- Opowiadanie: Ezet - Fiat lux

Fiat lux

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

cobold, NoWhereMan

Oceny

Fiat lux

 

 

 

Gwiaździsta noc nad Ekbataną rozpostarła swoje atramentowoczarne skrzydła. Procesja Dariusza III przecinała wielobarwny tłum, zmierzając ku stopniom świątyni Najświętszego Ognia, by oddać hołd najczystszemu z dzieł Ahury Mazdy. Płomień buchający z umieszczonego na szczycie budowli paleniska skupiał wzrok wszystkich poddanych szachinszacha.

Farszid, krocząc w najbliższej świcie Dariusza, zdumiewał się istotą Ognia: żółte i czerwone płomienie, niczym języki starożytnych smoków, wiły się w rozgrzanym powietrzu, jak gdyby pragnąc pochłonąć wszystko czego dotkną. Tak groźne, a jednocześnie tak życiodajne. Rozświetlając mrok, odstraszając zwierzęta i zapewniając ciepło, płomienne języki są jednymi z najwierniejszych towarzyszy ludzi. Jakiż wspanialszy dar człowiekowi mógł zaoferować Ahura Mazda, niż jego Ogień? Tak wspaniały, jednocześnie tak groźny…

Świta szachinszacha zaczęła wspinaczkę po stromych stopniach z piaskowca, u szczytu których oczekiwał Armawid, najwyższy mag. Posągowa twarz, okolona bujnym, kędzierzawym zarostem, spoglądała z nabożnym napięciem w noc, rozświetlaną pochodniami tłumu i Świętym Ogniem, buchającym za jego plecami. Gdy tylko Dariusz postawił stopę, Armawid padł na twarz, bijąc pokłon ulubieńcowi Ahury Mazdy. Następnie wstał, wznosząc ręce ku nocnemu niebu Ekbatany, rozpoczynając donośnym głosem pochwalną pieśń. Do głosu Armawida dołączyły głosy królewskiej świty, a w końcu i wśród tłumu rozbrzmiały słowa psalmu. Farszid stał za kapłanem i swym królem tak, że widział ich plecy zwrócone ku świętemu palenisku. Trzymając wzniesione ręce, spoglądał wciąż ukradkowo na Ogień.

… mimo swej najczystszej formy i substancji, Ogień wydziela dym. Nienawistny Ahriman planował splugawić dzieło Ahury, lecz ten w swej sile i mądrości zdołał oddzielić Ogień od dymu. Każda rzecz i myśl na świecie ma swe plugawe przeciwieństwo, które mogą się z sobą zetknąć fizycznie i duchowo, jednak tylko Ogień jest oddzielony od dymu tą niewidzialną, nieuchwytną, płynną linią, nie grubszą niż cień ducha. Płomienie wydzielają dym, lecz tuż za tą niewidzialną opoką. Ogień sam w sobie jest czysty, gdyż odrzuca od siebie bezwarunkowo nieczystość.

Farszidowi zaszkliły się oczy na myśl, która przemknęła mu przez duszę; czy aby na pewno Ogień może być ostateczną, najczystszą rzeczą na świecie?

 

***

 

Po zakończeniu pieśni, Armawid odwrócił się i skierował ku palenisku. Sięgnął po pochodnie, leżącą na specjalnym cokole, zdobionym ptasimi skrzydłami i lwimi łapami. Nachylił się z czcią ku Najświętszemu Ogniu i rozpalił żagiew. Powrócił do Dariusza i magów, których obdarował płomieniem. Błyski ognia wędrowały ku tłumowi. Tegoroczne święto zbiegło się w czasie z pokonaniem ostatnich Hellenów, kryjących się w Dalmacji. Dzięki wsparciu wywiadu legata Marka Swetoniusza, siły Persjady rozgromiły krnąbrnych buntowników. Zadziwiające, jak długo stawiali opór, około wieku od upadku Aten i Sparty. Ponad sto lat, od upadku Hellenów pod Maratonem, gdzie pierwszy i ostatni raz starli się z potęgą powietrzną Persów.

Uroczystość zakończyła się późną nocą. Na ulicach panował podniosły nastrój, pełen sakralnej radości. Orszak Dariusza, otoczony kordonem Nieśmiertelnych, kroczył wśród poddanych. Dźwięki sitaru i bansuri rozbrzmiewały pod diamencikami gwiazd nocnego nieba, jak gdyby unosząc radość wiernych dźwiękami mistycznej muzyki.

Królewski poczet zmierzał główną aleją Ekbatany do portu sterowców, gdzie czekała na nich jednostka szacha– „ Majestat Słońca”. Olbrzymie piece tłoczyły rozgrzane powietrze do śluz przez miedziane rury. Dok znajdował się znacznie powyżej domostw miasta, toteż w oczekiwaniu na zakończenie przygotowań do drogi powrotnej, Dariusz III obrócił się i podziwiał widok nocnego miasta. Złota maska skrywała oblicze władcy, lecz z jego postawy można było odczytać spokój i dumę. Po ostatnich przygotowaniach statku i kontroli paneli ciepłochronnych, dwór wkroczył do zdobnej, długiej gondoli.

Farszid wszedł do swej kajuty, gdzie czekał Azadi, jego uczeń. Mężczyzna był akurat pochylony nad pergaminem, który studiował z wyjątkowym skupieniem. Zegar w kajucie wybił godzinę trzecią. Równo z ostatnim uderzeniem, Azadi zwinął papirus i ujrzał swego mistrza.

-Mistrzu, wybacz proszę, nie usłyszałem jak wchodzisz! Zaparzyć kawy?

-Nie Azadi, dziękuję. Co czytałeś?

-Studiowałem starożytne traktaty handlowe Medów, mistrzu. Intrygujące, jak zdolni w tej kwestii byli nasi przodkowie.

Zaiste, doświadczenie przeszłych pokoleń jest dla nas cenne. Azadi, chciałbym Ci powierzyć istotne zadanie

Mężczyzna skupił wzrok na Farszidzie, jakby posłuszeństwo i wola maga była celem jego życia. Poprawił swój quivior na głowie i odparł z pochyloną głową:

-Słucham i jestem posłuszny, maga.

-Chciałbym, abyś przygotował mi pisma Demokryta, chcę je ponownie przeczytać.

 

 

***

 

Naturą bytów jest podzielność do pewnego skończonego stopnia. Można skruszyć górę do głazów, głazy zaś do kamieni. Gdy zmielisz kamień, zmieni się w żwir, ten zaś stanie się najdrobniejszym piaskiem. Lecz nawet i ziarenka piasku można skruszyć, tworząc pył. Lecz nie ma już drobniejszych rzeczy jakie mogą powstać z góry.”

 

Farszid przyznał, że jak na barbarzyńskiego Hellena, Demokryt odznaczał się niesamowitym intelektem…

 

„…atomy bowiem są w ciągłym ruchu, choć niedostrzegalnym gołym okiem. Spójrzmy na rzekę; woda w niej nieustannie się porusza, zaś jej atomy nie tylko zmieniają swoje położenie pod wpływem nachylenia terenu, lecz również same z siebie ten ruch wywołują. Właściwość rzeczy wynika z rodzaju atomu, ich wielkości, powierzchni i ułożenia. Atomy wody są luźno ułożone, gładkie i miękkie. Atomy metalu są ściśnięte, twarde i chropowate…”

 

Mag przełożył kartę pergaminu na stos obok. Zamyślone spojrzenie powędrowało na płomyk świecy, która rozświetlała ciemność w komnacie…

 

***

 

W warsztacie panowała napięta atmosfera, jak gdyby stłoczyły się w niej ciekawskie duchy, zaglądające przez ramię Farszida i jego ucznia. Mag starannie ułożył gliniane naczynia na stole, w których znajdowały się alchemiczne roztwory. Azadi w tym czasie przygotowywał blaszki różnych metali, nie rozumiejąc zamysłu mistrza. Panował zaduch; parowa maszyneria w podziemiach królewskiego pałacu w Szirazie pracowała pełną mocą. Z kadzi bitumicznej dobywał się mokry bulgot gotującego się asfaltu, zaś obok pracowała mechaniczna tłocznia, która formowała różnej wielkości rulony metalu, w zależności od zastosowanego tłoku i matrycy. Azadi nadzorował funkcjonowanie machin, których powolne, posuwiste ruchy nadawały ich pracy niemal mistycznego charakteru. Zgrzyt maszyn splatał się z cichymi modłami Farszida, przelewającego i mieszającego płyny w kolbach, miskach i dzbanach.

Gdy kadź bitumiczna ostygła, Azadi przelał jej zawartość do stalowej rynny, z której pobierał asfalt czerpakiem i przelewał do jajowatych form, pozwalając im ostygać w chłodnej wodzie. Zgodnie z poleceniem maga, gdy korki ostygały, formował w nich okrągłe dziury, w które wtykał żelazne pręty grubości gałązek. Tłok prasy zadźwięczał, gdy zaczął naciskać na miedzianą blachę. Stuk okutych metalem drewnianych kół zębatych towarzyszył tajemniczej pracy Persów…

***

 

12 Chordad, szósty rok panowania Dariusza 

 

Dziś, wraz z mistrzem, zaprezentowaliśmy królowi efekt ciężkiej pracy, jakiej poświęciliśmy się w ostatnim czasie. Trzymałem w dłoniach podłużną szkatułę, wykonaną z polakierowanego drewna cyprysu libańskiego, okrytą turkusowym jedwabiem. Dwór spoglądał na nas zaintrygowany, widząc mnie i mistrza Farszida kroczącego tak pewnym siebie krokiem w obecności szachinszacha. Skierowaliśmy wzrok ku ziemi, by uniknąć spojrzenia na złotą maskę.Gdy dotarliśmy pierwszych stopni tronu, padliśmy na kolana. Szkatuła ciążyła mi w dłoniach.

Gdy mistrz Farszid rozpoczął przemowę, pogrążyłem się w swoich myślach; w tym oto pudełku znajduje się niepozorne, choć niezwykłe urządzenie. Wciąż jestem pod wrażeniem działania galwanizatora, jak ochrzcił swoje dzieło Farszid. Zdumiewające, jak dzięki wykorzystaniu zjawisk elektrycznych mój mistrz zdołał oblec żelazny pierścień w złoto. Wystarczyło dosypać nieznacznej ilości złotego pyłu do środka dzbana, pełnego wody octowej, wrzucić pierścień, zapieczętować korkiem z ogniwem…

Rozważania przerwała cisza jaka zapadła w sali; słowa docierały do uszu przygłuszone, jak gdybym był zanurzony w wodzie. Zrozumiałem, że teraz moja kolej.

Zsunąłem jedwabną tkaninę z pudełka, po czym ostrożnie i powolnie uniosłem kwadratowe wieko. Z środka wyciągnąłem pozłacany, żelazny pierścień a następnie galwanizator, które położyłem na turkusowej tkaninie rozłożone przed schodami. Ocknąłem się z zamyślenia, wsłuchując się w głos mistrza, który opowiadał o zastosowaniu urządzenia. Gdy skończył mówić o możliwościach wprowadzenia w obieg na zagranicznych rynkach sfałszowanej, złotej biżuterii, wystąpił Bahram, nadworny mistrz rachunków. Był otyłym mężczyzną, którego gardłowy głos opływał pewną lubieżnością, gdy przedstawiał szachinszachowi potencjalne możliwości zysku i w pochlebczy, służalczy sposób wyrażał podziw dla mego mistrza. Wśród dworzan zapanował szelest szeptów, niczym pomiędzy barwnymi kwiatami owiewanymi zefirem. Kątem oka ujrzałem bractwo magów, którzy kiwali głowami i spoglądali spod byka w naszym kierunku. Czułem szpilki ich zawistnych spojrzeń. Narastający gwar podekscytowania przerwał huk długiego trzonka berła, którym Dariusz III uderzył o posadzkę komnaty. Głos zza złotej maski oznajmił, że przyjmuje dar i pozwala na wytwarzanie galwanizatorów. Szachinszach zapowiedział kolejną audiencje za tydzień, w znacznie mniejszym gronie, gdzie chciał omówić szczegóły naszego wynalazku i możliwości. Mój mistrz uśmiechnął się pod nosem, zaś w jego oczach dostrzegłem błysk ekscytacji, jak gdyby miał w zanadrzu niespodziankę, którą ujawni w odpowiednim czasie.

 

***

18 Mordad, siódmy roku panowania Dariusza

 

Gdy wkroczyłem do warsztatu mego mistrza, ujrzałem go pochylonego nad kolejnym galwanizatorem. Minął ponad rok, odkąd jego dzieło ujrzało światło dzienne. Czasami myślę, czy to odkrycie było w istocie tak dobre, za jakie sam je uważa…

Zaczęliśmy opływać w dostatki. Szkoda, że okupione krwią niewinnych. Szach rozkazał maksymalną eksploatację złóż miedzi w Hayastanie, Anatolii oraz Tracji. Do tej pory myślę o liczbach zabitych buntowników, lecz dla Bahrama nie było osób niezastąpionych, o ile umiały machać kilofami i popędzać batem innych. Najbardziej zaskakujące było to, iż żadnemu obcemu państwu nie udało się odkryć naszego oszustwa…

Zdziwiłem się, widząc ten galwanizator: był znacznie większy, zaś w korku znajdował się dziwny, metalowy zwój, którego oba krańce wystawały po drugiej stronie zatyczki. Czułem też silną woń jakiegoś kwasu. Mój mistrz obrócił się, jego spojrzenie płonęło ekscytacją.

-Azadi, mój uczniu. Stań obok proszę, bądź pierwszym świadkiem cudu, jakiego dokonam. Niech światło Ahury Mazdy pozostanie czyste i wieczne…

Po tych słowach ujął w dłoń asfaltowy korek. Trzymał go z najwyższym pietyzmem, jak gdyby dar od samego Jedynego. Zatkał nim nieśpiesznie dzban, jak gdyby wykonując jakiś święty rytuał. Zacisnął dłonie na krawędzi stołu, prostując się nerwowo. Nie rozumiałem, czym ten galwanizator miałby się różnić od innych, poza tym dziwnym zwojem na jego czubku, do chwili gdy…

Zaczął sam z siebie świecić.

Z początku wydawało mi się, że to tylko odbicie światła, lecz z sekundy na sekundę metalowa spirala zaczynała jarzyć się coraz jaśniej i jaśniej, niczym żelazna sztabka w palenisku kowala. Zwój nabrał pomarańczowo-żółtej barwy, dając blask silniejszy od pochodni. Trwaliśmy tak w milczeniu, zatopieni w myślach. Mistrz aż jęknął z wrażenia, nie mogąc do końca uwierzyć w to, czego dokonał. Ja zaś, mimo zachwytu i podziwu, czułem gdzieś w głębi siebie niepokój, uwierający niczym kamyk w sandale. Mistrz Farszid obrócił się do mnie powoli i wyszeptał:

-I tak oto stała się światłość, Azadi. Doskonalsza niż kiedykolwiek.

 

***

 

6 Aban, siódmy roku panowania Dariusza

 

Wraz z mistrzem i bractwem magów staliśmy na królewskim tarasie, podziwiając budowę olbrzymiej płaskorzeźby farvahar; prace trwały dzień i noc, dzięki zastosowaniu większych odmian lamp elektrycznych. Robotnicy kierowali strumień światła za pomocą zwiniętych w rulon miedzianym płytom. Gra światłocieni na skrzydłach wprawiała nieruchomą rzeźbę w ledwo dostrzegalny, iluzoryczny ruch.

Cóż za ironia losu; podziwiać symbol Frawaszi, ludzkiej drogi życia i dobrych czynów, mając w umyśle pogłoski o kiełkującym ziarnie chaosu w Persjadzie. W Hayastanie ponoć doszło do wybuchu buntu i zburzenia kilku kopalń, a w Ekbatanie mazdaiści zaczęli prześladować farszidystów. Czułem krzywe spojrzenia, jakimi po kryjomu obdarowywali mnie i mistrza Farszida magowie i dworzanie, nie wspominając o milczącym obliczu naszego króla…

Mimo cichej niechęci, dalej tworzyliśmy lampy. Dostaliśmy niewolników, warsztaty i mnóstwo surowców do produkcji. Ograniczał nas tylko czas i wytrzymałość ciał. Do skarbca spływał nieustanny strumień darejek, a lampy docierały nawet do dalekiego Lacium. Dobrze służyliśmy naszemu królowi.

Gdyby tylko nie szeptano na ulicach miast o Farszidzie jako o obiecanym przez Ahurę mesjaszu…

 

 

20 Aban, siódmy roku panowania Dariusza

 

Saoshjant, takim przydomkiem zaczęli nazywać mojego mistrza niektórzy mieszkańcy królestwa. Czułem, jak wokół naszych szyi zaczyna zaciskać się pętla…

Mistrz Farszid wielokrotnie gorliwie zapewniał o czystości swych intencji i z twarzą w piaskowym pyle, publicznie odcinał się od przypisywanych mu przymiotów i zamiarów. Kajał się przed szachem, kapłanatem i dworem, lecz widziałem w ich oczach jedynie rosnącą zawiść i niechęć. A poddani, ach cóż za durne osły! Im bardziej Farszid się kajał i odżegnywał od tytułu „Saoshjanta”, tym silniej wierzyli w niego, postrzegając skruchę oraz pokorę jako cechy mesjasza! Gdyby tylko wiedzieli… gdyby nie byli tak prostolinijnymi głupcami. Ściągną na nas zagładę…

 

2 Asar, siódmego roku panowania Dariusza

 

W Suzie doszło do pogromu farszidystów. Kapłanat dostał pod swoją komendę oddział Nieśmiertelnych i wolną rękę w sprawie plewienia herezji. Krew polała się w nocy, przy świetle ulicznych lamp. Naszych lamp. Jeśli kapłani łamią Asha Wahishta, Świętą Prawość, to czego możemy się spodziewać w nadchodzących dniach?

 

17 Asar, siódmy roku panowania Dariusza

 

Szachinszach zwołał nadzwyczajne posiedzenie dworu. Wieści z kraju stają się coraz straszliwsze. Marszałek Tyssafernes doniósł o rebelii w Hayastanie; Książe Orontes padł z garstką lojalnych mu wojsk; pokonali go farszidyści. Nienawistne spojrzenia kierowane w stronę mego mistrza nie były niczym zaskakującym, chociaż nietaktem byłoby oskarżanie go wprost i przy całym dworze; szczególnie po jego oficjalnych i publicznych krytykach ruchu odszczepieńców i nawoływania do pokoju. Czułem, że grozi nam niebezpieczeństwo; niewygodne osoby pozbywa się cichym ostrzem w mroku nocy.

Spojrzałem na mego mistrza ukradkiem; stał nieruchomo, z kamienną twarzą, jak reszta magów, lecz w jego oczach widziałem… lęk? Wstyd? Poczucie dojmującej porażki, trawiącej go jak pożar suche łany zbóż? Powiedziałbym, że łzy.

Tyssafernes w dalszym ciągu zdawał relacje o sytuacji w Persjadzie, secesji Hellady i zmaganiach księcia Jezgereda w Anatolii. Każda nowa rewelacja wywoływała falę szeptów i cichych sporów wśród dworzan. Gdzieś w oddali usłyszałem bicie bębnów dochodzących z koszar; mobilizowano zastępy paighan, sogdyjskich zbrojnych, ormiańskich włóczników i szwadrony konnych, szlacheckich savaran. Łoskot rynsztunku i rozkazy wykrzykiwane przez dowódców niosły się donośnie w lazurowym błękicie nieba. Zastanawiałem się, czy pora zebrania dworu i wymarsz wojsk nie był… celowo zgrany, jako pokaz siły? To mógł wiedzieć jedynie Tyssafernes i Dariusz, których oblicza nie wyrażały niczego poza stoickim spokojem. Marszałek zakończył przemowę, uderzając się pięścią w pancerz, po czym przysiadł na poduszkach u stóp tronu ze splecionymi stopami. Następnie przed oblicze króla wystąpił Bahram, nerwowym głosem mówiąc o grasujących bandach zbirów i mazdaistów, łupiących kupieckie karawany w poszukiwaniu lamp. Według mistrza rachunków, wioski są równane z ziemią jeśli tylko ortodoksi odnajdą jedną lampę, a ludność idzie pod miecz, bez względu na wiek czy płeć. Handel zamierał; Aksum nałożyło blokadę handlową na porty w południowej Arabii, a królestwo Saby i Nabatei ścięły konsulów. Arabowie odkryli nasze oszustwo i również zmobilizowali wojsko, by wyruszyć na południowe granice Persjady.

Ciszę, ciężką jak ołowiany odważnik przerwał król. Ogłosił całkowity zakaz dalszego wytwarzania lamp i ich eksportu. Na zdrajców nałożył klątwę i zapowiedział zdecydowane działania w kierunku zażegnania ognia rebelii trawiącej Persjadę. Przez chwilę, krótszą niż mgnienie oka, wydawało mi się, że nieznacznie spojrzał w naszą stronę; to straszliwe oblicze złotej maski niezauważalnym ruchem prawdopodobnie wydało na nas wyrok cichej śmierci. Mistrz Farszid również dostrzegł ten prawie niezauważalny ruch, gdyż wzdrygnął się niczym osaczone zwierzę.

Musimy uciec, jeszcze tego samego dnia!

 

 

 

 

Uczeń i mistrz krzątali się w pośpiechu po komnacie, kompletując rzeczy niezbędne podczas ucieczki. Bukłaki wody, stroje pustynne, lekarstwa, jedzenie. Farszid zabrał również jeden z galwanizatorów, trzymając go czule niczym niemowlę. Minął tydzień, odkąd szachinszach wydał rozkazy dotyczące zażegnania kryzysu w Persjadzie, oni zaś czuli zaciskającą się powoli pętlę wokół ich szyi. Nie mieli czasu do stracenia!

Gdy zapadła noc, udali się do podziemnych warsztatów. Farszid, przebieglejszy od pozostałych magów, dawno temu przygotował się na ewentualność ucieczki z dworu króla. Lata służby nauczyły go, że wszystkie ceremoniały i hierarchia są tylko fasadą, za którą kryje się cicha walka o władzę, w której orężem są spojrzenia, pogłoski, pochlebstwa i porcje cykuty podawane w posiłkach. Im jaśniejszym i wyższym świecznikiem jesteś, tym haniebniejszy będzie twój upadek i zgaśnięcie. Mag dziękował sobie w duchu za swoją przezorność…

Dostali się do kanalizacji poprzez tajemny korytarz, który kiedyś wykuli dla niego głuchoniemi eunuchowie.

Chlupot wody mieszał się z metalicznym dudnieniem parowych pomp i śluz. Azadi trzymał w rękach jeden z mniejszych egzemplarzy lampy, która migotała w cuchnących ciemnościach; roztwór kwasowy musiał utracić swą siłę. Nerwowa wędrówka przez labirynt kanalizacji skończyła się, gdy dotarli do kratowanej śluzy, którą można był otworzyć od wewnątrz. Farszid bez wahania przystąpił do obsługi wajch i pokręteł panelu sterowania parowym podnośnikiem. Śluza uniosła się z zgrzytem, otwierając im drogę ucieczki; widzieli przed sobą rozległe, sztuczne jezioro, częściowo zanieczyszczone odpadkami z pałacu. Na lewo od śluzy ciągnęła się wąska, stroma ścieżka, prowadząca na brzeg zbiornika wody. Azadi zauważył na dole dwa muły, przywiązane do karłowatej akacji; nie pytał jak mistrzowi udało się zorganizować zwierzęta do ucieczki. Uczeń zauważył, że lampa przestała działać, zatem wyrzucił ją do jeziora. Ogarnął go pewien smutek a zarazem ulga, widząc jak beztrosko i z iskrą radości pozbywa się wynalazku Farszida. Lampa łupnęła o ostrą skałę, a jej roztrzaskane szczątki znikały w ciemnych odmętach wody. Stracona na zawsze, możliwe, że jedna z ostatnich lamp…

 

***

 

Zmierzali na północy wschód, równolegle do wybrzeża Zatoki. Kierowali się w stronę rzeki Tygrys, do rodzinnej wioski Farszida, gdzie mieli nadzieję znaleźć kryjówkę na chociaż krótki czas i zaplanować dalsze działania. Rodzina maga była szanowana w Hudhjat Rabua, liczyli zatem na bezpieczny azyl. Jednakże, droga do osady przedstawiała im ogrom koszmarów i tragedii, jakie wydarzyły się na przestrzeni ostatnich dwóch lat…

Mijali spalone wsie, usłane trupami w zaawansowanym stadium rozkładu. Tylko w tych osadach zauważali szczątki przedmiotów, przypominające lampy i galwanizatory.

Kryli się w pieczarach i jarach, gdy widzieli w oddali ścierające się grupy zarówno żołnierzy, jak i zwykłych ludzi. Ogniki pochodni przemykały prędko, mijając się i przecinając, a dźwięk stali rozbrzmiewał donośnie pod krystalicznie czystym niebem. Gdy starcia milkły, Farszid i Azadi mijali dogorywających ludzi. Pewnego razu, gdy mijali pobojowisko, ktoś w chwili agonii wykrzyknął „Saoshjaaant!”, by po chwili zamilknąć na wieki. Uciekinierzy omijali szerokim łukiem poległych, przerażeni ileż połaci Persjady stało się nieczyste; nikt nie zanosił zwłok do Wież Milczenia. Sępy żywiły się truchłami wprost z świętej Ziemi. Farszidyści wraz z mazdaistami umierali wespół, splątani, wspólnie kalając czystość ziemi stworzonej przez Ahurę.

Nikt nie dbał o ciała heretyków i wiernych. Wieże Milczenia stały puste…

 

***

Przybyli za późno.

Po dwutygodniowej wędrówce, będąc świadkami koszmaru, jaki ogarnął Persjadę, wycieńczeni i przerażeni, ujrzeli kolejny dramat, jaki musiał odegrać się tuż przed ich przybyciem. Hudhjat Rabua ginęła w ogniu.

Farszid padł na kolana, widząc z wzgórza jak jego rodzinna osada ginie w płomieniach. Wygłodniałe języki ognia pochłaniały drewniane stropy, stragany i zagrody, a niektóre z ścian domostw pękły i runęły pod wpływem temperatury. Mag czuł, jak wypełnia go chłodna pustka, która zaczyna przelewać się przez jego oczy słonymi łzami. „Cóż za gorzki kaprys losu, gdy największy dar Boga stał się naszym biczem i karą”, pomyślał Azadi. Podszedł i podźwignął swego mistrza za ramiona, zgarbionego trwogą.

Minęli zrujnowane domostwa, swąd spalonych ciał natarczywie oblepiał powietrze wokół nich. Nocne niebo obojętnie przyglądało się tragedii, mrugając gwiazdami. Wiatr wył, niczym dźwięk egzotycznego bansuri rozbrzmiewającego w nocy. Skierowali się za osadę, na pola uprawne.

Stali w ciszy, spoglądając w mrok gwiazd. Farszid podszedł do Azadiego bez słowa i gestem rąk nakazał, by wyciągnął z tobołka galwanizator. Ujął go ostrożnie. Klęknął i zaczął rozgrzebywać ziemię gołymi rękoma. Azadi usłyszał jego pusty, cichy się głos. Głos człowieka złamanego własną pychą, kierowanego dobrymi intencjami, które wybrukowały drogę do piekła jego ojczyzny:

-Pragnąłem zdobyć wiedzę, Azadi. Posiąść ją, by służyć ludziom, by rozwijać siebie i umożliwiać to innym. Wydawało mi się, że ciekawość, tuż obok naszego popędu miłości i potomstwa, jest naszym… naszą siłą do życia. Popycha do działania.– przerwał, ocierając brudnymi rękoma twarz z łez– Myliłem się. Tak bardzo się myliłem. Ujrzałem Ogień Ahury, myślałem że mnie zainspirował, a tak naprawdę oślepił mnie mój własny, fałszywy blask– pycha.

Umieścił galwanizator w dziurze, jaką wykopał. Pochylił się niczym żałobnik. Zaczął zagrzebywać dzban. Przydeptał sandałem ziemię, a następnie oboje odwrócili się ku Hudhjat Rabua. Ruszyli apatycznym krokiem, bez celu i tożsamości, uciekinierzy w własnym kraju. W tej chwili po ich lewej stronie wyłonił się jeździec w hełmie z pióropuszem, zbrojny w łuk i zakrzywiony miecz u boku. Na tarczy widniał symbol mazdaistów; najpewniej maruder, który oddzielił się od oddziału łupieżców. Gdy ujrzał mężczyzn, zakrzyknął na nich i popędził ku nim konia. Farszid i Azadi zerwali się do biegu, lecz wycieńczeni wędrówką potykali się i słaniali na nogach. Między ich głowami świsnęła strzała, wbijając się w nadpalony filar balkonu. Drugi pocisk trafił– krzyk bólu Farszida przeraził Azadiego, który odruchowo spojrzał na biegnącego przed chwilą u jego boku mistrza. Grot przeszył jego serce, sącząc karmazynową wstęgę na brudnej, zakurzonej szacie. Ostatnie łzy mistrza zrosiły drzewiec strzały, nim Farszid padł na twarz. Azadi po chwili poczuł uderzenie, rozrywające jego pierś i żebra. Upadł na plecy. Nad jego oczami rozciągało się nocne niebo, okolone z prawej strony językami ognia. Po chwili pozostał już tylko mrok zamkniętych powiek i uczucie ciepłego żaru na policzku, jak ostatni pocałunek ukochanej.

Mrok powiek i trzask płomieni…

 

***

 

Wilhelm König przybył swym sterowcem do Hudhjat Rabua o świcie, by nadzorować wykopaliska Stowarzyszenia Archeologicznego Iraku i Iranu. Poprawił gogle i chustę; burza piaskowa zerwała się tuż po jego lądowaniu. Mijał robotników, w pośpiechu zakrywających parokoparki i trybodźwigi płachtami brezentu, chroniąc je przed dostaniem się piasku do mechanizmów. Mijał prostokątne doły, otoczone parawanami, kierując się do namiotu w centrum starożytnej osady. Według doniesień asystenta, znalezisko było intrygujące i wymagało jego osobistego oglądu.

W namiocie stali podlegli mu badacze. Otaczali stół na którym leżał niczym nie wyróżniający się dzban. Klasyczny przykład ceramiki staroperskiej. Wyprostował się, splótł ręce za plecami i czekał na relacje pracowników. Odezwał się młody mężczyzna, dzierżący w ręku lupę wielosoczewkową:

-Herr König, odnaleźliśmy ten dzban w sektorze AH12. Na początku nie wydawał się niczym szczególnym, lecz herr Caustenhoff zwrócił uwagę na ten oto zapieczony korek z asfaltu. I muszę rzec, herr König, to co znaleźliśmy w środku jest… zdumiewające!

Wilhelm zbliżył się do dzbanu, nakładając gumowe rękawice. Delikatnie wyciągnął korek, a wraz z nim żelazny pręt oraz miedzianą tubę. Przyglądał się badawczo, po czym spytał:

-Czy dokonano analizy chemicznej osadu tych elementów, Helmut?

-Owszem, herr König. Wyniki wyraźne wskazują na resztki kwasu octowego i zwyczajowe związki utleniania miedzi. Trudno w to uwierzyć, ale konstrukcja tego urządzenia przypomina, hm… prymitywne ogniwo galwaniczne.

König ściągnął gogle, błysk w jego niebieskich oczach wyrażał zdumienie i podziw. Obracał w dłoniach bitumiczny korek oraz miedziany rulon, przyglądając się im z każdej strony. Mruknął zaintrygowany, niczym dziecko podziwiające sztuczki iluzjonisty. Poczuł jak budzi się w nim jeden z najstarszych ludzkich instynktów, to ekscytujące napięcie które powstaje wobec rzeczy nowych i nierozumianych.

-Doprawdy, ciekawe panowie. To znalezisko może rzucić całkowicie nowe światło na życie starożytnych! Jakimi cudami mogą nas jeszcze zaskoczyć…

-Herr König, w okolicy odnaleźliśmy jeszcze zwłoki dwójki mężczyzn. Wstępne datowanie “galwanizatora” i ich szczątków są bardzo zbieżne. Warto wspomnieć, że ponieśli śmierć w wyniku postrzału z łuku.

– Oh. Ciekawe, czy Ci dwaj nieszczęśnicy mieli coś wspólnego z “galwanizatorem”? Z pewnością poznamy tajemnicę kryjącą się za tymi odkryciami. Czeka nas dużo pracy panowie.

Odpowiedziało mu wycie piaskowej burzy, szarpiącej połami namiotu. 

 

Koniec

Komentarze

Początkowo wynalazek wszystkich zachwyca, ale biada odkrywcy, jeśli jego dzieło bywa użyte w niecnym celu, albo kiedy społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe, aby zeń korzystać. Podoba mi się, Ezecie, twój pomysł na galwanizator i żarówkę, ale z prawdziwą przykrością zauważam, że wykonanie, niestety, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

roz­po­star­ła swoje atra­men­to­wo czar­ne skrzy­dła. –> …roz­po­star­ła swoje atra­men­to­woczar­ne skrzy­dła.

 

jak gdyby pra­gnąc po­chło­nąć wszyst­ko czego się do­tkną. –> …jak gdyby pra­gnąc po­chło­nąć wszyst­ko, czego do­tkną.

 

… mimo swej naj­czyst­szej formy i sub­stan­cji, Ogień wy­dzie­la dym.  –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Ogień wy­dzie­la dym. Nie­na­wist­ny Ah­ri­man pla­no­wał splu­ga­wić dzie­ło Ahury, lecz ten w swej sile i mą­dro­ści zdo­łał od­dzie­lić Ogień od dymu. Każda rzecz i myśl na świe­cie ma swe plu­ga­we prze­ci­wień­stwo, które mogą się z sobą ze­tknąć fi­zycz­nie i du­cho­wo, jed­nak tylko Ogień jest od­dzie­lo­ny od dymu tą nie­wi­dzial­ną, nie­uchwyt­ną, płyn­ną linią, nie grub­szą niż cień ducha. Pło­mie­nie wy­dzie­la­ją dym, lecz tuż za tą nie­wi­dzial­ną opoką. Ogień sam w sobie… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Far­szi­do­wi za­szkli­ły się oczy na myśl, która prze­mknę­ła mu przez duszę… –> Dusza myśli?

 

Się­gnął po po­chod­nie, le­żą­cą na spe­cjal­nym co­ko­le… –> Literówka.

 

Na­chy­lił się z czcią ku Naj­święt­sze­mu Ogniu i roz­pa­lił ża­giew. –> Na­chy­lił się z czcią ku Naj­święt­sze­mu Ogniowi i roz­pa­lił ża­giew.

 

Dźwię­ki si­ta­ru i ban­su­ri roz­brzmie­wa­ły… –> Dźwię­ki si­ta­ra i ban­su­ri roz­brzmie­wa­ły

 

cze­ka­ła na nich jed­nost­ka sza­cha– „ Ma­je­stat Słoń­ca”. –> Brak spacji przed półpauzą. Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.

 

Ol­brzy­mie piece tło­czy­ły roz­grza­ne po­wie­trze do śluz przez mie­dzia­ne rury. –> Piece tłoczyły? A nie jakieś miechy raczej?

 

po­wy­żej do­mostw mia­sta, toteż w ocze­ki­wa­niu na za­koń­cze­nie przy­go­to­wań do drogi po­wrot­nej, Da­riusz III ob­ró­cił się i po­dzi­wiał widok noc­ne­go mia­sta. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

-Mi­strzu, wy­bacz pro­szę, nie usły­sza­łem jak wcho­dzisz! Za­pa­rzyć kawy? –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w dalszej części opowiadania.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Za­iste, do­świad­cze­nie prze­szłych po­ko­leń jest dla nas cenne. –> Brak półpauzy rozpoczynającej wypowiedź.

 

Azadi, chciał­bym Ci po­wie­rzyć istot­ne za­da­nie –> Azadi, chciał­bym ci po­wie­rzyć istot­ne za­da­nie.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Brak kropki na końcu zdania.

 

Po­pra­wił swój qu­ivior na gło­wie i od­parł z po­chy­lo­ną głową: –> Powtórzenie. Zbędny zaimek.

Czy poprawiałby cudzy qu­ivior? Domyślam się, że quivior jest nakryciem głowy, więc czy konieczne jest dopowiedzenie, że poprawiał quivior na głowie?

 

Na­tu­rą bytów jest po­dziel­ność do pew­ne­go skoń­czo­ne­go stop­nia. Można skru­szyć górę do gła­zów, głazy zaś do ka­mie­ni. Gdy zmie­lisz ka­mień, zmie­ni się w żwir, ten zaś sta­nie się naj­drob­niej­szym pia­skiem. Lecz nawet i zia­ren­ka pia­sku można skru­szyć, two­rząc pył. Lecz nie ma już drob­niej­szych rze­czy jakie mogą po­wstać z góry.” –> Skoro to cytat, wystarczy albo cudzysłów, albo kursywa.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Tu dowiesz się, jak zapisywać cytaty: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/tytuly-i-cytaty;10097.html

 

Mag sta­ran­nie uło­żył gli­nia­ne na­czy­nia na stole, w któ­rych znaj­do­wa­ły się al­che­micz­ne roz­two­ry. –> Raczej: Mag sta­ran­nie uło­żył na stole gli­nia­ne na­czy­nia, w któ­rych znaj­do­wa­ły się al­che­micz­ne roz­two­ry.

 

Azadi prze­lał jej za­war­tość do sta­lo­wej rynny, z któ­rej po­bie­rał as­falt czer­pa­kiem i prze­le­wał do… –> Powtórzenie.

 

po­zwa­la­jąc im osty­gać w chłod­nej wo­dzie. Zgod­nie z po­le­ce­niem maga, gdy korki osty­ga­ły… –> Powtórzenie.

A może, zamiast ostygać, korki stygły?

 

w które wty­kał że­la­zne pręty gru­bo­ści ga­łą­zek. –> Nic mi to nie mówi, albowiem gałązki mają przeróżną grubość.

 

na złotą maskę.Gdy do­tar­li­śmy… –> Brak spacji po kropce.

 

Gdy do­tar­li­śmy pierw­szych stop­ni tronu… –> Chyba miało być: Gdy do­tar­li­śmy do pierw­szych stop­ni tronu

 

Zsu­ną­łem je­dwab­ną tka­ni­nę z pu­deł­ka, po czym ostroż­nie i po­wol­nie unio­słem kwa­dra­to­we wieko. –> Wcześniej o tymże pudełku napisałeś: Trzy­ma­łem w dło­niach po­dłuż­ną szka­tu­łę… –> W jaki sposób podłużna szkatuła mogła mieć kwadratowe wieko?

 

Z środ­ka wy­cią­gną­łem… –> Ze środ­ka wy­cią­gną­łem

 

Sza­chin­szach za­po­wie­dział ko­lej­ną au­dien­cje za ty­dzień, w znacz­nie mniej­szym gro­nie, gdzie chciał omó­wić szcze­gó­ły… –> Za tydzień, to określony czas, a gdzie, jest określeniem miejsca.

Proponuję: …w znacz­nie mniej­szym gro­nie, kiedy to będzie chciał omó­wić szcze­gó­ły

 

18 Mor­dad, siód­my roku pa­no­wa­nia Da­riu­sza –> Literówka.

 

Do tej pory myślę o licz­bach za­bi­tych bun­tow­ni­ków… –> Do tej pory myślę o liczbie za­bi­tych bun­tow­ni­ków

 

Stań obok pro­szę, bądź pierw­szym świad­kiem cudu, ja­kie­go do­ko­nam. –> Stań obok pro­szę, bądź pierw­szym świad­kiem cudu, którego do­ko­nam.

 

Zwój na­brał po­ma­rań­czo­wo-żół­tej barwy… –> Zwój na­brał po­ma­rań­czo­wożół­tej barwy

 

6 Aban, siód­my roku pa­no­wa­nia Da­riu­sza –> Literówka.

 

Ro­bot­ni­cy kie­ro­wa­li stru­mień świa­tła za po­mo­cą zwi­nię­tych w rulon mie­dzia­nym pły­tom. –> …za po­mo­cą zwi­nię­tych w rulon mie­dzia­nych pły­t.

 

lampy do­cie­ra­ły nawet do da­le­kie­go La­cium. –> …lampy do­cie­ra­ły nawet do da­le­kie­go La­cjum.

 

20 Aban, siód­my roku pa­no­wa­nia Da­riu­sza –> Literówka.

 

Kajał się przed sza­chem, ka­pła­na­tem i dwo­rem… –> Kajał się przed sza­chem, ka­pła­na­mi i dwo­rem

Nie znam pojęcia kapłanat, nie znalazłam go też w słownikach.

 

17 Asar, siód­my roku pa­no­wa­nia Da­riu­sza –> Literówka.

 

szcze­gól­nie po jego ofi­cjal­nych i pu­blicz­nych kry­ty­kach ruchu od­szcze­pień­ców i na­wo­ły­wa­nia do po­ko­ju. –> …na­wo­ły­wa­niu do po­ko­ju.

 

…nie­wy­god­ne osoby po­zby­wa się ci­chym ostrzem w mroku nocy. –> …nie­wy­god­nych osób po­zby­wa się ci­chym ostrzem w mroku nocy. Lub: …nie­wy­god­ne osoby po­zbawia się życia ci­chym ostrzem w mroku nocy.

 

przy­siadł na po­dusz­kach u stóp tronu ze sple­cio­ny­mi sto­pa­mi. –> Brzmi to fatalnie.

W jaki sposób spleciono stopy tronu?

 

strasz­li­we ob­li­cze zło­tej maski nie­zau­wa­żal­nym ru­chem praw­do­po­dob­nie wy­da­ło na nas wyrok ci­chej śmier­ci. Mistrz Far­szid rów­nież do­strzegł ten pra­wie nie­zau­wa­żal­ny ruch… –> Czy to celowe powtórzenie.

 

Im ja­śniej­szym i wyż­szym świecz­ni­kiem je­steś… –> Na im wyż­szym i jaśniej płonącym świecz­ni­ku je­steś

Powiedzenie mówi o byciu na świeczniku, nie byciu świecznikiem.

 

lampy, która mi­go­ta­ła w cuch­ną­cych ciem­no­ściach… –> Czy na pewno ciemności cuchnęły? Czy gdyby było jasno, przestałoby śmierdzieć?

 

Zmie­rza­li na pół­no­cy wschód, rów­no­le­gle do wy­brze­ża Za­to­ki. –> Dlaczego wielka litera?

 

Ogni­ki po­chod­ni prze­my­ka­ły pręd­ko, mi­ja­jąc się i prze­ci­na­jąc… –> W jaki sposób przecinają się ogniki pochodni?

 

Far­szid i Azadi mi­ja­li do­go­ry­wa­ją­cych ludzi. Pew­ne­go razu, gdy mi­ja­li po­bo­jo­wi­sko… –> Powtórzenie.

 

uj­rze­li ko­lej­ny dra­mat, jaki mu­siał ode­grać się… –> …uj­rze­li ko­lej­ny dra­mat, jaki mu­siał roze­grać się

 

Far­szid padł na ko­la­na, wi­dząc z wzgó­rza… –> Far­szid padł na ko­la­na, wi­dząc ze wzgó­rza

 

a nie­któ­re z ścian do­mostw pękły… –> …a nie­któ­re ze ścian do­mostw pękły

 

swąd spa­lo­nych ciał na­tar­czy­wie ob­le­piał po­wie­trze wokół nich. –> Obawiam się, że powietrza niczym nie można oblepić.

 

Stali w ciszy, spo­glą­da­jąc w mrok gwiazd. –> Kiedy widać mrok gwiazd?

 

Umie­ścił gal­wa­ni­za­tor w dziu­rze, jaką wy­ko­pał. –> Umie­ścił gal­wa­ni­za­tor w dziu­rze, którą wy­ko­pał. Lub: Umieścił galwanizator w wykopanej dziurze.

 

a na­stęp­nie oboje od­wró­ci­li się… –> Piszesz o dwóch mężczyznach, więc: …a na­stęp­nie obaj od­wró­ci­li się

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Ostat­nie łzy mi­strza zro­si­ły drze­wiec strza­ły… –> Ostat­nie łzy mi­strza zro­si­ły drze­wce strza­ły

 

leżał ni­czym nie wy­róż­nia­ją­cy się dzban. –> …leżał ni­czym niewy­róż­nia­ją­cy się dzban.

 

Wil­helm zbli­żył się do dzba­nu… –> Wil­helm zbli­żył się do dzba­na

 

od­na­leź­li­śmy jesz­cze zwło­ki dwój­ki męż­czyzn. –> …od­na­leź­li­śmy jesz­cze zwło­ki dwóch męż­czyzn.

 

Oh. Cie­ka­we, czy Ci dwaj nie­szczę­śni­cy… –> Och! Cie­ka­we, czy ci dwaj nie­szczę­śni­cy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest jakiś pomysł, żeby postęp przyniósł wszystkim jedynie płacz i zgrzytanie zębów. Podobał mi się. Ale został skrzywdzony wykonaniem.

Dlaczego błędy wytknięte przez Reg jeszcze nie są poprawione?

Literówki, interpunkcja kuleje, zapis dialogów do remontu, czasami gramatyka się rozjeżdża…

Tyssafernes i Dariusz, których oblicza nie wyrażały niczego poza stoickim spokojem.

Stoicy są późniejsi niż Dariusz.

a następnie oboje odwrócili się ku Hudhjat Rabua.

Oboje to para mieszana. Dwóch facetów to obaj.

Otaczali stół na którym leżał niczym nie wyróżniający się dzban. Klasyczny przykład ceramiki staroperskiej. Wyprostował się, splótł ręce za plecami i czekał na relacje pracowników.

Co jest podmiotem w ostatnim zdaniu i dlaczego dzban?

– Oh.

To po angielsku.

Babska logika rządzi!

Z jednej strony, tragedia perskiego uczonego nie pozostawiła mnie obojętnym, było coś intrygującego w symbolice ognia i światła, którą się posłużyłeś. Z początku, z dozą sceptycyzmu, obawiałem się, że nie będzie tu żadnej ciekawej opowieści, a tylko gdybanie – co jeśliby starożytni Persowie wynaleźli ten czy inny wynalazek. Przedmówczynie zauważyły, że pomysł jednak był, że niósł z sobą przesłanie.

Z drugiej strony, tekst nie był idealny warsztatowo (patrz uwagi wyżej). Brakowało mi też trochę spójności w przedstawionym świecie, niektóre anachronizmy wydawały się przypadkowe (kawa), niektóre przewijały się przez moment (sterowce), jakby bez większej refleksji.

To moja interpretacja, ale ostatnia scena wywarła na mnie wrażenie, że w porównaniu z naszą prawdziwą historią, ostatecznie niewiele się u Ciebie zmieniło, pomimo niebywałego rozwoju starożytnej Persji w przedstawionym świecie. Europejczycy prowadzą wykopaliska i zadziwia ich odkryty poziom rozwoju. Historia zna sporo zapomnianych wynalazków, niemniej dominacja Starego Świata nad resztą planety wynika z przenikania się dorobku tutejszych cywilizacji ułatwionego warunkami geograficznymi (a przynajmniej tak utrzymywał Jared Diamond ;) ). Szkoda, że nie spróbowałeś bardziej zaskoczyć czytelników tożsamością prowadzących wykopaliska, oddając je w znajome ręce Wilhelma i Helmuta.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Namaste, dziękuję za wszelkie uwagi :) niestety nie miałem fizycznie czasu na ich naniesienie, ale jutro spróbuję dokonać przełomu.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No kurcze, jest tu całkiem niezły pomysł (a nawet kilka), ale przydałaby się porządna beta.

Nie podoba mi się rozbicie tekstu na trzy narracje! W tak krótkim tekście – po co? Widać, że risercz zrobiłeś porządny, ale czasem coś ci się rozjeżdża, wrzucasz anachronizmy. No i technicznie do gruntownej poprawy.

Kilka uwag (choć nie wszystkie, bo za dużo by tego było):

– “atramentowo czarne” – to już wiesz;

– “zdumiewał się nad istotą Ognia” – mozna zdumiewać się “nad”? zdumiewał się czym raczej;

– “wszystko czego się dotkną” – po co to “się”?;

– “rozbrzmiały słowa psalmu” – o właśnie, anachronizm

– “Nienawistny Ahriman” – czemu taka pisownia? przyjęła się już chyba pisownia “Aryman”;

– “Sięgnął po pochodnie, leżącą” – brak ogonka;

– “Zamyślone spojrzenie” – spojrzenie może być zamyślone?;

– “Mag starannie ułożył gliniane naczynia na stole, w których znajdowały się alchemiczne roztwory” – kolejność nie bardzo;

– “pod wrażeniem działania galwanizatora” – znowu anachronizm: słowo galwanizator powstało od nazwiska Luigi Galvaniego, a ten urodzi się dopiero za jakieś dwa tysiące lat;

– “spoglądali spod byka” – brrr, co za paskudny kolokwializm;

– “zwiniętych w rulon miedzianym płytom” – skoro “zwiniętych”, to i “miedzianych płyt”;

– “szachem, kapłanatem i dworem” – kapłanat? wiem, co masz na myśli – kler, ale słowa kapłanat chyba nie ma;

– “niewygodne osoby pozbywa się” – niewygodnych osób;

– “do kratowanej śluzy” – okratowanej;

– “żołnierzy, jak i zwykłych ludzi” – a żołnierze są tacy niezwykli?; coś w stylu “cywilów” (też anachronizm) pewnie chciałeś powiedzieć;

– “pękły i runęły pod wpływem temperatury” – kolejny anachronizm: temperatura;

– “zrosiły drzewiec strzały” – drzewce;

– “odnaleźliśmy jeszcze zwłoki dwójki mężczyzn” – zwłoki po 2 tys. lat? jakieś szczątki raczej.

 

Zaraz cię też ktoś upomni, że źródła prądu przez ciebie opisane nie mają dość mocy do zasilania żarówek, a żarówek nie da się wyprodukować bez uzyskania próżni i metali ziem rzadkich.

Opowiadanie obiecujące, ale do generalnego remontu. 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Zajrzałam, przeczytałam.

Pomysł z czystością ognia, brudnym dymem i światłem bardzo fajny, tak samo fałszowanie złota miało potencjał, tylko został on zabity wykonaniem – pomijając nielogiczności – zwłoki dwóch mężczyzn po takim czasie? i coś tam geografia siadła, bo ten balkon musiałby być zaraz przy polach uprawnych?

Nie bardzo rozumiem też, dlaczego połowa tekstu jest napisana z perspektywy ucznia – czemu miał służyć ten zabieg? Bo wygląda jak próba wrzucenia streszczenia wydarzeń, zamiast pełnoprawnego opisu akcji – przez tę powierzchowność pogubiłam się trochę w polityce.

Nadużywasz też wielokropka i – jak dla mnie – zbyt patetyczny ten język.

I would prefer not to.

Przeczytałem. 

Przeczytałem.

Ech, lubię starożytną Persję, więc spodziewałam się fajnej lektury. Niestety dość się rozczarowałam, bo tekst jest przegadany, a akcji w nim niewiele. Miałeś pomysł, coś tam poczytałeś, choć anachronizmów się nie ustrzegłeś. (A z historycznego punktu widzenia: gdzie podziała się Macedonia Filipa II i Aleksandra Wielkiego?) Zapowiadało się na początku całkiem nieźle, ale potem rozlazło się fabularnie i miałam wrażenie, że tak sobie brnę za bohaterami, ale ani mnie oni ziębią, ani grzeją (choć mieliby potencjał na ciekawe postacie) i ogólnie jest niemrawo. A szkoda, bo realia nietypowe i ciekawe.

 

Nie poddawaj się, pisz, ale postaraj się tchnąć więcej ducha w postacie i fabułę.

 

Wykonanie też takie sobie. Tragedii nie ma, ale baboli i babolków sporo.

 

Gwiaździsta noc nad Ekbataną rozpostarła swoje atramentowoczarne skrzydła.

Zaimek zbędny.

 

szachinszacha

Po staropersku to brzmi inaczej i warto by to uwzględnić.

słowa psalmu

Teoretycznie psalm może mieć szerokie znaczenie, ale nie używa się tego określenia poza kontekstem biblijnym

Ponad sto lat[-,] od upadku Hellenów pod Maratonem

szacha–

Brak spacji przed półpauzą

 

toteż w oczekiwaniu na zakończenie przygotowań do drogi powrotnej[-,] Dariusz III obrócił się

 

W dialogach po półpauzach (nie myślnikach) powinna być spacja.

 

Azadi, chciałbym Ci powierzyć istotne zadanie

Brak kropki na końcu zdania

 

jak na barbarzyńskiego Hellena

Tu jest drobny problem słownikowi. Owszem, dziś używamy słowa “barbarzyński” w bardzo szerokim znaczeniu i w oderwaniu od jego pierwotnego kontekstu, ale kiedy piszesz tekst osadzony w takim świecie, jak masz w tym opowiadaniu, to jest to niezamierzenie zabawne. W tym świecie bowiem “barbaroi” to są Persowie, jako że jest to greckie słowo. Zastąpiłabym czymś neutralnym, jak np. “nieokrzesany”.

 

niesamowitym intelektem

To mi z kolei zbyt nowocześnie brzmi, aczkolwiek samo słowo jest chyba klasyczne. Ale łacińskie. I znam je z przekładów łacińskich Arystotelesa głównie ;)

 

kartę pergaminu

Pergamin jest wynalazkiem hellenistycznym, a tu, jak rozumiem Dariusz III jest tym Dariuszem III, z czasów Aleksandra Wielkiego. Ergo pytanie, czy nazywałby się pergaminem. A poza tym w starożytności nie było jeszcze kart pergaminu, co najwyżej małe “karteczki”. Nie wykluczam, że zważywszy postęp technologiczny, wynaleziono podobną metodę wyprawiania skóry i pisania na niej, czepiam się szczegółów.

 

Sziraz – to jest nazwa nowoperska, aczkolwiek dość bliska staroperskiej (+– Sziraisz) – używałabym jakiejś transkrypcji właśnie nazwy starej

 

W warsztacie panowała napięta atmosfera, jak gdyby stłoczyły się w niej ciekawskie duchy

Dziwnie to brzmi, bo jakkolwiek duchy gromadzą się w powietrzu, to jednak raczej w warsztacie, a nie w metaforycznie potraktowanej atmosferze

 

Mag – celowo? Magowie to kapłani perscy

 

Kapłanat – słowo utworzone poprawnie pod względem słowotwórczym, ale i tak dziwne

 

Marszałek Tyssafernes

Mam zawsze problem z taką nomenklaturą. Tak, W. Heckel zatytułował swoją książkę “Marshals of Alexander’s Empire”, ale po angielsku to słowo jest wieloznaczne, a nie oznacza tylko najwyższego stopnia wojskowego i to w wybranych krajach. Po polsku brzmi niedobrze. Skądinąd raczej przyjęta jest forma Tissafernes, bo ani w greckim zapisie, ani w perskiej transliteracji nic nie uzasadnia “y”.

 

spojrzenia kierowane w stronę mego mistrza nie były niczym zaskakującym, chociaż nietaktem byłoby oskarżanie go wprost i przy całym dworze; szczególnie po jego oficjalnych i publicznych krytykach ruchu odszczepieńców i nawoływania do pokoju. Czułem, że grozi nam niebezpieczeństwo; niewygodne osoby pozbywa się cichym ostrzem w mroku nocy.

Spojrzałem na mego mistrza

Niefajne powtórzenie

 

Galwanizator

Ta nazwa pochodzi od osiemnastowiecznego uczonego Luigiego Galvaniego, w świecie, w którym Galvani się jeszcze długo nie narodzi, jeśli w ogóle, a język włoski jeszcze długo nie zaistnieje, powinieneś wymyślić inną nazwę dla podobnego wynalazku.

 

Mag dziękował sobie w duchu za swoją przezorność…

Paskudna zaimkoza. I lepiej “gratulował sobie w duchu”

 

Roztwór kwasowy musiał utracić swą siłę

Raczej nie cudzą.

 

Farszid padł na kolana, widząc z wzgórza[+,] jak jego rodzinna osada ginie w płomieniach.

człowieka złamanego własną pychą

Coś mi tu nie pasuje.

 

Umieścił galwanizator w dziurze, jaką wykopał

Bardzo brzydka składnia.

→ Wykopał dziurę i umieścił w niej [tu wymyśl nazwę na galwanizator]

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Muszę przyznać, że czytało mi się trudno. Na poziomie zdań piszesz przyzwoicie, ale w samej narracji było coś topornego. Zabrakło mi jakiegoś punktu odniesienia, czegoś, czego mógłbym się trzymać. Mam wrażenie, że całość jest mało „opowieściowa”, to raczej zbiór opisów.

Nie rozumiem, po co w środku tekstu znalazły się fragmenty dziennika. Wszelkie odstępstwa od konsekwencji powinny mieć swoje uzasadnienie, inaczej rodzi się nieprzyjemny dla czytelnika chaos.

Pomysł niezły, klimat też. Przydałaby się tylko jakaś bardziej przejrzysta fabuła. 

Bardzo intrygujące przedstawienie pewnego odkrycia i jego skutków dla społeczeństwa. Motyw wynalazku, który prowadzi cywilizację do upadku nie jest nowy, ale tutaj przedstawiasz go całkiem-całkiem. Postacie, wydarzenia, nawet odrobinę logika opowieści – wszystko podporządkowujesz fabule i jej przesłaniu. Niesie to niestety pewne straty dla postaci. Są one narzędziami popychającymi fabułę i żadna nie zapadła mi w pamięć. Jednak nie wywoływały tez antypatii, a to już wystarczy.

Światotwórstwo ciekawe, fajnie przedstawiasz Imperium Perskie. Niestety całość w tej materii psuje końcówka. Bo jak po podbiciu Greków przez Persów powstały Niemcy – nie mam pojęcia. Przecież zmieniając to wydarzenie historyczne praktycznie zmieniłeś całą naszą historię. Identycznie by było, gdyby to Kartagina podbiła Rzym. Tak więc niestety nie kupuję tej końcówki i nie dam się zwieść, że są to inne Niemcy, ale ta sama nazwa ;)

Podsumowując: koncert fajerwerków o wyraźnej fabule i przesłaniu – na tyle, że przesłania inne aspekty. Jest okej, ale bez wielkich emocji.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ciekawy pomysł na interpretację konkursowych założeń – przełom naukowy w świecie zdominowanym przez myślenie magiczne prowadzi do rewolucji religijnej a nie technologicznej. Dobre! Podobały mi się elementy manichejskiego dualizmu i to odwrócenie ról w układzie Persja/świat helleński, z tajemnym studiowaniem Demokryta. Szkoda, że nie widać bezpośredniej łączności między jego tezami a samym odkryciem Farszida.

Kompozycyjnie zgrzyta środkowa część z nieuzasadnioną zmianą POV-a i sposobu narracji. Wygląda to, jakby w pewnym momencie autor znudził się tworzeniem fabuły dla kolejnych scen, a chciał jednak popchnąć historię do przodu.

Technicznie najbardziej rzucają się w oczy błędy składniowe:

Robotnicy kierowali strumień światła za pomocą zwiniętych w rulon miedzianym płytom

niewygodne osoby pozbywa się cichym ostrzem

Co do logiki historii, najbardziej dziwi mnie, że po tak w końcu rozpowszechnionym wynalazku pozostał do naszych czasów tylko jeden egzemplarz.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Przyznaję, że czytało mi się ciężko i przez tekst raczej brnęłam niż leciałam. Sporo ustetrek (dlaczego wciąż nie poprawione?), zmienna narracja, przegadanie. Gdzieś w tym wszystkim utonął nie taki zły pomysł. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka