- Opowiadanie: Łosiot - Jak zetrzeć uśmiech z twarzy Klary

Jak zetrzeć uśmiech z twarzy Klary

Hej, przed Wami krótka i prosta historia o dziewczynie, chłopaku i potworze.  Uwaga, zastosowano tzw. “szczucie cycem”

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

thargone, wybranietz

Oceny

Jak zetrzeć uśmiech z twarzy Klary

– Och, Julianie, niech pan patrzy, skacze jak ta małpa! – Zachwycona Klara klasnęła dłońmi w jedwabnych rękawiczkach. Śmiała się i podskakiwała, a wraz z nią, zwisające z kształtnej główki poskręcane pukle blond włosów. W tym samym rytmie podrygiwały też jej ściśnięte gorsetem piersi. Julianowi trudno było oderwać od nich wzrok, co rusz zezował więc w ich kierunku wykorzystując fakt, że Klara skupiona była na widoku za miejskimi murami.

– Niech pan spojrzy, o, tam, co za sus! – Była bardzo podekscytowana. Klaskaniu i podrygom nie było końca, a Juliana zaczynało to drażnić. Nie po to przyprowadził ją na północną wartownię. To znaczy, w sumie, trochę po to właśnie – miała być podekscytowana, jednak z zupełnie innego powodu.  No i – nie aż tak. 

Świetnie ubrany, wypudrowany, z odmalowanym piegiem na policzku, miał ją bawić rozmową, oprowadzać po murach i zachwycać pięknymi widokami. Na koniec chciał ją nieco postraszyć i zaimponować jej jako strażnik, który chroni ją i miasto. Stary, sprawdzony numer.

– Panna Klara dziś tak piękna – czarował Julian. – Przez panienkę kiepski ze mnie strażnik, bo miast wypatrywać niebezpieczeństwa za murami, tonę w jej oczętach.

Klara rzeczywiście, oczy miała piękne, niebieskie. Jednak tonięcie w tym błękicie do łatwych nie należało. Raz, że grawitacja dekoltu ściągała spojrzenie w dół. Dwa – stanowczo zbyt duża odległość między oczodołami i przerośnięte czoło dziewczyny, zmuszały patrzącego do podjęcia wyboru – patrzeć w lewe, czy prawe oko?

 

Wcześniej jeszcze, gdy dopiero doszli do punktu obserwacyjnego, Julian nadskoczył z chusteczką i szarmancko omiótł nią powietrze wokół sztab tkwiącej w murze, zardzewiałej kratownicy.

– Panienka pozwoli, tu brudne wszystko.

Klara wcale nie zamierzała dotykać najeżonej rdzawymi drzazgami stali. Nachyliła się tylko, żeby spojrzeć w przepaść. Julian zerknął kątem oka na dekolt Klary i starł chusteczką banieczkę śliny ze swej zajęczej wargi.

– Paniczu, a co to? – Klara ostrożnie wyciągnęła rękę za kratę, pokazując coś palcem. Coś się wspinało po gigantycznym szkielecie platformy, na której była zbudowana sąsiednia dzielnica.

– Rany, panienko. Prawdę gadali na mieście! To bestia jakaś! – odparł Julian.

Plotki o grasującej gdzieś pod miastem bestii krążyły już od kilku dni. Jedni słyszeli jej wycie, inni ponoć widzieli w dole ruch tam, gdzie nie powinno go być. A pozostali powtarzali te sensacje wszystkim dookoła. W końcu nikt z mieszkańców miasta w chmurach nie pamiętał, by za jego życia widziano za murami cokolwiek żywego.

Julian właśnie miał niebywałą okazję zrobić naprawdę duże wrażenie na dziewczynie. “Byle tego nie zepsuć” – pomyślał. Przygotował broń. Uspokoił drżące dłonie i oparł przedni uchwyt arbalestu o jedną ze sztab kratownicy. Bloczki ogromnej kuszy zaczęły się obracać, a system naciąganych cięciw jęknął w mechanicznym wysiłku. Klara patrzyła zafascynowana na stworzenie w dole. Skakało między przęsłami, filarami i łukami antycznej konstrukcji unoszącej na sobie spory fragment miasta. Nawet z tej odległości widać było człekokształtną sylwetkę o potężnych ramionach. Zwierzę niezwykle sprawnie poruszało się po ażurowej konstrukcji i nie przejmowało  rozpościerającą w dole, przykrytą chmurami przepaścią.

– Ach, paniczu Julianie! Czy to ta bestia, co wyje w nocy? – Jagody Klary płonęły pod warstwą fluidu, rzęsy trzepotały jak skrzydełka czarnego motyla, ubrana w jedwab dłoń przysłaniała usta, cholerny wachlarz zakrywał i odkrywał dekolt. Co chwila kazała Julianowi patrzeć. Bo bestia wykonała kolejny skok w górę, próbując bezskutecznie wspiąć się po nieskażonej nierównościami ścianie. Bo zabawnie machała łapami próbując łapać przyczepność. Bo spadła kilka metrów w dół, cudem ratując się przed runięciem w przepaść, łapiąc się wystającego fragmentu konstrukcji. Julian owszem, patrzył – przez lunetę celowniczą. Nacisnął spust. Mknąc w kierunku celu, metalowy grot bełtu błysnął kilka razy w promieniach słońca, by wbić się w lśniącą, gładką powierzchnię muru. Julian stłumił przekleństwo. Strzał był świetny. Bełt tkwił w miejscu, gdzie kończyła się platforma nośna, a zaczynał mur okalający ten fragment miasta. Dokładnie w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą zwierzę próbowało się wspinać. Ale, znów tam było. Bydlę sięgnęło łapskiem i złapało za bełt! Julian natychmiast przeładował kuszę i oddał kolejny strzał, a później, szybko, kolejne. Spudłował, choć skupienie trafień miał niezłe – powbijane w ścianę bełty wyglądały z tej odległości jakby wyrastały z jednego punktu. Przynajmniej udało mu się przegonić stwora. I zrobić wrażenie na Klarze.

 

Mimo późnej pory, na placyku pod murami zebrała się pokaźna grupka. W małej społeczności pogłoski o zaobserwowanym stworzeniu rozeszły się błyskawicznie, wszyscy chcieli usłyszeć najświeższe wieści.

– Panienka Klara mi świadkiem, posłałem w jego stronę pięć pocisków i raz jeden co najmniej trafiłem! – zarzekał się Julian. – Potwór ten strzałę przyjąwszy, za nic ją miał! Za nic!

Panna Klara stała obok niego i rozglądała się po zebranych. Z jej twarzy, jak zawsze, nie schodził uśmiech.

– Czy to prawda panno Klaro? – pytanie zadał jeden ze starszych.

– Tak, oj wuju drogi, tak! – Klara znów klasnęła w dłonie i podskoczyła radośnie. – Jest ogromny, taki umięśniony, to pewnie małpa, widziałam takie na starych ruchomych obrazach, jak byłam mała, gdy działało jeszcze nasze kino! – Szczebiot dziewczyny szybko przerodził się w bezładną paplaninę, a jej oddalone od siebie oczy przestały łapać kontakt z publicznością. Wuj wyglądał na zafrasowanego, pozostali słuchacze również. Panna Klara nigdy nie kłamała i nie wynikało to tylko z jej dobrego wychowania oraz nienagannych manier. Po prostu idea kłamstwa była dla niej zbyt skomplikowana.

– To nie małpa, Klaro – Przerwał słowotok Klary wuj. – To bestia rodem z czeluści. Przyszła z dołu.

Na te słowa wśród zebranych rozległy się szmery. Tłum czekał, aż ktoś wda się z wujem w dysputę lub zażąda wyjaśnień. Pierwszy spróbował Antoni, chłopak znany z oczytania, elokwencji i wady wymowy.

– Ależ wuj stdaszyć nas daczy, przecież tam pod nami ino gdób wielki, tam żywego ducha, nikogo, od lat przecież!

– Wiele pokoleń minęło, to prawda – przyznał starszy mężczyzna, który, zdawało się, coraz lepiej czuł się w roli straszącego dzieciaki bajarza. – Pradziadowie dziadów naszych zbudowali nasze miasta w chmurach, by żyło się im lepiej w świecie, który upadł. Wiedzcie jednak, że zbudowali je na trupach miast i ludzi starego świata. Wywyższyli się ponad innych. Zostawili ich tam, na ziemi, wśród nędzy i zgliszczy. I stamtąd, kiedyś często, teraz z rzadka, nachodzą te nieboraki nasze miasta.

– I ci tam, z dołu zmienili się w demony? Stdaszliwe potwody z piekła dodem? – dopytywał Antoni.

– Zapewne, chłopcze – odparł wuj. – Zapewne zmienili się, zdziczeć im przyszło w niedoli. Zresztą, my też się zmieniliśmy żyjąc tu w górze sami ze sobą zamknięci, niedostępni. Mówiąc to, prześlizgnął się spojrzeniem po zbyt małych głowach, zajęczych wargach, albinotycznych karnacjach i karłowatych, powykręcanych, sylwetkach słuchaczy.

– Znów go słychać, cichajcie! – uciął rozmowę wysoki młodzieniec z wielką żuchwą i przerośniętą dolną wargą. Zebrani wstrzymali oddechy. Świst zimnego, nocnego wiatru przyniósł zza murów przeraźliwe zawodzenie. Było jak wściekły wrzask, jak szloch rozpaczy, jak jęk tęsknoty i ryk furii.  Kryzy, kubraki, falbany, koronki i pasmanterie zaszeleściły z niepokojem. Niby nic się nie zmieniło. Księżyc tak samo oświetlał placyk, na którym się zebrali. Tylko że teraz, zamiast dodawać otuchy w ciemnej nocy, zwracał ich uwagę na otaczające cienie. Wokół placu stało kilka elektrycznych latarni. Kilka z nich mrugało słabym światłem. Tylko że te latarnie w każdej chwili mogły przecież zgasnąć, a księżyc schować za chmurami. Nikt nie chciał zostać w ciemnościach, w akompaniamencie wycia Bestii. 

– Panno Klaro, późno już, zechciej pozwolić, bym towarzyszył ci w drodze do domu – przerwał przedłużającą się ciszę Julian. Zainspirował tym samym całe wytworne towarzystwo do szybkiego opuszczenia placyku. Odprowadzali się nawzajem do domów w kilkuosobowych grupkach, bo tak było raźniej.

 

Rano, któryś ze strażników północnej wartowni uruchomił zachrypniętą syrenę alarmową. Rozległ się dźwięk przez wielu zapomniany, dla wielu w ogóle nieznany i, dla wszystkich – przerażający. Poruszona ostatnimi plotkami gawiedź zgromadziła się w pobliżu wielkiej, starej kraty punktu obserwacyjnego.

– Widziałem, w dole, na ścianie, idzie po nas! – opowiadał zebranym zdenerwowany wartownik.

– Coś widział kuzynie? – wypytywał Julian.

– Bestię, Julianie, Bestię! Wspina się po ścianie, wbija w nią szpony i wspina się, uciekajcie!

– Jakież to ekscytujące, paniczu! – Oparta na ramieniu Juliana Klara nie posiadała się ze szczęścia. – Chcę go zobaczyć! Teraz! – dziewczyna ruszyła w kierunku kraty.

– Stój, idiotko! – rzucił przez zaciśnięte zęby Julian i natychmiast tego pożałował.

Na szczęście, po kilku krokach Klara zatrzymała się i odwróciła w jego kierunku, obdarzając go przy tym uśmiechem. Tymczasem zza kraty dobiegły dźwięki metalicznych uderzeń i czegoś jeszcze: jeżącego włosy na karku, ciężkiego i nierównego oddechu. Pierwsza pojawiła się łapa. Skrwawiona, brudna, chwyciła się kurczowo dolnej sztaby mimo wystających z niej rdzawych drzazg. Na jej widok kilka osób zasłabło, ktoś prosił o sole trzeźwiące. Następnie, obok pierwszej łapy, druga. Potem, już bardzo szybko, reszta. Płynnie i pewnie, jak na drapieżnika przystało. Sus po kracie w górę, jak bura, łachmaniasta smuga. Tłumek cofnął się o parę kroków. Potem skok w dół, lądowanie po drugiej stronie. Ich stronie. 

Później okaże się oczywiście, że każdy zapamiętał Bestię inaczej. Spośród wszystkich świadków, Julian mógł przyjrzeć się jej najlepiej. Opowiadał drążącym głosem o paskudnym smrodzie. O brudzie, kudłach, ranach i robactwie. Potężnych mięśniach, lecz szybkich, zwierzęcych ruchach. Im więcej czasu mijało, tym więcej detali sobie przypominał.

– Nie, nie był goły. Miał na sobie jakieś łachmany, skórzane może, resztki jakoweś – opowiadał.

– Tak, miał ze sobą mnóstwo przeróżnych sprzętów. Sznury, sznurki, łańcuchy, haki, worki, woreczki, sprzączki. Kto wie, co jeszcze!

Z czasem, szczegółów tych było jeszcze więcej. Kły, pazury, skrzydła, łuski nawet lub pióra. Wszystko zmyślone. Do końca żywota swego Julian jednej rzeczy w opisie Bestii nigdy nie zmienił. 

– Oczy Bestii? Jak nasze – moje, czy twoje. Ale straszliwe, bo głodne. Tak strasznie głodne wszystkiego.

A jeden szczegół w swoich opowieściach Julian zawsze pomijał. Tak, Bestia miała przy sobie bełty, którymi dzień wcześniej próbował ją zabić. Wykorzystała je do wspinaczki po gładkiej powierzchni muru.

Stwór stał na szeroko rozstawionych nogach i mierzył dzikim spojrzeniem mieszkańców miasta w chmurach. Ryknął coś, machnął raz i drugi łapami. Wartownik, ten sam który zauważył go pierwszy i zaalarmował mieszkańców, uniósł ciężką kuszę i strzelił. Trafił w mur kilka metrów za celem. Znów, jak smuga szybko, potwór skoczył. Złapał za głowę strażnika i rozbił ją jak dzban o pobliską ścianę. Reakcja gapiów musiała Bestię zaskoczyć. Gdy rozległy się pierwsze krzyki przerażenia i lamenty, Bestia przysłoniła na moment uszy i ryknęła. W  chaosie, który zaczął się mniej więcej w momencie upadku zwłok strażnika na bruk, dwa elementy były ostoją porządku. Bo oto Klara wciąż stała kilka kroków od szalejącego stwora. Uśmiechała się, jak to Klara. I mówiła. Mówiła do Bestii i wyciągała w jej kierunku rękę. Drugim stałym elementem w tłumie panikujących, uciekających z, i dobiegających na miejsce zdarzenia, był Julian. Chłopak stał jak wryty i, w przeciwieństwie do Klary, nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Nie wyjdzie z tej roli już do końca spotkania z Bestią. A spotkanie to z pewnością nie przypadło tej ostatniej do gustu. Rzuciła się raz i drugi, zawyła przeciągle, jednak tłum nie zamierzał się uspokajać. Natknęła się na wyciągniętą w jej kierunku, odzianą w cieniutką rękawiczkę, dłoń. Dłoń nie tylko nie cofnęła się, a nawet musnęła nieśmiało zarośniętą skołtunioną brodą twarz. Bestia drgnęła. Jej nozdrza rozszerzyły się, wciągając zapach dziewczyny. Klara mówiła dalej, uśmiechnięta i szczęśliwa. Wtedy to, jednym płynnym ruchem, Bestia objęła jej smukłą kibić umięśnionym ramieniem. Julian wstrzymał oddech, a jego spanikowany umysł zaczął pracować w zawrotnym tempie. “Czyżby Klara okiełznała swym urokiem Bestię z głębin? A może to nie Bestia? Przecież tak naprawdę, jakby się przyjrzeć, wygląda trochę jak każdy z nas. Gdyby tak ją umyć, ostrzyc, zdjąć łachmany i ubrać w coś gustownego?”. Wraz z przelotnym ukłuciem zazdrości – że oto Klara gładzi po twarzy tego obcego – myśli z tamtych chwil towarzyszyć będą Julianowi już zawsze.

Właściwie bez wysiłku, Bestia przerzuciła Klarę przez ramię i kilkoma krokami dopadła kraty w murze. Po chwili, byli już po drugiej stronie. Zaczepiwszy uprzednio jedną z lin do kraty, skoczyła w dół. Julian zobaczył jeszcze twarzyczkę Klary w burzy loków. Tę twarz Klary – obcą trochę – bo pozbawioną już uśmiechu – Julian również zapamięta do końca swoich dni. I kilka kolejnych nocy, podczas których gdzieś z dołu dochodziły do niego i pozostałych krzyki Klary i wycie Bestii z Dołu.

 

Koniec

Komentarze

Hej, Łosiot. Tym razem bardziej ponarzekam, ale nie miej mi za złe, bo to raczej wina mojego gustu ;) 

Na samym wstępnie brakuje mi jakiegokolwiek opisu otoczenia, nawet jednozdaniowego. Była tylko skacząca małpa i skaczące piersi. Pierwszy obraz jaki pojawił się w mojej głowie (nie mam pojęcie dlaczego, ale tak było) to cyrk. Umiejscowienie zarówno bohaterów jak i małpy następuje trochę zbyt późno. 

Na początku tekstu trochę się pośmiałem, ale niestety później nie poczułem napięcia. Bestia nie wydawała się straszna, a bohaterowie specjalnie zagrożeni. Monstrum, które przegrywa walkę o uwagę z biustem, nie jest zbyt przerażające. Niestety nieco komiczny opis za bardzo kontrastuje z obliczem niebezpiecznego potwora. 

Motyw też mnie nie porwał (poza niejednoznacznym losem ludzi z dołu, to jest naprawdę dobre), ale bestia kojarzyła się z King Kongiem, wspinaczka, małpa, kobieta… ugh nie przepadam za tym filmem, więc może przez to ten dystans. 

A społeczności w chmurach uważam za motyw wspaniały, aczkolwiek bardzo trudny. Podoba mi się to, że do miasta prowadzi bardzo wysoka ściana i nie spotkałem się jeszcze z czymś takim.

Najlepszym, moim zdaniem, elementem opowiadania to bełty, dzięki którym bestia wspięła się na mur. Zaskoczyłeś tym naprawdę pozytywnie. 

Teraz czas na drobne czepialstwo:

Julian nadskoczył z chusteczką i szarmancko omiótł nią powietrze wokół sztab tkwiącej w murze, zardzewiałej kratownicy.

Tego zdania po prostu nie zrozumiałem, nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale to być może tylko moja wina.

Tylko że te latarnie w każdej chwili mogły przecież zgasnąć.

Nie wiem dlaczego mogły w każdej chwili zgasnąć. 

 

Nie lubię pisać takich komentarzy, ale po autorze “Białej flagi” spodziewałem się znacznie więcej. Zresztą nie jestem ekspertem, więc traktuj, proszę, mój komentarz z przymrużeniem oka. 

Życzę powodzenia i czekam na Twoje kolejne teksty, bo naprawdę lubię je czytać ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Cześć MaSkrol. Po pierwsze, dziękuję za przeczytanie i komentarz. No i jest mi nieziemsko miło, bo napisałeś, że lubisz czytac moje teksty! Cała pozostała krytyka przy tym blednie. 

To opowiadanie to mocny spontan, wyszło dziwacznie, ale je lubię. 

To znaczy już trochę mniej, o jakieś 20%. To przez Ciebie i to Twoje skojarzenie z KK, którego też nie trawię :P

 

“Nadskoczył z chusteczką” – to miała być taka zabawna scenka, w której on próbuje się zachować jak gentleman, natomiast jest to pozorowane. Takie moje skojarzenie z klimatami, powiedzmy, z Luwru. Wiesz – piegi , peruki, faceci w rajtach, chusteczki. 

 

”Latarnie mogły zgasnąć” – no bo były stare, a im zaczęła działać wyobraźnia, zaczeli sie bać. Faktycznie zgrzyta to troche, pomyślę nad tym fragmentem. 

 

Jeszcze raz – dziękuję za lekturę i informacje zwrotną. Biorę ją na poważnie, bez przymrużania oka. 

 

Mam trochę jak Maskrol. Podniebne miasto zbudowane na ruinach dawnego świata będące zamkniętą społecznością, z wszystkimi tego konsekwencjami – problemami genetycznymi, spadkiem inteligencji mieszkańców, ludowym folklorem (bestie z dołu) i mechanicznym wypełnianiem pewnych funkcji społecznych (obecność strażników to raczej przedłużenie dawnych ról niż konieczność, bo przecież nikt od dawna nie widział bestii) – to wszystko składa się na naprawdę ciekawy świat.

Tylko że realizacyjnie wyszedł trochę misz-masz. Cała historia opowiedziana jest kpiarskim językiem, co rusz wrzucasz różne parodystyczne elementy. Sami bohaterowie są schematyczni i przerysowani, groteskowi – jak rozumiem celowo. Motyw biustu – dużo go… I do tego dodajesz elementy poważniejsze – wątek z bestią, zagrożeniem dla miasta – tylko że wypadają one dość mdło. Zakończenie – wydaje się skłaniać w stronę powagi, dodatkowo mamy tytuł, który stanowi z zakończeniem klamrę – bohaterka wreszcie przestaje się śmiać. I właściwie nie wiem, jak mam ten tekst odbierać. Z jednej strony nie rozbawił, z drugiej świat zainteresował, z trzeciej historia poszła w dziwną stronę.

Początek – coś tu z chronologią wydarzeń nie tak. Klara najpierw widzi małpę. A potem oboje z Julianem się zachowują jakby po raz pierwszy widzieli bestię. Też na początku myślałam, że Klara jest w cyrku. I też w trakcie czytania pomyślałam o King Kongu i dość szybko domyśliłam się, w którą stronę historia się potoczy i jak się skończy.

Warsztatowo – nie wypisywałam usterek, bo czytało mi się dość płynnie, ale jest trochę kwiatków i dziwnych sformułowań. Chociażby to nadskakiwanie z chusteczką – wiadomo, o co chodzi, ale nadskakuje się komuś a nie czymś, czy z czymś. Słowo fluid – nijak nie pasuje do przedstawionego świata, prędzej puder.

 

W tym samym rytmie podrygiwały też jej wyciśnięte w górę gorsetem piersi.

Piersi to nie pasta do zębów, żeby je wyciskać…

 

 

Dream big.

Świat lepszy od fabuły, IMO. Bo ma duży potencjał. A fabuła… Sprowadza się do tego, że mamy głupią (ale w jakiś sposób ładną) babę, która jest zauroczona małpą, więc bez większego oporu daje się porwać.

Babska logika rządzi!

Yo ;)

dogsdumpling: pomijając trochę, że Ci to nie podeszło – odebrałaś mój tekst w zasadzie w 100% zgodnie z zamysłem. Dla mnie to duży sukces, wcześniejsze moje opowiadania były pod względem skuteczności przekazu khm khm – różne. Ale i tak jestem z nich diabelnie dumny.

Wyciskanie piersi, no faktycznie coś nie teges. Poprawię to.

Finklo: Zgadzam się co do cepoidalnej fabuły. Jesli uważasz, że ten świat ma potencjał, to niniejszym zobowiązuje się, tu i teraz, że specjalnie dla Ciebie napiszę coś jeszcze w tych realiach. Ale po konkursie Mitologicznym.

Przeczytałaś chyba każde z moich opowiadań i jestem Ci za to mega wdzięczny :) Serio. 

 

Bioshock + King Kong ;)?

No nieźle, ale jednak czegoś zabrakło. Czegoś przykuwającego. Bo jako obrazek całkiem dobre, ale właśnie – jeno obrazek.

Kilka uwag:

– “klasnęła cicho przez jedwabne rękawiczki” – można klaskać “przez” coś?; a nie “klasnęła cicho dłońmi w jedwabnych…”?;

– “Nie po to przyprowadził ją na północną wartownię” – aaargh, to młode pokołenie: “na sklep”, “na zakład” itd.; tzn. na dach wartowni poszli?;

– “Julian nadskoczył” – to niby od nadskakiwania, ale czy taka forma w ogóle istnieje?;

– “spadła kila metrów” – literówka;

– “zamiast dodawać im otuchy w ciemnej nocy, zwrócił ich uwagę na otaczające ich cienie” – trochę przesadziłeś ;).

 

Czyli tak – fajny świat, ale fabuła wątła. Pisz dalej :D!

PS. I cały czas miałem nadzieję, że Bestia okaże się jakimś zagubionym alpinistą czy himalaistą :P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bioshock+King Kong. To teraz znowu lubie to opowiadanie, +20%. 

Dzięki za odwiedziny, uwagi zaimple… zaiplm… wdrożę z pewnością. 

 

P.S.

A rozbawiło choć odrobine? Bo miało…

Spoko :D. Dało radę!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Łosiocie, ja tu kiedyś czytałam prawie wszystko, tylko ostatnio muszę bardziej wybiórczo. :-(

Babska logika rządzi!

Mnie nie rozbawiło, szczerze mówiąc. Podobnie jak poprzednicy, uważam, że pomysł wyjściowy miałeś bardzo obiecujący – z historii tego typu miasta, w którym zapomniano już o tym, jak i czemu powstało, można ciągle wyciągnąć całkiem sporo, bo choć motyw to dość ograny, to ciągle twórczy. W sumie zasygnalizowanie, co w tym mieście poszło nie tak, wyszło Ci w tekście nie najgorzej, to tło stanowi IMHO najlepszy element tekstu.

Pogranie wariantem King Konga i blondynki też miało potencjał: motyw się przecież zasadza na tym, że bohaterka widzi w rzekomym potworze coś ludzkiego i godnego miłości, a przynajmniej – fascynującego. To jest motyw całkiem dobrze pasujący do koncepcji, leżącej u podłoża Twojego świata – czyli oczywistej dla czytelnika (choć nie dla bohaterów) świadomości, że tamte bestie na dole to też ludzie.  

Nie bawi mnie natomiast postać Klary, bo cała jej postać składa się z dwóch elementów: jest nieziemsko głupia (a może nawet nie tyle głupia – upośledzona w wyniku chowu wsobnego) i ma ładne cycki. No dobra, jest też trzeci element – jest damulką. A nie bawi mnie, bo, widzisz, dla mnie sposób jej opisania i historyjka prób jej uwiedzenia jest dość niesmaczna, a finał – z horroru: te trwające kilka nocy, krzyki Klary i wycie bestii z dołu kojarzą mi się dość jednoznacznie z tym, że ją tam spotyka coś okropnego i przerażającego, zwłaszcza że podkreślasz, że bohater zapamięta to na całe życie. A jak dodasz do tego fakt, że Klara taka, jaką opisujesz, nijak nie mogła zrozumieć niebezpieczeństwa, w jakie się pakowała, odchodząc z “bestią” – to już robi się zupełnie nieśmiesznie.

Mam wrażenie – moje osobiste, oczywiście – że może w tej ostatniej, dość upiornej scenie tkwi potencjał na inny ciekawy tekst: o tym, jak bohater, analizując to, co się stało, rozważając to, co widział i słuchając tych krzyków powoli orientuje się, czym jest ich miasto i co może być na dole; a to go może popchnąć w różne strony, od grzebania w przeszłości po próbę rozbudzenia i mobilizacji miasta przeciw niebezpieczeństwu :)

Ninedin – dzięki za wizytę i konkret komentarz. Fajnie, że Tobie również spodobała się scenografia opowiadania. Motyw Klary – nie miał być śmieszny, nie miałem takich oczekiwań, miał być łokropny. Ja sobie zdaję sprawę, że ten miks lekko śmiesznawych smaczków i pustawych postaci z elementami dość paskudnymi nie każdemu zagrał. Właściwie, to zagrał chyba tylko mnie :P

Ten tekst jest trochę wprawką, dla mnie każdy kolejny tekst to nowe doświadczenie i niezła jazda, nie do końca wszystko jeszcze kontroluję :)))

Serdeczności.

 

Czytając, miałem takie poczucie, że tekst trochę Ci się rozjechał na poziomie konstrukcyjnym. Miałem kiedyś podobną sytuację (nie identyczną, ale pewne podobieństwa są), postaram się więc podzielić swoimi przemyśleniami. Nie traktowałbym ich jako prawdy objawione, ale taka możliwość wymiany wniosków jest jedną z największych zalet tego portalu, więc dlaczego się nimi nie podzielić.

Do rzeczy.

Ten błąd na poziomie konstrukcyjnym polega na tym, że budujesz (może trochę mimowolnie) opowiadanie wokół dwóch elementów, które “ciągną” Ci ten tekst w dwie, zupełnie różne strony. Z jednej strony mamy pewien interesujący dla czytelnika świat, z drugiej humor, który ten świat deprecjonuje. Wysyła czytelnikowi pewnie sygnał : Zobacz! Ten świat jest elementem humorystycznego opowiadania. Nie należy go traktować do końca poważnie.

Wymyślony przez Ciebie świat ma w mojej opinii zbyt duży potencjał, by stanowić jedynie pewne dopełnienie humorystycznego tekstu. Przeczytane komentarze tylko mnie w tym poglądzie utwierdzają. Wracając zaś do tych dwóch przeciwstawnych elementów. Uważam, że trochę sam zastawiłeś na siebie pułapkę. Zwróć uwagę na jedną, szalenie istotną rzecz. Sporo pisałem, tak ja, jak i inni o potencjale przedstawionego tu świata. Świat ciekawi, wzbudza zainteresowanie, ale każda humorystyczna wzmianka zabija cały jego osobliwy klimat. I tak (prawdopodobnie) będzie zawsze. Potencjał świata “wciąga”, a zatem odwraca uwagę od humoru. Z kolei humor wyciąga z tego świata za uszy. Dlatego pisałem o dwóch elementach ciągnących opowiadanie w dwie różne strony. Spróbujmy sobie wyobrazić, że rozbudowując ten tekst, spróbujesz przy okazji mocniej wyeksponować świat. Tak długo, jak robisz to w konwencji opowiadania humorystycznego, jesteś tu skazany na sromotną klęskę (tak przynajmniej mi się zdaje). Opcje są dwie:

– Albo w pewnym momencie tekstu zaczniesz stopniowo porzucać ten humor, żeby wciągnąć czytelnika do swojego świata. W efekcie spotkasz się pewnie z całkiem trafnym zarzutem asymetrii, bo najpierw humor jest, a później go nie ma.

– Albo spróbujesz utrzymać prezentację tego świata w konwencji humorystycznej. Tyle, że taki zabieg pozbawi z kolei czytelnika możliwości “odpłynięcia” do tego świata, bo, jak już pisałem powyżej, co jakiś czas będziesz go wyciągał za uszy/ dekoncentrował kolejnym żartem.

Jako czytelnik będę więc sugerował, żebyś wyrzucił w diabły ten humor i skupił się na prezentacji samego świata. Najlepiej rozbudowanej jego wersji. Skoro masz na niego świetny pomysł, trzeba go czytelnikowi pokazać. Nie proponuję przy tym, byś humorystycznej części poświęcił drugie opowiadanie. Wydaje mi się, że postać Klary ma zbyt wiele ograniczeń, by stworzyć o niej samodzielny tekst. W jej przypadku humor możesz budować właściwie w oparciu o dwa elementy. Głupotę i, nazwijmy to, efektowną budowę ciała. Z każdego elementu możesz zażartować dwa, trzy, góra cztery razy. Każdy kolejny żart, choćby najbardziej wyszukany, może już razić monotonią. Te dwa elementy to trochę za mało na całe opowiadanie. Taka postać świetnie nadaje się na drugi plan. Jako humorystyczny dodatek.

Tyle ode mnie. Czytało mi się całkiem nieźle, więc czekam na rozbudowę tego świata. Jestem przekonany, że ma on wystarczający potencjał na naprawdę dobre, samodzielne opowiadanie. Nie tylko jako pewne tło.

Na koniec tradycyjnie przypomnę, że jest to tylko moja opinia i należy do niej podchodzić z pewną rezerwą. Pojęcie o pisaniu mam niewielkie, więc wszelkie uwagi mogą być mocno przestrzelone. :)

Pozdrawiam.

 

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Przepraszam, nie będę oryginalny.

Pomysł na miejsce akcji spoko. Ja w odróżnieniu od przedmówców nie pomyślałem, że małpa to prawdziwa małpa (albo King Kong), tylko raczej nieogolony bohater w stylu Thorgala, który ludziom z góry wydaje się małpą. Spodobał mi się ten wątek. Niestety podpisuję się pod krytycznymi uwagami, które padły już wcześniej. I mnie też nie rozbawiło : (.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

CM, Nevaz, dziękuję za lekturę i komcie. W zasadzie, to się z Wami zgadzam :)

CM – jak zwykle kłaniam się nisko w podziękowaniu za konstruktywną krytykę na najwyższym poziomie. 

 

Dołączam do przedpiśców. Kiedy czytałam opis miasta i lączące się z nim wspomnienia o jakiejś katastrofie, aż mi się oczyska z ciekawości rozszerzyły. I bardzo żałuję, że nie poszedłeś w tym właśnie kierunku. Co do historii Klary, zgadzam się z ninedin, jest niesmaczna. Gdybyż jeszcze Klara świadomie i premedytacją wabiła swoimi piersiami, koniec, jaki ją spotkał, byłby do przełknięcia, ale ta forma humoreski kompletnie mi nie siada. :(

A swoją drogą to cholerny tchórz z tego Juliana, aż dziw bierze, że nikt mu tego nie zarzucił.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Choć muszę zgodzić się z wieloma słowami, które wydostały się spod klawiszy przedpiśców, nie mogę nie przyznać, że ogólnie tekst mi się podobał. Za świat, oczywiście. Za lekki, kpiarsko-prześmiewczy ton, którego zastosowanie wcale nie wyklucza poważnych, czy nawet ciężkich treści (i wcale, podkreślam – wcale nie chodzi o to, że żarty o cyckach powodują, iż gwałtownie spada mi poziom obiektywności ;-)) Za wykonanie do którego być może tu i ówdzie można się przyczepić, ale są to zdecydowanie sprawy pomniejsze. Czytałem tekst dość szybko (bo też tekst po prostu "się czyta") i gdzieś tam chciałem zwrócić na coś uwagę, ale gdy się w końcu zatrzymałem wyszło na to, że już nie pamiętam o co mi chodziło. Znaczy – napisane całkiem całkiem. 

Oczywiście zakończenie trochę skiepściło sprawę. Zbyt kontrastowo ponure, ale jednocześnie niespecjalnie dużo mówiące. Według mnie, warto byłoby je zmienić, może dopisać co nieco, inaczej rozwiązać kwestię Klary, lżej i… bo ja wiem… bardziej spektakularnie może, w bardziej przerysowanym, pasującym do reszty tekstu stylu. Albo w drugą stronę – potraktować ów tekst jako pierwszy rozdział czegoś znacznie większego (a potencjał jest) a mocny i mroczny akcent na końcu, jako zapowiedź tego, że mimo lekkości narracji i niemal humorystycznego wstępu, całość nie będzie taka różowo-cekinowata. 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A to się porobiło. 

Irka_Luz dzięki za opinię. Potwierdzam, historia Klary jest nieco niesmaczna, jeśli wzdrygnęłaś się czytając, to jestem usatysfakcjonowany. 

thargone – znowu, kiedy już opadają mi ręce i pióro, Ty pojawiasz się na białym muminku i dodajesz mi dobrej energii :P 

 

Dziękuję Wam obojgu za lekturę i cenne opinie. 

 

 

 

 

 

Miałeś pomysł na scenografię, brakło pomysłu na historię, a to co przeczytałam zdało mi się dość wątła opowiastką nie bardzo wiem o czym. Miałam wrażenie, że oglądam scenki jakiegoś podrzędnego kabaretu, ale nic nie zdołało mnie rozśmieszyć, czułam raczej zażenowanie.

Wykonanie, niestety, nie należy do najlepszych. :(

 

Świet­nie ubra­ny, wy­pu­dro­wa­ny, z od­ma­lo­wa­nym pie­giem na po­licz­ku… –> Na czym polega odmalowanie piega na policzku?

A może miało być: Świet­nie ubra­ny, wy­pu­dro­wa­ny, z do­ma­lo­wa­nym pieprzykiem na po­licz­ku

 

miał ją bawić roz­mo­wą, opro­wa­dzać po mu­rach i za­chwy­cać pięk­ny­mi wi­do­ka­mi. –> Widokami, jeśli piękne, panna powinna zachwycać się sama.

 

Na ko­niec chciał nieco po­stra­szyć i za­im­po­no­wać jej jako straż­nik, który chro­ni i mia­sto. –> Nadmiar zaimków.

 

Raz, że gra­wi­ta­cja de­kol­tu ścią­ga­ła spoj­rze­nie w dół. –> Co to jest grawitacja dekoltu?

 

Ju­lian nad­sko­czył z chu­s­tecz­ką i szar­manc­ko omiótł nią… –> Można komuś nadskakiwać, ale nie można nadskoczyć.

 

Blocz­ki ogrom­nej kuszy za­czę­ły się ob­ra­cać, a sys­tem na­cią­ga­nych cię­ciw… –> Ile cięciw ma jedna kusza?

 

Bo za­baw­nie ma­cha­ła ła­pa­mi pró­bu­jąc łapać przy­czep­ność. –> Jak można łapać przyczepność?

 

Bydlę się­gnę­ło łap­skiem i zła­pa­ło za bełt! –> Bydlę się­gnę­ło łap­skiem i zła­pa­ło bełt!

 

Pra­dzia­do­wie dzia­dów na­szych zbu­do­wa­li nasze mia­sta w chmu­rach, by żyło się im le­piej w świe­cie, który upadł. –> Chyba powinno być: …by żyło się im le­piej, niż w świe­cie, który upadł.

 

Kryzy, ku­bra­ki, fal­ba­ny, ko­ron­ki i pa­sman­te­rie za­sze­le­ści­ły z nie­po­ko­jem. –> Od kiedy rzeczone elementy stroju są zdolne odczuwać niepokój?

 

Nikt nie chciał zo­stać w ciem­no­ściach, w akom­pa­nia­men­cie wycia Be­stii. –> Coś może się odbywać z akompaniamentem, ale nie w akompaniamencie.

 

Roz­legł się dźwięk przez wielu za­po­mnia­ny, dla wielu w ogóle nie­zna­ny… –> Coś może być znane komuś, ale nie dla kogoś.

Winno być: Roz­legł się dźwięk przez wielu za­po­mnia­ny, wielu w ogóle nie­zna­ny

 

Kły, pa­zu­ry, skrzy­dła, łuski nawet lub pióra. –> Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

… a potem przyszli regulatorzy…

Hej, dzięki serdeczne oczywiście za pomoc, spieszę z poprawkami. Ale:

odmalowany pieg – no dobra, racja

zachwycać pięknymi widokami – to już nawet nie można zachwycić kogoś czymś? Na przykład piłkarz reprezentacji Polski nie może zachwycić kibiców grą? Co za czasy 

grawitacja dekoltu – siła przyciągania wzroku, licentia poetica

kusza i liczba cięciw

 

P.S.

Ale przyznasz, że niektóre moje błędy Cię rozbawiły? Mnie chyba najbardziej “łapanie przyczepności” i “emocje pasmanterii”…

"łapanie przyczepności" to bardzo samochodowy termin. Tak mi się wżarł w umysł, że nawet nie pomyślałbym, że nieprawidłowy :-) 

A mnie rozbawila "grawitacja dekoltu". Emocjonalna pasmanteria też była urocza. Na tyle, że uznałem to za właśnie "licentia poetica", nie błąd ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo proszę, Łosiocie. Cieszę się, że uwagi się przydały. ;)

Kuszą mnie zaskoczyłeś. Nie miałam pojęcia, że istnieją takie ambitne, z trzema aż cięciwami. ;)

 

to już nawet nie można za­chwy­cić kogoś czymś? Na przy­kład pił­karz re­pre­zen­ta­cji Pol­ski nie może za­chwy­cić ki­bi­ców grą?

Piłkarz, jeśli świetnie gra, może swoją grą zachwycić każdego, jednakowoż Julian nie mógł zachwycić Klary widokami. Widokami Klara musiała zachwycić się sama.

 

gra­wi­ta­cja de­kol­tu – siła przy­cią­ga­nia wzro­ku, li­cen­tia po­eti­ca

A gdyby grawitację dekoltu zastąpił magnetyzm dekoltu?

 

Ale przy­znasz, że nie­któ­re moje błędy Cię roz­ba­wi­ły?

Tak, Łosiocie, masz rację. Niektóre Twoje sformułowania rozbawiły mnie serdecznie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pewnie nie powiem wiele nowego – pomysł na nadchmurne miasto zdegenerowanej arystokracji bardzo fajny, podobało mi się też zakończenie – twarz bez uśmiechu i te krzyki przez kilka nocy, brrr.

Zabrakło mi ekspozycji trochę wcześniej – choć takie odkrywanie co krok nowego szczegółu świata też jest interesujące – to jednak wolę wcześniej ogarnąć co i jak ; )

Kpiarsko-gawędziarski ton (szczególnie przy tym zakończeniu) jakoś do mnie nie przemawia – ale po prostu nie przepadam za takim stylem narracji, choć czytało się to lekko.

Postacie są groteskowo przerysowane, ale takie pewnie miały być – szkoda tylko, że przez to zrobiły się dość płaskie i trudno się jakoś bardziej przejąć ich losem. No, może z wyjątkiem Klary, ale tam przeskakujesz z groteski w grozę ; )

 

I would prefer not to.

Za to “brrr”, jestem Ci bardzo wdzięczny, wybranietz.

I za lekturę. I – olaboga! – Klik! Super!

Ciężko być oryginalnym, gdy inni wymienili praktycznie już wszystko. Świat na plus, ma potencjał. Podoba mi się ukazywani kolejnych elementów przez detale (twarzy Klary, zachowania ludzi itp). Jednak sam tekst rozjeżdża się konstrukcyjnie i wykonawczo. Gawędziarski ton nie tworzy klimatu zagrożenia. Bohaterka też nie zachwyca – ciężko przejmować się losami idiotów. Nawet celowe przerysowanie musi mieć pewne granice, by dało się czytelnikowi nimi przejąć.

Podsumowując: jest pomysł, zabrakło doszlifowania w wykonaniu. Ale koncert fajerwerków przyzwoity.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, NWM za lekturę i “koncert fajerwerków”.

Nowa Fantastyka