- Opowiadanie: CharliseEileen - Jaźń Koziorożca - Rozdział 2: Istoty Jednej Krwi

Jaźń Koziorożca - Rozdział 2: Istoty Jednej Krwi

Oceny

Jaźń Koziorożca - Rozdział 2: Istoty Jednej Krwi

 

ROZDZIAŁ 2: ISTOTY JEDNEJ KRWI

Leżę na czarnej, skórzanej sofie w kwaterze Grosa. Drżącą z przerażenia i bólu dłonią uciskam ranę na brzuchu. Koszulkę przesiąkniętą mam własną krwią, która wciąż nie krzepnie. Pod zdrętwiałymi palcami czuję jej gorący strumień, wypływający z pulsującej rany. Jestem sama w pokoju i za wszelką cenę próbuję nie panikować. Corll poszedł po kogoś. Obiecał, że zaraz wróci.

Z każdą sekundą słabnę coraz bardziej. Biorę świszczący, niepewny wdech i zachłystuję się gęstą krwią, która zalewa mi płuca i oblepia krtań. Charczę i pluję czerwienią. Spinam mięśnie, zaciskam zęby, jednak to wcale nie pomaga. Tępy, gorący ból jest nie do wytrzymania.

W głowie kłębią mi się miliony pytań. Jak to w ogóle możliwe? Jak to się mogło stać? Jestem przecież Koziorożcem! Nigdy na własnej skórze nie doświadczyłam bólu, a nawet chwili słabości. Krew widziałam jedynie przyglądając się odległemu światu podatnych na zranienia ludzi. Dla Koziorożców niemożliwe jest odnoszenie ran! Nasze ciała wyglądają jak ludzkie, jednak to tylko pozorna forma. Przybieramy ją, by fizycznie upodobnić się do naszych Podopiecznych. Pod powłoką z ciał skrywamy zupełnie inną naturę. Nie musimy jeść ani spać. Nie czujemy zmęczenia ani niewygody. Od ludzkich istot przyjęliśmy tylko oddychanie. Niektórzy twierdzą, że dzięki tej mechanicznej czynności, jesteśmy w stanie czuć cokolwiek.

Ostry ból otacza mnie coraz mocniej rozgrzaną obręczą. Uciskam mocniej ranę drżącą ręką. Pomału zaczynam tracić też czucie w palcach obu dłoni. Niecierpliwię się i raz po raz z bezsilności klnę pod nosem, wpatrując się w zamknięte drzwi. Mam wrażenie, że nie zdołam zbyt długo utrzymać się na powierzchni świadomości i pochłonie mnie mrok. Ogarnia mnie irracjonalny strach, że już się z niego nie uwolnię, że już się nie obudzę.

Chwilę późnej do gabinetu wpadają kolejno Vigg, Sevia, Gros i Corll. Każde z nich ma na twarzy wymalowane dziwne połączenie przerażenia i obrzydzenia Przez moment wpatrują się we mnie jak zaklęci. Wodzą oczami od mojej rany na brzuchu do zbolałej twarzy i znów na zakrwawiony materiał bluzki.

Zaraz potem wszystko z powrotem przyspiesza. Sevia podbiega do mnie i upada na kolana. Zaciska mocno wargi, gdy delikatnie odsuwa moją rękę i unosi koszulkę tak, że teraz nic nie zakrywa obrażenia. Nietamowana krew spływa gęstym strumieniem po moim lewym boku i kapie leniwie na sofę. Vigg rusza za Sevią, ze srebrną miską, w której chlupocze cicho woda.

Przyjaciółka zaczyna oczyszczać ranę. Pomału i uważnie przeciera mój brzuch nasiąkniętym lodowatą wodą ręcznikiem, który szybko zabarwia się na czerwono. Staram się nie krzywić, jednak każdy, nawet najlżejszy dotyk, sprawia okropny ból. Odchylam głowę do tyłu na skórzanym oparciu i spoglądam na bladą twarz Vigg. Jej intensywnie zielone oczy są obramowane nierówno, rozmazaną czarną kredką. Sevia też nie prezentuje się najlepiej. Z jej wieczorowej fryzury nic już nie pozostało. Teraz to tylko ruda burza niesfornych loków i powplatanych gdzieniegdzie warkoczyków. Na jej lewym policzku dostrzegam smugę ciemnej szminki. Gdy płucze zakrwawiony materiał, ledwie zauważalnie drżą jej usta.

– Dlaczego tak długo was nie było? – jęczę cienkim głosem, który mnie zaskakuje. Nie sądziłam, że jestem aż tak słaba, by mówienie sprawiało mi kłopot.

– Leż i się nie odzywaj. Straciłaś bardzo dużo krwi – ucina Vigg ostrym tonem, podając Sevii kolejną gazę.

Patrzę ponad ich głowami na Grosa i Corlla. Obaj dyskutują zawzięcie szeptem, co jakiś czas spoglądając ukradkiem w moim kierunku. Udaje mi się skrzyżować spojrzenia z Grosem. Czarnoskóry, zwykle uśmiechnięty mężczyzna, marszczy brwi w niemym skupieniu i krzyżuje ramiona na piersi. Odwraca wzrok i mówi coś do Corlla, na co on jedynie zakłada sobie ręce za głowę, cały spięty. Żadne z nas nie ma pojęcia, co o tym wszystkim myśleć.

Zapada pełna napięcia cisza, którą przerywa ciche przekleństwo Sevii. Opieram się na łokciach i z trudem unoszę głowę. Niepewnie spoglądam na ranę. Widok w pierwszej chwili po prostu odrzuca. Jest paskudny. Klnę jeszcze sromotniej, niż ruda dziewczyna.

Oczyszczona skóra ukazuje drastyczny obraz. Cały mój brzuch jest brutalnie posiniaczony. Kolor lila przechodzi wolno w ciemniejszy fiolet, a ten z kolei kręgiem ciemnieje prawie do granatu tuż przy samej ranie. Rana jest spuchnięta, sina, miejscami tylko żółto-zielona, częściowo brązowa, zabarwiona przez ciemną krew. Jej poszarpane brzegi układają się w owal z prawej strony brzucha, tuż nad pępkiem.

Do sofy podchodzi Gros i Corll. Pierwszy z nich pochyla się nad obrażeniem z nieodgadnioną miną. Corll natomiast prostuje się jak struna i zaciska mocno szczęki. Zbliża się tylko o dwa kroki, a wzrok skupia na przeciwległej ścianie, jak najdalej ode mnie.

– Na razie nic więcej z tym nie róbcie. Alessa, nawet nie próbuj wstawać – decyduje Gros, zwracając się najpierw do Sevii i Vigg, a później do mnie. – Zaraz wracam. Muszę z kimś porozmawiać.

– Idziesz do Edry? – Nieoczekiwanie odzywa się Vigg, opierając się swobodnie o ścianę.

Przez chwilę Vigg i Gros patrzą sobie głęboko w oczy. Dziewczyna zaciska mocno wargi, ale nie ustępuje. Koniecznie chce wyczytać odpowiedź ze spojrzenia swojego przełożonego. W końcu Gros mruga i wyraźnie wściekły opuszcza wzrok. Udaje mu się zapanować nad złością i odwraca się do wyjścia. Na odchodnym rzuca w stronę dziewczyny:

– Dla ciebie, Vigg, ona ma na imię Edrath. Lepiej będzie, jeśli to zapamiętasz. 

Gdy zamykają się za nim drzwi, w pokoju przez chwilę panuje głucha cisza. Każdy patrzy na każdego, jednak nic nie mówi. Zerkam na Sevię. Dziewczyna otrzepuje kolana czarnych spodni i wstaje. Przygląda się uważnie Vigg, która jakby nigdy nic, nadal opiera się o ścianę. Jej asymetryczna, jasna fryzura z jednej strony odsłania twarz, z drugiej całkowicie ją zakrywa taflą niemal białych, idealnie prostych włosów poprzetykanych jasnofioletowymi pasemkami.

– Skąd wiedziałaś, kogo na myśli miał Grosger? – pyta nagle Sevia.

Vigg podnosi na nią hipnotyzujące, wyjątkowo, jak na Koziorożca, jasnozielone oczy o metalicznym błysku i prostuje się tak bardzo, że na jej odsłoniętym, bladym brzuchu pojawia się delikatny zarys żeber. Dziewczyna unosi dumnie brodę, a po jej twarzy przebiega cień uśmiechu.

– Zgadywałam.

– Zaskakująco trafnie – komentuje ruda.

Po tej krótkiej wymianie zdań obie milkną. Żadna ze stron nie zamierza nic więcej dodawać. Nigdy nie rozumiałam, co takiego powoduje wzajemną niechęć Sevii oraz Vigg. Obie niezaprzeczalnie były niezwykle inteligentne i mimo, że to Sevia była Koziorożcem Mądrości, Vigg wcale jej nie ustępowała pod tym względem. Czasem wręcz miałam wrażenie, że to Vigg bardziej nadaje się na to stanowisko, niż na Opiekuna. I, choć Sevia nie przyznałaby tego nawet przed samą sobą, chyba również czuła, że Vigg dostrzega o wiele więcej niż zwykłe Koziorożce. To właśnie było główną przyczyną ich nieporozumień o czym wtedy nie mogłam mieć jeszcze żadnego pojęcia.

Ruda dziewczyna podchodzi do mnie i siada przy sofie, a rdzawe loki skaczą wokół jej wymalowanej twarzy. Vigg natomiast krzyżuje ręce na piersiach i nieruchomieje niczym żywa statua. Przy ciemnej ścianie jej biała karnacja wydaje się być przezroczysta. Z półprzymkniętymi powiekami wygląda, jakby spała na stojąco. Jest to tylko pozorna obojętność na otaczający ją świat. Poznawszy dziewczynę lepiej, wie się doskonale, że zawsze jest niezwykle czujna. Obserwuje wszystko w tak wielkim skupieniu, iż można być pewnym, że nic jej nigdy nie umknie. W cichym towarzystwie Vigg trzeba uważać, co się robi i mówi. Ona zapamięta każdy szczegół.

W bezruchu staram się odsunąć od siebie ból i szumy w głowie. Chciałabym, żeby Gros już wrócił z nowinami. Nie spodziewam się, że jego wieści będą zawierać wyjaśnienie niedawnych zdarzeń. Są one zbyt abstrakcyjne, wręcz nierealne. Mam tylko nadzieję, że nie okaże się, że jest gorzej niż zakładam, a intuicja nie podsuwa mi zbyt kolorowych wersji.

Obok Sevii siada Corll. Ma nietęgą minę. Zaciska usta w cienką linię tak bardzo, że aż stają się sine. Wyciąga ku mnie rękę i nasze dłonie spotykają się w uścisku. Moje słabe palce splatają się z jego ciepłymi i czuję jak promieniuje od nich pulsująca energia.

Z trudem przełykam ślinę. Coś łaskocze mnie w gardło, suche jak papier ścierny. Pomału biorę świszczący wdech. Czuję jak płuca opornie unoszą moja klatkę piersiową i rozpychają żebra. Skóra pali w miejscu rany żywym ogniem.

Jęczę cicho, gdy nagły ból niemal rozsadza mi czaszkę.

Niewyraźna twarz Sevii pojawia się tuż nade mną. Dziewczyna dotyka dłonią mojego czoła. Oczy rozszerzają jej się w niemym zdziwieniu zmieszanym ze strachem. Spogląda na Corlla, który momentalnie cały się spina. Obraz przed oczami rozmywa mi się jeszcze bardziej, tak że teraz widzę jedynie kolorowe, rozedrgane plamy.

– Ona ma gorączkę… – szepcze z niedowierzaniem ruda dziewczyna.

Każdy kolejny oddech przynosi mi coraz większy ból i kosztuje coraz więcej wysiłku. Po moim ciele rozchodzą się gwałtowne dreszcze. Jestem tak osłabiona, że trącę władzę nad nogami i rękami. Tracę orientację w rzeczywistości. W jednej chwili zapominam, kim jestem. Zapominam, gdzie jestem. Nic nie widzę. Nic nie słyszę. Nic nie czuję. 

 

***

– To jej pomoże?

– Tak, działa szybko. Widzisz, już się budzi.

Mrugam powiekami zdezorientowana. Otwieram oczy i widzę Grosa i Corlla stojących nade mną. Próbuję usiąść, ale wówczas przez moje ciało przechodzi paraliżujące ukucie bólu. Opadam z powrotem na posłanie, a wtedy zaczynają do mnie docierać kolejne bodźce . Krzywię się, gdy przypominam sobie wszystko, co zamazała gorączka.

– Zaaplikowałem ci coś, co powinno pomóc zagoić ranę i uśmierzyć choć trochę ból – mówi Grosger, uśmiechając się krzepiąco.

Zerkam na brzuch, który teraz jest w całości dokładnie zabandażowany. Dotykam niepewnie skóry wokół obrażenia. Przez grubą warstwę gaz i materiału, nie czuję łaskotania palców.

– Vigg potrafi robić świetne opatrunki – stwierdza z przekonaniem Corll. W jego twarzy dostrzegam większy spokój. Mimo to, doskonale zdaję sobie sprawę, że to jedynie pozory.

Raz jeszcze próbuję usiąść. Pomału podnoszę się na łokciach, uważając na ranę. Jeszcze chwilę temu bolało mnie dosłownie wszystko, ale teraz czuję się całkiem dobrze. Tylko trochę kręci mi się w głowie, ale nic poza tym. Jestem ciekawa, co takiego podał mi Gros, że mój stan tak szybko się poprawił.

– Dostaliśmy to od samej szefowej – odzywa się Vigg. – Mamy dwadzieścia fiolek. Myślisz, Gros, że wystarczy, żeby to załatwić?

– Wystarczy, żeby co załatwić? – Marszczę brwi. Vigg znacząco spogląda na Grosa.

Przenoszę na niego wzrok, świdrując go spojrzeniem. Przyjaciel siada na sofie, tuż przy moich nogach. Od razu wiem, że cokolwiek ma zamiar powiedzieć, nie będzie to dobra wiadomość.

– Coś złego stało się z twoim Podopiecznym – zaczyna, uważnie obserwując moją reakcję.

– Wypadek samochodowy? Ktoś go napadł? Wybuchł pożar? – Pochylam się gwałtownie do przodu i czuję kłujący ból pod żebrami, którego nie zdołało stłumić lekarstwo.

W odpowiedzi Gros ze spuszczonymi ramionami kręci przecząco głową. Bezwiednie spinam wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na to, co powie.

– To nie był zwykły wypadek. Zaatakowało go coś, co nie pochodzi z jego świata.

– Nie mamy pojęcia, co to było, ani skąd się tam wzięło, ale Vigg ma pewne przypuszczenia – włącza się Sevia, która niespodziewanie pojawia się tuż obok, niczym duch.

– Według mnie, ktoś chciał ci przekazać, że od teraz, cokolwiek stanie się twojemu Podopiecznemu, przydarzy się również tobie – wyjaśnia szybko Vigg, podchodząc bliżej, by przysiąść na ramieniu sofy.

– Ale przecież więź z Podopiecznym tak nie działa. Ludzkie rany nie przenoszą się na nas. Nie mogą…– Jestem zdezorientowana i wytrącona z równowagi. Nie mogę uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam.

Koziorożec opiekujący się człowiekiem doskonale wie, kiedy jego Podopiecznemu stało się coś złego. Mimo to, nie cierpi w ten sam sposób, co ludzka istota, ponieważ fizyczny ból jest przeznaczony tylko dla śmiertelnych. W moim przypadku coś wyraźnie poszło nie tak. Patrząc na moje obrażenia, jasno można stwierdzić, że doznałam identycznych ran, co mój Podopieczny i cierpię w ten sam sposób. Jesteśmy teraz połączeniem dwóch ciał w jedno i wcale mi się to nie podoba.

– Najwyraźniej to, co zaatakowało twojego Podopiecznego wiedziało, że zrani również ciebie – kontynuuje Gros. – Co ważniejsze, nie wiemy, co jest kolejnym celem naszego nieznajomego. Zgodzisz się chyba, że mało prawdopodobne jest to, że atak był tylko jednorazowym incydentem. Musimy spodziewać się jego kolejnych kroków. Kto wie, co zrobi następnym razem. 

– Mamy mało czasu.

Spoglądam na niewielką szkatułkę na metalowym biurku Grosgera, w której zapewne znajdują się fiolki z lekarstwem. Zamykam oczy i wtedy przypominam sobie ból ogarniający całe moje ciało. Teraz jest uśpiony i leniwy, ale niedługo znów zaatakuje, gdy w moim organizmie nie będzie ani kropli tego, co trzyma go w ryzach.

– Co więc robimy? – pytam, nie odwracając wzroku od pudełka.

– Edrath chce się z tobą spotkać – oświadcza Gros. 

Z trudem przełykam ślinę. Legendarna Edrath. Pierwsza Przemieniona. 

C.Eileen

Koniec

Komentarze

CharliseEileen, skoro to tylko rozdział drugi, a nie skończone opowiadanie, bądź uprzejma zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeśli chodzi o sam fragment – całkiem zgrabny, wciągający, chciałoby się wiedzieć, co będzie dalej. Ogółem: czytało się dobrze. Jeśli miałbym się tutaj do czegoś przyczepić, to tylko do nadmiaru bohaterów w jednej scenie – napchałaś ich tyle, że czasem trudno się połapać co, kto, gdzie i jak. ;]

Poniżej kilka uwag i błędów, które udało mi się wyłapać.

 

Pod zdrętwiałymi palcami czuję jej gorący strumień, wypływający z pulsującej rany. →  Doprecyzowanie niepotrzebne. IMO akapit lepiej by brzmiał bez niego.

 

Jestem sama w pokoju i za wszelką cenę próbuję nie panikować. Corll poszedł po kogoś. Obiecał, że zaraz wróci. → Nie lepiej od nowego akapitu?

 

Nigdy na własnej skórze nie doświadczyłam bólu, a nawet chwili słabości. → Nigdy na własnej skórze nie doświadczyłam bólu, ani nawet…

 

Pod powłoką z ciał skrywamy zupełnie inną naturę. Nie musimy jeść ani spać. Nie czujemy zmęczenia ani niewygody. → Rozważyłbym zrobienie z tego jednego zdania, ale to tylko moja uwaga.

 

Od ludzkich istot przyjęliśmy tylko oddychanie. → Nie znam świata przedstawionego, ale nie powinno być: przejęliśmy tylko oddychanie?

 

Niektórzy twierdzą, że dzięki tej mechanicznej czynności, jesteśmy w stanie czuć cokolwiek. → Niepotrzebny przecinek.

 

Pomału zaczynam tracić też czucie w palcach obu dłoni. → Zbędne też.

 

Niecierpliwię się i raz po raz z bezsilności klnę pod nosem, wpatrując się w zamknięte drzwi. Mam wrażenie, że nie zdołam zbyt długo utrzymać się na powierzchni świadomości i pochłonie mnie mrok. Ogarnia mnie irracjonalny strach, że już się z niego nie uwolnię, że już się nie obudzę. → Strasznie dużo się, jak na trzy zdania.

 

Każde z nich ma na twarzy wymalowane dziwne połączenie przerażenia i obrzydzenia Przez moment… → Brak kropki.

 

Zaraz potem wszystko z powrotem przyspiesza. – Brzydkie zdanie, za dużo słów odnoszących się do czasu. Może:  Potem wszystko znów przyspiesza. albo: I wszystko z powrotem przyspiesza.

 

Zaciska mocno wargi, gdy delikatnie odsuwa moją rękę i unosi koszulkę tak, że teraz nic nie zakrywa obrażenia– Niby nie błąd, a jednak brzmi jakoś tak… dziwnie.

 

Jej intensywnie zielone oczy są obramowane nierówno, rozmazaną czarną kredką. – Przecinek zbędny lub w złym miejscu. Może: Jej intensywnie zielone oczy są nierówno obramowane rozmazaną, czarną kredką.

 

Widok w pierwszej chwili po prostu odrzuca. Jest paskudny. – Rozważyłbym zrobienie z tego jednego zdania.

 

Rana jest spuchnięta, sina, miejscami tylko żółto-zielona, częściowo brązowa, zabarwiona przez ciemną krew. – Można się pogubić w tym zdaniu. Rozdzieliłbym je, np. spójnikiem “i”: …żółto-zielona i częściowo brązowa…

 

Każdy patrzy na każdego, jednak nic nie mówi. – Zabrakło mi tu nikt: …jednak nikt nic nie mówi.

 

Gdy zamykają się za nim drzwi, w pokoju przez chwilę panuje głucha cisza. Każdy patrzy na każdego, jednak nic nie mówi. Zerkam na Sevię. Dziewczyna otrzepuje kolana czarnych spodni i wstaje. Przygląda się uważnie Vigg, która jakby nigdy nic, nadal opiera się o ścianę. Jej asymetryczna, jasna fryzura z jednej strony odsłania twarz, z drugiej całkowicie ją zakrywa taflą niemal białych, idealnie prostych włosów poprzetykanych jasnofioletowymi pasemkami. – Wg mnie można by z tego zrobić trzy akapity:

…jednak nic nie mówi.

Zerkam na Sevię.

Dziewczyna otrzepuje kolana…

W kilku miejscach w tekście miałem podobne wrażenie.

 

To właśnie było główną przyczyną ich nieporozumień o czym wtedy nie mogłam mieć jeszcze żadnego pojęcia. – brak przecinka przed o.

 

Przy ciemnej ścianie jej biała karnacja wydaje się być przezroczysta. – Znaczy się, widać jej wnętrzności? ;] (Zrozumiałem zamiar, ale taka była moja pierwsza myśl, więc wypunktowuję).

 

Z półprzymkniętymi powiekami wygląda, jakby spała na stojąco. Jest to tylko pozorna obojętność na otaczający ją świat. – Źle to brzmi, połączyłbym te zdania, np przy pomocy ale.

 

Chciałabym, żeby Gros już wrócił z nowinami. Nie spodziewam się, że jego wieści będą zawierać wyjaśnienie niedawnych zdarzeń. – To samo, połączyłbym za pomocą choć.

 

Mam tylko nadzieję, że nie okaże się, że jest gorzej niż zakładam, a intuicja nie podsuwa mi zbyt kolorowych wersji. – Wypomnę tak jak i mnie wypominano: wersji czego?

 

Moje słabe palce splatają się z jego ciepłymi i czuję jak promieniuje od nich pulsująca energia. – Widziałbym przecinek po czuję.

 

Jestem tak osłabiona, że trącę władzę nad nogami i rękami. – Chyba miało być tracę.

 

– Tak, działa szybko. Widzisz, już się budzi. – A nie lepiej: Widzisz? Już się budzi.

 

Próbuję usiąść, ale wówczas przez moje ciało przechodzi paraliżujące ukucie bólu. – …ukłucie bólu.

 

Padam z powrotem na posłanie, a wtedy zaczynają do mnie docierać kolejne bodźce . – Zbędne a. A może nawet IMO zbędne wtedy. Poza tym zbędna spacja przed kropką.

 

Zerkam na brzuch, który teraz jest w całości dokładnie zabandażowany. – Wybrałbym jedno z dwóch, razem nie brzmią za dobrze.

 

Przez grubą warstwę gaz i materiału, nie czuję łaskotania palców. – Zbędny przecinek.

 

Tylko trochę kręci mi się w głowie, ale nic poza tym. – Zbędne tylko, bez brzmiałoby lepiej.

 

Musimy spodziewać się jego kolejnych kroków. – Jakoś brzmi mi to sztucznie, może po prostu: Musimy spodziewać się kolejnych.

 

Tyle rzuciło mi się w oczy. Pozdrawiam, a skoro to fragment, to życzę powodzenia w dalszym pisaniu! ;]

 

Maszkytny, od razu poprawiam te błędy, dziękuję ślicznie! :) 

Nowa Fantastyka