- Opowiadanie: Maszkytny - Czarobij

Czarobij

Tym razem coś dłuższego. Opowiadanie częściowo inspirowane wiedźminem, więc mamy łowcę, potwora i mieszkańców, którym ten potwór przeszkadza. Tyle, że – oczywiście – im dalej w las, tym więcej drzew.

Zapraszam do tekstu i życzę przyjemnej lektury.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Czarobij

To był szczęśliwy dzień dla Uniegosta. Nieczęsto zdarzało się, żeby pospolity czarobij dostał tak intratne zlecenie, jak on dzisiaj. Co prawda musiał tłuc się o nie z innym najemnikiem, ale ta potyczka… szkoda gadać.

Jeśli konkurent był na tyle głupi, że bez wyszkolenia zamierzał porwać się na likwidację wiedźmy, to jakie miał szanse ze specjalnie do tego wyćwiczonym czarobijem? Jako najemnik mógł trochę widzieć, trochę się nauczyć, może nawet utłukł jakąś maszkarę czy dwie, jednak nie czyniło to z niego eksperta w dziedzinie eliminowania podobnych zagrożeń. Widać to było w starciu z Uniegostem, bo dał się kompletnie zaskoczyć szybkiemu, niehonorowemu – ktoś mógłby zarzucić: zbrodniczemu – stylowi walki, z którego czarobije słynęli.

Uniegost powalił go bez problemu, ale nie odebrał życia. Nie z nim przyjechał się tu mierzyć, tylko ze zleceniem. A było o co walczyć, bo wioskowy sołtys razem z mieszkańcami uzbierał okrągłą sumkę dwudziestu złotych monet dla tego, kto rozwiąże ich problem.

Czarobija niezbyt interesowało, skąd chłopstwo wzięło taki majątek, ani jak długo trwało, zanim tyle uzbierali. Liczył się prosty fakt, że niedługo mógł się o te dwadzieścia sztuk złota wzbogacić.

Wioskowi nie ingerowali w sprzeczkę dwóch kontrahentów. Woleli cierpliwie poczekać, aż jeden z nich padnie i dopiero wtedy dobić targu z wygranym. Wedle prostej zasady: jeśli powalił kontrkandydata, to z oczywistych względów będzie miał większe szanse na wyjście cało z kontaktu z wiedźmą, więc i zabicie jej. Poza tym chłopi nie mogli sobie odmówić przyjemności, jaką dawała im potyczka. Na co dzień mieli tylko pracę w polu, więc każda forma odskoczni była dla nich czymś równie wyjątkowym, co bale na dworze królewskim. Dlatego też byli szczerze zawiedzeni, że Uniegost poradził powalić przeciwnika tak szybko, bo tym samym pozbawił ich prawdopodobnie jedynej rozrywki, jakiej doświadczą w przeciągu kolejnego miesiąca, a może nawet kilku.

Niemniej jednak czarobij wygrał i to mu przypadło w udziale ustalić z sołtysem warunki i przebieg kontraktu. W tym celu został zaproszony do długiego domu głowy wsi, gdzie mógł zasiąść przy obiadowym stole i zjeść porządnie, bo żona sołtysa widocznie nie żałowała jedzenia swoim gościom. Nawet jeśli wyglądali tak, jak Uniegost. Może miała nadzieję, że wreszcie trafił się ktoś, kto rozwiąże ich problem i w jej prostym rozrachunku należało tego kogoś ugościć jak szlachcica, pomimo szkaradnej aparycji.

Uniegost nie był głupi. Wiedział, jak wygląda. Niski wzrost można by jeszcze ścierpieć, ale na tym lista jego niedoskonałości się nie kończyła. Odkąd pamiętał, cierpiał na drobne zniekształcenia ciała, szczególnie prawej strony. Przez lata nauczył się dobrze ukrywać to pod ubiorem; nosił na sobie grube skóry i płaszcz z kapturem sięgający do kostek – ale nawet mimo tego dociekliwy obserwator mógł dopatrzyć się prawdy. Twarzy przecież nie mógł ukryć, jedynie zasłonić głowę kapturem. Ale co kaptur pomoże, skoro morda pod nim krzywa i niezbyt wyjściowa? Nawet tego poskąpił mu stwórca – twarzy, na którą postronni mogli patrzeć bez grymasu dobrze znanego Uniegostowi, gdziekolwiek by się nie znalazł. Grymasu, który musiał tolerować.

Sam również dołożył swoje do aktualnego wyglądu, bo podczas pracy nigdy się nie oszczędzał – a to skutkowało licznymi ranami. Nie wszystkie goiły się tak, że nie pozostawiały po sobie śladu. Twarz nie była tutaj wyjątkiem, bo przecinało ją kilka mniej lub bardziej świeżych blizn. Jak łatwo można zgadnąć, nie poprawiało to jego ogólnej aparycji.

Ale już dawno przestał się tym przejmować. Wychodził z założenia, że nie było czego szanować, więc nie szanował. Po części dzięki temu wśród swoich był uważany za jednego z najlepszych czarobijów.

Nie przydało mu to jednak wielu przyjaciół. Wręcz odwrotnie – był samotnikiem. Sukcesy w czarobijstwie odebrały mu ostatnią rzecz, jaką mógł otrzymać od innych ludzi, mianowicie: litowanie się nad jego osobą.

Jadł w samotności podstawioną mu pod nos szynkę z chlebem, bo żona sołtysa zaraz po podaniu posiłku zmyła się z kuchni, uciekając do sąsiedniego pokoju. Nie miał jej tego za złe, chociaż ona też do najpiękniejszych nie należała. Może gdyby nie te krosty na szyi i twarzy wyglądałaby lepiej, ale cóż… urody się nie wybiera. A może była na coś chora? Nieważne, przynajmniej jedzenie podała mu dobre.

Po jakimś czasie z tego samego pokoju, do którego poszła kobieta, wyszedł sołtys i dołączył do swojego gościa za stołem.

Siadł na ławie naprzeciw Uniegosta. Ten, zajęty jedzeniem, w ogóle nie zwracał uwagi na nowe towarzystwo. Grubawy przedstawiciel wsi zmieszał się nieco, oparł łokciami na stole i, patrząc w ciszy, jak gość je, zaczął kręcić w palcach końcówką pokaźnego wąsa.

Sytuacja nie zmieniała się przez dobrą chwilę. Czarobijowi nie spieszyło się do rozmowy, póki szynka i chleb znajdowały się na stole. Nigdy nie wiadomo, kiedy następnym razem przyjdzie mu najeść się do syta, dlatego wolał zrobić to, kiedy miał po temu okazję. W innej pozycji znajdował się sołtys, który szybko znudził się swoim wąsem; zaczynał tracić cierpliwość.

Toteż on pierwszy się odezwał.

– Rad jestem, żeście pojawili się w naszych progach – przemówił z oficjalną serdecznością. – Długo już czekamy na kogoś, kto by poradził se z naszym problemem.

– Mhm – burknął bez patrzenia na niego Uniegost. Wziął kolejny kęs szynki i zagryzł go chlebem.

Sołtys aż potrząsnął tłustą głową, po raz pierwszy spotkał się z takim zachowaniem wobec gospodarza. No, może nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy nie mógł sobie pozwolić na odpowiednią reakcję. Nie, kiedy w grę wchodziło dobro jego wsi. Zacisnął więc szczękę, przemielił zębami i spróbował jeszcze raz.

– Waszmość wydaje się spokojny. Może jeszcze nie wie, z czym mamy tu do czynienia?

– Wiem – czarobij odparł z pełną gębą, nie dźwigając głowy znad talerza. – Z wiedźmą.

– Hmm… – Sołtys na nowo zakręcił wąsem, tym razem drugą końcówką. – Nieźleście poturbowali tego drugiego – zauważył. – A chłop rosły! Może nadajecie się do bitki, ale wiedźma zła jest i podstępna. Klątwami w nas rzuca. Nie wiadomo czy stal się jej ima, diablicy. Wszetecznicy! Skąd pewność, że poradzicie?

– Nie poradzę, to mi nie zapłacicie – powiedział bez emocji. – Nie będzie komu zapłacić, skoro wiedźma taka zła.

– Racja – przyznał sołtys. – Ale problem dalej będzie. I człowieka na sumieniu będę mieć.

Dopiero teraz Uniegost podniósł wzrok. Zmierzył nim obfitą twarz głowy wsi, na której widniała ta sama niechęć, co na wszystkich innych. I te same krosty, co w przypadku sołtysowej, tyle że u sołtysa zalane tłuszczem rysy twarzy znacznie je maskowały.

– Nie kłamcie. Nie będziecie po mnie płakać, sołtysie. Ani wy, ani nikt w tej waszej wiosce po obcym by nie płakał. A że problem zostanie, to szybko pojawi się ktoś inny, równie chętny go rozwiązać. Jeśli o mnie idzie, to możecie zatrudnić nawet tego najemnego, którego położyłem niedawno. Na pewno weźmie, skoro płacicie dwadzieścia słońc. Tyle płacicie, prawda? – chciał się upewnić.

– Otóż to – potwierdził sołtys. – Nikt nie chciał brać za mniej, tośmy ściepę zrobili. Cenę podnieślim.

– Nie dziwota. Wiedźma, jeśli to naprawdę wiedźma, potrafi napsuć krwi. Tylko głupi, albo szalony, weźmie tę robotę. No, może przy takiej cenie to jeszcze paru chciwych się znajdzie. Wtedy pilnujcie swoich dziewuch.

– A to czemu?

– Łby lubią przynosić najemni. Na potwierdzenie roboty przynoszą. A wiedźma kobieta, to i kobiecy ma łeb. Tyle że oszustów dużo w tej robocie. Na łatwe pieniądze się kuszą, to i łeb może być nie ten, który powinien.

– Co wy gadacie?! Kobity by bili?!

– Już nieraz bili – odpowiedział krótko i wrócił do jedzenia.

Pamiętał jedno takie zlecenie. Na południu to było. Nie wiedźma, ale podobno demonica po lasach się szlajała. Później okazało się, że żadna demonica to nie była, tylko stara baba – zielarka, odganiała wścibskich, wizje w nich wywołując grzybami trującymi. Też wtedy dobrze płacili, a że w okolicy bieda, to sporo odważnych się znalazło: najemnych i zwykłych chłopów, którzy nie przebierali w środkach, żeby położyć łapę na paru słońcach za zlecenie. W efekcie tych starań zaczęły niknąć kobiety, stare i młode, a łby ich – czasem pociągnięte farbą dla udowodnienia, że to łby demonic – lądowały przed domem tego, co za ubicie zielarki chciał zapłacić. W krótkim czasie ilość chłopów w stosunku do bab zmieniła się na dwa do jednego.

Już mieli odwoływać zlecenie, ale wtedy pojawił się tam przejazdem Uniegost. Zielarka żaden potwór, ale jak płacili, to ubił (jakby nie było, baba miała na swoim sumieniu kilka żyć ludzkich) i przywlókł jej truchło do wsi, żeby wszyscy widzieli, że to nie kolejna niewinna płaci za ludzką chciwość. Tym samym ocalił wieś i okolice przed wybiciem wszystkich żyjących tam kobiet. I nikt mu za to nie podziękował. Może nie spodziewali się, że demonica to tylko baba leśna, ale zapłacić musieli.

Kontrakt to kontrakt.

– A wy? – spytał sołtys. – Jesteście pewni, że sobie poradzicie?

– Pewności nigdy nie ma – odpowiedział, mieląc w ustach ostatni kęs jedzenia. Kiedy przełknął, mówił dalej: – Ale do tej pory całkiem nieźle mi szło – pochwalił się, po czym szybko uciął temat: – Poza tym bardzo dobre jedzenie.

Sołtys zignorował uwagę o jedzeniu.

– Toście już bili wiedźmy? – zainteresował się.

– Wiedźmy jeszcze nie trafiłem, ale inne, podobne, się zdarzało.

– To coście za jedni? Też najemny, skoro tyle o najemnych wiecie?

– Możecie mnie nazywać najemnym, nie ma w tym kłamstwa. Ale wolałbym nie. Jak już chcecie, to mówcie o mnie czarobij.

Sołtys niemal poderwał się z ławki, jak to usłyszał.

– Czarobij?! U nas?! Toż to cud jakiś! Z nieba nam waszmość spada!

Uniegost nie podzielał jego entuzjazmu, chociaż go rozumiał. Całkiem możliwe, że do tej pory nie mieli styczności z nikim z tej profesji, bo czarobije zwykli przesiadywać w pobliżu miast, gdzie płacili lepiej. Na takie odludzia wybierali się rzadko, najczęściej przejazdem, albo na specjalną prośbę właścicieli ziemskich, którym chłopi donosili o swoich problemach.

To właśnie podczas podróży Uniegost usłyszał o wiedźmie i postanowił zboczyć z trasy, zobaczyć, co się święci, bo choć oskarżeń o bycie wiedźmą padało sporo, to jeszcze nigdy wiedźmy z prawdziwego zdarzenia nie spotkał.

Odsunął pusty talerz od siebie.

– W niebie takich jak ja raczej nie produkują – odparł. – Przejeżdżałem tędy, dowiedziałem się o wiedźmie, to przyjechałem zobaczyć. Cena za jej łeb kusząca była.

– Czy z nieba, czy nie, niezbadane są ścieżki pana. I diabeł Bogu służy w niewiedzy i arogancji swojej – wyrecytował sołtys.

– Spróbujcie to powiedzieć diabłu, jak go spotkacie, sołtysie… Na mnie już czas – stwierdził i wstał od stołu. – Idę do lasu póki wcześnie, to może tę waszą wiedźmę znajdę przed zachodem słońca. Po nocy nie będę się za nią uganiał – wyjaśnił krótko. Wiedział, światły w temacie, że noc dla takich pokrak jest jak woda dla utopca. Nie śmiesz polować na drapieżnika w nocy, chyba żeś głupi.

Sołtys wstał zaraz po nim i odprowadził do drzwi. Żywszy jakiś po usłyszeniu z kim ma do czynienia, pokusił się nawet o objęcie ramieniem swojego niskiego gościa, jakby znali się od lat. Uniegost nie czuł się się z tym komfortowo, ale nie protestował. Bądź co bądź sołtys był tym, który miał mu zapłacić za łeb wiedźmy.

– Panie czarobiju! – grubas mówił rozweselony. – Wierzę, że poradzicie i uwolnicie nas od tej diablicy. Nie pomnę, ilu chłopów już zwiodła na manowce. Wielu z nich nigdy nie wróciło. Jak nie poradzicie, to w przyszłym roku nie będzie miał kto polami się zająć.

Uniegost zatrzymał się nagle.

– To wiedźma chłopów zwodzi?

– Tak – potwierdził sołtys. – Rozkosze im obiecuje ladacznica jedna, a potem prosto do piekła ciągnie, skąd sama wypełzła.

– Ilu chłopów u niej było? Ilu wróciło? – pytał rzeczowo czarobij.

– Paru wróciło, wycieńczonych jak po tygodniu bez przerw na polu. Swoje musieli odleżeć. Ale innych, co słuch po nich zaginął, było więcej.

– Skoro wrócili, to wiecie, gdzie wiedźma przesiaduje? Niech mnie któryś zaprowadzi. Nie będę musiał jej szukać.

– Obawiam się, przyjacielu czarobiju, że to niemożliwe. Chłop do lasu nie wlezie. Boi się, a oprócz tego baba nie puści. Też się boi, że chłop nie wróci, bo co pocznie potem sama? Poza tym chłopy nie pamiętają. Wiedźma urok na nich rzuciła. Nie wiedzieliby, gdzie iść.

Uniegost zamyślił się nad słowami sołtysa. Coś mu tu nie pasowało, ale może to dlatego, że nigdy wcześniej na wiedźmę nie polował. Kiedy będzie ją miał na widoku, albo kiedy pokraka znajdzie się w zasięgu ostrza miecza, sytuacja powinna się wyklarować. W tym momencie nie było powodu, by mącić w kontrakcie. Stojące za nim pieniądze pomogą Uniegostowi przeżyć następne tygodnie bez zmartwień.

Czarobij chciał nacisnąć klamkę drzwi frontowych, ale sołtys go w tym wyręczył. Otworzył drzwi przed nim i, wciąż obejmując, wyprowadził na zewnątrz. Dopiero gdy wyszli, zdjął rękę z jego ramienia.

– Cała wieś na was liczy, czarobiju. Nie zawiedźcie nas – powiedział.

Już miał wracać do siebie, kiedy Uniegost zatrzymał go swoim pytaniem.

– Zanim pójdę chcę zamienić słowo z chłopami, którzy byli u wiedźmy. Którzy to?

– A po kiego grzyba? – zdziwił się sołtys.

– Może powiedzą mi coś, co pomoże mi się jej pozbyć – wyjaśnił. – Nie będę pchał się do lasu w ciemno, jak inni już tam byli.

– Nie wiem, czy będą chcieli o tym gadać…

Uniegost tracił do niego cierpliwość.

– Chcecie się pozbyć wiedźmy, czy nie? – spytał z irytacją w głosie.

– Chcę… – przyznał cicho sołtys. Potem rozejrzał się po wiosce, w której życie wróciło już do normy po porannej bójce. Każdy z mieszkańców zajmował się swoją robotą. – Dobra, idźcie, ale poszukać ich musicie sami. Ja mam na głowie wszystkie sprawy wsi, nie tylko tą jedną. Nie mogę tracić czasu na bieganie bez celu tam i z powrotem.

– Niech będzie – zgodził się czarobij, po czym pożegnał sołtysa.

Ruszył w głąb wsi, pytając napotkanych po drodze mieszkańców o chłopów mających kontakty z wiedźmą. Nie szło mu za dobrze – baby nabierały wody w usta i wyglądały na obrażone samym faktem, że w ogóle miał czelność podkopywać wiarę w wierność ich mężów, a znowu chłopi wydawali się wcale nie wiedzieć, o co ich pyta. Przechodząc przez wieś można było nabrać przekonania, że wiedźma może i gdzieś tam była, ale mało interesowała mieszkający tu lud. Nikt nie chciał o niej gadać, a co dopiero przyznać się do jakichkolwiek kontaktów.

Po kolejnym niepowodzeniu w rozmowie Uniegost zaprzestał dalszych prób. Zatrzymał się przy drugim końcu wsi i stamtąd patrzył po domach oraz ich mieszkańcach, starających się ze wszystkich sił nie zwracać na niego uwagi. Nigdy nie spotkał się ze szczególnie pozytywną reakcją ludzi w stosunku do niego i jego wyglądu, ale – do jasnej cholery – nie doświadczył jeszcze tak skrajnego odrzucenia. Nie mogło chodzić tylko o jego aparycję.

We wsi panowała zmowa milczenia. O wiedźmie się tu nie mówiło. Pytanie brzmiało: dlaczego?

Rozmowa z sołtysem też wyglądała jak rzucanie grochem o ścianę, więc jedynym sposobem na dowiedzenie się czegoś przydatnego pozostało udanie się do lasu. Do wiedźmy. Ona nie będzie mogła milczeć, kiedy przystawi jej sztych do gardła i zacznie zadawać pytania. Jeśliby jednak spróbowała… miał swoje sposoby, żeby zmusić ludzi do zwierzeń – na niektóre pokraki też działało.

Jeszcze raz przeszedł przez wieś, kierował się do lasu. Tym razem bez słowa mijał wieśniaków, z którymi jeszcze niedawno próbował się porozumieć. Nie miał zamiaru tracić na nich więcej czasu, chociaż nie uszło jego uwadze, że niektórzy z nich mieli podobne wypryski, co sołtys. Co prawda mało który tak okazałe i liczne, jak głowa wsi, ale na pewno te same. Wieś musiał nawiedzić jakiś wirus. Uniegost miał nadzieję, że to cholerstwo nie jest zaraźliwe.

Właśnie przymierzał się do opuszczenia zabudowań, kiedy gdzieś z boku, kątem oka, dostrzegł mężczyznę w pobrudzonej, chłopskiej koszuli i podartych gaciach. Wieśniak siedział boso na ziemi, przy brzegu drogi i kreślił po niej kijkiem. Nie wyglądał na rozgarniętego.

Mimo to Uniegost postanowił spróbować jeszcze z nim, zanim na dobre zniknie w odmętach lasu. Może akurat będzie miał więcej szczęścia.

Podszedł do mężczyzny i przyklęknął przed nim.

Wieśniak nie zwracał na niego uwagi. Do reszty pochłonęło go rysowanie w ziemi, od której miał całkiem brudne dłonie. Na to również nie zwracał uwagi i od czasu do czasu przecierał nimi twarz, na której zostawały czarne ślady po palcach. Może to i dobrze, bo czerń ziemi maskowała liczne bruzdy i dziwne blizny, jakby skóra w wielu miejscach nie chciała się zrosnąć. Całości dopełniały wyrastające z jego głowy, skołtunione włosy i nierówny, zostawiony samemu sobie zarost.

– Ej, ktoś ty? – spytał Uniegost, próbując zwrócić jego uwagę.

Wieśniak podniósł głowę znad swojego rysunku i spojrzał na intruza. Oczy od razu rozszerzyły mu się w przerażeniu, kiedy zobaczył twarz czarobija. Wrzasnął, puścił kijek i poderwał się na nogi. Chciał uciekać.

Uniegost był szybszy.

Złapał go za oba ramiona, nie pozwalając się ruszyć. Wieśniak zamilkł, kiedy znalazł się w potrzasku. Sparaliżowany strachem gapił się na obcego i nie śmiał ruszyć. Widocznie nie wiedział, co się dzisiaj działo we wsi.

Uniegost próbował go uspokoić.

– Spokojnie! Spokojnie, nic ci nie zrobię!

Wieśniak dalej się nie odzywał. Trząsł się ze strachu.

– Słuchaj, nie zrobię ci krzywdy – tłumaczył czarobij. – Teraz cię puszczę, a ty się uspokoisz, dobra?

Brak odpowiedzi. Uniegost spróbował w inny sposób.

– Kiwnij chociaż głową, żebym wiedział, że nie uciekniesz.

Kiwnął, więc go puścił.

W pierwszej chwili nie było pewne, czy wieśniak dotrzyma obietnicy, bo zaczął rozglądać się nerwowo na boki, jakby szukał wzrokiem najlepszej drogi ucieczki. Jednak żadna z jego nóg nawet nie drgnęła, obie trwały w miejscu, niby wrośnięte w ziemię. Może to ze strachu stał jak słup i czekał na kolejny ruch niepokojącego go intruza.

Uniegost chciał skupić myśli wieśniaka na sobie, by zablokować możliwość pojawienia się w jego głowie jakiegoś głupiego pomysłu.

– Masz jakieś imię? – zapytał.

– Bogumił – odpowiedział nerwowo tamten.

– Bogumił, posłuchaj mnie uważnie: sołtys zlecił mi pozbycie się waszego problemu z wiedźmą z lasu. Kojarzył wiedźmę?

– Wiedźma… – powtórzył Bogumił, a z jego spojrzenia stopniowo znikało przerażenie. – Leśna panienka… ludzie jej nie lubią.

– Zauważyłem, nikt nie chce ze mną o niej rozmawiać. Znasz wie… leśną panienkę? – poprawił się.

– Znam! – zawołał. – W lesie! W lesie!

– Wiem, że w lesie. Byłeś kiedyś u niej?

– Bogumił nie może. Ludzie od lasu gonią. Mówią, że tam niebezpiecznie, to Bogumił nie chodzi. Raz tylko był…

Wreszcie coś przydatnego.

– Byłeś w lesie? – dopytywał. – Spotkałeś panienkę?

– Tak! I nie… zgubił się, a panienka znalazła. Spytała: „Co tu robisz, synku?”, zupełnie jak matula, to Bogumił wyjaśnił. Potem wskazała, gdzie wioska, to Bogumił wrócił.

Nie to Uniegost spodziewał się usłyszeć. Co to za wiedźma, co wyprowadza przygłupa z lasu? Nie podobał jej się? Nie miałaby z niego pożytku do czynienia swoich czarnych rytuałów? A może to wcale nie jest wiedźma? Albo głupola znalazła jakaś wieśniaczka i w swojej ciemnej głowie nazwał ją leśną panienką?

Nie lubił, kiedy na prostych zleceniach pojawiały się tego typu cienie. Cenił sobie łatwy zarobek – zabić, łeb uciąć i po sprawie, pieniądze lądowały w kieszeni. Przez takie wybryki tylko się od tej kieszeni oddalały.

Ale w tego rodzaju przypadkach w sukurs przychodziły lata doświadczeń. Uniegost wypracował sobie system, który pozwalał mu kontynuować zlecenia, nawet jeśli zaczynały wyglądać inaczej, niż na początku. Po prostu domniemywał winę. Jeśli ktoś mu nie udowodnił, że potwora to nie potwora, albo nie przekonał się o tym na własne oczy, to ubijał – pieniądz nie śmierdział w profesji czarobija.

Tutejszy wypadek wiedźmy jeszcze w żaden sposób nie sugerował, że wiedźma to nie wiedźma, więc nie było sensu zaprzątać sobie tym głowy.

Nic nie skazywało na to, żeby słowa wioskowego głupka miały w jakiś diametralny sposób to założenie zmienić. Nie wiedział wiele o wiedźmie, ale może słyszał cokolwiek na temat znikających chłopów. Warto było spróbować.

– Sołtys mówił, że leśna panienka chłopów kusi. Że do lasu lezą i nie każdy wraca. Wiesz coś o tym? – zapytał Uniegost. – Znasz tych chłopów?

– Chłopi sami do lasu idą. Pilnują, co by bezpiecznie we wsi było. Boją się tego, co w lesie żyje – wytłumaczył i zamilkł. Popatrzył w stronę wsi, skąd pojedynczy mieszkańcy, zajęci swoją robotą, zerkali na niego i Uniegosta.

Dopiero po chwili zadumy dodał:

– Ale nie każdy wraca.

– Leśna panienka ich bierze?

Brak odpowiedzi. Bogumił odwrócił wzrok w stronę lasu, a potem opuścił go na swoje bose, brudne od ziemi stopy.

– Bogumił – spróbował jeszcze raz czarobij – leśna panienka ich bierze? Dlatego nie wracają?

– Bogumił nie wie. Bogumił do lasu nie chodzi. Ludzie mówią, że niebezpiecznie. Boi się. Nie chce się zgubić – wymamrotał.

W tę stronę nigdzie nie zajdą. Uniegost musiał spróbować inaczej.

– A ci chłopi, co do lasu chodzą? Znasz ich? Wiesz, którzy to?

– Ziemowita zna. On ostatni szedł i przylazł niedawno.

Wreszcie jakaś użyteczna informacja.

– Zaprowadzisz mnie do niego?

Bogumił skinął głową, zgadzając się pomóc. Pod jego przewodnictwem ruszyli z powrotem w stronę wsi.

Uniegost szedł za swoim koślawym przewodnikiem, jeszcze raz mijając te same domy i jeszcze raz wystawiając się na spojrzenia wieśniaków, podejrzliwie obserwujących ich nieciekawą kompanię. Aż nagle Bogumił zatrzymał się przed jedną z chat.

Wyciągnął rękę, wskazując palcem wprost na wejście.

– Ziemowit! – zawołał. – Tam! Jego chata!

Uniegost spojrzał w stronę domu. Nie przypominał sobie, żeby z kimś tutaj rozmawiał. Prawdopodobnie nikogo z właścicieli nie było na zewnątrz, kiedy przepytywał mieszkańców wioski i nic się w tym temacie nie zmieniło do teraz, bo posesja nadal była pusta. Chłopstwo wyszło w pole, czy ukrywali się w domu? Trzeba sprawdzić.

Podziękował Bogumiłowi i zwolnił z obowiązku dotrzymywania mu towarzystwa. Przygłup przez chwilę wydawał się zawiedziony, że wspólna przygoda już się skończyła, bo stał jeszcze przy czarobiju, jakby czekał na kolejne pytanie, albo prośbę z jego strony, ale nic takiego nie nastąpiło. Uniegost stanął do niego bokiem i zupełnie zignorował, skupiając się na domu wieśniaka, który ostatni przebywał w lesie. Przygłup w końcu zrozumiał, że już nic z tej znajomości nie będzie. Bąknął coś pod nosem, przetarł twarz brudną dłonią i odszedł, kuśtykając z powrotem tam, gdzie się poznali.

Chałupa Ziemowita nie wyróżniała się niczym spośród reszty. Była jednopoziomowym budynkiem z murowanymi, białymi ścianami i dachem pokrytym strzechą. Z przodu miała trochę ogródka ogrodzonego lichym płotem, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś o ten kawałek zieleni dbał. Trawa rosła jak chciała, a kilka nieużywanych grządek zajęły chwasty.

Czarobij poprawił kaptur na głowie, wkroczył na prywatny teren i zapukał do drzwi.

Długo nikt nie otwierał. Uniegost powoli zaczynał myśleć, że gospodarzy nie ma w domu, ale wtedy usłyszał poruszenie. Ktoś ewidentnie krzątał się w środku. Chwilę później drzwi uchyliły się.

Przez szparę wyjrzała kobieta w chuście na głowie; jeszcze dość młodą twarz miała przeoraną zmarszczkami.

– Czego? – spytała.

– Ziemowita szukam.

– Przykro mi, zaniemógł – odparła chłopka i chciała zamknąć mu przed nosem.

Nie zdążyła. Zaparł się ręką na drzwiach, nie pozwalając jej na to.

Wtedy chłopka wyjrzała jeszcze raz.

– Co pan?! Zwariował?! – zawołała zauważywszy, że blokada to wina intruza.

– Nalegam. Muszę się z nim zobaczyć.

– Po co? I kim pan w ogóle jest?

– Uniegost, czarobij – przedstawił się. – Może widzieliście mnie rano, podczas bójki. Przyjechałem pozbyć się wiedźmy. Muszę zamienić parę słów z Ziemowitem właśnie w tej sprawie.

– Z moim chłopem? Dlaczego?

– Podobno był ostatnio w lesie.

Chłopka na chwilę odwróciła głowę w głąb domu, szukając czegoś – lub kogoś – wzrokiem. Potem, z nieciekawym grymasem, znów spojrzała na czarobija.

– Ano był, dziad jeden – przyznała.

Pierwszy raz ktoś w tej wiosce – poza przygłupem – przyznał mu rację. To dobrze wróżyło.

– Muszę wiedzieć, co tam robił, albo co widział – tłumaczył. – To jak będzie? Mogę wejść?

Chłopka nie zastanawiała się długo, otworzyła drzwi szerzej. Widać mąż ją czymś zdenerwował.

– Proszę, zachodźcie. Ziemowit nie jest aż taki chory, na jakiego próbuje wyglądać. Stary cap myśli, że mnie nabierze. Przemaglujcie go trochę, to może wam zechce powiedzieć więcej, niż własnej kobicie.

Uniegost wszedł do środka i, śladem chłopki, przeszedł przez kuchnię do sypialni, w której, w sporym łóżku, leżał interesujący go chłop.

Ziemowit okrył się kołdrą aż pod samą szyję, przez co postronni mogli zobaczyć tylko jego zaczerwienioną, zroszoną kroplami potu twarz. Ciemne włosy – również mokre od potu – obkleiły mu czoło. Więcej objawów domniemanej choroby Uniegost nie był w stanie dojrzeć. Całkiem możliwe, że chłop złapał jakiegoś wirusa.

Chory z trudem wyjrzał ze swojego legowiska, kiedy usłyszał kroki.

– Nie męcz mnie kobieto. Nie widzisz, że jestem chory – powiedział do żony. Widocznie nie zauważył gościa.

– Po lesie szlajać się umiesz, to i chorować się naucz – odgryzła się. – Poza tym nie przyszłam z tobą gadać, tylko gościa przyprowadziłam.

Chłop popatrzył na nią zdziwiony, a potem dokładniej wyjrzał poza łóżko. Dopiero wtedy dostrzegł stojącego kawałek dalej czarobija. I zignorował go, zupełnie niezainteresowany obecnością takiego człowieka w swoim domu.. Wolał zwrócić się z wyrzutem do żony.

– Po co żeś tu kogoś wpuszczała? Ledwo żyję, a ty mi gości przyprowadzasz…

– Już się tak nie żałuj dziadzie. Ze mną gadać umiesz, to i z nim pogadasz. Przyszedł tu w sprawie wiedźmy i chce wiedzieć, co żeś robił w lesie. Sama z chęcią się dowiem, po co żeś tam lazł…

Uniegost postanowił wtrącić się do rozmowy, zanim małżeńska kłótnia wybuchnie na dobre.

– Sołtys mnie zatrudnił. Mam pozbyć się waszego problemu z wiedźmą, a słyszałem, że pokraka podobno chłopstwo do lasu ciągnie.

– Ciągnie?! – odezwała się żona. – Sami idą, nie wiadomo po jaką cholerę!

– Kobieto… dobrze wiesz, że sołtys kazał pilnować… – tłumaczył słabym głosem mąż. – Nie tylko ja tam chodzę, a gadasz, jakbym był jedyny.

– Boś ty najgłupszy! Który z tamtych przylazł taki schorowany? Żaden!

Chłop kaszlnął.

– Niektórzy nie przyszli w ogóle! – ryknął, a zaraz po tym kaszlnął jeszcze raz.

– Tego by jeszcze brakowało, żebyś tam został i zostawił mnie z tym wszystkim na głowie! – odpysknęła. Potem odwróciła się do Uniegosta. – Gadaj pan z nim ile chcesz, ja nie będę traciła więcej nerwów – powiedziała, minęła go i wyszła z sypialni.

Uniegost odprowadził ją wzrokiem, aż zniknęła za ścianą. Wtedy zbliżył się do łoża chorego. Jeszcze zanim się odezwał usłyszał dobiegający z kuchni trzask zewnętrznych drzwi.

Chłop pokręcił głową na poduszce.

– Te baby… – westchnął.

– To ciebie wołają Ziemowit? – spytał czarobij.

– Tak, mnie. A co?

– Słyszałem, że byłeś niedawno w lesie…

Twarz Ziemowita, i tak już spocona od choroby i ciepła kołdry, zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Wciąż patrzył w stronę wyjścia z sypialni, jakby miał nadzieję, że żona zaraz wróci. Niestety dla niego, w najbliższym czasie się na to nie zapowiadało.

Został sam z tym… cholera wie kim ten człowiek był, ale zadawał pytania. Gdyby Ziemowit przynajmniej nie był przykuty do łóżka, to może mógłby się jakoś wymanewrować, jednak w tej sytuacji…

Nie miał innego wyjścia, jak wreszcie spojrzeć na rozmówcę i skonfrontować się z nim. Wolno przekręcił głowę w jego stronę, natychmiast zauważając, że przybysz obserwuje go tym swoim ostrym, lecz – o dziwo – nad wyraz spokojnym spojrzeniem szarych oczu. Zaniepokoił się. Niski, wyrastający góra cztery stopy ponad łóżko obcy nie wyglądał na takiego, który łatwo odpuszcza. Miał te swoje pytania i nie wyjdzie, póki nie dostanie jakiejś odpowiedzi.

Czemu sołtys tego nie załatwił?

– Byłem – odpowiedział w końcu Ziemowit.

Uniegost pytał dalej:

– Po co?

– Sołtys kazał pilnować wsi, tośmy chodzili pojedynczo w las, ale niedaleko. Żeby pilnować, co by coś złego do nas nie podeszło. Wiara boi się tej co w lesie siedzi, to dla spokoju kobiet i dzieci łazimy. Pilnujemy.

– Pilnujecie? W jaki sposób wy, chłopi, pilnujecie wsi przed wiedźmą? – próbował dociec, bo nie wyobrażał sobie, żeby wiedźma mogła wystraszyć się milicji chłopskiej.

– Sołtys wymyślił, że jakby co złe podeszło, to mamy wołać, ostrzegać. Coby nasza dziatwa zdążyła uciec z babami.

To by jeszcze miało sens – pomyślał czarobij, ale nie zamierzał kończyć przesłuchania na tym etapie. Wciąż pozostawało kilka spraw do wyjaśnienia.

– Wiedźmę żeś widział? – spytał bezpośrednio.

– Nie! – Ziemowit zaprzeczył kategorycznie. – Jakże to? Jakbym wiedźmę w lesie trafił, to już by mnie tu nie było. Zjadłaby mnie… albo cuś.

– Zjadłaby? To dopiero ciekawe – powiedział bardziej do siebie, niż do chłopa. Później wrócił do pytań: – To powiedzże mi, skąd u ciebie to choróbsko? Parę chwil w lesie raczej człowieka tak nie rozłoży.

– A ja wiem? Co ja lekarz? Może mnie co użarło, albo wiedźma urok rzuciła? Podstępna z niej bestyja, to i człowiekowi łatwo zachachmęcić może.

– Uroku nie rzuci, jak się nawet nie spotkaliście – sprostował czarobij.

– Ona cały las dobrze zna, czarami go okryła to i jej broni. Mogła mnie widzieć nawet jak ja jej nie.

Że też ten chłopski lud na wszystko miał odpowiedź. Pal licho, że w większości zabobonną i mylną, skoro tak dobrze funkcjonowała. Nie ułatwiało to jednak wyciągnięcia jakichkolwiek przydatnych w zleceniu informacji.

Uniegost powoli tracił nadzieję, że jeszcze jakieś zdobędzie.

– A ci, o których jeszcze niedawno wspominałeś? Którzy z lasu nie wrócili? – spróbował w taki sposób.

– Mało to w lesie zła żyje? Zwierząt drapieżnych i jadowitych? Może coś ich po drodze zaatakowało… nie wiem. Świeć panie nad ich duszami.

Tak jak czarobij myślał: niewiele się tu dowie. Jednak miał w zanadrzu jeszcze jedno pytanie, które chciał zadać, zanim zrezygnuje, a które podsunęła mu rozmowa z sołtysem. Zostawił je na koniec.

– Sołtys mówił, że chłopi zawsze schorowani i wycieńczeni z lasu wracają. Że wiedźma ich kusi rozkoszami i do piekła ciągnie… że przez to chorzy są i swoje odleżeć muszą.

Ziemowit odwrócił głowę, spojrzał na sufit.

Nie odpowiedział. Zamiast tego z trudem i z widocznym grymasem bólu przełknął ślinę, po czym kaszlnął ochryple.

Po chwili milczenia Uniegost przypomniał o sobie.

– Ziemowicie?

– Co?

– Szedłeś do lasu, czy do wiedźmy?

– Do lasu… pilnować… – odpowiedział. Unikał kontaktu wzrokowego.

– Czyli to nie wiedźma odpowiada za choróbska? Mówisz Ziemowicie, że sołtys zmyślał, jak mi o tym opowiadał?

Nagle chłop przypodparł się łokciami, unosząc ponad poziom materaca.

– Sołtys sam święty nie jest! – ryknął łamiącym się głosem, po czym znów opadł w pielesze. – Niech pilnuje swojego nosa i da mi spokój… jestem chory, nie mam siły się denerwować – dodał już ciszej.

– Nie jest święty? Co przez to rozumiesz?

– Nic… – uciął temat.

Potem odwrócił się na bok, plecami do rozmówcy i dokładnie, aż po czubek ramienia, nakrył pierzyną. Uniegost zrozumiał aluzję.

Dalszej rozmowy nie będzie.

Kusiło go, by dobyć miecza, przyłożyć do gardła choremu i jeszcze raz zadać te same pytania, ale ręce wiązała mu świadomość, że nie powinien robić sobie wrogów w wiosce. Póki obejmował go kontrakt musiał traktować chłopów z należytym szacunkiem, nawet jeśli z ich strony wyglądało to inaczej. W końcu to oni mieli mu zapłacić za robotę.

– Zostaw mnie, chce się przespać – powiedział zza pleców Ziemowit.

Uniegost nie miał tam już czego szukać, więc ruszył ku wyjściu, by zatrzymać się nagle po dwóch krokach. Jego uwagę przykuła wystająca spod pierzyny stopa wieśniaka. Na jej zewnętrznym brzegu pojawiła się narośl podobna do czyraka – okrągły i wielki na grubość dwóch palców stan zapalny w krwistoczerwonym kolorze. Czarobij nie znał się za dobrze na chorobach, ale wszystko wskazywało na to, że to objaw wirusa, którego chłop nabawił się w lesie. Szkoda, że w okolicy nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć mu o tym coś więcej.

Wyszedł z chaty i ruszył na ulicę, mijając po drodze siedzącą przy drzwiach żonę chorego. Sporym tłuczkiem ubijała w misce coś, co przypominało mieszankę ziół.

Przerwała, gdy go zauważyła.

– I co? – spytała.

Zatrzymał się.

– Małomówny ten pani chłop… – odpowiedział, nie kryjąc niezadowolenia.

– Wiedziałam, że dziad nie będzie chciał gadać – powiedziała bez zaskoczenia. – Łażą po tych lasach, nie chcą mówić, co tam robią, a później wielkie dziwy, że pół wsi choruje…

– Ponoć wiedźma ich truje – podzielił się zdaniem sołtysa.

– To po kiego diabła tam łażą? – spytała, ze złości rąbiąc tłuczkiem o dno miski. – Pan posłucha, co mie się zdaje: wiedźma wiedźmą, ale jak świat stary, to chłop zawsze na babę winę zwali.

– Pani nie myśli, że to wiedźma?

– Ja tam nie wiem, ale po to ście tu przyjechał, no nie? Utłucze diablicę, to się przekonamy, czy ona temu winna. A na razie, chcieć nie chcieć, trzeba leczyć tych cymbałów.

Wróciła do ugniatania tego, co miała w misce.

Uniegost nie przeszkadzał jej w pracy – najwyższy czas, żeby sam zajął się swoją. Słońce pokonało już ponad połowę drogi na niebie, nie pozostawiając mu wiele czasu na znalezienie leśnej pokraki. Nie ważne, co to była za baba, albo stwór, nie zamierzał ryzykować rzucania się na nią w nocy. Zbyt wiele historii słyszał o brawurze czarobijów, którzy w swojej tępej dumie próbowali załatwiać maszkary w nocy. Niewielu z nich przeżyło, by móc opowiedzieć o tym, jak im poszło.

Wrócił się pod chatę sołtysa, niedaleko której przesiadywał Bogumił, bo stamtąd miał najbliżej do początku lasu. Skierował się ku niemu. W chwilę minął skromne pola uprawne, stanął przed liną drzew i dobył miecza.

Dopiero wtedy przekroczył granicę lasu.

Przedzierał się przez gęsto rosnące drzewa coraz dalej, mając nadzieję, że po drodze natrafi na jakiś ślad wiedźmy. Nie była to typowa potwora, więc nie miał czego tropić, jak w przypadku polowania na zwierza – a raczej liczyć w ciemno, że na jego drodze stanie coś, co choćby w części będzie przypominało rzecz stworzoną ludzką ręką.

Niestety, las był na tyle gęsty, że drzewa już kilka metrów dalej zasłaniały widok, przez co większość czasu musiał iść na oślep. Którędy wędrowali chłopi, kiedy – według słów Ziemowita – pilnowali wsi przed niebezpieczeństwem? Zapuszczali się tak daleko, czy tylko patrolowali obrzeża? Jeśli wierzyć sołtysowi, przynajmniej niektórzy musieli dotrzeć do wiedźmy, bo przecież nie wrócili. Może było ich za mało, żeby wydeptać, choćby ledwie widoczną, ścieżkę?

Nie mając innego wyjścia, ani lepszego pomysłu, czarobij parł przez siebie, ściskając w dłoni miecz gotowy do zadania ciosu. Co prawda trudno byłoby mu manewrować w tej gęstwinie, trudno wykorzystać swoje umiejętności, ale to za mała przeszkoda, by dał się pożreć czemuś, co zechciałoby go tutaj zaskoczyć. Zachowywał czujność na każdym kroku.

Aż wreszcie, samemu nie wiedząc, jak głęboko w lesie to było, natrafił na ślad kogoś, kto pokonywał przed nim tę gęstwinę. Runo leśne nosiło wyraźne ślady kroków prowadzących dalej w kierunku, w którym do tej pory szedł. Dodało mu to pewności i z nowym zapałem kontynuował przedzieranie się pomiędzy drzewami, przy czym jeszcze baczniej przyglądał się otoczeniu, co by go coś nie zaszło znienacka.

Dotarł do miejsca, w którym mrok lasu zaczął się przejaśniać. Niewiele, ale w porównaniu do zupełnego braku słońca, te kilka promieni z przodu robiło sporą różnicę. Musiał zbliżać się do jakiegoś przerzedzenia, skoro światło potrafiło się tamtędy przedrzeć. Może wreszcie znalazł się u celu?

Przygarbił się, przyklęknął. Dalszą część trasy pokonywał wolno, uważnie, każdy krok stawiając z należną sytuacji ostrożnością. Starał się, by nawet gałązki pod jego stopami uginały się miękko i nie pękały. Nie chciał zdradzić swojej pozycji.

Skradał się w kierunku promieni słońca, aż dotarł do miejsca, w którym drzew z jakiegoś powodu było mniej, za to rozrosły się tam różnej maści krzaki, korzystające z możliwości kąpieli w słonecznym świetle.

Uniegost przyczaił się przy zaroślach, skąd przyjrzał się terenowi przed nim. Miecz trzymał w pogotowiu.

To musiało być tu. Miejsce, w którym las przerzedzał się, ktoś zagospodarował pod wysoką ziemiankę. Jej szczyt wychodził ze trzy, albo nawet cztery stopy ponad ziemię, co z daleka mogło przypominać pagórek. Obok, tuż przed wejściem do leża, znajdowało się ognisko, teraz wygaszone, przy którym walało się kilka sprzętów gospodarskich. Kawałek dalej stał zrobiony z drewna stojak, na którym suszyło się kilka wiązek roślin, a po lewej od ziemianki, zaraz przy wychodzącym ponad ziemię sklepieniu, kilka zadbanych grządek sugerowało, że teren nie był opuszczony. Ktoś ewidentnie tam mieszkał.

Możliwe, że czarobij właśnie znalazł leże zakontraktowanej pokraki, ale nie zamierzał się jeszcze wychylać. Lepiej będzie poczekać i upewnić się, czy to na pewno jej kryjówka, a przy okazji pozwolić, by sama wystawiła się pod ostrze miecza.

Nie musiał czekać długo, bo chwilę później drzwi ziemianki otworzyły się. Ktoś wyszedł na zewnątrz.

Uniegost schylił się, schował za krzakiem. Potem wyjrzał ostrożnie, chcąc sprawdzić, z czym ma do czynienia.

Powiedzieć, że spodziewał się czego innego, to mało.

Słowo „pokraka” niezbyt pasowało do tego, co zobaczył. Z ziemianki wyszła kobieta, może wiedźma, ale na pewno nie pokraka. Wyglądała bardzo młodo, kobiece kształty jeno delikatnie przebijały się przez suknię, jakby wiedźma dopiero niedawno weszła w dorosłe życie. Ciemne, długo nie rozczesywane włosy miała rozpuszczone, skórę bladą – co jeszcze bardziej rzucało się w oczy na tle jej ubioru. Suknia była czarna jak najciemniejsza z nocy.

Młoda wiedźma niosła pod pachą wiklinowy koszyk, z którym udała się na swoje grządki.

Uniegost patrzył, jak wyrywa wyhodowane na niewdzięcznej ziemi warzywa, z przejęciem towarzyszącym człowiekowi, który zupełnie rozminął się ze swoimi oczekiwaniami wobec rzeczywistości. Spodziewał się spotkać starą jędzę, albo jakąś pokrakę dotkniętą złą krwią czy ohydnym, zakaźnym choróbskiem; o czymś takim nawet by nie pomyślał. Miał zabić młodą dziewczynę?

Nagle opamiętał się, przypominając samemu sobie o domniemaniu winy. To przecież mogą być czary, urok, złudy wywołane nieczystą magią czarownic. Na powierzchni widniała młódka, ale co kryło się w środku? Stara jędza, chowająca się pod skórą tej biedaczki.

Poza tym dwadzieścia słońc skutecznie przekonywało go do wyciszenia jakichkolwiek skrupułów wobec niczego nie świadomej dziewczyny. To była wiedźma. Odpowiadała za zniknięcia i choroby okolicznego chłopstwa. Co z tego, że kryła się za ładną buzią? Ładna buzia o niczym nie świadczyła – kto jak nie Uniegost mógł to doskonale wiedzieć?

Mocniej ścisnął rękojeść miecza, a wolną rękę wsunął w przytroczoną do pasa, grubą rękawicę obitą metalem. Odpiął ją, zacisnął pięść. Metalowe, chropowate płytki przymocowane po zewnętrznej stronie rękawicy brzęknęły cicho.

Musiał to zrobić szybko.

Wyszedł zza krzaków. Potem wszystko zadziało się w mgnieniu oka.

Sprintem biegł do wiedźmy. Ona, słysząc hałas, odwróciła się w jego kierunku. Wtedy był już prawie przy niej. Na widok uzbrojonego napastnika zapomniała o koszu z warzywami i rzuciła się do ucieczki. Gonił ją. Przeskoczył prowizoryczny płotek chroniący grządkę. Ona właśnie przeskakiwała taki sam po drugiej stronie. Dwoma susami pokonał przeoraną ziemię i drugą przeszkodę. Miał dziewczynę w zasięgu ręki.

Kopnął ją w zgięcie kolanowe, powalił. Padła twarzą w runo leśne, ale zaraz spróbowała się odwrócić. Stanął nad nią z mieczem. Korzystając z ostatniej szansy, którą miała, zaczęła wymachiwać rękami i zaraz miała się odezwać, ale nie zdążyła. Uniegost przywalił jej lewym prostym, żeby przypadkiem nie zdążyła rzucić jakiegoś zaklęcia. Wzmocniony metalem cios załatwił jej szybką podróż do krainy nieprzytomności.

Łatwo poszło.

Mógł ją zabić teraz – tu, na miejscu – i mieć kontrakt z głowy, ale z jakiegoś powodu powstrzymał się. Zamiast tego podniósł ją z ziemi, przerzucił przez bark i ruszył z powrotem w okolice ziemianki.

Czuł niedosyt po tak szybkiej akcji. Kiedy w podróży usłyszał „wiedźma”, nastawił się na wyzwanie – a tu coś takiego. Wystarczyła chwila, jeden cios i już po robocie. Niby to lepiej niż tłuc się do ostatnich sił, tracąc zdrowie albo nawet życie, ale jednak…

…chciałoby się czegoś więcej.

Taki a nie inny obrót spraw kazał mu na nowo zastanowić się nad tym, czy aby na pewno dobrze robił; czy aby na pewno upolował wiedźmę?

Wracając w stronę ziemianki zauważył coś, czego nie widział wcześniej; coś, czego nie mógł zobaczyć, podchodząc do kryjówki wiedźmy od frontu. Za wystającym ponad ziemię dachem znajdowało się jeszcze jedno szczególnie zadbane poletko, ale zupełnie nie przypominało wcześniejszych grządek. Raczej nie służyło do sadzenia, ani hodowania roślin.

Uniegost, z wiedźmą na ramieniu, podszedł bliżej tego miejsca, chcąc sprawdzić, czym tak naprawdę było. Po chwili zrozumiał.

Początkowo punktowo wykopana i zasypana ziemia, jak po małych dołkach, mogła zmylić. Żaden z tych wykopów nie był opisany, ani oznaczony prostym krzyżem, chociażby złożonym z patyków, przez co trudno było domyślić się przeznaczenia tego miejsca z daleka, ale stojąc tuż nad nim nie można było mieć wątpliwości. Uniegost miał przed sobą prowizoryczny cmentarz, którego nieoznaczone mogiły sugerowały wielkością, że chowano tam dzieci – najprawdopodobniej noworodki.

Wciąż mocno trzymał wiedźmę, żeby przypadkiem mu nie spadła, ale myśl, jakoby mogła być niewinna, wyparowała nad grobami. Cmentarz dostarczał twardego dowodu na jej ohydne upodobania. W końcu nie od dziś było wiadomo, że wiedźmy wyjątkowo lubują się w dzieciach, a ta, jak widać, nie była wyjątkiem. Wedle prowizorycznych mogił miała ich na sumieniu osiem, ale prawdziwa liczba mogła być znacznie większa. Nie wiadomo, czy wszystkim urządziła pochówek.

Z drugiej strony: czym ta nieszczęsna ósemka mogła sobie na to zasłużyć?

Zostawił zmarłe dzieciątka w spokoju i przeszedł na front ziemianki.

Nie mając lepszego pomysłu, wkroczył z nieprzytomną do środka.

Wewnątrz było ciasno, ale nie mógł odmówić wiedźmie kunsztu zagospodarowania siedliska, bo, pomimo kilku szczegółów, robiło przytulne wrażenie. Na końcu stał prosty piec, wewnątrz którego płonął skromny ogień, rozświetlający ziemiankę swoim blaskiem. Trochę przed piecem znajdowało się stare, podreperowane jak się tylko dało, ale i tak rozstępujące się już, łóżko. Naprzeciw niego krzesło i mebel zastawiony glinianymi naczyniami po bóg wie jakich maściach i roślinami, jeszcze do tych maści nie wykorzystanymi. Tych ostatnich więcej wisiało na sznurku wbitym w ścianę ziemianki, tuż nad meblem. Zaraz za wejściem po prawej czekał na użycie pusty kocioł, zawieszony na trójnogu, a po lewej pieniek do łupania drewna i siekierka.

Na nim Uniegost zawiesił wzrok na dłużej, bo szczyt pieńka by ciemnobrunatny, zapewne po zaschniętej krwi.

Czarobij wszedł głębiej, zatrzymał się przy łóżku. Tam zrzucił z siebie wiedźmę. Żałosne skrzypnięcie rozniosło się po ziemiance, kiedy nieprzytomna rąbnęła o materac.

Może jeszcze się nie ocknęła, ale Uniegost nie miał zamiaru jej tak zostawić. Znalazł kawałek sznura i związał wiedźmie nogi i ręce, na koniec wsadzając jej do ust knebel w postaci jednej ze szmat walających się przy miskach. W ten sposób zapewnił sobie bezpieczeństwo przed czarami i urokami, do których wiedźma albo potrzebowała użycia rąk, albo słów.

Tak go szkolono.

Podobno ani myślą, ani wzrokiem czarować, ni rzucać klątw nie mogła, „bo magia, arogancką sztuką będąc, potrzebowała wysokiego tonu lub misternych symboli z rąk złożonych” – wyczytał kiedyś w jednej z ksiąg. Biblioteka czarobijów mieściła wiele podobnych woluminów.

Siadł na krześle przed łóżkiem i dobył sztyletu, który nosił przy pasie, a który lepiej sprawdzi się przy ewentualnej potyczce w zamkniętym pomieszczeniu, ale, że na takową mógł jeszcze trochę poczekać, to zaczął go ostrzyć, dla zabicia czasu. Wiedźma jeszcze się nie ocknęła.

Daleki był od chęci oszczędzenia jej, daleki od chęci zgłębiania tajemnic tego kontraktu, jednak nie mógł oprzeć się pokusie dłuższej konfrontacji z prawdziwą wiedźmą. Nigdy wcześniej nie miał ku temu okazji, więc chciał dowiedzieć się jak najwięcej o tym diabelstwie. Zdobyte informacje mogły się przydać, kiedy przyjdzie mu mierzyć się z kolejną.

Wnętrze ziemianki wypełnił regularny – niczym tykanie zegara – dźwięk ostrza przejeżdżającego po osełce. Szszszt, szszszt. Niespieszne, spokojne pociągnięcia, raz z jednej, raz z drugiej strony, swoją dokładnością doprowadzające sztylet do zabójczej ostrości.

Uniegost ostrzył go z jeszcze jednego powodu. Chciał zagłuszyć niepokój, wywoływany bezpośrednią obecnością wiedźmy. Daleko mu było do arogancji czy brawury niektórych z jego kamratów. Miał świadomość ryzyka, jakie podejmuje, czekając w ten sposób obok żywej pokraki. Jeszcze nic nie było przesądzone. Wiele rzeczy mogło pójść nie tak, kiedy wiedźma się obudzi, a on nie zachowa wystarczającej ostrożności. Wtedy naostrzony sztylet może przydać mu się w praktyce.

Nagle, pomiędzy regularne odgłosy pociągnięć, wkradło się kolejne skrzypnięcie łóżka.

Czarobij przerwał swoje zajęcie, spojrzał na leżącą.

Odzyskująca przytomność kobieta przekręciła się na materacu, spróbowała rozprostować, jakby dopiero co się budziła po smacznej drzemce – wtedy też zauważyła, że pętające ją więzy na to nie pozwolą. Oprzytomniała, rozejrzała się i zatrzymała wzrok na Uniegoście. Potem skupiła się na trzymanym przez niego sztylecie i osełce, jej oczy rozszerzyły się. Może powiedziałaby coś, zapytała o co chodzi, albo próbowała błagać o litość, ale knebel w ustach uniemożliwiał każdą z tych opcji.

Dopiero teraz, mogąc spojrzeć w oczy pokraki z bliska i na spokojnie, czarobij uświadomił sobie, jak urodziwą była kobietą. Nawet na wpół zaschnięta, wyciekająca z jej nosa krew nie potrafiła przysłonić gładkości i symetrii jej oblicza. Nie przypominała jednak damy z dworów, na których zdarzało mu się bywać. Jej uroda należała do urody wiejskiej: zdrowej, pełnej życia, ale prostej. Zawieszenie na niej oka – w innej sytuacji, niż ta – mogłoby być przyjemnością.

Ale nie dla urody zwlekał z ukatrupieniem jej.

– Ocknęłaś się wreszcie, wiedźmo. Dobrze, powoli zaczynałem tracić cierpliwość – powiedział, odkładając osełkę na mebel.

Pokraka stęknęła, jęknęła, potem spróbowała wypluć szmatę tkwiącą w jej ustach, ale na nic się to zdało. Bez jego pomocy nie mogła się jej pozbyć.

– Chcesz coś powiedzieć? – spytał, a zaraz dźwignął się z krzesła. – Pozwolę ci, ale najpierw musimy coś ustalić.

Zbliżył się i przyklęknął tuż przed łóżkiem.

Teraz musiała go dobrze widzieć; powinna zacząć bardziej się bać – tak przynajmniej podejrzewał, biorąc pod uwagę swój wygląd, ale kobieta wydawała się nie zwracać na to uwagi. Patrzyła, jakby nie różnił się niczym od innych ludzi. Może to przez to, że pod tą ładną skórą była jeszcze bardziej obrzydliwa, niż on?

Wyglądało mu to na całkiem logiczne wytłumaczenie.

– Jeśli usłyszę z twoich ust choćby jedno dziwne, niezrozumiałe słowo, jeśli choćby spróbujesz swoich wiedźmich sztuczek, to nie będę się zastanawiał. – Wystawił sztylet tuż przed jej twarz. – Wypatroszę cię nim, jak świnię. Rozumiesz? Kiwnij głową, jeśli rozumiesz.

Kobieta pokiwała kilkukrotnie głową, szybko i nerwowo.

Wciąż nie był pewien, co do tego pomysłu. Możliwe, że właśnie podpisywał na siebie wyrok śmierci, bo skąd miał wiedzieć, że jego sztylet będzie szybszy, niż jej klątwy? Mógł jedynie mieć nadzieję, wiarę we własne umiejętności i intuicję. A intuicja podpowiadała mu, żeby kontynuować, mimo ryzyka.

Wyciągnął knebel.

– Błagam! Nie wiem, kim jesteś ani co tu robisz, ale proszę cię, nie zabijaj mnie! W czym ci przeszkadzam? Mieszkam tu sama. Nikomu przecież nie wchodzę w drogę! – zaczęła krzyczeć od razu, gdy uwolnił jej usta i język.

– Zamknij się! – rozkazał. Wiedziona strachem usłuchała się go i zamilkła. – Niejednej potworze uciąłem już jęzor, chociaż sypała srebrem lepiej, niż ty.

Wiedźma patrzyła na niego, jakby nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, o czym mówi.

– Potworze? Nie jestem żadną potworą!

– We wsi co innego mówią. Boją się lasu. Ciebie się boją.

– To oni cię tu przysłali? – spytała.

Nie odpowiedział, ale nie trudno było się domyślić.

– Padalce! – zawołała nagle. – Żmije! Cholerni dwulicowcy! To teraz już chcą się mnie pozbyć?!

Wstał, cofnął się o krok i znów siadł na krześle.

– Nie ma potrzeby tak wrzeszczeć. Tutaj i tak nikt inny cię nie usłyszy, a ja słuch mam wystarczająco dobry. Mów ciszej – upomniał ją. – Radzę posłuchać. Jak będziesz mnie denerwować, to szybciej załatwię to, po co tu przyszedłem.

– Czyli co?

Uniósł sztylet, żeby znów zwróciła na niego uwagę. Chyba zrozumiała aluzję, bo znieruchomiała na moment. Potem mówiła już spokojniej.

– Chcesz mnie zabić? Czemu? Co ci zrobiłam?

– Mnie nic, ale ludziom w wiosce życie uprzykrzasz. Klątwami w nich ciskasz. Poza tym wiedźmą żeś jest. Dobrze za ciebie płacą.

– Kto płaci? Powiedz mi! Kto płaci?!

– Żebyś go sięgnęła swoimi czarami? Niedoczekanie twoje.

– Jakimi czarami? Nie jestem żadną wiedźmą!

Nie miał zamiaru dłużej słuchać wymówek. Widział wystarczająco dużo dowodów potwierdzających jej winę, a ona uparcie próbowała udawać świętą. Wygląd pewnie wiele razy jej w tym pomógł, ale w końcu trafiła kosa na kamień.

– Wystarczy tych kłamstw. Nie zamierzam z tobą dyskutować – powiedział. – Wyjaśnisz mi kilka rzeczy, to może obejdę się z tobą łagodniej, niż bym mógł. Na początek powiedz mi, czy jesteś tu sama, czy jest was więcej? Macie tu swój sabat?

– Sabat? – udawała głupią. Do jej oczu zaczęły napływać łzy, a głos stał się bardziej płaczliwy. – Nie wiem, o czym mówisz! Zrozum, nie jestem wiedźmą! To ty zostałeś okłamany!

Miała świetną taktykę – musiał jej to przyznać. Wygląd młódki, czy był jej naturalnym wyglądem, czy został wykreowany za pomocą diabelskich czarów, w połączeniu ze łzami i płaczem mógł skutecznie zwieść na manowce nawet najtwardszych ludzi. Bo kto miałby serce, żeby takie biedactwo skrzywdzić? Komu chociażby przyszło na myśl zabicie jej, kiedy patrząc na to łagodne oblicze nie można było myśleć o niczym innym, jak tylko o litości dla dziewczyny? To w ten sposób zwodziła wioskowych chłopów? Ciągnęła ich do siebie i truła, kiedy byli oczarowani towarzystwem pokraki w ciele pięknej młódki?

Nie tym razem.

Wreszcie trafił się jej godny przeciwnik, bo Uniegost nie należał do ludzi, których łatwo można zwieść. Doświadczenie nauczyło go rezerwy i domniemania złego, nawet jeśli te złe kryło się za fasadą dobra, albo przyjacielskości. Dzięki temu potrafił przejrzeć przez zasłonę wiedźmy wzrokiem orła, śledzącego uważnie swoją ofiarę tuż przed zatopieniem w niej szponów. Nie istniało nic innego, poza kontraktem.

Zerwał się z krzesła.

– Dosyć! – ryknął, ku przerażeniu spętanej wiedźmy. – Ostrzegałem cię, ale jeśli nie chcesz współpracować, to załatwimy to inaczej.

Wrócił w pobliże łóżka, złapał kobietę za włosy i szarpnął ku górze, nie bacząc na ból, który jej tym sprawiał. Podźwignął ja na wysokość swojej klatki piersiowej i przystawił sztylet do, skądinąd gładkiego, gardła.

Zamknęła oczy, a usta wykrzywiła w grymasie bólu. Krótkie oddechy i drżąca grdyka kazały sądzić, że jest bliska załamania. Skrajnymi siłami woli broniła się od wybuchnięcia płaczem. Prawdopodobnie nie chciała zostać zapamiętana jako ta z wiedźm, która odeszła z tego świata, wyjąc wniebogłosy. Ślady takiego zachowania zostałyby na jej uciętym łbie aż do pierwszych oznak zgnilizny.

Uniegost już miał ciąć, kiedy zauważył coś na jej obojczyku. Jakiś fragment blizny, w większości przysłonięty przez materiał sukni.

Osunął ostrze sztyletu z gardła wiedźmy ku początkowi dekoltu, gdzie, tuż przy jej lewym obojczyku, naciągnął szpicem materiał, odsłaniając ślad po dawnej ranie. Blizna układała się w dobrze mu znany symbol – odwrócony trójkąt z czymś przypominającym widły, wychodzącym z jego górnego boku.

Piętno heretyka.

Okazuje się, że Czarobij nie był pierwszym, który oskarżył ją o konszachty z diabłem, ani nawet pierwszym, który wymierzy jej za to sprawiedliwość. Żelazna ręka wiary tym razem go uprzedziła. Sądząc po stopniu zagojenia – o ładnych parę lat.

Zastanawiające było to, dlaczego poprzestali na wypaleniu piętna, a nie pozbyli się czarownicy? Stos wiary pochłonął już niejedną niewiastę, mimo tego, że częstokroć po fakcie oskarżenie okazywało się niesłuszne. Dlaczego więc nie zrobiono tego samego z nią? Uznano ją za wiedźmę i puszczono wolno?

– Skąd to masz? Tutejsi ci to zrobili? – zapytał, wciąż trzymając wiedźmę za włosy.

Nie odpowiedziała. Nawet nie otworzyła oczu. Tylko bez przerwy łkała, czekając na najgorsze.

Na powrót przystawił sztylet do jej gardła. Jednak tym razem przycisnął mocniej. Na tyle, że po czubku ostrza spłynęła strużka krwi z rozciętej skóry.

– Zadałem ci pytanie – powiedział dosadniej.

– Nie – jęknęła. – Tutejsi mnie przyjęli.

– Przyjęli?

– Pozwolili mi tu żyć, ale w zamian za… – zamilkła. Słowa ugrzęzły jej w gardle.

– Za co?

– Za… za… – naraz walczyła z bólem i próbowała znaleźć odpowiednie wyrażenie. Po chwili zdobyła się na to, by dokończyć: – …usługiwanie im.

Wtedy ją puścił. Łóżko zaskrzypiało żałośnie, kiedy padła na nie z powrotem. Ledwo co uchroniła się od uderzenia głową o jego kant.

– Wiedźmolube psy! – warknął. – To po to tu przyłażą? Pochędożyć? Z pomiotem diabelskim łoże dzielić?!

Nie mógł uwierzyć w chłopską głupotę. Tyle lat spędził jako czarobij, ale coś podobnego jeszcze mu się nie przydarzyło. Został zatrudniony do pozbycia się wiejskiej ladacznicy, której obecność najwyraźniej przestała chłopom odpowiadać. Nie to jednak było najgorsze. Leganie z pokraką mogło przynieść dużo tragiczniejsze skutki, niż choroba, którą cierpieli. Zamierzał to sprawdzić, kiedy już wróci do wioski, ale najpierw musiał dowiedzieć się o wszystkich, którzy u niej bywali. Cholera wie, co wiedźma mogła zrobić, mając ku temu tyle okazji; jakie klątwy czy uroki rzucić, które później razem z chłopami wróciły do wsi…

Potok myśli przerwał mu płacz wiedźmy. Widocznie nie potrafiła już dłużej trzymać emocji na wodzy.

– Nie jestem wie-e-edźmą – zawyła, przeciągając ostatnie słowo, jak to zwykle dzieci mają w zwyczaju.

Uniegost nie dał się na to nabrać wcześniej i nie dał również teraz.

– Zamilcz pokrako! Nie wyłżesz się ze swojego powinowactwa z diabłami. Widziałem twój cmentarz.

Nie próbowała się w żaden sposób bronić, ani tłumaczyć. Na wspomnienie mogił podniosła nowy lament.

– Co zrobiłaś z dziećmi? – drążył, chcąc uprawomocnić swój gniew.

– Pochowałam. Moje dzieci, moje maleństwa… – mówiła i płakała na zmianę.

Nie był pewien, o co jej chodzi.

– Twoje dzieci? – Próbował ułożyć to sobie w głowie. Po chwili połączył fakty. – Zabijałaś własne dzieci, wiedźmo?

– Nie! Nigdy! Jakże bym mogła? Rodziły się martwe, a te co żyły były chore, straszne! Nie potrafiłam im pomóc! Nie potrafiłam im pomóc… – powtórzyła już ciszej, bezsilna.

Milczał. Nie wiedział, jak ma odebrać tę informację. Kompletnie go zaskoczyła. Był pewien, że wiedźma zabijała te dzieci by odprawiać swoje odrażające gusła, a nagle dowiedział się czegoś takiego. Kłamała, by próbować ratować się przed jego sprawiedliwością, czy mówiła prawdę? Jeśli to drugie, to…

Miał jej uwierzyć? Wiedźmie?

Potrzebował czasu, by się nad tym zastanowić.

– Czyje to były dzieci? – zapytał w zastępstwie.

– Ich…

– Wiedzieli o nich?

– Może, ale i tak by ich nie chcieli. Co by swoim babom powiedzieli? – stwierdziła.

Miała słuszność.

Chłopi w życiu nie przyznaliby się do prawdziwego powodu ich podróży do lasu, a co dopiero do wiedźmich bękartów. Zostawiliby je w głuszy, przy matce, samemu żyjąc w błogiej niewiedzy tego, czy ich pociechy żyją, czy mają się dobrze, czy może głodują i są mordowane przez czyhające pośród drzew bestie.

Oczywiście wszystko to zakładając, że wiedźma mówiła prawdę, a tego Uniegost nie mógł jeszcze stwierdzić, chociaż musiał przyznać, że jej wersja wydarzeń niebezpiecznie układała się w spójną całość. Niebezpiecznie, bo to znaczyłoby, że został oszukany już na początku – że pokraka wcale pokraką nie jest; że obiecane dwadzieścia słońc tak naprawdę było krwawymi słońcami.

Ani trochę mu się to nie podobało.

Wciąż trzymał się swojej taktyki, wciąż domniemał winy, a więc musiał drążyć temat. Pozostawało jeszcze wiele kwestii wymagających wyjaśnienia.

– Za to się na nich mścisz? Za to te klątwy? Te uroki i choróbska? – pytał.

– Nie. Nie wiem, o czym mówisz – upierała się. – Nie znam się na chorobach, ani urokach, ani tym bardziej klątwach. Nie jestem wiedźmą… – powtórzyła po raz kolejny, chociaż jej głos zdradzał coraz mniej nadziei na przekonanie rozmówcy.

– Skoro nie imasz się czarów, ani nie tańcujesz z diabłami, to skąd to piętno? – nie ustępował. Chciał za wszelką cenę dowieść jej winy, albo przynajmniej znaleźć coś, co pozwoliłoby mu pozostać na obranej ścieżce. Tej, na której końcu leżało dwadzieścia złotych monet za wykonanie roboty.

Do tej pory wiedźma zdążyła się już nieco uspokoić. Już nie wyła, nie płakała, a jej głos prawie się wyrównał. Tylko regularne pociągnięcia nosem zdradzały jeszcze niedawny wybuch emocji. Możliwe, że myślała, jakoby Uniegost chciał, albo już zrezygnował z zamiaru zabicia jej i to ją uspokajało.

Myliła się, błędnie odbierała jego zachowanie. Wszystko, co czarobij robił, było tak naprawdę czekaniem na pretekst.

Wiedźma popatrzyła na interesującą Uniegosta bliznę, zacisnęła zęby. Widać z raną wiązały się wspomnienia, które nie były jej obojętne.

– To dawna historia… i długa… – odpowiedziała.

– Mów – rozkazał – moje ostrze jest cierpliwe.

Ponownie przysiadł na krześle, a sztylet wbił w stojący obok niego mebel. Dał tym sygnał, że jest gotów wysłuchać, co wiedźma ma do powiedzenia.

Nie mając innego wyjścia, opowiedziała mu o tym, skąd wzięło się piętno i jak znalazła się w sytuacji, w której jest teraz. Jej historia zaczęła się w innej części królestwa, w innej, bliższej miastu wsi, gdzie podobno miała męża. Nie trafiła za dobrze, bo chłop ten wiedziony pełną pasji zazdrością znęcał się nad nią i upokarzał, co znosiła cierpliwie, aż do momentu, w którym ich dom nawiedziła choroba. Wirus zaszył się w jej mężu, zasypując ciało ohydnymi wypryskami, jednocześnie zatruwając umysł, bo od tego czasu zaczął oskarżać żonę o wszystko co złe i co mu się przytrafiło. Z tamtego miejsca nie było daleko do posądzenia ją o czary, o wywołanie u niego klątwą albo urokiem straszliwej choroby. Gadał wystarczająco głośno i długo, a ona się nie broniła, więc temat szybko podłapała wieś, a potem również wiara. Tylko dzięki uśmiechowi losu uznano, że dowody przeciwko niej nie są wystarczające. Dlatego poprzestano na wypaleniu piętna oraz wygnaniu z własnej wsi.

Długo tułała się po świecie, nigdzie nie mogąc znaleźć sobie miejsca, bo żadna społeczność nie chciała przyjąć do siebie heretyczki. Zmieniło się to dopiero, kiedy dotarła aż tutaj, do wsi, przy której teraz mieszkała. Nie wiedziała czemu tu ją przyjęli. Może pomogła jej uroda, bo sołtys ugościł ją i wysłuchał, po czym obiecał pomoc i miejsce do życia. Nie we wsi, bo nie mógł przyjąć do siebie heretyczki oficjalnie, ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby „uwiła sobie gniazdko w pobliżu, na przykład w lesie” powiedział wtedy. Nie pisnął ani słowa o umowie, którą zamierzał z nią zawrzeć. Dopiero później, odwiedziwszy ją pewnego dnia, postawił sprawę jasno: za gościnę należała się zapłata.

Płaciła, będąc chłopską nałożnicą.

Żyła tak aż do teraz. Próbowała przenosić się głębiej w las, żeby ich zniechęcić, ale i tak przychodzili, może rzadziej, ale przychodzili. O ucieczce gdzie indziej nie myślała, bojąc się kolejnej tułaczki i niechęci ludzi. Poza tym chłopi – może wiedzeni poczuciem winy – nie tylko ją wykorzystywali, ale też czasem pomagali, przynosząc coś do jedzenia, albo jakieś narzędzia. Pomogli jej zrobić meble. Nie mówiła tego lekko, ale wszystko, co miała w swojej ziemiance, było dziełem lub dobrem jej kochanków.

Gdyby mogła, opowiedziałaby tę historię na jednym tchu, by tylko jak najszybciej się od niej uwolnić. Nie tak zwykli robić kłamcy. Nikt nie zmyśliłby na poczekaniu historii całego swojego życia, do tego uwzględniając w niej kilka istotnych szczegółów. Czarobij, nie ważne, jak bardzo by chciał, nie mógł obronić się przed odczuciem, że mówiła prawdę.

Patrzył na nią spode łba i uważnie obserwował, mocno zaciskając przy tym dłoń na rękojeści wbitego w blat sztyletu – jakby miało mu to jakoś pomóc w rozwikłaniu sprawy. Oczywiście najbardziej odpowiadałoby mu rozwiązanie uwzględniające dwadzieścia słońc za zlecenie, bo obraz mieszka pełnego złotych monet wciąż tkwił w jego głowie i nie miał zamiaru tak łatwo się go pozbyć.

Jednak, jeśli tak dalej pójdzie, będzie mógł zapomnieć o wynagrodzeniu, albo będzie zmuszony poświęcić dla niego własne sumienie. Zdawał sobie sprawę, że cena była na tyle wysoka, by niejeden skusił się na taką wymianę. Pytanie brzmiało: czy on należy do tej grupy? Czy jest w stanie utłuc niewinne dziewczę za górę złota?

Nie, stop – opamiętał się zauważając, że w swoich myślach już zaczął zakładać niewinność wiedźmy. Przecież nic jej nie potwierdzało, poza słowami samej zainteresowanej. Może wydarzenia wygodnie łączyły się z całym obrazem, ale co z tego? Domniemaj winy – przypomniał sam sobie. Nie wyjaśniła przecież wszystkiego.

– Skoroś taka święta, to skąd te choróbsko, co to je chłopi z lasu wynoszą? – zapytał po tym, jak skończyła.

Patrzyła na niego zza opadających na twarz, ciemnych kosmyków, których z powodu więzów nie mogła opanować. Milczała chwilę i leżała bez ruchu, by w końcu szarpnąć energicznie głową. Niesforne włosy opadły za ramię, odsłaniając twarz.

Ślady po łzach błyszczały w świetle płonącego w kominku ognia.

– Nie wiem – odpowiedziała.

Uniegost przyglądał się jej niewinnej twarzy, samemu zachowując kamienną minę. Badał każdy szczegół: przekrwione oczy, wilgotne policzki, usta, które przy mówieniu walczyły z próbującą zakleić je, gęstą od płaczu śliną. We wszystkim próbował doszukać się oznaki kłamstwa, stresu, choćby mikroskopijnego momentu, kiedy misternie utkana zasłona bezbronnej kobiety przerwie się, odsłaniając prawdziwe oblicze pokraki. Niestety, niczego takiego nie potrafił się dopatrzyć.

Odwrócił głowę w stronę kominka.

– Wygodnie jest nie wiedzieć – powiedział, patrząc w ogień. – Szkoda tylko, że to nas do niczego nie prowadzi. A na pewno nie przekonuje mnie, żebym darował ci życie. – Ponownie na nią spojrzał.

Przez moment patrzyli sobie w oczy w ciszy, aż wreszcie Uniegost przerwał tę wzrokową konfrontację. Wyrwał sztylet z drewnianego blatu i skierował jego szpic w stronę leżącej. Pogroził jej ostrzem – machnął nim w lewo i w prawo, cykając przy tym dwa razy ustami.

– Mamy wrócić do poprzedniej rozmowy?

Wiedźma zrobiła minę, jakby zaraz miała znowu się rozpłakać. Opanowała się jednak, a po nadchodzącym płaczu został tylko łamliwy głos.

– Dobrze, przyznaję, podtruwałam ich – powiedziała, bacząc uważnie na jego reakcję. Pewnie się obawiała, że usłyszawszy to, zaraz ją zabije.

By się przed tym uchronić, zaraz dodała:

– To była moja mała zemsta. Ale to nie były czary! Czasem, jak u mnie byli, dodawałam im do jedzenia zioła, które mogły wywołać bóle, albo stany chorobowe – tłumaczyła. – Ale nic, co mogłoby im zagrozić! Pochorować się mogli, to wszystko. Po dniu, góra dwóch, trzech powinno im przejść. Obiecuję! Błagam, nie rób mi krzywdy!

Czarobij zerknął na wiszące na sznurku nad meblem zioła. Zbadał je pobieżnie. Nigdy nie poświęcił wiele czasu na naukę zielarstwa, ale niektóre kojarzył. Używano ich do naparów, albo jako przypraw.

– To te zioła im podawałaś?

– Nie, tych sama używam. Zioła dla nich trzymam na dworze i idę po nie, kiedy trzeba. Nie chce ich w domu. Są trujące.

Przypomniał sobie, co widział w wiosce.

– Te twoje zioła… mogą wywoływać wysypkę, albo powodować czyraki?

– Wysypkę i czyraki? – powtórzyła po nim z niepewnością. – Może… żadna ze mnie zielarka, ale swoje wiem. Z moich stron trochę wiedzy przyniosłam, a tu jeszcze więcej nauczyłam się o tym, co mi szkodzi, a co nie. Co mogę zjeść, a czego lepiej nie ruszać. Ale nie powiem, jakie rośliny co robią, bo sama nie jestem pewna.

Prawda to, czy ociekający srebrem jęzor pokraki? Coraz trudniej było mu wierzyć, że ta zapłakana twarz mogła być twarzą wiedźmy.

Domniemaj winy – przypominał sobie raz za razem.

– Chłopi od tych twoich ziółek już potem do wsi nie wracali – poinformował ją. – Co się z nimi stało? Gdzie są? Otrułaś tych paru na amen?

– Co? Nie! Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła!

– Naprawdę? Po tym, jak cię tu traktowali? Nie kusiło cię?

– Kusiło, ale… nie potrafiłabym zabić człowieka! – Wzdrygnęła się. – Jakże bym mogła?

Nie widział w jej „domostwie” żadnego śladu po zaginionych chłopach. Nie licząc zakrwawionego pieńka w kącie chaty.

– A tamto?

– Co? – spytała, patrząc za nim w kąt ziemianki.

Wskazał na pieniek.

– Czyja to krew?

– Zajęcy, które łapię, albo kurczaków, jak jakiegoś mi przynieśli z wioski… – wytłumaczyła. Miała odpowiedź na wszystko. Może faktycznie mówiła prawdę?

Albo chłopów, albo dzieci – pomyślał Uniegost, ale nie powiedział tego na głos.

– To gdzie są chłopi? Do wsi nie wrócili, a ostatnim razem byli u ciebie. Bo po co innego mieliby leźć do lasu?

– Nie wiem, gdzie są! – wydarła się. – Przyszli, zrobili co chcieli i poszli! Jak zawsze! W lesie jesteśmy, to może coś ich zeżarło? Las jest stary i widziałam tu już różne dziwy. Większość nie jest przyjazna…

– Ale ty jakoś żyjesz…

– Bo umiem siedzieć cicho!

– Właśnie widzę – powiedział, podnosząc się z krzesła.

Podszedł do łóżka, złapał wiedźmę za spętaną rękę i przewrócił ją na brzuch. Odwróciła głowę w bok, próbując kątem oka dojrzeć, co robi. Widziała, jak wyciąga ku niej sztylet i tyle jej wystarczyło. Zaczęła szarpać się, krzyczeć, próbowała przewrócić z powrotem na bok lub na plecy, ale nie mogła. Uniegost kolanem zaparł się na jej lędźwiach i docisnął mocno. Wbiło ją w materac. Głowa zapadła się w starej poduszce na tyle, że wiedźma ledwo co potrafiła oddychać. Już prawie nic nie widziała.

– Błagam – mówiła przez zagłuszający ją materiał – nie rób mi krzywdy… błagam, proszę… zlituj się…

Słyszał jak jej głos na powrót łamie się i staje płaczliwy. Cholerna dziewucha zaczynała być irytująca z tym swoim lamentem. Miała jedno rozwiązanie na każde niebezpieczeństwo, które ją spotyka? – myślał. – Nic dziwnego, że ją wykorzystywali: najpierw mąż, potem ci ze wsi. Sama była sobie winna.

Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał tego słuchać przez całą drogę.

Przeciął pętający ją tuż nad kostkami sznur, potem puścił. Odsunął się o krok.

– Wstawaj! – rozkazał.

Lament ucichł. Kobieta, zrozumiawszy, że śmierć jeszcze po nią nie przyszła, opamiętała się i wpierw przekręciła na bok, by zbadać sytuację, a potem, pomagając sobie świeżo uwolnionymi nogami, siadła na brzegu łóżka.

Spojrzała na niego pytająco.

– Wstawaj powiedziałem! Idziemy!

– Idziemy? Gdzie?

– Do wsi – poinformował.

Gdy to usłyszała, zerwała się na nogi i uciekła pod ścianę, w pobliże kominka. Przycisnęła się do niej, jakby miało to ją ochronić przed decyzją czarobija. Pewnie gdyby mogła, to stopiła by się z nią w jedno, albo przebiła przez i uciekła w głąb lasu. Niestety, żadna z tych opcji nie była w zasięgu jej zdolności. Może gdyby miała do dyspozycji czary… ale wszystko wskazywało na to, że nie miała. A nawet gdyby, to Uniegost zabezpieczył się przed taką możliwością, pozostawiając pęta na jej dłoniach. Był też gotów w każdej chwili poderżnąć jej gardło, gdyby usłyszał jakikolwiek dziwny dźwięk lub słowo, próbujące wydobyć się z jej ust.

– Tylko nie do wsi! – krzyknęła. – Nie mogę tam iść! Nigdy by mi nie pozwolili! Skrzywdzą mnie, jak tylko zobaczą!

– Nie dramatyzuj – powiedział bez emocji, zmęczon już jej krzykami. – Nic ci nie zrobią, póki będę przy twoim boku. Nie pozwolę im, przynajmniej póki nie wyjaśnimy sprawy. Poza tym, jeśli nie jesteś wiedźmą, to nie musisz się o nic martwić. Nic ci nie grozi.

Nie wyglądała na przekonaną, wciąż przyciskała się do ściany i trzęsła jak osika. Czarne, długie włosy opadały po obu stronach jej twarzy, połowicznie przysłaniając błagalny wzrok.

Uniegost nie dał się porwać temu spektaklowi. Bezceremonialnie podszedł do swojej więźniarki, złapał za ramię i siłą wyciągnął spod ściany, pchając następnie w stronę drzwi. Zrobiła trzy kroki i zatrzymała się, więc pchnął ją znowu. Sytuacja powtórzyła się jeszcze raz, po czym wiedźma się poddała. Zrozumiała, że nic nie wskóra takim zachowaniem, więc równie dobrze może oszczędzić sobie popychania.

Bez stawiania dalszych oporów dała się poprowadzić w stronę drzwi, a potem na zewnątrz.

Las zrobił się bardziej ponury w czasie, który spędzili w ziemiance. Wciąż trwał dzień, ale słońce zeszło już na tyle nisko, że przestało udzielać łaski swoich promieni roślinom żyjącym w przerzedzeniu, w którym mieszkała wiedźma. Zrobiło się ciemniej. Co prawda już kiedy Uniegost szedł w kierunku wiedźmy nie mógłby powiedzieć, że w lesie było jasno, ale teraz, kiedy słońce zniknęło z zenitu, mrok panujący między drzewami pogłębiał się. Tym bardziej, im dalej próbował patrzeć. Dodatkowo musiał brać pod uwagę fakt, że mogą nie wyjść z lasu przed zmrokiem. W końcu nie zamierzał iść sam, tylko z pojmaną.

Mocniej zacisnął dłoń na ramieniu wiedźmy i przyglądał się jeszcze chwilę otoczeniu. Wolał nie dawać drapieżnikowi osłony, którą zapewniała noc.

– Wracamy do środka – powiedział, ciągnąc wiedźmę z powrotem.

– Tak nagle zmieniłeś zdanie?

– Nie będziemy przedzierać się przez las w nocy. Wyruszymy z samego rana.

W ziemiance pchnął związaną z powrotem na łóżko, a sam siadł na krześle naprzeciw niej. Jeszcze nie wiedział, jak ma zamiar spędzić noc w towarzystwie podejrzanej o bycie wiedźmą, ale już mu się to nie podobało. Nie tak dawno temu wyśmiewał innych czarobijów za brawurę i polowania po zmroku, a teraz sam znalazł się w podobnej sytuacji. Co, jeśli ta kobieta to naprawdę wiedźma? Co, jeśli noc doda jej sił wystarczających, bo stawić mu czoła? Co, jeśli przyśnie i da się jej zaskoczyć?

Liczył na to, że skromna powierzchnia, na której byli uwięzieni, pozwoli mu wystarczająco szybko zareagować w razie potrzeby: wyjąć miecz i jednym porządnym cięciem pozbawić pokraki głowy. Nawet gdyby chciała uniknąć ciosu, nie miałaby gdzie.

Ta myśl dodawała otuchy. Na tyle, żeby pozwoliło mu to podejść do sprawy na chłodno.

Rozkazał związanej nie ruszać się z łóżka, a sam wstał, zabrał kilka drewienek z wiedźmowego zapasu przy drzwiach i dorzucił je do pieca, dając nową pożywkę kurczącemu się wewnątrz płomieniowi. Potem znowu usiadł naprzeciw kobiety.

Miecz trzymał wyjęty; ułożył go na kolanach. Oszczędzał w ten sposób kilka sekund. Niebagatelna różnica w razie potrzeby jego użycia – tyle czasu często wystarczało, by zadecydować o życiu lub śmierci.

Wiedźma wydawała się spokojna, albo nie dawała po sobie poznać, że było inaczej. Gdyby nie związane za plecami ręce, można by odnieść wrażenie, że zaraz – jakby nigdy nic – położy się spać. Siedziała na brzegu łóżka rozluźniona, patrząc sennym wzrokiem to na odżywający w piecyku ogień, to na swojego nieproszonego gościa. Nie odzywała się. Emocje, które zafundował jej Uniegost, musiały srodze ją wymęczyć.

– Śpij, jak chcesz – zezwolił jej. – Do rana sporo czasu.

– A co z tobą?

– Dopilnuję, żeby nie przyszło ci do głowy nic głupiego.

Nie próbowała się kłócić. Podpierając się na związanych rękach uniosła nogi i położyła je na łóżku, po czym padła na wznak i przekręciła w stronę ściany, plecami do niego. Zawiesił wzrok na talii wiedźmy, wyraźnie odznaczającej się w tej pozycji.

Do tej pory suknia niewiele zdradzała na temat sylwetki kobiety, ale teraz, gdy czarny materiał delikatnie ułożył się na ciele, pozwalała zobaczyć więcej. A że męska to rzecz zauważać takie drobiazgi – i Uniegost koniec końców mężczyzną był – to od razu wyłapał cieszący oko widok i na nim się skupił. Tak oto zamierzał czuwać do świtu: z mieczem na kolanach i kobiecymi kształtnościami przed sobą.

Ale nie było mu to dane, bo nagle wiedźma zerwała się i usiadła z powrotem na brzegu łóżka, tym samym pozbawiając czarobija miłego widoku.

– Nie będę spała – stwierdziła. – Posiedzę z tobą.

– Nie potrzebuję twojego towarzystwa.

– Na pewno? – spytała, przekrzywiając głowę na bok. Przypominała w tym zachowaniu małą dziewczynkę, albo psa doszukującego się zrozumienia myśli właściciela.

Nie wiedział, o co jej chodzi, więc wolał zachować czujność. Nie odpowiedział od razu.

– Co ma znaczyć to pytanie?

– Noc jest długa. Chcesz ją spędzić sam, gapiąc się w ogień?

Niekoniecznie w ogień – pomyślał. Zamierzał gapić się na coś innego i nie potrzebował do tego towarzystwa. Prawdę mówiąc, właśnie to towarzystwo – jedyne, na które mógł liczyć – pozbawiało go pożądanego widoku.

– Tak planowałem – odpowiedział.

– We dwójkę będzie raźniej.

– Rób co chcesz, wiedźmo. Byleś tylko nie próbowała żadnych sztuczek, bo wtedy go użyję. – Poprawił miecz spoczywający na udach.

– W takim razie posiedzę z tobą…

Ciężko wciągnął powietrze, a potem wypuścił głośno przez nos. Odwrócił głowę w stronę ognia. Nie cieszyła go decyzja więźniarki, ale musiał na nią przystać – siłą do snu nie zmusi. Mógł co najwyżej jeszcze raz wiedźmę znokautować.

Myśl ta okazała się na tyle kusząca, że została z nim dłuższą chwilę, choć ostatecznie nie wprowadził jej w życie. Zostawił jednak w odwodzie, gotową do realizacji, jeśli niechciane towarzystwo stałoby się nad wyraz męczące lub irytujące.

Ale na razie żadne z nich się nie odzywało, tylko drewno szczękające w piecyku przełamywało ciszę.

– Co się stanie we wsi? – zapytała po chwili wiedźma.

Uniegost nie odwracał wzroku od ognia.

– W najlepszym wypadku uda się rozwikłać problem i każdy pójdzie w swoją stronę… – odpowiedział.

– A w najgorszym?

Zerknął na nią kątem oka, patrzył chwilę. Potem znów skupił się na piecu.

– Ktoś zginie.

– Ja? – nie ustępowała w swoich pytaniach.

– Zobaczymy – powiedział wymijająco.

Sam nie był pewien, co miało wydarzyć się we wsi. Jego plan zakładał konfrontację chłopów z wiedźmą i dojście w ten sposób do wyjaśnienia, co się tu przez ostatni czas działo. Wyjaśnienia – miał nadzieję – w sposób, który nadal pozwoli mu odebrać obiecaną za zlecenie nagrodę i oszczędzić niepotrzebnego przelewu krwi. Te ostatnie nie obchodziło go aż tak bardzo, póki wspomniana krew nie spływała po jego rękach – albo do niego nie należała.

– Boję się – przyznała więźniarka. – Będą wściekli, jeśli zobaczą mnie we wsi. Wszystko się wyda. Ich baby się dowiedzą. Wtedy to dopiero będą wołać, żem wiedźma. Żeby tylko swoje winy za mną pokryć.

– Oddzielę kłamstwo od prawdy – zapewnił, choć obietnica to była bez pokrycia. W jego fachu raczej należało prawdę wyrąbać z czyichś bebechów, a nie mediować między zwaśnionymi stronami. W tym względzie musiał liczyć na swoje szerokie doświadczenie z różnymi rodzajami ludzi, którego dostarczyło mu wiele lat aktywnego czarobijstwa. Na wielu zdążył się przez ten czas poznać. – Poza tym powiedziałem, że nie dam zrobić ci krzywdy, póki sprawa się nie wyjaśni – dodał dla otuchy.

Nie poprawiło to humoru wiedźmy.

– Samemu postawisz się im wszystkim? Co ty jeden poradzisz, jak pół wsi będzie mnie chciało zabić?

– Nie znasz mnie… i nie doceniasz.

Zmierzyła go wzrokiem, jakby próbowała ocenić, czy naprawdę byłby w stanie przeciwstawić się w pojedynkę motłochowi. Mina sugerowała, że nie uwierzyła w jego zapewnienia. Zrezygnowana opuściła głowę, wbiła wzrok w ziemię. Prawdopodobnie próbowała jakoś przetrawić myśl o jutrzejszym dniu, który – w jej mniemaniu – na pewno przypłaci życiem.

Uniegost zauważył, jak mu się wcześniej przyglądała i jaki zawód jej sprawił swoją aparycją.

– Wiem, że nie wyglądam okazale, ale poradzę sobie z kilkoma chłopami – powiedział. – Wielu było takich, co mnie nie docenili i zgadnij, gdzie teraz są? Gniją w ziemi, a ja wciąż dycham. Jeśli naprawdę nie jesteś wiedźmą, to znajdujesz się w bezpiecznych rękach.

– Nie jestem – zapewniła, nie podnosząc głowy.

Domniemanie winy.

– O tym jeszcze się przekonamy…

Nie odpowiedziała. Nie próbowała po raz kolejny się tłumaczyć, co poskutkowało drugim, dłuższym niż poprzedni, okresem ciszy. Do głosu znowu doszedł ogień, wypełniając wnętrze sporadycznymi trzaskami pożeranego drewna.

Uniegost patrzył to na swoją więźniarkę, to w płomienie, upewniając się co chwila, jakby w tiku nerwowym, czy miecz wciąż spoczywa na jego kolanach. Wiedział, że tam jest – w końcu trzymał go za rękojeść – ale i tak sprawdzał to co jakiś czas bardziej świadomym dotykiem czy krótkim spojrzeniem. Wiedźma natomiast siedziała jak siedziała, czasem podnosiła wzrok z podłogi na palenisko, ale ani razu nie spojrzała przez ten czas na Uniegosta. Nie chciała, albo się bała.

Tym razem to on przerwał ciszę.

– Masz jakieś imię?

Długo milczała, zanim zdecydowała się je zdradzić.

– Nawojka – powiedziała, nie podnosząc głowy.

– Hmm…

Dopiero teraz spojrzała na niego – pierwszy raz od czasu dyskusji o jej śmierci.

– Co?

– Nie wyglądasz mi na Nawojkę – stwierdził, nie spuszczając z niej badawczego spojrzenia.

– Nie? A na kogo? – spytała. W jej głosie dało się wyczuć niepewność pomieszaną z irytacją.

– Na kogoś bardziej… potulnego – wymyślił po chwili.

– Tak? A co z tobą? Jak ci na imię?

Wahał się przed zdradzeniem jej, kim jest. Nie mógł przecież wiedzieć, do czego wiedźma mogłaby to wykorzystać. Mając jego imię miałaby pierwszy fundament do czynienia swoich diabelskich guseł – wiedział o tym z książek, które obowiązywały na szkoleniu. Pisali w nich również, że samo imię to jednak za mało, by sięgnąć kogoś swoją magią na odległość. Potrzeba było jeszcze kilku rzeczy, takich jak własność osobista czy fragment ciała ofiary (zwykle włos), nie mówiąc już o tych obrzydliwych odczynnikach, których nikt o zdrowym rozumie by nie kolekcjonował. Nie widział takowych w ziemiance wiedźmy.

Kolejny powód, by coraz mniej wierzyć w to, że naprawdę była wiedźmą.

Zaryzykował.

– Uniegost.

Nawojka uśmiechnęła się na tyle serdecznie, na ile mogła, biorąc pod uwagę okoliczności.

– Też mało odpowiednie – stwierdziła. – Wyglądasz mi na kogoś… mniej potulnego.

Jej kontra rozbawiła go na tyle, że zrobił coś, co nieczęsto zdarzało mu się robić: parsknął śmiechem. Krótkim, powściągliwym. Potem udało mu się zapanować nad pierwotną emocją i radość zniknęła z jego twarzy tak szybko, jak się pojawiła. Wróciła wcześniejsza, surowa postawa, z którą czuł się najlepiej.

– Widocznie obydwoje rozminęliśmy się z przeznaczeniem – zauważył.

Wiedźma Nawojka odpowiedziała na to tak, jak zwykli robić ludzie nie mający innej odpowiedzi na trudy rzeczywistości – bezsilnym, zgodnym uśmiechem. Później przekręciła się cała w stronę ognia, ustawiając się do Uniegosta profilem. Taka pozycja pozwoliła jej w pełni skupić się na płomieniach, a długie, ciemne włosy niczym kotara zasłaniały czarobijowi jej twarz, dając tym samym trochę prywatności.

– Może powinniśmy to wszystko rzucić w diabły – usłyszał zza ściany włosów. Potem Nawojka zaśmiała się krótko i znów spoważniała. – Powiedz, nie myślałeś kiedyś, żeby uciec i nigdy nie wracać?

– Nie mam czasu na takie rozterki. Poza tym nie mam jednego domu, więc nie mam przed czym uciekać. Taka praca.

– Zazdroszczę. Ale chociażby przed pracą? Nie myślałeś o tym? Nie chciałbyś spróbować na nowo, gdzieś indziej?

– Myślę o tym za każdym razem, kiedy biorę nowe zlecenie – przyznał – ale potem szybko przychodzi życiowy pragmatyzm i każe mi się zapytać: co innego miałbym robić? Zostać farmerem? Nie. Do tego zostałem stworzony i do tego mnie szkolono. W tym jestem najlepszy, czy tego chcę, czy nie. Nawet na swój sposób lubię tę robotę. Potrafi być satysfakcjonująca.

– Co to za robota?

– Poluję na maszkary, potwory, wszystko co złe na tym świecie. Za to mi płacą.

Wtedy odwróciła się w jego stronę. W jej oczach widział smutek i odbicie tańczących płomieni.

– Uważasz mnie za potwora? – spytała.

Wstrzymał się z odpowiedzią, bo sam już nie wiedział. Doświadczenie kazało mu domniemać winy i starał się to robić, ale co w sytuacji, kiedy kruszyła się większość dowodów, na których tę winę mógł oprzeć? Tylko kilka z nich się ostało. Choroba była faktem, chłopi, którzy zniknęli na dobre byli faktem, jednak ile było w tym winy Nawojki? Przecież chłopi też święci nie byli, a może nawet wychodzili na gorszych od niej.

– Przekonamy się jutro – uniknął pytania.

– Nie! Jutro za ciebie będą gadali inni. Będą mnie sądzić podług swoich własnych zasad. Chcę wiedzieć teraz! Chcę wiedzieć, czy ty, w tym momencie, po naszej rozmowie, uważasz mnie za potwora? – spytała, wbijając w niego żądny odpowiedzi wzrok. – Czy tak, Uniegoście? Jestem według ciebie potworem?

Patrzył w jej oczy i wiedział, że nie odpuszczą mu, póki nie odpowie. Co prawda nie musiał uginać się pod wolą swojej więźniarki, ale pytanie, które zadała, nie należało tylko do niej. On również zadawał je sobie od dłuższego czasu, próbując dojść do jakiegoś konsensusu myśli. Na tę chwilę jeszcze go nie osiągnął.

– Nie wiem – odpowiedział po długim milczeniu. – Nie jestem pewien.

Ciągle na niego patrzyła. Teraz jakby jeszcze bardziej przenikliwie, niż przedtem.

– To nie wystarczy Uniegoście. Od twojej pewności zależy moje życie. Powiedz, jak ci się wydaje. Chcę wiedzieć przynajmniej tyle.

– To co mi się wydaje nie jest ważne…

– Skoro tak, to podziel się tym ze mną – nalegała.

Zadumał się, szukając odpowiednich słów – odpowiednich wyrażeń, które mogłyby opisać to, co w tej chwili działo się w jego głowie. Trudno takowe znaleźć. Żeby jeszcze nie okrajały tego, co naprawdę chciał powiedzieć – to prawdziwa sztuka.

– Wydaje mi się… prawdopodobnie nie jesteś winna temu, o co cię oskarżają… nie wszystkiemu, o co cię oskarżają – wydusił w końcu z siebie.

– A zatem jestem potworem, czy nie?

– Raczej nie…

– Dziękuję – powiedziała i wreszcie mu odpuściła. Znowu skupiła się na ogniu. – Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Mieć kogoś, chociażby jedną osobę, po swojej stronie.

Tyle, że Uniegost daleki był od opowiadania się po którejś ze stron. Nie chciał mieć na sumieniu niewinnej kobiety, ale to jeszcze nie znaczyło, że stoi po jej stronie. Tym bardziej, że przypuszczenia, które żywił, były jedynie przypuszczeniami i łatwo mogły ulec zmianie. Jednak jeśli dodał dziewczęciu choć trochę otuchy tym, że jest jej przychylny, to dlaczego miałby jej to odbierać, wyprowadzając z błędu? Niech ma swoją nadzieję. W końcu – jak mawiają ludzie – umiera ona ostatnia. Najczęściej razem z tym, kto ją ze sobą nosi.

– Jesteś pierwszą osobą od dawna, z którą mogę porozmawiać – odezwała się znowu.

– Chłopi z tobą nie gadali?

– Oni? Ci parszywcy? Przyłazili tu tylko po jedno i niewiele więcej mieli mi do powiedzenia. Jak już który milszy chciał być i zaczął rozmowę, to kończyła się na tym, czy bym czego nie potrzebowała, albo kiedy znowu mnie odwiedzi… – ucięła nagle.

Uniegost zauważył, jak nieznacznie potrząsa głową. Chyba próbowała pozbyć się niechcianych, a przywołanych teraz wspomnień.

Nie skomentował jej wyznania. Nie sądził, że jest w stanie powiedzieć coś mądrego, co najwyżej proste „przykro mi”, a jakoś specjalnie przykro mu nie było. Miała dziewucha ciężkie życie – to prawda, ale dlaczego miałoby go to obchodzić? Jemu kto w życiu pomagał? Poza kastą czarobijów musiał sam sobie wszystko wywalczyć, a i w jej szeregach lekko nie było.

I to właśnie on – ten, którego niewiele obchodziło jej życie, który przybył do niej tylko po to, by, ścinając łeb, wypełnić kontrakt – stał się czymś najbliższym przyjacielowi, którego tak dawno nie miała. Los potrafił być przewrotny.

– Mogę cię o coś prosić? – zapytała po chwili. W swoim zamyśleniu nawet nie zauważył, kiedy odwróciła wzrok od ognia. Patrzyła na niego przeszklonymi oczyma.

– O co?

– Przysiądź się do mnie tu, na łóżku. Chciałabym chociaż raz poczuć obok siebie bezinteresowną obecność człowieka. Tak dawno nie miałam nikogo bliskiego… a mogę nie dożyć dnia, w którym ktoś taki się pojawi…

– Nie wystarczy ci, że siedzę naprzeciw?

– Chciałabym… – speszyła się, opuściła wzrok na ziemię – chciałabym poczuć twoją obecność… trochę życzliwej bliskości… – jej głos stał się melancholijny, jakby już pogodziła się z najgorszym możliwym losem.

Czarobij długo zastanawiał się nad jej prośbą. Nie uważał, żeby siadanie obok było dobrym pomysłem, kiedy jeszcze nie miał żadnej pewności co do jej winy, albo niewinności. Ale z drugiej strony: nie naciskała na to, nie żądała, a tylko prosiła głosem załamanej dziewczyny i to jeszcze w sposób tak niepewny, że godny politowania. Miał się nad nią zlitować? Dać jej tę odrobinę bliskości i usiąść obok na łóżku? Wciąż naiwnie myślała, że jest jej przychylny, co dawało mu przewagę. Poza tym – pomyślał – jeśli siądzie obok niej, będzie miał bez porównania bliżej, by w razie konieczności zatopić miecz w jej ciele.

Siedział jeszcze chwilę i myślał, ale widok bliskiej płaczu, patrzącej w ogień i związanej młódki studził jego obawy. Jak ktoś taki jak ona mógłby sprawić zagrożenie? Swoim wyglądem i położeniem co najwyżej mogłaby łamać serca co wrażliwszych ludzi, a nie nastawać na życie doświadczonego czarobija. Uniegostowi coraz trudniej było uwierzyć w ewentualność, że to co miał przed oczami, to tylko miraż; ułuda utkana przez sprytną pokrakę.

Mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza, wstał z krzesła i wolno zbliżył się do Nawojki. Nie patrzyła na niego, kiedy podchodził. Dopiero gdy usiadł na łóżku, tuż obok niej, przekręciła się w jego stronę.

Spojrzała mu w oczy, a kąciki jej ust drgnęły ku górze. Nic nie powiedziała, ale zrozumiał, że tym uśmiechem dziękowała mu za podjęcie takiej, a nie innej decyzji. Teraz siedzieli obok siebie, milczeli i patrzyli w tym samym kierunku – na tańczące w piecyku ognie.

Nawojka jakby uspokoiła się, zrelaksowała. Jego bliska obecność tak na nią działała? Możliwe, jeśli uważała go za swojego obrońcę. Natomiast dla Uniegosta bliskość Nawojki miała wpływ wręcz odwrotny. Bynajmniej nie dlatego, że siedząca obok niego kobieta mogła być wiedźmą. Z tym potrafił sobie poradzić. Niepokój budził w nim fakt, że siedział obok kobiety – młodej i pięknej. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz jakaś odważyła się obok niego usiąść, a co dopiero prosić się o to.

Właśnie z tego powodu siedział nieruchomo, jak posąg, i po cichu liczył na to, że noc wreszcie dobiegnie końca, albo że Nawojka odsłoni swoje prawdziwe oblicze wiedźmy – w obydwu wypadkach dokładnie wiedziałby, co należy zrobić. A tak, siedząc na łóżku z niepewną o swój dalszy los kobietą, nie wiedział. I to go paraliżowało.

W pewnym momencie Nawojka przysunęła się do niego na tyle, że prawie stykali się ramionami. Nie reagował, ale gotów do ataku obserwował, co młódka zamierzała zrobić dalej. Patrzył, jak z wolna opada na jego ramię, jak kładzie na nim głowę. Nie widząc sprzeciwu, usadowiła się wygodnie w tej pozycji. Zrobiła to delikatnie, ostrożnie, jak kot, łaszący się do nieznanego mu człowieka.

Dziwne uczucie – mieć obok siebie kobietę, która nie odchodzi ze wstrętem na sam jego widok i to nie dlatego, że jej za to zapłacił. Uniegost nie spodziewał się, że kiedyś dane mu będzie tego doświadczyć, a tu proszę: Nawojka sama pcha się w jego ramiona. Widocznie naprawdę potrzebowała bliskości, o którą tak nieśmiało się dopraszała. Nawet mu się to podobało, dlatego też nie strącił jej z siebie, kiedy kładła na nim głowę. Pozwolił na to, a nawet czuł radość, płynącą z możliwości udostępnienia własnego ramienia ładnej kobiecie. Tego typu radości jeszcze nigdy nie było mu dane poczuć.

– Chyba jednak się myliłam. Jest w tobie coś potulnego – odezwała się po jakimś czasie.

Spojrzał na nią, ale ze swojej pozycji widział tylko czubek czarnej, wspartej na nim głowy Nawojki.

– Nie znasz mnie… – bąknął.

– Może nie, ale mam całkiem dobre rozeznanie w ludziach. Jesteś lepszy, niż ci się wydaje, Uniegoście. Nawet w tak trudnej chwili potrafiłeś sprawić, że poczułam ulgę. Na chwilę zapomniałam o tym, co ma być jutro.

Nie odpowiedział. Nie chciał. Dał jej to, czego potrzebowała, bo nic go to nie kosztowało. Równie dobrze mógł ulżyć przed śmiercią jakiejś poczwarze, jeśliby go o to poprosiła. Ale rzadko zdarzały się takie, które potrafiły prosić.

Domniemanie winy…

Nagle Nawojka uniosła głowę. Spojrzała na niego.

W jej oczach nie znajdował już tego samego, zrezygnowanego przeszklenia, co ostatnio. Tym razem spojrzenie było ostre, wyraźnie. Znikąd pojawiła się pewność, której do tej pory brakowało.

Drgnął, gotów użyć miecza.

Ale odezwała się, zanim zdążył tak zadecydować.

– Dziękuję ci – powiedziała. – Naprawdę, jestem ci wdzięczna. Nawet pomimo tych związanych rąk.

– Nie licz na to, że ci je rozwiążę – odparł chłodno.

– Nie liczę. Chciałam ci się tylko odwdzięczyć za to, co dla mnie zrobiłeś, mimo że nie musiałeś.

Obróciła głowę i sięgnęła podbródkiem ramiączka swojej sukni. Kilkoma posuwistymi ruchami udało jej się je zsunąć, czym odsłoniła przed Uniegostem trochę więcej dekoltu i nagiego ramienia. Potem zabrała się za drugie ramiączko, ale tutaj już nie poszło jej tak dobrze. Nie ważne jakby się starała, materiał wyślizgiwał się spod brody i nie potrafiła go z siebie zdjąć. W końcu się poddała i zwróciła do czarobija po pomoc.

– Pomożesz mi z nim? – zapytała, przekręcając się na tyle, by udostępnić mu swoje lewe ramię.

Uniegost patrzył to na nią, to na ramiączko. W głowie plątały mu się sprzeczne myśli. Zdjąć czy nie? – zastanawiał się, ale jeszcze zanim zdążył wymyślić, jakaś nieświadoma siła już pchała jego dłoń ku górze, ku ramieniu Nawojki. Nagle chciał ją zobaczyć nagą, w pełnej okazałości. I ona tego chciała, co było dla niego afrodyzjakiem większym, niż największe nawet, wiedźmie czary. Naprawdę tego chciała. Jego. Mimo wyglądu, mimo marnego wzrostu – chciała mu się oddać z własnej, nieprzymuszonej woli. Przez kolejne tysiąc lat nie doczekałby się drugiej takiej okazji i był tego w pełni świadom.

Może dlatego właśnie łapał ramiączko sukni i zsuwał je z ramienia Nawojki, nie bacząc na ryzyko, którego się tą decyzją podejmuje. W tym momencie wydawało mu się, że każde ryzyko jest warte tego, co dane mu było zobaczyć.

Suknia zsunęła się w mgnieniu oka, zatrzymując dopiero w okolicach talii. Odsłoniła piersi Nawojki. Młode i jędrne, mimo tylu dzieci, które musiała urodzić. Uniegost patrzył na półnagie dziewczę z należnym podziwem. Podziwem, który mieszał się ze sporą dozą onieśmielenia, nie pozwalającego mu na podjęcie bardziej nachalnych działań. Nawojka zdawała się to zauważać, bo wyręczyła go, wstając z łóżka.

Suknia zsunęła się z jej ciała jeszcze niżej, na kostki, za plecami zawisając na spętanych sznurem nadgarstkach. Więzy uniemożliwiały całkowitego pozbycia się ubrania.

Ale nawet mimo to, mimo wiszącej za jej tyłkiem sukni, miał ją przed sobą w pełnej okazałości. Nagą i gotową, by mu tę nagość ofiarować.

Oparł miecz o ramę łóżka, wstał i, wciąż niepewny, zbliżył się do przychylnej mu kobiety. Wpierw podziwiał ją wzrokiem, potem odważył się pierwszy raz dotknąć. A gdy to nastąpiło, reszta potoczyła się już swoim naturalnym rytmem.

Tam, w środku lasu, w skromnej ziemiance, w blasku płonącego w piecyku ognia, pierwszy raz kochał się z kobietą, która nie robiła tej miny. Dobrze mu znanej, przesiąkniętej obrzydzeniem do jego osoby, wyglądu, towarzystwa. Miał kilka dziwek, które potrafiły całkiem zręcznie ukryć te emocje, ale zawsze pozostawała świadomość, że one tam były. Pod płaszczykiem uśmiechu i rozkoszy, ale były. A tutaj, w nocnej głuszy, po raz pierwszy doświadczył naturalnego, kobiecego zainteresowania. Nawojka go nie udawała. Wierzył, że nie udawała.

Po wszystkim zapraszała go do wspólnego snu, ale nie zdecydował się. Nie chciał spać, kiedy trwała noc. Nie w tym miejscu. Nie przy niej… mimo wszystko.

Ku jej niezadowoleniu wyszedł z łóżka, wciągnął na siebie skórzane gacie i kurtę, zapiął pas, przy którym teraz wisiał jeno sztylet i pikowane rękawice. Na koniec narzucił na siebie długi, czarny płaszcz z kapturem i tak ubrany dźwignął z ziemi swój miecz. Ów zsunął się z łóżkowego oparcia, gdy parzyli się z Nawojką.

Do świtu nie zostało wiele. Czarobij postanowił spędzić ten czas tak samo, jak go zaczął – na krześle przy meblu z naczyniami. Usiadł, ułożył miecz na kolanach i czuwał w milczeniu nad leżącą nago na łóżku Nawojką. Wciąż pociągały go jej młode kształty, chęć i zainteresowanie, ale już sobie ulżył, przez co potrafił odciąć się od chuci. Nie zmieniało to jednak faktu, że widok kobiecych wdzięków sprawiał mu przyjemność.

Nawojka obserwowała go z niezmienioną miną, odkąd zostawił ją samą. Miała mu za złe, że ją opuścił.

– Zamierzasz tam siedzieć do rana? – spytała.

– Tak.

– Nie wolisz się przespać?

– Nie – odpowiedział krótko. Po chwili dodał: – Ale ty możesz spać. Przyda ci się trochę wypoczynku przed jutrem.

Nic już na to nie powiedziała, tylko odwróciła się do niego plecami. Nie wiedział, czy zamierzała spać, czy się obraziła, czy nie chciała dłużej na niego patrzeć, ale do rana nie zmieniała pozycji. On zresztą też.

– Idziemy! – rozkazał, gdy nadeszła pora.

Nie ruszyła się, więc szarpnął ją za ramię. Dopiero wtedy zareagowała. Rozprostowała się na tyle, na ile mogła, po czym siadła na brzegu łóżka. Z każdym ruchem suknia zwisająca na nadgarstkach ciągnęła się za nią, niczym czarny ogon.

– To już? – spytała zmęczonym głosem. – Poranek?

– Tak. Wstawaj. Pomogę ci się ubrać.

Posłuchała go, podniosła się. Czuł, jak jej ciało drży, kiedy wciągał na nią z powrotem suknię – mechanicznie, jakby była to jego praca. I tak w istocie było – noc się skończyła, a razem z nią uciekły ostatnie demony pożądania. Teraz miał przez sobą nie kochankę, a kobietę oskarżoną o czary i mord. Miał przed sobą personifikację kontraktu, za który obiecano mu sporą sumę w złocie. Nie zapomniał o tym i zamierzał postarać się, by tę zapłatę otrzymać.

Na zewnątrz rodził się dzień. W lesie, im głębiej się w niego patrzyło, wciąż dominował mrok, przechodzący powoli w szarugę, ale teraz między drzewami było bez porównania jaśniej niż wtedy, gdy wyszli pierwszy raz, mimo że słońce stało jeszcze za nisko, by ogrzać swoimi promieniami przerzedzenie. Chowało się za leśnym murem, tylko gdzieniegdzie dając o sobie znać skromnym błyskiem.

Uniegost rozejrzał się po terenie. Spojrzał na niebo, potem w gęstwinę drzew, tam, gdzie powinna znajdować się wioska.

– To dobra pora, by wyruszyć – powiedział do Nawojki.

Zakładał, że w czasie, w którym będą szli do wioski, słońce wysunie się wyżej na niebo, zapewniając im więcej światła podczas przeprawy przez las. Tym bardziej, że we dwójkę, do tego z więźniarką, zajmie im to dłużej, niż gdy pokonywał tę drogę sam.

Złapał ją za ramię i poprowadził przed sobą. Nie opierała się przed wejściem w gąszcz, ale za to oglądała co chwilę za siebie, na swoja samotnię. Szybko przestała mieć na co patrzeć. Wystarczyła chwila, kilkadziesiąt kroków, by ziemianka schowała się za drzewami, na dobre znikając im z oczu.

Tak jak Uniegost podejrzewał, przeprawa we dwójkę zajmowała więcej czasu. Dobrze zrobił, nie porywając się na podróż wczorajszego wieczora, w czym upewnił się, kiedy zaczęły przed nimi majaczyć zabudowana wsi. Było to około południa.

Na widok domostw Nawojka stanęła jak wryta. Brakowało jeszcze kilku metrów, by wyjść z lasu, ale już zaczynała się bać. Patrzyła tępo przed siebie, oczy miała wielkie jak słońca, które czarobij miał otrzymać. Ze dwa razy zerknęła za siebie, w gęstwinę drzew. Teraz musiała wydawać jej się ostoją bezpieczeństwa. Pewnie nie raz przeszło jej przez myśl, by rzucić się do ucieczki, ale nie była taka głupia. Musiała zdawać sobie sprawę, że związana nie ucieknie przed czarobijem. Nawet z wolnymi rękami nie dałaby rady. Nie przed tym czarobijem. Nie przed Uniegostem.

Szarpnął ją. Nie mocno, tylko tyle, by się opamiętała i szła dalej. Co prawda ruszyła się, ale te ostatnie kilka metrów musiał ją ciągnąć niemal na siłę. Aż w końcu minęli ostatnie drzewa i wyszli z lasu.

Stanęli na progu wsi.

Placyk przy domu sołtysa był opustoszały. Tak samo ciągnąca się od niego w głąb wsi ulica. Nieliczni mieszkańcy, których Uniegost dostrzegł na zewnątrz byli zajęci pracą przy swoich domach, albo przy zwiezionych plonach. Nikt z nich nie zauważył czarobija i wiedźmy, którzy nagle wychynęli z lasu.

Uniegost poprowadził Nawojkę dalej, do centrum placu. Prowadzona przez niego kroczyła wolno, z na wpół opuszczoną głową, przyglądając się uważnie domom i majaczącym w oddali chłopom. Wzrok miała przy tym podobny do tego, którym cechuje się zaszczute zwierzę.

Wtem ktoś krzyknął. Ktoś ich zauważył.

– Sodoma! Sodoma! – darł się jeden z chłopów, szybko zwracając uwagę innych. Najpierw na siebie, a zaraz po tym na Uniegosta i wiedźmę, na których wskazywał. Po chwili wszyscy obecni na zewnątrz wiedzieli o ich obecności. Chłop nie przerywał krzyków. – Wszetecznica! Wylazła na naszą ziemię! Ludzie! Diablica po wsi łazi!

– Nie darł się tak, jak do mnie łaził – skomentowała grobowym głosem Nawojka.

Uniegost już miał wołać do chłopów, żeby gonili po sołtysa, ale wpadli na to przed nim. Inny wieśniak dołączył do tyrady:

– Wołać sołtysa! Łapać za widły! Wiedźma do nas przyszła! – darł się na całe gardło.

Krzyki i ogólne ożywienie powodowały, że z domów zaczęli wychodzić pozostali mieszkańcy. Głównie kobiety, tylko nielicznie chłopi. Większość mężczyzn musiała w tym czasie przebywać na polu.

Uniegost dostrzegł któregoś z chłopów za domami, goniącego w stronę domostwa sołtysa. Bał się przebiec obok nich, że wybrał taką drogę? Prawdopodobnie, skoro ich obecność – szczególnie Nawojki – wywoływała taką sensację.

Kazało się to czarobijowi zastanowić nad tym, jak jedna kobieta może zasiać taką panikę wśród ludzi? Czy naprawdę mogli się tak zachowywać tylko dlatego, że jej obecność niosła ryzyko zdradzenia tajemnicy, której tak pilnie strzegli?

Te pytania nabierały tym silniejszego wydźwięku, im więcej wieśniaków zbliżało się do nich z widłami, kosami, motykami, albo co ostrzejszymi przyrządami kuchennymi w przypadku wieśniaczek.

– Leśna panienka! Leśna panienka! – usłyszeli kolejne zawołanie. O dziwo pełne radości. Mogliby spodziewać się teraz wielu rzeczy, ale na pewno nie radości. Nie w głosach wystraszonych wieśniaków.

To Bogumił, wioskowy głupek, tak wołał. Podbiegł do nich z boku, a gdy tylko stanął przy Nawojce, wtulił się w nią jak dziecko.

Związane ręce nie pozwoliły jej odwzajemnić uścisku, mogła się tylko odezwać.

– Dobrze widzieć cię zdrowym, Bogumile – powiedziała do niego czule.

W tym czasie wieśniacy zdążyli zbliżyć się na tyle, by otoczyć ich kołem. Chłopów nie było wielu – góra piętnastu, ale ciągle nadchodzili nowi. Widocznie ktoś wołał ich z pola. Dał znać, co dzieje się we wsi.

– Zabierzcie tego głupca! – ktoś zawołał.

Uniegost znał ten głos. To ten sam, który opowiadał mu o zleceniu, który zapewniał o winie wiedźmy, który obiecał zapłatę za kłopot. To sołtys dołączył w końcu do zebrania. Przepchnął się przed szereg i zmierzył wzrokiem wpierw wiedźmę, potem czarobija.

– Panienko! – zdążył jeszcze krzyknąć Bogumił, zanim odciągnęli go poza krąg.

– Nie chciało mi się wierzyć – odezwał się sołtys. – Ale widzę, że to prawda. Mości czarobiju, co to świętokradcze pomysły? Przyprowadzać to do nas? Kalać naszą drogą ziemię? Mieliście to ubić, a nie przyprowadzać do wsi!

– „To”? – obruszyła się Nawojka. – „To”?! Ty podły knurze! Ja ci dam „to”!

Szarpnęła się. Chciała rzucić na sołtysa, ale Uniegost był czujny. Jednym zdecydowanym ruchem zatrzymał ją na miejscu.

– Zamilcz diablico! – zawołał sołtys. – Nie będziemy słuchać we wsi twoich plugawych słów!

– Święty się znalazł! Już nie pamiętasz, jak się do mnie odzywałeś jeszcze nie tak dawno? Jaki miły byłeś, jak do lasu do mnie lazłeś?

– O czym ona mówi? – odezwała się jakaś kobieta. Żona sołtysa.

– Kłamstwa! Niezgodę sieje kłamliwy jęzor wiedźmy! Skłócić nas chce! Toż to diabła wola, żeby ludzi na siebie nasyłać! Zabijać się im kazać! Na stos z nią, zanim i u nas krew się poleje!

Prawie nie słyszeli końcówki ostatniego zdania. Zagłuszyła je ogólna wrzawa, która podniosła się po wcześniejszych słowach sołtysa. Chłopi na spółkę z chłopkami skandowali, to unosząc, to opuszczając dzierżone narzędzia rolnicze, teraz służące im za broń. Z mieszających się krzyków regularnie przebijał się jeden pomysł. „Na stos! Na stos!” – wołali co chwila za sołtysem. Ten ostatni, zdobywając tak wielkie poparcie, nadął się jak paw. Uniegost nie pomyślałby, że przy takiej tuszy można się jeszcze napuszyć, ale sołtys potrafił.

Po prawej stronie doszło do zamieszania w szczelnym kręgu tłuszczy. Wieśniacy odsuwali się na boki, odwracali, popychali jeden drugiego, ściskając się jeszcze bardziej. Żaden nie wiedział, co to za nagłe ruszenie każe im ustępować z drogi, póki nie zauważyli przyczyny. To Bogumił parł z powrotem do Nawojki, nie zważając na blokujący mu drogę mur ludzi. Widocznie wioskowy głupek wyzwolił się z rąk tych, którzy go wyprowadzali i postanowił jeszcze raz dołączyć do centrum wydarzeń.

– Nie stos! – krzyczał, jeszcze zanim się przedarł. – Leśna panienka dobra! Nie stos! Nie stos!

Wyrwał się spomiędzy tłuszczy, potknął i runął na czworaka tuż pod nogi Uniegosta, Nawojki i sołtysa. Spojrzał w górę. Krótko omiótł wzrokiem mężczyzn, ale to na wiedźmie szybko skupił uwagę. Potem przyczłapał do niej jak niemowlak i wtulił się w nogi. W pierwszej chwili Nawojka nie zareagowała w żaden sposób. Patrzyła bez emocji na jedynego przychylnego jej człowieka, jednak nie wytrzymała tak długo. W jej oczach szybko pojawiło się matczyne współczucie. Pochyliła się nad nim i szepnęła coś, co tylko Bogumił mógł usłyszeć.

– Nie stos! – jęczał już dużo ciszej. Poniekąd przez to, że pół twarzy zatopił w nogach Nawojki.

– Spokojnie synku – powiedziała głośniej. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

Sołtys widocznie był innego zdania, bo złapał Bogumiła za szmaty i siłą oderwał od wiedźmy. Głupol nie chciał puścić, a Nawojka starała się go zasłaniać ciałem, ale ani on nie miał dość siły, by oprzeć się dobrze odżywionemu sołtysowi, ani ona nie mogła bardziej zareagować, bo tłuszcza niechybnie ruszyłaby na odsiecz swojemu przywódcy. To samo tyczyło się Uniegosta, który na razie nie brał udziału w tym, co się działo. Sprawa nie dotyczyła Bogumiła, więc nie miał zamiaru ryzykować dla niego zaostrzenia konfliktu. Wręcz przeciwne: jeszcze miał nadzieję, że uda się rozwiązać sytuację polubownie.

– Kto go tu znowu wpuścił?! Mówiłem, żeby go stąd zabrać! – wrzeszczał sołtys, odciągając głupka jak najdalej od wiedźmy. Bogumił próbował mu to jak najbardziej utrudnić, a w swoich staraniach orał stopami dwa rowy, głębokie na trzy palce, na całym odcinku, przez który ciągnął go sołtys. Dotarli w tym stylu do początku chłopskiego kręgu. – Zabrać mi go stąd! Nie chcę go tu widzieć! – ryknął przywódca wioski. Potem rzucił głupca chłopom, by się nim zajęli.

Wysiłek sprawił, że sołtys zrobił się czerwony na twarzy, dyszał ciężko. Nie przeszkodziło mu to jednak w poczęstowaniu Bogumiła kopniakiem w dupę na pożegnanie. Może myślał, że w ten sposób da mu do zrozumienia, żeby więcej nie wtrącał się w nie swoje sprawy, albo po prostu wściekł się na niego za to, że musiał się tak zmęczyć? Na swojej pozycji raczej nie przywykł do wzmożonego wysiłku.

– Jak możesz… – zaczęła Nawojka, ale nie zdążyła powiedzieć kolejnego słowa. Ciężki głos sołtysa niemal od razu przejął inicjatywę. Nie dałaby rady go przekrzyczeć.

– Milcz wiedźmo! – ryknął, wchodząc jej w zdanie. – Rozumu go pozbawiła, a jeszcze jej mało! Opętała go! Uroki na niego rzuciła i kazała siebie bronić! – Mówił tak, żeby wszyscy dobrze go słyszeli. – Brać ją chłopi! Na stos! Niech sam bóg ją osądzi! Pomóżcie mi!

Już ruszył z miejsca. Już miał podejść do Nawojki, złapać ją za fraki i zawlec, podobnie jak Bogumiła przed momentem, do miejsca, w którym miała oczekiwać swojego sądu. Już pierwsi chłopi wyrywali się ze szczelnego kręgu i mieli iść jego śladem, by pomóc zapanować nad potencjalnym gniewem wiedźmy.

Ale wtedy ostrze miecza zagrodziło drogę sołtysowi. Szpic – błyszczący w słońcu, zimny metal – zamajaczył tuż przed jego podgardlem. Sołtys zląkł się. Spojrzał na o ponad głowę niższego Uniegosta, który ten miecz przeciw niemu wystawił. Chłopi również zatrzymali się w pół kroku, czekali na polecenia swojego przodownika.

– Mości czarobiju… – odezwał się sołtys. W jego głosie zaskoczenie mieszało się ze strachem. Widoczna pod zalaną tłuszczem brodą, szeroka i pryszczata grdyka drgnęła, gdy z trudem przełykał ślinę.

– Nikt jej nie tknie, póki ja nie zdecyduję inaczej, zrozumiano? – zapytał Uniegost.

Był pewny, zdecydowany. Jeśli zagroził sołtysowi mieczem, to nie dlatego, żeby go postraszyć, tylko dlatego, że naprawdę był gotów go zabić. Potwierdzała to jego wysunięta ręka, sztywna i nieruchoma niczym u posągu, a dzierżony w niej miecz był równie spokojny. Ani drgnął. Jakby nie był trzymany, tylko zawisł w przestrzeni, jakimś czarem zmuszony to całkowitego bezruchu. Ten zastój jeszcze bardziej strwożył sołtysa. Sama śmierć nie powstydziłaby się takiej reprezentacji bezruchu.

– Zrozumiano? – powtórzył Uniegost, gdy nie otrzymał odpowiedzi.

Sołtys kiwnął głową. Potem ostrożnie, nie spuszczając wzroku z ostrza, cofnął się o krok.

– Zrozumiano – potwierdził cicho.

Uniegost powoli opuścił miecz.

– Dobrze, a teraz porozmawiamy na spokojnie – powiedział.

Chłopi powoli wycofali się do kręgu i na powrót z nim zrównali, zostawiając sołtysa wewnątrz samego. Nie znaczyło to, że nie zamierzali mu pomóc, gdyby zaszła taka potrzeba. Bynajmniej. Czarobij co chwila rozglądał się wokół, mierzył ich wzrokiem. Widział, jak zaciskają dłonie na prowizorycznych broniach. Wystarczy im tylko pretekst, by rzucić się całą zgrają do ataku, ale żaden z nich nie zamierzał zgrywać bohatera. W końcu to chłopstwo. Woleli pozwolić sołtysowi wystawić się na pierwszy ogień, zamiast samemu ryzykować. Przewodził im, od tego go mieli. Niech padnie pierwszy, skupiając na sobie całą uwagę czarobija. Niech przyjmie pierwszy cios. Oni potem dokończą dzieła. Z przyjemnością przeleją krew wiedźmy i jej zdeformowanego obrońcy – przecież to prawie jak potwór wygląda. A poza tym tak dawno we wsi nic ciekawego się nie działo…

Gdyby miało do tego dojść, Uniegost upewni się, że zdejmie ich jak najwięcej. Utopi we krwi cały placyk przed domem sołtysa. Co z tego, że i jego krew w końcu dołączy do chłopskiej? Bo to, że zginie, było pewne. Może był dobrze wyszkolony, ale nie nieśmiertelny. Nie wygra z tłuszczą, choćby nie wiadomo, jak się starał. Ale wciąż miał nad nimi jedną przewagę: oni tego nie wiedzieli. I przez to musieli darzyć go respektem. Jego i Nawojkę, która w ich małych rozumach równie dobrze mogła wyglądać jak bies z piekła rodem.

– Mości Uniegoście… – sołtys odezwał się ponownie. Dawna werwa przywódcy tłuszczy zniknęła, zastąpiona przez ostrożnie dobierane słowa dyplomaty. – Zrezygnowaliście z kontraktu? Czemu? Za mało żeśmy zaoferowali? Sami mówiliście, że cena dobra. Że tylko ona was do nas przywiodła.

– Wystawiliście nagrodę za moją głowę? Psy parszywe! – krzyknęła Nawojka. – Po tym wszystkim, czego ode mnie chcieliście?! Po tym, co musiałam dla was robić?!

Sołtys popatrzył na nią grobowym wzrokiem. Zapewne korciło go, by jeszcze raz wytężyć płuca i kazać jej milczeć, wyzwać od diablic i pogrozić stosem, ale musiał się powstrzymać. Wciąż miał przed oczami szpic miecza, niedawno prawie muskającego jego krtań.

Pozwolił sobie tylko syknąć wrogo.

– Niczego od ciebie nie chcieliśmy wiedźmo i nic dla nas nie zrobiłaś. Klątwami jeno obłożyłaś, choróbska zesłałaś! – Na wspomnienie o chorobach podrapał się po krostach na karku.

– Sami je na siebie sprowadziliście! Wieprze ohydne!

Uniegost przekręcił głowę w jej stronę. Niemal zmusił wzrokiem, by na niego spojrzała i tym samym wzrokiem dał do zrozumienia, że ma przestać. On się tym zajmie dużo lepiej. Na chłodno, bez emocji.

Nie wyglądała na zadowoloną, ale usłuchała się i nie wdawała w dalszą dyskusję. Uniegost ponownie zwrócił się do sołtysa.

– Nie zrezygnowałem – odpowiedział na jego pytanie.

– Nie? W takim razie nie rozumiem. Wiedźma ubita miała być, a żywa stoi. Do tego do wsi żeście ją przywiedli, diablicę, żeby ziemię naszą kalała.

– Przywiodłem, bo będziemy renegocjować kontrakt – poinformował.

– Rene… renegocjować?

W pierwszej chwili czarobij pomyślał, że sołtys nie zrozumiał. Może słowo „renegocjować” było zbyt wyszukanym dla przodownika zapadłej wsi na obrzeżach królestwa. Może powinien używać prostszego słownictwa, bardziej dostosowanego do miejsca i człowieka. Ale nie o to chodziło, sołtys zrozumiał. Natomiast nie potrafił pojąć innej rzeczy, mianowicie: dlaczego powinni renegocjować?

– Czemu? – zapytał. – Co macie na myśli, czarobiju?

– Nie mam pewności, czy obecna tu kobieta – wskazał na Nawojkę – którą oskarżacie o czary, naprawę jest wiedźmą.

Wśród chłopów podniosła się wrzawa. Buczeli, krzyczeli, przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Rzucali sugestie, jakoby Uniegost zdurniał, znalazł się pod urokiem czy próbował ich oszukać, albo jeszcze gorzej: obrazić swoim stwierdzeniem. Wołaliby tak jeszcze długo, gdyby sołtys nie uciszył ich gestem ręki.

– Macie wątpliwości, mówicie?! – niemal ryknął. W jego głosie pojawiła się wcześniejsza werwa. Energicznie złapał za poły swojego surduta i rozerwał zarówno go, jak i koszulę pod spodem, tak, by wszem i wobec pokazać swoją klatkę piersiową.

Pod rzadko porastającymi ją, ciemnymi włosami, widniały podobne krosty, w kolorze bladszym od skóry. Było ich pełno. Takich samych jak te, które wydostawały się na szyję i kark, gdzie każdy mógł je zobaczyć. Sołtys naciągnął materiał ubrania do granic możliwości i zaprezentował się wpierw Uniegostowi, potem wszystkim zebranym, okręcając się wokół własnej osi.

– Co to jest, jeśli nie wiedźmowa klątwa? – zawołał. – Pół wsi toczy ta jej zaraza, a kto wie, co będzie dalej!

Czarobij nie wdawał się w dyskusję. Otoczony przez żądnych krwi wieśniaków stał jak posąg, jakby w ogóle nie obchodziło go to, co działo się wokół, ani co miał do powiedzenia sołtys – ale nic bardziej mylnego. Jego poza, z zewnątrz statyczna, tak naprawdę była efektem wysiłku wszystkich mięśni, napiętych jak sprężyny, gotowych w każdej chwili wyzwolić kumulowaną moc przeciwko zebranej tłuszczy.

Czujnie obserwował sołtysa oraz każdą, nawet najmniejszą zmianę w otaczającym ich kręgu: tutaj jakiś chłop wysunął stopę do przodu, tam jeden cofnął się, a jego miejsce zajął kto inny, znowu gdzie indziej tłok i ścisk kazał zebranym rozpychać się na boki, by zachować swoją pozycję. Wszystkie te szczegóły Uniegost notował wzrokiem. Wiedział, że wystarczyłoby choćby jedno przeoczenie i już zbłąkane widły, albo kosa, lądowałyby w jego boku. Wolał tego uniknąć.

Dlatego nie odpowiedział na argument sołtysa. Czekał, aż zrobi to za niego Nawojka. Bo to, że dziewka nie wytrzyma i wda się z przodownikiem wsi w kłótnię było pewne. W końcu już nieraz ją przed tym powstrzymywał.

Jednak teraz zamierzał zmienić taktykę: chciał zezwolić jej na samoobronę przed oskarżeniami. Wtedy będzie mógł z boku obserwować, co z tego wyniknie – i wyciągnąć wniosek.

Nie musiał czekać długo.

– Jaka klątwa, ty baranie! – krzyknęła. – Nie wiem nic o klątwach, a choroby nie nabawiliście się ode mnie! Czy ja wyglądam na chorą?! Nażarliście się czegoś trującego, albo z lasu coś przywlekliście!

– Nikt nie chorował, póki nie pojawiłaś się ty! – odbił sołtys. Potem zwrócił się do czarobija: – To się zaczęło, jak wiedźma zamieszkała w lesie. Wcześniej wszystko było dobrze.

– Na czyje zaproszenie?! – krzyknęła Nawojka. – Kto mnie w tym lesie zakwaterował?! Kto mnie… wykorzystywał! – Razem z ostatnim słowem łzy napłynęły jej do oczu. Spuściła głowę, próbując nad tym zapanować, ale i tak pojedyncze krople spadły na ziemię.

Jej zwierzenie odbiło się echem wśród zebranej tłuszczy. Chłopi patrzyli po sobie, nie wypowiadając ani jednego słowa, za to chłopki szeptały między sobą, tworząc jeden głośny szmer – dziwiły się i dopytywały innych, o co właściwie chodzi? Nikt im nie odpowiedział. Niczyje usta nie chciały zdradzić, o czym mówiła Nawojka.

Sołtys zabrał głos, zanim sytuacja mogłaby ulec zmianie.

– Patrzcie ją! Niewiniątko zgrywa diablica przebrzydła! – krzyknął, by wszyscy dobrze słyszeli. – Nikogo nie nabierzesz na swoje kłamliwe łzy, wiedźmo! Wszyscy we wsi wiedzą, że uroki potrafisz rzucać! Dobrych mężów na pokuszenie zwodzić i truć! Do piekła ciągnąć! Ilu nie wróciło? Ilu zabiłaś?!

Tłum, przynajmniej jego męska część, przyjmował słowa sołtysa z chorobliwą euforią. Chłopi wyrwali się z niedawnego zmieszania i zaczęli skandować za nim, winić Nawojkę, a siebie przedstawiać jako ofiary jej czarów. Tak, jak sytuacja wyglądała z ich perspektywy od początku. Gruby przodownik na nowo wyrył im ścieżkę, po której mogli w miarę bezpiecznie dla siebie podążać. Byli przecież ofiarami, nie oprawcami, i zamierzali to tak długo krzyczeć, aż wszyscy uwierzą. Tak długo, aż w tyglu ich głosów ucichną ostatnie słowa niepewności towarzyszących im kobiet.

I udawało im się, bo chłopki coraz chętniej zaczynały skandować to samo.

– Nikogo nie zabiłam! – zawyła Nawojka.

Wszystko wskazywało na to, że zaraz się złamie, podda, zapłacze na śmierć pod naporem nienawistnego tłumu. Już kurczyła się przed sądzącymi, już opuszczała coraz niżej głowę. Już pochylała do ziemi, jakby zaraz miała klęknąć przed katowskim pieńkiem i w geście poddaństwa swojej winie wtulić w niego profilem. Ale wtedy nagle wyprostowała się. Zmierzyła wzrokiem tłum, a potem sołtysa. Nad łzami wciąż nie panowała, jednak w jej zaczerwienionych, przeszklonych oczach można było zobaczyć nowe pokłady determinacji. Nową wolę walki. Uniegost nie miał pojęcia, skąd się ona w Nawojce wzięła. Mógł jedynie zgadywać, ale żaden z jego pomysłów nie wydawał się wystarczająco dobry.

Coś jednak było na rzeczy.

– Na nikogo nie rzuciłam uroku – mówiła dalej. – To wy do mnie chodziliście pochędożyć, jak wam się wasze baby nudziły! Robiliście to z własnej, nieprzymuszonej woli! Podobało wam się, bo mieliście mnie w garści, bo nie mogłam iść nigdzie indziej!

Tym razem tłum nie dał jej słowom wiary, nawet minimalnej. Po części za sprawą chłopów, którzy na kolejne oskarżenia posłane w ich kierunku zareagowali jeszcze większą agresją. Wrzawa się podniosła. Chłopki, nawet gdyby chciały, nie potrafiłyby zdominować ogólnego trendu. Miały wybór: albo szły z nim, albo wcale. Wolały skandować wspólnie ze swoimi.

Dla sołtysa takie poparcie było niczym zbroja z najtwardszego metalu. Zachowywał się, jakby już wygrał, jakby był nietykalny, jakby racja i wszystko inne było po jego stronie. Pewnie uważał, że jego żelazna ręka władzy w każdej chwili może zmiażdżyć zarówno wiedźmę, jak i jej obrońcę.

Uniegost znosił to zachowanie z cierpliwością świętego. Na razie jej nie było, ale jeśli zajdzie taka potrzeba, to w każdej chwili mógł uświadomić sołtysowi, jak bardzo się mylił w temacie swojej pozycji.

– Porządnych ludzi oskarża o cudzołóstwo, ladacznica! Kto by z tobą chciał legnąć z własnej woli, wiedźmowy pomiocie? – Splunął na ziemię. – Brzydzę się tobą ja i zapewne każdy porządny mężczyzna w tej wsi! Jak już który z tobą się parzył, to za sprawą uroku! – mówił, a tłuszcza łykała każde jego słowo, jak prawdę objawioną. Potem zwrócił się bezpośrednio do wieśniaków: – Wtedy ich truła! W swoim szatańskim łożu! Widzieliśmy, jakie szaleństwo zesłała na biednego Bogumiła, a urok tak silny, że do tej pory łasi się do niej, jakby co najmniej matką świętą była! Diablica! Wiedźma! – Rozjuszał ich.

„Diablica! Wiedźma! Na stos!” – rozbrzmiały naokoło mieszające się głosy.

Póki tylko krzyczeli, było dobrze – pomyślał Uniegost. Gorzej, kiedy swój zamiar postanowią wprowadzić w życie. Ilu da radę usiec, zanim go powalą? Dwudziestu? Trzydziestu? Czy warto było ryzykować dla wiedźmy własnym życiem? Dla dwudziestu słońc, nieskażonych wyrzutami sumienia? Może po prostu powinien wydać im Nawojkę, wziąć pieniądze i odjechać, nie odwracając się? W końcu nadal nie wiedział, czy jest winna, czy nie. Tylko mu się wydawało. A kto to wie, czy dobrze mu się wydawało, czy może litość go brała nad dziewuchą, kochanicą swoją?

– Nie masz za grosz honoru?! – broniła się Nawojka. – Własnego syna wykorzystujesz przeciwko mnie?! – spytała na wpół wściekła, na wpół zaskoczona tym faktem.

Jej słowa wywołały chwilę konsternacji pośród chłopstwa. Wrzawa przycichła, zebrani popatrzyli po sobie, a potem wszystkie spojrzenia spoczęły na sołtysie. Gruby przodownik stał się na moment centrum ogólnego zainteresowania.

Nawojka to wykorzystała i przemówiła do tłumu:

– Dobrze słyszeliście! – zawołała do nich. – Bogumił to jego syn! Jego i mój! Sołtys dobrze wie, że chłopak był taki od urodzenia, że nic mu nie zrobiłam, a łże jak pies!

Dziesiątki oczu mierzyły sołtysa wzrokiem, próbując dociec, czy słowa wiedźmy są prawdziwe. Jeśli tak, to przywódca wsi dopuścił się karygodnych występków: legł z wiedźmą, oblubienicą diabła, ta spłodziła mu syna – ułomnego antychrysta – a on na domiar złego zamiast zająć się bękartem, kazał mu żyć na ulicy przed własnym domem, własnemu dziecku! Wszyscy przecież widzieli, jak potraktował głupola, jak kopnął go w dupę i kazał wywlec poza plac. Czy godzi się tak traktować własne dziecko, nawet jeśli z nieprawego łoża pochodziło?

Sołtys, lustrowany przez tyle oczu, na moment zapomniał języka w gębie. Zamiast mówić, odpowiadać, gapił się: to po swoich, to na wiedźmę, to na Uniegosta. Ale w jego spojrzeniu brakowało strachu. Raczej było wyrachowane, jak u doświadczonego mówcy, który jedynie dał sobie czas na zbadanie nastrojów panujących w tłumie, co by je potem z pożytkiem dla siebie wykorzystać. Tak właśnie było, bo już po chwili przemówił ponownie, świeżym zapasem tubalnego głosu:

– Chyba nie wierzycie w te bzdury! Wiedźma plecie, co jej do głowy przyjdzie, byle tylko od stosu się uwolnić! Kto o zdrowych zmysłach brałby wiedźmowego bękarta do wsi, jakby już dopuścił się z nią obrzydliwego cudzołóstwa?! Toż to wstyd! Głupota, by wystawiać bękarta na światło dzienne, żeby wszyscy go widzieli! Czemu miałbym to robić? Już wolałbym zostawić dzieciaka w lesie, żeby nikt się nie połapał! Łże demonica! Łże!

– Sam żeś mówił, że we wsi mu lepiej będzie! Że się nim zaopiekujesz! – oskarżała go Nawojka. – Gdybym tylko wiedziała, jak wygląda ta opieka…

– Twoim pomiotem miałbym się opiekować?! Nigdy w życiu!

– Własnego syna na ulicę wygnałeś! – wydarła się na niego. Przez jej głos przebijały się niezmierzone pokłady żalu, jakby miała świadomość, że ponosi za to część winy.

– To nie mój syn! – ryknął z powrotem sołtys.

– Dość! – wtrącił się milczący do tej pory Uniegost.

Nawojka i sołtys spojrzeli na niego. Powinni się domyślać, co znaczyło zabranie przez niego głosu. W końcu po to była cała ta kłótnia: żeby przekonać go do swoich racji.

Teraz oczekiwali na werdykt.

Po której stronie stanie czarobij? Wesprze targanych zarazą wieśniaków, czy będzie bronił samotnej dziewki? – te i podobne pytania musiały kotłować się teraz w dziesiątkach głów zebranych na placu. Najgorsze było to, że sam zainteresowany, Uniegost, nie był w stanie na nie odpowiedzieć. Przynajmniej nie jednoznacznie.

Wydawało mu się, że usłyszał wystarczająco dużo, że od momentu, w którym wkroczył pomiędzy skłóconych, dyskusja przestawała mieć jakikolwiek merytoryczny sens. Gdyby pozwolił jej toczyć się dalej, niechybnie doprowadziłoby to bitki. Jego, z wieśniakami, jeśliby nie ustąpił pola. Dlatego też wtrącił się w momencie, w którym jeszcze mógł sytuację opanować, chociaż wciąż daleki był od pewności, czy Nawojka była winna, czy nie.

Nie sądził, żeby kłamała w sprawie gwałtów, których dopuszczali się na niej chłopi. Sołtys mówił, że jeśli już jakieś stosunki się zdarzały, to za sprawą rzucanych uroków – co znowu miałoby być jej winą. Ale jeśli historia, którą mu opowiedziała na temat swojego życia, była choć w połowie prawdziwa i wylądowała tutaj, pozostając na łasce sołtysa… Uniegost za dobrze znał ludzi, by nie podejrzewać, że któryś z chłopów chciałby wykorzystać taką sytuację. Jeśli należało mówić tu o uroku, to tylko o jednym: uroku władzy nad tułającą się, nie mająca gdzie się udać młódką.

Co do syna sołtysa: tutaj również miał postawy twierdzić, że Nawojka mówiła prawdę. Mogłaby wymyślić taką historię? Wysoce wątpliwe, a poza tym współgrałoby to z pozostałymi dziećmi – tymi w mogiłach za jej ziemianką. Mówiła, że to dzieci innych chłopów, którzy ją odwiedzali, czyli niedoszli ojcowie stali w kręgu, brali udział w osądzie nad wiedźmą, krzyczeli „na stos!” do niedoszłej matki ich dzieci. Żaden z nich nawet nie napomknął o swoim przedwcześnie zmarłym potomku; nikt we wsi nie wspominał, ani nie próbował oskarżyć Nawojki o to, że giną im dzieci. To znaczyło, że albo mogiły były tam na pokaz, albo naprawdę pochowała w nich swoich potomków. Tylko dlaczego miałyby umierać zaraz po narodzinach? Bogumił jako jedyny przeżył swoje wczesne lata? Co prawda brakowało mu piątej klepki, ale co z jego rodzeństwem? Jakaś choroba okołoporodowa, czy może… Nawojka mordowała je w pieleszach?

Uniegost zmierzył wzrokiem swoją więźniarkę. Stała i patrzyła na niego w oczekiwaniu na werdykt.

Byłaby do tego zdolna? By zabić własne dzieci? Nie… – odpowiedział sam sobie. – Jej reakcja na pytania dotyczące mogił i na samego Bogumiła przeczyła temu podejrzeniu.

Ale wciąż pozostawała sprawa zarazy i znikających chłopów. Choróbsko szerzące się we wsi nie wyglądało na zwyczajną chorobę, ani na efekt kilku trujących ziół, jak próbowała go swego czasu przekonać Nawojka: „Podtruwałam, ale niewiele. Powinno im przejść po paru dniach.” – mówiła tej nocy, kiedy ją złapał.

Niestety, nie przeszło.

Zaraza toczyła większą część chłopów i powoli – z tego co zauważył Uniegost – przenosiła się na chłopki. Sołtys zapewniał, że pojawiła się dopiero wraz z przybyciem w te strony Nawojki. Kłamał? Możliwe, ale na jakiejś podstawie społeczna niechęć do wiedźmy musiała się narodzić. Może faktycznie stała za zarazą, tylko w jaki sposób? Do tej pory nie ujawniła w sobie niczego, co sugerowałoby paranie się jakąkolwiek formą magii. Dałaby się schwytać i sprowadzić do wioski, jeśli stałyby za nią niezmierzone moce czarnoksięstwa? Nie wykorzystałaby ich? Co prawda Uniegost nie dał jej na to wielu szans, ale i tak podobne zachowanie pozostawało wysoce wątpliwe.

A jednak chłopi znikali. Wchodzili do lasu i rozpływali się w powietrzu, słuch o nich ginął. Nawojka zapewniała, że nie wie, co się z nimi stało, ale co to za wytłumaczenie? Mogła ich zabić – miała ku temu sporo okazji, jeśli do niej łazili. Miała też, jak nikt inny, masę powodów, by się na nich mścić. Robiła to? Mściła się? Jeśli tak, to co robiła z ciałami, skoro Uniegost nie widział u niej żadnych śladów po zaginionych chłopach? Paliła ich, zakopywała gdzieś dalej w lesie…?

Jadła?

Poza tym pozostawała jeszcze jedna kwestia: dawaliby dwadzieścia słońc za zabicie zwykłej dziewki? Aż tyle było dla nich warte zachowanie w tajemnicy tego, co jej robili? Czy naprawdę wierzyli w to, że para się magią? Jeśli to drugie, to skąd brała się ich wiara?

Zbyt wiele niewiadomych… za mało dowodów…

– Mości czarobiju – usłyszał sołtysa – chcieliście coś powiedzieć?

Nie było wyjścia. Przyszedł czas, by podjąć decyzję. Brać pieniądze i zostawić Nawojkę na łasce chłopstwa, czy bronić jej własnym ciałem do ostatniej kropli krwi? A może była jeszcze jedna opcja, lepsza…

– Tak sołtysie – odezwał się w końcu – chciałem coś powiedzieć. Proponuję ugodę.

Sołtys zrobił oczy tak wielkie, że prawie wydostały mu się spod wałów tłuszczu. Nie tego się spodziewał. Zapewne był gotów płacić, był gotów walczyć, ale nic związanego z ugodą do głowy by mu nie przyszło.

Drgnął, a jego potężne cielsko zatrzęsło się jak galareta.

– Ugodę? – powtórzył z niedowierzaniem. – Jaką ugodę?

Nie był jedynym, który oczekiwał wyjaśnienia. Nawojka patrzyła na Uniegosta wzrokiem równie zaskoczonym, co przepełnionym niepewnością co do swojego dalszego losu.

– Zapłacicie mi połowę tego, co obiecaliście, a ja zabiorę stąd wiedźmę. Ruszam w daleką podróż, więc na pewno nie zostanie w pobliżu waszej wsi. W ten sposób rozwiążę wasz problem, a przy okazji unikniemy przelewania krwi – wyjaśnił. – Co wy na to?

Sołtys ani myślał się nad tym zastanawiać.

– Nie ma mowy! – zaprzeczył kategorycznie. – Za to co nam zrobiła musi zapłacić! Boska sprawiedliwość się tego domaga!

– Za to co „ja” wam zrobiłam?! A kto osądzi was…? – odpysknęła Nawojka.

Uniegost szarpnął ją za ramię, dając do zrozumienia, że to nie jest dobry pomysł. Przyszła pora, żeby to on przejął stery nad tym, jak potoczą się negocjacje. Dalsza kłótnia niewiele by mu w tym pomogła.

– Sołtysie, rozumiem twoje oczekiwanie zadośćuczynienia. Co powiesz na takie: zabiorę ją do twierdzy.

Na wspomnienie o starej siedzibie czarobijów gruby przodownik nieco się uspokoił. Zmrużył oczy i wbił wzrok w Uniegosta.

– Do twierdzy? Tam ją czeka sąd…

– Zgadza się. Dokładny i czasochłonny. Jeśli tam nie udowodnią jej winy, to będzie znaczyło, że żadnej w niej nie ma.

– Skąd będę miał pewność, że nie kłamiesz? Żeś w zmowie nie jest z tą diablicą i nie wypuścisz jej zaraz, jak wyjedziecie ze wsi?

– Daję ci moje słowo, jako czarobija. To mój obowiązek, jeśli nie decyduję się na wykonanie kontraktu. Słyszałeś o tym obowiązku? – Sołtys kiwnął przecząco głową. Nie słyszał, ale Uniegost mówił prawdę.

Istniała instytucja sądu nad maszkarami, ale bardzo rzadko z niej korzystano. Głównie przez to, że nikomu nie chciało się wieźć przez pół kraju podejrzanego. Poza tym dlatego, że pod sąd stawiało się tylko ludzi, na których wisiało oskarżenie o czary lub powinowactwo z tym, co ogólnie uważane za złe. Potworów się nie sądziło, bo w ich wypadku na pierwszy rzut oka widać było, że bestia i usiec trzeba.

Każdy czarobij ma obowiązek dostarczyć podejrzanego do twierdzy, jeśli nie decyduje się go zabić – wyjaśnił sołtysowi.

– Twierdza daleko jest… co jak wiedźma ucieknie? Potem mścić się na nas będzie…

– Nie ucieknie, nie mnie – zapewnił.

Sołtys długo ważył jego słowa. Wystrzelenie z podobną propozycją było ryzykowne. Zabrać wiedźmę sprzed nosa rozwścieczonego tłumu? Po prostu wyjechać z nią ze wsi jakby nigdy nic? Na szczęście wspomnienie o twierdzy wyłożyło grunt pod choćby rozważenie tej opcji. Jednak Uniegost wciąż nie był pewien, czy przekonał tym wieśniaków. Tłuszcza różnie reagowała na rozumne argumenty. „Różnie” zwykle znaczyło negatywnie.

– Moglibyśmy zabrać wiedźmę siłą… – zauważył sołtys. Nie powiedział tego jako groźby, a raczej pozwolił sobie stwierdzić oczywisty fakt. Ale wciąż wyraził to głosem, który sugerował możliwość wprowadzenia uwagi w życie.

W odpowiedzi czarobij uniósł miecz – nie tak jak ostatnio, pod szyję przodownika – wystawił go przed siebie, jakby szykował się do pojedynku. Wszystkie oczy skupiły się na ostrzu, a w tle niemal dało się usłyszeć dłonie wieśniaków, mocniej zaciskające się na dzierżonych, prowizorycznych broniach.

Póki stali w miejscu, Uniegost był spokojny.

– Możecie spróbować – powiedział. – Z chęcią sprawdzę, ilu z was uda mi się utłuc, zanim położycie na niej swoje łapy.

Sołtys popatrzył po swoich ludziach. Oni patrzyli na niego. Nie zapowiadało się na to, by któryś chciał honorów, przysługujących pierwszemu walczącemu. Nikt nie kwapił się podłożyć pod miecz Uniegosta. Może, gdyby ktoś szedł z przodu, to jeszcze, ale samemu wchodzić w zasięg ciosu czarobija? Toż to rychła śmierć. Wciąż mieli w pamięci wczorajszy poranek, kiedy bez problemu powalił najemnego – szkolonego wojownika! Jak wielki problem sprawiłby mu chłop z widłami, albo kosą?

Nikt nie pójdzie pierwszy. Nikt nie zechce sprawdzić.

– Przelalibyście krew porządnych ludzi? By bronić diablicy? – spytał sołtys. Jego oburzenie wiało teatralnością.

– Jej wina nie została potwierdzona. Wiele faktów wskazuje raczej ku braku winy. W tym świetle nie bronię diablicy, bronię zwykłej dziewki przed samosądem – powiedział, choć sam nie wierzył, że się na to zdecydował.

Stając po stronie Nawojki dołożył sobie tylu problemów, że nagle wzięcie dwudziestu słońc wydało mu się pięknym, beztroskim marzeniem. Dostałby zapłatę i z głowy – a tak musiał odeskortować wiedźmę aż do twierdzy i, gdyby tego było mało, brać potem udział w sądzie nad nią, jako czarobij, któremu udało się dziewkę schwytać.

Już widział miny kolegów po fachu, którzy będą musieli brać udział w obradach, albo tych, którzy wedle prawa zostaną przysłani tu, gdzie teraz sam stoi, w celu zbadania powiązań Nawojki z wmawianą jej, wiedźmową naturą. Co prawda mógł się przed tym ustrzec, tak jak sugerował sołtys – wypuścić ją gdzieś po drodze i zapomnieć o całej sprawie, ale to nie było w jego stylu. Zawsze doprowadzał robotę do końca i wiedział, że jeśli wyjedzie stąd z Nawojką, to na pewno doprowadzi ją pod sąd.

Tłum w odpowiedzi na jego słowa zabuczał. Podniósł larum. Nie podobała się chłopom sugestia Uniegosta, jakoby to oni mieliby być tymi złymi, i dawali temu wyraz.

Przeczekał główną falę ich niezadowolenia, po czym odezwał się znowu:

– Macie dwie opcje sołtysie: albo rozwiązujemy to bez przelewu krwi i płacicie mi połowę ustalonej ceny za rozwiązanie waszego problemu, albo ryzykujecie życie swoich ludzi, by dobrać się do dziewki – wyłożył. – Co wybieracie?

Decyzja nie była taka prosta: z jednej strony kotłujący się w chłopach gniew potrzebował upustu, którego nie dostanie, gdy dziewka ze wsi wyjedzie, a z drugiej wiało grozą widmo wsi, skąpanej we krwi niewiadomej liczby „porządnych” – jak przodownik sam ich nazywał – ludzi. Miał nie lada zagwozdkę i dał sobie czas, by nad nią pomyśleć; przez ten okres jego oczy wertowały wszystkie strony konfliktu: tłum, Nawojkę i Uniegosta.

Po długim zastanowieniu wreszcie przemówił:

– Niech będzie, bierzcie ją pod sąd…

 

Kiedy Uniegost wyprowadzał Nawojkę z tłumu chłopów, czuł ogarniającą go ze wszystkich stron nienawiść. Co prawda tłuszcza na polecenie sołtysa rozstąpiła się, pozwalając im wyjść, ale to nie zmieniało nastawienia wieśniaków. Na każdym kroku dało się odczuć, że ręce ich świerzbią, że niejeden chciałby jednak wideł użyć, wbić je w bebechy czarobija, a zaraz po tym dziewki; kosą dziabnąć, jednym zamachem nogi czy ręki pozbawić, albo przebić na wylot długim ostrzem, na co dzień służącym do koszenia zbiorów. A tu nagle nie mogli zrobić nic z tych rzeczy i pękali przez to ze złości. Mieli ją wypisaną na twarzach – w wielu przypadkach zasypanych krostami, jak u sołtysa.

Uniegost jak najszybciej wyszedł z placu, a potem na skraj wsi, by nie dawać chłopom pretekstu. Przy nagromadzonej w nich agresji łatwo mogło dojść do złamania umowy między nim i sołtysem, a w efekcie do doprowadzenia widma wsi pływającej we krwi do realizacji. Tam też, na skraju mieściny, odebrał połowiczną nagrodę za zlecenie.

Przypiął mieszek z przyjemnie brzęczącymi monetami do pasa. Mogli ruszać.

– Zaczekaj – poprosiła Nawojka. Jej wzrok powędrował gdzieś w tył, w kierunku chat przy lewym brzegu drogi.

Czarobij początkowo nie wiedział, o co jej chodzi. Dopiero gdy popatrzył tam gdzie ona i zauważył między domami znajomego przygłupa, Bogumiła – domniemanego syna sołtysa – zrozumiał.

– Nie mogę go tu zostawić – powiedziała i zaraz poprosiła: – Może jechać z nami? Zapewniam, że nie będzie robił problemów. Zaopiekuję się nim.

– To naprawdę twój syn?

Zmrużyła oczy, usta zacisnęła w zwarty, wąski krąg. Tak, jak zwykli robić ludzie, których się niechcący obraziło, a którzy chcieli tę obrazę wytknąć.

– Myślałeś, że kłamię? – spytała, nie kryjąc irytacji.

Nie przejął się jej humorami. Inne sprawy dostatecznie zajmowały mu głowę: z jednej strony cieszył się z nagrody i bezkrwawego rozwiązania konfliktu, a z drugiej martwił problemami wiążącymi się z sądem czarobijów.

– Nie mnie przyjdzie o tym decydować – odpowiedział.

Zgodził się, by przygłup podróżował z nimi i wyruszyli: Uniegost konno, na swoim ryżym wierzchu, a Nawojka z synem pieszo, przy nim. Gdy nadarzyła się okazja, dokupił dla nich jednego konia – przy nagrodzie, którą otrzymał, nie był to majątek – dzięki czemu mogli uniknąć częstych postojów i szybciej podróżować.

Czekała na nich twierdza, ale jak się do niej dostali… – to już temat na inną historię.

 

*

 

– Syfilis – powiedział Bratomir, starszy nad medykami twierdzy, ubrany w prosty, szary kontusz. Mimo sędziwego wieku posturę miał słuszną, a chwyt jeszcze mocny. Uniegost sam się o tym przekonał, gdy niegdyś nastawiał u niego nogę po którymś ze zleceń.

Znajdowali się w jego dominium – komnacie pełnej lekarstw, ziół, prochów, odczynników i różnych obrzydlistw, w których rozeznawał się tylko Bratomir i jego uczniowie. Uniegost po skończonym badaniu siedział na ławie, a stary medyk stał przy suto zastawionym przyrządami stole.

– Co? – spytał z niedowierzaniem nasz czarobij.

Medyk odwrócił się do niego, spojrzał prosto w oczy swoim starym i wyblakłym, ale przenikliwym wzrokiem uczonego. Jego twarz, początkowo surowa i pozbawiona krzty emocji, nagle rozpromieniła się, gdy parsknął śmiechem. Tylko raz, potem się opanował.

– Zaraziłeś się Syfilisem, Uniegoście – wyjaśnił. W jego głosie wciąż było słychać niedawny wybuch śmiechu.

Znowu Uniegostowi daleko było do rozbawienia tym faktem.

– Stąd ten… – zaciął się. Sprawa była wstydliwa.

– Tak, stąd ten czyrak nad prąciem – dokończył za niego Bratomir. – Jeden z pierwszych objawów. Dosyć typowy: i ze względu na miejsce i na wygląd. Nie stać cię na nic lepszego, niż pierwszą lepszą kurwę z ulicy? – spytał i odwrócił się z powrotem do swojego stołu. Coś tam mieszał w misce.

Jedyną „kurwą”, którą ostatnio Uniegost miał, była Nawojka…

Stary medyk chyba czytał mu w myślach, bo zaraz o niej wspomniał.

– Ta, co ją tu niedawno przyprowadziłeś, ta, co niby wiedźmą może być, też na Syfilis chora – zdradził. – Tylko że u niej wygląda to trochę inaczej… – teraz on się zaciął, a raczej zamilkł. Wyprostował się znad blatu i myślał chwilę. Potem znowu spojrzał na Uniegosta. – Ty z nią…? – spytał, a usta mimowolnie wykrzywiły mu się w groteskowo szerokim uśmiechu.

Uniegost milczał.

– Ległeś z wiedźmą? – Bratomir spytał po raz drugi, szczerze rozbawiony.

– Nie wiadomo, czy z wiedźmą… – powiedział na swoją obronę czarobij.

– I tak… – Medyk nie wytrzymał i zaśmiał się na cały głos. Trwało to dobrą chwilę. – Ty to masz fantazję: czarobij i wiedźma. Niech no reszta chłopców się o tym dowie… padną ze śmiechu.

Nie było sensu prosić o zachowanie poufności. Nie tak to działało w twierdzy. Tym bardziej, jeśli temat był wyjątkowo lotny, tak jak w tym wypadku.

– Wiem… nie powinienem… – przyznał się Uniegost, bo nic innego mu nie pozostało.

Wciąż pamiętał tę noc z Nawojką. Sama chciała, to go podniecało – przypomniał sobie. Sama chciała go zarazić – pomyślał teraz, siedząc u starszego nad medykami.

– Nie winię cię. Prawdę mówiąc, całkiem całkiem ta wiedźma – przyznał Bratomir. – Niejeden z ekipy sądzącej pewnie pozwoliłby sobie na to samo, co ty… gdyby, oczywiście, nie była pokraką.

– Jeszcze tego nie stwierdzili…

– Tak, wiem. Tylko się z tobą droczę – powiedział stary medyk. Potem wrócił do swojego zajęcia przy stole. – Daj mi jeszcze moment i będę miał dla ciebie lek.

Uniegost westchnął. Siedział na ławie lekko przygarbiony, wzrok wbił w podłogę. Ani on nie odzywał się już do medyka, ani medyk do niego, więc mógł spokojnie pomyśleć nad tym, czego właśnie się dowiedział. Nawojka sprzedała mu syfilis – pytanie brzmiało: świadomie, czy nie? Jeśli tak, to już wiedział, dlaczego była taka chętną na seks z mężczyzną, który wygląda jak on.

Zacisnął pięści tak mocno, że wbił paznokcie w wewnętrzne części dłoni.

Tyle dobrze, że przyszedł z tym czyrakiem zawczasu do Bratomira – pomyślał, a zaraz przypomniało mu się, że już gdzieś widział podobny: czerwonawy, z pokaźnym obrzękiem wokół; bliski wyglądem pryszczowi, ale sporo większy. Wysilił pamięć i przed oczyma pojawił mu się obraz chorego chłopa, którego odwiedził w tamtej wsi. Miał podobny, tyle że na stopie. Nawojka też go zaraziła? W ogóle skoro sama jest chora, to czemu Uniegost nie zauważył na jej ciele żadnych objawów? Nie mógłby ich nie dostrzec – miał wystarczająco czasu w trakcie wspólnej nocy, by się przyjrzeć. „Tylko że u niej wygląda to trochę inaczej” – powróciły słowa Bratomira.

Podniósł głowę i spojrzał na czyniącego swoje „lekarskie czary” medyka.

– Mówiłeś, że u niej wygląda to inaczej, czemu? Jak inaczej? – spytał go.

– Prawdę mówiąc, pierwszy raz coś takiego widziałem – odparł, nie odwracając się od misy, w której uparcie coś tłukł. – Kobieta bez dwóch zdań ma to samo co ty, ale u niej choroba przebiega bezobjawowo. Coś takiego bardzo rzadko się zdarza.

– Bezobjawowo… – powtórzył z automatu Uniegost. Wciąż starał się ułożyć to wszystko w głowie.

– Tak. Nie bądź dla siebie zbyt surowy, Uniegoście. Nie mogłeś nic zauważyć, kiedy… no wiesz…

Uniegost usłyszał kolejne prychnięcie, ale coraz mniej go to przejmowało. Teraz chciał wyjaśnić sytuację

– Jak to możliwe, że nie ma objawów? Przecież syfilis… – przypomniał sobie te kilka rozlatujących się, żywych trupów w ostatnim stadium choroby, które zdarzyło mu się spotkać na szlaku.

Bratomir sięgnął po jakiś worek leżący na stole, przesypał z niego do miski słuszną ilość białego proszku i odstawił na miejsce.

– Nie wiem. Każdy filozof ci powie, że jeszcze wiele nie wiemy o samych sobie, Uniegoście… dlaczego z organizmem miałoby być inaczej? – Zamieszał zawartość misy i jeszcze raz przetłukł. Potem podniósł ją i odwrócił się do swojego pacjenta. – Poza tym… to nie do końca prawda, że jej syfilis nie ma objawów. Ma, ale nie bezpośrednio.

Podszedł do Uniegosta i wcisnął mu do rąk misę. Wewnątrz pływała gęsta maź koloru jasnozielonego, swoją grudkowatą konsystencją trochę przypominała kaszę. Uniegost niechętnie wziął lekarstwo do rąk.

– Pij do końca – polecił Bratomir. – I radzę przyzwyczaić się do smaku, bo to dopiero pierwsza dawka. Będziesz je brał regularnie, póki prezent od wiedźmy z ciebie nie zejdzie – zażartował, ale już się nie zaśmiał. Widocznie wyczerpał pokłady komiczności, jakie miała w sobie przygoda Uniegosta.

Czarobij przytknął misę do ust, przechylił i zaczął pić napierającą na niego maź. Miała obrzydliwie gorzki smak, ale starał się na niego nie zważać. Przełknął całość jak najszybciej potrafił, byle tylko przestać czuć to ohydztwo. Pomogło połowicznie, bo posmak i tak został na języku.

Z wykrzywionymi ustami oddał misę Bratomirowi. Może nawet zapytałby, co to za paskudztwo, ale po głowie chodziło mu co innego.

– Jak wyglądają niebezpośrednie objawy?

– Wyjątkowo cię to interesuje, co? W sumie nie dziwię ci się. W twojej sytuacji też chciałbym się dowiedzieć – przyznał, a potem odniósł misę na stół. Oparł się tyłkiem o jego blat, splótł potężne ręce na piersi i kiwnął głową w stronę wyjścia. – Ten, co go tu ze sobą przyprowadziła…

– Jej syn, Bogumił.

– Może być Bogumił – odparł medyk, mało zainteresowany imieniem przygłupa. – Miałeś wiele okazji, żeby mu się przyjrzeć. Na pewno zauważyłeś, że nie wygląda najlepiej – stwierdził ostrożnie. Uniegost podejrzewał, że zachowawczość Bratomira wynikała z faktu, że to właśnie mu tłumaczył sprawę. W końcu czarobij też na salony się nie nadawał.

Mówiąc ostrożnie.

– Nie wspominając już o jego mózgu – kontynuował medyk. Rozplótł ręce i podparł się nimi sztywno na blacie. – No, nie będę ci kręcił: jest głupi i brzydki. Wina syfilisu. Dziedzictwo matki, która jest nim zarażona. To są twoje niebezpośrednie objawy – wyjaśnił. Później jeszcze dodał: – Ten… Bogumił… i tak miał szczęście, że na tym się skończyło.

Uniegost wciąż walczył z posmakiem po medykamencie, ale nie przeszkadzało mu to pytać dalej:

– Mogło być gorzej?

– Znacznie… zdarzały się przypadki śmiertelne.

Po tych słowach przed oczami Uniegosta, jak na zawołanie, pojawiły się jeszcze raz dziecięce mogiły w przydomowym cmentarzu Nawojki.

Czyli przez cały czas mówiła prawdę: to były jej dzieci, zmarłe w efekcie zarażenia wirusem matki. Prawdę mówili również wieśniacy, oskarżający ją o zesłanie na nich klątwy – może nie była to klątwa per se, ale niezaprzeczalnie Nawojka była źródłem choróbska, które na nich spadło. Uniegost niespecjalnie ich żałował – jeśli ją gwałcili, to dostali za to odpowiednią nagrodę.

Nagle poczuł wyjątkową lekkość na duchu. Dobrze, że jej nie zabił, ani nie pozwolił na to chłopom. Była niewinna. Przynajmniej w sprawie posądzenia o czary.

– Czyli żadna z niej wiedźma… – myśl wyrwała mu się na głos.

Bratomir od razu ją podłapał.

– Możliwe. Co prawda ostatecznie zadecyduje sąd, ale ja bym się wstrzymał z wydawaniem wyroku uniewinniającego.

Uniegost spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Przecież jeszcze przed chwilą starszy nad medykami wyłożył mu krok po kroku kilka argumentów za tym, że Nawojka wiedźmą nie jest. Skąd ta nagła niepewność?

– Czemu? – spytał od razu.

– Ten bezobjawowy syfilis… może to tylko ewenement, a może…

– Czary? – dokończył za niego.

Bratomir kiwnął potwierdzająco.

To tylko podejrzenia starego medyka – wytłumaczył się, wielce umniejszając swoje zasługi. Był medykiem, prawda, ale był też takim samym czarobijem jak Uniegost (zresztą do niedawna całkiem aktywnym) i wiedział sporo o polowaniach, wiedźmach i czarach. Może nawet więcej od swojego pacjenta. – Poza tym nawet jeśli moje podejrzenia są mylne, to twoja wiedźma nadal jest morderczą kurwą. Wiesz, ilu ludzi mogło stracić życie przez jej wirusa? Setki, może nawet tysiące. A nie uwierzę, że nie wiedziała o swojej chorobie. Mogła nie potrafić jej nazwać, mogła nie wiedzieć, co dokładnie jej dolegało, ale przez tyle lat na pewno zrozumiała, że sieje zarazę. Siała ją rozmyślnie, Uniegoście. Chciała, by ginęli ludzie. Wiesz o tym?

Uniegost opuścił wzrok na podłogę.

– Wiem – przyznał. I mówił szczere.

W końcu był jednym z tych, o których mówił starszy nad medykami.

Koniec

Komentarze

Maszkytny, opowiadania liczące ponad 80000 znaków nie wchodzą do grafiku, a to sprawia, że dyżurni nie mają obowiązku ich czytać; nie mogą też być nominowane do Piórka. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To jest mikropowieść, nie opowiadanie…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmm, co więc zrobić z tekstem, który jest za długi na opowiadanie, a za krótki na powieść? Wypuszczać w odcinkach? ;p (oczywiście mógłbym postarać się go skrócić, ale nie sądzę, żebym dał radę okroić całość do 80k znaków)

Nie, odcinki też źle. Możesz wrzucać, ale po prostu odzew będzie nikły. Fantazmaty mają nabór mikropowieści, więc jeśli zależy Ci na feedbacku, to może być jakaś opcja. Choć wysyła się tam fragment…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za cynk, pomyślę o tym – ale póki co dzielę się nim tutaj, może jakaś dzielna dusza przeczyta i podzieli się opinią. ;]

No cóż, Maszkytny, starałam się być dzielna, ale po przeczytaniu około jednej czwartej opowieści, w której nie dzieje się nic, poza tym, że Twój bohater usiłuje dowiedzieć się czegoś od chłopów, którzy go wynajęli, dzielność gdzieś się ulotniła, a ja, opuściwszy chałupę Ziemowita, postanowiłam zakończyć lekturę.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

cza­ro­bij wy­grał i to mu przy­pa­dło w udzia­le… –> …cza­ro­bij wy­grał i to jemu przy­pa­dło w udzia­le

 

Nawet tego po­ską­pił mu stwór­ca – twarzy… –> Nawet tego po­ską­pił mu Stwór­ca – twarzy

 

– Wiem – cza­ro­bij od­parł z pełną gębą… –> – Wiem.Cza­ro­bij od­parł z pełną gębą

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

(jakby nie było, baba miała na swoim su­mie­niu kilka żyć ludz­kich) –> Życie nie ma liczby mnogiej.

Proponuję: (jakby nie było, baba miała na swoim su­mie­niu kilka żywotów ludz­kich)

 

od­po­wie­dział, mie­ląc w ustach ostat­ni kęs je­dze­nia. –> Raczej: …od­po­wie­dział, przeżuwając ostat­ni kęs je­dze­nia.

 

nie­zba­da­ne są ścież­ki pana. –> …nie­zba­da­ne są ścież­ki Pana.

 

Unie­gost nie czuł się się z tym kom­for­to­wo… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ja mam na gło­wie wszyst­kie spra­wy wsi, nie tylko jedną. –> …nie tylko jedną.

Choć rozumiem, że sołtys nie musi mówić poprawnie.

 

Nigdy nie spo­tkał się ze szcze­gól­nie po­zy­tyw­ną re­ak­cją ludzi w sto­sun­ku do niegojego wy­glą­du… –> Nigdy nie spo­tkał się ze szcze­gól­nie po­zy­tyw­ną re­ak­cją ludzi w sto­sun­ku do siebieswojego wy­glą­du

 

Wieś mu­siał na­wie­dzić jakiś wirus. –> Skąd w tym świecie wiedza o wirusie?

Proponuję: Wieś musiała nawiedzić jakaś zaraza.

 

Nic nie ska­zy­wa­ło na to… –> Literówka.

 

Unie­gost wszedł do środ­ka i, śla­dem chłop­ki, prze­szedł przez kuch­nię do sy­pial­ni… –> Nie brzmi to najlepiej.

Nie bardzo chce mi się wierzyć, że w chłopskiej chacie była sypialnia.

 

Zie­mo­wit okrył się koł­drą aż pod samą szyję… –> Na wsi to raczej: Zie­mo­wit okrył się pierzyną aż pod samą szyję

 

Cał­kiem moż­li­we, że chłop zła­pał ja­kie­goś wi­ru­sa. –> ?

 

zu­peł­nie nie­za­in­te­re­so­wa­ny obec­no­ścią ta­kie­go czło­wie­ka w swoim domu.. –> Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

od cho­ro­by i cie­pła koł­dry… –> Raczej: …od cho­ro­by i cie­pła pierzyny

 

Nagle chłop przy­pod­parł się łok­cia­mi, uno­sząc ponad po­ziom ma­te­ra­ca. –> Raczej: Nagle chłop ­pod­parł się łok­cia­mi, uno­sząc ponad po­ziom siennika.

Leżąc na sienniku, chłop też znajdował się nad jego poziomem.

 

ryk­nął ła­mią­cym się gło­sem, po czym znów opadł w pie­le­sze. –> W co opadł???

Za SJP PWN: pielesze «rodzinne strony, własny dom»

 

i do­kład­nie, aż po czu­bek ra­mie­nia, na­krył pie­rzy­ną. –> Wcześniej pisałeś, że leżał pod kołdrą – kołdrapierzyna to nie to samo.

 

wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że to objaw wi­ru­sa… –> ?

 

Wy­szedł z chaty i ru­szył na ulicę… –> Ulica w wiosce?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I tak dziękuję za próbę, tym bardziej, że – jak rozumiem – to nie była dla ciebie konieczność. Co poradzę – lubię wolno prowadzić historię ;] (może za dużo klasyki, a może moja głupia cecha). Miałaś to nieszczęście (albo szczęście), że skończyłaś lekturę na moment przed tym, jak zaczynał się konkret.

Czyli przynudzam tylko odrobinę za bardzo ;].

No ale – dzięki za uwagi. Biorę sobie do serca i oczywiście poprawię w wolnej chwili.

Miałaś to nieszczęście (albo szczęście), że skończyłaś lekturę na moment przed tym, jak zaczynał się konkret.

Szkoda w takim razie, Maszkytny, że od czegoś konkretnego nie zacząłeś, od czegoś, co chwyci czytelnika i sprawi, że sam nie będzie chciał przestać czytać. A u Ciebie – nie dosyć, że opowieść stoi w miejscu, to jeszcze usterki utrudniają lekturę.

Skoro jednak zapewniasz, że po początkowej mizerii to, co treściwe dopiero będzie, być może jeszcze tu wrócę, ale nie obiecuję, że na pewno, ani że w najbliższym czasie – na razie zmagam się z Odrąbaną głową barona Feigla i cóż… łatwo nie jest. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Już się boję ;]

Sam przy powtórnym czytaniu barona nałapałem dość sporo byków (co aż zadziwiające, bo czytałem tekst przed publikacją). Aż zaczynam podejrzewać, że pojawiły się przy przeklejaniu z worda na forum (ale muszę to potwierdzić jeszcze w wordzie). Inne wytłumaczenie jest takie, że mózg już nie widzi po entym razie przebiegania przez tekst ;].

Nowa Fantastyka