- Opowiadanie: Krin - Jedyny

Jedyny

To mój pierwszy tekst tutaj, więc witam uprzejmie (jeśli można kogoś witać w internecie) i mam nadzieję, że nie przyjdzie mi popełnić żadnej gafy.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Jedyny

Podziemny nieboskłon jest niemy – nie lśni ani jedną gwiazdą. Tener nie patrzy w jego stronę, ta próżnia sprowadza szaleństwo. Jest domem istot o obcych imionach. Istot, które bóg Re zwalcza każdej nocy, ale wobec których człowiek jest słaby i kruchy.

Łódź pod nogami Tener kołysze się lekko, nurt niesie ją bez celu. Woda jest tak ciemna jak niebo. I zimna. Wie to, bo raz popełniła tę nieostrożność i zanurzyła dłoń w toni. Najpierw był przeszywający ciało dreszcz, a potem oślizgły dotyk czegoś, co czaiło się pod powierzchnią. Gdyby nie cofnęła ręki na czas, oplotło by ją swoimi mackami i wciągnęło pod powierzchnię.

– O Ozyrysie, dziedzicu Geba, Królu Bogów, Siło Niebios, Panie Żyjących, Królu Obojga Krajów – zaczyna Tener, ale nie kończy. Nie pamięta, co było dalej, woli spróbować czegoś innego. – Bądź pozdrowiony, Re, który krążysz po niebie. Nie pozwól, aby mnie odprawiono. Otwórz mi drogę… 

I co dalej?

 

***

 

Żar południa mijał powoli, ale Achetaton nie przyspieszało ani nie zwalniało, płynęło zwykłym tempem wraz z tysiącem kanałów, którymi Nil pompował swoje życiodajne soki. Rzeka wspinała się w górę, rozgałęziała, spadała, przepływała nad ulicami i pod nimi. Tłoczona przez maszynerię, poruszana geniuszem inżynierii.

Chwała niech będzie Atonowi, budowniczemu Egiptu, który dał swojemu ludowi wytchnienie od katorżniczej pracy.

Neferneferuaton, pani Górnego i Dolnego Egiptu, dała Tener zadanie, więc dziewczyna mknęła teraz po kamiennej grobli, wymijając kapłanów Atona i złorzeczących jej skrybów. Tu nie wolno było chodzić, tu kapłani wznosili obeliski-ka czerpiące moc z rzeki i posyłające ją do miasta. Ale Tener nie przejmowała się – była szybsza od wiatru, szybsza od strażników.

Najszybsza, a jednak zawsze spóźniona. Bo jak nie dać się skusić Achetaton, nie podziwiać go, nie przepaść między warsztatami produkującymi cuda, między złotymi świątyniami jedynego Boga?

Rząd urzędników czekał w kolejce do wodnej windy, aby dostać się do położonego wysoko ponad miastem pałacu, ale Tener ominęła ich wszystkich, dopadła potężnej konstrukcji i zaczęła wspinaczkę po drewnianych belkach do wtóru głośnych protestów nadzorcy.

Mogłaby wejść schodami, ale schody były nudne, a nagrzany kamień, z którego je wzniesiono, parzył ją w stopy. Winda zaś była wilgotna od poruszającej jej mechanizmami wody, a każda jej belka wydawała się poruszać pod ciężarem Tener, dodając wspinaczce rumieńców.

Będąc już na szczycie, usłyszała zdenerwowany głos królowej. Neferneferuaton kłóciła się z kimś i to bardzo dobrze, bo pewnie nie pamiętała już ani o spóźnionej Tener, ani o wiadomości, którą ta miała przynieść.

– Lud egipski pracował dla Amona, a pustynna gleba rodziła mu trud i nieurodzaj. Mądrość Atona uciszyła żar pustyni, a jego siła wyniosła pałace Achetaton ponad grobowce dawnych królów. Miej rozum, Nachte, i poddaj się mu.

Tener zgrabnie zeskoczyła z podestu na kamienny taras. Jej serce zabiło mocniej. Słyszała plotkę o tebańskim czarowniku Nachte, który miał przybyć do stolicy, aby rzucić wyzwanie tutejszym kapłanom. A teraz on naprawdę był tutaj, ulice Achetaton miały rację. O czarownikach z miasta wiedziała już chyba wszystko – jak się nazywają, gdzie mieszkają, jak spędzają dzień… Ale poza kapłanami nie mieszkał tutaj nikt potężny. A Nachte taki miał właśnie być.

O bezpieczeństwo królowej Tener się nie martwiła. Jej nie pokonałby nikt.

– Twój jedyny Bóg jest bogiem jednego miasta! Dostrzegasz cokolwiek poza Achetaton? Będziesz zapamiętana jako Nefertiti, Która Pogrzebała Egipt.

Tener znalazła ich na wewnętrznym dziedzińcu. Stąd nie widać było leżącego w dole miasta ani nie słychać było gwaru ulic. Kłótni towarzyszył jedynie szum wody przepływającej przez pałac i szelest liści, gdy wiatr poruszał porastającą dziedziniec zielenią.

– My, dzieci Atona i Królowie Dwóch Krajów, Neferneferuaton-Echnaton-Amenhotep pamiętamy twoje zasługi dla nas i dlatego pozwalamy ci odejść, mimo miotanych przeciwko nam zniewag, czarowniku Nachte.

Królowa siedziała na skrytym w cieniu arkady tronie. Dumna, wyprostowana – najpiękniejsza kobieta świata o nieprzemijającej młodości i obliczu twardszym od granitowego posągu. Na jej nogach i ramionach lśniły złote bransolety, na jej głowie złoty diadem, na jej szyi złoty wisior. Gdyby stanęła w świetle, lśniłaby jak sam Aton.

Nachte strażnicy trzymali w bezlitosnym uścisku słońca. Tener widziała jak pot spływa mu po twarzy, jak opiera się ciężko na pokrytej hieroglifami lasce. W lasce tej musiała tkwić jakaś magia, ale to nie ona najmocniej poruszyła wyobraźnię dziewczyny. Bardziej zainteresowały ją złote figurki zwierząt połyskujące w jego peruce. Niecodzienne.

Wąż, krokodyl, lew, pawian, ibis…

– Nie zasłaniaj się imieniem Echnatona. Twój mąż jest martwy – położył nacisk na to słowo – a ty nie posiądziesz…

Zamilkł, gdy Neferneferuaton wstała. Wyszła na słońce i wtedy Nachte mógł zobaczyć całą prawdę. Cień królowej nie był cieniem ludzkim. Nie było na rozgrzanych kamieniach dziedzińca drugiej kobiecej sylwetki. Był dysk sięgający dokoła dziesiątkami ludzkich ramion, cień ciemniejszy od innych cieni, ciemniejszy od nocnego nieba, jak to niebo… Jak to niebo, które budzi trwogę – to, którego lepiej jest nie wspominać.

Nachte cofał się, gdy ramiona dysku sięgały w jego stronę. Próbował nie okazywać strachu, a jednak krok po kroku oddawał pole, aż cienie zagoniły go na skraj znajdującej się pośrodku dziedzińca sadzawki. Jeszcze jeden krok, a by się ośmieszył.

– To jeszcze nie dość, żeby…

Obok dysku Atona pojawiły się dwa inne cienie. Dwóch mężczyzn. Na ich głowach Tener rozpoznawała połączone korony Górnego i Dolnego Egiptu. Pierwszym z nich był Echnaton, mąż Nefertiti i jej poprzednik, Tener pamiętała go jak przez mgłę. Drugim musiał być Amenhotep, jego ojciec.

– Oszczędzić go? – spytała Neferneferuaton faraonów.

Nachte nie dał im czasu. Cofnął się ten ostatni krok, ale jego stopy nie dotknęły wody – jej powierzchnia rozstąpiła się przed nim i ruszyła falą po nagrzanej posadzce, ku pełznącym po niej cieniom. Tener usłyszała głośny syk i zobaczyła obłok pary. Nachte wygrywał. Cienie odstąpiły, cofnęły się za plecy królowej niczym przerażone dzieci.

Tego było dla Neferneferuaton za wiele.

Jej ciało zaczęło się zmieniać. Jej twarz wydłużyła się nienaturalnie, biodra poszerzyły, brzuch wzdął, palce zmieniły w długie szpony. Rosła, stając się wielka niczym drzewo. Już nie była piękna. Była przerażająca.

To się nie działo po raz pierwszy. Tener poczuła, jak nogi same niosą ją w kierunku wyjścia, ale ciekawość i fascynacja zwyciężyły strach. Została.

Czarownik odpiął od peruki złotą figurkę lwa. Z jego ust popłynął potok dziwnie zniekształconych słów, rytmiczne zdania o nienaturalnej składni. Lew rósł. Jego złote ciało połyskiwało w słońcu, a jednak był to lew prawdziwy, dyszący, łypiący na królową złymi oczyma. Gdy dorósł do naturalnych rozmiarów, pałac zatrząsł się od potężnego ryku.

Ale to było na nic. Gdy lew rzucił się na Neferneferuaton, ta rozerwała go tak łatwo jak Tener darła na co dzień stare szmaty. Najpierw wyrwała przednie łapy, potem oczy i kły. Na koniec całą głowę. Okaleczony tułów miotał się jeszcze przez chwilę, a potem królowa miała u stóp już tylko stertę połyskującego w słońcu złota. Ale to też nie na długo. Złoto szybko zaczęło kurczyć się do dawnych rozmiarów i po lwie pozostała tylko zniszczona figurka.

A Nachte? Po Nachte zostało tylko echo kroków, być może zmienił się w ptaka i dawno wznosił ponad Achetaton. Królowa nie kazała go ścigać.

– Niech powie kapłanom Amona, czym jest prawdziwa moc – powiedziała do strażników.

 

***

 

Achetaton nie spało nigdy. Nocą lśniło blaskiem tysięcy małych słońc, tysięcy lampionów za pośrednictwem obelisków-ka czerpiących moc z Nilu. Zastępowały Atona, gdy Bóg przemierzał podziemia, by następnego ranka odrodzić się na wschodzie.

Tener odnalazła Nachte w warsztacie Dedii. Gdzie indziej miałby pójść? To Dedii Aton zesłał deszcz niebiańskich kamieni i to jemu przykazał stworzyć zeń narzędzia twardsze od brązu i kamienia, którymi wzniesiono później Achetaton. To Dedia także ujrzał przyszłość Egiptu i wpuścił Nil do miasta, każąc mu napędzać konstruowane przez siebie windy i podnośniki. On kazał wodzie płynąć wbrew odwiecznym prawom, do góry.

Warsztat Dedii nie pachniał jednak ciętym drewnem, a tuszem. Nie pobrzmiewał uderzeniami młotów, a cichym skrzypieniem zaostrzonych trzcinek na papirusie. Jego współpracownicy i uczniowie siedzieli przy pulpitach w długim rzędzie i kreślili w skupieniu. Sam Dedia rzucił Tener tylko krótkie spojrzenie, a potem wrócił do trzymanego w dłoniach papirusowego modelu.

– On też będzie się poruszał mocą Nilu? – spytał go stojący obok czarownik.

Nie widać było po Nachte najmniejszego śladu niedawnej porażki, biła od niego spokojna pewność siebie. Może dlatego, że tym razem nie był sam. Trójka jego towarzyszy od razu wydawała się niepokojąca. Twarze ukrywali za maskami o zwierzęcych obliczach – barana, sępa oraz ibisa. Ich cera była szara jak granit, ich piersi nieruchome. Przypominali stojące na straży posągi.

– Nie, poruszy nim wiatr – wyjaśnił Dedia, wskazując na papirusową konstrukcję przypominającą skrzydło.

Inżynier nie odzywał się więcej. Nachte spacerował powoli po warsztacie, wyraźnie czekał na coś bądź kogoś. W końcu – znudzony? zniecierpliwiony? – ruszył ku drzwiom w głębi pomieszczenia. Za nim ruszyli kamienni ludzie. A za nimi Tener.

– Śledzisz mnie? – spytał czarownik, gdy tylko przekroczyła próg.

Tener, wielokrotnie zjawiając się u Dedii z poleceniami od królowej, miała już okazję oglądać to pomieszczenie. Każdy skrawek ściany i częściowo sufit zajmowała maszyneria. Woda wypływała ze ścian, napędzając turbiny i śruby, płynąc w górę i spadając znowu w dół. Tener nie mogła się nigdy połapać, jaki jest cel tego wszystkiego, na co ten nieustanny ruch kół wodnych i żurawi, to ciągłe napełnianie i opróżnianie zbiorników. Wiedziała tylko, że ruch ten nigdy nie ustaje.

– Obserwuję – sprostowała.

Nachte nie skomentował. Zanurzył palce w miniaturowym strumieniu i powąchał je, jakby chciał się upewnić, czy to na pewno woda.

– Wy naprawdę myślicie, że to jedyne miasto Egiptu – stwierdził. – Macie wodę za zabawkę, kiedy reszta kraju wysycha. Woda nawet jeśli jest, to sucha i gorzka, bo wasze obeliski wypijają z niej życie. Żebyście tylko mogli wieść lekki i przyjemny żywot.

W sercu Tener zatliła się złość. Nie uważała swojego życia za lekkie. Mieszkała w ciasnych pomieszczeniach dla pałacowej służby. Od rana do nocy biegała po Achetaton, wykonując polecenia królowej. I Dedia też pracował, mimo że słońce już zaszło. Ciężko się żyło w mieście, w którym światło nie gaśnie, a więc pora na odpoczynek nie nadchodzi.

– Nikomu nie jest łatwo – zaprotestowała.

Czarownik zaśmiał się. Nieprzyjemnie. Lekceważąco. Tener poczuła, jak płoną jej policzki.

– Nigdy nie widziałaś prawdziwie ciężkiej pracy, dziecko. Ani prawdziwej suszy i prawdziwego głodu.

– Więc mamy zburzyć Achetaton, żeby móc znowu cierpieć razem ze wszystkimi?

Cokolwiek odpowiedział Nachte, utonęło we wrzawie. Drzwi warsztatu Dedii otworzyły się z hukiem. Chwilę później ktoś uderzył z jękiem o ziemię, a ktoś jeszcze inny wzniósł w połowie urwany krzyk. Przez ścianę Tener nic nie mogła zobaczyć.

– Gdzie on jest?!

Nigdy nie zdążyłaby uciec przed deszczem ostrych trzcinek, które pomknęły w ich stronę, tnąc powietrze niczym grad strzał. Nie zdążyłaby, ale Nachte zdążył. Ściągnął ją na ziemię własnym ciężarem i zasłonił przed tym, co spadło na nich jako kolejne – obłok palącego piasku czepił się ich niczym chmara wygłodniałych komarów, próbował wcisnąć się do nosa, uszu, oczu… Trwało to potwornie długą chwilę, nim fala wody obmyła ich, zakotłowała się na posadzce i przybierając postać byka pomknęła w kierunku intruzów – czworga kapłanów Atona.

Byk stratował pierwszego z nich i wyrywając drzwi, wypadł na ulicę. Wokół stóp pozostałych zaczęły gromadzić się węże, ale Nachte zawołał krew martwego kapłana i z ziemi wyrastać zaczęły pędy, które oplotły je jak sznury oplatają więźniów. W odwecie na czterech nogach popędził ku niemu drewniany pulpit, odstawały od niego zaostrzone płaty drewna.

Tener była odważna, ale nie dość odważna, by wchodzić pomiędzy ścierających się czarowników. Skuliła się w rogu pomieszczenia, zasłaniając głowę dłońmi. W sam raz, by zobaczyć jak kamienna kobieta w masce sępa łamie rozpędzony pulpit i częstuje cały warsztat deszczem drzazg. W sam raz też, by poczuć, jak ściana rozpływa się za jej plecami. Dosłownie. Tener z zaskoczeniem odkryła, że płuca zalewa jej woda.

Fala cisnęła nią o przeciwległą ścianę. Tener miała szczęście, że nie trafiła z powrotem do pracowni, że skończyło się na kilku siniakach i wymiotowaniu u stóp Nachte, a nie na podróży wraz z całą zawartością warsztatu, z jego meblami, narzędziami i pracownikami. Zrobiła te kilka chwiejnych kroków, by móc zobaczyć, że ciało leżącego na ziemi Dedii przebija wyrwana z drewnianego mechanizmu belka. Pozostali mieli się nie lepiej. Dostrzegła jednego, który próbował wyrwać swoją sterczącą pod dziwnym kątem rękę spod sterty mebli. Inni byli tylko szumem bezcielesnych jęków.

Mimo wszystko nie potrafiła jednak czuć złości na Nachte. Gdyby nie on, zginęłaby, ponieważ przypadkiem stanęła na drodze między kapłanami Atona, a ich ofiarą.

– W porządku? – spytał czarownik, łapiąc ją, gdy prawie się przewróciła. W dotyku jego dłonie wydawały się suche jak bandaże mumii.

Przytaknęła.

– Pomożesz mi?

Chciała spytać, w czym takim może pomóc czarownikowi zmieniającemu kamień w wodę, ale odpowiedź nadeszła sama:

– Znasz miasto. Ja nie.

Myśli w głowie Tener krążyły jak piasek podczas burzy. Nachte był wrogiem Achetaton, ale Neferneferuaton nie chciała jego śmierci. Kapłani Atona działali najpewniej z własnej inicjatywy. Nie znosili, kiedy ktoś podważał status ich bóstwa, zwłaszcza jeśli tym kimś był tebański czarownik i sługa Amona.

– Ale dasz mi jedno z nich – wypaliła, pokazując na złote zwierzęta w jego peruce. Oczywiście natychmiast chciała przepraszać za bezczelność, ale czarownik tylko się uśmiechnął. Trochę jak ojciec uśmiechający się do niesfornego dziecka.

– Zgoda.

Nachte podszedł do ocalałej ściany, w jego rękach znalazło się nagle szklane pudełeczko wypełnione ochrą. Zanurzył w niej palce i na burej powierzchni namalował męską sylwetkę. Tylko kontur, żadnej twarzy, żadnego ubrania czy innych szczegółów. Mimo to rysunek sam zaczął nabierać barw, burą ścianę zastąpiła biel tuniki i przyjemny brąz skóry. Za barwą pojawiła się forma. Ze ściany wynurzył się człowiek i Tener nie musiała wcale pytać, kto to taki.

Drugi Nachte.

Nie spojrzawszy ani na Tener, ani nawet na swojego stwórcę, ruszył w kierunku wyjścia z warsztatu – tego pierwotnego, nie dziury, jaka powstała na skutek czaru tebańczyk. W białym świetle ulicznych lampionów można się było przekonać, że nie rzuca cienia.

– To powinno ich zdezorientować. Chodźmy.

 

***

 

Przemykając ulicami Achetaton, Tener czuła się w swoim żywiole. Miasto zaprojektowano tak, że naprawdę trudno się było zgubić, ale miała w tym pewną wprawę. I dość fantazji, bo fantazja jest w tym najważniejsza. Trzeba wspinać się na ukryte przed wzrokiem postronnych dachy i myszkować w ciemnych piwnicach. Czasem nawet wejść do czyjegoś domu, witając gospodarza szerokim uśmiechem. Czasem wspiąć się po akwedukcie. A czasem po prostu utonąć wśród tysiąca cieni, którymi mimo wysiłku kapłanów spowite było miasto.

– Naprawdę tak nienawidzisz Achetaton? – spytała czarownika, gdy przystanęli na grobli, skąd podziwiać mogli miasto z góry.

Po ciemku niewiele można było zobaczyć, ale to właśnie tajemnica buduje rzeczy najpiękniejsze. Wyspy białego światła, na których wciąż tętniło życie. Rozmyty kontur wyrastającego pod niebo pałacu. Obeliski-ka wyglądające znad ciemnej toni. I wszystko to skąpane w przyjemnym chłodzie obejmującej miasto rzeki, w szumie przepływającej wody, w odległym stukocie pracujących maszyn. We wietrze, który porywał włosy Tener, zasłaniając twarz.

– Nie miasta, ale kosztów, jakimi je wybudowano. Chciałbym, żeby cały Egipt tak wyglądał, ale nie można zamknąć się w jednym miejscu, a o reszcie zapomnieć. Ludy Nubii i Syrii podnoszą głowę, a prosty lud woli iść za nomarchami, bo to oni troszczą się o napełnienie spichlerzy, nie królowa. Grozi nam rozpad, wojna i anarchia.

Gdy mówił, Tener uświadomiła sobie, że troje kamiennych ludzi nie towarzyszy im już od pewnego czasu, ale nie mogła spytać o to Nachte, bo właśnie przyłapani zostali przez pilnującego grobli strażnika. Na szczęście czarownik rzucił szybko kolejne zaklęcie i ich ciała stały się nagle zupełnie przejrzyste. Stąpając cicho jak dwa dzikie koty przekradli się obok zdezorientowanego mężczyzny. Przy okazji Tener ukradła mu sakiewkę z wypisaną na papirusie modlitwą do Atona.

Szkoda, że czar nie trwał dłużej.

Gdy dotarli do portu, było już naprawdę późno – tak późno, że noc zatriumfowała również w Achetaton. Nawet najpracowitsi udawać się zaczęli na spoczynek, a Tener rozmyślała, jak wkraść się z powrotem do pałacu i czy w ogóle jej się to jeszcze uda. Na szczęście barka już na Nachte czekała, a w niej troje kamiennych ludzi. Nie mieli ze sobą żadnego światła, ale w szczelinach masek Tener dostrzegała czerwony żar oczu. Wzdrygnęła się.

– Chyba pora nam się pożegnać, Tener. Nie na długo, jak sądzę.

– Nie wracasz do Teb?

– Chciałbym.

Nie dopytywała. Może dobrze, bo zdenerwowałby się i nie wręczył jej złotej figurki węża. Nie sądziła, że zaprawdę to zrobi i zaczęła nawet podejrzewać, że nie każda z nich ma jakąkolwiek cudowną właściwość albo nie miał jej nawet lew, a cudowna była jedynie moc czarownika.

Jeśli tak, to przynajmniej mam złoto, stwierdziła Tener. Cokolwiek mogła począć ze złotem prosta służąca.

Chciała podziękować, ale barka zniknęła już w absolutnych ciemnościach, a Nachte razem z nią. Nie słyszała nawet chlupotu wody.

 

***

 

Tener nie mogła spać ani tej, ani następnej nocy. Przewracała się na swoim posłaniu, w dłoni ściskając figurkę węża. To był jedyny czas, gdy wydobywała ją spod tuniki, by oglądać jak złoto lśni we wpadającym przez maleńki otwór księżycowym świetle. Nie chciała, żeby ktoś ją zobaczył, mógłby oskarżyć ją o kradzież. Neferneferuaton nie rozpoznawała przecież całej swojej biżuterii i serce Tener przyspieszało za każdym razem, gdy inna służąca zbyt gwałtownie poruszyła się we śnie.

Na domiar złego nie miała pojęcia, jak użyć figurki. Badała ją dostatecznie długo, ażeby mieć pewność, że nie jest tylko zwykłą błyskotką – raz za razem czuła ciepło bądź leciutkie drżenie, ale nic poza tym. Nie wiedziała nawet, czy powinna się przemienić w prawdziwego węża, czy może służyła wcześniej Nachte w jakimś innym celu.

Trzeciej nocy, w długo wyczekiwanym śnie, przyszli do niej starzy bogowie. Tener była zbyt młoda, aby kiedykolwiek się do nich modlić, a jednak rozpoznała Wielką Salę Obydwu Prawd, jak rozpoznaje się baśń zasłyszaną w dzieciństwie. Ozyrys sądził ją, a wraz z nim tłum innych bóstw, których imion nie znała, nie potrafiła pozdrowić ich właściwymi słowami. Z wyjątkiem Anubisa, boga-psa, który ważył jej serce na szali. Ocknęła się, gdy po drugiej stronie położył pióro.

Tener obudziła się spocona, z oszalałym sercem. Naciągnęła koc pod szyję. Niepotrzebnie Nachte narobił jej strachu przed wrogami Atona… Poszukała dłonią figurki węża, by móc poczuć jego uspokajające ciepło, ale nie znalazła. Tylko sam rzemień. Podniosła się na kolana i zaczęła przetrząsać posłanie centymetr po centymetrze, ale na próżno.

Rozejrzała się, mając nadzieję, że nie natrafi wzrokiem na puste miejsce. Nie natrafiła. Wszyscy spali kamiennym snem na swoich matach i hamakach. Tych, którzy zajmowali oddzielne izby wprawdzie nie widziała, ale nie sądziła też, by ktokolwiek zniżył się do nocnych eskapad i donoszenia nadzorcy.

Pewnie jeszcze długo zastanawiałaby się, co robić, gdyby nie zauważyła lśniącej na ziemi złotej smugi. Nie słyszała nigdy, żeby złoto pozostawiało po sobie podobne ślady, ale klękając obok, nie miała wątpliwości, że to ten sam metal, z którego wykonano figurki Nachte. A wąż najwyraźniej sam wiedział, jak powinien przybrać właściwe rozmiary i wcale nie potrzebował ku temu zachęty.

Ruszyła po śladach. Zaprowadziły ją na korytarz, a z korytarza na zewnętrzny dziedziniec – tam, gdzie znajdowały się schody i wodna winda. Tak jak się obawiała, dalej wąż kierował się ku komnatom królowej. Normalnie, żeby tam dotrzeć nocą, trzeba się było przekraść pod nosem strażników i Tener już szykowała w głowie wymówkę na wypadek, gdyby ją przyłapali, kiedy zorientowała się, że strażników nie ma. Albo raczej są, ale zamiast pilnować pałacu, leżą na ziemi pustymi oczami spoglądając w gwiazdy.

Przypominali wysuszone mumie, jakby coś wyssało z nich całe życie, całą krew. Na ciele mieli złote ślady po zębach.

Tener puściła się biegiem.

Dotąd zawsze zgrzytająca maszyneria milczała i jedynym dźwiękiem w pustych korytarzach były uderzenia jej bosych stóp. Łuna nad miastem też zniknęła, a lampiony zgasły, skazując ją na szukanie drogi w ciemnościach. Trafiła z pamięci. A nawet, gdyby nie rozpoznała spowitych w mroku korytarzy, drzwi królewskiej sypialni były jedynymi otwartymi na oścież.

Rzuciła się do łoża, ale zamiast na swą panią natrafiła tylko na kłęby skołtunionej pościeli, na powywracane meble. I znów na złote ślady, które pozostawiał po sobie wąż. Ale przecież wąż nie dokonał by takich zniszczeń. Nie rozniósłby sprzętów w drzazgi. Chyba, że urósłby do wielkości wołu.

– Wasza Wysokość? – zawołała Tener, mając nadzieję, że z cienia zaraz wyłoni się królowa i surowym tonem każe jej posprzątać ten bałagan.

Ale nikt nie odpowiedział.

Obeszła jeszcze wszystkie przyległe pomieszczenia, ale natrafiła tylko na kolejnego martwego strażnika. Tego znała – miał na imię Aczu i lubił towarzyszyć jej, gdy akurat nie pełnił służby. Czasem jej pomagał, gdy musiała nieść coś ciężkiego. Teraz nie chciała przechodzić obok niego. Cofnęła się i zamknęła za sobą drzwi.

Więcej złotych śladów nie było. Postanowiła wrócić się i zejść na wewnętrzny dziedziniec, dochodząc do wniosku, że właśnie tam Neferneferuaton broniłaby się w swej zmienionej postaci – wnętrze pałacu było zwyczajnie zbyt niskie.

Kierunek okazał się słuszny. Wyobrażenia nie.

Woda sadzawki zamarzła, zamykając królową w lodowym więzieniu. Jej kończyny oplotła w żelaznym uścisku, zmuszając ją, by uklękła, by pochyliła głowę przed swym pogromcą. Szarpała się, próbując skruszyć lodowe macki, ale te pozostawały nieugięte. Pozostali dwaj faraonowie najpewniej nie mogli jej przyjść z pomocą – jedynym źródłem światła był teraz księżyc, a księżyc należał do kogoś innego. Do Chonsu, boga-ibisa, syna Amona. Stał teraz ledwie na wyciągnięcie ręki od Neferneferuaton.

Jego ojciec też tam był. I matka – bogini Mut o głowie sępa. Tener rozpoznała w nich trójkę kamiennych ludzi, którzy towarzyszyli Nachte, ale ich zwierzęce głowy nie wydawały jej się już maskami. Oto miała przed sobą triadę bóstw tebańskich, największych nieprzyjaciół Atona.

– Poddaj się – rzekł Amon. Na przybycie Tener nie zwrócił najmniejszej uwagi. – Wszystkich nas nie pokonasz.

Był z nimi również Nachte. Na uboczu, oparty o filar i w zamyśleniu spoglądający w gwiazdy. Uśmiechnął się, gdy ją zobaczył. Wcale nie szyderczo, z sympatią. Odwzajemniła uśmiech odruchowo, ale gdy rozpoznała, co owija się wokół jego szyi, poczuła jak jej ciało drętwieje, a nogi odmawiają posłuszeństwa.

Złoty wąż.

Podarował go Tener, by podstępny gad zamordował strażników i otworzył mu drogę. Posłużył się nią. A ona jak dziecko dała się wciągnąć w spisek przeciwko własnej królowej i bogini. Przeciwko Atonowi. Przeciwko Achetaton. Poczuła, jak łzy upokorzenia spływają jej po twarzy.

– Witaj, Tener. Nie obawiaj się, nie zrobię ci krzywdy.

Nie podeszła, stała bez ruchu. To on musiał przyjść do niej.

– Lepiej stąd chodźmy.

Delikatnie objął ją ramieniem. Odchodząc, mijali kolejnych bogów. Memficką Sachmet-lwa. Horusa-sokoła. Sobka-krokodyla. Oraz innych, o których nikt w Achetaton nie mówił i nikt nie musiał ich znać. Bo przecież najpotężniejszym bytem, Bogiem nad bogami, był Aton.

 

***

 

Następnego dnia nie wstało słońce. Nie zastąpił go księżyc, a obeliski-ka sterczały z wody nieme, nie oddając lampionom swego światła. Tener miała szczęście, bo zaklęty ogarek otrzymany od Nachte pozwalał jej poruszać się w miarę swobodnie. Pozostali mieszkańcy Achetaton najpewniej nie wychodzili z domów, nie wiedziała, bo nie opuszczała pałacu. Przez większość czasu trwała u boku Neferneferuaton, przynosząc jej wodę i jedzenie oraz starając się ulżyć jej wymęczonemu ciału.

– Czemu nie nadchodzi dzień? – spytała czarownika, gdy jak każdego wieczoru odpoczywał w opuszczonych do tej pory komnatach króla Echnatona.

– Amon potrzebuje czasu, aby przywrócić swoje panowanie nad niebem.

Albo boi się powrotu Atona i faraonów, pomyślała Tener. Dużo z Nachte rozmawiali. Z jakiegoś powodu ufał jej wiedzy o Achetaton i chętnie odwdzięczał jej się opowieściami na temat starych bogów, którzy teraz przejęli władzę nad miastem. Tener słuchała uważnie, jednocześnie każdego dnia obserwując jak burzą świątynie Atona, a jego kapłanów rozrywają na strzępy. Całe życie okłamywano ją – starzy bogowie wcale nie byli słabi.

– Zamierza zniszczyć Achetaton?

– Ludzie stąd muszą nauczyć się na powrót ciężkiej pracy. Lekko żyje się tylko złodziejom, takim jak kapłani Atona spijający krew egipskiej ziemi.

Tener uznała to za potwierdzenie.

 

***

 

Nachte bez słowa przyjął od Tener kielich napełniony winem. Ona przyzwyczajona była do usługiwania ludziom, a on najwyraźniej przyzwyczaił się, że mu usługiwano. Gdyby jednak Tener wciąż pozostawała w służbie u Neferneferuaton, oddaliłaby się natychmiast po wykonanym zadaniu, a tak stanęła za plecami czarownika, ponad jego ramieniem przyglądając się, co robi.

Nachte siedział przy stole w komnatach Echnatona i pokrywał kawałek papirusu wizerunkiem węża Apopa, zaprzysięgłego wroga słońca. Jego pokryta hieroglifami laska leżała tuż obok, gotowa do użytku.

Czarownik wziął długi łyk z przyniesionego kielicha i zaczął recytować:

– Zginiesz, nie będziesz istniał Apopie. Odwróć się, odejdź wrogu Re. Zgiń, odwróć się. Ja odszedłem, ja uciąłem. Zginiesz, zginiesz, zginiesz…

Tener słuchała jego miarowego głosu, jednocześnie wpatrując się w ciemną nicość, w jaką zamieniło się Achetaton.

– …Ja unicestwiam Apopa, wroga Re. Trimfuje Re nad tobą Apopie. Triumfuje Re nad tobą Apopie…

Głos Nachte stracił nagle swój rytm i swoją zwyczajną łagodną pewność. Stał się powolny i niepewny, jakby czarownik z trudem przypominał sobie, co ma mówić.

– …Triumfuje Re nad tobą Apopie. Triumfuje Nachte nad wrogiem swym…

Nie dokończył. Próbował odwrócić się w stronę Tener, powiedzieć jej coś, ale już nie dał rady.

Oparł głowę najpierw na dłoniach, potem o stół, a potem jego ciało osunęło się bezwładnie na krzesło. Tener upewniła się, że oddycha, a potem zabrała resztę wina na zewnątrz i wylała je na trawę. Nie dlatego, żeby cokolwiek ukrywać. Po prostu chciała mieć pewność, że nikt więcej nie będzie tego pił.

Potem wróciła, by zabrać kostur Nachte. Delikatnie wyjęła go ze znieruchomiałych dłoni i jeszcze raz upewniła się, że czarownik żyje. Nie, nie raz – trzykrotnie. Wtedy dopiero pobiegła na dziedziniec, do swojej królowej skulonej w agonii, oddychającej tak jakby coś zajmowało jej płuca, nic nie widzącej błądzącymi oczyma. Do wiecznie młodej piękności, Królowej Obojga Krajów pomarszczonej teraz niczym zwykła staruszka.

Na szczęście Aton powiedział Tener, co robić. Przyszedł do niej we śnie i wskazał właściwą drogę. Nauczył ją odpowiednich słów. Było trochę tak, jak zawsze marzyła – miała moc i mogła jej użyć, a jednocześnie chwila ta była wszelkich marzeń wypaczeniem. Lód stopniał w nieśmiertelnym blasku Atona, a jej królowa jęcząc upadła na posadzkę. Spomiędzy jej warg płynęła krew, plamiąc białą tunikę Tener.

Wydawało się, że słońce wstanie zaraz zza horyzontu, wydawało się służącej, że widzi pomarańczową łunę wschodu. Ale słońce nie wzeszło, nie zdążyło. Za swoimi plecami Tener usłyszała kroki dziesiątek stóp. Jedyny Bóg nie powiedział jej niestety, co ma robić, kiedy spotka pozostałych bogów. Może sam nie wiedział.

To słodkie uczucie umierać, kiedy świat się kończy. Niczego się przynajmniej nie traci – ani wiatru we włosach, ani gwaru miasta, ani śmiechu…

 

***

 

– Zetrę twoje miasto na proch, królowo Nefertiti. Rozkruszę jego pałace i świątynie tak, aby przepadło pośród piasków pustyni. Odbiorę twoim ludziom mowę, aby nie zachowało się nawet we wspomnieniach. Odejmę twoim budowniczym ręce, aby nigdy więcej nie wznieśli równie bluźnierczego cudu.

Wody twego miasta wsiąkną w ziemię, a ciebie wyzuję z historii, zatrę twoje imię, sfałszuje twoją historię, pomylę każdą prawdę o tobie. I błąkać się będziesz pod podziemnym niebem, nikt nie wskaże ci drogi, nikt nie zdradzi ci właściwych zaklęć, nie przygotuje cię na sąd. Wszyscy królowie Egiptu żyć będą po wieczność, ale ty jedna przepadniesz, a twoje ciało oddane będzie na żer pustyni.

Bądź przeklęta, Nefertiti. I razem z tobą niech przeklęty będzie ktokolwiek, kto by się nie zgadzał na ten wyrok.

 

***

 

Podziemny nieboskłon jest głuchy, nie słucha próśb o litość. Tener próbuje wiosłować, kiedy milcząca Neferneferuaton siedzi za jej plecami i obejmuje kolana rękoma. Nie ma w sobie nic z dawnej powagi, co niespodziewanie dodaje pewności samej Tener. Bo ktoś przecież musi być silny. Musi stawiać czoła ukrytym w ciemności potworom, ściskając w dłoniach wiosło niczym oręż.

Nurt niesie je donikąd. Od początku czasów ku ich końcowi. Nie są na szczęście całkowicie ślepe, bo Aton jeszcze ich nie opuścił. Jego światła jest w sam raz tyle, by unikać zagrożeń, ale nie dość, by odnaleźć drogę. On też nie ma siły, wszystko zostało mu odebrane i Tener ze strachem myśli o chwili, w której nawet ta ostatnia nadzieja zgaśnie.

Czasem widuje Amona-Re płynącego przez podziemny nieboskłon w swojej barce. Na początku próbowała podążać za nim, ale choć starała się z całych sił, ani trochę nie zbliżyła się do boga. Oddzielające ich wody są niezmierzone.

Przychodzi w końcu taki czas, że Neferneferuaton wstaje. Nie mówiąc nic, wychyla się przez burtę i znika w odmętach. Jak kamień. Ani przez moment nie wypływa na powierzchnię, nie chwyta się życia, nie burzy spokojnej tafli wody. W jednej chwili jest, a w drugiej już jej nie ma.

Potem mija kolejna nieskończoność, kiedy Tener jest zupełnie sama. W końcu odkłada wiosło i kładzie się na dnie. Zamyka oczy, a łódź kołysze ją do snu.

Koniec

Komentarze

Zajrzałam, przeczytałam.

Krin, ale debiutantką jesteś tylko na portalu? Bo to opowiadanie jest po prostu zbyt dobre, by było debiutem literackim.

Świetne, sugestywnie napisane, poparte sporą wiedzą o obyczajach i wierze Egiptu. Czytało się wspaniale.

I jest tylko jeden problem – pasuje do Retrowizji jak Zeus do starożytnego Egiptu. Bo to opowiadanie o religii, magii, a nie technologii. No szkoda…

Technicznie świetnie, ale parę razy się potknąłem:

– “On też będzie się poruszał mocą Nilu” – tu wolałbym “dzięki mocy”;

– “Nachte zawołał krew martwego kapłana” – tego nie rozumiem;

– “Nie miasta, ale kosztów, jakimi je wybudowano” – skrót myślowy jakiś? “kosztów, jakie poniesiono przy jego budowie”?;

– “we wpadającym przez maleńki otwór księżycowym świetle” – ale otwór w czym? dodaj “dachu” albo “powale”;

– “wąż nie dokonał by” – to zdaje się razem;

– “Postanowiła wrócić się i zejść” – brrr, wrócić się? “zawrócić” jest znacznie lepsze.

 

Zauroczył mnie ten tekst! Biegnę nominować i czekam na następne opowiadania!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ładnie napisane, widać, że oparte na wiedzy lub solidnym researchu, a jednak pozostawia mnie z pewnym niedosytem. Wzięłaś ciekawy, niewyjaśniony moment z historii Egiptu, dodałaś tam odrobinę techniki (trochę na siłę, żeby było do Retrowizji, mam wrażenie), więcej magii, wymyśliłaś mu fajną historyjkę fantastyczną – i to jest dobre. Fabułka sprawna, choć prościutka. Gorzej z bohaterami. Tener jest teoretycznie służącą królowej, ale nic poza autorską deklaracją na to nie wskazuje. Dziewczyna robi, co chce, biega sobie po mieście, nie ma żadnych obowiązków, które realnie byśmy widzieli. Troszkę to naciągane. O pozostałych bohaterach nie wiemy prawie nic, więc w zasadzie są rekwizytami. Najlepiej wypada nastrój i ten egipski świat.

Reasumując: dobry debiut, dobrze rokujący, ale czterech liter mi nie urwało.

Wykonanie niezłe, czyta się płynnie, choć nie ustrzegłaś się niewielkich wpadek.

 

Nachte strażnicy trzymali w bezlitosnym uścisku słońca.

Przy nieodmiennych imionach lepiej stosować prosty szyk z podmiotem na początku: Strażnicy trzymali Nachte…

 

czworga kapłanów Atona

Jeśli to sami mężczyźni, to czterech

 

wchodzić pomiędzy ścierających się czarowników

Nie lepiej po prostu: walczących? Bo to troszkę brzmi, jakby ścierali się gumką do mazania ;)

 

przypadkiem stanęła na drodze między kapłanami Atona[-,] a ich ofiarą.

dziury, jaka powstała na skutek czaru tebańczyk

?? tebańczyka?

 

Chciała podziękować, ale barka zniknęła już w absolutnych ciemnościach, a Nachte razem z nią. Nie słyszała nawet chlupotu wody.

Zmiany podmiotów w zdaniu pierwszym sprawiają, że w drugim podmiotem jest barka.

 

Anubisa, boga-psa

Szakala

 

Niepotrzebnie Nachte narobił jej strachu przed wrogami Atona…

Potknęłam się na tym zdaniu. Rozumiem, że chodzi o to, że z powodu Nachte zaczęła się bać wrogów Atona?

 

Dotąd zawsze zgrzytająca maszyneri

Raczej: Zawsze dotąd/dotychczas/wcześniej zgrzytająca…

 

dokonał by takich zniszczeń. Nie rozniósłby sprzętów w drzazgi.

→ dokonałby

I w drzazgi się raczej rozbija

 

Chyba[-,] że urósłby do wielkości wołu.

Chyba że, mimo że, pomimo że – bez przecinka

 

Jej kończyny oplotła w żelaznym uścisku, zmuszając ją, by uklękła,

Oplotła kończyny w żelaznym uścisku…

Unikasz w ten sposób niejasnego szyku i nadmiaru zaimków

 

bogini Mut o głowie sępa

Mam wrażenie, że Mut może być przedstawiana jako sęp, kobieta ze skrzydłami sępa albo w sępim nakryciu głowy (królewskim), ale nie z głową sępa, choć całkowitej pewności nie mam

 

węża Apopa

Wiem, że to bliższe zapisowi egipskiemu, nie greckie, ale jak dla mnie trochę dziwnie brzmi, zamiast Apopisa/Apofisa

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam baśń, dziejącą się kiedyś tam w Egipcie, ale znalazłam tu więcej magii i konfliktów między bogami, niż opisania spraw, których mogłabym się spodziewać w opowiadaniu na konkurs Retrowizji.

Jednakowoż czytało się całkiem nieźle, choć wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Gdyby nie cof­nę­ła ręki na czas, oplo­tło by ją swo­imi mac­ka­mi… –> Gdyby nie cof­nę­ła ręki na czas, oplo­tłoby ją swo­imi mac­ka­mi

 

Rzeka wspi­na­ła się w górę… –> Masło maślane. Czy mogła wspinać się w dół?

 

od po­ru­sza­ją­cej jej me­cha­ni­zma­mi wody, a każda jej belka wy­da­wa­ła się po­ru­szać pod… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Tener wi­dzia­ła jak pot spły­wa mu po twa­rzy, jak opie­ra się cięż­ko na po­kry­tej hie­ro­gli­fa­mi lasce. –> Czy dobrze rozumiem, że pot opiera się na lasce?

 

i za­czę­ła prze­trzą­sać po­sła­nie cen­ty­metr po cen­ty­me­trze… –> W starożytnym Egipcie znano centymetry???

Proponuję: …i za­czę­ła prze­trzą­sać po­sła­nie kawałek po kawałku

 

gdyby nie roz­po­zna­ła spo­wi­tych w mroku ko­ry­ta­rzy… –> …gdyby nie roz­po­zna­ła spo­wi­tych mrokiem ko­ry­ta­rzy

Spowija się czymś, nie w coś.

 

Cza­row­nik wziął długi łyk z przy­nie­sio­ne­go kie­li­cha… –> Cza­row­nik wypił długi łyk z przy­nie­sio­ne­go kie­li­cha

Łyka/ łyków nie można wziąć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest to niewątpliwie kawał solidnego debiutu. Pojawiło się oczywiście kilka niezręczności (większość wyłapana przez przedpiśców), ale nie zmniejszały one przyjemności z lektury. Ba, czytało się tak dobrze, że nawet nie próbowałem się zatrzymywać i wyszukiwać drobnych baboli (choć trochę biję się w pierś z powodu owego lenistwa, podbitego radością z czytania, bo przecież jedną z najistotniejszych funkcji tego portalu jest wytykanie najdrobniejszych potknięć, zwłaszcza w przypadku debiutantów)

Napisane bardzo płynnie, stylem pasującym do nastrojowej fantasy (baśni), fabuła, choć raczej prosta, bardzo sprawnie poprowadzona i ładnie domknięta. Muszę również pochwalić sporą wiedzę – zawsze bardzo dobrze czyta się teksty, których autor zna się na tym, o czym pisze. 

Cóż, należy pogratulować debiutu i oby tak dalej! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przeczytałam opowiadanie oraz przejrzałam komentarze pod nim – i spieszę powiedzieć, że a) całkiem dobrze mi się czytało, b) zgadzam się z przedmówcami.

Widać, że pisanie to dla Ciebie nie pierwszyzna, nawet jeżeli tu na tym portalu dopiero się pojawiłaś. Opowieść jest utrzymana w konwencji baśni, fabułę ma dość prostą (i miejscami niestety przewidywalną), ale widać, że wiedziałaś o czym piszesz i klimat jest wykreowany sprawnie, sugestywnie. Fajnie wypada ta cała magia… która w sumie sprawia, że właściwie nie widzę dla tego opowiadania miejsca w Retrowizjach, bo techniki i nauki wydaje się tu jak na lekarstwo. Zgadzam się z Drakainą, że rola Tener w pałacu jest taka bliżej nieokreślona – lata sobie dziewczyna gdzie chce, robi co chce, wszędzie ma wstęp itp. To oczywiście dogodne dla fabuły, ale mało wiarygodne.

Jeśli chodzi o wykonanie, to czytałam w warunkach uniemożliwiających wypisanie czegokolwiek, ale nie kojarzę, bym w trakcie lektury jakoś szczególnie chciała coś zaznaczać, więc to chyba dobrze ;)

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję wszystkim za uwagi. Niestety tekst kończyłam trochę w ostatniej chwili i zanim ktokolwiek miał szansę się wypowiedzieć, termin, w którym można było wprowadzić zmiany już upłynął. Niemniej w przyszłości – albo po porażce, albo po sukcesie – postaram się poprawki wprowadzić.

 

Dziękuję też za mimo wszystko pozytywne przyjęcie tekstu. Faktycznie, nie jest to moje pierwsze opowiadanie. (Chciałabym, żeby pierwsze tak wyglądało. :D) Piszę od kilku lat z raz lepszym, raz gorszym skutkiem, ale teksty swoje publikowałam dotąd w znacznie bardziej kameralnych zakątkach internetu.

 

Widzę, że pojawiło się wiele wątpliwości na temat tego, czy tekst pasuje do Retrowizji. Sama miałam wątpliwości. Długo się nad tym głowiłam i kilkanaście razy przeczytałam temat konkursu, żeby w końcu dojść do wniosku, że do prostej technologii Egiptu opierającej się głównie na prostych narzędziach i bardzo dużym nakładzie pracy bardziej pasować będzie pozostawanie przezeń “darem Nilu” niż próba przeróbek bardziej technicznych. Zwłaszcza, że takie np. żelazne narzędzia pojawiły się tam bardzo późno… To właśnie żelazo miało być w opowiadaniu owym niebiańskim metalem zesłanym Dedii z nieba (kojarzyło się Egipcjanom głównie z meteorytami, kopalni żelaza nie mieli).

(Choć, mówiąc szczerze, nie jestem w 100% pewna wszystkich źródeł, bo historia ma taką jakąś dziwną właściwość, że chociaż to przeszłość, lubi się zmieniać, a źródła miały swoje lata.)

Jeśli miałabym się bronić, to broniłabym się tym, że bez technologii-magii cały konflikt, wokół którego toczy się fabuła byłby konfliktem znacznie uboższym (nie groziłby zagładą Achetaton, nie zaangażowałby Tener ani prawdopodobnie nie zaangażowałby również Nachte), więc nie uważam jej jedynie za dodatek.

A jeśli argument ten nie zostanie przyjęty… Cóż, stwierdziłam podczas pisania, że zawsze lepiej jest mieć napisane opowiadanie niż nie mieć napisanego opowiadania.

 

Jeśli chodzi o wątpliwości na temat wizerunku bogini Mut wspomniane przez drakainę, to na 99% ma ona rację. Przeczytałam gdzieś chyba, że przedstawiano Mut także pod postacią sępa i poszłam za skojarzeniem z innymi bóstwami egipskimi, zamiast pomyśleć trochę i spojrzeć na jej wizerunki.

stwierdziłam podczas pisania, że zawsze lepiej jest mieć napisane opowiadanie niż nie mieć napisanego opowiadania.

I bardzo dobrze, bo to bardzo fajne opowiadanie! Pisz i wrzucaj kolejne :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zaznaczam swoją obecność po lekturze :) Płynnie się czytało, ale jak dla mnie trochę zbyt dużo przewija się różnych imion – czasem tylko na chwilę i już więcej o nich nie słyszymy. Akcja jest praktycznie ciągła i brakowało mi również takiego momentu na zaczerpnięcie oddechu. Ogólnie pomysł prosty, choć ciekawy, zgrabne zakończenie i dało się bez problemu odczuć klimat Egiptu . Duży plus za sporą wiedzę :)

Przeczytałem. 

Przeczytałem.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

I ja dołączam do grona zadowolonych czytelników. :) Bardzo lubię klimat i historię starożytnego Egiptu, a Ty wybrałaś jeszcze bardzo ciekawy i podatny na fantastyczne interpretacje moment w historii. Czytało się całkiem płynnie, widać sporą wiedzę i porządny research (np. Neferneferuaton zamiast Nefertiti robi wrażenie. Amenchotep III jako obrońca Atona też nie wydaje się taką oczywistą postacią, a przecież reformy religijne zaczęły się już za jego panowania). Bardzo fajny pomysł na uzależnienie mocy Atona od pory dnia. Zastanawia mnie tylko – skoro w nocy Aton był tak słaby, to czemu Chonsu nie zaatakował wcześniej? No i postać Tener jako wyznawczyni Atona, zafascynowanej kapłanem Amona trochę mi się kłóci. Ale to tak naprawdę szczególiki. Podobało mi się, fajny tekst :) 

Gratuluję udanego debiutu :) 

Potwierdzam, że czytało się przyjemnie (chociaż i z uwagą o natłoku imion się zgadzam). Widać przygotowanie do pisania i duże obycie w temacie.

Interesujący wątek z wodą, która robi się sucha. Szkoda, że tego nie rozwinęłaś.

Klikałabym, gdyby jeszcze było na co.

Babska logika rządzi!

Całkiem ciekawe opowiadanie osadzone w Egipcie czasów Echnatona. Nie do końca co prawda spełnia warunki tego konkretnego konkursu, jest bowiem typową fantasy, z pochodzącą od bogów magią i samymi bogami jako źródłem fantastyki (oraz uzasadnieniem pretekstowo użytych wynalazków). W konstrukcji fabuły największym problemem wydaje mi się być motyw spotkań Tener z czarownikiem, zażądania od niego podarku i przyjęcia go – to się wszystko, mam wrażenie, dzieje tylko dlatego, że autorce jest to potrzebne do twistu, trudno natomiast byłoby uzasadnić takie zachowanie psychologią i charakterem postaci Tener. Natomiast niewątpliwie tekst czyta się przyjemnie i można go uznać za zupełnie udany forumowy debiut.

Bardzo spodobała mi się wizja egipskiego miasta, pełnego kanałów, rur i tym podobnych urządzeń/konstrukcji wodnych. Nie przeszkadza, że wplotłaś w to też magię – założenia konkursu przecież jej nie wykluczały. Co więcej, sięgnęłaś po klasyczny konflikt magia-nauka. Wyszło naprawdę dobrze.

Tak więc wizualnie zaserwowałaś ucztę dla wyobraźni. Jest co sobie wyobrażać pod kątem spektakularnego rozwoju; są też ciekawe czary, takie z większym rozmachem niż w typowym fantasy (przynajmniej takie zdanie kogoś, kto zna głównie klasykę gatunku).

Fabuła i bohaterka nie robią już takiego wrażenia. Zestawiam tu jedno i drugie, żeby zwrócić uwagę na to, że postać-obserwator w jakiś sposób determinuje fabułę. Bo protagonistka jest tu przede wszystkim świadkiem wydarzeń; uczestniczy w nich tylko trochę. Wydawałoby się, że to typowy zabieg w literaturze – patrz: Watson obserwujący Holmesa. Tylko że w przygodach słynnego detektywa Watson jest przede wszystkim narratorem. Tutaj Tener nie relacjonuje nam tego, co się stało. To my ją obserwujemy, jak ona obserwuje. Przez co całość traci na dramatyzmie. Generalnie lepiej sprawdzają się czynni bohaterowie, którzy mają względnie duży wpływ na akcję.

Nie znaczy to, że brakuje napięcia i emocji. Pod tym względem jest przyzwoicie. A więcej niż przyzwoicie prezentuje się tutaj język.

Podsumowując: na plus wizja i wykonanie, do dopracowania bohaterka i fabuła. Ale i tak jeden z lepszych tekstów konkursu. U mnie czwarte miejsce. 

Od strony technicznej tekst wyśmienity. Dobrze rozplanowany, dawkujący napięcie, mający w zanadrzu kilka zwrotów akcji (do końca nie wiedziałem, po czyjej stronie stoi Tener). Mitologia egipska nie jest moją mocną stroną, ale użyłaś znanych mi elementów w sposób nader interesujący.

Świat także wyszedł fajny. Trochę szkoda, że czysto magiczny, ale mimo to podobał mi się.

Bohaterowie wyróżniający się i to najważniejsze ich cechy. Bohaterka, królowa i czarownik byli na tyle charakterystyczni, że łatwo ich zapamiętałem. Tylko imiona ni diabła nie chciały łatwo wejść w swoje miejsce, ale tak bywa z egzotycznymi miejscówkami.

Podsumowując: solidny koncert fajerwerków, bardzo dobre czytadło. Oby więcej takich :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ach, co za wyobraźnia!

Bardzo podobał mi się drugi epizod, z przekształconą technologicznie rzeką tworzącą oś miasta – ta wizja kojarzyła mi się z Tetydą z Upadku Hyperiona. Inna sprawa, że początkowo nie byłem pewien, czy „Achetaton” to nazwa miasta czy rzeki.

Opowiadanie średnio jednak pasuje do założeń konkursu – technologia (nawet jeśli jej niesprawiedliwe użycie jest jednym z pretekstów do konfliktu) stanowi tu jedynie tło dla opartego na magii pojedynku bóstw. To jeszcze byłbym w stanie przełknąć, biorąc pod uwagę ładną formę opowiadania, gdyby nie pułapki logiczne w fabule. Nie wyjaśniłaś na czym polegała pierwsza misja dziewczyny. Brakuje uzasadnienia po co Tener poszła za magiem, i czemu mu zaufała – ten element to jakaś niezrozumiała dla mnie kalka z opowieści young adult. Nie rozumiem też, dlaczego Nachte w ogóle posłużył się podstępem dla wprowadzenia węża do pałacu, skoro wąż bez problemu radził sobie ze strażnikami?

Reasumując – dysponujesz dobrym warsztatem i zdolnością światotworzenia, musisz jeszcze popracować nad psychologią postaci i logiką fabuły. Powodzenia!

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Dobrze się czytało :)

Nowa Fantastyka