- Opowiadanie: NoWhereMan - Człowiek nadświetlny

Człowiek nadświetlny

Tyle fantasy ostatnio, że dorzucę trochę twardego s-f z elementami space opery :)

 

Opowiadanie wysłane na konkurs Silmarisa “Nowy, ale czy wspaniały świat” z początku 2018 roku. Zajęło drugie miejsce oraz zostało opublikowane w Silmaris 4/2018. Numer do ściągnięcia tutaj:

[Link]

 

W przedsłowiu ostrzegę lojalnie, że ze względu na temat konkursu zdecydowałem się na znacznie większe ilości infodumpów i ekspozycji niż zazwyczaj. I, jak to u mnie, fabularnie jest gęsto – chyba najgęściej ze wszystkich tekstów, jakie napisałem. Ponieważ powstało ponad rok temu, można porównać, czy nie poprawiłem się w tej kwestii w późniejszych tekstach ;)

Śliczne też podziękowania dla betujących, którzy postawili się nad tekstem: Światowiderowi, Stnowi i Blacktomowi.

 

To napisawszy, pragnę życzyć przyjemnej lektury :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Człowiek nadświetlny

Dyskutował właśnie z Akernem o kopiowaniu osobowości, gdy na siatkówce wyświetliła się nowa wiadomość:

„Unia Andermańska decyduje się na odrzucenie zaproponowanego traktatu i wycofanie z dalszych negocjacji”.

Rabelowi opadła szczęka. Zminimalizował obraz na siatkówce i spojrzał na asystenta.

– Nikt nic nie zmieniał w tekście – wydukał Akern.

Jasna cholera!

Jedna myśl mężczyzny i na skórze nadgarstka pojawiła się obecna godzina.

Za trzy piąta. Powinienem go jeszcze złapać.

– Akern, skontaktuj się z konsulatem i zobacz, co na to Koalicja.

Asystent nie zdążył odpowiedzieć, a Rabel chwycił płaszcz i pognał na lądowisko automatycznych pionolotów. Pojazd już czekał.

– Dokąd mogę pana zabrać, Piąty Magosie? – W głowie mężczyzny zabrzmiał słodki, kobiecy głos kierującej SI.

– Restauracja „Dalekowidzący”. Muszę tam dotrzeć jak najszybciej.

– Rozumiem. Niestety, będziemy musieli odbyć podróż dłuższą trasą przez nadmorski bulwar.

– Czemu? – W głosie członka Rady Magosów dało się słyszeć irytację.

– Jedna z dzielnic ma zamknięte portale z powodu obławy na innomyślących. Czy mimo to mam poprosić o otwarcie trasy i przydzielenie eskorty?

Rabel milczał przez sekundę. Dotknął zawieszonego na szyi medalionu z symbolem nieskończoności.

– Tak.

 

***

 

„Oto przyszłość” – obwieszczał slogan reklamowy z antygrawitacyjnego bilbordu, witający Rabela w prestiżowej dzielnicy megamiasta-stolicy. Magos nie potrafił odmówić mu racji. Lewitujące nad ziemią budowle, unoszone siłami pól magnetycznych ponad zbudowanymi z nadprzewodników pseudofundamentami, portale czasoprzestrzenne stosowane jako korytarze szybkiego ruchu czy wszczepione każdemu mieszkańcowi implanty donerwowe, zwane neuralami – jeszcze dwa pokolenia temu wszystko to było nieosiągalnymi mrzonkami z powieści fantastyczno-naukowych.

Zmiana nadeszła wraz ze statkiem zwiadowczym Koalicji. Już samo potwierdzenie, że poza Cennetem są inne cywilizacje, wstrząsnęło pokoleniem rodziców Rabela. Gdy załoga okazała się ludźmi takimi jak oni, zadała kłam wielu powszechnym poglądom naukowym. Porządek społeczny omal się nie załamał. Jedynie dzięki twardym decyzjom Rady Magosów państwo przetrwało kryzys i zaczęło garściami czerpać z wiedzy gwiezdnych ludzi. Zaawansowana medycyna oraz implanty odmieniły życie rówieśników Rabela.

A to był dopiero początek. Kolejne pokolenie miało otrzymać boskie moce kopiowania świadomości, transmutacji materii czy ostatecznego zlikwidowania innomyślenia. Oraz eftel – technologię nadświetlną. Największe osiągnięcie każdej cywilizacji roszczącej sobie prawo do gwiazd.

Szykowała się rewolucja na niespotykaną skalę, wymagająca zmian w każdej dziedzinie życia społecznego – o ile wcześniej pewna rzecz nie zniszczy tych marzeń.

Pionolot wylądował na jednym z lewitujących budynków. W recepcji czekała kelnerka.

– Witam w restauracji „Dalekowidzący”, magosie.

Jej szeroki uśmiech przeszedł w konsternację, gdy Rabel zbladł jak ściana.

Cholerne owoce morza!

– Czy coś panu…

– Proszę się nie przejmować. Ambasador mnie oczekuje.

Oddał płaszcz i wszedł na podstawioną platformę. Ta uniosła go przez kolejny portal ku lewitującej nad morzem loży.

Siedzący gość stanowił przeciwieństwo atletycznego Cennetianina. Zadzierał głowę ku drugiemu tunelowi czasoprzestrzennemu, by napawać się widokiem lasu. Z głośników dobiegała grana na lutni melodia. Magos nabrał powietrza pełnego woni bryzy, igliwia i gotowanych małży. Zbladł jeszcze bardziej.

– Czy będzie nietaktem, jeśli cię nie poczęstuję? – powiedział przepraszająco Unita, odsuwając jak najdalej talerz z potrawą.

Cennetianin zasłonił usta, dusząc odruch wymiotny. Jednym haustem wypił podaną szklankę wody.

– Zaraz obsługa przyniesie ci więcej, przyjacielu.

Rabel usiadł, kilka razy głęboko odetchnął i gdy przeszły mu mdłości, wypalił pełnym żalu głosem:

– Co wam odbiło, Tolket?! Chcecie doprowadzić do nowego Wieku Katastrof?

Ambasador chrząknął. Następnie dotknął przycisku na podręcznym panelu. Delikatna muzyka stała się nieznośnym wrzaskiem.

– Zadecydował ktoś wyżej ode mnie – powiedział szeptem, nachyliwszy się do magosa.

Ten zacisnął pięści. „Ktoś wyżej” oznaczało tylko jedną osobę – Sylwana Shezara, przywódcę Unii.

– Cholera, przecież sam zaakceptował wstępne warunki traktatu!

– Ciszej, bo jeszcze ktoś usłyszy.

Tolket chwycił butelkę tauryckiego wina musującego i zaczął nalewać do kieliszka, mówiąc:

– Dobrze wiesz, że zależy mi na tym układzie tak samo jak tobie. I też sądziłem do dzisiejszego ranka, że sprawa jest załatwiona i możemy zacząć sobie gratulować ustanowienia pokoju na kolejne pokolenia.

– Ale?

– Zamiast podpisu Shezara przyszedł komunikat nakazujący ewakuację ambasady. Wstrzymałem wykonanie i wysłałem prośbę o wyjaśnienia na Anderman. A w odpowiedzi…

Neural Magosa wyświetlił wiadomość:

„Zwiad czasoprzestrzenny stwierdził 42% szans na rozpoczęcie wojny przez Koalicję pomimo układu. Podjęto więc decyzję, by odrzucić traktat. Proszę wznowić procedurę ewakuacji ambasady”.

– Zwiad czasoprzestrzenny – syknął Rabel. Jego błękitne oczy wypełniła pogarda. – Czy w ramach dalszych konsultacji Shezar rozmawiał z wróżką i sprawdził fusy na dnie kubka?

Ambasador posłał mu znaczące spojrzenie.

– Ani Unia, ani Koalicja nie kiwną nawet palcem bez sprawdzenia, co na dany temat mówi „współczesna astrologia” – powiedział z wyrzutem.

– Ale to nonsens, by eftel rządził życiem nieprzeliczonych rzesz!

– Te same nieprzeliczone rzesze nie mają nic przeciwko kontrolowanym portalom czasoprzestrzennym, pozwalającym umieścić kibel w środku zielonego lasu. – Tolket upił łyk wina. – Wóz albo przewóz, Rabelu. Fizyka nie jest selektywna i skoro mamy metody na przesył informacji i materii szybciej od światła, to musimy ponieść wszystkie konsekwencje.

Magos westchnął. Niewykształceni widzieli w eftelu jedynie źródło szybkiego transportu czy komunikacji na niewyobrażalne odległości. Jednak naukowcy dawno temu odkryli, że to także maszyna czasu. Formułująca ten wniosek szczególna teoria względności stwierdzała też, że jednoczesność nie jest absolutna i zależy od prędkości obserwatora. Stąd był tylko krok od wynalezienia technik spoglądania w przyszłość. Ze stuprocentowym prawdopodobieństwem spełnialności, bo jak to kwitowała humorystyczna wersja prawa samospójności Nowikowa: „co zostanie zaobserwowane, to na pewno się stanie”.

Dawni astrologowie patrzyli w szklane kule. Współcześni wysyłali przez portale sondy pędzące z relatywistycznymi prędkościami i skanowali wszystko strumieniami tachionów. Dawni uciekali w mgliste zdania – dzisiejsi woleli matematykę.

Jedni i drudzy popełniali błędy. Astrologowie, bo nigdy nie widzieli przyszłości. Zwiad czasoprzestrzenny zaś rejestrował zaledwie fragmenty i na tej podstawie dedukował, co się wydarzy. Na nieszczęście to nigdy nie zniechęcało możnych do szukania u nich odpowiedzi, od których zależał los wielu ludzi.

Tolket upił łyk wina i powiedział:

– Nadal miałem wątpliwości, więc wysłałem prośbę o dodatkowe informacje. W odpowiedzi otrzymałem wynik mających się odbyć niedługo wyborów nowego Kanclerza Koalicji. Zgadnij, kto wygra?

Rabela zmroziło. Tylko jeden człowiek mógł wywołać u Shezara tak ostrą reakcję.

– Galahadian – wycedził. Lider frakcji wojennej w parlamencie Koalicji.

Tolket odchylił się i dopił wino.

– I ostatni element układanki. Czy już zdecydowaliście o przyłączeniu Cennetu do Koalicji?

Magosa obowiązywała tajemnica, nawet jeśli unicki wywiad odkrył prawdę. Jednak nie wahał się nawet przez sekundę.

– Tak.

– Sam widzisz. Mamy podpisać pakt wynegocjowany za pośrednictwem neutralnej planety, która po wszystkim zamierza przystąpić do naszego rywala. – Unita cmoknął. – Nie wiem, jak dla ciebie, ale te procenty nagle nie wydają się takie małe. Zwłaszcza że umowy łatwiej podpisywać niż przestrzegać.

Wiszący nad mężczyznami portal zmienił krajobraz na pustynny. Zalało ich gorące powietrze.

Tylko tyle pozostanie, jeśli nic nie zrobię.

Magos dotknął medalionu.

Wojna eftelowa przerażała go. Jeśli Koalicja i Unia, jedyne sojusze zrzeszające mocarstwa nadświetlne, doprowadziłyby do konfliktu, mnogość trupów przekroczyłaby liczbę gwiazd w galaktyce. Z mieszkańcami Cennetu na czele – a przecież to ich obiecał chronić Rabel, gdy wstępował w szeregi Rady. To dlatego też wysunął szaloną propozycję, by neutralny Cennet pośredniczył w negocjacjach i pomógł zawrzeć trwały pokój. Nikt nie krył zdziwienia, gdy obie strony na to przystały.

– Czego potrzebujesz, by przekonać Shezara?

– Ja?

– Chyba masz nadal u niego posłuch?

Tolket zamyślił się. Nadzieja błysnęła w oczach Cennetianina.

– Ustępstw w zakresie udostępniania eftela.

Rabel rąbnął pięścią w stół.

– Cholera, Tolket! Ich równa dystrybucja to podstawa istnienia Koalicji.

– Oraz największy punkt sporny w negocjacjach. – Unita wziął małża do ręki, na co magos spojrzał w górę. – Znam Sylwana. Zluzuje, jeśli Galahadian okaże dobrą wolę w tej kwestii.

Rabel nie odpowiedział, wpatrując się w portal. Po drugiej stronie mknęło ku nim kilka kulistych, czarnych obiektów, wyraźnie widocznych na tle piasków pustyni.

Najpierw eksplodowały leżące na stole naczynia, rozbryzgując wszędzie mięso. Dopiero potem dotarł świst pierwszej serii pocisków.

Obaj mężczyźni przypadli do podłogi. Rabel spojrzał na równie przerażonego Tolketa, wskazując na stojącą platformę i portal do restauracji.

Ruszyli na czworaka pod stołem. Kolejna seria przebiła blat i podłogę.

– Co jest… – dał się słyszeć głos kelnera.

Nim Rabel wykrzyczał ostrzeżenie, powietrze wypełnił krzyk i świst kul. Oraz następujące po nich głośne bzyczenie.

– Teraz, gdy przeładowują! – ryknął Tolket.

Wyskoczyli jednocześnie spod stołu i dopadli platformy. Tolket omal nie spadł, gdy szarpnęło. Wlecieli z pełną prędkością do budynku. Naraz komunikaty neurala przesłoniły wzrok magosa, a świst pocisków zlał się z niewyobrażalnym bólem. Siła uderzenia obróciła mężczyzną jak bączkiem. Zdezorientowany, wykonał krok w bok i poczuł, że spada.

 

***

 

W pierwszej chwili po przebudzeniu Rabel nie potrafił dostrzec nic poza oślepiającą bielą.

Tolket!

Próbował się zerwać, ale przytrzymał go jeden z robotów medycznych.

– Magosie! – usłyszał głos Akerna.

Odwrócił głowę w kierunku rudowłosego mężczyzny.

– Ambasador… – wymamrotał.

Podwładny otworzył usta, ale nic nie odpowiedział.

– No, mów!

– Nie żyje. Chwycił cię, gdy spadałeś, i przyjął na siebie całą energię upadku. – Przełknął ślinę. – Ambasada nie potrafiła zrekonstruować ciała, a sam Tolket nie posiada kopii…

Rabel przestał słuchać. Zacisnął pięści, tłumiąc w sobie ryk gniewu.

 

***

 

Lekarze w żadnym wypadku nie chcieli zezwolić na uruchomienie neurala.

– Nie jest pan na tyle zdrowy – mówili.

– Zinnomyśleliście – warknął w końcu Rabel.

Podziałało.

Kiedy zakończył się proces szyfrowania połączenia z robotem-awatarem w budynku Rady, magos natychmiast ruszył do Sali Założycieli. Nie czekał nawet, aż neural zsynchronizuje się do końca z interfejsem zmysłów. Dlatego korytarze, pomalowane na żywe kolory, zdawały się być wyblakłe. Omal też nie staranował grupy strażników, gdy ci wyszli zza zakrętu.

Na szczęście obrady wciąż trwały. Ściany Sali Założycieli zdobiły mozaiki przedstawiające najsłynniejsze czyny czcigodnego Torgaddona i jego kompanów. Ustawiony pośrodku siedmiokątny stół z czarnego obsydianu był tym samym, przy którym się gromadzili. Podobnie siedzenia, których rolę pełniły ociosane kamienie. Miało to przypominać, że władza jest służbą, nie przywilejem.

Jedynie zamontowany pod sufitem holoprojektor nie pasował do całego wystroju. Urządzenie w kształcie półkuli, z której wystawała masa anten i zwierciadeł, wyświetlało właśnie mapę galaktyki. Trzy czwarte zaznaczonych układów miało niebieski kolor Koalicji, prawie cała reszta – czerwień Unii. Cennet i pozostałe neutralne planety oznaczono bielą, ale tylko od świata Rabela biegło wiele linii symbolizujących trasy nadświetlne. Reszta znajdowała się na rubieżach cywilizacji.

– Piąty Magos! – powiedział zaskoczony Rejton będący przywódcą Rady. Czarnowłosy mężczyzna wstał, podszedł do nowo przybyłego i mocno ścisnął dłoń robota. – Choć doceniam twe poświęcenie, powinieneś raczej skupić się na powrocie do pełni sił.

– Najwyższy – zaczął Rabel. Żałował, że maszyna mówiła tylko pozbawionym emocji tonem. – Nie mogłem zwlekać, gdy rzeczy wielkiej wagi dzieją się dookoła Cennetu. Zwłaszcza że dotyczą spraw, które Rada powierzyła mi osobiście.

Roboty musiały zabrać kamień, by awatar mógł zająć przynależne Piątemu Magosowi miejsce.

– Omawialiśmy właśnie kwestię zerwania rozmów przez innomyślących z Unii – oznajmił Rejton.

– Więc dobrze, że zdążyłem przybyć. Otóż ambasador Tolket powiedział, że jest szansa…

Rabel przerwał, gdy Najwyższy Magos machnął ręką.

– Tak, wiemy. Shezar wróci do negocjacji, jeśli Koalicja zgodzi się na ustępstwa w zakresie rozpowszechniania eftela. – Spojrzał na wyświetlaną mapę. – Wszystko zdradził antytelefon, który przyszedł do konsulatu niedługo po ataku.

– Czy Kanclerz wyraził zgodę?

Najwyższy Magos pokręcił głową.

– W takim razie chcę być przy wysyłaniu pierwotnej wiadomości. – Głos maszyny nadał żądaniu ton beznamiętnego oświadczenia.

– Za późno. Zgodnie z procedurą zrobiono to zaraz po otrzymaniu odpowiedzi.

– Chcę więc zobaczyć kopię.

– Nie widzę problemu.

Niemal natychmiast neural wyświetlił komunikat:

„Czy Kanclerz udziela pozwolenia na podjęcie powtórnych negocjacji z Unią na temat dystrybucji eftela?”

Sucha treść, nieuwzględniająca niczego, co mogłoby przekonać przywódcę Koalicji do zmiany stanowiska. Choć i tak nie miało to znaczenia. Antytelefon był jednym z efektów nadświetlnych, które wynikały ze szczególnej teorii względności. Nazywano tak sygnał-widmo, będący odpowiedzią na jeszcze niewysłany za pomocą tachionów komunikat. Po jego otrzymaniu nadanie pierwotnego tekstu traktowano jako formalność, by zadośćuczynić przyczynowości.

O ile to prawdziwy tekst – zaświtało w głowie Rabela.

– Zdają sobie sprawę, że to doprowadzi do eskalacji?

– Tak – odpowiedział Rejton. – Ale to już nie będzie nas obchodzić. Koalicja gotowa jest dać nam dodatkowe napędy nadświetlne, jeśli już teraz powierzymy jej w całości proces negocjacyjny.

Na całe szczęście awatar nie mógł pokazać gniewu, który poczuł Rabel.

– Założyciel Torgaddon nauczał, że siła nie zbuduje nic trwałego. Że jedynie koegzystencja i odrzucenie innomyślenia pozwoli na pokój. – Awatar rozłożył ręce, zwracając się do zebranych: – Czy tak mało dzisiaj znaczą jego słowa, że sprzedajemy je za kilka silników? Czy chcemy przekazać następnym pokoleniom, że można nas przekupić jak pierwszego lepszego innomyślącego?

Odpowiedziało mu westchnienie Rejtona.

– Nie muszę chyba tobie, Piąty Magosie, przypominać, jak bardzo innomyślący jest Shezar. – Rozmówca spojrzał w oczy robota. – O jego powszechnie znanej bezwzględności i chęci kontrolowania przepływu wszelkiej technologii nadświetlnej.

Wstał i nie spuszczając wzroku z maszyny, podszedł do awatara.

– Koalicja dzieli nasze wartości. Tak jak my pragnęła pokoju z Unitami. Ale sam dobrze wiesz, Piąty Magosie, jaką drogą przez mękę były negocjacje. Jak wiele trudu kosztowało nas przekonanie Sylwana do zniesienia ograniczeń w dystrybucji eftela. A mimo to przy pierwszej nadarzającej się okazji wycofał swe obietnice.

Położył rękę na korpusie robota.

– Wiem, że to trudne dla ciebie. I śmiem twierdzić, że nikt lepiej nie umie cytować myśli Założyciela Torgaddona. – Ton Rejtona przeszedł w ojcowski. – Jednak on nigdy nie znał innomyślących, którzy dysponowali władzą nad czasem i przestrzenią. Którzy mogliby unicestwić Cennet, ot tak. – Przywódca pstryknął palcami. – A po zamachu potrzebujemy Koalicji bardziej niż poprzednio.

Spojrzał po zebranych i rzekł przyjacielskim tonem w stronę awatara:

– Czy więc poprzesz tę prośbę, Rabelu?

 

***

 

Nie mógł zasnąć. W końcu nie co dzień głosował przeciwko reszcie rady.

Jednak nie potrafił postąpić inaczej. Pokój, który kosztował Rabela wiele trudu i wyrzeczeń, został zniszczony, nim otrzymał jakąkolwiek szansę. Wszystko w imię przyjęcia Cennetu do elitarnego klubu posiadaczy eftela.

Później dyskutowano jeszcze o zamachu. Śledczy wstępnie podejrzewali o atak nieodkrytą dotąd grupę innomyślących. W jakim celu mieli to zrobić – nie ustalono. Szósty Magos, odpowiedzialny za służby bezpieczeństwa, odpowiadał tylko „nie wiem” i „jeszcze nie sprawdziliśmy”. Rabel zamknął oczy i przywołał obraz zmarłego przyjaciela. Tolket żył na tyle długo, że pamiętał końcówkę Wieku Katastrof – czasu, kiedy upadały stare imperia. Wojny eftelowe stanowiły główny element opowieści z tego okresu. Na jednym z nieoficjalnych spotkań wspomniał, jak w jego rodzimym układzie otwarto portal nadświetlny. Zawsze robi się to na dalekich obrzeżach systemu ze względu na groźną radiację i zakłócenia grawitacji podczas tworzenia gardzieli tunelu. Jednak wrogowie planety ambasadora zrobili to obok niej.

Przyjacielowi zabrakło wtedy słów na opisanie hekatomby. I wdzięczności dla Sylwana Shezara, który uratował populację i ukarał zbrodniarzy. Zawsze podkreślał, że to właśnie chęć zapobiegania takim eksterminacjom leżała u podstaw polityki Unii w zakresie dystrybucji eftela.

Gdyby tylko Tolket nie wzdragał się przed posiadaniem kopii osobowości! Wolał jednak żyć, cytując: „raz, a dobrze”. I bez wahania to jedno życie poświęcił dla niego. Człowieka z drugiej strony barykady, który też wierzył w pokój.

Czy więc mam nic nie robić?

Podjęcie działań na własną rękę oznaczało bunt przeciwko Radzie. Innomyślenie. Jeśli jednak Unia dokona zemsty, zginie wielu Cennetian – a to im poprzysiągł służyć.

Głos Rabela nawet nie drgnął, gdy magos zawołał personel medyczny.

– Tak?

– Aktywujcie neurala. Muszę porozmawiać z asystentem.

Na siatkówce wyświetliła się zaspana twarz Akerna. Tylko jemu mógł zaufać – mężczyzna nie raz i nie dwa dowiódł, że sekrety przełożonego są u niego bezpieczne.

– Słucham, magosie – wymamrotał asystent.

– Potrzebuję, byś na jutro umówił mnie z dyrektorem Policji Higieny Psychicznej. Prywatnie.

– Rozumiem. Coś przekazać w zaproszeniu?

– Że chciałbym zobaczyć demonstrację Torgaddona.

 

***

 

Rabel poczuł dreszcz, nim postawił nogę po drugiej stronie portalu. Na moment poczuł utratę równowagi i chwycił się barierki.

– Magosie?

Gestem powstrzymał asystenta, który ruszył mu na pomoc.

– Już dobrze. To tylko… Nie, nic mi nie jest.

Tamten kiwnął głową. Rabel odczekał chwilę, upewniając się, że wszystko w porządku, i ruszył przez przejście.

Wstydził się tego strachu. Bez problemu korzystał z portali planetarnych, czemu więc tak reagował na podróż z powierzchni na orbitę? Oba typy tuneli musiały stosować kompensację energetyczną, by prawo zachowania energii nie zemściło się na użytkowniku. Tylko o ile w przypadku lokalnych oznaczało to co najwyżej lekki dreszcz, gdy środowisko wyrównywało energię potencjalną, o tyle teraz mógł zostać dosłownie ewaporowany.

Jednak przejścia miały redundantne zabezpieczenia. A Rabel był wyedukowanym człowiekiem i przedstawicielem Rady. Nie powinien – nie miał prawa – tak panicznie reagować na korzystanie z najnowszej technologii.

Upewnił się, że Akern za nim podąża, i podszedł do barierki. Pod nimi rozpościerało się ogromne, przypominające basen centrum komunikacyjne Policji Higieny Psychicznej, najważniejszej z agencji zajmujących się bezpieczeństwem wewnętrznym. Nieprzeliczone rzędy zanurzonych w dielektrycznej cieczy szaf serwerowych. A w każdej setki komputerów kwantowych, na bieżąco przetwarzających treść każdego połączenia na Cennecie.

Zwykli obywatele nie musieli się bać. Innomyślący – wprost przeciwnie.

– Kiedyś będziesz musiał mi powiedzieć, jak tak dobrze znosisz przechodzenie przez portale dalekiego zasięgu! – Rabel starał się przekrzyczeć huk układu chłodzenia.

Asystent wzruszył ramionami.

– Myślę, że on po prostu ignoruje ryzyko, magosie – skomentował idący naprzeciw mężczyzna, ubrany w mundur służb bezpieczeństwa. – Nasze pokolenie zbytnio boi się stopienia w trakcie przejścia.

– Luton! – krzyknął Rabel i mocno uściskał dyrektora Policji Higieny Psychicznej.

Zostawili serwerownię za sobą i przeszli przez szereg pomieszczeń służbowych. Dawniej roiło się tutaj od funkcjonariuszy, którzy sprawdzali wychwycone przez algorytmy wiadomości. Dzisiaj tę rolę spełniały SI, więc i oficerów siedzących przy biurkach było mniej. I choć pełna automatyzacja raczej nie będzie wskazana, Rabel zastanawiał się, kiedy jedyną rolą agentów będzie zatwierdzanie aresztowań innomyślących pojedynczym kliknięciem.

Za ostatnimi drzwiami czekało biuro Lutona. Szef bezpieki uwielbiał drewniane przedmioty – często wystrugane przez niego samego – i zapełnił przysługujący mu pokój ręcznie zdobionymi krzesłami, stołem i szafkami. Rabel zawsze kręcił głową na tę fanaberię. Gdyby nie tunele czasoprzestrzenne, wyniesienie ciężkich mebli na orbitę kosztowałoby fortunę. Jednak jeśli na sąsiednią stację, pełniącą rolę portu kosmicznego, turyści i Cennetianie mogli wnosić przedmioty o dowolnej wadze, to czemu zabronić tego dyrektorowi organizacji broniącej planety przed innomyśleniem?

– Jak się czujesz? – spytał Luton, podając magosowi zimny napój.

– Zadziwiająco dobrze, jak na kogoś, kogo próbowano zabić.

– Nie satysfakcjonują cię odpowiedzi Szóstego? – Przyjaciel prychnął, wymawiając tytuł przełożonego.

– A jak myślisz? – Rabel wypił jednym haustem wodę i odstawił szklankę.

– Myślę, że gdyby było inaczej, nie nalegałbyś na prywatne spotkanie i nie przemykał do mnie portalem, z którego korzysta obsługa techniczna.

Magos pokiwał głową.

– Akernie, proszę, zostaw nas samych.

Asystent wyszedł bez słowa. Rabel chwycił medalion.

– Od czego by tu zacząć? – zapytał bardziej siebie niż rozmówcę.

– Najlepiej od tego, kogo z Rady podejrzewasz o innomyślenie. Szóstego?

– Nie, on nie jest do tego zdolny. Nie mam konkretnego podejrzanego, ale myślę, że wiem, kogo należy sprawdzić.

– Wal.

– Koalicję.

Luton zbladł jak ściana.

– Posłuchaj do końca. – Magos ściskał medalion, w który wpatrywał się szef bezpieki. On jeden znał znaczenie tego przedmiotu. – Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale naszej stronie nagle zachciało się wojny.

– Raczej podejrzewałbym o to Unię.

– Ambasador Tolket, nim zginął, miał inne zdanie.

– Mógł kłamać.

Rabel spiorunował wzrokiem przyjaciela.

– Jeśli tak, to wystarczyło pozwolić mi umrzeć.

Luton westchnął, ale nic nie powiedział.

– W każdym razie – kontynuował Rabel – nie pozwolę narażać Cennetu i deptać filozofii założycieli w imię wstąpienia do elitarnego klubu posiadaczy eftela.

– Jotam też stosował podobne argumenty.

Magos spodziewał się tej uwagi. Ale mimo to zabolała niczym sztylet wbity w serce.

– Kto jednak z nas dwóch miał odwagę, by go wydać? – wypalił niespodziewanie ostro.

Luton spojrzał w bok.

– Przyjmijmy, że ci pomogę, Rabelu. Czego byś oczekiwał? Bo o włamaniu do sieci konsulatu nie ma mowy, za dobre zabezpieczenia. Mogę podsłuchać ich rozmowy, ale za bardzo się pilnują. Może jedynie agenci…

– A co przekazał ci mój asystent w zaproszeniu?

Szefa bezpieki zatkało.

– Mamy pozwolenie na jego użycie jedynie na wyraźny rozkaz Najwyższego…

– A jeśli on też zinnomyślił?

W ciszy, która zapadła na te słowa, dało się wyczuć coś przerażającego. Rabel patrzył prosto w oczy wahającego się Lutona. Każda sekunda trwała wieczność.

Przyjaciel w końcu przemówił:

– Ze względu na stare czasy.

Magos z ulgą wypuścił powietrze. Tymczasem Luton spojrzał w dal i na głos wypowiadał słowa, które powtarzał do neurala:

– Targil? Otrzymałem właśnie rozkaz z samej góry. Przygotuj Torgaddona do lotu… Tak, krótki kurs, jak w symulacjach… Dzięki, do zobaczenia.

Obaj przyjaciele patrzyli na siebie przez moment.

– Mam nadzieję, że nie pomagam nowemu Jotamowi.

– Mam jego twarz, ale nie poglądy – odparł pewnie Rabel.

 

***

 

Torgaddona Cennetianie obdarzali większym szacunkiem niż pozostałych Założycieli głównie za wizjonerstwo. Nic więc dziwnego, że to na jego cześć Policja Higieny Psychicznej nazwała zakupioną od Unii relatywistyczną sondę zwiadowczą. Oficjalnie, by prowadzić rekonesans czasoprzestrzenny i ostrzegać przed potencjalnymi katastrofami naturalnymi. Nieoficjalnie – by mieć w zanadrzu coś, co może pomóc w razie zaostrzenia stosunków z Koalicją. Rabel czekał trzy czwarte dnia, nudząc się niemiłosiernie, nim pojazd zostanie rozpędzony do wymaganej prędkości. W końcu jednak Luton zaprowadził go i Akerna do centrum sterowania tego cudu techniki.

– Nie mogłeś wcześniej? – spytał z przekąsem magos.

– Nudziłbyś się tak samo – odpowiedział dyrektor bezpieki nerwowym głosem. – Żadnych kolorowych wykresów czy obrazków. To nie film sensacyjny.

Holoprojektor na środku pomieszczenia wyświetlał schemat walcowatej sondy. Z przodu wystawał kielich-kolektor, mający wyłapywać z drogi wszelkie cząstki. Przy locie z dziewięćdziesięcioma procentami prędkości światła, uderzenie choćby w drobinę kurzu mogłoby mieć katastrofalne skutki. Tylna część zawierała prostopadłościan silnika bezinercyjnego, bez którego taka szybkość była nieosiągalna. Wnętrze sondy skrywało układ skanerów tachionowych oraz urządzeń pomiarowych, a całą konstrukcję pokryto specjalnym materiałem mającym wydalać generowane ciepło.

Szklana kula w całej okazałości – pomyślał z ironią Rabel.

Oprócz magosa i asystenta w niewielkim pokoju siedziało ośmiu operatorów oraz Luton. Resztę zadań wypełniały SI, komunikujące się z nimi przez neurale. Pomieszczenie nie miało więc żadnych ekranów. Jeśli coś trzeba było wyświetlić gościom, robiono to za pomocą holoprojektora.

– Jak przebiega lot? – spytał Rabel.

– Zajrzeliśmy już do przeszłości, teraz sprawdzamy przyszłość – odparł operator, błądząc wzrokiem po niewidzialnych dla rozmówcy tabelach i parametrach. – Zeskanowaliśmy przy tym tachionami elementy poza stożkiem światła i…

– Poza czym? – wyrwało się Akernowi.

– Poza tachionami nic nie mknie szybciej od światła – zaczął technik – więc tradycyjnymi lidarami czy radarami nie zaobserwujemy zjawisk, których sygnały dotrą do nas za jakiś czas już po ich wydarzeniu. – Podniósł ręce. – Chętnie wytłumaczyłbym tę „względność jednoczesności”, ale ciężko mi by było namalować diagram Minowskiego. Niech wystarczy wytłumaczenie, że dla obiektów o różnej prędkości czas zdarzeń jest inny.

– Rozumiem.

– Manipulując relatywistyczną prędkością sondy względem Cennetu, możemy znaleźć się akurat w chwili, kiedy wydarzenie z przeszłości lub przyszłości się dzieje. Niestety jednocześnie nie ma możliwości zarejestrować go zwykłymi czujnikami. Taka forma obrony wszechświata.

– Nowikow.

– Dokładnie. Stąd musimy polegać na tachionach, by to zaobserwować. Lecą szybciej od światła, więc są w stanie ominąć tę obronę.

Akern wykrzywił usta.

– A sensory na nich oparte nie fałszują wyników?

– I to jeszcze jak! Zasada reinterpretacji uniemożliwia stuprocentową pewność ustalenia, czy tachion jest efektem skanowania, czy dopiero leci odbić się od cząstki. Do ich weryfikacji trzeba zaprząc szereg algorytmów. Stąd te wszystkie komputery kwantowe i oprogramowanie, które dostarczono wraz z sondą.

– A jak Unia czy Koalicja uzyskuje pewniejsze dane?

– Oszukują dzięki tunelom czasoprzestrzennym. Tworzą połączenie z punktem w przeszłości lub przyszłości i wysyłają zwykłą sondę. Nie używają tachionów, więc wyniki nie są zniekształcone. – Technik uśmiechnął się. – Chciałbym kiedyś położyć rękę na takim sprzęcie.

Rabel przetarł oczy. Nie miał ochoty na żadne kolejne pytanie.

– A dacie radę przechwycić obcą komunikację tachionową? – spytał Akern ku frustracji przełożonego.

– Pewnie, Torgaddon przechwytuje je bez problemu. Choć ze złamaniem szyfru jest znacznie gorzej. Kryptografia nadświetlna jest jeszcze bardziej złożona niż kwantowa. Efekty eftela w tej dziedzinie są niesamowite.

– Ale mamy do tego sprzęt, więc proszę się nie martwić – wtrącił Luton.

Asystent szykował się do kolejnego pytania, ale przełożony zacisnął dłoń na jego ramieniu. Wtedy wybuchł alarm.

– Co jest?! – wykrzyczał Luton.

– Nie wiem, dyrektorze. – Oczy technika błądziły wśród wyświetlanej przez neurala diagnostyki. – Torgaddon zarejestrował nagłe zwiększenie grawitacji, a potem straciliśmy kontakt.

– Przecież nie mógł tak nagle zniknąć!

Operatorzy milczeli. Rabel przełknął ślinę.

 

***

 

Torgaddon zniknął. Oczywiście, teraz teleskopy rejestrowały pędzącą po granicy układu sondę, ale następnego dnia w nocy miało ją spotkać coś niedobrego.

– Zostaw to mnie – odparł zdenerwowany Luton, gdy Rabel spytał, jak może pomóc. – Podeślę ci uzyskane dane wraz z interpretacją. Do tego czasu ani słowa.

Pierwsze wyniki przyszły tego samego wieczora. Patrząc na wyświetlaną przez neurala wiadomość, magos zamknął oczy i chwycił medalion. Co się stało, to się nie odstanie. Prawo samospójności Nowikowa mu świadkiem.

Choć nadal nie ustalono powodu utraty łączności z sondą, ludzie Lutona zdołali przechwycić i odczytać tachionowe wiadomości Koalicji. Zawierały oryginalną odpowiedź na antytelefon – ku zawodowi Rabela – identyczną z tą pokazaną na zebraniu Rady.

Skanowanie przyniosło ciekawsze wyniki. Pomagające w analizie danych SI zwróciło uwagę na wzmożony ruch komunikacji w niedalekiej od teraz przyszłości. Co ciekawe, źródłem nie był ani konsulat, ani ambasada Unii, ale niewielka elektrownia wybudowana dla tego pierwszego. Czyżby przeniesiono nadajniki do tego budynku?

Przywołał komunikaty Rady, ale nie znalazł nic na ten temat.

Czyżby awaryjne nadajniki? Tylko po co? Cennet zezwolił Koalicji na wszelkie usprawnienia konsulatu. Na cholerę ukrywać redundantny układ komunikacji eftelowej?

Dreszcz przeszedł mu po skórze, gdy Rabel doznał olśnienia.

Baza zwiadu czasoprzestrzennego! Z tachionowymi nadajnikami, radarami i Założyciele raczą wiedzieć, czym jeszcze!

Priorytetowy cel na liście Unitów w razie wybuchu wojny. Ale przecież to nie było możliwe bez wiedzy kogoś z Rady. A żaden magos nie mógł podjąć w sekrecie takiej decyzji. Z jednym wyjątkiem.

Coś ty narobił, Rejton?!

Czuł rosnącą furię. Pewnie zamach na Tolketa był także jakimś planem Koalicji. Za takie narażenie Cennetian Naczelny Magos powinien trafić wprost do zakładu dla innomyślących.

A co, jeśli to nie jest prawda? – nagła myśl stłumiła gniew.

To mogła być celowa podpucha dla wrogich agentów. Istniały sposoby na dezinformację w wojnie eftelowej. Co, jeśli Koalicja wysłała fałszywe wiadomości i potem zniszczyła Torgaddona?

Wtem przemyślenia przerwał mu sygnał neurala.

– Tutaj Akern. – Głos asystenta kipiał podnieceniem. – Przyszła ważna wiadomość z konsulatu.

Rabel zerwał się na równe nogi.

Cholera, wiedzą! Pewnie to oni strącili Torgaddona!

– Co może być tak pilnego… – Nagle odzyskał nadzieję. – Czy może Koalicja zgodziła się na warunki Unii?

– Nie. – Przepraszający ton Akerna wzmocnił strach Rabela. – Do konsulatu przybył właśnie ważny gość, który nalega na jak najszybsze spotkanie z panem, magosie.

Lęk przeszedł w ciekawość.

– Kto konkretnie?

– Galahadian.

Magos usiadł w fotelu z szeroko otwartymi ustami.

 

***

 

Ambasada Koalicji wyglądała złowieszczo. Wielki prostopadłościan bez okien i drzwi, do którego wejść i wyjść można było jedynie za pomocą strzeżonych portali. Kontrola Rabela zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Kilka razy go skanowano, raz poproszono o dostęp do neurala. Brakowało tylko pełnego sczytania pamięci. W końcu uznano, że nie stwarza zagrożenia, i pozwolono iść dalej. Za portalem czekała już konsul w towarzystwie dwóch ochroniarzy. Idąc za nimi, Rabel znalazł się w najpilniej strzeżonej części konsulatu.

Pokój tryskał przepychem. Złota zastawa, bogato zdobiony stół, meble z prawdziwej skóry. W rogu stali gotowi na rozkazy zrobotyzowani służący i olbrzymi robot bojowy. Usta Rabela już miały ułożyć się w grymas zażenowania, ale zakrył je, gdy dojrzał przystawki z owoców morza.

Galahadian siedział na sofie, jedząc krewetki.

– Proszę, niech pan usiądzie, Piąty Magosie – powiedział, wskazując na stojącą naprzeciwko sofę.

Cennetianin usiadł. Z trudem panował nad nudnościami. Galahadian poczekał, aż zamknie się portal za konsul, i spytał:

– Zanim przejdziemy do sedna, czy mogę polecić panu herbatę selediańską?

Magos oblizał wyschnięte wargi, unikając spoglądania na owoce morza.

– Poproszę.

– Świetnie.

Po chwili gorąca herbata już parowała z ceramicznej filiżanki.

– I jak? – spytał Koalicjant, gdy Rabel upił łyk.

– Muszę pochwalić pański wybór, kanclerzu.

Gospodarz uśmiechnął się.

– Oficjalnie jestem jedynie „desygnowanym kanclerzem” z ramienia mojej frakcji, ale wybory to czysta formalność.

– Antytelefon?

– Arytmetyka głosowania. Mam za sobą sześćdziesiąt procent głosów planet członkowskich dysponujących eftelem. – Galahadian upił łyk czarnego napoju o nieznanym magosowi ostrym zapachu. – Ale rozumiem obawę.

– Mogę zadać kolejne, z czystej ciekawości? – Rabel zaczekał na znak Koalicjanta i kontynuował: – Jak kontrolujecie, czy ktoś nie zajrzy w przyszłość, by, że tak nieładnie to ujmę, obstawić właściwego konia?

– Niegłupie pytanie. – Gospodarz chwycił jedną z krewetek. – Mógłbym opowiadać o Koalicyjnej Służbie Czasoprzestrzennej, ale obaj wiemy, że najważniejsza ochrona to mocny kręgosłup moralny. Prawda?

Rabel pokiwał głową.

– To cechuje zarówno Cennet, jak i światy naszej wspólnoty. Tylko na etyce i wynikającemu z niej zaufaniu możemy zbudować, nomen omen, świetlaną przyszłość. – Galahadian westchnął. – Ale znam człowieka o innym pomyśle na społeczeństwo, opartym na władzy silnych nad słabymi.

– Sylwan Shezar.

Niebieskie oczy Koalicjanta wypełniła pogarda.

– Dokładnie. – Desygnowany kanclerz przełknął zakąskę i sięgnął po kolejną. – Proszę przyznać, że sytuacja dziejowa jest wręcz… baśniowa. Oto stoją naprzeciw siebie dwie potęgi, z których jedna chce dać wszystkim moc do przemiany na lepsze, a druga tylko wybranym. Wyzwoliciele i tyrani. Koalicja i Unia.

– Byłaby baśniowa, gdyby nie dysproporcja sił. – Magos wyszczerzył zęby. – Macie jakieś cztery lub pięć razy więcej światów z dostępem do eftela niż Shezar i jego sojusznicy. Przecież jak na dłoni widać, że wojna skończy się porażką Unitów.

– Ja to wiem, pan to wie, ale czy oni to wiedzą? – Głos Koalicjanta przepełniała ironia. Galahadian sięgnął po trzecią krewetkę. – Ale to wybór każdego społeczeństwa z eftelem. Być panem tworzenia…

– Albo niszczenia – wtrącił Rabel.

– W rzeczy samej. – Koalicjant westchnął. – Ale nawet władcy tworzenia muszą się bronić przed barbarzyńcami. Zwłaszcza gdy ci także mają eftela. Czyż nie czegoś podobnego uczyli wasi Założyciele?

Magos prychnął.

– Kazali izolować innomyślących, nie zabijać. Do tego…

Przerwał, gdy Galahadian podniósł dłoń.

– Czy pan naprawdę sądzi, że możemy pokonać Unitów bez jednego wystrzału?

– Tak.

Koalicjant pokręcił głową. Zjadł kolejną krewetkę i pochylił się bliżej Cennetianina.

– Poprzedni kanclerz wierzył – zaczął – że jeśli rozdamy eftela każdemu, kto o to poprosi, to zdominujemy Shezara i zmusimy do uległości. Ale to mrzonki. Sylwan jest na to za sprytny. Jeśli będziemy zwlekać zbyt długo, pozwolimy mu urosnąć w siłę i zaatakować.

– Zuchwałe oskarżenie. Czy skonsultował je pan ze zwiadem czasoprzestrzennym?

– A jakżeby inaczej? Mamy dowody, że niedługo wybuchną walki.

– To nie musi oznaczać totalnej wojny.

Koalicjant spojrzał w oczy Cennetianina.

– Proszę nie myśleć, że podejmuję takie decyzje z lekkim sercem. Wierzę za to, że przyszłe pokolenia osądzą mnie sprawiedliwie. Tak jak pan osądzi Rejtona.

Magos zamrugał kilka razy.

– Nie myślał pan, że wezwanie dotyczyło tylko degustacji herbaty, owoców morza i pogaduszek o astropolityce, nieprawdaż? – Na twarzy Galahadiana zagościł smutny półuśmiech.

A więc to cholerna prawda!

Rabel poczuł, jakby otrzymał cios w splot słoneczny. Zgarbił się.

Tymczasem gospodarz mówił dalej smutnym głosem:

– Jutro Rejton razem ze mną będzie czekać na nadzwyczajnym zebraniu Rady. Nie zdradzę, co powie. Ale jasno dał mi do zrozumienia, że po tym, co uczynił, przestanie być Najwyższym Magosem. Zaproponuje przy tym pana jako następcę. – Galahadian odchylił głowę i spojrzał na sufit. – Z tego, co wiem, prawo pozwala nowemu przywódcy na osądzenie poprzednika, jeśli ten ustąpił z powodu innomyślenia, prawda?

– Tak, ale czemu ja?

– O to będzie musiał pan spytać jego.

Ponownie spojrzał na Cennetianina. W oczach dało się wyczytać szacunek dla rozmówcy, kiedy mówił:

– Ale poznawszy pańskie przekonania, rozumiem dlaczego.

Niespodziewanie Galahadian wstał.

– Choć chcę, żeby pan także wiedział, że to spotkanie było moim i tylko moim pomysłem. Chciałem przedstawić powody, usprawiedliwienie…

Ku zaskoczeniu Rabela wykonał głęboki, pełen szacunku ukłon. Błagalny gest z planety, z której pochodził.

– I prosić o chociaż odrobinę łaski dla mego przyjaciela Rejtona.

 

***

 

Miętolił medalion w dłoni. Palcami drugiej ścisnął szklankę z alkoholem. Siedzący naprzeciwko Akern patrzył niespokojnie na przełożonego. Czasem otwierał usta, ale karcący wzrok Rabela gasił wypowiedzi w zarodku.

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno miałem wyrzuty sumienia. Teraz nie mógł znaleźć śladów dawnego poczucia winy. Ale co teraz mam zrobić?

Oparł głowę na zaciśniętej w pięść dłoni z medalionem. Z obecną wiedzą łatwo mógł przewidzieć przebieg porannych wydarzeń. Rejton przyzna się do spiskowania z Koalicją i narażenia mieszkańców Cennetu przez wydanie pozwolenia na budowę instalacji zwiadu czasoprzestrzennego. Weźmie winę na siebie i zrezygnuje z funkcji. Potem zostanie sprawiedliwie osądzony – Rabel nie miał bowiem najmniejszego zamiaru okazywać łaski. Na końcu zaś, nie mając za bardzo wyboru, Rada potwierdzi dalszą chęć przyłączenia do Koalicji. No bo kto inny obroni Cennet przed zemstą Unii?

O zamachu nikt nie piśnie słowem, ale będzie jasne, że to plan Koalicji, by pchnąć oba mocarstwa do walki.

Najgorsze, że ten interes wyjdzie Cennetianom na dobre. Dołączą do elitarnego grona cywilizacji nadświetlnych i nie będą musieli obawiać się zagłady, gdy ruszy machina wojenna.

Jako ich sługa, Rabel nie mógł prosić o więcej.

Spojrzał na odbicie w szybie. Przypomniało mu kogoś. Osobę, którą cenił wyżej niż własne życie. I którą wydał, gdy tylko z Lutonem dowiedzieli się o jego innomyśleniu – o zorganizowaniu zamachu na członków Rady.

Hipokryta! – ryknęło odbicie brata bliźniaka. Ostatnie słowa Jotama, nim został zabrany przez Policję Higieny Psychicznej. Na zawsze. Został po nim tylko zerwany z szyi medalion, który rzucił pod nogi Rabelowi.

Magos wypił haustem zawartość szklanki. Brzękło tłuczone szkło, gdy wyśliznęła mu się z ręki. Nanoczyściciele natychmiast zaczęły sprzątać podłogę pojazdu. Rabel powinien pozwolić Galahadianowi na wykonanie planu. Powinien nic nie robić.

Hipokryta! – ryknęło znów odbicie.

– Kurwa mać! – wydarł się do szyberdachu, aż Akern podskoczył.

Musiał działać. Już nie tylko dla Cennetian, ale dla całej galaktyki. Tylko jak to zrobić? Jak mógł zmienić podejście olbrzymiej Koalicji i namówić ich do powrotu do stołu negocjacyjnego? Inni magosowie nie wiedzą tego, co on. Gdyby nie chęć pomocy Rejtonowi i użycie Torgaddona, nawet on nigdy nie domyśliłby się, co planuje Galahadian.

Cennetianin pstryknął palcami i chwycił się za głowę.

– No tak!

Wskazał na Akerna i powiedział:

– Połącz się z sekretariatem każdego z pozostałych Magosów i poproś o pilną konferencję przez neurale. Tylko migiem!

Kątem oka spojrzał na szybę. Już nie widział w niej odbicia brata.

 

***

 

Specjalnie przybył spóźniony do Sali Założycieli.

Przerażenie w oczach Rejtona aż nadto zdradzało, że nie tego się spodziewał po zebraniu. Inni członkowie milczeli, wbijając nienawistny wzrok w przywódcę. Przywodzili na myśl naganiaczy, wystawiających zwierzynę na ostateczny strzał myśliwego. Rabel z trudem trzymał nerwy na wodzy. To była jego wielka chwila, nie mógł jej spaprać.

– Widzę, że dyskusja zaczęła się beze mnie – powiedział teatralnie z lekkim wyrzutem. – Dźwięki kłótni doszły mnie od samego portalu do budynku Rady i nawet aktywne tłumienie ścian ich nie zatrzymało. Czy mogę wiedzieć, co wywołało takie wzburzenie?

– No mów, Rejtonie! Wyjaw swój grzech innomyślenia! – wybuchnął Trzeci Magos.

– Ja… – Najwyższy potrząsnął głową. – Potrzebowaliśmy decyzji jak najszybciej. Sama stacja to tylko element obrony Koalicji, której członkami niedługo będziemy.

– Jeśli nawet przymknąć oko na to innomyślenie – zaczął z pogardą Szósty Magos – to jak mamy potraktować pozwolenie na zamach na ambasadora Tolketa?

Rabel rozmasował ramię, w które otrzymał niedawno postrzał. Rejton zaś zgarbił się, jakby otrzymał cios w brzuch.

– To… To wcale nie tak…

Piąty Magos wyciągnął otwarte dłonie w stronę Rady. Wszystkie pary oczu spojrzały ku niemu. Rejton z nadzieją. Pozostali – z satysfakcją.

– Rozumiem wasz gniew – zaczął Rabel. – Oto człowiek, który przeprowadził nas przez kryzys pierwszego kontaktu, dokonał aktu innomyślenia w najczystszej formie. Odrzucił mądrość grupy i zdecydował się działać na własną rękę, nadużywając powierzonej mu władzy.

Wstał i nie spuszczając wzroku z Rejtona, podszedł do przywódcy.

– Podjął swą decyzję, chcąc zbudować silny Cennet, dać mu eftela i protekcję najpotężniejszej frakcji istniejącej po Wieku Katastrof.

Nadzieja w oczach Rejtona rosła z każdym słowem Rabela. Ten kontynuował:

– Wiem, że cisną się wam na usta słowa Założyciela Torgaddona: „Jeśli mord i kłamstwo mają uratować ten świat, to nie zasługuje on na przetrwanie”. Wiem jednak, co by na to odrzekł Najwyższy Magos Rejton: „Problem w tym, że Torgaddon znał eftela jedynie z legend. Dla nas to rzeczywistość”. I faktycznie, my znamy konsekwencje złego użycia tej technologii. Wiemy, ile zmian jest potrzebnych, by społeczeństwo nie stoczyło się w stronę barbarzyństwa. I przede wszystkim, ile trzeba poświęcić, aby je obronić przed wrogiem.

Stanął tuż przy Rejtonie.

– Najwyższy Magos wielokrotnie nam o tym przypominał. Rozumiem więc, czemu się zdecydował na takie kroki. Ale czy za tym zrozumieniem idzie rozgrzeszenie?

Położył mu rękę na ramię i głośno powiedział:

– Nie!

Ten moment, gdy nadzieja prysła, a oczy Rejtona stały się wielkie jak monety – Rabel zamierzał delektować się nim do końca życia. Jednak chciał obrócić sztylet słów, wbity w serce przywódcy, jeszcze kilka razy.

– Bo za słowami Założycieli stoi coś więcej niż tylko odrzucenie bezmyślnej przemocy. To chęć uczynienia ludzi lepszymi. To pogląd, że żadne ofiary nie usprawiedliwiają godnego życia ocalonych. To właśnie przeciwko tej wizji człowieka nadświetlnego, tak bliskiej nam i Koalicji, zinnomyślałeś ty i twoi wspólnicy.

Spojrzał po zebranych.

– Magosowie! Wnoszę o pozbawienie Najwyższego Magosa Rejtona funkcji oraz przejęcie instalacji Koalicji przez Policję Higieny Psychicznej do czasu wznowienia przez nią negocjacji z Unią. Kto z was jest za?

 

***

 

Blady Galahadian zwlókł się z fotela. Konsul i ochroniarze stali z boku, patrząc z niepokojem na Najwyższego Magosa Rabela i oficerów Policji Higieny Psychicznej, na których czele wkroczył do pomieszczenia dla gości Rady.

– Jak? – wymamrotał Koalicjant.

– Tajemnica – powiedział Rabel, szczerząc zęby.

– Pewnie Unia. – Rozmówca pokręcił głową. – Gdybym wiedział, inaczej byśmy rozmawiali.

– Porwałbyś mnie i torturował? – prychnął ironicznie magos.

– Bardziej przyłożyłbym się do tłumaczeń. – Galahadian spojrzał na niego spode łba. – Nie jestem barbarzyńcą jak Shezar.

– Trzeba więc było to zrobić, a nie liczyć na szok związany z wyznaniem Rejtona. Chyba że mój wybór także podpowiedział wam zwiad czasoprzestrzenny, co?

Rabel pożałował pytania, gdy odpowiedziało mu milczenie.

– I co teraz? – spytał w końcu Galahadian. – Zamierzasz aresztować za innomyślenie kanclerza Koalicji?

– Desygnowanego kanclerza, jeśli mnie pamięć nie myli. – Rabel spojrzał tryumfująco na rozmówcę. – I odpowiedź na to konkretne pytanie brzmi: nie.

Cennetianin usiadł na jednym z foteli naprzeciwko Galahadiana.

– Choć moi współrządzący są pełni gniewu, nadal pragniemy dołączyć do Koalicji…

– To ci dopiero!

– Proszę dać mi skończyć. Nie jest to jednak chęć wstąpienia za wszelką cenę. Na pewno nie za cenę porzucenia pokoju, bo obecność instalacji wojskowej zwiadu czasoprzestrzennego czyni podbój Cennetu przez Unię bardziej realnym niż wcześniej.

Koalicjant zagryzł wargę.

– Co więc proponujecie?

– Jeszcze dzisiaj wpuścicie na teren bazy inspektorów Policji Higieny Psychicznej. Zabezpieczą oni dane i upewnią się, że do czasu podpisania traktatu nikt z niej nie będzie korzystał.

Rabel wyjął kryształową płytkę z danymi.

– Naturalnie możecie odmówić i stawiać opór, ale wtedy przekażę Unii informacje, jakie przesyłacie z ośrodka do konsulatu. – Uśmiechnął się ironicznie. – To wręcz zabawne, że dla zachowania tajemnicy wysyłaliście je zwykłymi kablami nadprzewodnikowymi. A te Policja Higieny Psychicznej może podsłuchać.

Koalicjanci spojrzeli na magosa, jakby trzymał odbezpieczony granat.

– Nie zrobisz…

– A właśnie, że zrobię. – Głos Cennetianina stał się lodowaty. – Ciekawe, co wyczytają Unici. Może plany rozstawienia waszych jednostek do operacji zaczepnej. A może lokalizację innych tego typu placówek.

Galahadian chciał coś rzec, ale Rabel uciszył go ruchem ręki.

– Radzę się dobrze zastanowić nad odpowiedzią. Nie chciałbym używać siły przeciwko pracownikom bazy.

Następnie wstał i poszedł ku drzwiom przez utworzony wśród swych ludzi szpaler.

– Nie planowaliśmy zabić Tolketa w zamachu! – krzyknął Galahadian. – Antytelefon wyjawił, że do niego dojdzie, więc…

Magos obrócił się na pięcie.

– Chcieliście zbić wszystkich z tropu nieudaną akcją, zwalając winę na innomyślących – wypalił z pogardą, a następnie posłał Galahadianowi najbardziej jadowity uśmiech, jaki potrafił. – Powinien pan nauczyć się lepiej kłamać, desygnowany kanclerzu.

 

***

 

Ciemność za oknem zdradzała, że nowy dzień jeszcze nie nadszedł. Co więc go obudziło?

Odpowiedział mu syk zamykanych automatycznych drzwi do sypialni. Szukając włącznika światła przy łóżku, Rabel wybudził tablet z jeszcze otwartą wiadomością od Szóstego Magosa, że Koalicja wyraziła zgodę na kontrolę odkrytej instalacji wojskowej.

Wystrzał natychmiast ocucił Cennetianina. Rzucił się na podłogę. Zamiast kolejnego huku broni usłyszał, jak intruz wlewa coś do szklanki.

Wymacał włącznik i zapalił światło. W sypialni, przy niewielkim stoliku nocnym, stał Akern, nalewający właśnie wina do drugiego kieliszka. Niedaleko na podłodze leżał korek od butelki.

Najwyższy Magos zamrugał kilka razy.

– Nie patrz tak, Rabelu. – Asystent zlizał kropelkę płynu z szyjki butelki i odstawił ją. Następnie chwycił oba naczynia z winem musującym.

– Co ci, do jasnej cholery, odbiło?

Wzrok podwładnego, bezduszny i kalkulujący, przyprawiał magosa o ciarki. Dyskretnie spojrzał na szafkę nocną, szukając jakiegokolwiek przedmiotu do obrony.

– Nic, drogi przyjacielu. Chcę tylko uczcić sukces.

Akern wyciągnął przed siebie rękę z kieliszkiem, ale magos chwycił leżący na nocnej szafce rysik i wbił w rękę asystenta. Czerwień rozlanego wina zmieszała się z krwią. Rabel przywarł do ściany i spróbował wywołać ochronę neuralem.

– Zagłuszanie – powiedział obojętnie asystent, stukając w pudełko przy pasie. Wyciągnął rysik, nie robiąc sobie nic z bólu. – Szkoda wina. Tauryckie jest naprawdę dobre.

Niemożliwe. Rabel usiadł, wbijając wzrok w podwładnego.

– Czy… Jak…

Zamach, instalacja Koalicji, słowa Galahadiana. To, co jeszcze wieczorem tworzyło spójną historię, nagle straciło sens.

Cennetianin zacisnął pięści i wysyczał:

– W ilu sprawach kłamałeś, Tolket?!

Rozmówca spokojnie sączył wino.

– W mniejszej liczbie, niż sądzisz.

– Jedno życie, pragnienie pokoju, pochodzenie…

– To ostatnie akurat jest prawdziwe. Otwarta brama nadświetlna spustoszyła mój świat. Tylko że to nie była zwykła planeta, ale mózg matrioszki.

Rabel przełknął ślinę. Komputer wielkości systemu gwiezdnego.

Czyli rozmawiał z…

– Bytem cyfrowym…

– Zapisanym w mózgu złożonym z rozproszonych nanitów, komunikujących się dzięki kwantowej teleportacji danych – dokończył Unita. – Jeden umysł kontrolujący wiele ciał, do tego potrafiący niczym pasożyt przejąć nowe. Idealny agent, nie sądzisz?

W pierwszej chwili magos chciał rzucić się na wroga, ale wiedział, że nie ma szans w walce wręcz. Przysunął się bliżej szafki nocnej.

– Czemu teraz się ujawniasz?

– Bo mam taki kaprys. Polubiłem cię i nie chcę, byś umierał samotnie. – Tolket położył prawą rękę na sercu. – Mówię szczerze.

Cennetianin uniósł brew, jednocześnie próbując niezauważenie przybliżyć dłoń do przycisku cichego alarmu.

– Więc tobie też nigdy nie chodziło o pokój?

– Ani mnie, ani Shezarowi. Wiesz, to naprawdę ironiczne, że tylko pośredniczącemu Cennetowi zależało na trwałym traktacie. Czy naprawdę myślałeś, że dwie tak skrajne filozofie mogą koegzystować?

– Widać miałem wszystkich za lepszych od zwierząt.

Ręka już znajdowała się w pobliżu przycisku. Jeszcze tylko chwila.

– Od zwierząt, powiadasz. – Tolket zachichotał. – Bądźmy szczerzy, musiało dojść do wojny. A Koalicja nie ma w niej szans na zwycięstwo.

– Czemu? Mają przewagę liczebną.

– O, tak. – Tolket dolał sobie wina i prychnął: – Tylko że zgubi ich własna filozofia. Wiesz dlaczego?

Rabel pokręcił głową, jednocześnie naciskając przycisk.

– Ich wszystkie światy trzyma w kupie nie poczucie wspólnoty, a strach przez Shezarem i Unią. Zabierz je, a każdy z tych wierzących w równość, wolność i braterstwo idiotów rzuci się do gardła sojusznikom, myśląc o swoim przetrwaniu. Taki sam efekt będzie miała pierwsza lepsza klęska z naszej ręki.

– A Unia niby nie ma takich wad, co?

– Och, ma. Te i inne. Ale Shezar zbyt dobrze rozumie ludzką naturę, by podobny los spotkał nasze państwo. – Unita westchnął. – Zawsze istnieli biedni i bogaci, władcy i poddani. Dziś to ci z napędami nadświetlnymi i ci bez nich. Taka kolej rzeczy.

– Nieprawda! Spójrz choćby na Cennet. Stworzyliśmy zdrowe i trwałe społeczeństwo nie oparte na takich zasadach.

Tolket prychnął.

– Serio? A możesz mi powiedzieć, co nie podpada pod innomyślenie?

Magos zacisnął zęby. Rzucał dyskretne spojrzenia w kierunku drzwi do sypialni, zza których dochodziło ledwo słyszalne stukanie.

Jeszcze chwila.

– Więc to nie Koalicja przeprowadziła zamach?

– Przeprowadziła, ale nie chcieli nikogo zabić. Stąd wszystkie kule nie sięgały celu. – Na twarzy mężczyzny pojawił się grymas. – Sam musiałem sobie dopomóc.

– Postrzelenie mnie to twoje dzieło?

– Tak. I od razu zadbałem, byś przeżył upadek.

Rabel pohamował gniew.

Jeszcze nie teraz.

– Akern?

Tolket prychnął.

– Nie tylko on. – Cmoknął i jego twarz ozdobił ten sam ironiczny uśmiech, który miało mroczne odbicie magosa.

Nie, to niemożliwe!

– Koalicja za bardzo cię monitorowała. Oni też wiedzieli dzięki eftelowi, że osiągniesz wielkie rzeczy w polityce. – Tolket wskazał na ciało asystenta. – Akerna i twego brata już tak nie pilnowali. A że komunikaty zwiadu czasoprzestrzennego nie wspominały nic o nich… Przygotowywałem cię do tej chwili całe życie.

Rabel zgarbił się, zacisnął pięści i ruszył zdecydowanie w stronę Tolketa. W oczach miał czystą furię.

– Dlaczego?! – ryknął, chwytając Unitę za kołnierz bluzy. – Gadaj!

– Chodziło tylko o ten jeden, dzisiejszy moment. O przytrzymanie Galahadiana odpowiednio długo na Cennecie. – Tolket zaczął chichotać. – Zawsze był honorowy, toteż, zamiast lecieć dalej, został, by osobiście załagodzić sytuację.

W żołądku Rabel poczuł zimną kulę.

– Za moment ostatni okręt Unii ściągnie kopię mojej osobowości i odpali napęd nadświetlny. Otworzy gardziel tunelu tuż przy waszym świecie.

– Blefujesz!

– A myślisz, że czemu zamilkł Torgaddon?

W tym momencie drzwi do sypialni wyleciały z hukiem. Do pokoju wpadła grupa uzbrojonych oficerów bezpieki. Pierwszy błyskawicznie powalił Tolketa na podłogę, przystawiając mu lufę do skroni. Dwóch kolejnych dopadło Rabela i osłaniając, zaczęło biegiem wyprowadzać magosa z zagrożonego terenu.

I wtedy grawitacja oszalała.

 

***

 

– …jak widać na załączonych holografiach, Cennet uległ całkowitemu zniszczeniu. Szansę, że Galahadian mógł wyjść cało z tego ataku, analitycy oceniają na zero procent – zakończył tryumfalnie unicki generał.

– Jednak najnowszy raport stwierdza, że nie wszystkie ataki przebiegną zgodnie z poprzednimi przewidywaniami Służby Zwiadu Czasoprzestrzennego – wtrącił się drugi. – Może to jednak nie desygnowany kanclerz powinien być celem, ale jakiś inny polityk czy oficer.

Cały Sztab Generalny Unii Andermańskiej był obecny. Stworzony w wirtualnej rzeczywistości konstrukt symulował obraz galaktyki, więc chodzący pomiędzy gwiazdami generałowie przywodzili na myśl bogów. Na każdy ich gest symulacja to przybliżała, to oddalała systemy, wiernie odwzorowując ciała niebieskie układów. Zaraz obok wyświetlała też dostępne dane wywiadowcze.

Cyfrowy byt, znany do niedawna jako Tolket i Akern, słuchał uważnie. Całe szczęście, że odłączył moduł emocjonalny, bo logika rozmyta podpowiadała mu, że kipiałby gniewem na tę sugestię. Tyle lat przygotowań, podjętego trudu i wyrzeczeń nie miało prawa pójść na marne.

– To wojna, ona nigdy nie idzie zgodnie z planem. Sukces ofensywy i tak jest większy, niż zakładaliśmy.

– Ale nie absolutny, jak obiecywano…

– Dość!

Wszyscy członkowie sztabu Unii skupili uwagę na rosłym mężczyźnie. Wirtualna rzeczywistość nie ujmowała niczego z charyzmy Naczelnika Sylwana Shezara.

– Wszyscy znaliśmy ryzyko i dokładność przedstawionych przez zwiad czasoprzestrzenny pomiarów. I wszyscy zatwierdziliśmy plan akcji.

Sylwan spojrzał po awatarach swych oficerów.

– Najwyraźniej wojna nie będzie tak szybka, jak przypuszczaliśmy. Trudno. Teraz debatujcie, jak dalej iść ku zwycięstwu.

Były to jego ostatnie słowa na naradzie. Po nich generałowie zaczęli tworzyć plany operacyjne. Kogo wysłać na śmierć na przegraną bitwę, komu dać odnieść zwycięstwo, czy sukces odniesie eskadra z takim czy innym wyposażeniem. Dla bytu cyfrowego brzmieli bardziej jak pisarze, układający fabułę nowego, wspólnego dzieła.

Po wszystkim Sylwan kiwnął głową, akceptując przedstawiony plan. Coś w tej ciszy niepokoiło byt cyfrowy, a logika rozmyta podpowiadała ciekawą opcję.

– Proszę zaczekać – powiedział Naczelnik do agenta, gdy zostali sam na sam i ten miał opuścić konstrukt.

Gdyby miał moduł emocjonalny, byt cyfrowy czułby się zaskoczony.

– Chciałbym jeszcze raz pogratulować udanej akcji – powiedział Shezar, którego awatar przeszedł właśnie przez środek galaktyki. – Dzięki tobie udało nam się rozpocząć ten konflikt, niwelując przewagę Koalicji. Czy chciałbyś coś dodać?

Logika rozmyta podpowiadała, że powinien zapytać.

– Czy pan nie żałuje podjęcia decyzji o wszczęciu wojny, Naczelniku?

Cisza.

– Ciekawe – odpowiedział w końcu Shezar. – Tak, odczuwam żal. Jednak nie z powodu zniszczenia Cennetu. Raczej dlatego, że znów udowodniłem sobie coś, co mnie osobiście przeraża.

– Co takiego?

Znów cisza.

– Zaspokoję twą ciekawość, jeśli odpowiedz mi na pytanie: czy człowiek się zmienia?

Teraz to agent milczał.

– Tak.

– Jak się zmienia? Fizycznie poprzez przemianę krwi w kubity? A może to tylko forma, a jego wnętrze pozostaje to samo?

– Nie rozumiem, Naczelniku.

– Człowiek to bestia. Może on używać coraz lepszych narzędzi, wymyślać nowe systemy polityczne, zmieniać formy. Ale żadna, absolutnie żadna z tych rzeczy sama z siebie nie naprawi jego wewnętrznej natury. To drapieżnik, od niepamiętnych dziejów walczący o przetrwanie. Tę naturę wszyscy, biologiczni czy cybernetyczni, mamy w sobie. I odzywa się ona za każdym razem, gdy stajemy naprzeciwko zagrożenia dla naszego samolubnego „ja”.

– Takie zachowanie da się wymazać, Naczelniku. Tak z genów, jak i kubitów.

– Doprawdy? A co, jeśli tak pokojowa cywilizacja napotka inną, w jej oczach stanowiącą zagrożenie? Dalej zachowa swój pacyfizm? A co z faktem, że wszechświat ma ograniczony zasób surowców? Czy zatrzymają pochód swej utopii, by rozwinąć się mogła inna, obca im kultura?

Shezar zamilkł na chwilę, jakby ważył słowa, po czym kontynuował:

– Weźmy eftel. Tyle zastosowań, a my dokonaliśmy oczywistych wyborów. Do czego najpierw go zaprzęgliśmy? Do zajmowania nowego terytorium w postaci całych systemów. Co zrobiliśmy, gdy odkryliśmy destruktywną naturę tworzenia tuneli? Zaczęliśmy niszczyć naszych wrogów. A gdy za pomocą odpowiednich technik mogliśmy spojrzeć w przyszłość? Wtedy paranoicznie zaczęliśmy podejrzewać sąsiadów o najgorsze i szukać w uzyskanej wiedzy potwierdzenia oskarżeń. Tak nas ukształtowała ewolucja. Przetrwają najtwardsi, najbardziej przebiegli. Uprzejmi, mili i kooperujący nie mają szans.

Westchnięcie.

– Chciałbym, żeby to nie było prawdą. Ale mój ród istnieje już tak długo, a nigdy nie udało się mu znaleźć dowodu przeciwko tej obserwacji. Nawet przestaliśmy postrzegać to jako wadę, bo dzięki temu ludzkość sięgnęła gwiazd. A teraz, jeśli zaspokoiłem już twą ciekawość…

– Tak, Naczelniku. Zaspokoiłeś.

– Dobrze.

Byt cyfrowy powrócił do swej przestrzeni wirtualnej. Mógł przywołać dowolny obraz, ale wszechobecna ciemność wydawała mu się najbardziej odpowiednia. Idealna alegoria ludzkiej przyszłości. Nie potrzebował eftela, by to wiedzieć.

A może znajdzie się kiedyś ktoś, kto rozjaśni ten mrok?

Koniec

Komentarze

Przeczytałam i to wszystko, co mogę powiedzieć, bo zrozumienie, niestety, nie zechciało się włączyć. Przypuszczam, że jak na moje możliwości pojmowania tego typu opowiadań, Twoje SF okazało się zbyt twarde.

 

w pre­sti­żo­wej dziel­ni­cy me­ga­mia­sta–sto­li­cy. –> …w pre­sti­żo­wej dziel­ni­cy me­ga­mia­sta-sto­li­cy.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

mrzon­ka­mi z po­wie­ści fan­ta­stycz­no–na­uko­wych. –> …mrzon­ka­mi z po­wie­ści fan­ta­stycz­no-na­uko­wych.

 

Gdy za­ło­ga oka­za­ła się ludź­mi takim jak oni… –> Literówka.

 

Rabel usiadł, wziął kilka od­de­chów… –> Skąd i jak wziął oddechy?

Proponuje: Rabel usiadł, kilka razy głęboko odetchnął

 

po­łą­cze­nia z ro­bo­tem–awa­ta­rem… –> …po­łą­cze­nia z ro­bo­tem-awa­ta­rem

 

gdy ci wy­szli z zza za­krę­tu. –> …gdy ci wy­szli zza za­krę­tu.

 

Gdyby tylko Tol­ket nie wzdry­gał się przed po­sia­da­niem kopii oso­bo­wo­ści! –> Gdyby tylko Tol­ket nie wzdra­gał się przed po­sia­da­niem kopii oso­bo­wo­ści!

Za SJP PWN: wzdrygać się «drgnąć gwałtownie wskutek doznania niemiłego uczucia» wzdragać się «wzbraniać się przed czymś»

 

sche­mat sondy o kształ­cie walca. Z przo­du wy­sta­wał ko­lek­tor w kształ­cie kie­li­cha… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Poza ta­chio­na­mi nic nie mknie szyb­ciej od pręd­ko­ści świa­tła… –> – Poza ta­chio­na­mi nic nie mknie szyb­ciej od świa­tła

Zdaje mi się, że mknąć może światło, ale chyba nie prędkość.

 

Stąd wszyst­kie kule mi­ja­ły celu. –> Stąd wszyst­kie kule mi­ja­ły cel. Lub: Stąd wszyst­kie kule nie sięgały/ nie trafiały/ nie dochodziły celu.

 

Pierw­szy bły­ska­wicz­nie po­wa­lił Tol­ke­ta na zie­mię… –> Rzecz dzieje się w pokoju, więc: Pierw­szy bły­ska­wicz­nie po­wa­lił Tol­ke­ta na podłogę

 

– … jak widać na za­łą­czo­nych ho­lo­gra­fiach… –> Zbędna spacja po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za przeczytanie, Reg. Zwłaszcza za poprawki, które okazały się bardzo przydatne. I nie zniechęcaj się do twardego SF – jak pisałem w przedmowie, ten tekst jest mocno na to ukierunkowany ze względu na specyfikę konkursu. Na szczęście późniejsze opowiadania już takie nie były – choćby “Status ofiary…” ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie zniechęcam się, NoWhereManie. Gdybym się zniechęciła, nie doczytałabym do końca.

I cieszę się, że uwagi się przydały. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chyba skądś to znam… ;-)

Moja opinia jurorska (fragmenty):

A mnie się bardzo podobało. Jest i rozbuchana technologia, i jej wpływ na społeczeństwo, i element makro taki, że mucha nie siada. Tekst bardzo spełniający wymogi konkursu.

Zgadzam się, że opowiadanie wyszło mało klimatyczne – brudna polityka, brak miejsca na dekoracje i bardziej ludzkie aspekty – zapachy, dźwięki, widoczki… Tylko samo gęste, tak zagęszczone, że aż wyszedł koncentrat. Ale że ja się nigdy zbytnio nie rajcowałam klimatem, więc jestem zadowolona. Może jednak przydałoby się zrozumieć, co właściwie bohater miał do owoców morza…

Fabuła interesująca, chociaż w niektórych aspektach przewidywalna. Acz parę zaskoczeń też było.

Fakt, że bohaterowie nieco plaskaci.

Mnie też myliła się Unia z Koalicją.

Edytka: I zapomniałam wspomnieć, że fajne neologizmy. A magosów odebrałam jak perskich magów – ni to uczeni, ni to władcy.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za opinię :) Tak, tekst mocno gęsty mi na konkurs wyszedł. Późniejsze właśnie starałem się mocniej rozwadniać.

Może jednak przydałoby się zrozumieć, co właściwie bohater miał do owoców morza…

Zwykłe nielubienie, ot i co :) Mnie samemu zbiera się na wymioty, jak patrzę na małże, nawet jak czuję ich zapach. Większego powodu nie potrzebowałem nigdy :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tak to opisałeś, że podejrzewałam jakąś alergię, a co najmniej traumę z dzieciństwa… ;-)

Babska logika rządzi!

Tak to opisałeś, że podejrzewałam jakąś alergię, a co najmniej traumę z dzieciństwa… ;-)

A wiesz, że też pasuje. Jak raz mnie wzięło na wymioty przy pizzy z “frutti di mare”, to też ktoś pytał, czy nie alergia :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mocny kliczek, a z komentarzem wpadnę później.

Po przeczytaniu spalić monitor.

– Nadal miałem wątpliwości, więc wysłałem prośbę o dodatkowe informacje. W odpowiedzi otrzymałem wynik mających się odbyć niedługo wyborów nowego Kanclerza Koalicji. Zgadnij, kto wygra? Rabela zmroziło. Tylko jeden człowiek mógł wywołać u Shezara tak ostrą reakcję.

Tu brakuje chyba entera. 

Wtedy wybuchł alarm.

Nigdy nie słyszałem takiego sformułowania :-) 

 

Kawał to solidnego SF, takiego jakie lubię i cenię. Imponująca wizja, no i zapisana bardzo zacnie. Mimo, że intryga skomplikowana, czytałem z zainteresowaniem i się nie pogubiłem, a ja zwykłem gubić się w meandrach złożonego plotu nader często. Mnogość infodumpowych akapitów nie przeszkadza, ba, w przypadku takiej fantastyki jest nawet pożądana. Dzięki temu zawiłości technologiczne przedstawiłeś jasno i zrozumiale. 

Oczywiście nie jest to tekst doskonały. Jak sam stwierdziłeś – fabularnie jest gęsto, wręcz (za Finklą) koncentratowo. To w zasadzie tylko przedstawienie reguł i mechanizmów rządzących Twoim światem, oraz złożona polityczna intryga – nic więcej. Śladowa ilość opisów, smaczków, klimatu, bardzo zgrubne szkice postaci (przynajmniej Rabelowi nadałeś jakieś cechy charakterystyczne), bardzo mało tego wszystkiego, co pozwala czytelnikowi zanurzyć się (hrabiowska immersja :-)) w wykreowany świat. To co przedstawiłeś najlepiej sprawdziłoby się w formie powieści. Teraz pozostaje niestety wrażenie skrótowości, coś jak oglądanie batalistycznego obrazu w formie czarno-białego rysunku. Wiadomo o co chodzi, ale brak kolorów, głębii, tła, emocji, a i kunszt twórcy nie miał szansy w pełni się ujawnić. 

Aha – plus za niejednoznaczne przedstawienie skonfliktowanych stron. Zwłaszcza Cennet – niby taka światła, cywilizowana i miłująca pokój społeczność. Za cenę totalnej kontroli i tępienia "innomyślenia" :-) Policja Higieny Psychicznej. Brrr. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki wszystkim za komentarze.

 

Thargone

Ze wszystkimi oskarżeniami się zgadzam – staram się nad tym pracować w obecnych tekstach, mam nadzieję, że z coraz lepszym skutkiem :) Cieszy mnie też, że rzeczy, na które postawiłem w tym tekście wyszły dobrze.

 

Mr.Maras

Czekam niecierpliwie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, bardzo mi się spodobało:) Kocham takie opowieści! Daj mi chwilę, na napisanie komentarza, ponieważ jak powiada Staruch, pośpiech jest dobry tylko przy łapaniu pcheł, a ja zamierzam się do tego stosować, naturalnie jeśli przez przypadek o tym nie zapomnę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cieszy mnie, że się spodobało, Asylum :) Czekam z niecierpliwością na Twoją opinię :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Kawałek mięsistego SF a takowe smakuje najlepiej. Zgodnie z poprzednimi komentarzami widzę duże stężenie fabularne ale próbuję je usprawiedliwić wymogami dotyczącymi ilości znaków (?). Może kiedyś pokusisz się o zwiększenie objętości opowiadania – moim skromnym zdaniem: warto. 

Mogę zadać kolejne, z czystej ciekawości? → Mogę zadać kolejne pytanie, z czystej ciekawości?

lub w zdaniu poprzednim użyć “pytanie” zamiast “obawę”

Reasumując: przeczytane, spodobane.

Dzięki za komentarz :)

próbuję je usprawiedliwić wymogami dotyczącymi ilości znaków (?)

Niestety, ale nie mam tej wymówki – było jeszcze trochę miejsca. Choć nie wiem, ile bym tam zmieścił. Jednak na pewno z zyskaniem doświadczenia widzę, co mógłbym rozbudować w kwestii postaci czy tworzenia klimatu i co potem starałem się uwzględniać w kolejnych tekstach :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przemyślany świat, ciekawy i bogaty; oddziaływanie technologii na społeczność, ukazanie tego – również interesujące. Szczególnie motyw patrzenia w przyszłość. Nazwy dobrze brzmią i pasują.

Ten fragment o statku zwiadowczym, gdzie "obcy" okazali się wyglądać tak samo jak ludzie, przywodzi mi na myśl opowiadanie Franka Herberta o kolonizacji Ziemi (,,Siły okupacyjne").

Oprócz światotwórstwa oraz akapitów, tłumaczących jak owy świat działa, podobało mi się to, jak naszkicowałeś postać Rabela – zasygnalizowałeś, że ma swoją przeszłość, niepokoje oraz słabości, dzięki czemu był nieco wyraźniejszy w stosunku do reszty. 

…no i dałeś to, że czegoś nie lubi, przez to też zyskał nieco konturów. ^^

Sylwan na końcu wydał mi się dosyć ciekawy, natomiast reszta postaci była dla mnie poniekąd wyblakła. 

Innomyślenie, swoją drogą, kojarzyło mi się z myślozbrodnią, więc sama polityka Cennetu wobec obywateli z automatu jawiła mi się jako jedna wielka kontrola. 

Fabularnie wyszła zgrabna, złożona polityczna intryga, spójna i logiczna. Ale za Finklą powtórzę, że jest gęsto i wychodzi koncentrat, a za Thargonem, że rzeczywiście ilości opisów, klimatów, etc., były śladowe – w moim przypadku spowodowało to to, że nie odczułam napięcia i nabierającego kształtów widma wojny, ale z drugiej strony postawiłeś po prostu na inne rzeczy w tym opowiadaniu i tyle. ^^ 

Niemniej, lektura dostarczyła mi całkiem sporo przyjemności, także za jakiś czas pewnie przeczytam któreś z Twoich bardziej aktualnych opowiadań. (:

Pozdrawiam. ^^

Wszystko jasne, nic technicznie nie zatrzymuje :DDD (na poziomie mojej ignorancji, oczywiście), a to kocham. Trochę się nad tą siatkówką zamyśliłam, ale ok, taki neural lepiej podłączyć do punktu zbierającego info z zewnętrza. Natomiast transmutację materii – chyba odpuściłabym – niepotrzebna?

Opowieść jest dla mnie dynamiczna, buduje związek z głównym bohaterem i „wkręca” w sprawy świata, który opisujesz. 

Przypomniała mi się stacja – Babylon 5, przez którą kilka dni rwałam nocki, ponieważ oglądałam „cięgiem”, Honor Harrington, której każdą wydaną książką raczyłam się jak deserem (tu skojarzenie z imperium andermańskim).

Infodumpów dla mnie nie ma, przecież coś trzeba objaśnić, jeśli inne, nowe, nieznane.

Zastanawiałam się nad tym, jak wprowadzać charakterystyczne cechy bohaterów, jak często je trzeba przypominać, ale co ważniejsze, czy wyjaśnić je w tekście, czy nie? Nie znam odpowiedzi jak robić to lepiej/inaczej, lecz skłaniałabym się do pozostawienia ich domyślności czytelnika. Chodzi mi o alergię na owoce morza.

Podobają mi się dialogi – są naturalne oraz fajnie, że wrzucasz nas – czytelnika w historię, bez żadnego wprowadzenia.

Zwiad czasoprzestrzenny – fajny koncept, dzisiaj zachwycałam się fraktalami:); połączenie tego z astrologią – boskie!, bo i takich genialnych matematyków mieliśmy (Cardano).

Ładne słowo – innomyślenie, pytanie co to znaczy, ja – tutaj – zrozumiałam je jako sprzeciw odnośnie przymierza.

 

Gdybym miała skonkludować, to w tym opowiadaniu prowadzisz przez dialogi, technologię, niespodzianki, i budujesz fajne postaci. A głównego bohatera naturalnie żal i planety/układu, ale został Akern:) i Tolket. Końcówka była trochę niejasna zapowiadając cdn:D

Realistyczny świat stworzyłeś!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo Ci dziękuję za klika i szczegółowy komentarz, Asylum :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Na razie klikam ; )

I would prefer not to.

Dziękuję za klika i czekam niecierpliwie na komentarz :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ależ ja nie pisałam nic o komciowaniu!

Ale niech będzie – święta są ; )

 

Tekst rzeczywiście gęsty.

 

We wstępie ostrzegasz przed infodumpami.

I o ile zwykle za tym nie przepadam, to zrobiłeś to sprawnie – może to kwestia tego, że ten świat jest na tyle inny, że masz co tłumaczyć, zamiast rozważać stockowe rozwiązania stockowych technologii? Pewnie pomogło też, że dla bohatera ta zmiana też była odczuwalna – nawet jak nie bezpośrednio, to miał możliwość porównania, więc mógł o tym myśleć, nie rażąc nienaturalnością rozważań.

 

Ale i tak się pogubiłam xD

 

Już samo potwierdzenie, że poza Cennetem są inne cywilizacje, wstrząsnęło pokoleniem rodziców Rabela. Gdy załoga okazała się ludźmi takimi jak oni, zadała kłam wielu powszechnym poglądom naukowym

Coś zamieszane z planetami i innymi ludźmi – w sensie cały wszechświat ludzi? Takich ludzkich? Ale jak? Przy takiej bioróżnorodności na jednej planecie…

No, coś mi tu nie styka. Czy to wszystko to jakieś alternatywne ziemie?

 

Problem w tym, że Torgaddon znał eftela jedynie z legend. Dla nas to rzeczywistość

Ale skąd te legendy?

 

Nie do końca ogarniam innomyślenie – bo to nie jest normalna myślozbrodnia? Ale gdzie przebiega granica między grupowym myśleniem a własnym, jak nawet kolorów nie postrzegamy tak samo? I czytałam na raty, więc się pogubiłam – czy to tylko cecha cennetian, czy wszystkich? Czy przyszło do nich z Koalicją?

Potem wyjaśniasz, że na tym zbudowali swoje społeczeństwo – więc czemu desygnowanego Kanclerza mieliby za to zamknąć? czy coś.

 

To pogląd, że żadne ofiary nie usprawiedliwiają godnego życia ocalonych.

To jest bardzo ciekawa myśl. Z tego piękna dyskusja mogłaby wyjść. Bo co z dobrowolnymi? Co z ofiarami postępu? Czy może chodzi tylko o rządowe równania?

 

I jak matrioszek infekował umysły?

Czemu nie zainfekował Kanclerza? Albo Rabela? Jak go obserwowano?

Jaki w sumie był cel tej intrygi skoro skończyło się na tym, że Unia rozwaliła planetę – bo to chyba takie otwarte wypowiedzenie wojny?

I would prefer not to.

Aaaa, widzisz, ja zrozumiałem, że niczym Mr.Maras wrócisz później z komentarzem, a wcześniej dajesz klika na zaś :)

Bardzo mi miło, że jednak coś skrobnęłaś. Każda myśl daje do zastanowienia, co można ulepszyć w kolejnych tekstach.

Wszystkie pytania Twoje pytania wynikają z mocnego zagęszczenia tekstu i że pewne rzeczy nie wykładam od razu, ale raczej daję do przemyślenia.

Coś zamieszane z planetami i innymi ludźmi – w sensie cały wszechświat ludzi? Takich ludzkich? Ale jak? Przy takiej bioróżnorodności na jednej planecie…

Generalnie więc Cennet był jedną z wielu ludzkich kolonii, które zaginęły podczas wspomnianego w tekście Wieku Katastrof. Stąd legendy o eftelu, zacierająca się pamięć o innych światach i szok związany z przybyciem człowieka z poza planety.

Nie do końca ogarniam innomyślenie – bo to nie jest normalna myślozbrodnia?

Super pytanie, któremu na końcu wtóruje Tolket/Akern: “Co właściwie u was nie podlega pod innomyślenie?” Ma się kojarzyć z myślozbrodnią, ale chodziło mi też o generyczny termin, pod który można wrzucić, co się władzy nie podoba. Zdradę, nieprawomyślność, głoszenie złych poglądów. Trochę jak dzisiaj z samowolą urzędników w skarbówce. Niby wszyscy wiedzą, o co zacz, ale konkretna definicja i przykłady, kiedy wolno a kiedy nie, zwłaszcza w kwestiach słabo uregulowanych 

Desygnowanego Kanclerza Koalicji oczywiście za to nie zamkną (dyplomacja), ale Galahadian chciał tym stwierdzeniem upewnić, że nic jeszcze głupszego od odrzucenia doskonałego ciągu zdarzeń nie wpadło Cennetianom do głowy :)

I jak matrioszek infekował umysły?

Pytania techniczne, ale w świecie nanotechnologii, znajomości działania ludzkiego mózgu oraz pewnie i innych odkryć coś by się dało zrobić.

Czemu nie zainfekował Kanclerza? Albo Rabela? 

Jaki w sumie był cel tej intrygi skoro skończyło się na tym, że Unia rozwaliła planetę – bo to chyba takie otwarte wypowiedzenie wojny?

Ostatni fragment z Shezarem wyjaśnia całą treść intrygi (przyznam się szczerze, że zastanawiałem się nad tą sceną – w kombinacji z poprzednią tworzyła łopatologiczne wyjaśnienie całej fabuły, a nie każdy to lubi). W skrócie: patrząc w komunikaty z przyszłości ustalono, że taki kurs akcji będzie najlepszy, by koniec końców zabić Galahadiana i rozpocząć wojnę z przewagą ;)

To jest bardzo ciekawa myśl. Z tego piękna dyskusja mogłaby wyjść. Bo co z dobrowolnymi? Co z ofiarami postępu? Czy może chodzi tylko o rządowe równania?

Dobre pytania. W tekście Rabel zastanawia się dosyć ogólnie nad tą kwestią. Shezar w ogóle uważa ją za przegraną i nie wierzy w ludzką przyzwoitość. Galahadian zaś trzyma się jej wtedy, kiedy mu wygodnie, tłumacząc to większym dobrem innych. Do rozważenia całego spektrum pewnie musiałbym zaprząc książkę, ale tutaj chciałem chociaż trochę podyskutować nad tym zagadnieniem, niekoniecznie je wyczerpując, czy udzielając jednoznacznej odpowiedzi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Aaaa, widzisz, ja zrozumiałem, że niczym Mr.Maras wrócisz później z komentarzem, a wcześniej dajesz klika na zaś :)

Panie, gdzie ja jak Mr.M wyglądam! xD

Toć ja wrażliwy kwiatek, żadem tam nosorożec!

 

Generalnie więc Cennet był jedną z wielu ludzkich kolonii, które zaginęły podczas wspomnianego w tekście Wieku Katastrof. Stąd legendy o eftelu, zacierająca się pamięć o innych światach i szok związany z przybyciem człowieka z poza planety.

Ma to sens, ale nie wpadłam ; )

 

 “Co właściwie u was nie podlega pod innomyślenie?” Ma się kojarzyć z myślozbrodnią, ale chodziło mi też o generyczny termin, pod który można wrzucić, co się władzy nie podoba. Zdradę, nieprawomyślność, głoszenie złych poglądów.

Czyli takie dobrze funkcjonujące 1984? No, ciekawie ; )

Ostatni fragment z Shezarem wyjaśnia całą treść intrygi (przyznam się szczerze, że zastanawiałem się nad tą sceną – w kombinacji z poprzednią tworzyła łopatologiczne wyjaśnienie całej fabuły, a nie każdy to lubi). W skrócie: patrząc w komunikaty z przyszłości ustalono, że taki kurs akcji będzie najlepszy, by koniec końców zabić Galahadiana i rozpocząć wojnę z przewagą ;)

 

No tak, tyle to wyczytałam – po prostu tak misterna intryga prosiłaby się o równie misternie zakończenie – a tu po prostu rozwalają planetę.

Mam trochę problem z zaaplikowaniem efektu motyla do działań podejmowanych przez Rabela, żeby przyjąć do wiadomości że planeta musiała wybuchnąć w wyniku takiego a nie innego splotu zdarzeń – tym bardziej, że wróżenie nie jest 100% pewne, nie?

Takie strzelanie z armaty do wróbla.

No i jak mogli podmienić brata Rabela tak, że się facet nie zorientował – czyli podmiana jest naprawdę dobra – to zastanawia, czy nie można było wykorzystać tego agenta lepiej.

Może czepiam się niepotrzebnie, ale nie spodziewałam się wybuchu na koniec i to nie była całkiem przyjemna niespodzianka, no.

 

I would prefer not to.

Czyli takie dobrze funkcjonujące 1984? No, ciekawie ; )

Wiesz, z odpowiednim batem każde społeczeństwo jakoś cyka, urządziwszy się w swoim grajdołku. Miarą stabilności jest umiejętność przetrwania kryzysu – a skoro lądowanie jednego statku omal ich nie wywróciło do góry nogami, to pewne wnioski można wyciągnąć ;)

Tak więc jest dobrze funkcjonujące? Moim zdaniem nie, choć narrator patrzący z perspektywy Rabela ma pewnie inne zdanie :)

Może czepiam się niepotrzebnie, ale nie spodziewałam się wybuchu na koniec i to nie była całkiem przyjemna niespodzianka, no.

Rozumiem, planowałem to jako pewne zaskoczenie. Spisek wykryty, wszystko dobrze się skończyło, a tu taki klops ;)

Generalnie czy nie było lepszego rozwiązania? Jako autor muszę poprosić czytelników o dobrą wolę, że te postacie nie miały innego wyjścia. Choć książka o operacji wywiadowczej, czemu postąpili tak a nie inaczej, byłaby niesamowicie ciekawa :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

a skoro lądowanie jednego statku omal ich nie wywróciło do góry nogami

myślę, że taki statek dowolne społeczeństwo wywracałby do góry nogami – szczególnie jeśli mają odpowiednie legendy ; )

 

I would prefer not to.

myślę, że taki statek dowolne społeczeństwo wywracałby do góry nogami – szczególnie jeśli mają odpowiednie legendy ; )

Co fakt, to fakt. Choć niektóre systemy polityczno-społeczne łatwiej wywrócić od innych :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zacznijmy od tego, że – jak pewnie wszyscy wiedzą – nie jestem fanką SF. Oczywiście są od tego odstępstwa, ale zwykle jeśli coś mi się podoba, to fakt SF-owatości jest tłem/pretekstem, a dana opowieść przede wszystkim skupia się na relacjach między bohaterami. W każdym razie, to cut to the chase, nie zostałam przez Ciebie kupiona, NWM. O ile doceniam wysiłek włożony w pisanie i kreację świata (choćby to, że nie jesteśmy na Ziemi, tylko wymyśliłeś coś nieco innego, gdzie indziej), o tyle sama historia nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia.

Wstawki co bardziej naukowe/fizyczne spłynęły po mnie, bo np. nie rozumiem na jakiej zasadzie “naukowo” widzi się strzępy przyszłości (tylko przyjmuję do wiadomości, że tak jest), a słowa takie jak “redundantny” mój mózg niestety w ogóle omija ;) Główny bohater nie wzbudził we mnie właściwie żadnych emocji, a co za tym idzie – jego rozterki także. Trochę się pogubiłam przy plot twiście z Tolketem/Akernem, jednak koniec końców pojęłam, o co chodzi. Komletnie za to nie ogarniam, czym jest “innomyślenie” – zbyt enigmatyczne mi się to wydało. I o ile zakończenie w sumie mi się spodobało (niespodziewane zniszczenie planety), o tyle sama końcóweczka (filozoficzna rozprawa o naturze ludzkiej i głodny kawałek o rozświetlaniu mroku) zepsuły w moich oczach efekt pozytywnego zaskoczenia. Tak że, no, nie tym razem ;)

 

„– Oraz największy punkt sporny w negocjacjach[+.] – Unita wziął małża do ręki, na co magos spojrzał w górę.”

 

„– Co jest… – Dał się słyszeć głos kelnera.” – Tutaj, imho, „dał” małą literą, sytuacja podobna jak „usłyszał bohater”.

 

„Roboty musiały zabrać kamień, by awatar mógł zająć przynależne Piątemu Magosowi miejsce.” – Myślałam, że te kamienie to były siedziska?

 

„– Poza czym? – wyrwało się Akernowi.

– Poza tachionami nic nie mknie szybciej od światła – zaczął – więc tradycyjnymi lidarami czy radarami nie zaobserwujemy zjawisk, których sygnały dotrą do nas za jakiś czas już po ich wydarzeniu.”

Kto zaczął? Ostatnim podmiotem był Akern.

 

„Wtedy wybuchł alarm.” – Czepiam się, to jasne, ale zgrzyta mi to wybuchanie alarmu.

 

„– Mogę zadać kolejne, z czystej ciekawości?” – Kolejne co?

 

„…logika rozmyta podpowiadała zaskakującą opcję.

– Proszę zaczekać – powiedział Naczelnik do agenta, gdy zostali sam na sam i ten miał opuścić konstrukt.

Gdyby miał moduł emocjonalny, byt cyfrowy czułby się zaskoczony.”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za przeczytanie i komentarz, Jose :)

Tak, tutaj mocno popłynąłem w stronę hard sf. I jak to w tym wypadku, bardziej świeciłem wizją świata niż bohaterem czy światem. Tak więc z uwagami się jak najbardziej zgadzam i je przyjmuję ;)

A błędy poprawię, jak tylko wrócę do jutro do domu. Dzięki za ich znalezienie ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wizja jest pierwsza klasa, podoba mi się. I mimo “twardości” ja bym mogła spokojnie o tym czytać, gdybym znalazła coś, co trafia do takich “miękkich” czytelników jak ja. Ale właśnie jakoś zabrakło mi tu “czynnika ludzkiego”, który wciągnąłby mnie po uszy w historię, który by sprawił, że bym się przejęła podłością ludzi/polityki/losu, czegokolwiek. Marudzenie mode off ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo po Twojemu to opowiadanie i bardzo w Twoim stylu pisane.

Trochę space opery, trochę SF. Przy końcówce myślałem, że pojawi sie jakieś mocniejsze zaskoczenie, nie było go, ale mimo to całość jest bardzo fajna. No taka, hm, kosmiczna przypowieść? Przypowieść SF?

Ciekawie wyszła obcość myślenia bytu cyfrowego. Niby nie wchodziłeś w szczegóły, a tu z jednej strony nie przeszkadza wojna, z drugiej coś w rodzaju zamyślenia nad przyszłością ludzkości.

Kawał dobrego tekstu.

 

– Jaki przebiega lot? – spytał Rabel.

Tu literówka – jak przebiega lot.

 

Dla bytu cyfrowego brzmieli bardziej jak pisarze

A to bardzo fajne, daje do myślenia.

 

Wymagający tekst, wysoki próg wejścia.

Opowiadanie napisane z rozmachem, przede wszystkim widać ogromną kreatywność w zakresie worldbuildingu. Nie wiem, czy to pojedynczy tekst, czy wycinek większego uniwersum, niemniej tak czy inaczej mamy tu mocną, przekonującą wizję przyszłości; nie tylko rozwój technologii (dobry motyw z antytelefonem), ale i tło historyczne, polityczne, neologizmy też robią swoje. W tego typu opowiadaniu ciężko byłoby się obyć bez ekspozycji, więc mimo wszystko nie miałam poczucia infodumpu.

Czynnika ludzkiego przy większym formacie też by mi pewnie brakowało, a i w tej postaci tekst na pewno by na nim skorzystał, ale w ogólnym rozrachunku rozgrywki polityczne doprawione filozofią wystarczająco dobrze się sprawdzają.

Warsztatowo bardzo solidnie, tak że czyta się z przyjemnością.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Wilku-zimowy, Black_cape – dzięki Wam obydwojgu za komentarze :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Kolejny tekst z Twojego uniwersum, które naprawdę, naprawdę robi wrażenie (czy w temacie słuchowiska/audiobooka już coś drgnęło?). Political fiction wychodzi Ci wiarygodnie. I czy ja wiem, czy to SF jest takie hard? Wyjaśniasz fizyczne ciekawostki na tyle sprawnie, że ja, osoba mająca całe liceum z fizyki tróję, pojąłem, o co chodzi – choć przyznam, że naczytałem się kiedyś Hawkinga, więc może takim totalnym laikiem nie jestem. ;)

Po raz kolejny pokazujesz na początku zarys koncepcji tego świata, co jest o tyle fajne, że pozwala to przypomnieć sobie znane elementy czytelnikom, którzy już coś z tego uniwersum czytali i to takie wyciągnięcie ręki w stronę świeżynek. Później jednak akcja leci na łeb na szyję, frakcje, intrygi, nawet wybuchy – stężenie tego wszystkiego jest dla mnie absolutnie niestrawne. To po prostu materiał na książkę, może nawet więcej niż jedną. Zwróćmy uwagę na fakt, że serwujesz historię wikłającą wszystkie stronnictwa w galaktyce w konflikt obejmujący praktycznie całą tą galaktykę. Skala jak dla mnie jest absurdalna jak na metraż tego tekstu, bo sądzę, że tak złożonej kwestii nie sposób pokazać bez uproszczeń w raptem 50k znaków.

Dlatego jakkolwiek jestem fanem Twojej twórczości, tak “Człowiek nadświetlny” raczej mnie zmęczył.

Dzięki Ci, Jasna Strono, za komentarz. Tak, z zarzutami o nadmiarowość i gęstość muszę się zgodzić. Tekst wyszedł gęsty, od jednak jakiegoś czasu próbuję to ograniczać.

Wyjaśniasz fizyczne ciekawostki na tyle sprawnie, że ja, osoba mająca całe liceum z fizyki tróję, pojąłem, o co chodzi

Cieszy mnie to. Powiem szczerze, że najbardziej bałem się tych infodumpów jako przerywników. W pamięci mam “Głębię” Marcina Podlewskiego, gdzie ten ma tendencje do wrzucania rozległych komentarzy światotwórczych, co skutecznie potrafiło mnie wybić z rytmu. Stąd starałem się robić je jak najmniejsze, a w innych tekstach minimalizować. Tutaj niewątpliwie są długie z wyboru, ale chciałem, by nie wybijały z czytania.

czy w temacie słuchowiska/audiobooka już coś drgnęło?

Toczy się, toczy. Obecnie wszystko w rękach “Storytela”. Może coś z tego wyniknie ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

zarzutami o nadmiarowość i gęstość

Hm, osobiście gęstość uważam za bardzo dobrą cechę w opowiadaniach. Tutaj ową gęstość ledwo zasygnalizowano (choć wystarczająco, by nadać opowiadaniu życia i sprawić, że tekst nabiera wymiarów). Jak dla mnie na dodatkowym jej zwiększeniu całość tylko by zyskała (choć w Twoim wykonaniu. NWM, musiałaby to być gęstość uniwersum, a nie akcji – co niestety część czytelników sprowadza do “złych infodumpów”)

 

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki za komentarze. Miło, że się podobało :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hmm, czy ja wiem, czy takie hard? ;)

 

W opowiadaniu na pierwszy plan wysuwa się jednak polityka – konflikt między mocarstwami i problematyczne położenie Cennet.

Początek jest bardzo obiecujący, bo podobnie jak tytuł zdaje się sugerować, że opowiadanie będzie “technologiczne”, tymczasem po chwili zarzucasz przynętę z całą tą strzelaniną przy małżach i tajemniczą śmiercią Tolketa i przechodzisz do wątków politycznych. Nadal jest jednak ciekawie – przeczytałem bardzo sprawnie, nie nudziłem i wszystko wydawało się jasne, choć czasami musiałem wrócić kawałek, powtórnie przyporządkować imię do stanowiska…

Arenę wybrałeś świetną – Cennet jest taką drobiną pyłu targaną wichrami czasoprzestrzeni i to daje się odczuć. Zresztą, z rozmachem nigdy nie miałeś problemu ;)

Jeśli miałbym na coś narzekać, to może na zbyt małe, “praktyczne” stężenie eftelu. Zdziebko silniejszy pierwiastek Mass Effect w tym wszystkim, więcej czystej akcji. To by się chyba przydało – tymczasem Ty, zamiast zaszaleć, wstawiłeś gwiazdki po czym dodałeś – Cennet zniszczony! No super XD

Choć równie dobrze to wrażenie jest pokłosiem tytułu, który bardzo bezpośrednio powiązałem z Rabelem i cóż… myślałem, że pościga się ze światłem w tym opowiadaniu ;)

Twist udany, zakończenie raczej też. Takie słodko-gorzkie. Ostatnie zdanie nieco banalne, ale lubię takie zagrywki.

 

Słowem – nie tego stejka zamówiłem, ale też smakowało. Reklamować nie będę ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za komentarz i uwagi, Hrabio :) Cieszy, że mimo wszystko stejk zadowolił :D

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A w każdej setki komputerów kwantowych, na bieżąco przetwarzających treść każdego połączenia na Cennecie. Zwykli obywatele nie musieli się bać. Innomyślący – wprost przeciwnie.

– dobre to!

 

Podoba mi się gorzkie pokazanie losu małych, próbujących doprowadzić do porozumienia między wielkimi. Podobają mi się sylwetki obu przywódców – nieszablonowe, skomplikowane. Podobają mi się nawiązania do Hyperiona. No i szacun za naprawdę fajne (i wyglądające na uczciwe) tło SF.

Mam wątpliwości jak oceniać to opowiadanie – w oderwaniu od wcześniejszych swoich tekstów (tak chyba powinno być w odniesieniu do decyzji piórkowej), czy na ich tle (to z kolei byłaby ważniejsza informacja dla Ciebie). Na tle całego Twojego uniwersum opowiadanie zyskuje głębię, ale traci na oryginalności (pułapki relatywistycznej probabilistyki pokazywała już „Olufenka”).

Tak czy owak, brakuje mi tutaj głównie emocji (w sensie czegoś przejmującego). No bo niby jest tragedia, ale nie czuję ciarek. I nie czuję katharsis. Suche to jakieś, odległe. Problem wynika chyba z dominacji wydarzeń w skali makro nad postaciami. Te ostatnie są, powtórzę się, dobrze zbudowane, z ciekawą psychologią, ale nie dajesz im szansy błysnąć, bo nie pokazujesz ich wyborów, nie dajesz odczuć właśnie tragizmu. Główny bohater podejmuje wiążącą decyzję tylko raz – zwołując wcześniejsze spotkanie Rady. Poza tym jego aktywność ogranicza się do odbywania kolejnych spotkań, a wydarzenia dzieją się niezależnie od niego. Właśnie w tym wymiarze – tragizmu wyborów i większego skupienia na postaci, Olufenka wypada znacznie ciekawiej.

W kwestii nazw – Unia i Koalicja to w gruncie rzeczy synonimy, mogą się czytelnikowi mylić. Ja wiem, że takie rozwiązania mają swoje historyczne precedensy, ale należę do osób, które pomimo wielu lat edukacji wciąż nie odróżniają Trójprzymierza od Trójporozumienia. Rozumiem, obie nazwy są już w Twoim świecie zakorzenione i nie możesz ich teraz zmienić. Ale już np. imiona nowych postaci mogłyby się bardziej różnić – Rabel i Tolket też mi się przez chwilę mylili, nie wyglądają przy tym na przedstawicieli różnych ras. Shezar i Galahadian to zdecydowanie lepsza para (inna sprawa, że o Shezarach już czytałem).

Dzięki za komentarz i informację zwrotną, Coboldzie :)

Tak czy owak, brakuje mi tutaj głównie emocji (w sensie czegoś przejmującego).

To jest coś, co i ja dostrzegłem. Stąd potem w późniejszym “Statusie…” skierowałem swą uwagę w tę stronę.

A nazwy – zawsze miałem do nich łatwość (w przeciwieństwie do nazwisk). Stąd ostatnio staram się różnicować spektrum. Choć przyznaję też, że motyw mylenia Koalicji z Unią to niezły temat na opowiadanie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereManie, czy ten opek to część jakiegoś uniwersum. Jeśli tak to podaj, proszę, tytuły do poprzednich części, bo ja lubię od początku zaczynać. Nawet utworzyłam na tę okoliczność wątek, w którym można prezentować swoje cykle. :)

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/22549

Tak, jest częścią uniwersum, ale ostatnio ciągle zapominam wrzucić jak i co w opowiadaniach. Przy czym akurat u mnie staram się pisać teksty tak, że nie potrzebna jest znajomość poprzednich części ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka