- Opowiadanie: Kaishock - Magiland

Magiland

Witam, publikuję moje pierwsze opowiadanie na portalu. Zachęcam do lektury i pozostawienia uwag, oraz komentarzy.

[edit] Wprowadziłem pewne poprawki względem pierwszej wersji :).

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, regulatorzy

Oceny

Magiland

 

– Tata, siku!

– Kochanie, mówiłem, żebyś nie piła całej coli naraz! Wytrzymaj jeszcze parę minut.

– Tata, ale ja już nie mogę!

– Przecież mijałeś już dwa zjazdy, Robert, czy ty nie rozumiesz, że to tylko dziecko?

– Chciałem się zatrzymać na BP, mam tam kartę, punkty zbieram, a jest zaraz… Dobra, już, zjeżdżamy. Jezu!

Fiat stilo, cały w kurzu i z kolekcją insektów na rejestracji, zjechał z A-dwójki na ślimak prowadzący do miejscowości o wdzięcznych nazwach, takich jak Poźrzadło (5km) i Czartów (8km). Roberta zaś najbardziej interesowała z tego wszystkiego informacja o Orlenie, jaką zasugerował mu GPS.

Droga świeciła pustkami. Opuścili ślimak i wjechali w las. Rowy przy jezdni były zbyt głębokie, aby myśleć o postoju na poboczu. Sierpniowe upały dały się we znaki Robertowi, Weronice i ich Julce podczas pobytu w Berlinie. Oni najchętniej przesiedzieliby ten tydzień nad morzem, ale obiecali córce, że przed pójściem do podstawówki, zabiorą ją na wycieczkę za granicę. Padło na Niemcy – z Poznania było to najłatwiejsze do zrealizowania. A Julka była zachwycona niedźwiedziami, wszechobecnymi w stolicy zachodnich sąsiadów.

– Taaata, ja już nie mogę!

– Zatrzymaj się, trudno, wysika się w krzakach – powiedziała Weronika. Zmarszczyła brwi w charakterystyczny dla siebie sposób, nie wróżący nic dobrego.

– Przecież dojeżdżamy do stacji i… Cholera.

Z daleka już dostrzegł, że Orlen jest dopiero w budowie. Otwarcie przewidziane na wrzesień. Wątpię, by Julka aż tyle wytrzymała, pomyślał przejeżdżając obok. Nie spoglądał nawet w stronę siedzenia pasażera. Z tylnej kanapy dochodziło ciche pojękiwanie.

– Robert, do cholery, zatrzymaj się.

Zwolnił, na tyle aby nie przegapić dogodnego miejsca. Minęli znak informujący o tym, że wjechali do Poźrzadła (strefa niezabudowana), a zaraz potem pokazała się domowej roboty strzałka. Robert nie widział co jest na niej napisane, ale najważniejsza informacja została przekazana – tu jest zjazd.

Fiat wjechał dynamicznie w piaskową drogę, zarzuciło tyłem. Zatrzymali się, Weronika wypięła się z pasów i wyciągnęła Julkę z fotelika. W międzyczasie posłała piorunujące spojrzenie Robertowi. On zaś westchnął i ugryzł się w język, by nie wypomnieć, że to ona pozwoliła córce wychłeptać całą colę z McDonalda.

Wyszedł na zewnątrz i odkrył, że drzewa dają przyjemny cień, którego tak bardzo brakowało na autostradzie. Podążył wzrokiem za piaszczystą ścieżką – ciągnęła się w głąb lasu. Rozciągnął plecy i wrócił w stronę wjazdu, aby przestudiować strzałkę. Wycięta z blachy, pomalowana w fantazyjne kształty, przywodzące na myśl hipisowski styl, głosiła MAGILAND 4,5km ZAPRASZAMY!

– Robert, jedziemy dalej. Julka, pakuj się.

– Wero, przepraszam, powinienem był wcześniej stanąć.

Objął delikatnie Weronikę, gdy ta siłowała się z zapięciem Julki.

– Powinieneś – fuknęła w odpowiedzi, ale słyszał po jej głosie, że emocje zdążyły opaść. Uśmiechnął się.

– Słuchaj, może byśmy tak, przedłużyli wycieczkę, ładna pogoda, mamy dobry czas, a tu jest taki znak.

– Jaki znak, o czym mówisz? – spytała.

– Magiland, to pewnie jakaś farma miniatur, albo może park rozrywki – odpowiedział Robert.

– Park rozrywki, tak! – podłapała Julka.

– Ale co to w ogóle jest? Robert, odpuśćmy i jedźmy do domu – zaoponowała Weronika. Niezbyt uśmiechał się jej ten pomysł. Marzyła już tylko i wyłącznie o kąpieli w wannie.

– Maama, proszę, ja chcę do Magilas!

– Magiland – poprawił córkę Robert – To jak, Wero, mała chętnie pojedzie. Jedziesz z nami?

Weronika westchnęła i spojrzała na Julkę, której oczy świeciły się jak dwa diamenty. Uwielbiała wesołe miasteczka, parki rozrywki i temu podobne atrakcje.

– Dobra, jedźmy. Ale jak będzie drogo to odpuszczamy, jasne?

– Jasne – odpowiedział, ucałował Weronikę i wrócił za kierownicę.

– Taak, jedziemy w Magilas! Magilas! Magilas! – zaśpiewała radośnie Julka, gdy jej tata odpalał samochód.

Po przejechaniu pierwszego kilometra, Robert zaczął zastanawiać się czy to aby na pewno był dobry pomysł. Droga zwęziła się, wertepy i wszędobylskie korzenie polowały na miskę olejową i wydech, a niskie i krępe drzewa łapczywie zahaczały o dach i maskę Fiata. Robert uchylił okno, powietrze, które wpadło do środka było ciężkie i lepkie od wilgoci.

– Gdzieś muszą być tu jakieś bagna – rzucił, niby od niechcenia Robert, chcąc przerwać ciszę, ale ani Weronika, ani Julka nie odpowiedziały. Obie wlepiały wzrok za okna, więc nie widział ich twarzy. Gdy nie doczekał się żadnej reakcji, skupił wzrok na drodze i włączył radio. Stacja, puszczająca rockowe kawałki z lat osiemdziesiątych, mocno szumiała, ale było to lepsze niż cisza. Na dźwięki Billy’ego Idola, Weronika ocknęła się. Oczy miała załzawione, tak jakby dopiero co się obudziła.

– Daleko jeszcze? Jakaś zmęczona się poczułam. – Wyjrzała przez ramię fotela na córkę. Szturchnęła ją delikatnie w kolano, na co ta zachrapała cichutko. Oboje się roześmieli.

– Chyba ululały ją te dziury, lepsze niż kołyska – zauważyła Weronika.

– Nie powiem, kiepskie miejsce wybrali na ten Magiland, oby to było warte zachodu – odpowiedział, kiwając głową.

Coś przebiegło przez drogę.

Weronika pisnęła, Robert wcisnął hamulec, a fiat zatrzymał się tak gwałtownie aż zgasł silnik. Julą szarpnęło, co wyrwało ją ze snu. Otworzyła rozespane oczka z nieskrywanym zdziwieniem.

– Czy to już Magilas?

– Nie, kochanie, coś… – Robert spojrzał na Weronikę, a ta pokręciła głową. – Coś przebiegło nam przed samochodem.

– Króliczek? – zainteresowała się dziewczynka.

– Tak, kochanie, króliczek – odparła Weronika. Wielkością może się zgadzało, ale i Robert, i Weronika wiedzieli jedno: to nie był króliczek. Nie było to nawet żadne zwierzę jakie znali.

Robert odpalił samochód i obiecał sobie w duchu, że jeśli za pięć pieprzonych minut nie wyjadą z tego lasu, to zawraca. Będą musieli wymyślić rekompensatę dla córki, ale to może być ich najmniejszy problem. Toczył się teraz jeszcze wolniej, obserwując uważniej ścieżkę. Nic się już nie wydarzyło, a po mniej niż trzysta metrów drzewa przerzedziły się, ustąpiła uciążliwa wilgoć a ich oczom ukazał się znak, wyginający się łukiem nad drogą, z wielkim napisem MAGILAND.

– Jesteśmy! – krzyknęła z fotelika Julka, przebierając nogami.

– Mhm, jesteśmy. – Robert coraz bardziej żałował swojej spontanicznej decyzji. Droga polepszyła się, dobrze ubity piach pozwalał gładko jechać. Las pozostawili za sobą, a wszędzie dookoła otaczały ich puste pola. Drewniany płot, ustawiony po obu stronach piaszczystej trasy, nie zostawiał dużo przestrzeni, aby zawrócić musieli dojechać do dużego drewnianego budynku pomalowanego w takie same fantazyjne kolory jak znaki. Jedyny obiekt w zasięgu wzroku.

– Bardzo ciekawa lokalizacja – powiedziała Weronika, świdrując wzrokiem Roberta. Dobrze wiedział co chce mu powiedzieć, „A może byśmy tak stąd grzecznie zawrócili?”. Ich plany odwrotu pokrzyżowała babuleńka, która wyszła z budynku tylko jak podjechali bliżej.

– Uu, to pani czarownica? – zapytała Julka, z otwartą buzią obserwując kolorową postać. Babuleńka miała dredy, koszulkę z pacyfką i chodaki na stopach. W dłoni zaś trzymała smartfona i przygryzając język coś w nim grzebała.

– Nie, kochanie, nie wygląda mi na czarownicę – odpowiedział Robert, a widok tak swojski jak telefon w czyjejś ręce, sprawił, że uleciało z niego całe napięcie. Weronika też wyraźnie się rozluźniła. Otworzył drzwi i podszedł do kobiety.

– Dzień dobry pani, czy Magiland jeszcze dziś czynny? – zapytał.

Guten morgen – odpowiedziała kobieta, chowając telefon do kieszeni. – Oczywiście, że czynny, jesteśmy zawsze otwarci dla naszych gości

Fantastisch – odpowiedział po niemiecku Robert. Dłonią machnął do dziewczyn, aby wychodziły z samochodu. – Wie viele Tickets, eee, będą kosten?

Babuleńka-dredziara wzrokiem przebiegła po Weronice i rozradowanej Julce.

– Po polsku też rozumiem. Dziś jesteście naszymi pierwszymi gośćmi, a akurat mamy taką promocję, że wchodzicie kostenlos.

­­– Bardzo dziękujemy, Vielen Dank, Frau… – odpowiedziała Weronika.

– Agatha wystarczy, komm mit mir – powiedziała i zaprosiła ich do środka.

Wymienili spojrzenie i ruszyli za Agathą, trzymając Julkę za ręce.

Wnętrze budynku zaskoczyło ich. Weszli do wyjątkowo nowoczesnej recepcji. Schludne i estetycznie wykończone pomieszczenie w motywie przewodnim fantasmagorycznych kolorów. Robert zastanawiał się chwilę temu co skłoniło Niemkę do otworzenia biznesu gdzieś pośrodku pola w miejscowości, której nazwy zapewne nie potrafi nawet wymówić. Teraz, oglądając wnętrze, pomyślał, że z niemieckim kapitałem musi łatwiej być rozkręcić interes w Polsce.

 Agatha podeszła do biurka, włączyła komputer i zaczęła w nim grzebać. Potem wyciągnęła z szuflady trzy potężne pary okularów VR, podobnych do tych, które Julka dostała od dziadków wraz z PlayStation.

– Mój Magiland, to bajkowy projekt, gdzie z pomocą okularów możecie wchodzić w interakcję mit otoczenie. Bitte, bitte, za tymi drzwiami, kiedy pojawi się napis „Magiland” zakładacie okulary i korzystacie z uroków parku.

Agatha wprowadziła ich do ciemnego pomieszczenia, pomachała z uśmiechem i zamknęła drzwi. Zapadła ciemność. Za chwilę, gdzieś spod sufitu popłynął głos Agathy.

Jeszcze jedna ważna sprawa! Nie schodźcie z ścieżki. Bawcie się, kisses.

Gdy skończyła mówić, nad ich głowami rozświecił się kolorowy napis, a cała rodzina założyła okulary. Wrota do Magilandu otworzyły się. Julka pisnęła z zachwytu, a Weronice i Robertowi opadły szczęki.

Przed ich oczami roztaczała się ogromna przestrzeń, pełna różnokolorowych drzew, krzewów, kształtów. Na błękitnym niebie pływały chmurki idealne jak cukrowa wata. Sadzawki, w których pluskały się ogromne, dwumetrowe sumy, całe w tygrysie paski. Na drzewach siedziały papugi w melonikach i sowy w okularach. Gdzieś między trawami przemykały pstrokate jaszczurki z monoklami, a goniły je myszy z wąsami. Tuż przed nimi wyskoczył lewitujący, żelkowaty napis MAGILAND! NIE SCHODŹCIE ZE ŚCIEŻKI!, by po chwili wybuchnąć i zmienić się w setki motyli.

– Mamo, tato, chodźmy, chodźmy! – Julka ciągnęła rodziców, którzy pomału ruszyli za córką. Weszli na ścieżkę, która prowadziła między sadzawkami z ogromnymi rybami. Robert z niedowierzaniem studiował pływające giganty, a Weronika z zachwytem obserwowała żabę popijającą herbatkę na liściu lilii wodnej.

– Muszę przyznać, że to imponujące – powiedział Robert.

– Zdecydowanie, w życiu czegoś takiego nie widziałam – odpowiedziała Weronika.

– Jak oni to pomieścili w tym małym budynku?

– Nie wiem, to pewnie ta słynna niemiecka technologia – zaśmiała się.

Nie śpiesząc się pokonywali kolejne metry tego niesamowitego pokazu. Weronika pomyślała, ze musieli tu stworzyć jakiś mikroklimat, bo nawet zapachy, wilgoć od wody, dotyk trawy na łydkach, wszystko to było całkowicie prawdziwe. Jak w kinie 4D, tylko lepiej.

– Patrzcie, patrzcie, jakie ładne drzewo! Oo, to ona! Pani Drzewo!

Obejrzeli się w kierunku, który wskazywała Julka. Przy ścieżce wyrastało ogromne, krępe drzewo, o ciemnej korze i łysych witkach. Jedna z gałęzi, większa i grubsza od pozostałych, uformowana była tak, że przypominała dobrotliwą twarz staruszki. Brakowało jedynie kraciastej chustki do dopełnienia obrazu. Pod tą gałęzią znajdował się pieniek, wycięty na kształt tronu. Julka wyrwała się radośnie z uścisku taty i podbiegła do siedziska. Kiedy obchodziła i badała je dokładnie, Weronika pomyślała, że wygląda komicznie w dużych, kwadratowych okularach i zaczęła szukać smatfona, aby zrobić zdjęcie. Nie widząc żadnych przeciwwskazań, Julka opadła miękko na drewniany tron.

Ryk i huk trzaskającego drzewa wcisnął się niczym drzazgi w uszy zaskoczonej rodziny. Julka wydarła się w niebogłosy, kiedy to kobieta-gałąź wygięła się nienaturalnym, wężowym ruchem i znalazła się tuż przed siedzącą dziewczynką. Gadzie, żółte oczy i drewniane szpikulce zębów szczerzyły się w paskudnym uśmiechu. Cała atmosfera pomieszczenia nagle zgęstniała, Robert poczuł paraliżujący strach i tę samą lepką aurę, która dopadła ich w lesie. Weronika, kierowana instynktem macierzyńskim, doskoczyła jednym susem do córki i ściągnęła ją na ziemię, na moment przed tym jak kobieta-gałąź chapnęła swoją ogromną paszczą.

– Kurwa, Robert, Robert, wychodzimy stąd, już, teraz. – Weronika trzęsła się jak osika, trzymając kurczowo w ramionach Julkę, całą bladą. Po podłożu zamiast kolorowych jaszczurek, biegały teraz chaotycznie czarne jak węgiel karakany.

– I to natychmiast. – Robert odzyskał panowanie nad głosem, ale nogi miał jak z waty. Odwrócił się, aby skierować ich do wyjścia, lecz ku jego przerażenia, nie było odwrotu. Za ich plecami znajdowała się teraz wielka sadzawka w której pływały nadnaturalnej wielkości sumy. Robert odniósł wrażenie, że tylko czekają na to, aż spróbują wrócić tą samą drogą.

– To tylko projekcja – wymamrotała Weronika i jakby na sygnał, jeden z sumów plasnął potężnym ogonem obryzgując ich całych wodą. Byli zbyt mokrzy, aby to była tylko wirtualna rzeczywistość.

– Pieprzę to, pieprzę po całości – warknął Robert, ściągając okulary. I wtem zamarł po raz kolejny. Magiland wyglądał identycznie jak przed momentem. Nie zmieniło się nic, okulary nie dodawały niczego do obrazu, który mieli przed oczami.

– Co jest, Robert, co się stało? – Weronika wyczuła jego zawahanie.

– Musimy iść dalej, nie możemy tu zostać. Wstajemy, raz, raz. – Starał się po sobie nic nie pokazać. Wiedział, że ktoś musi ich wyprowadzić. Dziewczyny, wciąż przerażone, podniosły się z ziemi. Robert włożył z powrotem okulary, i tak nie miał co z nimi zrobić, a następnie wziął córkę na ręce. Julka cicho łkała.

– To tylko sztuczki Julciu, nic ci nie grozi, nic a nic, idziemy wszyscy razem, krok po kroku – mówił na głos, aby uspokoić Julkę i siebie samego. Weronika chwyciła go za łokieć stalowym uściskiem. Nie mając wielkiego wyboru, ruszyli ścieżką, zostawiając za sobą wężowe drzewo, wciąż wściekle wykrzywione, lecz całkowicie nieruchome.

Otoczenie wróciło do normy. Robactwo zniknęło, aura znów była lekka i bajkowa. Cała trójka jednak szła w mało baśniowych nastrojach. Nie zauważyli nawet, w którym momencie zmieniła się sceneria. Otwartą przestrzeń z sadzawkami zostawili z tyłu, wchodzili teraz w tereny bagienne, gdzie wysokie drzewa pokryte lianami wyrastały z mętnej wody. Mech i trzcina zaanektowały każdy pozostały kawałek ziemi. Robert usłyszał syk i odwrócił się, zasłaniając sobą córkę. Weronika pisnęła cicho i wybałuszyła oczy. Na wysokości jego głowy z drzewa zwisał największy wąż jakiego kiedykolwiek widział. Tłuste, oślizgłe cielsko zwieńczone głową wielkości fotela z ich fiata, zwisało z pobliskiego drzewa, które trzeszczało niebezpiecznie pod gadzim ciężarem. Szybkim ruchem wąż wyciągnął język i połaskotał Roberta po twarzy. Zupełnie jakby się z nim droczył. Robert przełknął ślinę, serce omal mu nie eksplodowało, ale zrobił parę kroków na próbę oddalając się od gada. Wąż, nie mając zamiaru za nimi podążać, syknął na pożegnanie i wpełzł pod powierzchnię wody.

Julka drżała w ramionach ojca, gdy pokonywali tę dziwną krainę. Cały czas moczary wydawały bagniste dźwięki, a na trzaski drzew i trel ptaków reagowali nerwowo, z rezerwą. Wtem, trzcina zaszeleściła mocniej niż do tej pory i na ścieżkę wypadł człowiek. Z tą różnicą, że był on niewiele większy niż przeciętny polny zając. Weronika schowała się za plecami Roberta, drżąc. On z kolei stawał się bardziej poirytowany. Żylasty liliput o długim nosie i kaprawych oczkach, dreptał niespokojnie na nieproporcjonalnie dużych stopach. Obserwował przybyszy i wydawał nieokreślone dźwięki.

– Wypierdalaj – powiedział Robert, markując krok do przodu, tak jakby straszył bezdomnego psa. Liliput drygnął, odpowiedział coś, co mogło być przekleństwem i zanurkował w bagnie. Robert rozejrzał się po okolicy i zdecydował się zerwać jedną z solidniejszych gałęzi. Tak na wszelki wypadek.

Ścieżka plątała się po bagnie i zza następnego zakrętu pojawiła się przed ich oczami długa na dziesięć metrów mahoniowa biblioteczka, wypełniona po brzegi wszelakimi książkami – literatura dziecięca, piękna, obyczajowa, kryminały, horror, kilka tytułów wypisanych cyrylicą, po angielsku, niemiecku. Były ich setki. Pośrodku biblioteczki, w miejscu gdzie urywała się ścieżka, było ogromne lustro, w którym widzieli się z krystaliczną przejrzystością.

– Co teraz? – westchnął Robert.

– Wszystko wskazuje na to, że musimy przeprawić się przez lustro – odpowiedziała Weronika. Ostrożnie podeszła do biblioteczki, patrząc pod stopy i próbując niczego nie dotknąć.

– To tak jak w „Alicji w Krainie Czarów” – powiedziała cichutko Julka, kurczowo trzymająca szyję Roberta.

– No tak. Moja mała mądrala! Szybko, znajdźmy tę książkę – powiedział Robert, podchodząc do biblioteczki i uważnie przeglądając tytuły. Weronika zrobiła to samo. Szukanie zajęło im więcej czasu niż mogliby się spodziewać. Kolorowy grzbiet książki Lewisa Carolla znajdował się na najwyższej półce po lewej stronie lustra.

– Nie sięgam – powiedział Robert, stojąc na palcach i muskając jedynie książkę.

– Tato, podnieś mnie, będę mogła ją chwycić – zaoferowała się Julka. Robert spojrzał na Weronikę, a ta, z ustami zaciśniętymi w cienką, jasną linię, kiwnęła przyzwalająco głową. Chwycił córkę pod pachy i podniósł ją w stronę półki.

Poczuł szczypanie przy kostce. Krzyknął, wciąż trzymając córkę nad głową, i spojrzał w dół. Trzy wykrzywione liliputy chwyciły go za kostkę i odciągały od półki. Do Weroniki doskoczyły trzy inne i nie pozwalały jej podejść do Roberta i Julki.

– Nie! – krzyknął Robert, bo nagle na szczycie biblioteczki pojawiła się czwórka stworów, które złapały Julkę za rączki i włosy po czym z zaskakującą łatwością ściągnęły dziewczynkę z ramion. Robertowi zrobiło się słabo, biel zatańczyła mu przed oczami, szybko jednak zastąpiła ją nieopanowana wściekłość. Chwycił liliputy, które gryzły go w kostkę i łydkę i jednym ruchem zmiażdżył je o ramę lustra. Bryzgnęła ciemnoniebieska maź, a potworki skonały w konwulsjach. Doskoczył do Weroniki, płaczącej już ze strachu, chwycił kij i niczym piłeczki golfowe, powybijał każdego z liliputów naskakujących na nią.

– Gdzie, gdzie Julka, gdzie ona jest, powiedz mi, gdzie, gdzie?

– Zaraz ją znajdziemy. Znajdziemy i wychodzimy stąd – odpowiedział Robert, a w myślach szukał gorączkowo wyjścia z sytuacji. Podszedł do lustra i zaczął uderzać w nie kijem, ale szklana tafla pozostawała niewzruszona w przeciwieństwie do biblioteczki; zachwiała się i spadło z niej kilka tomów, w tym „Alicja w Krainie Czarów”. Robert podniósł książkę, przekartkował ją gorączkowo, ale nie znalazł nic, poza zapisanym tekstem.

– Kurwa! – Cisnął książką w lustro. Przyniosło to lepszy efekt, niż mógł się spodziewać; przeleciała przez taflę, wprawiając ją w ruch, jak kamień rzucony do jeziora. Lustro rozpłynęło się po podłożu, otwierając drogę dla Roberta i Weroniki. Złapał ją za dłoń i wciągnął bez namysłu na drugą stronę biblioteczki. W głowie miał tylko Julkę, jego kochaną Julkę, która została porwana przez stwory rodem z sennego koszmaru.

Krajobraz znów uległ zmianie. Byli w lesie, ale ich ścieżka biegła środkiem wąwozu. Nad ich głowami pochylały się ogromne drzewa, których szczytów nie było widać przez gęstą mgłę, lecz potężne korzenie dawały wyobrażenie o tym jak wysoko mogą sięgać. Dno wąwozu usłane było żółto-brązowymi liśćmi oraz kostkami drobnych gryzoni i jaszczurek. Robert przełknął ślinę.

– Co to? – szepnęła Weronika wskazując punkt przed nimi. Robert wytężył wzrok. Wilgoć i zaduch unosiły się w powietrzu jak zły omen. Na środku ścieżki, plecami do nich, siedziała nieruchomo osoba o posturze dziecka. Włosy, które mogły być włosami Julki, związane były w dwa kucyki, a sama postać ubrana była w niebiesko-biały fartuszek. Zupełnie jak w „Alicji” albo w „Lśnieniu”, pomyślał Robert.

Krok po kroku, podchodzili do postaci, która mogła być ich córką. Gdy znaleźli się na wyciągnięcie ręki, kucyki poruszyły się i, ku ich ogromnej uldze, patrzyła teraz na nich twarz Julki, cała zapłakana i zasmarkana. Jej okulary VR gdzieś zniknęły, ale nie zwrócili na to najmniejszej uwagi. Weronika chwyciła dziewczynkę i przytuliła do piersi.

– Julciu, Julciu, Boże, co oni ci zrobili! Już wszystko w porządku, w porządeczku. Idziemy do samochodu i jedziemy do domu.

– Mamusiu, nic nie pamiętam, nie wiedziałam dlaczego siedzę na piasku, nigdzie was nie było, a tu jest tak zimno i strasznie – odpowiedziała Julka, a po jej twarzy toczyły się korale łez. Robert nachylił się i objął je obie ramionami.

– Tak jak mówi mama, Julciu, uciekamy stąd. W domu włączymy ci bajeczki. Chodź, wezmę cię na ręce i lecimy.

Podniósł Julkę, i teraz już w komplecie ruszyli na poszukiwanie wyjścia. Wąwóz ciągnął się leniwie, a wyczerpanie, tak fizyczne jak i psychiczne, powoli dochodziło do głosu. Koszulka lepiła się Robertowi do pleców, Weronice ciężko było złapać oddech. Wzrokiem próbowali przeciąć gęstą warstwę mgły, aby dostrzec cokolwiek na jej końcu. Od momentu gdy przeszli do leśno-wąwozowej części, panowała ciągła cisza, nie spotkali żadnego zwierzęcia czy też stwora. Było to równie niepokojące, jak i nadmiar dziwactw.

– Tatusiu, zobacz, to wyjście – powiedziała nagle Julka – To wyjście z Magilandu.

Musieli wytężyć wzrok, aby dostrzec to co zobaczyła Julka. We mgle, niczym w filmach neo-noir, rozchodziła się zimno-niebieska poświata, po środku której majaczył neonowy napis AUSFAHRT. Robertowi serce zabiło mocniej.

– Biegniemy – powiedział do Weroniki i przyśpieszyli kroku. Czuli na swoich ramionach ciężar lasu, oraz jego wilgoć która obłapia i nie chce wypuścić ze swych objęć. Drzewa zdawały się pochylać, nie dając za wygraną. Wiatr za ich plecami wzmógł się, na ścieżce szeleściły liście. Chociaż, czy to na pewno były liście? Robert nie miał zamiaru odwracać się, aby potwierdzać swoje przypuszczenia. Dopadli do poświaty; przekręcił klamkę, a drzwi ustąpiły i cała trójka znalazła się w nowoczesnej recepcji.

– Agatha! Gdzie jest ta suka?! Zajebię ją – Robert zerwał okulary z głowy i rozejrzał się po recepcji. Nikogo tu jednak nie było.

– Chodźmy już, Robert, naślemy tu policję – powiedziała Weronika z błagalnym wyrazem twarzy. Chwyciła córkę za dłoń, tak jakby bała się, że ta znowu zniknie.

– Tak tatusiu, wyjdźmy już z Magilandu – poprosiła Julka, skubiąc kawałek fartuszka.

Robert zatrzymał się w pół kroku.

– Kochanie, skąd wiedziałaś, że tam jest wyjście? – zapytał.

– Przeczytałam tatusiu. Widzieliście sami – odpowiedziała Julka.

– Tak, tak, masz rację, kochanie, masz rację – Robert zacisnął mocniej dłonie. – I skąd wychodzimy i gdzie już nigdy nie wrócimy, Julciu?

– Z Magilandu, tatusiu. Możemy już jechać? Chcę obejrzeć…

Z obłędem w oczach, Robert doskoczył do Julki, i ku przerażeniu Weroniki, chwycił ją za gardło, podniósł wysoko w powietrze. Wrzask kobiety przeszył powietrze.

– Zostaw ją, ZOSTAW! Popierdoliło cię do reszty?! Boże, Boże, Robert!

– Gdzie jest nasza córka?! Ty kurwo, oddawaj nasze dziecko!

Zaciskał coraz mocniej dłonie na drobnej szyi. Weronika biła Roberta po plecach, nie rozumiejąc tego co się dzieje.

– Oddawaj ją, ty diabelska suko! – uścisk Roberta stawał się coraz mocniejszy.

Rozległo się paskudne chrupnięcie i główka, która przed chwilą była głową Julki, odskoczyła nienaturalnie w tył. Weronika rozdarła się histerycznie bo oczy, które na nią teraz patrzyły miały żółte tęczówki i wężowe źrenice. Sama twarz zaś była pomarszczona i nieproporcjonalna względem dziecięcego ciała. Robert puścił ciało, które upadło z nieprzyjemnym mlaśnięciem. Weronika zwymiotowała na deski.

Czar prysł i nie stali już w modernistycznie wykończonej recepcji, tylko w drewnianym pawilonie z przeciekającym dachem, brunatnymi plamami na podłodze i grzybem na ścianach. Robert zmusił się aby odwrócić wzrok od ciała; było coś hipnotyzującego w tym obrzydliwym połączeniu dziecięcego ciałka i starej twarzy z gadzim wzrokiem.

– Julka! JULKA! – Chodził w kółko po pomieszczeniu, przewracając sterty szmat i nadgryzione przez ząb czasu meble. Weronika siedziała skulona, nie mogąc złapać oddechu patrzyła na to, co jeszcze chwilę temu brała za swoją córkę. Potem zaś wzięła kij Roberta i zaczęła uderzać nim w tę hybrydę, masakrując nie mniej makabryczne zwłoki.

Robert, zupełnie nie zwracając na to uwagi, eksplorował dalej pomieszczenie, aż za jednymi drzwiami ujrzał drabinę prowadzącą na strych. Niewiele myśląc, wspiął się po niej. Poddasze był czystszy, a przynajmniej nie było tutaj tyle krwistych plam i śmieci. Rozejrzał się gorączkowo i ujrzał ją – Julka, tym razem na pewno ich Julka, siedziała pod jedną ze ścian, z podciągniętymi kolanami, ssąc kciuk i kiwając się rytmicznie. Nieobecnym wzrokiem dostrzegła tatę.

– Ta pani mówiła, że muszę tu zostać. Że ona jedzie do domu…

– Nie Julciu, nie, zabieramy cię…

– Mówiła, że mnie nie kochacie, że wolicie ją…

– Nigdy nie wierz, w to co mówią obcy, Juleczko…

– Że, że mam zostać tu na, na zawsze i, i pilnować Magilasu…

– Mama i tata zawsze będą przy tobie, kochanie.

Przytulił mocno Julkę, a ta, niczym zranione zwierzę, wpiła się mocno paznokietkami w szyję ojca i rozpłakała gorącymi, gęstymi łzami. Dostała czkawki. Gdy schodził z nią na dół, Weronika stała nad ciałem, które zdążyła zakryła jakąś szmatą.

– Wracamy do domu – powiedział Robert, przekazując córkę. Weronika kiwnęła głową i przytuliła dziecko. Wsiedli do samochodu, nie sadzając Julki w foteliku, Weronika trzymała ją blisko siebie niczym skarb. Fiat odpalił i zostawili za sobą Magiland.

Nie było wymyślnych kolorów, tylko wyblakłe, gnijące drewno. Płoty dookoła się rozsypywały, a blaszany transparent dawno rozkradziono. Pola były nie tyle puste, co jałowe. Ziemia czartów, ziemia niczyja. Kiedy wjeżdżali w las, który znów pachniał sierpniowym powietrzem, Robert pomyślał, że mało brakowało, a mieszkańcy Magilandu opuściliby swoją bajkową krainę.

Koniec

Komentarze

Kaishoku, niepotrzebnie uprzedzasz w przedmowie, co jest treścią opowiadania. Wolałabym dowiedzieć się wszystkiego z lektury.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Słuszna uwaga. Chciałem jedynie przybliżyć tematykę, nie zaś ujawniać treść. Poprawię przedmowę.

Tematykę już przybliżyłeś, opatrując opowiadanie stosownymi tagami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przy okazji kolejnych publikacji będę już to wiedział. :)

Generalnie pomysł niezły, ale mógłbyś nad tekstem jeszcze popracować.

Masz trochę błędów i trochę nielogiczności, szczególnie na początku.

 

Fiat Stilo, cały w kurzu i z kolekcją robaków na rejestracji, włączył kierunkowskaz i zjechał z A-dwójki na ślimak prowadzący do wdzięcznych miejscowości, takich jak Poźrzadło (5km) i Czartów (8km). Roberta zaś najbardziej interesowała z tego wszystkiego informacja o Orlenie w pobliżu.

Stilo z małej litery.

Robaki to te glistowate, albo karaluchowate, napisałabym raczej “insektów” albo “owadów”.

Nie jestem do końca pewna, czy samochód może sam włączyć kierunkowskaz.

Co jest wdzięcznego w miejscowościach? Może: …prowadzący do miejscowości o wdzięcznych nazwach: Poźrzadło…

I skąd Robert wziął informację o Orlenie w pobliżu?

 

Podkręcił klimatyzację, ostatnie dni sierpnia nie odpuszczały nawet na moment.

Czego nie odpuszczały ostatnie dni sierpnia? I co to ma wspólnego z klimatyzacją w aucie?

 

Wraz z narzeczoną, Weroniką, i ich córką, Julką, letni skwar mocno odczuli podczas pobytu w Berlinie.

Przez moment nie wiedziałam ile osób jechało tym fiacikiem: Robert z narzeczoną, Weronika i ich córka Julia, czyli cztery osoby (i czyją do licha córką była Julka?), czy też Robert, jego narzeczona Weronika i ich córka Julka. W ogóle całe zdanie brzmi jakoś dziwnie. Może zacznij je od końca: Już podczas pobytu w Berlinie (tu wstaw osoby) mocno odczuli letni skwar.

 

Zatrzymaj się, wysadzimy ją w krzaki

Dziecko chcą same w jakiś chaszczach w lesie zostawić?!

 

o dach i maskę Fiata

Nazwy samochodów piszemy z małej. Chyba, że chcesz napisać, że coś tam zahaczało o dach i maskę samochodu marki Fiat. Wtedy i tylko wtedy nazwę auta piszesz z dużej litery. Po więcej wyjaśnień zajrzyj tu:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/marki-samochodow;715.html

 

Guten morgen! – odpowiedziała kobieta, chowając telefon do kieszeni. – Oczywiście, że czynny, jesteśmy zawsze otwarci dla unsere Gäste!

Nie rozumiem dlaczego ta kobieta gada po niemiecki i to na dodatek niezbyt poprawnie. Przecież są już w Polsce? Tego akurat jestem pewna, bo Poźrzadła nie wymówiłby żaden Niemiec.

 

Obejrzeli się w kierunku, który wskazywała ich córka.

“Ich” bym wywaliła.

 

Jak to wszystko ładnie powygładzasz, to wyjdzie ci naprawdę fajne opowiadanko. :)

Irka_Luz, dziękuję za cenne uwagi. Zawsze przydatne jest czyjeś świeże spojrzenie i wyłapanie niespójności :). Z pewnością popracuję jeszcze nad tekstem.

Pytanie z innej beczki (ponieważ to nie tyle mój pierwszy tekst, co w ogóle jedna z pierwszych wizyt na portalu): Czy zmiany, które wprowadzę w międzyczasie w tekście, uwzględniać od razu? Czy może tekst taki jaki wrzuciłem zostawić, a zredagowaną wersję wstawić na stronę jeszcze raz? 

Najlepiej poprawiaj na bieżąco. W ten sposób każda następna czytająca osoba, będzie widziała lepszy tekst.

Nieźle to wyszło – od beztroski rodzinki wracającej z udanej wycieczki, po dramat. A wszystko w stosownym otoczeniu i z należycie stworzonym klimatem. I choć od początku wiadomo, że coś musi się wydarzyć, finał i tak wypada zaskakująco. Brakło mi tylko jakiegoś w miarę sensownego wytłumaczenia, co tam się właściwie wydarzyło.

Zupełnie natomiast nie rozumiem, dlaczego o Weronice i Robercie cały czas piszesz narzeczeni. Przecież to nie ma żadnego znaczenia w tej historii, a tylko zamula jasność przekazu.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

A Julka była za­chwy­co­na wszę­do­byl­ski­mi niedź­wie­dzia­mi w sto­li­cy za­chod­nich są­sia­dów. –> Raczej: A Julka była za­chwy­co­na niedźwiedziami, wszechobecnymi w sto­li­cy za­chod­nich są­sia­dów.

 

Z tyl­nej ka­na­py za­no­si­ło się ciche po­ję­ki­wa­nie. –> Z tyl­nej ka­na­py dochodziło ciche po­ję­ki­wa­nie.

 

– Ma­gi­land, to pew­nie jakaś farma mi­nia­tur, albo może park roz­ryw­ki. – od­po­wie­dział Ro­bert. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Skorzystaj z poradnika, do którego link podałam Ci w poprzednim opowiadaniu.

 

za mniej niż trzy­sta me­trów drze­wa roz­rze­dzi­ły się… –> …po mniej niż trzystu metrach drze­wa przerzedziły się

 

Aga­tha wpro­wa­dzi­ła ich do ciem­ne­go po­miesz­cze­nia, po­ma­cha­ła im z uśmie­chem i za­mknę­ła za sobą drzwi. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Pie­prze to, pie­prze po ca­ło­ści – wark­nął Ro­bert… –> Literówki.

 

We­ro­ni­ka chwy­ci­ła go za ło­kieć w sta­lo­wym uści­sku. –> Czy dobrze rozumiem, że łokieć Roberta był w stalowym uścisku?

Proponuję: We­ro­ni­ka chwy­ci­ła go za ło­kieć sta­lo­wym uści­skiem.

 

Cały czas mo­cza­ry wy­da­wa­ły swoje ba­gni­ste dźwię­ki… –> Zbędny zaimek. Czy moczary mogły wydawać cudze dźwięki?

 

Li­li­put, o wy­ży­ło­wa­nym ciele, dłu­gim nosie… –> Co to znaczy, że ciało liliputa było wyżyłowane?

 

Po środ­ku bi­blio­tecz­ki, w miej­scu gdzie ury­wa­ła się ścież­ka… –> Pośrod­ku bi­blio­tecz­ki, w miej­scu gdzie ury­wa­ła się ścież­ka

 

ścież­ka bie­gła po środ­ku wą­wo­zu. –> …ścież­ka bie­gła pośrod­ku/ środkiem wą­wo­zu.

 

Ro­bert otarł pot z czoła, aby le­piej wi­dzieć. –> W jaki sposób pot na czole utrudniał widzenie?

 

po pod­ło­żu szu­mia­ły li­ście. –> Raczej: …na ziemi szeleściły li­ście.

 

i cała trój­ka wy­la­ła się na pod­ło­gę no­wo­cze­snej re­cep­cji. –> Co to znaczy, że cała trójka się wylała na podłogę recepcji? Czy sugerujesz, że się zsikali ze strachu??? ;)

 

Za­je­bie ją – Ro­bert ze­rwał oku­la­ry… –> Literówka.

 

two­rząc nie­mniej ma­ka­brycz­ne zwło­ki. –> Skoro Robert urwał łeb poczwarze, to Weronika nie mogła z niej zrobić zwłok, bo zwłokami już była.

Proponuję: …masakrując nie­ mniej ma­ka­brycz­ne zwło­ki.

 

uj­rzał dra­bi­nę pro­wa­dzą­cą w stro­nę stry­chu. –> A może zwyczajnie: …zobaczył dra­bi­nę pro­wa­dzą­cą na stry­ch.

 

z pod­cią­gnię­ty­mi ko­la­na­mi, ssąc kciu­ka i ki­wa­jąc się ryt­micz­nie. –> …z pod­cią­gnię­ty­mi ko­la­na­mi, ssąc kciu­k i ki­wa­jąc się ryt­micz­nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuje za wszystkie uwagi do tekstu :). Wierzę, że pomogą mi one nie popełniać więcej takich błędów w przyszłości.

Bardzo proszę, Kaishoku. ;)

I ja jestem przekonana, że każde Twoje przyszłe opowiadanie będzie lepsze od poprzedniego. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak na debiut, to bardzo ładnie. Przyzwoity pomysł, nie jakoś szczególnie rzucający na kolana, ale całkiem ciekawy i nośny. W sam raz na odcinek horrorowego serialu, takiej, na przykład, klasycznej "Strefy Mroku". 

Miałem trochę problemów z wiarygodnością – ot na przykład, gdybym sam jechał, zapewne zechciałbym sprawdzić co czai się na końcu dziwnie oznakowanej, polnej drogi. Ale podróżując z rodziną… Wątpię. W Magilandzie wszystko potoczyło się bardzo szybko – nawet jeśli bohaterowie błąkali się tam dość długo, nie dałeś tego odczuć czytelnikowi. Chciałoby się więcej dziwactw, więcej szaleństwa, niech Robert, Weronika i Julka dłużej i głębiej eksplorują krainę absurdalnego obłędu, próbując zrozumieć, gubiąc się i odnajdując, tracąc nadzieję i ją zyskując… 

Ale ogólnie na plus, zwłaszcza, że wprowadziłeś proponowane poprawki, a to znaczy, iż zależy Ci na tym, żeby tekst był jak najlepszy. A to dobrze wróży i jestem pewien, że kolejne teksty będą coraz lepsze. I ten nie jest zły, napisany solidnie i z dbałością o szczegóły, może jeszcze trochę sucho i sztywno, ale… No właśnie, jeszcze. Wszak to dopiero rozgrzewka. Rozgrzewka bardzo udana. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No, niezły horror. Miejscami przewidywalny, ale czasami zaskakujesz. Wydaje mi się, że nastrojem operujesz dobrze. A jednak można tak napisać, żeby bohaterowie horroru nie zachowywali się głupio i się nie rozdzielali.

Jak to cola szkodzi ludziom… ;-)

Babska logika rządzi!

– Kochanie, mówiłem, żebyś nie piła całej coli naraz!

Jesteś pewien, że nie chodziło Ci o “na raz”?

Przyjrzałabym się przecinkom, na przykład tutaj:

– Słuchaj, może byśmy tak[-,] przedłużyli wycieczkę, ładna pogoda, mamy dobry czas, a tu jest taki znak. 

Nie było to nawet żadne zwierzę[+,] jakie znali.

Dobrze wiedział[+,] co chce mu powiedzieć,

Czemu na końcu jest przecinek zamiast kropki?

Przecinki przy wołaczach.

Zwróć uwagę na dziwne konstrukcje, jak te:

Ich plany odwrotu pokrzyżowała babuleńka, która wyszła z budynku tylko jak podjechali bliżej.

jak tylko

Teraz, oglądając wnętrze, pomyślał, że z niemieckim kapitałem musi łatwiej być rozkręcić interes w Polsce.

musi łatwiej być rozkręcić???

 

Dobry pomysł, aczkolwiek znany, więc od razu wiadomo, że Magiland jest podejrzany. 

Ale czyta się nieźle :)

Znam tylko pięć liter ;)

Thargone i Finkla,

dziękuję Wam za uwagi, postaram się aby następne opowiadanie Was bardziej zaskoczyło pomijając jak najbardziej sztampowe zagrywki :)

Anet,

dziękuję za zwrócenie uwagi na interpunkcję. Diabeł zawsze tkwi w szczegółach, a je czasem ciężko dostrzec nawet i przy trzecim czytaniu.

A to wiadomo! U siebie najtrudniej, bo oko widzi to, co powinno tam być ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka