- Opowiadanie: Morgoth - Perła Północy

Perła Północy

Chciałbym wam zaprezentować moje pierwsze opowiadanie na Nowej Fantastyce, przygotowane na “Retrowizje” i osadzone w średniowieczu. Najkrócej mówiąc: intrygi, miecze, trochę alchemii, architektury, handlu i polityki. Życzę miłej lektury, mam nadzieję, że się wam spodoba. 

Całusy

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Staruch, zygfryd89, cobold, NoWhereMan

Oceny

Perła Północy

Magdeburg cuchnął, ale w gabinecie pachniało winem i książkami.

Burgrabia miał sporo wydrukowanych traktatów o alchemii. Markwart miał okazję przewertować Kanon medycynyDaniszname Awicenny, przejechać palcem po grzbiecie Regimen sanitatis ad regem Aragonum Arnolda de Villanovy czy przyjrzeć się ilustracjom załączonym do prawdziwych białych kruków: dzieł Gebera o kwasie siarkowym i azotowym.

– Niewiele się zmieniłeś, alchemiku – odezwał się ktoś za plecami uczonego.

Markwart odwrócił się i ukłonił. O dziwo Wigbert, burgrabia Magdeburga, odwdzięczył się tym samym.

Usiedli przy biurku, przez chwilę mierzyli się spojrzeniami.

Wigbert prezentował się sympatycznie. Był otyły, ale sprawiał wrażenie silnego. Podstarzały, ale w jego oczach kryła się pewna iskierka młodości. Gesty miał władcze, ale nie przemawiał z wyższością. Pomimo zatargów z przeszłości, Markwart poczuł pewną nić porozumienia.

– Wiele się zmieniło, odkąd byłeś tu ostatnio, co? – zarechotał burgrabia. – Dwadzieścia lat, alchemiku. Dwadzieścia długich wiosen. Stęskniłeś się?

– Wygnano mnie – odparł uprzejmie Markwart, drapiąc się po poparzonej prawej dłoni. – Arcybiskup Eryk mnie wyklął…

– Aj, tam! – Wigbert machnął ręką. – Arcybiskup Eryk, arcybiskup Eryk! Niech mu ziemia lekką będzie, ale do gadania to on już za wiele nie ma. A obecny arcybiskup, Burchard ze Schraplau, ma do ciebie sporo sympatii.

– I zadanie do wykonania, jak zgaduję – wtrącił Markwart.

– Zapomniałem już jaki jesteś śmiały – mruknął burgrabia. – Ale nie będziemy tak o suchym pysku. Służba, wina!

Do gabinetu szybkim krokiem weszła niewolnica. Mulatka, ubrana w niebieską suknię przyciągała wzrok. Ale nie Markwarta. Jedynym co przyciągało wzrok Markwarta były retorty, alembiki i alchemiczne traktaty.

Niewolnica nalała im trunku do kryształowych kielichów i odeszła, kołysząc biodrami. Wigbert śledził ją wzrokiem.

– Takie to luksusy – zaczął, gdy zamknęła drzwi – mamy w naszym uroczym mieście. Córka Murzyna z mojej plantacji i jednej ze służek. Sprowadzona z San Salvadoru. Piękna wyspa pełna pięknych kobiet.

Burgrabia upił łyk wina i westchnął. Markwart też się napił. Magdeburskie wino tworzone według tajemnej magdeburskiej receptury było niemal tak pyszne i słynne, co magdeburskie piwo. 

– Będę z tobą szczery, alchemiku – powiedział Wigbert – bo zależy mi na twoim losie. Nikt cię tu specjalnie nie lubi. Większość jest co prawda obojętna, ale są też tacy, co chętnie zobaczyliby twoją głowę na palu. W tym lokalny kler, z wyjątkiem miłościwego Burcharda. Twój fach kojarzy się z magią, a ta jest niemile widziana. Są jednak dwie rzeczy, które ratują ci życie. Zgadniesz jakie?

– Cechą mądrych jest milczenie, gdy brak mądrości – odparł Markwart. – Oświeć mnie.

– Masz renomę – rzekł Wigbert. – To raz. A dwa… Magdeburg jest napędzany przez postęp. A postępem, ku kościelnemu ubolewaniu, jesteście wy: cholerni alchemicy, pieprzeni architekci, zasrani wynalazcy i śmierdzący gnojem wywrotowcy.

Wigbert zaśmiał się i trzasnął dłonią w blat biurka. Zaraz jednak spoważniał, bo usta Markwarta nawet nie drgnęły.

– Psiakrew, aleś ty drętwy – mruknął wielmoża.

Potem wstał i zbliżył się do okna. Markwart poszedł w jego ślady.

– Widzisz to miasto? – spytał Wigbert. – Widzisz Perłę Północy? Piękna, prawda? I bogata. Wytłumaczyłem ci już czemu. My, magdeburczycy, potrafimy powiedzieć „tak”, gdy inni mówią „nie”. „Tak” mówimy alchemikom, gdy warzą w piwnicach jakieś cholerne trucizny, w naszym mieście nie ma więc zarazy. „Tak” mówimy zegarmistrzom, dzięki czemu na wieży ratusza elegancko cyka sobie mechanizm najdokładniejszego zegara na świecie. „Tak” powiedzieliśmy słynnemu Christopherowi Salvado, gdy przywlókł się do nas, opluty przez Hiszpanów. Dzięki niemu mamy kolonie na Nowym Kontynencie i w Indiach, a stamtąd przyprawy, niewolników, sukna i pyszne trunki. – Urwał na chwilę. – „Tak” powiedzieliśmy drukarzowi Jeanowi Bonmontagne, gdy się tu przypałętał, mamy więc druk i setki książek w niskiej cenie. „Tak” powiedzieliśmy wiele razy. Jednocześnie, rzecz jasna, nasz postępowy arcybiskup wie, kiedy odpowiedzieć „nie”. I to całkiem dosadnie.

– Marold Lither. – Markwart uśmiechnął się ponuro.

– Aj, tak! – Brzuszysko Wigberta zadrżało, gdy się zaśmiał. – Przypałętał się do nas, mnich niedorobiony. „Wziąć kościołowi majątek! Wziąć mu wszystko!”, tak się darł. Trzymał te swoje osrane tezy, wymachiwał nimi, próbował nawet przybić do drzwi Katedry. Jego Ekscelencja kazał mu te świstki podpalić i płonące wsadzić w dupę, a na koniec uciąć łeb. Ależ było widowisko, ależ się darł!

Na chwilę zapadła cisza.

– Jest też katedra – podjął Wigbert, wskazując szkielet budowli górującej nad miastem. – Betonowa, wzmocniona stalowymi prętami, wysoka na niemal sto siedemdziesiąt metrów o kopule z ośmiokątnych pierścieni szerszej niż ta w rzymskim Panteonie. Piękna i chwaląca Boga. Na jej szczycie zawiesimy spiżowy, największy w Europie dzwon. A to wszystko dzięki odkryciu rzymskich przepisów i wynalazków oraz odrobinie dobrej woli. Rok 1316 przejdzie do historii. Ale czy dostrzegasz co łączy to wszystko?

– Pieniądz.

– Mądrze. I niecelnie. Złoto jest nam potrzebne, lecz już je mamy. Dobiliśmy się do morza, handel się rozwija… Ważny jest prestiż. Ważna jest potęga i chwała. Ważna jest siła. Co pomyślą sobie nasi wrogowie, gdy dowiedzą się, że można nas bezkarnie mordować na ucztach i festynach? Pomyślą, że jesteśmy jak wspomniany Marold Lither. A to bardzo źle.

Markwart zmarszczył brwi.

– Dobrze rozumiem? – odezwał się. – Ktoś próbuje zabić burgrabiego Magdeburga?

– Nie. I nie. Gorzej. Nie ktoś, a twój dobry znajomy. Nie mnie, a Ellę Gievitz, córkę najważniejszego magdeburskiego szlachcica i doradcy samego arcybiskupa.

– Ale… kto? Jaki znajomy? I dlaczego chce mordować jakąś kobietę…

– Nie kobietę, alchemiku. Trzynastoletnią dziewczynkę. Dziewczynkę, która tej nocy stanie się narzeczoną kuzyna księcia Brandenburgii i dopełni sojuszu między dwiema niemieckimi potęgami. Znasz zabójcę, jest bardzo słynny. Byliście razem na X krucjacie, razem zdobywaliście saraceńskie zamki. – Wigbert urwał na chwilę, spojrzał Markwartowi w oczy. – Słuch po nim zaginął, nikt nie wie jak wygląda, nikt nie wie kim teraz jest. Pewność mamy tylko do jego słynnych dokonań i że jest w mieście by zabić Ellę. Sam dał nam znaki. Domyśliłeś się już kogo mam na myśli?

Markwart się domyślił.

– Pamiętasz go, służyłeś z nim wiele lat – rzekł Wigbert. – Być może jesteś jedyną osobą w całym cesarstwie, która jest w stanie go rozpoznać. Musisz nam pomóc, musisz uratować ten sojusz. A jeśli nie sojusz to chociaż tamto dziecko. Zbyt wiele niewinnej krwi się już przelało.

– Jak myślisz… – spytał Markwart. – Kiedy uderzy?

– Najpewniej na uczcie z okazji urodzin arcybiskupa. Jutro. Miasto wrze, panuje chaos, łatwo się dostać, gdzie trzeba, zrobić co trzeba. I wywołać panikę. A odwołać uroczystości nie możemy, to też byłby znak słabości. Jesteś naszą ostatnią nadzieją, Markwarcie. Jej nadzieją.

Markwart z Hildesheim milczał.

 

***

 

– To jak to było z tą krucjatą, co? – Kapitan Filtch pogładził swojego imponującego wąsa, splunął za okno. – Co się stało z zabójcą?

– Zniknął – odparł Markwart, zamykając okiennice. – W tamtych czasach niejeden tak skończył.

Stali w kącie olbrzymiej sali biesiadnej. Między długimi ławami krzątali się służący, rozkładając obrusy, a pachołkowie wieszali proporce z herbami najważniejszych przybyłych. Wszyscy pracowali i wszyscy opieprzali się nawzajem. Atmosfera była nieco napięta, ale w gruncie rzeczy przyjemna.

– Jesteś coś małomówny – stwierdził Filtch. – I zamknąłeś okno, więc nie mam, gdzie spluwać.

– To nie pluj.

– Gdyby to było takie proste… Ale powiedz.

– Co? Co mam powiedzieć? – Markwart zapatrzył się w półmisek owoców, które jedna ze służek kładła na blacie.

– No, jak to co? – obruszył się Filtch. – Jak to było z krucjatą? O Markwarcie z Hildesheim krążą legendy. Alchemik, uczeń arabskiej szkoły, a jednocześnie pogromca saracenów i wygnaniec, przeklęty za czasów starego Eryka. Jesteś całkiem słynny.

– Niesłusznie. – Markwart podszedł do stołu, wziął sobie jabłko. – Nie zrobiłem nic specjalnego.

– Jasne. Legendy nie opowiadają o chłopach, którzy orzą pole albo o takich pijanych prostakach jak ja. One opiewają bohaterów.

– Nie tym razem.

Markwart ugryzł jabłko, spojrzał na Filtcha. Kapitan osobistej straży Wigberta miał dopilnować bezpieczeństwa na uczcie i pomagać alchemikowi w pojmaniu zabójcy. Był to nieco podstarzały, ale dobrze zbudowany żołnierz z ciężkim mieczem u pasa.

Kapitan splunął do półmiska z owocami.

– Może się któryś z tych szlacheckich fircyków udławi – mruknął.

– Ciekawe zwyczaje macie w tym Magdeburgu.

– Szlacheckie – zadrwił Filtch. – Nie widać, żem ślachcic? Hę?

– Nie. Nie widać. Powiedz mi lepiej, skąd wiecie, że wasz zabójca będzie dziś mordował? I skąd w ogóle wiecie, że będzie? Wigbert wspominał coś o ostrzeżeniach, ale nie miał czasu wyjaśnić.

– Wysłał nam kilka znaków, skurwiel – odparł Filtch. – I to nielichych.

Ruszyli wzdłuż sali.

– Była zakrwawiona głowa świni blisko sypialni dziewczynki – wyliczał kapitan – potem palec stajennego, który zaginął kilka dni wcześniej. Stajenny, w sensie. Nie palec. Na koniec były nawet napisy na ścianach, groźby. Napisane krwią, rzecz jasna. I podpisane.

– Edgar nigdy nie miał słabości do dramaturgii – mruknął Markwart.

– Edgar. Ładne imię. Dobrze, że powoli idziemy w kierunku konkretów. Opowiedz coś o nim. Jak wygląda, jakieś zwyczaje…

Wyszli na krużganek otaczający dziedziniec. W dole krzątała się służba, gońcy nieśli wiadomości, dzieci pluskały się w fontannie pod opieką matek.

– Jak wygląda, nie wiem – powiedział Markwart, drapiąc się po poparzonej dłoni. – Wiem tylko, że gdy ostatni raz go widziałem był niski, nosił gęstą, czarną brodę, ubierał się po żołniersku, oczy miał niebieskie, a na nadgarstku bliznę. Taką w kształcie klucza.

– Hm, czyli nic, czego nie dałoby się skutecznie ukryć albo usunąć.

– Właśnie. Dlatego nie wiem, czy będę zbyt przydatny. – Markwart przystanął, oparł się o murek. – Chyba, że się nie zamaskuje. Przecież nie wie, że tu jestem. Ale i tak prędzej będę przeszkadzał i zrobię sobie wstyd przez waszymi „możnymi”.

Filtch splunął w dół, jakieś dziecko zajęczało.

– Bełkot – mruknął, wycierając podbródek. – Też nie lubię możnych, uczt i misji, a żyję. Może cię to pocieszy, ale po dzisiejszym wieczorze masz szansę być wielkim bohaterem. Takim prawdziwym. Godnym tych wszystkich legend.

– Albo wielkim winnym. I to martwi mnie najbardziej.

– Wigbert jest surowy – rzekł ostrożnie Filtch – ale sprawiedliwy. Nie obarczy cię winą za…

– Znam możnych, kapitanie. Znam ich bardzo dobrze. Dwadzieścia lat temu też nie zawiniłem. Nie przeszkadzało to arcybiskupowi Erykowi potraktować mnie jak śmiecia.

Przez chwilę milczeli. W końcu Filtch splunął jakieś damie prosto we włosy i wrócili do sali biesiadnej.

 

***

 

Wieczór zbliżał się nieubłaganie. Do zamku zjechała się już większość gości, otworzono pierwsze beczki z piwem i winem, zjedzono pierwsze prosiaki i kuropatwy. Za murami burgu trwał już w najlepsze miejski festyn, ludzie bawili się na ulicach, pili i tańczyli. Nawet w najwyższych wieżach zamkowych było słychać ich radość i śpiewy.

Przygotowania dobiegły końca także w twierdzy. Jedzenie stało na stołach, proporce zwisały ze ścian, służba przynosiła wino, minstrelowie nastroili lutnie, a tańczący niedźwiedź niecierpliwił się w klatce niemal tak bardzo jak szlachta, kler i co ważniejsi mieszczanie, którzy stopniowo napływali ze swoich kwater, domów i kamienic.

Markwart i Filtch stali przy tym samym oknie co po południu i obserwowali.

– Całkiem spora gromadka całkiem bogatych ludzi – mruknął kapitan, upijając wina z manierki. – Chcesz?

Markwart zawahał się, ale przyjął.

– Mocne – syknął. – Ile tego wypiłeś? Już chyba trzecią. Do rana będziesz jak…

– Rano będę jak nowo narodzony – zaśmiał się Filtch. – Ty chyba nigdy nie piłeś z żołnierzami, alchemiku. Gdyby tamten gigant – wskazał jednego z biesiadników, wielkoluda wysokiego na sześć stóp i szerokiego na dodatkowe dwie – poszedł ze mną w pijackie szranki, rzygałby nim ja poczułbym zawroty głowy.

Markwart parsknął, a potem przymknął okno, bo zawiało.

– Nie wypada już pluć, co? – spytał Filtch.

– Tamta dama, na którą…

– Tak, tak. Nie wydawała się zadowolona, wiem. Ale świat bywa brutalny. Raz bawisz się w fontannie i szorujesz sobie dupę w kiblu jedwabnymi chusteczkami, a chwilę potem charczy na ciebie zapijaczony kapitan straży lokalnego burgrabiego. Chodź lepiej na górę, stamtąd lepszy widok. Muszę ci też wyjaśnić parę spraw.

Przepchnęli się przez ścisk i weszli krętymi schodami na chór. Śpiewacy i grajkowie byli już gotowi do występów; ich dłonie pewne, instrumenty nastrojone, gardła przepite.

Markwart oparł się o balustradę, spojrzał w dół. Osiem ław ustawionych wzdłuż ścian, a na końcu jedna, najdłuższa, ciągnąca się w poprzek sali, przy której zasiąść mieli najważniejsi z najważniejszych, w tym sam arcybiskup. Na oko jakichś pięciuset jedzących, pijących, a po pijaku ganiających dziewki służebne ludzi, spośród których każdy mógł być potencjalnym zabójcą. A on, prosty alchemik po czterdziestce wraz z dwudziestoma trzema strażnikami uzbrojonymi w halabardy i tarcze, miał go wypatrzeć, powstrzymać i najlepiej zabić.

Nic prostszego.

– Ella usiądzie tam. – Filtch wskazał na kraniec głównego stołu. – Obok jej przyszły małżonek, Henryk Brandenburski. Specjalnie ustawiliśmy ich koło wejścia do wieży. Jak zrobi się gorąco, uciekną na górę. A jeśli chodzi o nas, to czterech ludzi stoi przy wejściu i szuka podejrzanych zgodnych z twoim rysopisem. Kolejnych dziesięciu wzdłuż ściany, pięciu przy arcybiskupie i trzech przy Elli. Oprócz tego ponad setka w całej reszcie twierdzy i dwa tysiące na ulicach miasta. Jesteśmy gotowi. Wystarczy tylko…

– Że go wypatrzę, wiem. – Markwart przełknął ślinę. – Daj mi jeszcze tego wina…

Napił się, poczuł ciepło w brzuchu.

– Tak w ogóle, to jestem trochę… – zawahał się.

– Niewyjściowy? – podsunął Filtch. – Jesteś alchemikiem, od was nikt nie oczekuje elegancji. Nikt się nie dziwi, że jesteście nieogoleni, nikt się nie dziwi, że nie umiecie jeść nożem i widelcem. Ale szaty przynajmniej masz świeże. A poza tym nikt nie będzie miał obiekcji do alchemika samego burgrabiego.

Markwart uniósł brwi.

– Co proszę? Alchemik burgrabiego? No, no… Nieźle mnie ustawiliście.

– A wraz z awansem przyjdzie pensja.

– Albo szubienica. Zależy od rezultatu misji i humorku miłościwego arcybiskupa.

– Nie myśl o tym. Myśl lepiej o tych litrach piwa, które na ciebie czekają, o kobietach, które cię pragną i pieczonych dzikach rozpływających się w twoich ustach. A, i gulnij sobie winka. Ja tak robię dzień w dzień i mniej pluję. A uwierz, że mam cholerną ochotę… Swoją drogą, kto siedzi pod nami…

– Wcześniej – przerwał Markwart – chciałeś wiedzieć, jak to było z Edgarem. To nie jest ciekawa historia. Ciekawe życie, nieciekawy koniec.

– Koniec?

– Dotychczas… Dotychczas myślałem, że koniec. – Markwart zbierał myśli. – Byliśmy dobrymi przyjaciółmi, ja i on. Dwaj prości żołnierze o skomplikowanych ambicjach na służbie u tego samego władyki. Podróżowaliśmy razem, jedliśmy razem. Razem mordowaliśmy. To zbliża ludzi. W końcu dotarliśmy do Krak des Chavaliers.

– O proszę. Słynna „Twierdza Rycerzy”.

– A dawniej Kurdów. Podstępem dostaliśmy się do środka, wybiliśmy załogę w pień. Rządziliśmy. Ale było trochę nieprzychylności. Podjazdy wroga, ciągłe potyczki. Raz zostaliśmy wysłani na zwiad i wpadliśmy w pułapkę. – Głos Markwarta stał się beznamiętny. – Walczyliśmy dzielnie, ale nie mieliśmy szans. Gdy zostało nas może z pięciu, otoczyli Edgara, a ja zwiałem. Biegłem jak tylko mogłem, a i tak dostałem trzy strzały, dwie w plecy, jedną w ramię. Ledwo doczołgałem się do zamku. Potem wstąpiłem do szkoły alchemicznej, zostałem Markwartem z Hildesheim, zasranym wywrotowcem. A ostatnie co zapamiętałem o Edgarze, to wieczory przy ognisku, rozmowy o wspólnej przyszłości… I jego twarzy, gdy zrozumiał, że go porzucam.

Markwart zamilkł, Filtch podsunął mu manierkę z winem. Alchemik pociągnął, tym razem nieco głębiej.

– Stare dzieje – westchnął. – Nie wiem, jak Edgar mógł przeżyć. Nie wiem, jak dostał się tutaj i dlaczego zaczął mordować małe dziewczynki.

– Stał się ponoć słynnym zabójcą we wschodniej Europie – rzekł Filtch. – Na Litwie, na Rusi. Kto wie, gdzie jeszcze. Pewnie niejedna mała dziewczynka padła pod jego nożem. Podpisał się nam na ścianie, ostrzegł nas. Rzucił wyzwanie. Nie możemy ustąpić.

Markwart pokiwał głową.

– Racja. Nie możemy.

Biesiada zaczęła się.

 

***

 

Jedzenia było w bród, a wina lało się tyle, że nawet tresowany niedźwiedź tańczył pijany. Nie dało się ukryć, że arcybiskup wiedział, jak obchodzić urodziny.

Markwarta posadzono blisko głównego stołu z całkiem przyjemnym towarzystwem. Naprawdę nie mógł narzekać.

– A ilu niewiernych pan ubił, panie Hildesheim? – pytała jedna z uroczych, blondwłosych córek baronowej Maltzan, ta głupsza. – I czym? Umierali długo? Niech pan powie, panie Hildesheim!

– Niech mi pan powie, mi! – Siedząca na prawo druga córka pochyliła się w stronę alchemika tak bardzo, że właściwie leżała mu na barku. – Mam nadzieję, że sprawił im pan piekło!

– Ja… – Markwart napił się szybko. Czuł na sobie spojrzenia, nie tylko dziewcząt, ale także ich matki i kilku najbliższych gości. – Ja… To nie było tak…

– Ilu, panie Markwarcie? Ilu? – Pierwsza córka też niemal na nim leżała.

Markwart zaczerwienił się.

– Wielu, moja droga – zaczął. – Bardzo… Bardzo wielu…

– Ilu?

Nie miał pojęcia czy sobie drwią. Ale jeśli tak, to proszę. Mogli przecież podrwić sobie razem.

– Osiemdziesięciu czterech – rzekł pewnym głosem.

Dziewczęta westchnęły, ich matka zmarszczyła brwi, siedzący dalej szlachcice zaśmiali się w głos. Alchemik zignorował ich.

– W pierwszej bitwie – dodał.

– Boże… – wyjęczała głupsza baronówna.

– Anelka, Boga w to nie mieszaj! – skarciła ją matka.

– A właśnie niech miesza! – zawołał Markwart, upijając jeszcze wina. – Niech miesza, ile wlezie! Bo wielkie to było dzieło Boże, wielki dar dla niego, ubić Saracena. A ja żem własnym mieczem ich pociachał, a niektórych gołymi rękoma… Chętnie opowiem… Ale najpierw bądź tak dobra, dziecko, i nalej mi jeszcze tego winka. O, tak, tego. Mmm… Wyśmienite, tak, tak. Na czym to ja? Ach, mordowanie Saracenów. Otóż…

 

***

 

Orkiestra grała głośno, podawano kolejne dania i trunki. Po trzeciej dolewce zaczęto śpiewać razem z orkiestrą, potem orkiestra padła pijana. Gdy podano pasztet i znów dolano wińska, pierwsi goście zaczęli bełkotać, kilku nawet wpadło pod stół albo zaczęło macać dziewki. Dobrze jak służebne, gorzej jak szlacheckie.

Markwart mówił, Markwart jadł, Markwart tulił się z córkami pijanej w sztok baronowej. Jedna dała mu buziaka, druga dała chwilę potem, a on tylko nalewał im i śmiał się głośno. Jednocześnie obserwował. Był dobrym aktorem. Rozluźnienie, pijacka mowa, niestworzone historie i macanie dziewek; ot, typowy alchemik na biesiadzie.

Lecz on nie był pijany. Był bardzo czujny.

Obserwował uważnie główny stół. Ani tańczący między ławami niedźwiedź ani nawet błazny, które wybiegły niespodziewanie z urodzinowego tortu arcybiskupa, by puszczać zimne ognie, skakać i pierdzieć w takt muzyki minstreli nie odwróciły jego uwagi. Markwart patrzył.

Pośrodku siedział naturalnie sam arcybiskup, nieco znudzony, ale w gruncie rzeczy wesoły starzec. Po jego lewej dumny Wigbert w pięknym żółtym wamsie, po prawicy książę Brandenburski, a dalej co ważniejsza szlachta i kler. Na końcu, w miarę blisko Markwarta, posadzono Ellę i jej narzeczonego.

Dziewczynka nie była szczególnie piękna, ale mleko nie kwaśniało na jej widok. Jasne, długie włosy, blada cera, ładna, niebieska sukienka. Usługiwała jej niewolnica, ta sama, która wczoraj nalewała Wigbertowi wina.

Narzeczony szlachcianki, Henryk Brandenburski, był zdecydowanie młodszy, może dziesięcioletni, ciemnowłosy, chudy. Znudzony. Nie rozmawiał ze swoją wybranką, nie wyglądało na to by mieli zbyt dobrą relację, a już na pewno nie tak dobrą, jak Markwart i jego…

– Opowiedz nam o eliksirach, Markwarcie! – zawołała jedna z córek, mierzwiąc mu włosy i całując w policzek. – Opowiedz o nich!

– Różne są – wymamrotał, udając, że upija wina. – Wszelakie… Od jednych umierasz, od innych żyjesz dłużej. Od jednych stoi, od jednych oklapuje…

Dziewczęta zachichotały, ale nie zarumieniły się. Markwart czuł, że znają się na temacie.

– Córki mi… – zajęczała baronowa z twarzą w półmisku z ryżem – deprawuje… Huncwot… Je-je-je…

– Mama jest śpiąca – wyjaśniła głupsza córka. Markwart nie miał pojęcia jak ma na imię. – A my… – Uśmiechnęła się kusząco. – My byśmy się chętnie dowiedziały co nieco o tych twoich eliksirach, Markwarcie…

– Taaak… – Druga nachyliła się znów w stronę alchemika, jej ręka powędrowała w miejsca, gdzie dłoń szlachcianki na uczcie nigdy nie powinna się znaleźć. – Zwłaszcza te ostatnie były… interesujące…

Zachichotały, Markwart nieco się speszył. Aktorstwo aktorstwem, ale to była już przesada. Zaraz jeszcze znajdzie się jakiś zasrany narzeczony urażony tym dyshonorem. Albo nawet dwóch.

– Panie wybaczą – rzekł całkiem trzeźwym tonem – ale muszę już iść. Obowiązki wzywają. Jeśli chcą panie specyfików, to znam taki, po którym delikwentowi oczy wypłyną jak mus czekoladowy. To na wypadek, jakby panie kogoś wyjątkowo nie lubiły. A za to lubiły mus. Żegnam.

Wstał i ścigany śmiechem, podszedł do ławy, przy której siedział Filtch.

– I jak dworskie życie? – spytał kapitan. W ręku trzymał kubeczek z winem, ale obserwował wszystko czujnie. Markwart dosiadł się obok, mając ciągle oko na Ellę i jej narzeczonego.

– Ujdzie – powiedział. – Bywało gorzej. Tamte dwie chciały się ze mną… Sam wiesz.

– O, proszę – zaśmiał się kapitan. – Panienki z Drugiej Ręki?

– Z drugiej ręki?

– Chodzi o to, że są już nieco… zużyte. I mogły sobie z ciebie drwić…

– Ech, nieważne… Powiedz lepiej czy czegoś się…

Urwał, bo pijany niedźwiedź właśnie trzasnął swojego tresera prosto w twarz. Muzyka urwała się, ktoś jęknął, treser zwalił się na ziemię, pewnie martwy… I wtedy wszyscy wybuchli śmiechem.

– Dobry żart – ocenił sucho Filtch, wracając do picia.

– Próbowałem kogoś wypatrzeć – rzucił Markwart – ale bez skutku. Nikt podejrzany, o nikim żadnych plotek. A uwierz mi, Panienki na plotkach się znały.

– Nie wątpię. Ja też nic nie mam. Ale żołnierze są na posterunkach, a nasza parka… Cóż, niezbyt szczęśliwa, ale żywa. Za ich zdrowie!

Kapitan łyknął sobie wina, Markwart się wstrzymał.

– Panie Filtch! Panie kapitanie!

Nagle do ich stołu podbiegł zdyszany żołnierz. Siwy, ale żylasty. Nos miał krzywy, na twarzy parę blizn. Weteran.

– Panie kapitanie… Melduję, że… – Żołnierz urwał, widząc Markwarta. Przez chwilę się wahał, zaraz jednak wrócił do raportu. – Melduję, że najwyższe piętra są oczyszczone, teraz patrolujemy parter i dziedziniec. Nikt podejrzany, tylko pijacy ganiający dziewki.

– Dobra robota, Ben – pochwalił Filtch. – Wracaj do roboty.

– Rozkaz.

Ben oddalił się szybko. Markwart chwilę śledził go wzrokiem.

– Kto to? – spytał.

– Ben – odparł Filtch, a potem nagle splunął. – No co? – zdziwił się, widząc ganiący wzrok Markwarta. – Nikt śliną nie oberwał, a wszyscy są zbyt pijani, by zauważyć. A co do Bena… Stary wyga, dobry żołnierz. Nikt podejrzany, służy tu już chyba rok.

– Rozumiem… Wyjdę na chwilę. Trochę mnie ciśnie.

Filtch skinął głową i znów się napił. Markwart szybko opuścił salę.

 

***

 

Kibelek w burgu Wigberta był naprawdę niczego sobie. Prawdziwa arka Noego dla kogoś, kto pozjadał za dużo tropikalnych owoców, a potem popił winem podawanym chętnie przez niewolnice i wolne służące.

Zamek miał kanalizację, więc nie śmierdziało za bardzo, z kranu lała się woda doprowadzana przez miejski akwedukt, a…

Od korytarza nagle poniósł się krzyk. Długi, pełen bólu wrzask umierającego. Markwart przełknął ślinę.

– To na pewno… Na pewno pijacy – wymamrotał, sięgając po schowane w kieszeni, specjalnie przygotowane na tę okazję kule. – Tak, pijacy pokłócili się o dziewczynę.

Ale instynkt podpowiedział mu co innego. Otworzył drzwi, pomaszerował ciemnym korytarzem. Teraz panowała cisza zakłócana tylko zmąconymi odgłosami ucztowania i rzygania.

Nagle usłyszał chichot od lewej. Wzdrygnął się, ale to tylko jakiś możny gonił rozchełstaną dziewkę. Za to zza najbliższego zakrętu dobiegało ciche charczenie.

Markwart był gotowy, spięty. Jednym susem znalazł się na miejscu, już robił unik, już chciał wrzeszczeć o pomoc. Ale w korytarzu nie było nikogo groźnego. Tylko siedzący pod ścianą, dławiący się krwią żołnierz.

– Psiakrew, psiakrew…

Markwart uklęknął, popatrzył. Rana kłuta w szyję i brzuch, szybki upływ krwi, zamknięte oczy, brak reakcji na głos… Żołnierz był już martwy. Przestał charczeć. Alchemik wyraźnie widział jego żółtą tunikę.

Przełknął ślinę, wstał, rozejrzał się. Kompletna pustka.

– Pokaż się – szepnął. – Jeśli tu jesteś, to mnie masz. Po prostu się pokaż.

Ściskał jedną z kul, ale nic się nie stało. Miał już biec z powrotem na biesiadę powiadomić Filtcha, gdy nagle spostrzegł refleks czerwieni na ścianie. Poczuł, że robi mu się bardzo, bardzo zimno.

– „Niespodzianka w zachodniej wieży – przeczytał. – Sprawdźcie”. Podpisane przez E. Brauna. Edgara Brauna. Boże przenajświętszy.

Zachwiał się, oparł o ścianę. Gdy po chwili nieco się opanował, całą dłoń miał we krwi, którą napisano wiadomość. I nagle poczuł impuls. Marnował czas!

Nie oglądając się, pobiegł korytarzem w stronę sali biesiadnej. Nie mógł widzieć najmroczniejszego z cieni, który przez cały czas uważnie go obserwował.

 

***

 

– Greg, zbierz swoich ludzi i idźcie do zachodniej wieży – zakomenderował kapitan Filtch, odstawiając kubek z winem. – Mark, twoja dziesiątka będzie go asekurowała. Ja, Dennis i Frank zostaniemy, bo to może być pułapka.

– Potrzebujemy posiłków – rzucił Markwart, rozglądając się. Najmniej pijani goście dostrzegli już, że coś się święci, a gdy żołnierze ruszyli w stronę drzwi zachodniej wieży, zaczęli wstawać. Po sali rozeszły się szepty. Arcybiskup i Wigbert obserwowali zaniepokojeni.

– Ben, idź po nowych ludzi na dziedziniec – rozkazał Filtch. – Weź dwudziestu.

Tłum gęstniał, goście zaczęli się przepychać, narastał hałas, część ruszyła nawet w stronę wyjścia.

– Psiakrew, zostać na miejscach! – zawołał Filtch. – Na miejsca, wszyscy! To nic groźnego…

Kapitan nie należał do najbardziej przekonujących. Szepty przekształciły się w pomruk, ci, którzy dotychczas spali, dołączyli do tłumu, chaos stopniowo opanowywał salę. Nawet muzyka już ucichła…

– Ej, Ben! – zawołał Markwart, ale weteran nie słuchał. I nie szedł wcale w stronę dziedzińca. Zaczekał aż wysłani przez Filtcha żołnierze przejdą, wtopił się w tłum i ruszył w stronę stołu.

Markwart poczuł, że serca podjeżdża mu do gardła.

– Ben, zatrzymaj się! – krzyknął i pobiegł.

Przepchał się przez tłum, Ben przyspieszył, ale nie oglądał się za siebie. Markwart był coraz bliżej. Walnął łokciem jakiegoś grubasa, stanął na nodze jakiejś damy, został zbluzgany i opluty, ale…

– Ben – warknął, łapiąc weterana za ramię.

– Alchemiku – przywitał się podejrzliwie żołnierz. – Mam rozkazy, nie słyszałeś? Puść mnie…

– Rozkazy, tak? Idziesz w przeciwnym kierunku, więc chyba aż tak ci się nie spieszy. Chodź, pogadamy.

Markwart chwycił mocniej Bena i pociągnął go, jak najdalej od głównego stołu.

– Długo tu służysz? – spytał uczony.

– Ponad rok – odparł złym głosem żołnierz. – Ale nie rozumiem pytania. I muszę przyprowadzić posiłki, alchemiku, więc jeśli mnie nie puścisz…

– Jak się nazywał poprzedni arcybiskup?

– Co? Henryk, do jasnej cholery, po co…

– Kiedy Magdeburg przejął Łużyce od Brandenburgii?

– Psiakrew, przestań mnie wypytywać, jestem…

– Kiedy? – Głos Markwarta zabrzmiał jak trzaśnięcie biczem.

– W 1291 – warknął Ben, zatrzymując się.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Byłeś kiedyś na Śląsku? – spytał Markwart.

– Byłem.

– Największe miasto?

– Breslau.

Żołnierz nie dał się podejść. Znał fakty, o których wiedział każdy magdeburczyk, nie złapał też haczyka z miastem; Markwart liczył, że powie polską nazwę, w końcu Edgar całkiem sporo czasu spędził na wschodzie.

Były jednak rzeczy, o których niekoniecznie wiedział każdy magdeburczyk…

– Pamiętasz ostatnie urodziny arcybiskupa? – spytał, choć sam na nich nie był.

– Pamiętam. Bardzo dobrze.

– O, to wspaniale. Bo też na nich byłem.

– Ach, tak?

– Tak. Przy którym stole siedziałeś?

– Nie siedziałem. Pilnowałem.

– A pamiętasz moje przemówienie? To o chwale miasta i o istocie alchemii? Potem ponoć stało się całkiem słynne, a wtedy… Klaskali wszyscy. Żołnierze też.

– Być może. Nie pamiętam dokładnie.

Markwart uśmiechnął się lekko.

– Ach, tak? Nagle straciłeś pamięć? To niedobrze – rzekł. – Bo rok temu byłem na wygnaniu. A pierwszy raz spotkaliśmy się w Wenecji, drogi przyjacielu.

Markwart błyskawicznie zadarł rękaw żołnierza, chwycił go za nadgarstek.

– Urocza blizna – mruknął. – Przypomina klucz.

Edgar nie szarpał się. Tylko się uśmiechał.

– I co teraz? – spytał. – Zakłujesz mnie na oczach tych wszystkich ludzi?

– Kto wie? Chyba, że pójdziesz ze mną po dobroci w jakieś ustronne miejsce.

– Do Filtcha? Dobre sobie.

– Słuchaj, idioto – warknął Markwart. – Może i kiedyś łączyły nas dobre relacje, ale teraz… Teraz nie łączy nas nic. Próbowałeś zabić tę dziewczynkę, musisz za to…

– Nic nie rozumiesz, Markwarcie. – Edgar wyszarpał rękę. – Jak zwykle jesteś dzieckiem we mgle. A ja nie mam czasu ci tłumaczyć…

Nagle popchnął Markwarta, alchemik padł tyłkiem na posadzkę.

– Morderca! – zadarł się Edgar. – Morderca na sali! Truciciel! Kusznik! Zamachowiec! Ratuj się, kto może!

Zawrzało. Praktycznie wszyscy pozrywali się z ław, stłoczyli koło wyjścia i stołów, kopali nawzajem, parli jeden na drugiego, niemal zgnietli Markwarta…

A Edgar przepadł.

– Psiakrew, psiakrew… – klął alchemik, próbując podnieść się z podłogi. Kątem oka dostrzegł Filtcha przepychającego się z dwoma żołnierzami w stronę w stronę stołu Elli, minęli go jednak i weszli do wieży północnej.

„Nic nie rozumiesz”. Nie rozumiał. Ale przyszedł czas by się dowiedzieć.

 

***

 

– Markwart… Pomóż…

Filtch klęczał, jego miecz leżał kilka metrów dalej. Tuż obok dwóch zmasakrowanych ciał strażników.

– To koniec, panowie – oznajmił Edgar. Ostrzem noża wodził wzdłuż szyi kapitana. Markwart mógł tylko patrzeć i czekać. – Mam co chciałem.

Zabójca uniósł drugą rękę, półmrok rozbłysnął złociście. W małym, szklanym sześcianie tkwił intensywnie czerwony kamień. Nie taki zwyczajny. Przypominał nieco bursztyn, przyciągał wzrok. Musiał być cenny. I był.

Lapis philsophorum – mruknął Edgar. – Zwany Bazyliszkiem, bo rtęć zmienia w złoto. Zwany Salamandrą i Kameleonem. Hm… Zmiany barw nie dostrzegam, więc kiepski z niego kameleon. Powinieneś się na tym znać, Markwart, ponoć zostałeś alchemikiem. Trudno taki zrobić? Trzeba mieć te wszystkie alembiki i retorty, trzeba mieć atanor, w którym ogień jest „umiarkowany, stały, słaby, równy, przez naturę stosowany” i tak dalej? To musi być całkiem droga rzecz… – Zabójca zaśmiał się. – Chętnie dostarczę ją moim mocodawcom. Ech… Widzisz? Nie było żadnego zamachu. Zostałeś oszukany. Nikt w tym zakłamanym mieście nie dba o małe dziewczynki, jeśli nie jest to opłacalne. Cała gra toczyła się o ten kamyczek. O pieniądz.

– Markwart… – stęknął Filtch. – Nie słuchaj go… Wytłumaczę…

– Co wytłumaczysz, mój drogi? – spytał Edgar. – Że okłamałeś alchemika? Że planowałeś go wykorzystać, a potem zabić?

– Nie… Nie zabić… Wykonywałem tylko rozkazy Wigberta… Po wszystkim miałeś odejść wolno, Markwart…

– Tak, być może. – Edgar uśmiechnął się smutno. – Ale teraz, gdy poznał prawdę… Powiedz mi szczerze. Co byś z nim zrobił?

Filtch przymknął oczy, przez chwilę milczał. Markwart czuł narastającą stopniowo wściekłość.

– Nie skrzywdziłbym cię, alchemiku – powiedział Filtch, ale mało przekonująco.

– Widzisz, przyjacielu? – Edgar spojrzał na Markwarta i schował kamień do kieszeni. – Kłamcy, oszuści i zdrajcy. Poniekąd odnalazłbyś się w tym towarzystwie, po tym co mi zrobiłeś… Ale nie czas teraz na rozpamiętywanie przeszłości, nie mam ci tamtego za złe. Mam za to mało czasu i dwa wyjścia. Albo zabiję was obu, albo tylko jego. Decyduj. Za oknem czeka na mnie transport, możesz iść ze mną i zacząć nowe, awanturnicze życie. Dokładnie tak jak planowaliśmy całą wieczność temu… Możesz też zginąć. Z mojej ręki, ręki Wigberta. Bez różnicy. Co wybierasz?

Markwart odetchnął, zbierał myśli.

– Pospiesz się, przyjacielu. – Edgar mocniej przyłożył nóż do szyi Filtcha. Kapitan jęknął. – Zegar tyka.

– Jest jeszcze trzecie wyjście – oznajmił nagle Markwart. Jedna z kul była gotowa. – Zostawisz Filtcha, zostawisz mnie i pójdziesz stąd. Teraz.

Edgar parsknął.

– Dokonałeś wyboru.

Nóż zalśnił w półmroku, a kula wielkości pięści potoczyła się po posadzce.

– Co jest…

Rozległ się huk, a komnatę objęła śmierdząca chmura czarnego, gryzącego dymu. Markwart odskoczył w tył, usłyszał krzyki i odgłosy szarpaniny. Próbował coś wypatrzeć, ale…

Nagle jakaś sylwetka wyłoniła się z oparów.

– Zwiał… – wydyszał Filtch, opierając się o Markwarta. Był cały zaczerwieniony, a z dłoni ciekła mu krew. – Wyskoczył przez okno, ale wygarnąłem mu kamień.

Kapitan splunął, spojrzał alchemikowi w oczy.

– Dzięki, Markwart – powiedział. – Dzięki za uratowanie życia.

Alchemik skinął głową. A potem pociemniało mu przed oczami i padł nieprzytomny na posadzkę.

 

***

 

Obudził się w ciasnej komórce oświetlanej wątłym blaskiem pochodni. Siedział na jakimś krzesełku, ledwo widział na oczy i kręciło mu się w głowie. Czuł pulsujący ból z tyłu czaszki, miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje…

– Obudziłeś się.

Zmrużył oczy, przyjrzał się. Ktoś przed nim stał, ktoś potężnej postury w eleganckim kubraku i…

Szarpnął się przerażony. Nic. Coś go przytrzymywało. Był związany, a przed nim stał burgrabia Wigbert.

– Przykro mi, że tak to się musi skończyć – oznajmił smutnym tonem możny. – Przykro mi, że musimy cię zabić, przykro mi, że w takim paskudnym miejscu. Wykonałeś kawał dobrej roboty, Markwart, miasto będzie ci wdzięczne. Może nawet zostaniesz świętym? Ale zniknąć musisz…

– Nic nie powiem – wyjęczał alchemik. – Nic nikomu nie powiem, zniknę z miasta i…

– Przykro mi. Nie możemy ci zaufać. Sprawa kamienia jest zbyt ważna. Jedyne co możemy ci zaoferować to pamięć.

Markwart odetchnął. Czuł, że serce bije mu coraz wolniej, uspokajał się, strach znikał. Nagle dostrzegł postać w żółtym kubraku stojącą w kącie. Od razu rozpoznał siwy wąs.

– Nie pożegnasz się, Filtch? – warknął gorzko alchemik. – Nie powiesz ostatnich słów? Kolejnego dziękuję, po którym wbijesz mi sztylet w serce? Co? Czemu jesteś taki nieśmiały?

– Markwart, ja naprawdę… – zaczął Filtch, ale Wigbert mu przerwał.

– Nie mamy czasu na pogaduchy – rzekł. – Musimy zaraz wracać. A teraz ostatni toast… Wina!

W komórce był ktoś jeszcze. Sługa trzymający tacę z dzbankiem i trzema kubkami. Jasnowłosy, starszy, niebieskooki… Markwart zmarszczył brwi. Coś mu zaświtało, coś mówiło mu, że…

– Nie chcę waszego wina – syknął. – Udławcie się nim, zdrajcy. Zwłaszcza ty, Filtch.

– Trudno – mruknął Wigbert. – Twoja śmierć będzie mniej słodka.

Sługa nalał do dwóch kubków, a potem stanął pod ścianą. Markwart przyjrzał mu się raz jeszcze. Dostrzegł delikatny uśmiech, dostrzegł dyskretnie podciągnięty rękaw i bliznę. Wszystko było już przesądzone. Wigbert siorbnął, Filtch na raz wychylił cały kubek.

Markwart patrzył.

– Cóż. – Burgrabia wstał chwiejnie. – Filtch, zrób co trzeba i ruszamy…

Nagle urwał, zaczerwienił się.

– Panie burgrabio? – Filtch rzucił się w stronę możnego, ale nim postąpił choć dwa kroki padł na kolana. Charczał, z nosa i ust pociekła mu krew. – Trucizna… Trucizna, aaaach…

– Zdrada! – zaryczał Wigbert, a potem nagle chlusnął posoką, złapał się za szyję i padł w konwulsjach na ziemię.

– Markwart… – jęknął Filtch chrapliwie. Klęczał w kałuży krwi i wina, a oczy niemal wyszły mu z orbit. – Błagam…

Alchemik patrzył beznamiętnie.

 

***

 

– Tu się rozstaniemy – oznajmił Edgar, gdy mury miasta zniknęły za horyzontem. Ich konie stały na skraju lasku i skubały trawę. – Wracam na wschód, do Polski, odnieść co zdobyłem. I nieco zarobić.

– Mógłbym jechać z tobą… – zaczął Markwart, ale zabójca pokręcił głową.

– Nie, alchemiku. Tamte czasy już nie wrócą. Wtedy w wieży… Dokonałeś wyboru.

– Nie zdradziłem cię, Edgar. Nie tym razem.

– Może nie. A może tak. Wybrałeś tamtych, wbrew mojej radzie.

– Mimo to przybyłeś mnie uratować.  

Edgar uśmiechnął się z pobłażaniem.

– Przyszedłem po kamień – rzekł. – Przez ponad rok próbowałem go znaleźć, przez ponad rok czekałem na dobry moment, który nadarzył się akurat teraz. A ty… Nie miałem serca cię tam zostawić. Jestem sentymentalny. Ale nic już nas nie łączy. Musimy się pożegnać.

Markwart poczuł, jakby ktoś znów przyłożył mu w głowę. Opanował się jednak, nie zamierzał okazywać słabości. Podprowadził bliżej konia, wyciągnął dłoń.

– Żałuję tego co zrobiłem w przeszłości – powiedział. – I dziękuję za ratunek.

Edgar zawahał się, ale uścisnął rękę. Oczy błyszczały mu lekko.

– Również żałuję… Przeszłości. A teraz żegnaj, alchemiku. Nigdy więcej się nie zobaczymy.

Zabójca spiął konia i ruszył wzdłuż lasu na wschód, w stronę Polski. Markwart przez chwilę odprowadzał go wzrokiem. Wiedział, że Magdeburg jest przeszłością. Wiedział, że nigdy nie zobaczy już Perły Północy, najgorszego miejsca na ziemi. Czekała na niego przyszłość. Próbował nie myśleć o tym, co przyniesie.

Jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny.

Koniec

Komentarze

Jest w tym jakiś pomysł, zarówno na fabułę jak i na retrowizję. Fabuła może nie fascynująca, ale utrzymująca moją uwagę, dialogi trochę toporne, a opisy miejscami niejasne – przykłady poniżej.

Burgrabia miał sporo wydrukowanych traktatów o alchemii. Markwart miał okazję przewertować(…)

Fragment sugeruje, że Burgrabia ma na imię Markwat.

Niewiele się zmieniłeś, alchemiku – odezwał się ktoś za plecami uczonego. 

Dlaczego ktoś? Taka konstrukcja była by zrozumiała w przypadku narratora pierwszoosobowego.

odparł uprzejmie Markwart, drapiąc się 

Trochę to jednak nieuprzejme, drapać się odpowiadając?

Do gabinetu pewnym krokiem weszła niewolnica. 

Pewnym krokiem? Niewolnica?

Potem wstał i podszedł do okna. Markwart stanął obok. 

No jak? Tak od razu stanął przy nim, a przed chwilą jeszcze siedział?

w tych sam arcybiskup.

Coś tu nie zagrało.

 

Retrowizje wprowadzasz na początku w dość interesujący sposób. Pokazujesz Magdeburg na początku 14 wieku – mamy druk, odkrytą Amerykę, handel z Indiami kwitnie, Magdeburg jest prawie pępkiem świata – fajnie to wszystko uzasadnione, szkoda tylko że na tym retrowizje się kończą. Bo zupełnie nieuzasadnione i niewiarygodne jest wprowadzenie betonu i stali. Dokładasz jeszcze po drodze trochę alchemii, która bardziej jest częścią magii niż technologii.

W sumie nie przekonało mnie to opowiadanie w żadnym elemencie.

Zajrzałam, przeczytałam.

Mam ten sam główny problem co fizyk111 – retrowizja jest tu tylko punktem wyjścia i elementem sztafażu, a nie czymś, wokół czego skupia się fabuła albo choćby światotwórstwo. Zadeklarowałeś kilka elementów historii alternatywnej – choć dalibóg, nie wiemy, jak doszło choćby do podróży do Ameryki, nie mówiąc już o powstaniu tam europejskiego organizmu państwowego… Gdyby opowiadanie było choćby o tym: jakie zmiany cywilizacyjne zadecydowały o tym, że na początku XIV w. Ameryka jest już w stanie zaawansowanej kolonizacji – ok. Ale tu po prostu jest nam zadeklarowane: jest tak, jak jest, a Gutenberg (w wydaniu francuskim) i Luter żyją o odpowiednio pół i cały wiek wcześniej. Nie jest to wszystko uzasadnione niczym poza wolą autora… No i alchemia (działająca, a więc magiczna) jest ważniejsza od techniki.

Samo opowiadanie – fabuła czterech liter nie urywa, ale jest spoko. Napisane jest to wszystko sprawnie, bardzo “sapkowsko”, czyta się płynnie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję fizykowi i drakainie za rady i opinię. Zdaję sobie sprawę, że opowiadanie nie jest perfekcyjne, postaram się wyciągnąć z waszych komentarzy wnioski i zrobić to lepiej następnym razem. Fragmenty opisów podane przez fizyka111 poprawię w najbliższym czasie. Dziękuję za poświęcony czas.

Choć w opowiadaniu jest po trochu wszystkiego, co zadeklarowałeś w przedmowie, to nie mogę powiedzieć, że przypadło mi ono do gustu. Trochę dłużyły mi się rozmowy alchemika z burgrabią Wigbertem, a potem z kapitanem Filtchem, mimo że przemyciłeś w nich sporo informacji o świecie i intrydze będącej przedmiotem opowieści. Natomiast opis uczty okazał się niezbyt ciekawy – np. zupełnie nie wiem, czemu miały służyć sceny zalecania się panien Maltzan do Markwarta. Na szczęście finał tej historii ratuje sytuację.

W opowiadaniu brakło fantastyki – jeden alchemik i kamień filozoficzny to dla mnie trochę za mało. W to, czy Perła Północy spełnia założenia konkursu, nie wnikam – to już sprawa jurorów.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Mar­kwart od­wró­cił się i ukło­nił. O dziwo Wig­bert, bur­gra­bia Mag­de­bur­ga, od­wza­jem­nił gest. –> Ukłon nie jest gestem. Gesty wykonuje się rękami.

 

Wig­bert za­śmiał się i trza­snął dło­nią w blat stołu. –> Zdaje mi się, że siedzieli przy biurku, nie przy stole.

 

„Tak” mó­wi­my al­che­mi­kom, gdy ważą w piw­ni­cach ja­kieś cho­ler­ne tru­ci­zny… –> Przypuszczam, że miało być: „Tak” mó­wi­my al­che­mi­kom, gdy warzą w piw­ni­cach ja­kieś cho­ler­ne tru­ci­zny

Sprawdź znaczenie słów ważyćwarzyć.

 

Be­to­no­wa, wzmoc­nio­na sta­lo­wy­mi prę­ta­mi, wy­so­ka na nie­mal 170 me­trów… –> – Be­to­no­wa, wzmoc­nio­na sta­lo­wy­mi prę­ta­mi, wy­so­ka na nie­mal sto siedemdziesiąt me­trów

Pomijam beton i stal, ale czy w tym świecie na pewno znano metry?

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

– W tam­tych cza­sach nie jeden tak skoń­czył. –> – W tam­tych cza­sach niejeden tak skoń­czył.

 

ro­bot­ni­cy wie­sza­li pro­por­ce z her­ba­mi… –> W tamtych czasach nie było robotników.

Proponuję: …pachołkowie wie­sza­li pro­por­ce z her­ba­mi

 

a jed­no­cze­śnie po­grom­ca sa­ra­ce­nów i wy­gna­niec… –> …a jed­no­cze­śnie po­grom­ca Sa­ra­ce­nów i wy­gna­niec

 

Le­gen­dy nie krążą o chło­pach, któ­rzy orzą pole albo o ta­kich pi­ja­nych pro­sta­kach jak ja. Krążą o bo­ha­te­rach. –> Legenda może krążyć wśród ludu, ale legenda nie może krążyć o kim.

Proponuję: Legendy nie opowiadają o chło­pach, któ­rzy orzą pole albo o ta­kich pi­ja­nych pro­sta­kach jak ja. One opiewają bohaterów.

 

wska­zał jed­ne­go z bie­siad­ni­ków, wiel­ko­lu­da wy­so­kie­go na dzie­więć stóp i sze­ro­kie­go na do­dat­ko­we czte­ry… –> Zastanawiam się, Morgocie, jakie stopy miałeś na myśli?

 

za­siąść mieli naj­waż­niej­si z naj­waż­niej­szych, w tych sam ar­cy­bi­skup. –> …tym sam ar­cy­bi­skup. Lub: …a wśród nich sam ar­cy­bi­skup.

 

Na oko ja­kieś pię­ciu­set je­dzą­cych… –> Na oko ja­kichś pię­ciu­set je­dzą­cych

 

że nawet tań­czą­cy niedź­wiedź tań­czył pi­ja­ny. –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …że nawet tresowany niedź­wiedź tań­czył pi­ja­ny. Lub: …że nawet niedź­wiedź tań­czył pi­ja­ny.

 

wiel­ki dar dla niego, ubić sa­ra­ce­na. –> …wiel­ki dar dla niego, ubić Sa­ra­ce­na.

 

Ach, mor­do­wa­nie sa­ra­ce­nów. –> Ach, mor­do­wa­nie Sa­ra­ce­nów.

 

Or­kie­stra grała gło­śno, po­da­wa­no ko­lej­ne dania i trun­ki. Po trze­ciej do­lew­ce za­czę­to śpie­wać razem z or­kie­strą, potem or­kie­stra padła pi­ja­na. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

dra­piąc go po wło­sach i ca­łu­jąc w po­li­czek. –> Włosów nie można podrapać.

Proponuję: …czochrając/ mierzwiąc mu włosy i ca­łu­jąc w po­li­czek.

 

znam taki, po któ­rym de­li­kwen­to­wi oczy wy­pły­ną jak mus cze­ko­la­do­wy. –> W czasach, o których piszesz nie znano czekolady.

 

A uwierz mi, Pa­nien­ki na plot­kach się znały. –> Dlaczego wielka litera?

 

Siwy, ale ży­la­sty. –> A jaka jest zależność między siwizną a żylastością?

 

Ki­be­lek w burgu Wig­ber­ta był na­praw­dę ni­cze­go sobie. Praw­dzi­wa Arka Noego dla kogoś, kto po­zja­dał za dużo tro­pi­kal­nych owo­ców, a potem popił winem po­da­wa­nym chęt­nie przez nie­wol­ni­ce i wolne słu­żą­ce. –> Zupełnie nie pojmuję sensu tych zdań. Co do wygódki ma arka Noego?

 

za­ko­men­de­ro­wał ka­pi­tan Filtch, od­kła­da­jąc kubek z winem. –> …za­ko­men­de­ro­wał ka­pi­tan Filtch, odstawiając kubek z winem.

Z odłożonego kubka wino się wyleje.

 

– Psia­krew, psiakrew – klął al­che­mik, pró­bu­jąc pod­nieść się z ziemi. –> …pró­bu­jąc pod­nieść się z podłogi.

Rzecz dzieje się w Sali biesiadnej, a tam chyba nie było klepiska.

 

Filtch klę­czał, jego miecz leżał kilka me­trów dalej. –> Czy w tym świecie na pewno wiedziano, co to metr?

 

Cięż­ko taki zro­bić? –> Trudno taki zro­bić?

 

Tamte czasu już nie wrócą. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo spodobał mi się pomysł na realia – przyspieszenie pewnych elementów technologicznych i odkryć, wydają się możliwe. Ale faktycznie, tak jak pisali poprzednicy, samej historii to nie zmienia. Można by zastosować brzytwę Lema – gdyby wyciąć zmiany “fantastyczne”, to w fabule nic by się nie zmieniło. Mi to w sumie nie przeszkadzało, bardziej to zagwozdka dla jurków.

Jedno, co mi faktycznie trochę zepsuło lekturę, to przewidywalność. Dość szybko można było się domyślić kim jest Ben, podobnie jak przewidzieć, że to on uratuje bohatera, gdy ten leżał już na stole. Krótka forma nie pozwala za nadto pogmatwać wątków lub je ukryć, ale wydaje mi się, że punkty zwrotne można było nieco bardziej przykryć niepewnością czytelnika.

Ogólnie czytało mi się dobrze, płynnie i było ciekawie. Masz też jeszcze w tekście kilka kwiatków, np:

tańczący niedźwiedź tańczył 

powtórzenie

Ani tańczący między ławami niedźwiedź ani nawet błazny, które wybiegły niespodziewanie z urodzinowego tortu arcybiskupa, by puszczać zimne ognie, skakać i pierdzieć w takt muzyki minstreli nie odwróciły jego uwagi.

zbyt długie zdanie.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

przyspieszenie pewnych elementów technologicznych i odkryć, wydają się możliwe

To jest właśnie główny problem z historią alternatywną. Przy warunkach wyjściowych jak w realnym świecie – nie bardzo. A tu nie ma opisanych innych, zmienionych warunków wyjściowych – co umożliwiło taki szybszy postęp. Na początku XIV w. Hiszpania nie miała szans wysłać wyprawy “do Indii”, nawet gdyby śmiałek pokroju Kolumba gdzieś się urodził; jego rodzinna Genua też nie bardzo, może Wenecja, może hiszpańscy Maurowie prędzej niż Hiszpanie? Czyli gdzieś, jeszcze wcześniej, musiała zajść zasadnicza zmiana. I tak dalej. Sensowniej potraktowany jest tu Luter, bo zapewne istotnie skończyłby jak Hus.

Ale mało kto pamięta, że historia alternatywna to nie jest dowolność i takie przyspieszenie nie może wziąć się znikąd, bez zapewnienia odpowiednich warunków.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie jest to zapewne komplement, na jaki liczyłeś, pisząc ten tekst, ale popełniłeś tu naprawdę interesujące błędy. Aż paluchy swędzą, żeby rozłożyć tekst na czynniki pierwsze i sprawdzić, dlaczego w zasadzie nie działa.

Bo niestety nie działa. Lektura pozostawiła mnie obojętnym. Jasne, podobały mi się opisy, ale to w zasadzie tyle. Intryga mnie nie zainteresowała, postacie również, przez co twisty nie zrobiły wrażenia. 

 

Zanim przejdę do wymieniania wszystkiego, co moim zdaniem jest nie tak z tym opowiadaniem, wiedz jedno. Nie pastwię się nad nim po to, by zniechęcić cię do pisania lub po prostu się poznęcać. Chcę ci wskazać słabe punkty w twoim warsztacie, żebyś na przyszłość mógł nad nimi popracować. Jeżeli uznasz, że jakiś zarzut jest niesprawiedliwy lub niezrozumiały, nie wahaj mi się tego wytknąć.

 

Zacznijmy może od rzeczy najbardziej oczywistej. Brak wyraźnej osi tekstu. 

Każdy tekst, a już szczególnie tekst krótki, potrzebuje jakiegoś elementu centralnego, wokół którego obraca się reszta. Gra on w tekście główną, najważniejszą rolę, ma za zadanie zainteresować czytelnika, prowadzić go przez opowiadanie – reszta to ozdobniki. Podstawowe “osie” wokół której możemy budować tekst to wydarzenia, postacie lub świat. Na tę chwilę trudno powiedzieć, co tutaj miałoby pełnić tę rolę – fabuła jest szczątkowa, postacie to wydmuszki (a główny bohater dodatkowo jest niemal całkowicie pozbawiony inicjatywy), a świat, o czym wspomnieli moi przedmówcy, jest tu raczej z obowiązku niż z chęci. Żeby rozwiązać ten problem, zdecyduj się na coś i konsekwentnie się tego trzymaj. Jeżeli ma rządzić fabuła, to opisuj wydarzenia, jeżeli postacie – to niech będą interesujące i głęboko zarysowane, jeżeli świat, to uczyń go w jakiś sposób wyjątkowym miejscem i pisz o tym, jaki jest. 

Podobnie należałoby tu się zdecydować, jaki rodzaj historii chcesz opowiadać. Czy dominować ma logika, drama czy estetyka? Teksty logiczne to np. twarde SF czy thrillery polityczne. Dużo żargonu, spójny, logiczny świat, eksploracja społecznych/ekonomicznych/zdrowotnych skutków prezentowanych zjawisk, ścisłe przestrzeganie związków przyczynowo-skutkowych i tak dalej. Kiedy rządzi drama, tekst jest kierowany na wywołanie emocji. To na przykład romanse, teksty przygodowe i sensacyjne. Dramatyczne sceny, patos, barwnie zarysowane emocje bohaterów, rule of cool, tego typu sprawy. Dużo się dzieje, fabułą jest zwykle raczej prosta, ale naładowana emocjonalnie. Teksty z dominantą estetyki są rzadkie i trudne w pisaniu. To przykładowo książki podróżnicze. Dominują rozbudowane, kwieciste opisy otoczenia, stylizowane dialogi lub inne elementy, które mają sprawić, że lektura jest interesująca, jednocześnie nie opowiadając historii.

Powiedziałbym, że twój tekst nastawiony jest na dramę. Mamy tu szantaż emocjonalny (młoda dziewczyna w niebezpieczeństwie!), trudne relacje miedzy pro– i antagonistą, zdrady i cudowne ocalenie. Dobry zestaw klocków, by budować historię opartą na emocjach. Ale ta historia nie działa.

W dużej części dlatego, że, jak już wspomniałem, postacie to wydmuszki. O głównym bohaterze nie dowiedziałem się w zasadzie niczego istotnego poza tym, że jest alchemikiem. Jedna scena, w której mamy szansę dłużej go poobserwować, to ta, w której udaje kogoś innego, niż w rzeczywistości. Nie znamy jego motywacji, pragnień, charakteru. Jest nudny, a przez to jego relacje z innymi postaciami również wypadają nieciekawie. Dlatego jego osoba nie sprawdza się jako oś centralna wiążąca ten tekst.

Nie działa niestety również fabuła. Jej kluczowe momenty – ujawnienie tożsamości zabójcy, jego prawdziwego celu i finałowa zdrada dotychczasowych sojuszników – nie budzą emocji. Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze – nie określasz stawek. Zwyczajnie nie mamy dość informacji, by się przejąć. Czytelnika nie obchodzi życie potencjalnej ofiary, bo i czemu by miało? Nic o niej nie wie, jest dla niego sylwetką w tle. O potencjalnych konsekwencjach jej śmierci wiemy tyle, co nic. Więc nie robi nam wielkiej różnicy, przeżyje czy też nie. A to oznacza, że poszukiwanie mordercy nie budzi zbyt wielu emocji. Podobnie – czemu czytelnika ma obchodzić, że zabójca tak naprawdę próbuje ukraść kamień filozoficzny? Wprowadzasz ten element dopiero tutaj, w finale. Nie znamy jego znaczenia dla miasta, nie rozumiemy skutków, jakie może pociągać za sobą jego utrata. Nie znamy więc stawki, o jaką toczy się gra. A to sprawia, że nasze zainteresowanie wynikiem jest w najlepszym razie niewielkie.

Po drugie – masz problem z bohaterem. Tekst opowiada teoretycznie o sprawach poważnych, wielkiej wagi. Chcesz, żebyśmy uwierzyli, że od działań bohatera dużo zależy. Ale w tekście on niczego tak naprawdę nie osiąga, płynie raczej z prądem. Trudno mu więc kibicować.

Po trzecie – masz problem z tonem. Opowiadasz o wydarzeniach krwawych i potencjalnie groźnych, ale jednocześnie zarzucasz czytelnika lekkimi, humorystycznymi opisami. Nie zrozum mnie źle. Są dobrze napisane. Bez dwóch zdań są najjaśniejszym punktem tego tekstu. Ale powodują dysonans – mam czuć napięcie, czy się uśmiechać? To piękne ozdobniki, które przyjemnie się czyta, ale na poziomie emocjonalnym szkodzą opowiadaniu, nie wnosząc nic do fabuły. 

Świat oczywiście również nie działa, ale o tym opowiedzieli ci już inni.

 

Niezależnie więc od tego, na którą oś chciałbyś się zdecydować, ten tekst nie zadziała bez głębokich przeróbek. Nie sugeruję, że powinieneś się ich teraz podjąć, liczę jednak, że te uwagi przydadzą ci się przy planowaniu kolejnych opowieści.

 

 

Malkontenci ;)!

Fajne czytadło. Lekkie, przygodowe, bez pretensji i zadęcia, z kilkoma fajnymi mrugnięciami. 

Uwag mam jednak kilka:

– “gdy ważą w piwnicach jakieś cholerne trucizny” – na pewno chcieli poznać ich wagę, czy jednak je przygotować? bo jeśli to drugie, to “warzą” ;);

– “W tamtych czasach nie jeden tak skończył” – niejeden;

– “pogromca saracenów” – Saraceni, jak i Kurdowie – z wielkiej litery;

– ryż orkiestra Europa – te pojęcia, jak na rok 1317, wydają się anachroniczne; zamast ryżu lepsza kasza, zamiast orkiestry – grajkowie itp;

– “drapiąc go po włosach” – włosy można drapać?;

– “zatłoczyli koło wyjścia i stołów” – chyba stłoczyli?;

– “mocniej wpił nóż w szyję Filtcha” – wpić to się można kłami w szyję ;); a tu raczej – zatopił czy dźgnął.

 

W każdym razie – niezłe. Mimo pewnych niedociągnięć, czytało mi się całkiem przyjemnie :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Poprawiłem kilka usterek, które podpowiedzieli regulatorzy, jestem wdzięczny, że poświęcili swój czas by wszystkie rozpisać. Dziękuję Caernowi i Staruchowi za to, że zdołali znaleźć choć trochę przyjemności w lekturze ;) Podziękowania lecą też do None, zrobię co w mojej mocy, aby jego rady nie poszły na marne.

Cieszę się, Morgocie, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Mnie też tekst nie uwiódł.

Zabrakło mi porządnej fantastyki. Bo to przedwczesne odkrycie druku i Ameryki nie ma znaczenia dla fabuły. Podobnie jak kamień filozoficzny – można go zastąpić regaliami czy cennymi klejnotem na zasadzie ctrl + F, ctrl + V. Gdyby rozwinąć możliwości kamienia i jego znaczenie dla obu stron. Bo jeśli burgrabia ma kamień zamieniający metal w złoto, to po co mu kolonie w Ameryce?

W tej chwili elementy fantastyczne pełnią rolę dekoracji.

Trochę mnie dziwi, że bohater kogoś, kogo wcześniej uważał za przyjaciela, teraz rozpoznaje po bliźnie na ręce.

Opisy uczty wydawały mi się przydługie.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem.

Szczerze przyznam, że już dawno dawno żadne opowiadanie nie sprawiło mi tyle zwykłej radości. Podpisuję się, że pod komentarzem Starucha – lekko podana i interesująca historia, bez zadęcia, za to rozrywkowa, aż miło. Podobał mi się opis uczty (choć trochę za często elementem ją obrazującym był pijany szlachcic ganiający za dziewką), podobało mi się również zakończenie.

Cieszę się, że ci się podobało, Zygfrydzie. Dzięki za miły komentarz i oddany głos :)

Fantastyka jest tu tylko iskrą zapalną, która wyzwala ciąg zdarzeń. Niestety, iskrą, którą dałoby się zastąpić czymś realistycznym. Nie widać tutaj wielkiej technologii, tylko jeden wynalazek, przedmiot.

Sama intryga niestety nie zapada w pamięć. Czyta się płynnie, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że części scen, akapitów, zdań mogłoby nie być.

Podsumowując: przeciętny tekst, który nie wpasowuje się w założenia konkursu. 

Całkiem przyjemna fabuła przygodowa. Bohater może i nie najokrąglejszy, ale spełnia swoje zadanie. Czytało się przyjemnie, zwłaszcza sceny walki. Za nie plus.

Natomiast mocno zawodzi światotwórstwo. To nawet nie jest tło – raptem wzmianki, czym się ten świat rożni od naszego. Tylko że ja tym zmian nie widzę. Magdeburg mógłby zostać zastąpiony rzeczywistym miastem, odkrycie Ameryki mogłoby się odbyć w ten sam sposób, a nic de facto by się nie zmieniło. Trochę szkoda, bo widzę tutaj potencjał.

Podsumowując: niezły przygodowy koncert fajerwerków, ale światotwórczo nie zachwyca.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Całkiem fajny kawałek bezpretensjonalnego fantasy. Czytelnie poprowadzona fabuła, ze sprawną introdukcją, soczystymi bohaterami (Filtch), budowaniem napięcia, punktem zwrotnym, kulminacją i typowym zakończeniem na rozstajach. Językowo sprawne, humor bez żenady.

Konstrukcyjnie kuleje mi wyjęcie kamienia filozoficznego z kapelusza – lepiej byłoby wcześniej zasygnalizować, że taki artefakt ma w tym świecie swoją stawkę. Niejasne jest też dla mnie, jakim sposobem alchemik domyślił się, ze zabójcą jest jego od lat niewidziany kolega. 

Podobał mi się pomysł na Magdeburg – Perłę Północy, niemieckie miasteczko ogniskujące najważniejsze zdobycze kulturalno-naukowe przełomu Średniowiecza i Renesansu. Bez problemu przełknąłem nawet żelazobeton. Szkoda, że te wszystkie pomysły stanowiły jedynie sztafaż, bez żadnego wpływu na fabułę.

No bo ostatecznie to jednak klasyczna opowieść o magii, z zakazanymi grymuarami, wybuchającymi kulami i kamieniem filozoficznym. Lepiej by się to wszystko zgrało, gdyby przedmiotem gry była np. jakaś księga z opisem rewolucyjnej technologii.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Miałam z tym tekstem pewien problem. Gdzieś w tle są wynalazki, które jakoś zmieniły kształt świata i układ sił. Jednak no właśnie – pozostały daleko w tle, jako pewne ledwo wspomniane ozdobniki, bez których opowieść by się doskonale obeszła. To, co pozostawiłeś w głównej historii nie ma moim zdaniem nic wspólnego z retrowizjami, pozostawiasz jedynie bliską magii alchemię, a intryga też w pamięć nie zapada. Tekst nadrabia trochę porządnym wykonaniem, przez co czytało się szybko i z jakimś tam zainteresowaniem. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka