- Opowiadanie: Caern - Doktryna Ludendorffa

Doktryna Ludendorffa

Rok 1921. Alternatywna wizja zakończenia I wojny światowej.

 

Dzięki serdeczne za pomoc w betowaniu dla Thargone, Cień Burzy i Morgiana89.

30.03-poprawki po uwagach od Regulatorzy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Doktryna Ludendorffa

1.

Fritz Haber zobaczył dokładnie to, czego się spodziewał. Miasteczko Nevers było zniszczone i wyludnione. Na ulicach zalegały sterty gruzu i porzucone auta. Tu i ówdzie zachowały się resztki obronnych instalacji, okopy i barykady, a fasady zbombardowanych budynków groziły zawaleniem. Na zachodzie, Fritz dostrzegł resztki zestrzelonego sterowca. Sądząc po rozmiarze rusztowania, rdzewiała tam konstrukcja niemiecka, ze szwadronu bombardującego. Z pewnością była to maszyna odpowiedzialna za stan miasteczka.

– Ruszamy – zakomunikował i wkroczył na most Pont de Loire. Reszta oddziału ostrożnie podążyła za dowódcą, wszyscy w długich, wojskowych płaszczach i ciężkich butach, objuczeni torbami ze sprzętem ochronnym. Przy pasach dyndały pojemniki z maskami przeciwgazowymi.

Spokojnie przelewająca się Loara, wypełniała przestrzeń jednostajnym szumem. Inaczej panowałaby tutaj martwa cisza. Ale woda nie niosła ze sobą życia, co najwyżej spływające z doliny chemikalia.

– Panie Haber, czy tutaj jest bezpiecznie? – spytał Tomas. Był najmłodszy w oddziale i najbardziej obawiał się śmiertelnie groźnych odpadów po bombardowaniach.

– Nic się nie przejmuj – uspokoił porucznik Horst – z panem Haberem nic nam nie grozi. On się zna na tym najlepiej.

– Tak – potwierdził Fritz – jest bezpiecznie. Wszystko siedzi w ziemi.

Starsi członkowie zespołu nie mieli co do tego wątpliwości. Opracowane w Drugiej Fazie Wielkiej Wojny chemikalia miały długi okres rozpadu, sięgający miesięcy, a nawet lat. Były jak nowotwór, przenikający do ekosystemu. Pozostawały aktywne, dopóki specjalne zabiegi nie pomogły ich usunąć. I bardzo chętnie kryły się w glebie.

Niemcy zeszli z mostu i wkroczyli do parku. Pozbawione liści kikuty drzew przypominały powykręcane w bólu szkielety. Wysuszona trawa szeleściła pod nogami. Miała nienaturalny, kremowy kolor i kruszyła się, jak spalony papier. Była martwa jak wszystko dookoła.

Między pierwsze zabudowania weszli w luźnej formacji, z karabinami uniesionymi w gotowości do walki. Szanse na spotkanie kogokolwiek były znikome, ponieważ nie tylko miasto, ale cały departament Nièvre był wyludniony. Co najwyżej, można się było spodziewać bandytów lub cywilnych ekip, utylizujących odpady chemiczne. Na szczęście Fritz był doskonale zorientowany w sytuacji i wiedział, że Nièvre figurowało daleko w tyle kolejki odkażania. Cesarstwo Niemieckie miało inne priorytety niż rolnicze zaplecze pokonanej Francji. Niedługo mogło się to zmienić, ale teraz nie pracował tu nikt. Nawet ciał nie usunięto.

– Ile trupów – przeraził się Tomas. Rzeczywiście, wysuszone ciała cywili i żołnierzy leżały wszędzie. Zdecydowana większość z nich umarła w wyniku działania gazów o wysokim stężeniu. Fritz patrzył na to z odrazą. Nie do ciał, lecz do samego siebie.

– Tam coś widzę – zauważył porucznik Horst. – Pod deskami.

– Sprawdźcie.

Oficer dał znać pozostałym. W sąsiedztwie spalonej kamienicy piętrzyła się pozostałość po stodole albo stajni. Wśród desek rysował się rdzawy, bulwiasty kształt.

– Zakładamy – polecił Fritz.

Wszyscy natychmiast skryli twarze w maskach przeciwgazowych. Haber wskazał na znalezisko i dwóch ludzi ostrożnie podeszło bliżej. Jeden przykucnął obok pękatej, zardzewiałej butli, założył grube rękawice i przetarł metalowy korpus. Spod warstwy rdzy i kurzu wyłonił się podwójny, zielony krzyż.

– Grünkreuz – odczytał Horst – podwójny, numer pięć.

– Aktywny?

– Na to wygląda. Zawór w pozycji uzbrojenia, komora ładunku wybuchowego nietknięta, zapalnik też. Tysiąc dziewięćset dziewiętnasty.

Fritz wiedział, że bomby z roku dziewiętnastego pozostawały niebezpieczne. Ich stan techniczny okreslało się jako “niestabilny”, ponieważ uszkodzenia spowodowane uderzeniem w ziemię wywoływały wahania ciśnienia wewnątrz metalowych korpusów. Fritz znał się na tym doskonale. W końcu to jego projekty.

Horst przywołał na pomoc saperów, którzy delikatnie usunęli ze sterty kilka desek, by dokładniej przyjrzeć się bombie.

– Odsuńmy się – rozkazał Haber.

– Co by się stało, gdyby wybuchło? – zapytał Tomas, nie patrząc za siebie.

– Widziałeś ten podwójny krzyż? To znaczy, że bomba ma wzmocniony ładunek wybuchowy. – Fritz tłumaczył miłym, przyjacielskim głosem. Kiedyś, gdy mówił o swoich wynalazkach, na jego twarzy rysowała się duma. Dziś nie zostało w nim nic z dawnej ekscytacji.

– Eksplozja na pewno by nas okaleczyła. Gdyby to nie załatwiło sprawy, w drugiej kolejności dopadłby nas gaz. Wybuch rozprowadziłby go w promieniu kilkudziesięciu metrów. To tylko jedna bomba, więc stężenie nie byłoby aż tak straszne. Nasze maski by to wytrzymały.

– A jakby było więcej bomb?

– To zależy jaki gaz jest w środku. Numer pięć oznacza nowoczesne rozwiązania, produkowane po tysiąc dziewięćset osiemnastym, a więc związki działające na drogi oddechowe. Patrząc po okolicy, wnoszę, że mamy w środku chloropikrynę. Ona bardzo długo zatruwa środowisko. Ale to na pewno nie wszystko. Na pewno jest środek towarzyszący. Raczej nie difosgen, choć przed osiemnastym był bardzo modny.

– Modny? – zdziwił się Tomas, ale Fritz mówił dalej.

– Być może to jakieś związki cyjanowodoru, nie jestem pewien. W tamtym okresie eksperymentowałem z jego pochodnymi.

– Mówi pan do siebie? – wciął się Tomas. – Bo ja nic nie rozumiem.

Fritz pogrążył się w myślach. Dopiero zawołanie porucznika przywróciło dowódcę do rzeczywistości.

– Gotowe. Ładunek wybuchowy usunięty, gaz zabezpieczony.

Zadanie rozpoznania terenu pod kątem bezpieczeństwa zostało wykonane. Generalicja chciała zająć się odkażeniem okolicy, by stworzyć na jej terenie bazy Deutsches Heer, armii Cesarstwa, a Fritz miał ocenić, czy to możliwe. Właściwe wnioski wyciągnął już tydzień temu, ale poczucie obowiązku nie pozwoliło mu porzucić zadania. Nawet tak irytującego, jak to.

– Panie Haber – odezwał się porucznik. Fritza nie tytułowano stopniem wojskowym, bo był cywilnym konsultantem. Ale nie miało to wielkiego znaczenia, ponieważ każdy z żołnierzy poszedłby za Fritzem w ogień. Był dla nich niekwestionowanym bohaterem. – Pod kościołem są kolejne ładunki. Grünkreuz, podwójny, też numer pięć.

– Tomas – polecił Haber, ruszając w kierunku mostu – oznacz na mapie lokalizację. Kapralu Veiss, proszę zebrać próbki ziemi z parku i zza Loary. Tym razem proszę je skrupulatnie opisać. Reszta szukać dalej.

Fritz miał już wystarczająco informacji i mógł wreszcie zająć się swoimi sprawami. Ogłoszona niedawno konferencja pokojowa w Irlandii była idealną okazją do załatwienia własnych spraw.

– A pan co będzie robił? – dopytywał Tomas.

Fritz zdjął hełm i wcisnął na nos binokle.

– Ruszam do Dublina. Muszę przygotować się do konferencji.

 

2.

Fritz nie polubił Irlandii. Przed zejściem z pokładu sterowca sądził, że Zielona Wyspa będzie piękna, czysta i pachnąca morską bryzą. Nic z tych rzeczy. W Dublinie przywitała go stalowa pokrywa chmur, z których ciągle siąpiło, wszechogarniający zapach nieświeżej ryby i końskich odchodów oraz oblepiające błoto, zamiast nowoczesnego asfaltu. Fritz był zawiedziony i rozczarowany, a na dodatek zestresowany niepewnymi widokami na przyszłość. Dlatego zamknął się w przygotowanym dla niego biurze, w siedzibie Sądu Najwyższego. Podczas konferencji pokojowej miał funkcjonować jako przewodniczący komisji do spraw odrestaurowania równowagi biologiczno–chemicznej europejskich ekosystemów. Irlandzkie gazety rozpisywały się o nim w jadowitym tonie, co drugi akapit wytykając, że to Haber był głównym winowajcą zniszczeń, jakie dotknęły Stary Kontynent. Fritz próbował nie zawracać sobie głowy docinkami pismaków, choć musiał przyznać, że były natrętne i bolesne. Przywykł do pochlebnego tonu artykułów prasowych, zwykle niemieckich, które wychwalały jego pomysłowość, oddanie sprawie dominacji Cesarstwa w Europie oraz godną naśladowania postawę moralną. Zajadłość irlandzkiej prasy była kolejnym powodem, dla którego Fritz od tygodnia nie wychodził na zewnątrz. Sypiał w pokoiku sąsiadującym z biurem, korzystał z sądowych toalet i jadalni. Badania prowadził w podziemiach gmachu sądowego, gdzie niemieckie władze tymczasowe urządziły komory gazowe, jako symbol supremacji nad europejskimi narodami. W decyzji tej zawierał się również pierwiastek praktyczny. Z sali sądowej było bliżej do piwnicy niż do więzienia.

– Kenneth Brown został uznany za winnego wszystkich zarzutów – ogłosił sędzia prowadzący egzekucję. Skazaniec nie wykazał pożądanej przez widownię skruchy. Przywiązany pasami do fotela, rzucał się i miotał, wykrzykiwał przekleństwa, a nawet pluł w kierunku grubej szyby, oddzielającej komorę śmierci od pomieszczenia świadków.

– Proszę więziennego – kontynuował sędzia, ignorując zachowanie więźnia – o odczytanie statusu egzekucji.

Chudy, wysoki urzędnik stanął przed zgromadzonymi ze zmiętoloną kartką w ręku. Przetarł poszarzałą twarz i nałożył druciane okulary.

– Egzekucja numer trzydzieści sześć – odczytał łamanym niemieckim – dnia ósmego maja tysiąc dziewięćset dwadzieścia jeden, Dublin. Więzień numer siedem, siedem, osiem, Kenneth Brown, oskarżony o działalność terrorystyczną w ramach organizacji Irlandzka Armia Republikańska. W toku procesu przyznał się do zamordowania siedmiu żołnierzy brytyjskich oraz trzech komisarzy, nadzorujących rozbrojenie Zjednoczonego Królestwa, ustanowionych przez Reichstag Cesarstwa Niemieckiego. Skazany na karę śmierci przez gazowanie.

Sędzia z zadowoleniem pokiwał głową, podobnie jak większość dystyngowanych panów z widowni.

– Informuje się zgromadzonych, że egzekucja odbędzie się z użyciem eksperymentalnych związków cyjanomrówczanu – kontynuował zmęczonym głosem więzienny. – Ze względu na szczególny wymiar zbrodni oraz zachowanie skazańca, odbiera się mu prawo do ostatniego posiłku oraz wygłoszenia mowy pożegnalnej.

Wśród widzów przetoczył się kolejny pomruk aprobaty.

– Informuje się również, że egzekucję nadzoruje wysłannik sztabu generalnego Cesarstwa Niemieckiego, przewodniczący Technischer Ausschuss für Verbrechensbekämpfung, pan Fritz Haber.

Fritz Haber podniósł się z miejsca i z elegancką manierą, ukłonił się towarzystwu. By nie zakłócać powagi sytuacji, panowie wymruczeli oszczędne “heil”, a niektórzy postukali laskami w podłogę.

– Dziękuję panom za uznanie – w odpowiedzi na ten gest przymilnie wyrecytował Haber. Powszechnie znany był z tego, że lubił pochlebstwa, a także precyzyjne wykonanie swych zadań. Jedno i drugie przychodziło mu łatwo. Był cenionym naukowcem, którego trzy lata temu uhonorowano Nagrodą Nobla za opracowanie syntezy amoniaku. Rozwój technologii stosowanych w rolnictwie przyniósł mu wielkie pieniądze, ale sławę zdobył, doskonaląc metody zabijania wrogów Rzeszy. Wszyscy wiedzieli, że Haber był wiernym sługą sprawy cesarskiej.

– Podczas dzisiejszej egzekucji – powiedział ciepłym, serdecznym głosem – zostanie wykorzystany środek, którego jestem pomysłodawcą. – Ostatnie słowo zaakcentował lekkim ukłonem.

– Środek ten określany jest mianem Cyklon B. Jego pierwotnych wersji z powodzeniem używaliśmy podczas kampanii francuskiej w Drugiej Fazie Wielkiej Wojny, a także podczas nalotów na ośrodki cywilne Wielkiej Brytanii. Najnowszą wersję, po raz pierwszy zastosowaliśmy podczas inwazji na Wyspy Brytyjskie w roku dwudziestym. Jak panowie wiecie, nie zdążyliśmy go dostatecznie wiele razy przetestować.

Świadkowie egzekucji przyjęli stwierdzenie naukowca z rozbawieniem. Wszyscy pamiętali, jak przerażająco skuteczne okazały się najnowsze wynalazki Habera oraz ich zastosowanie na ludności cywilnej Zjednoczonego Królestwa. Pamiętali również, jak bardzo londyńscy dygnitarze spieszyli do Berlina z błaganiem o zawieszenie broni.

– Z tej też przyczyny, przenieśliśmy nasze laboratoria do europejskich więzień, gdzie obiektów do badań nigdy nie brakowało. Panowie, za chwilę rozpoczniemy egzekucję. Cyklon B aplikuje się poprzez rozszczelnienie pojemnika ziemi okrzemkowej, która uwalnia cyjanowodór. Będziemy prowadzić obserwacje, mające na celu ustanowienie optymalnego stężenia gazu, w stosunku do pożądanej reakcji organizmu, czyli śmierci.

Dżentelmeni wyrazili zachwyt stonowanymi brawami i szerokimi uśmiechami. Haber przekazał prowadzenie widowiska w ręce asystentów, którzy, w białych kitlach i maskach na twarzy, otworzyli ciężkie, stalowe drzwi. Z komory gazowej wylały się parszywe przekleństwa, serwowane na zmianę w języku angielskim i gaeliku. Sędzia dał sygnał do rozpoczęcia egzekucji, a Fritz wyciągnął notes i przerzucił nogę przez kolano, przyjmując wystudiowaną pozę skupionego na pracy naukowca.

 

3.

Fritz był wyceńczony, fizycznie i psychicznie. Nigdy nie czerpał przyjemności z oglądania śmierci. Interesował się nią jedynie w kontekście bojowej skuteczności związków chemicznych. Cieszyły go natomiast sukcesy na polach bitew i rosnąca przewaga Rzeszy nad resztą Europy. Był doceniany przez niemieckie elity, z cesarzem Wilhelmem włącznie. Uznanie i pochlebstwa dodawały mu skrzydeł. Tak było jeszcze pięć lat temu. Od tego czasu, w umyśle naukowca gnieździły się co najwyżej wyrzuty sumienia i zmęczenie utrzymywaniem radosnej pozy. Już dawno nie czuł ani motywacji, ani radości z pochwał.

Mimo zmęczenia całodziennymi badaniami Fritz nie miał zamiaru pójść spać. Wrócił do biura, by się przebrać, po czym cichcem wymknął się z gmachu sądowego.

Był późny wieczór. Nad miastem zaległa posępna warstwa chmur. Siąpiący deszcz i zimny wiatr skutecznie zniechęcały do wyjścia na dwór, więc i przechodniów było niewielu. Zazwyczaj dodatkowe patrole niemieckich służb porządkowych naprzykrzały się mieszkańcom Dublina oraz dyplomatom, zaproszonym na konferencję pokojową. Tego wieczoru jednak służbiści skryli się w ciepłych koszarach. W taką pogodę nawet nadgorliwym mundurowym, nie chciało się nikogo kontrolować.

Zawinięty w płaszcz Fritz, szybko przemknął wzdłuż rzeki Liffey i zagłębił się w wąskie uliczki, otaczające park St. Steven’s Green. Przemoknięty i zziębnięty, dotarł do hotelu Gallagher. Z przyjemnością zanurzył się w ciepłym i zadymionym wnętrzu. Zapachy cygar i świeżo zaparzonej kawy zachęcały do rozgoszczenia się w sąsiedztwie recepcji, lecz tym razem Fritz oparł się pokusie. Od razu udał się do pokoju na górze.

– Dobry wieczór – odezwał się wesoły głos – Herr Haber kazał na siebie czekać.

Mężczyzna nie był Niemcem, świadczył o tym niezgrabny akcent. Włączona lampka elektryczna została zwrócona w kierunku wejścia do pokoju, przez co nie dało się dostrzec rysów twarzy.

– Niech pan to zgasi – rzekł Fritz. Mężczyzna odwrócił klosz lampy w stronę blatu. Dopiero teraz Fritz wyraźnie zobaczył twarz rozmówcy. Michael Collins, twórca irlandzkiej organizacji podziemnej, odpowiedzialnej za niejedno morderstwo, miał wesoły wyraz twarzy.

– Bierzmy się do roboty – zaczął Fritz, lekko drżącym głosem. W głębi duszy Niemiec obawiał się Collinsa. Czuł się przez przy nim słaby. – Musimy dopracować szczegóły.

– Ech, te szczegóły – zakpił Irlandczyk, wstając od biurka. Fritz nie dziwił się, że ludzie nazywali Collinsa Wielkim Kolesiem, ponieważ był wysoki i szeroki w barach. Ubrany w tweedową marynarkę, nie krył przytroczonej do pasa kabury z pistoletem.

– O co chodzi?

– Nie podoba mi się to wszystko – poinformował Michael – wszystko idzie zbyt wolno.

– Przekonałem Ludendorffa i Hindenburga, żeby wywarli nacisk na rząd brytyjski. Londyn zaproponował stworzenie Republiki Irlandii. Co jeszcze mogę zrobić?

– Pół Republiki – zauważył Collins, wpatrując się w rzędy książek na półkach – bez Północy.

– Dobre i to – zapewnił Fritz. – Sytuacja polityczna…

– Sytuacja polityczna jest skomplikowana – wciął się Irlandczyk, nawiązując do zbliżającej się konferencji pokojowej – a tym bardziej sytuacja Irlandii.

– To stan przejściowy. Gdy się uda…

– Osiągnął pan naprawdę wiele – Collins znowu przerwał Haberowi. – Zniszczył pan pół Europy, zamordował miliony ludzi, opracował doktrynę, której celem stali się cywile. Prawdziwy z pana geniusz.

– Już tłumaczyłem, nie ja opracowałem doktrynę – bronił się Fritz – tylko Ludendorff i Hindenburg.

– Podsunął im pan pomysł, by zmienić taktykę. Żeby nie grzęznąć w okopach.

– Ja tylko podpowiedziałem rozwiązania techniczne. Trzeba było pójść krok dalej, zwiększyć produkcję, rozszerzyć zastosowania. Francuzi i Anglicy też zaczęli produkować chemikalia.

– Dlatego wymyślił pan, żeby zagazować miliony cywili. Pan, naukowiec.

– Nauka służy światu w czasie pokoju – Fritz wygłosił swoje, znane na całym świecie powiedzonko – lecz w czasie wojny, służy państwu. To była podstawa mojego działania, wszyscy to wiedzieli, a ja musiałem trwać przy swoim wizerunku. Nie rozumiem jednak, dlaczego w ogóle o tym rozmawiamy?

– Dziś rocznica śmierci pańskiej żony, zgadza się?

Fritz zamarł. Nie był to temat, który chciałby poruszać z kimkolwiek, a już na pewno nie z Collinsem.

– Co to ma wspólnego z naszą misją?

– Nic. – Collins pokiwał głową, lecz minę miał nieodgadnioną. – Po prostu zastanawiają mnie pańskie motywacje. Czuje się pan winny jej śmierci?

– Proszę dać spokój. – Nerwy Fritza wisiały na włosku. Przez lata nauczył się kontrolować wybuchy emocji, z wyjątkiem sytuacji, kiedy ktoś poruszał temat Klary Haber.

Michael podszedł bliżej, wbijając badawcze spojrzenie w naukowca.

– Jak to się stało, co? Jakiś wypadek? Jakiś gaz?

Haber nie wytrzymał. Rzucił się z pięściami, lecz nic nie wskórał. Irlandczyk złapał go za marynarkę. Niemiec stracił równowagę i padł na podłogę, lecz nawet wtedy, Collins go nie puścił. Klęknął obok i wzmocnił uścisk.

– Uspokój się człowieku – syknął Michael – bo właśnie takie coś może nas załatwić.

Fritz nerwowo pokiwał głową na znak, że zrozumiał. Spocił się z nerwów, ponieważ nie przywykł jeszcze do spiskowania i kontaktu z niebezpiecznymi ludźmi. Collins zwolnił ucisk i wstał. Patrzył na Niemca z politowaniem, gdy ten niezgrabnie podnosił się z podłogi.

– Postaram się – wymamrotał Haber – trzymać nerwy na wodzy.

– Od tego wszystko zależy – przypomniał Collins.

Fritz poprawił zmiętolona marynarkę i usiadł do biurka. Wyciągnął dokumenty i zaczął szkicować plan sytuacyjny.

– Jak pan sobie z tym radzi?

– Moja motywacja – wyjaśnił Collins – jest przejrzysta. Nienawidzę Brytyjczyków za to, kim się stałem, ale dzięki nim, mam jasno określony cel. Czy pan może powiedzieć to samo?

W pokoju zaległa cisza.

 

4.

Pub O’Donnel’s nadawał się idealnie na miejsce dyskretnych spotkań. Front lokalu spoglądał na zatłoczoną straganami alejkę, z kolei zaplecze wychodziło na park St. Steven’s Green, który w razie kłopotów, dawał niezłe schronienie. Wiedzieli o tym konstable z Royal Irish Constabulary, którzy potajemnie obstawili wszystkie potencjalne drogi ucieczki.

W cieniu wysokiego dębu Fritz Haber czekał na rozwój wypadków. Towarzyszył mu brzuchaty kapitan Heerhaus, nadzorujący pracę konstabli z ramienia Deutchesstrafverfolgung. Na czas konferencji pokojowej, Niemiecka Służba Bezpieczeństwa przejęła całkowitą kontrolę nad miastem.

– Cieszę się – zagadnął Heerhaus – że właśnie mnie poprosił pan o pomoc.

– Chciałem mieć pewność – przymilał się Fritz – że sprawa będzie załatwiona zawodowo.

– Zobaczy pan, zaraz będzie po wszystkim – zapewnił kapitan, nieregulaminowo luzując guziki czarnego uniformu. – Moi ludzie są już w środku.

– Wszystko obstawione, tak? – upewnił się Fritz. – To naprawdę niebezpieczny człowiek. Pan wie, kim on jest?

– Oczywiście. Dla Irlandczyków to bohater, dla innych bandyta. Po Powstaniu Wielkanocnym założył podziemną armię i zaczął mordować Brytyjczyków. W zasadzie było to nam na rękę, prawda?

Obleśny uśmiech oficera wydał się Fritzowi grubiański, lecz udał, że komentarz był trafny.

– Tak, tak, bardzo zabawne. Może powinien pan go wypuścić, żeby dalej robił swoje?

– Niech pan nie kusi – Heerhaus znowu pokazał w uśmiechu wybrakowane zęby. – A pan, panie Haber, skąd wiedział, gdzie go znaleźć?

Fritz nie musiał udzielać odpowiedzi na kłopotliwe pytanie, ponieważ nim wybrzmiało, w alejce powstało zamieszanie. Od strony pubu podniosły się krzyki. Ze środka wybiegło kilka przerażonych osób. Stłumione odgłosy wystrzałów wypłoszyły wszystkich przechodniów. Postawiły też na nogi ukrytych wśród straganiarzy konstabli. Porzucili swoje przebrania i uzbrojeni w karabiny Enfielda wbiegli do baru. Palba przybrała na sile, co spowodowało, że Fritz i kapitan Heerhaus zrobili się nerwowi.

– Ilu ich tam jest, do jasnej cholery? – zaniepokoił się Haber.

– Spokojnie, spokojnie. Damy radę.

Kapitan miał rację. Po chwili wszystko ucichło. Z baru wyszli konstable. Jeden z nich machnął ręką na znak, że jest bezpiecznie.

Michael Collins szedł spokojnie, jakby znalazł się w sytuacji zupełnie dla niego naturalnej. Fritz wpatrywał się w jeńca oczami pełnymi strachu. Wszystko szło zgodnie z planem, ale takie igranie ze śmiercią nie było dla naukowca czymś normalnym.

– Proszę go zawieźć do Sądu Najwyższego – poprosił Haber, starając się brzmieć stanowczo. – Od razu do celi śmierci.

Konstable wymienili zaskoczone spojrzenia, lecz nie protestowali. Zapakowali Collinsa do konnej więźniarki. Krata się zatrzasnęła i Fritz mógł odetchnąć z ulgą.

– Kapitanie Heerhaus – zagadnął, gdy został sam na sam z oficerem – chciałbym zamienić z panem słowo na ważny temat.

 

5.

Eamon DeValera powiódł zniecierpliwionym spojrzeniem po zgromadzonych na sali politykach. Atmosfera była gęsta i krwista jak tradycyjny, angielski pudding. Irlandczyk uniósł ręce, by uciszyć wrzawę, która zapanowała w trakcie jego wystąpienia. Niemiecka, najliczniejsza reprezentacja, gotowała się z wściekłości, dając wyraz swemu niezadowoleniu dudniącym buczeniem, w czym wspierali ich goście z Austro-Węgier i Włoch. Z kolei przedstawiciele Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii, oraz kilku innych, mniejszych państw, rozgrzewali dłonie w entuzjastycznych oklaskach. Brytyjczycy podnieśli się z krzeseł, całkowicie zapominając o salonowej etykiecie.

– Nie będę sam na tej sali – kontynuował DeValera, przekrzykując gwar – który uważa tę konferencję za stratę czasu. Jeśli ma ona polegać na narzuceniu woli Rzeszy Niemieckiej państwom pokonanej Ententy, to powinniśmy w tej chwili wrócić do okopów, bo inaczej nie ma mowy o porozumieniu. Żadna ilość gazów bojowych nie daje wam mandatu do decydowania o naszym losie. Dzięki waszemu błyskotliwemu doktorowi Haberowi jesteście co najwyżej skutecznymi mordercami, a nie władcami świata.

Schowany w środku niemieckiej delegacji Fritz Haber poczerwieniał na twarzy. Trochę ze złości, a trochę ze wstydu. Pokręcił głową z niedowierzaniem, ponieważ nie przewidział, że jego osoba może zostać poruszona w takim kontekście. Przed śmiercią żony nigdy nie myślał o swej pracy jak o dokonywaniu masowych mordów. Dopiero później jego życie stało się jednym wielkim wyrzutem sumienia. Tymczasem DeValera próbował kontynuować wystąpienie.

– Tak, tak, panowie. Widzę, że prawda kłuje w oczy, co? Ja to powiem wprost. Hrabstwa północne są irlandzkie. Chcecie oddać Północ Anglikom, żeby ich ugłaskać, tak? Po moim trupie!

DeValera łupnął pięścią w mównicę. Sala znowu entuzjastycznie odpowiedziała na wystąpienie irlandzkiego dyplomaty. Brytyjczycy klaskali nieco oszczędniej, ponieważ przytyk do ich roszczeń wobec północnych hrabstw ostudził zapał dżentelmenów z Londynu. Ale, mimo to, nadal popierali stanowisko Irlandczyka, który powiedział Niemcom prawdę prosto w oczy. Czwarty dzień konferencji pokojowej zrobił się nad wyraz burzliwy.

– Gdzieś mam wasze buczenie – warknął DeValera, wygrażając Niemcom palcem – bo żaden z was nie ma pojęcia o tym, co zrobiliście zwykłym ludziom. Jesteście kanalie!

Przewodniczący obrad, premier Wielkiej Brytanii, David Lloyd George, gorączkowo stukał sędziowskim młotkiem w blat.

– Spokój! Proszę o ciszę! A pana, panie DeValera – upomniał mówcę – proszę o większą powściągliwość.

– Przepraszam. – Irlandczyk wysłuchał reprymendy przewodniczącego z zaciśniętymi zębami, ale się uspokoił.

– Wnoszę o ogłoszenie przerwy – wtrącił milczący do tej pory Haber. Oczy wszystkich dyplomatów zwróciły się na niego. Fritz, wyjątkowo, nie poczuł się z tym dobrze. Szczególnie że na sali zapadła nieprzyjemna cisza.

– Nie było tego w planie – zdziwił się przewodniczący obrad.

– Wiem – przytaknął Haber – ale przyda nam się chwila na wyciszenie emocji.

Po sali przetoczył się pomruk aprobaty. Lloyd George pokiwał głową i rzekł:

– Ogłaszam przerwę. Wrócimy do wystąpienia pana DeValery o osiemnastej.

Wzburzona publiczność podniosła się z krzeseł, by powoli przeciskać się w stronę wyjścia. Fritz ruszył pośpiesznie, nerwowo przepychając się między ludźmi.

 

6.

Stukot wojskowych obcasów niósł się dudniącym echem. Podziemia Sądu Najwyższego kryły wiele zakamarków i wąskich korytarzy, które tymczasowa administracja niemiecka, zaadaptowała na areszt, komory gazowe i niewielkie laboratorium Habera. Naukowiec usłyszał zbliżające się kroki i, cały w nerwach, położył dłoń na rękojeści pistoletu.

– Wejść – rzekł, gdy rozległo się pukanie.

Do laboratorium weszli kapitan Heerhaus i trzech podoficerów.

– Panie kapitanie – szepnął zdenerwowany Fritz, wręczając oficerowi gruby zwitek banknotów – zgodnie z umową.

Pieniądze zniknęły w kieszeni munduru.

– To pewni ludzie?

– Całkowicie – zapewnił wojskowy. – Wszyscy należą do Komunistycznej Partii Niemiec. Wszyscy chcemy rewolucji.

– Dobrze. Niech się biorą do roboty. A my idziemy po więźniów.

Przemierzając kolejny korytarz, kapitan Heerhaus zagadnął konfidencjonalnie:

– Niech pan powie prawdę, panie Haber. Co pan chce zrobić?

Fritz uśmiechnął się tajemniczo.

– Ja też chcę rewolucji.

Gdy dotarli do aresztu, kapitan, głosem nieznoszącym sprzeciwu, odwołał nudzących się strażników. Próbowali dociekać powodów niezaplanowanej wizyty, ale Heerhaus pogroził im zadenuncjowaniem w związku z działalnością wywrotową. Fritz był pełen podziwu dla siły perswazji grubawego oficera.

Gdy strażnicy odeszli, Heerhaus otworzył metalowe drzwi. Z czeluści śmierdzącej stęchlizną celi, wyprowadzono zakutych w kajdany więźniów.

– Najwyższa pora, bo te cholerne szczury już nas prawie zeżarły – stęknął Michael Collins, choć po jego twarzy błąkał się uśmiech. Potem spojrzenie padło na znerwicowanego Habera.

– Niech pan się trzyma – pocieszył. – Niedługo będzie po wszystkim.

– Wiem – naukowiec kiwnął głową. – Ruszajmy.

 

7.

Obrady wznowiono zgodnie z planem. Na podium sędziowskim zasiadł premier Lloyd George.

– Proszę o ciszę – powiedział spokojnie. Na jego twarzy rysowało się zmęczenie. Szum rozmów gasł powoli, aż wreszcie zapanował spokój.

– Proszę pana DeValera o kontynuowanie wystąpienia.

Śmietanka europejskiej klasy politycznej wstrzymała oddech, oczekując kolejnych fajerwerków. Szybko jednak zorientowano się, że Irlandczyka nie było na sali, podobnie jak reszty irlandzkiej deputacji. Zaskoczony Lloyd George stuknął młotkiem i powtórzył wezwanie, ale nic się nie wydarzyło.

– Panie premierze – zagadnął spokojnie cesarz niemiecki, Wilhelm II Hohenzollern – jeśli główni zainteresowani nie chcą omówić kształtu przyszłej Republiki Irlandii, to nie będziemy ich zmuszać. Proponuję przejść do następnego przemówienia.

– Następny, według szpigla, jest książę Lubomirski – poinformował brytyjski premier. – Przedstawiciel Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego. Wielmożny książę, zapraszam.

Na sali rozległy się umiarkowane, kurtuazyjne brawa. Dyplomaci spodziewali się kolejnej porcji gorzkich słów, szczególnie pod adresem Niemców i Rosjan. Na szczęście Lubomirski znany był z ogłady i dyplomatycznego obycia, więc nie zapowiadało się na powtórkę karczemnej awantury. Zanim jednak Polak wyszedł na mównicę, na sądowych korytarzach rozległy się strzały. Zaskoczeni politycy podnieśli się z krzeseł.

Dudnienie broni palnej zmieszało się z bojowymi okrzykami i brzękiem tłuczonego szkła. Wojskowe komendy w języku niemieckim rozbrzmiewały na zmianę z angielskimi przekleństwami. Do wrzawy dołączył rytmiczny stukot karabinu maszynowego, który ucichł po nagłej eksplozji. Ściany budynku zatrzęsły się. Odgłosy walki dochodziły nie tylko z korytarzy, lecz również z podwórza i z ulicy.

– Co to ma znaczyć? – krzyknął Karol I Habsburg, cesarz Austro–Węgier. Odważnie skierował się do głównego wejścia. Kilku innych dyplomatów zdecydowanym krokiem ruszyło za nim, ale ani Habsburgowi, ani nikomu innemu nie udało się wyjść. Drzwi zostały otwarte przez uzbrojonych w broń długą bojowników. Na ich czele, z zaciętą miną maszerował Michael Collins.

– Co to za farsa? Kim jesteście? – dopytywał Habsburg. – Będziecie wisieć!

Zbrojni nie przejęli się groźbami cesarza, który zamiast odpowiedzi, dostał kolbą karabinu w twarz. Dumny władca europejskiego imperium padł na ziemię. Karol I Habsburg bełkotał coś o komorze gazowej, lecz kopnięcia wojskowych buciorów nauczyły władcę moresu. Prośby o uszanowanie powagi i godności osoby z woli boskiej namaszczonej tytułem cesarskim i królewskim spełzły na niczym. Dyplomaci domyślili się, że stanęli przed żołnierzami Irlandzkiej Armii Republikańskiej, którzy za nic mieli wszelkie świętości. Ale największa niespodzianka miała dopiero przyjść.

– Ogłaszam powstanie Republiki Irlandii – zadudnił Michael Collins. – Republikańska Armia Irlandii przejmuje właśnie władzę nad całą wyspą. Całą!

– Panie Collins – krzyknął Kanclerz Rzeszy, Georg Michaelis – proszę się opanować. Chce pan wywołać kolejną wojnę?

– Jestem tutaj na zaproszenie jednego z was – odparł z jadowitym uśmiechem Irlandczyk.

Spomiędzy bojowników wyłonił się Fritz Haber. Naukowiec był blady na twarzy i szedł chwiejnym krokiem. Rozglądał się ze strachem w oczach. Zdziwienie i niedowierzanie przebiegło po twarzach członków niemieckiej delegacji.

– Panie Haber… – jęknął generał Ludendorff. – Fritz, coś ty narobił?

Cesarski oficer postąpił krok w kierunku Habera, ale natknął się na lufę karabinu marki Enfield.

– Generalny kwatermistrz Cesarstwa Niemieckiego Erich Ludendorff – ucieszył się Michael Collins. – Jakże się cieszę, że pana tu widzę. Głosu panu jednak nie udzielam. Proszę siadać, w przeciwnym wypadku będziemy strzelać.

Ludendorff był strategiem i politykiem, ale przede wszystkim żołnierzem. Wiedział, że z karabinem Enfielda nie da się spokojnie podyskutować. Usiadł na fotelu z dumnie uniesioną brodą.

– A gdzie jest mój najlepszy przyjaciel – głośno zapytał Collins, rozglądając się po sali – pan premier Lloyd George, co?

Irlandczycy wywlekli brytyjskiego premiera zza podwyższenia sędziowskiego, za którym próbował się schować. Widząc brutalne traktowanie przewodniczącego obrad, dyplomaci podnieśli głośny protest. Przepychali się w kierunku mównicy i dopiero wystrzał z pistoletu ostudził ich zapał. Bojownicy IRA posadzili brytyjskiego premiera na widowni, zablokowali wszystkie wejścia do sali, a następnie otoczyli mównicę kordonem najeżonym lufami karabinów.

– Nie będę się z wami cackał – ryknął Collins, z uniesionym pistoletem.

Pomruki niezadowolenia gasły niechętnie. Politycy, szczególnie niemieccy, z ociąganiem wracali na miejsca.

Fritz przetarł rękawem czoło, które zalewał pot. Zwrócił też uwagę, że odgłosy walki powoli milkły i z okolic gmachu sądu przenosiły się dalej w miasto.

– Do czego pan zmierza? – zapytał cesarz Wilhelm. – To nie jest sposób na osiągnięcie politycznego celu.

– Ja wam pokażę polityczny cel – warknął Collins, wymachując pistoletem. – Zanim się z wami policzę, mój przyjaciel chciałby coś powiedzieć.

Collins kazał swoim ludziom zrobić przejście do mównicy.

– Panie Haber. – Zaprosił gestem. – Odwagi.

Fritz trząsł się, jakby właśnie wyszedł z lodowatej wody. Dziwił się swej reakcji, bo marzył o tej chwili od dawna. Przez długie miesiące wyobrażał sobie, jak z dumą i pogardą spojrzy na tych wszystkich, zadufanych w sobie, napuszonych politykierów. Wyobrażał sobie, że wykrzyczy im prawdę prosto w oczy, a potem wyda wyrok skazujący, lecz gdy przyszło co do czego, nie mógł opanować drżenia rąk, ani łomotu serca. Na sztywnych nogach podszedł bliżej, unikając nienawistnych spojrzeń niemieckich oficjeli. Stanął na mównicy i wziął głęboki oddech.

– Nazywam się Fritz Haber.

– Zdrajca – rzucił ktoś z tyłu sali.

Oskarżycielskie i karcące spojrzenia wbijały się we Fritza, który czuł, że zaraz się roztopi.

– Moje przemówienie będzie krótkie – wymamrotał.

– Dobrze – wtrącił ktoś inny. – Oszczędzisz nam żenady.

– Sprzedawczyk!

– Nie jesteś Niemcem!

– Twoja żona zabiła się ze wstydu!

– Dość – zaprotestował Kanclerz Michaelis. – Nie będziemy tu obrażać zmarłych, a szczególnie chorych i zdezorientowanych kobiet.

Po słowach kanclerza do Fritza przez długą chwilę nic nie ocierało. Poczuł dziwne mrowienie, a potem lodowaty dreszcz. Ogarnął go chłód, z którego powoli kiełkowało opanowanie. I determinacja.

– Tak ją oceniliście – odparł Haber zdecydowanym głosem. – Jako chorą i zdezorientowaną. Tak, to prawda. Klara popełniła samobójstwo. Mylicie się jednak, myśląc, że była chora.

Tym razem wśród polityków zapadło grobowe milczenie. Z niepokojem, czekali na wyjaśnienia.

– Moja żona nie zabiła się z powodu choroby. Zabiła się, bo nie mogła znieść tego, co dla was robiłem. Nie mogła patrzeć na świat, na polityków, na żołnierzy, a szczególnie na swojego męża, potwora.

Wydawać by się mogło, że cisza, jaka zapanowała w Sądzie Najwyższym, nie mogła zrobić się cięższa. A jednak. Waga słów Habera, jego postawa i okoliczności nie pozostawiały wątpliwości, że mówił prawdę. Fritz już całkiem odzyskał panowanie nad sobą. Rozejrzał się po ludziach, którzy jeszcze dzisiaj rano darzyli go wielkim szacunkiem, a nawet uwielbieniem.

– Klara odebrała sobie życie – kontynuował naukowiec – jeszcze zanim moje wynalazki pomogły wam zamordować miliony cywili. Wystarczyło jej, że podczas jednej bitwy życie straciło kilka tysięcy żołnierzy francuskich. Już wtedy nie mogła znieść takiego bestialstwa, nie mogła znieść mnie. Wyobrażacie sobie, co by przeżyła, gdyby zobaczyła lejące się z nieba toksyny? Na miasta, na rodziny, na dzieci?

– Panie Haber – wtrącił generał Ludendorff – sam pan wie, że to była wojna, taka była racja stanu. Nasza doktryna pozwoliła nam osiągnąć wielki sukces. Ten sukces jest również pańskim dziełem.

– Tak – przyznał Fritz – to prawda. Jestem bohaterem. I dlatego właśnie dziś staję tu przed wami. Gdy nawiązałem kontakt z naczelnikiem Collinsem, sądziłem, że robię to z zemsty. Długo tak myślałem. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie swoich błędów, a jeszcze więcej zrozumienie decyzji Klary. Dziś jednak wiem, że robię to dla niej. Robię to, by jej śmierć nie poszła na marne.

– Jej śmierć była dla wszystkich bolesna – zapewnił cesarz Wilhelm – ale nie mogła mieć nic wspólnego z wojną.

– Myli się pan. Jej śmierć była jedynym sposobem, abym się opanował. Już za chwilę wszystko zrozumiecie.

Fritz skinął do Collinsa, który wydał serię rozkazów. Chwilę potem wielkie, dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się na oścież. Oczy zgromadzonych zwróciły się na irlandzkich żołnierzy, chroniących twarze maskami przeciwgazowymi. Bojownicy wtoczyli do środka wózki, obciążone krągłymi korpusami butli z gazem, przyniesionymi prosto z laboratorium Habera. Każda z nich oznaczona była pojedynczym, zielonym krzyżem.

– Chcecie nas zagazować? – przeraził się David Lloyd George. – Weźcie Niemców, to oni mordowali.

– Zabójcy! – wrzasnął prezydent Francji, Raymond Poincaré. – Nie macie prawa! Nie jesteście sędziami.

Kolejne protesty zlały się w jeden, nieznośny jazgot. Tylko delegacja Rzeszy Niemieckiej zachowała spokój, pod karcącym spojrzeniem cesarza.

Fritz opuścił mównicę, obserwując, jak zamaskowani bojownicy rozstawiają bomby we wszystkich zakątkach sali. Kilku dyplomatów z delegacji rosyjskiej postanowiło podjąć walkę, lecz skończyli na podłodze, obici kolbami i spętani drutem.

– Kamień z serca – podsumował Michael Collins, ściskając dłoń Fritza.

– Tak, ale to jeszcze nie koniec.

– A jest pan pewien, że chce to doprowadzić do końca?

– Jestem. To jedyny sposób. A pan, jesteś pewien?

– Tak. Dzięki panu, panie Haber.

Fritz pokiwał głową i ruszył w kierunku zaplecza sędziowskiego. Zanim opuścił salę obrad, Collins jeszcze raz wywołał imię naukowca.

– Jest pan najodważniejszym człowiekiem, jakiego znałem – powiedział, unosząc brodę.

Fritz zamknął się w małym pokoiku, pełnym kodeksów prawnych i notatek. Jego uwagę zwrócił spoczywający na biurku pistolet. Haber usiadł wygodnie na krześle, zapalił papierosa i zaciągnął się nim głęboko. Gryzący dym przyniósł niespodziewaną ulgę i pomógł opanować drżenie rąk.

Zza ściany doszedł go złowrogi syk odkręconych zaworów, potem lament i wrzask, a wreszcie jęki umierających dygnitarzy. Na to wszystko nałożył się łoskot padających na podłogę ciał. Końca słuchowiska Fritz nie doczekał. Zgasił papierosa w popielniczce, chwycił pistolet i z pietyzmem umieścił jedną kulę w komorze zamka. Na koniec powoli włożył lufę do ust i wymierzył sobie karę.

 

8.

– Kurwa mać! – zakrzyknął Michael Collins, wpadając do gabinetu prezydenta DeValery. Z głębi sekretariatu, zdenerwowana asystentka próbowała tłumaczyć najście. DeValera uciszył ją ręką i nakazał zamknąć drzwi.

– Wiedziałeś o tym? – zapytał oskarżycielskim tonem Collins.

– Michael, opanuj się – prezydent rzekł spokojnym głosem – bo takie zachowanie nie przystoi naczelnikowi armii republiki.

– Do dupy z takim zachowaniem. Mów prawdę. Wiedziałeś, czy nie?

– Czy ty nie powinieneś być w Wicklow?

– Wicklow jest pod kontrolą.

– Zgodnie z planem miałeś prowadzić ofensywę na północ.

– Nie zmieniaj tematu.

Collins rozwinął gazetę, w której tłustym drukiem wypisano krzykliwy nagłówek.

– “Przedstawiciele państw europejskich żyją!” – odczytał Michael. – “Jak się okazało, we wczorajszym zamachu przeprowadzonym przez bojowników IRA podczas konferencji pokojowej, użyto jedynie gazu usypiającego, a nie, jak początkowo przypuszczano, tak zwanego Cyklonu B. Wszyscy delegaci żyją i – nie licząc kilku osób poturbowanych przez napastników – są zupełnie zdrowi. W związku z tym podjęto decyzję o rychłym wznowieniu obrad.” To gazeta sprzed tygodnia.

– Masz mizerne tempo pozyskiwania informacji.

– Dowiedziałem się dwa dni po akcji. Przyjechałbym od razu, ale prowadziłem pieprzone powstanie.

– W takim razie co cię tak oburzyło?

– Co mnie oburzyło? To, że te wszystkie skurwiele miały pozdychać. Haber mnie oszukał. Wszystkich oszukał.

– Haber osiągnął swój cel.

– Gówno prawda. Zamiast zemsty, sprawił, że rozbolały ich głowy.

– Rozumiem, że nie czytałeś dzisiejszych doniesień. Jak zwykle w gorącej wodzie kąpany. Masz, zobacz. – DeValera podsunął Collinsowi najświeższe wydanie gazety.

Michael zmarszczył czoło i wczytał się w tekst:

– “Po dzisiejszych obradach wiadomo, że nietypowa akcja IRA przyniosła niespodziewane efekty: przedstawiciele rządów Rzeszy Niemieckiej, Wielkiej Brytanii i Francji zapowiedzieli, że podpiszą uchwały zobowiązujące rządy do zredukowania, a z czasem likwidacji arsenałów chemicznych.” I tak dalej, i tak dalej – przeczytał na głos. – “Ponadto Niemcy poinformowali, że wycofają armię z Wysp Brytyjskich i terenów okupowanej Francji, z zastrzeżeniem, że zachowają częściowe zdobycze terytorialne. Carat Rosyjski już oficjalnie wycofał poparcie dla Turcji, stosującej gazy bojowe przeciw Ormianom.” No i co z tego?

– Haber tego właśnie chciał. Żeby politycy przejrzeli na oczy. Gdyby ich zamordował, z pewnością nikt nie szukałby rozwiązania problemu, tylko odwetu.

– Wspaniale. I co teraz? Dzięki Haberowi Lloyd George będzie mógł skupić się na nas, bo Niemcy właśnie pakują manatki i wracają do Rzeszy.

– Michael, zrozum. Nikt nie będzie mógł o nas powiedzieć, że jesteśmy mordercami. A twoje działania sprzed konferencji spowodowały, że taką właśnie łatkę nam przypięto.

– Moje działania…

– Milcz – DeValera przerwał Collinsowi. – Wystosowałem dziś rano depeszę do wszystkich delegacji. Informuję w niej, że nasze, podkreślam, nasze, radykalne działania, miały na celu poruszenie sumienia europejskich rządów. Nasze cele były większe i bardziej uniwersalne niż tylko odzyskanie niepodległości. Chwalę wszystkich za to, że poszli po rozum do głowy. A potem zwracam uwagę na słuszność podjętej przez nas walki o samostanowienie.

– To nie zmienia sytuacji.

– Mylisz się Michael. Nasza sytuacja nigdy nie była lepsza.

Koniec

Komentarze

Interesująca wizja. Są zwroty akcji, dobrze zbudowane postacie. Podobało mi się, chociaż początek nie nastrajał optymistycznie, bo nie lubię klimatów militarystycznych.

Kiedyś, mówiąc o swoich wynalazkach, na jego twarzy rysowała się duma.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to duma mówiła o wynalazkach.

Babska logika rządzi!

Caernie, oddałeś rzecz w sposób rzetelny, a przy tym bardzo czytelny. Zaludniłeś opowieść postaciami historycznymi, co przydało jej autentyczności, a choć pomieszałeś wydarzenia prawdziwe z fikcją, miałam nieodparte wrażenie, że czytam Sensacje XX wieku.

Wykonanie mogłoby być nieco lepsze.

 

Był naj­młod­szy z od­dzia­łu… –> Był naj­młod­szy w od­dzia­le

 

Ale woda nie nio­sła ze sobą życia, co naj­wy­żej spły­wa­ją­ce z do­li­ny che­mi­ka­lia. –> Czy coś może spływać z doliny?

 

Po­zo­sta­wa­ły ak­tyw­ne, do­pó­ki spe­cjal­ne za­bie­gi nie po­mo­gły ich wy­ru­go­wać. –> Czy chemikalia można wyrugować?

 

Uszko­dze­nia spo­wo­do­wa­ne ude­rze­niem w zie­mię wy­wo­ły­wa­ły wa­ha­nia ci­śnie­nia. W po­łą­cze­niu z cza­sem, wil­go­cią i żrą­cy­mi che­mi­ka­lia­mi, po­wo­do­wa­ło to… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

za­py­tał Tomas, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mógł oglądać się przed siebie?

Wystarczy: …za­py­tał Tomas, nie oglą­da­jąc się. Lub: …za­py­tał Tomas, nie patrząc za sie­bie.

 

Kie­dyś, mó­wiąc o swo­ich wy­na­laz­kach, na jego twa­rzy ry­so­wa­ła się duma. –> Czy dobrze rozumiem, że duma, mówiąc o swoich wynalazkach, rysowała się na jego twarzy?

Proponuję: Kie­dyś, mó­wiąc o swo­ich wy­na­laz­kach, na twa­rzy miał dumę. Lub: Kie­dyś, gdy mówił o swo­ich wy­na­laz­kach, na jego twa­rzy ry­so­wa­ła się duma.

 

rów­no­wa­gi bio­lo­gicz­no – che­micz­nej eu­ro­pej­skich eko­sys­te­mów. –> …rów­no­wa­gi bio­lo­gicz­no-che­micz­nej eu­ro­pej­skich eko­sys­te­mów.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy. Bez spacji.

 

Chudy, wy­so­ki urzęd­ni sta­nął przed zgro­ma­dzo­ny­mi… –> Literówka.

 

za opra­co­wa­nie syn­te­zy amo­nia­ku. Roz­wój tech­no­lo­gii sto­so­wa­nych w rol­nic­twie przy­niósł mu wiel­kie pie­nią­dze, ale sławę zdo­był, opra­co­wu­jąc sku­tecz­ne me­to­dy… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

otwo­rzy­li opa­słe, sta­lo­we drzwi. –> Na czym polega opasłość drzwi?

Za SJP PWN: opasły 1. «o zwierzęciu: dobrze wykarmiony, wypasiony» 2. «o człowieku lub o jego części ciała: gruby, otyły» 3. «o egzemplarzu książki: bardzo gruby»

 

Fritz był wy­czer­pa­ny, fi­zycz­nie i psy­chicz­nie. Nigdy nie czer­pał przy­jem­no­ści… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Nic – Col­lins po­ki­wał głową, lecz minę miał nie­od­gad­nio­ną – po pro­stu za­sta­na­wia­ją mnie pań­skie mo­ty­wa­cje. –> – Nic. – Col­lins po­ki­wał głową, lecz minę miał nie­od­gad­nio­ną.Po pro­stu za­sta­na­wia­ją mnie pań­skie mo­ty­wa­cje.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

gdy ten nie­zgrab­nie pod­no­sił się z ziemi. –> Rzecz dzieje się w pokoju hotelowym, więc: …gdy ten nie­zgrab­nie pod­no­sił się z podłogi.

 

Front lo­ka­lu wy­glą­dał na za­tło­czo­ną stra­ga­na­mi alej­kę… –> Zdanie sugeruje, że front lokalu był podobny do zatłoczonej straganami alejki.

 

A pan, panie De­Va­le­ra – upo­mniał mówcę – pro­szę więk­szą po­wścią­gli­wość. –> Pewnie miało być: A pana, panie De­Va­le­ra – upo­mniał mówcę – pro­szę o więk­szą po­wścią­gli­wość.

 

– Wejść – rzekł, gdy roz­le­kło się pu­ka­nie. –> Literówka.

 

wrę­cza­jąc ofi­ce­ro­wi tłu­sty zwi­tek bank­no­tów… –> Na czym polegała tłustość zwitka?

Może: …wręczając oficerowi gruby/ pokaźny zwitek banknotów

 

ka­pi­tan He­er­haus za­gad­nął kon­fi­den­cjal­nie… –> …ka­pi­tan He­er­haus za­gad­nął kon­fi­den­cjonal­nie

 

więc nie za­po­wia­da­ło się na po­wtór­kę z kar­czem­nej awan­tu­ry. –> …więc nie za­po­wia­da­ło się na po­wtór­kę kar­czem­nej awan­tu­ry.

 

krzyk­nął Karol I Habs­burg, ce­sarz Au­stro–Wę­gier. –> …krzyk­nął Karol I Habs­burg, ce­sarz Au­stro-Wę­gier.

 

– Co to za farsa? Kim je­ste­ście? – zło­rze­czył Habs­burg. –> Habsburg zadał dwa pytania, ale nie złorzeczył.

 

ryk­nął Col­lins, z pi­sto­le­tem unie­sio­nym w górę. –> Masło maślane. Czy mógł mieć pistolet uniesiony w dół?

 

– Panie Haber – za­pro­sił ge­stem – od­wa­gi. –> – Panie Haber.Za­pro­sił ge­stem.Od­wa­gi.

 

Długo za­ję­ło mi zro­zu­mie­nie swo­ich błę­dów, a jesz­cze dłu­żej za­ję­ło mi zro­zu­mie­nie de­cy­zji Klary. –> Dużo czasu za­ję­ło mi zro­zu­mie­nie swo­ich błę­dów, a jesz­cze więcej zro­zu­mie­nie de­cy­zji Klary.

 

Bo­jow­ni­cy wto­czy­li do środ­ka wózki, ob­cią­żo­ne krą­gły­mi kor­pu­sa­mi butli z gazem, przy­nie­sio­nych pro­sto z la­bo­ra­to­rium Ha­be­ra. –> …butli z gazem, przy­nie­sio­nymi pro­sto z la­bo­ra­to­rium Ha­be­ra.

 

zlały się w jeden, nie­zno­śny ja­zgot. Je­dy­nie de­le­ga­cja… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­wie­dział, uno­sząc brodę w górę. –> Masło maślane. Czy mógł unieść brodę dół?

 

Haber usiadł wy­god­nie na krze­śle, od­pa­lił pa­pie­ro­sa… –> Haber usiadł wy­god­nie na krze­śle, za­pa­lił pa­pie­ro­sa

 

– Kurwa mać – za­krzyk­nął Mi­cha­el Col­lins… –> Skoro zakrzyknął, to przydałby się wykrzyknik: – Kurwa mać! – za­krzyk­nął Mi­cha­el Col­lins

 

pod­ję­to de­cy­zję o ry­chłym wzno­wie­niu obrad.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się jeszcze dwukrotnie w dalszej części opowiadania.

 

I tak dalej, i tak dalej. – prze­czy­tał na głos. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla – cieszę się, że Cię zainteresowałem. Klimat opowiadania faktycznie jest militarystyczny. Pracując nad tekstem i tak wyciąłem nieco akcji i strzelanki, aby skupić się na postaci i politycznym wymiarze sprawy.

Regulatorzy – dziękuję za dobre słowo i zwrócenie uawgi na niedociągnięcia. Pewnie siądę wieczorem i wyszlifuję co nieco. A wrzucenie do kotła wydarzeń prawdziwych i fikcyjnych sprawiło mi ogromną frajdę.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. Mam też nadzieję, że wyszlifujesz co trzeba, bo nie chciałabym cofać Biblioteki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, zgrozo :o już klawiaturę nagrzewam.

 

Uwagi oczywiście, że przydatne. To zawsze jest trochę zaskoczenie. Po jakimś czasie pracy nad tekstem gubi się nieco dystansu, a potem patrzę na uwagi i myślę “jak mogłem na to nie zwrócić uwagi?” :)

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

No to, IMO, wycięcie części strzelanek było krokiem w dobrą stronę. Naparzanki są nudne. Przynajmniej jeśli nie stoi się po jednej ze stron.

Babska logika rządzi!

I chwała Srygławowi i Twarogowi, że autor nie wziął sobie do serca mojego marudzenia, że za mało się biją ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Twoje marudzenie, Thargone, było bardzo pomocne. Jedynie w kwestii bijatyki pozostałem przy koncepcji mniej naparzankowej. Choć przyznam, że gdybyśmy mieli wyższy limit znaków, to scena w sądzie byłaby pewnie bardziej naładowana prochem. :D

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Ciekawe. I pouczające. Byłoby nawet świetne, ale miejscami sporo patosu, a miejscami trochę mi nie gra.

Zakończenie na przykład – czy zagazowani, czy tylko uśpieni, zaraz po pokojowych ustępstwach wszyscy politycy zostaliby odwołani, robiąc miejsca nowym “jastrzębiom”.

Czasem się lekko potykałem:

– “miały długi okres rozpadu”– to jest właściwie poprawne, ale od razu kojarzy się z promieniotwórczością; nie lepiej byłoby – “miały długą żywotność” albo coś w tym stylu?;

– “większość z nich umarła w wyniku działania gazów” – skoro to była śmierć gwałtowna, to “zginęła”;

– “ umarła w wyniku działania gazów o wysokim stężeniu” – zabrakło słówka “trujących”, bo np. azot o wysokum stężeniu działa na nas nieustannie;

– “wysoki urzędni stanął” – literówka;

– “asystentów, którzy, w białych kitlach i maskach na twarzy” – mieli wspólną twarz ;)?;

– “i przerzucił nogę przez kolano” – hm, “założył nogę na nogę”, bo brzmi to jak jakaś sztuczka Houdiniego :);

– “że jego osoba może zostać poruszona” – kto go poruszał? “temat jego odkryć”, ewentualnie “temat jego osoby”;

– “korpusami butli z gazem, przyniesionych” – skoro “korpusami”, to “przyniesionymi”.

 

Ogólnie mi się podobało, jednak nie bez pewnych zastrzeżeń.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Staruch – dzięki za uwagi. Niektóre z nich już poprawiłem, ponieważ pokryły się z uwgami od Regulatorzy. No i cieszę się, że Cię zaciekawiło.

Śniąca – meldunek przyjęty, spocznij :)

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Czas i na mój komentarz. 

Podoba mi się jak tekst wypełnia założenia konkursu – gwałtowny i fantastyczny rozwój jakiejś gałęzi techniki zmienia obraz świata, zarówno polityczny jak technologiczny. Wszystko w punkt. Podoba mi się zabawa postaciami historycznymi i stawianie ich w innym świetle. Zwłaszcza Michael Collins – obecnie lubi się go przedstawiać bardziej jako polityka, nie bojownika, a z tekstu wychodzi jego obraz (bliski zresztą rzeczywistości) twardego sukinsyna. 

Podoba mi się główny bohater – nie jest prosty, to nie Schwarzcharakter, który się nawrócił, nie jeden i zero, nie minus i plus. W kimś trawionym wyrzutami sumienia i zdesperowanym w wykonaniu misji ratowania świata wciąż tkwi dawny Fritz, łasy na pochwały, potrafiący beznamiętnie przyglądać się egzekucji (wszak to dla dobra nauki) i próbujący wybielać swoje dawne postępki przed Collinsem. Bardzo fajna, niejednoznaczna postać. 

Zakończenie rzeczywiście może wydawać się mało prawdopodobne, może nawet i jakby "naiwne", ale z drugiej strony… Na tym właśnie opiera się koncept całego tekstu i "odkupienie" Fritza, co więcej szczęśliwe (choć nie dla wszystkich) zakończenie jest w przypadku tego tekstu jak najbardziej (przynajmniej przeze mnie) pożądane. 

Technicznie i stylistycznie porządnie i solidnie. Trochę uchybień się znalazło, które umknęły mu w becie, ale to nic naprawdę poważnego. 

Dobry tekst. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Spokojnie przelewająca się Loara [-,] wypełniała przestrzeń jednostajnym szumem

Przestrzeń czy dolinę/koryto?

co najwyżej spływające z doliny chemikalia.

Albo spływające doliną, albo spływające z góry.

Wysuszona trawa szeleściła pod nogami. Miała nienaturalny, kremowy kolor i kruszyła się, jak spalony papier.

Kruszący się spalony papier nie szeleści, a trawa szeleściła. Jest tu pewna niekonsekwencja.

Pozostawały aktywne, dopóki specjalne zabiegi nie pomogły ich usunąć.

Unikaj ogólników. Lepiej byłoby wstawić tu nazwę konkretnego procesu chemicznego. Podobnie z “chemikaliami”, warto podać konkretny związek, jaki stosowano (lub wymyślić takowy)

 

Anachronizmy:

auta (raczej automobile), ekipa, ekosystem (termin ten został opublikowany przez brytyjskiego ekologa Arthura Tansley’a w 1935), nowotwór (raczej rak), 

 

Ich stan techniczny okreslało się jako “niestabilny”, ponieważ uszkodzenia spowodowane uderzeniem w ziemię wywoływały wahania ciśnienia wewnątrz metalowych korpusów. Fritz znał się na tym doskonale. W końcu to jego projekty.

Widzisz. Tu już jest dobrze. Pokazujesz konkretny mechanizm i czytelnik wszystko z przyjemnością połyka.

Ale to na pewno nie wszystko. Na pewno jest środek towarzyszący. Raczej nie difosgen, choć przed osiemnastym był bardzo modny.

Modny – anachronizm

W taką pogodę nawet nadgorliwym mundurowym [-,] nie chciało się nikogo kontrolować.

Przemoknięty i zziębnięty [-,] dotarł do hotelu Gallagher.

Fritz poprawił zmiętolona marynarkę

Jeśli ma ona polegać na narzuceniu woli Rzeszy Niemieckiej państwom pokonanej Ententy,

Niepotrzebne słowo. Wynika z kontekstu, kto jest pokonany.

Dzięki waszemu błyskotliwemu doktorowi Haberowi jesteście co najwyżej skutecznymi mordercami, a nie władcami świata.

j.w.

Brytyjczycy klaskali nieco oszczędniej, ponieważ przytyk do ich roszczeń wobec północnych hrabstw ostudził zapał dżentelmenów z Londynu.

Tu lepszy byłby zaimek (ostudził ich zapał)

Ale, mimo to, nadal popierali stanowisko Irlandczyka, który powiedział Niemcom prawdę prosto w oczy.

Mało angielskie zachowanie. To Polacy lubią prawdę prosto w oczy, Anglicy cenią raczej szermierkę słowną.

Z czeluści śmierdzącej stęchlizną celi [-,] wyprowadzono zakutych w kajdany więźniów.

Szybko jednak zorientowano się, że Irlandczyka nie było na sali, podobnie jak reszty irlandzkiej deputacji.

się zorientowano, że Irlandczyka nie ma na sali…

Unikaj zostawianie “się” na końcu.

Proponuję przejść do następnego przemówienia.

Raczej “kwestii”

cesarz Austro–Węgier

dywiz zamiast półpauzy

Rozejrzał się po ludziach

Nie brzmi to dobrze.

 

Komentarz:

Dobry tekst. Szkoda, że wykonanie jeszcze niewypolerowane do końca, bo byłby bardzo dobry.

 

Wady:

Za dużo anachronizmów. Na początku tekstu przeszkadzały mi tez ogólniki typu: “chemikalia”, “specjalne zabiegi”. Później już używałeś precyzyjnych nazw gazów i było dobrze, ale na początku tego mi zabrakło.

Mam wrażenie, że niektóre przecinki są niepotrzebne, szczególnie gdy oddzielasz podmiot od orzeczenia.

 

Zalety:

Ciekawa fabuła, ciekawy pomysł. Częste zwroty akcji. Stopniowe odkrywanie alternatywnej historii świata przedstawionego. Wybór postaci Fritza. Utrzymanie pewnych kwestii niedopowiedzianych przez większość część opowiadania.

 

Podobało mi się.

 

Imponuje też grupa betujących, którą udało Ci się zebrać ;)

Zajrzałam, przeczytałam.

Thargone – już Ci dziękowałem za pomoc w betowaniu, lecz jeszcze raz nie zaszkodzi. Dziękuję bardzo :)

Chroscisko – dzięki za uwagi. Jak zwykle znajdzie się w tekście garść drobiazgów, które przeoczyłem. Nie wiem tylko, czy już nie jest za późno, żeby jeszcze je poprawić? No i cieszę się, że pomimo niedociągnięć, oceniłeś tekst pozytywnie.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Przeczytałem z zainteresowaniem. Choć od czasu do czasu krzywiłem się odrobinę.

Na początek plusy. Scena z gazowaniem polityków początkowo wydała mi się banalna, przewidywalna, ale obróciłeś moje oczekiwania przeciwko mnie i zdołałeś mnie zaskoczyć. Brawo. Wykorzystanie jako centralnego pomysłu opowiadania broni chemicznej to interesujący wybór. Scena w zrujnowanym mieście bardzo nastrojowa, żałowałem nieco, że później akcja przenosi się w okolice nietknięte wojną. Główny bohater w porządku, nie zachwyca może, ale daje się zrozumieć, a jego zachowanie jest logiczne i spójne. 

Z minusów. Wykonanie nie powala, to już pewnie wiesz. Styl masz dobry, ale składnia i interpunkcja momentami ci szaleją. 

Tak jak podobał mi się finałowy twist, tak sama ostatnia scena była chyba najgorszą w opowiadaniu. Do tej pory prezentowałeś nowe informacje co najmniej poprawnie, tutaj wciskasz je czytelnikowi zbyt gwałtownie i przez to całość wypada sztucznie. Dialog brzmi przez to drętwo, a twist traci część swojej mocy.

Nie do końca pasuje mi też nastrój tego tekstu. Poruszasz bardzo poważne tematy (ludobójstwo, wojna, samobójstwo), ale w opowiadaniu ni czuć ich ciężaru. Może zabrakło odrobiny introspekcji ze strony Habera, może większej liczby elementów turpistycznych, może rozmów skupionych bardziej na emocjach, a mniej na kontekście politycznym (choć rozumiem jego znaczenie dla tekstu). W każdym razie w momencie, kiedy gaz wypełniał salę sądu, nie czułem ani smutku, ani satysfakcji w związku z losem, jaki czekał polityków. 

Z drugiej strony, jeżeli miała to być lektura przygodowa, to tempo jest zdecydowanie zbyt wolne, a akcji o wiele za mało.

 

Choć ta cała krytyka zdaje się świadczyć o czymś innym, opowiadanie mi się podobało. Ale czuję tu niewykorzystany potencjał, szczególnie w sferze emocjonalnej, którego naprawdę mi szkoda. Chociaż zapewne mało kto dałby radę zmęczyć 40k znaków tekstu tak przesyconego groteską i rozmaitymi rodzajami cierpienia, jaki chciałbym przy takim temacie widzieć.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ciekawy pomysł, choć realia polityczne lekko naciągane oraz brak wyjaśnienia części alternatywnej historii, co mi osobiście zgrzyta – chodzi o Włochy i Rosję (szczegóły niżej). Zgadzam się z opinią, że trochę dużo tu patosu, oraz ja akurat bym wolała trochę więcej z tej Wielkiej Wojny, choćby w retrospekcjach, niż tych mów polityków. Bohaterowie na plus, intryga w sumie też, ale styl dość ciężki.

 

Wykonanie nie jest tragiczne, ale dobrze też nie jest, interpunkcja szaleje, zapis dialogów trochę też, a i niektóre sformułowania niezgrabne.

wkroczył na most Pont de Loire

Jest to masło maślane, bo oznacza “wkroczył na most Most na Loarze” ;) Nie znam akurat tego miejsca (choć do Nevers się nieustająco wybieram, żeby zobaczyć “podziemne miasto”), ale szybkie guglanie pokazuje, że to most stary, ale zwyczajny, więc chyba aż takie zadęcie mu niepotrzebne ;)

 

Spokojnie przelewająca się Loara[-,] wypełniała przestrzeń

– Nic się nie przejmuj – uspokoił porucznik Horst – z panem Haberem nic nam nie grozi.

→ uspokoił go. Oraz: dałabym kropkę po didaskalium, a dalszą wypowiedź zaczęłabym od dużej litery

 

Fritz zdjął hełm i wcisnął na nos binokle.

Mam wrażenie, że wtedy to już raczej po prostu okulary, choć binokle jeszcze funkcjonowały. Ale okulary z zausznikami istniały już znacznie wcześniej i stosowanie w warunkach polowych akurat binokli byłoby wyrazem hipstery ;)

 

komisji do spraw odrestaurowania równowagi biologiczno–chemicznej

Odtworzenia? Odrestaurowanie po polsku kojarzy się z renowacją budynku czy mebla

 

– Dziękuję panom za uznanie – w odpowiedzi na ten gest przymilnie wyrecytował Haber.

Tu chyba lepszy byłby szyk: “– Dziękuję panom za uznanie – wyrecytował Haber przymilnie/przymilnie Haber w odpowiedzi na ten gest.”

 

– Z tej też przyczyny[-,] przenieśliśmy nasze laboratoria

mające na celu ustanowienie optymalnego stężenia gazu[-,] w stosunku do pożądanej reakcji organizmu, czyli śmierci

Skądinąd nie pasuje mi to “w stosunku”, może raczej “potrzebnego do osiągnięcia…”

 

przekazał prowadzenie widowiska w ręce asystentów, którzy, w białych kitlach i maskach na twarzy, otworzyli ciężkie, stalowe drzwi

Raczej: przekazał prowadzenie widowiska w ręce asystentów w białych kitlach i maskach na twarzy, którzy otworzyli ciężkie, stalowe drzwi

 

W taką pogodę nawet nadgorliwym mundurowym[-,] nie chciało się nikogo kontrolować.

– Dobry wieczór – odezwał się wesoły głos[+.]

niezgrabny akcent

Niezgrabne sformułowanie ;) Dziwaczny, nietypowy …

 

– Osiągnął pan naprawdę wiele[+.] – Collins znowu przerwał Haberowi.

– Nauka służy światu w czasie pokoju[+.] – Fritz wygłosił

– Cieszę się – zagadnął Heerhaus – że właśnie mnie poprosił pan o pomoc.

– Chciałem mieć pewność – przymilał się Fritz – że sprawa będzie załatwiona zawodowo.

– Zobaczy pan, zaraz będzie po wszystkim – zapewnił kapitan, nieregulaminowo luzując guziki czarnego uniformu. – Moi ludzie są już w środku.

– Wszystko obstawione, tak? – upewnił się Fritz.

Oraz nie jestem pewna, czy guziki można “luzować”. Kołnierzyk i tym podobne tak, ale guzik zasadniczo może być albo zapięty, albo rozpięty, stanu pośredniego nie ma.

 

– Niech pan nie kusi[+.] – Heerhaus znowu

gęsta i krwista jak tradycyjny[-,] angielski pudding

Niemiecka, najliczniejsza reprezentacja,

→ Niemiecka reprezentacja, najliczniejsza ze wszystkich,

 

dając wyraz swemu niezadowoleniu

Przecież nie cudzemu?

 

goście z Austro-Węgier i Włoch

Dlaczego Włochy zmieniły stronę???

 

– Nie będę sam na tej sali – kontynuował DeValera, przekrzykując gwar – który uważa tę konferencję za stratę czasu.

→ Nie będę jedynym człowiekiem na tej sali… który…

lub: Nie będę jedynym na tej sali…. kto…

 

Wszyscy należą do Komunistycznej Partii Niemiec. Wszyscy chcemy rewolucji.

Czemu zmiana osoby?

 

– Niech pan się trzyma – pocieszył.

→ – Niech pan się trzyma – pocieszył go.

 

cesarz niemiecki, Wilhelm II Hohenzollern (…) Karol I Habsburg, cesarz Austro–Węgier

strasznie to infodumpowate, w ogóle ten kawałek jest mocno przyciężki z tymi wszystkimi imionami, nazwiskami i funkcjami. I Habsburg się powtarza trzy razy na małym odcinku tekstu

Kanclerz małą literą

 

– Kurwa mać!

Nie, proszę, dlaczego to zawsze musi być “kurwa mać”, które jest tak bardzo mocno polskim przekleństwem i to z drugiej połowy XX w., jeśli się nie mylę… Nie można z choć trochę większą wyobraźnią i żeby ci obcokrajowcy brzmieli bardziej wiarygodnie?

 

Carat Rosyjski

Dobra, w Bułgarii też był car. Ale “carat” zasadniczo odnosi się do Rosji. A poza tym tu lepiej byłoby dać po prostu “Rosja”. Tak nawiasem mówiąc, dlaczego nie było rewolucji bolszewickiej? Przedłużenie wojny do 1919 czy którego tam roku nie bardzo na to wpływa.

 

– Milcz[+.] – DeValera przerwał Collinsowi.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jako beta, pozwolę sobie na delikatną polemikę:

 

– Osiągnął pan naprawdę wiele[+.] – Collins znowu przerwał Haberowi.

– Nauka służy światu w czasie pokoju[+.] – Fritz wygłosił

– Milcz[+.] – DeValera przerwał Collinsowi.

W tych wypadkach raczej jednak bez kropek, bo didaskalia w każdym wypadku sugerują użycie przez bohaterów “czynności gębowych”. To “przerywanie” co prawda dyskusyjne, ale ja z czystym sumieniem bym to podciągnął. Natomiast “wygłaszanie”, jak na Cienia Burzy mózg nieduży, dyskusyjne nie jest i tu kropki być nie powinno.

Natomiast poniższy przykład to już wzór literackich kontrowersji. Wielu dałoby kropkę, a wielu uznałoby, że nie jest potrzebna. Ja, o ile pamiętam, zdecydowałem się jej nie sugerować jednak, bo w tym wypadku didaskalia to takie trochę bardziej rozbudowane: “uśmiechnął się”, przy którym też nie wrzucamy kropy. Dla pełnego obrazu przytaczam fragment w całości:

– Niech pan nie kusi[+.] – Heerhaus znowu pokazał w uśmiechu wybrakowane zęby. – A pan, panie Haber, skąd wiedział, gdzie go znaleźć?

 

 

– Cieszę się – zagadnął Heerhaus – że właśnie mnie poprosił pan o pomoc.

– Chciałem mieć pewność – przymilał się Fritz – że sprawa będzie załatwiona zawodowo.

Tutaj natomiast, przy dialogu, czepianie się powtórzenia “że” uważam jednak za przesadę. W takich wypadkach naturalność jest o wiele istotniejsza niż “poprawność” językowa. Dla drugiego “że” jedyną sensowną alternatywą bez rozkopywania całego zdania jest “iż”, które bynajmniej nie brzmi naturalnie. Generalnie jakoś nie wyobrażam sobie, żeby w zwykłej międzyludzkiej rozmowie jeden (normalny – bo mi się zdarza, ale też nie na poziomie spójników) interlokutor zwracał uwagę na to, jakich słów przed chwilą użył ten drugi i za wszelką cenę starał się uniknąć powtarzania za nim.

 

W dyskusje odnośnie uwag do szyku nie wchodzę, bo to już rzecz gustu. Przy czym o ile nie twierdzę, że Twoje propozycje są złe czy po prostu gorsze, to jednak nie uważam też, żeby były lepsze.^^

 

Cała reszta uwag, jak na mój gust, na pinć z plusikiem.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zapis dialogu. IMO, najbezpieczniejsza byłaby wersja:

– Coś tam, coś tam – przerwał Iksińskiemu Igrekowski.

Czyli bez kropki, ale koniecznie w kolejności orzeczenie, a potem podmiot.

Babska logika rządzi!

Nie zdążyłam z komórki, więc Finkla mnie ubiegła. Wypowiedź bez kropki i didaskalium z małej litery tylko jeśli to drugie zaczyna się od paszczowego. Wyjątkiem są pewne typy didaskaliów wtrąconych w środek zdania, w tym tekście zresztą nadużywanych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To tylko jedna szkoła. Druga – taka, która bardziej do mnie przemawia – twierdzi, że jeśli można za pomocą szyku przestawnego napisać dokładnie to samo zdanie, to nie ma znaczenia czy pierwszy jest podmiot, czy orzeczenie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję Cieniu, że to napisałeś.

Nie mogłabym napisać, że jest druga szkoła, bo tego nie wiem, lecz zawsze uważałam nasz język za stosunkowo elastyczny, więc warto z tego korzystać. Czasami coś lepiej brzmi i wtedy dlaczego trzymać się reguły? 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A masz gdzieś, Cieniu, oficjalny wykład poprawościowy tej “drugiej szkoły”? Bo SJP PWN stawia sprawę absolutnie jasno: “Proszę też zwrócić uwagę na szyk czasowników oznaczających mówienie. One zawsze występują w narracji przed podmiotem”

 

Całość normy:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Zdanie z uśmiechem – bezwzględnie z kropką.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałem. 

Nie sądziłem, że przy okazji tego tekstu może się jeszcze tak ożywiona dyskusja rozwinąć. Tak czy siak, dzięki wszystkim za zwrócenie uwagi na niedociągnięcia. Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony “zmarnowanym czasem” na precyzyjne opisanie uwag, których autor ciągle nie wprowadził. Czuję potrzebę wyjaśnienia, nawet jeżeli faktycznie nikt nie ma mi tego za złe ;) po prostu straszliwie brakuje mi czasu. Postaram się w przyszłym tygodniu usiąść i popracować nad szczegółami, ale życie niestety daje się we znaki.

Chociaż zapewne mało kto dałby radę zmęczyć 40k znaków tekstu tak przesyconego groteską i rozmaitymi rodzajami cierpienia, jaki chciałbym przy takim temacie widzieć.

None – sądzę, że trafiłeś w punkt. Jak dla mnie była to kwestia wyboru kierunku i miejsca przebiegu akcji. Pierwotna koncepcja tekstu na konkurs zakładała zupełnie inny scenariusz i postacie. Miała to być załoga sterowca, bombardującego miasta. To oni mieli zobaczyć francuskie miasteczko po jego zniszczeniu. Pomyślałem jednak, że zrobi się z tego dramat wojenny, “Cienka czerwona linia” i przemyślenia w stylu “ojejciu, jakie straszne rzeczy robimy, jaka ta wojna jest zła, a wcześniej kompletnie o tym nie pomyśleliśmy, bo jesteśmy debilami, których trzeba wrzucić w stos trupów, żebyśmy o nich pomyśleli”. Uznałem, że byłby to banalny, odgrzany kotlet. Postanowiłem pofantazjować bardziej na temat sytuacji politycznej, a całość oprzeć na wątku osobistym konkretnej osoby. Stąd taka, a nie inna historia.

Tak nawiasem mówiąc, dlaczego nie było rewolucji bolszewickiej? Przedłużenie wojny do 1919 czy którego tam roku nie bardzo na to wpływa.

Drakaina – ten, jak i wiele innych wątków z faktycznej historii I wojny pominąłem zupełnie świadomie ze względu na oszczędnosć kartek. Nic nie napisałem o wydarzeniach w Afryce, o Izraelu, ba, nie tknąłem kompletnie postawy USA w tym konflikcie. A były to kluczowe sprawy dla wyniku wojny. Wybór takich a nie innych wątków był celowy, ponieważ i tak miałem dużo do tłumaczenia o tym, co zmieniłem. Zresztą, pisząc w takim zakresie znaków byłem pewien, że wystarczająco dobrze wszystkich tematów nie opiszę, ponieważ zmiana jest naprawdę duża. A przecież, ewentualnie, jeszcze przydałoby się znaleźć miejsce na wątek głównego bohatera ;)

Generalnie, w całości, starałem się wyważyć ilość info-dumpów, opisów tła historycznego oraz motywacji i postępowania głównego bohatera. Przyznam, że dalsze pofantazjowanie w takich realiach byłoby bardzo ciekawe. Tylko, że nie w tym tekście :)

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Teraz to już nie wolno poprawiać tekstów, dopóki jury nie ogłosi wyników.

Babska logika rządzi!

Dobra, Fifi, Drako, co do szyku przestawnego jednak macie rację, co potwierdza nie tylko PWN, ale także i zaprzyjaźnione mi panie redaktorki: Urszula Garder-Szmidt oraz Joanna Czarkowska.

Pierwsza pisze tak:

CB:

– Witaj (bez kropki) – (z małej) jego siostra powiedziała spokojnie zza biurka.

 Jak rozumiem taki zapis, gdzie pierwsze występuje podmiot, a potem orzeczenie, jest błędny?

UG: Tak, taki zapis jest w 100% błędny. Wstawka od narratora może być zapisana małą literą wyłącznie przy szyku przestawnym, gdzie stanowi dopowiedzenie kwestii dialogowej.

 

Natomiast pani Czarkowska ujęła rzecz w ten sposób:

W przypadku szyku przestawnego “Pomocnik” (zdanie przykład: – Cześć! – pomocnik Mikołaja zawołał już z daleka. przyp. CB) dużą literą. Ale, gdybym dostała taki tekst do redakcji, przestawiłabym natychmiast na szyk normalny.  I “zawołał” dała małą literą. Szyk przestawny stosuje się tylko i wyłącznie wtedy, gdy wymaga tego specyfika stylu, najczęściej w narracji. Tu nie ma uzasadnienia. Tak samo tryb bierny – owszem, wiele czasowników formę bierną ma, ale jej użycie musi być uzasadnione!

Wciąż jednak gdzieś po głowie krąży mi jakaś inna dyskusja z kimś, kogo teraz już nie pamiętam (w sensie, że nie potrafię dobrać twarzy i głosu do sceny), a kto na pewno stanowił dla mnie swojego rodzaju autorytet jako twórca. I pamiętam, że ten ktoś uczył mnie właśnie tej “drugiej szkoły”. Niemniej, o ile zdołam zaznać spokoju nie przypomniawszy sobie uprzednio, kto był moim interlokutorem, puszczam tamtą debatę w niepamięć.

Zwracam więc honor i kajam się uniżenie.

 

Natomiast co do tego:

Zdanie z uśmiechem – bezwzględnie z kropką.

Jednak nie masz racji, Drakaino. W prywatnej bibliotece znalazłbym multum ku temu dowodów, ale myślę, że lepiej zrobię, przywołując do tablicy dwoje redaktorów, których kiedyś zagadywałem o podobne kwestie, acz w innym nieco kontekście. Uzyskane wtenczas odpowiedzi jednak pasują i tutaj, więc proszę:

Pierwsza, ponownie, będzie Joanna Czarkowska:

Hej, rozumiem, że pytasz, czy to w dialogu napisać małą czy wielką literą. Otóż:

Wzdycha – małą.

Prycha – małą.

Śmieje się – małą.  

To są czynności gębowe ????

Ale z płaczem już jest „wesoło”.

Zalała się łzami –  na pewno dużą.

Zapłakała – dużą

A

wybuchnęła płaczem, płacze  – … na dwoje babcia wróżyła. Zależy jak kto do tego podejdzie. Jak do łez – dużą, jak do ryku – małą. 

Drugim z zagadniętych redaktorów był niejaki Michał Cetnarowski. Swoją drogą, jego wypowiedź rzuca na cały temat się śmiania – którego fortunnie dla nas użył wtedy jako przykładu – bardzo ciekawe światło:

Jeśli opisujesz czynność, za przeproszeniem, gębową (taka intencja), to mała:

– No nie wierzę – uśmiechnął się Jacek.

Ale jeśli chcesz podkreślić sam czasownik (czynność w oderwaniu od mówienia), to duża.

– No nie wierzę. – Jacek się uśmiechnął.

Wtedy też najczęściej po półpauzie dialogowej idzie zdanie o konstrukcji zdania oznajmującego.

Tyle ode mnie, już nie mieszam.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przeczytałem.

Nie czuję się przekonana w kwestii uśmiechów ;) Pewnie pisałabym “ – powiedział Jacek z uśmiechem.”, żeby było jasne. Jak dla mnie to nie jest gębowe i w związku z tym norma sjp pwn ma moc. Ale z ciekawości zapytam mojej redaktorki z Galerii Książki, do której też mam wielkie zaufanie. Niestety pewnie dopiero w czwartek.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podobało mi się. Opowiadanie stoi dobrym warsztatem: nie tylko na poziomie języka, ale też narracji i konstrukcji fabuły. Czyta się płynnie, historia jest zrozumiała, akcja dynamiczna, pomysły klarowne. Oczywiście wszystkie te elementy dałoby się doszlifować. Jednak porządny szkielet już jest.

To kolejny tekst w konkursie, który swoją retrowizyjność opiera na militariach. Gazy bojowe to jeden z tych wynalazków, które rzeczywiście mogły zmienić świat; na szczęście nie znalazły aż tak szerokiego zastosowania. Fajnie, że poszedłeś nietypową drogą i nie pisałeś o użyciu broni na froncie. Postawiłeś na dramat polityczny, w który wkrada się też sensacyjna intryga.

Z minusów: zakończenie nie gra tak, jak powinno. Mogłeś lepiej przygotować pod nie grunt. Całemu opowiadaniu nie zaszkodziłoby też więcej emocji i głębi. 

Światotwórstwo mocno mi się spodobało. Przedstawienie broni chemicznej jako tej apokaliptycznej mocy, mogącej zniszczyć nawet całą ludzkość – bomba. Na plus też wzięcie na warsztat motywu irlandzkiej walki o niepodległość – ostatnio przysiadłem do artykułów o dziejach tego państwa, więc tym bardziej mnie to ucieszyło. Przedstawiasz wyraźnego bohatera o zagadkowym motywie, który z czasem staje się coraz bardziej zakręconym. Wyszło to naprawdę fajnie – zwłaszcza jego ostateczny plan i twist z zagazowaniem dostojników.

Gdyby nie to nieszczęsne zakończenie. Ów fragment, gdzie wszystko wkładasz w rozmowę, która kładzie kawę na ławę i wyjaśnia, czemu ma się udać. Sam jestem winien podobnych win, ale tutaj mnie to mocno uderzyło. Po prostu wszystko się udało, wszystko sobie wyjaśniono. Poszło za łatwo.

Zaraz obok zakończenia pojawia się problem niedopieszczonych postaci. Jestem w stanie domyślić się, czemu doktor miał takie, a nie inne poglądy. Jednak czemu przywódcy na przykład zmienili całkowicie front? Tego nie pojmuję. Zostanie ofiarą ponurego żartu raczej powinno wzmóc wściekłość, nie zaś współczucie.

Podsumowując: mocna pozycja w konkursie, biorąca fajny okres historyczny i broń, z wyraźnym bohaterem. Tylko zakończenie tego koncertu fajerwerków zawiodło – za dużo "mów", za mało "pokazuj".

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajnie, że przypomniałeś postać Habera. Szkoda, że nie wykorzystałeś jego pochodzenia – zamiast IRA widziałbym tu raczej jakąś syjonistyczną bojówkę, najlepiej z młodym Einsteinem w składzie, dywagującym o odpowiedzialności naukowca za skutki wykorzystania jego odkryć ;)

Technicznie tak sobie. Zwróciłem uwagę na konstrukcję pierwszej sceny, która przez sposób prezentacji faktów sprawia wrażenie, jakby nie była pisana po kolei – może to efekt bety.

Najbardziej przeszkadza mi jednak brak wiarygodnej dla mnie psychologii. Nagła wolta Habera nie jest moim zdaniem wystarczająco umotywowana (OK, żona, ale to przecież zdarzenie, od którego minęło już trochę czasu). Jeszcze słabiej wypada nawrócenie przywódców (znowu mamy na szali tylko opowieść Habera o żonie).

Spróbuj wypośrodkować swoje założenia co do poziomu wiedzy czytelników – z jednej strony serwujesz na początku Nevers i Nievre, co dla nieznającego geografii Francji odbiorcy może sprawiać wrażenie literówki, z drugiej szczegółowo przedstawiasz obu niemieckich cesarzy, których imiona i funkcje są raczej znane przeciętnemu czytelnikowi.

 

Dzięki za udział w konkursie!

Dziękuję za uwagi.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

z drugiej szczegółowo przedstawiasz obu niemieckich cesarzy, których imiona i funkcje są raczej znane przeciętnemu czytelnikowi

Ekhem, ekhem. Przypominam główny problem, o jaki rozbiło się moje opowiadanie “Fundament imperium”. Część czytelników zarzucała mi, że za mało znani są Franz Josef i arcyksiążę Rudolf, o Sissi nie wspominając. Kaisera Wilhelma też tam jakoś średnio kojarzono.

A kto słyszał o Karolu I Habsburgu? Założę się, że nawet 99% praktykujących katolików nie ma pojęcia, że został błogosławionym (za wygnanie na Maderę, pomimo zagazowania Włochów, tak nawiasem mówiąc).

 

Caernie, jest to jedno z opowiadań, które miałam nadzieję zobaczyć w antologii… Szkoda.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

funthesystem – cieszę się, że Cię zaciekawiłem. Wybór technologii militarnej, jako motyw przewodni wynikał z dawnych zainteresowań, kiedy więcej studiowałem zagadnień historycznych z początku XX w. Zastanowio mnie wtedy bardzo jak to możliwe, że, upraszczając, tyle wynalazków na raz, a oni i tak musieli kupą na bagnety ;) Jeśli zaś chodzi o zakończenie, to sam nie jestem całkowicie z niego zadowolony. Będzie nauczka na przyszłość.

Całemu opowiadaniu nie zaszkodziłoby też więcej emocji i głębi.

Pewnie masz rację, choć sądzę, że udało się znaleźć optymalne proporcje między rysowaniem świata, a ładunkiem emocjonalnym postaci. Mam nadzieję, że to kwestia wprawy.

 

NoWhereMan – również dziękuję. 

Jednak czemu przywódcy na przykład zmienili całkowicie front? Tego nie pojmuję.

Zdaję sobie sprawę, że to najsłabszy punkt programu, wręcz odrobinę naiwny. Kończąc pracę nad tekstem miałem nawet taką myśl, że to zakończenie to właśnie ten wątek fantastyczny całości. Być może gdybym poprowadził sprawę bardziej po ludzku (czyli cynicznie i realistycznie), może opowiadanie zostałoby lepiej ocenione przez jury, ale w tym punkcie muszę się przyznać do pewnej drobnostki – miałem ochotę na coś pozytywnego na koniec. Taki właśnie naiwny powiew nadziei.

 

cobold – początkowo pracując nad tekstem, kombinowałem na różne sposoby, żeby wpleść Alberta. W końcu jednak zrezygnowałem, ponieważ poszedłem w klimaty bardziej polityczne, a mistrz emc2 ;) od polityki jednak stronił. O syjonistycznej bojówce nie pomyślałem, ale brałem przez chwilę pod uwagę niemieckich działacy komunistycznych. Postawiłem jednak na IRA, oraz Irlandię ze względu na osobiste preferencje.

Najbardziej przeszkadza mi jednak brak wiarygodnej dla mnie psychologii.

W tym punkcie pozwolę sobie nie zgodzić się, jeśli chodzi o Habera. Być może w filmach ludzie w trybie natychmiastowym zmieniają się diametralnie pod wpływem wstrząsających zdarzeń. W rzeczywistości jednak zmiany motywacji i przekonań trwają czasem długie lata. Sam Haber, jako postać historyczna, opisywany jest jako bezduszny karierowicz, który po samobójstwie żony (to również fakt), następnego dnia wrócił do laboartorium, niespecjalnie poruszony sprawą. Chciałem wykorzystać to na jego korzyść i samobójstwo oznaczyć jako początek przemiany. Natomiast w przypadku zmiany postawy polityków, to owszem, też widzę tu naiwność, ale było to trochę zamierzone :)

 

Dzięki za udział w konkursie, miło się nad tekstem pracowało i czytało inne prace.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Być może w filmach ludzie w trybie natychmiastowym zmieniają się diametralnie pod wpływem wstrząsających zdarzeń. W rzeczywistości jednak zmiany motywacji i przekonań trwają czasem długie lata.

No to się chyba właśnie w tej kwestii zgadzamy ;)

W sumie miałeś całkiem ciekawy pomysł i nawet przez chwilę zastanawiałam się, co z tym tekstem zrobić. Jednak parę elementów przeważyło szalę na niekorzyść. Dużo jest patosu, mało głębszych emocji, o które aż się tu prosi. Do tego zachowanie polityków dla mnie mało przekonujące i zakończenie jakby zbyt pospiesznie napisane, nie do końca przemyślane. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ich stan techniczny okreslało się jako “niestabilny”, ponieważ uszkodzenia spowodowane uderzeniem w ziemię wywoływały wahania ciśnienia wewnątrz metalowych korpusów.

– Uspokój się[+,] człowieku

Podziemia Sądu Najwyższego kryły wiele zakamarków i wąskich korytarzy, które tymczasowa administracja niemiecka[-,] zaadaptowała na areszt, komory gazowe i niewielkie laboratorium Habera.

Z czeluści śmierdzącej stęchlizną celi[-,] wyprowadzono zakutych w kajdany więźniów.

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka