- Opowiadanie: Nevaz - Ostatnia Wymiana

Ostatnia Wymiana

Miejsce akcji: Korea (Kró­le­stwo Jo­se­on)

Czas akcji: XIX wiek

 

Dziękuję Teyami i Fajromowi za czujne oczy i dobre uwagi.

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ostatnia Wymiana

I

Po­ra­nek był cichy i chłod­ny. Ga­łę­zie drzew po­ru­sza­ły się bez­dź­więcz­nie pod do­ty­kiem wia­tru. Męż­czyź­ni w gru­bych, bia­łych sza­tach stali wokół głę­bo­kie­go dołu peł­ne­go za­ostrzo­nych pali. Tuż obok ster­ta ga­łę­zi roz­ta­cza­ła gęsty za­pach so­śni­ny. Mały Seung-uk trzy­mał się tuż za ple­ca­mi ojca, oto­czo­ne­go przez in­nych mę­skich krew­nych. Rozcie­ra­li zmar­z­nię­te dło­nie i prze­stę­po­wa­li z nogi na nogę. Sza­man mówił, że muszą przyjść o brza­sku.

Wczo­raj cały wie­czór pra­co­wa­li nad przy­go­to­wa­niem pu­łap­ki. Za­har­to­wa­ni na roli i na­wy­kli do cięż­kiej pracy, nie mogli po­wstrzy­mać sark­nięć z nie­za­do­wo­le­nia prze­sy­pu­jąc twar­de grudy ziemi. Żaden nie sprze­ci­wił­by się gło­so­wi sę­dzi­we­go wuja My­eong-una, choć­by kazał im prze­le­wać wia­dra­mi wodę z morza z jed­nej stro­ny pół­wy­spu na drugą. Po­słu­szeń­stwo wy­mo­gła na nich śnież­na biel jego brody, a bar­dziej jesz­cze czer­wień wię­zów krwi. Żaden nie po­wąt­pie­wał też w moc baksu – sza­ma­na… Po­nu­ry prze­wod­nik do świa­ta du­chów bu­dził lęk i ostroż­ny sza­cu­nek. 

Obec­ny po­mysł był jed­nak sza­lo­ny, cał­ko­wi­cie sza­lo­ny. Chyba że to duchy prze­ko­na­ne ta­jem­ną mocą ob­rzę­dów same uchwy­cą be­stię za kark i cisną w śmier­cio­no­śną cze­luść. Dla­cze­go po­twór miał­by nad­cią­gnąć wła­śnie tą, aku­rat tą ścież­ką? Nie ro­zu­mie­li. A może ceną za klucz do bram in­ne­go świa­ta jest wła­śnie sza­leń­stwo?

Sza­man nad­szedł w ciszy. Wie­dzio­ny za rękę przez sługę, ma­łe­go chłop­ca. Baksu prze­su­wał głową w po­wie­trzu, jakby mie­rzył zgro­ma­dzo­nych spoj­rze­niem. Prze­wod­nik do świa­ta du­chów był ślep­cem. Skie­ro­wał twarz w stro­nę męż­czyzn, lecz jeśli umiał któ­re­goś z nich do­strzec, to nie cie­le­sny­mi oczy­ma. A jed­nak utkwił swoje ja­ło­we źre­ni­ce wła­śnie w Seung-uku. Nie­na­tu­ral­nie pro­sta broda sza­ma­na, niby gęste kolce czar­ne­go je­żow­ca, po­ru­szy­ła się przy nie­zbyt życz­li­wym uśmie­chu.

Seung-uk po­czuł wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­ny nie­po­kój. Uwaga ze stro­ny tego ob­ce­go, dziw­ne­go czło­wie­ka pa­rzy­ła go ni­czym pręt wy­cią­gnię­ty z roz­ża­rzo­ne­go pieca. Nie­po­trzeb­nie dał się zwieść cie­ka­wo­ści, która ka­za­ła mu ru­szyć z wio­ski w ślad za ojcem. Cie­ka­wość na­po­tka­ła zimne oczy, od któ­rych ro­bi­ło się go­rą­co, aż na po­licz­ki wy­cho­dzi­ły ru­mień­ce. A jesz­cze bar­dziej nie spodo­bał mu się głos ob­ce­go. Mówił nie­wy­raź­nie, zaś wiele spo­śród słów, które dało się zro­zu­mieć, mały Seung-uk sły­szał pierw­szy raz.

– Teraz sta­ro­żyt­ne za­klę­cie z gro­bow­ca kró­lów Silla! Za­kryj­cie le­piej uszy, pro­ści lu­dzie! Albo nie, jeśli nie chce­cie, nie za­kry­waj­cie! – Sza­man ro­ze­śmiał się neu­ro­tycz­nie.

Jego chło­piec nawet nie mru­gnął ocza­mi. Niby ku­kieł­ka po­zo­sta­wio­na samej sobie opu­ścił ręce, gdy baksu roz­po­czął ta­niec azja­tyc­kie­go niedź­wie­dzia. Cie­ka­we, czy wpad­nie do dołu – po­my­ślał bez­re­flek­syj­nie Seung-uk. Tań­co­wi to­wa­rzy­szy­ło mam­ro­ta­nie ma­gicz­nych wy­ra­zów, po­wta­rza­ją­cych się w zmien­nym ryt­mie. Po chwi­li sza­man wy­cią­gnął zza pasa drew­nia­ną pa­łecz­kę i za­czął ma­chać nią w róż­nych kie­run­kach.

– Do­brze! Bar­dzo do­brze! – oznaj­mił nagle, prze­ry­wa­jąc ta­niec gło­śnym tup­nię­ciem. – Teraz po­daj­cie mi soju.

Oj­ciec Seung-uka szyb­ko na­peł­nił gli­nia­ną czar­kę moc­nym trun­kiem i podał ją sza­ma­no­wi. Czar­no­bro­dy wypił, sior­biąc gło­śno. Roz­bił naczynie. Kilka razy ude­rzył pa­łecz­ką w zie­mię a potem mruk­nął:

– Teraz za­pal­cie zioła.

Ich ko­bie­ty cały po­przed­ni dzień cier­pli­wie zbie­ra­ły ro­śli­ny wska­za­ne przez sza­ma­na. Seung-uk po­czuł, jak od ostre­go dymu chce mu się kasz­leć, i zmru­żył oczy. Zląkł się, że jeśli nie za­pa­nu­je nad od­ru­chem, to bę­dzie wiel­ki wstyd, że oj­ciec ob­ró­ci się na niego z gnie­wem. Z tru­dem prze­łknął więc ślinę i za­ci­snął piąst­ki. Pa­trzył na swo­je­go ró­wie­śni­ka u boku sza­ma­na. Tam­ten chło­piec wciąż był spo­koj­ny jak posąg. Ko­ły­sał się tylko po­wo­li na sto­pach, jak gdyby się nu­dził. Jego mistrz krzyk­nął nagle:

– Teraz przy­kryj­cie dół so­sno­wy­mi ga­łę­zia­mi, przy­kryj­cie go szyb­ko – i za­in­to­no­wał nową pieśń z sylab, słów i po­mru­ków.

Seung-uk po­wiódł spoj­rze­niem po ob­li­czach męż­czyzn ze swo­jej ro­dzi­ny. Czy kie­dy­kol­wiek wi­dział ich twa­rze rów­nie po­waż­ny­mi? Jeśli tak, nie mógł sobie przy­po­mnieć.

 

II

Seung-uk nie był już mło­ko­sem. Czas wy­dłu­żył jego kości i ob­da­ro­wał go doj­rzal­szym licem. Nogi już nie chło­pię­ce, a mę­skie, prze­mie­rza­ły wy­bo­iste trak­ty jo­se­oń­skiej pro­win­cji. Na ple­cach po­brzę­ki­wał ła­du­nek to­wa­rów. Seung-uk trud­nił się han­dlem. Gros jego ku­piec­kich dóbr sta­no­wi­ły przed­mio­ty co­dzien­ne­go użyt­ku sprze­da­wa­ne śred­nio­za­moż­nym chło­pom. Łyżki, miski, szka­tuł­ki i roz­ma­ite szpar­ga­ły. Nie­raz han­dlo­wał też sznu­ra­mi z gru­be­go pa­pie­ru i peł­nym ży­cio­daj­nej ener­gii czer­wo­nym żeń-sze­niem.

Bo­gac­twa nie zdo­był, ale praca po­wo­li przy­no­si­ła owoce. Oże­nił się z ładną i pra­co­wi­tą dziew­czy­ną. Cie­ka­we, czy brzuch dużo jej urósł od ostat­niej pełni… Tak, Seung-uk wkrót­ce miał zo­stać ojcem.

Tym­cza­sem spoj­rzał na krętą ścież­kę nik­ną­cą za po­bli­skim wzgó­rzem. Mu­siał chwi­lę od­po­cząć. Przy­siadł na przy­droż­nym ka­mie­niu, zdjął cy­lin­drycz­ny, bam­bu­so­wy ka­pe­lusz i oswo­bo­dził plecy od cię­ża­ru. Roz­ko­szu­jąc się chwi­lą, wy­cią­gnął długą i wąską fa­jecz­kę, nabił ty­to­niem i bez­tro­sko za­pa­lił. Ziew­nął le­ni­wie. Im dłuż­szy od­po­czy­nek, tym trud­niej potem po­now­nie ze­brać się do mar­szu. Tylko jak to wy­tłu­ma­czyć nogom, które bła­ga­ją o odro­bi­nę prze­rwy?

Na mo­ment za­mknął oczy. Gdy je otwo­rzył, zdało mu się, że do­strze­ga po­ru­sze­nie mię­dzy za­ro­śla­mi na szczy­cie wzgó­rza. Oczy muszę mieć już zmę­czo­ne – wes­tchnął w duchu. Po chwi­li znów uj­rzał coś po­śród ciem­nych ga­łę­zi – tym razem nie tylko po­ru­sze­nie, a cie­le­sną formę. A potem, już na ścież­ce, kształt prze­miesz­cza­ją­cy się po­wo­li i do­stoj­nie, nie­ustę­pli­wie cią­gną­cy ku niemu. Prze­ra­żo­ny Seung-uk spoj­rzał za sie­bie. Za ple­ca­mi nie­rów­na droga bie­gła pod górę zyg­za­kiem. Uciecz­ka w tamtą stro­nę by­ła­by pewną śmier­cią. Z bólem po­rzu­cił to­wa­ry, ale wie­dzio­ny wolą prze­trwa­nia rzu­cił się pędem w bok. Do­padł pnia roz­ło­ży­ste­go kasz­ta­now­ca chiń­skie­go i zwin­nie wspiął się ku wierz­choł­ko­wi jego ko­ro­ny. Strasz­li­wy prze­śla­dow­ca nawet nie przy­śpie­szył kroku. Za­trzy­mał się przy bam­bu­so­wym ka­pe­lu­szu, po­wą­chał i od­trą­cił go da­le­ko. Sta­nął u pod­nó­ża kasz­ta­now­ca, wy­cze­ku­jąc.

Ści­ska­jąc drze­wo mocno, aż za­bo­la­ły mię­śnie, Seung-uk opu­ścił wzrok. U stóp drze­wa stał ty­grys. Oprócz za­gad­ko­wej bia­łej pręgi na grzbie­cie bie­gną­cej od karku aż po kraj ogona stwo­rze­nie wy­glą­da­ło do­kład­nie tak, jak ucie­ki­nier wy­obra­żał je sobie, wspo­mi­na­jąc tanie ry­ci­ny, opo­wia­da­nia szep­ta­ne przy ogni­sku i futra w ku­frach za­moż­nych kup­ców. Do­kład­nie tak, lecz o wiele, wiele strasz­niej. Zwierz otwo­rzył pasz­czę i bły­snął rzę­dem wiel­kich bia­łych szty­le­tów. Wbrew temu, co Seung-uk mógł sobie wy­obra­żać o mowie ty­gry­sów, dra­pież­nik prze­mó­wił po ko­re­ań­sku:

– Złaź z drze­wa, nędz­ni­ku! – Głos be­stii za­sko­czył go, tak był nie­ludz­ki, niski i chra­pli­wy. Przede wszyst­kim za­sko­czy­ło go jed­nak to, że wiel­ki kot jed­nak mówi w ludz­kim ję­zy­ku. A więc to duch w ciele ty­gry­sa! Boski po­sła­niec!

Ucie­ki­nier od­krzyk­nął ku ko­rze­niom kasz­ta­now­ca:

– O prę­go­wa­ny mi­strzu! Zło­ży­łem dziś rano ofia­rę w przy­droż­nej ka­plicz­ce du­chów tej ziemi! Klnę się na wszyst­kich bogów, że to praw­da. Przyj­mij ode mnie jesz­cze w darze ko­rzeń żeń-sze­nia. – Seung-uk prze­łknął ślinę i dodał nie­chęt­nie: – Weź cały mój do­by­tek! Tylko nie od­bie­raj mi życia, mam w domu żonę przy na­dziei!

– Złaź, po­wie­dzia­łem. – Ty­grys nie dał się prze­ko­nać szczo­drą ofer­tą mło­de­go kupca. Ryk­nął gniew­nie, znie­cier­pli­wio­ny. Tym razem strach tak ści­snął czło­wie­ko­wi gar­dło, że nie mógł nawet prze­łknąć śliny, nie mó­wiąc o wydobyciu głosu.

– W takim razie… – sap­nął gniew­nie ty­grys i wsparł­szy się na tyl­nych ła­pach, objął pień, wbi­ja­jąc się w niego pa­zu­ra­mi. Po­trzą­snął z taką siłą, że koń­czy­ny Seung-uka po­ra­nio­ne bo­le­śnie korą po­luź­ni­ły uścisk, a w końcu zu­peł­nie pu­ści­ły. Zie­mia w zde­rze­niu z ple­ca­mi oka­za­ła się wy­jąt­ko­wo twar­da i nie­przy­jem­na. Jesz­cze mniej przy­jem­ny był widok ty­gry­sie­go pyska – wiel­kich czar­nych warg, po­ru­sza­ją­cych się noz­drzy i ja­do­wi­cie żół­tych oczu wiel­kie­go kota. Ty­grys oznaj­mił, po­wol­nie ar­ty­ku­łu­jąc:

– Nawet małpa może spaść z drze­wa. To było nie­sa­mo­wi­cie głu­pie, czło­wie­ku, cho­wać się przed ty­gry­sem jak ptak, na ga­łę­zi. Mo­głem ścią­gnąć cię z góry za kark jak nie­sfor­ne kocię. Wo­la­łem jed­nak, żebyś sam do mnie przy­szedł. – Dra­pież­nik po­dra­pał zie­mię pa­zu­ra­mi i dodał: – Masz fajkę? Czuję, że masz przy sobie tytoń. – Ty­gry­sie noz­drza roz­war­ły się sze­ro­ko.

– Tak… Mam… – jęk­nął prze­stra­szo­ny Seung-uk, nie ru­sza­jąc się z ziemi.

– To daj mi za­pa­lić! – wark­nął wiel­ki kot. – Kto wy­cho­wał czło­wie­ka tak po­zba­wio­ne­go ma­nier?

Ku­piec miał wła­sne zda­nie na temat oby­cza­jów nowo po­zna­ne­go ty­gry­sa, za­cho­wał je jed­nak dla sie­bie. Wyjął fajkę i nabił ty­to­niem. Nie bar­dzo wie­dząc, co dalej zro­bić, wsu­nął ją dra­pież­ni­ko­wi do pyska i za­pa­lił. Zwierz za­śmiał się tro­chę jak demon, a tro­chę jak kot.

– Nie my­śla­łeś, że czeka cię dzień, kiedy ty­grys za­pa­li na twoich oczach, czło­wiecz­ku, czyż nie? – W isto­cie, od ma­łe­go, gdy Seung-uk sły­szał kogoś opo­wia­da­ją­ce­go nie­praw­do­po­dob­ne hi­sto­rie, star­si za­wsze reagowali na nie mrucząc z politowaniem: to było wtedy, gdy ty­gry­sy zwy­kły palić. Rze­czy­wi­stość po­wo­li przy­bie­ra­ła senny wy­miar, bo be­stia wła­śnie wy­dmuch­nę­ła spo­mię­dzy kłów wą­skie ob­łocz­ki pach­ną­ce pa­lo­nym ty­to­niem. Na nie­szczę­ście mło­de­go kupca typ snu był ra­czej kosz­mar­ny.

Ty­grys jed­nak nieco się uspo­ko­ił, lekko po­trzą­sa­jąc fajką i wcią­ga­jąc ko­lej­ne por­cje dymu. Zbli­żył się o kilka kro­ków do Seung-Uka, wciąż le­żą­ce­go na ple­cach jak bez­bron­na zdo­bycz. Czło­wiek za­sło­nił twarz ręką, nie mogąc pa­trzeć, co bę­dzie dalej. Wiel­ki kot, gło­sem wciąż chra­pli­wym i jesz­cze mniej wy­raź­nym za spra­wą fajki w pysku, po­uczył go:

– Nie pró­buj dło­nią za­sła­niać nieba. Nawet osa­czo­ny przez ty­gry­sa mo­żesz prze­trwać, jeśli za­cho­wasz spo­koj­ny umysł. – Wargi zwie­rza wy­krzy­wi­ły się, two­rząc coś w ro­dza­ju uśmie­chu.

– Widzę, żeś bar­dzo bie­gły w przy­sło­wiach, mi­strzu. Po­wiedz, czy je­steś wy­słań­cem Ducha Gór? Nie czyń mi krzyw­dy. Na­praw­dę żad­ne­mu bogu nigdy w ni­czym nie uchy­bi­łem!

– Nie je­stem ni­czy­im wy­słań­cem – za­prze­czył ty­grys. – Za to za­bi­ję cię i pożrę, jeśli nie zro­bisz tego, co ci zaraz roz­ka­żę.

 

III

Ty­grys do­brze przed­sta­wił mu drogę do do­mo­stwa i wier­nie opi­sał miej­sce, do którego Seung-uk mu­siał się udać. Wej­ścia w isto­cie strze­gły dwa wy­rzeź­bio­ne z drew­na ha­echi; jed­no­ro­gie, łu­sko­wa­te stwo­rze­nia, na wpół lwy, na wpół psy. Młody ku­piec po­czuł się dziw­nie nie­swo­jo, prze­cho­dząc po­mię­dzy nimi, jakby ich ma­gicz­na aura prze­szy­wa­ła jego naj­głęb­sze myśli. Czy w tam­tej chwi­li coś mogło spra­wić, by po­czuł się jesz­cze dziw­niej?

Może to tylko emo­cje zwią­za­ne z prze­stę­po­wa­niem progu cu­dze­go domu. Był go­ściem, któ­re­go nikt nie za­pra­szał. Nawet strach przed ty­gry­sem, pier­wot­ny strach ofia­ry przed dra­pież­ni­kiem, ustą­pił po­czu­ciu nie­pew­no­ści. Głę­bo­kie­mu pra­gnie­niu, żeby srogi oj­ciec lub su­ro­wa matka po­trzą­snę­li jego głową i wy­bu­dzi­li z ty­gry­sich ma­ja­ków, tak jak bu­dzi­li go za­wsze z kosz­mar­nych snów. Tym­cza­sem ha­echi, su­ro­wi straż­ni­cy ze świa­ta le­gend, nie roz­war­li drew­nia­nych paszcz, nie pod­nie­śli wy­stru­ga­nych łap w obro­nie do­mo­we­go miru. Nie za­bro­ni­li mu wejść.

Seung-uk w wy­uczo­nym od­ru­chu mo­men­tal­nie ścią­gnął san­da­ły. We­wnątrz pa­no­wał pół­mrok. Prę­go­wa­ny dra­pież­nik wy­wiesz­czył, że w środ­ku kra­marz znaj­dzie starą, śpią­cą ko­bie­tę. W pierw­szej chwi­li jej nie do­strzegł, lecz w isto­cie sie­dzia­ła na pod­ło­dze, opar­ta ple­ca­mi o ścia­nę. Oczy miała za­mknię­te, uszla­chet­nio­na nie­zli­czo­ny­mi zmarszcz­ka­mi twarz na swój spo­sób przy­po­mi­na­ła pierw­szą pracę sny­ce­rza, któ­re­mu bar­dzo trzę­sła się ręka. Zmę­czo­na ży­ciem pierś po­ru­sza­ła się mia­ro­wo, po­wo­li.

Seung-uk cicho prze­su­wał stopy po wy­ście­ła­nej gru­bym pa­pie­rem gli­nia­nej pod­ło­dze, by nie prze­rwać pia­stun­ce od­po­czyn­ku. W na­stęp­nej izbie, zgod­nie z wizją ty­gry­sa, od­na­lazł malca. Ber­beć leżał na po­sła­niu z mat, rów­nież spał spo­koj­nie. Jego ciała nie chro­ni­ła żadna odzież, jedną je­dy­ną rze­czą, w którą go przy­odzia­no, był amu­let przy­twier­dzo­ny do sznur­ka wokół szyi. Wy­ko­na­ny z bar­wio­ne­go na czer­wo­no drew­na, wy­obra­żał twarz lu­do­we­go de­mo­na z sze­ro­ko roz­war­tą pasz­czą. Miał od­stra­szać te praw­dzi­we, czy­ha­ją­ce na życie bez­bron­ne­go dziec­ka.

Seung-uk nie był de­mo­nem. Nie mógł wy­cią­gnąć dłoni po nie­win­ne życie.

Musi ist­nieć jakiś spo­sób, żeby prze­chy­trzyć okru­cień­stwo ty­gry­sa. Brzuch żony jak księ­życ w pełni po­wra­cał w my­ślach i prze­sła­niał sobą świe­że wspo­mnie­nie kłów i żół­tych śle­piów. Małe śnia­de rącz­ki były tu i teraz, ści­ska­jąc serce Seung-uka moc­niej niż dreszcz wy­wo­ła­ny w mózgu sko­ja­rze­niem z gru­by­mi ła­pa­mi dra­pież­ni­ka uzbro­jo­ny­mi w za­ostrzo­ne pa­zu­ry. Roz­bi­ty i udrę­czo­ny wes­tchnął na tyle gło­śno, że prze­bu­dził śpią­ce­go. Dziec­ko otwo­rzy­ło oczy. Usta Seung-uka otwar­ły się sze­ro­ko w wy­ra­zie zdzi­wie­nia.

Ani jako cie­kaw­ski pod­ro­stek, ani jako wę­drow­ny ku­piec, ani nawet w naj­dziw­niej­szych snach nie wi­dział cze­goś po­dob­ne­go. Oczy jego nie­do­szłej ofia­ry po­zba­wio­ne były pięk­ne­go brą­zo­we­go ko­lo­ru, tak wła­ści­we­go wszyst­kim miesz­kań­com kra­iny roz­cią­ga­ją­cej się od chłod­nych wód rzeki Amnok aż po gór­skie szczy­ty i wo­do­spa­dy wyspy Cze­dżu. Tę­czów­ki malca po­ły­ski­wa­ły barwą chiń­skie­go ne­fry­tu, ko­lo­rem nie­śmier­tel­no­ści. Dziec­ko wy­krzy­wi­ło buzię w gry­ma­sie, zbie­ra­jąc w małym gar­dle wy­so­ki okrzyk stra­chu. Seung-uk nie cze­kał. Wy­biegł z do­mo­stwa i już tam nie po­wró­cił. Nigdy nie za­po­mniał o groź­bie ty­gry­sa ani o zie­lo­nych oczach malca z czer­wo­nym de­mo­nem na szyi.

 

IV

Sza­man po­ja­wił się na targu jak zjawa. Nagle, ni­czym nie­przy­jem­ne wspo­mnie­nie, na wpół za­po­mnia­ny, w pełni nie­zro­zu­mia­ny strach z dzie­ciń­stwa. Jego broda nie była już czar­na, przy­bra­ła kolor sza­re­go po­pio­łu z pa­le­ni­ska, barwę mą­dro­ści. Po­ja­wił się aku­rat tego dnia, aku­rat w tym miej­scu. Seung-uk na żad­nym tar­go­wi­sku nigdy go wcze­śniej nie wi­dział. Spo­tkał go po­now­nie do­pie­ro teraz, po­śród han­dla­rzy, choć sam nie był już wę­drow­nym kup­cem. Od spo­tka­nia z ty­gry­sem nie ze­brał już w sobie od­wa­gi, by wy­ru­szyć na trakt i wy­uczył się garn­car­skie­go rze­mio­sła. Chciał czuć, że trzy­ma swój los we wła­snych rę­kach i że prze­zna­cze­nie da się ugnia­tać jak glinę.

Z sza­ma­nem znów był chło­pak. Mil­czą­cy. Czy ten sam, co przed laty? Na pewno star­szy niż malec spo­tka­ny nad pu­łap­ką wów­czas, ale czy jego wiek się zga­dzał? Nie spo­sób było od­gad­nąć. W Korei nie brak ciem­no­wło­sych, ciem­no­okich i śnia­do­skó­rych mło­dzień­ców. Nie­chęć ku spo­tka­niu szyb­ko zresz­tą zwy­cię­ży­ła cie­ka­wość i Seung-uk po­czął dys­kret­nie od­da­lać się, nim ta­jem­ni­cze zmy­sły baksu dadzą o sobie znać. Za późno. Śle­piec, choć nie mógł po­słu­żyć się oczy­ma, do­strzegł go i za­wo­łał zu­peł­nie nie­dy­skret­nie:

– Boisz się. Ale boisz się nie tego, co trze­ba! Pa­mię­taj o ścież­ce, po któ­rej kro­czył twój oj­ciec!

Na te słowa skon­ster­no­wa­ny Seung-uk nie mógł nic od­po­wie­dzieć, pod­biegł tylko do sza­ma­na i jego po­moc­ni­ka i syk­nął:

– Ci­szej, mi­strzu! – A potem, za­wa­haw­szy się, dodał: – Nie ro­zu­miem, o czym mó­wisz.

– Nie oszu­kasz tego, który widzi ocza­mi duszy – oznaj­mił po­waż­nie sza­man, a potem wyjął z zanadrza bu­tel­kę an­doń­skie­go soju i ob­fi­cie po­kro­pił nim by­łe­go kupca. Seung-uk na­stro­szył się jak kot wrzu­co­ny do wody i wark­nął nie­za­do­wo­lo­ny:

– Mi­strzu, co to ma zna­czyć?

– Le­piej przy­wyk­nij do tego za­pa­chu, Seung-uku. – Sza­man zwró­cił się doń po imie­niu, bez­po­śred­nio, jak mę­drzec do ucznia. – Ty­grys brzy­dzi się pi­ja­nym czło­wie­kiem – dodał tonem na­uczy­cie­la. – Tam gdzie jest za­pach go­rzał­ki, wiel­ki kot nie po­ło­ży łapy z ocho­tą.

– Ci­szej! Na bogów, nie wy­ma­wiaj tak gło­śno imie­nia be­stii!

Seung-uk nie zno­sił, gdy ktoś wy­ma­wiał to słowo. Za dnia za­bra­niał sobie my­śleć o nim. No­ca­mi nie mógł po­wstrzy­mać snów. Śnił o ty­gry­sie. O jego wiel­kim, złym pysku. Bu­dził się z mo­krym czo­łem i su­cho­ścią w gar­dle, szu­ka­jąc w ciem­no­ści dwóch zło­wro­gich, żół­tych świa­teł. Czy zła­mał przy­się­gę, nie speł­nia­jąc jego roz­ka­zu? Czy w ogóle coś mu przy­się­gał? Strach za­wład­nął wów­czas jego umy­słem, myśli ude­rza­ły o sie­bie jak fale wody roz­trza­sku­ją­ce się na kli­fach Ta­ejong­dae przy bu­sań­skim por­cie.

Dzień spo­tka­nia z sza­ma­nem minął, ale Seung-uk nie mógł już znieść bez­czyn­no­ści. Od­na­lazł w wio­sce rzeź­bia­rza i ukło­niw­szy się przed nim głę­bo­ko, po­pro­sił o wy­ko­na­nie straż­ni­czych rzeźb ha­echi.

– Mą­drze po­stę­pu­jesz. Gdy w po­są­gu za­miesz­ka duch straż­ni­ka, za­trzy­ma on nawet de­mo­na w ciele zło­rze­czą­cej ro­dza­jo­wi ludz­kie­mu li­si­cy.

Seung-uk nie chciał zdra­dzić rzeź­bia­rzo­wi, ja­kie­go ducha na­praw­dę chce po­wstrzy­mać przed wej­ściem do swo­je­go do­mo­stwa. Pa­mię­tał, że ty­grys nie wkro­czył do bu­dyn­ku strze­żo­ne­go przez ha­echi, wy­sy­ła­jąc z tym za­da­niem za­stra­szo­ne­go czło­wie­ka. To da­wa­ło na­dzie­ję. Gdy praca była go­to­wa, garn­carz so­wi­cie wy­na­gro­dził ar­ty­stę. Żona, z na­tu­ry oszczęd­na, nie cie­szy­ła się z wy­dat­ku, ale nie­śmia­ło przy­zna­ła, że twór­ca wy­ka­zał się kunsz­tem. Na­ru­szy­ła­by nie­biań­ski po­rzą­dek, otwar­cie kry­ty­ku­jąc męża. Przy­naj­mniej dom wy­glą­dał oka­za­le… Seung-uk prze­cha­dzał się przed fron­tem po­dzi­wia­jąc swoje rzeź­by, nie­raz głasz­cząc je z lu­bo­ścią. A gdy nikt nie pa­trzył, na­cie­rał je soju.

Żaden z do­mow­ni­ków nie znał jego se­kre­tu. Na nie­spo­koj­ne sny żona pro­po­no­wa­ła le­kar­stwa, które nie mogły przy­nieść ulgi. Wywar z le­śnych ziół, su­szo­ne lecz­ni­cze grzy­by, chiń­ska maść, wy­mia­na po­dusz­ki z ha­fto­wa­ną kacz­ką, którą do­sta­li w pre­zen­cie ślub­nym, i moc­niej­sze pod­grze­wa­nie pod­ło­gi, byle dro­gie­mu mę­żo­wi było w nocy wy­god­nie. Córka ła­go­dzi­ła nie­po­kój, śpie­wa­jąc mu stare pie­śni, gdy zdo­bił ryl­cem dzba­ny i pół­mi­ski. To w isto­cie uspo­ka­ja­ło star­ga­ne nerwy. Potem peł­nym sza­cun­ku ge­stem podawała mu czar­kę na­pa­ru z pa­lo­ne­go jęcz­mie­nia, a on przyj­mo­wał ją bez drże­nia rąk.

Mło­dziut­ki syn nie do­strze­gał, że z ojcem coś jest nie tak. In­ne­go go po pro­stu nie znał. Uwagę sku­piał na matce, która za­wsze miała dla niego otwar­te ra­mio­na i nie szczę­dzi­ła żad­nych do­bro­dziejstw, któ­ry­mi mogła go ob­da­rzyć. Od ojca tylko jeden raz do­stał gli­nia­ne za­baw­ki. Zwie­rząt­ka. Świ­nię, małpę, gęś, żół­wia i kota. Wy­ko­na­ne ze zwy­kłej gliny, nie­po­ko­lo­ro­wa­ne i chro­po­wa­te, wciąż za­chwy­ca­ły sta­ran­no­ścią de­ta­li i nie­zwy­kłą sy­me­trią. Malec dzię­ko­wał ojcu okrzy­ka­mi ra­do­ści. Bawił się fi­gur­ka­mi, gdzie tylko na­szła go ocho­ta. Aż przy­szedł z nimi do warsz­ta­tu ojca, usta­wiać je i prze­su­wać po pod­ło­dze od jed­nej ścia­ny do dru­giej. Sku­pio­ny na pracy Seung-uk nie zwra­cał na niego uwagi. W pew­nym mo­men­cie, od­kła­da­jąc ufor­mo­wa­ny gar­nek i się­ga­jąc po ko­lej­ną por­cję su­row­ca, rzu­cił okiem na ma­łe­go.

– Co ty ro­bisz? Co to ma być?! – Bryła gliny z głu­chym pla­skiem upa­dła rze­mieśl­ni­ko­wi pod nogi. Dziec­ko pa­trzy­ło na ro­dzi­ca z otę­pia­łą nie­świa­do­mo­ścią. Seung-uk wark­nął: – Coś ty zro­bił z tą za­baw­ką?

– Po­ma­lo­wa­łem kotka wę­giel­kiem i teraz mam ty­gry­ska, ojcze – wy­tłu­ma­czył chło­piec.

– Jeśli nie umiesz sza­no­wać tego, co ci daję, to po­że­gnaj się z za­baw­ka­mi. Od jutra bę­dziesz po­da­wał mi glinę, a nie mar­no­wał czas na gnu­śne dzie­ci­na­dy. Za­ro­bisz na ryż, któ­rym cię kar­mię.

Chło­piec prze­stra­szył się ojca, szyb­ko po­zbie­rał gli­nia­ne zwie­rząt­ka z pod­ło­gi i po­biegł do matki, która po­gła­dzi­ła go po czu­pry­nie pro­stych czar­nych wło­sów. Malec zna­lazł w kuch­ni skra­wek ba­weł­nia­ne­go czy­ści­wa i tarł na­ry­so­wa­ne wę­giel­kiem pręgi, aż ze­szły.

 

V

Gong wstrzą­sa­ją­cy nocną ciszą był udźwię­ko­wie­niem stra­chu. Każdy z miesz­kań­ców wio­ski przy­naj­mniej raz sły­szał tę po­nu­rą opo­wieść. Gong. Kto wy­su­nie głowę za próg do­mo­stwa, temu tę głowę roz­bi­ją ma­czu­gą, od­rą­bią od szyi jak kawał rzod­kwi. Tylko pod­da­nie się pa­ra­li­żo­wi lęku ura­tu­je życie. Ban­dy­ta na tę jedną noc bę­dzie nowym szlach­ci­cem. Tak, jak duchy lasu i gór uła­ga­dza się ofia­rą z ryżu i wa­rzyw, tak i roz­bój­ni­ko­wi ofia­ru­ją swoje skrom­ne płody. Wy­bła­ga­ją oca­le­nie od jego gnie­wu. Bied­ni, nie­szczę­śni głup­cy. Gdyby wie­dzie­li, z kim mają do czy­nie­nia i czyj gniew na nich spad­nie, każdy ra­to­wał­by swoje życie uciecz­ką za za­sło­nę ciem­no­ści.

Seung-uk wpierw za­stygł na po­sła­niu z łań­cu­chem prze­ra­że­nia wokół nóg i rąk. Był jesz­cze otu­ma­nio­ny na­głym roz­bu­dze­niem. Potem ze­brał w sobie od­wa­gę, sku­piw­szy myśli na do­mow­ni­kach, któ­rzy po­le­ga­li na jego opie­ce. Zgro­ma­dził wszyst­kich we wspól­nej izbie i wyj­rzał przez szpa­rę w drzwiach. Na­past­ni­cy prze­mie­rza­li wio­skę szyb­kim kro­kiem, oświe­tla­jąc sobie drogę la­tar­nia­mi i po­chod­nia­mi. Wi­dział krzep­kich męż­czyzn uzbro­jo­nych we włócz­nie, kusze i dłu­gie musz­kie­ty. Wielu no­si­ło grube sło­mia­ne płasz­cze. Oczom garncarza ukazał się szalony obraz cho­cho­łów nad­cho­dzą­cych nocą, jak gdyby pragnęły ze­mścić się na rol­ni­kach za zbio­ry.

Z róż­nych stron roz­le­gał się la­ment mie­sza­nych gło­sów. Ko­bie­cy, męski, star­czy, dzie­cię­cy. Seung-uk po­bież­nym spoj­rze­niem do­strzegł, z jakim stra­chem wal­czą jego do­mow­ni­cy. Żona, dwoje dzie­ci i para słu­żą­cych tu­li­li się do sie­bie na­wza­jem jak pra­co­wi­te mrów­ki, któ­rych gniaz­do za­le­wa stru­mień wody. Nad­szedł ich mo­ment. Ban­dy­ci ze­bra­li się przed domem, po­stu­ku­jąc włócz­nia­mi o zie­mię. Seung-uk wi­dział ich i sły­szał. Zbóje na ze­wnątrz umil­kli, gdy nad­szedł herszt. Twarz miał dziką, a odzie­nie z prę­go­wa­ne­go futra. Z dłu­gim nożem w dłoni bez mru­gnię­cia okiem ru­szył wprost na drzwi, za któ­ry­mi krył się go­spo­darz. Wstrzy­mał go nie­pew­ny głos pod­wład­ne­go:

– Wodzu, nie wolno nam wejść z bro­nią do do­mo­stwa wro­ta­mi strze­żo­ny­mi przez nie­biań­skie lwy. Bo­go­wie nas za to srogo ukarzą.

– Tchó­rzu – za­śmiał się herszt. – My­ślisz, że boję się bogów?

– Wodzu, ty nie wiesz, co to lęk, ale miej li­tość nad nami! – jęk­nął ban­dy­ta-pod­wład­ny.

Herszt prych­nął z po­gar­dą, skrzy­wił się w gry­ma­sie, ale na końcu od­burk­nął:

– No to dawaj sie­kie­rę.

Pod­szedł w stro­nę kuch­ni, je­dy­ne­go po­miesz­cze­nia z dużym oknem. Za­mach­nął się so­lid­nie, rąb­nął kilka razy i wy­so­kim kop­nię­ciem wci­snął reszt­ki okien­nic do środ­ka. Wlazł przez po­wsta­ły otwór, a za nim jego lu­dzie. Seung-uk po­biegł po nóż garn­car­ski i za­sło­nił pier­sią swo­ich bli­skich w mo­men­cie, gdy do izby wtar­gnę­ło przy­naj­mniej sied­miu zbój­ców. Go­spo­darz przy­glą­dał się in­tru­zom, tra­cąc reszt­ki na­dziei. Herszt uśmiech­nął się w zło­wiesz­czym trium­fie i za­rzu­cił na ramię fu­trza­ny płaszcz. Dłoń Seung-uka roz­luź­ni­ła się na nożu, który upadł z brzę­kiem. Czer­wo­ny demon na szyi. Płaszcz z futra ty­gry­sa. Futro z białą pręgą. Oczy zimne jak śmierć. Oczy ne­fry­to­we i nie­ko­re­ań­skie.

– Ty. Ty… Ja TOBIE ura­to­wa­łem życie – wy­mam­ro­tał garn­carz na wpół do ban­dy­ty, na wpół sam do sie­bie, nie mogąc uwie­rzyć.

– Milcz! – krzyk­nął herszt. – Mnie nikt nigdy nie ra­to­wał. To przede mną ra­tu­ją i nigdy ura­to­wać nie mogą. Na­le­ży ci się po­chwa­ła za tę próbę, bo rzy­gam już bła­ga­niem o łaskę. To było coś no­we­go! Daj mi swoje kosz­tow­no­ści i… swoją córkę, a resz­tę zo­sta­wię.

Seung-uk bez wa­ha­nia się­gnął po małą szka­tuł­kę ko­re­ań­skich monet i po­ło­żył ją przed hersz­tem, a potem zła­pał za rękę słu­żą­cą i pchnął w jego stro­nę. Wtedy jeden ze zbój­ców, niski i sma­gły, z pa­skud­ną bli­zną na twa­rzy, syk­nął zło­śli­wie:

– To nie jego córka! Znam tę wio­skę, jego córka to ta druga!

Herszt kop­nął z gnie­wem gli­nia­ne garn­ki tak, że kilka z trza­skiem roz­bi­ło się na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Ro­dzi­na i słu­dzy Seung-uka gwał­tow­nie za­mknę­li oczy. Ban­dy­ta w ty­gry­sim fu­trze po­stą­pił na­przód, prze­wra­ca­jąc go­spo­da­rza na plecy i zde­cy­do­wa­nym ge­stem schwy­cił jego praw­dzi­wą córkę za war­kocz ciem­nych wło­sów. Seung-uk upadł na ko­la­na i krzyk­nął:

– Bła­gam, puść moją córkę! W lesie ukry­ty jest skarb mo­je­go klanu, za­pro­wa­dzę cię tam, tylko nie czyń jej krzyw­dy!

– My­śla­łem, że mie­li­śmy umowę. Mia­łeś wy­mie­nić ze mną życie swoje i resz­ty two­jej ro­dzi­ny, za kosz­tow­no­ści i córkę. Nie dałeś mi ani kosz­tow­no­ści, ani córki. Po­wi­nie­nem cię teraz dwu­krot­nie uśmier­cić. Nie­ste­ty, czło­wie­ko­wi życie można ode­brać tylko raz.

Seung-uk ude­rzył czo­łem o pod­ło­gę i krzyk­nął po­now­nie:

– Zmi­łuj się, ukry­ty skarb bę­dzie twój!

– Zgoda – po­wie­dział herszt i splu­nął. – To już nasza ostat­nia wy­mia­na. Je­że­li oszu­kasz mnie raz jesz­cze, skrę­cę kark two­jej córce, a wszyst­kich was po­za­bi­jam i dom spalę na po­piół.

Roz­ka­zał swoim lu­dziom prze­szu­kać izby miesz­kal­ne i warsz­tat, co uczy­ni­li, prze­wra­ca­jąc wszyst­kie meble, zry­wa­jąc maty z pod­łóg i roz­pru­wa­jąc sien­ni­ki. Przez cały czas herszt nie spusz­czał su­ro­we­go wzro­ku z ro­dzi­ny Seung-uka. Gdy jego pod­wład­ni wró­ci­li z pu­sty­mi rę­ko­ma (nie li­cząc bu­te­lek soju zra­bo­wa­nych z kuch­ni), rzu­cił córkę garn­ca­rza jej matce pod nogi i krzyk­nął tak, żeby wszy­scy wy­raź­nie go zro­zu­mie­li:

– Je­że­li wasz oj­ciec mnie oszu­ka, wrócę tu i wszyst­kich was po­za­bi­jam!

Żona Seung-uka ob­ję­ła swoje dzie­ci i wy­buch­nę­ła pła­czem.

 

VI

Za­po­mnia­na przez in­nych ludzi ścież­ka, którą nie­gdyś Seung-uk po­dą­żał za swoim ojcem, wciąż wiła się wy­raź­nie na mapie jego wspo­mnień. Tej nocy to on pro­wa­dził, a po jego śla­dach stą­pał herszt w ty­gry­siej skó­rze na czele bandy roz­bój­ni­ków. Wy­bu­ja­łe krze­wy za­gra­dza­ły drogę, ga­łę­zie zni­ża­ły się, chwy­ta­jąc za ra­mio­na. Ścież­ka za­ro­sła, ale Seung-uk znał drogę. Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt kro­ków. Za­pach sosen. Świa­tło księ­ży­ca oświe­tla­ją­ce drogę. Za nim bla­ski po­chod­ni i cichy trzask ła­ma­nych ga­łę­zi. Za­trzy­mał stopę w po­wie­trzu, gdy prze­strzeń wy­peł­nił po­hu­ku­ją­cy od­głos skry­tej w gę­stwi­nie sowy.

– Nie pró­buj uciecz­ki, garn­ca­rzu – syk­nął herszt w ty­gry­sim fu­trze, nie zwracając uwagi na ptasi okrzyk. – Mnie jesz­cze nikt nie umknął. Moi lu­dzie nie chy­bia­ją z musz­kie­tów, jeśli uciek­niesz w las, do­ści­gną cię ich kule. A jeśli spró­bu­jesz mnie oszu­kać…

– Je­ste­śmy już bli­sko. Byłem tu tylko raz, jako mały chło­piec. – Seung-uk za­du­mał się i dodał cicho, jakby sam do sie­bie: – Tak bar­dzo się wtedy bałem.

– Teraz chyba nie jest le­piej, co? – za­re­cho­tał herszt. Jego pod­wład­ni nie mogli sły­szeć słów Seung-uka, ale za­wtó­ro­wa­li wo­dzo­wi słu­żal­czym re­cho­tem, dla za­sa­dy. Księ­życ skrył się za chmu­ra­mi.

– To tutaj – oznaj­mił prze­wod­nik.

– Gdzie? Ni­cze­go nie widzę!

– Mó­wi­łem, że skarb mo­je­go klanu jest ukry­ty.

Seung-uk stał w miej­scu, jakby cze­goś wy­pa­try­wał. Herszt, nie mogąc po­wścią­gnąć cie­ka­wo­ści, pod­szedł bli­żej.

– Wi­dzisz te ga­łę­zie? – wy­szep­tał Seung-uk i ban­dy­ta zbli­żył się jesz­cze o krok. Wów­czas garn­carz cof­nął się i pchnął go ze wszyst­kich sił do przo­du. Herszt nie spo­dzie­wał się pod­stę­pu. Stra­cił rów­no­wa­gę i runął przed sie­bie. Ku jego za­sko­cze­niu so­sno­we ga­łę­zie skry­wa­ły dół. Wy­peł­nio­ny pa­la­mi, które wciąż były ostre.

Lu­dzie hersz­ta za­krzyk­nę­li dziko na widok czło­wie­ka, który zdra­dził ich pana. Do­byw­szy noży i ma­czug, za­czę­li okła­dać nimi ciało Seung-uka. Świst ostrzy i od­gło­sy ude­rzeń miaż­dżą­cych tkan­ki za­głu­szy­ły jęki mor­do­wa­ne­go. Za­głu­szy­ły i jęki hersz­ta w ty­gry­sim fu­trze, który do­go­ry­wał w pu­łap­ce. Ban­dy­ci prze­sta­li do­pie­ro, gdy pot wy­stą­pił na czoła, a ręce zmę­czy­ły się żmud­ną pracą. Cięż­ko dy­sząc, pa­trzy­li przy po­świa­cie księ­ży­ca i bla­sku po­chod­ni na swoje okrwa­wio­ne ra­mio­na i bez­myśl­ne twa­rze. Żaden z nich nie zdą­żył wy­szep­tać słowa, gdy z jamy roz­legł się ryk.

– Mi­strzu? – spy­tał ktoś z bandy.

– Panie? – za­py­tał drugi, prze­stra­szo­ny.

– Ty ży­jesz? – wy­mam­ro­ta­ły usta in­ne­go za­sko­czo­ne­go roz­bój­ni­ka.

A wtedy ryk roz­legł się jesz­cze do­no­śniej, aż skry­te w ko­ro­nach drzew ptaki od­le­cia­ły z ner­wo­wym pi­skiem, a chwie­ją­ce się list­ki po­spa­da­ły z drzew. Ban­dy­ci ze stra­chu wy­pu­ści­li z dłoni oręż. Nim któ­ryś z nich ze­brał w sobie inicjatywę, by zro­bić krok, ru­szyć się, czy krzyk­nąć, ci któ­rzy stali naj­bli­żej, wpa­dli wprost do jamy, jakby pchnię­ci nie­wi­dzia­ną siłą. Krew try­snę­ła wy­so­ką stru­gą jak woda z ar­te­zyj­skiej stud­ni. Wizg prze­ra­że­nia ugrzązł w gar­dłach po­zo­sta­łych, gdy jeden po dru­gim wpa­da­li bez­wład­nie do dołu pu­łap­ki. Oczy ban­dy­tów wi­dzia­ły tylko ciała ska­czą­ce bez skoku, ludzi le­cą­cych za sprawą nie­wi­dzial­nej siły pro­sto ku za­gła­dzie. Seung-uk w ostat­niej chwili przytomności roz­warł fio­le­to­we po­wie­ki i uj­rzał wiel­ką, po­ma­rań­czo­wo-czar­ną łapę za­gar­nia­ją­cą jego nie­przy­ja­ciół jed­ne­go po dru­gim w cze­luść. Do jamy ducha ty­gry­sa.

 

* * *

Po nocy na­stał raz jesz­cze cichy po­ra­nek. Ciało Seung-uka le­ża­ło po­wy­gi­na­ne od nie­mi­ło­sier­nych ude­rzeń ban­dy­tów i od kon­wul­sji jego ostat­nich chwil. Krew po­kry­wa­ła sine człon­ki, ciem­no­czer­wo­ne plamy zna­czy­ły zie­mię u stóp igla­stych drzew. Syn przy­szedł o po­ran­ku i wę­dru­jąc mię­dzy so­sna­mi szlakiem nad­ła­ma­nych ga­łę­zi, od­na­lazł ciało ojca. Opu­ścił głowę i za­stygł w mil­cze­niu. Trwał tak na ścież­ce, gdy ob­ję­ło go stare, lecz wciąż silne ramię.

– Chodź ze mną, chłop­cze – po­wie­dział sza­man.

 

Koniec

Komentarze

Dopisz w przedmowie czas akcji, dobrze?

Babska logika rządzi!

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Całkiem mi się podobało, studiuję sinologię, więc klimaty niezupełnie obce. W ogóle podczas lektury miałem wrażenie, że czytam zhiguai xiaoshuo, takie zbiory starych opowieści na tematy dziwne i straszne.

Nie wiem czy odnosiłeś się do koreańskiego folkloru, czy posłużyłeś licentia poetica, jeśli chodzi o postać tygrysa(bo może jest jakiś konkretny tygrys z białą pręgą) i dziecka z amuletem/herszta, ale oba pomysły mi się podobały, zwłaszcza kotek o specyficznym charakterku ;)

Mam lekki problem z klarownością tekstu, głównie przez pierwszy fragment, nie oczekuję odpowiedzi na tacy, ale może jakaś wzmianka o tym czemu wuj zdecydował się na wykopanie pułapki?

 Czysto warsztatowo, są powtórzenia, są drobne nielogiczności, najbardziej wybijało zastosowanie kilku słów/zwrotów, które ze względu na stylistykę, nie powinny mieć tu racji bytu. Garść problematycznych fragmentów z “czubka głowy”:

Seung-uk poczuł wyjątkowo nieprzyjemny niepokój.

Masło maślane, rozumiem zamysł, ale niepokój jest zawsze nieprzyjemny, chyba że mowa o niepokoju twórczym.

Jego chłopiec nawet nie mrugnął oczami.

Czym innym miał mrugnąć?

Ojciec Seung-uka szybko napełnił glinianą czarkę mocnym trunkiem i podał ją szamanowi. Czarnobrody wypił, siorbiąc głośno. Rozbił czarkę.

Tylko jak to wytłumaczyć nogom, które błagają o odrobinę przerwy?

Ta przerwa mnie razi, jak kiedyś stawało się na popas/odpoczynek to nie mówiło się chyba o tym “przerwa”? Wytchnienie, spokój zdaje się lepiej pasują.

Zwierz otworzył paszczę i błysnął rzędem wielkich białych sztyletów.

To nie on błysnął tylko rzędy błysnęły, wielkie białe kły błysnęły. Metafora moim zdaniem niepotrzebna(trochę dziecinna), ale to zależy jak na twoje ucho.

Tygrys jednak nieco się uspokoił, lekko potrząsając fajką i wciągając kolejne porcje dymu.

Dym chyba nie dzieli się na porcje.

Sprawiali szalone wrażenie chochołów nadchodzących nocą, by zemścić się na rolnikach za zbiory.

Niefortunne sformułowanie. 

 

Nie rozumiem też jak duch tygrysa znalazł się w końcu w wilczym dole. Był w ciele herszta? Ale jak skoro, ten dalej nosił amulet ochronny? Wcześniej tam wpadł? Jeśli tak skąd herszt miał skórę? Był w samej skórze i śmierć herszta jakoś go wyzwoliła? Możliwe, ale nie jestem pewien.

W każdym razie ogólne wrażenia przyjemne ;) Niewykluczone, że samym klimatem staniesz na podium(o ile będzie top trójka, bo nie wiem jak Finkla zdecyduje się oceniać teksty), pomijając, że i warsztat niezgorszy. 

Finkla ma obiecane nagrody za trzy pierwsze miejsca, więc postara się wyłonić podium. ;-)

Babska logika rządzi!

;)

Całkiem mi się podobało

Dziękuję :)

Nie wiem czy odnosiłeś się do koreańskiego folkloru, czy posłużyłeś licentia poetica, jeśli chodzi o postać tygrysa(bo może jest jakiś konkretny tygrys z białą pręgą) i dziecka z amuletem/herszta, ale oba pomysły mi się podobały, zwłaszcza kotek o specyficznym charakterku ;)

Te konkretne postaci zrodziły się gdzieś w mojej głowie.

Mam lekki problem z klarownością tekstu, głównie przez pierwszy fragment, nie oczekuję odpowiedzi na tacy, ale może jakaś wzmianka o tym czemu wuj zdecydował się na wykopanie pułapki?

Koreańczycy w przeszłości bardzo bali się tygrysów, a rady proponowane przez szamanów nie zawsze muszą wydawać się racjonalne.

 Czysto warsztatowo, są powtórzenia, są drobne nielogiczności, najbardziej wybijało zastosowanie kilku słów/zwrotów, które ze względu na stylistykę, nie powinny mieć tu racji bytu. Garść problematycznych fragmentów z “czubka głowy”:

Seung-uk poczuł wyjątkowo nieprzyjemny niepokój.

Masło maślane, rozumiem zamysł, ale niepokój jest zawsze nieprzyjemny, chyba że mowa o niepokoju twórczym.

Wyjątkowo nieprzyjemny niepokój, tak jak wyjątkowo mały karzeł albo wyjątkowo wielki olbrzym.

Jego chłopiec nawet nie mrugnął oczami.

Czym innym miał mrugnąć?

Tu mnie masz.

Ojciec Seung-uka szybko napełnił glinianą czarkę mocnym trunkiem i podał ją szamanowi. Czarnobrody wypił, siorbiąc głośno. Rozbił czarkę.

Tylko jak to wytłumaczyć nogom, które błagają o odrobinę przerwy?

Ta przerwa mnie razi, jak kiedyś stawało się na popas/odpoczynek to nie mówiło się chyba o tym “przerwa”? Wytchnienie, spokój zdaje się lepiej pasują.

Zrobiłem dziesięciominutowy research i nie udało mi się tego jednoznacznie ustalić, jeżeli znajdę więcej czasu, spróbuję się dowiedzieć kiedy to słowo weszło do użycia w tym kontekście i wrócę z tą informacją.

Zwierz otworzył paszczę i błysnął rzędem wielkich białych sztyletów.

To nie on błysnął tylko rzędy błysnęły, wielkie białe kły błysnęły. Metafora moim zdaniem niepotrzebna(trochę dziecinna), ale to zależy jak na twoje ucho.

Wydaje mi się, że na tym poziomie metafory analizowanie, czy błysnął tygrys czy kieł mija się z celem. Ale każdy ma swoje ucho, albo i dwa : ).

 

Tygrys jednak nieco się uspokoił, lekko potrząsając fajką i wciągając kolejne porcje dymu.

Dym chyba nie dzieli się na porcje.

Wydaje mi się, że słowo porcja można stosować w połączeniu z różnymi rzeczami, spotkałem się z porcją gazu albo porcją aerozolu.

Sprawiali szalone wrażenie chochołów nadchodzących nocą, by zemścić się na rolnikach za zbiory.

Niefortunne sformułowanie. 

Zgodzę się, że zwykle “szalone wrażenie” stosuje się jednak w innym kontekście.

 

Nie rozumiem też jak duch tygrysa znalazł się w końcu w wilczym dole. Był w ciele herszta? Ale jak skoro, ten dalej nosił amulet ochronny? Wcześniej tam wpadł? Jeśli tak skąd herszt miał skórę? Był w samej skórze i śmierć herszta jakoś go wyzwoliła? Możliwe, ale nie jestem pewien.

Wszystkiego nie będę zdradzał ;).

W każdym razie ogólne wrażenia przyjemne ;) Niewykluczone, że samym klimatem staniesz na podium(o ile będzie top trójka, bo nie wiem jak Finkla zdecyduje się oceniać teksty), pomijając, że i warsztat niezgorszy. 

Pięknie dziękuję za obszerny komentarz!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

W tym momencie papierowy tygrys nabiera dla mnie zupełnie nowego znaczenia.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

O pręgowany mistrzu!

przecinek przed wołaczem

Pamiętaj o ścieżce, po której kroczył twój ojciec!

którą

Uwagę skupiał na matce, która zawsze miała dla niego otwarte ramiona i nie szczędziła żadnych dobrodziejstw, którymi mogła obdarzyć.

brak dopełnienia

czyj spadnie na nich gniew,

szyk

Bandyci przestali, dopiero gdy pot wystąpił na czoła

przecinek w złym miejscu

 

Przeczytałam.

O pręgowany mistrzu!

przecinek przed wołaczem

https://sjp.pwn.pl/zasady/Przecinek-po-wyrazach-wyrazajacych-okrzyk;629811.html

 

Pamiętaj o ścieżce, po której kroczył twój ojciec!

którą

Czy to błąd? Wydaje mi się, że znaczenie trochę by się zmieniło (na mniej dosłowne), gdyby było “ścieżce, którą kroczył”.

 

Co do ostatniej uwagi odnośnie przecinka, muszę się zgodzić.

 

Dziękuję za lekturę : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

O, nauczyłam się czegoś nowego :D Dzięki za linka :)

 

Czy to błąd? Wydaje mi się, że znaczenie trochę by się zmieniło (na mniej dosłowne), gdyby było “ścieżce, którą kroczył”.

 

No ale on właśnie niedosłownie tą ścieżką kroczył, nie? W znaczeniu drogi życia.

Upierać się nie będę, to drobiazg.

No właśnie chodziło mi o tamtą konkretną wydeptaną ścieżkę :D.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Co prawda wrażenie to przyszło dopiero pod koniec lektury (wcześniej nie, ale jak już przyszło, to względem całego tekstu), ale opowiadanie przywołało mi na myśl klimat baśni koreańskich, które kiedyś, gdzieś tam miałem okazje przeglądnąć (właściwie to był to cały zbiór, dotyczący tamtego regionu – baśni Korei, Wietnamu i jeszcze jakiegoś państwa) – a więc faktycznie pasuje do Korei i wpada w ten ton.

 

Jego podwładni nie mogli słyszeć słów Seung-uka, ale zawtórowali wodzowi służalczym rechotem, dla zasady

To jest bardzo dobry fragment, przykuwa uwagę.

 

Generalnie fajnie się czyta, choć na końcu kilka rzeczy wyszło z rytmu:

 

ludzi lecących dzięki niewidzialnej sile

W tym kontekście raczej “za sprawą” niż “dzięki”.

 

Seung-uk w ostatniej przytomnej chwili

Trochę ciężko, żeby po opisanej sytuacji jeszcze jakkolwiek funkcjonował. Ale to akurat ratuje to skojarzenie z baśnią – jako smutna baśń, czy legenda, tekst ma swoje prawa.

 

Przerwa… samo słowo istniało, pytanie czy w tym kontekście. Trudno powiedzieć. Niby można zmienić na popas, ale pytanie czy popas przypadkiem nie jest w kontekście zatrzymania się, by zwierzęta odpoczęły, a przy okazji tez ludzie. Ale w sumie jeśli można przerwać pracę, to czemu nie przerwać marszu? 

 

Za to z tym mrugnięciem oczami to trochę czepialstwo. Taki zwrot funkcjonuje w języku i tyle. Zresztą można mrugnąć na przykład jednym okiem, a nie oczami.

 

Teraz wróćmy do treści… Przechodzę w fazę gdybania i gdybam “co autor mógł mieć na myśli”. W trakcie czytania przyszła mi do głowy interpretacja, w której jeden duch tygrysa decyduje się na atak względem drugiego ducha, który inkarnował się w ciele człowieka, ale nie jako sam człowiek, a jako coś, co w nim zamieszkało, a co zagraża tygrysowi. Z jakiegoś powodu wydaje mi się to bardziej pasujące, niż interpretacja z wieszczeniem, ale tak czy inaczej ten element sam w sobie nie sklejałby opowiadania (choć może być jego istotną częścią).

No i tu w grę wchodzi rola szamana. Szamana, który wiedział, kiedy wrócić do wsi. A potem wiedział, kiedy pójść po nowego ucznia.To, dlaczego tygrys znalazł się w pułapce i dlaczego w pułapce, przy tworzeniu której garncarz był obecny (a przecież mógł być ktokolwiek) bardzo splata się w całość. Baśń baśnią, ale coś wietrze tutaj “zaplecze twórcze”.

Być może kompletnie odlatuję i nadinterpretuję, ale jeśli jednak rola szamana nie ogranicza się do tego, co napisano wprost, to mamy tu niezłe skrzyżowanie interesów ducha tygrysa, dziecka, które wyrosło na bandytę (być może wraz z mieszkającym w nim innym duchem, a być może po prostu człowieka, który gdy dorósł, upolował tygrysa bliskiego duchowi tygrysa) i właśnie szamana (który pewnie jest odpowiedzialny, za moment, w którym duch tygrysa wpadł w pułapkę.

Yyyy… chyba jednak pojechałem z interpretacją :-) Ale to dobrze świadczy o opowiadaniu, a mnie takie zagadki (nawet jeśli sam je sobie tworze :P ) bardzo odpowiadają.

 

@wilku – zimowy Co do problemu z “przerwą”, mniej na uwadze mam to, czy owo słowo rzeczywiście wówczas funkcjonowało w tym kontekście(chociaż podejrzewam, że raczej nie), bardziej grupy skojarzeniowe i charakter tekstu. Pierwsze co mi przychodzi do głowy, na dźwięk słowa “przerwa” to klimaty szkoły podstawowej/liceum, piętnaście minut na papierosa i reklama Knoppersa. Dziewiętnastowieczna Korea – średnio.

Słowo “popas” ewidentnie tam nie pasuje, ale nie proponowałem go, jeśli doczytasz ;) Proponowałem wytchnienie/spokój, które, wydaje mi się, lepiej odpowiadają duchowi epoki.

 Tylko jak to wytłumaczyć nogom, które błagają o odrobinę przerwy?

Tylko jak to wytłumaczyć nogom, które błagają o chwilę wytchnienia?

 

Co do oczu: to że jakiś zwrot w języku funkcjonuje, nie znaczy, że powinien się znaleźć w tekście literatury pięknej. Zresztą może to czepialstwo, ale czego innego mam się czepiać w dobrym opku? ;)

 

@Nevaz

Pięknie dziękuję za obszerny komentarz!

Przyjemność po mojej stronie ;D Chętnie zobaczę mniej obszerny u siebie ;p

Wyjątkowo nieprzyjemny niepokój, tak jak wyjątkowo mały karzeł albo wyjątkowo wielki olbrzym.

No tak, ale jeśli piszemy o tym wyjątkowo wielkim olbrzymie, to zwykle mamy w tym jakiś narracyjny cel(element ważny dla historii bo przez to np. inne olbrzymy zawsze wybierały go pierwszego do gry w koszykówkę). Wydaje mi się, że tutaj ten “wyjątkowo nieprzyjemny niepokój” takiej celowości nie ma i lekko daje masełkiem ;)

Wszystkiego nie będę zdradzał ;)

No to będę skazany na wieczną niepewność, chyba że tęższe rozumy znajdą rozwiązanie za mnie. O, już wilk coś tam pichci.

Słowo “popas” ewidentnie tam nie pasuje, ale nie proponowałem go, jeśli doczytasz ;)

Ależ ja Ci tego nie przypisuję – to już moje gdybanie “co w zamian” :-)

 

Dobrze napisane opowiadanie, tylko że nieco się ciągnie… Pierwszy rozdział interesujący, ale w końcówce mnie rozczarował, bo brak mu zakończenia. No dobrze, chłopi starali się, trudzili, ale po co? Brak zajawki tajemnicy, tropu, a wcale nie musi być wyraziście podany. Drugi rozdział ciekawy, mocno zabawowy, ale na razie nijak wiąże się z pierwszym. W sumie opowieść dla opowieści.

Przeczytam całość i jeszcze wrócę, ale na razie opowiadanie specjalnie mnie nie uwiodło.

Pozdrówka..

 

Wilku, dziękuję za interesujący komentarz.

 

Roger, serdecznie zapraszam : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nakombinowałem, a to chyba prostsze jest :D 

Szaman stworzył pułapkę ot tak. Tygrys zażądał ofiary od przypadkowej osoby. Garncarz ofiary nie złożył, uciekł do wioski, tygrys podążył za nim, ale wpadł w pułapkę. Po latach traf chciał, ze ocalony z ofiary, będąc bandytą, trafił akurat do tej wsi. Gdy pułapka została naruszona, tygrys zaatakował wszystkich w jej pobliżu, ale nie tknął garncarza ze względu na ubranie nasączone soju.

Widzę, Nevaz, ze nie odniosłeś się do mojej wcześniejszej rozpiski, ale chyba też  miałbym doskonałą zabawę , gdyby czytelnicy zaczęli akie gdybanie :D 

 

Nevazie, podoba mi się twój styl, podoba mi się klimat opowieści, ale przyznaje, że niewiele z niej zrozumiałam. Być może wynika to stąd, że kompletnie nie znam mitów i bajek z tego regionu. Nie mam pojęcia, kto tu jest tym złym; tygrys, dzieciak o dziwnych oczach, który wyrósł na rozbójnika, czy może… szaman.

Sprawę komplikuje na dodatek fakt, że ja jakoś tak zwracam uwagę na rzeczy, do których inni nie przywiązują wagi, co doprowadzało do szału moje kolejne polonistki. I w twoim opku mocno mnie zainteresowali chłopcy, towarzyszący szamanowi. Skąd on ich brał, co z nimi robił, że pozostawali tacy niewzruszeni i czy cała ta afera nie było przypadkiem tylko po to, aby zgarnąć syna Seung-uka?

Wilku, jeśli chcesz, mogę podesłać Ci autorską interpretację w wiadomości prywatnej ;). Przyznam, że to ciekawe uczucie, obserwować co inni układają z elementów, które porozrzucałeś w tekście. Generalnie bardzo przyjemne ^ ^.

 

Irko, właśnie zaproponowałaś kolejną wersję tej historii.

W tym tekście starałem się kłaść większy nacisk na klimat, niż na jasność przekazu, co nie znaczy, że fabuła jest całkiem pozbawiona sensu :). Jeśli chodzi o znajomość regionu, gdy pisałem to opowiadanie, zaczerpnąłem tyle wiedzy, ile dałem radę z dostępnych mi źródeł, ale to wciąż tylko moje wyobrażenie, które może być baardzo odległe od tego, jak podobną historię próbowałby opisać prawdziwy Koreańczyk.

Wydaje mi się, że w fantasy czasem unika się jednoznacznego etykietowania, kto jest “tym złym”. Z punktu widzenia głównego bohatera, bez wątpienia źli są ludzie, którzy pozbawili go życia.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, bardzo chętnie, ale… dopiero jutro (przypomnę się), bo chcę jeszcze trochę pogłówkować :D 

No i chyba mamy faworyta konkursu. Jest klimat, jest tajemnica, jest ciekawa akcja, czyta się łatwo i wciąga do ostatniej kropki. Niektórzy przyczepiają się do szczegółów, a dlaczego tak, a nie tak, a skąd to się wzięło. Ludziska, jakby wam wyłożyć wszystko, to to opowiadanie straciło by tajemniczość i klimat. Dla mnie OK.yes Gratuluję Nevaz.

Przeczytałem do końca. Niewątpliwie dobry tekst, moim zdaniem wymaga jeszcze niewielkiego dopracowania, może nawet poszerzenia, ale na pewno jest biblioteczny, więc kliknąłem. 

Dopracowania chyba wymaga przez bardziej wyraziste zarysowanie osi narracji, a także pokazania przy końcu każdego rozdziału zajawki następnego. No, ale dobrze napisane opowiadania łatwo się tak z zewnątrz poprawia…

Chyba to jest materiał na powieść o fatum ludzkiego losu w ciekawej scenerii… 

Pozdrawiam.

gęsty zapach

Hmm, czy ja wiem, czy on jest gęsty…

 ojca, otoczonego przez innych męskich krewnych

Troszkę mi się nie ułożyło, bo przecież krewni otaczają ich obu?

 Pocierali zmarznięte dłonie

Zwykle pisze się "rozcierali".

 nie mogli powstrzymać sarknięć z niezadowolenia przesypując twarde grudy ziemi

Jakieś to nie teges. Moja wersja: nie mogli powstrzymać sarknięć niezadowolenia, kiedy przesypywali twarde grudy ziemi.

 nie sprzeciwiłby się głosowi

Głosowi – czy zdaniu?

 Obecny pomysł był jednak szalony

Pomysły nie bywają w pełni władz umysłowych, a i "obecny" nie bardzo mi się łączy.

 Chyba że to duchy przekonane tajemną mocą obrzędów same uchwycą

Chyba, że to duchy, przekonane tajemną mocą obrzędów, same chwycą.

 przesuwał głową w powietrzu

To brzmi tak, jakby ta głowa była czymś oddzielnym od reszty.

 umiał któregoś z nich dostrzec

Anglicyzm trochę, ale chyba ujdzie.

 utkwił swoje jałowe źrenice

Hmm.

 Ciekawość napotkała zimne oczy

Hmm.

 Albo nie, jeśli nie chcecie, nie zakrywajcie!

Nie wydaje mi się zdolny do wykonywania obowiązków służbowych ;)

 roześmiał się neurotycznie

Bardzo europejskie słowo, zgrzyta mi.

 pomyślał bezrefleksyjnie

Oksymoron.

 zaczął machać nią

Naturalniej: zaczął nią machać.

 rośliny, wskazane

Bez przecinka, to jest określenie roślin.

 widział ich twarze równie poważnymi

Może raczej: równie poważne.

 Czas wydłużył jego kości i obdarował go dojrzalszym licem.

Hmm. Nie wiem. Dla mnie brzmi pretensjonalnie.

 kupieckich dóbr

Tak się mówi?

 Ciekawe czy

Ciekawe, czy.

 cylindryczny, bambusowy kapelusz

Bez przecinka (grupa nominalna).

 beztrosko zapalił. Ziewnął leniwie

Wycięłabym "beztrosko" – już to pokazałeś, a dwa przysłówki obok siebie źle wyglądają.

 Oczy muszę mieć już zmęczone

Hmm.

 znów ujrzał coś pośród

Naturalniej: znów coś ujrzał pośród.

 nie tylko poruszenie a cielesną formę

Nie tylko poruszenie, ale cielesną formę. Formę?

 potem już na ścieżce

Potem, już na ścieżce.

 Ucieczka w tamtą stronę byłaby pewną śmiercią.

Myślę, że naturalniej byłoby: Ucieczka w tamtą stronę, to byłaby pewna śmierć.

 Z bólem porzucił towary, ale wiedziony wolą przetrwania rzucił się pędem w bok.

Trochę rozwleczone.

 rozłożystego kasztanowca chińskiego

I miał czas na rozważania o botanice, uciekając przed potworem?

podnóża kasztanowca

U stóp – drzewa mają stopy, nie podnóża (arbitrariness of the sign).

 wyczekując. Ściskając

Ąc-ąc.

 kraj ogona

"Kraj" przywodzi mi na myśl raczej krawędź, niż koniuszek.

 wiele, wiele straszniej

Anglicyzm.

 Wbrew temu, co Seung-uk mógł sobie wyobrażać o mowie tygrysów, drapieżnik przemówił po koreańsku:

Nie wiem, co to wnosi. Zapowiadasz to, co zaskoczy bohatera – myślę, że niepotrzebnie.

 ku korzeniom kasztanowca

Dziwnie to brzmi, przeczytaj głośno.

 zabraniu głosu

Głos zabiera się w dyskusji – nie miałeś na myśli wydobycia z siebie głosu?

 pień, wbijając się weń

Rym.

 kończyny Seung-uka poranione boleśnie korą poluźniły

Kończyny Seung-uka, poranione boleśnie korą, poluźniły. Nie brzmi mi to, zwłaszcza te kończyny (stopy też miał chwytne?)

 Ziemia w zderzeniu z plecami okazała się wyjątkowo twarda i nieprzyjemna.

On ma czas na takie refleksje?

 powolnie artykułując:

Nie wydaje mi się to naturalne.

 Wolałem jednak żebyś

Wolałem jednak, żebyś.

 zapali przed twoimi oczami

Idiom: na twoich oczach. Wydaje mi się, że skalkowałeś jego angielską wersję "before your eyes" – nie rób tak.

 gdy Seung-uk słyszał (…), starsi zawsze patrzyli z politowaniem

Dlaczego patrzyli z politowaniem, kiedy on słyszał bajdy, a nie, kiedy ktoś je opowiadał? ;)

 przybierała senny wymiar

Co to znaczy?

pachnące palonym

Aliteracja.

 typ snu był raczej koszmarny

Mało naturalne.

 wciąż leżącego na plecach

Czyli najpierw wstał po swoje bagaże, wyjął z nich fajkę, zapalił, podał tygrysowi, a potem znów się położył?

 nie mogąc patrzeć, co będzie dalej

Co to wnosi?

 ich magiczna aura przeszywała jego najgłębsze myśli

Aura?

 potrząsnęli jego głową

Mmm… syndrom dziecka potrząsanego.

 w wyuczonym odruchu momentalnie

Za dużo tego, ale mało konkretne. Ja napisałabym np.: odruchowo zdjął sandały w progu.

 drapieżnik wywieszczył

Od razu wywieszczył. Zapowiedział.

 Zmęczona życiem pierś

Nie brzmi to poważnie.

 izbie zgodnie z wizją tygrysa odnalazł

Izbie, zgodnie z wizją tygrysa, odnalazł. Hmm.

jedną jedyną rzeczą, w którą go przyodziano, był amulet

Amulet to nie odzienie. Naturalniej byłoby: miał tylko amulet zawieszony na sznurku na szyi.

ludowego demona

W przeciwieństwie do demona kapitalistycznego :D

 Brzuch żony jak księżyc w pełni powracał w myślach

Hmm.

 ściskając serce Seung-uka mocniej niż dreszcz wywołany w mózgu

Ten dreszcz ściska serce? Poplątane metafory.

 zbierając w małym gardle wysoki okrzyk strachu

Purpurowe.

 na żadnym targowisku nigdy go wcześniej nie widział

Naturalniej: nie widział go nigdy na żadnym targowisku.

 ten sam co

Ten sam, co.

 Niechęć ku spotkaniu

"Ku spotkaniu" jest w najlepszym razie archaizmem, a tak czy siak wygląda dziwnie, chociaż stylizujesz tekst na staro.

 począł dyskretnie oddalać się

Nienaturalne. Zaczął się dyskretnie oddalać.

 nie mógł posłużyć się oczyma

Naturalniej: nie mógł się posłużyć oczyma.

o ścieżce, po której kroczył

Zgrabniej: o ścieżce, którą kroczył.

 bezpośrednio jak

Bezpośrednio, jak.

 Innego go po prostu nie znał.

Skoro stylizujesz, to może: innym po prostu go nie znał?

 wciąż zachwycały

Kalka z angielskiego "still", które ma szersze pole semantyczne. Po polsku powinno być "mimo to", "a jednak", albo coś w tym stylu.

 Bawił się figurkami gdzie

Bawił się figurkami, gdzie.

 z otępiałą nieświadomością

Jak nieświadomość może być otępiała? I – zobacz to dziecko. Wygląda naturalnie?

 bawełnianego czyściwa

Czyściwo jest w fabryce, w domu ludzie mają szmatki.

 Gong wstrząsający nocną ciszą był udźwiękowieniem strachu.

… ?

 wysunie głową

Głowę.

 poddanie się paraliżowi lęku

Purpurowe.

Tak jak

Tak, jak.

 ułagadza

Czasem słowo jest gramatycznie poprawne, ale brzmi okropnie. Ponadto – kto jest podmiotem tego zdania?

 ucieczką za zasłonę ciemności

Hmm.

 z łańcuchem przerażenia wokół nóg i rąk

To chyba trochę zbyt daleko posunięta metafora.

 otumaniony nagłym rozbudzeniem

Hmm.

 Nadszedł ich moment.

W jakim sensie?

 zebrali się przed domem postukując

Zebrali się przed domem, postukując.

 Twarz miał dziką, a odzienie z pręgowanego futra.

Oho. Wzrok dziki, suknia plugawa ;)

w dłoni bez mrugnięcia okiem ruszył

Chyba zrobiłabym tu wtrącenie.

 niepewny głos

Antropomorfizujesz.

 wejść z bronią do domostwa wrotami strzeżonymi

Trochę to niejasne. Może: wejść z bronią przez wrota, których strzegą?

 Bogowie nas za to srogo ukażą.

A niech nam pokazują ;P

 No to

No, to.

 kopnięciem wcisnął

Wcisnął – czy wbił?

w momencie

Nic nie wnosi, wycięłabym.

 Dłoń Seung-uka rozluźniła się na nożu

Hmm.

 tracąc resztki nadziei

Spowalnia.

 krzyknął herszt

Hmm. To ile lat ma ten bandyta?

 kopnął z gniewem gliniane garnki tak, że kilka z trzaskiem rozbiło się na przeciwległej ścianie.

Skróciłabym: kopnął stertę garnków tak, że kilka rozbiło się z trzaskiem na ścianie.

jego prawdziwą córkę

Powtarza się "córka".

 mieliśmy umowę. Miałeś

Powtórka.

 ze mną

Niepotrzebne.

 rodziny, za kosztowności

Bez przecinka.

 człowiekowi życie można odebrać tylko raz

Szyk trochę nienaturalny.

ignorujący ptasi okrzyk

Anglicyzm. Nie zwracając uwagi na.

do przodu

Jasne z kontekstu, skoro pcha go w plecy.

 na widok człowieka, który zdradził ich pana

Tego człowieka już dawno widzieli – na widok zdrady.

 zaczęli okładać nimi

Naturalniej: zaczęli nimi okładać.

 miażdżących tkanki

Mmm. Less is more.

przestali, dopiero gdy

Przestali dopiero, gdy.

 zebrał w sobie przytomność

Dziwne to.

 ci którzy

Ci, którzy.

w ostatniej przytomnej chwili

To nie chwila była przytomna, tylko on. W ostatniej chwili przytomności?

 fioletowe powieki

Fioletowe?

 leżało powyginane

To może realistyczne, ale nie brzmi poważnie.

 wzdłuż nadłamanych gałęzi

Wzdłuż? Czy szlakiem nadłamanych gałęzi?

 Chodź ze mną, chłopcze – powiedział szaman.

… o. A tego się nie spodziewałam.

 

Ładne i z atmosferą. Logiczne. Te niezręczności językowe trochę psują efekt, ale ogólnie jest nieźle.

 Ale każdy ma swoje ucho, albo i dwa : ).

Otóż to :)

 Wydaje mi się, że słowo porcja można stosować w połączeniu z różnymi rzeczami, spotkałem się z porcją gazu albo porcją aerozolu.

Można, ale technicznie to brzmi.

 W tym momencie papierowy tygrys nabiera dla mnie zupełnie nowego znaczenia.

Kiciuś ^^

 Wydaje mi się, że znaczenie trochę by się zmieniło (na mniej dosłowne), gdyby było “ścieżce, którą kroczył”.

Nie, dlaczego? To prawidłowe sformułowanie.

 O, nauczyłam się czegoś nowego :D Dzięki za linka :)

Ja też. W życiu bym nie zgadła…

 Tylko jak to wytłumaczyć nogom, które błagają o chwilę wytchnienia?

 O, ładne.

 Co do oczu: to że jakiś zwrot w języku funkcjonuje, nie znaczy, że powinien się znaleźć w tekście literatury pięknej.

Właśnie.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

System Tarnina dokonała listingu: jedna trzecia scrollowania strony :D 

[debug mode ON]

[read line 1]

[debug: bug found]

[log bug]

[read line 2]

 

[debug mode OFF]

[dump log]

You think it’s air you’re breathing now? Knock, knock, winter-wolf. Follow the white rabbit. Wear your shades.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wybieram czerwone poziomki.

I ja się zastanawiałam nad koleją rzeczy, powodami poczynań postaci i wynikającymi z tego skutkami, a potem przeczytałam komentarze i nie ukrywam, że teoria wysnuta przez Zimowego Wilka, nadzwyczaj jest zbliżona do moich przemyśleń.

Mnie także szalenie spodobał się nastrój opowiadania, nasycony wschodnim kolorytem, więc Ostatnią wymianę czytałam z prawdziwą przyjemnością. ;)

 

wier­nie opi­sał miej­sce, gdzie Seung-uk mu­siał się udać. –> …wier­nie opi­sał miej­sce, do którego Seung-uk mu­siał się udać.

 

a potem wyjął zza poły ka­fta­na bu­tel­kę an­doń­skie­go soju i ob­fi­cie po­kro­pił nią by­łe­go kupca.

–> Ze zdania wynika, że szaman pokropił byłego kupca butelką.

Proponuję: …a potem wyjął z zanadrza ka­fta­na bu­tel­kę an­doń­skie­go soju i ob­fi­cie po­kro­pił nim by­łe­go kupca.

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu» zanadrze daw. «miejsce pod wierzchnim ubraniem na piersi»

 

Potem po­da­wa­ła mu w peł­nym sza­cun­ku ge­ście czar­kę na­pa­ru… –> Potem peł­nym sza­cun­ku ge­stem po­da­wa­ła mu czar­kę na­pa­ru…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tomaszu, bardzo dziękuję.

 

Roger, zaintrygowała mnie twoja sugestia odnośnie rozdziałów. Czy mógłbyś proszę podzielić się ze mną jednym albo kilkoma przykładami, jak dobrze wplatać w rozdziały zajawki tego, co będzie dalej? Brzmi jak umiejętność, którą warto by przyswoić :).

 

Reg, przyjemność czytelnika to przyjemność autora :P.

 

Tarnino, moje uczucia do Ciebie w trakcie rozważania kolejnych uwag pod tekstem zmieniały się od sympatii, poprzez głęboką niechęć, aż po specyficznego rodzaju wdzięczność ;))).

Mam nadzieję, że w przyszłości będziesz miała ochotę na tak szczegółową analizę warsztatu kolejnych moich tekstów – jestem pewien, że nawet jeśli wyłapywanie wszelkich niedoskonałości przychodzi Ci naturalnie i tak poświęciłaś na to sporo czasu. Z częścią uwag musiałem się zgodzić, część dała mi do myślenia, zwłaszcza anglicyzmy – istotnie z kulturą anglojęzyczną obcuję więcej niż z polskojęzyczną, w pracy również posługuję się przede wszystkim angielskim (żeby tak jeszcze przekładało się to na poprawność językową w tymże języku…). Poniżej moje uwagi do twoich uwag ^ ^.

 

sprzeciwić się głosowi

Głosowi – czy zdaniu?

Wg mojej wiedzy słowo głos występuję również w znaczeniu “zdanie”

 

szalony pomysł

Pomysły nie bywają w pełni władz umysłowych

Podobnie jak z otępiałą nieświadomością czy niepewnym głosem, stoję na stanowisku, że nie ma nic niepoprawnego w przekazywaniu za pomocą przymiotnika informacji o stanie psychicznym człowieka, który znajduje odzwierciedlenie w zewnętrznych przejawach jego aktywności – umysłowej albo fizycznej, czy nawet stanów, w jakich się dany człowiek znajduje. W ten sposób interpretuję słownikowe definicje, np. szalony – «świadczący o czyimś szaleństwie». Nie sądzę, by sugerowana przez Ciebie restrykcyjność była uzasadniona upraszczaniem przekazu, natomiast z pewnością ograniczałaby mi środki wyrazu ;). Co innego z “przytomną chwilą” – tutaj zmiana na “chwilę przytomności” rzeczywiście jest w pełni uzasadniona.

 

Chyba że – przecinek

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Chyba-ze-i-inne-spojniki-z-ze;16506.html

 

pomyśleć bezrefleksyjnie

Oksymoron

Nie zgadzam się, że to oksymoron. Spróbuję przedstawić swoje stanowisko za pomocą przykładu:

Ania spojrzała na Janka. Fajne pośladki – pomyślała bezrefleksyjnie. Dwa – pomyślała – dwa pośladki.

Ania spojrzała na Janka. To będzie przyszły ojciec moich dzieci – pomyślała, pogrążając się w refleksji.

 

cylindryczny, bambusowy kapelusz

Bez przecinka (grupa nominalna).

tutaj takie stanowisko

 

senny wymiar

Co to znaczy?

wymiar w znaczeniu "znaczenie, zakres lub aspekt czegoś". Rzeczywistość przybierająca senny wymiar, to rzeczywistość przybierająca aspekt snu

sądzę, że podobnie można by napisać:

“kolejna porażka polskich piłkarzy przybrała metafizyczny wymiar”

 

 wciąż leżącego na plecach

Czyli najpierw wstał po swoje bagaże, wyjął z nich fajkę, zapalił, podał tygrysowi, a potem znów się położył?

Nie musiał stawać na dwóch nogach, żeby wykonać wszystkie opisane wyżej czynności. Biorąc pod uwagę, że w Korei siedzi się zwykle na podłodze, sądzę, że w wielu przypadkach powstanie, aby zaraz potem znów usiąść byłoby zbędną czynnością. Ale to moje przypuszczenia, nie znam żadnych badań na ten temat i nie prowadziłem szczegółowych obserwacji ;). Na pewno bohater nie robiłby tego wszystkiego leżąc na plecach, więc słowo “wciąż” to rzeczywiście małe oszustwo.

 

nie mogąc patrzeć, co będzie dalej

Co to wnosi?

To taka próba podkreślenia, że bohater wciąż odczuwa strach

 

 ich magiczna aura przeszywała jego najgłębsze myśli

Aura?

W znaczeniu drugim przywołanej przez Ciebie definicji

 

Amulet to nie odzienie. Naturalniej byłoby: miał tylko amulet zawieszony na sznurku na szyi.

może to troszkę kontrowersyjne, ale stoję na stanowisko, że jeśli ktoś ma ochotę sięgnąć po staromodne słowo to może nawet przyodziać choinkę.

 

bawełnianego czyściwa

Czyściwo jest w fabryce, w domu ludzie mają szmatki.

A jeśli ktoś ma małą fabrykę w domu ;D? Przyznam, że nie zastanawiałem się nad tym słowem zbyt długo, ale wydaje mi się, że w sklepach z używaną odzieżą szmatki nieraz sprzedawane są właśnie jako “czyściwo”, a nikt nie sprawdza klientów w CEIDG i KRS przed wydaniem produktu. Co do zasady, pewnie masz rację…

 

Tak, jak duchy lasu i gór ułagadza się ofiarą z ryżu i warzyw

 kto jest podmiotem tego zdania?

A kto jest podmiotem w zdaniach “Fantastykę się czyta”. “Fantastykę się lubi”?

Swoją drogą, mnie się bardzo podoba słowo “ułagadzać”. To chyba kwestia gustu. Może lubię literkę “Ł”. Pomaga mi zachować resztki tożsamości kulturowej w morzu anglicyzmów ;D.

 

Wydaje mi się, że znaczenie trochę by się zmieniło (na mniej dosłowne), gdyby było “ścieżce, którą kroczył”.

Nie, dlaczego? To prawidłowe sformułowanie.

Z pewnością prawidłowe, ale dalej uważam, że sformułowanie “ścieżka, po której kroczę” kładzie nacisk na przemieszczanie się, a “ścieżka, którą kroczę” jest znacznie bardziej uniwersalne i może z równym prawdopodobieństwem oznaczać drogę życiową. W tym przypadku świadomie decyduję się na pierwszą opcję.

 

I jeszcze jedno.

Dziękuję :* !

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

 Wg mojej wiedzy słowo głos występuję również w znaczeniu “zdanie”

Tak, występuje. Nie jestem tylko pewna, czy to jest tutaj odpowiednie użycie.

stoję na stanowisku, że nie ma nic niepoprawnego w przekazywaniu za pomocą przymiotnika informacji o stanie psychicznym człowieka, który znajduje odzwierciedlenie w zewnętrznych przejawach jego aktywności

Nie, ale nie posuwajmy się do antropomorfizacji tych stanów. Chociaż faktycznie, z "szalonym pomysłem" się zagalopowałam.

 https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Chyba-ze-i-inne-spojniki-z-ze;16506.html

Chyba muszę się zasłonić consuetudo. Naprawdę mam odruch stawiania przecinka w tych miejscach i nie mogę się go pozbyć.

pomyślała, pogrążając się w refleksji.

No, nie wiem. Z pustyni wpadasz na głębię. Refleksja to rozważanie, więc już prędzej się zgodzę, że ktoś coś myśli, nie rozważając (czyli przelotnie, o co Ci chyba chodziło).

 tutaj takie stanowisko

Dobra, ustępuję.

 “kolejna porażka polskich piłkarzy przybrała metafizyczny wymiar”

Ale to już bez sensu. Co do frazy z Twojego tekstu – nie mam w tej chwili literatury pod ręką, ale wydaje mi się, że jednak "wymiaru" nadużyłeś.

 stoję na stanowisko, że jeśli ktoś ma ochotę sięgnąć po staromodne słowo to może nawet przyodziać choinkę.

Oj, można wszystko. Tylko konsekwencje bywają nie takie, jakie byś chciał – w przypadku opowiadania zwykle nie zamierzasz skonfundować czytelnika, nie? Nie daję Ci imperatywu kategorycznego ;)

 wydaje mi się, że w sklepach z używaną odzieżą szmatki nieraz sprzedawane są właśnie jako “czyściwo”

Nie przyglądałam się. Ale co brzmi naturalniej w codziennym użyciu?

 A kto jest podmiotem w zdaniach “Fantastykę się czyta”. “Fantastykę się lubi”?

W porządku, zmyliło mnie otoczenie – faktycznie, zdanie jest poprawne.

 mnie się bardzo podoba słowo “ułagadzać”. To chyba kwestia gustu.

Podobanie się jest z definicji kwestią gustu :)

 “ścieżka, którą kroczę” jest znacznie bardziej uniwersalne

Hmm. No, faktycznie. Tylko "ścieżka, po której kroczę" jakoś mi nie brzmi.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wydaje mi się, że wszystko zależy do stylu… Osobiście do pierwszego rozdziału na koniec dopisałbym jedno, góra dwa zdania, od akapitu, w rodzaju: Seung-uk nie mógł nawet przypuszczać, że w kwiecie wieku wróci na to miejsce, z duszą skostniałą z przerażenia…

Oczywiście, takie zdanie albo zdania należy dopracować, ale czytelnik wie, że rozdział nie jest tylko opisowy, ma duże znaczenie dla dalszej fabuły, a informacja ogólna o duszy skostniałej z trwogi chyba pobudzi jego ciekawość.

Podobnie w pozostałych rozdziałach, oczywiście niekoniecznie wszystkich. 

Pozdróweczka.

Myślę, ze wersja, w której dziwił się obrzędowi i NIE przypuszczał, ze tam wróci lepiej buduje klimat. Ale to tez chyba kwestia jak kto sobie w głowie ten tekst układa i… jaką tonacją czyta w głowie te zdania. Wszystkich naraz się nie zadowoli :-)

Tak jak napisałem – kwestia literackiego gustu i sposobu pisania. Tyle tylko, że akurat pierwszy rozdział niespecjalnie mnie zaciekawił. Dla mnie ciekawie zrobiło się od trzeciego.

Pozdrówka świąteczne.

karku aż po kraj ogona (…)

Chyba “s” się zgubiło. 

Hmm…

Zanim przejdę do mojej nadinterpretacji, powiem Ci, Nevazie, że miałam skojarzenia z pokrętną logiką bóstw oraz ich tendencją do załatwiania swoich spraw rączkami ludzi.

<Nadinterpretacja alert>

Jeżeli przyjmę sobie, że tygrys był duchem/bóstwem, to mogę sobie wydumać, że pułapka, której stworzeniem zajął się Szaman, była z dedykacją dla przyszłego herszta – a właściwie tego, co w nim było – od samego początku do końca. Dlaczego Szaman podjął się jej wykonania? Może zwierzę coś–niecoś opowiedziało mu o przyszłości, a jemu konweniowało to, co usłyszał. 

Generalnie myk polegał na tym, że baksu umieścił w pułapce fragment duszy tygrysa; stąd pochodziłby ten ryk. 

Czyli tygrys wiedział, że zostanie zabity przez dzieciaka o nefrytowych oczach – swojego przeciwnika? demona? dawnego rywala? – oraz że Seung-uk stchórzy. I właśnie dlatego za młodu garncarz był obecny przy konstruowaniu pułapki: miał zapamiętać jej miejsce położenia, aby później doprowadzić do niej herszta (a właściwie tą "bestię", która w nim była) – w momencie konfrontacji z nim bowiem, nawet jeżeli zapomniał, to pod wpływem silnego stresu przypomniałby sobie o tym miejscu; w końcu to była jakaś opcja ratunku. 

I tutaj cofnę się do Szamana – mężczyzna posłużył się tym zdaniem o ścieżce może właśnie odnośnie tej pułapki, aby lekko Seung-ukowi przypomnieć po tylu latach? Nie wprost, no ale… 

Poza tym, jeżeli o postać baksu chodzi, zakładam, że tygrys wyjawił mu, kiedy zdobędzie nowego ucznia i stąd wiedział, kiedy wrócić w obręb tej pułapki.

Inaczej: wszystko było zaplanowane. 

Z tymi uczniami… Jeja, pierwsza myśl – dla Szamana są to pewnego rodzaju naczynia, do których może przetransportować swoją duszę w odpowiednim momencie, a z kolei ich dusza trafi do jego starego ciała. Ale wiem, że to już chybione zupełnie. XD

Niemniej, zaczęłam się zastanawiać, bo coś mi tutaj… 

Ale na razie nie rozwijam dalej, bo pewnie przestrzeliłam jak jasna cholera i całość moich wynurzeń nie ma sensu, ale to pierwsza nadinterpretacja, jaka przyszła mi na myśl po lekturze, więc może po dłuższym namyśle przyszłaby mi wersja bliższa właściwej. :p

Cóż, jeszcze sobie podumam.

Ogólnie czytało się płynnie – ładnie napisane, klimatyczne, interesujące. Postać tygrysa najbardziej przypadła mi do gustu.

 

Hej, naprawdę mi się podobało. Fajnie odzwierciedlony klimat, niezły styl, wszystko sprawia że czyta się bardzo przyjemnie i płynnie. No i przede wszystkim to, co zazwyczaj najbardziej sobie cenię – solidna, ciekawa historia. Zdołałeś przedstawić praktycznie całą historię bohatera, a przynajmniej najważniejsze elementy, wszystko to ładnie poprowadzić i się za bardzo nie poplątać. Wszystko też całkiem fajnie się splata i większość elementów ma sens, chociaż liczyłem na to, że fakt, że Seung-uku został akurat garncarzem też odegra jakąś rolę w opowiadaniu :D

Trochę poczepiam się pewnych rozwiązań fabularnych:

Tygrys jest super. Naprawdę fajna postać ci wyszła, widać w nim niebezpiecznego ducha, widać w nim złośliwy humor, a z fajką prezentuje się świetnie. Tylko dlaczego jest taki niezbyt rozgarnięty? W sensie, jeśli faktycznie wiedział, że dziecko gdy dorośnie to go zabije, to czemu nie postarał się bardziej niż wysłanie przypadkowego handlarza z misją dzieciobójstwa? Ok, sam nie mogł wejść do domu, bo posągi, nie mógł zabić, bo amulet. Ale mógł chociaż siedzieć pod domem i pilnować, żeby Seung-uku wypełnił zadanie. Albo nie kazać mu zabić dziecka, tylko przynieść jego amulet, sam by zabił. A jak już Seung-uku jednak zawiódl, no to powinien jakieś inne próby podejmować, a potem dopiero się zająć zabiciem handlarza. No halo, są priorytety.

Herszt bandytów. Trochę niezgrywa mi się wiek tej postaci. W ogóle trochę pogubiłem się w czasie, bo nie bardzo zaznaczasz jego upływ. W każdym razie herszt powinien być praktycznie w wieku córki Seung-uku. Z opisu nie wynika, że jest jakimś młodzikiem. Córka bohatera nie powinna być już dawno hajtnięta? :D 

To już na siłę trochę, ale myślę, że przydałoby się dodać jakiś krótki fragment we wstępie, w którym wioska jest atakowana. Albo przez bandytów, albo może przez ducha tygrysa? Wtedy z jednej strony robienie pułapki miałoby więcej sensu, z drugiej miałbyś ładną klamrę opowieści. Ale to już mocne wtrącanie się w twój tekst, więc tak tylko sobie piszę. 

Seung-uk bez wahania sięgnął po małą szkatułkę koreańskich monet i położył ją przed hersztem

Wiemy, że akcja dzieje się w Korei, nie ma sensu zaznaczać, że to były koreańskie monety. To miałoby sens tylko wtedy, gdyby akcja działa się w innym miejscu i chciałbyś podkreślić zagraniczne pochodzenie monet.

Kliknąłbym, ale już dawno nie trzeba :D 

Widząc Koreę, trochę bałem się tego opowiadania. Spodziewałem się trudnych do ogarnięcia imion, których nie będę potrafił rozróżnić i które zabiją całą przyjemność z lektury.

Teraz już wiem, że trzeba bardziej ufać autorom. :)

Opowiadanie od A do Z. Była ciekawa historia, był kapitalny klimat. Zostawiasz pewne pole do interpretacji. Ja akurat z tych, co to lubią mieć wszystko podane na tacy, więc… wygrzebałem sobie interpretacje z komentarzy innych. :)

Czyta się bardzo dobrze. Klimat robi swoją robotę. 

Naprawdę świetnie napisane opowiadanie. 

Draconis, ciekawa interpretacja. Dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że tekst się spodobał : ).

 

Arnubis, jeśli chodzi o słabe punkty w logice tygrysa, jak najbardziej się zgadzam. Gdybym zaczynał tę historię od początku, z pewnością drobiazgowo bym to sobie rozpisał i przeanalizował. Ale wiesz, we Władcy Pierścieni też mogli polecieć na orłach ;D. Herszt siłą rzeczy jest młodszy od głównego bohatera, a ja rzeczywiście nie uwypukliłem tego w żaden sposób w opisie.

 

CM, dzięki!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dobra baśń :) Klimat pierwsza klasa, postać bohatera wyraźna. Wielki plus za imiona, które łatwo wpadają w pamięć i nie powodują zagubienia.

Trochę zastanawia mnie pierwsza scena. Postać szamana przewija się przez cały tekst, ale poza celami klimatycznymi nie widzę jej jakiegoś mocnego zaczepienia w historii. Właśnie przez tę pierwszą scenę, której sens niestety z lekka mi umyka.

Sama konstrukcja i akcja w porządku. Poza tym prologiem nic nie zwróciło mej uwagi, a napięcie wygenerowane od spotkania z tygrysem (który najbardziej mi zapadł w pamięć) utrzymało się do końca.

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mnie również się podobało :) Wybrałeś bardzo ciekawe miejsce jak i czas akcji.

Troszkę szkoda, że postawiłeś głównie na klimat i nie dopracowałeś tego splotu wydarzeń, że nie domknąłeś skrupulatnie opowieści i sugerowanych sensów i wątków. Początek obiecywał porządnie ułożoną w czasie i sensownie rozplanowaną, a przy tym dobrze zaplątaną historię w stylu dalekowschodniej baśni (tak, jak je sobie ogólnie wyobrażam).

Moje myśli i wrażenia podczas lektury było nieco zbliżone do interpretacji Draconisa. Ludzie jako marionetki w rękach bóstw i demonów, którzy wysługują się nimi na Ziemi. Pułapka zastawiona w przeszłości z myślą o przyszłych wydarzeniach, przez Szamana, który wie więcej, zna przyszłość i bierze udział w tej grze sił nadprzyrodzonych (a może jest po prostu Tygrysem w ludzkiej postaci?). I sam jest graczem w tej grze? Przecież ostrzegając, że bohater obawia się nie tego, którego powinien, zdradza nam prawdziwe oblicze Tygrysa i sens wydarzeń. Niewinne dziecko nie jest takie niewinne, bo wyrośnie na postać Złego. Straszny Tygrys okazuje się tym dobrym, który chce powstrzymać Złego przed późniejszymi czynami. Ale wszystko to względne, bo przecież dziecko zawsze będzie kojarzyło się z niewinnością i jest bezbronne. I w sumie Seung-uk nie miał przecież wyboru, nie mógł skrzywdzić bobasa w kołysce. A Tygrys doskonale wiedział, że bohater w końcu wypełni nakazaną misję, tyle że dopiero w dalekiej przyszłości. Także pułapka na bestię, od początku miała swoje przeznaczenie tak jak obecność młodego Seung-uka podczas jej budowy itd. itd. 

Wszystko to sensownie się plotło i wyglądało na dobrze przemyślaną i zapętloną historię i nagle sru!. Jakiś ryk Tygrysa w jamie, w której nie powinno go być. Jakoś niezręcznie i dosyć pociesznie opisane “zagarnianie” zbójców do jamy. Jakieś pręgowane futro na herszcie bandy, które sugeruje niektórym, że Zły zabił owego Tygrysa (dla mnie to było po prostu pręgowane futro, ale Autor chyba celowo te pręgi wskazuje, czyli może Tygrys wie, że zginie, a cała ta akcja jest zaplanowaną z wyprzedzeniem zemstą na zabójcy?). Zostawiam jednak te rozważania, bo ich sednem jest fakt, że pod koniec trochę rozmyła się ta opowieść, przez co troszkę w moich oczach straciła.

Warsztatowo jest więcej niż dobrze, tekst czyta się z przyjemnością, chociaż masz twardą rękę do zdań oczyszczonych z niepotrzebnych słów. Czasem nawet jakichś słów mi w tych zdaniach aż brakowało. I na pewno dopracowałbym rytm zdań, ponieważ są w opowiadaniu fragmenty naprawdę płynne, sprawne i gładkie, ale są też takie, w których brzmienie, szyk, konstrukcja zdań wybijają z rytmu.

Nie znam wschodnich opowieści, nie czytałem żadnych baśni czy legend pochodzących z Korei. Mogę tylko powiedzieć, że na pewno czuć w Twoim opowiadaniu lekko wschodni klimat i widać próbę stylizacji na wschodnie opowieści, ale mam wrażenie, że Autor tak budował ten klimat i tak stylizował opowieść, jak ja je odebrałem podczas lektury – na czuja. W oparciu o jakieś tam wyobrażenia, odczucia, skojarzenia i ograniczone informacje. Mentalność Azjatów, zawsze będzie nam obca i niezrozumiała.

Natomiast chciałbym pochwalić tekst jako całość i przyznaję, że pomijając moje zastrzeżenia i uwagi, to naprawdę sympatyczne, dobrze napisane, wciągające i ciekawe opowiadanie. No i bardzo fajnie je zakończyłeś spinając klamrą "chłopca – przewodnika" Szamana, która podsuwa kolejne interpretacje wydarzeń.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Klimatyczne opowiadanie, czuć ten zapach dymu, ziół i sosnowego lasu.

Historia bardzo naturalnie i starannie osadzona w realiach, niespieszne tempo sprzyja wczuwaniu się w nastrój i akcję. Szczególnie podobało mi się spotkanie Seung-uka z tygrysem i motyw z synem przemalowującym glinianego kotka. Przyjemnym smaczkiem było też nawiązywanie do przysłów. Szkoda, że postać szamana nie została mocniej wyeksponowana – ale to już nie zarzut wobec opowiadania, a wyłącznie osobiste preferencje.

À propos szamana, fabuła ładnie zatacza koło w epilogu, sugerując pewną cykliczność historii i niejako podkreślając związek z naturą.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

NoWhereMan, Arya, black_cape – bardzo dziękuję!

Mr. Maras, oczywiście, że na czuja. Nie mam wątpliwości, że czytałem o Korei zdecydowanie więcej niż przeciętny Europejczyk, a mimo to jestem pewien, że ledwie się otarłem o jej interesującą kulturę.

Dużo przyjemności sprawiało mi czytanie waszych interpretacji, ale momentami miałem wrażenie, że przypisujecie mi większą inteligencję, niż powinniście ;)). Jeśli macie ochotę na prawdziwie dopracowaną, klimatyczną, dalekowschodnią opowieść na tym portalu, zdecydowanie polecam “Wszystkie klatki Bei Fenga” Małego Słowika – tekst, choć trochę trudny w odbiorze, jest naprawdę drobiazgowo przemyślany.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki :)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajne, spodobało mi się i zostanie ze mną postać  tygrysa z białą pręgą.

Ha, był dobrym, opiekuńczym bóstwem wbrew pozorom. Szkoda, że Seung-uk nie spełnił jego prośby, chociaż z drugiej strony, przecież nie mógł tego zrobić, więc jego los został przypieczętowany, a koło losu ruszyło. W zasadzie stało się to już wtedy, kiedy skrycie podążył za ojcem i był świadkiem rytuału zbudowania pułapki na jednej z dróg. 

Ładnie to powiązałeś, a i cieszę się, że dałeś bohaterowi trochę lat życia, młodość, małżeństwo, dzieci.

Tygrys – świetny, stare bóstwa są takie nieprzewidywalne i lubią palić fajki, a człowiek cóż, czasem jest bardziej ślepy niż prawdziwy niewidomy. Cóż go mami? Czasem myślę, że tylko wydaje nam się, że wybieramy, decydujemy.

Dzięki za opowiadanie:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki za lekturę i komentarz :).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Kraj jest, powiązania z nim średnio mocne – ta historia mogła wydarzyć się w każdym państwie, w którym żyją tygrysy i jest rolnictwo. Mam wątpliwości co do szamanizmu w Korei. Prędzej uwierzyłabym w buddyzm, konfucjanizm albo inny taoizm. Ale szamanizm połączony z ochronnymi posągami? Hmmm. Odnoszę wrażenie, że to dwa różne systemy.

Element fantastyczny mocny, bez gadającego drapieżnika nic by z tego nie wyszło.

Fabuła w porządku. Coś się dzieje, ale masz również miejsce na ładne, plastyczne opisy. Ale końcówka jakby mistyczna, nie bardzo wiem, skąd się tam nagle tygrys wziął… Gdybyś chociaż opisał, że skóra ożyła…

Wydaje mi się, że historia dość oryginalna. Pewnie duża w tym zasługa tygrysa, elementu raczej obcego w naszej kulturze. Ale motyw z ocalonym dzieckiem po latach też zacny.

Bohaterowie też dają radę. Łatwo można uwierzyć w protagonistę, który boi się tygrysa, ale może wszystko zaryzykować dla dobra córki. Zgrabnie skłaniasz do kibicowania Seungowi. To na plus.

Czy przez tyle lat (najpierw jeden chłopiec dorósł, potem drugi) maskowanie na wilczych dołach by się nie popsuło? Nie wyschłoby na wiór, wiatr by nie zwiał, deszcz nie spłukał dołów? Chyba że ktoś je ciągle konserwował, ale w takim razie pewnie okoliczni mieszkańcy by o nich wiedzieli, zbójcy też.

Wykonanie bardzo przyzwoite, acz czasem coś mi zgrzytało; „udźwiękowienie strachu” czy „ułagadza”. To może nawet nie są błędy, ale jakoś chropowato brzmią.

Babska logika rządzi!

Mam wątpliwości co do szamanizmu w Korei.

Wtrącę: był w całej Azji. W jej południowych częściach (Chiny, Korea) wysublimował w taoizm, na Syberii pozostał. Ale był.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To ja się jeszcze wtrącę. Szamani(najczęściej szamanki) w Korei dalej są, a przynajmniej w latach osiemdziesiątych były, kiedy mój profesor, pojechał do Seulu.

Także wszystko się zgadza jeśli chodzi o ich obecność w opowiadaniu.

Ja tez wtrącę odnośnie kraju i jego “przenaszalności” wszędzie gdzie tygrysy – to opowiadanie bardzo mocno przypomina klimat baśni z regionu wschodniej i południowo-wschodniej Azji. Głównie własnie koreańskich, czy np. wietnamskich (niby Wietnam trochę dalej od Korei, ale baśnie z tamtego regionu są własnie jakoś w tę nutę). W na przykład Indiach pomimo obecności tygrysów styl tekstu mocno by nie pasował.

A kiedy z grubsza się skończył? Wydaje mi się, że szamanizm nieźle się sprawdza w plemionach łowców-zbieraczy. Przy rolnictwie już trochę gorzej. Ale nie znam się zbytnio.

Babska logika rządzi!

Powiedzmy, że europejskie wyobrażenie szamanizmu wygląda trochę  inaczej od wyobrażenia azjatyckiego :-) BTW, w Syberii 100 lat temu jeszcze szamani funkcjonowali (jedno z opowiadań konkursowych zresztą do tego nawiązuje), ale wiadomo, w ZSRR trochę inaczej to wyglądało.  Do kiedy w Korei nie wiem, ale przedmówcy sugerują, ze coś w temacie wiedzą.

Hm Finklo szamanizm, tam gdzie był silnie zakorzeniony, zwykle nigdy się nie kończy, po prostu, jak wszystko inne, staje się coraz bardziej komercyjny.

W Chinach niektórzy ludzie dalej chodzą to kapłanów taoistycznych/szamanów, żeby rzucić na kogoś klątwę, poronną, na przykład.

Oczywiście skala zjawiska się stopniowo zmniejsza, ale to tak jak u nas wróżki, nigdy się ich do końca nie pozbędziesz.

 

PS Polecam koreański thriller “The Wailing” z ważną rolą szamana właśnie. 

https://www.youtube.com/watch?v=VUWAgbXSJ4Y 

@Finklo, i ja się dołączam do przedmówców. I był, i jest tam szamanizm.

Co więcej, i może tu Ciebie zaskoczę szamanizm zaczyna królować też w Europie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przy rolnictwie już trochę gorzej. Ale nie znam się zbytnio.

Nie do końca. Shinto to czysty animizm/szamanizm – nie jestem ekspertem, ale w Europie szamanizm też trwał całkiem długo. Po prostu u nas to się nazywało baba szeptucha, nie szamanka.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hmmm. Szeptuchę bardziej kojarzyłam z zielarką, ale możecie mieć rację.

Babska logika rządzi!

Szeptucha to kompletnie co innego…

Ten tekst dość długo przeleżał w “szufladzie”. Nie pamiętam już wszystkich źródeł, z których korzystałem, ale ten abstrakt wygląda znajomo:

Szamanizm jest jedną z najstarszych religii i istnieje niemal na całym świecie. Koreański szamanizm wykazuje jednak pewne cechy szczególne odróżniające go od innych form tego zjawiska na świecie, gdyż jest zmonopolizowany przez kobiety (…) Koreański szamanizm nigdy nie został zaakceptowany przez klasę rządzącą jako oficjalna religia, nie był także popierany przez elitę społeczeństwa i w związku z tym musiał funkcjonować jedynie na marginesie kultury koreańskiej. Konfucjański patriarchat w czasie dynastii Joseon (1392-1897) istotnie przyczynił się do tego, że koreański szamanizm został religią kobiet. Według ideologii konfucjańskiej, w sprawach rodzinnych należy dokonywać segregacji płciowej, która została rozszerzona nawet na sferę rytuałów religijnych. Mężczyźni zaspokajali swoje potrzeby religijne praktykując konfucjanizm, ale całkowicie wykluczyli z niego kobiety. Skoro zaś kobiety zostały wykluczone z rytuałów konfucjańskich, musiały znaleźć jakąś religię dla siebie. Bogowie czczeni w koreańskim szamanizmie oraz sam rytuał szamański były bowiem traktowane przez klasę rządzącą jako trywialne, wręcz wulgarne i nadające się jedynie dla ludzi klas niższych i kobiet. Bogowie szamanizmu koreańskiego nie są istotami dostarczającymi ludziom szlachetnych ideałów lub marzeń a jedynie pomagają im w życiu codziennym chroniąc przed nieszczęściami i gwarantując szczęście. Koreański rytuał szamański składa się głównie z tańców i śpiewu. Szamani komunikują się z bogami-patronami w transie osiągniętym poprzez energiczne i energetyczne tańce. Należy jednak pamiętać, że w zdominowanym przez ideologię konfucjańską okresie panowania dynastii Joseon takie zachowanie było postrzegane jako bardzo nieodpowiednie dla mężczyzn.”*

*Kyong-geun OH, Korean Shamanism – the Religion of Women

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Cześć, Nevazie!

 

– początek sztywny i mało melodyjny (duże natężenie krótkich zdań); ale ładny (bardzo mi się podoba „posłuszeństwo wymogła na nich śnieżna biel jego brody, a bardziej jeszcze czerwień więzów krwi”)

– trudna do płynnego czytania melodyka tekstu

– ogromny plus za wplecenie przysłów koreańskich, dobry i solidny reseach

– duża dbałość o detale zgodne z opisywanym krajem – znów, solidny research i umiejętne pióro pisarza

– ładna historia, tygrys okazał się duchem opiekuńczym mężczyzny; wszystkie wątki splecione, nic nie zostało niedokończone i skończyłam lekturę całkowicie usatysfakcjonowana. Interesująca i na swój sposób zabawna postać tygrysa – bardzo podobała mi się dynamika między nim a głównym bohaterem

– zakończenie wydaje mi się wyrwane z innej powieści i nie pozwalające wybrzmieć historii przez zmianę przedmiotu opowieści

– u mnie było piąte miejsce – gratulacje!

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Przeczytałam i muszę przyznać, że mi się podobało. Może nie do końca ogarnęłam cały zamysł fabularny, choć czytałam późno w nocy, więc może to wina zmęczenia. Niemniej wciągnęło mnie i urzekło wyraźnym azjatyckim charakterem. Dobrze udało ci się oddać klimat Dalekiego Wschodu i tamtejszej mentalności i to z pewnością jest dużym plusem tego opowiadania. 

Odrobinę rozczarowało mnie jedynie zakończenie, liczyłam na nieco większą przebiegłość bohatera, ale rozumiem zamierzenie, że miał on być przedstawiony raczej jako zwykły człowiek, bez jakiegoś niesamowitego sprytu czy szczęścia. 

Nie jestem z tych, co wypiszą liczne uwagi techniczne, bo też nie czuję się ekspertem, rzuciły mi się w oczy tylko dwie rzeczy: 

Mały Seung-uk trzymał się tuż za plecami ojca, otoczonego przez innych męskich krewnych.

To zdanie brzmi dziwnie. To “otoczonego” mi tutaj nie pasuje. Kto był otoczony? Ojciec, syn, a może obaj? Może lepiej coś w stylu: “Mały Seung-uk trzymał się tuż za plecami ojca, stojącego w towarzystwie innych męskich krewnych.”

 

Oczy jego niedoszłej ofiary pozbawione były pięknego brązowego koloru, tak właściwego wszystkim mieszkańcom krainy rozciągającej się od chłodnych wód rzeki Amnok aż po górskie szczyty i wodospady wyspy Czedżu.

Tutaj (choć to nie jedyne miejsce, ale to zapamiętałam), uderzył mnie trochę przerost formy nad treścią. Mężczyzna jest przerażony sytuacją, właśnie ma zanieść dziecko do bestii i przesądzić o jego losie, tymczasem zbiera mu się na geograficzne rozważania.

 

Niekiedy uderzała przesadna kwiecistość języka, ale mimo wszystko czytało mi się to dobrze i z zainteresowaniem. 

 

Pozdrawiam C. 

 

Ładnie wymyślona baśń. Z dalekowschodnim sztafażem, ale przecież w swoim fatalizmie bardzo europejska, czy nawet grecka. Podobała mi się konstrukcja z pozornie porzuconym prologiem i spinającą wszystko klamrą.

Językowo kilka przekombinowanych zdań, np.

Zahartowani na roli i nawykli do ciężkiej pracy, nie mogli powstrzymać sarknięć z niezadowolenia przesypując twarde grudy ziemi.

Ciąłbym te nadmiarowe określenia. Podobnie rzecz się ma z porównaniami – wolę, gdy jest to kilka perełek w opowiadaniu, niż zabieg powtarzający się w kolejnych akapitach.

Zazgrzytały anachronizmy, takie jak “neurotyczny śmiech”. Z kolei “kasztanowiec chiński” trąci encyklopedią, dla Koreańczyka to chyba po prostu “kasztanowiec”. (Bo to trochę tak, jakby Reymont pisał, że “Jagna pędziła przed sobą bydło rasy czerwonej polskiej, odmiany rawickiej”). Na drugim końcu spektrum masz fajne nawiązania do geografii (”od chłodnych wód rzeki Amnok…”) – klimatyczne, ale właśnie wskazujące, że Twój narrator jest w zamyśle zatopiony w tym świecie i nie powinien używać sformułowań pełnych dystansu.

Czytając drugi akapit rozumiałem, że to ten wujek jest szamanem – że jest inaczej zorientowałem się dopiero po kolorach bród – zerknij na ten fragment.

No i finał – doceniam odwagę nie postawienia na happy end, ale pomysł z zabiciem Seung-uka implikuje konieczność wprowadzenia widmowej tygrysiej łapy do posprzątania. Osobiście po prostu z pomocą jakiejś sztuczki szamana rozgoniłbym bandę i tak już wcześniej trzymającą się tylko dzięki charyzmie przywódcy.

Aha, tytuł. Tytuł słaby jest. Za kilka tygodni nie będę pamiętał, że to to opowiadanie (wiem, wiem, trzeba było więcej warzyw jeść ;)

Dobra robota, Nevazie. Opowiadanie stoi atmosferą, takim azjatyckim folklorem, przywołał mi wspomnienie chociażby Mushishi czy Nioh. Wiem, Twoje jest koreańskie ;)

Tempo jest niespieszne, ale opowiadanie nie nudzi. Od początku budujesz zainteresowanie pułapką, a później do niej wracasz w zgrabnej klamrze. Świetna postać tygrysa, niewiele gorsza Seung-uka i Szamana.

Upakowałeś całkiem sporo treści w niewielką objętość i podlałeś to sosem z gęstego, charakterystycznego klimatu. Jeśli czegoś mi brakło, to może takiego dłuższego, wejrzenia w świat duchów i demonów. Heh, oniryzmu, na który zazwyczaj narzekam. Więcej tygrysa ;)

Z drugiej strony w ten sposób pewnie rozwodniłbyś główną fabułę opowiadanie – trudno tu o złoty środek. Wiem jedynie, że przeczytałem z dużą przyjemnością.

Przyklasnę Coboldowi w kwestii tytułu – zaiste, słaby. A jeśli nie słaby, to… nędzny :/

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziękuję za komentarze, wybaczcie przeciętny tytuł ;). Kiedy go wymyślałem, wydawał się cool.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Kolejne kwietniowe opowiadanie, które nastrojem stoi. Inne składowe wypadają raz nieźle, raz mocno tak sobie. Moim zdaniem jest za bardzo nierówno.

Bo na przykład scena rozmowy z tygrysem – bardzo dobra. Obie postaci ciekawie skonstruowane, a dialog toczy się w interesujący sposób. Ale chwilę później mamy scenę napadu herszta, która wygląda, jakby ją ktoś wyciął z innego opowiadania. Gość wygłasza sztampowe kwestie, jest w tym bardzo nienaturalny, sztuczny wręcz i mocno kontrastowało mi to z bardziej subtelną resztą opowiadania.

Co do języka, to nie czytało mi się tego źle, ale muszę przyznać, że nie roztrząsałem też każdego zdania, bo ciekawił mnie ciąg dalszy. Potykałem się tylko czasami na dziwnych sformułowaniach, na przykład, że ktoś “uśmiechnął się neurotycznie” – na pewno dałbyś radę pokazać tę neurotyczność bez nazywania jej wprost.

Co do historii natomiast, to nie do końca wiem, co miałeś nadzieję mi opowiedzieć. Gdy dotarłem do końca, pomyślałem w pierwszej kolejności: “to już?”. Mam jakąś koncepcję interpretacji, ale może nie będę się tu uzewnętrzniać, bo może taka mętność przekazu była tutaj zamierzona. ^^

Dziękuję za lekturę.

Co do tego neurotycznego uśmiechu, dla Ciebie to słowo ma pewnie inny wydźwięk niż dla mnie, zgaduję, że osadzony w konkretniejszych, medycznych realiach. Ja lubię sobie czasem poszukać oryginalnego przymiotnika i dla mnie słowo neurotyczny brzmi równie egzotycznie i tajemniczo, co metafizyka albo kaligrafować. Czasem komentarze czytelników wskazują, że jednak za bardzo sobie folguję :).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Eeee… Wybierasz sobie losowo jakieś trudne słowo i wstawiasz do zdania? ;-)

Babska logika rządzi!

Bez przesady ;).

Chodzi mi o to, że dla Brightside’a użycie słowa neurotyczność, to powiedzenie czegoś wprost, dla mnie to słowo nad którym muszę się chwilę zastanowić i jest mniej “wprost” niż inne słowa, którymi mógłbym ją opisać. I brzmi ciekawiej. Wkraczamy w kwestie gustów :).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka