- Opowiadanie: adanbareth - Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw

Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw

Nie wierzę, że udało mi się w tym miesiącu napisać dwa opowiadania, chociaż byłam przekonana, że żadnego z nich nie dam rady skończyć. Ha! Mam wrażenie, że tym razem udało mi się całkiem spójną, przynajmniej jak na mnie, historię stworzyć, chociaż mogę się mylić. Z pewnością jestem z niej bardziej zadowolona niż z poprzedniej. Żałuję tylko, że z braku czasu i jako że dopiero odebrałam właściwą książkę, nie byłam w stanie lepiej się przygotować w temacie realiów średniowiecznego Krakowa - mam jednak nadzieję, że historia się obroni. Nie stylizowałam języka, gdyż z pewnością wyszłaby mi jakaś hybryda, więc lepiej już było napisać współczesnym, a dającym się czytać.

I jeszcze jedno. Ojciec Piotr naprawdę nic nie ma wspólnego z "Dziadami", chociaż może trudno w to uwierzyć. Imię otrzymał bezpośrednio po świętym Piotrze, którego zawsze uważałam za inspirującą postać. Tak więc żadnych skojarzeń z Mickiewiczem! ;)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw

Jeżeli chcecie wiedzieć, jak pierwszy raz spotkałem Smoka Wawelskiego, w zasadzie mogę Wam opowiedzieć. Uprzedzam jednak, nie jest to przyjemna, niewinna historia. Pojawiają się w niej łase na cudze sakiewki rude panny, zakłamani Czarodzieje, ludzie o jaszczurzych oczach i zakazana magia, której wszyscy pożądają. 

Na dodatek narrator nie może nawet powiedzieć, że został w to wszystko wplątany wbrew własnej woli, gdyż znalazł się w kłopotach na swoje wyraźne życzenie. Ale zacznijmy jak należy, to jest, od początku.

***

– Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo chciałbym cię zwolnić z terminu. 

– Oj, nawet nie muszę. To pragnienie jest wyraźnie wypisane na waszej twarzy, mistrzu. 

Tak naprawdę, byłem w stanie wyczytać w niej o wiele więcej, ale nie odczuwałem potrzeby, by informować go o tym. Miałem niewyparzoną gębę i brakowało mi szacunku dla starszych, o takcie nawet nie wspominając. Wynosiłem się ponad swoją pozycję. W dodatku, nie potrafiłem się uczyć na własnych błędach, co chyba było najgorsze. 

No cóż, wolnomyśliciele nigdy nie są rozumiani przez sobie współczesnych. 

Mistrz tylko pokręcił głową w odpowiedzi, wyraźnie zrezygnowany.

– Chłopcze, czy ty aby na pewno chcesz zostać tym szewcem? Owszem, mam dług wdzięczności wobec twoich rodziców i zrobię, co w mojej mocy, żebyś wyszedł na ludzi, ale obawiam się, że nie sprostam wyzwaniu. 

– Gwoli ścisłości, to nie, nie chcę – odparłem ponuro, podrzucając w ręku starego, pękniętego Alchemika, którego znalazłem gdzieś na uniwersyteckim śmietniku – smutna pozostałość mojego wynalazku . – Ale rodzice każą, więc muszę się podporządkować. 

Mistrz westchnął. 

– A więc jesteśmy na siebie skazani – podsumował zrezygnowanym głosem. 

– Skoro już i tak mam się uczyć na butoszyja, to przynajmniej chciałbym to robić z polotem!

W odpowiedzi na moją skargę, mistrz wzniósł oczy do nieba – ostatnio robił to coraz częściej i chwilami bałem się, że już mu tak zostanie. Z pewnością wolał patrzeć na szybujące z gracją ptaki niż moją gębę wiecznie coś knującego wyrostka. Nie winiłem go za to. 

– Ależ dziecko! – podniósł swój zwyczajowy lament, który słyszałem średnio raz na dzień. – Żebyś ty chociaż wiedział, co robisz! Nawet żacy z Uniwersytetu uczą się latami, zanim spróbują napełnić Alchemika. A ty tak po prostu bawisz się Magią!

Właśnie tak, Magią. Dobrze przeczytaliście. Współczesnym światem rządzi tak zwana Magia. Oczywiście, nie polega ona na tym, co w starych baśniach wyprawiają baby jagi, choć nasi poprzednicy, którzy odkryli ją czterysta lat temu, tak zapewne myśleli. Teraz już wiadomo, że wykorzystanie energii żywych organizmów do napełnienia Alchemików, które potrafią wpływać na materię, tak naprawdę niewiele różni się od użycia krosna – no, może poza zaawansowaniem. 

– Słuchaj, chłopcze. – Moja uwaga na powrót przeniosła się na mistrza. – Ja naprawdę rozumiem, że musi ci być ciężko porzucić marzenia o nauce, tylko dlatego że rodzice nagle stracili pieniądze. Ale świat już taki jest. Kto szybko się bogaci, ten i szybko traci to bogactwo. Mogliście o wiele gorzej skończyć. 

Nie odpowiedziałem, wciąż naburmuszony i obrażony na cały świat. Kiedy teraz patrzę na swoje zachowanie z perspektywy czasu, wstyd mi za to, jakim byłem niewdzięcznym, rozkapryszonym bachorem, ale wtedy naprawdę święcie wierzyłem w to, że jestem najbardziej skrzywdzonym młodym człowiekiem na tym niesprawiedliwym świecie.

– No dobrze, w ten sposób do niczego nie dojdziemy. – Mistrz westchnął po raz drugi. – Leć, nie będę cię zatrzymywał.

W pierwszej chwili nie zrozumiałem. W następnej się przeraziłem. To prawda, nienawidziłem terminowania u szewca i kiedy tylko mogłem, narzekałem ile wlezie. Z drugiej strony, jeżeli faktycznie zostałbym odprawiony, rodzice nie mieliby co ze mną zrobić. Specjalnie poświęcili jeden z długów, którego im nie zwrócono, by zapewnić mi chociaż termin u porządnego rzemieślnika. 

W tamtym momencie chyba po raz pierwszy zrozumiałem, jak samolubnie się zachowywałem.

– Ale… – zacząłem, jednak mistrz przerwał mi stanowczym ruchem dłoni. 

– Dość już. Będę cię krył przed rodzicami, więc idź i spróbuj szczęścia na zamku. Z Wawelu jest już bliżej na Uniwersytet niż z warsztatu szewca. Mam tam znajomego pośród służby, może znajdzie ci jakieś zajęcie. Zobaczymy, czy wystarczy ci dowcipu, żeby wspiąć się wyżej. 

Szczerze, zaniemówiłem wtedy z wrażenia. Była to ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałem. Kiedy wreszcie odzyskałem głos na tyle, by spróbować mu podziękować, machnął tylko na mnie ręką. Potem wyjaśnił mi kogo i gdzie mam szukać, a także co mówić, żeby mnie od razu nie wyrzucili. 

Oszołomiony nowymi możliwościami, wymamrotałem niezręczne podziękowanie i odwróciłem się, by odejść. 

– Gabriel! – zawołał jeszcze za mną mistrz. – Tylko pamiętaj, jeżeli coś wysadzisz albo komuś podpadniesz, ja nie mam z tobą nic wspólnego! Wyprę się, że cię w ogóle znam!

Nic na to nie odpowiedziałem. Jakby to ująć, doceniałem jego szczerość.

***

Miałem pecha, gdyż akurat był dzień targowy. Metodycznie przeciskając się przez ciżbę, śpieszyłem ulicą Szewską w stronę Rynku. Muszę przyznać, że chociaż zawsze lubiłem gwarne miejsca, nie potrafię wyobrazić sobie nic gorszego, niż przedzieranie się przez tłum ludzi idących na targ. Przekupnie i kramarze dookoła krzyczeli. Gdzieś niedaleko jakiś minstrel wył w niebogłosy do wyjątkowo miłego dla ucha akompaniamentu piszczałki. 

A przynajmniej byłby miły, gdyby ktoś nie usiłował go zagłuszyć swoim niebezpiecznie wysokim głosem. 

Wreszcie udało mi się wydostać na Rynek, to jest w miarę otwartą przestrzeń. Tu już pozwoliłem sobie na nieco swobodniejsze zachowanie i szedłem spacerowym krokiem, oglądając kramy. Wygarbowane skóry, sukno, gdaczące kurczaki. Nuda i chleb powszedni. Ale zdarzały się też perełki, ludzie, którzy usiłowali opchnąć innym swoje wynalazki. Same w sobie być może niewiele warte, jednak w niektórych można było znaleźć całkiem sprawne Alchemiki. Przystanąłem przy jednym takim kramie, z umiarkowanym zainteresowaniem oglądając "samoprzędzące krosno", Ożywiane energią z buraczanego soku, który nadawał Alchemikom głęboko karmazynową barwę. To nie była jeszcze Wyższa Magia, jaką wykładano na Uniwersytecie w Collegium Magus. A jednak, w przeciwieństwie do moich dotychczasowych osiągnięć, buraczane krosno wydawało się działać. 

Przez krótką chwilę czułem się bardzo zniechęcony. A potem ktoś nagle wpadł na mnie od tyłu. 

Odwróciłem się wściekły. Ja rozumiem, że w takim tłumie ludzie będą o siebie zahaczać, deptać sobie po stopach czy przypadkowo trącać łokciami. Ale uderzenie było na tyle mocne, że winowajca musiał chyba we mnie bezczelnie wbiec. Kto normalny biega w takim tłumie?

Wokół mnie tłoczyło się tyle ludzi, że pewnie nie znalazłbym szubrawcy, gdyby nie to, że poznałem własną sakiewkę. Na chwilę zaniemówiłem z oburzenia. Szelma jedna – rudowłosa dziewczyna, z wyglądu ulicznica – fachowym wzrokiem oglądała mój mieszek! Po chwili popatrzyła na mnie z rozczarowaniem. 

– Biedny jak mysz kościelna – skwitowała i odrzuciła mi sakiewkę. Byłem tak zszokowany, że mało brakło, a bym się uchylił. 

– Ej – oburzyłem się. – Nie chcę tego słyszeć od nędzarki z ulicy! W dodatku złodziejki.

Wzruszyła ramionami. 

– Nie jesteś zbyt uprzejmy wobec damy – powiedziała, podrzucając Alchemikiem – moim Alchemikiem, jak zdałem sobie sprawę, i dodała – Ale to sobie zatrzymam. 

– Nie ma mowy! – wykrzyknąłem, rzucając się w jej stronę, ale już zdążyła zniknąć w tłumie, zupełnie jakby zapadła się pod ziemię, a ja tylko zderzyłem się z masą ludzką. 

Wściekle zgrzytnąłem zębami. No tak. Miejscy złodzieje zawsze mieli swoje sposoby na ucieczkę przed oburzoną ofiarą. 

***

Z Rynku skręciłem w ulicę św. Jerzego. Tutaj też było tłoczno, ale w porównaniu z tym, czego doświadczyłem przed chwilą, ludzie wydawali się kulturalniejsi i spokojniejsi. Nic zresztą dziwnego, św. Jerzego słynęła ze sprzedaży najświeższych magicznych nowinek. Nie każdy zaś mógł sobie na nie pozwolić. Owszem, alchemicznie napędzane urządzenia nie były już tak drogie jak jeszcze sto lat temu, jednak przeciętny mieszczanin mógł sobie zafundować najwyżej takie buraczane krośnienko czy niewielki piec grzewczy, który jako paliwo zużywał… No, nieważne zresztą. 

Jednak bardziej skomplikowane wynalazki, jak niewielkie czasomierze, odmierzające czas z niezwykłą precyzją tylko dzięki ciepłu skóry właściciela, czy najnowszy cud Wyższej Magii, tak zwany Dalekomów, kosztowały fortunę, mogli więc pozwolić sobie na nie tylko bogaci kupcy, handlujący z Orientem, i panowie feudalni, bezlitośnie wyzyskujący chłopstwo.

Co do mnie, to najwyżej mógłbym popatrzeć przez szybę. Właściciele tych sklepów byli na tyle bogaci, że mogli pozwolić sobie nawet na szkło. 

Tutejsze towarzystwo było też zdecydowanie bardziej obyte w świecie. Zamiast plotek na temat sąsiadów, słychać było dyskusje o polityce i, oczywiście, magii. Ostatnio po mieście krążyły pogłoski o tym, że Zakon wynalazł nowy, bardziej ekonomiczny sposób napełniania Alchemików, który nie wymagał wykorzystania tak ogromnej ilości materiałów organicznych. Człowieka aż ciarki przechodziły, kiedy myślał, jak rewolucyjne dla sztuki wojennej mogłoby się to okazać. Owszem, w chwili obecnej nie prowadziliśmy wojny z Krzyżakami, a stary król nawet niedawno podobno wizytował w Malborku, ale nikt się nie łudził, że nasze stosunki są dobre. Ani nawet, że takimi mogłyby się stać. Bardzo wielu za to uważało, że wojna – prędzej lub później, ale jednak jest nieunikniona. 

Tak rozmyślając, doszedłem do stóp Wawelskiego wzgórza. Krzyżacy Krzyżakami, ale teraz musiałem się skupić na poprawie własnego losu.

***

Przy Bramie Skałecznej oczywiście zatrzymało mnie dwóch strażników. Zapytany, czego chcę, wcisnąłem im naprędce przygotowane kłamstwo. 

– Przyszedłem odwiedzić dziadka, który pracuje w kuchniach. – Po czym podałem im nazwisko, na które kazał mi się powołać mistrz. 

Dlaczego skłamałem, że kuchmistrz jest moim dziadkiem? Tak było po prostu szybciej. Gdybym tylko powiedział, że chcę się spotkać z "tym a tym", to wzięliby się za wypytywanie mnie: "A dlaczego?", "A po co?", "A on cię zna?". O wiele prostszym wydało mi się skłamanie teraz. Potem wystarczyło tylko bardzo głośno krzyczeć, jak bardzo się cieszę na widok "dziadka" i przemycić wiadomość, kto mnie wysłał, zanim zostanę zdekonspirowany. 

Strażnicy spojrzeli po sobie. Nie wyglądałem groźnie. A weryfikacja mojej historii, nawet przez Dalekomów, z kolei im zajęłaby zbyt dużo czasu. 

– Dobra, wezmę dzieciaka do kuchni – westchnął jeden, po czym zwrócił się do mnie – Tylko pamiętaj, mały, jeżeli coś kręcisz, nie będziemy pobłażliwi. 

No, ciarki przebiegły mi po plecach. 

***

Muszę szczerze przyznać, że nie tak wyobrażałem sobie spotkanie z "dziadkiem". Nawet teraz, gdy o tym myślę, wstyd mi, że zamiast postąpić rozsądnie i powiedzieć prawdę, bawiłem się w cwaniaka. 

Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że byłem zaledwie siedemnastoletnim smarkaczem. Marne usprawiedliwienie, ale zawsze jakieś.

Strażnik, tak jak obiecał, zaprowadził mnie do kuchni i posłał którąś z pomywaczek po kuchmistrza. Kiedy ten wszedł do pokoju, momentalnie zrozumiałem, jaką gafę popełniłem. Gość nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia parę wiosen.

Nie wiem, czemu nie przyszło mi do głowy, że mój wiekowy mistrz może mieć młodszych od siebie znajomych. 

Strażnik odwrócił się do mnie, sceptycznie unosząc brew.

– To jest twój dziadek?

Nawet ja, który nie miałem jeszcze żadnego doświadczenia w stosunkach damsko-męskich, zdawałem sobie sprawę, że jest to niemożliwe. 

Widząc na twarzy strażnika wszelkie nieprzyjemności, jakie mnie czekały, już szykowałem się do wyjaśniania, ale w tym momencie do pomieszczenia wpadła starsza kobieta, prowadząc za ucho – o ironio – nikogo innego, jak rudowłosą pannę, która zwędziła mojego Alchemika. 

– Ostatni raz cię tu widzę dziewko – gderała staruszka. – Jak dotąd przymykałam oko na twoje wybryki, ale dość tego! Kraść jedzenie przygotowane na królewski stół! Trzeba mieć tupet!

– Oho, no to widzę, że złapaliśmy dwoje złodziejaszków – odezwał się mój strażnik. – Trzeba smarkaczy nauczyć moresu pod pręgierzem, nie ma wyboru. 

– Chwileczkę! – bardziej zbulwersowałem się niż przestraszyłem. – To ja tu dzisiaj zostałem okradziony, a nie sam kradłem! Protestuję przeciwko stawianiu mnie na równi z tą dziewczyną!

Ruda rzuciła mi spojrzenie pełne pogardy i pokazała język. A potem dyskretnym ruchem ręki sięgnęła za pazuchę i cisnęła Alchemikiem – moim Alchemikiem! – o podłogę. 

Musiała go czymś napełnić, gdyż po pomieszczeniu rozniósł się gryzący zapach. Substancja, która wytwarza się w Alchemikach, jest silnie trująca, dlatego trzeba bardzo uważać, żeby ich nie rozbić. 

Musiałem przyznać, że było to świetne posunięcie. Korzystając ze zdziwienia staruszki, ruda zanurkowała pod jej ramieniem i rzuciła się w stronę drzwi – a ja za nią. Nie bardzo podobała mi się perspektywa pręgierza. 

***

– Dlaczego idziesz za mną?

W odpowiedzi wzruszyłem tylko ramionami. 

Złodziejka zadała to pytanie już drugi raz

Po co strzępić na nią język? 

 Też nie cieszyłem się z jej towarzystwa, ale nie miałem wyboru. Nie znałem zamku. 

Wkrótce jednak zrozumiałem, że moje założenie, że ona go zna i mnie wyprowadzi, było zaiste optymistyczne. 

– Zgubiliśmy się, prawda? – zapytałem w końcu, gdy nie mogłem już ignorować jej niepewnego wyrazu twarzy. Przystanęła nagle, tak że prawie na nią wpadłem, i odwróciła się z ciężkim westchnieniem.

– Teraz się do mnie odzywasz? – W jej głosie słychać było raczej niedowierzanie niż irytację. – Słuchaj, jeżeli nie jesteś w stanie pomóc, najlepiej w ogóle nic nie mów. Poszedłeś za mną na własną odpowiedzialność, więc nie miej do mnie pretensji. 

W pierwszej chwili chciałem odpyskować, ale zaraz zdałem sobie sprawę, że ma rację. Sam byłem sobie winien. Mogłem za nią nie iść. Mogłem zostać, żeby się pokajać. Mogłem nie skłamać strażnikom. Wreszcie, mogłem spokojnie uczyć się, żeby zostać tym cholernym szewcem. Tak wiele możliwości, a skończyłem z ulicznicą w wawelskich kwaterach dla służby, w dodatku z perspektywą zakucia w dyby. Po prostu ślicznie. 

Najbardziej jednak zaskoczyło mnie, że mówiła rozsądnie. Dlatego też postanowiłem tak postąpić i zamknąłem się. 

Niewiele nam to jednak pomogło. Pościg był bliżej niż myśleliśmy. Uszliśmy zaledwie kilka kroków, kiedy usłyszeliśmy zbliżające się głosy. Spojrzeliśmy po sobie w panice. Miałem nieodparte wrażenie, że poznaję głos mojego strażnika. 

– Tędy! – syknąłem, ciągnąc ją w stronę schodów o niskim, kamiennym stropie. Ciągnęło od nich chłodem. 

– Co ty wyprawiasz? – Opierała się, patrząc na mnie z niedowierzaniem. – To musi być zejście do piwnic. Stamtąd nie ma wyjścia na zewnątrz!

– A więc nie będą nas tam szukać – odparłem, starając się brzmieć przekonująco. W rzeczywistości, sam miałem ledwo nikłą nadzieję na wybrnięcie z tych kłopotów. Pogrążałem się coraz bardziej. 

Nie mieliśmy już jednak czasu na szukanie innych możliwości. Dosłownie w ostatniej chwili skoczyliśmy do podziemi, a za nami wyraźnie słychać było odgłos kroków i czyjeś niepokojąco trafne spostrzeżenie: "Tam chyba ktoś jest!"

***

Chyba dobre kilkanaście minut siedzieliśmy w zimnej piwnicy, ukryci za beczkami z jakimś trunkiem, nasłuchując w napięciu, czy ktoś nie schodzi po schodach.

– Nie możemy tu zostać – zauważyła w końcu trzeźwo ruda. Całkowicie się z nią zgadzałem, ale z drugiej strony, nie bardzo miałem ochotę znów błąkać się po kuchniach. 

– Poczekajmy jeszcze chwilę – odszepnąłem i wstałem, by rozejrzeć się nieco. 

– Co robisz? – zainteresowała się dziewczyna. 

– Patrzę, czy nie ma tu czegoś przydatnego – mruknąłem w odpowiedzi. Niestety, najwidoczniej znaleźliśmy się w piwniczce na alkohol i nie było w niej nic poza beczkami. Mogliśmy najwyżej wytoczyć jedną z nich i udawać służących, ale jakoś tak podejrzewałem, że od razu byłoby po nas widać prawdę. Prawdę wręcz nagą.

Jedna beczka chyba przeciekała. W powietrzu rozchodził się nieprzyjemny, gryzący zapach. 

…gryzący zapach?

– Nie masz przy sobie tamtego Alchemika, prawda? – zapytałem ostrożnie. Dziewczyna spojrzała na mnie, jakbym był nienormalny.

– Oczywiście, że nie! – odparła, jak na mój gust zdecydowanie zbyt głośno. – A dlaczego miałabym…?

Urwała. Kojarzyła fakty szybciej, niż się spodziewałem. Lekko zbladła. 

– Dalej uważasz, że nie powinniśmy stąd iść? – zapytała niepewnym głosem. 

– Owszem. Ba, wręcz przeciwnie – odparłem z szerokim uśmiechem. – Zamierzam znaleźć źródło tego zapachu. 

– Że co!?

Przyznaję, że mogłem w tym momencie wydać się co najmniej lekkomyślny. W rzeczywistości jednak ryzyko nie było wcale takie duże. To prawda, że rozbicie Alchemika skutkowało powstaniem trujących oparów. Jednak naprawdę groźne były one w przeciągu zaledwie kilku minut od wydostania się na powietrze. Potem można było najwyżej nabawić się bólu głowy. A więc, skoro przez tych kilkanaście minut naszego pobytu w piwnicy nic nam się nie stało, to znaczyło, że Alchemik musiał zostać uszkodzony już jakiś czas temu. 

Wiem, że prawdopodobnie nie sprawiałem dotąd takiego wrażenia, ale nie byłem po prostu rozkapryszonym dzieciakiem, któremu wydawało się, że jest nie wiadomo kim. Naprawdę miałem trochę wiedzy na temat Magii. 

Wyjaśniłem to szeptem rudej. Patrzyła na mnie nieco sceptycznie, ale już nie panikowała. 

– No dobrze, ale po co ci go szukać? 

– A ciebie nie interesuje, co robi uszkodzony Alchemik w piwnicy zamkowych kuchni? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. 

– To Wawel! Tutaj jest Alchemików na pęczki! – odparła, ale widziałem już błysk w jej oczach. 

Co prawda, nie nazwałbym tego ciekawością, ale raczej inną, bardziej przyziemną skłonnością. 

Tak więc zabraliśmy się za przeszukiwanie piwnicy. Wkrótce zrozumieliśmy, że pobieżne oględziny nic nie dadzą. 

– Musimy popatrzeć też za beczkami – stwierdziłem w końcu. Myślałem, że dziewczyna będzie protestować, ale ona chyba też się zapaliła do poszukiwań. 

Początkowo staraliśmy się jeszcze przesuwać je w miarę cicho, ale nie bardzo nam to szło i w końcu praktycznie zrezygnowaliśmy z ostrożności. Po kilku minutach gorączkowego przetaczania beczek, ruda zaczęła nagląco machać do mnie ręką. Kiedy podszedłem bliżej, odsunęła się nieco, żeby ukazać mi klapę w podłodze.

– Myślisz, że to stąd? – zapytała. 

– Nie dowiemy się, dopóki jej nie otworzymy – odparłem zdecydowanie. 

Tak też zrobiliśmy. Zapach, który nas owionął, nie pozostawiał wątpliwości. Odruchowo zasłoniłem usta rękawem koszuli. Ostrożności nigdy zbyt wiele. 

Wpatrywaliśmy się w czarny otwór, niepewni, co robić dalej. 

– Chodźmy – zadecydowałem w końcu za nas oboje. – Narobiliśmy tyle hałasu, że w każdej chwili ktoś może tu przyjść. 

– Jesteś pewien, że to bezpieczne?

Nie byłem, ale i tak przytaknąłem. Powoli spuściliśmy się wgłąb tunelu. 

***

Rozbity Alchemik czekał na nas na dole. Strop miał tak na oko nieco ponad metr sześćdziesiąt, wystarczająco dla przeciętnego, a nawet wysokiego mężczyzny. Ruda zamknęła za nami klapę – na wszelki wypadek – i zapanowała całkowita ciemność. Na szczęście miałem przy sobie niewielki magiczny kaganek. 

– Spójrz – szepnęła do mnie dziewczyna, pokazując na niewielki przedmiot, który ukazał nam się w kręgu słabego światła. Faktycznie, był to rozbity Alchemik. Zbiornik miał chyba zrobiony ze szmaragdu, tak żeby był trwalszy niż zwykły, szklany. Trudniejszy do rozbicia. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w niego w milczeniu. 

– Jak myślisz, był zamontowany w piwnicy czy od wewnątrz? – zapytała złodziejka. Zastanowiłem się. 

– Od zewnątrz – odpowiedziałem po chwili namysłu. – Inaczej zapach w piwnicy nie byłby tak silny. Ktoś musiał go tu zrzucić. Może żeby zatrzeć ślady? 

– A więc klapa nie była zamknięta, aby nie wpuścić intruzów, ale żeby czegoś nie wypuścić – wypowiedziała na głos to, o czym oboje pomyśleliśmy. Wzdrygnąłem się.

– Chodźmy dalej. 

Nie szliśmy nawet kilku minut, kiedy natknęliśmy się na drzwi. Również przed nimi leżał rozbity szmaragdowy Alchemik. I tym razem ciężko było stwierdzić, po której stronie go pierwotnie przymocowano. Spijrzeliśmy po sobie, nic nie mówiąc. Robiło się coraz ciekawiej – ale i niebezpieczniej. 

Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Zacząłem podejrzewać, że Alchemiki mogły być przymocowane naprzemiennie, raz od wewnątrz, raz od zewnątrz, co zwiększałoby wydajność systemu zabezpieczeń. Ten typ zazwyczaj umieszczano przy metalowych zamkach. Były one wrażliwe na każdą próbę zaburzenia mechanizmu, a więc jeżeli próbowano otworzyć drzwi inaczej niż właściwym kluczem, to zazwyczaj blokowały zamek albo wydzielały trujące substancje. Nie muszę chyba mówić, że magia tego typu osiągała horrendalne ceny. Widząc, ile trudu i pieniędzy włożono w zabezpieczenie tunelu, czuliśmy coraz większe zdenerwowanie. Nie tylko tym, że mogliśmy zostać złapani, ale także faktem, iż ktoś przed nami złamał te wszystkie zabezpieczenia. I ten ktoś ciągle mógł w tunelu być. 

W takich nastrojach dotarliśmy do ostatniej przeszkody.

***

"W imieniu Jego Królewskiej Wysokości, z Bożej łaski króla Polski, pana i dziedzica ziem krakowskiej, sandomierskiej, sieradzkiej, łęczyckiej, Kujaw, Pomorza i Rusi, zabrania się przejścia wszelkiemu intruzowi, czy byłby to rycerz, kmieć czy sługa Boży, bez Królewskiego Zezwolenia, pod groźbą kary śmierci": brzmiała inskrypcja na pergaminie, rozwieszonym na ciężkich dębowych drzwiach. Pod nią widniała pieczęć królewska, zaś tuż przy naszych nogach leżał – jakże wymowny znak pogwałcenia zakazu władcy – zniszczony Alchemik. 

Jeżeli dotąd nie zdawaliśmy sobie sprawy z powagi sytuacji, teraz rozumieliśmy to aż za dobrze. Nie musiałem nawet patrzeć na moją towarzyszkę, żeby wiedzieć, że jest co najmniej tak blada, jak musiałem być ja. 

– Co teraz? – zapytałem po chwili ciszy i aż sam zdziwiłem się, jak słabo brzmiał mój głos. 

– Już za późno, żeby wrócić – odparła równie cicho złodziejka. – Złapią nas.

– Chyba lepiej, żeby to zrobili w tamtej piwnicy niż tutaj – zauważyłem, ale ona pokręciła głową.

– A jak wytłumaczymy rozbite Alchemiki? Nie wyplączemy się z tego tak łatwo. Musimy iść dalej. 

Zdziwiło mnie, że ta dziewczyna, która wcześniej tyle się zamartwiała, teraz była w stanie okazać większe zdecydowanie niż ja. Zrobiło mi się niedobrze, gdy zdałem sobie sprawę, że tak właściwie, to ja nas tu przyprowadziłem. Ruda powiedziała jednak:

– Chodźmy.

I musiałem jej posłuchać. 

Po drugiej stronie drzwi nie było już tunelu, lecz duże pomieszczenie wykute w skale, oświetlone słabym blaskiem magicznych kaganków. Zatrzymaliśmy się u wejścia, niepewni, co robić dalej. Strach, że mogliśmy znaleźć się w ślepym zaułku, był paraliżujący. I wtedy nagle gdzieś przed nami odezwał się czyjś głos.

– Kim jesteś?

Serce momentalnie podskoczyło mi i wywinęło fikołka, zanim się zorientowałem, że nie było to pytanie wypowiedziane tonem groźby, wręcz przeciwnie, mógłbym nawet powiedzieć, że w głosie nieznajomego pobrzmiewała pewna nuta niepokoju. 

– O to samo moglibyśmy zapytać i my – odparła stojąca obok mnie dziewczyna. Nie wydawała się przy tym zbyt pewna siebie. 

– Dobre wychowanie nakazuje najpierw przedstawić się intruzowi – zauważył głos. – Ale być może zasady te zmieniły się, odkąd ostatni raz byłem na powierzchni.

W mroku coś się poruszyło i chwilę później w kręgu słabego światła pojawiła się ludzka sylwetka. A przynajmniej na pierwszy rzut oka ludzką się wydawała. 

Obok mnie ruda wydała zduszony okrzyk. Doskonale ją rozumiałem. Istota, która się przed nami pojawiła, być może przypominała człowieka, ale żaden człowiek nie miał takich oczu – złotych z pionowymi źrenicami, a jego rąk z pewnością nie porastała szmaragdowo-zielona łuska. Nie wspominając już o tym, że ta sama łuska widniała również gdzieniegdzie na jego twarzy. Naprawdę, trudno było stwierdzić, czy mieliśmy do czynienia z gadem, czy przedstawicielem rpdzaju ludzkiego. Strach niemal nas sparaliżował.

I wtedy dziwna istota wydała z siebie pełne żalu westchnienie. 

– No tak, zrozumiała reakcja. Paskudztwo nie zniknie jeszcze przez ładnych parę setek lat. 

– Czym ty jesteś? – wyrwało mi się, zanim moja odwaga zdążyła się zorientować, co zamierzam, i wziąć nogi za pas. 

– Nie słyszeliście o smokach? – gad zdziwił się, najwyraźniej całkiem na poważnie. – Tym przynajmniej w zamierzeniu miałem być. Teraz na szczęście moje ciało powoli wraca do normy. 

– Smokiem? Wawelskim? – zapytała z powątpiewaniem moja towarzyszka. "Smok" wzruszył ramionami. 

– A czy to ma znaczenie jakim? Mógłbym równie dobrze być hradczańskim i równie nieszczęśliwym. Może teraz wy się przedstawicie?

Spojrzeliśmy po sobie z wahaniem. Istota wydawała się niegroźna, choć tytułowała się smokiem.

– Jestem Gabriel, terminuję u szewca. – Jak na mężczyznę przystało, postanowiłem dać przykład odwagi i zdecydowania. Albo i lekkomyślności, jak kto woli. 

– Aniela – mruknęła dziewczyna obok. Obdarzyłem ją spojrzeniem pełnym niedowierzania.

– Że jak? 

Odpowiedziała pogardliwym wzrokiem.

– A z ciebie to niby jaki archanioł?

W sumie miała rację. Były z nas dwa najbardziej niedobrane aniołki na świecie. 

– A ja jestem Ignacy – wtrącił smok. Teraz z kolei oboje wbiliśmy w niego zszokowane spojrzenia. Westchnął. – Kiedyś bardziej pasowało. 

Zapadła niezręczna cisza. Sytuacja była tak absurdalna, że nikt nie wiedział, co powiedzieć. Prawdopodobnie potrafilibyśmy lepiej się odnaleźć, gdyby Ignacy, zamiast się przedstawiać, próbował nas pożreć. 

– Ehm, a więc, panie Ignacy – zacząłem w końcu, przypominając sobie o niebezpieczeństwie, w jakim się znaleźliśmy. – Czy nie moglibyście nam powiedzieć, czy nie ma stąd innego wyjścia niż to, którym tu weszliśmy?

– Jest ich dużo, ale wszystkie zamknięte. W końcu to więzienie – odparł ku naszej rozpaczy smok, po czym nagle spojrzał na nas podejrzliwie. – A dlaczego nie możecie wrócić tym, którym tu przyszliście? Nie macie kluczy?

Milczeliśmy zakłopotani. Oczy Ignacego zwęziły się. 

– Nie jesteście tu z rozkazu Czarodzieja, prawda? Jak się tu dostaliście?

– Zamki były otwarte – wyjaśniłem niepewnie. Smok natychmiast rzucił się naprzód. Przekonani, że jednak zdecydował się nas zjeść, uskoczyliśmy z piskiem, ale jego obchodziły tylko otwarte drzwi.

– Faktycznie – szepnął, jakby tylko do siebie. – Otwarte. – Po czym nagle roześmiał się w głos z niedowierzaniem. – Czyżbym po tylu latach wteszcie był wolny?

– Szczerze w to wątpię – odważyłem się wtrącić, gdy już zrozumiałem, że nie skończę jednak w jego żołądku. – Trudno byłoby panu wydostać się z zamku bez zostania złapanym.

Ignacy zasępił się. Dobrze wiedział, że mam rację. Owszem, pod wieloma względami przypominał człowieka. Miał ludzką sylwetkę i poza oczami oraz tymi kilkoma łuskami, ludzkie rysy twarzy. Długie blond włosy mogły nawet przysłonić szmaragdowe plamki na kościach policzkowych, ale te oczy i gadzie dłonie… 

– Wybacz, ale w zasadzie to nie wyjaśniłeś nam, czym właściwie jesteś? – wtrąciła Aniela. Gdybym był rozsądniejszy, pewnie zwróciłbym jej uwagę na to, że nie tym się powinniśmy teraz martwić, ale… Sam byłem cholernie ciekawy, skąd wziął się smok pod Wawelem. W legendę jakoś nie wierzyłem.

Ignacy jednak, zamiast nam odpowiedzieć, spojrzał na nas z powagą.

– Jeżeli Czarodziej nie wie, że tu jesteście, powinnyście jak najszybciej stąd uciekać, dzieci – powiedział cicho. – To nie jest bajka o złym smoku, jak już się pewnie zdążyliście zorientować. Nie, w tej legendzie są tylko ludzie i to niektórzy z nich bardzo zdesperowani, by taki twór jak ja pozostał w ukryciu. 

– O czym ty mówisz? – zdziwiła się Aniela, ja jednak poczułem, jak strużka zimnego potu spływa mi po plecach. Twór? Właśnie, czy on przypadkiem wcześniej nie mówił, że jego ciało wraca do normy? Czym jednak była norma? Smokiem? 

A może człowiekiem?

– Jesteś… Nie, to niemożliwe – szepnąłem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. – Używanie Alchemików na ludziach od zawsze było zabronione. Nie tylko przez Kościół, przez prawo też.

– Zabijanie również jest zabronione. – Ignacy wzruszył ramionami. – A jednak ludzie i tak to robią. 

A więc jednak.

– Chcesz powiedzieć, że… – zaczęła Aniela, lecz coś jej przerwało. Głuchy dźwięk. Jakby…odgłos kroków?

***

Gdyby jeszcze tego samego dnia rano ktoś powiedział mi, że skończę w wawelskim lochu, nawet nie marnowałbym energii na wyśmianie go. A jednak tak się stało i była to wyłącznie moja wina.

Siedząc na kamiennej posadzce i tępo wpatrując się w przegniłą słomę, w zasadzie jedyne wyposażenie celi, nie mogłem się nadziwić, jak do tego doszło. A przecież jeszcze rano naburmuszony na matkę, która po raz kolejny usiłowała przemówić mi do rozsądku i przekonać do terminu u szewca, zjadłem niezbyt dobrą owsiankę i wyszedłem, trzaskając drzwiami. Jakże abstrakcyjną wydawała mi się myśl, że mogę jej już nigdy nie spotkać!

– Gabryś. – Usłyszałem cichy głos Anieli z sąsiedniej celi. Z jakiegoś powodu uparła się, żeby zdrabniać moje imię. – Ale my jesteśmy głupi.

– Nie masz mi za złe? – zapytałem zachrypniętym głosem.

– Czego? – odpowiedziała zrezygnowanym tonem. – Poszłam za tobą na własną odpowiedzialność.

Jednak była rozsądna. Zapewne rozsądniejsza ode mnie, choć skończyliśmy tak samo. Żałowałem przez chwilę, że odzywałem się do niej z taką wzgardą, ale potem znowu myśli o własnym losie zajęły moją uwagę. 

Przypomniał mi się człowiek, który wszedł wtedy do jaskini smoka. Ignacy nazwał go Czarodziejem, zapewne więc był jakimś wysoko postawionym na dworze Magistrem Magii. Może nawet kimś więcej. Dwóch strażników, którzy z nim przyszli, na jego znak, bez większego trudu złapali mnie i Anielę. On jednak potem nie zwracał na nas już w ogóle uwagi, zajął się za to oglądaniem zniszczonego Alchemika przy drzwiach. Ignacy patrzył na nas ze smutkiem. 

"Cholera", pamiętam, jak sobie wtedy pomyślałem. "Ona ma kompletną rację. Jaki ja jestem cholernie głupi."

***

Nie wiem, jak długo trzymali nas w lochu, zanim ktoś się nami zainteresował. Na początku próbowałem odmierzać czas posiłkami, ale to tylko pogarszało mój głód. Wreszcie, po kilku dniach – może tygodniach? – usłyszałem, jak drzwi celi się otwierają. Do środka wszedł nieduży, ciągle jeszcze młody ksiądz o dobrotliwej twarzy, ale w której rysach kryło się też coś twardego i zdecydowanego.

– Jesteś moim ostatnim spowiednikiem, ojcze? – zapytałem, głosem zachrypniętym z pragnienia, którego marny dzbanek wody nigdy nie był w stanie zaspokoić. Oblizałem spękane wargi, a on spojrzał na mnie szczerymi, smutnymi oczyma.

– Być może, chłopcze, ale wolałbym jednak uniknąć tej niewdzięcznej roli, jeśli pozwolisz – szepnął, po czym podszedł z powrotem do drzwi i powiedział coś do strażników. Usłyszałem chrzęst metalu i wywnioskowałem z tego, że odeszli. Coś, jakby na kształt nikłej iskierki nadziei, obudziło się w moim sercu.

– Jak ci na imię? – zapytał ksiądz, siadając naprzeciwko mnie na podłodze.

– Gabriel, ojcze – odparłem.

– Ładne imię. Należące do Archanioła. – Uśmiechnął się. – Ja jestem Piotr. Możesz mi mówić "ojcze Piotrze" – przedstawił się, po czym, nie czekając na odpowiedź, ciągnął – Widzisz, przypadło mi bardzo niewdzięczne zadanie porozmawiania z wami o tym, co dalej was czeka. Niewdzięczne, aczkolwiek… Nie powiem, żebym o nie nie zabiegał.

Wpatrywałem się w niego nierozumiejącym wzrokiem. Nachylił się do mnie i mówił już całkiem poważnie.

– Ty i twoja towarzyszka widzieliście coś, czego nie powinniście byli widzieć – za żadne skarby. Nie ma więc najmniejszych szans, żebyście wrócili do waszych domów jak gdyby nigdy nic. Jest natomiast możliwość, że uda wam się uratować życia.

Nadstawiłem uszu. Nadzieja, co do której byłem przekonany, że już dawno zniknęła, nagle z nową mocą wybuchła mi w piersi tak, że aż mnie zabolało. 

– Jednakże za ogromną cenę – dodał zaraz ojciec Piotr. Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. – Oślepią was i odetną wam języki jako tym, którzy złamali królewski zakaz. W ten sposób, pewne osoby kupią sobie wasze milczenie. Oczywiście, alternatywą jest śmierć, podejrzewam, że w oskarżeniu o czary czy coś takiego.

Patrzyłem na niego niewidzącym wzrokiem. Ostatnie odłamki nadziei powoli rozrywały moje serce. Wtedy jednak ojciec Piotr nachylił się jeszcze bardziej, złapał mnie za ramię i mówił dalej, a oczy mu błyszczały. 

– Mi jednak nie podoba się to, że prawo kościelne ma służyć interesom tych, którzy je łamią w tak ohydny sposób. Nie podoba mi się okaleczanie młodych w imię ukrywania brudnych i odrażających eksperymentów na ludziach. Wreszcie, nie podoba mi się trzymanie tego biedaka, który tyle już wycierpiał, kolejne sto lat w tej przeklętej jaskini. 

– A więc ojciec wie! – wydałem z siebie zduszony okrzyk, nie mogąc się powstrzymać. Duchowny spojrzał na mnie karcąco. 

– Sza! Nic już nie mów, tylko słuchaj. Zorganizuję wam ucieczkę, pod warunkiem, że weźmiecie ze sobą Ignacego. Chcę dać waszej trójce szansę na ocalenie życia, a przynajmniej godności. Musisz mi tylko obiecać, że uciekniecie wszyscy.

Nie zastanawiałem się długo. Praktycznie natychmiast skinąłem głową. Duchowny ścisnął mocniej moje ramię i zrobił szybko znak krzyża na moim czole. 

– Dziękuję. Podeślę wkrótce umyślnego, który was wtajemniczy w plan ucieczki – obiecał i już zbierał się, żeby odejść, ale złapałem go za skraj sutanny. 

– Kim właściwie ojciec jest? – zapytałem gorączkowym szeptem. – Za zniszczenie tamtych Alchemików także ojciec odpowiada?

Szczerze mówiąc, strzelałem na ślepo, ale duchowny uśmiechnął się szeroko i przyłożył palec do ust. 

– Nie ma nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw, synu – odparł pogodnym głosem. – A moim zadaniem, jako księdza, jest tylko nieco przyłożyć rękę do tego, aby słowa naszego Pana się spełniły.

***

I tak właśnie się kończy – a właściwie, zaczyna, ta historia. Nie jestem w stanie stwierdzić, teraz, kiedy to piszę, na ile komukolwiek się ona przyda. Być może nikt jej nie przeczyta. 

Ani Ignacego, ani Anieli nie ma już na tym świecie. Odeszli jednak z godnością. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że powinienem pisać dalej. Bo naprawdę istnieje na tym świecie wiele rzeczy, które nie mogą i nie powinny pozostawać w ukryciu. 

Koniec

Komentarze

Przykro mi to pisać, Adanbareth, ale opowiadanie, zupełnie nie przypadło mi do gustu, w dodatku nie udało mi się dociec, co miałaś nadzieję opowiedzieć.

Twoja historia w niewielkim stopniu nawiązuje do legendy o Smoku Wawelskim, jest przy tym strasznie nudna, rozwlekła i mocno przegadana. Nie zorientowałam się, czemu służą rzeczone Alchemiki, nie wiem też czemu są pisane wielką literą. Nie mam pojęcia, w jaki sposób opowiadanie wiąże się z konkursem, ale to już zmartwienie jurorów, nie moje.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

w za­sa­dzie mogę Wam opo­wie­dzieć. –> Rozumiem, że to kurtuazja wobec czytelników, ale wielka litera nie jest tu konieczna.

 

za­kła­ma­ni Cza­ro­dzie­je, lu­dzie o jasz­czu­rzych oczach… –> Dlaczego wielka litera?

 

– Gwoli ści­sło­ści, to nie, nie chcę – od­par­łem po­nu­ro, pod­rzu­ca­jąc w ręku sta­re­go, pęk­nię­te­go Al­che­mi­ka, któ­re­go zna­la­złem gdzieś na uni­wer­sy­tec­kim śmiet­ni­ku – smut­na po­zo­sta­łość mo­je­go wy­na­laz­ku . –> Staraj się unikać w dialogach dodatkowych półpauz, bo doskonale utrudniają lekturę.

Zbędna spacja przed kropką.

Z dalszej treści opowiadania dowiedziałam się, że Alchemik to naczynie/ rzecz, ale nie wiem dlaczego piszesz tę nazwę wielką literą.

Co takiego wynalazł bohater?

A skoro to przedmiot, winno być: – Gwoli ści­sło­ści, to nie, nie chcę – od­par­łem po­nu­ro, pod­rzu­ca­jąc w ręku sta­ry, pęk­nię­ty Al­che­mi­k/ alchemik, któ­ry zna­la­złem gdzieś na uni­wer­sy­tec­kim śmiet­ni­ku, smut­ną po­zo­sta­łość mo­je­go wy­na­laz­ku.

 

Nawet żacy z Uni­wer­sy­te­tu uczą się la­ta­mi… –> Dlaczego wielka litera?

 

Spe­cjal­nie po­świę­ci­li jeden z dłu­gów, któ­re­go im nie zwró­co­no, by za­pew­nić mi cho­ciaż ter­min u po­rząd­ne­go rze­mieśl­ni­ka. –> Jak można poświęcić na określony cel, coś, czego się nie ma?

 

usi­ło­wał go za­głu­szyć swoim nie­bez­piecz­nie wy­so­kim gło­sem. –> Co sprawia, że wysokość głosu staje niebezpieczna?

 

Wy­gra­bo­wa­ne skóry, sukno, gda­czą­ce kur­cza­ki. –> Wy­gar­bo­wa­ne skóry, sukno, gda­czą­ce kur­cza­ki.

 

z umiar­ko­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem oglą­da­jąc "sa­mo­przę­dzą­ce kro­sno"… –> …z umiar­ko­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem oglą­da­jąc "sa­mo­przę­dą­ce kro­sno"

 

lu­dzie będą o sie­bie za­cha­czać, dep­tać… –> …lu­dzie będą o sie­bie za­ha­czać, dep­tać

Adanbareth! Bój się bogów!

 

fa­cho­wym wzro­kiem oglą­da­ła mój mie­szek! –> Na czym polega fachowość wzroku?

 

wy­na­laz­ki, jak nie­wiel­kie cza­so­mie­rze, od­mie­rza­ją­ce czas… –> Masło maślane.

 

tak zwany Da­le­ko­mów… –> Dlaczego wielka litera?

 

do­sze­dłem do stóp Wa­wel­skie­go wzgó­rza. –> …do­sze­dłem do stóp wa­wel­skie­go wzgó­rza.

 

byłem za­le­d­wie sie­dem­na­sto­let­nim smar­ka­czem. –> Siedemnastoletni młodzieniec, to już nie smarkacz.

 

jak ro­do­wło­są pannę, która zwę­dzi­ła mo­je­go Al­che­mi­ka. –> Literówka.

 

gdyż po po­miesz­cze­niu roz­niósł się gry­zą­cy za­pach. –> …gdyż w po­miesz­cze­niu roz­niósł się gry­zą­cy za­pach.

 

Zło­dziej­ka za­da­ła to py­ta­nie już drugi raz –> Brak kropki na końcu zdania.

 

cią­gnąc ją w stro­nę scho­dów o ni­skim, ka­mien­nym stro­pie.… –> Od kiedy schody mają strop?

Strop może mieć jakieś pomieszczenie, ale nie schody.

 

za­bra­li­śmy się za prze­szu­ki­wa­nie piw­ni­cy. –> …za­bra­li­śmy się do prze­szu­ki­wa­nia piw­ni­cy.

 

Po­wo­li spu­ści­li­śmy się wgłąb tu­ne­lu. –> Po­wo­li spu­ści­li­śmy się w głąb tu­ne­lu

 

Strop miał tak na oko nieco ponad metr sześć­dzie­siąt… –> Skąd w średniowieczu wiedziano o metrach?

 

Nie szli­śmy nawet kilku minut… –> Nie szli­śmy nawet kilka minut

 

I tym razem cież­ko było stwier­dzić… –> I tym razem trudno było stwier­dzić

 

Spij­rze­li­śmy po sobie… –> Literówka.

 

raz od wrw­nątrz… –> Literówka.

 

bez Kró­lew­skie­go Ze­zwo­le­nia, pod groź­bą kary śmier­ci… –> Dlaczego wielkie litery?

 

brzmia­ła in­skryp­cja na per­ga­mi­nie… –> Na pergaminie nie mogło być inskrypcji.

 

ta dziew­czy­na, która wcze­śniej tyle się za­mar­twia­ła… –> …ta dziew­czy­na, która wcze­śniej tak się za­mar­twia­ła

 

– Dobre wy­cho­wa­nie na­ka­zu­je naj­pierw przed­sta­wić się in­tru­zo­wi – za­uwa­żył głos. –> Dlaczego ktoś miałby przedstawiać się intruzowi?

 

po­ra­sta­ła szma­rag­do­wo-zie­lo­na łuska. –> …po­ra­sta­ła szma­rag­do­wozie­lo­na łuska.

 

czy przed­sta­wi­cie­lem rpdza­ju ludz­kie­go. –> Literówka.

 

– Czyż­bym po tylu la­tach wtesz­cie był wolny? –> Literówka.

 

– Trud­no by­ło­by panu wy­do­stać się z zamku bez zo­sta­nia zła­pa­nym. –> – Trud­no by­ło­by panu wy­do­stać się z zamku i nie zostać zła­pa­nym.

 

Jakby…od­głos kro­ków? –> Brak spacji po wielokropku.

 

"Ona ma kom­plet­ną rację. Jaki ja je­stem cho­ler­nie głupi." –> Czy racja może kompletna?

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Mi jed­nak nie po­do­ba się to… –> Mnie jed­nak nie po­do­ba się to

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Po pierwsze – jesteś pewna, Autorko, że to jest opowiadanie na właściwy konkurs?

Wszak to zwykłe fantasy z magią w tle.

