- Opowiadanie: stn - Atoma

Atoma

Dziękuję Zakodowanej, Fajromowi oraz Wybranietz za świetną betę.

Kilka ostatnich iteracji zmian wprowadziłem wedle własnego widzimisię, możecie więc ponarzekać na błędy.

 

PS. Poprawiłem znalezione błędy.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Atoma

Kasz­tan za­rżał do­no­śnie i omal nie stra­cił rów­no­wa­gi, kiedy koła wa­go­nu po­śli­zgnę­ły się na za­bło­co­nych szy­nach. Po­wo­li i mo­zol­nie pię­li­śmy się w stro­nę sta­cji u stóp Atla­sa. Po­wie­trze sta­wa­ło się rzad­sze i pach­nia­ło nad­cho­dzą­cą burzą. Wyj­rza­łem na ze­wnątrz. Nad nami ry­so­wał się im­po­nu­ją­cy masyw góry El­brus, jed­ne­go z kol­ców na ko­ro­nie świa­ta.

– Nie wie­dzia­łem, że jest aż tak wiel­ki – wy­mam­ro­ta­łem.

Wysłuchał mnie szum wiatru. Wystający z krótkiego masztu proporzec Carstwa Moskiewskiego łopotał na wietrze. Uśmiechnąłem się na widok dwugłowego orła i trzech zawieszonych nad nim koron. Więcej, więcej, więcej – tak zapamiętałem ich ojca, nienasyconego Iwana Groźnego.

Siedzący obok starzec otwo­rzył zmę­czo­ne oczy i uśmiech­nął się lekko.

– Jesz­cze tu je­steś?

Nie skie­ro­wał py­ta­nia do mnie.

Się­gną­łem do kie­szon­ki w ple­ca­ku, wy­ma­ca­łem su­szo­ną oliw­kę i za­gry­złem nią roz­pie­ra­ją­cy mnie po­dziw.  Nie mia­łem czasu przy­go­to­wać się na chwi­lę, w któ­rej przyj­dzie mi sta­nąć u stóp praw­dzi­we­go ty­ta­na.

Atlas był synem nie tylko sta­re­go ar­chi­tek­ta, ale też ludz­kiej de­ter­mi­na­cji i wszyst­kich pię­ciu ży­wio­łów. Po­tęż­ne uda wy­rżnię­te z pod­nó­ża góry utrzy­my­wa­ły krępy tułów. Żebra skal­ne przez de­ka­dy przyj­mo­wa­ły nie­zli­czo­ne ciosy grzmo­tów i wi­chur. Gęst­nie­ją­ce chmu­ry za­sła­nia­ły resz­tę jego po­nad­ludz­kiej formy. Z opo­wie­ści za­sły­sza­nych po dro­dze wie­dzia­łem, że w pier­si ty­ta­na biło serce za­sty­ga­ją­cej magmy. Pró­bo­wa­łem doj­rzeć ręce wy­ko­na­ne ze szkła i me­ta­lu. Na­słu­chi­wa­łem za śpiew­nym drże­niem krysz­ta­łu, z któ­re­go wy­cio­sa­no głowę. Zgodnie z plotkami twarz chwy­ta­ła pro­mie­nie słoń­ca i jak pry­zmat ła­ma­ła je i od­bi­ja­ła ich ko­lo­ro­we strzę­py. Wi­dzia­łem jak kłęby chmur wście­kle na­cie­ra­ły, wal­cząc o na­leż­ne im miej­sce. Do­strze­głem prze­szy­wa­ją­ce je grzmo­ty, które to­pi­ły się w na­stę­pu­ją­cej po nich na­wał­ni­cy bieli, żółci oraz wszyst­kich od­cie­ni czer­wie­ni, błę­ki­tów i zie­le­ni.

Ami­ra­ni przy­glą­dał się temu razem ze mną, lewą dło­nią gła­dził po­strzę­pio­ną brodę, pal­ca­mi pra­wej dra­pał podłokietnik swo­je­go wózka. Za­kasz­lał i oparł się na pod­ło­kiet­ni­ku. Dożył sę­dzi­wych osiem­dzie­się­ciu czte­rech lat i nie­gdyś kru­czo­czar­ne włosy ob­la­ła si­wi­zna, atle­tycz­ne ciało stało się wątłe a kości kru­che, ale ogień nadal w nim pło­nął. Po­pra­wił to­bo­łek, który przy­ci­skał do pier­si i scho­wał się głę­biej w otu­la­ją­cym go kocu.

Słońce już prawie zaszło.

– Prrr! – zatrzymałem kasztana.

Przyj­rza­łem się torom – drew­nia­ne pod­kła­dy sczer­nia­ły i roz­mo­kły, i le­d­wie spa­ja­ły rów­nie pod­gni­te szyny. Nitka, słu­żą­ca nie­gdyś do trans­por­tu ma­te­ria­łów budowlanych, nie była już re­mon­to­wa­na i szcze­rze zwątpiłem w sens dalszego męczenia biednego zwierzaka. Spraw­dzi­łem kliny wci­śnię­te pod koła – trzy­ma­ły pew­nie. Wtedy zaj­rza­łem w to­bo­ły, wy­cią­gną­łem z nich do­dat­ko­we koce, które od­da­łem star­co­wi i ugo­to­wa­łem nam marną po­lew­kę z ka­wał­ka su­szo­ne­go mięsa, bieli ze­rwa­nej z mi­ja­nych igla­ków, igieł sosny i zna­le­zio­nych po dro­dze ko­rzon­ków. Po­ło­ży­li­śmy się. Ami­ra­ni po­mi­mo wieku i więd­ną­ce­go ciała nadal był cięż­ki. Za każ­dym razem wy­da­wał z sie­bie jęk, a ja prze­drzeź­nia­łem go mó­wiąc, że skrzy­pi tak samo jak jego wózek. Spo­glą­dał wtedy na drew­nia­ną ramę i trzy koła, jakby z wy­rzu­tem i tę­sk­no­tą do cza­sów mło­do­ści.

Mie­li­śmy za­snąć. Nie mo­gli­śmy.

– Po­wiesz mi w końcu, po co tam wra­casz? – zapytałem.

– Wci­snę je z powrotem do nieba.

– To pudło? Cho­dzi o nią?

– Przez nią! Wspól­nie to zro­bi­li­śmy. Kiedy padał deszcz, a ona nie prze­sta­wa­ła pra­co­wać, przez le­pią­cy się do niej brud wy­glą­da­ła jak z gliny.

Im był starszy, tym częściej zdarzało się mu żyć wspomnieniami.

– Ko­cha­łeś ją?

Mógł po­krę­cić głową, nie wi­dzia­łem.

– Śmier­tel­nie się jej bałem.

Gdyby tylko zo­ba­czył ten uśmiech na mojej twa­rzy.

– To żadna róż­ni­ca – od­po­wie­dzia­łem.

– To ogrom­na róż­ni­ca!

– Wra­casz tam dla niej?

– Idę… – Płuca na­peł­nił chwi­lą, przez którą się za­sta­no­wił. – Idę tam za nią.

– To zna­czy, że ją ko­cha­łeś.

W końcu zasnął. Spojrzałem w niebo i odetchnąłem głęboko. Zauroczyły mnie paciorki rozsypane na niebie. Znałem wszystkie gwiazdozbiory, powiodłem wzrokiem po ramieniu Oriona czającego się tuż nad widnokręgiem aż znalazłem Bliźniaków. Między nimi zamieszkało Słońce, z którego Amirani ukradł ogień. Moją torbę i szczyt Atlasa połączyło przeznaczenie. Sięgnąłem do niej. Ciarki pobiegły z dłoni do kręgosłupa i dalej. Byłem pewien, że trzymałem klucz, który pozwoli mi zrozumieć naturę nieba. Luneta. Ścisnąłem jej metalowy korpus. Jego zimno zrelaksowało mnie, przypomniało, że powinienem być cierpliwy. Byłem tak blisko.

Pra­gną­łem być jak Ami­ra­ni. Chcia­łem wyjść z jego cie­nia i żeby to uczy­nić, dałem się za­pro­wa­dzić na szczyt świa­ta. Po­sta­wił mi tylko jeden wa­ru­nek – mia­łem zmu­sić go, by już nigdy z niego nie wró­cił.

A ja się zgo­dzi­łem.

 

Obu­dził mnie hałas szczęk­nięć me­ta­lu. Przed nami, na ziemi i w po­wie­trzu, do­ko­ny­wa­ła się in­wa­zja.

Po­wietrz­na wa­ta­ha za­kra­dła się mię­dzy chmu­ra­mi. Para marnie wyglądających ste­row­ców za­ko­twi­cza­ła się w udach Atla­sa. Wi­chu­ra nie od­pusz­cza­ła. Ma­te­riał ba­lo­nów na­prę­żał się i lu­zo­wał. Fur­ko­tał przy tym wście­kle, jakby ostrze­ga­jąc przed wy­chy­la­ją­cy­mi się z rufy jeźdź­ca­mi. Na burtach namalowano tamgi Cha­na­tu Krym­skie­go.

Uprze­dzi­li nas Ta­ta­rzy.

Konstrukcja statków była lek­ka i przypominały sterowce, które raz puszczone w ruch parły przed siebie i biorąc poprawkę na górskie wichury, pa­skud­nie trud­no byłe je opanować. Ich uży­cie gra­ni­czy­ło z sza­leń­stwem, ale to w nim ukry­to me­to­dę. Horda omi­nę­ła Ro­sjan, któ­rych od­działy ulo­ko­wa­no niżej w przej­ściach i ko­tli­nach. Tatarski obłęd nie miał sobie rów­nych. Do­strze­głem konie z jeźdź­ca­mi opusz­cza­ne drew­nia­ny­mi plat­for­ma­mi wprost na głowy miesz­kań­ców ata­ko­wa­nej osady. Spi­ra­la ście­żek ubi­tych po­de­szwa­mi butów, ko­ła­mi wozów i ko­py­ta­mi, krzy­cza­ła do nas tra­ge­dią wy­stra­szo­ne­go tłumu. Mu­sie­li­śmy zdążyć przed nimi.

Odpiąłem kasztana i pożegnałem klep­nąw­szy go w zadek.

– Uwa­żaj na sie­bie.

Ami­ra­ni cze­kał cier­pli­wie. Chwy­ci­łem wózek i pchną­łem.

Minęliśmy opustoszałą dzielnicę z lepiankami z gliny i chrustu, przecisnęliśmy się między zdemolowanymi straganami, latrynami i jurtami mieszkalnymi. Większość okien zasłonięto zwierzęcymi błonami.

Nogi i płuca domagają się przerwy. Staję i spluwam flegmą. Dyszę jak zaszczute zwierzę. Zauważam, że tylko burdel zachował odpowiedni sobie bałagan. W otwartych drzwiach do pieprznika szukam Rosjan, ale widzę tylko niedbale porzucone łuki.

Z wnę­trza przy­byt­ku, prócz rzę­że­nia pod­nie­co­nych wo­ja­ków, usłyszałem rże­nie ich koni. Nie spo­dzie­wa­łem się, że wszyst­kie plot­ki na ich temat okażą się praw­dą. Or­dyń­cy z cha­na­tu jedli ko­ni­nę, pili ko­by­le mleko, spali na koń­skich grzbie­tach i naj­wy­raź­niej też się ko­cha­li. Kątem oka za­uwa­ży­łem wie­śniacz­kę za­plą­ta­ną w uprzę­ży. Wierz­ga­ła w roz­pacz­li­wych pró­bach od­zy­ska­nia wol­no­ści, ale ro­ze­śmia­ny wojak co rusz szturchał ją stopą, wy­krzy­ku­jąc – wy­da­wa­ło mi się – jeź­dziec­kie ko­men­dy.

Pchnąłem wózek. Za­trzy­mał nas wrzask ja­kie­goś męż­czy­zny.

– Gru­zin! Chodź za mną!

Stary soł­dat ma­chał do nas ręką, w dru­giej trzy­mał musz­kiet. 

– Za nim, Galio! – krzyk­nął do mnie sta­rzec. – Znam go.

Zbli­ża­ł się do nas tu­mult pod­szy­ty koń­skim ga­lo­pem. Ko­py­ta i buty wzbi­ja­ły piach, dusił nas kurz i smród spalenizny. Spią­łem wszyst­kie mię­śnie i pchną­łem wózek z całej siły. Nie­dłu­go potem bie­gli­śmy, Rusek mi po­ma­gał.

Oka­zał się być jed­nym z resztki starej obsady garnizonu, tych którzy go pamiętali.

– Pro­me­tej! – Klep­nął star­ca w ramię. – Dawno cię nie było.

Gdzieś za nami zarżał tatarski koń.

 

Atoma ziemi

 

Me­cha­nizm wózka skrzy­piał, kiedy wcią­ga­łem Amiraniego po scho­dach.

We­szli­śmy w atomę, naj­mniej­szą i nie­po­dziel­ną prze­strzeń wie­dzy, kul­tu­ry i umy­słu. Znaj­do­wa­ła się tu akademia, którą w końcu podzielono na świątynię i teatr. Nie­wie­le osób wie­dzia­ło, że ist­nia­ło wejście od za­chodu, które łą­czy­ło się z szy­bem awa­ryj­nym utrzy­my­wa­nym na wy­pa­dek problemów w gór­nych na­rzą­dach ty­ta­na. Weszliśmy jednak głównym, wschodnim. Wpu­ści­li nas soł­da­ci, któ­rzy do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li uwie­rzy­li w szcze­re in­ten­cje Ami­ra­nie­go i zro­bi­li nieco miej­sca w prowizorycznej barykadzie.

Szliśmy korytarzem. Amirani przesunął dłonią po płaskorzeźbach przedstawiających postacie jakichś prawosławnych świętych.

– Dla jed­nych meczet, moi chcie­li mo­na­sty­ru, a mo­ska­le cer­kiew – narzekał starzec. – Po co nam ko­lej­na świą­ty­nia?

– Ta­ta­rów też nie po­win­no tu być – za­uwa­ży­łem.

– Dla­te­go myślę, że tylko oni za­cho­wu­ją się ra­cjo­nal­nie.

Jesz­cze wtedy nie po­tra­fi­łem go zro­zu­mieć. Zabrakło mi na to czasu. Weszliśmy do ogromnej sali.

Sta­łem jak wryty, po­dzi­wia­jąc ma­te­ma­tycz­ną pre­cy­zję, z jaką za­pro­jek­to­wa­no i wy­ko­na­no wnę­trze. Z linii pro­stych i okrę­gów krzy­cza­ła do mnie ide­al­na zgod­ność wszyst­kich ele­men­tów – do­świad­czy­łem pięk­na pro­por­cji, które opar­to na sto­sun­kach liczb cał­ko­wi­tych. Pierw­sza sala kształ­tem przy­po­mi­na­ła pół­e­lip­sę. Otoczyła nas perystaza. Prawa stro­na kolumnady wy­peł­nio­na była atlan­ta­mi, któ­rych duma i do­ryc­ka su­ro­wość kon­tra­sto­wa­ły ze sto­ją­cy­mi po lewej ka­ria­ty­da­mi. Ko­kie­to­wa­ły zmy­sły oglą­da­ją­ce­go, chwaląc się swą lek­ko­ścią i joń­ską ele­gan­cją. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że tym spo­so­bem ar­chi­tek­to­wi udało się przed­sta­wić na­tu­ral­ne źró­dło na­mięt­no­ści – zwią­zek ko­bie­ty i męż­czy­zny. Praw­da była jed­nak o wiele bar­dziej pro­za­icz­na, choć prze­wi­dy­wa­nia okazały się traf­ne. Pew­ne­go dnia ar­chi­tekt i po­ma­ga­ją­ca mu Pan­do­ra strasz­li­wie się po­kłó­ci­li, a po­szło im o de­fi­ni­cję ty­ta­na. Ami­ra­ni chciał ufor­mo­wać Atla­sa zgod­nie z wizją męż­czy­zny pod­trzy­mu­ją­ce­go świat, ona uzna­ła to za skraj­ną nie­spra­wie­dli­wość wobec ty­ta­nid. Padło wiele wrza­sków i obelg, i każda ze stron upar­ła się na wy­peł­nie­nie czę­ści ko­lum­na­dy na wy­bra­ny przez sie­bie spo­sób. Kto zrobi wię­cej – miał wy­grać. Po­go­dzi­ła ich sy­me­tria i skoń­czy­li w tym samym cza­sie.

Kilku męż­czyzn stało lub sie­dzia­ło na mar­mu­ro­wym oł­ta­rzu i ob­rzu­ca­ło się wy­zwi­ska­mi. Na twa­rzach mieli maski. Przyglądająca się im wi­dow­nia wy­peł­nio­na była bogatymi mieszczuchami oraz ich to­wa­rzysz­ka­mi, ucznia­mi i ka­płan­ka­mi. Garst­ka żoł­nie­rzy igno­ro­wa­ła zamęt, który tu za­pa­no­wał. Choć przyglądali nam się czujnie, to wy­glą­da­li na po­rząd­nie wy­stra­szo­nych. Głę­bo­ko się ukło­ni­li, oka­zu­jąc Ami­ra­nie­mu naj­wyż­szy sza­cu­nek.

– Nie wi­dzisz, co my tu w ko­me­dię igra­my?

Za­cze­pił nas Borys, tu­tej­szy sę­dzia. Ami­ra­ni wy­ce­lo­wał w niego drew­nia­ną laskę.

– Cho­wa­cie się jak szczu­ry.

Do­stoj­nik zi­gno­ro­wał uwagę i wska­zał pal­cem la­men­tu­ją­ce ko­bie­ty.

– U nas nawet chór jest.

Zro­zu­mia­łem alu­zję – wnę­trze prze­sta­ło słu­żyć ka­pła­nom, znów się prze­obra­ża­jąc i z cza­sem stało się miej­scem scha­dzek bo­ga­tych i plan­szą, na któ­rej roz­gry­wa­li wszyst­kie po­li­tycz­ne in­try­gi Azji Mniej­szej. Dzi­siaj za­czę­li grę w wojnę.

– Pro­me­tej, czego ty chcesz? – Borys wstał i pod­szedł do mo­je­go na­uczy­cie­la. – Po co ty wró­cił?

– Po­że­gnać się.

Kilku soł­da­tów sta­nę­ło obok, nie ce­lo­wa­li w nas, ale wi­dzia­łem ich dło­nie kur­czo­wo za­ci­śnię­te na kol­bach musz­kie­tów.

– Jesz­cze tam miesz­ka? – za­py­tał Borys.

– Mieszka.

– Baba Jaga – mruk­nął ktoś.

– Nie na­zy­waj­cie jej tak.

– Wiedź­ma. – Borys splu­nął i prze­że­gnał się. – Oby zgni­ła.

– Nie ma tak na imię!

– Pro­me­tej, ale po co ci ona?

– Muszę jej coś oddać. 

Ofi­cer po­krę­cił głową. Podszedł bliżej, stając między mną a wózkiem.

– Kto ty? – za­py­tał i chwycił pod szyją.

– Uczeń. Na imię ma Galio. – Pro­me­te­usz zde­cy­do­wa­nych ru­chem ści­snął go za wy­cią­gnię­tą rękę. – Idzie ze mną.

Nie mie­li­śmy siły i żad­nych szans, ale Ro­sja­nie za­wsze po­dzi­wia­li upór i zde­cy­do­wa­nie starca. Ofi­cer nie chciał się zgo­dzić i choć roz­luź­nił chwyt, pró­bo­wał prze­ko­nać architekta mó­wiąc coś po ro­syj­sku. Ten nie od­po­wie­dział. Roz­sze­rzył usta w gry­ma­sie peł­nym zmę­cze­nia i zło­ści. Się­gnął pod płaszcz i wy­cią­gnął małe pu­deł­ko z obi­ty­mi złotem ro­ga­mi. To samo, któ­re­go bał się cały świat. Ze­bra­ni wokół żoł­nie­rze po­zna­li je – z ich płuc wy­do­by­ły się ję­kli­we po­mru­ki.

– Jeśli chcesz, to sam jej oddaj – mruk­nął i ci­snął nim w ro­syj­skie­go ofi­ce­ra.

Mógł­bym przy­siąc, że przez chwi­lę w któ­rej spa­da­ło serca wszyst­kich za­mar­z­ły. Wal­nę­ło o zie­mię, ale nie ucie­kły z niego żadne cho­ro­by, tro­ski ani grze­chy. Chwi­lę kon­ster­na­cji prze­rwał Borys, który w końcu ze­brał się na od­wa­gę, pod­niósł je, wrę­czył Ami­ra­nie­mu i od­po­wie­dział:

– Twój pro­blem.

Ami­ra­ni wes­tchnął głę­bo­ko.

– Wiem jak uru­cho­mić serce. Wiem, jak poświecić, żeby wam pomoc z ma­cie­rzy wy­sła­li.

Borys dry­gnął nagle.

– Pie­tro­wa po­sła­łem.

– Ten wa­riat nie po­tra­fi. To ja budowałem maszynę.

Przy­glą­dał się nam dłuż­szą chwi­lę, zanim pod­jął de­cy­zję.

– Tylko wróć.

– Nie za­mie­rzam.

Ofi­cer zmarsz­czył czoło i już by żądał wy­ja­śnień, ale wśród wo­ja­ków doj­rze­wał strach; w szme­rach ich roz­mów po­tra­fi­łem zro­zu­mieć tylko imię Pan­do­ry.

– Ru­su­dan! – za­wo­łał jed­ne­go z mło­dzi­ków. – Idzie za nimi. Przy­pil­nu­je.

Le­d­wie chło­piec, z wielkimi jak u krowy ocza­mi i ru­mień­ca­mi na po­licz­kach, wy­szedł z szeregu i sta­nął obok nas.

– No już. – Borys wska­zał pal­cem drzwi za nim. – Po­szli.

Pchną­łem wózek i po­że­gna­li­śmy go skrzy­pie­niem drew­nia­nych kół. Podążyliśmy ciemnym korytarzem. Amirani klął pod nosem.

– Ka­ca­py. – Splu­nął. – Cara od pa­rob­ka nie od­róż­nisz.

Ja i młody soł­dat spoj­rze­li­śmy na niego z takim samym zaskoczeniem.

– Nie wie­cie? – za­czął gło­sem tak unie­sio­nym, że pra­wie krzy­czał. – Ten wasz groźny Iwan prze­grał ze mną za­kład. Udowodniłem, że plemiona kau­ka­skie można zjed­no­czyć i prze­staną wal­czyć z jego wojakami. Jak wi­dzi­cie Atlas stoi. Jak wi­dzi­cie, to wasz uko­cha­ny car i tak przysłał tu gie­ro­jów.

– Pochodzę z Kaukazu – od­po­wie­dział pewny siebie mło­dzik. – Ho­do­wa­łem konie, tu nie­da­le­ko na wzgó­rzach, kiedy przy­szli i zmu­si­li do po­bo­ru. Cie­bie też znam, So­sru­ko.

Spoj­rza­łem na Ami­ra­nie­go, ocze­ku­jąc że coś z tego zro­zu­miał. Wzru­szył tylko ra­mio­na­mi i lekko się uśmiech­nął.

– Mam tyle imion, ile jest języków na świecie.

 

Atoma wody

 

Weszliśmy do ogromnej kawerny o foremnym kształcie.

Przyjrzało się nam dwadzieścia wydrążonych na ścianach twarzy; miały otwarte usta, jakby gotowe do krzyku. Spokojne strumienie spływały z nich do otaczającego nas zbiornika. Woda była ciepła i nieco słona – pochodziła pewnie z gorących źródeł wybijających na powierzchni zbocza. Skomplikowany system pochodni i lusterek doprowadzał światło, ciesząc moje oczy przyjemną poświatą. Promienie zgubiły się między wysepkami zieleni – zrozumiałem, że weszliśmy do ogrodu. Źdźbła nie kołysały się na wietrze, liście nie szumiały; ogromny spokój i duchota usypiały, domagając się od gości chwili poświęconej na odpoczynek i zadumę. Między kępami traw zauważyłem pomost, którego rozstaje zbiegały się do węzła pośrodku jaskini. Zadarłem głowę. Jeśli weszliśmy do podbrzusza, to właśnie widziałem jelita olbrzyma. Schody plątały się i kręciły.

Drogę wskazywał Amirani, którego skrzekliwy głos doprowadzał mnie do wściekłości. W końcu weszliśmy na szczyt konstrukcji, a tam czekała na nas winda. Wzią­łem głę­bo­ki od­dech i chwy­ci­łem korbę. Po drugiej strony stanął Rusudan. Cze­ka­ło nas sporo wy­sił­ku, zanim dotrzemy do płuc. Wkrót­ce zna­leź­li­śmy się w zim­nej i mrocz­nej gar­dzie­li wy­ga­słe­go wul­ka­nu. Wzno­si­li­śmy się po­wo­li, me­cha­ni­zmy pra­co­wa­ły, a ostry dźwięk od­bi­jał się od ka­mien­nych ścian.

Kiedy świat za­drżał po raz pierwszy, po­my­śla­łem, że Ta­ta­rzy za­czę­li ostrzał. Ami­ra­ni uparł się, że szar­pię ko­ło­wro­tem i przez to windą trzę­sie. Po chwi­li po­trzą­snęło nami aż pra­wie się prze­wró­ci­łem. Sta­rzec upierał się przy swoim:

– Serce mu bije!

Za­py­ta­łem go, czy nie boi się lawiny wewnątrz tunelu.

– Atlas jest kru­chy, ale góra wy­trzy­ma! – żach­nął się. – Lu­dzie nie mają tyle siły.

– My­ślisz, że kie­dyś będą?

– Prę­dzej atom ro­ze­rwą.

Wjeżdżaliśmy eta­pa­mi. Od­po­czą­łem chwi­lę i zmu­si­łem do dal­szej pracy; ko­ło­wrót krę­cił się aż miło, na­prę­żo­na lina su­nę­ła nad nami, cią­gnąc drew­nia­ny wózek, a my du­si­li­śmy się ze zmę­cze­nia. Je­cha­li­śmy w ciem­no­ści, bojąc się uży­wać ognia. Kiedy już do­tar­li­śmy do pierw­sze­go węzła mu­sie­li­śmy – ro­biąc to po omac­ku – prze­ło­żyć wagon na drugi tor, po któ­rym ru­szy­li­śmy pio­no­wo w górę. Do­ro­bi­łem się kilku si­nia­ków i za­dra­pań.

Zbli­ża­li­śmy się do gór­nej par­tii szczy­tu. Było coraz zim­niej i mar­z­ły nam palce. I wtedy Atlas ode­tchnął. Nagły wy­rzut go­rą­ce­go po­wie­trza nie­mal zmiótł nas poza ba­rier­ki i omal udu­sił tru­ją­cym smro­dem.

– Załóżcie maski – po­le­cił mi sta­rzec.

Zwró­ci­łem uwagę, że jej po­wierzch­nia wy­ko­na­na była z por­ce­la­ny. Chro­nić miała za­rów­no przed tu­tej­szy­mi wy­zie­wa­mi i zim­nym wia­trem na samej górze.

– I przed elek­tro­na­mi – dodał Prometeusz, kiedy go za­py­ta­łem. – Nie spali ci twa­rzy, kiedy po­dej­dziesz do serca.

W prze­ro­śnię­tym nosie ukry­to gazę na­są­czo­ną mieszanką pach­ną­cych olej­ków. Krę­ci­łem korbą upo­jo­ny za­pa­chem wio­sny.

By­li­śmy coraz wyżej. Szcząt­ko­we mi­ne­ra­ły i złoża bar­wi­ły koń­czą­cy się od­ci­nek ko­ry­ta­rza. Że­la­zo błysz­cza­ło po­ma­rań­czo­wo, a po­je­dyn­cze skały mag­mo­we uda­wa­ły szkli­sty dywan nie­śmier­tel­nych mchów.

Dostrzegłem ślady nie­na­wi­ści, z jaką po­że­gna­ny zo­stał architekt. Żółta siar­ka le­pi­ła się do ścian, a w niej wy­ry­to i na­ma­lo­wa­no obrzy­dli­we fre­ski. Przed­sta­wia­ły Ami­ra­nie­go mor­du­ją­ce­go Pan­do­rę i krad­ną­ce­go jej pu­deł­ko, inne uka­zy­wa­ły jak po­że­ra ich wspól­ne dzie­ci.

– Bę­dzie z nim pro­blem – mruk­nął Pro­me­te­usz, przy­glą­da­jąc się ma­lo­wi­dłom. – Wy­bi­łem mu kie­dyś oko.

Spoj­rza­łem na niego zdzi­wio­ny.

– To Pie­trow na­ma­lo­wał?

– Nie on, ale tak samo się mną brzy­dził.

Za­uwa­ży­łem, że zaciska pięści.

– O co po­szło?

– Jak zwy­kle o ko­bie­tę. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Z nimi wszyst­ki­mi tak było. Ko­cha­li się w niej, ale ten wa­riat na­zwał Pan­do­rę darem z nie­bios i, jak to gadał swoim na­masz­czo­nym tonem, chciał kąpać się w jej ener­gii.

Usły­sza­łem za­trzask me­cha­ni­zmu blo­ku­ją­ce­go, kiedy winda sta­nę­ła.

Weszliśmy do mi­nia­tu­ro­wej cer­kwi. Nie wi­dzia­łem tu nic me­ta­lo­we­go – drzwi, zdo­bie­nia, kie­li­chy i resz­ta świę­tych drob­no­stek wy­ko­na­ne były z drew­na. Wszystkie pięknie malowane, pełne wydrążonych szczegółów. Ścia­ny iko­no­sta­su przy­glą­da­ły się nam ocza­mi por­tre­tów mi­nio­nych wład­ców, oto­czy­ły nas herby i po­sta­cie świę­tych i pro­ro­ków. Za­sła­niały przed nami to, co nie po­win­no być wi­docz­ne.

– Świętojebliwcy – murknąłem.

Ruszyłem przodem i otworzyłem drzwi. Zo­ba­czy­łem wię­cej, niż śmia­łem ocze­ki­wać.

– Jesteśmy na miejscu – podjął Amirani. – To jego splot słoneczny.

Przed nami roz­po­star­ła się me­cha­nicz­na in­kar­na­cja gigantycznego. Drża­ło metalowym ciel­skiem i biło ogrom­nym cie­płem. Sieć prze­wo­dów oplo­tła ka­wer­nę, zwoje gru­bych dru­tów prze­bi­ja­ły się przez sufit i łą­czy­ły z przed­sion­ka­mi serca, a z komór wy­pla­ta­ły się na­stęp­ne wiąz­ki, znikając w otwo­rach w skale pod nimi. Przestrzeń wi­bro­wa­ła i wypełniła się bu­cze­niem – jakby miesz­ka­ło w nim stado wście­kłych szer­sze­ni.

– Ta zwojnica ma kilkadziesiąt metrów – zaczął Amirani, którego ożywienie bardzo mnie ucieszyło. – Nazwałem to cywką, ale niektórzy woleli używać określenia solenoid. Zapewnia homeostazę ogrodu pod nami i Akademii ponad. Od tych grubych zwojów odchodzą gałązki nerwowe. Nie dotykajcie ich, bo zginiecie.

Rusudan wyprzedził nas i rozdziawił usta.

– Chatka Baby Jagi – mruk­nął. – Myślałem, że to bujda.

Omi­ną­łem go i zo­ba­czy­łem cud ludzkiej techniki. Zawieszone na płóciennych linkach wahadełka, wyglądające na metalowe, tańczyły ze sobą, zbliżając się i oddalając od rdzenia serca. Poruszała nimi tajemnicza siła, której nie mogliśmy dostrzec.

Zapach burzy wypełniał powietrze. Unosiło się w nim jakieś dziwne napięcie. Coś groźnego i zmysłowego.

– Czujesz to? – zapytał Amirani. – Przebija się przez olejki. Tak śmierdzi tajemnica.

– Jaka?

– Eteru? Nie wiem. Odszedłem zanim wpadliśmy na coś sensowniejszego.

Serce opla­ta­ła krata przy­po­mi­na­ją­ce cien­kie pa­ję­cze nogi. Przy­cze­pio­no do nich sie­dzi­ska mo­gą­ce pomieścić kilka osób. Wyglądały jak kosze wyplecione z cienkich gałązek. Kon­struk­cja ob­ra­ca­ła się wokół osi wy­zna­czo­nej przez rdzeń na­rzą­du – i nie po­trze­bo­wa­ła do tego siły czło­wie­ka ani zwie­rzę­cia. To naprawdę wyglądać mogło jak kurza noga, na końcu której, w komnacie osnutej legendą, zamieszkać miała Pandora. Nie byłem w stanie zakpić z Rusudana, bo i ja patrzyłem na wszystko z ogromnym podziwem.

Na jed­nej z wiklinowych platform, le­d­wie kilka me­trów dalej, le­ża­ło ciało jakiegoś soł­da­ta. W za­ci­śnię­tych pal­cach nadal trzy­mał plik za­pi­sa­nych kar­tek. W słabym świetle nie mogłem zobaczyć nic więcej. Powoli i ostrożnie zbliżyliśmy się do metalowego mięśnia.

Włosy stanęły mi dęba.

Wszędzie walały się trupy. Prawie same kobiety, część zastrzelona, część skończyła z poderżniętymi gardłami lub przebitymi brzuchami.

– Gdzie są mężczyźni? – zapytałem.

– Wymysł Pandory – syknął Amirani. – To jej akolitki.

Rusudan przyklęknął nad najbliższym ciałem, zerwał z szyi jakiś naszyjnik i podał mi go. To były korale ze złotego elektronu, w każdym z niewielkich oczek dostrzegłem inną pamiątkę. Mrówkę, robala, ząb, kawałek piórka – ale jeden z nich czekał na wypełnienie.

– Dlaczego? – zapytałem, pokazując mu pusty koralik.

– To z miłości – uśmiechnął się. – Niektórzy mają słabość do przenośni oraz wspomnień. Budując głowę zauważyliśmy, że poprzez pocieranie elektronu zaczyna on przyciągać wiele różnych materiałów. Piórka, chusteczki, metalowe drobnostki. W bursztynie jest coś więcej niż nieodkryta jeszcze siła fizyki, rozumiesz – to alegoria. Tak jak mężczyzna lgnie do kobiety, tworzą rodzinę i wspólnie się uzupełniają, tak żywica może schować nie tylko drobnostkę w postaci żuka czy ludzkiego włosa, ale też wspomnienie. Pandora wierzyła, że nawet duszę.

Chyba nie zauważył, że knykcie mu zbielały od ściskania naszyjnika. Nie chciałem już o nic pytać i zapadła cisza, którą po chwili przerwał Rusudan. Nie słuchał Amiraniego, wsadził palce w ranę jednej z kobiet i po chwili wyciągnął czarną kulę.

– Rosyjska – mruknął i rozejrzał się w otaczającym nas półmroku. – Pietrow, pokaż się!

Odpowiedziało mu mamrotanie. Obok nas, wewnątrz wiklinowego koszyka, siedziało przykucniętych dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich, jednooki, przez cały ten czas patrzył spode łba, jego haczykowaty, wręcz sępi nos, ledwie dał się zasłonić maską. W lewej dłoni coś trzymał i przyciskał do siebie, w prawej miał muszkiet. Drugi z nich – stary sołdat – celował w nas czymś krótkim i złocistym.

– Pozwólcie nam uruchomić windę. – Amirani wyciągnął dłoń w uspokajającym geście.

Podchodząc bliżej dostrzegłem bliznę na twarzy Pietrowa i biało-niebieski rysunek udający otwarte oko. Nie miałem wątpliwości, że dwoma przyglądałby się nam z taką samą nienawiścią.

– Atlas jest mój! – krzyknął i strzelił w Amiraniego.

Miałem wrażenie, że wszystko wydarzyło się synchronicznie – jakby drżenie serca grało dla nas muzykę, której taktom musieliśmy się poddać.

Rusek skoczył na nas, w dłoni błysnął mu sztylet. Uratował mnie Rusudan, który palnął w niego ze swojego muszkietu. Nie trafił, ale gieroj zawahał się i chwycił metalową szynę podtrzymującą kosz. Odruch wygrał ze zdrowym rozsądkiem – i padł na ziemię, porażony piorunem.

Amirani wypadł z wózka. Krzyknął i skulił się. Wrzask zmusił mnie do działania. Tylko szczęściu albo zimnej krwi zawdzięczałem to, że Pietrow skończył ze złamaną szczęką. Padł na kolana, wyjąc z bólu albo wściekłości. Po chwili zgniotłem mu twarz. Złamany nos trysnął krwią. Podniosłem sztylet z ziemi i pchnąłem go, rozcinając polik. Jeszcze raz, tym razem w szyję. Padł na plecy i zakrztusił się krwią.

Rusudan odrzucił broń i podszedł do leżącego Pietrowa. Uczony zacharczał, kiedy młodzik oparł but o rękojeść i wcisnął ostrze głębiej, z chrzęstem gniecionej grdyki przybijając go do skały.

Zwymiotowałem.

Słyszałem tylko ciężkie oddechy płuc szukających powietrza, dyszenie i jęk Amiraniego. Próbowałem mu pomóc. Choć rana wyglądała paskudnie, w końcu udało się zatamować krwawienie.

Rusudan pokazał nam plik notatek, którego Pietrow najwyraźniej przed nami bronił. Spojrzałem przelotnie w ich treść. Na pierwszej stronie ktoś wykreślił tytuł. Atlas Burzy. Treść wypełniały opisy nieba i tak zwanej skuteczności elektrycznej każdej z chmur, niezrozumiałych wzorów i szkiców maszyny przypominającej serce tytana. Nazwali to cewką solenoidalną.

W tych papierach zaklęto jakąś magię, która zmieni świat. Czy to mi wystarczy?

Spojrzałem na starca, potem na Rusudana. 

– Pomóż mi go przenieść – podjąłem decyzję.

– Nie! – krzyknął.

– Czemu? – odpowiedziałem zdrowo zaskoczony jego zachowaniem.

– Adyge habze – odpowiedział. – Nie wejdę tam.

Amirani uprzedził mnie o tym, kiedy przybyliśmy w rejon Kaukazu. To był ich kodeks honorowy.

– Jaga nie lubi mężczyzn. Wszyscy to wiedzą – wyjaśnił. – Nie wejdę bez zaproszenia.

Pro­me­te­usz jęk­nął, opie­ra­jąc się na łok­ciu.

– Szybko… do tam­tej ścia­ny… – Wska­zał pal­cem. – Ka­fe­lek.

Spojrzałem na notatki, które nadal trzymałem w dłoniach. Wcisnąłem je w zakrwawione ręce młodzika.

– Weź to i uciekaj. Zachodnim szybem.

Po­czu­łem obrzy­dli­wy smak wąt­pli­wo­ści – czy Pie­trow za­ata­ko­wał ze stra­chu przed ich utra­tą?

Pobiegłem we wskazanym kierunku.

Po wci­śnię­ciu wy­sta­ją­ce­go frag­men­tu coś zagruchotało i klatka wokół serca zaczęła przyśpieszać! W akom­pa­nia­men­cie gło­śne­go bu­cze­nia plat­for­ma po­nio­sła nas bez wy­sił­ku w górę, jak­by­śmy byli z po­wie­trza.

 

Atoma powietrza

 

Po­przez ar­te­rię szyj­ną pły­nę­li­śmy nur­tem łez i krwi.

Amirani szep­tał, po­ga­nia­jąc windę, któ­rej nie mo­głem do ni­cze­go zmu­sić. Ta­jem­ni­cza siła pcha­ła nas do pod­sta­wy czasz­ki.

Od­de­chy dud­ni­ły nam w uszach. By­li­śmy tak wy­so­ko, że każde tchnie­nie brzmia­ło jak ude­rze­nie. Szkla­na szyja po­zwa­la­ła mi do­strzec ogrom prze­strze­ni wokół nas. Wi­dzia­łem linie pa­pi­lar­ne od­ci­śnię­te pal­cem mi­tycz­ne­go ty­ta­na – skały wiły się jak węże, pełne ostrych koń­ców i zdra­dziec­kich żło­bów.

Niebo za szybą ko­tło­wa­ło się w star­ciu ty­ta­na z bo­ga­mi. Wiatr chło­stał kon­struk­cję bi­cza­mi po­wie­trza i wody, chmu­ry pruły się, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie złociste pio­ru­ny. Trzask grzmo­tów roz­ry­wał mnie na strzę­py. Zu­peł­nie jakby jeden z bogów, któ­ry­kol­wiek istniał, szu­kał ze­msty albo chciał po­wstrzy­mać nas przed wej­ściem do czasz­ki Atla­sa.

Amirani od­po­wie­dział mu ję­kiem. Krwa­wił, ale to ja pła­ka­łem. Ręce mia­łem jak z waty. Ścią­gną­łem płaszcz i uło­ży­łem na nim star­ca. On nie miał siły wstać, a ja nie mia­łem siły go pod­nieść. Pró­bo­wa­łem cią­gnąć, był taki cięż­ki. Czer­wo­na plama na pod­brzu­szu rosła. Szep­tał coś, ściskając w pal­cach bursz­ty­no­we ko­ra­li­ki.

– Teraz się mo­dlić za­czą­łeś? – wark­ną­łem przy ko­lej­nej pró­bie prze­su­nię­cia go na skraj platformy.

W końcu do­je­cha­li­śmy. Zna­la­złem tunel pro­wa­dzą­cy do wnę­trza czasz­ki, prze­zeń we­szli­śmy głę­biej, pro­sto w opary sza­leń­stwa i zmie­sza­nych aro­ma­tów ży­wi­cy. Chcia­łem umrzeć ze zmę­cze­nia, ale Amirani miał lep­szy powód. Ar­chi­tekt wo­dził męt­nym wzro­kiem po ścia­nach.

 

Atoma ognia

 

Usły­sza­łem kie­dyś, że elek­tron po­wsta­je z ato­mów słoń­ca, które ude­rza­ły w zie­mię i w jakiś spo­sób się po­skle­ja­ły. Bursz­ty­no­we mó­zgo­wie pul­so­wa­ło bla­dym tęt­nem na­gro­ma­dzo­nej ener­gii.

Mo­głem po­czuć cie­pło tu­tej­sze­go świa­tła. Ścia­ny przy­po­mi­na­ły mo­zai­kę sza­lo­ne­go mi­strza – ko­lo­ry łą­czy­ły się i dy­fun­do­wa­ły w inne. Wi­dzia­łem grudy ła­cia­te, ogni­ki, ka­pu­ścia­ki – cacka, ja­kich świat w jed­nym miej­scu jesz­cze nie wi­dział. Prę­ży­ły się do mnie w oka­za­łej gamie barw: błę­ki­tach, bieli, be­żach, zie­le­niach i brą­zach. Te prze­źro­czy­ste nie miały w sobie żad­nych pę­che­rzy­ków, a jeśli się już ja­kieś tra­fi­ły, to tylko po­je­dyn­cze i duże. Im było ich wię­cej, tym ciało ży­wi­cy wy­da­wa­ło się bar­dziej żółte i mętne. Ziem­ne, czyli brą­zo­we i zie­lo­ne, po­chło­nę­ły kie­dyś wiór­ki i reszt­ki drew­na. Wy­glą­da­ły jak sfa­ty­go­wa­ne po dłu­giej po­dró­ży.

Wnę­trze czasz­ki ty­ta­na pło­nę­ło na po­ma­rań­czo­wo.

– Ere­bos – mruk­nął starzec.

Za­kasz­lał, wy­plu­wa­jąc krwi­stą pianę.

– Czego się spo­dzie­wa­łeś?

Ere­bos to naj­mrocz­niej­sza część świa­ta zmar­łych. Wie­dzia­łem, że nie ma bar­dziej po­nu­re­go miej­sca niż wspo­mnie­nia. Są jak meble za­gra­ca­ją­ce nasze czasz­ki i nie da się ich po­zbyć jak byle ru­pie­cia. Z cza­sem myśli zmie­nia­ją się w po­czu­cie winy. Te wrzo­dy na ludz­kiej psy­chi­ce spró­bo­wa­no na­zwać, nadać imio­na – i tak stały się Ery­nia­mi, wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Nie­stru­dzo­na Alek­to, mści­wa Ty­zy­fo­ne i za­wist­na Me­gaj­ra. Wciąż wra­ca­ły, za­da­wa­ły py­ta­nia:  Dla­cze­go wtedy nie po­świę­ci­li­śmy wię­cej czasu, dla­cze­go nie roz­wią­za­li­śmy pew­nych spraw ina­czej? Przy­po­mi­na­ły, że jest już za późno.

– Dla­cze­go w ogóle pod­ją­łeś się pro­jek­tu Atla­sa?

Mruk­nął, po chwi­li od­po­wie­dział.

– Dla­cze­go mi za­le­ża­ło?

Przy­tak­ną­łem ru­chem głowy.

– Chcia­łem przed nią uciec.

Spoj­rzał mi w oczy, ale nie znalazł w nich zro­zu­mie­nia.

– Mia­łem na­dzie­ję, że się tu schowam – wy­sa­pał. – Jed­ne­go dnia ko­cha­ła, in­ne­go nie­na­wi­dzi­ła, w po­łu­dnie czę­sto­wa­ła winem, a z księ­ży­cem knuła gdzie wbić szty­let. – Od­po­czął chwi­lę, zanim do­koń­czył; – Połóż mnie pod ścia­ną, do któ­rej sto­isz ple­ca­mi.

Krzyk­nął z bólu, potem zwy­mio­to­wał. Wy­cie­ra­łem mu usta, kiedy spo­glą­dał na cień ukry­ty w bursz­ty­nie. Dotknąłem jego powierzchni. Wspo­mnie­nia pły­nę­ły przez elek­tro­n. Poczu­łem ich ła­du­nek, który trzasnął mnie w palec.

– Była ogniem – wy­szep­tał.

Po­dą­ży­łem za jego wzro­kiem i do­strze­głem kształt, któ­re­go nie po­win­no tu być. Spoj­rzałem czerni pro­sto w oczy.

– Zro­bił to też mój brat. Przede mną. Za­ko­chał się. Mu­sie­li być przez chwi­lę szczę­śli­wi. Choć przez cały czas ro­bi­ła mi na złość, psuła co mogła. – Prze­rwał mu spazm bólu. – Wciąż przed nią ucie­ka­łem. Sta­wa­łem się sław­niej­szy, a kiedy bu­do­wa­łem Atla­sa, to przyszła i się mi od­da­ła. Zro­zu­mia­łem, że serce nie mózg, nie za­sta­na­wia się.

Z dłoni wypadł mu bursz­ty­no­wy na­szyj­nik.

– Nie za­bi­łem jej – szepnął. – Ja przed nią świat scho­wa­łem.

Chciałem uwierzyć w to, co zobaczyłem.

Poraziło mnie jej elektrostatyczne piękno, przyciągało bladą i ciepłą luminescencją. Stała niczym kukła, w szklistych oczach dostrzegłem jakby iskrę. Blond włosy, jasna skóra. Uśmie­cha­ły się do mnie rysy jej pięk­nych nie­do­sko­na­ło­ści. Łzawe in­klu­zje przy­kle­iły się do po­licz­ków męt­ny­mi pę­che­rzy­ka­mi. Po­wy­krę­ca­ne i czar­ne koń­czy­ny, roz­cza­pie­rzo­ne palce, z bólu czy wście­kło­ści – nie wiem, go­to­wa­ły się do zła­pa­nia nas za gar­dła. Kosz­mar przy­cią­gał mnie do sie­bie, kusił ta­jem­ni­cą i gro­ził in­tu­icji. Rozszalały eter pędził między naszymi ciałami, kiedy dotknąłem elektronu odsłoniętymi palcami. Ja też tęskniłem, dlatego czułem opór. Kochałem inną.

– Długo tu na cie­bie cze­ka­ła – mruknąłem.

Spoj­rza­łem na Pro­me­te­usza. Do pier­si przy­ci­skał małe pu­deł­ko.

– O co z nim cho­dzi?

– To je­dy­ne co po niej zo­sta­ło – szepnął. – Moje pie­kło i na­dzie­ja.

Za­char­czał.

– Nie śmiej się, nawet nie pró­buj! – krzyknął. – Nie waż się!

Za­mkną­łem mu po­wie­ki.

– Nie od­chodź! – zawołał do kogoś. – Nawet nie pró­buj!

Nie ode­zwał się już nigdy wię­cej.

Nie po­mo­głem. Prze­cież obie­ca­łem. Coś wiel­kie­go do­bie­gło wła­śnie końca.

Wie­rzy­łeś w krzyż, czy w an­tycz­nych bogów? – po­my­śla­łem. – Nie spo­tka­my się ani w Nie­bie, ani w Eli­zjum, bo ist­nie­ją tylko w na­szych gło­wach. Tam też je­ste­śmy za­mknię­ci. Wspo­mnie­nia, spo­sób for­mu­ło­wa­nia myśli, za­cho­wa­nie; wszyst­ko za­leż­ne jest od tego, jak uło­ży­li­śmy sobie atomy. Każdy jest inny, każdy ma prawo zro­bić to ina­czej. Ale wszyst­ko zwią­za­ne jest z ser­cem i mó­zgiem. Kiedy pierw­sze staje, a dru­gie prze­sta­je pra­co­wać, ga­śnie też czło­wiek. Dla­cze­go ist­nie­je wiara w życie po śmier­ci, jeśli ciało gnije i za­mie­nia się w pył? W jaki spo­sób masz wtedy po­my­śleć, skąd weź­miesz wspo­mnie­nia? Eter i dusza są wy­mów­kami dla sła­bych i głu­pich. Czło­wiek zro­bio­ny jest z ciała i do ciała przy­wią­za­ne są jego myśli. Nie umiem sobie nawet wy­obra­zić tej pust­ki, w któ­rej się nigdy nie obu­dzi­my. Nie za­uwa­ży­my jej nie mając oczu, nie usły­szy­my nie mając uszu, nie po­czu­je­my nie mając pal­ców. Do­pó­ki ży­je­my, wy­peł­nia­my świat na­szy­mi bła­host­ka­mi i kiedy wy­da­je nam się, że za­czy­na­my coś w końcu ro­zu­mieć i nasz zwie­rzę­cy prąd po pro­stu prze­sta­je pły­nąć, zni­ka­my.

Tak jak ogień Pro­me­te­usza, który wła­śnie zga­snął.

W po­go­ni za ro­zu­mem śle­dzi­łem go na każ­dym kroku – ale czy bez niego za­szedł­bym tak wy­so­ko? W za­ła­ma­niach bursz­ty­no­wych ścian do­strze­głem sie­bie. Setki po­psu­tych twa­rzy, tyle min i spoj­rzeń ile ma­rzeń o mnie samym. To ja? Oto je­stem. Bła­zen, który chce się po­zbyć maski.

Pora wyjść z cienia.

 

Kwintesencja

 

Mu­sia­łem wejść na szczyt świa­ta, by zro­zu­mieć powód ta­tar­skie­go na­pa­du.

Wie­czór zmie­nił kolor słoń­ca w czer­wień i roz­la­ł ją na chmu­rach. Ocie­ra­ją­ce się masy po­wie­trza in­du­ko­wa­ły ła­du­nek, który krysz­ta­ło­wo-bursz­ty­no­wa czasz­ka po­chła­nia­ła, prze­twa­rza­ła i od­da­wa­ła w po­sta­ci kolorowych rozbłysków. Atlas był po­pi­sem Pro­me­te­usza, który ujarz­mił wszyst­kie pięć ży­wio­łów, z ogniem ludz­kiej na­tu­ry włącz­nie. Słu­żył jako dumny sym­bol do­mi­na­cji rozumu nad wierzeniami. Był solą w oku sułtanów, których ambicjonalne dążenie do podboju Kaukazu rozbijało się na drzwiach ukrytej w sercu akademii.

Wraz ze śmier­cią architekta niebo się uspokoiło. Przy­glą­da­łem się ob­li­czu ty­ta­na, wi­dzia­łem miej­sca, gdzie war­stwy elek­tro­nu zo­sta­ły nad­to­pio­ne; żłoby po­wsta­łe od wi­chur i pio­ru­nów przy­po­mi­na­ły zmarszcz­ki. Nie spo­dzie­wa­łem się od­kryć, że twarz po­sia­dać bę­dzie rysy tak pięk­ne, de­li­kat­ne i do­sko­na­le ko­bie­ce.

Pode mną leżał mar­twy de­miurg, jesz­cze niżej wy­bu­cha­ła wojna. Ogień po­ża­rów wy­glą­dał stąd jak za­pa­lo­na da­le­ko świecz­ka. Ogrom­na sen­ność i ból ude­rzy­ły mi do głowy, zdu­si­ło mnie w klat­ce pier­sio­wej. Po­ło­ży­łem się na wznak. Chyba ze­mdla­łem. Przyśnił mi się upiór o bursztynowych oczach pełnych zabrudzeń i pęknięć.

Obu­dzi­łem się oto­czo­ny gwiaz­da­mi. Lo­do­wa­te i rzad­kie po­wie­trze rwało mi płuca, poczu­łem me­ta­licz­ny po­smak eteru. Niebo się roz­ch­mu­rzy­ło, więc Atlas ćmił świa­tłem i ko­lo­ra­mi, kiedy księ­życ prze­glą­dał się w jego od­bi­ciu. Po­czu­łem, że nie je­stem sam; po­czu­łem nagłą ideę, która podpaliła mój umysł. Się­gną­łem do kie­sze­ni i wy­ma­ca­łem w niej so­czew­kę, przy­po­mnia­ła mi żeby w ple­ca­ku po­szu­kać lu­ne­ty. Pod­nio­słem przy­rząd do oka i spoj­rza­łem w stro­nę ciem­ne­go nieba.

– Ale ty stara je­steś, Luna! – Po­dzi­wia­łem kra­te­ry na jej twa­rzy i bruz­dy gór­skich szczy­tów.

To była iluminacja, na którą czekałem. Nie jestem mechanikiem, nie potrzebowałem tamtych notatek – nigdy nie zrozumiałbym formy i zasady działania serca; jestem człowiekiem, który chce widzieć więcej niż ktokolwiek inny. Poczułem, że Atlas wcale nie miał podtrzymywać nieba, tylko wskazać kierunek. Zrozumiałem, że za chmu­ra­mi jest coś zde­cy­do­wa­nie więk­sze­go, a niebo jest tylko gra­ni­cą. To nie wokół nas świat się obracał.

Wystarczyło spojrzeć.

Wy­sze­dłem z cie­nia rzu­ca­ne­go przez Pro­me­te­usza i je­dy­nym, który znaleźć mogłem za sobą, był ten na­le­żą­cy do mnie.

Sta­ną­łem na skra­ju czoła. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że karzeł umieszczony na barkach tytana zauważy więcej niż sam gigant. Spoj­rza­łem na pudło trzy­ma­ne w dło­niach, ważąc jego cię­żar. Było lek­kie, przy­kle­jo­ne do niego mity i opo­wie­ści wcale mi nie cią­ży­ły. Nie bałem się tego, co ukry­te w środ­ku. Chcia­łem już wró­cić do domu.

– Ja też tęsknię – szepnąłem. – Ale nie tak mocno, jak ty tęskniłeś.

W środku były twarze – Pandory i jego brata. Otwo­rzy­łem zamek, uwal­nia­jąc na świat wszyst­kie smut­ki, tro­ski, całą nędzę i cho­ro­by, które do­się­ga­ły Pro­me­te­usza. Malunki na płótnach i listy roz­le­cia­ły się na wie­trze. 

 

***

 

Do­pa­dli mnie Ta­ta­rzy. W jakiś spo­sób sfor­so­wa­li obro­nę i do­sta­li się na sam szczyt.

Rzu­ci­li mnie na zie­mię przed czyjeś nogi. Pró­bo­wa­łem odetchnąć i pra­wie zachłysnąłem się popiołem. Po­kry­wał drew­nia­ne szkie­le­ty spa­lo­nych domów, przy­kry­wał trupy i plamy krwi pod nimi.

Wo­jow­nik ob­ró­cił mnie kop­nię­ciem w bio­dro.

– Ja Osman – prze­mó­wił ła­ma­nym rosyjskim. – Kto ty?

– Galio – wy­ce­dzi­łem przez za­ci­śnię­te zęby. – Astro­nom.

Zła­pał mnie za kurt­kę i pod­niósł. Do­pie­ro teraz uj­rza­łem go w całej oka­za­ło­ści. 

– Czło­wiek z nieba? – za­py­tał.

Przed zim­nem i gor­szy­mi od siebie chro­ni­ła go brą­zo­wa suk­ma­na ofi­ce­ra. Ma­syw­na i za­pew­ne cięż­ka, okry­wa­ła kol­czu­gę. Nie róż­nił się od po­zo­sta­łych Ta­ta­rów, twarz i głowę chro­nił że­la­zny cze­pek z przy­cze­pio­nym kap­tu­rem kol­czym. Ple­cion­ka z gę­stych me­ta­lo­wych kółek się­ga­ła mu za ra­mio­na. To wła­śnie pięk­ne zdo­bio­ne kar­wa­sze, wy­koń­czo­ne zło­ty­mi i nie­bie­ski­mi wzo­ra­mi, przy­da­wa­ły mu rangi i sta­tu­tu.

– Besz-basz – po­wie­dział z ogrom­ną dumą w gło­sie.

Wy­pra­wa pię­ciu głów, sko­ja­rzy­łem. Małe grupy, które nę­ka­ły wio­ski.

– Ruś na ko­la­nach! – krzyk­nął, a ze­bra­ni wokół Ta­ta­rzy od­po­wie­dzie­li mu dzi­kim wrza­skiem.

Osman roz­ciął krę­pu­ją­ce mnie więzy i chwy­cił za ramię. Wi­dzia­łem jego roz­pa­lo­ne oczy i wi­dzia­łem w nich fa­na­ty­ka go­to­we­go oddać swoje życie.

– Byłeś w gło­wie? – za­py­tał.

– Tak.

Wiedziałem jakie pytanie zada następne.

– Co Al­lach po­wie­dział? W któ­rym ję­zy­ku?

Uśmiech­ną­łem się naj­szcze­rzej jak tylko umia­łem.

– Ab­so­lut­nie żad­nym.

Nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał na mnie i zmarsz­czył brwi. Po­grą­żył się w my­ślach, ale prze­rwał mu jeden z or­dyń­ców. Wy­mie­ni­li dwa zda­nia, po któ­rych Osman wyszczerzył zęby. Chwy­cił mnie za brodę i bru­tal­nie szarp­nął. Wi­dzia­łem niebo. Chmu­ry znów zgęst­nia­ły i tak pięk­nie błysz­cza­ły zło­tem i błę­ki­tem, kiedy tytan roz­my­ślał o przeszłości. Wtedy na całej dłu­go­ści jego pier­si i szyi roz­le­gły się wy­bu­chy. Roz­sy­pał się na ka­wał­ki jak myśli cho­re­go umy­słu. Pod­trzy­mu­ją­ce niebo dło­nie pod­da­ły się i opa­dły bez­sil­ne. Za nimi ru­nę­ła la­wi­na ka­mie­ni, me­ta­lu, ży­wi­cy i krysz­ta­łu.

Sta­li­śmy tak dłuż­szą chwi­lę, przy­glą­da­jąc się znisz­cze­niom. Dwóch jeźdź­ców po­de­rwa­ło mnie na przy­pro­wa­dzo­ne­go przez nich konia. Tylko garst­ka or­dyń­ców miała wró­cić – po­zo­sta­li sta­nę­li w szyku, sprawdzali uprzę­że, na­prę­ża­li cię­ci­wy łuków. Spoj­rza­łem w ich stro­nę. Z naprzeciwka wzbijała się ku­rza­wa, która su­ge­ro­wać mogła tylko jedno. Ro­sja­nie.

Osman pod­szedł i klep­nął mnie w ramię.

– Astro­nom – zwró­cił się do mnie, za­kła­da­jąc na głowę mi­siur­kę. – Opo­wiesz o tym suł­ta­no­wi.

Twarz płonęła mu od emocji.

– Bo wi­dzisz. – Ostrzem szabli wska­zał na zglisz­cza. – Niebo wcale nie spa­dło.

Pewna epoka zdawała się właśnie kończyć i nawet on za­czy­nał to ro­zu­mieć.

Koniec

Komentarze

Zajrzałam, przeczytałam.

Tempo czterdziestu pięciu znaków na sekundę. Woah.

Wiesz, będę czytać jeszcze 2-3 razy. Jestem jurorką pierwszy raz i bardzo się przejmuję :D

Pomyślałem raczej, że albo pierdyknęłaś opkiem o ścianę, albo przeszłaś kurs szybkiego czytania. ;)

Ja, owszem, bardzo szybko czytam, to inna rzecz :)

Jestem pod wrażeniem. I zaraz biegnę nominować do piórka. A ponieważ każą mi uzasadnić, to spróbuję.

Fenomenalne połączenie mitologii (różnorakiej), historii, historii alternatywnej i nauki – właśnie takiej, jaką możemy mieć, zakładam, na przełomie XVI i XVII w., skoro Iwan Groźny to niedawne dzieje. Plus fascynacji nauką starożytnych. Świetnie plastyczne opisy, ładnie nakreślona postać głównego bohatera. Tekst bardzo stn-owaty, ale przystępny. Wybacz to, co powiem, ale też trochę dukajowaty – bo mając Rosję z Babą Jagą i antyczne klimaty trudno nie pomyśleć o “Innych pieśniach”… Ale to zupełnie inny pomysł na świat. Jak dla mnie – rewelacja.

 

Amirani przyglądał się temu razem ze mną, lewą dłonią gładził postrzępioną brodę, palcami prawej drapał oparcie swojego wózka. Zakaszlał i oparł się na podłokietniku swojego wózka.

Położyliśmy się. Amirani pomimo wieku i więdnącego ciała nadal był ciężki.

Jak dla mnie, non sequitur

 

Kątem oka zauważyłem pewną wieśniaczkę zaplątaną w uprzęży.

Wiem[+,] jak poświecić, żeby wam pomoc z macierzy wysłali.

– Mam tyle imion[+,] ile jest języków na świecie.

Tak jak ogień Prometeusza, który właśnie zgasnął.

Nie lepiej “zgasł”?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O, dziękuję.

Trochę mi w głowie tym porównaniem do Innych Pieśni namieszałaś. Bo moja przygoda z nimi przypomniała szorowanie tyłkiem po nieheblowanej desce – no nie siadło, mimo, że nie wiem co mogło mi w tej randce przeszkadzać. ;)

Podziękować muszę Wybrańczyni, że uchroniła mnie przed oparciem historii na Grekach. Zmarszyła nos, ja podumałem i wydumałem, że faktycznie Rosjanie z Turkami pasują bardziej. Reszta mitologicznych wstawek została, ze względu na moją słabość do antyku. Ba, chciałem nawet wcisnąć opisy nawiązujące do manieryzmu, ale zacząłem gubić się w tych wszystkich dodanych grzybkach.

Powyższe poprawię dziś wieczorem. Miałem tekst odleżany, zacząłem grzebać przed pulbikacją i znów nabrudziłem.

 

Wybór Rosji i Tatarów jest świetny, zwłaszcza z Iwanem Groźnym, który zburzył, bądź co bądź, Kazań, w tle, no i z elementami rosyjskich legend. Ale tym, co tu zachwyca najbardziej, jest ta wizja tytana i wędrówka przez tytana, to rewelacyjne wplecenie mitologii (włącznie z Epimeteuszem nieszczęsnym) w tę baśń-nie-baśń. Proszę o więcej takich tekstów, z takim rozmachem wyobraźni… I tak napisanych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dla mnie bardzo dobre! :D 

Przeczytam na spokojnie i skreślę więcej znaków:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Niestety nie dołączę się do powyższych zachwytów. Nie dałem rady odnaleźć się wśród panującego w opowiadaniu chaosu – “hałasu szczęknięć metalu”, ścieżek “krzyczących tragedią wystraszonego tłumu.“ i “rzężenia podnieconych wojaków”.

No i w ostatecznym rozrachunku, pewnie brakło mi erudycji aby się delektować niuansami. Nie moja bajka.

No. Jednak potrafisz w miarę zrozumiale! ;-)

Nie żebym wszystko skumała, nie przesadzajmy. Ale przynajmniej oś tekstu widzę.

Na plus postać narratora. Mam słabość do tego gatunku ludzi.

Z tego powodu spodobała mi się końcówka i czymś, co odbieram jako przesłanie tekstu.

Tekst bardzo bogaty w nawiązania, symbole, odniesienia i greccy filozofowie jeszcze wiedzą, co jeszcze.

Język takoż bogaty i kunsztowny. Przynajmniej tam, gdzie nie rzuciły się poprawki w ostatniej chwili. Masz trochę literówek, interpunkcja kuleje. Pisząc zdanie z imiesłowem współczesnym, zazwyczaj pomijasz przecinek. A nie powinieneś.

Jestem na TAK, czyli.

Usłyszałem kiedyś, że elektron powstaje z atomów słońca, które uderzały w ziemię i w jakiś sposób się posklejały.

A wcześniej wspominał o żywicy. Zgrzytnęło mi to pomieszanie różnych koncepcji.

Babska logika rządzi!

Amirani przyglądał się temu razem ze mną, lewą dłonią gładził postrzępioną brodę, palcami prawej drapał oparcie swojego wózka. Zakaszlał i oparł się na podłokietniku swojego wózka.

Konstrukcja statków była lekkaprzypominały sterowce, które raz puszczone w ruch parły przed siebie i biorąc poprawkę na górskie wichury, paskudnie trudno się nimi sterowało.

Całe zdanie jest do poprawki.

 

Nie doczytałem do końca. Wytrwałem do końca drugiego rozdziału. Zbyt wiele niewiadomych, zbyt pourywane myśli, za duży mętlik czasów i postaci, bym mógł czerpać radość z czytania. 

Tu Iwan Groźny, tam muszkiety, sterowce, tory kolejowe, Elbrus, Atlas i postaci mitologiczne. Przytłoczyło mnie, bo nie potrafię sobie umiejscowić tego w czasoprzestrzeni.

Tak czy owak, dzieło sprawia wrażenie ambitnego. Jak dla mnie chyba zbyt ambitnego.

drakaina, Asylum

Powiem tylko – dzięki!

 

Finkla,

O widzisz, ja tak trochę na czuja piszę. Nie miałem pojęcia, że coś takiego jak imiesłów współczesny istnieje (to znaczy pamiętam termin z polskiego – ale nie z czym się to je). Poczytam i zapamiętam, i zastosuję Twoją poradę. ;)

Żywica? Elektron/bursztyn jest żywicą, w tamtym fragmencie pomyślałem o słowie jako synonimie. Ale faktycznie – wskazałaś i się temu przyglądam, to faktycznie 

 

fizyku, chrościsko,

Za szybko się poddajecie, nie przystoi tak uciekać w trakcie. Przyznam się, że pierwsze dwie części uważam za relatywnie nudne w porównaniu do reszty, ale nie będę Was też namawiał. Dzięki za próbę – do zobaczenia innym razem.

 

Babole poprawię, obiecuję.

Przeczytałam do końca i to chyba wszystko, czym mogę się pochwalić, bo sensu opowiadania, niestety, nie zrozumiałam.

 

lewą dło­nią gła­dził po­strzę­pio­ną brodę, pal­ca­mi pra­wej dra­pał opar­cie swo­je­go wózka. –> Nie wiem czy słusznie, ale zakładam, że Ami­ra­ni siedział na wózku, więc trudno mi sobie wyobrazić, żeby mógł prawą ręką drapać coś, co miał za plecami.

 

Ści­ną­łem jej me­ta­lo­wy kor­pus. –> Literówka.

 

Więk­szość okien za­sło­nię­to zwię­rzę­cy­mi bło­na­mi. –> Literówka.

 

Dyszę jak za­szczu­tę zwie­rzę. –> Literówka.

 

utrzy­my­wa­nym na wy­pa­dek po­ża­ru lub wy­pad­ku w gór­nych na­rzą­dach ty­ta­na. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

któ­rych duma i do­ryc­ka su­ro­wość kon­tra­sto­wa­ła ze sto­ją­cy­mi… –> Piszesz o dumiesurowości, więc: …któ­rych duma i do­ryc­ka su­ro­wość kon­tra­sto­wa­ły ze sto­ją­cy­mi

 

Ko­kie­to­wa­ły ze zmy­słami oglą­da­ją­ce­go… –> Ko­kie­to­wa­ły zmy­sły oglą­da­ją­ce­go

Można kokietować kogoś/ coś, ale nie można kokietować z kimś/ czymś.

 

Praw­da była jed­nak o wiele bar­dziej pro­za­icz­na, choć prze­wi­dy­wa­nia były traf­ne. –> Powtórzenie.

 

Ami­ra­ni wy­ce­lo­wał w niego drew­nia­ną laską. –> Ami­ra­ni wy­ce­lo­wał w niego drew­nia­ną laskę.

 

i wska­zał pal­cem na la­men­tu­ją­ce ko­bie­ty. –> …i wska­zał pal­cem la­men­tu­ją­ce ko­bie­ty.

Palcem wskazujemy coś, nie na coś.

 

Le­d­wie na­sto­let­ni chło­piec… –> Słowo nastolatek pojawiło się w drugiej połowie XX wieku i chyba nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

 

Borys wska­zał pal­cem na drzwi za nim. –> Borys wska­zał pal­cem drzwi za nim.

 

Spo­koj­ny stru­mień spły­wał z nich do ota­cza­ją­ce­go nas zbior­ni­ka. Była cie­pła i nieco słonapo­cho­dzi­ła pew­nie… –> Piszesz o strumieniu, a ten jest rodzaju męskiego, skąd więc nagle rodzaj żeński?

 

Mię­dzy kę­pa­mi traw za­uwa­ży­łem po­most, któ­re­go roz­sta­je zbie­ga­ły się do węzła po­środ­ku ja­ski­ni. –> Nijak nie potrafię zobaczyć pomostu z rozstajami. :(

 

Po­pro­wa­dził nas Ami­ra­ni, któ­re­go skrze­kli­wy głos do­pro­wa­dzał mnie do wście­kło­ści. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wzią­łem głę­bo­ki od­dech i chwy­ci­łem za korbę. –> Wzią­łem głę­bo­ki od­dech i chwy­ci­łem korbę.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

zanim wznie­śli­śmy się do płuc. Wkrót­ce zna­leź­li­śmy się w zim­nej i mrocz­nej gar­dzie­li wy­ga­słe­go wul­ka­nu. Wzno­si­li­śmy się po­wo­li… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wjeź­dża­li­śmy eta­pa­mi. –> Literówka.

 

a my du­si­li­śmy się w zmę­cze­niu… –> Weszli do zmęczenia?

Raczej: …a my dusiliśmy się ze zmęczenia

 

gie­roj za­wa­hał się i chwy­cił za me­ta­lo­wą szynę pod­trzy­mu­ją­cą kosz. –> …gie­roj za­wa­hał się i chwy­cił me­ta­lo­wą szynę pod­trzy­mu­ją­cą kosz.

 

Szep­tał coś, ści­ska­jąc bursz­ty­no­we ko­ra­li­ki w pal­cach. –> Raczej: Szep­tał coś, ści­ska­jąc w palcach bursz­ty­no­we koraliki.

 

je­dy­nym, który stał za mną, był ten na­le­żą­cy do mnie.

Sta­ną­łem na skra­ju czoła. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Nie róż­nił się od po­zo­sta­łych ta­ta­rów… –> Nie róż­nił się od po­zo­sta­łych Ta­ta­rów

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nigdy nie byłem orłem. Poprawię co trzeba, dziękuję za wskazanie.

Specjalnie ominąłem dzień Twojego dyżurowania, bo zawsze narzekasz i znów to zrobiłaś. Masz w sobie jakąś cząstkę masochistki, prawda? ;)

Nie, nie mam, ale staram się czytać wszystkie opowiadania, więc wcześniej lub później do Twoich też trafiam. I zawsze z nadzieją, że może tym razem… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Otóż to, taka niepohamowana potrzeba obcowania z przemysleniani nas wszystkich ma w sobie coś z delikatnego zboczenia. ;)

Zboczenia nie wykluczam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie jest niezwykłe. Ogrom tytana, podróż niemal jak ta Dantego. Nie umiałem dokładnie określić czasu. Niby pojawia się car Iwan Groźny, ale rosyjski podbój Kaukazu to wydarzenie mniej więcej dwieście lat późniejsze. Z drugiej strony Prometeusz i Pandora to starożytność. 

ale rosyjski podbój Kaukazu to wydarzenie mniej więcej dwieście lat późniejsze 

Nie do końca. ;)

 

Trochę ponaciągałem tu daty, ale w swoim alternatywnym światku mam do tego pełne prawo. ;)

Przyjmuje się, że Galileusz dokonał pierwszych obserwacji Księżyca w roku 1609. Pierwsza (choć nienumerowana, bo nie "seryjna") wojna rosyjsko-turecka zaczęła się w 1568 i trwała dwa lata. W tamtych latach (choć nie przyglądałem się mapom aż tak dokładnie), Gruzji jakiej znamy dziś nie było – rozpadła się na trzy królestwa: Kartlii, Kachetii oraz Imeretii. O pierwszym nie znalazłem niczego ciekawego, Kachetia znajdowała się pod okupacją turecką, Imeretia ze stolicą w Kutaisi znajdowała się (choć to lekko naciągane) w rosyjskiej strefie wpływów (i wielokrotnie prosili Rosjan o bezpośrednią pomoc, Cesarstwo było jednak bierne na ich krzyki), więc i tutaj Turcy zaczęli się rozpychać.

ALE rejon góry Elbrus zamieszkiwany był głównie przez Kabardyjczyków i Czerkiesów – którzy nie byli ani Gruzinami ani Rosjanami. Co więcej – Przedkaukazie leży pomiędzy obecną Gruzją (strefa wpływów Turków) a Krymem (czyli terenem walk pierwszej wojny między narodami). Tutaj masz mapkę z mniej więcej tego okresu - zieloni to Rosjanie, brązowi to Turcy. W prawym dolnym rogu, skrajne poletko, to Kabardia, tuż pod zaznaczonym na niebiesko Astrachaniem.

Przydało się mieć rosyjski w podstawówce. :D

 

Ok. Biję się w piersi, tego nie wiedziałem. Podbój Kaukazu przez Rosję kojarzył mi się polskimi oficerami w carskiej, armii którzy nie skorzystali z oferty cara i woleli tłumić powstanie styczniowe niż walczyć na tamtym teatrze działań wojennych. 

O, a tego to ja nie wiedziałem. W ogóle to słaby z historii jestem, ale powoli to nadrabiam. Dzięki za wzmiankę, poczytam, poczytam.

Będzie SPOILER, więc proszę nie czytać, przed czytaniem;)

Żywe są losy Amirani i Galio. Budujesz skomplikowane postaci z silnym motywem, a to – kocham. Również te z tła są takie, więc kocham jeszcze bardziej… tekst (uczę się używać wielokropka;p, w nietypowych sytuacjach).

Kupiła mnie wizja, odwołania do symboli, pałętająca się alternatywna historia; poziom mitu, nauki i zrozumienia. Co mam powiedzieć:D Dobrze żeś to chłopie obmyślił! 

Opowieść niesie wiele znaczeń i skłania do refleksji (mi to zrobiła) nad człowiekiem, losem, historią, życiem, małymi i wielkimi czynami.

Pomysł Atomy – góry, sal, wędrówki przez ciało – świetny.

Wybrałeś archetypowe postaci (ludzie, bogowie). Pandora – tak, i w zbiorowych, i indywidualnych przypadkach może poczynić straszliwe zniszczenia. Dlaczego Pandora jest kobietą, ciągle mnie to nurtuje?;) naturalnie, nie u Ciebie w opowiadaniu, ale tak w ogóle.

Prometej i Syzyf też mnie urzekł, niezwyczajne sprawy, wciąż aktualne w kolejnych odsłonach naszej rzeczywistości, pojedynczych życiach, wyborach. Podoba mi się to, ze pokazałeś to niejako mimochodem. Podróż przez Atomę prowadziła do nieba, innego wymiaru, a końcówka zapowiada zmianę – klęskę i nadzieję, która kolejny pogrom może nieść, lecz z innych już powodów. Mit runął wiemy, lecz dokąd zaprowadzi nas ta ścieżka. 

Twoje opowiadanie skierowało moje myśli w stronę utopii. Utopie, których obecnie nie pisze. Nie wiem, czy to znak naszych czasów, że apokalipsy są bardziej czytane. Nie widzimy przyszłości, nie potrafimy jej zobaczyć jasnej? Ciekawe.

Pięć żywiołów: woda, ziemia, ogień, powietrze i dodany eter. Platoński kształt, a Arystoteles nazwę dał:). Czy tak? Nie chce mi się już dzisiaj googlać.

 

Kilka drobiazgów – zatrzymań, zapodaję poniżej:

koła wagonu poślizgnęły się na zabłoconych szynach. 

Wagon i wózek. Czy wózek był na platformie, ktora ciągnął koń? Dalej piszesz, że siedział obok – czyli na wózku, platformie? Wózek był trzykołowy.

Nasłuchiwałem za śpiewnym drżeniem kryształu, z którego wyciosano głowę.

coś tu nie gra: słuchał – śpiewnego drżenia kryształu, z którego… może chodzi o przecinek?

swojego wózka. Zakaszlał i oparł się na podłokietniku swojego wózka.

Drugie, chyba można usunąć.

Przed nami, na ziemi i w powietrzu, dokonywała się inwazja.

Gdyby przed nimi to chyba nie mogliby zdążyć, może tuż za nimi? W każdym razie niejasne.

Spirala ścieżek ubitych podeszwami butów, kołami wozów i kopytami, krzyczała do nas tragedią wystraszonego tłumu

Tu pytanie – jesteśmy w terażniejszości i czy mówimy o ubijanych ścieżkach przez Tatarów, czy przeszłości, a oni po nich idą. A może o jednym i drugim?Poprawiłabym.

Poganiały nas krzyki i tumult podszyty galopem. Kopyta i buty wbijały piach, dusił mnie smród spalenizny

do usunięcia,  zostało pewnie po poprawkach – powtórzenie z wcześniej.

Niektórzy twierdzili, że tym sposobem architektowi udało się przedstawić naturalne źródło namiętności – związek kobiety i mężczyzny. Prawda była jednak o wiele bardziej prozaiczna, choć przewidywania były trafne

Jestem zwolennikczką kasowania, więc usunęłabym, ale nie wiem, czy potrzebnie – wyboldowane

jego oponentka 

Może po prostu – ona. 

W ogóle i w innych miejscach też – niekiedy – posłużyłabym się nożyczkami, znaczy deletem, w przypadku drobnych słówek, więc dalej już nie będę, gdyż widzę, że dzisiaj mam krawiecki nastrój i wszystko bym przerabiała na swoją modłę.

Trochę ten mój komentarz chaotyczny, za co przepraszam lecz mam nadzieję, że wystarczająco merytoryczny. Na cyzelowanie nie mam czasu, muszę zmykać. Głupie to ciało, że potrzebuje snu, eh.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oryginalne, nie da się ukryć!

Czasem aż za bardzo, bo tak miejscami udziwniasz, że przeholowywujesz :). Nie powiem, żebym pojął o co chodzi, ale rozmach i nawiązania wywierają spore wrażenie.

Ale… Czepić się trza ;):

– “dostrzegłem przeszywające je grzmoty” – synestezja jakowaś? grzmot to dźwięk, a on je widzi?;

– “oparcie swojego wózka. Zakaszlał i oparł się na podłokietniku swojego wózka” – tu widać, co nie gra;

– “Ścinąłem jej metalowy korpus” – literóweczka;

– “krzyki i tumult podszyty galopem” – to powtórzenie (całych zdań, tu tylko fragmencik pokazałem) było zdaje się świadomym zabiegiem, ale jak dla mnie dziwnie wygląda;

– “buty wbijały piach” – literóweczka;

– “Kokietowały ze zmysłami” – wg mnie można kokietować kogoś, a nie za czymś;

– “Kilku mężczyzn stało lub siedziało na marmurowym ołtarzu i obrzucali” – skoro “stało”, to “obrzucało”;

– “Spokojny strumień spływał z nich” – jak tych otworów było naście, to też naście strumieni z nich początkowo spływało, nie? dopiero potem łączyło się w jeden chyba?;

– “rozcinając polik” – polik: istnieje takie słowo?;

– “Nie śmiej się, nawet nie próbuj! – krzyknął! – Nie waż się!” – a ten wykrzyknik po “krzyknął” do czego służy?;

– “rwało mi płuca, czułem w nich metaliczny posmak eteru” – tuś pojechał po bandzie :) – czułeś kiedyś smak w płucach?;

– “gorszymi sobie” – chyba od siebie?;

– “pozostałych tatarów” – Tatarów.

(widzę, że trochę uwag mam podobnych jak Regulatorzy)

 

W każdym razie – doceniam wizję i rozmach, ale jednak wolę teksty, które rozumiem :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Poprawiłem większość wskazanych powtórzeń i literówek, nad pozostałymi błędami i nieścisłościami jeszcze przysiądę.

 

Akurat to już od samego początku narobiłem sobie kłopotów. Wizję “tytana” i wspinaczki w nim chciałem użyć już wcześniej, dlatego tym razem przyjąłem to za wymóg. A potem zaczęły się schody – z rozmiarem tego wszystkiego, wypełnieniem, nadaniem sensu. Tym razem to ja goniłem pomysł. Cieszę się, że wyszło jak wyszło – intrygująco i w miarę przystępnie. To też zasługa moich bet, za co po raz kolejny Wam podziękuję.

 

Twoje opowiadanie skierowało moje myśli w stronę utopii. Utopie, których obecnie nie pisze.

Co prawda chciałem z tego zrobić utopię, ale myślałem nad tym kilka miesięcy temu. Obecna forma nawet nie stała blisko i to jest ciekawe, że echa pierwotnego pomysłu nadal słychać.

 

Pięć żywiołów: woda, ziemia, ogień, powietrze i dodany eter. Platoński kształt, a Arystoteles nazwę dał:). Czy tak? Nie chce mi się już dzisiaj googlać.

Trafiony i zatopiony. Początkowo cały fragment miał nazwać się atomą eteru, ale w miarę kolejnych szlifów kapnąłem się, że to przecież najważniejsza część, sedno. A w pobieżnie sprawdzanie, bo już wtedy nie było sensu dopychać butem kolejnych pomysłów, doprowadziło mnie do znalezienia nazwy, którą – bodaj Platon w Dialogach (ale nie dam sobie nic uciąć) – użył do nazwania eteru, czyli kwintesencją.

 

Asylum, wszystkich przemyśleń nie chcę adresować ani komentować. Tekst jest moją wypowiedzią na wszelkie zawarte tematy i niech tak zostanie. ;)

 

Staruchu, z formą zawsze miałem i będę mieć problem. Trochę rozbuchane te zdania i opisy, przyznaję, ale próba zmuszenia się do diety jest cholernie trudna. ;)

Polik? Przecież od niego policzek pochodzi, dlaczego nie miałby jako wyraz nie istnieć? Choć przyznaję, że to może być też regionalizm.

Przy okazji – założę się, że zrozumiałeś. Mądry chłop jesteś, ja filozofem nie jestem, więc na pewno się jakoś dogadaliśmy.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem. Odczucia mam mieszane – forma z jednej strony imponująca, ale z drugiej nie sposób oprzeć się wrażeniu, że przerasta nad treścią. Postaram się niedługo rozpisać szerzej, ale muszę sobie najpierw poukładać ten tekst w głowie.

 

W tekscie wala się sporo powtórzeń i innych drobnych babolków. Najmocniej rzucił mi się w oko ten:

 

Weszliśmy w atomę, najmniejszą i niepodzielną przestrzeń wiedzy, kultury i umysłu. Znajdowała się tu akademia, którą w końcu podzielono na świątynię i teatr.

Bo nie dość, że powtórzenie, to jeszcze podzielono niepodzielną.

Przyznam się, że chętnie poczekam i dowiem się o co chodzi z tą słabością treści.

Pewnie, nie oczekiwałam odpowiedzi:) Zadaję je sobie, a innym, jeśli nadarzy się okazja. Dla mnie odpowiedź jest pełna!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

stn, słabość to nie jest właściwe słowo. Raczej nie do końca odpowiada mi proporcja fabuły do pozłoty. 

Ale po kolei.

Zacznę może od tego, że jest to rodzaj prozy, którego nie lubię – zagmatwany, niedosłowny, niejasny. Nie znaczy to, że opowiadanie per se jest złe – po prostu nie trafia w mój gust. I dlatego moje dalsze wywody możesz dzielić przez pół.

Są też pozytywy. Język tekstu jest elegancki, nastrój spójny i pięknie ukazany, tempo jednorodne. Strukturę trudno mi ocenić, bo nie do końca ją tam widzę. Ale to mój problem. Postacie wykreowałeś bardzo dobrze, choć ich dialogi momentami wydawały mi się bardziej zagmatwane, niż to konieczne.

Jeżeli chodzi o negatywy… Jak mówiłem, to nie mój rodzaj prozy. Widzę tu masę nawiązań (a drugiej masy pewnie nawet nie wyłapałem), widzę kilka dość emocjonalnych scenek (w tym z życia wewnętrznego bohatera), trochę poplątanych dialogów i dużo, dużo opisów. Nie widzę za to zbyt wielu konkretów. Bez wątpienia taki właśnie był zamysł i tak miało być. Niemniej…

Nie podoba mi się też fakt, że po lekturze zostałem raczej z pytaniami niż z odpowiedziami. W wielu warstwach tego tekstu.

Z rzeczy dosłownych. Jak zbudowano coś tak wielkiego? Dlaczego nie sypie się pod własnym ciężarem? Kto za to zapłacił? Skąd wziął się ten technologiczny postęp, prądnice, windy itd? Czemu tak w zasadzie służył kolos? Co dokładnie stało się z Pandorą? I wiele innych. Niektóre odpowiedzi mógłbym próbować odgadnąć na podstawie wskazówek z tekstu, w niektórych przypadkach nie mam do dyspozycji nawet tego. Tak czy inaczej, te pytania dręczyły mnie przy lekturze.

Ale były też inne, mniej konkretne. Podskórnie czułem, że podróż w górę kolosa to metafora, że za tym pomysłem stoi coś więcej. Nie mogę jednak uchwycić twojej myśli. Podróż do wnętrza jaźni? Do krainy wspomnień? Kolos jako metafora idealizowanej przeszłości? Nic z tego do końca nie pasuje. Inni komentujący zdają się dostrzegać w tym tekście coś więcej, więc to równie dobrze może być kwestia mojego braku wrażliwości. Niemniej do mnie twój przekaz nie dotarł, co niewątpliwie pogorszyło odbiór tekstu.

Abyśmy mieli jasność – nie oczekuję, że odpowiesz na powyższe pytania, rozwiejesz moje wątpliwości. Sygnalizuję jedynie, że się pojawiły.

No i kwestia ostatnia. Przepych opisów. Bez dwóch zdań budują one nastrój, plastycznie oddają niezwykłość konstrukcji, z którą obcujemy. Ale wprost niesamowicie spowalniają lekturę. A fabuła, co by o niej nie mówić, jest tu raczej pretekstowa, wiele się tak po prawdzie nie dzieje, gdyby chcieć ją rozpisać punkt po punkcie – łącznie dostajemy tekst, który czyta się powoli, by nie powiedzieć, mozolnie. Dwóch z moich przedmówców odbiło się od niego właśnie z tego powodu. Ja również potrzebowałem trzech podejść, by dotrwać do końca.

Spokojnie. To, że nie użyłem emotki nie znaczy, że jestem w jakikolwiek sposób zły. Raczej ciekawy, co miałeś na myśli.

 

Zacznę może od tego, że jest to rodzaj prozy, którego nie lubię – zagmatwany, niedosłowny, niejasny.

A widzisz, bo ja nie lubię takiej ustandaryzowanej narracji, grzecznej i właściwej od A do Z, gdzie przewidujesz na trzy akapity dalej co się ma wydarzyć. Takiej czystej, neutralnej i wypranej z szaleństwa, które po prostu lubię. Takiej "tłumaczeniowej", słownikowej, gdzie opowiadanie brzmi jak przekład z innego języka – ma być schludnie i czysto.

Autor ma pełne prawo (i subiektywnie – obowiązek), bawić się językiem. Zwłaszcza w fantastyce(!), gdzie budujemy światy i wydarzenia, którym brakuje podstaw w słowniku.

 

Widzę tu masę nawiązań (a drugiej masy pewnie nawet nie wyłapałem), widzę kilka dość emocjonalnych scenek (w tym z życia wewnętrznego bohatera), trochę poplątanych dialogów i dużo, dużo opisów. Nie widzę za to zbyt wielu konkretów.

Co jest tutaj brakiem konkretu? 

Pewnie, że mogłem rozkręcić mord i gwałty poprzez wcześniejsze wpuszczenie Tatarów do kompleksu, ale nie jestem fanem takich… mało eleganckich rozwiązań. 

 

Jak zbudowano coś tak wielkiego? Dlaczego nie sypie się pod własnym ciężarem? 

A jak zbudowano piramidy? A jak wykuwano w skale części miasta Petra? 

Matematyką, inżynierią i ciężką pracą. Na detale potrzebowałbym objętości książki. :)

 

Kto za to zapłacił?

Z kontekstu wynika, że Rosjanie.

 

Skąd wziął się ten technologiczny postęp, prądnice, windy itd?

Od pocierania elektronu – elektrostatyka. Potem powstał solenoid (cewka bez rdzenia z ferromagnetyku), potem już poszło. 

 

Czemu tak w zasadzie służył kolos?

Z perspektywy szarego człowieka, Rosjan i Turków Osmańskich, czy Pandory i Prometeusza?

 

Co dokładnie stało się z Pandorą?

Atoma ognia. :)

 

A fabuła, co by o niej nie mówić, jest tu raczej pretekstowa, wiele się tak po prawdzie nie dzieje, gdyby chcieć ją rozpisać punkt po punkcie – łącznie dostajemy tekst, który czyta się powoli, by nie powiedzieć, mozolnie.

Ale tak miałem zamiar to napisać i wziąłem odpowiedzialność za wszelkie napotkane "ale". Nie lubię akcji, która leci jak pociski z karabinu, gdzie tło i świat są pretekstowe. To była podróż, która musiała zmieścić się w czterdziestu tysiącach znaków i stanąłem przed wyborem – olać świat przedstawiony i biec przez fabułę, czy zwolnić, pozwolić czytelnikowi i bohaterom pomyśleć, zastanowić się, poszukać tej drogi. Bez opisów Atlas nie miałby najmniejszego sensu, bo swoją fantastycznością jest tak trudny do wyobrażenia, że musiałem go w umyśle czytającego zbudować od samej podstawy.

Na detale potrzebowałbym objętości książki. :)

A może byś ją napisał?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mam na to ciekawszy materiał, który kończę kompletować. ;)

Autor ma pełne prawo (i subiektywnie – obowiązek), bawić się językiem. Zwłaszcza w fantastyce(!), gdzie budujemy światy i wydarzenia, którym brakuje podstaw w słowniku.

Jasne. Ale czytelnik nie ma obowiązku tego lubić. ;)

Co jest tutaj brakiem konkretu? 

Absolutnie nie brak mordu. 

Ktoś kiedy tak streścił “Władcę pierścieni”: pewien hobbit dowiaduje się że żeby ocalić świat, musi wrzucić pewien pierścień do pewnej dziury. Dziura jest cholernie daleko, więc idzie do niej przez trzy tomy i w końcu mu się udaje.

U ciebie jest trochę jak w tym streszczeniu – głowa kolosa jest cholernie daleko, więc idziemy do niej przez cały tekst. Oglądamy widoczki. Śledzimy emocje. Ale nie ma tu typowej akcji, zagadki, dramy – a przynajmniej jest jej niedużo. To niekoniecznie jest wada. Ale nie każdy to lubi.

Matematyką, inżynierią i ciężką pracą. Na detale potrzebowałbym objętości książki. :)

W górach. Ze szkła i metalu. Można mieć wątpliwości. 

Od pocierania elektronu – elektrostatyka. Potem powstał solenoid (cewka bez rdzenia z ferromagnetyku), potem już poszło. 

Ponownie, można mieć wątpliwości, czy to by tak łatwo poszło – kwestia skali. 

Z perspektywy szarego człowieka, Rosjan i Turków Osmańskich, czy Pandory i Prometeusza?

Z dowolnej. Tak naprawdę to bez znaczenia. Chodzi po prostu o to, by było się na czym zahaczyć.

 

Ale – w tym przypadku i w poprzednich – wyjaśnienie tak naprawdę nie ma znaczenia. Nie chodzi mi o złapanie cię na jakiś dziurach logicznych, czy wytknięciu potknięć merytorycznych. Chodzi mi raczej o to, że w tym zalewie informacji, który zrzucasz na czytelnika, nie znalazły się akurat te konkretne, poświęcasz za to wiele miejsca np. na opis kolumn, który w moim odczuciu ma mniejsze znaczenie. Ponownie – nie jest to sensum stricte błąd. Ale jest to coś, co mi w tym tekście nie odpowiadało.

 

Ale tak miałem zamiar to napisać i wziąłem odpowiedzialność za wszelkie napotkane "ale".

Rozumiem, że tak miało być. Po prostu sygnalizuję, jakie problemy widzę. Czy kolejnym razem uwzględnisz przy pisaniu moje uwagi, to już twoja decyzja. Przypuszczam, że nie, bo rzecz rozbija się w dużej mierze o gusta literackie, które ewidentnie mamy bardzo odmienne. Niemniej tekst nie pozostawił mnie obojętnym, uznałem więc, że wypada pozostawić swoją opinię.

 

 

Ale czytelnik nie ma obowiązku tego lubić. ;)

I tu jest ta kochana wolność wyboru – w końcu trza się polubić albo rozstać. Nie ma co płakać, taka jest kolej rzeczy. ;)

 

A, okej, rozumiem – przykład hobbitów bardzo obrazowy. To prawda, że mogłem wrzucić ich do labiryntu wnętrzności, spróbować ich zaszczuć, może skłócić… ale nie chciałem tego zrobić właśnie w tym opowiadaniu. Romansowałem z budową świata, z treścią Atlasa – i miałem w tym niezły ubaw. Choć ciągnęło mnie, gnało do przodu, bo tak spokojne opowiadanie wcale nie jest łatwo napisać. Szczególnie w teraźniejszości, kiedy przyzwyczajeni jesteśmy do błysków, szybkich zmian kadrów i scen, krótkich akapitów i pewnej powierzchowności.

 

W górach. Ze szkła i metalu. Można mieć wątpliwości.

Z ekonomicznego punktu widzenia – owszem, to Atlas był cholernie "fantastycznym" przedwsięzięciem. I o to chodziło, to miało być coś bliskiego cudowi świata, nad którym możesz zawiesić niewiarę, że dałoby się go naprawdę zbudować. Tak jak Piramidy, tak jak Kolosa Rodyjskiego albo Latarnię w Faros. Dlaczego starożytni mogli takie cuda wznosić (pomijam wszelkie polityczne implikacje wynikające z tamtego okresu i zarządzania społeczeństwami), a odbierasz tę możliwość ludziom końca renesansu? ;)

 

Ponownie, można mieć wątpliwości, czy to by tak łatwo poszło – kwestia skali. 

Masz wątpliwości, bowiem opierasz się na skali, którą poznałeś w naszej rzeczywistości. Spoko, to dobra podstawa, bo musimy mieć się do czego odnieść.

Czasem potrzeba jest jednego wariata, który spojrzy na problem od właściwej – czyli pozornie dla innych niewłaściwej – strony i pchnie to wszystko przed siebie. 

Zresztą – czasami ta niewiara zawieszana jest zbyt wysoko. To nadal jest fantastyka, w której możemy robić co i jak chcemy. To nie prace naukowe ani symulacje naukowe, dajmy się oderwać od tej nudnej i szarej rzeczywistości.

 

Z dowolnej.

Bezpośrednio z tekstu masz takie:

Ten wasz groźny Iwan przegrał ze mną zakład. Udowodniłem, że plemiona kaukaskie można zjednoczyć i przestaną walczyć z jego wojakami. Jak widzicie Atlas stoi. Jak widzicie, to wasz ukochany car i tak przysłał tu gierojów.

Był solą w oku sułtanów, których ambicjonalne dążenie do podboju Kaukazu rozbijało się na drzwiach ukrytej w sercu akademii.

 

na opis kolumn, który w moim odczuciu ma mniejsze znaczenie

Akurat ma – przyzwyczajenie czytelnika do estetyki nawiązującej do Antyku, wprowadzenie do konfliktu Prometeusza i Pandory.

 

No i takie dyskusje bardzo lubię – stajemy po dwóch stronach i próbujemy się przekonać. Z tego zawsze da się coś wywnioskować i tylko głupi takie uwagi zignoruje. Nie mam zamiaru pisać tak, żeby przekonać wszystkich – próba dopasowania się do ogółu, szczególnie literacko, przypomina mi trochę prostytuowanie się własnym umysłem – ale zdecydowanie chcę poprawić błędy, którę popełniam i zmienić sposób myślenia tam, gdzie jestem po prostu ślepy albo stronniczy. ;)

Moja piórkowa nominacja mówi sama za siebie, ale dodam jeszcze, że mnie się właśnie podobało to, że tu nie ma “konfliktu wewnątrz drużyny”, tylko wędrówka i poznawanie świata (tytana), odkrywanie tajemnic itd.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dlaczego starożytni mogli takie cuda wznosić (pomijam wszelkie polityczne implikacje wynikające z tamtego okresu i zarządzania społeczeństwami), a odbierasz tę możliwość ludziom końca renesansu? ;)

To nadal jest fantastyka, w której możemy robić co i jak chcemy.

W tym rzecz – ja nie odbieram im prawa do budowania cudów czy tobie prawa do ich opisywania. Po prostu chciałbym, żebyś opisywał je w tekście – żebym nie musiał sobie tych pytań zadawać podczas lektury. Żebyś nie tylko pisał, jak ten cud wygląda, ale też jak działa, nie tylko jaki jest, ale też dlaczego jest właśnie taki. Bo to dla odmiany jest jedna z rzeczy, które ja cenię w fantastyce.

 

Bezpośrednio z tekstu masz takie:

To są te wskazówki, o których pisałem wcześniej. Ale to tylko wskazówki. Nie wiem, po co Atlas pobiera ładunek elektryczny z chmur (ani nawet nie jestem do końca pewien, czy faktycznie to robi). W jaki sposób powstrzymał zapędy sułtanów, ani co ma wspólnego ze zjednoczeniem plemion. Rzucasz mi okruszki, ale na końcu ich szlaku nie ma w co wbić zębów.

Akurat ma – przyzwyczajenie czytelnika do estetyki nawiązującej do Antyku, wprowadzenie do konfliktu Prometeusza i Pandory.

Dlatego napisałem, że ma mniejsze znaczenie, a nie, że go nie ma. Ale nawiązań do antyku masz tam tyle, że jedno mniej by nie zaszkodziło. Podobnie z konfliktem architektów. A zaoszczędzone znaki można by wykorzystać, żeby ciut bliżej opisać np. przeznaczenie cewki albo historię budowy cudu. Zresztą, to tylko przykład. W tekście jest wiele miejsc, którym drobne cięcie z pewnością by nie zaszkodziło, a poświęcone na nie znaki dałoby radę wykorzystać ekonomiczniej. Jasne, może nie byłby wtedy taki estetycznie elegancki, ale niósłby więcej treści.

Moja piórkowa nominacja mówi sama za siebie, ale dodam jeszcze, że mnie się właśnie podobało to, że tu nie ma “konfliktu wewnątrz drużyny”, tylko wędrówka i poznawanie świata (tytana), odkrywanie tajemnic itd.

De gustibus… ;)

Rozumiem o co chodzi, duch twardego scifi (i głębokiego sensu świata przedstawionego) jest w Tobie mocny. To bardzo dobrze. ;)

Szkoda mi tego limitu, w ogóle to przestaję się lubić z opowiadaniami pisanymi pod konkursy, bo te 40k, które zazwyczaj (średnio) przypadają, nie pozwalają zbudować porządnego tła. Dlatego – co też tak spodobało się drakainie – skupiłem się raczej na tym co potrzebne “natychmiast", co pozwoli odkryć choć powierzchowny sens w tej opowieści. A z kilkoma akapitami ciężko by mi się rozstać, więc ich nie przytnę. :P

Nie przycinaj. Uważam, że akurat Ty nie powinieneś iść na kompromis z czytelnikami, jeśli chcesz zachować indywidualność. Sama przestałam wrzucać teksty bardziej zawikłane formalnie, trzymam je sobie na jakąś późniejszą publikację, ale mam też w zanadrzu te bardziej zwyczajne. Ale jeśli konsekwentnie piszesz tak jak to, co piszesz i wrzucasz, to kompromis z konserwatyzmem czytelniczym zabije styl i sens tych tekstów. Oczywiście zgoda, większa objętość mogłaby się przydać, także i tu – choć dla mnie nic temu tekstowi nie brakuje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie mam zamiaru przycinać. Nawet jeśli bym chciał, to jednak by mi się od razu odechciało – trochę zmęczyłem się tym opkiem, prawie trzy miesiące je pisałem. Na pewno nie powtórzę swojego Ostinato (formę), bo faktycznie jest tam mnóstwo pustych zdań, które są ładne, ale rozwlekają treść ponad miarę. Dałoby się tam więcej “człowieka” wcisnąć. Z najbardziej złożonymi pomysłami, które mam, to jeszcze się cykam. Jeszcze nie ta forma w palcach.

Przybyłam tu zachęcona polecajką z wątku najlepszych opowiadań marcowych. Z lektur wcześniejszych Twoich opowiadań już wiedziałam, że nie jestem i pewnie nie będę nigdy docelowym targetem Twoich tekstów, ale tym razem, o dziwo, poszedłeś mocno do przodu w kwestii zrozumiałości samego tekstu. Nie wiem, czy to przez inne założenia, czy np. ewoluujesz (na pewno, jak każdy kto pisze ;), czy bierzesz czasem pod uwagę co piszą czytelnicy, ale tym razem język masz prostszy, mniej przepełniony poetyckimi czy – wybacz – dziwnymi konstrukcjami, opisy też są o wiele bardziej przejrzyste. Niemniej jednak jest tu wiele rzeczy, które mnie umknęły. Doczytałam do końca bez problemu, tyle tylko, że szereg wątpliwości nadal mnie po zakończeniu lektury nieco dręczy (o ile rozumiem sens i cel budowania Atlasa, o tyle jego opisy, to, z czego się składa, te wszystkie atomowo-elektronowe zagadnienia wleciały mi jednym okiem i wyleciały drugim ;). Zdecydowanie na plus są oczywiście starożytne nawiązania, bardzo lubię takie zabiegi, nawet jeśli teoretycznie są przewałkowane na wszystkie strony. Innych nawiązań pewnie wyłapałam o wiele mniej niż by wypadało, no ale każdy czytelnik widzi inne rzeczy.

Podsumowując – myślę, że włożyłeś w to opowiadanie mnóstwo wysiłku i się ów wysiłek zwrócił, patrząc na liczbę pozytywnych komentarzy. Ja kupiona nie zostałam, ale nie wykluczam, że z kolejnymi Twoimi opowiadaniami może zacznę z nich rozumieć coraz więcej ;)

 

„– Idę… – pPłuca napełnił chwilą, przez którą się zastanowił. – Idę tam za nią.” – Sugerujesz czynność ciągłą, on się zastanawiał, a nie zastanowił.

 

„Musieli schować się we wnętrzu góry.

Z wnętrza przybytku, prócz rzężenia podnieconych wojaków…”

 

„…roześmiany wojak co rusz popychał ją kopniakami, wykrzykując – wydawało mi się – jeździeckie komendy.

Pchnąłem wózek.”

 

„Zbliżał się do nas tumult podszyty końskim galopem. Kopyta i buty wzbijały piach, dusił nas kurz i smród spalenizny. Spiąłem wszystkie mięśnie i pchnąłem wózek z całej siły. Niedługo potem biegliśmy, rusek mi pomagał.

Okazał się być jednym z resztki starej obsady garnizonu, tych którzy go pamiętali.

– Prometej! – Klepnął starca w ramię. – Dawno cię nie było.

Poganiały nas krzyki i tumult podszyty galopem. Kopyta i buty wzbijały piach, dusił mnie smród spalenizny.”

Powtórzenia niedokładne, domyślam się, że zamierzone, ale mnie mocno zgrzytnęło. Tym bardziej, że nie wiem, co to jest tumult podszyty galopem – ten zwrot nie ma dla mnie sensu. Poza tym Rusek, nie rusek.

 

„– Rusudan – zawołał jednego z młodzików.” – Skoro zawołał, to brakuje wykrzyknika.

 

Co to jest cywka?

 

Zapach burzy wypełniał powietrze. Unosiło się w nim jakieś dziwne napięcie. Coś groźnego i zmysłowego.

– Czujesz ten zapach? – zapytał Amirani. – Przebija się przez olejki. To zapach tajemnicy.”

 

„Rusudan przyklęknął nad jednym z ciał, zerwał z szyi jakiś naszyjnik i podał mi go. To były korale ze złotego elektronu, w każdym z niewielkich oczek dostrzegłem inną pamiątkę. Mrówkę, robala, ząb, kawałek piórka – ale jeden z nich czekał na wypełnienie.”

 

„Tak jak mężczyzna lgnie do kobiety, tworzą rodziny i wspólnie się uzupełniają…” – Jeśli jeden mężczyzna i jedna kobieta, to tworzą rodzinę, a nie wiele rodzin.

 

„Nie słuchał Amiraniego, wsadził palce w ranę jednej z kobiet i po chwili wyciągnął czarną kulę.

– Rosyjska – mruknął i rozejrzał się w otaczającym nas półmroku. – Pietrow, pokaż się!

Jeden z nich, jednooki, przez cały ten czas patrzył spode łba, jego haczykowaty, wręcz sępi nos, ledwie dał się zasłonić maską. W jednej dłoni coś trzymał i przyciskał do siebie, w drugiej miał muszkiet. Drugi z nich – stary sołdat…”

 

„…jakby drżenie serca nadawało nam tempo, którego taktom musieliśmy się poddać.” – Takty tempa?

 

„Krzyknął i ścisnął się za podbrzusze.” – Nie wydaje mi się, by za podbrzusze można było się „ścisnąć”.

 

Jeszcze raz, tym razem w szyję. Padł na plecy i zakrztusił się krwią.

Rusudan odrzucił broń i podszedł do leżącego Pietrowa. Uczony zacharczał, kiedy młodzik oparł but o rękojeść i wcisnął ostrze jeszcze głębiej…”

 

„Treść wypełniały opisy nieba i tak zwanej skuteczności elektrycznej każdej z chmur, niezrozumiałych wzorów i szkiców maszyny przypominającej serce tytana.” – Tam były opisy wzorów i szkiców, czy same wzory i szkice?

 

„Amirani odpowiedział mu jękiem. Krwawił, ale to ja płakałem. Ręce miałem jak z waty. Ściągnąłem płaszcz i ułożyłem na nim starca. On nie miał siły wstać, a ja nie miałem siły go podnieść. Próbowałem ciągnąć, ale był taki ciężki.”

 

Dlaczego wtedy nie poświęciliśmy więcej czasu, dlaczego nie rozwiązaliśmy pewnych spraw inaczej? Przypominały, że jest już za późno.

Dlaczego w ogóle podjąłeś się projektu Atlasa?

Mruknął, po chwili odpowiedział.

Dlaczego mi zależało?”

 

„Odpoczął chwilę, zanim dokończył[-.+;] – Połóż mnie pod ścianą, do której stoisz plecami.”

 

„– Zrobił to też mój brat. Przede mną. Zakochał, znaczy się.” – „Zakochał” wymaga zaimka zwrotnego.

 

„przyciągało bladą i ciepła luminescencją.” – ciepłą

 

„– Nie śmiej się, nawet nie próbuj! – krzyknął[-!+.] – Nie waż się!”

 

„Wraz ze śmiercią architekta niebo zdawało się uspokoić.” – „Zdawało się uspokoić” nie jest poprawnym zwrotem. „Zdawanie się” sugeruje czynność ciągłą, a uspokoić się można raz.

 

„Położyłem się na wznak i zamknąłem oczy. Chyba zemdlałem. Przyśnił mi się upiór o bursztynowych oczach pełnych zabrudzeń i pęknięć.”

 

„Niebo się rozchmurzyło, więc Atlas ćmił światłem i kolorami odbitymi, kiedy księżyc przeglądał się w jego odbiciu.” – Tu nie mam pewności, ale wydaje mi się, że ćmić to można np. fajkę, ale jeśli błyszczał czy żarzył coś, to ćmił się.

 

„Wyszedłem z cienia rzucanego przez Prometeusza i jedynym, którego znaleźć mogłem za sobą, był ten należący do mnie.” – O co chodzi w tym zdaniu? Jeśli o cień, to „jedynym, który”, a nie którego.

 

„Ale nie tak mocno[+,] jak ty tęskniłeś.”

 

Uśmiechnąłem się najszczerzej jak tylko umiałem.

– Absolutnie żadnym.

Nie odpowiedział. Spojrzał na mnie i zmarszczył brwi. Pogrążył się w myślach, ale przerwał mu jeden z ordyńców. Wymienili dwa zdania, po których Osman szeroko się uśmiechnął.”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

O, zasady związanej ciągłością czynności nie znałem. Dzięki.

Powtarzające się dlaczego uznałem kiedyś za pasujące, z perspektywy czasu też przestają mi się podobać. Pomyślę co z nimi.

Cywka to stareeee określenie cewki.

A resztę powtórzeń oczywiście poprawię. Nie skupiłem się należycie w trakcie pisania.

 

I pewnie, że słucham uwag, choć podobnie jak Ty i Twoje oko – część spuszczam w klozecie zapomnienia. Wiele z nich to zawsze jest przedstawienie punktu widzenia czytelnika, czyli krytyka, i nie sposób ich wszystkich pogodzić. Część z nich wynika z tego, że ja powiedziałem o A, ktoś woli B, a pozostali oczekiwali C. To są te mikrowybory, które trzeba podjąć świadomie. A co do formy – doskonale została mi tutaj przedstawiona moja skala upośledzenia, jeśli mówimy o jakości przekazu myśli (klarowności). Nad tym pracuję i pracować będę. W końcu któryś kopniak w tyłek musi w końcu Cię rozpędzić, co nie? ;)

 

Jeśli pracujesz nad zyskaniem na klarowności, to zdecydowanie widać różnicę między Atomą a takim Ostinato czy właściwie wszystkimi pozostałymi Twoimi opowiadaniami, które czytałam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Naniosłem poprawki.

Zrozumiałem o co były ty wszystkie narzekania, więc taka przejrzystość cieszy. Nie oszukujmy się jednak, że mam zamiar wyprać się że wszystkich przyzwyczajeń i odpuszczę sobie te wszystkie dziwne konstrukcje zdań.W tej dziwności jest prawdziwa zabawa w trakcie pisania. ;)

Nie zmienia to faktu, że na limit znaków narzekam i nie mam zamiaru przestać.

Przeczytałem.

No siema.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hm. Sam nie wiem. Całkiem klarownie opisałeś scenografię – kolosa, jego wnętrze; także wynalazki wydały mi się spójne z wizją mistycznego, pełnego tajemnic świata. Przyznam, że chętnie poczytałbym coś więcej osadzonego w tym uniwersum, ale raczej nie w formie, jaką tu zastosowałeś.

Ostinatio urzekło mnie szaleństwem światotworzenia i sporą dozą abstrakcji. Wówczas odniosłem wrażenie, że tego opowiadania nie sposób zinterpretować jakkolwiek dosłownie i właśnie ta dowolność dopasowania elementów tekstu do własnej wizji całości, wolność interpretacji, a także jej różnorodność sprawiły, że opowiadanie zapadło mi w pamięć i ostatecznie dostarczyło satysfakcji. Z Ostinatio mogłem się bawić, tutaj z kolei nie czuję tej swobody, zapewne przez zastosowany kompromis pożenienia z jednej strony wyraźnego, całkiem zrozumiałego świata z mnóstwem niedopowiedzeń. Nie będę ściemniać, że pojąłem, o czym tak naprawdę jest to opowiadanie. Mam problem już na poziomie dialogów – odniosłem wrażenie, że postaci prowadzą rozmowy w sposób, który pozwala im nawzajem się doskonale zrozumieć, ale mnie stawia z boku, bo często nie znam kontekstu, a ani bohaterowie, ani narracja nie kłopoczą się zbytnio wyjaśnianiem mi skrótów myślowych. Czyli wiem, że niewiele wiem, a nie mogę sobie zinterpretować całości po swojemu, bo namacalne, suche fakty mi na to nie pozwalają.

Muszę pochwalić jeszcze język, bo podobała mi się jego kwiecistość. Wywód na temat życia po życiu szczególnie przykuł moją uwagę. Brawo. Niemniej stosunek ilości akcji do liczby opisów jest dramatycznie niski, zwłaszcza z początku, przez co brnąłem przez opowiadanie na kilka rat.

Przeczytałam tekst wczoraj, ale potrzebowałam chwilę czasu, by go przetrawić i przemyśleć, żeby wiedzieć, co napisać w komentarzu i… nadal nie jestem pewna. Muszę przyznać, że gdy próbuję przypomnieć sobie wydarzenia, które przeczytałam zaledwie wczoraj w pamięci pozostają mi jedynie wyjątkowo barwne opisy i niezwykła struktura, którą opisałeś, a sama akcja kompletnie się zagubiła, nie potrafię powiedzieć, po co bohaterowie dążyli do głowy kolosa, czym lub kim właściwie była Pandora, ale przede wszystkim… Nie rozumiem celu ich wyprawy. By zwrócić Pandorze pudełko, w którym miast nieszczęść były wspomnienia? Nie mam nawet pewności, czy dobrze to zrozumiałam, bo możliwe, że zagubiłam się w metaforach.

Niemniej jednak świat który stworzyłeś, czy raczej konkretnie ta struktura Tytana zdecydowanie wryła mi się w pamięć i barwne opisy, których użyłeś, by powołać ją do życia także. Zgadzam się z None, że fabuła jest tutaj bardziej pretekstowa, a przynajmniej sprawia takie wrażenie, ale to niekoniecznie musi być wada, bo kreując ten świat stworzyłeś coś naprawdę wyjątkowego i w gruncie rzeczy ten tekst mi się podobał. Przedzierając się przez niego, kontemplowałam, czy nie nominować go do piórka, ale ponieważ niewiele przeczytałam opowiadań marcowych, nie wiem, czy byłoby to uczciwe. Niemniej na pewno zasłużył na wysłanie go do biblioteki. Ciekawie wykorzystałeś nawiązania do mitologii, choć pewnie wyłapałam wyłącznie te najbardziej oczywiste. Podsumowując, jest to tekst, który stoi przede wszystkim ciekawym światem i obrazami, a mniej fabułą i akcją, ale to mi nie przeszkadzało, bo wycieczka do wnętrza kolosa prowokowała przemyślenia i pobudzała wyobraźnię, a jeśli taka wyprawa skonstruowana jest dobrze (jak było w tym przypadku) można nadal cieszyć się lekturą. Dla mnie była ona przyjemna :)

Rosebelle, jeśli czujesz, że tekst zasługuje na piórko, to śmiało zgłaszaj. Loża niezupełnie wybiera najlepsze opowiadania miesiąca (zdarzają się bezpióre miesiące), tylko te przekraczające pewien poziom. Jeżeli coś tam piórkowego czytałaś i jakieś porównanie masz, to nominuj.

Babska logika rządzi!

Co to jest atoma? Nie znalazłem takiego słowa (choć nie żebym też nie wiadomo jak wnikliwie szukał ;)).

 

Ja również zdecydowanie nie zaliczam się do grupy docelowej Twojego tekstu. Zrozumiałem w zasadzie tyle, że bohaterowie podróżują przez wnętrze Atlasa, podczas której to podróży jego twórca ginie, a na końcu cały ten gigantyczny twór zostaje zniszczony. Nie mam pojęcia ani po co to robią, ani co z tego wynika. Aha, i jeszcze w tle Turcy piorą się z Rosjanami. ;)

Opisy – rozbudowane i oryginalne, ale też bardzo, nie wiem, poetyckie, alegoryczne? Jak widać, część czytelników je doceniła, mi osobiście podeszły tak gdzieś w 50%. :)

 

Za każdym razem wydawał z siebie jęk, a ja przedrzeźniałem go mówiąc, że skrzypi tak samo jak jego wózek.

“przedrzeźniać” to chyba nie jest dobre słowo tutaj; oznacza ono: “naśladować w ośmieszający sposób czyjeś gesty, mimikę, ruchy, sposób mówienia itp.” (SJP PWN)

 

Poniżej przykład dialogu, z którego nic nie rozumiem. Wiem, że wklejając go tutaj wyrywam go z kontekstu, ale w kontekście też nie rozumiałem. ;) Pomyślałem, że podam taki przykład – może to powie Ci coś na temat tego, dlatego tyle osób ma problem ze zrozumieniem tekstu.

 

– Będzie z nim problem – mruknął Prometeusz, przyglądając się malowidłom. – Wybiłem mu kiedyś oko.

Spojrzałem na niego zdziwiony.

– To Pietrow namalował?

– Nie on, ale tak samo się mną brzydził.

 

 

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

@MrB

Przyznam, że chętnie poczytałbym coś więcej osadzonego w tym uniwersum, ale raczej nie w formie, jaką tu zastosowałeś.

Zastanawiałem się nad różnymi – od “łotrzykowskiej”, poprzez wielki bal w Akademii i nadwornych intrygach, po rozwiązania krwawo-siłowe, kończąc na szabrowaniu ruin Atlasa i próbie retrospekcji, co się wydarzyło. Żadna z tych form nie przekonała mnie, bo nie miała większego sensu ponad spokojną podróż przez trzewia tytana. 

 

Mam problem już na poziomie dialogów – odniosłem wrażenie, że postaci prowadzą rozmowy w sposób, który pozwala im nawzajem się doskonale zrozumieć, ale mnie stawia z boku, bo często nie znam kontekstu, a ani bohaterowie, ani narracja nie kłopoczą się zbytnio wyjaśnianiem mi skrótów myślowych.

Być może didaskalia i – wnioskując po niektórych opiniach – miejscami rozmyty kontekst utrudniają, ale dialogi takie być muszą. To jest moje zdanie, ale jeśli w usta bohaterów wciskasz dokładne wyjaśnienia co widzieli, slyszeli i wlaśnie zrobili, to robisz z nich pacynki, które muszą jeszcze raz czytelnikowi wyjaśniać, co się wydarzyło w poprzednich akapitach.

Co więcej – to jest ich świat, czytelnik jest biernym świadkiem kolejnych wydarzeń i historia powinna rozwijać się z perspektywy tychże postaci.

 

@rosebelle

Każdy z nich miał inny powód podróży – Prometeusz był stary, wracał do miejsca, w którym zabił Pandorę. Galio musiał mdojrzeć i dokonać przełomu z 1609, kiedy użył lunety do badania nieba. ;)

 

@El Lobo Muymalo

Wymyśliłem to słowo. :)

“Weszliśmy w atomę, najmniejszą i niepodzielną przestrzeń wiedzy, kultury i umysłu.”

 

Chwilę przed wspomnianą rozmową Borys wspomniał o Pietrowie, który pojechał w górę szybu przed nimi. W tej rozmowie dowiadujesz się o ich konflikcie, którego dalsza część rozegrała się przy szercu.

Nie uznaj tego za obrazę, za focha w którym “śmiem być zły, że nie zrozumiałeś”, ale mam bliskie pewności wrażenie (choć nie twierdzę o swojej racji), że niespecjalnie się podczas czytania na tekście skupiłeś.

Nie mam zamiaru pisać tekstów płaskich jak blat stołu, w którym akcja prowadzona jest liniowo, a kontekst jest tylko jeden i ciągle niezmienny. Takie opowiadania są nudne. Wolę rozplatać pajęczynę skojarzeń i mieć nadzieję, że potencjalny czytelnik się do niej przyklei.

Nie uznaj tego za obrazę, za focha w którym “śmiem być zły, że nie zrozumiałeś”, ale mam bliskie pewności wrażenie (choć nie twierdzę o swojej racji), że niespecjalnie się podczas czytania na tekście skupiłeś.

No, nie zgodzę się. Zresztą – to samo mógłbyś “zarzucić” wszystkim komentującym, którzy piszą, że nie zrozumieli. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Jak już w tym zamiatałam, to i kolanem wepchnę do biblioteki ;D

I would prefer not to.

Ale to jest prawda – odbiór tekstu zależy nie tylko od prywatnych upodobań czytelnika, ale i jego dnia, stanu chwilowego, humoru i uprzedzenia względem autora. Jeśli podejdzie się do tekstu z myslą "oeezu, stn znowu musiał namącić", to założyć można, że suma wad i zalet okaże się wynikiem ujemnym (albo bliskim zeru). Tak samo podejście do innych piszących – których się podskórnie “lubi mocniej”, którzy potrafią namącić równie mocno, spowoduje zupełnie inną ocenę tekstu. Bardzo często pozytywną. Często bezrefleksyjną, bo “w sumie nie zrozmiało się, ale wiem, że piszesz fajnie, to założę, że było fajnie”.

Wiem, że składnia moich zdań często przyprawia o zgrzyt zębów, są dopakowane pod sam kurek – a przez to całość wymaga o wiele większej uwagi. Jeśli będziesz zrelaksowany, może znudzony od nadmiaru wolnego czasu i poczujesz chęć "się wczytać", to złapiesz o wiele więcej, niż czytając w pośpiechu (“bylejak”, to jest w tramwaju albo w biegu) i podchodząc do tekstu jako "kolejnego opowiadanka" na dzisiejsze popołudnie. 

Dlatego jestem na tyle odważny (i arogancki), by winą za wzajemne niezrozumienie obarczyć nie tylko autora, lecz i nieuważnego czytelnika. ;)

Pewnie masz rację, w optymalnych warunkach, wczytując się dogłębnie, zapewne wyciągnąłbym z tego tekstu więcej. Cóż, przeczytałem go tak “normalnie”, jak każde inne opowiadanie, a może ten tekst wymaga więcej uwagi. Z drugiej strony – czytając beletrystykę, nie lubię się wczytywać, analizować i dociekać o co chodzi, traktuję to przede wszystkim jako rozrywkę. Dlatego też nie napisałem, że tekst jest zły, a jedynie, że nie jestem odbiorcą docelowym.

 

Jeśli podejdzie się do tekstu z myslą "oeezu, stn znowu musiał namącić"

Szczęście w nieszczęściu, póki co nie znam takiej ilości Twoich opowiadań, by wyrobić sobie założenie tego typu. ;)

 

Jeśli będziesz zrelaksowany, może znudzony od nadmiaru wolnego czasu

Mam nadzieję, że któregoś dnia to nastąpi ;)

 

Ale to jest prawda – odbiór tekstu zależy nie tylko od prywatnych upodobań czytelnika, ale i jego dnia, stanu chwilowego, humoru i uprzedzenia względem autora.

Pewnie, że tak.

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Ja wcale nie myślę, że nazwałeś tekst złym. Ba, początek (z większością atomy ziemi) mnie samemu “nie leży”.

Bardzo lubię światy złożone, które często są puzzlami, pewnie dlatego sam próbuję takie opisać. Coś tak zwariowanego jak przemycone tutaj przez drakainę Inne pieśni. Wydaje mi się, że opowieść fantastyczna potrzebuje kompleksowego tła. Choć zarzuty o nadmuchaną formę rozumiem, w końcu to kiedyś cobold albo fun powiedział, że “nalewam z pustego w puste” – i właśnie z tym próbuję walczyć. Ale nie będę ograniczał się w ilości nawiązań i kolejnych płaszczyzn. Takie konstrukcje mnie po prostu bawią, relaksują, tak jak cieszą Ciebie właściwsze od powyższego teksty. ;)

 

Mam nadzieję, że któregoś dnia to nastąpi ;)

Ot, mam tak samo jak Ty. Aż mi czasem dolna część pleców pęka jak myślę, co mógłbym sobie poczytać, albo się po prostu poopierdzielać.

Płuca napełnił chwilą, przez którą się zastanowił

Niby wiem o co chodzi (wziął głęboki oddech, co dało mi chwilę nad zastanowienie się) ale zdecydowanie przegiąłeś w spoetyzowaniu i wyszło koślawo. 

Spirala ścieżek ubitych podeszwami butów, kołami wozów i kopytami, krzyczała do nas tragedią wystraszonego tłumu

A tu znowu przegiąłeś z, jak to ładnie nazywa Tarnina, purpurą. Wyszło nieco pretensjonalnie. 

prócz rzężenia podnieconych wojaków,

Słowo "rzężenie" nadaje temu opisowi groteskowy charakter, moim zdaniem niepotrzebnie. 

 

Ogólnie kilka razy zdarzyło Ci się nieznacznie przekroczyć niewyraźną granicę kiczu w kwiecistości opisów, ale generalnie za język należą się pochwały. Majestatyczność, podniosły ton i pewna poetyckość metafor dobrze współgra z treścią. Gorzej z dialogami (kilka osób już chyba zwróciło na to uwagę). Wydaje się, jakby bohaterowie używali niejednoznacznych skrótów myślowych, co wywołuje nieprzyjemne wrażenie, że wszystkie te rozmowy były bardzo znaczące, miały przekazać coś ważnego, ale pojęcia nie mam co. 

Jednak wizja mi się podobała. Połączenie boskiej mocy i bardziej przyziemnej, ale wciąż nieco nasączonej magią techniki, daje bardzo interesujący obraz… alternatywnej to chyba niewłaściwe słowo… odmiennej rzeczywistości. Do tego bogata warstwa metaforyczno – symboliczna, która mimo złożoności i wieloznaczności pozostaje czytelna (w większości :-)) i nie wpada w totalną abstrakcję. Całkiem całkiem :-) 

Były i zgrzyty. Choćby wywód o (nie)życiu po śmierci – odstaje prostotą od głębi całej reszty i w ustach (myślach) złożonego, inteligentnego bohatera brzmi dość naiwnie. 

Nie rozumiem roli i motywacji Pietrowa. 

Nie umiem sobie wyobrazić ataku Tatarów. Najpierw Prometeusz i Galio bez problemu przechodzą przez wioskę opanowaną przez ordyńców, spotykają Rosjan, przy czym ani Tatarzy, ani Rosjanie nie wydają się specjalnie zainteresowani walką. A na końcu śmierć, trupy, pobojowisko, rozpierducha. Jakieś to chaotyczne, i nie chodzi mu tu o obłędny sposoby działania Tatarów, tylko o sam opis. 

Oczywiscie nie wszystko zrozumiałem, nie wszystkiego mogę się domyślić, ale tego, co mi się udało, w zupełności wystarczy, by cieszyć się tekstem. Dobry balans między metaforą a prostolinijnością. I ogólnie, bardzo dobry tekst. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

(…) ale zdecydowanie przegiąłeś w spoetyzowaniu i wyszło koślawo. 

To prawda, czasem jeszcze mnie poniesie. Przejście na dietę od purpury jest trudne.

 

Słowo "rzężenie" nadaje temu opisowi groteskowy charakter, moim zdaniem niepotrzebnie. 

Moim zdaniem pasowało. ;)

Nie widzisz takich sytuacji codziennie, z drugiej strony chciałem uciec od bezpretensjonalnej brutalności, z którą wiązał się opis gwałtu – trochę to wygładziłem, bo nie na takich emocjach w tekście chciałem się skupić.

 

Choćby wywód o (nie)życiu po śmierci – odstaje prostotą od głębi całej reszty i w ustach (myślach) złożonego, inteligentnego bohatera brzmi dość naiwnie. 

Ejże, to było pod wpływem emocji, żegnając Amiraniego. A z doświadczenia zebranego tutaj, na portalu, dowiedziałem się, że lepiej na temat trudny (choć bardziej to nieprzyjemny) napisać prościej. To jest waga, na której szalach kładziesz emocje i zrozumienie oraz formę wypowiedzi.

 

(…) i nie chodzi mu tu o obłędny sposoby działania Tatarów, tylko o sam opis. 

Tak, z perspektywy czasu widzę, że z nalazłem znaki na opis miejsca, zabrakło na czas akcji. Galio i starzec “przecisnęli się”, a sam nalot trwał – miasto nie było jeszcze zajęte, a dopiero zajmowane. Rosjan było mało, dlatego uciekli i zabarykadowali się w górze, czekając na ewentualną pomoc (”wysłałem Pietrowa na górę” – ale ten okazał się wariatem, który wolał zawłaszczyć dla siebie opis technologii niż słuchać rozkazów).

 

Dobry balans między metaforą a prostolinijnością.

To chyba pierwszy raz mi się udało. ;)

Bardzo lubię światy złożone, które często są puzzlami,

Ale nie będę ograniczał się w ilości nawiązań i kolejnych płaszczyzn. Takie konstrukcje mnie po prostu bawią, relaksują

 

W sumie brzmi zachęcająco. Może i ja kiedyś polubię takie klimaty. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Przeczytałem.

Nie będę ściemniał i kombinował – to opowiadanie wykracza poza moje rozumienie.

 

To znaczy rozumiem samą wyprawę przez ciało Atlasa i ten element bardzo mi się podobał, wątek atomów też fajny, ale do zrozumienia i poskładania tego wszystkiego w spójną całość czegoś mi brakuje. Jak rozumiem z komentarzy, brakuje mi mitologii, którą się po prostu nie interesuję i której w większości nie znam. Szczególnie ruskiej. Opowiadanie mi nie pomogło – nabrałem tylko wrażenia, że jest dla “wtajemniczonych”.

Prawdziwą siłą tekstu byłoby, gdyby zachęcał do poznania historii, o które opierał się autor. Tego tu niestety nie dostrzegłem.

Przydałoby się nakreślenie jakiegoś celu, jakiejkolwiek “stabilnej podstawy”, która stałaby się fundamentem tej historii. W komentarzach nie znalazłem właściwie niczego – same ogólniki, spekulacje.

I dlatego też nie czytałem z jakimś szczególnym entuzjazmem – po prostu nie miałem na co czekać. A tak to robią zazwyczaj w drukowanych książkach – dają Ci znać, że coś się STANIE. Że będzie atak Tatarów, a nie, po raz wtóry, błądzenie po bezdrożach.

Podejrzewam, że spuścisz moją opinię w “klozecie zapomnienia”, ale chciałbym Cię tylko uświadomić – dla randomowego czytelnika (takiego jak ja? może kogoś mniej wyrozumiałego?) to będzie mowa-trawa. A takich jak ja w Polsce jest mniejszość, wiesz? W końcu większość nic nie czyta…

 

Żeby nie było – sama podróż przez ciało Atlasa jest fascynująca, literacko tekst jest napisany bardzo ładnie i czyta się go dobrze. Ale dla mnie to stanowczo za mało – zbyt wiele jest wartościowych rzeczy do przeczytania, by zachwycać się samym językiem i wizją.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Spokojnieee, lubię dyskutować. O to w tym wszystkim chodzi.

 

Szczególnie ruskiej. Opowiadanie mi nie pomogło – nabrałem tylko wrażenia, że jest dla “wtajemniczonych”.

Od Rosjan to tylko Babę Jagę wziąłem. Większość to znana nam grecka. ;)

Bycie “wtajemniczonym” jest wadą? Żeby zostać zrozumianym, obie strony muszą mieć tę samą lub podobną wiedzę, inaczej w życiu się nie dogadają.

To nie jest bezpośrednio do Ciebie, ale chciałbym żeby to pytanie zawisło w powietrzu: kto ponosi winę – autor, który nie dopasował się do nieprzygotowanego czytelnika, czy ten drugi, który ignoruje pewną część wiedzy i kultury?

 

A tak to robią zazwyczaj w drukowanych książkach – dają Ci znać, że coś się STANIE. Że będzie atak Tatarów, a nie, po raz wtóry, błądzenie po bezdrożach.

Opowiadanie jest o błądzeniu i takie książki są również. Choćby i arcynudna (choć szalenie klimatyczna) Droga McCarthy’ego. Nie oczekuj, że za każdym razem zapowiem, że zaraz uderzy Cię tramwaj. Rozglądaj się, słuchaj, skupiaj – a sam go dostrzeżesz.

 

A takich jak ja w Polsce jest mniejszość, wiesz? W końcu większość nic nie czyta…

A ta mniejszość dzieli się na bąbelki, w których chowają się ludzie z określonymi upodobaniami. Dzieli ich cienka ścianka “to-lubię-tego-nie”. Nie przypasuję wszystkim, nie przebiję ich wszystkich. Nawet nie zamierzam – przypodobanie się większości to pisanie o niczym konkretnym.

 

Ale dla mnie to stanowczo za mało – zbyt wiele jest wartościowych rzeczy do przeczytania, by zachwycać się samym językiem wizją.

Co jest więc bardziej od dwóch pogrubioncyh rzeczy bardziej wartościowe? Wartka akcja? Rozterki bohaterów ze skomplikowanym życiorysem?

 

 

Nawet do końca nie potrafię stwierdzić, ile z tego zrozumiałem, a ile nie, ale czytało się przyjemnie. Język i scenografia nadrabiają za dość (przynajmniej dla mnie) niejasną fabułę.

Co jest więc bardziej od dwóch pogrubioncyh rzeczy bardziej wartościowe? Wartka akcja? Rozterki bohaterów ze skomplikowanym życiorysem?

Pozwolę sobie odpowiedzieć – choć CountPrimagen (i każdy inny czytelnik) oczywiście może mieć na ten temat inne zdanie – ale po mojemu najważniejsze jest, czy opowiadanie o czymś opowiada. Język to tylko ozdoba, metaforyczny lukier, tapeta. Wizja to element ważny, ale bez osadzenia w fabule nie ma siły oddziaływania.

A akcja i złożone postacie to zawsze miły bonus.

Nawet nie zamierzam – przypodobanie się większości to pisanie o niczym konkretnym.

Albo cecha twórczości wybitnej.

Oczywiście każdy pisze jak chce i umie. Ale, jeżeli zechcesz przyjąć radę, nie zakładaj, że pisanie dla wszystkich to coś złego czy umniejszającego twoja twórczość. Proste historie bez zagmatwanej symboliki mogą mieć olbrzymią siłę oddziaływania. Zagadkowość sama w sobie nie jest zaletą – tekst, który jest zwyczajnie poplątany, bez żadnego ukrytego sedna, to bełkot, a nie poezja. Przy czym nie mam tu na myśli tego konkretnego tekstu – po prostu nie chciałbym, byś popadł w pułapkę samozadowolenia, która prowadzi twórców do nadużywania takich sformułowań jak “profani” czy “perły przed wieprze”.

To ja z nieco innej strony – mam wrażenie, że każda próba przerzucenia odpowiedzialności na czytelnika, bo w końcu ktoś jest tego niezrozumienia winny, odbierana jest jako puszenie się i zamykanie w kokonie z przeświadczenia o swojej wyjątkowości. Dlaczego tylko autor ma być tym winnym?

Nie twierdzę, że powyższy tekst jest świetny, bo jest okej. Ale będę go bronił, takie miejsce prawo.

Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz.

Albert Einstein

A kto ma dostosować przekaz do odbiorcy, jeśli nie Autor? OK, nie każdy pisze dla każdego. Ale beletrystyka to w końcu nie dzieło naukowe, powinna być strawna bez kończenia studiów magisterskich.

Babska logika rządzi!

Oczywiście, że masz brawo bronić swojego tekstu. Ale co to za obrona, jeżeli nikt nie naciera? ;)

Ale w swoim poście nie piszę stricte o tym tekście. Dominuje tu warstwa estetyczna, ale tak ma być, taki był zamysł. I ok.

Jednak podejście, że czytelnik jest współodpowiedzialny za zrozumienie tekstu… Cóż jest prawdziwe. Ale tylko na pewnym, dość podstawowym poziomie. Każdy z nas ma jakieś informacje, których nie posiada inny. Ja wiem coś o chemii i farmakologii, ty coś o mitologii i historii. Każdy z nas mógłby napisać tekst tak, by drugi go nie zrozumiał. Celowe utrudnianie odbioru może oczywiście mieć swoją wartość, jeżeli zaoferujesz jakąś nagrodę za rozwiązanie zagadki. Ale wtedy trudno budować ładunek emocjonalny – bo czytelnik skupia się na czymś innym.

No i w końcu ciekawy temat, gderanie o dobrych i złych stronach opowiadania szybko robi się nudne.

Moim zdaniem od tekstów wymaga się wszystkiego, ale od czytelnika nie oczekuje się nic. Autor ma się dopasować, czytelnik może dowolnie narzekać. Nie lubię zarzutu braku zrozumienia z prostego powodu. Jeśli się czymś interesuję, zagłębiam w tym, to w pewnym momencie wchodzę (w rozmowach i myśleniu na dany temat) na pewien poziom abstrakcji, któryzrozumialy będzie dla innych zainteresowanych. Na nieszczęście ludzie (większość?) uważa, że są klientami, którzy muszą coś dostać i bezproblemowo to strawić. Nie jestem autorem, który chce wciągać czytelnika za uszy, chce by ten szedł ze mną tuż obok, ramię w ramię. Jeśli nie nadąży, to spowoloni moja podróż do oczekiwanego finału. I to nie jest celowe utrudnianie, to raczej naturalna pochodna procesu mojego pisania, chce podążać ścieżkami, którymi w normalny i “ułatwiony" sposób nie będę w stanie. ;)

po mojemu najważniejsze jest, czy opowiadanie o czymś opowiada

Uuu, toś ostro pojechał, None. Skreśliłeś ¾ literatury weird :P. Np. opowiadanie lk z konkursu o UFO.

Ale zgadzam się – czytam “po coś”. Chcę czegoś się dowiedzieć, chcę się rozerwać. Zagadki są fajne, ale muszą mieć rozwiązanie. Nawet niepełne, ale jednak. A czytanie i konstatowanie: “nic z tego nie rozumiem” to nie jest to, co Staruchy lubią najbardziej. Równie dobrze mogę wziąć podręcznik zaawansowanej mechaniki kwantowej. I tak nic nie zrozumiem, a przynajmniej ze słownictwem się zapoznam.

Natomiast rozpoznałem w kilku tekstach syndrom Żonglerki-Stna (mam nadzieję, że się nie obrazicie) – poszukiwanie piękna formy, wycyzelowanych zdań, karkołomnych metafor przy zaniedbaniu przekazu. Można – coś takiego (mniej więcej) nazywało się”czysta forma”. Ale to jednak ślepy zaułek moim zdaniem!

 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

@ Finklo, z AE to nie zawsze były słowa, w równaniach coś wynika, lecz konsekwencji nie można opisać

@ Staruchu, pozwolisz ;), że nie zgodzę się z Tobą a’propos formy. To nie jest forma, tylko najlepszy z możliwych (w przybliżeniu) sposób opisania pewnych spraw. 

 

Edit: Czasami tekst jest po prostu niezrozumiały, nielogiczny, nie ma za nim i w nim nic  tylko  piękna forma, ale to nie ten przypadek.  A z kolei relacja nadawca – odbiorca jest dwukierunkowa, a więc i odbiorca warto, aby jakiś krok na ścieżce zwrotnej  do nadawcy zrobił.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Na nieszczęście ludzie (większość?) uważa, że są klientami, którzy muszą coś dostać i bezproblemowo to strawić.

A tu wkraczamy na bardzo grząski grunt. Bo zahaczamy o cel pisania. Cel tworzenia w ogóle. Nie jest to temat, w którym czuję się pewnie, bo to coś dla wykładowców ASP, a nie prostych ścisłowców.

Niemniej, oto garść mojszyzmów.

Rzecz rozbija się o skończoność zasobów. Mamy na tym wiecie skończoną liczbę dni, liczba chwil, które możemy poświęcić na czytanie również jest skończona. Ilość tekstów do przeczytania oczywiście również – ale dalece przekracza tą, którą jestem w stanie przeczytać.

Jeżeli więc siadam do tekstu i nic mi on nie daje – bo nie jestem w stanie go zrozumieć – to zmarnowałem czas, który mogłem wykorzystać lepiej. Stąd pociąg do tekstów łatwych w odbiorze. Natychmiastowa satysfakcja.

Nie twierdzę, że odroczona satysfakcja (tekst, który cieszy dopiero po dodatkowym zgłębieniu tematu) nie może być dobra. Ale muszę sięgnąć po taki “produkt” świadomie, z założeniem, że poświęcę ten dodatkowy czas. Niezależnie od tego, czy mowa o poezji, tekście filozoficznym, artykule naukowym, hard SF czy naszpikowanym symboliką opowiadaniu na portalu NF, jeżeli nadzieję się na coś takiego przypadkiem, mogę się odbić.

Wiesz, jak się sprzedaje w hard SF i poezja? ;)

w pewnym momencie wchodzę (w rozmowach i myśleniu na dany temat) na pewien poziom abstrakcji, któryzrozumialy będzie dla innych zainteresowanych.

I to jest właśnie problem. Bo siłą rzeczy powstaje “produkt” dla wąskiego grona. Można pisać o konceptach trudnych i abstrakcyjnych tak, by podpowiadać, prowadzić i zachęcać do ich zgłębienia. Można rzucić na głęboką wodę, kto nie pływa, ten utonie. Nie mówię, że druga droga jest koniecznie zła. Ale czytelnik, który musi się dodatkowo wysilić, ma prawo oczekiwać dodatkowej nagrody. Czegoś ekstra za to, że chciało mu się szukać, grzebać. Inaczej rodzi się poczucie zmarnowanego czasu.

Więc jasne, można wymagać. Ale warto zadbać, żeby dać w zamian coś bardzo wartościowego. Nie wiem ,czy ty dajesz – to chyba twój pierwszy tekst, jaki przeczytałem.

To nie jest forma, tylko najlepszy z możliwych (w przybliżeniu) sposób opisania pewnych spraw. 

Asylum, nie zgadzaj się, po to właśnie gadamy :).

Ale ty właśnie opisałas “formę” – albo to co ja pod tą nazwą rozumiem (cudzysłów nie jest przypadkowy). Gdybym nie wiedział, co to “ostrosłup (piramida)”, można ją opisać – “trójkąty spotkały się w miłosnym uścisku; niektórym wystarczał delikatny dotyk krawędzi, ale wszystkie przeżyły spełnienie, uniesienie, łącząc się wszystkie w jednym z wierzchołków”. Wiem, że to kulawe, ale ja nie jestem od takich finezyjnych opisów :p. W każdym razie – tak widzę styl, o którym tu rozprawiamy

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ooo, sprytnie żeś to obszedł:D. Wręcz przeciwnie, styl finezyjny, a z niektórymi niedokładnie , gdyż w tym łączeniu porządek jakiś był;p

Daj objaśnienie kuli, albo kropel wody, które w postaci płatków śniegu wirują w świetle ulicznej latarni (sodowej, żeby nie było). 

Dla mnie styl i forma leżą daleko od siebie. Stylu w ogóle nie  rozumiem, ponieważ rzeczy najlepiej, aby były opisywane adekwatnie do swojej istoty tj. mamy dziecko, to mówi, myśli i zachowuje się jak dziecko, mamy chłopkę to też – stosownie,  mamy kubek to myśli po kubkowemu. Z kolei forma  to dla mnie sposób zaprojektowania  opowieści, czyli co i jak pokazać i przy pomocy czego.  Takie planowanie wynalazku, badań, audycji. A sama impreza jest już opowiadaniem – gotowym produktem.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Opowiadam się po stronie Starucha.

Dla mnie liczy się treść, przekaz. Forma to tylko opakowanie. Oczywiście, można zaprojektować cholernie trudne do otwarcia pudełko, a instrukcję otwierania zamknąć w środku. Ale po co?

Nie oznacza to, że lubię tylko teksty łatwe. Bardzo lubię Dukaja, Lema… Dicka mniej, bo czasami mam wrażenie, że powinnam się naćpać, żeby odbierać na tej fali, na której on nadaje. Ale wszyscy oni piszą prościej i bardziej zrozumiale niż Stn. Wliczam te filozoficzne teksty Lema, które przeczytałam.

Stn, nie mogę Ci zapomnieć jednego drobiazgu – namotałeś i namieszałeś w zdaniu tak, że nie wiedziałam, o co chodzi. A chodziło o to, że bohater leżał na wznak. To nie jest odkrycie, które dawałoby satysfakcję godną łamigłówki – jaką ktoś zajął pozycję. Jeśli już przedzieram się przez warstwy niewygodnego opakowania, to wolałabym się dowiedzieć, że E=mc^2, a nie, że protagonista leżał na plecach. Jeśli to naprawdę istotna informacja, to można ją przekazać w trzech słowach. Ale po co komplikować?

Autor powinien pamiętać, że czytelnik nie siedzi w jego głowie. Autorowi może się wydawać, że jeśli napisze “oko dziwnie mu błysnęło”, to każdy odgadnie, że bohater właśnie włączył kamerę wbudowaną w gałkę oczną. A odbiorca może pomyśleć o soczewkach, łzach, różnych rodzajach emocji, kurwikach, opętaniu przez demona… Trzeba jakoś te skojarzenia nakierować, bo inaczej się nie dogadają.

Babska logika rządzi!

Finklo, A tu się po części  zgadzam:). Jak leży to leży i żadne kwiki  nie są potrzebne – K. spiął pośladki, przez co jedynie w części środkowej miały kontakt z podłożem pełnym gruzelkowatych zadziorów, gdyż asfalt kładziono latem w czasie niewiarygodnych upałów, wbrew normom przyjętym przez aklamację w trakcie powszechnego głosowania internetowego, w którym też wziął udział, ponieważ było obowiązkowe, a kary przewidziano  dotkliwe – dzień bez sieci, na który zresztą większość zgodziła się, niestety, chociaż może protestowali w myślach , tak jak on. 

Jeśli jednak nie leży i opisuje niepojęte to co zrobić…

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – dobre :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Forma to tylko opakowanie.

Albo szkielet, na którym opierasz swój tekst.

 

Natomiast rozpoznałem w kilku tekstach syndrom Żonglerki-Stna (mam nadzieję, że się nie obrazicie) – poszukiwanie piękna formy, wycyzelowanych zdań, karkołomnych metafor przy zaniedbaniu przekazu. Można – coś takiego (mniej więcej) nazywało się”czysta forma”. Ale to jednak ślepy zaułek moim zdaniem!

Często wymusza to świat przedstawiony – nie można budować go jedynie rekwizytami. Przedstawiając postacie i wydarzenia używać musisz konkretnej formy, która wprost wynika z zależności, które sobie wymyśliłeś. Dlatego ciężko jest pisać dobre i twarde sci-fi, panować nad neologizmami i resztą języka. "Trzeba zdjąć cudzysłów z metafory".

Z drugiej strony to jesteśmy czeladnikami, którzy cały czas się czegoś uczą, doskonalą. To naturalny pęd w stronę własnego optimum. Lubię zwracać uwagę na znaczenia słów, skojarzenia, rytm – i co w tym złego? Masz zamiar zaprzestać poprawiania warsztatu na umiejętności stawiania przecinków i właściwym zapisie dialogów?

To tak jak w kuchni – każdy może zrobić domowe spaghetti, ale z czasem znajdziesz własny przepis. I w końcu zaprosisz rodzinkę, posadzisz ich przed pięknie wyglądającym spaghetii polonaise z kiełbasy i powiesz "od*ebałem!". A to, czy wszystkim posmakuje listek z bazylii połozony na szczycie, to już inna sprawa. ;)

 

Tak jak napisała to Asylum, 

To nie jest forma, tylko najlepszy z możliwych (w przybliżeniu) sposób opisania pewnych spraw. 

 

Rzecz rozbija się o skończoność zasobów. Mamy na tym wiecie skończoną liczbę dni, liczba chwil, które możemy poświęcić na czytanie również jest skończona. Ilość tekstów do przeczytania oczywiście również – ale dalece przekracza tą, którą jestem w stanie przeczytać.

Jest na to nazwa. Strach przed wykluczeniem. Paskudna pułapka umysłu. I sam w nią wpadasz. Nie wszystko musisz czytać, sprawdzać, robić.

 

Natychmiastowa satysfakcja.

Więc dlaczego czytasz? Czytanie jest dla mózgu problematyczne i wcale przyjemniejsze od oglądania filmów i słuchania muzyki. Ewolucja przyzwyczaiła nas do wizji oraz fonii, nie zapisanego tekstu. Dlatego książki są w odwrocie i w końcu znikną – wygrają inne zmysły albo ich synestezja. 

Wydaje mi się, że oczekiwaniem tego, że zawsze "wejdzie w Ciebie jak nóz w rozgrzane masło", zmuszasz autorów do poddawania się tej modzie rozmywania i próby przypodobania się możliwie wszystkim. To nie jest oczywiście złe – tekst może być takim samym środkiem masowego przekazu jak inne mu konkurencyjne. Powtórzę z uporem maniaka: czasem trzeba wyjść ze strefy komfortu i czytanie tak, by nie zabolało spowoduje, że będziesz kręcił się w kółko.

Ale może tylko ja jestem masochistą i lubię się pozmuszać.

 

Wiesz, jak się sprzedaje w hard SF i poezja? ;)

Doskonale. Ale mam asa w rękawie, który zawsze mnie ratuje – nie zamierzam zarabiać na pisaniu. Obecna posada i kariera, którą chcę podażyć "jara" mnie bardziej od pisarstwa. A te jest moim hobby. 

Zresztą – zapominasz o modzie. Złote lata sci-fi minęły, ale wynikały one z nakręcającej wyobraźnię (przez strach) zapowiedzi wojny atomowej (i Zimnej Wojny w ogóle). Minęło, ale skąd wiesz, że nie wróci? Niedługo zacznie się wyścig kosmiczny – oczekuję w nim kolejnego i chwilowego zrywu, aż nie spowszednieje. ;)

 

namotałeś i namieszałeś w zdaniu tak, że nie wiedziałam, o co chodzi. A chodziło o to, że bohater leżał na wznak.

Dopuszczałem się wielu paskudnych grzechów a zapamiętałaś możliwie najnudniejszy. ;)

To było kwestią ostrosłupa Starucha. Zakręciłem się w zdaniu i zapomniałem o właściwszym słowie.

Potem kombinowałem i wyszło jak wyszło.

Jest na to nazwa. Strach przed wykluczeniem. Paskudna pułapka umysłu. I sam w nią wpadasz. Nie wszystko musisz czytać, sprawdzać, robić.

Jasne, że nie. Ale skoro nigdy nie zabraknie mi dobrych (pasujących do mojego gustu) rzeczy do czytania, to po co mam czytać rzeczy, które nie sprawiają mi satysfakcji?

Więc dlaczego czytasz?

Bo lubię. Potrzeba innego powodu?

Powtórzę z uporem maniaka: czasem trzeba wyjść ze strefy komfortu i czytanie tak, by nie zabolało spowoduje, że będziesz kręcił się w kółko.

Lektura rozwija, jeżeli pobudza, skłania do zastanowienia, a nie jeżeli jest trudna w odbiorze. Można napisać tekst bardzo przystępny, a jednocześnie mądry i/lub emocjonalnie głęboki. 

Ale może tylko ja jestem masochistą i lubię się pozmuszać.

Wiesz, mam wrażenie, że to trochę jak z miłośnikami ostrego żarcia albo soulslike’ów. Niektórzy po prostu lubią pocierpieć tam, gdzie inni oczekują bezstresowych doznań.

Ale twierdzenie, że dzięki temu jest się “lepszym” niż owi bezstresowi konsumenci to już snobizm – i przed tym chciałem cię wtedy ostrzec.

Z drugiej strony to jesteśmy czeladnikami, którzy cały czas się czegoś uczą, doskonalą. To naturalny pęd w stronę własnego optimum. Lubię zwracać uwagę na znaczenia słów, skojarzenia, rytm – i co w tym złego? Masz zamiar zaprzestać poprawiania warsztatu na umiejętności stawiania przecinków i właściwym zapisie dialogów?

Rozwijając warsztat niekoniecznie trzeba iść w kierunku rozbuchanej, zagmatwanej formy. Minimalizm czy prymitywizm będą równie trudne (jeżeli nie trudniejsze) w stosowaniu.

Powiem więcej – nie jest sztuką stworzyć tekst niejasny czy zagmatwany. Sztuką jest ukryć pod tą plątaniną jakiś sens (i dopiero wtedy nabiera ona sensu). A jeszcze większą – napisać tekst prosty w odbiorze, jednak kryjący w sobie coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.

Stn’ie, przepraszam za off top i Berylu, jeśli uznasz, że dość, to daj znać.

 

@None, myślałam o tym, co napisałeś i… pierwszy komentarz mi zżarło, drugi już zapisuję u siebie i wkleję. Cień ma rację – zawsze zapisz u siebie!

Po pierwsze gusta – prześladują mnie, od trzech lat, tzn. dyskutuję, próbuję dojść do konkluzji i żeby nie było – nie mam jej. Co sądzę? Cytat jest przereklamowany. Sztuka tj. muzyka, malarstwo, performance, ujęcie w słowa odbioru rzeczywistości zawsze próbowały przekroczyć czas, zobaczyć niewidzialne „tu i teraz”. Taka była ich rola, stać obok, odzwierciedlać i pokazywać, co być może. Teraz, jest już z tym różnie, nie chce mi się sprawdzać od kiedy, ponieważ to nie ma znaczenia – w skrócie, nasz czas jest na usługach Pana teraźniejszość, tylko nieliczni twórcy kreują, inspirują i nie idą za modą. Chyba dlatego odrzucam gusta i dopasowanie się „do”. chociaż tyle,  o ile mogę – śledzę, lecz ogrom tekstów, książek i komentarzy mnie przytłacza. 

 

Drugie to trudność. Jasne, że jest. W niektórych tekstach – jest dla mnie granicą nie do sforsowania, lecz niektóre badania szczegółowe przyprawiają mnie o gęsią skórkę, poziom szczegółowości – sprawia, że gaszę ekran, bo zabija. Te przybliżenia statystyczne i modele sprawiają, że mówię NIE. Kurka flaczek, Malewicza i jego kropek i kwadratów też nie zrozumiałam. Da Bóg, to stanę wobec nich, obejrzę, odczuję, ocenię oraz porozmawiam z kimś i albo zaczynamy od nowa, albo „go”. To „go” jest za szybkie i bezrefleksyjne, a w gruncie rzeczy sporo na wyrost, pr-owe słówka. Pytanie, czy chcesz potwierdzać, czy stanąć wobec nieznanego, dziwacznego i zacząć myśleć po swojemu? Dla mnie każda, indywidualna myśl jest istotna, a gdy trend – to przyglądam się, co za nim może stać, zwłaszcza, gdy za nim idę. Pytam się – co się stało?, no i jak – pisanie.

Trzecie to zabawa, radość przeżywana w trakcie czytania. Masz rację, że konglomerat wspólnoty (niejako z autorem) i radości ze wspólnych przemyśleń jest fajny, lecz jednocześnie może być złudny. To opcja – możesz spróbować, czy pasuje, bądź nie? To jest dla mnie cudne – przypasuje, bądź nie, a dla Ciebie, jakie jest? „Prawdę”, możemy sobie pomiędzy bajki włożyć, zdarza się okresowo i bardzo ciężko musimy na nią pracować.

 

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, czające się w zakamarkach – czy autor ma schlebiać zainteresowaniom czytelników to odpowiedź brzmi – NIE, niezależnie od konsekwencji. Może to głupie i bez sensu, lecz chyba idealizm przeze mnie przemawia i chyba w niego wierzę, wciąż i jeszcze. Hm, aczkolwiek jakiś zawód konkretny musisz mieć, bo inaczej przepadniesz. I to cholernie boli!, bo czasu ciągle za mało, lecz z drugiej strony wolność – nie musisz stawać na baczność.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

(…) rzeczy do czytania, to po co mam czytać rzeczy, które nie sprawiają mi satysfakcji?

No właśnie. Dlatego próba skierowania autora na własne tory jest dla niego tak samo niesatysfakcjonująca. Nie mówię "daj mi spokój, nie czytaj", słucham tych głosów, ale i tak będę robił po swojemu, czy będzie się Wam podobać, czy nie. Być może w końcu zamknę się sam ze sobą, być może znajdę przytulną niszę – kto wie? Tak długo jak pisanie powyższcyh sprawia mi satysfkację, będę rzykował. ;)

 

Lektura rozwija, jeżeli pobudza, skłania do zastanowienia, a nie jeżeli jest trudna w odbiorze. Można napisać tekst bardzo przystępny, a jednocześnie mądry i/lub emocjonalnie głęboki.

I ja czuję, że kiedy żurki odzyskają głos, to samo powie fun, podobnie cobold. Wliczyłem to ryzyko podczas kalkulacji. Chciałem napisać tekst, nie pisałem go dla tylko dla nich. Będę upierał się przy swoim – prosta forma oznacza, że świat jest prosty, problemy są proste, zakończenie będzie proste. Mogą być przyjemne (w odbiorze), to prawda. Weź jednak pod uwagę, że zdarza się, że wymyślona przez Ciebie metafora powinna być opisana w sposób, który jest inny niż to co znasz. A wszystko co "inne", jest zawsze okreslane mianem "trudnego" bądź "nieprzystępnego". 

 

Snobizm – postawa objawiająca się chęcią zaimponowania innym osobom oraz wykazania swojej wiedzy na dany temat. Osoby takie często są nazywane snobami, przykładowo mogą to być części bywalcy oper, teatrów oraz spektakli, lecz jedynie w celu zamanifestowania swojej kultury, zainteresowań czy upodobań.

W takim razie my – wszyscy piszący – jestesmy snobami. Każdy konkurs temu służy, polega na rywalizacji i pobudzeniu ego, pokazaniu się przed publicznością. Ja nie mam problemu głośno się do tego przyznawać.

 

Powiem więcej – nie jest sztuką stworzyć tekst niejasny czy zagmatwany. Sztuką jest ukryć pod tą plątaniną jakiś sens (i dopiero wtedy nabiera ona sensu). A jeszcze większą – napisać tekst prosty w odbiorze, jednak kryjący w sobie coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.

Czyli ma być łatwo, lekko, bezboleśnie. Podłączyć sobie kroplówkę doznań i szybkich emocji. A zrozumienie ma przyjść od razu, w promocji.To jest ironia, ale tak zabrzmiałeś, zbyt mocno przechylając szalę w stronę szarości, a więc nijakości formy,

 

Podejdź do księgarni, popatrz na półki. Czym się różni jedna opowieść od drugiej? Okładkami – kolorami, postaciami, czcionką; wszystkie to utarte schematy, tacy sami bohaterowie o innych imionach i twarzach, czasem jest to silna kobieta, czasem klnący jak szewc brutal, ale schemat opowieści zawsze zostaje ten sam. W większości przypadków to podróż, czasem starcie bohatera z antybohaterem. Myślisz, że z opowiadaniami tutaj jest inaczej? Nie da się opowiedzieć czegoś nowego, ale to własnie forma tekstu pozwala oderwać się od tej masy. Pisanej w taki sam sposób o tym samym.

Dlaczego mam równać do średniej?

Ja nawet nie stałem w pobliżu trudnej formy. Pominę polskie nazwiska, bo z jakiegos powodu to zagraniczni są bardziej nośni w argumentacji (pewnie dlatego, że sprzedają się globalnie) – poszukaj na półce Neala Stephensona i jego "Peanatema", spróbuj przebić się przez pierwszy rozdział. Forma podporządkowana została wizji, jest cholernie trudna, świat przedstawiony skomplikowany, a nazewnictwo wywrócone do góry nogami. Czy znienawidziłbyś tę ksiażkę? Najpewniej. Czy to harde sci-fi się sprzedaje? Najwyraźniej.

I dlatego podpiszę się pod powyższym komentarzem Asylum. Nie będę równał się do średniej tylko dlatego, że jest czytana i chwalona. Poszukam swojego optimum, jestem cierpliwy.

Nie mówię "daj mi spokój, nie czytaj", słucham tych głosów, ale i tak będę robił po swojemu, czy będzie się Wam podobać, czy nie.

Nie będę równał się do średniej tylko dlatego, że jest czytana i chwalona. Poszukam swojego optimum, jestem cierpliwy.

Pisz, czemu nie. Może nawet czasem zajrzę ponarzekać. (Może, jak w “może akurat padnie na twój tekst”, bo moja aktywność na forum jest raczej wybiórcza, nie jak w “może łaskawy pan None raczy zawitać” :P) Sprawdzić, a nuż tym razem podejdzie. Albo przekonać się, czy pod całą tą pozłotą faktycznie kryjesz coś więcej, czy to tylko gips. Bo naprawdę jestem ciekawy.

Będę upierał się przy swoim – prosta forma oznacza, że świat jest prosty, problemy są proste, zakończenie będzie proste.

Czyli ma być łatwo, lekko, bezboleśnie. Podłączyć sobie kroplówkę doznań i szybkich emocji. A zrozumienie ma przyjść od razu, w promocji.

“Mały książę”. Książka o formie tak prostej, że da ja radę przeczytać dziecko, a poruszająca problemy największej wagi. Czyta się ją z przyjemnością, lekko, łatwo, bezboleśnie. A zrozumienie przychodzi – jeżeli tego zechcesz, jeżeli spojrzysz poza węże otwarte i węże zamknięte. Refleksja jest procesem aktywnym. Ale żeby skłonić do niej czytelnika, nie trzeba go przeczołgiwać po tłuczonym szkle.

Prosta forma nie oznacza emocjonalnego ubóstwa. Jasne, kwieciste opisy ułatwiają uwypuklenie pewnych rzeczy, pewnych elementów przekazu. Ale nie są niezbędne.

W takim razie my – wszyscy piszący – jestesmy snobami. Każdy konkurs temu służy, polega na rywalizacji i pobudzeniu ego, pokazaniu się przed publicznością. Ja nie mam problemu głośno się do tego przyznawać.

Jeżeli tak chcesz na to patrzeć. Ale biorąc pod uwagę, ile merytorycznych uwag pada pod tekstami i ile można się tu nauczyć, pozwolę się sobie nie zgodzić. Zresztą – skoro startujesz w konkursie, bo chodzi ci o poklask, to jak to się ma do nie schlebiania tłumom? :P

Podejdź do księgarni, popatrz na półki. Czym się różni jedna opowieść od drugiej? Okładkami – kolorami, postaciami, czcionką; wszystkie to utarte schematy, tacy sami bohaterowie o innych imionach i twarzach…

Hobbystycznie recenzuję książki dla pewnego portalu. Niezbyt dużego. Nieczęsto trafiam pozycje z list bestsellerów, częściej pozycje niezbyt znane. Trafiają się koszmarki, trafiają i perełki. Robię to od lat i nie mogę powiedzieć, by mi spowszedniało. 

Piszę o tym, bo doprawdy nie wiem, o czym piszesz. Księgarnie pełne są rozmaitości. Jasne, istnieją setki odbijanych jak od sztancy thrillerów, romansów i czego tam jeszcze, ale można znaleźć naprawdę nietypowe pozycje, z nietypowymi bohaterami, niesztampowymi historiami, dziwnymi światami. Wymaga to czasem trochę grzebania, żeby znaleźć coś pod swój gust, ale przy takim zalewie literatury, jaki obecnie mamy na rynku naprawdę nie jest to niemożliwe.

Nie da się opowiedzieć czegoś nowego, ale to własnie forma tekstu pozwala oderwać się od tej masy.

Zabrzmi to nieprzyjemnie, ale to prawda jedynie, jeżeli nie ma się nic nowego do powiedzenia.

 

Jak już pisałem, rzecz zbyt mocno rozbija się o różnicę gustów literackich, byśmy doszli do jakichś wniosków. Żeby była szansa, że coś pożytecznego jednak z niego wyniknie, małe polecanki. Jeżeli będziesz miał okazję, weź do ręki “Dom z liści” Danielewskiego. Fabularnie jest, cóż, banalny, trudno o lepsze słowo. Ale pod względem formy… Nietuzinkowy to za mało powiedziane. Może przypadnie ci do gustu.

 

Asylum – wybacz, że twój komentarz potraktuję tak skrótowo, ale myślę, że tyle wystarczy, bym wyraził swoją opinię.

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, czające się w zakamarkach – czy autor ma schlebiać zainteresowaniom czytelników to odpowiedź brzmi – NIE, niezależnie od konsekwencji.

Zależy co masz na myśli. Czy autor powinien pisać tak, by przypodobać się “widowni”? Niekoniecznie. Zależy, co pisze. Np. w prozie sensacyjnej i innych gatunkach rozrywkowych jest to wskazane. Ale jeżeli chodzi nam o morał, przesłanie czy lekcję – wtedy raczej nie, bo nie spełniamy wymogów formalnych, a piszemy propagandę. 

Ale w moich dotychczasowych wywodach nie miałem na myśli treści, a formę. Odbiór tej jest zaś typowo kwestią gustu – jeżeli autor nie chce się dopasować stylem do czytelnika, jego prawo, ale nie powinien być zdziwiony brakiem zainteresowania. ;)

Weź popraw zgrzyty, to zaznaczę sobie na tej stronie zakładkową gwiazdeczkę, żeby pamiętać o tym opowiadaniu.

 

“Prometeusz zdecydowanych ruchem ścisnął go za wyciągniętą rękę” – zdecydowanym

 

“Mógłbym przysiąc, że przez chwilę w której spadało serca wszystkich zamarzły.” – Przecinki się pogubiły.

 

“Kiedy już dotarliśmy do pierwszego węzła musieliśmy” – ^

 

I jeszcze parę, ale pewnie sam masz je na celowniku – ogólnie jest trochę do roboty z tymi przecinkami, ale to już trzeba przysiąść samemu.

 

Z tego, co mnie zachwyciło:

 

“Mam tyle imion, ile jest języków na świecie.”

 

“Tak jak mężczyzna lgnie do kobiety, tworzą rodzinę i wspólnie się uzupełniają, tak żywica może schować nie tylko drobnostkę w postaci żuka czy ludzkiego włosa, ale też wspomnienie.”

 

Bardzo dobre opowiadanie, jak dla mnie papierowe. 

 

Co do braku czytelniczego zrozumienia – czy nie o to właśnie chodzi? Wyprawa przez cielsko olbrzyma jest tak nasycona atmosferą, że żal wyrywać jej skrzydła. Według mnie informacji z kategorii: kto? dlaczego? po chu? co autor ćpał?, jest tyle, co trzeba. Może niekiedy nawet za dużo – zbędny jest dla mnie natłok infodumpu o architekturze w jednym z pierwszych akapitów, jakoś też pobieżnie przemknęłam przez sytuację polityczną z Tatarami/Ruskimi (która akurat musiała być, przecież chodzi o alternatywną historię), ale nawet jeśli parę elementów opowiadania mnie nie interesuje, jestem pod ogromnym wrażeniem, że tekst wciąż płynie sam do przodu. Współpraca żywiołów i głębia postaci głównego bohatera tworzą cały świat – nie muszę chyba mówić, jaką ogromną (pun intended) rolę gra tutaj Atlas (świetny, swoją drogą, pomysł), który jest tak charakterystyczny i klimatyczny, że powinien dostać własną ilustrację. Nie miałam żadnego problemu z wyobrażeniem sobie miejsca, w którym rozgrywa się historia, co jest zdecydowanie najmocniejszym filarem “Atomy” – zostawiasz za sobą obrazy, które wyznaczają czytelnikowi kierunek – albo ktoś zobaczy w nich coś zbliżonego do wizji malarza, albo esy i floresy wyrzygane przez niszczarkę. Mimo tego, że czasami zastanawiam się nad tym drugim, lubię, że świadomie piszesz tak ryzykownie. To nie znaczy, że namiętnie należy wszystko udziwniać, niekiedy trzeba zwolnić. Takie nakazy powinny być i tutaj, jednak jako grupa docelowa odpuszczam Ci ten brak ograniczeń. Widzę, że taki masz po prostu styl.

 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wątek pielgrzymki przez cielsko kolosa połączone z wyruszaniem w sukurs własnemu ego strasznie mi się z czymś kojarzy, ale nie mogę sobie przypomnieć, z czym.

Komentarz od jurorki

 

 

Zakochałam się w tym tekście. Przeczytałam go chyba z osiem razy w trakcie konkursu.

Ujęły mnie, po pierwsze, jego malarskość i wizyjność: to, jak obecne przecież w kulturze megalomańskie projekty przekształceń gór w posągi są tu unaocznione, w bardzo, jak ktoś już zauważył, Dukajowski sposób. Ten mit wpisany jest tu z rozmachem i na wielką skalę w koncepcję historycznego świata. Z tym łączy się też kwestia fabuły. Dla mnie tu nie ma chaosu, który widzieli tu niektórzy czytelnicy: jest wędrówka umierającego starego demiurga i jego ucznia po labiryncie stworzonego przez niego niepojętego arcydzieła i jednocześnie – w głąb własnej przeszłości, a wszystko to w chwili, kiedy wali się w gruzy świat, którego demiurg był częścią; od tej pory już wszystko będzie inaczej.  

Po drugie – fascynuje mnie sposób użycia w nim mitu/-ów, a także – osadzenia ich w przestrzeni i tradycji. Podoba mi się w tym tekście lokalność, umieszczenie go w konkretnym momencie geograficznym i historycznym, który jest przy tym powiązany z jego mitologiczną warstwą. Cenię ten tekst także za szacunek dla koncepcji oryginalnego mitu, twórczo przetworzonego i historycznie ciekawie powiązanego (Prometeusz – Atlas – Kaukaz – Tatarzy – Rosja). Plus ujęło mnie szalenie pomysłowe, wierne tradycji, a zarazem nowatorskie ujęcie postaci Prometeusza: nie tyle chodzi mi tu o psychologię postaci, co o jej pewien etos, sposób działania. Plus, Pandora-Baba Jaga, wieczna groźna kobiecość, to też jest IMHO mitologicznie bardzo nośna i pomysłowa koncepcja.  

Po trzecie – język i styl. Ten tekst jest językowo bardzo spójny, przemyślany. Mnie osobiście niezwykle podobały się te organiczno-mechaniczne opisy wnętrza Atlasa. ten język jest bogaty, impresyjny, chwilami celowo manieryczny – mnie przekonał.

 

Wspaniały, moim zdaniem, tekst. Byłam i jestem pod ogromnym wrażeniem.

Ninedin, tak!, podpisałabym się pod twoim komentarzem.

Mnie również urzekła spójność, malowanie pędzlem scen, nakładanie i mieszanie barw. I jest to mit potężnie przetworzony. 

O, jakże dziękuję Ci za ten komentarz, nie lubię być osamotniona, chociażem Asylum.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo się cieszę, że się zgadzamy. Dla mnie tekst STN-a był jedną z rewelacji “Retrowizji” :)

Dla mnie też!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tekst trudny do oceny. Trudny dlatego że mi się podobał, nie wiem jednak, komu bym go polecił. Nie umiem określić targetu. Co więcej, gdybym chciał opowiedzieć, co przeczytałem, to raczej bym opisywał, co widziałem, niż streszczał historię. Mało tej legendarnej fabuły. Właściwie jest tu głównie podróż do głowy Atlasa i niewiele więcej „wydarzeń”. Brakuje kontekstu, czytelnego umotywowania działań bohaterów, określenia stawki.

Piszesz w skomplikowany sposób, choć tym razem bardziej zrozumiale. Ładnie, dobrze. Czasem przekombinowujesz, ale chyba jest coraz lepiej.

Sama wizja – mimo że nie do końca ją pojmuję – zachwyca. Nie wiem, czy sobie wszystko wyobraziłem tak, jak chciałeś, ale to, co sobie wyobraziłem jest piękne i spektakularne. Podszedłeś do założeń konkursu z rozmachem – i o to chodziło.

Podobają mi się też odwołania do rzeczywistości, Rosjanie itd. Są wyważone w taki sposób, że nie mam wrażenia, że obcuję z historią alternatywną, ale jednak widzę, że to nasz świat, który rozwinął się w dziwny sposób. Kiedy nastąpił kluczowy moment? Nie wiadomo. Mnie to nie przeszkadza.

W każdym razie ciekawa lektura. Jeśli „Atoma” dostanie się do antologii, mam nadzieję, że przy pomocy redaktorów uczynisz ten tekst jeszcze lepszym – bo po raz kolejny wydaje mi się, że więcej masz w głowie, niż udaje Ci się przelać na słowa w zrozumiały dla czytelnika sposób.

 

Dopisek po wynikach:

Z czasem miałem coraz bardziej mieszane odczucia do tego tekstu. Pamiętam obrazy, nie opowieść. Uwielbiam, kiedy proza jest mocno “wzrokowa”, ale oczekuję zazwyczaj opowieści opowiedzianej obrazami, a nie samych wizualizacji luźno połączonych jakąś akcją. 

Nie wiem, co Ci radzić. Zależy mi, żeby antologia była spójna, równa. Odbiór “Atomy” jest, jak widzisz, różny. Gdzieś mi świta jakiś komentarz pod tym tekstem, w którym ktoś zwracał uwagę na dialog, w którym poszczególne wypowiedzi nie są w związku przyczynowo-skutkowym. Może pomyśl pod tym kątem: czy nie robisz zbyt dużych przeskoków, skrótów myślowych? Poszczególne zdania, akapity są zrozumiałe. Ale może źle połączone?

Nie wiem. Wiem, że jesteś raczej uparty w pisaniu po swojemu i z jednej strony to dobrze, z drugiej – zawsze zachęcam do próbowania nowych rzeczy. Chciałbym kiedyś przeczytać, jak opowiadasz historię. Po prostu historię, taką, jaką mógłbyś zmyślić przy ognisku. Bo na razie cały czas pozostaję z niedosytem. Wydaje mi się, że wiele jest w Twojej głowie, ale nie potrafisz (nie chcesz?) tego przekazać szerszemu gronu czytelników. Wizja z “Atomy” mi się podobała, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że wiele mnie ominęło. 

No nie wiem. Niewiele z tego mojego dopisku wynika. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to podejście do tego tekstu “podręcznikowo”, tak jak się pisze filmowe scenariusze. Protagonista, motywacja, stawka, konflikt, antagonista itd. Ale to Twoja sprawa, czy chciałbyś podchodzić tak technicznie, metodycznie i – po części – schematycznie. Choć nie wszystkie schematy to zło. Jeśli chciałbyś o tym pogadać, to wal na priv, bo tutaj może mi umknąć jakaś większa dyskusja. 

Może dałem do myślenia, może tylko pobełkotałem ;) 

Pytanie: na ile Ty jesteś zadowolony z tego tekstu? Czujesz, że powiedziałeś to, co chciałeś powiedzieć? Czujesz, że czytelnicy przeczytali to, co chciałeś napisać? 

W każdym razie gratuluję wyróżnienia i i nie mogę się doczekać ilustracji do tego opowiadania :)

Pamiętam jak przy "Kwantowego serca ostinato" mocno uwierały mnie te fragmenty przyziemne. Jak nie pozwalały zagłębić się w surrealistyczny obraz.

Tutaj – wprost przeciwnie. O świecie nie mówisz za wiele, nawet za bardzo za sensem nie ma co biegać. Są Tatarzy na sterowcach, jest dziwnie budowany kolos, miasta w górach. Jednak to tło doskonale wkomponowuje się w symboliczną opowieść o nowym Prometeuszu. Wiele rzeczy zostawiasz w niedopowiedzeniach – ma to swoje plus i minusy, ma przeciwników i zwolenników. Mnie się bardzo podoba.

Symbolika to największe wyzwanie tego tekstu i jego największa dla mnie zaleta. Końcowe wnioski trochę tu za mocno pobrzmiewają, pchają tę interpretacje w jednym kierunku. Jednak nie przeszkadzają one mieć własnej.

Technicznie czytało się nieźle. Jednak są problemy związane ze zwrotami, w których silisz się na dziwną poetyckość, nieźle to brzmi, ale potem sensu nie widzę. Ot, choćby takie "strzępy promieni", "podgnite szyny" – obraz jakiś się pojawia, ale czy na pewno o niego chodzi?

Podsumowując: dobry tekst bazujący na symbolice, opisach i pobudzaniu do przemyśleń. Świat trochę w tle, trochę nawet bez sensu, ale pasuje jak ulał do lekkiego poczucia surrealizmu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niestety, nie mogę powiedzieć wiele ponad to, że tekst mnie zmęczył, nie dając w zamian nic, co miałbym ochotę wziąć. Cała reszta będzie zasadniczo rozwinięciem powyższego.

Już pierwsze zdanie – Kasztan zarżał donośnie i omal nie stracił równowagi, kiedy koła wagonu poślizgnęły się na zabłoconych szynach. – zwyczajnie mnie zablokowało. Rżący Kasztan – wiadomo, tu wielkiej filozofii nie ma, ale jak tu połączyć kunia z wagonem? Kuń wagon ciungnie? Może i ciungnie, tylko czemu kuń, a nie pociąg? (jest wagon, powinien być i pociąg). Tudzież czemu wagon, a nie wóz, powóz, karocę, dyliżans, furmankę, rydwan albo inną karetę? No i jak, do stu tysięcy beczek rumu przez diabła wodą chrzczonego, koła wagonu mogły się pośliznąć na szynach? Jedno zdanie, sam początek, a ja już zupełnie nie ogarniam. Chaos.

A potem jest już tylko weselej.

Pomysł, na ile go rozumiem (przy czym bezpieczniej przyjąć, że jednak nie rozumiem), jakiś był, i owszem, ale za to forma, w jakiej go zrealizowałeś, zupełnie do mnie nie trafia. Dla świętego wszystkich zgromadzonych spokoju nie będę analizował tekstu po kolei, a miast tego zadowolę się ogólnikami. Myślę jednak, że tym razem to w zupełności wystarczy. Tak więc, w ogólnikach rzecz ujmując, zabrakło mi w tym wszystkim logiki, głębi i spójności, przez co całe opowiadanie przypomina wędrówkę przez totalnie porąbany sen, w dodatku cudzy, w którym ja, jako pasażer na gapę, nawet przez moment nie mam tego zbawiennego poczucia, że wszystko ma sens i jest absolutnie normalne; poczucia, które nie pozwala śniącemu zrozumieć, że śni i wszystko to, co jemu wydaje się składne, tak naprawdę jest chaotycznym zlepkiem surrealizmów wszelakich, których – co boli już po przebudzeniu – ni jak nie da się poskładać w genialną, niesamowicie porywającą historię, mogącą być materiałem na świetną powieść.

No więc przez całe opowiadanie miałem wrażenie, że utknąłem w takim właśnie śnie, jednak bez tej ochrony w postaci totalnego zawieszenia niewiary. I właśnie dlatego wędrówka bohaterów po wnętrzu Atlasa dla mnie bardzo męcząca. Jedna rzecz, to opisy, które – choć ładne; w ogóle językowo bardzo ładny tekst – miejscami nieco nużyły, a przy tym bywały mocno nieczytelne i pogłębiały tylko chaos (jak to pierwsze zdanie), a zupełnie inna, to sama historia. Ta bowiem składa się z szeregu poszczególnych scen, które na swój sposób wynikają jedna z drugiej (choć nie zawsze), ale tak naprawdę nie bardzo się ze sobą łączą. Jak we śnie właśnie. Tu jacyś Tatarzy w sterowcach i jakaś wojna, z gwałtami na koniach (konno ;) w tle, zaraz potem jakaś sztuka teatralna we wnętrzu Góry-Budynku, jakby obok nic się nie działo, sołdaci robiący w gacie ze strachu przed Pandorą, która jest w sumie nie wiadomo kim/czym, i która w ogóle chyba już nie żyje (niby się pojawia, jest jej opis, ale nie zrozumiałem, czym ona właściwie jest – ciałem zalanym bursztynem?), a mimo to zabija jakieś swoje akolitki, co wynika z niczego i nic nie wynika z tego, podobnie ten motyw z koralami… Pietrow – kolejna postać bez historii, która zasadniczo – takie miałem przemożne wrażenie – pojawia się tylko po to, żeby Prometeusz faktycznie mógł zakończyć swoją wędrówkę na szczycie. Celu i sensu tej wędrówki również nie rozumiem. Niby to po prostu pragnienie starego człowieka, który jeszcze raz chciałby wrócić do domu i w nim umrzeć, ale cały czas pozostawiałeś mnie z wrażeniem, że za tym wszystkim kryje się coś jeszcze. Ale co – niech mnie Tatar na koniu, nie wiem. Z punktu widzenia Galileusza ten trip też wypada tak sobie. Nie przekonała mnie ta postać, nie przekonały mnie jej motywy (albo zwyczajnie ich nie rozumiem). Dialogi, które w teorii miały mnie na coś naprowadzić, też tylko pogłębiały wrażenie chaosu, jakiegoś takiego oderwania i wspomnianego już braku głębi (w rozumieniu, że po prostu ślizgałeś się po powierzchni każdej sceny, miejsca, postaci i motywów).

Technicznie tekst również miejscami wciąż niedopracowany. Jakieś tam zaginione przecinki i inne takie, o które nie ma za bardzo sensu się czepiać, ale też, na przykład, totalnie pogmatwany podmiot w scenie z koralikami, również nieco utrudniały odbiór.

Mówiąc krótko, nie odnalazłem się w tym opowiadaniu zupełnie, przykro mi.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Podoba mi się rozmach wizji i atrakcyjny euroazjatycki setting. Wielopoziomowy kolos, Tatarzy w sterowcach, uczeń odkrywający tajemnice swojego mistrza, wędrówka przez kręgi wtajemniczenia – wszystko to intryguje i wciąga.

Kupuję sposób wplecenia założeń konkursu – elementy technologii są raczej drugoplanowe, wyraźniej wybija się motyw bursztynowej elektrostatyki, a choć prawdziwą siłą napędzającą bohaterów jest puszka Pandory – artefakt dawnego uczucia, nie mogę grymasić, bo wolę opowieść o ludziach niż o technice.

Doceniam dość czytelną konstrukcję, jako ukłon w stronę takich jak ja malkontentów. Wyraźna oś pod postacią wędrówki w górę Atlasa, a następnie powrót na dół – to pozwala czytelnikowi cały czas orientować się, w którym jest miejscu Twojej opowieści (choć splot słoneczny jakoś dziwnie zmienia się w serce).

Wielość nawiązań – tu już gorzej, dla mnie zbyt chaotycznie – brakuje mi zwornika między elementami greckimi a carskim imperium (taką rolę mogłoby pełnić odwołanie do spuścizny cesarstwa bizantyjskiego, ale tych elementów nie dostrzegam). Najbardziej podoba mi się pierwsza scena we wnętrzu kolosa – budząca skojarzenia z „Epitafium Wysockiego” Jacka Kaczmarskiego.

 Fabularnie potknąłem się na drugim epizodzie – nie jest tam dla mnie z początku jasne, w którym miejscu znajdują się bohaterowie – w pewnym oddaleniu od Atlasa, czy u jego stóp, obserwują wioskę z oddali, czy są w jej środku.

Największy problem mam ze szczegółami języka. Chrzęszczą nieortodoksyjne epitety. Kolce na koronie, strzępy promieni, podgnite szyny – wydają mi się raczej dziwaczne niż oryginalne. Równie nieortodoksyjne są niektóre zdania, wewnętrznie rozchwiane znaczeniowo, jak np. „Przyglądająca się im widownia wypełniona była bogatymi mieszczuchami oraz ich towarzyszkami, uczniami i kapłankami.” – jeżeli używasz słowa „widownia” w znaczeniu ogółu widzów (na co wskazuje słowo „przyglądająca się”) to dlaczego chwilę później nadajesz mu znaczenie miejsca („wypełnionego” widzami)?

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Odpiszę krótko, bo na długi weekend postanowiłem odpocząć od laptopa. A telefon jest kiepski w pisaniu elaboratów.

Żonglerko, czekam na to skojarzenie, bo ja sam ciekawy jestem. ;)

A na dietę właśnie się udałem, pisząc inne opowiadanie – inne pod względem stylu i treści. Ale że dieta jest zazwyczaj trudna w zastosowaniu, idzie po grudzie.

Ninedin, mogę tylko podziękować. Tak coś czułem, kiedy mi w czasie olimpijskim przeczytałaś tekst. ;)

Fun, spodziewałem się zostać przynajmniej zbesztany. Stary się robisz, albo ja i piszę przystępnej. Dobierając formę starałem się sprostać wymogowi "wielkości" Atlasa, majestatowi (któremu doskonale wiem, że nie dorównuje mój język). To przy dość małej ilości znaków mogło spowodować, że właściwa akcja utopiła się w opisach. Ale tego zawsze dowiadujemy się po fakcie, bo doświadczenie to dla mnie jest nowe. Będę pisał na priv, ale za jakiś czas. Układam w głowie inne opowiadanie, ale przypomina to bardziej walkę z nadmiarem pomysłów, bo wszystkie chcą się w te 60k wepchnąć.

I też jestem ciekaw, co rysownik może z mojego słowotoku wymyśleć. ;)

Cieniu, jak doceniam Twoje elaboraty, tak opuszczę nad tym kurtynę ciszy. Jeśli pierwszym największym problemem opowiadania jest dla Ciebie kolej konna z zabłoconymi drewnianymi szynami (nie od razu istniały żelazne, prawda?), to bardzo ciężko mi traktować reszty komentarza z należytą uwagą. Nawet jeśli jego treść ma sens, tak Twoje podejście do opowiadań (rozmaitych na tym portalu) jest równie chaotyczne i często… zależne od chwili? Nie wiem. Tutaj zabrzmiałeś jakby od samego początku uprzedzony. Jesteś inteligentny i oczytany, ale za cholerę nie umiem ani Cię zrozumieć, ani do Ciebie dotrzeć.

Coboldzie, chcieliście wizji, to próbowałem się dostosować. Rozjazd pomiędzy elementami pochodzącymi od Greków i Bizancjum pochodzi pewnie z wieku przeróbek, które zmieniły tekst. Początkowo zawierał w sobie Greków i Scytów (myślałem również o Amazonkach, które według legend miały z tego rejonu pochodzić), ale wybranietz zmarszczyła nosa, ja na szczęście jej posłuchałem, podumałem i przekopałem atlasy historyczne, natrafiając na ten zacny rosyjsko-turecki konflikt.

"Epitafium" nie znam, ale obiecuję się z nim zapoznać.

Nieortodoksyjne? Ciekawe określenie. O szynach wspomniałem we fragmencie do Cienia, na temat reszty mogę tylko powiedzieć, że próbuję przejść na dietę, ale ciężko, oj ciężko coś idzie. Czasami jednak staram się opisać to, czego nie da się w łatwy sposób uchwycić, co nie ma jasnego kontekstu, albo zwrócić na coś takiego szczególną uwagę. Jak zauważyłem nie każdy to lubi, część czytających takim konstrukcjom bardzo szybko przestaje ufać. Czasem wchodzę w zbędną synestezję i ta nitka powiązań jest bardzo niewyraźna. Ale muszę ryzykować. Bez tego nie ma zabawy. :)

Dziękuję za okazję stawienia się w konkursie, bez Retrowizji do pomysłu Atlasa bym pewnie nawet nie usiadł. ;)

A kolejne piórko (trzecie? czwarte?), które w swej lożańskiej łaskawości postanowiliście zachować dla siebie, wsadźcie sobie głęboko w kupry. Nie potrzebuję tego ani reszty. Jeśli najdzie mnie ochota na wzbicie się w niebiosa, to mam swoją wyobraźnię – skoczę sobie z Atlasa. Nawet oskubany kurczak może latać. ;)

Cieniu, jak doceniam Twoje elaboraty, tak opuszczę nad tym kurtynę ciszy. Jeśli pierwszym największym problemem opowiadania jest dla Ciebie kolej konna z zabłoconymi drewnianymi szynami (nie od razu istniały żelazne, prawda?), to bardzo ciężko mi traktować reszty komentarza z należytą uwagą. Nawet jeśli jego treść ma sens, tak Twoje podejście do opowiadań (rozmaitych na tym portalu) jest równie chaotyczne i często… zależne od chwili? Nie wiem. Tutaj zabrzmiałeś jakby od samego początku uprzedzony. Jesteś inteligentny i oczytany, ale za cholerę nie umiem ani Cię zrozumieć, ani do Ciebie dotrzeć.

 

Dziękuję, że wierzysz we mnie i moją inteligencję, ale tutaj faktycznie trochę się nie rozumiemy.

Jeśli pierwszym największym problemem opowiadania jest dla Ciebie kolej konna z zabłoconymi drewnianymi szynami (nie od razu istniały żelazne, prawda?), to bardzo ciężko mi traktować reszty komentarza z należytą uwagą.

 

Zacznę od tego, że to pierwsze zdanie wcale nie było największym moim problemem, bynajmniej. Posłużyło mi jedynie za przykład tego, że zupełnie zawiodła… hmmm… komunikacja między Tobą a odbiorcą. Spójrz na to zdanie z mojej perspektywy. Ty, jako autor wiesz, co chciałeś przekazać, ale dla mnie to zdanie nie ma żadnego kontekstu. Zero, nul, nic, nihil. Nada. To jest sam początek opowieści, więc nie mam żadnego wyobrażenia o sytuacji, o bohaterach, a czasie akcji… Mam za to wagon ciągnięty przez konie i ślizgający się po torach. Skąd mam wiedzieć, że to drewniane tory? Nie precyzujesz tego, a naturalnym i oczywistym skojarzeniem dla torów u czytelnika w XXI w. są żelazne szyny, pociąg i tak dalej. Z tym poślizganiem też śliska sprawa. To słowo, moim zdaniem, zupełnie nie pasuje do sytuacji. Pośliznąć to się można na lodzie, na płytkach podłogowych w supermarkecie – o ile wierzyć tym fajnym, żółtym tabliczkom ostrzegawczym – albo po innej płaskiej, śliskiej powierzchni. Ale wagon na torach? Mógł sunąć, zjechać, ewentualnie koła mogły się ŚLIZGAĆ. Ale pośliznąć już nie.

Tak więc mam pierwsze, pozbawione kontekstu zdanie, a ja zwyczajnie się od niego odbijam, bo jest dla mnie niezrozumiałe, wręcz błędne. Więc wracam do niego, czytam jeszcze raz, drugi, trzeci, próbuję sobie jakoś to zinterpretować, odgadnąć co Autor miał na myśli, co dokładnie mi w tym zdaniu nie leży, jak powinno wyglądać… A że to samo otwarcie opowiadania, to wbija się w pamięć. Ale czy rodzi uprzedzenia do tekstu? Niekoniecznie. Owszem, potraktowałem je jako swoistą informację, czy może wręcz ostrzeżenie, że tekst może być ciężki w odbiorze – i tak faktycznie było, bo nie nadążałem ani za fabułą ani, bywało, za opisami – ale w żadnym wypadku nie uprzedziłem się do niego, wręcz przeciwnie. Historia z początku wydawała mi się naprawdę obiecująca.

Nie przyznaję się też do tego, jakobym miał chaotyczne i “humorzaste” podejście do opowiadań na portalu. Oczywiście nikt nie musi mi wierzyć czy się ze mną zgadzać w tej kwestii, ale mogę Cię zapewnić, że staram się w swojej ocenie wychodzić daleko poza subiektywne preferencje czy “humory” (rzadko wrzucam komentarze “na gorąco”*).

Mam nadzieję, że nieco Ci pomogłem w zrozumieniu mnie i następnym razem – o ile będzie jeszcze okazja – zdołasz do mnie dotrzeć.

 

Peace!

 

* – Niniejszy komentarz możesz uznać za wyjątek.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jeden z tekstów, z którymi mam największy problem. Podskórnie wyczuwam, że coś w nim siedzi, ale za chińskiego boga (ani żadnego innego) nie widzę tego. Jest to jedna z najbardziej chaotycznych i zamotanych w nieczytelne dla mnie, zbyt abstrakcyjne metafory opowieści, jakie do tej pory czytałam. Dostrzegam pojedyncze elementy, rozpoznaję inspiracje, nawiązania, ale nie składają mi się one w żadną konkretną całość.

Powyższy osąd nie oznacza, że tekst jest zły (lub ja całkiem głupia – bo tak też można pomyśleć). Po prostu najwyraźniej nie nadajemy na tych samych falach.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Amirani przyglądał się temu razem ze mną, lewą dłonią gładził postrzępioną brodę, palcami prawej drapał podłokietnik swojego wózka. Zakaszlał i oparł się na podłokietniku.

Dobrze się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Mam za to wagon ciągnięty przez konie i ślizgający się po torach. Skąd mam wiedzieć, że to drewniane tory? Nie precyzujesz tego, a naturalnym i oczywistym skojarzeniem dla torów u czytelnika w XXI w. są żelazne szyny, pociąg i tak dalej.

Z tekstu – wydaje mi się to dość naturalną konkluzją:

Przyjrzałem się torom – drewniane podkłady sczerniały i rozmokły, i ledwie spajały równie podgnite szyny.

No dobra – poślizgąć się może człowiek albo koń, nie wózek.

 

Sniąca, dzięki za podjęcie próby. ;)

Anet – dziękuję za odwiedziny, miło mi. Powtórzenie poprawię.

Nowa Fantastyka