchowna dziecięca fascynacja, która nie zaowocowała głębszą wiedzą; o zen wiem tyle, ile z przetłumaczonej książki, z której zapamiętałam głównie frazę “gap się w ścianę” ;)

W związku z powyższym irytowało mnie, że nie rozumiem części terminów – nie jestem tu bez grzechu, bo sama w swoje geo wplotłam korsykańskie zdania i słowa, ale starałam się wyjaśniać je kontekstowo (a i tak MrB się czepnął). U Ciebie część się rozumie (wiem, co to tatami, dało się wymyślić, że mowa o czymś w rodzaju déjà vu, ale chciałabym np. wiedzieć, co znaczą nazwy programów, a tego nigdzie nie wyjaśniłaś.

Wiem co nieco o japońskich wieloogoniastych lisach, więc przynajmniej ta scena nie była całkiem zagadkowa, ale uważam, że wyjaśnianie np., czym są różne rodzaje duchów w słowniczku, jest błędem. Te informacje powinnaś wpleść w tekst, co oczywiście jest trudne, bo postacie w świecie przedstawionym to wiedzą. Niemniej czytelnik też powinien to dostać w tekście.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bienvenue, drakaino. Quel honneur. :)

Komentarz jest jak najbardziej wyczerpujący i na pewno da mi sporo do myślenia. Z zastrzeżeniami dotyczącymi nadmiaru dekoracji ciężko polemizować, bo taki po części był zamysł, więc przyjmuję do wiadomości, że można tu odczuć przesyt (podobne były wrażenia NoWhereMana).

Tematu nazw programów rzeczywiście nie rozwinęłam, tutaj na swoją obronę mam tylko tyle, że we wstępie przytoczone są tytuły sztuk; jest też trochę wskazówek w samej treści opowiadania, ale te faktycznie mogły być niejasne. Z rodzajami duchów też chyba za bardzo zdałam się na domyślność, więc teraz zdaję się na odbiór.

A jeśli chodzi o zen – Droga nie jest trudna, wszak codzienny umysł jest Drogą. :)

Dōmo arigatō za wizytę!

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Nie da się ukryć, że opowiadanie impresją stoi i w sumie trudno mi jednoznacznie ocenić, czy to dobrze, czy źle – bo różni czytelnicy oczekują różnych rzeczy. Postawiłaś na budowanie klimatu, udało się, bo wyszedł wiarygodny i soczysty. Nie czułem się przytłoczony, bo obejrzałem w życiu parę anime i niektóre nazwy były dla mnie znajome. Czy czułem przesyt? Momentami. Stężenie japońskich słów nie zawsze, jak dla mnie, było wyważone. Absolutnie odradzam na przyszłość stosowanie słowniczków na końcu tekstu, bo to żadna przyjemność scrollować w czasie lektury czy przeskakiwać między zakładkami. Wybija to z rytmu czytania, a to IMO zbyt duża cena pochwalenia się znajomością terminów.

Język odebrałem jako całkiem profesjonalny. Urzekły mnie poszczególne obrazki z tego opowiadania – tak koniec Yoshiego jak i Oiwy. Niemniej wśród piękna słów i owych obrazków gdzieś mi uleciał sens wiążący obie te historie. Ponadto początkowe akapity traktują ciągle o kimś innym, co tylko pogłębia poczucie dezorientacji.

Podsumowując, wydaje mi się, że to opowiadanie skierowane do miłośników kultury japońskiej. Laik doceni mariaż orientalnych tradycji i mitologii z techniką, ale trochę może mu też umknąć. Z tego powodu przeczytałem bez przykrości, ale i bez szczególnych zachwytów.

 

MrBrightside, jestem bardzo wdzięczna za kolejne miłe słowa i profesjonalne uwagi. Ze słowniczkami będę na przyszłość uważać. ;)

Rzeczywiście w dużej mierze postawiłam na japońskość, ale na pewno zależało mi też na tej warstwie filozoficznej – i tutaj się zawiera ten sens obu historii, który może nie być do końca jasny. Na swoją obronę mam tyle, że starałam się zostawiać w tekście wskazówki, jak cytat otwierający, koan o Seijo czy paralele między robotami. Ale oczywiście rozumiem, zamysł to jedno, a komunikatywność i odbiór – drugie.

Dōmo arigatō za wizytę!

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Dobre. I dobrze, że krótkie, bo przy większej objętości trzeba by już wprowadzać więcej historii, a mniej “statycznego obrazka”, tak ja tu – bo w sumie wartość historii bierze się z powolnego odkrywania tego, co już jest, a nie z ruchu/przemiany.

 

Czuję lekką naleciałość “Westworld”, ale to pewnie mnie się tylko kojarzy.

 

Generalnie i warsztatowo, i pomysłowo bardzo dobrze, tekst spokojnie mógłby iść do druku.

Dōmo arigatō, redaktorze malakhu!

Cieszę się, że długość wydała Ci się optymalna. Skojarzenia z “Westworld” miał też master-of-orion i na pewno mniej lub bardziej świadoma inspiracja tutaj była, ale raczej jedna z wielu niż ta główna (czyli sama japońska robotyka). Dziękuję za bardzo budujące słowa. :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Właściwie nie wiem, dlaczego Twoje opko wciąż tkwi w mojej kolejce. Przeczytałam dawno temu i nie wiem, czemu nie zostawiłam komentarza. To w końcu proste: podobało mi się.

Na wszelki wypadek przeczytałam po raz drugi i wrażenie pozostaje takie samo. A wszystko, co mądrego miałabym do powiedzienia na temat Twojego opowiadania, już zostało wcześniej powiedziane.

Więc jeszcze raz: po prostu świetny tekst. :D

Dōmo arigatō, Irko! Bardzo się cieszę, że Ci się podobało. No i naprawdę mi miło, że wróciłaś do tekstu po pierwszej lekturze, a powtórna też Cię nie rozczarowała.

Pozdrawiam! :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Nowa Fantastyka