Ale nie będę tak surowy jak Regulatorzy – nie jest tak źle. Co prawda ten tekst wygląda jak wstęp do czegoś większego, bo nic się tu nie kończy ani nie jest wyjaśnione, ale w swoim gatunku do przyjęcia.

Jedynie ksiądz Piotr kompletnie niewiarygodny (kontroli kadr w tych służbach nie ma ;P?), no i główny bohater nieco przefajnowany i nie budzi wielkiej sympatii.

Natomiast, droga Autorko, wrzucanie tekstu z tyloma literówkami to brak szacunku dla czytających :/. Wrzuć w edytor, zobacz, co podkreśla na czerwono, i popraw. Takie to trudne?

W szczegółach (pewnie się powtórzę za Regulatorami):

– “Wygrabowane skóry” – grabić to można liście;

– “Zachaczać” – brr, znasz takie słowo “hak”? i jego rodzinę?;

– “tłoczyło się tyle ludzi” – to jest niby do przyjęcia, ale wersją właściwszą jest “tylu ludzi”;

– “nie znalazłbym szubrawcy” – szubrawiec jest rodzaju męskiego, więc “szubrawca”;

– “czasomierze, odmierzające czas” – gdyby czasomierze miały gotować, to byłoby o czym wspomnieć ;); a tak masz pleonazm;

– “podobno wizytował w Malborku” – to coś nie po polsku jest; “wizytować” można coś;

– “jak rodowłosą pannę” – uwaga, RODO! literówka;

– “w piwniczce na alkohol” – raczej tak się wtedy nie mówiło, jak mi się wydaje; “trunki” byłyby odpowiedniejsze;

– “gorączkowego przetaczania beczek” – a wiesz, ile waży beczka? to nie są kartony z mlekiem;

– “spuściliśmy się wgłąb tunelu” – “spuścić” to się można na linie, a oni zeszli; poza tym “w głąb”;

– “nieco ponad metr sześćdziesiąt” – a kto im w tym średniowiecznym Krakowie takie miary ustalił? jakiś podróżnik w czasie?;

– “cieżko było stwierdzić” – ogonka brakuje;

– “Spijrzeliśmy po sobie” – literówka;

– “Wrwnątrz” – tu też;

– “rpdzaju ludzkiego” – i tu;

– “wteszcie” – i jeszcze tu.

 

Znaczy – długa jeszcze droga przed tobą, Autorko, ale pierwsze kroki już zrobiłaś!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Zajrzałam, przeczytałam.

Mam podobnie jak Staruch – niektóre elementy mi się podobają, ale odnoszę wrażenie, że to dopiero początek historii. Najciekawszą część zachowałaś dla siebie.

Fajny pomysł z alchemikami (nie wiem, czy nazwa jest fortunna, bo sugeruje człowieka), chociaż chętnie dowiedziałabym się o nich więcej – czym się je “karmi”, do czego dokładnie służą, czemu bohater nosił jeden przy sobie…

Wykonanie mocno takie sobie. Trochę zamieszania z dużymi literami, ale najbardziej kłuje w oczy ten gruby ortograf.

Babska logika rządzi!

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem. 

Przeczytałem.

Tekst nie spełnia wymagań konkursu: jest fantasy w sztafażu stylizowanym na renesansowy Kraków, wynalazki, o których mowa, motywowane są magicznie, a rozwój techniki nie odgrywa żadnej roli w świecie przedstawionym. Konstrukcyjnie jest słabe: całość akcji trzyma się na jednym, niepotrzebnym i nieprawdopodobnym kłamstwie bohatera o tym, że idzie się spotkać z dziadkiem, a bohater nie ma żadnych powodów, by kłamać. Rozwiązanie jest przycięte i przyspieszone, zakończenie urwane – rozbudowanie tekstu na pewno by mu pomogło, bo jakiś potencjał ta historia ma (choć, że powtórzę, niekoniecznie do tego konkretnego konkursu). Wykonanie (styl etc.) pozostawia sporo do życzenia. 

Niemniej, chętnie bym przeczytała rozbudowaną i poprawioną wersję.

Niestety tekst niezbyt wpasował się w założenia konkursu. Sama historia też mnie nie uwiodła. Uważam, że do klasycznych motywów i do legend trzeba podchodzić z pomysłem na świeże ujęcie tematu – tutaj tego zabrakło. O Smoku Wawelskim było już sporo, pomysł na „dobrą bestię” też nie został ciekawie wykorzystany. W dodatku postaci narratora i jego towarzyszki wyglądają na… przypadkowe. Jakby to był fragment z nieznanej mi całości. Możliwe, że najciekawsza historia zaczyna się w momencie, w którym kończy się Twoje opowiadanie. 

Najgorszej w tekście wypada świat – taki dziwny kogel mogel, umagiczniony i z lekka uwspółcześniony Kraków. Niewiele w niej interesujących rzeczy, poza ciekawymi i z lekka humorystycznymi wynalazkami Alchemików.

Najlepiej natomiast wypadają bohaterowie. Polubiłem tę zgraję, nawet jeśli nie są przesadnie rozbudowani. Sam bohater-narrator przypadł mi do gustu. I trochę szkoda, że sam tekst stanowi raczej wstęp znajomości tejże grupy, do tego z zaznaczonym tragicznym końcem. "Tragicznym", bo bohater zostanie koniec końców sam. Czuję się jako czytelnik obrabowany z ciekawości :(

Wykonanie mocno kuleje, sporo tu nadmiarowych opisów oraz kulawych uzasadnień fabularnych. Choć może za bardzo szukam sensu w tekście humorystycznym.

Podsumowując: są tu fajni bohaterowie, ale koniec końców koncert fajerwerków nie rzucił na kolana.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajnie to napisane, z biglem, widać, że masz smykałkę do snucia opowieści. Szkoda, że nie dałaś rady pokazać zamkniętej, pełnej historii ani nie przedstawiłaś w spójny sposób stojącego za nią świata. Bo głównym grzechem tego opowiadania jest niedostosowanie kompozycji do limitu. W efekcie, po przydługim wstępie i krótkim rozwinięciu masz zupełnie niepasujące do nich, rozpaczliwie pospieszne zakończenie. Po drodze gubisz koncept Alchemików, które z obiecującego i bogatego pomysłu zmieniają się w łatwy do oszukania system zabezpieczeń. No i wprowadzasz dwoje ciekawych bohaterów, tylko po to, żeby w finale poinformować czytelnika, że oni już nie żyją. O ile brak rozwinięcia wątku romansowego między rudą i narratorem jestem Ci w stanie wybaczyć, to całkowite porzucenie tajemnicy smoka jest błędem niewybaczalnym.

Ale pisz dalej, bo masz iskrę. Boję się jednak, że poniżej trylogii się nie pomieścisz ;)

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Hm, nie widzę w tym tekście nawiązania do tematyki konkursu. Nie widzę żadnej technologii, żadnych wynalazków. To czyste fantasy. Dla mnie kolejnym minusem jest fakt, że to próba retellingu historii o smoku wawelskim, która wypada słabo. Zabrakło tu jakieś oryginalności i świeżości. Poza tym bohater jest kretynem i czytając jedynie zgrzytałam zębami. Wybacz za te mocne słowa, ale tak to odebrałam. Aby wykreować zabawnie głupkowatego huncwota, który wzbudziłby sympatię, trzeba trochę więcej. Pozostaje mi tylko żywić nadzieję, że się jeszcze tego nauczysz. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka