- Opowiadanie: Żongler - Pogrobowiec Boga Wi

Pogrobowiec Boga Wi

Wi – w mitologii Lakotów jeden z najpotężniejszych bogów. Jest bóstwem solarnym utożsamianym z bizonem. 

 

_________________________________________________________________________________________

 

W moim życiu potrzebowałem śmierci

Ażeby podtrzymać swoje życie

Kiedy umrę będę musiał dać życie

Tym co mnie karmili

Każdemu w odpowiednim czasie aby

Koło Życia nie zostało przerwane.

 

~ anonimowy poeta indiański

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pogrobowiec Boga Wi

Choć wszyscy wiedzieli, że jest to dzień ich przyjścia, nikt nie powiedział ani słowa. Każdy sumiennie wypełnił swoje obowiązki. W matczynych była przesada, w ojcowskich niedbałość, a na koniec dnia cała rodzina zasiadła przy kolacji, zbyt skromnej dla kogoś, kto je po raz ostatni w swoim życiu.

Po zjedzeniu gotowanej ryby i kukurydzianych placków, najmłodszy syn wstał od stołu i w milczeniu podszedł do pianina. Wszyscy słuchali w ciszy. Chłopiec grał powoli, sztywno poruszając palcami, kilkakrotnie myląc nuty. Muzyka miała ochrypły głos, pianino zbierało się, żeby odkaszlnąć. Z czasem, do jego dźwięków dołączyły inne, ponura, zwiastująca nieszczęście melodia.

– Graj dalej, Alary – powiedziała matka, ze złączonymi dłońmi kiwając się lekko na fotelu. – Chcę usłyszeć, jak się kończy. Nie ma nic piękniejszego od ciszy, która powoli dołącza do ostatniej nuty.

Twarze majaczące w oknach zamarły, pozwalając grającemu dokończyć grę. Pomalowane na biało oblicze zastygłego między uchylonymi okiennicami przybysza pojawiło się dokładnie na wprost chłopca. Patrzyli na siebie, nieznajomy oziębłym, nieruchomym wzrokiem, chłopiec szeroko rozwartymi oczami, wciąż przesuwając drżące palce po klawiszach.

Gdy ostatnia nuta wybrzmiała między skrzypieniami uchylonych drzwi, matka westchnęła. Brzmiało to jak odgłos wzruszenia.

Chłopiec odwrócił się na stołku.

– Podobało ci się, mamo?

Starsza kobieta uśmiechnęła się smutno.

Wrzeszcząca w ciemności strzała przeszyła jej gardło.

 

*

 

Pył suchej drogi wzbijał się spod stóp pracujących. Łopaty wznosiły się i opadały, jedne rytmicznie, inne w zupełnym chaosie, jednak wszystkie rozgarniały uprażony słońcem piach starego cmentarza, którego do tej pory odwiedzały jedynie podróżujące z suchym wiatrem cierniste badyle, kule wizytujących zakamarki biegaczy oraz wychudzone pustynne lisy, pyskami przy ziemi wodzące wzdłuż prostokątów zapadłej ziemi, pod którą leżały kości. Sześć trumien z otwartymi wiekami leżało w nieładzie pośród piaskowych kopców. Ludzie w przepoconych koszulach stłoczyli się przy siódmej. Coś było nie tak. Hałas podnieconej gawiedzi nie był czymś, co powinno towarzyszyć ostatniej podróży człowieka.

Clapeyron osłonił oczy dłonią. Spędził w siodle zaledwie dwa dni i zdążył się już opalić, choć opalenizna przypominała raczej brązowe kleksy. Ludzie zza morza źle znosili stare, wciąż nieposkromione słońce równiny.

– Kogo grzebią? – zagadnął Clapeyron przechodzącego obok obdartusa w słomianym kapeluszu.

Ten żuł coś powoli, poruszając oszczędnie szczęką. Kiedy znaczenie pytania do niego dotarło, ryknął śmiechem.

– Grzebią? – parsknął. – Skąd jesteś, hę? Oni nieboszczków z ziemi wyciągają!

W następnym momencie trzasnęło wieko rozłupanej trumny. Zgromadzeni mężczyźni zaczęli kląć, ktoś splunął i machnął ręką, człowiek trzymający łopatę cisnął ją wściekle pośród kopce.

– Martwy! – ryknął. W jego głosie było rozczarowanie.

Reszta podzieliła jego złość, niektórzy ponuro pokręcili głowami, jakby spotkał ich największy zawód życia. Nad wyschniętymi, czarnymi jak węgle drzewami kołowały sztuczne ptaki.

– A jaki niby ma być? – spytał ze zdumieniem Clapeyron, patrząc to na cmentarz, to na wędrowca w słomianym kapeluszu. – Z tego co mi wiadomo, w ziemi chowa się raczej martwych.

– No to guzik ci wiadomo, paniczu zza stawu, bo tutaj, w Wilczej Mesie, wyciągamy z ziemi żywych.

Clapeyron uniósł wysoko brwi.

– Od rana zapijasz smutki, staruszku?

– Nazwij mnie kłamcą, jazda! – zaperzył się strach na wróble. – Swędzi mnie ręka od rewolweru, gdybym tylko go miał, sam byś sobie zbijał trumnę. Poświęconego drewna jest tutaj pod dostatkiem.

Clapeyron rozciągnął popękane od słońca wargi.

– Skoro ludzie wstają z martwych, na co ci rewolwer?

Starzec wydął usta.

– Nie wierzysz mi – zawyrokował. – Oczywiście, że taki plamiasty parchacz nie daje wiary słowom porządnego człowieka. Bo koszula mi ze spodni wystaje? No, powiedz mi, gdzie są te wasze podniebne okręty? Pewnikiem to wyssane z palca historie popitych pastuchów, zupełnie jak…

– …ożywione trupy? – dokończył Clapeyron.

Człowiek przeżuł zęby. Usta miał mięsiste i różowe, jak dwa obrane ze skorupek robaki.

– Jedź do miasta, do Pchlewrogiego. Sam zobaczysz.

Chwiejnym krokiem ruszył dalej. Clapeyron niezgrabnie obrócił konia w miejscu.

– Co niby zobaczę? Trupa? A co może robić taki trup?

– Grać – odpowiedział warknięciem oddalający się mężczyzna, nie odwracając się.

 

*

 

Czuł pulsowanie pary wypełniającej kamizelkę, stężone powietrze poruszało się niespokojnie jak pół tuzina węży usiłujących ułożyć się w gnieździe. Clapeyron przeciągnął się z trudem, sapiąc. Wynalazek zza morza był ciężki i niewygodny, ale nie ośmielił się go zdjąć. Kupił go wraz z historią o buntowniczych mieszkańcach Mesy, syczących jak rozżarzone węgle i kłótliwych niczym sprzedawcy odpustów. Po sukcesie latających okrętów wynalazkom rzemieślników nie było końca, a Clapeyron miał tą nieprzyjemność, że spędził podniebną podróż w towarzystwie niesłychanie ambitnego Czecha. Twierdził, że jest wynalazcą, ale w rzeczywistości był tylko szaleńcem. Clapeyron cenił śmiałość szalonych ludzi, więc wydał większą część pieniędzy ojca na kuloodporną marynarkę. Przymrużył nawet oko na wklęśnięcie nad prawą łopatką, które według twórcy było cenną pamiątką po teście bezpieczeństwa. Clapeyronowi bardzo się to spodobało, chociaż zapomniał zapytać się, czy testujący wynalazek przeżył strzał w plecy.

Szyld nad knajpą przedstawiał pchłę grającą na skrzypcach.

Clapeyronowi ścierpła mu lewa ręka, jak zwykle, kiedy miał złe przeczucia. Słyszał zachrypłe, rozstrojone pianino, z którego czyjeś skoczne palce usiłowały wydobyć odrobinę melodyjności. Gdyby nie fałszywe nuty, muzyka przepadłaby pośród krzyków, siorbania, szurania, brzdęku i kaszlu wypełniających spelunę gości.

To na pewno dobre miejsce, ojcze?

Nie sądził, że ktokolwiek przed nim wkroczył do portowej knajpy bez jakiejkolwiek broni, Clapeyron lubił jednak być pierwszy. Spóźnił się z odkopaniem żywego trupa, ale wciąż mógł być tym, który jako pierwszy usłyszy jego historię.

I pianino, i grający na nim człowiek mieli w sobie dziury po kulach. Wydawali się być w podobnym stanie rozkładu, kości żeber sterczały tak samo jak niektóre wypaczone klawisze, zęby obu były pożółkłe, klapa zwisała smętnie z rogu blatu jak dolna szczęka z kącika żuchwy. Wyblakłe strzępki porwanego ubrania były niczym zwinięte w ruloniki paski drewna.

Trup palił papierosa, a raczej przesuwał go między zębami, żując tytoń. Dym otaczał pianino kłębami szarego dymu, co dodawało temu absurdalnemu koncertowi jeszcze większej grozy.

Clapeyron znał melodię, choć nie pamiętał, gdzie ją słyszał. Pewnie na okręcie. Statek zwał się „Zdobywca” i niezmiennie zdobywał serca kolejnych podróżników, gdyż stale od sześćdziesięciu lat przewoził ludzi przez ocean. Wspomnienie podniebnego rejsu nie należało do tych, do których Clapeyron lubił wracać myślami. Strząsnął z siebie widmowy hałas lin oraz trzepoczących żagli, zrobił parę min, i począł przeciskać się przez tłum.

– …dwadzieścia lat, tak mówią – tłumaczył mężczyzna w czerwonym kapeluszu. – Zakopali go ze sznurem na szyi, tym samym, na którym zawisł. Teraz planuje odszukać swoich oprawców i zacisnąć pętelkę na ich gardłach.

– Tak powiedział? – Clapeyron przystanął obok. – Ma jakieś imię, ten trup?

– Nie wiem, jakie trupy dotychczas widziałeś, mieszczuchu, ale ten tutaj nie wydaje się martwy. Nigdy nie słyszałem, żeby martwi grali na pianinie.

– Ani na gitarach – wtrącił chłopak o płowych włosach. – Tak go znaleźli, wierz lub nie, wisiał na gałęzi i grał „Słodką Sue”…

– Znaleźli go ludzie Szramy! – sprzeciwił się inny. – Kopali w cmentarzysku, jak każdego miesiąca, a tu patrzą: świeży grób leży na starej trumnie. To znaczy tylko jedno. Skarby. Rozwalili wieko łopatą, a ten tam… – szarpnął głową w stronę podskakującego w rytm melodii grajka – …pozdrawia ich, jak gdyby nigdy nic i pyta się, czy nie mają przypadkiem tytoniu…

– I co? – drążył Clapeyron.

– Co? Dali mu ten tytoń, ty byś nie dał?

– Nie tytoń! Trup! Mówiliście, że idzie się mścić. Skąd niby to wiecie?

– Nie wiedzą – odparł młodzieniec o płowych włosach. – Ale co innego miałby robić trup, jak nie planować zemsty? Kule go nie biją, sznur go nie udusi. Być takim martwym, to dopiero życie…

– Nie wygląda na kłótliwego – mruknął ktoś. – Raczej wesoły z niego trupek.

– Boś ty widział w życiu inne ożywione trupy, które wyglądają na kłótliwe. Paplasz jak stara baba, Jessie, tak samo jak wtedy, gdy…

Ale Clapeyron już ich nie słuchał. Wyglądało na to, że trupy grające na pianinie nie były niczym niezwykłym w Wilczej Mesie. Jeżeli tak było, to co czekało na niego za granicami świata, w Limbie? Przeszedł go dreszcz. Na zewnątrz powoli zmierzchało, wiatr potrząsał okiennicami, przypominając biesiadnikom, że czas świętowania dobiega końca. Clapeyron czuł zapach stygnącego na mrozie piasku. Jego nos bardzo się wyostrzył podczas trzytygodniowego pobytu na statku. Ludzie mówili, że tak wysoko pod gwiazdami powietrze jest zbawienne i oczyszczające ciało, Clapeyron wiedział jednak, że dodatkowe zdolności zawdzięczali sumienności kucharza. Dodawał on codziennie rano i wieczorem guletsi do owsianki. Kiedy kadź trafiała do kuchni była tak biała, jakby jej zawartość stanowiła jedynie kostna mączka, natomiast gdy kocioł wyjeżdżał na salę, breja była już ciemnobrązowa.

Clapeyron pisał o tym w swoim notesie, który planował kiedyś sprzedać za nieprzyzwoitą sumę pieniędzy.

– Co my w ogóle jemy? – spytał pewnego poranka ambitnego szaleńca od nadmuchiwanej kamizelki.

Jego część stołu była pełna nakrętek, śrub i gwintów, parę dryfowało nawet beztrosko na mlecznym kożuchu. Wynalazca spojrzał na Clapeyrona nieprzytomnie.

– Czyjeś uszy – odparł zadziwiająco trzeźwym głosem. – Czyjeś oczy. Panie kolego, czy wie pan, do jakiego piekła zmierzamy?

Do piekła pełnego grających szkieletów, odpowiedział mu w myślach Clapeyron, usiłując otrząsnąć się ze zdumienia. Tymczasem trup wbił w oporne klawisze ostatnią nutę, po czym zerwał się na nogi z kartami w dłoni. Prostując się z klekotem, zapalił zapałkę o własny piszczel.

– Kto potnie kurzu ze starym Łysym Drzewem? – zawołał. Jego głos brzmiał tak, jakby dobiegał z dna pustej beczki. Karty zapłonęły, on zaczął rechotać. – Fandango dla najśmielszych u Długorogiego!

Nie przestając się śmiać, kopniakiem zrzucił z pobliskiego krzesła drzemiącego pijaka, po czym zaciągnął je do kąta, gdzie zasiadł, zdążywszy jeszcze porwać z czyjeś głowy wyświechtany kapelusz i wciągnąć go na czubek własnej, poobijanej czaszki.

– Stołu! – zażądał głośno. – Kto chce grać, niech przyniesie stołu!

Dwóch mężczyzn natychmiast spełniło jego rozkaz. Złapali za kwadratowy, kulawy stolik, strącili z niego dobytek biesiadników i pomaszerowali z nim przez izbę. Clapeyron, widząc, co się szykuje, natychmiast chwycił za wolny róg. Kiedy na niego spojrzano, uśmiechnął się niewinnie.

– Nie boisz się? – spytał ochryple wyższy z dwóch drabów.

Jego towarzysz uśmiechnął się paskudnie.

Szkielet obserwował ich wysiłki, tasując płonące karty. Clapeyron widział coś takiego po raz pierwszy. Gdyby tylko ojciec mógł zobaczyć te wszystkie cuda! Ponad Wężami, jak przezywano tutaj szlaki rejsów statków, co rusz powstawały nowe pomysły. Podróże trwały tak długo, że zrozumiałym było oddawać się pasji. Karty płonęły ogniem tak żywym, jakby szkielet co rusz podlewał je gorzałą.

– Tylko tylu? – rozczarował się martwy. – Myślałem, żeście zmężnieli odrobinę przez te wszystkie lata. Nikt nie ma odwagi zagrać z gryzącym piach?

Dłoń Clapeyrona pełzła po przodzie kamizelki, szukając kieszeni z notatnikiem.

– Ile dokładnie? – spytał pospiesznie. – Tych lat?

Trup łypnął na Clapeyrona podejrzliwie.

– Tyle, ile było trzeba, ośmielam się przypuszczać.

– Religijny trup? – Wyższy drab usiadł na stołku. Jego umięśnione ciało ledwo mieściło się w zapiętym garniturze, a każdy ruch mógł sprowokować strzelaninę. Z ramienia sterczało coś, co przypominało sklejoną z zapałek ptasią żerdź. – Jak tam jest, po drugiej stronie?

Karty przesypywały się z dłoni do dłoni, sycząc i trzeszcząc jak polana pękające w kominku.

– Cicho – odparł beznamiętnie szkielet.

Dłoń Clapeyrona wędrowała teraz po spodniach, szukając ołówka.

Drugi z drabów usiadł, rozkładając długie, kolorowe palto. Clapeyron, który wzrok miał skupiony na dolnej kieszeni, ujrzał parę smukłych nóg, wyłaniających się na chwilę spomiędzy frędzli układającego materiał mężczyzny. Pospiesznie spojrzał na skrywaną pod kapeluszem twarz, jednak sztywny kołnierz zasłaniał znaczną jej część, a cień ponurej izby otaczał cienistymi pierścieniami wąskie oczy. Istota położyła na sękatym blacie ciężki rewolwer, nie odzywając się.

Szkielet roześmiał się tak życzliwie, że niemal odpadła mu dolna żuchwa.

– Masz spore zaufanie do tej krzywej lufy, co, chłopcze? – zaklekotał.

– Nie jest dla ciebie – burknął wielki drab z zapałkami na ramieniu. – Dla tego podniebnego, co nie może przestać się iskać.

Clapeyron usiadł sztywno na krześle.

– A więc czterech – podjął szkielet. – Gramy jak prawdziwi kurzący, nie dzikie psy. Trochę kultury, padalce. Jakie to czasy nastały, żeby to martwi musieli przypominać żywym, jak żyć?

Draby wymieniły spojrzenia.

– Gramy w mokrego – zadecydował wyższy.

– Nie będziemy grać w kości moimi kośćmi. – Szkielet już rozdawał płonące karty. – Gramy w pokera. Wypadałoby, byście postawili kolejkę temu, który dzieli się z wami majątkiem.

– Możemy postawić co innego – wtrącił Clapeyron, rozkładając na kolanach notes i pospiesznie prostując kartki.

– Nie macie nic, co chciałby trup – podsumował szkielet. – A ja nie mam nic, co chcieliby żywi.

Kości jego dłoni były niczym mechanizm, każda kosteczka poruszała się w swoim tempie.

– Jest coś, co chcemy usłyszeć – zaryzykował Clapeyron. – Twoją historię. Co ty na to? Chyba nie chcesz…

– …zabrać jej do piachu? Właśnie żeście ją odkopali, przebrzydłe sukinsyny. Chcecie mojej historii? W takim razie musicie też dawać. Kto przegra, ten opowiada.

Clapeyron powiódł wzrokiem wokół stołu, szukając kogoś, z kim mógłby wymienić spojrzenie. Chciał zaprzeczyć, ale ugryzł się w język. Podczas rejsu, kiedy nie mógł spać, dręczony przez przeciągłe, wielorybie wycie olbrzymich silników, próbował nauczyć się przybierania kamiennej twarzy. Stroił miny do poduszki, a ona znosiła to cierpliwie. „Możesz być kimkolwiek tylko zechcesz”, powiedział mu kiedyś szalony wynalazca, skręcając automatyczną łopatkę do kopania latryn. Czasami był wyjątkowo ambitny, snując wywody o stworzeniu brakującej części Machiny.

– Następca musi być lepszy od poprzednika – mówił, a oczy mu błyszczały. – Machina musi mieć w sobie pierwiastek ludzki, to jej najważniejszy składnik, oczyszczona dusza. Nie można tego tak po prostu powielić. Dziecko kury i łabędzia będzie tylko szkaradnym, nieforemnym pisklakiem, z którego będą się śmiały i kury, i łabędzie.

Clapeyron rzadko rozumiał wynalazcę.

– Mamy całą noc – zawyrokował ochrypłym głosem milczący dotąd drugi drab. Kapelusz opadł mu jeszcze głębiej na oczy. – Kula wycelowana w serce trupa, że nie uwierzycie w połowę tego, co powiem.

– Nie mam serca – podpowiedział przekornie szkielet.

Oczy kapelusznika uśmiechnęły się paskudnie.

Clapeyron był tak podniecony, że podrygiwał razem z krzesłem. Wyższy drab rozpostarł prawą rękę, metaliczny szmer rozległ się w powietrzu, po czym na budowli z zapałek wylądował mechaniczny sęp. Ptak trzymał w dziobie cygaro, mężczyzna włożył je sobie niedbale do ust. Wyciągnął ponad stołem dłoń.

– Imiona są poza pulą. Łata. Tak mnie zwą.

– Nie zgadzam się – odparł szkielet. – Poza tym, to nie jest imię.

– To blef. – Drab nawet nie drgnął. – Mam na plecach dwadzieścia dwie mechaniczne łaty. A może nie.

– Koy – burknął typ w kapeluszu, zniecierpliwiony albo zły.

– Esamee Clapeyron – wtrącił Clapeyron, pospiesznie wymyślając imię ciekawsze od własnego. – Dziejopisarz.

Obecni spojrzeli na niego tak, jakby oświadczył, że umiera na tyfus. Szkielet się nie przedstawił. Wyglądał, jakby czekał, żeby ktoś go upomniał, z rozbawieniem zerkając na twarze pozostałych. Nikt tego nie zrobił.

– A więc gramy życiem – powiedział Łata. Jego sęp wrzasnął jak mosiężny dzwon, tak przeraźliwie, że po przeciwnej stronie izby zabulgotało brzuszysko pianina.

Szkieletowi zapłonęły oczy, sztukmistrz spod trumiennego wieka wykrzywił kości twarzy.

– O cały bank – zachichotał.

 

 

Nagi mężczyzna stał wyprostowany, z rozrzuconymi ramionami witając kolory rozlewające się na niebie. Purpura, zieleń, błękit i złoto, niczym pióropusz olbrzymiego gromowego ptaka, który rozpostarł skrzydła nad nieskończonym horyzontem.

Związany chłopak patrzył na to w przerażeniu. Było tak zimno, że spomiędzy szczękających bezradnie zębów buchały kłęby pary, blada skóra twarzy i odsłoniętych ramion zdawała się być sina w krótkotrwałych rozbłyskach podskakujących iskier.

Ognisko było zbyt daleko od któregokolwiek z nich, ale ognia nie przywołano, by dawał ciepło – tej nocy chodziło tylko o cienie.

Tańczyły w rytm wiatru wraz z nagim, pokrytym malunkami mężczyzną, wypełniając dolinę tuzinem pląsających sylwetek. Podskakiwały, prężyły się, obracały – równocześnie, w niezachwianej pewności. Wszystkie tańce, jakie do tej pory widział chłopak, wypędzały kurz ze skrzypiącej podłogi, robiły się coraz szybsze i szybsze wraz z kolejnymi łykami przepalanki. W tańcu obcego była równowaga i spokój, każdy ruch był kontynuacją poprzedniego. Niczym zaklęcie, które tancerz tkał misternie jak pająk swoją sieć.

– Czy to były czary? – spytał chłopiec, gdy mężczyzna ubrał się i wrócił w plamę światła ogniska.

To były pierwsze słowa, jakie do niego powiedział.

Dziki człowiek spoglądał przez chwilę w oczy chłopca, z uwagą i zastanowieniem.

– To była rozmowa – odpowiedział gładkim tonem kogoś, kto rozumie język, w którym mówi.

Po czym zajął się rozwiązywaniem rzemieni bukłaka.

To, że przemówił, zdumiało chłopca, ale złość przesłoniła strach.

– Z kim rozmawiałeś? Jesteśmy tutaj sami.

– Jest nas o wiele więcej, niż tylko my, Chmurna Twarzy. – Powoli uniósł rękę i wskazał niebo. – Patrzy na nas tysiące oczu. – Jego własne zdawały się lśnić światłem purpurowo-zielonej łuny. – Twoja maszyna także.

– Skąd wiesz o Machinie? Myślałem… wy… Macie przecież swojego ducha.

– Jest Duch i jest Machina.

– Modlisz się do obu? Czy to znaczy, że są jednym?

– Nie. – Przerwał żmudne zajęcie. – Są tak różne, jak to tylko możliwe. Machina czerpie z Ducha, lecz nigdy nim nie będzie. Dwa wilki wyją w głuszy, a choć ich głosy zlewają się w jedno, wprawny słuchacz wie, który z nich jest silniejszy.

– To nieprawda. Machina jest wielka. Nieomylna. Nie istnieje nic potężniejszego. Dzięki niej okręty latają po niebie, a ludzie wracają z martwych. Każdy chce być pod opieką Machiny.

Chłopiec nie znał niczego prócz echa słów innych ludzi, spokojny człowiek był więc wyrozumiały.

– Czego miałby szukać martwy w świecie żywych? – spytał tylko.

 

 

Przeciął jego więzy w chwili, kiedy gdzieś w kanionie wrzasnął umierający bizon. Echo zmierzwiło sztywną od mrozu trawę, poruszyło stos dogasających polan, ukłuło gładką powierzchnię jeziora. Wszystko ocknęło się, żeby odprowadzić zwierzę na pastwiska Wielkiego Ducha.

– Jego dusza uciekła w strachu przed śmiercią – powiedział spokojnie człowiek, ściskając nóż w dłoni. – Jak koń, który rwie się do galopu pod świstem bicza. W jego biegu nie ma radości, tylko chęć przetrwania. Wbiegła tutaj. – Wskazał czubkiem noża na pierś chłopca. Dźgnął go delikatnie, lecz boleśnie, by zapamiętał ten moment. – Słyszysz? Bije kopytami i rzuca łbem. Biegnij. – Cofnął się nagle, stając na nogi. – Uciekaj, jeśli tego chcesz.

Pod nieskończonym niebem nie było nic prócz niebieskiej trawy. Coś szeptała… lecz wszystko było obce, wrogie i przerażające.

– Nie chcę – powiedział chłopiec. – Nie wiem, gdzie miałbym pójść.

Indianin przekrzywił lekko głowę. Miał pociągłą, brązową twarz, na której zawsze błąkał się cień. Jego oczy były czarne jak smar maszyn, które znał chłopiec, jednak tutaj nie ośmieliłby się o nim pomyśleć. „Czarne jak to dziwne niebo”, przyszło mu więc do głowy.

– Jesteś wolny, a nie wiesz, gdzie masz iść? – spytał z niedowierzaniem Dziki. W jego głosie zabrzmiała nuta gniewu. Odwrócił się i zaczął zwijać posłanie, gotowy odejść.

Było tak, jakby byli jedynymi ludźmi na Ziemi. I choć byli razem, chłopiec był zupełnie sam.

– Pozwól mi iść z tobą.

– Nie.

– Proszę.

– Nie.

– Zabrałeś mnie, a teraz zostawiasz? Po tym wszystkim? Nie daliście nam choćby szansy, by się bronić… Związałeś mnie i kazałeś milczeć, ciągnąłeś aż tutaj! Teraz mnie wypuszczasz?

– Nie. Nie moi ludzie. Obcy.

– Kłamiesz! – wrzasnął chłopiec, jak młody bawół, lekkomyślny i łatwo wpadający w gniew. Pędził przed siebie, nieświadomy zbliżającej się przepaści. – Widziałem ich! Byli czerwoni, jak ty! Nosili strzały! Mówili w twoim języku…

– Skąd wiesz, w jakim języku mówię, skoro nie rozumiesz żadnego prócz swojego własnego? – spytał mężczyzna tak chłodno, że chłopiec umilkł natychmiast. Obrócił się. Nigdy nie miał problemu, by spojrzeć mu prosto w oczy, zawsze wiedział dokładnie, gdzie są. Wiedział bardzo dużo. W którą stronę zawieje wiatr, albo jak dotrzymać kroku wyprzedzających ich jeleniom. Jego mądrość lśniła skrawkami czarnego nieba w jego wielkich oczach. – Wolność to dar, Yansi. Zwracam ci ją pod oczami twojego boga, Machiny.

Chłopak trząsł się bezradnie.

– Tu nie ma… Jest tylko trawa.

– Czyż nie wierzycie, że niebo składa się z zębatek i trybików, a parowe rury co rano wciągają słońce na nieboskłon?

Wypowiedział to tak, jakby kpił. Chłopiec stał z otwartymi ustami, nie rozumiejąc. Zimny wiatr muskał go po twarzy. Tutaj, pośród tej mroźnej, otępiającej nicości, nie wiedział już, w co powinien wierzyć.

– Machina zbudowała niebo, żeby na świecie zawsze był dzień.

Skinął mu nieznacznie głową. To mogła być przekora, ale jego oczy nie zalśniły drwiąco, wargi nie poruszyły się.

– To, co widzisz, to noc. Nie rozumiesz, co to znaczy?

– Znaczy… To musi znaczyć, że… Machina się zepsuła, ale… Już jutro wszystko będzie na swoim miejscu. Naprawi się. Nie możemy wątpić w niezawodność Machiny. Na świecie nie ma już nocy.

– Wasze wieczne słońce was oślepiło. – W głosie Indianina był smutek. – Twoje oczy nie pamiętają nocy, ale serce tak. Obudź się – nakazał mu. – Jesteś tutaj, pod nocnym niebem, wolny.

Echo jego głosu wybrzmiewało w głowie chłopca.

– Co znaczy "Yansi"? – spytał cicho.

– Bizon. Masz w sobie jego gwałtowność. Widziałem, jak wstępuje w ciebie biegnący byk. Kiedyś będziesz silnym, wielkim mężczyzną, chociaż jesteś białym człowiekiem.

– Biali ludzie nie mogą być silni?

– Nie, jeśli wierzą w mechaniczne niebo, a czerwonych ludzi mają za opiłki spod parowych pił.

– Przecież sam modliłeś się do Machiny. Powiedziałeś, że…

Odwrócił się gwałtownie.

– Idź już, Bizonie. Stiyu.

– Co to znaczy?

Nie odpowiedział. Ruszył przed siebie, łagodnie stawiając stopy poprzez kołysane wiatrem trawy.

– Powiedz mi! – krzyczał za nim chłopiec. – Proszę! Nie zostawiaj mnie! – wołał za nim, przełykając łzy. Postawił parę chybotliwych kroków, ale kolana drżały mu tak bardzo, że upadł. Trawa wyła wśród niego. – Pójdę z tobą! Zrobię, co każesz! Nauczę się twojego języka! Pozwól mi…

Spoglądał w nocne niebo szeroko rozwartymi oczami. Tysiące gwiazd wisiało bez ruchu, iskry zastygłe na powierzchni atramentowego, gładkiego jeziora. Chłopcu zdawało się, że widzi różne kształty. Gazele pasące się pośród traw, ryby płynące z prądem, kroczące dumnie niedźwiedzie. Wiatr poruszał nimi łagodnie, pozwalając mu ujrzeć wszystko.

Drobna sylwetka Indianina stała w oczekiwaniu nieopodal. Pierś człowieka unosiła się i opadała, oddychał głęboko powietrzem pachnącym wolnością. Kątem oka zobaczył, jak chłopiec podnosi się z kolan i chwiejnym krokiem rusza w jego kierunku. Upewnił się, że nie zwalnia, a potem sam ruszył w drogę.

 

 

Pod całym majestatem gładkiej, chłodnej nocy, siedzieli przy drobnym płomyku, jedząc suche rybie mięso. Pod powiekami chłopca nie było jeszcze tyle gwiazd, co w oczach mężczyzny, jednak jego oczy były tak szczere, że zdawały się pochłaniać horyzont. Zdobywał gwiazdy z każdym minionym dniem, a każdy był jedną zdobytą umiejętnością. Musiał je posiąść, jeśli chciał dotrzymać kroku smagłemu człowiekowi.

– Czy idziemy do twojej wioski? Miejsca, gdzie jest więcej takich, jak ty?

– Nie.

– Nie? Ale… Gdzie ona jest? Ma jakąś nazwę? Ilu was jest? Macie kukurydzę, mięso? Konie, proch, smary, śruby?

Spojrzał na niego spod zmrużonych brwi. Siedział ze skrzyżowanymi nogami, dziwnie zawiniętymi, plecy miał proste, a palce dłoni splecione. Choć chłopiec bardzo chciał wygiąć ciało jego śladem, nie potrafił tego powtórzyć.

– Nie mamy smaru ani śrub.

– W takim razie jak orzecie pola? Jak pływacie po jeziorach, czyścicie ryby albo przesuwacie cienie?

– Wiatr przesuwa słońce i księżyc. Wszystko inne robimy rękami.

Pokazał mu je, dwie szorstkie dłonie.

– Nie wierzę ci.

– Nie wierzysz w sporo rzeczy, Yansi. Dzieci bez iskry ciekawości wyrastają na ponurych ludzi. Moglibyśmy spotkać moich pobratymców, ale nie tam prowadzi nasza droga.

– Dlaczego?

Rozważał to pytanie w milczeniu. Na nieskończonych polach wszystko miało w sobie dźwięk, coś, co z pozoru wydawało się skute w bezruchu i ciszy, szemrało najgłośniej. Noc wydobywała ze świata głosy. Tak przedstawił mu ją Indianin, Noc. Szanowali się wzajemnie, więc czekał na jego odpowiedź.

– Wygnano mnie z niej – odparł.

– Wygnano?

– Widywałem waszych jeźdźców, ciężkich i nieudolnych, którzy zniewalają konie, jakby były ich własnością. Nie mieli do niczego szacunku, a w swoich obozowiskach zostawiali resztki swoich mechanicznych modlitw. Brzydziłem się tego, jak moi pobratymcy, gdy jednak z nieba spadła mechaniczna kometa, próbowałem opowiedzieć im o waszych zwyczajach. Wtedy nazwali mnie Kenduri.

Chłopiec zdążył już poznać parę słów w języku człowieka, ale tego nigdy nie słyszał.

– Co to znaczy?

– Noc Dnia tego, czym jestem teraz. Kim jestem. Tadawi. Takie nadałem sobie imię.

Chłopiec wiedział, kiedy należało pozwolić echu wybrzmieć. Nauczył się tego u boku Indianina.

– Tadawi znaczy wolny.

Kiwnął głową.

– A więc dokąd idziemy, Tadawi?

Położył na skórzanym tobołku dłoń o długich palcach. Chłopiec po raz pierwszy spostrzegł, że są szare.

– Oddać mechaniczną kometę temu, kto ją stworzył.

 

 

– Przyciągnij do piersi. Trzymaj wyżej łokieć.

– Nie potrafię. Nie mam tyle siły. W moim świecie… Zwierzęta mają miejsca, do których przychodzą, żeby umrzeć. Machina zna godzinę ich śmierci. Jest bardzo dokładna, więc nigdy nie głodujemy.

– Wasze zwierzęta to tylko blaszane pudła bez duszy. Tam. Widzisz je? Opuść łuk, spójrz. Brązowa fala.

– Co to takiego?

– Nie wiesz, czym są jelenie.

– Jelenie? Wiem. To nie są jelenie. Jelenie stoją w miejscu. To coś, tam… co one robią?

– Biegną. Boją się.

– Czego?

– Nas.

– Przecież to mięso. Służy po to, żeby jeść. Mięso nie może się bać.

– Zabijacie je. Czy nie umierają głośno, w bólu?

– Nie wiem. Machina sprawia, że wydają dźwięki, ale… to chyba po to, żeby było trochę tak, jak dawniej. Nie wiem, dlaczego. Nigdy nie słyszałem prawdziwego jelenia. Czemu Machina każe im krzyczeć?

Tadawi patrzył na kłusujące stado.

– Bo ludzie lubią słuchać, jak umierają ich poprzednicy.

 

 

Nie zapamiętał koloru tych, którzy ich napadli, jakby wcale nie byli ludźmi, lecz istotami z cienia i mgły, które wypełniły kanion po brzegi. Jedno z tych smukłych ciał spadło w przepaść razem z Indianinem, rozdzierając ciasno rosnące cierniste chaszcze i tryskając kroplami zmieszanego z piachem deszczu. Choć wtedy nie mógł tego wiedzieć, teraz rozumiał, że byli to inni gwiezdni ludzie Kri, polujący i pożerający dusze współplemieńców. Tadawi wspomniał o nich tylko raz, w dodatku używając swojego języka, tłumacząc, że nie można opisać Ucztujących słowami białych ludzi.

– Nocą staw odbija gwiazdy, ale nie jest częścią nieba – powiedział kiedyś. – W oczach gwiazd woda jest niema, tak samo jak gwiazdy dla wody.

Woda zalewała mu twarz, w górze pruły się rozrywane błyskawicami chmury, a chłopiec klęczał, przewieszony przez krawędź skarpy, rozpaczliwie wypatrując Tadawiego. Nie mógłby krzyknąć, nawet jeśli zależałoby od tego jego życie. Moknął, drżąc z przerażenia przed warkotem burzy. Nie wiedział czym jest. Machina, która rządziła jego poprzednim życiem, nie miała w rurach smolistej, wściekłej zawiei, pełnej bulgoczących chmur i lodowatej, rozrywającej skórę wody. Chłopiec nie rozumiał, co się dzieje, a Indianina nie było w pobliżu, żeby mu w tym pomóc.

Otaczał oczy śliskimi, kurczowo przyciśniętymi do czoła dłońmi, ledwo będąc w stanie wsysać powietrze przez uderzające o siebie zęby.

Coś poruszyło się w dole, jedna z tysięcy plam cienia rozbitego na drobiny o ścianę skarpy. Dogorywały, osamotnione, powykrzywiane i czerwone.

Tadawi krzyczał coś, ale jego głos przepadał w deszczu. Ziemia trzęsła się pod kolanami chłopca, jakby szarżowało na niego biegnące stado bizonów. Gdy się poruszył, niemal nie spadł w rozchybotaną czerń. Wirowała, kadź wciągająca dusze. Chłopiec zacisnął powieki. Kiedy je otworzył, majaczyła przed nim wyciągnięta ręka.

Nie mogła należeć do człowieka. Pokrywała ją skorupa, coś na kształt trójkątnych, misternie dopasowanych do siebie łusek, choć nie były toporne i chropowate, a gładkie i metalowe. Poruszały się, rozciągając, palce wodziły po strzępkach rozerwanych korzeni i stłuczonych kamieniach, każdy obracał się wokół własnej osi, by chwycić się czegokolwiek, niczym jakieś wygłodniałe pasożyty, za wszelką cenę usiłujące dosięgnąć ofiary. Dłoń zdawała się oddychać, jej rozciągliwa skóra spływała wraz z deszczem, by wrócić na górę z każdym kolejnym ruchem nadgarstka.

Nim chłopiec zdążył pomyśleć, ręka złapała go za przedramię. Zaparł się stopami, wolną dłonią wczepił w grząski piach. Słyszał jęki, rumor odrywanych kamieni. Obolały i przemoczony, wyciągnął zza krawędzi grani rannego Indianina.

Gdy ten uderzył plecami o stały grunt, dziwaczna ręka wróciła do normalnych rozmiarów, a skóra dopasowała się kolorem do reszty ciała. Oczy Indianina wpatrywały się w burzę, choć woda lała się strumieniami z nieba. Spod jego koszuli wyciekała ciurkiem czerwona woda.

– Yansi…

– Kim jesteś…? – Chłopiec poderwał się na nogi, osłaniając głowę łokciami. Rozejrzał się, oszołomiony, o lśniących oczach zapędzonego na ubój zwierzęcia. Każdy dźwięk odległych gromów kurczył jego serce, pierś rwała go pulsującym bólem, strach nakazywał uciekać. – Co to za miejsce? Co to wszystko znaczy…?

– Yansi… – Głos leżącego był tak cichy, że deszcz wbijał go kolczastymi kroplami w rozmokłą ziemię. – To tylko burza… Wielki Duch rozpruł chmury końcem swojej włóczni, by dały ziemi wodę…

– Są wściekłe! Dlaczego? Nie słyszysz? Ten hałas… Nie mogę! Za głośno…

– Już dobrze. Odchodzi. Ona… już odchodzi. Nie bój się. Biedny, okaleczony Yansi… W twojej klatce burza leżała pokornie w misce u twoich stóp… Tutaj jest wolna.

Chłopiec płakał, skulony. Indianin leżał bez ruchu na czerwonej ziemi, oddychając płytko.

– Spraw, żeby przestało! – krzyczał chłopiec. – Machina to potrafi! Dlaczego ty nie? – Poderwał się skokiem na nogi, by stanąć nad skurczonym Indianinem. – Jesteś kłamcą! – Nad nim ryknął grom. – Nie masz pojęcia, dokąd idziemy, cały czas nadkładasz drogi, by zabiły nas te stwory albo to, co biegnie po niebie! Nienawidzę cię!

– Yansi…

Poruszył ustami, lecz po chwili zacisnął je mocno. Umierający człowiek powinien wygłosić wszystko, czego nie zdążył wyznać, jednak nie zawsze w pobliżu był ktoś, kto mógł go wysłuchać.

Teraz był tutaj tylko wściekły bizon.

– Kłamałeś o komecie! Skoro spadła z nieba, gdzie niby jest?!

Granatowe niebo mocowało się z czarnymi chmurami, przepychając się wzajemnie wzdłuż linii horyzontu. Tadawi poruszył się słabo. Ostatnim wysiłkiem uniósł rękę o rozcapierzonych palcach.

– Tutaj – szepnął, zamykając oczy.

 

 

Chłopiec modlił się, powtarzając imiona, które usłyszał przypadkiem podczas wędrówki, wierząc, że są to nazwy bogów.

Aponivi, Ten, Który Dmucha W Głąb Jaskini oraz Mantotohpa, Cztery Niedźwiedzie, nie odpowiedzieli.

Zrozpaczony chłopiec klęczał wśród zdeptanej trawy i rozkopanego piachu, mówiąc znakami, paląc symbole, krzycząc, szepcząc i naśladując zwierzęta, lecz pomoc nie nadeszła.

Czy to dlatego, że był białym człowiekiem?

– Nie proszę dla siebie, tylko dla niego! – cedził przez zaciśnięte zęby. – Skoro jesteś dobry i wszechmocny, zrób coś!

Dygocząc, starł z palców suchy piasek i powoli wytarł twarz. Skoro Wielki Duch przejrzał jego maskę, niewzruszony w swoich podziałach, chłopiec musiał zwrócić się do boga białych ludzi.

– Machino…

Z początku bał się, że jego głos nie jest szczery, ale znajome słowa budowały obraz domu o białych ścianach, krzywego kominka i poobijanego pianina pod oknem. Poruszały się opornie, niczym pozostawiona na zimnie maszyna, lecz z czasem nabierały płynności i rytmu. Słowa pasowały jak ulał, zębatka obracała kolejną, wajchy podnosiły się i opadały.

– Graj dalej, Alary – powiedziała cierpliwie matka, obłok pary, którą Machina zabrała do swoich kominów.

– Machino. Jesteś we wszystkim, a wszystko jest Machiną. Jesteś niezawodna, a więc pokonaj Wielkiego Ducha, który jest jedynie chmurą pyłu. Wyzwól spod jego niewoli człowieka, który służy twojej produktywności. Dałaś mu część, którą mógł zespawać swoje ciało. Pozwól mu być twoją parą, jaką jest każdy człowiek. Bo wszystko było, jest i będzie parą, która nie przestaje płynąć.

Machina była łaskawa. Zmartwychwstanki zakwitły na biało, a spomiędzy chmur wyjrzało blade, nieprzyjemne słońce. Kiedy chłopiec usłyszał oddech, rozpłakał się… ale to nie były szczere łzy wdzięczności, a jedynie ulga, że nie przejrzała jego podstępu.

Trwała ona bardzo krótko.

Ożywiony Indianin rzucił się na chłopca, zaciskając palce na jego gardle. Oczy miał tak jasne, rażące i przeszywające poderwanymi nagle snopami światła, zbyt obce, by mogły należeć do niego.

Gdyby ta istota, czymkolwiek nie była, postanowiła zacisnąć dłonie mocniej na grdyce bezradnego dziecka, chłopiec zginąłby w tym okrutnym, wrogim świecie, w którym nie było dla niego miejsca.

Jednak nad wszystkim czuwała Machina.

Skarciła Indianina jego własną dłonią, łuskowatą i szarą, nie przypominającą już wcale doskonałego wynalazku, lecz coś odrażającego, oblezionego przez setki chrabąszczy o metalowych pancerzykach, wijących się w agonii, krwawiących czarnych smarem. Kiedy Indianin upadł, sięgnęła do gardła, paskudna, pełznąca wytrwale po jego piersi.

Usta Tadawiego poruszały się bezgłośnie.

– Nie! – Chłopiec chwycił za mechaniczną kończynę i szarpnął nią, ale ona nie zwolniła uścisku. – Miałaś wrócić mu życie, nie je zabierać!

Siłował się z Indianinem w ciszy, aż ten znieruchomiał. W jednej chwili leżał w piachu, w następnej wstał. Ruszył płynnym krokiem w stronę wschodzącego słońca.

– Dokąd idziesz?

Nie było odpowiedzi.

– Tadawi!

Imię przepadło na wietrze. Pozbawione duszy, było tylko bezwartościowym słowem, a człowiek stał się bezwolnym zwierzęciem.

Brudny chłopiec o rozwichrzonych włosach i podartym ubraniu pobiegł wiernie za nim.

 

 

Szkielet westchnął.

– Wygrałem.

Do tej pory przegrywał, a talia płonęła coraz zajadlej, tryskając iskrami i kopcąc szarym dymem. Trup przesunął kośćmi dłoni po swoich kartach, gasząc je. Był spokojny.

– Koniec ględzenia podziurawionej kulami łepetyny – powiedział beznamiętnie, obijając o siebie głuche paliczki. – Spójrzmy, na kogo padnie zaszczyt.

Tylko jeden zestaw kart nie przestawał płonąć. Ogień raził Clapeyrona w oczy.

– Ja nie mam nic, co chcielibyście usłyszeć – powiedział szybko.

– Jesteś dziejopisarzem – nie ustępował szkielet. – Spisujesz dzieje. Masz do opowiedzenia tysiące historii. Nie bądź taki nieśmiały, chłopcze. Martwi nie powtarzają sekretów.

Clapeyron bardzo się spocił.

– Jestem dziejopisarzem, ale nic jeszcze nie napisałem. Przybyłem tutaj, żeby zacząć. Miałem nadzieję, że…

– Ach. – Szkielet oparł się wygodniej na krześle. – To dobre – mruknął. – Bardzo dobre.

– Liczyłem, że skończysz swoją opowieść.

– Skończę ją – zapewnił. Wgłębienia po oczach były pełne blasku, jaki pełznie po ziemi wokół ogniska. – Chciałeś okraść starego trupa z jedynego dobytku?

– Nie…

Karty w dłoniach Clapeyrona spłonęły gwałtownie, w jednej chwili obróciły się w ziarnisty, cuchnący popiół. Clapeyron syknął, zrywając się na nogi. Palce pulsowały mu straszliwym bólem, karą, której przecież powinien się spodziewać.

– Wspominałem, że te karty nienawidzą kłamców? – rzucił niedbale szkielet.

– Nie. – Drab z mechanicznym sępem posadził Clapeyrona ponownie na krześle. – Twoja kolej. Trzymaj się zasad, kolego.

Clapeyron nerwowym ruchem przetarł czoło.

– Moja historia jest krótka. Przyleciałem na pokładzie „Zdobywcy”, by na własne oczy zobaczyć Limbo.

– Dlaczego? Nikt tak po prostu nie wsiada na podniebnego żeglarza, żeby pooglądać prawdziwe, paskudne słońce. Czy w świecie Tam nie uczą was, że żyją tutaj tylko dzikusy, bluźniercy i pchły na ich karkach? No? – pogonił szkielet milczącego Clapeyrona. – Nie obrazisz jego pamięci, wypowiadając parę słów.

Ten drgnął.

– Skąd wiesz? – wyszeptał, czując woń kwaśnego, obrzydliwego strachu. – Skąd wiesz, że…

Szkielet podparł opadającą szczękę, skłaniając ją do kłapnięcia. Zaczął kreślić coś palcem w kopcu zimnego popiołu, skłaniając go do współpracy. Kleiły się w karty, złączając się w całość. Sęp, dziwnie zafascynowany hipnotyzującymi ruchami trupa, chwycił w krzywy dziób strzępek po damie Clapeyrona i podsunął ją szkieletowi. Martwy pogładził ptaka po metalowej szyi.

– Martwi znają martwych – odparł.

– Chcesz powiedzieć, że spotkałeś w zaświatach mojego ojca? – Clapeyron ledwo mógł oddychać. Nie uwierzyłby w nic podobnego, przenigdy nie dałby wiary w coś tak szalonego… ale usłyszał to od żywego trupa, który tasował popiół po spalonych kartach. – Jaki… Jaki był? Czy coś mówił?

Aye. – Szkielet wyrównał kupkę kart. Wyświechtane, pożółkłe i stare, przypominały jego samego. – Chociaż poznałem go, kiedy obaj byliśmy jeszcze żywi.

Cisza zapadła tak nagle, jakby ktoś chlusnął na blat wodą z blaszanego wiadra. Napięcie ściekało z krawędzi pokiereszowanego stołu.

– Mówisz o swojej opowieści? – spytał zachrypniętym głosem wyższy drab. Nie odrywał oczu od sępa, który łasił się do kościstej ręki pokerzysty. – O chłopcu i…

– O Tym, Który Nosił Gwiezdny Pancerz. – Koy ściągnął kapelusz. Długie włosy rozsypały się wokół rumianej, kobiecej twarzy. – Perspektywa zmienia naprawdę wiele, ale to wciąż ta sama historia.

Szkielet milczał. Było coś odciążającego w milczeniu martwych, coś, co przynosiło wytchnienie i ulgę ich bliskim, jednak pod grobową deską tej ciszy gotowała się gorycz.

– Jak miał na imię twój ojciec? – spytał cicho.

– Ty jesteś Tadawi?

– Jak?!

– Alary Clapeyron.

Brodzący w resztkach pyłu sęp przekrzywił łeb i z wrzaskiem rzucił się na kość przedramienia niewzruszonego trupa. Rozległ się przeszywający metaliczny dźwięk i ptak rozsypał się na zębatki, śrubki i nakrętki.

– Pancerz komety – wyszeptała Koy. Jej zachłanne oczy wyrywały się spojrzeniem do przodu. – Brakująca część. Błogosławieństwo Machiny.

Szkielet mruknął. Rozejrzał się.

– Tak myślicie? – Zatrzymał rozjuszony wzrok na Clapeyronie. – Ty też?

Oddychał ciężko, ledwo łącząc myśli w płynie biegnącą całość. Szkielet czekał, w jego pustych oczodołach był niemal ludzki blask, odrobina tęsknoty za tym, co już nigdy nie wróci. Jakby wspominał przez krótką chwilę, jak to było, żyć.

Esamee otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć.

Koy chwyciła rewolwer i wbiła czubek lufy w skroń Clapeyrona.

– Oddaj metal, trupia kukło, albo ze łba pisarczyka wyleje się zupa.

Szkielet schował karty niespiesznie za mostek.

– Chyba nie słuchałaś dokładnie – powiedział, uśmiechając się posępnie. – Wyręczyliście mnie w dopowiedzeniu końca tej opowieści. I imieniem ojca, i hukiem wystrzału. Oba powinny pozostać nieme, i głosy obu to moja wina.

– Co teraz będzie? – pisnął Clapeyron.

– Wschód Machiny – odparł szkielet, wstając. – Kto by pomyślał, że nawet trupy będą musiały to oglądać.

Kiedy rewolwer wystrzelił, na podłogę padły dwa trupy. Jeden z przerażeniem zastygłym na twarzy i dłonią zaciśniętą kurczowo na notatniku. Drugi rozpadł się wśród klekotu rozrzuconych kości.

Koniec

Komentarze

Przeczytałem wszystko i trudno pogodzić mi się z tym, że to wszystko to już wszystko… 

Świetnie zarysowany świat i pochłaniający klimat. Gdziekolwiek rozgrywała się akcja, każdy element otoczenia zdawał się namacalny. W pewnym momencie zapomniałem nawet o pierwszym wątku i nie domyśliłem się, że to historia opowiadana przez szkielet.

Zamysł Machiny jako bóstwa i skutki tak wszechmogącego i pomocnego sprzętu jest ciekawy… chociaż jego skutki są nieco przerażające ;) 

Zakończenie także niespodziewane, chociaż nie spadłem z krzesła :)

Tutaj kilka rzeczy, które udało mi się wyłapać: 

Clapeyronowi ścierpła mu lewa ręka, jak zwykle, kiedy miał złe przeczucia.

Taki cosik się wkradł, chyba niepotrzebny. 

Dym otaczał pianino kłębami szarego dymu.

Taki generał Dym, rozsyłający swój dymowy szwadron. 

Zakopali go ze sznurem na szui, tym samym, na którym zawisł.

Zmieścił się razem z tą szują w trumnie? 

Przepraszam za szyderstwa… 

 

Na sam koniec po raz kolejny napiszę, że tekst naprawdę mi się podobał i jeżeli kiedyś pojawi się druczek związany z tym uniwersum, to pierwszy stanę w kolejce po książkę i autograf!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Świetne taktowanie, w pierwszej części the best! Masz swój głos. Słowa są Ci podległe, coś tam powykreślałabym, ale to drobiazgi redakcyjne. Rozpływam się w Twoich porównaniach, metaforach, są w punkt, nie przesadzasz. Szalenie mi się spodobały.

Kurcze i utrzymałaś się w klimacie!

A teraz ponarzekam. 

O Retrowizje nie będę się martwić, są jurorzy. Nie do końca historia spina się, choć muszę przyznać, że bardzo dobrze prowadzisz po poszczególnych klatkach, no i że one są – dobre, takie jakie są – dobre. Umiarkowanie mi się to składa w całość i nie rozumiem, lecz zamysł masz, chociaż – dla mnie – niejasno wyłożony, bądź ten, który mi się jawi – odrzucam, ale może dlatego że go nie znam? Dlaczego, może zorientujesz się po tej uwadze: słowo – Machina– trzeba wymyślić inne, niemaszynowe, Dziki też mnie razi.

 

Chyba do poprawienia, kiedy już będzie można:

roztrojone

rozstrojone

z odkopaniem żywego trupa,

na?

Chmurna Twarzy

Twarz?

tyle gwiazd

tylu?

Wgłąb Jaskini

W Głąb?

 

Oj, zazdroszczę tych obrazów, metafor:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Żonglo.

Przeczytałem jakiś czas temu, jednak potrzebowałem pochylić się jeszcze nad tekstem.

 

Dotychczas zaglądałem do Ciebie tylko “przez okno” i zniechęcałem się widząc zarzuty niezrozumiałości.

I obawiam się, że w pewnej mierze będę zmuszony je powtórzyć ;p

 

Zaczyna się… w sumie średnio. Scena grania na fortepianie, dopiero później strzała, która zwiastuje coś ciekawego.

Następna część podobała mi się bardzo. Było klasycznie – bohater trafia do miasteczka, w którym dzieją się dziwne rzeczy, jest tajemnica, jest chodzący trupek. Już zacierałem hrabiowskie dłonie, a tu nagle zaczyna się “opowiadanie właściwe” XD

I co?

No, przez większość czasu czułem zdezorientowanie, które sprawiło, że historia nie wciągała – liczyłem na powrót tego Clapeyrona, a ten nastąpił dopiero pod koniec, gdy nawet zaczynało się rysować w głowie, co miałaś na myśli ;)

Słowem – nudziłem się w trakcie czytania.

Główny problem polega moim zdaniem na tym, że nie wskazałaś, w którą stronę ta opowieść będzie zmierzać. Ni stąd ni zowąd przeszłaś do Ducha i Machiny, do nieokreślonych czasów i miejsc, zarazem pozwalając zapomnieć o grającym Alarym. Brakowało mi porządku, zakotwiczenia… Celu tej opowieści.

A szkoda, bo wizję miałaś piękną. Gdy już dotarłem do końca i mniej więcej zrozumiałem opisywany  przez Ciebie konflikt Boga i Maszyny, cofnąłem się, przejrzałem tekst raz jeszcze i dopiero wtedy elementy zaczęły wskakiwać na właściwe miejsca. Akapity, o których zapominałem, nie wiedząc, jak dokładnie je rozumieć.

Podobało mi się też na poziomie literackim. Zdania są czasem nazbyt wyszukane, ale ładne, grafomanii bym raczej nie zarzucił. Nie przeginasz ;)

Tytuł fajny.

 

Koniec końców stwierdzam, że to dobre opowiadanie. Masz rozmach i warsztat – to na pewno. Część początkujących pisarzy ma problem z wyjściem w swoich tekstach poza pewnego rodzaju “zaściankowość” i dlatego nie osiągają naprawdę wysokiego poziomu. Ty wykraczasz, ale coś szwankuje na poziomie przekazu.

Sugerowałbym Ci chyba napisanie prostego, łopatologicznego opowiadania – czasem taki krok wstecz pozwala zrobić trzy do przodu ;)

Łap hrabiowski stempel jakości.

 

I trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Piszesz pięknym językiem. Sceny, które opisujesz są plastyczne, czytając mam przed oczami obrazy. Nie każdy tak potrafi. :D

Z drugiej strony przyznam, że się pogubiłam i nie rozumiem całości. Raczej domyślam się, niż wiem, co chciałaś powiedzieć. Mam wrażenie, że tak bardzo koncentrujesz się na języku, klimacie i plastyczności opowieści, że zapominasz o klarownym przekazaniu jej sensu.

 

Łopaty wznosiły się i opadały, jedne rytmicznie, inne w zupełnym chaosie, jednak wszystkie rozgarniały uprażony słońcem piach starego cmentarza, którego do tej pory odwiedzały jedynie podróżujące z suchym wiatrem cierniste badyle, kule wizytujących zakamarki biegaczy oraz wychudzone pustynne lisy, pyskami przy ziemi wodzące wzdłuż prostokątów zapadłej ziemi, pod którą leżały kości.

Moim zdaniem powinno być “cmentarza, który odwiedzały…”

Nie rozumiem wyrażenia “kule wizytujących zakamarki biegaczy”

 

osłaniając głowę łokciami

???

Ze smutkiem stwierdzam, że pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł, a nie przy wrzucaniu opowiadań na portal.

Bo tak – historia jak zwykle u ciebie tajemnicza, meandrująca. Nie wszystko zrozumiałem, ale klimat jest. No, może powtórzę za Hrabią, że na początku dwie opowieści niczym się nie łączą, ale niech będzie.

I byłbym w sumie zadowolony, gdyby nie…

…gdyby nie morze baboli, niezręczności i potknięć. Poniżej wypiszę, a ponieważ strasznie się zirytowałem w czasie czytania, może jestem czasem zanadto surowy.

No to do dzieła:

– “między skrzypieniami uchylonych drzwi” – skrzypnięciami;

– “piach starego cmentarza, którego” – który;

– “stężone powietrze” – hę? a wczym było rozpuszczone? sprężone chyba?;

– “miał tą nieprzyjemność” – tę;

– “w towarzystwie niesłychanie ambitnego Czecha. Twierdził” – o kim mowa w drugim zdaniu i kto jest podmiotem w pierwszym?;

– “chociaż zapomniał zapytać się, czy testujący” – po co to “się”?;

– “Clapeyronowi ścierpła mu lewa ręka” – po co to “mu”?;

– “roztrojone pianino” – literówka;

– “dolna szczęka z kącika żuchwy” – a dolna szczęka to nie żuchwa?;

– “sznurem na szui” – literówka;

– “stygnącego na mrozie piasku” – kraina jak z Dzikiego Zachodu, to skąd tam mróz w nocy?;

– “Jego nos bardzo się wyostrzył” – raczej powonienie, bo Pinokiem wszak nie był;

– “porwać z czyjeś głowy” – literówka;

– “niech przyniesie stołu!” – to taka konwencja czy literówka?;

– “na sękatym blacie” – sękatym? przeczytaj definicję tego słowa – sękaty blat byłby bardzo nieporęczny;

– “odpadła mu dolna żuchwa” – a widziałaś kiedyś górną żuchwę?;

– “wielorybie wycie” – wieloryby nadają w paśmie bardzo niskim, trudno to nazwać wyciem;

– “Oczy kapelusznika” – tak dla porządku: kapelusznik produkuje kapelusze, a nie je nosi;

– “wrzasnął umierający bizon” – co tak u ciebie wszyscy wrzeszczą? może ktoś by ryknął?;

– “jak dotrzymać kroku wyprzedzających ich jeleniom” – wyprzedzającym;

– “Trawa wyła wśród niego” – hę? nie rozumiem;

– “Gazele pasące się pośród traw” – to miał być Dziki Zachód, czy coś w tym stylu, tak? to tam gazele nie żyją;

– “Pod całym majestatem” – a można pod połową?;

– “Spojrzał na niego” – kto na kogo, bo się pogubiłem?;

– “stłuczonych kamieniach” – stłuc można coś kruchego; kamienie się do kruchych nie zaliczają z reguły;

– “Rozejrzał się, oszołomiony, o lśniących oczach” – co? czegoś tu zabrakło;

– “Dmucha Wgłąb Jaskini” – W Głąb;

– “poderwanymi nagle snopami” – nie mogę sobie wyobrazić poderwanych snopów światła;

– “obijając o siebie głuche paliczki” – tzn. paliczki utraciły zdolność słuchu? nie miało być “głucho”?;

– “No? – pogonił szkielet milczącego Clapeyrona” – moim zdaniem “pogonił” to nie czynność gębowa, więc wielką.

 

Ech, a mogło być takie fajne opowiadanie…

 

EDIT: Zdaje się, że cierpisz na syndrom Stna (albo Stn cierpi na syndrom Żonglerki?). Tak usilnie szukasz oryginalnych zdań, że czasem przefajnowujesz i wychodzi coś “nie po polskiemu” :(.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ja się po opowiadaniu specjalnie wiele nie spodziewam, właśnie ze względu na pośpiech. Nie usprawiedliwia mnie to, ale pomysł przyszedł do mnie nagle i poleżakować nie zdążył. Wybaczcie wszystkie potknięcia :< No ale dzięki za przeczytanie, podnosi mnie na duchu fakt, że niektóre elementy przypadły wam do gustu. Zostaje mi usiąść do łatania dziur po zakończeniu konkursu ;)

 

Eddy: Poprawiłam “szuję” i “wgłębię”, bo nie mogłam na to patrzeć… Na niektóre inne rzeczy też nie mogę, ale to kara za pisanie na ostatnią chwilę :d Reg, jeśli to czytasz, to nie krzycz…

Hmmm. Ja też nie skumałam wszystkiego. Znaczy – poszczególne sceny OK, ale trudniej połączyć je w sensowną całość. Zapewne spory wpływ na moją niekumatość miało czytanie na raty.

W komentarzach powiadają, że to walka Boga i Machiny. Cóż, może tak. A może Boga z racjonalizmem albo nauką? Diabli wiedzą…

Ech, jak można grać w pokera kartami, które nie lubią kłamców? ;-)

Babolków trochę jest.

Człowiek przeżuł zęby.

A potem połknął czy wypluł? ;-)

Clapeyron miał tą nieprzyjemność,

Tę nieprzyjemność.

– Tak myślicie? – Zatrzymał rozjuszony wzrok na Clapeyronie. – Ty też?

Oddychał ciężko, ledwo łącząc myśli w płynie biegnącą całość. Szkielet czekał,

Co jest podmiotem w środku? Mocno się pogubiłam w tym fragmencie.

Babska logika rządzi!

Zajrzałam, przeczytałam.

Żonglerko, mam podobne odczucia, co pozostali. Napisałaś ładne opowiadanie, metafory w punkt, nic tu nie jest przesadzone, ogólnie, mimo potknięć, które wypisał Staruch, jestem na tak, jeśli chodzi o język.

Fabuła natomiast mi “nie kliknęła”. Zapowiada się ciekawie, rozsiadam się wygodnie w fotelu, wprowadzasz stopniowo postać Clapeyrona. Czytam, czytam i nagle bam, Clapeyron znika i pojawia się zupełnie coś innego. Jestem zdezorientowana :(. Pojedyncze rozdziały niby łączą się ze sobą, choć mam wrażenie, że czegoś brakuje w tej historii.

Za Chiny nie zrozumiałam też, co chciałaś przekazać w kwestii Machiny. Po prostu nie jestem do końca pewna, czy odbieram ją tak, jakbyś chciała, żeby czytelnik ją odbierał :D. Ale może to też ja zawiniłam, bo opowiadanie czytałam w kawałkach.

Nie ma tragedii, ale przekaz jednak gdzieś umyka :).

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Początek mnie zaciekawił, kolejna scena również, ale potem nastąpiła zmiana dekoracji i moja ciekawość jakoś tak rozpłynęła się i zastąpiło ją znudzenie, a potem tęsknota za końcem tej coraz mniej zrozumiałej opowieści. Finał też jej uratował. :(

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

cała ro­dzi­na za­sia­dła przy ko­la­cji… –> Raczej: …cała ro­dzi­na za­sia­dła do ko­la­cji

Można zasiąść do kolacji przy stole.

 

po­zwa­la­jąc gra­ją­ce­mu do­koń­czyć grę. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

cmen­ta­rza, któ­re­go do tej pory od­wie­dza­ły je­dy­nie po­dró­żu­ją­ce… – …cmen­ta­rza, któ­ry do tej pory od­wie­dza­ły je­dy­nie po­dró­żu­ją­ce… Lub: …cmen­ta­rza, odwiedzanego do tej pory je­dy­nie przez po­dró­żu­ją­ce

 

Oni nie­boszcz­ków z ziemi wy­cią­ga­ją! –> Literówka, czy celowo tak napisane?

 

Czło­wiek prze­żuł zęby. –> Co to znaczy?

 

– Ale co in­ne­go miał­by robić trup, jak nie pla­no­wać ze­msty? –> – Ale co in­ne­go miał­by robić trup, jak nie pla­no­wać ze­mstę?

 

Na ze­wnątrz po­wo­li zmierz­cha­ło, wiatr po­trzą­sał okien­ni­ca­mi… –> Wiatr może trzaskać okiennicami, ale chyba nie potrząsać.

 

Zła­pa­li za kwa­dra­to­wy, ku­la­wy sto­lik… –> Zła­pa­li kwa­dra­to­wy, ku­la­wy sto­lik

 

cień po­nu­rej izby ota­czał cie­ni­sty­mi pier­ście­nia­mi wą­skie oczy. –> Nie brzmi to najlepiej.

W jaki sposób izba może rzucić cień na czyjeś oczy?

 

tak, jakby oświad­czył, że umie­ra na tyfus. Szkie­let się nie przed­sta­wił. Wy­glą­dał, jakby cze­kał… –> Powtórzenie.

 

Pa­trzy na nas ty­sią­ce oczu. –> Pa­trzą na nas ty­sią­ce oczu.

 

Było tak, jakby byli je­dy­ny­mi ludź­mi na Ziemi. I choć byli razem, chło­piec był zu­peł­nie sam. –> Czy to celowa byłoza?

 

Ru­szył przed sie­bie, ła­god­nie sta­wia­jąc stopy po­przez ko­ły­sa­ne wia­trem trawy. –> Na czym polega stawianie stóp poprzez trawy?

 

Trawa wyła wśród niego. –> ???

A może – choć nie wiem, jak trawa może wyć – miało być: Trawa wyła wokół niego.

 

Spoj­rzał na niego spod zmru­żo­nych brwi. –> Jak można zmrużyć brwi???

 

Ota­czał oczy śli­ski­mi, kur­czo­wo przy­ci­śnię­ty­mi do czoła dłoń­mi… –> Skoro dłonie były przyciśnięte do czoła, to jak mogły otaczać oczy?

 

obi­ja­jąc o sie­bie głu­che pa­licz­ki. –> Co to znaczy, że paliczki były głuche?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Muzyczka do recenzji.

W matczynych była przesada, w ojcowskich niedbałość

W obowiązkach? I – jednocześnie niedbale i sumiennie?

Z czasem, do jego dźwięków

Nie widzę potrzeby tego przecinka.

 grającemu dokończyć grę

Możesz wyciąć "grę", jasna z kontekstu.

 Pomalowane na biało oblicze zastygłego między uchylonymi okiennicami przybysza pojawiło się dokładnie na wprost chłopca.

Uch, oniryczne.

 oziębłym, nieruchomym wzrokiem

PWN nie zgłasza zastrzeżeń, ale mnie to nie brzmi.

 Wrzeszcząca w ciemności strzała

Wygląda trochę tak, jakby to długo trwało.

uprażony słońcem

Brzmi trochę nie tak. Może się czepiam.

 pyskami przy ziemi wodzące wzdłuż prostokątów zapadłej ziemi

Jakaś ta składnia nienaturalna, straciłam wątek.

 pośród piaskowych kopców

Hmm.

oszczędnie szczęką

Przeczytaj to na głos.

 No to

No, to.

 obrane ze skorupek robaki

Robaki nie mają skorupek.

 oddalający się mężczyzna, nie odwracając się

Dwa "się" – skasowałabym "oddalający się", ew. zastąpiła "odchodzący".

stężone powietrze

Powietrze nie tężeje, chyba, że operujesz na arystotelejskim modelu świata. Ale może miało być "sprężone"?

 tą nieprzyjemność

Tę.

 Clapeyron cenił śmiałość szalonych ludzi, więc wydał większą część pieniędzy ojca na kuloodporną marynarkę.

Nie bardzo widzę tu związek, a ta marynarka to ciut jakby overkill (zob. splot Szczepanika) – ale może jest Ci potrzebna? Czytam dalej.

 Szyld nad knajpą przedstawiał pchłę grającą na skrzypcach.

Dobry, obrazowy szczegół. Punkt.

 Clapeyronowi ścierpła mu

"Mu" chyba zostało po poprawkach.

 skoczne palce

Jakoś się obraz rozmył – było ponuro, a teraz nagle skocznie?

 odrobinę melodyjności

Hmm.

 na pewno dobre miejsce

Dobre – czy właściwe?

 Spóźnił się z odkopaniem

Z – czy na odkopanie?

grający na nim człowiek mieli w sobie dziury po kulach

Napisane jest, nie strzelać do pianisty. Stara się, jak może ;)

 tak samo jak niektóre wypaczone klawisze

Ja dałabym: tak samo, jak wypaczone klawisze.

 co dodawało temu absurdalnemu koncertowi jeszcze większej grozy.

Kurczę, taki świetny, mocny opis musiałaś popsuć zapewnieniem. :(

 zwał się „Zdobywca”

Hmm.

 planować zemsty

Zemstę.

 nie były niczym niezwykłym

C.t.

 stygnącego na mrozie piasku.

Hmm?

 powietrze jest zbawienne i oczyszczające ciało

Zbawienne musi być dla kogoś. Dałabym raczej "oczyszcza ciało", tak naturalniej.

 zdolności zawdzięczali sumienności

Rym.

 śrub i gwintów

Gwint nie istnieje bez śruby/nakrętki. Może gwintowników i narzynek (narzędzi służących do robienia gwintów)?

 niech przyniesie stołu

Stół – można przynieść kawy albo gorzałki, ale stół jest policzalny.

 strącili z niego dobytek

Duże słowo.

 zrozumiałym było oddawać się pasji

Hmm.

 Jego umięśnione ciało ledwo mieściło się w zapiętym garniturze, a każdy ruch mógł sprowokować strzelaninę.

A co ma jedno do drugiego?

 frędzli układającego materiał mężczyzny

W życiu nie widziałam mężczyzny z frędzlami :)

 cień ponurej izby otaczał cienistymi pierścieniami

Primo – powtarzasz "cień", ale secundo jest ważniejsze – cienie się tak nie układają. Chyba, że…

nie odzywając się

Zaraz powtórzy się "się".

 Nie jest dla ciebie

Dla ciebie – czy na ciebie?

 Wypadałoby, byście

Trochę czkawka.

 Kości jego dłoni były niczym mechanizm, każda kosteczka poruszała się w swoim tempie.

Jak dla mnie – non sequitur.

 Czasami był wyjątkowo ambitny, snując wywody o stworzeniu brakującej części Machiny.

Tu też – snucie wywodów to jeszcze nie ambicja.

 Następca musi być lepszy od poprzednika

Hmm, to ciekawe. Facet przewraca na nice starożytną, średniowieczna i kartezjańską ontologię. EOT.

 dotąd drugi drab

Przesunęłabym "dotąd" słowo wcześniej, bo "drugi" jest tu przydatne.

 podpowiedział przekornie szkielet

Podpowiedział?

 rozpostarł prawą rękę

Zwykle rozpościera się palce. Don't ask me why.

 Esamee Clapeyron

Myślałam, że nazwałaś go po tym chemiku :)

 czekał, żeby ktoś go upomniał, z rozbawieniem zerkając

Rym. I troszkę niejasne.

 gramy życiem

A nie "o życie"?

 wykrzywił kości twarzy.

Łuu…

 stał wyprostowany, z rozrzuconymi ramionami witając

Nie wiem, chyba bym to przeorganizowała, ale nie mam pojęcia, jak.

 że spomiędzy szczękających bezradnie zębów buchały kłęby pary

Zauważyłby to? Może raczej zauważyłby, że para przesłania mu widok?

 Ognisko było zbyt daleko od któregokolwiek z nich, ale ognia nie przywołano, by dawał ciepło

Potknęłam się, potem załapałam. Napisałabym raczej: ogień przywołano nie po to, by dawał ciepło.

 pokrytym malunkami mężczyzną

Dziwnie to zabrzmiało.

 wypełniając dolinę tuzinem pląsających sylwetek

Are you quite sure?

 w niezachwianej pewności

Tańczyły – w pewności?

 Jest Duch i jest Machina.

heart

 ukłuło gładką powierzchnię jeziora

Hmm.

 Nie wiem, gdzie

Dokąd.

 jednak tutaj nie ośmieliłby się o nim pomyśleć

Ale pomyślał.

 choćby

Wycięłabym.

 Nigdy nie miał problemu, by

Kolokwialne, troszkę razi.

 pod oczami

Idiom. Przed oczami, albo na oczach.

 Pod całym majestatem

No, nie wiem.

 drobnym płomyku

Drobnym?

 każdy był jedną zdobytą umiejętnością

Hmm.

 zmrużonych brwi

Ekwilibrystyczne.

 wygiąć ciało jego śladem

Połamany idiom. W ten sam sposób, albo na jego modłę.

 skute w bezruchu

Hmm? Co miałaś na myśli?

 Brzydziłem się tego

Brzydziłem się tym.

próbowałem opowiedzieć im

Naturalniej: próbowałem im opowiedzieć.

 Służy po to, żeby jeść.

Służy do tego, żeby je zjadać.

 krzyknąć, nawet jeśli

Krzyknąć nawet, jeśli.

 Moknął

Mókł. Ale możesz to przeformułować.

 drżąc z przerażenia przed warkotem burzy

Drżał przed warkotem? Czy przerażony warkotem?

 Nie wiedział czym jest.

Nie wiedział, czym jest.

 Indianina nie było w pobliżu, żeby mu w tym pomóc.

Hmm.

 śliskimi, kurczowo przyciśniętymi do czoła dłońmi,

Hmm.

 jedna z tysięcy plam cienia rozbitego na drobiny o ścianę skarpy

… perfect.

 niemal nie spadł

Omal nie spadł. Albo niemal spadł, ale to słabsze.

 Poruszały się, rozciągając, palce

Coś tu jest niejasne. Co się rozciągało?

 wyciekała ciurkiem

Powtórzony dźwięk.

 o lśniących oczach

Hmm. Nie tak bym to ułożyła.

 pierś rwała go pulsującym bólem

Wycięłabym "go".

 deszcz wbijał go kolczastymi kroplami

No, nie wiem. Chyba się zapędziłaś.

są to nazwy bogów

Bogowie mają imiona, ale skoro nie chcesz powtarzać, to może: że nazywają bogów?

 cedził przez zaciśnięte zęby

To się kłóci z wykrzyknikiem.

 niewzruszony w swoich podziałach

Hem?

 jego głos nie jest szczery

Głos nie może być szczery, najwyżej brzmieć szczerze.

 Wyzwól spod jego niewoli

Z jego niewoli, a lepiej: spod jego władzy.

 rażące

Rażące oczy?

 poderwanymi nagle snopami światła

Dziwne.

 Pozbawione duszy, było

Tu nie dałabym przecinka.

 chłopiec o (…) podartym ubraniu

W podartym ubraniu.

 Kleiły się w karty, złączając się w całość.

Co się kleiło? "Złączając" brzmi brzydko, może "łącząc"?

 Napięcie ściekało z krawędzi pokiereszowanego stołu.

Chyba przedobrzyłaś.

 rumianej, kobiecej twarzy

Bez przecinka, grupa nominalna.

 w płynie biegnącą całość

Płynnie.

 

… wow, partner. That's one hell of a climate there. Więcej nie powiedziałaś, niż powiedziałaś, ale zrobiłaś to w taki sposób, że chce się wiedzieć, co będzie dalej. Szkoda tylko, że upychając w 40 tysięcy znaków cały ogromny świat, nie da się go pokazać dogłębnie. Zobaczyłam odbicia w szkle, niewyraźne, choć wiem, że to odbicia czegoś ciekawego. I zdecydowanie pasuje mi Twoja ontologia.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Zacznę od stwierdzenia, że piszesz naprawdę pięknie. Panujesz nad słowami w sposób niesamowity. Lepisz z nich zdania z taką łatwością i płynnością, że naprawdę trudno Ci tego nie zazdrościć. Tyle, że jakbyś się trochę uparła, żeby nie pozwolić czytelnikowi tego do końca docenić.

Moja opinia będzie w dużej mierze zbieżna z komentarzami przedpiśców. Czytając, miałem takie wrażenie (być może mylne), że koniecznie chcesz tego czytelnika zachwycić. Że to opowiadanie musi być genialne, cudowne, zachwycające. I to od A do Z. Od pierwszego zdania aż po ostatnie. Nie jest to krytyka, ale odczucia prostego odbiorcy. Mimo kapitalnego języka, mimo tych zdań przez które można sobie tak po prostu płynąć, momentami tonąłem w tym tekście. Efekt był taki, że na końcu, zamiast zachwycać się jakością wykonania, irytowała mnie niemożność zrozumienia niektórych jego elementów. Pisząc wprost, ciężko było mi pewne rzeczy poskładać w logiczną całość.

W pełni podpisuję się pod sugestią Counta. Napisz proszę jakieś proste opowiadania. Zbuduj tekst wokół nieskomplikowanej fabuły. Daj się trochę nacieszyć i pozachwycać tym wykonaniem, które dla wielu będzie pewnie nieosiągalne. Taki prosty tekst też może dostarczyć czytelnikowi dużo frajdy.

Cholera…

Prawię ci kazania jak jakiś misjonarz, nawracający na właściwą drogę…

Dobra. Kończę.

Mój komentarz może sugerować, że to opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Ale to nieprawda. Czytało się fajnie, dotarłem bezboleśnie do końca i to nawet mimo faktu, że, jak już wspomniałem, nie zawsze mogłem się w tym opowiadaniu odnaleźć.

Marudzę więc głównie dlatego, że pokazujesz niesamowity potencjał. I fajnie będzie dostać szansę, żeby móc to docenić.

I trochę się nim pozachwycać.

Tyle ode mnie.

Pozdrawiam.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Dobra, chwila, bo od dłuższego czasu chcę wszystkim odpowiedzieć, a tu coraz więcej zaległości.

 

MaSkrol,

 

„jeżeli kiedyś pojawi się druczek związany z tym uniwersum, to pierwszy stanę w kolejce po książkę i autograf!”

 

Wydaje mi się, że prędzej sprzedam to uniwersum za nieprzyzwoite pieniądze, niż napiszę coś opasłego z nim w roli głównej, ale kontynuacji nie wykluczam, kto tam wie. Wielkie dzięki za taki kolosalny komplement, to będzie dla mnie kotwica, żeby do tekstu jeszcze wrócić.

 

Asylum,

Jak zwykle bardzo mi miło, kiedy do mnie zaglądasz, znajduję przyjemność w czytaniu Twoich przeplatanek ;) Co do Machiny jako słowa, jest efektem końcowym kopania w synonimach i stronicach wikipedii (dotyczących budowy silników parowych, jeśli kogoś to obchodzi), także koniec końców postawiłam na coś ogólnego i w miarę klarownego, żeby mi tu nie narzekano na metafory. No i dzięki za wskazanie zgrzytów.

 

Count,

Jakże mi przykro, że z tego zacierania hrabiowskich dłoni nie strzeliła żadna iskra – chociaż przynajmniej nie ma tutaj pożaru gniewu, right? – ale skoro opowiadanie się wyzerowało, to chyba dobrze ;) Fajno, że wizja warta stempla. Może wrócę tutaj z rozpędu po tym kroku w tył?

 

Irko,

Wyznania o pogubieniu się można u mnie szczerze wygłaszać, nie obrażam się. Jak zwykle jestem pełna podziwu, że niezadowolony fabularnie czytelnik dociera jakoś do końca… A, biegacze to te dziwaczne roślinki, co to wyglądają jak kotki kurzu i hulają w tle podczas pojedynków rewolwerowców.

 

Staruchowi na służbie salutuję, dziury załatam jak tylko będzie wolno. Łajanie wskazane, bo starcze oko czujnie dostrzegło pośpiech. Ale „przefajnowywanie” i „Sydrom Ż-S” idzie koniecznie do słownika, niech ktoś to zaprotokołuje.

 

Finklo,

 

„Ech, jak można grać w pokera kartami, które nie lubią kłamców? ;-)”

 

No kurde, czołowym oksymoronem jest tu żywy trup!

Moja interpretacja nie jest aż tak górnolotna, żeby jakoś straszliwie filozofować (akurat w tym tekście, mówię, że oksymorony), ale fajnie zobaczyć, co wiedzą diabli :)

 

sy,

ale to właśnie miała być tragedia… ;) Zdezorientowanie biorę na siebie, resztę na pisanie na ostatnią chwilę, troszkę na limit. Chętnie bym przeczytała, co Twoim zdaniem tutaj fabularnie dodać – jaśniejszego wyjaśnienia, o co cho, czy zabrakło kluczowej części historii?

 

Reg,

wszystkie uwagi oczywiście wprowadzę, serdeczne dzięki. Cieszę się, że chociaż początek zaciekawił.

 

Tarnino.

ależ ja pisałam właśnie do pół tuzina takich dark country playlist, no i do tego ochrypłego saloonowego pianina, jakkolwiek ono się zwie. Zapomniałam wkleić w przedmowie, no trudno.

Się wyklepie, jak będzie wolno. Zawsze jestem w szoku, że Ci się chce. Thanks, berry-pal.

Clapeyron faktycznie po chemiku, ale taka alternatywa. Guglować kto nie zna (i kto to czyta)!

Odkiwuję głową do gifa. Fajnie, że ten pospieszony, wkopany w limit kawałek kulawego tekstu Ci się spodobał. Jak jest „partner”, znaczy że jest też szacun na dzielni, chyba jakoś tak to działa?

 

CM,

bardzo mnie cieszy, że napisałeś taki zróżnicowany, merytoryczny komentarz, bardzo przyjemnie czyta się kawałek konstruktywnej krytyki. Praw kazania, praw, serio. Co do samego opowiadania… w tym konkretnym tekście limit rzadko pozwolił mi zwolnić z fabułą – ech, słaby argument, w kontekście światotworzenia wypada jeszcze słabiej, no ale cóż, to już tylko moja wina. Przyznaję, że sporo bym napisała jeszcze raz, tekst nie jest zupełnie taki, jak wyglądał w mojej głowie. Wiem, że strzeliłam sobie w stopę.

Z tym napisaniem czegoś prostszego, spróbuję, ale jest takie powiedzenie o skrajnościach… Wciąż ćwiczę ten balans, nikt nie powiedział, że faktycznie umiem żonglować ;)

 

Dzięki wam wszystkim za odwiedziny!

jest też szacun na dzielni, chyba jakoś tak to działa?

Joł :)

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem.

Przekombinowałaś.

Świetny tytuł (co zresztą dla Ciebie charakterystyczne) i indiańska tematyka obiecywały wiele. Liczyłem na czerwonoskórych, którzy z tomahawków przerzucili się na jakieś lepsze bronie i którzy udoskonalili sztukę budowania obozowisk – wyobraź sobie wielkie konstrukcje nie tracące ducha tipi. Nie wiem, czy istnieje jakiś indianpunk, ale z definicji byłby u mnie bardzo wysoko. No tylko że w opowiadaniu dostałem coś innego niż to, na co napaliła się moja wyobraźnia…

I wyjściowo Twój pomysł też jest dobry. Widzę tu co prawda tylko jego zarysy. Konfrontacja magii z nauką, Ducha z Maszyną, Nowego Świata ze Starym – to wszystko jest fajne, pasujące do konkursu. Niestety cała historia meandruje i trudno właściwie stwierdzić, o czym tak naprawdę chciałaś opowiedzieć. Wydaje mi się, że poległaś, porywając się na dziwaczną konstrukcję. Mamy tu bowiem opowieść szkatułkową z wprowadzającym dodatkowe zamieszanie prologiem. Oswajasz z jednym bohaterem, potem wprowadzasz drugiego, a potem pojawia się kolejny punkt widzenia narracji. Czytelnik nie ma się czego złapać, traci punkt odniesienia.

 Doceniam podobnie ambitne próby, ale wiem, że to zawsze jest ryzyko. Przy następnych eksperymentach polecam zastanowić się, czy tytuły podrozdziałów nie pomogą. Albo operowanie różnymi narracjami: pierwsza, druga, trzecia osoba, trzy czasy do wyboru. Gdybyś opowieść „indiańską” zapisała w pierwszej osobie, czytelnik wiedziałby, że to nie jest równorzędny wątek. Albo na odwrót: niech fragmenty o Clapeyronie będą jego narracją. Wtedy czytelnik będzie wiedział, że to powróci. Bo skoro skaczesz po wątkach i bohaterach, skąd czytelnik ma wiedzieć, co jest punktem odniesienia?

To taka garść przemyśleń pod kątem kompozycji. Oczywiście to tylko sugestie, mogłabyś to rozegrać na dziesiątki innych sposobów.

Ale wyszło, jak wyszło. Są fajne elementy, jednak całość mi się nie układa w głowie.

Napisane ładnie.

Do konkursu pasuje.

Szkoda tylko, że tak przekombinowane. Nawet w obecnym stanie na plus, ale gdybyś zapanowała nad chaosem konstrukcyjno-narracyjnym, mógłby być mocny faworyt. 

 

Dopisek po konkursie:

Podobnie jak inni jurorzy, wyczuwam w tym opowiadaniu duży potencjał. Sporo się już naprodukowałem w komentarzu, więc nie będę już nic dodawał, poza ogólnikami. Poczekaj na resztę opinii, przemyśl sobie to wszystko, zbierz jakąś wypadkową uwag. I jeśli już będziesz gotowa na remont generalny, to wstępnie oferuję się do pomocy. Ale najpierw musisz wiedzieć, co chciałaś w tym tekście osiągnąć – właściwie nie tylko wiedzieć, ale też umieć to wytłumaczyć innym :P Wierzę, że dasz radę, i bardzo liczę na “Pogrobowiec”. 

Gratuluję wyróżnienia :)

Dziwny tekst. Bardzo podobał mi się klimat poszczególnych części, metafory i symbolika Ducha, Maszyny, trupa. Zwłaszcza kwestie wypowiadane przez tego ostatniego to czyste złoto. Niby zwyczajne, a jednak przewrotność tekstów mocna. Jak zawsze też potrafisz tworzyć klimat – tutaj niezwykłości, nadnaturalności i indiańskich wierzeń.

Jednak o ile poszczególne sceny to fragmenty nad wyraz interesujące, za nic nie chcą mi się ułożyć w pełną całość. Podobnie świat – kojarzy mi się z rpg "Deadlands" (western fantasy), jest równie przewrotny i horrorowaty, ale też nie do końca przystaje do wyobrażeń. Poleciałaś tak mocno w chmury, że w pewnym momencie straciłem kontakt z ziemią. I przez to nie do końca rozumiem zamysł całego tekstu.

Podsumowując: śliczny koncert fajerwerków, jednak mocno oderwany od ziemi. A przez to niełatwo zrozumieć sens całości, nawet jeśli pojedyncze sceny zachwycają.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Po pierwsze dzięki za wyróżnienie i wsparcie. Postaram się nie zmarnować tego potencjału, skoro już jakiś jest.

 

Myślę, że główny problem z tekstem jest taki, że nie miał czasu odleżeć, więc dlatego chaos narracyjny rzuca się tak bardzo w oczy – w mojej głowie wyglądało to nieco inaczej, tu się rozjechała klamra początku i końca, a przeplatanie się dwóch narratorów – zamiast współpracować – komplikuje sprawę. Jakieś specjalnej surrealistycznej ambicji tu nie ma, tylko naostatniochwilowość :D Winię tylko siebie (i trochę limit, a raczej brak umiejętności napisania krótszej, zgrabniejszej, a przy tym dobrze zgranej historii – po prostu nie umiem). Świata również nie miałam czasu przemyśleć, powstał na fundamencie jednego dziwacznego pomysłu, a reszta to improwizacja. Słuchałam sobie saloonowego pianina i pisałam. Wiem, co chciał osiągnąć protagonista, wiem jak, ale wiem też, że za mało jest tutaj dążenia do celu, a za dużo łat fabularnych. Droga do remontu, sam klimat nie wystarczy.

 

Liczę na to, że te pojedyncze sceny nabiorą po remoncie płynności i jakiegoś bardziej przystępnego kształtu. Mam teraz trochę więcej czasu, obiecuję poprawę ;) Nie wiem tylko, czy nie jest to pomysł na dużo więcej niż 40k – albo inaczej, czy ja wgl umiem rzucać lassem za tymi uciekającymi fragmentami tekstu, co to sobie właściwie same przybywają na wadze. Ale ogarnę, słowo kowboja.

Oj, Żongler, Żongler…

Będziesz Ty pisać normalnie?

Świetny jest ten klimat, rodem z „Truposza” Jarmuscha. Brakowało nam w zestawie tekstu z Dzikiego Zachodu. Jest przy tym całkiem zgrabnie podany motyw ekologiczny. I temu wszystkiemu zawdzięczasz awans do antologii. Bo za kompozycję należy się karny jeżyk.

Po kiego grzyba to opowiadanie ma dwa niepowiązane prologi, ciągnące się przez 2/5 tekstu? Nie ma nic bardziej denerwującego czytelnika niż przerywanie opowieści, w momencie, gdy udało mu się w tę opowieść wciągnąć i podsuwanie mu kolejnych nowych bohaterów do zaprzyjaźnienia. Po co wprowadzać w finale twisty, które niczemu nie służą (Koy)?

Zamiast tego napisz więcej o Machinie.

A tak w ogóle, to pierwszy epizod zasługuje na to, żeby go wyciąć i zrobić z niego osobne opowiadanie. Bo tego kawałka Ci szczerze zazdroszczę.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Clapeyronowi ścierpła mu lewa ręka, jak zwykle, kiedy miał złe przeczucia.

Nie sądził, że ktokolwiek przed nim wkroczył do portowej knajpy bez jakiejkolwiek broni, Clapeyron lubił jednak być pierwszy. Spóźnił się z odkopaniem żywego trupa, ale wciąż mógł być tym, który jako pierwszy usłyszy jego historię.

A nie: spóźnił się na odkopanie?

Nie wiedział[+,] czym jest.

Domyślam się, że nie wiedział, czym jest burza, ale zatrzymało mnie to.

Czytało mi się całkiem przyjemnie, tyle, że ostatecznie nie złożyło mi się to w całość.

Przynoszę radość :)

Miałem już dwa podejścia do tego tekstu i nie udało mi się go doczytać nawet do połowy. Tekstu fajnego technicznie, ale… nie przyciągnął mnie niestety. Chyba spróbuję jeszcze trzeci raz, ale mam wrażenie, że jednak w porównaniu do innych Twoich tekstów do odbioru tego się nie nadaję.

Nowa Fantastyka