- Opowiadanie: Czeski_Wiking - Babilon

Babilon

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

cobold

Oceny

Babilon

BABILON”

 

 

Berlin, 1 maja 1939 r.

 

Pierwszy maja był dniem wyczekiwanym przez większość Niemców, którzy na kilka godzin mogli odejść od taśm w fabrykach i cieszyć się ciepłą pogodą. Wiosenne świętowanie nie było jednak dla wszystkich. Niektórzy jednak musieli tego dnia pracować. Wiaczesław siedział zmęczony przy stoliku na balkonie i wpatrywał się w zawartość nieco przykurzonej szklanki, trzymanej w dłoni. Wódka, którą pił była ciepła i lekko zwietrzała, ale za to bezbłędnie odganiała smutki i zmartwienia, a tych miał ostatnio niemało. Do tego dochodził tępy ból głowy, towarzyszącu mu od momentu wyjścia z samolotu. Wiosenne słońce przyjemnie grzało jego bladą twarz, a alkohol – pusty żołądek. Do kompletu brakowało mu jedynie tłustej jajecznicy na boczku i biuściastej Niemki. O tym pierwszym mógł jedynie pomarzyć, za to młode niemieckie ciałko miał na wyciągnięcie ręki. W dobie kryzysu łatwiej było o dziwkę niż o bochenek chleba. Według obietnicy portiera już za chwilę powinien poznać uroki miejscowych dziewczyn, dla których zamożny przybysz ze wschodu był nie tylko egzotyczną atrakcją, ale przede wszystkim szybką i łatwą okazją na zapełnienie portfela. Z balkonu na ostatnim piętrze hotelu „Babylon”, ostatniego z przybytków, które jeszcze trzymały jako taki standard, Rosjanin miał doskonały widok na Parizer Platz. Niemiecka duma wylewała się dziś z każdego zakamarka. Krwistoczerwone flagi ze swastyką powiewały na państwowych budynkach, malutkich balkonach czynszowych kamienic i wielkich masztach. W porannym blasku wyglądały niepozornie, ale Wiaczesław doskonale wiedział, jak zgubne jest to wrażenie. Berlin, zresztą, jak i całe Niemcy, był jak beczka prochu. Wystarczyła niewielka iskra, żeby wszystko wybuchło, dlatego władza, na której czele stał charyzmatyczny akwarelista z Austrii, przy pomocy sprawnie działającej machiny propagandowej, skutecznie przenosiła gniew na Żydów, Cyganów, Polaków i innych bogu ducha winnych ludzi, którzy zdawali się stać za wszystkimi okropieństwami, jakie spotkały III Rzeszę, łącznie z brakiem światła na półpiętrach. Tymczasem wszystko się zaczęło właśnie w Austrii. Minęło ponad sześćdziesiąt lat, odkąd austriacki chemik, niczym mityczny Prometeusz, podarował ludziom ogień, w postaci magicznego środka DDT. Z dnia na dzień życie milionów ludzi zmieniło się na lepsze. Tyfus i malaria, dziesiątkujące populację przez stulecia, zniknęły w mgnieniu oka, a skromny kawałek pola, który do tej pory ledwo wyżywiał jedną rodzinę, teraz napełniał brzuchy ludzi z całej wioski. Niestety ludzkość nie za bardzo wiedziała, jak się z nowym darem obchodzić i dziś, przez brak jakiegokolwiek umiaru przyszło jej żyć w zgliszczach, które sama sobie zrodziła. Choć była dopiero dziesiąta i do obchodów było jeszcze kilka godzin, na placu zaczęli się już pojawiać pierwsi berlińczycy. Kupcy rozstawiali stoiska z flagami i proporcami, a kucharze żeliwne grille, na których smażyć będą kiełbasy, w których jest wszystko oprócz mięsa. Z tej odległości nie było widać ich twarzy, ale Rosjanin stawiał ruble przeciw guzikom, że są tak samo wysuszone z głodu i cierpienia, jak twarze jego krajan. Toksyczny pestycyd zabił nie tylko pszczoły i znaczną część flory, ale przede wszystkim nadzieję na jakiekolwiek jutro.

Z zamyślenia wyrwało go natarczywe pukanie. Wiaczesław poluzował krawat i idąc niespiesznie w kierunku barku, zawołał:

– Wejść!

Drzwi otworzyły się z jękiem, a do środka wpadł zapach perfumowanego mydła i przepoconych ubrań.

– Mówili mi, że Niemki nie słyną z urody, ale czegoś takiego się nie spodziewałem.

– Guten Morgen, Herr Mołotow – odpowiedział mężczyzna. Złowrogi czarny mundur, który miał na sobie, kontrastował z porcelanową cerą, i kompletnie nie pasował do wyniosłej, zblazowanej twarzy. – Dziewczyna odwiedzi pana ministra po mojej wizycie.

– No no no! Jeszcze się wstrzymajmy z tym panem ministrem! – rzucił beztrosko Wiaczesław, nalewając sobie alkoholu. – Nominację otrzymam dopiero pojutrze. Ale gdzie moje maniery? Proszę usiąść, rozgościć się. Przecież to nie wypada, żeby „Żelazny Kanclerz” stał w holu jak zwykły posłaniec. Może wódki? Paskudna, ale działa.

– Wina z zimną wodą. – Ribbentrop zgrabnym ruchem ominął nierozpakowane walizki Rosjanina, położył aktówkę na stoliku i usiadł w jednym z głębokich foteli. Było w nim coś niepokojącego. Każdy jego ruch wydawał się zaplanowany, zupełnie jakby niemiecki minister miał potrzebę kontroli nawet tak prozaicznego elementu swojego życia. Czoło, całe zroszone kroplami potu zdradzało, że Niemcowi się śpieszyło. Dla Rosjanina było to nieco dziwne, bo jego rozmówca nie wyglądał na osobę, która lubi się zmęczyć.

– Jak się panu podoba Berlin przygotowany na obchody Święta Pracy, Herr Mołotow? – zapytał Ribbentrop, odbierając kieliszek.

– Jak już przywłaszczacie sobie cudze święta, to chociaż róbcie to dobrze. Ale chyba nie przyszedł pan do mnie tak wcześnie, żeby rozmawiać o kręceniu kiełbas na ogniu i machaniu flagami? Co pana sprowadza do mojego pokoju?

– To samo, co pana sprowadza do Berlina.

– Hmm. – Wiaczesław pokiwał głową i upił kilka łyczków. – A więc to jednak prawda?

Niemiec nie odpowiedział. Zamiast tego otworzył aktówkę, wyjął z niej lekko pomiętą teczkę i wystudiowanym ruchem przesunął ją na drugi koniec stolika. Na teczce niebieskim atramentem napisane było der Gemüsebunker – roślinny bunkier. Rosjanin uśmiechnął się nieznacznie pod równo przyciętym wąsem. Niemcy mieli wiele zalet, ale kreatywność nie była jedną z nich. Nie, kreatywność wymagała łamania ustalonych zasad, a na to Niemcy byli na to zbyt pedantyczni. „Bunkier Noego”, „Nowa Nadzieja”, „Dom lepszego jutra” – w ich oczach takie kryptonimy podchodziły pod świętokradztwo, bo nic nie wyjaśniały. Wiaczesław otworzył teczkę i zajrzał do środka. Na pierwszej z fotografii, którą wziął do ręki, widać było niewielki biały prostokąt na białym tle. Po bliższych oględzinach, do których musiał jednak założyć okulary, dojrzeć można było również niewielkie, jasne punkciki. Kolejne zdjęcia wyglądały niemal identycznie, ale bystre oko Rosjanina dostrzegło, że drobne punkty zmieniły swoje położenie.

– Skąd macie te zdjęcia? – Okulary zsunęły mu się z nosa, kiedy po raz kolejny przybliżał fotografię do twarzy, chcąc wychwycić jak najwięcej szczegółów.

– Wykonał je nasz samolot zwiadowczy u podnóży Ridnitšohkka.

– Finlandia? Doskonały pomysł na lokalizację. – Rosjanin pokiwał z uznaniem głową.

– Właśnie dlatego tam szukaliśmy. – Na twarzy nazisty pojawił się dumny uśmiech, którego nawet nie starał się ukryć.

Mołotow zamyślił się, zawieszając wzrok na kieliszku trzymanym przez rozmówcę. Jeżeli na zdjęciach faktycznie był Gemüsebunker, to nazistowskie umiłowanie mistycyzmu oraz teorii spiskowych, mogło się w końcu opłacić. Jeśli tylko uda im się zdobyć ukryte w nim nasiona i sadzonki, to dla narodu Rosyjskiego wciąż będzie szansa. Niewielka i oznaczająca wegetację, ale jednak szansa.

– Macie coś jeszcze? Dla towarzysza Stalina będzie to po prostu zdjęcie śniegu. Potrzebujemy czegoś więcej.

– Natürlich. Proszę zajrzeć do sprawozdania. – Uśmiech Ribbentropa stał się jeszcze szerszy.

Na cienkim i delikatnym jak atłas maszynopisie, znajdował się raport fińskiej policji. Notka dotyczyła przesłuchania pijanego miłośnika narciarstwa. Twierdził on, że zjeżdżając z Ridnitšohkka, natrafił na podziemną grotę pełną yeti, które chciały go zabić, ale jakimś cudem udało mu się przed nimi uciec.

Rosjanin parsknął śmiechem.

– Yeti? Chcesz, żebym poszedł do najważniejszej osoby w Rosji z opowieścią o grocie pełnej Yeti?

– Wiesz, że to prawda. – Resztki kurtuazji odeszły na bok i Niemiec również przeszedł na ty.

– Zdjęcia śniegu i bajka dla dzieci? Nie sądzę. Nie dla sekretarza.

– Nawet jeśli. – Żelazny Kanclerz nie dawał za wygraną. – Co ci szkodzi spróbować? Za kilka lat skończy Wam się reszta zboża w spichlerzach i zaczniecie zjadać siebie nawzajem, o ile już tego nie robicie. Ile trzeba będzie czekać, dekadę? Tyle wystarczy, żeby po wielkim i dumnym narodzie rosyjskim pozostała jedynie historia, której i tak nie będzie komu opowiadać. Nie mamy czasu na podchody Wiaczesławie Michajłowiczu i wydaje mi się, że dobrze o tym wiesz. Zegar tyka i działa na naszą niekorzyść.

Wiaczesław raz jeszcze przyjrzał się fotografiom, jakby od częstszego patrzenia miało na niej przybyć szczegółów, które usatysfakcjonują Stalina.

– Aż tak łatwo jest ci szafować moim życiem, Ribbentrop?

– Tu chodzi o życie nas wszystkich, Wiaczesławie Michajłowiczu. Sami nie damy rady zaprowadzić nowego porządku.

Rosjanin westchnął i pokiwał z niedowierzaniem głową, po czym jednym haustem opróżnił szklankę i odpowiedział.

– Ja jestem niewierzący, przyjacielu, ale ponoć Bóg jest z Wami. Tak więc lepiej się do niego módl, żeby sekretarz generalny zauważył na zdjęciach to, co Twój wywiad. Inaczej następną wizytę złożysz mi nie w hotelu, a w gułagu. I uwierz mi, tam nie jest tak przyjemnie, jak tutaj.

 

***

 

Finlandia, marzec 1940 r.

 

Stiopa zaciągnął się papierosem po raz ostatni i rzucił peta pod nogi. Na wielkiej stercie przed nim piętrzyły się zamarznięte ciała jego pobratymców. Były ich setki i większość z nich bardzo dobrze znał. Saper Saszka z jego brygady, Wasilij z kuchni… Jak nie zabiła ich pogoda, to bezlitosna kula jednego z niewidzialnych demonów. Ci cholerni Finowie i ich przeklęty kraj. Gdzie nie sięgnąć wzrokiem, tam wypalająca spojówki biel lub śmierć. Do tego było tak zimno, że nawet wódka zamarzała. Kiedy na piękne czarnoziemy na Powołżu, należące do rodziny Stiepana Iwanowicza, przyszli głodni komuniści w śmierdzących mundurach, młody chłopak nie miał wyboru. Musiał do nich dołączyć. Zbytnio się tym jednak nie przejął. Życie na wsi i tak nie było dla niego. Oranie jałowego pola było ciężkie i na dobrą sprawę bezcelowe. Poza tym dla jurnego osiemnastolatka, do tego tak nieurodziwego, jak on, pójście w kamasze oznaczało nie tylko pełną miskę, ale również puste jaja. Tajemnicą poliszynela było, że rosyjski sołdat nie przyjmuje odmowy. Od tamtej chwili minęło wiele lat i teraz Stiepan Iwanowicz poważnie się zastanawiał, czy aby na pewno podjął słuszną decyzję. Przez ostatnie tygodnie jedyne co robił, to głodował i odmrażał sobie tyłek u podnóża gór, starając się przy okazji nie zginąć. To ostatnie wychodziło mu naprawdę dobrze, choć niekiedy się zastanawiał, czy lepiej nie byłoby mu na tej stercie. Mężczyzna podszedł do ciał i zaczął zdejmować z najbliższego towarzysza zakrwawioną fufajkę. Nie szło mu to szczególnie łatwo, bo członki Władimira były sztywne jak poranna erekcja. Brak kilku odmrożonych palców również nie ułatwiał sprawy.

– Job Twoju mać! – wymamrotał pod nosem do byłego towarzysza broni i z pogardą splunął na niego przez potężną szparę między zębami. Nie dość, że musiał się użerać z żywymi, to teraz jeszcze zmarli zaczęli przysparzać mu kłopotów. W końcu jednak Władimir dał za wygraną i ciepła kurtka znalazła się na grzbiecie nowego właściciela. Stiopa roztarł zmarznięty bulwiasty nos i z satysfakcją wrócił do obozu. Przed nim szedł wysoki i chudy jak szczapa blondyn, który podobnie jak on, wybrał się na szabry, o czym świadczyła para nie swoich butów, którą niósł pod pachą. Mężczyzna ukłonił mu się nisko i przyspieszył nieco kroku.

W powietrzu już z daleka unosił się paskudny zapach gotowanej potrawki. Iwanowicz żył dostatecznie długo, żeby wiedzieć, że mięso, które będzie dziś jadł na kolację, nie należy do żadnego z lokalnych zwierząt. Jednak podobnie jak reszta, wolał nie zadawać pytań, na które nie chciał poznać odpowiedzi.

– Kombrigu!

Iwanowicz spojrzał w kierunku, z którego rozległo się wołanie.

– Kombrigu! – Głos należał do starego Ilji, grzejącego się z innymi żołnierzami przy jednym z licznych ognisk. Broda mężczyzny była tak gęsta i biała, że przywodziła mu na myśl kożuch na powierzchni wiadra z mlekiem. Ilja był jednym z tych ludzi, których warto było mieć po swojej stronie. Siwy brodacz znał wszystkich i wiedział wszystko. Do tego nigdy nie narzekał i zawsze był zadowolony z życia, nieważne jak gówniane by nie było. Z tego też powodu był jego zaufanym, choć nieoficjalnym zastępcą.

– Ładna – powiedział starzec, wskazując głową zakrwawioną kurtkę.

– Z przydziału. – Stiopa uśmiechnął się zaczepnie i sięgnął po trzymany przez Ilję metalowy kubek. W środku było coś, co dawniej uchodziłoby za gorący wywar z mchu i korzeni, ale dziś jest dumnie nazywany herbatą. Tak jak myślał, „herbata” była z solidną wkładką, ale kompletnie mu to nie przeszkadzało.

– Słyszał Pan, kto zginął? – zaczął konspiracyjnie Ilja.

– Wowa z pancernej – odpowiedział Iwanowicz i wymownie poklepał się po plamie krwi na zdobycznym waciaku.

– Nieee. Zabili „Białą Śmierć”.

– Niemożliwe.

– Klnę się na życie naszego sekretarza! Trafił go jeden z naszych. Od dwóch dni nie ma po nim śladu.

Stiepan pokiwał głową z niedowierzaniem. Zadanie odbicia bunkra z tajemniczą zawartością, które przydzielił im minister Mołotow, samo w sobie było misją samobójczą, zwłaszcza że pod żadnym pozorem nie mogli go uszkodzić. Tym, kto jednak zamienił ich życie w piekło, nie był Mołotow, a niewidzialny snajper, który przetrzebił ich oddziały nie mniej, niż piękna fińska zima. Jeżeli „Biała Śmierć” faktycznie nie żyje, to może jest jeszcze dla nich nadzieja.

– Wiadomo, który z naszych go zabił? – zapytał przywódca i upił nieco herbaty. – Wypadałoby go za to nagrodzić, bo oddał nam ogromną przysługę.

– Ano. – Potwierdził brodacz, kiwając przy tym głową. – Ale niestety nie ma kogo.

– Nikt się nie chce przyznać? Przecież takie osiągnięcie oznacza order i skrzynkę wódki!

– Nie w tym rzecz – odpowiedział Ilja i dziwnie spochmurniał. – Ten biały diabeł zdążył jeszcze wystrzelić. Chłopak nie miał szans, dostał prosto między oczy.

– Suka blyat! – Iwanowicz oddał kubek i wygrzebał z kieszeni pomiętą paczkę, z której wyjął krzywo skręconego papierosa i włożył go do ust. To, co było w zawiniątku, niewiele miało wspólnego z tytoniem, ale sama czynność palenia go uspokajała. Widząc pożądliwe spojrzenie reszty, niechętnie ich poczęstował. Papierosy miały to do siebie, że podobnie jak papier toaletowy, lubiły się kończyć w momencie, kiedy potrzebował ich najbardziej.

– W każdym razie piechota robi postępy – kontynuował starszy żołnierz, zaciągając się papierosem. – Chłopaki mówili, że za kilkadziesiąt godzin, ponownie będziemy mogli spróbować dostać się do środka.

– Akurat to już zależy ode mnie – odpowiedział Stiopa, rzucając brodaczowi chłodne spojrzenie. – Co jeszcze mówili?

– Niewiele. Głównie głupoty. Zakładali się o to, co jest w środku.

– W bunkrze?

– W bunkrze. – Potwierdził Ilja.

– I co wymyśli?

– Nic mądrego. Jedni mówią, że maszyny do klonowania ludzi. Jeszcze inni, że jakaś tajemnicza broń z kosmosu, silniejsza od wszystkiego, co znamy.

– A co ty uważasz?

– Nie wiem. – Brodacz wzruszył ramionami. – W każdym razie musi to być coś ważnego, skoro ktoś się pofatygował, żeby to ukryć w tym cholernym piekle. I po to, żeby nas tu wysłać. A pan dowódca nie mógłby uchylić rąbka tajemnicy? Na pewno panu powiedzieli, czemu musimy odmrażać sobie tyłki na takim zadupiu.

– Wiem tyle, co wy. – Stiopa uśmiechnął się gorzko. – Ale to na pewno nie klony. Po co nam nowi ludzie, skoro nie potrafimy wykarmić tych, którzy już są?

Ilja pokiwał głową ze zrozumieniem. – Wie już pan dowódca, jak dostaniemy się do środka?

– Tym się nie martw. Powiedz mi lepiej, co z posiłkami?

– Już ruszyli w naszym kierunku, ale ponoć złapała ich zamieć śnieżna.

Stiopa zacisnął mocno szczęki, aż mu się uwydatniły kości policzkowe. Teraz pozostawało mieć nadzieję, że piechota poradzi sobie z resztą Finów broniących dostępu do bunkra. Zabójczy snajper co prawda nie żył, ale przeciwnik wciąż był śmiertelnie niebezpieczny, a do tego lepiej znał teren i był zmotywowany, bo walczył za swój kraj. Zresztą, dziwny zapach potrawki unoszący się w powietrzu dobitnie dowodził, że przyszłość Stiepana Iwanowicza i jego brygady wciąż stała pod dużym znakiem zapytania.

– Ilja? – dowódca potarł energicznie dłonie i owinął się szczelniej kurtką – Dolej nam tej Twojej herbatki, a Ty leć i powiedz kucharzom, żeby wyjęli do kolacji całą wódkę, jaka nam została. Nie co dzień się świętuje zabicie „Białej Śmierci”, co nie chłopaki?

 

***

Stiopę obudził przeraźliwy chłód. Okazało się, że ktoś, wracając z popijawy w kantynie, zapomniał zamknąć drzwi od baraku. Zimne powietrze wdzierało się bezczelnie do środka, za nic mając olejowy piecyk, który, choć robił wszystko, by ogrzać śpiących żołnierzy, powoli dawał za wygraną. Iwanowicz, mimo że był kombrigiem, nie mógł liczyć na osobne miejsce do spania, spał więc z resztą z brygady. Jego władza przejawiała się jedynie w tym, że przykryty był dwoma kocami zamiast jednym, a i to niewiele znaczyło. Reszta oddziału była zbyt odurzona, żeby w ogóle się przejąć otwartymi drzwiami. Mężczyzna odcharknął więc z płuc gęstą flegmą wprost pod siebie, wsunął zgrabiałe stopy w ciężkie wojskowe buty i wyszedł na zewnątrz. Ledwo jednak postawił krok, a wyłożył się na śniegu jak długi. Tuż przy wejściu leżał zwinięty w kłębek zbitek mięśni, kości i lodu. Księżyc był w pełni, tak więc w jego blasku dostrzec można było twarz leżącego. Była młoda, niechlujnie zarośnięta i sinoniebieska. Chłopakowi starczyło sił, żeby dojść do baraku i otworzyć drzwi, ale w końcu uznał wyższość radzieckiej wódki.

– Wstawaj! – wysyczał przez zęby dowódca i trącił małolata butem, ten jednak nie zareagował. – No już! Koniec spania! – Ciężki but z impetem trafił między żebra. Dopiero teraz Iwanowicz zobaczył, że z ust żołnierza nie wydobywa się para.

– Job Twoju mać! – zaklął pod nosem, odciągnął denata na bok, żeby nikt się o niego nie potknął, a następnie zamknął dokładnie drzwi i poszedł szukać ustronnego miejsca, w którym mógłby się spokojnie odlać. Nie powinno to być szczególnie trudne, bo cały obóz spał. Ogniska dogasały w głuchej nocnej ciszy. Tak jak Stiopa przewidział, żołnierze bawili się intensywnie, ale krótko. Niedożywienie, chłód i stres to potężni przeciwnicy i kolejni wojacy padali od kieliszków równie szybko, jak od fińskich kul. Niestety, kilku z nich na stałe, bo podobnie jak młodzian pod drzwiami, alkohol zmógł ich na tyle, że zasnęli, nim zdążyli dojść do swoich łóżek.

Znajdujący się w oddali płaski szczyt – Ridnitšohkka, za dnia budził co najwyżej politowanie, jednak teraz, kiedy grube kłęby mgły spływały z niego niczym lawina, Stiepan nie mógł oderwać od niego wzroku. Przy całej swojej brutalnej surowości, w Finlandii było jednak coś magicznego. Może chodziło o czystość? Cały świat, który były rolnik zostawił za sobą, umierał. Jałowe ziemie, drzewa bez liści, suche powietrze pachnące kurzem, a nie kwiatami i koszoną trawą. Decyzja o zostawieniu tego wszystkiego w tyle nie była trudna, bo i tak nie było do czego wracać. Tutaj, na kole podbiegunowym, ludzka zachłanność zdawała się nigdy nie dotrzeć. Wszystko było białe, surowe i gdyby nie krew na śniegu, również niewinne. Gdyby tylko nie ten mróz i Ci cholerni Finowie. Obóz za jego plecami był coraz dalej i z każdą sekundą robił się coraz mniejszy, aż w końcu wyglądał jak główka od zapałki. Góra wzywała go do siebie. Z każdym metrem mgła stawała się coraz bardziej wyraźna. Gdzieś tam w oddali, przed nim, skrywał się bunkier. Bunkier, dla którego zawartości, radziecka władza nie wahała się poświęcić życia kilkuset tysięcy żołnierzy. Stiopa w końcu stanął. Nie dlatego, że nagle uznał miejsce, w którym się znalazł za idealne. Po prostu nie miał siły. Śnieg sięgał mu teraz niemal do kolan i każdy kolejny krok był trudniejszy od poprzedniego. Mając na dłoniach grube rękawiczki, które chroniły resztki jego odmrożonych palców, z trudem rozwiązał spodnie. Jak do tego doszło, że prosty chłop z Powołża wylądował na kole podbiegunowym? Życie było przewrotne, mocz trzaskał na wymrożonym śniegu, a w powietrze wzbijały się blade kłęby słonej pary. Parowały niemal tak samo, jak podnóże góry, która mogła się okazać jego kurhanem. Coś było nie tak. Iwanowicz przyjrzał się dokładniej mgle w oddali. Ta, zamiast spływać, unosiła się nienaturalnie, bo pionowo i wibrowała w zimnym powietrzu fińskiej nocy. Widok był tak nietypowy, że pijany Stiopa musiał wyostrzyć zmysły i przyjrzeć się temu jeszcze raz. Nie było jednak żadnych wątpliwości. Wzrok nie kłamał – góra, a właściwie znajdujący się u jej podnóży bunkier, parował.

Ha! – parsknął Rosjanin. Krople moczu wsiąkały w filcową rękawiczkę, ale nawet tego nie zauważył. Był zbyt przejęty swoim odkryciem.

– Job wasza mać, tfu! – Splunął pod nogi i zaśmiał się ponownie. – Mam was, psie syny! Hahahahahaha!

Niski gardłowy śmiech niósł się w mroku. – Job wasza mać! Job wasza mać, hahaha!

Stiepan położył się ciężko w śniegu, uśmiechnął szeroko, bez wstydu szczerząc niezbyt równe, pożółkłe zęby i spojrzał w gwieździste niebo – najpiękniejsze niebo, jakie kiedykolwiek widział. Wypity alkohol, który wciąż krążył mu we krwi, wyniósł go na piedestał. Zniknął przeraźliwy mróz, rozdający wszystkie karty. Zniknęły głód i wszelkie trudności. Był tylko on i jego niezaprzeczalna wielkość, która zmieni oblicze tej wojny.

 

***

– Czemu nie chcą odpuścić?! – wyrzucił z siebie Ilja, przekrzykując śpiew karabinów, przeraźliwe jęki rannych i huki eksplozji. Na policzku miał ranę, z której płynęła krew, zamarzająca soplami na niegdyś białej brodzie. – Przecież nie mają szans!

„Chyba nikt im o tym nie powiedział” – pomyślał Stiopa, chowając głowę w ramionach i przeładowując swojego nowego tokariewa. Nie było to łatwe, bo krew zalepiła mu oczy. Po czołgu T-26, który jeszcze przed chwilą chronił ich przed natarczywymi atakami, została jedynie sterta parującego w śniegu złomu. Dowódca przetarł oczy rękawem kurtki i przyłożył do twarzy karabin. W snajperskiej lunecie nie było widać nic, poza bielą, jednak ta biel nie tylko się ruszała, ale również strzelała do niego. Ubrani w kombinezony kamuflujące Finowie, zdawali się spływać ze wszystkich stron i robili to szybko. Choć w głowie mu piszczało, Iwanowiczowi udało się jakimś cudem skoncentrować. Wziął głęboki oddech, wymierzył i nacisnął spust. Biel przerodziła się w czerwień, kiedy nabój przeszedł przez wnętrzności nieprzyjaciela. Wdech-strzał-wydech, wdech-strzał-wydech. Kombrig powtórzył jeszcze kilka razy, za każdym razem celnie. Kolejni Finowie padali obok siebie, jednak to samo można było powiedzieć o Rosjanach. Straty były duże po obu stronach, ale, na szczęście, Rosjan było więcej. Kiedy piechota rozbiła fiński obóz i zmusiła niedobitki do ewakuacji, wszystko wskazywało, że najgorsze za nimi. Tymczasem wróg, choć nieliczny, przegrupował się i postanowił spróbować swoich szans po raz ostatni. Stiepan Iwanowicz nie był pewien, ile trwa już walka, ale musiało upłynąć kilka dobrych godzin. Jego brygada saperska była dobrze chroniona przez piechotę, ale i jej nie ominęły straty, choć nie tak dotkliwe.

– Suka blyat! – Blada twarz kombriga, jakimś cudem stała się jeszcze bledsza, kiedy w zasięgu wzroku pojawiło się kilka czołgów. Po chwili rozległ się potężny huk, a w powietrze wzbiły się tumany śniegu. Rosjanie nie byli dłużni, w kierunku pojazdów poleciały moździerzowe pociski.

Stiopa odkleił wzrok od lunety i rozejrzał się dookoła. Salwa z fińskich czołgów ponownie przerzedziła rosyjskie zastępy, ale ciężarówki stanowiące klucz do zwycięstwa, wciąż stały nienaruszone, nieprzerwanie pompując do bunkra spaliny przez wywietrzniki, które odkrył kilka nocy temu. Pojazdy rzęziły na mrozie, podobnie jak młody chłopak, któremu odłamek przeszył tchawicę. Nikt mu jednak nie pomógł. Dla reszty oddziału był przegraną sprawą, a poza tym zajęci byli dolewaniem paliwa do baków, żeby strumień trujących spalin nie ustał.

– Zróbcie coś z tymi czołgami! – krzyknął Stiopa do dowódcy piechoty, który kilkanaście metrów dalej leżał płasko na ziemi, przyciskając twarz do śniegu.

– Cooo?!

Iwanowicz nie zdążył powtórzyć, bo fala uderzeniowa rzuciła nim daleko do tyłu, wprost na połoturkę. Kiedy w końcu wstał, w szoku przeszedł dobrych kilka metrów, zanim zdał sobie sprawę, że ma połamane żebra, a w udo wbił mu się wielki kawałek metalu. Łzy, które mimowolnie leciały mu z oczu, od razu zamarzały na obolałej twarzy. Dookoła nie było praktycznie miejsca, w którym mógł się schronić. Wszystko, co mogło stanowić jakąkolwiek osłonę, zostało już zniszczone. Pozostało mu leżenie na ziemi i liczenie na cud. Ten jednak uparcie nie chciał przyjść. Stiepan spojrzał w kierunku moździerza, który od jakiegoś już czasu milczał. Okazało się, że dwóch żołnierzy, którzy go obsługiwali, padło ofiarą snajpera.

– Iljaaaa! Osłaaaniaj mnieee! – Chrypliwy, przepełniony bólem głos, który wyrwał mu się z krtani, bardziej zdawał się pasować do zwierzęcia, niż człowieka.

Brodaczowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Wturlał się do leja, który powstał po wybuchu pocisku, chwycił karabin i zaczął strzelać do białych diabłów, które zmierzały w ich kierunku. Jako jeden z nielicznych, zdawał się nic sobie nie robić z beznadziei sytuacji, w jakiej się znaleźli. Stiopa tymczasem doczołgał się do moździerza, zostawiając za sobą krwawy ślad na śniegu. Kule latały mu nad głową z przeraźliwym świstem, a kolejne wystrzały z czołgów siały popłoch wśród piechoty, która nieustępliwie, choć ze strachem, stała na pozycjach. Pierwszy pocisk wystrzelony przez Stiopę trafił w próżnię. Po kilku szybkich korektach, kolejny wystrzał wylądował tuż obok grupy fińskich żołnierzy, którzy wznieśli się w górę, lekko jak popiół z ogniska. Następny z pocisków trafił w końcu w czołg. Iwanowicz spodziewał się jakiegoś spektakularnego wybuchu, jednak nic takiego nie miało miejsca. Zamiast tego wiatr przyniósł z oddali metaliczny zgrzyt. Pojazd wciąż stał tam, gdzie wcześniej, ale był całkowicie unieruchomiony. Zachęcony swoim osiągnięciem Stiopa przymierzył jeszcze kilka razy, ale ani razu nie udało mu się powtórzyć swojego sukcesu. To jednak wystarczyło. Wsparcie artylerii dodało animuszu rosyjskiej piechocie, która nieco odważniej ruszyła do przodu. Kolejne pociski znikały w moździerzu jeden po drugim, aż w końcu jedyną rzeczą, jaka pozostała w leżącej obok skrzynce, był czarny od prochu śnieg.

Dzięki odważnej szarży rosyjskiej piechoty ogień fińskich karabinów niemal w całości skupił się właśnie na niej, tak więc chociaż na chwilę zrobiło się trochę spokojniej. Jedynie co jakiś czas tu i ówdzie przelatywała jakaś zbłąkana kula. W oddali słychać jednak było jęki, krzyki i strzały, świadczące o zaciętej walce na śmierć i życie. Rzut oka w kierunku ciężarówek wystarczył, żeby się upewnić, że te wciąż chodzą. Pracowały tak już od wielu godzin, ale wciąż nie przynosiło to żadnych rezultatów. Bardzo możliwe, że bunkier był tak wielki, że trochę musiało potrwać, nim stężenie trujących gazów będzie wystarczająco wysokie. Istniała również szansa, że ci cholerni Finowie wybiorą raczej śmierć, niż poddanie się i oddanie bunkra wraz z zawartością, znienawidzonym Rosjanom. Nagle Stiepanowi zrobiło się czarno przed oczami. Rana na jego nodze wciąż mocno broczyła. Moździerze bez pocisków były bezużyteczne, dlatego ostatkiem sił zaczął się czołgać w kierunku okopu, w którym leżał Ilja. Droga wlokła mu się w nieskończoność. Każdy pokonany metr okupiony był gigantycznym wysiłkiem, który wysysał z niego resztki sił. Skorupa. Właśnie tak się czuł. Pusty w środku. Nie był przerażony ani wściekły. Te emocje towarzyszyły mu wcześniej, ale przez tyle godzin zdążyły wypalić go do cna. Nie czuł nic, poza paraliżującym zimnem, pulsującym bólem i zmęczeniem. Szczerze mówiąc, miał ochotę się położyć i zapomnieć o wszystkim, ale z tyłu głowy wciąż słyszał głos, który powtarzał mu w kółko: „Jeszcze nie dziś, Stiepanie Iwanowiczu. Nie dziś”. Śnieg parzył go jak ogień, za to dłoni i palców u stóp nie czuł już wcale. Sama myśl o widoku tego, co zobaczy po zdjęciu pokrytych szronem rękawiczek i skarpet, wydawała się gorsza od śmierci. W końcu jednak udało mu się dotrzeć do Ilji. Stary brodacz leżał z twarzą przyciśniętą do muchy pistoletu maszynowego PPD-40. Stiopa położył się obok na plecach i starał się złapać oddech. Był wyczerpany. Dłonie, którymi ściskał ranne udo, drgały mu bezwolnie, podobnie jak kąciki wykrzywionych w bólu mięsistych ust. Kiedy tak leżał z zamkniętymi oczami, dotarło do niego, że karabin Ilji od jakiegoś czasu milczy. Obrócił się więc z trudem i zbliżył do niego. Prawa strona twarzy, ta dociśnięta do karabinu, roztrzaskana była przez pocisk, który zmienił w miazgę jego policzek i żuchwę. Żółte od tytoniu zęby wbiły się w ciemnoczerwony śnieg obok, podobnie jak kępy włosów z brody i zamarznięte szczątki mięśni, które odpowiadały za konspiracyjnie tajemniczy uśmiech mężczyzny. Łzy w jego ciemnobrązowych oczach błyszczały ślepo w świetle południowego słońca. Mężczyzna wciąż jednak żył. Nie ruszał się i miał rozwalone pół twarzy, a mimo to jakimś cudem wciąż oddychał. Widok rannego towarzysza otrzeźwił go momentalnie.

– Ilja. Ilja! Słyszysz mnie?! – wykrzyczał Iwanowicz do ucha mężczyzny. – No już, nie zasypiaj! Wszystko będzie dobrze – dodał, zdejmując z siebie zakrwawioną kurtkę, którą dokładnie opatulił rannego kolegę. – Nie śpij, zaraz wszystko będzie dobrze.

Brodacz spojrzał na niego nad wyraz przytomnie i mocno przyciągnął go do siebie. Starał się coś powiedzieć, ale z jego roztrzaskanych ust wyrwał się jedynie bulgot, a na powierzchni ust pojawiły się krwawe bańki. Słysząc siebie, Ilja przeraził się jeszcze bardziej i wpadł w panikę.

– No już, już. – Uspokoił go dowódca i położył się na nim, żeby ograniczyć jego konwulsyjne ruchy. – Spokojnie, Ilja, wyjdziemy z tego, rozumiesz? Nie dopadną nas.

Ilja szamotał się jeszcze chwilę, aż w końcu dał za wygraną. Z rezygnacją spoczął na śniegu, oczekując swojego końca.

Stiopa opatulił go swoją kurtką jeszcze szczelniej, zdjął mu hełm i podłożył pod głowę swoją filcową czapkę. Przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że prościej byłoby po prostu poderżnąć mu gardło i skrócić mu cierpienia, szybko ją jednak od siebie odegnał. Musiał chociaż spróbować.

– Już, spokojnie. – Ranny brodacz uspokoił się, ale jego dłonie zaciskały się nerwowo na klapach zniszczonego waciaka.

– Niedługo będzie po wszystkim. – Pocieszał go Stiopa. – Odbijemy ten cholerny bunkier, a Ty dostaniesz swój medal od samego Stalina.

Oczy Ilji zalśniły nienaturalnie, a jego ciałem zaczęły wstrząsać drgawki, nasilające się z każdą sekundą.

– No! Co ty wyprawiasz! Chyba nie umrzesz mi tutaj?! – Ślina tryskała Iwanowiczowi przez szczelinę między zębami, kiedy krzyczał. Złapał się na tym, że w gruncie rzeczy zależy mu na starszym żołnierzu. Bunkier i jego zawartość nagle przestały się liczyć. Teraz ważne było tylko to, by jego towarzysz przeżył. Mimo to podniesienie rannego Ilji graniczyło z cudem. Pierwsza próba skończyła się bolesnym upadkiem. W końcu jednak udało mu się stanąć na nogi. Jedynym miejscem, gdzie mógł zanieść brodacza, był pracujący na najwyższych obrotach samochód, którego rozgrzany silnik zapewniał niezbędne do przetrwania ciepło.

– No chodź! – Stiopa, nie zważając na ból i świszczące dookoła kule, zaczął powoli człapać w kierunku ciężarówki. Choć dystans do pojazdów wynosił niecałe dziesięć metrów, ciężar ciała na plecach i ranna noga sprawiały, że pokonywana droga zdawała się liczyć kilometry. W końcu jednak dotarli do celu.

– Pomóż mi! – krzyknął do siedzącego w aucie młodego żołnierza, który pilnował, by silnik nie zgasł. – No już! Ruchy!

Młodzieniec pospiesznie wyszedł z pojazdu i wziął od dowódcy rannego brodacza, którego z trudem posadził na fotelu.

– A teraz wypierdalaj! – wycedził Stiopa, siadając obok Ilji i zamykając drzwi. Choć na zewnątrz panował przenikliwy mróz, w samochodzie było naprawdę gorąco, a temperatura sprawiała, że krwawe krople momentalnie zaczęły topnieć, wsiąkając w starą tapicerkę.

Dowódca błyskawicznie wygrzebał spod fotela pokaźną apteczkę, wyjął z niej saszetkę z zeolitem i zasypał białym proszkiem pokiereszowaną twarz towarzysza. Krwawienie ustało w ciągu sekund, a biały proszek nabrał konsystencji pasty. Ilja spojrzał na swojego wybawcę nieprzytomnym wzrokiem. Jego oddech robił się coraz płytszy i spokojniejszy, aż w końcu zdawał się całkowicie zaniknąć. O tym, że wciąż żyje, przypominała jedynie ciężko unosząca się pierś. Podwójny zastrzyk z morfiny spełnił swoje zadanie.

Dopiero teraz, kiedy Ilja spał, Stiopa mógł zająć się swoją nogą. Szrapnel, który wbił mu się w udo, zebrał większe żniwo, niż przypuszczał. Wielki metalowy kawałek dotarł do kości i dosłownie o milimetry ominął tętnicę. Kiedy nim lekko poruszył, z rany zaczęła obficie lecieć krew. Stiopa nie miał wyjścia, musiał go jak najszybciej wyjąć. Zagryzł więc zęby na osinowym kołku, który o dziwo znajdował się w apteczce i powoli, milimetr po milimetrze zaczął wyciągać żelastwo z nogi. Głośny, przepełniony bólem krzyk, który wydarł mu się z ust, zginął zagłuszony wojenną jatką na zewnątrz. Iwanowicz zdążył jeszcze tylko posypać ranę proszkiem i obwiązać ją bandażem, zanim stracił przytomność i legł obok towarzysza.

 

***

Kiedy Stiopa się ocknął, na zewnątrz panowała niepokojąca cisza. Ilja wciąż żył, ale w każdej chwili mogło się to zmienić, Iwanowicz wyszedł więc na zewnątrz i odsłaniając w bólu kły jak wilk, ruszył przed siebie, żeby znaleźć pomoc dla rannego kolegi. Nie zaszedł jednak daleko i upadł ciężko na śnieg, a ból przysłonił mu wzrok czarną płachtą. Nagle usłyszał skrzypienie śniegu pod butami i poczuł, że ktoś go podnosi.

 

– Dobrze Cię widzieć. Myśleliśmy, że zginąłeś. – Uralski akcent należał do dowódcy oddziałów piechoty.

– W samochodzie leży ranny żołnierz, postrzelony w twarz – wystękał z wysiłkiem Stiopa do pomagającego mu żołnierza. – Weźcie go jak najszybciej do medyka. – Jego głos nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.

– Jasne. Moje chłopaki się nim zajmą.

– Wygraliśmy, prawda? – Mimo bólu i utraty krwi, wciąż potrafił łączyć fakty. Gdyby przegrali, teraz leżałby martwy w śniegu, dziurawy jak sito.

– Tak. – Potwierdził dowódca. – Plan z ciężarówkami się powiódł, sam nie wiem jakim cudem. W końcu ich wykurzyliśmy.

 

Stiopa z wysiłkiem skupił wzrok na tym, co miał przed sobą. Przy wejściu do bunkra, na brzuchach leżało kilku Finów. Kule wystrzelone z bliskiej odległości w tył głowy ozdobiły śniegowe płótno, zawartością ich czaszek.

– Poddali się?

– Tak. I to bez walki! – W głosie dowódcy wyczuć można było satysfakcję i lekkie zdziwienie. – Złamaliśmy ich doszczętnie. W pewnym momencie po prostu otworzyli drzwi i bez słowa wyszli na zewnątrz. Aż trudno uwierzyć, że z kimś takim musieliśmy się tyle męczyć. Płakali jak małe dziewczynki!

– A co z bunkrem? Co było w środku? – Kiedy pierwsze emocje już opadły, zastąpiły je podniecenie i niecierpliwość.

– Nie mam pojęcia. – Dowódca wzruszył ramionami. – Spaliny uruchomiły system przeciwpożarowy i wszystko zostało zalane. Teraz gdzie nie spojrzeć, tam śmierdzące błoto po same kostki.

– Żadnych maszyn do klonowania?

– Słucham?

Stiopa pogrzebał chwilę w kufajce i zaniósł się kaszlem, aż zarzęziło mu w płucach.

– Nic takiego – powiedział, ocierając usta rękawem waciaka, z trudem powstrzymując wymioty. – Ale masz może fajki? Moje się znów skończyły.

 

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przejrzałam na razie pobieżnie, ale nawet w takiej lekturze zauważyłam, że wykonanie mocno kuleje. Masz poważne błędy w zapisie dialogów, poza tym “Guten morgen” → Guten Morgen; no i nie wiem, co to jest “radiowa uroda”, zważywszy, że w radiu urody nie widać…

Masz też powtórzenia i niezbyt zgrabne zdania, jak choćby to:

“Stiopa pogrzebał chwilę w kufajce i zaniósł się kaszlem, aż zarzęziło mu w płucach. Na białym śniegu pod nim zarysowała się krew z obitych płuc.” – jak krew z obitych płuc mogła się zarysować na śniegu? Jeśli pluł krwią, to jest to niezbyt udana metafora.

Zaimki w tekście literackim piszemy małą literą, dużą wyłącznie w bezpośrednich zwrotach do osoby w korespondencji.

 

W kwestii dialogów zerknij tu:

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

lub tu:

https://fantazmaty.pl/2018/01/jak-zapisywac-dialogi/

 

Poza tym przypisy to nie jest dobry pomysł – jeśli czytelnik będzie potrzebował, to sobie wygugla, a w Twoim tekście w sumie da się to wymyślić. No i rangi (po polsku raczej: stopnia) wojskowej się nie używa, czyli po prostu “stopień wojskowy w Armii Czerwonej”

 

Tu masz jeszcze poradnik survivalu na portalu ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Część dziejąca się w Berlinie wprowadza w temat, ale opowiadanie, choć Autor poświęca kilka słów niektórym żołnierzom, praktycznie koncentruje się na walce o bunkier. Czeski_Wikingu, choć starałeś się oddać grozę sytuacji i srogość trwającej zimy, to opowiadanie nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. Nie wykluczam, że wpływ na to miało nie najlepsze wykonanie – potykając się na licznych błędach i usterkach, nie potrafiłam należycie skupić się na fabule.

No i nie ukrywam, że brakło mi fantastyki. :(

 

Niem­ców, któ­rzy na kilka go­dzin mogli odejść od taśm w fa­bry­kach i cie­szyć się cie­płą wio­sen­ną po­go­dą. Nie­któ­rzy jed­nak mu­sie­li tego dnia pra­co­wać. Wia­cze­sław sie­dział zmę­czo­ny przy sto­li­ku na bal­ko­nie i wpa­try­wał się w za­war­tość nieco przy­ku­rzo­nej szklan­ki, którą trzy­mał w dłoni. Wódka, którą pił była cie­pła i lekko zwie­trza­ła, ale za to bez­błęd­nie od­ga­nia­ła smut­ki i zmar­twie­nia, a tych miał ostat­nio nie­ma­ło. Do tego do­cho­dził tępy ból głowy, który to­wa­rzy­szył… –> Któroza. Nie brzmi to najlepiej.

 

Mi­nę­ło ponad 60 lat… –> Mi­nę­ło ponad sześćdziesiąt lat

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

na placu za­czę­li się już po­ja­wiać pierw­si Ber­liń­czy­cy. –> …na placu za­czę­li się już po­ja­wiać pierw­si ber­liń­czy­cy.

 

– Dziew­czy­na od­wie­dzi Pana mi­ni­stra po mojej wi­zy­cie. –> – Dziew­czy­na od­wie­dzi pana mi­ni­stra po mojej wi­zy­cie.

Zwroty grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd powtarza się także w dalszej części opowiadania.

 

– Wina z zimną wodą – Rib­ben­trop zgrab­nym ru­chem… –> Brak kropki po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

wyjął z niej lekko po­nisz­czo­ną tecz­kę… –> Literówka.

 

Dla To­wa­rzy­sza Sta­li­na bę­dzie to… –> Dla to­wa­rzy­sza Sta­li­na bę­dzie to

 

na­tra­fił na pod­ziem­ną grotę pełną Yeti… –> …na­tra­fił na pod­ziem­ną grotę pełną yeti

 

– Co Ci szko­dzi spró­bo­wać? –> – Co ci szko­dzi spró­bo­wać?

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

po wiel­kim i dum­nym na­ro­dzie Ro­syj­skim… –> …po wiel­kim i dum­nym na­ro­dzie ro­syj­skim

 

To ostat­nie wy­cho­dzi­ło mu na­praw­dę do­brze, choć cza­sa­mi przez głowę prze­cho­dzi­ła mu myśl… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Ej, Panie Kom­bri­gu! –> – Ej, panie kom­bri­gu!

Ten błąd powtarza się także w dalszej części opowiadania.

 

wska­zu­jąc głową na za­krwa­wio­ną kurt­kę. –> …wska­zu­jąc głową za­krwa­wio­ną kurt­kę.

Głową/ ręką/ palcem wskazujemy coś, nie na coś.

 

ale dziś dzier­ży dumny tytuł her­ba­ty. –> Proponuję: …ale dziś jest dumnie nazywany herbatą.

Płyn nie może niczego dzierżyć.

 

– Wy­pa­da­ło­by go za to na­gro­dzić, bo wy­rzą­dził nam ogrom­ną przy­słu­gę. –> Wyrządzić można komuś krzywdę, nie przysługę.

Proponuję: – Wy­pa­da­ło­by go za to na­gro­dzić, bo oddał nam ogrom­ną przy­słu­gę.

 

po­ra­dzi sobie z resz­tą Finów bro­nią­cych do­stę­pu do bun­kru. –> …po­ra­dzi sobie z resz­tą Finów, bro­nią­cych do­stę­pu do bun­kra.

 

za nic mając olej­ny pie­cyk… –> Olejny może być np. obraz, a piecyk to chyba olejowy.

 

wy­ło­żył się na zim­nym śnie­gu jak długi. –> Masło maślane. Czy bywa ciepły śnieg?

 

i każdy ko­lej­ny krok był cięż­szy od po­przed­nie­go. –> …i każdy ko­lej­ny krok był trudniejszy od po­przed­nie­go.

 

Wzrok go nie kła­mał… –> Wzrok nie kła­mał

Można kłamać komuś, ale nie można kłamać kogoś.

 

Na po­licz­ku miał szra­mę, z któ­rej pły­nę­ła krew… –> Na po­licz­ku miał ranę, z któ­rej pły­nę­ła krew

Za SJP PWN: szrama «szpecący kogoś ślad po zagojeniu się rany»

 

prze­ła­do­wu­jąc swo­je­go no­we­go To­ka­re­va. –> …prze­ła­do­wu­jąc swo­je­go no­we­go to­ka­re­va.

Nazwy broni piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Blada twarz kom­bri­ga, ja­kimś cudem stała jesz­cze bled­sza… –> Pewnie miało być: Blada twarz kom­bri­ga, ja­kimś cudem stała się jesz­cze bled­sza

 

chwy­cił za ka­ra­bin i za­czął szyć w kie­run­ku bia­łych dia­błów… –> …chwy­cił ka­ra­bin i za­czął strzelać w kie­run­ku bia­łych dia­błów

Szyć można z łuku, ale chyba nie z karabinu.

 

kie­run­ku bia­łych dia­błów, które zmie­rza­ły w ich kie­run­ku. –> Paskudne powtórzenie.

 

Dzię­ki kilku szyb­kich ko­rek­tach ko­lej­ny wy­strzał… –> Dzię­ki kilku szyb­kim ko­rek­tom,ko­lej­ny wy­strzał… Lub: Po kilku szyb­kich ko­rek­tach, ko­lej­ny wy­strzał…

 

spo­czął na śnie­gu, ocze­ku­jąc swo­je­go końca. Stio­pa opa­tu­lił go swoją kurt­ką jesz­cze szczel­niej, zdjął mu hełm i pod­ło­żył pod głowę swoją fil­co­wą czap­kę. Przez chwi­lę prze­szła mu przez głowę myśl, że pro­ściej by­ło­by po pro­stu po­de­rżnąć mu gar­dło i ukró­cić mu cier­pień, szyb­ko jed­nak od sie­bie od­że­gnał. –> Nadmiar zaimków.

 

ukró­cić mu cier­pień, szyb­ko ją jed­nak od sie­bie od­że­gnał. –> …skró­cić mu cier­pienia, szyb­ko ją jed­nak od sie­bie odegnał.

Za SJP PWN: odżegnaćodżegnywać daw. «w wierzeniach ludowych: znakiem krzyża lub jakimś zaklęciem odwrócić działanie złych mocy»

 

na kla­pach po­nisz­czo­ne­go wa­cia­ka. –> …na kla­pach po­dnisz­czo­ne­go/ zniszczonego wa­cia­ka.

 

W końcu jed­nak udało mu się sta­nąć na nogi. –> Masło maślane. Czy mógł stanąć inaczej, nie na nogi?

Proponuję: W końcu jed­nak udało mu się wstać/ stanąć.

 

W końcu wy­ku­rzy­li­śmy ich z bun­kru. –> W końcu wy­ku­rzy­li­śmy ich z bun­kra.

 

Przy wej­ściu do bun­kru… –> Przy wej­ściu do bun­kra

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest jakiś pomysł. Ale go nie kupuję.

Zboża – jak to trawy – są wiatropylne, więc powinny sobie poradzić bez pszczółek. A bez tej ogólnej klęski głodu historia niewiele by się zmieniła.

Dlaczego wytknięte wcześniej błędy jeszcze nie są poprawione?

Dziewczyna odwiedzi Pana ministra po mojej wizycie.

W dialogach ty, twój, pan itp. piszemy małą literą. W listach dużą.

o czym świadczyła para nieswoich butów,

Jest różnica między nieswoimi i nie swoimi.

przywodziła mu na myśl kożuch na powierzchni wiadra ze zsiadłym mlekiem.

To na zsiadłym mleku robi się kożuch? Je się w ogóle gotuje?

– Cyka blyat!

Przedziwna pisownia. Dlaczego to samo “y” raz oznacz “u”, a raz “j”?

Babska logika rządzi!

Jestem tu nowy, więc może zacznę od przywitania się – cześć :) Bardzo dziękuję za wszystkie uwagi. To był pierwszy tekst, jaki kiedykolwiek napisałem, więc otworzyły mi oczy na wiele rzeczy. Uwagi zostały przeze mnie wprowadzone, jednak do niektórych z nich, chciałbym się odnieść.

 

no i nie wiem, co to jest “radiowa uroda”, zważywszy, że w radiu urody nie widać…

“Uroda radiowa” to całkiem znane określenie osoby o niezbyt miłej aparycji 

https://www.miejski.pl/slowo-uroda+radiowa 

 

Zboża – jak to trawy – są wiatropylne, więc powinny sobie poradzić bez pszczółek. A bez tej ogólnej klęski głodu historia niewiele by się zmieniła.

Otóż pestycydy nie tylko zabijają pszczoły, ale również ptaki i inne zwierzęta, które są z kolei drapieżców na szczycie łańcucha pokarmowego. Poza tym nadmierne stosowanie pestycydów (jak w “Babilonie”) przyczynia się do pogarszania jakości gleby i jej jałowienia. 

 

“Stosowanie środków ochrony roślin powoduję pewne zmiany składu chemicznego w roztworze glebowym (fazie ciekłej gleby) oraz może wpływać na zmianę składu chemicznego powietrza glebowego (faza gazowa gleby). Zmiany właściwości gleb wynikające ze zmian właściwości biologicznych skutkują zahamowaniem rozkładu materii organicznej i jej mineralizacji, zaburzeniem przemian biochemicznych, co z kolei może skutkować zmniejszeniem pulchności i przewiewności gleby.”

 

“Następstwem tych niekorzystnych zjawisk może być zubożenie gleb w mikro– i makroelementy dostępne dla roślin, pogorszenie jej żyzności, a w skrajnych przypadkach zaburzenie funkcji ekologicznych gleby.”

 

via http://www.farmer.pl/produkcja-roslinna/ochrona-roslin/nadmierna-chemizacja-szkodzi-glebie,49970.html

 

 

 

Hmmm, nadal nie czuję się przekonana. Ludzie byli aż takimi idiotami (i tak bogatymi), żeby rozsiać świeżo odkryte DDT po wszystkich glebach uprawnych w Europie? Łącznie z biedną Galicją? A zubożone gleby można nawozić. Jeśli jeszcze nie ma nawozów sztucznych, to obornikiem i guano. Związek między DDT a powszechnym głodem wydaje mi się słaby.

Babska logika rządzi!

@Regulatorzy – dziękuję, skorzystam :)

 

@Finkla

Hmmm, nadal nie czuję się przekonana. Ludzie byli aż takimi idiotami (i tak bogatymi), żeby rozsiać świeżo odkryte DDT po wszystkich glebach uprawnych w Europie? Łącznie z biedną Galicją? A zubożone gleby można nawozić. Jeśli jeszcze nie ma nawozów sztucznych, to obornikiem i guano. Związek między DDT a powszechnym głodem wydaje mi się słaby.

Szanuję Twoje zdanie, ale muszę się z nim nie zgodzić. DDT używano na masową skalę i nadmiernie na całym świecie, nie tylko w rolnictwie, ale również w wojsku, aby zapobiegać wszawicy i tyfusowi. Zabroniono go, kiedy zdano sobie sprawę, jak jest szkodliwy, a i tak zdążył wyrządzić mnóstwo krzywdy, przyczyniając się m.in do wyginięcia wielu gatunków ptaków. Do tego dodajmy zatrucie wód. Czy ludzie są takimi idiotami? To już zależy od Twojej opinii na temat ludzkości ;) Weźmy pod uwagę jedynie fakt, że w latach 50 i 60 lekarze leczyli papierosami choroby płuc, a w XIX wieku na kiłę przypisywano rtęć. Dziś wszyscy wiemy, jak szkodliwe są zanieczyszczenia powietrza, a wystarczy odwiedzić Śląsk, gdzie powietrze można gryźć. Wydaje mi się, że poziom wiedzy był wtedy nieco niższy. 

Kolejna sprawa – nawożenie gleb. Myślisz, że w kilka sezonów da się odwrócić dziesiątki lat zaniedbań? Nawt jeśli udałoby się jakimś cudem nawieźć, spulchnić i odtruć gleby (DDT utrzymuje się w nich nawet przez kilkanaście lat), to pamiętajmy, że nie samym zbożem człowiek żyje. Dziś być może moglibyśmy sobie poradzić z takim problemem, ale czy zrobilibyśmy to 80 lat temu?

 

I na koniec pszczoły, bo to one odgrywają głóną rolę w tym wszystkim. Jak wyliczono, spośród 100 gatunków roślin uprawnych, które wytwarzają 90 procent naszego pożywienia, aż 71 jest zapylanych przez pszczoły. (https://www.polskieradio.pl/10/483/Artykul/854527,Smierc-pszczol-to-koniec-naszej-cywilizacji).

 

Nie zamierzam Cię przekonywać, masz prawo mieć swoje zdanie na temat zagłady ludzkości w kontekście DDT. Nie przyszedłem tu kruszyć kopii. Chciałem tylko pokazać mój punkt widzenia (poparty researchem), ktory zawarty jest w opowiadaniu. 

 

 

OK, podyskutujmy, może się czegoś dowiem. Czytałam “Silent Spring”, ale bardzo dawno temu.

W naszym świecie też wynaleziono DDT i aż do takiej klęski głodu nie doszło. Dlaczego wydarzyła się w Twoim? U nas w latach ‘30 Ukraina rodziła zboża, aż miło.

No, nie samym zbożem człowiek żyje, ale wspominasz, że nawet o spleśniały chleb trudno. Chyba prędzej uwierzyłabym w powszechną awitaminozę.

Babska logika rządzi!

Okej, już zrozumiałam z tą radiową urodą – ale czy to nie jest wyrażenie zbyt nowoczesne jak na czasy, o których piszesz? Tak, wiem, radio już wtedy istniało, ale chodzi mi tylko o to określenie, bo w necie znajduję je głównie w słownikach slangu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jest pomysł, który jednak potyka się o wykonanie i pewne nielogiczności.

Z DDT walczył nie będę, bo fajnie tłumaczysz swój punkt widzenia.

Ale… Kto stworzył i finansował w latach 30-tych ten Globalny Bank Nasion? Biedna Finlandia? Po co? Zorientowali się, że rośliny zdychają, ok. Ale w takim razie zebrali już nasiona skażone DDT. Czy one wykiełkują w zdrowe rośliny?

Ładniej byłoby, gdybyś stworzył klamrę i zakończył opowieść Ribbentropem i Mołotowem. A skoro już przy nich jesteśmy – jeden drugiemu grozi zesłaniem do obozu koncentracyjnego? Eeee.

Drugowojenne moździerze (z tego co wiem), nie miały granatów przeciwpancernych i zniszczenie czołgu strzałem z moździerza to skrajne nieeprawdopodobieństwo.

PPD-40 to pistolet maszynowy, a nie karabin (spora różnica).

Także to pompowanie spalin mało możliwe, bo raz – w ogniu, czyli ciężarówki powinny być szybko zniszczone. Dwa – na pewno w takim cennym obiekcie przewidziano zapasowy (boczny) sposób wentylacji.

A co do szczególików:

– “odwiedzi ana ministra” – literówka;

– “Jak już przywłaszczacie sobie nasze święta” – Rybak by cię naprostował ;); święto 1 Maja nie powstało w ZSRR, toteż trudno mówić o przywłaszczaniu;

– “dla narodu Rosyjskiego” – rosyjskiego;

– “Aż tak łatwo jest Ci szafować moim życiem” – to już słyszałeś: w wypowiedziach nie stosujemy wielkich liter;

– “Ej, panie kombrigu” – ej, w komunistycznym wojsku mówią do siebie per “pan”? za taki przejaw reakcji – kula w potylicę :P;

– “za nic mając olejowy piecyk” – transport to była pięta achillesowa Krasnej Armii; czerwonoarmiści mieli dostęp do łatwego paliwa: drewna i nikt by sobie nie zawracał dupy wożeniem im oleju;

– “nowego tokareva” – kurde, to czemu nie piszesz “Vyatcheslav”? nie “tokarev”, tylko “tokariew”!;

– “wbił mu się udo” – literówka;

– “wykurzyliśmy ich z bunkru” – bunkra.

 

Czasem stosujesz nieadekwatny, kolokwialny styl, długaśne akapity też można by porozbijać.

Słowo końcowe: jest potencjał (pomysł, niektóre sceny), ale sporo wymaga podszlifowania!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziękuję za uwagi, już je poprawiłem :)

 

Ale… Kto stworzył i finansował w latach 30-tych ten Globalny Bank Nasion? Biedna Finlandia? Po co? Zorientowali się, że rośliny zdychają, ok. Ale w takim razie zebrali już nasiona skażone DDT. Czy one wykiełkują w zdrowe rośliny?

Tak, Finlandia :) Bunkier jest oparty na autentycznym “Bunkrze Noego”, który znajduje się w Norwegii. Nie był on zbyt drogi (kosztował 8 milionów) i zgromadzone są w nim wszystkie nasiona świata (zdrowe), żeby można było odbudować szatę roślinną w wypadku jakiejś epidemii czy wojny nuklearnej. W bunkrze takim nie ma żadnego personelu. W moim opowiadaniu jest on oczywiście pełen Finów, którzy bronią jego zawartości przed złymi Rosjanami :) Nasiona wykiełkują w zdrowe rośliny, dlatego właśnie Ribbentrop spotkał się z Małotowem. Stawka jest wysoka. 

Ładniej byłoby, gdybyś stworzył klamrę i zakończył opowieść Ribbentropem i Mołotowem. A skoro już przy nich jesteśmy – jeden drugiemu grozi zesłaniem do obozu koncentracyjnego? Eeee.

Myślałem o klamrze, w której Stiepan miał oprowadzać Mołotowa z Ribbentropem po bunkrze i tam miało dojść do revealu, ale bałem się, że będzie to zbyt sztampowe, a także obowiałem się, że nie wyrobię się z limitem znaków. I jeszcze jedno – nikt nikomu nie groził obozem :P Mołotow stwierdza, że jak Stalinowi nie przypadną do gustu zdjęcia, to ON wyląduje w gułagu, w którym to Niemiec go będzie odwiedzał.

 

Drugowojenne moździerze (z tego co wiem), nie miały granatów przeciwpancernych i zniszczenie czołgu strzałem z moździerza to skrajne nieeprawdopodobieństwo.

Kiedy pisałem opowiadanie, posiłkowałem się angielską wikipedią (stąd m.in tokarev zamiast tokarieva). Wśród moździerzy znalazłem kilka sporych, takich o kalibrze 120 mm. Nie wiem, czy byłyby one w stanie wysadzić czołg, ale wydaje mi się, że mogłyby go unieruchomić, tak jak to jest w opowiadaniu.

 

– “Jak już przywłaszczacie sobie nasze święta” – Rybak by cię naprostował ;); święto 1 Maja nie powstało w ZSRR, toteż trudno mówić o przywłaszczaniu;

Racja, Ameryka Północna :D Ale w Europie zostało spopularyzowane przez komunistów i najhuczniej obchodzone było w ZSRR.

 

Kończąc – dziękuję wszystkim komentującym za wszystkie uwagi! 

OK, podyskutujmy, może się czegoś dowiem. Czytałam “Silent Spring”, ale bardzo dawno temu.

W naszym świecie też wynaleziono DDT i aż do takiej klęski głodu nie doszło. Dlaczego wydarzyła się w Twoim? U nas w latach ‘30 Ukraina rodziła zboża, aż miło.

No, nie samym zbożem człowiek żyje, ale wspominasz, że nawet o spleśniały chleb trudno. Chyba prędzej uwierzyłabym w powszechną awitaminozę.

W naszym świecie również wynaleziono DDT, też w 1874 roku w Austrii. Tylko, że w naszej rzeczywistości, zdano sobie sprawę z jego właściwości dopiero w 1939 roku, a nie w 1874 roku jak w opowiadaniu. Na masową skalę zaczęto go używać w rolnictwie dopiero w latach 60 (wcześniej służył do walczenia z malarią i wszami). Do tego szybko odkryto związek między DDT a śmiercią zwierząt i pszczół iszybko go zakazano lub ograniczono jego użycie do minimum. Słowem – zaczęto szukać nowych rozwiązań i stosować bardziej bezpieczne pestycydy. 

To dlaczego myśmy się tak szybko zorientowali, a ludzie w Twoim świecie zdążyli do końca odpiłować gałąź?

Babska logika rządzi!

Ludzka mentalność? Nadwyrężanie środowiska dla korzyści? Wybór mniejszego zła? Naprawdę tak ciężko Ci w to uwierzyć? Dzisiaj rokrocznie w samych Chinach 1,5 miliona ludzi umiera z powodu zanieczyszczeń powietrza, znacznie więcej choruje na choroby układu oddechowego, w tym na raka. Mimo to, nie potrafisz uwierzyć, że w XIX i XX wiecznej Rosji i Europie, gdzie z głodu miliony ludzi (głód powołżański – w dwa lata dotknął 30 milionów ludzi, zabił 5 milionów), ktoś tam na górze postanowił użyć niebezpiecznego specyfiku, żeby zapełnić żołądki obywateii? Pokazałem mój punkt widzenia na tę sprawę, przedstawiłem argumenty. Jeżeli to nie wystarcza, to niestety więcej zrobić już chyba nie mogę.

OK, w argumencie o wyborze mniejszego zła coś jest.

Babska logika rządzi!

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mimo zniechęcającego wykonania, nawet mi się podobało.

To proza typowo sensacyjna, więc analizowanie prawdopodobieństwa przedstawionych wydarzeń sobie odpuszczę. Są tu pewne dziury, ale nie uwierały mnie zbytnio.

Sama opowieść jest skonstruowana poprawnie. Niezbyt głęboka, ale jako sensacyjne czytadełko się sprawdziła. Brakuje może mocniejszego finiszu, trochę sprawniejszego operowania emocjami, ale prowadzisz fabułę w sposób uporządkowany, ma ona konkretny trzon, jasno postawione cele i stawki. A to coś, z czym początkujący często mają problem, więc za to należy się pochwała.

Główny bohater raczej nieciekawy, ale też nie zupełnie płaski. Sprawdza się.

Język, pomijając błędy i problemy z zapisem, nie jest zły. Mimo dość monotonnej fabuły (strzelają się i strzelają) był na tyle żywy, by utrzymać moje zainteresowanie przy tekście.

Faktycznie brakuje tu nieco fantastyki, gdyby wyciąć wątek głodu, fabuła mogłaby zostać w zasadzie niezmieniona.

Podsumowując – nie jest źle, choć opowiadaniu daleko do wybitności. Technicznie ok, choć to i owo można jeszcze doszlifować. Pracuj nad składnią i zapisem.

Zajrzałam, przeczytałam.

Przeczytałem.

Przeczytałem.

Jak na pierwszy tekst, to napisane naprawdę bardzo dobrze. Widać, że nie starasz się pisać tylko „poprawnie”, ale też ciekawie. Za to duży plus.

Gorzej z fabułą. Opowiadanie przypomina wprawkę literacką, bo opisujesz walkę o bunkier, a kontekst – który z punktu widzenia tematu konkursu jest najważniejszy – traktujesz marginalnie. Pokazałeś mały epizod z wymyślonego świata. Wzmianki o nasionach i klonowaniu to za mało. Brakuje mi tu Retrowizji, brakuje porządnej historii.

Ale doceniam obrazowość i emocjonalność, nawet jeśli to tylko scenka, a nie pełnoprawne opowiadanie.

Ciekawy pomysł, by wziąć na warsztat alternatywną wersję Wojny Zimowej. Niestety poza tym niewiele tu ciekawych rzeczy znalazłem. Mamy głównie opisy walki – nie najgorsze, ale też nie zapadały w pamięć. Bohaterowie standardowi dla takich historii. Trochę tez nie zrozumiałem, jakie są skutki zdobycia tego bunkra. Dostałem solidny wstęp, ale jak to wpływa na cały świat poza – nie wiem.

Językowo sporo mi chrobotało podczas czytania. Warto jednak dopieszczać tekst od strony technicznej.

Podsumowując: Czysta naparzanka. Ciekawy pomysł na tło, ale ledwo zarysowane. Raczej ten koncert fajerwerków nie zapadnie mi długo w pamięć.

Chwytaj za to przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jeden z oryginalniejszych pomysłów w konkursie: technologia pod postacią nie maszyn a środka chemicznego i jej skutki – negatywne, a nie przynoszące korzyści. Ciekawe.

Jeśli chodzi o wykonanie, mniej czepiałbym się samej techniki (tutaj rażą przede wszystkim powtórzenia, w tym nieszczęsne „jednak” na samym początku) bardziej błędów kompozycyjnych i logicznych. Pierwsza sprawa: kwestia budowy świata alternatywnego. Jeżeli wprowadza się tak istotną zmianę w dzieje świata, to trudno uzasadnić, aby w dalszym jego rozwoju pojawiali się bohaterowie znani z naszej historii, w znanych nam rolach. Chyba to czujesz, bo Ribbentropa przez moment tytułujesz kanclerzem – to byłby ciekawy trop: inny przywódca, a Hitler tylko jako prorok systemu. Sprawdzam: „akwarelista z Austrii” stoi jednak na czele rządu. Osobiście widziałbym to tak: do władzy dochodzi populistyczna dyktatura, pojawiają się jednak w większości inne osoby, te znane piastują odmienne stanowiska, ogólny klimat jest podobny, ale szczegóły, np. symbolika są nowe.

Kuleje też logika szczegółów: dość długo nie mogłem zrozumieć, jak Sowieci są wstanie pompować spaliny do bunkra, do którego nie mogą się zbliżyć na odległość strzału z czołgu. Rozumiem, że te otwory wentylacyjne są odpowiednio daleko, ale tego nie pokazałeś. Nie rozumiem, jak Stiopa, będący najwyraźniej jednym z dwóch głównych dowódców ofensywy (choć w pewnym momencie wspominasz o setkach tysięcy (?) biorących w niej udział żołnierzy) przez dwa dni nie ma pojęcia o fakcie eliminacji „Białej Śmierci”. To co on przez te dwa dni robił, cały czas szabrował zwłoki? Pojawiają się sprzeczności na małą skalę – trudność w zdobyciu chleba w Berlinie i uliczni sprzedawcy (prawda, że podłych) kiełbasek, żyzne czarnoziemy w rodzinnych stronach Stiopy, dwa zdania później okazują się jałowymi ziemiami. Na to wszystko można znaleźć logiczne uzasadnienie, ale sposób prezentacji nie jest wystarczający. Zawsze pamiętaj, że czytelnik nie ma wglądu w bogactwo wyobrażeń i powiązań, które zostawiasz tylko w swojej głowie.

Drażnił mnie sposób porozumiewania się sołdatów (per „panie”, nie „towarzyszu”). No i dwaj główni bohaterowie przekoksowani – w pewnym momencie jeden z przestrzeloną szrapnelem nogą i połamanymi żebrami niesie drugiego z urwaną połową twarzy.

Tak naprawdę w żadnym monecie nie wyjaśniasz, co mieściło się w bunkrze. Ja spodziewałem się raczej jakichś sadzonek w podziemnych szklarniach. Brakuje mi domknięcia motywu yeti. No i sam koniec jednak bez wyraźnej pointy.

Ale podsumowując – to są szczegóły, możliwe do poprawienia, sam zamysł opowiadania, i w gruncie rzeczy sposób jego poprowadzenia, chciałbym jeszcze raz pochwalić.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Szczerze mówiąc, ja tego pomysłu nie kupuję i nie za bardzo rozumiem, co tu się tak naprawdę stało. Dostrzegam pewien zamysł i potencjał w chemii zamiast techniki, ale potencjał ten moim zdaniem został zaprzepaszczony wykonaniem. I nie mam na myśli samych technikaliów, ale poprowadzenie fabuły. Zgubiłeś gdzieś swój pomysł w nie do końca dobrze poskładanym świecie i strzelance przy bunkrze.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka