- Opowiadanie: Fiore - Wielki Dług

Wielki Dług

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wielki Dług

Kapłan czekał na szczycie schodkowej piramidy. Prowadzona przez wojowników ofiara zbliżała się do niego po stromych stopniach. Achcauhcui rozpoczął modlitwę przywołującą Boga-Słońce, Huitzilopochtliego. Promienie świtu dotknęły Złotej Alei, a ofiarę przywiązano do ołtarza. Biały mężczyzna był dzielny. Nie krzyczał, jedynie mamrotał swoje Ojcze nasz. Aztecki kapłan wzniósł ręce, pozwalając połom pierzastego płaszcza opaść. Został tylko w czarnej tunice pokrytej zakrzepłą krwią. Do jego modlitwy dołączyły bębny. Kapłan sprawnym ruchem naciął i zdarł skórę z piersi ofiary. Mężczyzna wrzasnął. Promienie słońca dotarły do podnóża świątynnej piramidy. Achcauhcui z trzaskiem wyłamał ofierze żebra. Jego splątane włosy opadały luźno, maczając się w świeżej krwi. Sięgnął ręką w głąb klatki piersiowej. Oszczędnymi i wytrenowanymi ruchami rozciął tkanki osierdzia. Wyjął serce z piersi ofiary, gdy światło Huitzilopochtliego padło na szczyt piramidy. Wznosząc okrwawione ręce ku słońcu Achcauhcui krzykiem ogłosił kolejny świt. Jeden z wojowników swoim macahuitl pozbawił ofiarę głowy. Pozostali sprawnie odwiązali bezgłowego trupa od ołtarza i zepchnęli w dół stromych schodów. W tym samym momencie za ich plecami, na Île de la Cité pośrodku Sekwany, rozległy się dzwony katedry Notre Dame, wzywające paryżan na Anioł Pański.

Kapłan rzucił serce w wieczny ogień, a głowę do kosza. Oczyszczona czaszka trafi później na tzompantli u stóp piramidy. Rytuał został zakończony, a Słońce zyskało siły, by krążyć wokół Ziemi kolejny dzień. Niedługo wcześniej ofiara została złożona na piramidzie we Frankfurcie, za około godzinę krwią spłyną świątynie w Madrycie i Sewilli, a później w Lizbonie. Następnie światło słoneczne zawędruje za Ocean Atlantycki i jego promienie oświetlą krwawą ofiarę w świętym mieście Tenochtitlan.

 

Achcauhcui przez chwilę napawał się panoramą Paryża, stolicy prowincji centralnej Europy. Ośnieżone dachy kamienic tłoczyły się zaraz za granicą przestronnego Placu Świątynnego i ciągnęły się ciasnym szeregiem wzdłuż Alei Złota. Aztekowie zrównali z ziemią dziesiątki budynków, aby zrobić miejsce na swoje piramidy i prowadzącą do nich szeroką drogę. Kapłan pamiętał smród i brud miasta, gdy wraz z wojownikami wkraczał do pokonanego Paryża. Pomyślał wtedy, że Europejczycy nie mają do siebie żadnego poszanowania. Końskie i ludzkie łajno zalegało na ulicach. Gdy usłyszał, że nawet arystokracja załatwia się po kątach swoich pałaców, wydało mu się to nieprawdopodobne. Teraz jednak, gdy dziesiątki niewolników co świt zamiatały miasto, a każdy plac i skrzyżowanie miało własną publiczną latrynę, mógł w końcu odetchnąć. Było to małe zwycięstwo, ale ważne w drodze do Złotej Ery.

 

Powoli zszedł stromymi schodami i przemierzył Plac Świątynny do stożkowej piramidy z okrągłą salą u szczytu. Zbliżając się do celu usłyszał szczękanie, klekotanie i zgrzyt. W środku odgłosy Maszyny zagłuszały wszelkie inne dźwięki. Gdy kapłan podszedł bliżej, ogromne kamienne koła zwolniły. Ścichł również brzęk złotych elementów. Maszyna jednak nie zatrzymała się. Od kiedy król Motecuhzoma Xocoyotzin nakazał jej zbudowanie, Myśląca Maszyna nie ustawała w swoim ruchu. Na początku była tylko wielkim liczydłem. Jednak jej moc obliczeniowa rosła w postępie geometrycznym. Wkrótce zaczęła sama żądać danych do przetworzenia. Wszystko, co Aztekowie jej dawali – kamień i złoto – wcielała do swojego istnienia. A im więcej dostawała, tym więcej dawała od siebie. Kapłani nazywali to cudami. Niektóre jej wynalazki i nakazy były tak radykalne, że rzemieślnicy i rolnicy odmawiali stosowania się do nich. Nie zajęło im jednak wiele czasu przekonanie się, że sposoby Maszyny są lepsze od ich własnych. Najtrudniejszą zmianą  skokiem technologicznym dla Azteków były ogromne statki o rozmiarach całych pałaców i wyliczenia, które pozwoliły aztekom na przebycie bezbrzeżnych wód oceanu.

 

Wkrótce do spotkania dołączyło pozostałych dwóch triumwirów Europy. Wymienili powitania i zajęli trony. Namacui, który sprawował urząd Tlahtoanieo, uderzył w złoty gong, witając się w ten sposób z Maszyną.

– Jakie są wieści ze Wschodu? – Głos maszyny był metaliczny rezonowaniem złotych strun o różnych grubościach. Marszałek Meztli wsunął w otwór kartki papirusu z raportem z walk przeciwko Lechistanowi. Skrzydlata kawaleria znów rozbiła wojowników Jaguara. Wiedeń padł w jeden dzień.

Przez chwilę oczekiwali odpowiedzi. Obliczenia, które obróciłoby losy wojny na korzyść Azteków. Maszyna jednak zapytała tylko:

– Jakie są wieści z Zachodu?

Achcauhcui niespiesznie wstał. Nie miał żadnych stronic dla Maszyny, ale wiedział, że jego głos odbije się od gongu.

– Gorzej niż przewidywaliśmy. Jeśli doniesienia są dokładne, to w wyniku plagi straciliśmy prawie połowę naszych ludzi. Czarna Śmierć rozprzestrzenia się szybciej, a jej przebieg jest bardziej zabójczy u nas, niż był u Białych Psów.

Myśląca Maszyna wiedziała już, czego dokonała Czarna Śmierć w Europie ponad dwieście lat przed przybyciem Azteków. Prawie trzy czwarte Europejczyków uległo chorobie, a na wybrzeżach Afryki i w Azji Mniejszej śmiertelność sięgnęła nawet dziewięćdziesięciu procent. Azteccy władcy byli pewni, że to właśnie z powodu tej plagi biali nie spróbowali przebyć oceanu, by szukać nowych ziem i bogactw. Gdyby nie ona, Maszyna mogłaby nigdy nie powstać i nie poprowadzić wybranego narodu do zwycięstwa nad Europą, a wkrótce do kolejnego wspaniałego świata.

– Jeśli chcemy powstrzymać rozwój choroby poza półwyspem Iberyjskim, musimy odciąć przepływ ludzi – kontynuował Achcauhcui. – Niech wojownicy zablokują przełęcze w Pirenejach, a flota zatopi każdy przybywający stamtąd statek.

– Potrzebujemy wojowników, aby wsparli walki z Lechitami – zaoponował natychmiast marszałek Metztli.

Przez chwilę czekali w milczeniu na radę. Maszyna ograniczyła się jednak do polecenia:

– Krew i rytuał.

– Skąd mamy brać ofiary, jeśli przegrywamy wojnę? – warknął Meztli. – Potrzebujemy odpowiedzi, jak ją wygrać.

– Krew i rytuał – powtórzyła Maszyna.

– Bez bogactw i niewolników z Hiszpanii, bez jeńców wojennych, jak mamy spłacić Wielki Dług? – zawtórował Meztliemu kapłan.

– Krew i rytuał.

Nie mogąc uzyskać od Myślącej Maszyny innej odpowiedzi, triumwirowie opuścili jej siedzibę. Zgrzyt potężnych kamieni i brzęk złotych elementów nasilił się natychmiast, ale w ich rytmie słychać było niezmienne wezwanie.

– Krew i rytuał.

 

Aztecki kalendarz składał się z osiemnastu miesięcy po dwadzieścia dni. Nemotemi, okres pechowy, stanowił pięć dni brakujących, by rok odpowiadał pełnemu cyklowi słońca. W tym czasie nie obchodzono żadnych świąt, a Aztekowie unikali podejmowania ważniejszych decyzji czy kroków. Oprócz pojedynczej ofiary dla Boga-Słońca w największych piramidach, nie składano żadnych więcej. Ani innym bogom, ani dla spłacenia Wielkiego Długu, ani nawet Myślącej Maszynie.

Dlatego ostatniego dnia pechowego, według rachuby białych trzynastego lutego, drewniane klatki przy Polach Marsowych były przepełnione. Trafiali do nich przestępcy, głównie skazani za pijaństwo i włóczęgostwo, ale też jeńcy wojenni i niewolnicy. Czasem także chorzy i starzy, którzy mogli w ten sposób przyczynić się do spłaty Wielkiego Długu. Aztekowie nie byli wybredni w doborze ofiar. Równocześnie jednak honorowali ład społeczny Europy, który w końcu nie był tak różny od ich własnego. Dlatego arystokraci, nawet przed śmiercią, mogli liczyć na lepsze traktowanie. Jeden z pałacyków, stojący na granicy nowej Dzielnicy Świątynnej, został przeznaczony na więzienie dla bogatych, którzy mieli trafić na ołtarz. Miejsce to szybko przezwano Złotymi Klatkami.

 

Dwóch azteckich wojowników wprowadziło René Descartes’a do sali. Zamknęli za nim podwójne drzwi, ciężki rygiel opadł z drugiej strony z głuchym hukiem. W środku na filozofa czekał niewielki bankiet. Trzech pijanych arystokratów siedziało przy stole, a kilku innych spało pod ścianami. Aztekowie karali publiczne pijaństwo śmiercią, ale – jak w wielu przypadkach – dotyczyło to raczej biedoty. Po nocy w Złotej Klatce większość bogaczy wychodziła nawet nie trzeźwiejąc. Kartezjusz jednak nie mógł liczyć na ulgowe traktowanie. Znalazł się tu po przegranym pojedynku z markizem Gaubert. Tylko najbogatsi i najbardziej wpływowi mogli wywinąć się z takiej sytuacji. Nad ranem jeden z kapłanów wytnie jego serce obsydianowym nożem i sprezentuje Huitzilopochtliemu lub innemu barbarzyńskiemu bogu. „Albo Myślącej Maszynie” – René uśmiechnął się na tę myśl.

Nalał sobie kieliszek szampana i urwał kilka płatów zimnej jagnięciny z chili. Następnie podszedł do jedynego nieeuropejskiego więźnia w sali. Nie było niespotykane, żeby azteccy arystokraci trafiali na ołtarz za tę czy inną przewinę. Niektórzy nawet zabiegali o możliwość takiej śmierci, uważając ją za najwyższy zaszczyt. Przeważnie jednak byli już starzy i schorowani, nieprzydatni dla społeczeństwa. Ale ten czerwonoskóry mężczyzna był w kwiecie wieku. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści parę lat. Nie wyglądał też na chorego. Wręcz przeciwnie – był doskonale umięśniony, co było widać pod obcisłą białą koszulą z koronkowymi mankietami. Na nią miał założony, na europejską modłę, czarny wams. W lecie i ciepłych miesiącach wiosny lub jesieni Aztekowie preferowali swoje luźne, zdobione piórami stroje z bawełny. Nie był to jednak strój odpowiedni na ostre mrozy Europy.

Kartezjusz przysiadł się, ułożył równo pelerynę, odchrząknął i zapytał.

– Tlapaloxi?

Aztek powoli podniósł powieki i zmierzył go wzrokiem. Przez dłuższą chwilę milczał, wreszcie zdawkowo skinął głową. Po chwili odpowiedział:

– Descartes?

– Świetnie. Więc obaj wiemy, kto jest kim.

– Chcesz czegoś? – spytał po kolejnej chwili ciszy Tlapaloxi.

– Podziwiam twoją pracę. Zwłaszcza nad systemami sanitarnymi w Paryżu.

– Ja tylko wykonuję plany przekazane przez Myślącą Maszynę.

– Tak… Wielki architekt waszej cywilizacji.

Na chwilę znów zapadło milczenie. Kartezjusz dokończył swoje śniadanie. Jagnięcina była zbyt pikantna jak na jego gust, więc jednym haustem opróżnił kielich z szampanem. Nie pomogło. Już miał się odezwać, gdy Tlapaloxi zapytał:

– A co powiesz o mojej karierze militarnej? Na tym polu zasługi są prawie wyłącznie moje.

Kartezjusz wiedział, że nie było to prawdą. Maszyna dała Aztekom obliczenia pozwalające konstruować wiele rzeczy, w tym maszyny wojenne, które tylko śniły się Da Vinciemu. Wielostrzałowe, samobieżne armaty, łodzie podwodne i latające samopały. Taka przewaga była dużo ważniejsza niż liczebność i bojowość wojowników Jaguara. Mimo to René odpowiedział uprzejmie:

– Ach, tak. Jesteś bohaterem wojny. Zmysł strategiczny i odwaga godne pozazdroszczenia. Jednak obecnie jestem dużo bardziej zainteresowany budową rzeczy, niż ich niszczeniem. I myślę, że ty też. Dla przykładu, jedno z twoich dzieł – piramida Maszyny. Doskonale obrazuje, jak ważne jest precyzyjne wykonanie. Plany to tylko plany. Każdy może narysować stożek, nie każdy może go zbudować.

– Twój nahuatl jest dokonały – zmienił nagle temat Tlapaloxi.

– Dziękuję. Uczyłem się waszego języka od kiedy usłyszałem, że przybywacie. Jeszcze zanim rozpoczęliście inwazję.

Podczas kolejnej, przedłużającej się pauzy mierzyli się wzrokiem. Mimo że siedzieli, wyraźnie było widać, że Francuz jest wyższy i chudszy. Obaj mieli ciemne oczy i czarne włosy. Z tą tylko różnicą, że Kartezjusz miał je falujące, a Aztek proste. Zakrywające czoło grzywki i zaokrąglone rysy twarzy sprawiały, że byli do siebie podobni.

– Wciąż zakładam, że czegoś chcesz. Zwłaszcza po takim wstępie – zwrócił uwagę Tlapaloxi, posługując się nienagannym francuskim.

– Oczywiście – zgodził się szeptem Kartezjusz. – Mam sposób, aby stąd uciec i mogę zabrać cię ze sobą.

– Nie jestem tu wbrew swojej woli – odpowiedział natychmiast Aztek. – Nie mam potrzeby uciekać.

Zaskoczony Kartezjusz zamilkł, potem zaszeptał z lekką irytacją:

– Bądźmy rozsądni. Jesteś księciem, pretendentem do tronu Tenochtitlan. Obaj wiemy, że mogłeś wylądować w więzieniu tylko z jednej przyczyny. Jesteś przechrztą i ktoś się o tym dowiedział. Mogę pomóc ci uciec do katolickiej Polski. Albo Szwecji, jeśli wolisz.

– Mylisz się panie. – Uśmiechnął się Tlapaloxi. – Jestem tu z własnej woli. Jestem szczęśliwy, że dostąpię zaszczytu uczestniczenia w spłacie Wielkiego Długu. – Potem głośno dodał – Odejdź, Biały Psie.

 

René był tak zbity z tropu, że nie próbował go zatrzymać. Aztek przeszedł na drugą stronę sali, usiadł i ponownie zamknął oczy, udając, że drzemie. Na szczęście nie próbował zawołać straży, żeby donieść o spodziewanej ucieczce. Kartezjusz jednak nawet o tym nie pomyślał. Jego umysł zaprzątały próby znalezienia wyjścia z sytuacji. Przed chwilą jeszcze dałby sobie serce wyciąć za swoją teorię. Tlapaloxi był nie tylko księciem, ale też wielkim wojownikiem i inżynierem. Poświęcanie jego życia na ołtarzu nie miało sensu. Chyba, że naprawdę tego chciał. Religia aztecka stopniowała wartość ofiary zależnie od jej dokonań jako człowieka, a przede wszystkim wojownika, jednak Kartezjusz nigdy nie widział realizacji tej zasady w praktyce. Musiał być inny powód. Jeśli miał przekonać Tlapaloxiego do ucieczki i wspomożenia swojej sprawy, to musiał ten powód poznać.

Chciał ponownie porozmawiać z azteckim księciem, ale nie było go w sali. „Może postanowił wydać mnie strażnikom”, pomyślał. Drzwi otworzyły się. Wszedł jednak tylko Tlapaloxi i natychmiast skierował się w stronę Francuza.

– Dobrze – powiedział szeptem po łacinie. Wyraźnie nie chciał, aby go zrozumiał ktokolwiek oprócz filozofa. – Ucieknijmy razem.

Kartezjusz postanowił nie pytać, co się zmieniło. Nie teraz. Szybko wtajemniczył księcia w swój plan.

 

Dwóch azteckich strażników otworzyło drzwi celi arystokratów. Trzymali włócznie w pogotowiu, choć raczej nie spodziewali się problemów z pijaną szlachtą. Mieli na oku tylko dwóch więźniów, którzy mogliby próbować ucieczki. Aztecki wojownik drzemał na fotelu przy kominku, cały zakryty płaszczem obszytym piórami. Francuski filozof siedział zrezygnowany przy stole, a czarne falujące włosy opadały mu na twarz.

Za strażnikami wszedł biały szambelan i wyczytał trzy imiona.

– Panowie, jesteście wolni. Wasze winy zostały opłacone.

Towarzystwo przy stole opróżniło szybko swoje kielichy, zabrało trochę przekąsek na drogę: mięso i kukurydzę zawinięte w placki tlaxcalli. Nie byli tu z pewnością ani po raz pierwszy, ani ostatni. Nikt inny nie wstał, nikt nie chciał podważać ich tożsamości, więc szambelan nie zatrzymał ich nawet, aby samemu ją potwierdzić. Rzucił im tylko zwyczajowe upomnienie, że następnym razem tak łatwo się nie wywiną, i pozwolił opuścić Złote Klatki.

 

– Co z ludźmi, którzy zostali za nas? – zapytał Tlapaloxi, ścierając śniegiem puder i farbę z twarzy.

– Przebiorą się znowu i spróbują wszystkiemu zaprzeczyć. – Kartezjusz wepchnął perukę do torby. – Znali ryzyko.

W trójkę ruszyli zaśnieżonymi uliczkami Paryża. Trzeci był młody, miał na imię Jean-Pierre i był mistrzem charakteryzacji (Choć to tylko jedna z jego zdolności – zaznaczył Kartezjusz). Tlapaloxi wkrótce zatrzymał się i zwrócił do swoich wybawców:

– Tu nasze drogi się rozchodzą. Muszę zająć się swoimi sprawami.

– Co? – syknął Jean-Pierre. – Wiesz, że nie uratowaliśmy cię bezinteresownie? – Dla podkreślenia swoich słów machnął wyjętym z głębi spodni niewielkim pistoletem.

Wszystkie mięśnie Tlapaloxiego napięły się niczym u gotującego się do skoku kota. Zacisnął pięści, ale ich nie uniósł. Kartezjusz, mimo doświadczenia w armii holenderskiej, nie miał ochoty zmierzyć się w walce z azteckim wojownikiem. Nawet z pomocą Jean-Pierre’a z jego pistoletem. Gdyby młodzik chybił, to prawie na pewno skończyliby martwi w tej uliczce. A nawet gdyby trafił…

– Możemy pomóc sobie nawzajem – filozof rozwarł dłonie i uniósł je w geście pojednania. – My pomożemy tobie, a potem ty pomożesz nam. A możliwe, że jutro rano całe to piekło się skończy.

– Co masz na myśli? – spytał Tlapaloxi, rozluźniając się trochę.

Zanim Kartezjusz zdołał coś powiedzieć usłyszeli skrzypienie śniegu. Tlapaloxi odwrócił twarz, Jean-Pierre natychmiast schował pistolet. Patrol azteckich strażników w pierzastych płaszczach minął ich powoli.

– To nie jest najlepsze miejsce do rozmowy – zwrócił uwagę Tlapaloxi. – Zgadzam się na waszą propozycję. Chodźcie za mną.

 

Jean-Pierre i René podążali przez ulice Paryża za azteckim wojownikiem. Było już popołudnie, gdy wyszli ze Złotych Klatek, a w lutym noc nadchodzi szybko. W oknach domów pojawiły się świece, kominki rozgorzały ogniem, a latarnicy zaczęli przemierzać ulice rozpalając lampy. Kupcy i rzemieślnicy zamykali swoje stragany i szli do domów. Wraz z zapadnięciem zmroku kończyły się dni pechowe. Jak po każdym, nawet najkrótszym okresie przerwy od imprez, ludzie zaczynali gromadzić się w szynkach i tancbudach. Dzięki temu trójka pieszych nie wyróżniała się z tłumu.

Kartezjusz zdawał sobie sprawę, że idąc za Tlapaloxim oddalają się od miejsca spotkania. Jego towarzysze nie będą czekać długo w obawie przed odkryciem. Wyczuwał, że Jean-Pierre robi się nerwowy, a na razie młodzik był jedynym, który miał broń. Gdy mijali zacieniony zaułek, René skręcił i pociągnął Tlapaloxiego za sobą.

– Jeśli mamy działać razem, to myślę, że czas wyłożyć karty na stół.

Wojownik zmierzył go gniewnym wzrokiem.

– Nie mam wiele czasu – odpowiedział.

– My też nie. Mów, czego potrzebujesz. A ja powiem, czego my chcemy.

– Ana – westchnął Tlapaloxi. –– Moja żona. I Natlalia, moja córka.

Kartezjusz przez chwilę usiłował zrozumieć, a potem pokręcił głową z niedowierzaniem i roześmiał się.

– Oczywiście. Nie przechrzciłeś się, tylko pokochałeś Francuzkę.

– Tak. Achcauhcui, kapłan wielkiej piramidy, w jakiś sposób to odkrył.

– Ale dlaczego miałeś być ofiarą? – wtrącił Jean-Pierre.

– Zagrażam pozycji triumwirów. Trzy legiony wojowników Jaguara stanie na moje wezwanie w dowolnym momencie, a Myśląca Maszyna powierza mi najważniejsze zadania. Moja rodzina mogła ocaleć tylko pod warunkiem, że oddam się Huitzilopochtliemu.

– Co się zmieniło? Czego dowiedziałeś się nagle w Złotych Klatkach? – spytał Kartezjusz.

– Wszystko wyjaśnię, kiedy Ruch Oporu zagwarantuje bezpieczeństwo mojej rodziny.

Obaj biali spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.

– Nie było trudne wydedukować, dla kogo pracujecie. A teraz wiecie, że pójdę nawet na śmierć, jeśli Ruch Oporu ochroni Annę i Natlalię. Nie marnujmy czasu.

Tlapaloxi chciał odwrócić się i ruszyć dalej, ale Kartezjusz chwycił go i przyparł do muru.

– Nie. Nie idziemy dalej. Dopóki nie powiesz, co się zmieniło. Nie mogę jakoś wydedukować, dlaczego triumwirowie mieliby cię zdradzić jeszcze przed wycięciem ci serca. Jeśli chcieli zabić twoją rodzinę, mogli spokojnie poczekać, aż potulnie dojdziesz do ołtarza.

Aztecki książę był silniejszy od francuskiego filozofa. W momencie się uwolnił i wykręcił mu rękę. Zasłonił się nim przed celującym z pistoletu Jean-Pierre’em.

Nagle usłyszeli krzyk.

– Stać!

Czterech azteckich wojowników zagrodziło wejście do zaułka. Jeden celował do nich z muszkietu, trzej pozostali unieśli swoje macahuitl – płaskie drewniane pałki, naszpikowane stalowymi ostrzami.

– Co tu dziać? – spytał kiepską francuszczyzną dowódca patrolu.

– Te Białe Psy mnie zaatakowały! – odpowiedział im w nahuatl Tlapaloxi. Kartezjuszowi szepnął w ucho po łacinie: – Jestem z wami.

René, oswobodzony z chwytu Azteka, pociągnął uzbrojoną rękę Jean-Pierre’a w dół.

– To nieporozumienie, panowie – zwrócił się do strażników.

Tlapaloxi tymczasem ruszył w ich stronę, tłumacząc coś w nahuatl. Gdy książę był blisko, Kartezjusz uniósł pistolet, który odebrał młodzikowi, i strzelił do strażnika z muszkietem. Postrzelony Aztek zacisnął palec na spuście. Tlapaloxi naparł ciałem na innego z wojowników, równocześnie wyrywając macahuitl z jego rąk. Natychmiast ciął drugiego, odrąbując mu rękę. Kartezjusz dał susa naprzód, nurkując pod ostrzami. Chwycił za nogi wojownika i przewrócił go. Złączonymi dłońmi uderzył z góry w skroń. Po trzech ciosach czaszka trzasnęła, krew trysnęła na śnieg. Ostatni z wojowników wymienił kilka ciosów z Tlapaloxim. Książę jednak i tym razem był szybszy i silniejszy. Ciężki macahuitl wbił się w bark przeciwnika, rozrąbując obojczyk, żebra i lewe płuco.

Zostawili za sobą trzy trupy. Strażnik z odrąbaną ręką próbował zatamować krwawienie, wciskając sobie kikut pod pachę. Biegli co sił w nogach. Tlapaloxi i Kartezjusz byli ochlapani krwią, a Jean-Pierre wymiocinami. Nie mogli ryzykować, że ktoś ich zauważy w tym stanie.

Wkrótce dotarli do biedniejszej dzielnicy, gdzie zamiast murowanych kamienic stały rudery z desek. Po drodze musieli dwukrotnie ukrywać się przed oddziałami azteckiej straży, ale na szczęście nie ich szukała. Tlapaloxi wprowadził ich do jednego z domów.

– Ana, Ana! – zawołał dramatycznym szeptem. Nikt nie odpowiedział.

Aztecki książę zajrzał każdy kąt obu izb, jakby jego żona i córka mogły ukryć się pod garnkiem albo w chlebaku.

– Kurwa! – zaklął głośno. – Powiedziałem im, że tu będą bezpieczne.

Kartezjusz siadł ciężko na ławie w sieni.

– Powiedz, co się dzieje. Nie mamy czasu.

– Krwawisz – zaważył Tlapaloxi.

Kartezjusz odsunął rękę od boku. Cała była pokryta krwią.

– To nic. Dam radę. Razem możemy powstrzymać ten koszmar.

Książę go nie słuchał. Zastanawiał się, dokąd mogła pójść Anna, gdzie mogła zabrać Natlalię.

– Tlapaloxi! – głos Kartezjusza wreszcie się do niego przebił. – Spójrz na to miejsce. Nie odeszły stąd bez walki. I sądząc po całej okolicy, nikt nie odszedł stąd dobrowolnie.

Dopiero teraz do wojownika zaczęło docierać, co widzi. Stół był przewrócony, pościel w nieładzie, a zamek w drzwiach wyłamany. Tylko ciężki oddech Kartezjusza i odległe ujadanie psów mąciło ciszę w okolicy. Jean-Pierre stał za drzwiami na czatach, ale odkąd tu byli, nikt nie przechodził.

– Zabrali nawet dzieci, prawda? – spytał spokojniej Kartezjusz.

– Tak, prowadzą je pod świątynię. O świcie rozpoczną masowe ofiary. I nawet nie dla bogów. Dla Maszyny… – Tlapaloxi wzdrygnął się. Potem powoli usiadł obok Kartezjusza. – Najwyraźniej mają też Anę i moją… – głos mu się załamał. Otarł łzy. – Potrzebujesz lekarza – powiedział już spokojniejszym głosem.

–– To miło z twojej strony. Ale czuję zapach tej rany. Obaj wiemy, że mogę liczyć tylko na powolną śmierć.

– Aztecki chirurg mógłby cię jeszcze połatać.

– Ale tego nie zrobi. Nie dla Białego Psa.

– Przepraszam, że cię tak nazwałem. Wcale nie uważam białych za gorszych ludzi.

– Wiem, gdyby było inaczej, nie ożeniłbyś się z białą kobietą.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Potem spojrzeli sobie w oczy.

– Możemy to zatrzymać? – zapytał Aztek.

– Tak, ty możesz – odparł filozof stanowczo. – Powiedz mi jednak, co się dzieje. Co się zmieniło dzisiejszego ranka.

– Wciąż mam przyjaciół w pałacu i wśród wojowników. Jeden z nich powiadomił mnie o wyniku narady z Maszyną. Przegrywamy – przyznał po chwili wojownik. – Nasze Imperium się rozpada. W Iberii szaleje plaga ospy. Biali wydają się odporni, ale dla nas nie ma ratunku. A Maszyna nie może lub nie chce dać nam lekarstwa. To nawet ciekawe. Nasi medycy nawet nie zaczęli go szukać! Po prostu założyli, że jeśli Maszyna go nie daje, to ono nie istnieje. Na wschodzie przegrywamy wojnę. Armie króla Wazy są o kilka tygodni marszu od Paryża, ale zanim tu dotrą, umrą tysiące ludzi, bo tego żąda Maszyna! – Tlapaloxi roześmiał się gorzko. – Moja żona i córka zostaną poświęcone, bo kupa kamieni i złota domaga się ofiar.

– Możesz to zatrzymać – powiedział Kartezjusz słabnącym głosem.

– Ciągle to powtarzasz. Powiedz mi, jak.

– Miałem nadzieję wyjaśnić ci to, gdy spotkamy się z resztą Ruchu Oporu, ale raczej tam nie dotrę. I jest spora szansa, że oni też zostali już złapani.

Kartezjusz wziął głęboki oddech i po chwili kontynuował.

– Wasza Maszyna myśli w sposób zaprogramowany przez was. Jest osadzona w waszej kulturze i religii. Dostaje tylko takie dane, jakie chcecie jej dać. Od lat szukaliśmy sposobu, aby się do niej dostać i przedstawić jej nasz światopogląd. W nadziei, że nam się to uda, spisaliśmy nasze argumenty. Możesz dostarczyć ten Manifest prosto do Maszyny. Gdy wchłonie nasz światopogląd, będzie musiała zakazać tego bestialstwa na piramidach.

– Więc wszystko, co muszę zrobić, to dostarczyć wasz Manifest na szczyt stożkowej piramidy i dać go do przeczytania Maszynie?

– Jeśli damy jej informacje, będzie musiała dojść do konkretnych wniosków. Jest logiczna. Człowiek może odrzucić prawdę na podstawie emocji czy religii, ale prawdziwie oświecony i racjonalny umysł musi dojść do określonej konkluzji. Wszystko, czego potrzebuje, to prawdziwe informacje.

– Rozumiem – odpowiedział Tlapaloxi. – Myślę, że to może się udać. Co jest w tym Manifeście?

– Wasz sposób myślenia opiera się na kulcie Słońca. Codzienne ofiary muszą być składane, aby podtrzymać jego wędrówkę po nieboskłonie – zaczął Kartezjusz, a Tlapaloxi przytaknął. – Gdy odkryliście, że Ziemia jest kulista, uznaliście, że po drugiej jej stronie znajduje się taka sama cywilizacja jak wasza, która również składa ofiary, aby popychać Słońce. Gdy Maszyna dała wam sposób na przepłynięcie oceanu, odkryliście, że Europejczycy nie oddają czci Słońcu. To nazywacie Wielkim Długiem, prawda? Kapłani powiedzieli, że noc i ludzkie cierpienie są skutkiem naszego zaniedbania. Od tego czasu próbujecie spłacić Wielki Dług, aby Maszyna w końcu dała wam lepszy świat.

– To trochę bardziej skomplikowane, ale załóżmy, że tak – odpowiedział Tlapaloxi.

– Co w takim razie, gdybym ci powiedział, że Słońce nie kręci się wokół Ziemi? To nasz glob codziennie okrąża Słońce. Żadna ofiara nie jest potrzebna, aby je poruszać. Jest nieruchome – Kartezjusz uśmiechnął się słabo. – Jesteś ostatnią nadzieją rozumu. Tylko nauka może ocalić lud Paryża.

Oddech filozofa stał się płytszy. Tlapaloxi uścisnął jego rękę.

– Moglibyśmy być przyjaciółmi w innym świecie – Aztek również się uśmiechnął. – Nie zawiodę cię.

Kartezjusz nie odpowiedział. Ostatni oddech uszedł z jego piersi.

 

Tlapaloxi dobrze orientował się w układzie ulic Paryża. Na początku poznał je jako dowódca patroli wojowników, a potem – próbując razem z Anną znaleźć dla siebie miejsce. Nie było to proste, bo nie tylko musieli ukrywać swój związek przed Aztekami, ale uciekali też przed nienawiścią białych paryżan do okupantów. Kiedy Kartezjusz podał mu adres, Tlapaloxi uświadomił sobie, że to tylko kilka domów od miejsca, gdzie urodziła się jego córka. Trafiłby tam z zamkniętymi oczami. I praktycznie musiał.

Szedł sam. Jean-Pierre został zająć się ciałem Kartezjusza. Kiedy wszystko się skończy, to urządzą mu odpoiwedni pogrzeb z honorami. Noc była kompletnie czarna. Chmury zakryły niebo. Wszystkie domy, które mijał, były albo puste, albo zaryglowane na wszystkie spusty. Światła w środku zgaszono, a na zewnątrz tylko niektóre latarnie wciąż się paliły. Po tych ulicach przeszli już azteccy strażnicy, zabierając kogo się dało na Plac Świątynny. Paryżanie czuli, że coś się dzieje. Tlapaloxi dwukrotnie musiał nadłożyć drogi, by ominąć prowizoryczne barykady z wozów i mebli. Na razie Aztekowie nie marnowali na nie czasu. Mijali je i szukali prostszego łupu. Jeśli Tlapaloxi tego nie zatrzyma, to z pewnością wrócą po wszystkich mieszkańców.

Kiedy dotarł pod wskazany adres, uświadomił sobie, że jest gorzej niż myślał Kartezjusz. Dom, w którym ukrywali się przywódcy Ruchu Oporu, wyglądał ja krwawa łaźnia. Czy łowcy wiedzieli, na kogo trafili, czy też nie, z jakiejś przyczyny doszło tu do walki. Tlapaloxi mógł tylko przypuszczać, że przerażeni opozycjoniści zaatakowali zbliżających się Azteków. Walka jednak nie mogła być długa. Spośród kilkunastu ciał rozrzuconych i rozczłonkowanych po holu i pokojach, tylko dwa były ciemnoskóre.

Tlapaloxi zignorował to wszystko. Szybko odnalazł skrytkę zawierającą Manifest. Wyjął go i chciał opuścić budynek. Nagle jednak zawrócił. Przyjrzał się martwym wojownikom. Z tego bliższego mu posturą z pewnym trudem ściągnął mundur i pancerz i założył na siebie.

 

W nowym stroju prawie nikt go nie zaczepiał. Dostanie się na Plac Świątynny nie sprawiło żadnych trudności. Wszędzie było pełno ludzi, zarówno białych paryżan, jak i czerwonoskórych wojowników. Tlapaloxi sądził, że ktoś spróbuje go powstrzymać, gdy zacznie wspinać się po schodach stożkowej piramidy. Jednak nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Pokonał kilka ostatnich stopni. Pociągnął drzwi do sali Maszyny. Niegdyś nadzorował prace nad nią. Kiedy już ukończono główny trzon, ale zanim zabrano się za układanie schodów, wybrani przez niego murarze stawiali ściany, które potem miały być zwieńczone kopułą. Była to precyzyjna robota. Rozmiar każdej cegły, jej ułożenie, a nawet skład i konsystencja zaprawy zostały z góry określone przez samą Maszynę. Równocześnie obok całej budowli rósł ogromny żuraw ze stali. Coś, czego wcześniej nie widziano na świecie. Tlapaloxi był szczególne dumny z wykonania tej konstrukcji. Teraz myślał, że gdyby wtedy nie podążał tak pieczołowicie za wytycznymi, to dziś mógłby prowadzić dużo spokojniejsze życie.

Dźwig miał za zadanie podnieść Myślącą Maszynę i umieścić na szczycie piramidy. Tlapaloxi pamiętał, jak obserwowali wznoszenie się kamiennych kręgów. Nawet wtedy Maszyna nie ustawała w swoich obliczeniach. Nieustannie obracało się pięć potężnych kół. Każde miało prawie trzy metry średnicy i pół metra grubości. Między nimi cały czas migały złote elementy, dając wrażenie, jakby roztopiony metal przelewał się z jednej strony na drugą. Wszystko razem ważyło niemal sto ton. Nikt nie sądził, że taki ciężar może być podniesiony na wysokość siedemdziesięciu metrów i bezpiecznie umieszczony na szczycie piramidy.

„Z wyjątkiem samej Maszyny” – uświadomił sobie nagle Tlapaloxi. „Ona nie miała wątpliwości ani co do swojego projektu, ani mojego wykonania”.

Książę stanął przed Maszyną.

Jej okręgi zwolniły, a złote elementy przestały brzęczeć. Wydawało się, jakby czekała. Wiedziała, że ktoś wkroczył do jej sanktuarium. Złotymi płatkami wyczuwała nawet najlżejsze drgania podłogi i podmuchy powietrza. Gdy Tlapaloxi zbliżył się powoli, ściskając Manifest Ruchu Oporu, Maszyna nagle ruszyła znów szybciej.

– Witaj, Tlapaloxi – powiedziała.

Jej rezonujący głos wypełnił nie tylko całe pomieszczenie, ale też czaszkę Azteka, przyprawiając go o ból głowy. Przez moment chciał zapytać, skąd wiedziała, że to on. Przypomniał sobie jednak, że gdy kończyli dobudowywać ścianę wokół, była zdolna rozpoznać robotników po rytmie ich kroków.

– Mam dla ciebie raport.

– Widzę, że jest dość obszerny.

Książę zatrzymał się zaskoczony. Sprężył mięśnie, gotowy do skoku. Rozbieganymi oczami szukał tego, kto go obserwował i przekazywał informacje Maszynie. Mógł zrozumieć, jak Maszyna słyszała czy czuła drgania, ale zmysł wzroku wykraczał poza możliwości kamienia i metalu.

– Nie martw się. Jesteśmy sami – głos Maszyny wciąż przeszywał mu czaszkę. – Zadaję ci ból. Czy tak lepiej? – zapytała Maszyna zmieniając tembr głosu.

– Ta… Tak – mruknął zdezorientowany.

– Widzę cię wyraźnie, a twój stan oceniłam na podstawie wyrazu twarzy. Mogę marnować czas na wyjaśnianie ci, jak działa twój własny wzrok, a jak mój, ale rozumiem, że czas cię nagli.

Koła zaczęły obracać się szybciej, wkrótce wraz z nimi zaczęła przesuwać się część okrągłej ściany. Każda precyzyjnie wymierzona i ułożona cegła pasowała również do kształtów maszyny i teraz znikały w jej wnętrzu.

– Nie martw się. Twoje dzieło nie zostało zniszczone. Mogę je odbudować w każdej chwili – powiedziała Maszyna. Być może błędnie zinterpretowała przyczynę rozpaczy na twarzy księcia, a być może po prostu z niego drwiła.

Za odsuniętym murem ukazała się panorama Placu Świątynnego. Słońce wschodziło pierwszego dnia miesiąca Cuauhitlehua, czternastego lutego według kalendarza europejczyków. Jego promienie oświetlały Złotą Aleję i wypełniający ją tłum ludzi. Po obu jej stronach stali uzbrojeni azteccy wojownicy. Każdego, kto próbował skręcić, zawrócić lub zatrzymać się, dźgali włóczniami lub popędzali batami. Kostki brukowe spływały krwią, po bokach kolumny zaczęły piętrzyć się ciała. Na końcu tego okropnego pochodu znajdowała się Wielka Piramida i jej strome stopnie. Kolejni wojownicy bez przerwy prowadzili po nich ludzi do ołtarzy na szczycie. Tam ofiary nie były nawet przywiązywane. Na wpół opuszczone koszule służyły teraz do krępowania ich ruchów. Kapłani wycinali im serca, rzucali je do wielkich koszy lub po prostu na ziemię, a ciała trafiały na drugą stronę piramidy. Nie zajmowało to więcej niż dziesięć sekund, po czym miejsce martwej ofiary zajmowała kolejna. Aztekom nie robiło już różnicy, czy był to bogacz czy biedak, prosty człowiek czy arystokrata. Mężczyźni, kobiety i dzieci – wszyscy potulnie szli na szczyt piramidy.

– Większość z nich jest odurzona – przerwała ciszę Maszyna. – Dlatego nie próbują walczyć. Na początku Alei kapłani dają im wina silnie zaprawionego narkotykami. Tam jeszcze nie widzą, co dzieje się tu. A zanim się zorientują, nie będą w stanie się bronić. To efektywne – podsumowała.

Tlapaloxi nawet nie wiedział, kiedy upadł na kolana, patrząc na tę dziwaczną sceną. Orgia śmierci i krwi, która rozgrywała się przed jego oczami, zdawała mu się zupełnie nierealna. Nagle jednak u stóp stromych schodów ujrzał złote włosy Anny. Mogło mu się tylko wydawać, że to ona, ale niezaprzeczalnie jego żona i córka były gdzieś w tym tłumie. Odurzone i prowadzone ludzką rzeką w stronę nieuchronnej śmierci.

Zerwał się z kolan i zamachał przed Maszyną trzymanym w dłoni Manifestem.

– Musisz to przeczytać i zatrzymać to szaleństwo!

– Nie – odpowiedź była krótka, ale głos Maszyny znów wdarł mu się w czaszkę, zalewając go falą bólu. Wydawało mu się, że głowa zaraz pęknie mu na pół. Chwycił obiema rękami za skronie. Wiatr porwał zapisane kartki i rozrzucił je nad Paryżem.

– Nie martw się – uspokoiła go Maszyna normalnym głosem. – Już wiem, co było tam napisane. Zaczynało się od heliocentrycznego argumentu, który miał wstrząsnąć podstawą mojego światopoglądu. Oczywiście zupełnie nie uwzględniono tam relatywizmu ruchu. Potem następowało kilka słabszych argumentów, a także opis społeczeństwa racjonalistycznego, opartego na fundamentach innych niż wiara. To miało radykalnie zmienić mój sposób myślenia i spowodować, że natychmiast zakończę praktyki składania ofiar z ludzi. Ale ja nie żądam krwi i rytuału dlatego, że widzę świat przez pryzmat waszej religii czy wypaczonej nią kultury.

Tlapaloxi odwrócił się i spojrzał na upiorny korowód w dole. Maszyna kontynuowała.

– Nie bój się, książę. Dostarczę Azteków do lepszego świata.

– Ale my już tu jesteśmy! – wybuchnął nagle Tlapaloxi. – Nie ma już gdzie iść, płynąć ani lecieć. Dlaczego pobierasz opłatę, skoro nie możesz nam dać nic więcej niż to? – powiódł rękami w koło, jakby chciał pokazać Maszynie salę, ohydny pochód ofiarny, a może nawet całą Europę.

– To nie jest pierwszy świat. To nie jest pierwsze Słońce. A ja nie jestem pierwszą ani ostatnią wersją.

– Więc to jednak jest religia. To jest wpływ naszych mitów o bogach, którzy poświęcają się, aby zostać Słońcem. Kłamiesz mówiąc, że to nie wiara tobą powoduje!

– Co byłoby wiarą dla ciebie, jest pewnością dla mnie. Obliczenia się nie mylą. Jest równanie, które opisuje wszystko na świecie. Jest takie, które opisuje naszą obecną sytuację. I takie, które opisuje światy równoległe. I kiedy poznam odpowiednie równanie, wszyscy Aztekowie zostaną przeniesieni do kolejnego świata, który będzie dla waszej cywilizacji trochę bardziej przyjazny. Dla przykładu taki, w którym nie zabije was czarna ospa. Tam skonstruujecie kolejną wersję mnie. Bardziej zaawansowaną, która da wam jeszcze większą przewagę nad innymi kulturami, a następnie przeniesie was do kolejnego świata.

– To szaleństwo – szepnął Tlapaloxi. – Twoje obliczenia to szaleństwo.

– Co jest szaleństwem dla ciebie, jest rozsądkiem dla mnie. Wielki Dług został prawie spłacony. Wkrótce ci, którzy dzielą genetyczne markery azteckich przodków, zostaną przeniesieni do kolejnego świata.

– Ale dlaczego? – spytał nagle Tlapaloxi. – Dlaczego krew i rytuał? Nie potrzebujesz tego, nie uzurpujesz sobie boskości… Nie rozumiem.

– Ponieważ mogę. – Zgrzyt ogromnych kamiennych kół brzmiał, jak upiorny, rzężący rechot. – Mogę zażądać czegokolwiek, a wy to zrobicie. Czemu miałbym chcieć mniej niż wasze życia?

Tlapaloxi wsparł się o ścianę. Obserwował Wielką Piramidę. Nie wiedział, czy to jego żona właśnie stoi na jej szczycie z rozwianymi złotymi lokami. Może zaraz zużyte już obsydianowe ostrze zagłębi się w jej ciele, a kapłan pokryty krwią wyrwie serce prosto z jej piersi.

Nawet jeśli to nie była Anna wiedział już, że nigdy więcej jej nie zobaczy. Były tylko dwa wyjścia. Azteccy kapłani będą kontynuować ofiary aż do końca, aż Paryż się wyludni. Albo Maszyna jednak dotrzyma słowa i wszyscy Aztekowie, w tym on, zostaną nagle zabrani do innego świata. Łzy przesłoniły mu wzrok, rozmazując wszystko.

Koniec

Komentarze

No, niestety, Fiore, nie mogę powiedzieć, że opowiadanie podobało mi się. Nie najlepiej nastroił mnie wstęp z dokładnym opisem rytuału, choć rozumiem, że starałeś się przedstawić sprawę realistycznie.

Nie przemawia do mnie Myśląca Maszyna, zbudowana z kamienia i złota, a Inwazję Azteków na Europę też trudno mi przyjąć ze zrozumieniem, choć wiem, że to fantastyka.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

po­zwa­la­jąc połom pie­rza­ste­go płasz­cza opaść. –> Z tego wynika, że reszta płaszcza – jego górna przednia część i tył – pozostała na ramionach kapłana.

Proponuję: …po­zwa­la­jąc, by pierzasty płaszcz opadł

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

nie mają do sie­bie żad­ne­go po­sza­no­wa­nia. –> …nie mają dla sie­bie żad­ne­go po­sza­no­wa­nia.

 

Naj­trud­niej­szą zmia­ną  sko­kiem tech­no­lo­gicz­nym dla Az­te­ków były ogrom­ne stat­ki… –> Co to jest zmiana skokiem technologicznym?

 

po­zwo­li­ły az­te­kom na prze­by­cie bez­brzeż­nych wód oce­anu. –> …po­zwo­li­ły Az­te­kom na prze­by­cie bez­brzeż­nych wód oce­anu.

 

roz­wój cho­ro­by poza pół­wy­spem Ibe­ryj­skim… –> …roz­wój cho­ro­by poza Pół­wy­spem Ibe­ryj­skim

 

i urwał kilka pła­tów zim­nej ja­gnię­ci­ny z chili.–> Skoro jagnięcina była w płatach, to ktoś ją pokroił, a w takim razie nie trzeba było płatów urywać.

 

był do­sko­na­le umię­śnio­ny, co było widać… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

zdo­bio­ne pió­ra­mi stro­je z ba­weł­ny. Nie był to jed­nak strój od­po­wied­ni… –> Jak wyżej.

 

od­chrząk­nął i za­py­tał.

– Tla­pa­lo­xi? –> Zamiast kropki postawiłabym dwukropek.

 

za­okrą­glo­ne rysy twa­rzy spra­wia­ły, że byli do sie­bie po­dob­ni. –> Ktoś może mieć zaokrągloną twarz, ale nie wiem, co to są zaokrąglone rysy twarzy.

 

mach­nął wy­ję­tym z głębi spodni nie­wiel­kim pi­sto­le­tem. –> Co to znaczy wyjąć coś z głębi spodni?

 

– Mo­że­my pomóc sobie na­wza­jem – fi­lo­zof roz­warł dło­nie i uniósł je w ge­ście po­jed­na­nia. –> – Mo­że­my pomóc sobie na­wza­jem.Fi­lo­zof roz­warł dło­nie i uniósł je w ge­ście po­jed­na­nia.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

– Ana – wes­tchnął Tla­pa­lo­xi. –– Moja żona. –> – Ana – wes­tchnął Tla­pa­lo­xi. Moja żona.

 

Trzy le­gio­ny wo­jow­ni­ków Ja­gu­ara sta­nie na moje we­zwa­nie… –> Trzy le­gio­ny wo­jow­ni­ków Ja­gu­ara sta­ną na moje we­zwa­nie

 

jeśli Ruch Oporu ochro­ni Annę i Na­tla­lię. –> Wcześniej napisałeś –> Ana – wes­tchnął Tla­pa­lo­xi. –– Moja żona. –> Czy żona Tla­pa­lo­xi ma na imię Ana, czy Anna? Należałoby ujednolicić zapis. W całym opowiadaniu.

 

W mo­men­cie się uwol­nił i wy­krę­cił mu rękę. –> Natychmiast się uwol­nił i wy­krę­cił mu rękę.

 

– Ana, Ana! – za­wo­łał dra­ma­tycz­nym szep­tem. –> Nie wydaje mi się, aby można wołać szeptem, albowiem szept jest cichy z definicji.

Za SJP PWN: szept  1. «bezdźwięczny, cichy głos słyszany tylko z bliska» 2. «cichy dźwięk czegoś będącego w stałym, jednostajnym ruchu»

 

Az­tec­ki ksią­żę zaj­rzał każdy kąt… –> Az­tec­ki ksią­żę zaj­rzał w każdy kąt

 

– Kurwa! – za­klął gło­śno. –> Kurwa w ustach Azteka??? Nie wierzę!

 

–– To miło z two­jej stro­ny. –> Jedna półpauza wystarczy.

 

To nawet cie­ka­we. Nasi me­dy­cy nawet nie za­czę­li go szu­kać! –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Je­an-Pier­re zo­stał zająć się cia­łem Kar­te­zju­sza. –> Pewnie miało być: Je­an-Pier­re zo­stał, aby zająć się cia­łem Kar­te­zju­sza.

 

to urzą­dzą mu od­po­iwed­ni po­grzeb… –> Literówka.

 

Spo­śród kil­ku­na­stu ciał roz­rzu­co­nych i roz­człon­ko­wa­nych po holu i po­ko­jach… –> Raczej: Spo­śród kil­ku­na­stu ciał roz­człon­ko­wa­nych i roz­rzu­co­nych w holu i po­ko­jach

 

Z tego bliż­sze­go mu po­stu­rą z pew­nym tru­dem ścią­gnął mun­dur… –> Raczej: Z tego o podobnej posturze z pew­nym tru­dem ścią­gnął mun­dur

 

Po­cią­gnął drzwi do sali Ma­szy­ny. –> A może: Otworzył drzwi do sali Ma­szy­ny.

 

zanim za­bra­no się za ukła­da­nie scho­dów… –> …zanim za­bra­no się do układania scho­dów

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Każde miało pra­wie trzy metry śred­ni­cy i pół metra gru­bo­ści. –> Skąd Aztecy wiedzieli co to jest metr?

 

czter­na­ste­go lu­te­go we­dług ka­len­da­rza eu­ro­pej­czy­ków. –> …czter­na­ste­go lu­te­go, we­dług ka­len­da­rza Eu­ro­pej­czy­ków.

 

ka­pła­ni dają im wina sil­nie za­pra­wio­ne­go nar­ko­ty­ka­mi. –> …ka­pła­ni dają im wino, sil­nie za­pra­wio­ne­ nar­ko­ty­ka­mi.

 

pa­trząc na tę dzi­wacz­ną sceną. –> Literówka.

 

– Nie ma już gdzie iść, pły­nąć ani le­cieć. –> – Nie ma już dokąd iść, pły­nąć ani le­cieć.

 

po­wiódł rę­ka­mi w koło, jakby chciał po­ka­zać… –> Po­wiódł rę­ka­mi wkoło, jakby chciał po­ka­zać

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zajrzałam, przeczytałam.

Oooo, a mnie się bardzo podobało!

Może rzeczywiście wstęp nie nastraja dobrze, ale jak już się dowiedziałem, że to Paryż, to czytałem z coraz większym zaciekawieniem. Widać świetny risercz. Zakończenie też niemal świetne, bo podbój światów równoległych to jednak chyba zbyt daleki strzał. Za to sama jego wymowa – świetna. No i jedziesz czasem po bandzie, jak z Wielką Polską czy bezinteresowną krwiożerczością Maszyny.

Trochę mi też zgrzyta sama koncepcja Maszyny: jej powstania (ewolucja samoświadomości od liczydła? hmmm), i technologii (komputer z kamieni i złota? hmmm). Nie wiem też, czemu nie dała Aztekom leku na ospę? Była z antyszczepionkowców ;P?

Kilka czepialstw drobiazgowych:

– “Najtrudniejszą zmianą  skokiem technologicznym” – jakiegós słowa tu zabrakło;

– “pozwoliły aztekom” – Aztekom;

– “poza półwyspem Iberyjskim” – Półwyspem Iberyjskim;

– “wyjętym z głębi spodni” – to brzmi niezręcznie;

– “doświadczenia w armii holenderskiej” – nabytego w armii;

– “Ale czuję zapach tej rany” – hę? tego nie rozumiem;

– “Człowiek może odrzucić prawdę na podstawie emocji czy religii” – wolałbym “emocji i wiary”, bo religia to jednak coś innego;

– “Odpoiwedni” – literówka;

– “ważyło niemal sto ton” i “siedemdziesięciu metrów” – Aztekowie skąd znali tony i metry? swoich miar nie mieli?;

– “tę dziwaczną sceną” – tę scenę;

– “genetyczne markery” – no tu to się rozpędziłeś; markery? w XVII wieku; anachronizm jak…

 

W każdym razie – bardzo mi się podobało. I napisane też porządnie.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Jest tu jakiś pomysł, ale jak dla mnie nieprzemyślany. Za dużo ułatwień dla autora – taka np. wszechmocna Maszyna, ale też drobiazgi. Aztekowie nie dysponowali technologią pozwalającą na oceaniczne rejsy – okej, postanowiłeś dać im gadżet. Ale ten gadżet jest niewytłumaczony w obrębie świata przedstawionego.

Druga sprawa – czy tylko za pomocą gadżetu pokonali Europę? To wszystko zbyt proste, zbyt bajkowe.

No i trochę irytujący ten niezłomny Lechistan (dlaczego akurat turecka nazwa na zachodzie Europy, tak poza wszystkim?) jako jedyny niezdobyty punkt, zwłaszcza że jest tylko ozdobnikiem.

Risercz i wykonanie niestety szwankują.

 

drewniane klatki przy Polach Marsowych

To Francuzi tak sobie obok tych Azteków budowali wszystko po swojemu i gdzieś na horyzoncie majaczy La Defense? Och, wróć. Mamy wg tagu XVII w., więc nie ma żadnej La Defense. Ale Champ de Mars (po polsku Pole Marsowe, nie Pola, Pola to są Elizejskie) też nie, bo powstały dopiero w drugiej połowie XVIII w. przy okazji budowy Ecole Militaire.

 

René Descartes’a → Descartesa

Jak jest końcówka na spółgłoskę, nie dajemy apostrofu

 

– Dziękuję. Uczyłem się waszego języka od kiedy usłyszałem, że przybywacie. Jeszcze zanim rozpoczęliście inwazję.

I Europa tak sobie po prostu uznała, że fajnie będzie zostać podbitą przez nieznany lud z Maszyną? Oraz: skoro Kartezjusz uczył się nahuatl w oczekiwaniu na Azteków, to znaczy, że przybyli niedawno. Strasznie szybko im to wszystko poszło.

 

– Mylisz się panie. – Uśmiechnął się Tlapaloxi.

→ – Mylisz się panie. – Tlapaloxi się uśmiechnął.

Czasownik na początku didaskalium tylko jeśli odnosi się do “odgłosów paszczowych” (powiedział, krzyknął, szepnął itd.).

 

„Może postanowił wydać mnie strażnikom”, pomyślał.

→ „Może postanowił wydać mnie strażnikom” – pomyślał.

 

Trzymali włócznie w pogotowiu

Podbili Europę i dalej walczą włóczniami? Pytanie w związku z tym: jak ją podbili? Nie połapałam się zbyt dobrze w chronologii tego świata, ale ewidentnie podbój nastąpił nie bardzo dawno, czyli Europejczycy mieli już broń palną (o czym za chwilę wspominasz) i dość zaawansowaną artylerię, a także nowożytne fortyfikacje. A Aztekowie Maszynę i włócznie?

 

W trójkę ruszyli zaśnieżonymi uliczkami Paryża. Trzeci był młody, miał na imię Jean-Pierre i był mistrzem charakteryzacji (Choć to tylko jedna z jego zdolności – zaznaczył Kartezjusz).

Uuu, jaka bolesna narrative device… Takiego kogoś zapowiada się wcześniej albo wprowadza bardziej efektownie.

 

machnął wyjętym z głębi spodni niewielkim pistoletem

Trochę za wcześnie na niewielki pistolet mieszczący się w “głębi spodni”, cokolwiek to dziwaczne określenie ma znaczyć

 

Kupcy i rzemieślnicy zamykali swoje stragany i szli do domów.

Raczej nie zamykali cudzych, a zaimkoza jest zuem.

 

– Kurwa! – zaklął głośno.

Kurwa jako przekleństwo jest dwudziestowieczna.

 

– Potrzebujesz lekarza – powiedział już spokojniejszym głosem.

–– To miło z twojej strony.

O jedną półpauzę za daleko oraz jak dla mnie to dość dziwna odpowiedź. “Miło z twojej strony, że się o mnie troszczysz” załatwia sprawę

 

W Iberii szaleje plaga ospy. Biali wydają się odporni, ale dla nas nie ma ratunku.

Nie ma szans. Przed ospą prawdziwą chroni tylko szczepionka a do Jennera jeszcze trochę lat. Nie było też epidemii bardzo niedawno, żeby ci, którzy przeżyli, mieli szanse nabyć odporność (a to i tak byłby tylko procent populacji). Kolejna narrative device czyli element świata wprowadzony dla wygody autora.

I dlaczego Iberia, skoro tam albo już jest Hiszpania (bo raczej ci Aztekowi przybyli w XVI w., jeśli dobrze liczę), albo rozdrobnione królestwa, ale nazwy Iberia raczej się nie używa

 

ściągnął mundur

A skąd go miał? Mundury to wynalazek europejski, którego początki pojawiają się w XVII w., ale rozwój następuje w XVIII. Skoro Aztekowie powstrzymali rozwój europejskiej cywilizacji, nie powinny się pojawiać pomysły, które wymyślali europejscy władcy

 

według kalendarza europejczyków

→ Europejczyków

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Vini, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem. 

Przeczytałem.

Podoba mi się ogólny zarys opowieści, jej rozmach. Szczególnie argument z heliocentryzmem fajny. Szkoda, że nie zadziałał.

Ale fakt, że wiele rzeczy można było dopracować lepiej, więcej pokazać…

A czy o świcie promienie słońca nie padają najpierw na czubek piramidy, a dopiero potem na podstawę?

Widywałam lepsze wykonania, ale nie jest źle.

Najtrudniejszą zmianą  skokiem technologicznym dla Azteków były ogromne statki o rozmiarach całych pałaców i wyliczenia, które pozwoliły aztekom na przebycie bezbrzeżnych wód oceanu.

Wyjątkowo pokaleczone zdanie; dwa razy jedna informacja, powtórzenie i mała litera zamiast dużej.

 

Drakaino, wydaje mi się, że większa odporność Europejczyków na ospę jest naturalna. Myśmy całymi milleniami hodowali krowy i inne zwierzęta i jakoś sobie poukładaliśmy życie z chorobami od nich pochodzącymi. Ale ludzie z Nowego Świata zawsze ciężko przechodzili kontakt z Europejczykami i ich bakteriami. Cortez i spółka mieli przewagę nie tylko w broni palnej.

Babska logika rządzi!

Większa tak, ale jednak do wynalezienia wakcynacji, a potem szczepionki, stanowiła bardzo duży problem, nawet jeśli niekoniecznie śmiertelny. W opowiadaniu jest mowa o odporności, podczas gdy zachorowalność była bardzo duża.

Skądinąd właśnie wakcynacja wywołała pierwszy w historii ruch antyszczepionkowy. A Maria Antonina została królową Francji tylko dlatego, że jej starsza siostra zachorowała na ospę i jedna księżniczka wypadła z małżeńskich planów Austrii. A Napoleon promował szczepienia za pomocą Wenus Medycejskiej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo spodobał mi się rozmach Twojej wizji. Pomysł jest bardzo klarowny i po prostu fajny. Azteckie piramidy w Paryżu – no po prostu miodzio. Komputera się nie czepiam. Na tym polega urok retrofuturystyki – wiemy, że coś nie ma prawa zadziałać, ale zawieszamy wiarę i cieszymy się odważnymi pomysłami. W dodatku Twój świat jest pełny, wieloaspektowy (arystokraci w lepszych więzieniach; husaria rozbijająca azteckie szeregi).

Technicznie trochę gorzej. Długie akapity zwalniają szybkość czytania. Sama akcja też trochę prosta, taka awanturnicza, trochę jak z young adult. Momentami wkradały się tu naiwne rozwiązania, choćby Ruch Oporu potraktowany po łebkach.

Generalnie opowiadanie bardzo odjechane (na plus!), choć niedopracowane. Nie zmienia to faktu, że bardzo mi się podobało. 

 

Dopisek po wynikach:

Na pewno poskracaj te akapity, wygładź narrację, żeby lepiej się czytało. Przypatrz się też po czasie logice wydarzeń. Może coś da się uwiarygodnić?

Tak na tę chwilę niewiele więcej mogę doradzić. Mnie się podobało i wad musiałbym tu szukać na siłę. U mnie Twój tekst był na piątym miejscu i to ja byłem głównym orędownikiem, by urozmaicić antologię o Azteków w Paryżu. Dlatego jeśli potrzebowałbyś mojej pomocy – pisz na priv. 

Gratuluję wyróżnienia :)

Bardzo ciekawy świat tu przedstawiłeś. Aztekowie, podbita przez nich Europa i motyw z Wielkim Długiem zasługują na uwagę. Ta złowieszcza ewolucja poglądów i podkreślenie, jak bardzo ten system nie jest w stanie przetrwać długoterminowo doskonale współgra z dramatem Kartezjusza oraz wyklętego wojownika, który pokochał Francuzkę. Zakończenie przez to bardzo, ale to bardzo mi się spodobało.

I tylko jedna łyżka dziegciu – ta cholerna Maszyna, która niczym “deus ex machina” ma tłumaczyć zwycięstwo Azteków. Łuki, pałki i inne, choćby wsparte geniuszem nad geniuszami, nie dałyby rady muszkietom, opancerzonej jeździe czy europejskim chorobom. Brak tu podbudówki technologicznej, która wytłumaczyłaby świat.

Do tego ten ważny element fabularny nie jest jakoś traktowany z szacunkiem w rozmowach postaci. Jak ludzie o niej opowiadają, nie wyczułem strachu przed bogiem. Choć sam pierwszy dialog z nią to coś wspaniałego. Przywoływała też za dużo skojarzeń z kosmitami.

Technicznie jest chropowato, ale nieźle. Pierwszy opis mnie nie przeraża – po prostu wprowadził w krwawy klimat. Choć faktycznie nie jest konieczny.

Podsumowując: pomysłowy świat, z krwawą i mroczną historią do opowiedzenia. Dla mnie koncert fajerwerków na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dobre w ogólnym zamyśle – konkwista a rebours, i w niektórych detalach: konflikt Kartezjusz/Myśląca Maszyna, końcowe rozważania o warunkowaniu algorytmu przez światopogląd twórcy i ten koncept z kolejnymi poziomami świata. Dużo słabsze w wykonaniu – chaotycznym, z bardzo słabymi dialogami, niezdarnymi scenami akcji, błędami składniowymi (naprawdę byłem zaskoczony, po dużo szlachetniejszej „Ledzie i łabędziu”).

Uśmiechnąłem się z uznaniem przy pierwszym akapicie – fajne zaskoczenie, przy tym zręcznie pogrywające ze współczesną polityką (tego z reguły nie lubię, ale w Twoim wykonaniu wypadło zgrabnie).

Kompozycyjnie razi nagła zmiana POV-a po dwóch epizodach i kolejna (z Kartezjusza na azteckiego księcia) pod koniec opowiadania – lepiej by było trzymać się konsekwentnie samego Tlapaloxi, ewentualnie z innym punktem widzenia w prologu i epilogu. Z kolei postać Jean-Pierra wydaje się być zupełnie zbędna.

Nie do końca zrozumiałe jest dla mnie, jak Maszyna, powstała przecież w ojczyźnie Azteków, trafiła do Paryża.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Dziękuję za komentarze! Wszystkie błędy mniejsze i większe postaram się poprawić. Widzę, że pewne kwestie wymagają rozjaśnienia, a niektóre postacie usunięcia. Mam nadzieję, że wspomożecie mnie jeszcze w drodze do końcowej wersji i okaże się ona godna waszej uwagi.

Dziękuję jurorom za wyróżnienie!

Nie porwało mnie :(

 

Nowa Fantastyka