- Opowiadanie: fizyk111 - Anseres Capitolini

Anseres Capitolini

Sta­ro­żyt­ny Rzym. Jak mogły by wy­glą­dać pod­bo­je, gdyby...

 

Cy­ta­ty po­cho­dzą z:

1) Ga­jusz Swe­to­niusz Tran­kwil­lus: Ży­wo­ty ce­za­rów.

2) Ga­jusz Ju­liusz Cezar: O woj­nie do­mo­wej

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Anseres Capitolini

– Ga­ju­szu! – Matka jak zwy­kle po­fa­ty­go­wa­ła się oso­bi­ście, żeby go za­wo­łać. – Za­gnaj gęsi do za­gro­dy i chodź na ko­la­cję.

Chło­piec wło­żył do ust gwiz­dek i wy­do­był z niego prze­cią­gły wy­so­ki dźwięk, a po nim dwa krót­kie i ni­skie. Sku­bią­ce le­ni­wie trawę do­rod­ne gęsi wy­cią­gnę­ły dłu­gie szyje w górę i za­czę­ły ener­gicz­nie ma­chać skrzy­dła­mi, uno­sząc tu­ma­ny kurzu i gę­ga­jąc tak gło­śno, że matka mu­sia­ła za­kryć uszy.

– Prze­stań na­tych­miast! – skar­ci­ła go. – Prze­stań i za­gnaj je do za­gro­dy.

Wy­do­był z gwizd­ka trzy krót­kie wy­so­kie dźwię­ki. Gdy ptaki się uspo­ko­iły, dał im sy­gnał do po­wro­tu i spoj­rzał z dumą na matkę.

– Wi­dzia­łaś, czego je na­uczy­łem?

– Tak, synu, wi­dzia­łam. A czy ty wi­dzisz, co zro­bi­ły z moimi wło­sa­mi? Będę je mu­sia­ła jesz­cze raz uło­żyć przed ko­la­cją.

Ga­jusz Ju­liusz miał sześć lat i uwiel­biał tre­so­wać ro­dzin­ne stado gęsi. Każda pa­try­cju­szow­ska ro­dzi­na trzy­ma­ła takie na pa­miąt­kę oca­le­nia Rzymu przed na­jaz­dem bar­ba­rzyń­ców. Ho­do­wa­ne i tre­so­wa­ne od stu­le­ci, gęsi zwane ka­pi­to­liń­ski­mi, sta­no­wi­ły wi­zy­tów­kę każ­de­go domu.

– Ale po­wiedz, do­brze się spi­sa­ły? – drą­żył naj­waż­niej­szy dla niego ostat­nio temat. – My­ślisz, że mam szan­sę wy­grać? Po­wiedz, po­wiedz, mam szan­sę?

Matka kuc­nę­ła przed nim, spo­glą­da­jąc mu w oczy.

– Tak, masz szan­sę, bar­dzo do­brze je na­uczy­łeś, ale pa­mię­taj, że inne dzie­ci też to ćwi­czą. Twoje stado musi to zro­bić per­fek­cyj­nie. A naj­le­piej, gdy­byś wy­my­ślił coś, czego nikt jesz­cze nie pró­bo­wał gęsi na­uczyć.

– Ale jak mam wy­my­ślić coś, co nie ist­nie­je? – Ga­ju­szo­wi łzy sta­nę­ły w oczach, gdyż za­da­nie wy­da­wa­ło się nie­wy­ko­nal­ne.

Matka ujęła go za ra­mio­na. Chcia­ła go przy­tu­lić, ale wie­dzia­ła, że po­my­ślał­by wtedy, że trak­tu­je go jak dziec­ko i że się nad nim li­tu­je. Na pewno nie wziął­by wtedy jej rady na po­waż­nie.

– Jak my­ślisz, czy one wszyst­kie muszą robić to samo?

 

***

 

Sie­dział na żer­dzi ogro­dze­nia i ob­ser­wo­wał stado mło­dych gęsi. Dzi­siaj po raz pierw­szy wy­pu­ścił wszyst­kie razem. Trzy stare ptaki do­stoj­nie sku­ba­ły trawę, roz­glą­da­jąc się co chwi­lę, czy to wy­pa­tru­jąc za­gro­żeń, czy to ob­ser­wu­jąc swoje młode, które nie­usta­ją­co wy­pró­bo­wy­wa­ły nowo na­by­tą umie­jęt­ność la­ta­nia. Co jakiś czas trzy, czte­ry ptaki roz­po­czy­na­ły bieg i tro­chę cha­otycz­nie ma­cha­jąc skrzy­dła­mi, zry­wa­ły się do lotu, aby wy­lą­do­wać dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści kro­ków dalej. Co bar­dziej od­waż­ne, a może po pro­stu le­piej fru­wa­ją­ce, wy­la­ty­wa­ły na chwi­lę poza ogro­dze­nie, za­ta­cza­ły krąg i lą­do­wa­ły w po­bli­żu sta­rych, otrzy­mu­jąc w na­gro­dę kilka ude­rzeń dzio­bem.

– Aulus mówi, że młode gęsi są już go­to­we do lotu. – Chło­piec spoj­rzał py­ta­ją­co na ojca. – Mogę je dzi­siaj wy­pu­ścić?

– Tak, Ga­ju­szu, wy­da­je mi się, że w ten spo­sób god­nie uczcisz swoje ósme uro­dzi­ny. Które gę­sio­ry wy­bie­rzesz na prze­wod­ni­ków?

– Zeusa, Her­me­sa i He­faj­sto­sa – wy­pa­lił bez na­my­słu. Od wielu już dni o tym my­ślał i od­po­wiedź miał go­to­wą.

– He­faj­sto­sa? Je­steś pe­wien? Wiesz że ma pro­ble­my ze star­tem.

– Ale jest naj­mą­drzej­szy. I bar­dzo do­brze fruwa.

– Do­brze, synu, idź, i niech młode do­brze się spi­szą. Przyj­dę póź­niej po­pa­trzeć.

 Ga­jusz ze­sko­czył z płotu i udał się do kry­tej za­gro­dy, w któ­rej prze­by­wa­ła resz­ta stada. Wszedł do środ­ka, po­cze­kał chwi­lę, aż wzrok przy­zwy­czai się do pół­mro­ku, i za­czął wol­nym kro­kiem prze­cha­dzać się wśród gęsi. Lubił te chwi­le, gdy zbie­ga­ły się do niego i wy­cią­ga­jąc szyje, lekko trą­ca­ły go dzio­ba­mi w plecy i boki, a on gła­skał je po gło­wach. Wy­pa­try­wał wy­bra­nych przez sie­bie gę­sio­rów. Zeus, nie­kwe­stio­no­wa­ny przy­wód­ca ca­łe­go stada, od sa­me­go po­cząt­ku był przy nim. Chło­piec szturch­nął go lekko w dziób na znak wy­bo­ru. To samo zro­bił, gdy od­na­lazł po­zo­sta­łe dwa. Gwizd­nął sy­gnał do wyj­ścia i wy­ty­po­wa­ne gę­sio­ry po­dą­ży­ły za nim na wy­bieg.

Pa­trzył, jak wy­bie­ra­ją swoje gęsi – naj­pierw Zeus, potem Her­mes, na końcu He­faj­stos – i dzie­lą stado mło­dych na trzy grupy. Gwizd­nął „przy­go­to­wa­nie do lotu”. Stare gęsi wy­cią­gnę­ły szyje do góry i za­czę­ły ma­chać skrzy­dła­mi. Młode po­wo­li, jedno po dru­gim za­czę­ły na­śla­do­wać krew­nych. To było już ćwi­czo­ne w ma­łych sta­dach, Ga­jusz nie ocze­ki­wał nie­spo­dzia­nek – i rze­czy­wi­ście, po kilku chwi­lach całe stado po­ka­zy­wa­ło swoją go­to­wość. Dał sy­gnał do skoku. Wie­lo­krot­nie ćwi­czo­ny nie przy­spo­rzył więk­szych pro­ble­mów. Gę­sio­ry, do­brze wy­szko­lo­ne, spraw­nie po­pro­wa­dzi­ły młode stado w trzech li­niach, pod­ry­wa­jąc się na po­cząt­ku roz­bie­gu i lą­du­jąc na końcu. Na­stęp­ne było koło w linii, rów­nież łatwe, a potem nieco trud­niej­sze koło w ko­lum­nach – tutaj wiele za­le­ża­ło od gę­sio­rów, za­ta­cza­jąc bo­wiem koło, ze­wnętrz­ny rząd gęsi mu­siał fru­nąć szyb­ciej niż we­wnętrz­ny. Chło­piec gwizd­nął roz­kaz i trzy rzędy pta­ków po­de­rwa­ły się jed­no­cze­śnie do lotu.

– Świet­nie ci idzie, synu. Twoje gęsi są na­praw­dę do­brze wy­szko­lo­ne. – Oj­ciec pa­trzył na ptaki za­ta­cza­ją­ce wiel­ki krąg. – Her­mes coś nie trzy­ma tempa. – Zwró­cił się do gę­sio­mi­strza, który stał nie­opo­dal: – Au­lu­sie, trze­ba bę­dzie z nim po­pra­co­wać.

– Ojcze, ja mogę to zro­bić. Ja na­uczę Her­me­sa – wtrą­cił się Ga­jusz.

– Do­brze, synu. Aulus powie ci, co masz zro­bić i w jaki spo­sób. Resz­ta za­le­ży od cie­bie. Za mie­siąc masz mi po­ka­zać ide­al­ny lot tego gę­sio­ra.

– Dzię­ku­ję, ojcze – po­wie­dział to tak spo­koj­nie, jak po­tra­fił, we­wnątrz jed­nak fikał ko­zioł­ki z ra­do­ści. Wresz­cie bę­dzie mógł uczyć stare gę­sio­ry.

– Skoń­czy­łeś już dzi­siej­sze szko­le­nie, Ga­ju­szu?

– Nie, ojcze. Chcia­łem jesz­cze prze­ćwi­czyć swo­bod­ny lot.

Oj­ciec spoj­rzał na chłop­ca, jakby chciał coś jesz­cze po­wie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał. Po chwi­li jed­nak rzekł:

– Do­brze, jeśli uwa­żasz, że są go­to­we, to niech lecą. Chodź, Au­lu­sie. – Od­wró­cił się do gę­sio­mi­strza. – Nie bę­dzie­my prze­szka­dzać gą­sko­mi­strzo­wi.

Oj­ciec z Au­lu­sem znik­nę­li wśród za­bu­do­wań, gęsi wy­lą­do­wa­ły, koń­cząc swój lot, a Ga­jusz wy­wi­nął praw­dzi­we­go tym razem fi­koł­ka, z ra­do­ści.

Gę­sio­ry za­gna­ły swoje stad­ka na ko­niec za­gro­dy i ze wzglę­du na brak in­nych po­le­ceń za­czę­ły le­ni­wie sku­bać trawę. Gdy chło­piec tak na nie pa­trzył, przy­szedł mu do głowy ge­nial­ny po­mysł. Po­wi­nien teraz wy­ko­nać se­kwen­cję przy­go­to­wa­nie–swo­bod­ny lot. Po­sta­no­wił ją udo­sko­na­lić, wpro­wa­dza­jąc do­dat­ko­wy ele­ment. Naj­pierw na­ka­że gę­siom lot w koło, a gdy będą już w po­wie­trzu, do­pie­ro wtedy da ko­men­dę „swo­bod­ny lot”.

Usta­wił się w po­ło­wie za­gro­dy, aby mieć jak naj­lep­szy widok, i gwizd­nął „przy­go­to­wa­nie”, a chwi­lę póź­niej „koło”. Pa­trzył, jak trzy rzędy gęsi pod­ry­wa­ją się do lotu, i nagle przy­szła mu do głowy głu­pia myśl, że gę­sio­ry mogą nie usły­szeć na­stęp­nej ko­men­dy. Wło­żył gwiz­dek do ust i za­czął biec w tym samym co gęsi kie­run­ku. Dwa dłu­gie wy­so­kie, jeden krót­ki niski. Za­czął gwiz­dać ko­men­dę, lecz po dwóch dłu­gich wy­so­kich dźwię­kach po­tknął się i gwiz­dek wydał dźwięk o nie­okre­ślo­nej wy­so­ko­ści i dłu­go­ści. Gę­sio­ry pro­wa­dzą­ce prze­le­cia­ły roz­pę­dem pewną od­le­głość i za­czę­ły, z braku zro­zu­mia­łe­go po­le­ce­nia, za­ta­czać cia­sne kręgi. Stare gęsi czy­ni­ły po­dob­nie, a młode, słabo wpra­wio­ne w locie, wol­niej lub szyb­ciej za­czę­ły lą­do­wać na ziemi.

Ga­jusz pod­niósł się i z prze­ra­że­niem ob­ser­wo­wał, jak młode gęsi lą­du­ją na polu ku­mi­nu Marka Emi­lu­sza i naj­spo­koj­niej w świe­cie za­czy­na­ją się na nim paść. Stare gęsi i gę­sio­ry do­łą­cza­ją do nich po chwi­li.

„No to bę­dzie awan­tu­ra”, po­my­ślał Ga­jusz, wi­dząc, w jakim tem­pie jego gęsi po­chła­nia­ją dro­go­cen­ną przy­pra­wę. Za­gwiz­dał ko­men­dę „po­wrót”, na którą ptaki nie za­re­ago­wa­ły. Pró­bo­wał jesz­cze in­nych – „przy­go­to­wa­nie”, „spo­kój” i znowu „po­wrót” – bez skut­ku. Za­czął biec do swo­ich gęsi, my­śląc, że może za­re­agu­ją na dźwięk do­bie­ga­ją­cy z mniej­szej od­le­gło­ści. Po chwi­li spo­strzegł nad­zor­cę, który śpie­szył, aby prze­gnać gęsi z pola, i dzier­żył w dło­niach po­kaź­nej wiel­ko­ści laskę. Z za­bu­do­wań wy­bie­ga­li rów­nież zwo­ła­ni przez niego nie­wol­ni­cy. Ga­jusz miał do gęsi naj­dal­szą drogę; wi­dział, jak nad­zor­ca do­bie­ga do stada i za­czy­na okła­dać ptaki laską, pró­bu­jąc wy­pę­dzić je z pola. Gęsi jed­nak, za­miast ucie­kać od ata­ku­ją­ce­go ich czło­wie­ka, po­czę­ły wście­kle go ata­ko­wać. Stare co chwi­lę wzno­si­ły się w po­wie­trze, bijąc skrzy­dła­mi i za­cie­kle dzio­biąc. Młode z wy­cią­gnię­ty­mi szy­ja­mi za­ja­dle ką­sa­ły go po no­gach.

Ga­jusz sta­nął jak wryty, ze zdzi­wie­niem ob­ser­wu­jąc nie­zwy­kłe za­cho­wa­nie jego stada. Dla­cze­go ata­ko­wa­ły ludzi? Gę­sio­ry i stare gęsi były szko­lo­ne i nigdy tak się nie za­cho­wy­wa­ły wobec czło­wie­ka. Dla­cze­go więc teraz jest ina­czej? Nad­zor­ca pod na­po­rem gęsi upadł, a te nie prze­sta­wa­ły go kąsać i dzio­bać. Nie wia­do­mo, jak by się to skoń­czy­ło, gdyby na czas nie nad­bie­gli nie­wol­ni­cy. Zdo­ła­li po­wstrzy­mać gęsi i od­cią­gnąć nad­zor­cę. Ga­jusz też się ock­nął i za­czął gwiz­dać sy­gnał do po­wro­tu, na który gęsi znów nie od­po­wie­dzia­ły, cią­gle ata­ku­jąc ludzi. Aż w pew­nym mo­men­cie, bez żad­nej przy­czy­ny, prze­sta­ły. Ga­jusz nadal gwiz­dał i wresz­cie gę­sio­ry za­re­ago­wa­ły jako pierw­sze, po nich stare gęsi, a w końcu i młode. Nie­wol­ni­cy nadal, jakby nie za­uwa­ża­jąc zmia­ny, obi­ja­li ptaki ki­ja­mi. Ga­jusz, ochło­nąw­szy tro­chę, za­gwiz­dał sy­gnał do lotu i z przy­jem­no­ścią pa­trzył, jak jego gęsi, jedna po dru­giej, wzbi­ja­ją się w po­wie­trze.

 

***

 

Od ze­szłe­go po­po­łu­dnia, kiedy to wuj Lu­cjusz po­wró­cił z da­le­kiej wy­pra­wy, nikt się Ga­ju­szem nie in­te­re­so­wał. No, pra­wie nikt. O dru­giej go­dzi­nie noc­nej matka wy­sła­ła po niego nie­wol­ni­cę, aby przy­pil­no­wa­ła go pod­czas wie­czor­nej to­a­le­ty.

Gdy wstał tego ranka, dom był pra­wie pusty, a po wczo­raj­szym za­mie­sza­niu nie było śladu. Zaj­rzał do kuch­ni, by coś zjeść. Od krzą­ta­ją­cych się tam nie­wol­nic do­wie­dział się, że szy­ku­ją ucztę na dzie­sią­tą. Potem, jak zwy­kle, po­szedł na plac ćwi­czeń, na któ­rym tym razem ni­ko­go nie za­stał. Po­ćwi­czył tro­chę drew­nia­nym gla­diu­sem, ale szyb­ko go takie sa­mot­ne ćwi­cze­nia znu­dzi­ły. Po­szedł do za­gro­dy i wy­pu­ścił stado gęsi na wy­bieg. Na prze­wod­ni­ka wy­brał Po­sej­do­na, gę­sio­ra, któ­re­go z ja­kichś po­wo­dów stado nie za bar­dzo chcia­ło słu­chać. Po­sta­no­wił ćwi­czyć pod­sta­wo­we ko­men­dy tak długo, aż stado za­cznie je wy­ko­ny­wać po­praw­nie.

– Ga­ju­szu, to nie jest dobry czas na szko­le­nie Po­sej­do­na. – Usły­szał za sobą głos So­fro­niu­sza.

So­fro­niusz był Gre­kiem, nie­wol­ni­kiem i na­uczy­cie­lem, który pró­bo­wał wpoić chłop­cu za­sa­dy po­słu­gi­wa­nia się za­rów­no ła­ci­ną, jak i greką. Do­dat­ko­wo uczył go rów­nież hi­sto­rii.

– Za go­dzi­nę po­ja­wią się go­ście i Lu­cjusz Ju­liusz bę­dzie im po­ka­zy­wał, co przy­wiózł z da­le­kiej kra­iny Sina. Myślę, że warto, abyś ty rów­nież to zo­ba­czył.

Ga­jusz za­gnał gęsi z po­wro­tem do za­gro­dy, wpadł jesz­cze do kuch­ni, z któ­rej za­brał garść oli­wek i kilka fig, po czym udał się na dzie­dzi­niec, na któ­rym było już sporo ludzi. Oj­ciec stał po­środ­ku, roz­ma­wia­jąc z Ty­tu­sem An­to­niu­szem, oto­czo­ny przez kilku in­nych pa­try­cju­szy. Wuj Lu­cjusz wy­cią­gał coś z wy­peł­nio­ne­go prze­róż­ny­mi pa­kun­ka­mi wozu. Ga­jusz bar­dzo chciał do niego pod­biec i zo­ba­czyć te wszyst­kie skar­by, ale wie­dział, że na­ra­ził­by się tym na gniew ojca. Stał więc na ubo­czu i ob­ser­wo­wał przy­go­to­wa­nia. Gdy wszy­scy go­ście za­sie­dli na swo­ich miej­scach, Lu­cjusz Ju­liusz roz­po­czął opo­wieść o swo­jej po­dró­ży na wschód aż do mia­sta Sera Me­tro­po­lis w kra­inie Sina.

Po­ka­zał wtedy wiele dziw­nych rze­czy. Nie­wol­ni­cy wnie­śli klat­kę, w któ­rej sie­dział czar­no-bia­ły niedź­wiedź ob­gry­za­ją­cy li­ście z ga­łą­zek nie­zna­ne­go drze­wa, le­ni­wy jak prze­kar­mio­ny kot. Z wozu wy­cią­gnę­li bele, na które na­wi­nię­te były nie­skoń­czo­ne ilo­ści lśnią­cej bia­łej ma­te­rii, od któ­rej ko­bie­ty nie po­tra­fi­ły ode­rwać wzro­ku. Lu­cjusz przy­niósł też na­rę­cze cien­kich drew­nia­nych ty­czek, tak dłu­gich, jak dwa albo trzy pila, które były zaś tak lek­kie, że ko­bie­ty mogły unieść ich dzie­sięć albo i wię­cej.

I po­ka­zał coś, co Ga­ju­sza za­fa­scy­no­wa­ło naj­bar­dziej. Dziw­ny ptak. Był tak duży, jak naj­więk­szy z jego gę­sio­rów. Uno­sił się w wy­so­ko i był po­słusz­ny temu dziw­ne­mu czło­wie­ko­wi o pła­skiej, lekko żół­ta­wej twa­rzy, sko­śnych oczach i czar­nych, za­ple­cio­nych w war­ko­czyk wło­sach. Chło­piec prze­ga­pił wpraw­dzie mo­ment, w któ­rym ów wy­cią­gnął ptaka spo­śród in­nych rze­czy i wy­pu­ścił go w po­wie­trze, ale od mo­men­tu, gdy wuj, opo­wia­da­jąc zwy­cza­jach da­le­kie­go ludu, wska­zał na już uno­szą­ce­go się w po­wie­trzu ptaka, nie spu­ścił go już z oczu ani na jedną chwi­lę. Przy­glą­dał się z roz­dzia­wio­ną buzią, jak sko­śno­oki czło­wiek, po­ru­sza­jąc rę­ka­mi, na­ka­zy­wał pta­ko­wi za­ta­czać koła, wzno­sić się, opa­dać i wy­ko­ny­wać różne, jesz­cze trud­niej­sze ewo­lu­cje. Na ko­niec przy­wo­łał go do sie­bie ge­sta­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi przy­cią­ga­nie liny, zła­pał go jakby za nogi i wtedy Ga­jusz zo­ba­czył, że ten ptak był cał­kiem pła­ski, że nie miał nóg i nie mógł po­ru­szałć skrzy­dła­mi.

Gdy Lu­cjusz za­koń­czył swoją opo­wieść i po­ka­zy, wszy­scy go­ście udali się do tri­kli­nium na ucztę. Ga­jusz po­zo­stał na dzie­dziń­cu sam, nie li­cząc krzą­ta­ją­cych się przy sprzą­ta­niu nie­wol­ni­ków. Przy­kuc­nął w po­bli­żu wozu i wpa­try­wał się w wy­sta­ją­ce białe skrzy­dło ptaka. Długo zbie­rał się w sobie, zanim od­wa­żył się go do­tknąć. Zła­pał za skrzy­dło i de­li­kat­nie po­cią­gnął do sie­bie. Mało bra­ko­wa­ło, a by go upu­ścił, nagle jed­nak ude­rzy­ły go spa­da­ją­ce z góry przed­mio­ty – kłę­bek nici i kunsz­tow­nie rzeź­bio­na fi­gur­ka le­gio­ni­sty. Ptak zro­bio­ny był z cien­kich pa­tycz­ków po­wią­za­nych le­d­wie wi­docz­ny­mi nićmi. Na nich przy­mo­co­wa­ny był ten dziw­ny lśnią­cy ma­te­riał.

– Chcesz spró­bo­wać, Ga­ju­szu? – Serce pod­sko­czy­ło mu do gar­dła, gdy usły­szał głos So­fro­niu­sza. – Pan Liu może ci po­ka­zać, jak wy­pu­ścić la­ta­wiec. – Do­pie­ro teraz zo­ba­czył, że wraz z na­uczy­cie­lem przy­szedł sko­śno­oki.

– Jak to moż­li­we, So­fro­niu­szu, że ten ptak fruwa? Nie jest żywy i nie po­ru­sza skrzy­dła­mi, a fruwa.

So­fro­niusz wziął od niego ptaka.

– Jest bar­dzo lekki, pra­wie tak lekki, jak piór­ko, dla­te­go może uno­sić się na wie­trze.

– A jak nie ma wia­tru?

– To można go zro­bić, bie­gnąc. Jak bie­gniesz, to wiatr roz­wie­wa ci włosy, mimo że nie wieje, gdy sto­isz. Pan Liu mówi, że w górze za­wsze jest wiatr. Po­patrz, do ptaka przy­mo­co­wa­na jest nić. Gdy ją uchwy­cisz i po­bie­gniesz, ptak unie­sie się jak piór­ko na wie­trze, a nić nie po­zwo­li mu uciec.

I wtedy wła­śnie Ga­jusz za­pra­gnął, aby ten sztucz­ny ptak wzbił się w niebo razem z któ­rymś z jego gę­sio­rów, He­faj­sto­sem na przy­kład. Tylko kto bę­dzie pil­no­wał, aby ptak la­ta­wiec robił w po­wie­trzu to, co trze­ba?

Pan Liu po­ka­zał mu, jak trzy­mać la­ta­wiec pod­czas biegu, jak ste­ro­wać nim, gdy jest wy­so­ko, i jak spro­wa­dzić go na zie­mię. Jego mowa była nie­zro­zu­mia­ła, ale ge­sta­mi po­tra­fił prze­ka­zać wszyst­ko. Gdy skoń­czy­li i Ga­jusz odło­żył ptaka na wóz, Pan Liu złą­czył dło­nie przed sobą i bar­dzo nisko się skło­nił, mó­wiąc coś w swoim ję­zy­ku.

– Pan Liu po­dzi­wia twój ta­lent, Ga­ju­szu, mówi, że mo­żesz stać się wiel­kim mi­strzem.

Ga­jusz od­po­wie­dział coś zdaw­ko­wo, jego myśli były już zu­peł­nie gdzie in­dziej. He­faj­stos po­pro­wa­dzi ptaka. Przy­wią­że gę­sio­ro­wi linki do szyi i pod skrzy­dła­mi tak, żeby nie krę­po­wa­ły ru­chów. A ptaka bę­dzie pil­no­wał mały rzym­ski le­gio­ni­sta, któ­re­go przy­wią­że tymi cien­ki­mi, moc­ny­mi nićmi.

 

***

 

– Pan Ga­jusz być wiel­ki Rzy­mia­nin. Pan Ga­jusz osią­gnąć dużo, bo być mądry – pe­ro­ro­wał swoją śmiesz­ną ła­ci­ną pan Liu, który po sze­ściu la­tach po­now­nie przy­był do Rzymu. – Liu po­ka­zać teraz wiel­ki wy­na­la­zek.

Ga­jusz z za­cie­ka­wie­niem pa­trzył, jak Chiń­czyk wy­cią­ga z głębi swo­ich ob­szer­nych szat dość po­kaź­nych roz­mia­rów wo­re­czek. Męż­czy­zna roz­su­płał je­dwab­ny sznu­rek i za­czerp­nął z worka garść prosz­ku.

– Pan Ga­jusz pa­trzy, ten proch zmie­ni kie­dyś cały ten świat – po­wie­dział i wrzu­cił całą garść do pło­ną­ce­go przed nimi ogni­ska. Pło­mień z gło­śnym sy­kiem wy­strze­lił w górę błę­kit­nym świa­tłem.

– Pięk­ne – po­wie­dział Ga­jusz – nazwę ten pro­szek „błę­kit­ny ogień”. Jaki z niego może być po­ży­tek?

Pan Liu wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jesz­cze nie wie­dzieć, ale na pewno być wiel­ki.

– Panie Liu. – Ga­jusz prze­szedł do naj­waż­niej­sze­go dla sie­bie te­ma­tu. – Ja też chciał­bym po­ka­zać mój wy­na­la­zek i po­pro­sić o pomoc w jego roz­wi­nię­ciu. Chodź­my do za­gro­dy – po­wie­dział i ru­szył przo­dem. Gdy do­szli na miej­sce, po­ka­zał Chiń­czy­ko­wi sku­bią­ce­go trawę do­rod­ne­go ptaka.

– To mój naj­lep­szy i naj­bar­dziej in­te­li­gent­ny gę­sior, zwę go Gro­mo­wład­ny. A to – rzekł i przy­wo­łał ge­stem nie­wol­ni­ka – naj­więk­szy la­ta­wiec, z któ­rym Gro­mo­wład­ny po­tra­fi po­le­cieć.

Wziął od nie­wol­ni­ka la­ta­wiec wraz ze spe­cjal­ną uprzę­żą skon­stru­owa­ną tak, aby łatwo ją było za­kła­dać i jed­no­cze­śnie nie prze­szka­dza­ła gę­sio­ro­wi w locie. Wy­tłu­ma­czył panu Liu, jak ją na­kła­da Gro­mo­wład­ne­mu, do­cze­pił do la­taw­ca fi­gur­kę rzym­skie­go le­gio­ni­sty i podał go nie­wol­ni­ko­wi. Wło­żył gwiz­dek do ust i wy­do­był z niego prze­cią­gły wy­so­ki dźwięk, a po nim dwa krót­kie ni­skie. Gę­sior wy­cią­gnął szyję i za­czął ma­chać skrzy­dła­mi, po­ka­zu­jąc swoją go­to­wość do lotu. Za­gwiz­dał ko­men­dę „lot ko­ło­wy”. Gę­sior za­czął się roz­pę­dzać, a za nim biegł nie­wol­nik trzy­ma­ją­cy całą kon­struk­cję; je­dwab­na nić na­prę­ży­ła się i po chwi­li oba ptaki wzbi­ły się w po­wie­trze. Ga­jusz od­wró­cił się w stro­nę Chiń­czy­ka i po­wie­dział:

– Panie Liu, widzi pan tę małą fi­gur­kę ucze­pio­ną pod la­taw­cem? – Liu ski­nął głową. – Chciał­bym, aby pan skon­stru­ował la­ta­wiec, który unie­sie w po­wie­trze praw­dzi­we­go le­gio­ni­stę.

 

***

 

– Ce­za­rze! – Głos war­tow­ni­ka ode­rwał go od spraw rzym­skiej po­li­ty­ki opi­sy­wa­nej w li­ście przez Ce­cy­liu­sza Me­tel­lu­sa. – Skrzy­dło Ju­no­ny wraca.

Ga­jusz odło­żył zwój i wy­szedł na obo­zo­we forum. Spoj­rzał w niebo i zo­ba­czył nad­la­tu­ją­ce od stro­ny pół­noc­nej trzy rzędy gęsi ka­pi­to­liń­skich cią­gną­cych biały je­dwab­ny la­ta­wiec, pod któ­rym wid­nia­ła syl­wet­ka czło­wie­ka. Skrzy­dło Ju­no­ny – długo za­sta­na­wiał się, jak na­zwać tę kon­struk­cję. Dla Ga­ju­sza od po­cząt­ku był to ptak, jed­nak w trak­cie po­więk­sza­nia kon­struk­cji trze­ba było zre­zy­gno­wać ze wszyst­kich wy­sta­ją­cych ele­men­tów i osta­tecz­nie jej kształt stał się bar­dziej po­dob­ny do trój­ką­ta niż do ptaka.

Ener­gicz­nym kro­kiem ru­szył w kie­run­ku bramy pół­noc­nej, za którą znaj­do­wał się wy­bieg dla gęsi. Sta­nął przy pło­cie i ob­ser­wo­wał lą­do­wa­nie. Ta skom­pli­ko­wa­na ope­ra­cja kosz­to­wa­ła życie pana Liu, który po­sta­no­wił jako pierw­szy wy­ko­nać lot. Twier­dził, że wie o la­taw­cach naj­wię­cej i jemu naj­ła­twiej bę­dzie ste­ro­wać wy­na­laz­kiem. Wszyst­ko po­szło wręcz ide­al­nie. Wszyst­ko oprócz lą­do­wa­nia. Szko­da pana Liu, miał tyle róż­nych po­my­słów. Tuż przed tym nie­for­tun­nym lotem po­ka­zy­wał Ga­ju­szo­wi, jak można za­pi­sy­wać licz­by w inny niż tra­dy­cyj­ny rzym­ski spo­sób, opo­wia­dał też o li­cze­niu dni, ob­ser­wa­cjach księ­ży­ca i po­rach roku.

Szum skrzy­deł nad­la­tu­ją­cych pta­ków prze­rwał jego roz­my­śla­nia. Ste­ru­ją­cy Skrzy­dłem Ju­no­ny gę­sio­mistrz spraw­nie wy­lą­do­wał i oddał de­li­kat­ną kon­struk­cję skrzy­dła le­gio­ni­stom. Pod­szedł do Ce­za­ra i za­sa­lu­to­wał.

– Mów co wi­dzia­łeś, Ma­ni­liu­szu.

– W lesie ukry­tych jest ja­kieś pięć, sześć ko­hort lek­kiej pie­cho­ty, trud­no do­kład­nie po­li­czyć, bo drze­wa prze­sła­nia­ją widok. Za lasem czeka w go­to­wo­ści dzie­sięć ty­się­cy żoł­nie­rzy i jakiś ty­siąc jazdy. Prze­pra­wy przez rzekę, oprócz tej przed nami, są dwie. Jedna sze­ro­ka i łatwa do sfor­so­wa­nia ja­kieś dzie­sięć mil na za­chód. Ich woj­ska będą tam szyb­ciej od na­szych, bo po dro­dze mu­si­my sfor­so­wać dwa do­pły­wy. Druga ponad dwa­dzie­ścia mil na wschód. Ta znowu jest wąska i łatwa do obro­ny.

– Dobra ro­bo­ta, Ma­ni­liu­szu. Idź teraz od­po­cząć, masz być go­to­wy do lotu jutro o świ­cie.

 

– Nie mo­żesz, Ce­za­rze, po­świę­cić wszyst­kich świę­tych gęsi dla zwy­cię­stwa w jed­nej bi­twie. – Ka­płan świę­tej Ju­no­ny nie chciał się zgo­dzić na jego po­mysł.

– A to dla­cze­go, Kwin­ty­liu­szu? – Ga­jusz twar­dym wzro­kiem spoj­rzał na ka­pła­na. – Dla­cze­go mam po­świę­cić moich le­gio­ni­stów, a nie mogę po­świę­cić pta­ków, niech­by nie wiem jak świę­te były?

– Rzy­mia­nie ci tego nie wy­ba­czą. Gęsi ka­pi­to­liń­skie od wie­ków ota­cza­ne są naj­wyż­szą czcią.

– Wy­ba­czą, ka­pła­nie. Wy­ba­czą, jeśli przy­nio­są one Rzy­mo­wi chwa­łę i zwy­cię­stwo.

– To bę­dzie rzeź, ani jedna gęś nie wyj­dzie z tego ataku żywa, wiesz o tym.

– Wiem. – Ga­jusz jesz­cze raz roz­wa­żył wszyst­kie ar­gu­men­ty. – Pod­ją­łem już de­cy­zję. – Po­czął wy­da­wać swoim lu­dziom roz­ka­zy. – Ma­ni­liu­szu, wy­ru­szasz skrzy­dłem Ju­no­ny o świ­cie. Za­bie­rzesz dzie­sięć fun­tów ku­mi­nu, który roz­rzu­cisz rów­no­mier­nie nad wro­gi­mi woj­ska­mi na całej sze­ro­ko­ści prze­pra­wy. Emi­liu­szu, gdy skrzy­dło Ju­no­ny od­le­ci, wy­pusz­czasz wszyst­kie gęsi. Mają wy­lą­do­wać po dru­giej stro­nie prze­pra­wy. An­to­niu­szu, bę­dziesz miał ćwierć go­dzi­ny, aby prze­pra­wić się z całą jazdą na drugi brzeg i utrzy­mać przy­czó­łek aż do przy­by­cia le­gio­ni­stów. Bę­dziesz się wy­co­fy­wał, w miarę jak będą przy­by­wać nasze cen­tu­rie. – Ga­jusz za­my­ślił się na chwi­lę. – Kwin­ty­liu­szu, jutro chcę wie­dzieć, czego po­trze­bu­je­my, aby na wio­snę mieć dwa razy wię­cej gęsi bo­jo­wych niż mamy teraz.

Dwa dni po bi­twie nad rzeką Duero Ga­jusz po­wró­cił do Gades. Cie­szył się oczy­wi­ście ze zwy­cię­stwa, ale szcze­gól­ną dumą na­pa­wa­ło go to, że od­niósł je na nie­sprzy­ja­ją­cym te­re­nie, pra­wie bez żad­nych strat. Ata­ku­ją­ce gęsi na­peł­ni­ły wro­gów takim prze­ra­że­niem, że ci cał­ko­wi­cie za­po­mnie­li o obro­nie prze­pra­wy. I jesz­cze Kwin­ty­liusz sro­dze się po­my­lił – pra­wie po­ło­wa gęsi prze­ży­ła atak.

Gdy zmie­rzał do swo­jej kwa­te­ry, za­trzy­mał się przy świą­ty­ni Her­ku­le­sa, przed którą stał po­mnik Alek­san­dra Wiel­kie­go. Spoj­rzał na jego dumną syl­wet­kę i po­my­ślał, że już nie­dłu­go bę­dzie mógł roz­ma­wiać z nim jak równy z rów­nym.

– Ty w moim wieku mia­łeś u stóp cały świat. Ja wpraw­dzie ni­cze­go jesz­cze nie do­ko­na­łem, ale mogę pa­trzeć na świat, nie sta­wia­jąc na nim stopy.

 

***

 

– Ga­ju­szu, jak za­mie­rzasz do­ko­nać tej in­wa­zji? – za­py­tał Marek. – Skrzy­dła Ju­no­ny nie prze­le­cą przez morze. Nie bę­dziesz miał zwia­du, a bez opa­no­wa­nia przy­czół­ka gęsi nie wy­star­tu­ją. Masz jakiś plan?

– Nie mam, ale znasz sy­tu­ację. Senat włą­czył całą Galię do Re­pu­bli­ki, zo­sta­wia­jąc mi wła­dzę tylko nad tym małym ka­wał­kiem Galii Bel­gij­skiej. Stra­ci­łem głów­ne źró­dło do­cho­dów, a ho­dow­le gęsi po­chła­nia­ją for­tu­nę. Muszę coś wy­my­ślić. Mu­si­my zna­leźć spo­sób, jak zdo­być Bry­ta­nię.

Na chwi­lę na­sta­ła cisza.

– Bry­ta­nię dla Rzymu – kon­ty­nu­ował swój wywód Ga­jusz – a jej bo­gac­twa dla Ce­za­ra. Jak tylko po­go­da po­zwo­li, ła­du­je­my woj­ska na okrę­ty. De­cy­zje będę po­dej­mo­wał, gdy do­pły­nie­my do wy­brze­ży Bry­ta­nii.

Już dwa razy Ga­jusz był bli­ski wy­da­nia roz­ka­zu do lą­do­wa­nia na wy­spie. Za każ­dym razem po­wstrzy­my­wa­ła go wizja utra­ty re­pu­ta­cji i za­ufa­nia swo­ich le­gio­ni­stów, któ­rych już od dwu­na­stu lat pro­wa­dził od zwy­cię­stwa do zwy­cię­stwa.

Bry­to­wie mieli wy­star­cza­ją­cą licz­bę wojsk, aby obro­nić wszyst­kie moż­li­we miej­sca de­san­tu. Każde z nich ob­sa­dzi­li mi­ni­mal­ną za­ło­gą. Po­zo­sta­łe woj­ska po­dą­ża­ły wzdłuż brze­gu za flotą Ce­za­ra. Do­pły­wa­li wła­śnie do ko­lej­nej za­to­ki, gdy zza ota­cza­ją­cych ją wzgórz wy­ło­ni­ły się woj­ska Bry­tów. Ga­jusz, ob­ser­wu­ją­cy do tej pory za­to­kę, zszedł z dzio­bu i ner­wo­wym kro­kiem prze­mie­rzał po­kład tam i z po­wro­tem. W pew­nym mo­men­cie sta­nął ze sple­cio­nym za ple­ca­mi dłoń­mi, spoj­rzał na swo­ich ofi­ce­rów i za­py­tał:

– Czy ktoś ma jakiś po­mysł?

– Tak, Ce­za­rze. – Głos do­biegł z tyłu. – Chyba wiem, co trze­ba zro­bić.

Ga­jusz od­wró­cił się i spoj­rzał pro­sto w oczy mło­de­go Ga­ju­sza Okta­wiu­sza, któ­re­go za­brał na wy­pra­wę na proś­bę jego matki a swo­jej sio­strze­ni­cy.

– Słu­cham, młody czło­wie­ku, mam na­dzie­ję, że masz coś sen­sow­ne­go do po­wie­dze­nia.

 

Wy­da­wa­ło się, że nie może być za­to­ki ła­twiej­szej do obro­ny. Na nie­wiel­kim piasz­czy­stym skraw­ku wy­brze­ża mogło się po­mie­ścić nie wię­cej niż ty­siąc żoł­nie­rzy. Dalej brze­gi wzno­si­ły się dość stro­mo w górę na ja­kieś sto kro­ków – ide­al­ne wa­run­ki dla łucz­ni­ków. Rzym­skie okrę­ty zbli­ża­ły się jed­nak, nie zwa­ża­jąc na ostrze­gaw­czo wy­strze­li­wa­ne przez Bry­tów strza­ły, które wbi­ja­ły się w nad­mor­ski pia­sek. Rzu­ci­ły ko­twi­ce tuż poza za­się­giem łucz­ni­ków i roz­po­czę­ły przy­go­to­wa­nia. Dwie naj­więk­sze ga­le­ry zbli­ży­ły się bur­ta­mi do sie­bie i za­czę­ły bu­do­wać łą­czą­cy je po­most. Na dwóch in­nych wy­róż­nia­ją­cych się dłu­go­ścią pen­te­rach roz­po­czę­to bu­do­wę plat­form roz­cią­ga­ją­cych się od rufy aż do dzio­bu.

Ga­jusz Ju­liusz stał na dzio­bie i ob­ser­wo­wał przy­go­to­wa­nia. Dwie ol­brzy­mie ba­li­sty umiesz­czo­ne na po­mo­ście mię­dzy ga­le­ra­mi były już go­to­we. Cze­kał jesz­cze na znak go­to­wo­ści od gę­sio­mi­strzów przy­go­to­wu­ją­cych ptaki do star­tu z plat­form. Po­wo­dze­nie całej ope­ra­cji za­le­ża­ło od ko­or­dy­na­cji wszyst­kich ele­men­tów. Gdy wszyst­kie po­ci­ski z ku­mi­nem zo­sta­ną wy­strze­lo­ne i pierw­sze klu­cze gęsi roz­pocz­ną atak, le­gio­ni­ści będą mieli ćwierć go­dzi­ny, aby do­pły­nąć do brze­gu i wspiąć się na ota­cza­ją­ce go wzgó­rza.

 

***

 

Ga­jusz wydał ostat­nie roz­ka­zy i od­pra­wił ofi­ce­rów. Dzień był go­rą­cy jak na tę porę roku i męż­czy­zna czuł spły­wa­ją­cy po ple­cach pot. Po­przed­nie­go dnia, trzy dni po prze­kro­cze­niu rzeki Vio­dros, zwia­dow­cy do­nie­śli mu, że głów­na armia We­ne­tów znaj­du­je się o dzień mar­szu i szy­ku­je się do przy­ję­cia wal­nej bitwy. Do za­cho­du słoń­ca po­zo­sta­ły trzy go­dzi­ny, le­gio­ny roz­po­czę­ły wła­śnie bu­do­wę obozu, a jego cze­ka­ły jesz­cze obo­wiąz­ki szta­bo­we. W na­mio­cie po­zbył się zbroi i od­pra­wił wszyst­kie sługi z wy­jąt­kiem Pau­lu­sa, któ­re­mu kazał spro­wa­dzić An­to­niu­sza, tak szyb­ko, jak to moż­li­we. Usiadł i za­czął przy­po­mi­nać sobie wy­da­rze­nia mi­ja­ją­ce­go dnia.

– Tran­kwi­lu! – za­wo­łał. – Przy­nieś zwoje i pisz.

Lu­cjusz Tran­kwi­lusz był kon­su­lar­nym skry­bą, który każ­de­go wie­czo­ru był gotów za­pi­sy­wać wy­da­rze­nia dyk­to­wa­ne przez Ga­ju­sza. Zja­wił się po chwi­li; niski i przy­gar­bio­ny spra­wiał wra­że­nie nie­przy­sto­so­wa­ne­go do obo­zo­we­go życia miej­skie­go sła­be­usza. Jed­nak­że pod zbyt ob­szer­ną tu­ni­ką kryło się za­dzi­wia­ją­co silne i od­por­ne na trudy ciało. Roz­ło­żył nowy zwój, po­sta­wił zbior­nik z sepią i obok uło­żył kilka trzci­nek i piór.

– Otrzy­maw­szy po­przed­nie­go dnia in­for­ma­cję od zwia­dow­ców, iż o dzień mar­szu od obozu na­tknę­li się na głów­ne siły wroga – po­dyk­to­wał Ga­jusz Ju­liusz – Cezar wydał roz­kaz wy­mar­szu wraz ze wscho­dem słoń­ca. Dwa Skrzy­dła Ju­no­ny oraz dwa od­dzia­ły konne wy­słał na zwia­dy w celu zna­le­zie­nia naj­lep­sze­go miej­sca na obóz. Le­gio­ny dzie­sią­ty i dwu­na­sty wy­ru­szy­ły jako pierw­sze i nie na­po­ty­ka­jąc zna­czą­ce­go oporu Ger­ma­nów, do­tar­ły do wy­zna­czo­ne­go miej­sca. Le­gio­ny pięt­na­sty, dwu­dzie­sty pierw­szy i dwu­dzie­sty trze­ci, wraz z jed­nost­ka­mi po­moc­ni­czy­mi, przy­by­ły po dwóch go­dzi­nach i roz­po­czę­ły przy­go­to­wy­wa­nie za­gród. Po­zo­sta­łe le­gio­ny do­tar­ły go­dzi­nę przed za­cho­dem słoń­ca.

 

– Chcia­łeś mnie wi­dzieć, Ga­ju­szu. – Do kwa­te­ry wszedł Marek An­to­niusz. Tylko on mógł od­zy­wać się do Ce­za­ra po imie­niu i wcho­dzić w trak­cie dyk­to­wa­nia pa­mięt­ni­ków.

– Koń­czy­my na dzi­siaj, Tran­kwi­lu – Ga­jusz od­pra­wił skry­bę i zwró­cił się do przy­ja­cie­la: – Jutro bitwa, Marku. O za­cho­dzie słoń­ca od­pra­wa. Mamy jesz­cze czas, aby prze­dys­ku­to­wać plany.

– Zwia­dow­cy sza­cu­ją licz­bę wojsk na pięć­set ty­się­cy… – roz­po­czął An­to­niusz.

– …w tym tylko sto pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­brze uzbro­jo­nych wojów – prze­rwał mu Ga­jusz.

– W tym rów­nież czter­dzie­ści ty­się­cy jazdy.

– Ale resz­ta to zbie­ra­ni­na bez do­bre­go uzbro­je­nia.

– Ta zbie­ra­ni­na jest bar­dziej wa­lecz­na od Swe­bów.

– Wiemy to wszyst­ko od dawna, Marku. Wiemy, że nie­przy­ja­ciel ma trzy­krot­ną prze­wa­gę, wiemy też, że wy­zna­czy naj­lep­sze dla sie­bie pole bitwy. – Ga­jusz za­milkł na chwi­lę. – Ale my mamy Legio An­se­res.

 

Cezar stał na nie­wiel­kim pa­gór­ku, z któ­re­go roz­ta­czał się dobry widok na pole bitwy, która miała odbyć się tego dnia. Głów­ne siły wroga roz­miesz­czo­ne były na dwóch ufor­ty­fi­ko­wa­nych wzgó­rzach. Ich pierw­szą linią obro­ny była nie­wiel­ka, ale dość głę­bo­ka rzeka, do któ­rej wła­śnie zbli­ża­ły się głów­ne siły Rzy­mian. Gdy le­gio­ny roz­po­czę­ły prze­pra­wę, wy­da­wa­ły się ła­twym łupem dla łucz­ni­ków wroga. Nie były. Na prze­ciw­nym brze­gu, z obu skrzy­deł po­ja­wi­ły się wy­sła­ne wcze­śniej od­dzia­ły jazdy i zmu­si­ły wroga do od­wro­tu. Nie od­niósł on wpraw­dzie wiel­kich strat, ale umoż­li­wi­ło to rzym­skim le­gio­nom usta­wie­nie się w szyku bo­jo­wym i spo­koj­ną prze­pra­wę jazdy i ar­ty­le­rii. W tym samym cza­sie na nie­bie po­ja­wi­ły się Skrzy­dła Ju­no­ny, wszyst­kie, któ­ry­mi Ga­jusz dys­po­no­wał. Ma­je­sta­tycz­ne białe la­taw­ce, każdy z nich cią­gnię­ty przez trzy rzędy ol­brzy­mich pta­ków. Każdy z nich uno­szą­cy czło­wie­ka. Dzie­więć nad­la­ty­wa­ło z po­łu­dnia. Wi­dział i sły­szał prze­cho­dzą­ce przez sze­re­gi wroga po­ru­sze­nie. Pięć in­nych nad­la­ty­wa­ło od stro­ny rzym­skie­go obozu. Po krót­kim cza­sie za nimi za­czę­ły po­ja­wiać się pierw­sze klu­cze gęsi bo­jo­wych. Ga­jusz na ich wy­ho­do­wa­nie i wy­szko­le­nie wydał całą for­tu­nę, którą zdo­był na pod­bo­ju Bry­ta­nii i Ger­ma­nii.

Jeden po dru­gim, klucz za klu­czem, pro­wa­dzo­ne przez pięć Skrzy­deł Ju­no­ny gęsi zbli­ża­ły się do wzgórz zaj­mo­wa­nych przez wroga. Dwie­ście ty­się­cy le­cą­cych nisko pta­ków spra­wi­ło, że na zie­mię padł głę­bo­ki cień, a na wro­gów głę­bo­ki lęk. Gdy pierw­sze gęsi za­czę­ły ata­ko­wać, dzio­biąc wro­gów po twa­rzach i po no­gach, tylko nie­licz­ni z nich pod­ję­li sku­tecz­ną walkę.

Ga­jusz Ju­liusz Cezar stał na wzgó­rzu, ob­ser­wu­jąc swo­ich naj­lep­szych żoł­nie­rzy – Legio An­se­res.

 

***

 

Kon­sul Marek Klau­diusz Mar­cel­lus za­żą­dał od se­na­tu, aby wy­zna­czo­no na­stęp­cę Ce­za­ro­wi przed wy­ga­śnię­ciem jego urzę­do­wa­nia, gdyż po za­koń­czo­nej woj­nie pokój za­pa­no­wał i zwy­cię­skie woj­sko na­le­ży roz­pu­ścić do domu, oraz żeby na zgro­ma­dze­niach wy­bor­czych nie brano pod uwagę kan­dy­da­tu­ry nie­obec­ne­go Ce­za­ra, po­nie­waż nawet uchwa­łę lu­do­wą w tej spra­wie Pom­pe­jusz póź­niej unie­waż­nił.

Na wia­do­mość o tym Cezar prze­ma­wia do żoł­nie­rzy. Wspo­mi­na znie­wa­gi, ja­kich do­znał od swych nie­przy­ja­ciół w róż­nych cza­sach, od ludzi, któ­rzy uwie­dli i na złe spro­wa­dzi­li Pom­pe­ju­sza […]. Na ko­niec wzywa Cezar żoł­nie­rzy, by od nie­przy­ja­ciół bro­ni­li czci i god­no­ści wodza, pod któ­rym przez dzie­więć lat szczę­śli­wie słu­ży­li pań­stwu, wy­gra­li wiele bitew, uśmie­rzy­li Galię i Ger­ma­nię.

 

Cezar wraz z An­to­niu­szem stali przed roz­bi­tym po­śpiesz­nie na­mio­tem, ob­ser­wu­jąc szy­ku­ją­cych obóz le­gio­ni­stów. Przed nimi w od­le­gło­ści ja­kichś stu me­trów pły­nę­ła nie­wiel­ka rzecz­ka sta­no­wią­ca gra­ni­cę Ita­lii – Ru­bi­kon. Dalej Ga­jusz po­wi­nien iść już bez swo­ich wojsk. Aby ubie­gać się o kon­su­lat, mu­siał­by tutaj po­zo­sta­wić swój Legio An­se­res. „Nie­do­cze­ka­nie wasze”, po­my­ślał.

– Chodź, Marku – po­wie­dział do przy­ja­cie­la i wszedł do na­mio­tu. Na stole stały dwie po­kaź­nych roz­mia­rów skrzy­nie. – Mam na­dzie­ję, że w ten spo­sób uda się za­ła­twić wszyst­kie nasze spra­wy w Rzy­mie.

Pod­szedł do stołu.

– To jest pre­zent dla Cy­ce­ro­na – rzekł, otwie­ra­jąc pierw­szą skrzy­nię. Była wy­peł­nio­na du­ży­mi grud­ka­mi dro­go­cen­ne­go bursz­ty­nu. – W za­mian ocze­ku­ję, że senat ogło­si mnie dyk­ta­to­rem i ze­zwo­li na wej­ście do Rzymu wraz z woj­skiem. To na­to­miast – kon­ty­nu­ował, otwie­ra­jąc drugą, pełną złota skrzy­nię – roz­dy­spo­nu­jesz wedle swo­je­go uzna­nia w celu wy­eli­mi­no­wa­nia Pom­pe­ju­sza z po­li­ty­ki. Gdy po­wró­cę do Rzymu, Gne­ju­sza ma tam nie być. Mogą go wy­słać na wojnę, ogło­sić kró­lem Pontu, wtrą­cić do lochu albo… – za­wie­sił głos i spoj­rzał na Marka, wy­ko­nu­jąc cha­rak­te­ry­stycz­ny ruch ręką wzdłuż gar­dła.

An­to­niusz za­mknął obie skrzy­nie i uści­skał Ga­ju­sza.

– Wy­ru­szę jutro przed świ­tem. Ocze­kuj wie­ści, po­win­ny na­dejść szyb­ko.

 

***

 

Marek An­to­niusz do Ga­ju­sza Ju­liu­sza Ce­za­ra

 

Na dzi­siej­szym po­sie­dze­niu se­na­tu Lu­cjusz Kotta po­sta­wił wnio­sek o nada­nie Ga­ju­szo­wi Ju­liu­szo­wi Ce­za­ro­wi ty­tu­łu króla, gdyż w księ­gach wy­rocz­nych jest po­wie­dzia­ne, że Par­to­wie mogą być po­ko­na­ni tylko przez króla. Wnio­sek ten go­rą­co po­parł Marek Tul­liusz Cy­ce­ron, a za nim co zna­mie­nit­si człon­ko­wie se­na­tu. Sprze­ci­wi­li się temu się gwał­tow­nie Marek Por­cjusz Katon i Gne­jusz Pom­pe­jusz, któ­rych za za­kłó­ca­nie obrad se­na­tu wtrą­co­no do lochu.

Przy­go­tuj sobie czer­wo­ny płaszcz, wy­so­kie buty. I czym prę­dzej przy­by­waj do Rzymu.

 

Marek An­to­niusz po­zdra­wia cię, królu Ce­za­rze Wiel­ki.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dobra, rzuciłem okiem ponownie.

Jest zdecydowanie lepiej. Acz nie idealnie :P.

W pierwszym fragmencie aż osiem razy powtarzasz “gęsi”. Zmień ze dwa razy na “ptaki”.

I dalej:

– “ma problemy ze startem..” – tu ci brakuje jednej kropki; Reg wychwyci ;);

– “od chwili, gdy wuj, opowiadając zwyczajach dalekiego ludu, wskazał na już unoszącego się w powietrzu ptaka, nie spuścił go już z oczu ani na jedną chwilę” – zmień jedną chwilę na moment np.;

– najpierw masz “nie poruszał skrzydłami, bo też ich nie miał”, a potem “wpatrywał się w wystające białe skrzydło ptaka” – to miał ten latawiec skrzydła czy nie?;

Wyśrodkowałbyś też gwiazdki, bo tak ładniej wyglądają.

Aha, zapomniałem wcześniej spytać – czemu ten kumin tak te gęsi rozwściecza?

 

Powodzenia w konkursie!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Aha, zapomniałem wcześniej spytać – czemu ten kumin tak te gęsi rozwściecza?

Z tego samego powodu, z którego koty dostają świra od waleriany :)

Edit – no i jest rzymski :)

 

Resztę już poprawiam, dzięki że wpadłeś ponownie.

Kumin = kmin rzymski

 

Z re-lekturą nowej wersji wrócę niedługo :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podobało mi się. Interesujący pomysł, lekko się czyta, wynalazek jest. Czegóż chcieć więcej? :D

 

A czy te gęsi zdołają później Cezara uratować?

Nie wiem, co jest – lubię tematy antyczne, ale to opowiadanie zupełnie nie przypadło mi do gustu. Czytałam je z trudem i nie mogłam doczekać się końca. W najmniejszym stopniu nie zajęła mnie pierwsza część o Gajuszu trenującym gęsi, mocno znużyła druga, o wykorzystywaniu gęsi w boju. :(

 

Matka kuc­nę­ła przed nim, spo­glą­da­jąc mu w oczy. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Po­wi­nien teraz wy­ko­nać se­kwen­cję przy­go­to­wa­nie–swo­bod­ny lot. –> Brak spacji przed półpauza i po niej.

 

Stare gęsi i gę­sio­ry do­łą­cza­ją do nich po chwi­li. –> Stare gęsi i gę­sio­ry do­łą­czyły do nich po chwi­li.

 

Ga­jusz sta­nął jak wryty, ze zdzi­wie­niem ob­ser­wu­jąc nie­zwy­kłe za­cho­wa­nie jego stada. –> Ga­jusz sta­nął jak wryty, ze zdzi­wie­niem ob­ser­wu­jąc nie­zwy­kłe za­cho­wa­nie swojego stada.

 

Od krzą­ta­ją­cych się tam nie­wol­nic do­wie­dział się, że… –> Może: Od pracujących tam nie­wol­nic do­wie­dział się, że

 

Gdy wszy­scy go­ście za­sie­dli na swo­ich miej­scach, Lu­cjusz Ju­liusz roz­po­czął opo­wieść o swo­jej po­dró­ży… –> Pierwszy zaimek zbędny.

 

Uno­sił się wy­so­ko i był po­słusz­ny… –> Literówka.

 

gdy wuj, opo­wia­da­jąc zwy­cza­jach da­le­kie­go ludu… –> Pewnie miało być: …gdy wuj, opo­wia­da­jąc o zwy­cza­jach da­le­kie­go ludu

 

nie mógł po­ru­szałć skrzy­dła­mi. –> Literówka.

 

jak na­zwać tę kon­struk­cję. Dla Ga­ju­sza od po­cząt­ku był to ptak, jed­nak w trak­cie po­więk­sza­nia kon­struk­cji trze­ba… –> Powtórzenie.

 

Szum skrzy­deł nad­la­tu­ją­cych pta­ków prze­rwał jego roz­my­śla­nia. Ste­ru­ją­cy Skrzy­dłem Ju­no­ny gę­sio­mistrz spraw­nie wy­lą­do­wał i oddał de­li­kat­ną kon­struk­cję skrzy­dła le­gio­ni­stom. –> Powtórzenia.

 

po dru­giej stro­nie prze­pra­wy. An­to­niu­szu, bę­dziesz miał ćwierć go­dzi­ny, aby prze­pra­wić się… –> Powtórzenie.

 

Dalej brze­gi wzno­si­ły się dość stro­mo w górę na ja­kieś sto kro­ków… –> Masło maślane. Czy coś może wznosić się w dół?

 

Dwie naj­więk­sze ga­le­ry zbli­ży­ły się bur­ta­mi do sie­bie i za­czę­ły bu­do­wać łą­czą­cy je po­most. –> Czy dobrze rozumiem, że budowano pomost, który już łączył galery?

Proponuję: Dwie naj­więk­sze ga­le­ry zbli­ży­ły się bur­ta­mi do sie­bie i za­czę­ły bu­do­wać mający je połączyć po­most.

 

roz­po­czę­to bu­do­wę plat­form roz­cią­ga­ją­cych się od rufy aż do dzio­bu. –> …roz­po­czę­to bu­do­wę plat­form, które sięgną od rufy aż do dzio­bu.

 

Po­przed­nie­go dnia, trzy dni po prze­kro­cze­niu rzeki Vio­dros, zwia­dow­cy do­nie­śli mu, że głów­na armia We­ne­tów znaj­du­je się o dzień mar­szu… –> Brzmi to nie najlepiej.

 

Le­gio­ny dzie­sią­ty i dwu­na­sty wy­ru­szy­ły jako pierw­sze i nie na­po­ty­ka­jąc zna­czą­ce­go oporu Ger­ma­nów, do­tar­ły do wy­zna­czo­ne­go miej­sca. Le­gio­ny pięt­na­sty, dwu­dzie­sty pierw­szy i dwu­dzie­sty trze­ci, wraz z jed­nost­ka­mi po­moc­ni­czy­mi, przy­by­ły po dwóch go­dzi­nach i roz­po­czę­ły przy­go­to­wy­wa­nie za­gród. Po­zo­sta­łe le­gio­ny do­tar­ły go­dzi­nę przed za­cho­dem słoń­ca. –> Powtórzenia.

 

aby wy­zna­czo­no na­stęp­cę Ce­za­ro­wi przed wy­ga­śnię­ciem jego urzę­do­wa­nia–>…aby wy­zna­czo­no na­stęp­cę Ce­za­ra, przed wy­ga­śnię­ciem jego urzę­do­wa­nia

 

Przed nimi w od­le­gło­ści ja­kichś stu me­trów pły­nę­ła nie­wiel­ka rzecz­ka… –> Znano wtedy system metryczny???

 

wy­ko­nu­jąc cha­rak­te­ry­stycz­ny ruch ręką wzdłuż gar­dła. –> Raczej: …wy­ko­nu­jąc cha­rak­te­ry­stycz­ny ruch ręką w poprzek gar­dła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Irka_Luz

Dzięki za miłe słowa.

A Cezar? No cóż, dzięki gęsiom został królem. :)

 

@Regulatorzy

Przykro mi, że się nie spodobało.

Tym większe dzięki za przeczytanie i uwagi. Wszystko poprawię jak będzie mi wolno.

A Cezar? No cóż, dzięki gęsiom został królem. :)

To jest świetny wątek, zahaczony historycznie (w realu Cezar demonstracyjnie i wręcz teatralnie miał odmówić przyjęcia królewskiego diademu ofiarowanego mu przez Antoniusza – wszystko oczywiście przez rzymską niechęć do instytucji monarchii). I gdybyś kiedyś jeszcze przerabiał to opowiadanie, to sugerowałabym zrobienie rozróżnienia między rzymskim rex a greckim basileus – też nieco źle widziane w Rzymie (choć przy takim rozwoju wypadków Egipt ptolemejski ma szanse nie upaść – tylko czy Cezar tam pojedzie, skoro nie będzie ścigał Pompejusza?), ale jednak znacznie mniej obciążone niż rex.

 

 W ogóle w tym opowiadaniu najbardziej mi się podoba zakończenie z pognębieniem wyjątkowo przeze mnie nielubianych kolesiów (z Katonem Młodszym na czele) oraz pokazaniem hipokryzji Cycerona.

 

Ale ogólnie pomysł uważam za ciekawy, choć nieco skrzywdzony pisaniem na ostatnią chwilę.

 

Klikam, bo widzę, że poprawki są, a ogólnie może nie jest to arcydzieło, ale tekst biblioteczny, choćby za pomysł, owszem.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pomysł mogłem skrzywdzić albo pisząc na ostatnią chwilę, albo nie pisząc wcale – wybrałem mniejsze zło.

Dzięki Drakaino, zarówno za dobre słowo jak i za klika.

I słusznie zrobiłeś :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zajrzałam, przeczytałam.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ptasi motyw z początku wydał mi się komiczny, później absurdalny, a koniec końców poetycki. W miarę czytania zyskał w moich oczach wraz z całym opowiadaniem. To dobry tekst. Może nie wyjątkowy, ale dobry, czyta się bez większych potknięć, momentami skręcasz zbyt mocno w kierunek młodzieżowej, bezpłciowej przygodówki, jednak kiedy zrozumiałam, o kim czytam (trochę mi to zajęło, przyznaję się), to mogłam bezwstydnie wbić się klinem w historię i czerpać z niej przyjemność. Nieźle zrealizowałeś tematykę konkursu ;)

Dzięki Żongler.

Muszę przyznać, że poza tym iż miły, to również bardzo ciekawy komentarz. Fajnie opisałaś zmiany w odbiorze tekstu. Daj znać proszę który to fragment “skręca w kierunek młodzieżowej, bezpłciowej przygodówki” – będę musiał poćwiczyć to może jeszcze coś na tym moim pisaniu zarobię. :)

Taką stereotypowość widzę we fragmencie z rozmową Gajusza z papą: młody protagonista zabiega o dumę wymagającego ojca; plus rutyna dnia Gajusza (ćwiczenia, jedzenie oliwek, szwendanie się, podglądanie, itd), bardzo to nijakie – wydaje mi się, że wszyscy młodzi potencjalni bohaterowie robią te rzeczy.

Przeczytałem.

Przeczytałem.

Veni, vidi, legi. Jakże to sformułowanie pasuje do tego tekstu ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo mi się spodobał pomysł ze szkoleniem gęsi. I połączenie tego z gęsiami kapitolińskimi. Później już było mniej ciekawie, ale całość na plus.

Zabrakło mi wiadomości, jak skończyły się dziecięce pokazy Gajusza. Najpierw budujesz ten wątek, a potem porzucasz nieskończony.

Babska logika rządzi!

Dzięki Finkla za klika, cieszę się ,że pomysł się podobał.

Masz rację, że pierwszy wątek jest “porzucony”. Pomysł miałem taki, że widziałem już te 10 tys. znaków w pierwszej scenie (każda następna, zresztą straszyła podobnie). Starałem się więc pisać raczej streszczenia, niż przenosić na papier wszystko co miałem w głowie. Trochę zapasu zostało, ale niestety czasu brakło żeby coś dopisać.

Chociaż, gdybym miał dopisać te 10 tys. to wydaje mi się, że rozwijał bym raczej wątek pana Liu, niż dopowiadał pierwszą scenę.

Pomysł równie ciekawy, co ryzykowny. Co prawda to kolejny tekst, który koncentruje się wokół wojskowego znaczenia technologii, ale tym razem nie mamy do czynienia z maszynami – dla mnie to spory plus. Nie wiem tylko, czy wojskowe gęsi nie powinny zostać potraktowane z większym przymrużeniem oka, bardziej humorystycznie. Moim zdaniem koncepcja jest na tyle absurdalna, że jestem w stanie uwierzyć, że ktoś kiedyś, wieki temu, wpadł na taki pomysł.

Niestety, największym problemem tekstu jest jego fabuła. Miałem wrażenie, że czytam fabularyzowany dokument biograficzny. Poprzez „fabularyzowany” rozumiem ubieranie kolejnych zdarzeń w sceny. Zabrakło mi jednak tutaj konstrukcji charakterystycznej dla prozy. Brakuje jednej wyrazistej osi fabularnej. Opowiedziałeś historię Cezara od samego początku do końca, choć mogłeś wybrać wycinek i wokół niego osnuć opowiadanie. Innymi słowy: dostałem opisy zdarzeń, a chciałbym przeczytać opowieść z napięciem, emocjami. Nie wszystko trzeba szczegółowo relacjonować – tak jak Ty relacjonowałeś tresurę gęsi. Część rzeczy można zawrzeć w retrospekcjach, w dialogach bohaterów. Lepiej zostawić co nieco wyobraźni czytelników, a skupić się na tym, co najciekawsze i co niezbędne do pełnego przeżywania losów postaci.

Całość jednak na plus. 

Doklikuję bibliotekę. 

Ciekawy tekst, pokazujący losy Cezara od młodości do zostania królem Rzymu. Sceny rozplanowałeś dobrze, głównie pod kątem ukazania wynalazków, które umożliwiły mu zajęcie tronu. Zabrakło co prawda mocniejszego skupienia na samej postaci – jeśli ktoś nie zna historii, to może odczytać łatwo tylko to, co powierzchowne, a wiele smaczków mu umknie. No cóż, cena limitu i dzielenia opowiadania między dwa tematy.

Samo światotworzenie – tutaj coś mi zgrzyta. W sensie gęsi jako siła bojowa. Brakuje mi mocniejszego opisu ich działania, bo mam gdzieś w głowie, że mogą wprowadzić zawieruchę w pierwszych chwilach bitwy, ale potem już nie za bardzo. Aczkolwiek też wszystko zależy od wyszkolenia drugiej strony, synchronizacji no i samego dowódcy Rzymian – a "Julek" to jednak z lepszych lig mimo wszystko. Raczej więc ten zgrzyt widzę w za małej ilości opisów samego użycia gęsi, bym je od tak od razu kupił. Z kolei ze skrzydłem Junony nie mam problemów.

Technicznie już widzę sporo wygładzono, ale wykonanie jakoś nie porywa. Jest poprawnie.

Podsumowując: fajna "biografia" w formie krótkiego tekstu z interesującymi motywami militarnymi. Dobry koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@funthesystem

Dzięki za bibliotekę i garść niewątpliwie cennych uwag.

Niestety, największym problemem tekstu jest jego fabuła.

Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Będę się starał na ten element zwracać szczególną uwagę, bo to taki mój słaby punkt jest.

 

@NoWhereMan

Dzięki za uwagi, za te krytyczne przede wszystkim, ale pochwały też miłe. Cieszę się że wychwyciłeś “smaczki”, lubię takowe wplatać.

tutaj coś mi zgrzyta. W sensie gęsi jako siła bojowa. Brakuje mi mocniejszego opisu ich działania,

Pewnie że miałem pomysły, brakło czasu, aby je wkomponować. No i bałem się że takie opisy będą zbytnio przynudzać. Poniżej dwa przykłady “opisów działania” z moich notatek:

 

Gęsi atakują szóstkami. Trzy z ziemi i trzy z powietrza. Te na ziemi atakują łydki i kolana, te z powietrza twarz i szyję. Okutymi dziobami potrafią złamać piszczel, przebić mięsień, zerwać ścięgna w kolanie wyłupić oczy czy też zmiażdżyć grdykę.

 

Najważniejszą cechą gęsi bojowych jest ich szybkie rozmnażanie i krótki czas osiąganie zdolności bojowej. Gęsie wojsko wymaga rozbudowanej logistyki – przewóz, karma, tresura, aby związać walką 10 tys żołnierzy wroga, potrzeba było 60 tys gęsi.

 

I tak ogólnie, dzięki wszystkim, którym chciało się ten tekst przeczytać, a w szczególności betującym Staruchowi i Drakainie.

No niby wszystko na swoim miejscu: połączenie Rzymu i gęsi trzyma się kupy, ale pociągnięcie tego pomysłu do granic absurdu – eskadry ptactwa domowego poszerzające granice Imperium dają efekt groteskowy, nie jestem pewien na ile zamierzony.

Trochę błędów kompozycyjnych – np. zgubione wątki (proch), a przede wszystkim złe rozplanowanie w ramach limitu. Do tego wyraźnie przyspieszona końcówka, rozwiązana przez zastąpienie fabuły słabym chwytem z wymianą listów.

No i ten kumin. Kumin mnie nie przekonuje ;)

Na koniec przywołał go do siebie gestami przypominającymi przyciąganie liny, złapał go jakby za nogi i wtedy Gajusz zobaczył, że ten ptak był całkiem płaski, że nie miał nóg i nie mógł poruszałć skrzydłami.

– Mów[+,] co widziałeś, Maniliuszu.

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Fajnie że ktoś szpera w takich archiwaliach. Dzięki Anet za miłe słowo.

Kilka miesięcy temu to jeszcze nie archiwalia… Anet czyta także teksty sprzed lat.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka