- Opowiadanie: Tarnina - Żyje się tylko raz

Żyje się tylko raz

Estado Novo (Por­tu­ga­lia), rok 194...

Za uwagi kry­tycz­ne – muito ob­ri­ga­da: Faj­ro­mo­wi, Ar­nu­bi­so­wi, Świa­to­wi­de­ro­wi i, last but not least, Wik­to­rii.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Żyje się tylko raz

Na bia­łym ob­ru­sie wid­nia­ła pur­pu­ro­wa plama o ja­snym środ­ku i roz­my­tych brze­gach. James prze­su­nął kie­li­szek – teraz świa­tło prze­fil­tro­wa­ne przez wino pa­da­ło na okład­kę książ­ki, le­żą­cej przed nim na stole, i bar­wi­ło ją czer­wie­nią o dziw­nym, fio­le­to­wym od­cie­niu.

Vinho verde miało barwę ru­bi­nu. Nawet wino uda­wa­ło coś, czym nie było.

James już od kilku dni ry­zy­ko­wał, wy­sia­du­jąc nad ko­lej­ny­mi bu­tel­ka­mi i wy­tar­tym na zamsz eg­zem­pla­rzem „Kima”, uda­jąc, że czyta i usi­łu­jąc się nie za­sta­na­wiać, czy wła­ści­ciel ka­fej­ki dodał już dwa do dwóch, czy jesz­cze nie. Cza­sa­mi Por­tu­gal­czyk uno­sił brew w bar­dzo su­ge­styw­ny spo­sób. Cza­sem, niby to przy­pad­kiem, prze­cho­dził obok sto­li­ka, pod­krę­ca­jąc wąsa. James po­wta­rzał sobie wtedy, że w tym za­wo­dzie łatwo o pa­ra­no­ję.

Niem­cy nie mogli prze­cież opła­cić całej po­łu­dnio­wej Eu­ro­py.

W nie­któ­re dni, choć­by dziś, było tak go­rą­co, że James nie mu­siał za­glą­dać do książ­ki, żeby się po­czuć jak w ki­plin­gow­skich In­diach. Kiedy in­dziej Atlan­tyk przy­po­mi­nał o sobie mgłą, wia­trem i mżaw­ką, jakby Li­zbo­na pró­bo­wa­ła uda­wać Lon­dyn – ale za szarą wo­al­ką po­zo­sta­wa­ła sobą, obcym mia­stem mo­zaik, wina i za­pa­chu spa­lo­nych sar­dy­nek, i ko­biet w czer­ni, śpie­wa­ją­cych o zdra­dzie, śmier­ci i na­dziei, i uchodź­ców ze wscho­du, któ­rzy nie ro­zu­mie­li tych pie­śni, choć ucie­kli przed śmier­cią, a żyli na­dzie­ją.

Nie, nie miała szans oszu­kać Ja­me­sa. De­ner­wo­wa­ła go tylko. Wolał te go­rą­ce dni, kiedy Li­zbo­na była szcze­ra, a on miał wy­mów­kę, żeby się scho­wać przed słoń­cem i pić vinho verde, czer­wo­ne jak rubin i kwa­śne, za­miast lon­dyń­skiej her­ba­ty.

Sia­dy­wał przy sto­li­ku w głębi sali, żeby do­brze wi­dzieć drzwi. Lu­dzie wcho­dzi­li i wy­cho­dzi­li, spo­ty­ka­li zna­jo­mych albo pili kawę wy­peł­nia­ją­cą salę cięż­kim aro­ma­tem. Nikt nie zwra­cał na Ja­me­sa uwagi.

Wła­ści­ciel krzą­tał się ze ścier­ką prze­wie­szo­ną przez ramię, chudy, przy­gar­bio­ny Punch pro­sto z te­atru ma­rio­ne­tek. Za­ga­dy­wał cza­sem sta­łych by­wal­ców. Star­sze­go pana, który z ga­ze­tą me­dy­to­wał nad fi­li­ża­necz­ką kawy, i któ­re­go James ob­ser­wo­wał przez cały pierw­szy dzień, zanim uznał, że to nie na niego czeka. Siwą damę z ko­kiem, zja­wia­ją­cą się punkt szes­na­sta na jeden kie­li­szek ma­teus rosé i ciast­ko. Mło­de­go męż­czy­znę pa­trzą­ce­go na wszyst­kich spod oka. James znał ich twa­rze na pa­mięć.

I była jesz­cze fa­di­sta.

Po­ja­wi­ła się dru­gie­go dnia – a może zaraz po przy­by­ciu James nie miał głowy do tego, żeby ją za­uwa­żyć? Sie­dzia­ła w kącie, do któ­re­go świa­tło zza okien nie do­cie­ra­ło, jej czar­na suk­nia zle­wa­ła się z cie­nia­mi. Wła­ści­ciel ka­fej­ki omi­jał ten sto­lik jak ogni­sko za­ra­zy.

I nie śpie­wa­ła. James nie sły­szał dotąd jej głosu. Na­zwał młodą ko­bie­tę „fa­di­stą”, bo wy­glą­da­ła zu­peł­nie tak samo jak pie­śniar­ki, które wi­dy­wał na uli­cach wra­ca­jąc do swo­jej klit­ki na Ba­ir­ro Alto, żeby spró­bo­wać prze­spać parę go­dzin. Młod­sze i star­sze, wszyst­kie w cięż­kich, czar­nych suk­niach, otu­lo­ne sza­la­mi, kiedy Ja­me­so­wi ko­szu­la le­pi­ła się do ple­ców. To­wa­rzy­szy­li im gi­ta­rzy­ści o po­nu­rych twa­rzach i obo­jęt­nych mi­nach.

Ale ta w ka­fej­ce była sama (James ro­zej­rzał się dys­kret­nie). Swoją drogą, czy ulicz­na pie­śniar­ka cze­ka­ła­by na part­ne­ra w ka­wiar­ni? Dzień w dzień?

– Prze­pra­szam. – sko­rzy­stał, że wła­ści­ciel aku­rat zna­lazł się w za­się­gu ręki i szarp­nął go za ścier­kę. – Znasz tę dziew­czy­nę?

– Jaką dziew­czy­nę, sen­hor? – „Sen­hor” zo­sta­ło wy­mó­wio­ne z na­ci­skiem góry lo­do­wej i James przy­po­mniał sobie po­nie­wcza­sie, że tutaj do ob­cych mówi się w trze­ciej oso­bie. Te ję­zy­ki ro­mań­skie…

– Tę w czer­ni, sie­dzi za fi­la­rem. – Za­ci­snął ręce, żeby jej nie po­ka­zać pal­cem i z tru­dem po­wstrzy­mał syk­nię­cie, kiedy Por­tu­gal­czyk obej­rzał się przez ramię.

– Nikt tam nie sie­dzi, sen­hor. – Tym razem ton re­stau­ra­to­ra był wy­raź­nie po­błaż­li­wy. Brzmia­ło w nim wy­raź­ne po­sta­no­wie­nie, żeby nie draż­nić osza­la­łe­go go­ścia. – Może wy­pi­je pan teraz kawę? – dodał, mie­rząc wzro­kiem pusty kie­li­szek.

– Tak, tak, chęt­nie. – James po­tarł czoło. Za­cze­kał, aż kroki Por­tu­gal­czy­ka wmie­sza­ją się w ka­wiar­nia­ny gwar i pod­niósł wzrok.

Dziew­czy­na sie­dzia­ła na miej­scu, z rę­ka­mi na po­doł­ku, nie­ru­cho­ma jak posąg.

 

Kiedy na­stęp­ne­go dnia po­ja­wił się w ka­wiar­ni, od razu ją zo­ba­czył. Sie­dzia­ła przy tym samym sto­li­ku, w tej samej pozie, co wczo­raj, jakby spę­dzi­ła tu całą noc. Zer­k­nę­ła na drzwi, kiedy James wcho­dził ze swoim Ki­plin­giem pod pachą, ale zaraz spu­ści­ła wzrok. Wy­raź­nie to nie na niego cze­ka­ła. Jeśli cze­ka­ła na ko­go­kol­wiek.

A może jed­nak? Niem­cy nie mu­sie­li opła­cać ca­łe­go mia­sta, wy­star­czy­ło parę osób. Parę nie­rzu­ca­ją­cych się w oczy osób.

Książ­ka huk­nę­ła o blat. James za­ci­snął wargi, żeby się nie skrzy­wić i nie wy­paść z roli. Nie od razu.

Chwy­cił krze­sło, usiadł na­prze­ciw­ko dziew­czy­ny i zaj­rzał jej w oczy, opie­ra­jąc pod­bró­dek na sple­cio­nych pal­cach.

– Mógł­bym wie­dzieć, na kogo cze­kasz?

Pa­trzy­ła na niego bez słowa. Może jed­nak po­wi­nien za­cząć grzecz­niej… ale jeśli dzię­ki nie­uprzej­mo­ści po­zbę­dzie się ogona, to trud­no. Od­chrząk­nął. Miał na­dzie­ję, że za­brzmia­ło to jak w fil­mie gang­ster­skim.

Po­ło­żył obie ręce na bla­cie i wbił w dziew­czy­nę oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie. Była blada jak fi­ran­ka w ciem­nym po­ko­ju.

– Słu­cham – wark­nął.

– Cze­kam… – Głos miała niż­szy, niż się spo­dzie­wał, me­lo­dyj­ny – na Joaõ.

Jasne, a ja na Tommy'ego i Tup­pen­ce, po­my­ślał James.

– Który jest? – za­py­tał, nie spusz­cza­jąc z niej wzro­ku.

– Moim na­rze­czo­nym. – Wy­pro­sto­wa­ła się z dumą i do­da­ła – Wy­pły­nął na „Saõ Tome” jako cie­śla okrę­to­wy. Nie byle kto.

A, no, fak­tycz­nie. Por­to­we mia­sto. Chyba nawet sły­szał coś o tym stat­ku… Cho­ciaż na miej­scu dziew­czy­ny James wy­brał­by do cze­ka­nia miej­sce z wi­do­kiem na morze.

Sen­hor? – Wą­sa­ty Por­tu­gal­czyk zma­te­ria­li­zo­wał się obok sto­li­ka z nie­od­łącz­ną ścier­ką na ręku.

– Dla mnie kawa. – James spoj­rzał na dziew­czy­nę, która po­krę­ci­ła głową.

– Do­sko­na­le, sen­hor.

– Może po­win­naś coś zjeść. – po­wie­dział James, kiedy re­stau­ra­tor od­szedł, a dziew­czy­na za­pa­trzy­ła się we wła­sne dło­nie, zło­żo­ne na po­doł­ku. – Je­steś blada jak… bar­dzo blada – do­koń­czył nie­zręcz­nie.

– Nie chcę.

– Prze­pra­szam, że na cie­bie na­sko­czy­łem. Bałem się… – Przy­gryzł język. Nie­win­na, czy ak­tor­ka na miarę Hol­ly­wo­od, nie po­wi­nien jej mówić za dużo.

– Jak masz na imię? – spy­tał za­miast tego, ale ona mil­cza­ła.

 

Także tego dnia kon­takt nie ra­czył się po­ja­wić i James dość wcze­śnie zre­zy­gno­wał z cze­ka­nia. Nie mógł się sku­pić na pracy, myśli i spoj­rze­nie cały czas zba­cza­ły w kie­run­ku dziew­czy­ny. A ona nie zwra­ca­ła na niego uwagi, za­pa­trzo­na w drzwi.

Nie po­wie­dział­bym, że przy­kła­dam się w ten spo­sób do wy­sił­ku wo­jen­ne­go, wy­ja­śnił swo­je­mu su­mie­niu, wsta­jąc. Zresz­tą, gdyby to było ważne, „pan Green” już dawno by się tu po­fa­ty­go­wał, praw­da?

Kiedy tylko zna­lazł się za pro­giem, ode­tchnął z ulgą. Nie miał jesz­cze ocho­ty wra­cać do swo­jej klit­ki. Bruk i mury, roz­pra­żo­ne po sło­necz­nym dniu, tchnę­ły gę­stym, dusz­nym cie­płem. James klu­czył mię­dzy chłod­niej­szy­mi cie­nia­mi, a pla­ma­mi zło­ci­ste­go świa­tła na chod­ni­kach, ale i tu i tu po­wie­trze było gęste i lep­kie jak zupa rybna. Prze­chod­nie brnę­li przez nie ku ja­kimś swoim od­le­głym celom. Ktoś niósł kosz pełen sar­dy­nek, inny pacz­kę ob­wią­za­ną sznur­kiem.

James szedł przed sie­bie, w la­bi­ryn­cie uli­czek, odra­pa­nych ścian, ku­tych ba­lu­strad na wpół bez­wied­nie szu­ka­jąc cze­go­kol­wiek zna­jo­me­go. Gdzieś nie­da­le­ko za­szlo­cha­ła gi­ta­ra, potem przy­łą­czył się ochry­pły ko­bie­cy głos. An­glik skrę­cił w bocz­ną ulicz­kę, wy­mknął się z nurtu. Za­gwiz­dał „Marsz puł­kow­ni­ka Bo­geya” i zro­bi­ło mu się odro­bi­nę lżej na sercu, cho­ciaż dwaj osob­ni­cy w sza­rych gar­ni­tu­rach mi­nę­li go z bar­dzo głu­pi­mi mi­na­mi. Teraz wie­dział, co chce zro­bić i skie­ro­wał się pro­sto w stro­nę cen­trum.

 

Fotel był tak wiel­ki i głę­bo­ki, że James prze­żył chwi­lę wąt­pli­wo­ści. Nie­wy­klu­czo­ne, że kiedy się w to cudo za­pad­nie, już nie wsta­nie – ale po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać. Naj­pierw uło­żył żółk­ną­ce już ga­ze­ty po­rząd­nie na sto­li­ku, po­środ­ku, żeby nie mu­sieć się schy­lać, a potem usiadł i wy­cią­gnął nogi.

Nie zdzi­wił­by się, gdyby mu po­wie­dzia­no, że bi­blio­te­ka pa­mię­ta Hen­ry­ka Że­gla­rza. Była cu­dow­nie ko­lo­nial­na, pełna rzeź­bio­ne­go drew­na i cieni, i kiedy James zmru­żył oczy, mógł sobie wy­obra­zić za szybą oks­fordz­kie dęby. Okna wpusz­cza­ły aku­rat tyle świa­tła, ile trze­ba. Przy sto­li­kach sie­dzia­ło tylko kilka osób, wszyst­kie po­grą­żo­ne w lek­tu­rze.

Się­gnął po „Ti­me­sa” i roz­ło­żył go sobie na ko­la­nach. Sta­ran­nie wy­gła­dził cze­pia­ją­cy się skóry pa­pier. Od­chy­lił się na fo­te­lu.

Pierw­szy ar­ty­kuł, na który tra­fił, był re­la­cją z kon­fe­ren­cji w Mo­na­chium. James prych­nął z po­gar­dą, nie dba­jąc, komu prze­szka­dza. Co za na­iw­ność, po­my­ślał. Ale to prze­cież nie wie­ści z domu, tylko z kon­ty­nen­tu, więc szyb­ko prze­wró­cił kilka kar­tek naraz. Tro­chę dalej był chyba ar­ty­kuł o… Chwi­lecz­kę, czy mu się wy­da­wa­ło, czy prze­czy­tał por­tu­gal­ską nazwę? Saõ Tome, tak. Zwię­zła notka mó­wi­ła o od­kry­ciu wraku u wy­brze­ża Mo­zam­bi­ku, po­da­wa­ła też sza­cun­ko­wą datę za­to­nię­cia. Ani chwi­li spo­ko­ju, po­my­ślał James, au­to­ma­tycz­nie od­czy­tu­jąc cyfry. 1511. Je­de­na­ście? Nie, to nie ma sensu. Sta­tek ar­ma­dy in­dyj­skiej… Czy na pewno tak brzmia­ła ta notka, kiedy ją czy­tał przed wojną? Czy w ogóle ją czy­tał? Prze­cież nie wie­dział wtedy, że coś się koń­czy, że trze­ba prze­cho­wać, ile się da, bo… ale ga­ze­ta nie wy­glą­da­ła na fał­szy­wą. Pa­pier żół­ta­wy, suchy i szorst­ki… Odło­żył ją. Wziął głę­bo­ki wdech. To tylko nazwa, skar­cił sam sie­bie, masz pa­ra­no­ję. Nazwa stat­ku może się po­wta­rzać. Może trze­ba spraw­dzić księ­gi Lloyda?

Ro­ze­śmiał się. Co za głu­pia myśl. Miał cał­kiem zszar­ga­ne nerwy, to oczy­wi­ste. Wy­obra­ził sobie swoją ciot­kę Vio­let, for­te­cę Low Church pod czar­nym ak­sa­mit­nym sztan­da­rem, pio­ru­nu­ją­cą go wzro­kiem i grzmią­cą „Pa­pi­stow­skie bred­nie, chłop­cze!” To po­mo­gło.

Pod­niósł głowę i uśmiech­nął się do chu­de­go, roz­czo­chra­ne­go mło­dzień­ca – stu­den­ta? – który sie­dział pod oknem i pa­trzył na Ja­me­sa zu­peł­nie tak samo, jak ciot­ka z wy­obraź­ni. Na stole przed mnie­ma­nym stu­den­tem le­ża­ły opraw­ne w skórę grube książ­ki i ster­ta luź­nych kart, za­pi­sa­nych macz­kiem.

James ode­pchnął się od pod­ło­kiet­ni­ków fo­te­la. De­cy­zja, któ­rej uni­kał od paru dni, pod­ję­ła się bez jego udzia­łu. Teraz mu­siał ją tylko wpro­wa­dzić w czyn. Po pierw­sze – kupić cy­try­ny.

 

Pod drze­wa­mi było odro­bi­nę chłod­niej, niż w mie­ście. Lżej było od­dy­chać. James nie­spiesz­nie szedł alej­ką, ręce trzy­ma­jąc w kie­sze­niach, roz­ko­szu­jąc się nieco za­nie­dba­nym po­rząd­kiem cmen­ta­rza. Zza zie­lo­ne­go ży­wo­pło­tu wy­glą­da­ły płyty i po­mni­ki, szorst­kie od po­ro­stów. Tu i tam jak ko­lum­na wzno­sił się cis, albo tuja, albo inne ża­łob­nie po­etyc­kie drze­wo. Nie znał się na bo­ta­ni­ce, ani tro­chę. Kra­wę­dzie na­grob­ków gi­nę­ły wśród zie­le­ni, mięk­kich pa­pro­ci i plam cie­nia. W dzień po­wsze­dni więk­szość prze­by­wa­ją­cych w mie­ście ro­da­ków pra­co­wa­ła, a miej­sco­wi nie mieli spe­cjal­ne­go po­wo­du tu przy­cho­dzić – James po raz pierw­szy od dłuż­sze­go czasu był sam z wła­sny­mi my­śla­mi. Kiedy zmru­żył oczy i pa­trzył na po­ra­sta­ją­cy groby bluszcz, mógł nawet uda­wać, że to An­glia. W bar­dzo go­rą­cy letni dzień.

Chęt­nie po­spa­ce­ro­wał­by dłu­żej, ale zza liści bły­snę­ła jasna bryła po­mni­ka Fiel­din­ga.

Przed wy­jaz­dem James usi­ło­wał prze­czy­tać jego „Po­dróż do Li­zbo­ny” i omal nie za­snął, ale teraz, po­czuł się tak, jakby stał na progu domu sta­re­go przy­ja­cie­la. Ko­cha­ne­go ma­ru­dy Henry'ego, uho­no­ro­wa­ne­go przez wdzięcz­nych po­tom­nych ka­mien­ną trum­ną, zni­czem i pło­mie­niem. An­glik stał, przy­glą­da­jąc się temu dzie­łu sztu­ki, cią­gle z rę­ka­mi w kie­sze­niach spodni. Ob­ró­cił w pal­cach ksią­żecz­kę za­pa­łek.

Ła­ci­na za­tar­ła się już tro­chę Ja­me­so­wi w pa­mię­ci, przy­sło­nię­ta współ­cze­sny­mi ję­zy­ka­mi, pra­wem, che­mią i in­ny­mi uży­tecz­ny­mi bzdu­ra­mi. Po­wo­li i z wy­sił­kiem od­czy­ty­wał na co­ko­le po­chwa­ły, miej­sca­mi prze­cho­dzą­ce w mętne fi­lo­zo­fo­wa­nie o prze­mi­ja­niu i cza­sie. „Sobie i swemu lu­do­wi za­pew­nił chwa­łę”, aku­rat, po­my­ślał. Gdy­bym teraz wy­szedł na ulicę i pytał ludzi, czy sły­sze­li o Fiel­din­gu…

– Wy­ba­czy pan. – James obej­rzał się przez ramię. Męż­czy­zna miał słom­ko­wy ka­pe­lusz, oczu nie było widać w cie­niu ronda.

– Zgu­bi­łem za­pał­ki – wy­znał po an­giel­sku. W jego gło­sie sły­chać było ślad ob­ce­go ak­cen­tu, ale nie por­tu­gal­skie­go. James nie po­tra­fił go roz­po­znać.

– Nie pali się na cmen­ta­rzu – po­wie­dział sucho, od­wra­ca­jąc się do przy­by­sza. Za­ci­snął palce na ksią­żecz­ce w kie­sze­ni.

– Chcia­łem uho­no­ro­wać wiel­kie­go An­gli­ka. – Nie­zna­jo­my pod­niósł zie­lo­ną sznur­ko­wą siat­kę, którą trzy­mał w ręku. Po­mię­dzy jej oczka­mi bie­la­ły wo­sko­we świe­ce.

– Fiel­ding zmarł w ty­siąc sześć­set pięć­dzie­sią­tym czwar­tym – za­uwa­żył od nie­chce­nia James.

– Ty­siąc sie­dem­set – po­pra­wił go obcy. An­glik ski­nął głową. W ła­ciń­skim na­pi­sie nie było daty.

– Lubi pan Fiel­din­ga?

Tam­ten wzru­szył ra­mio­na­mi – Jako pi­sa­rza oce­nił­bym go na „C”, ale nie spo­sób prze­ce­nić jego za­sług dla utrzy­ma­nia po­ko­ju.

– Mam nie­po­trzeb­ną ksią­żecz­kę za­pa­łek.

Za­mknął ją kciu­kiem i wrę­czył tam­te­mu, który sta­ran­nie umie­ścił za­pał­ki w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

– Bar­dzo panu dzię­ku­ję. Mam na­dzie­ję, że zdo­łam się od­wdzię­czyć.

 

W dro­dze po­wrot­nej nawet odra­pa­ne ka­mie­nicz­ki wy­da­ły mu się mniej smęt­ne. Może to dzię­ki ma­li­no­we­mu świa­tłu za­cho­du, które prze­ni­ka­ło mury mia­sta, bar­wiąc słod­kim różem cegły wy­glą­da­ją­ce spod ob­ła­żą­cych tyn­ków. Fi­ran­ki w oknach były jak na­są­czo­ne sy­ro­pem. Mo­zai­ko­wy bruk mie­nił się czer­wo­no i biało. James szedł, po­gwiz­du­jąc, i wy­obra­żał sobie drob­niut­kie czer­wo­ne li­ter­ki uło­żo­ne w napis „pa­miąt­ka z Black­po­ol”. Potem pró­bo­wał w każ­dym kroku stąp­nąć na inną wy­ima­gi­no­wa­ną li­ter­kę, z takim skut­kiem, że za­pa­trzo­ny pod nogi omal nie wpadł na ko­bie­tę spie­szą­cą do­kądś z ko­szem po­ma­rań­czy.

Do­pie­ro czu­jąc ich za­pach James zdał sobie spra­wę, jaki jest głod­ny. Ro­zej­rzał się i zo­ba­czył szyld „swo­jej” ka­fej­ki. Za­baw­ne, jak to szyb­ko można przy­wyk­nąć do dróg w obcym mie­ście… Może by tak wpaść na wino i parę se­ro­wych cia­ste­czek? Nie, le­piej po­rząd­ny ka­wa­łek cia­sta. Czuł się tro­chę jak po dłu­giej cho­ro­bie, osła­bio­ny, ale wolny.

Wszedł do środ­ka, mru­żąc oczy w na­głej ciem­no­ści, i siłą przy­zwy­cza­je­nia ru­szył do swo­je­go zwy­kłe­go sto­li­ka. Ale zaraz, prze­cież trze­ba coś za­mó­wić. Ob­ró­cił się i jego spoj­rze­nie padło na miej­sce w kącie sali. Było puste. Prze­tarł oczy.

Bra­ko­wa­ło nawet cieni, które za­wsze tam wi­dy­wał, jakby świa­tło z okna zmo­bi­li­zo­wa­ło się wresz­cie, żeby tam do­trzeć. Nagle, głę­bo­ko w dołku, James po­czuł roz­cza­ro­wa­nie. Przy­wykł do tej dziew­czy­ny, do jej sple­cio­nych pal­ców i czar­ne­go szala. Po­win­na tu być. Po­krę­cił głową. Nagle uszło z niego po­wie­trze.

Ale kiedy pod­niósł wzrok, dziew­czy­na sie­dzia­ła przy sto­li­ku, jakby nigdy nic, otu­lo­na mięk­ką ciem­no­ścią. James ro­zej­rzał się dys­kret­nie. By­wal­cy ka­fej­ki me­dy­to­wa­li nad fi­li­żan­ka­mi. Jakaś młoda ko­bie­ta, za­ru­mie­nio­na, słu­cha­ła szep­tów na­chy­lo­ne­go ku niej aman­ta. Star­szy pan marsz­czył brwi nad ga­ze­tą. Pani od ma­teus rosé po­cią­gnę­ła ma­leń­ki ły­czek i z pie­ty­zmem usta­wi­ła kie­li­szek na sto­li­ku.

Do licha, nawet w bu­tel­kach za kon­tu­arem nie za­mi­go­ta­ło świa­tło! Jak na ob­raz­ku. Na ob­raz­ku, do któ­re­go do­ma­lo­wa­no jedną po­stać, kiedy James nie pa­trzył.

A teraz, przy­glą­da­jąc jej się, był dziw­nie pewny, że nawet szal na ra­mio­nach dziew­czy­ny leży do­kład­nie, iden­tycz­nie tak samo, jak wtedy, kiedy stąd wy­cho­dził. Że cie­nie tak samo się ukła­da­ją.

– Kawy, sen­hor?

Wy­mi­nął go­spo­da­rza. Nie spusz­cza­jąc dziew­czy­ny z oczu, usiadł przy jej sto­li­ku. Zer­k­nę­ła na niego prze­lot­nie. Czy to gra świa­tła, czy na­praw­dę jej tę­czów­ki stały się ciem­niej­sze, kiedy za głową miała kon­tu­ar? Gdyby tylko znów się po­ru­szy­ła…

– Czy­ta­łem w ga­ze­cie o „Saõ Tome” – po­wie­dział James bez zbęd­nych wstę­pów. Teraz spoj­rza­ła pro­sto na niego. Oczy miała świe­tli­ste, ja­śnie­ją­ce w mrocz­nym wnę­trzu. Jak pa­jet­ki, po­my­ślał James. Nie­ru­cho­me.

Od­chrząk­nął. – To zna­czy, o stat­ku, który się tak na­zy­wał. Zna­leź­li go, zna­leź­li wrak u wy­brze­ża Mo­zam­bi­ku parę lat temu. Z po­cząt­ku szes­na­ste­go wieku. Za­to­nął po dro­dze do Indii.

Dziew­czy­na mil­cza­ła.

– Po­my­śla­łem, że chcia­ła­byś wie­dzieć – bąk­nął James. Czego ocze­ki­wał, że Por­tu­gal­ka roz­pły­nie się we mgle? Że za­cznie się śmiać jak w wa­go­no­wej po­wie­ści? Pa­pi­stow­skie bzdu­ry, po­my­ślał. Pa­li­ła go twarz.

A dziew­czy­na sie­dzia­ła spo­koj­nie, mie­rząc Ja­me­sa obo­jęt­nym, chłod­nym spoj­rze­niem. An­glik wstał i wy­ma­sze­ro­wał z ka­wiar­ni pod niebo barwy i cię­ża­ru oło­wiu.

 

Ock­nął się z uczu­ciem, że za­wi­nię­to go w watę. Była sza­ro­czar­na, mocno upa­ko­wa­na. Nie­wy­god­nie się na niej sie­dzia­ło. W gło­wie pul­so­wał ból, bolał kark i ręce, wy­krę­co­ne nie­na­tu­ral­nie za ple­ca­mi. James spró­bo­wał je roz­pro­sto­wać i syk­nię­cie samo wy­mknę­ło mu się spo­mię­dzy zębów.

Guten Mor­gen – Ton głosu był obo­jęt­nie uprzej­my, jakby ukry­ty w mroku czło­wiek za­mie­rzał prze­eg­za­mi­no­wać Ja­me­sa z nie­miec­kie­go.

– Ra­dził­bym współ­pra­co­wać – Drań nie miał nawet ak­cen­tu. To nie­spra­wie­dli­we, po­my­ślał James, przy­gry­za­jąc wargę. Do­brze, że nie robił żad­nych no­ta­tek, tamci (w wy­obraź­ni mi­gnę­ły mu otwie­ra­ne kop­nia­kiem drzwi) zna­leź­li naj­wy­żej wy­ci­śnię­tą cy­try­nę i parę wy­ka­ła­czek. Bi­buł­ki do pa­pie­ro­sów, ale czy­ste. Prze­łknął ślinę.

– Jest pan spa­lo­ny, panie Col­lins – wy­ja­śnił Nie­miec. James zdał sobie nagle spra­wę, że ma za­mknię­te oczy. Uchy­lił po­wie­ki, po­wo­lut­ku, ale gdzie­kol­wiek się zna­lazł, nie było tu za dużo świa­tła. Kilka ja­śniej­szych plam uło­ży­ło się po chwi­li w py­za­tą, bez­barw­ną twarz o ledwo za­zna­czo­nych ry­sach. Koń­czy­ła się ostrą linią, w któ­rej James roz­po­znał rondo czap­ki.

– A ty je­steś ste­reo­ty­pem, mówił ci ktoś?

Po­li­czek nawet nie za­bo­lał. Do An­gli­ka do­tar­ło wresz­cie, że dał się zła­pać, jak ostat­ni dureń prze­sia­du­ją­cy ca­ły­mi dnia­mi na wi­do­ku, i był zbyt wście­kły, żeby czuć ból. Niech to, po­my­ślał, a potem zre­flek­to­wał się, że Ki­pling ma rację. Biali ani tro­chę nie umie­ją prze­kli­nać.

– …ko­mu­ni­stycz­ne świ­nie! – Nie­miec za­koń­czył jakąś dłuż­szą ty­ra­dę, któ­rej po­czą­tek umknął uwa­dze Ja­me­sa.

– Boże, za­cho­waj króla – syk­nął. Był gotów na drugi cios, ale ten nie nad­szedł.

– Widzę, że przy­da się moc­niej­szy ar­gu­ment – po­wie­dział Nie­miec ze spo­ko­jem fa­ki­ra. – Bę­dzie pan uprzej­my za­cze­kać.

James prych­nął. Skrzyp­nę­ły drzwi, pro­mień świa­tła za­kłuł go bo­le­śnie w oczy, ośle­pił na krót­ką chwi­lę, potem znik­nął, po­zo­sta­wia­jąc fio­le­to­we plamy. An­glik zwisł bez­wład­nie, pró­bu­jąc więzy. Parę razy szarp­nął, ale zdo­łał się tylko ude­rzyć w nad­gar­stek. Mimo to pró­bo­wał dalej. Co in­ne­go mu zo­sta­ło? Trze­ba było sie­dzieć w domu. Niech to licho…

– Co pan tu robi?

– A jak my­ślisz? – fuk­nął, zanim do­tar­ło do niego, że w pu­stej, ciem­nej piw­ni­cy usły­szał wła­śnie dziew­czę­cy głos. Zwa­rio­wa­łem, po­my­ślał z re­zy­gna­cją i pod­niósł głowę. Na mo­ment za­mknął oczy, ale kiedy znów je otwo­rzył, widmo nie znik­nę­ło.

– A… co ty tu ro­bisz? Nie sie­dzisz w ka­fej­ce?

Była za­ry­sem w ciem­no­ści, sze­le­stem sukni i gło­sem, ale była. To wie­dział na pewno.

– Usły­sza­łam pana.

– Nie krzy­cza­łem. – Spró­bo­wał wy­krę­cić ręce, żeby prze­trzeć linę o słu­pek krze­sła.

– Nie. Ale sły­sza­łam pana od po­cząt­ku.

Sznu­ry były strasz­nie mocno za­ci­śnię­te.

– Moje zwy­kłe miej­sce jest nie­da­le­ko – do­da­ła dziew­czy­na. Po chwi­li ciszy pod­ję­ła – Pró­bo­wał pan mi pomóc.

James szarp­nął się gwał­tow­nie, a lina wpiła się w nad­gar­stek. Ze świ­stem wcią­gnął po­wie­trze.

– Dużo nam z tego przy­szło – mruk­nął. Blady kon­tur dziew­czy­ny prze­su­nął się poza jego pole wi­dze­nia.

– To marne węzły – oce­ni­ła.

– Do­praw­dy?

– Może gdyby pan się mniej spie­szył…

– Po czy­jej ty je­steś stro­nie?

Gdzieś da­le­ko za­mru­czał grom. James wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział. – Prze­pra­szam. Ale mam mało czasu. Tamci zaraz tu przyj­dą, ro­zu­miesz?

Kątem oka zo­ba­czył ruch w ciem­no­ści.

– Ro­zu­miem wię­cej, niż pan sądzi – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na sucho. – Choć­by to, że nie zo­ba­czę Joaõ aż do Dnia Sądu. Wy, żywi, zu­peł­nie nie po­tra­fi­cie cze­kać.

– Nie spie­szy nam się, żeby do­łą­czyć do was, mar­twych – od­ciął się James i zaraz tego po­ża­ło­wał.

Pie­kły go po­licz­ki, ale nad­garst­ki prze­szy­ły mi­ria­dy lo­do­wych igie­łek, nio­sąc dziw­ną ulgę.

– Nie macie odro­bi­ny cier­pli­wo­ści – cią­gnę­ła dziew­czy­na, jakby sie­dzie­li przy ka­wiar­nia­nym sto­li­ku. – Zwłasz­cza An­gli­cy. Wszyst­ko mu­si­cie po­pra­wić. Chcie­li­by­ście po­sa­dzić wi­no­rośl i zaraz pić wino.

Zimno po­ru­sza­ło się szyb­ko, zręcz­nie, po­mię­dzy jego ko­ść­mi.

– Chyba nie zdo­łam ich do­tknąć – stwier­dzi­ła dziew­czy­na i lo­do­wa­ty chłód ustą­pił.

James po­ru­szył pal­ca­mi. Już się pod­da­łaś, ty cier­pli­wa, chciał za­kpić, ale po­wie­dział tylko – Dzię­ku­ję, że pró­bo­wa­łaś. I to nie to, że cię nie lubię, po pro­stu mamy wojnę i każdy…

Urwał, sły­sząc pod drzwia­mi cięż­kie kroki. Zdą­żył za­mknąć oczy, zanim usły­szał jęk za­wia­sów. Świa­tło ude­rzy­ło go w po­wie­ki.

– Herr Col­lins? Chciał­bym panu przed­sta­wić mego przy­ja­cie­la.

– Miło mi – mruk­nął James. Wes­tchnął cicho, pod nosem. – Pew­nie wie­cie, jak mnie prze­ko­nać do mó­wie­nia i tak dalej.

Nowy Nie­miec ro­ze­śmiał się zgrzy­tli­wie. Niech to, po­my­ślał James, otwie­ra­jąc oczy. Niech to, niech to, niech to.

W bla­dym świe­tle po­je­dyn­czej ża­rów­ki tamci wy­glą­da­li bar­dziej upior­nie od wid­mo­wej dziew­czy­ny. A wła­śnie, gdzie ona się po­dzia­ła? Ale myśl pierz­chła z głowy Ja­me­sa, kiedy zimne jak stal, naj­zu­peł­niej ma­te­rial­ne palce za­ci­snę­ły się na jego pod­bród­ku.

– Na pewno się jakoś do­ga­da­my – Nowy miał cho­ciaż tyle przy­zwo­ito­ści, żeby mówić z wy­raź­nym ak­cen­tem. I cią­gnę­ło od niego for­ma­li­ną. James prze­zwał go w my­ślach „Herr Dok­tor”. Cie­nie od ża­rów­ki pod­kre­śla­ły bruz­dy i plamy po trą­dzi­ku na twa­rzy Niem­ca.

Gdzieś da­le­ko za­grze­cho­tał grom, albo może prze­wró­ci­ły się tacz­ki pełne ka­mie­ni.

Herr Dok­tor prze­stał się gapić na Ja­me­sa, pu­ścił go, a An­glik od­ru­cho­wo po­trzą­snął głową. Ża­rów­ka za­bzy­cza­ła i przy­ga­sła, zanim znów roz­bły­sła, tylko na chwi­lę. Za­pa­dła nie­prze­nik­nio­na ciem­ność.

Ver­dammt – wark­nął Nie­miec, ten pierw­szy. James wzdry­gnął się, nie ze stra­chu, z zimna, które prze­pły­nę­ło przez jego ciało, jeżąc wło­ski na ra­mio­nach. Ze świ­stem na­brał po­wie­trza.

– Odejdź­cie stąd – prze­mó­wił ło­skot gromu.

James wi­dział Niem­ców jakby przez mu­ślin, fa­lu­ją­cy na lo­do­wa­tym wie­trze. Jakby oglą­dał film. Bez wiel­kie­go za­in­te­re­so­wa­nia ob­ser­wo­wał, jak ten pierw­szy, w czap­ce, klnie w żywy ka­mień, jak Herr Dok­tor wy­cią­ga rękę i cofa ją, otrzą­sa, krzy­czy bez słów.

Deszcz za­grze­cho­tał o dach. Po­wie­dział – Odejdź­cie.

Nie­miec w czap­ce ru­szył pro­sto na Ja­me­sa, który od­ru­cho­wo kop­nął – tam­ten zwi­nął się jak ude­rzo­ny ta­ra­nem, za­to­czył na drzwi.

– Odejdź­cie! – krzyk­nął wiatr.

I Niem­cy, po­ty­ka­jąc się, cze­pia­jąc się ścian jak ślep­cy, zde­rza­jąc się w drzwiach, ucie­kli. Ści­gał ich ło­skot gromu.

Ża­rów­ka za­ko­ły­sa­ła się pod su­fi­tem, cie­nie za­tań­czy­ły. Uszy Ja­me­sa wy­peł­nił od­le­gły szum desz­czu.

– Na co pan teraz czeka? – spy­ta­ła dziew­czy­na. Stała pod ścia­ną, obok ciem­ne­go pro­sto­ką­ta drzwi, i wy­glą­da­ła cał­kiem zwy­czaj­nie, je­że­li po­mi­nąć prze­świe­ca­ją­ce przez jej suk­nię kra­wę­dzie ce­gieł z ja­sny­mi smu­ga­mi za­pra­wy.

James przy­gryzł wargę, żeby opa­no­wać ru­mie­niec. Wpa­trzo­ny we wła­sne ko­la­na, za­czął szo­ro­wać liną w górę i w dół po słup­kach krze­sła. Deszcz szu­miał na gra­ni­cy świa­do­mo­ści, sznu­ry skrzy­pia­ły, drew­no ję­cza­ło, aż wresz­cie James po­czuł, że może roz­su­nąć ręce. Wy­pro­sto­wał się po­wo­li. Dziew­czy­na nadal stała przy drzwiach, za­pa­trzo­na w prze­strzeń. Wi­dział jej pro­fil, de­li­kat­ny, wid­mo­wy.

– Nie wra­ca­ją? – spy­tał i skrzy­wił się, bo łok­cie za­bo­la­ły przy pierw­szym więk­szym ruchu.

Po chwi­li na­my­słu, a może na­słu­chi­wa­nia, dziew­czy­na po­krę­ci­ła głową. Wstał po­wo­li. Wszyst­kie stawy miał sztyw­ne.

– Wy­pro­wa­dzę pana na górę, ale nie dalej – po­wie­dzia­ła. W jej gło­sie sły­chać było szum morza, nie­skoń­czo­ny prze­stwór i nie­zmie­rzo­ną głę­bię. James przy­tak­nął, gry­ząc wargę, żeby nie jęk­nąć.

Blade widmo po­pro­wa­dzi­ło go ko­ry­ta­rzem, cuch­ną­cym od wil­go­ci i dud­nią­cym echa­mi, choć An­glik usi­ło­wał stą­pać jak naj­ci­szej mógł na ze­sztyw­nia­łych no­gach. W ciem­no­ści ledwo wi­dział zarys swo­jej prze­wod­nicz­ki, ra­czej od­ga­dy­wał, niż za­uwa­żał drzwi. Omal się nie prze­wró­cił, kiedy tra­fił czub­kiem buta w kra­wędź pierw­sze­go stop­nia scho­dów.

Im wyżej się piął, tym gło­śniej szu­mia­ła ulewa gdzieś przed nim. Stę­chły za­duch ustę­po­wał świe­że­mu za­pa­cho­wi desz­czu.

I nagle James sta­nął przed drzwia­mi. Miały za­kra­to­wa­ne okien­ko, przez które za­glą­da­ła do środ­ka sza­rość. Po­ło­żył rękę na chłod­nej klam­ce i na­ci­snął, a drzwi się otwo­rzy­ły. No, pew­nie.

– Po­wi­nien pan wra­cać do domu. – Pra­wie o niej za­po­mniał, a teraz, kiedy prze­mó­wi­ła, po­czuł się głu­pio.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc do dziew­czy­ny rękę. Potem zdał sobie spra­wę z tego, co robi, i ro­ze­śmiał się cicho.

– Dzię­ku­ję – po­wtó­rzył.

Skło­nił głowę, pchnął drzwi i wy­szedł na deszcz.

Koniec

Komentarze

Godzina zemsty wybiła <Staruch śmieje się potępieńczo>.

Całkiem klimatyczne. Trochę się może zanadto popisujesz się erudycją, ale ja to łykam, bo lubię.

Do czego był potrzebny Schellenberg, skoro ci Niemcy tacy anonimowi?

Najbardziej podobały mi się opisy, akcja trochę mniej. Ten Collins był czymś w rodzaju szpiega, rezydenta brytyjskiego wywiadu, tak? I wszystkim daje znać: o, tu jestem, ja, Anglik!!! Hej, Niemcy, zobaczcie – czytam Kiplinga, czytam Timesa, śpiewam angielskie piosenki. Tak się zachowuje szpieg? 

A w szczegółach <Tarnina mode on>:

– “w tej samej pozie, co wczoraj” – ten przecinek zdaje mi się zbędny;

– “ale jeśli dzięki nieuprzejmości pozbędzie się ogona, to trudno” – szpieg, tak? i jak się pozbędzie śledzącego go gościa, to “trudno”? przyznają mu punkty za utrudnianie sobie misji?;

– “między chłodniejszymi cieniami, a plamami złocistego światła” – ten przecinek chyba też zbędny;

– “księgi Lloyds'a” – Llloyd’sa;

– “miękkich paproci i plam cienia” – ciepło w tej Portugalii, nie? lasów nie ma, nie? to skąd wilgotno– i cieniolubne paprocie?;

– “przyglądając jej się” – szyk mi się nie podoba;

– “Warknął – A ty jesteś stereotypem, mówił ci ktoś?” – tu mam zagwozdkę – nie powinno być jakiegoś znaku przestankowego (kropki, dwukropka) po “warknął”? bo potem zaczymasz ni z gruchy ni z pietruchy wielką literą; jeśli to błąd, to wielokrotnie się powtarza; poza tym wolałbym “mówił ci to ktoś?”;

– “Po chwili ciszy podjęła – Próbował pan mi pomóc.” – tu ten problem co powyżej; i szyk mi się nie podoba – przeczytaj na głos ;P; nie lepiej “próbował mi pan pomóc”?;

– “sobie dłoni ze stawu” – no chyba nie; nadgarstek to nie jeden staw; o ile wyrwać łokieć czy bark ze stawu można, to dłoń – nie;

– “Wszystko musicie poprawić” – a nie: poprawiać?;

– “Her Doktor” – jej doktor :P? czyj? “r” zjadłaś;

– “który odruchowo kopnął” – tu też mi czegoś brakuje: w kogo? w co kopnął?;

– “raczej odgadywał, niż zauważał drzwi” – ten przecinek też chyba niepotrzebny;

Przecięcie liny o drewniany kant listwy to chyba zadanie niewykonalne. Do dziś by piłował.

 

No i fajnie :P.

A tak poza tym to bardzo porządne opowiadanie, w którym niewiele się dzieje :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Mam nadzieję, że się nie pogniewasz, Tarnino, jeśli wytknę ci literówkę w przedmowie – jako dziewczynka mówisz obrigada, nie obrigado :) Do tekstu zajrzę niedługo, trzymaj się!

Ej, Lizbona to nie kraj. Proszę nie utrudniać konkurencji. ;-)

Babska logika rządzi!

jako dziewczynka mówisz obrigada, nie obrigado :)

Aj, zaraz poprawię. 8:)

Godzina zemsty wybiła <Staruch śmieje się potępieńczo>.

Do czego był potrzebny Schellenberg, skoro ci Niemcy tacy anonimowi?

Bo Ty zawsze wiesz od zera, czego będziesz potrzebował? Hmm?

Tak się zachowuje szpieg?

Ja też czytam Kiplinga ;) Ale serio, szpieg nie ma się kryć po kątach – skoro już ma, chociażby, akcent, to bardziej podejrzane byłoby, gdyby twierdził, że Anglikiem nie jest.

 przyznają mu punkty za utrudnianie sobie misji?;

XD

 “księgi Lloyds'a” – Llloyd’sa;

Darn it. Zaraz poprawię.

 to skąd wilgotno– i cieniolubne paprocie?;

Ten cmentarz jest prawdziwy: tu masz galerię jego zdjęć (wybrałam na początek takie z paprociami).

 nie powinno być jakiegoś znaku przestankowego (kropki, dwukropka) po “warknął”?

Właśnie ja jestem ze szkoły, że nie – ale spotykałam się już z opinią przeciwną. Czy jest na sali profesor Miodek?

 no chyba nie; nadgarstek to nie jeden staw; o ile wyrwać łokieć czy bark ze stawu można, to dłoń – nie;

Hmm, racja. To już zostawię, bo strasznie, ale to strasznie nie lubię spraw anatomicznych.

 – “Her Doktor” – jej doktor :P? czyj? “r” zjadłaś;

Damn. Poprawiam.

 Przecięcie liny o drewniany kant listwy to chyba zadanie niewykonalne.

Wykonalne, wykonalne. Jak się kto nie poddaje po minucie ;)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

szpieg nie ma się kryć po kątach

Nie, ale ostatnie, czego szpieg potrzebuje, to zwracanie na siebie uwagi. Po pierwsze – nie wszyscy posługują się językiem obcym z akcentem. Do zadań wywiadowczych wybiera się raczej takich, co mówią jak “native speakerzy”. Dwa – przecież czytając ksiązki i gazety, nie czyta z akcentem :P. Po co zwracać na siebie niepotrzebnie uwagę? A już bezproduktywne przesiadywanie w knajpach i szlajanie się po cmentarzach nawet polskiemu kontrwywiadowi włączyłoby ryczącą syrenę alarmową.

Czyli powtórzę – płacą gościowi, żeby maksymalnie sobie utrudniał zadanie :P.

Ten cmentarz jest prawdziwy

Ok, widzę. Ale to mi się kompetnie nie zgadza z wizją Lizbony jaką opisałaś – gorącego, suchego miejsca. Nie wiem, ale może to bliskość oceanu tak działa? No i jednak rośnie tam niemal las. Mogłabyś, jak dla mnie, ciut jaśniej to opisać. Nie byłem tam nigdy, więc dokładniejszy opis pomógłby mi się bardziej “wczuć”.

 Wykonalne, wykonalne.

No chyba że to krzesło z drewna drzewa żelaznego. Coś tego nie widzę ;).

 

A na Miodka (znaczy – Boginię Reg), sam z ciekawością poczekam!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Jest tak. Podoba mi się historyjka o facecie i dziewczynie. Nawet bardzo. Lubię takie powolne, niezupełnie dopowiedziane opowieści. Natomiast mniej przemawia do mnie otoczka szpiegowsko-wojenna. Jasne, potrzebujesz jakiegoś powodu, żeby facet wpadł w tarapaty i jest to lepsze wyjście niż wiele innych. Ale czy on musi być szpiegiem (na dodatek koszmarnie nieudacznym)? Mógłby być przypadkowym Angolem w Lizbonie, niewiedzącym, co ze sobą począć i historyjka nic by nie straciła. W sumie może nawet jej lekka oniryczność i nastrój tajemnicy by zyskał. Bo opresyjność obecności Niemców byłaby jeszcze silniejsza, gdyby dotykała zwykłego człowieka. Wtedy ta ładna skądinąd scena z Fieldingiem oraz wszelkie idiotyzmy szpiegowskie, wytknięte przez Starucha nie byłyby tak bolesne. A w tej chwili po scenie na cmentarzu spodziewałam się dalszego ciągu, że to ten wyczekiwany kontakt.

 

Co do wykonania – ładny styl, ale interpunkcja sprawia wrażenie, jakbyś wykorzystała część zgubionych przez innych autorów przecinków wrzucając je niekoniecznie tam, gdzie trzeba, no i na dodatek jakby coś zjadło Ci sporą część przydziału kropek ;)

 

teraz światło przefiltrowane przez wino padało na okładkę książki, leżącej przed nim na stole,

Jeśli to przeformułujesz: “teraz światło przefiltrowane przez wino padało na okładkę leżącej przed nim na stole książki”, to widać, że przecinki niepotrzebne, bo to nie wtrącenie

 

wyglądała zupełnie tak samo[-,] jak pieśniarki, które widywał na ulicach,

które widywał na ulicach, kiedy wracał do swojej klitki na Bairro Alto, żeby spróbować przespać parę godzin. Młodsze i starsze, wszystkie w ciężkich, czarnych sukniach, otulone szalami, kiedy Jamesowi koszula

– Tę w czerni, siedzi za filarem[+.] – Zacisnął ręce,

nie drażnić oszalałego gościa

Oszalały wydaje mi się zbyt mocnym określeniem. Stukniętego, szalonego – może coś w tym stylu?

 

– Tak, tak, chętnie[+.] – James potarł czoło.

w tej samej pozie[-,] co wczoraj,

Może jednak powinien zacząć grzeczniej… ale jeśli dzięki nieuprzejmości pozbędzie się ogona, to trudno.

Mam ten sam problem co Staruch: dlaczego “to trudno”? Chyba “tym lepiej”? I w sumie mógłby sobie tu znów przypomnieć o tej trzeciej osobie

 

– Czekam… – Głos miała niższy, niż się spodziewał, melodyjny – na Joaõ.

Tu chyba coś nie tak z interpunkcją didaskalium. Albo puszczasz całość od małej litery jako wtrącenie, albo na końcu kropka i potem druga część wypowiedzi po wielokropku. Tak mi się wydaje, choć to są te przypadki, kiedy normy nie wystarczają.

 

– Moim narzeczonym[+.] – Wyprostowała się z dumą i dodała[+:] –

A. Faktycznie

Wygląda jak inicjał i nazwisko ;) Może lepiej: “A, faktycznie”.

 

– Dla mnie kawa[+.] – James spojrzał na dziewczynę

 

– Może powinnaś coś zjeść – powiedział James, kiedy restaurator odszedł, a dziewczyna zapatrzyła się we własne dłonie, złożone na podołku.

– Jesteś blada jak… bardzo blada – dokończył niezręcznie.

Druga część wypowiedzi powinna być w tym samym akapicie.

 

Niewinna[-,] czy aktorka na miarę Hollywood,

Nie mógł się skupić na pracy

Może lepiej nie potrafił?

 

Nie powiedziałbym, że przykładam się w ten sposób do wysiłku wojennego, wyjaśnił swojemu sumieniu,

Niezupełnie zrozumiałam, o co chodzi z tym wyjaśnianiem sumieniu. Tzn. co sumienie ma tu do rzeczy

 

Kiedy tylko znalazł się za progiem, odetchnął z ulgą. Nie miał jeszcze ochoty wracać do swojej klitki.

To jak dla mnie trochę non sequitur

 

James kluczył między chłodniejszymi cieniami[-,] a plamami złocistego światła na chodnikach

James szedł przed siebie, w labiryncie uliczek, odrapanych ścian, kutych balustrad na wpół bezwiednie szukając czegokolwiek znajomego.

Tutaj szyk nieco zaciemnia przekaz.

 

Marsz pułkownika Bugeya

→ Bogeya

Skądinąd on chyba rzeczywiście nie nadawał się na szpiega :D

 

nie wieści z domu, tylko z kontynentu

heart

 

1511. Jedenaście?

Nie bardzo rozumiem, dlaczego dziwna mu się wydaje druga połowa liczby, a nie pierwsza?

 

Lloyds'a vs. Lloyd’sa

To zależy, czy chodzi o bank, czy firmę ubezpieczeniową. Osobiście dla uniknięcia niezgrabnego apostrofu, a także niepewności dodałabym jakieś wyjaśnienie określające, o co chodzi albo co. W każdym razie tak, żeby móc dać mianownik ;)

 

patrzył na Jamesa zupełnie tak samo, jak ciotka z jego wyobraźni

Wychodzi na to, że z wyobraźni studenta. Może “jak wyobrażona ciotka”?

 

oprawne w skórę, grube książki

Tu się zastanawiam nad przecinkiem

 

Tu i tam jak kolumna wznosił się cis[-,] albo tuja, albo inne żałobnie poetyckie drzewo.

Nie znał się na botanice, ani trochę.

Chyba bez przecinka, chyba że to emfatycznie.

 

ale teraz[-,] poczuł się tak,

„Sobie i swemu ludowi zapewnił chwałę”, akurat, pomyślał.

Lepiej z półpauzą zamiast pierwszego przecinka

 

Zabawne, jak to szybko można przywyknąć do dróg w obcym mieście…

Odchrząknął. – To znaczy, o statku, który się tak nazywał.

Wypowiedź od nowego akapitu.

 

Guten morgen

Guten Morgen[+.]

 

– Radziłbym współpracować[+.] – Drań nie miał nawet akcentu.

Warknął – A ty jesteś stereotypem, mówił ci ktoś?

→ – A ty jesteś stereotypem, mówił ci ktoś? – warknął.

Samo warknął przed wypowiedzią nie pasuje do człowieka.

 

Do Anglika dotarło wreszcie, że dał się złapać, jak ostatni dureń przesiadujący całymi dniami na widoku, i był zbyt wściekły, żeby czuć ból.

To zdanie troszkę non sequitur, a poza tym coś mi zgrzyta w środku z tym porównaniem. Bo dał się złapać nie “jak przesiadujący”, ale z powodu przesiadywania. Czyli jak ostatni dureń (imho bez przecinka), ale bo przesiadywał albo jakoś tak

 

Biali ani trochę nie umieją przeklinać.

W ogóle? Żywcem?

 

– Nie krzyczałem[+.] – Spróbował wykręcić ręce

Po chwili ciszy podjęła[+:] – Próbował pan mi pomóc.

omal nie wyrwał sobie dłoni ze stawu

Nie wiem, czy nie lepiej byłoby doprecyzować: z nadgarstka

 

Chcielibyście posadzić winorośl i zaraz pić wino.

Nie wiem, czy to celowe, ale fajnie wyszło, bo od mniej więcej XVIII w. Anglicy traktowali Portugalię jakby była ich kolonią służącą do produkowania porto. I de facto wykończyli jej gospodarkę.

 

Zimno poruszało się szybko, zręcznie, pomiędzy jego kośćmi.

Moim zdaniem drugi przecinek zbędny, bo to nie wtrącenie, ale wyliczenie

 

– Chyba nie zdołam ich dotknąć – stwierdziła dziewczyna i lodowaty chłód ustąpił.

James poruszył palcami. Już się poddałaś, cierpliwa dziewczyno

– Na pewno się jakoś dogadamy[+.] – Nowy miał

Gdzieś daleko zagrzechotał grom[-,] albo może przewróciły się taczki pełne kamieni.

Deszcz zagrzechotał o dach. Powiedział – Odejdźcie.

Jeśli to wypowiedź deszczu, to dwukropek po powiedział. A jeśli nie, to nie wiem, co.

 

tamten zwinął się, jak uderzony taranem,

Jak dla mnie bez pierwszego przecinka, bo to zwykłe porównanie

 

– Powinien pan wracać do domu[+.] – Prawie o niej zapomniał

– Dziękuję – powtórzył. Skłonił głowę, pchnął drzwi i wyszedł na deszcz.

Ostatnie zdanie dałabym w nowym akapicie

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To zależy, czy chodzi o bank, czy firmę ubezpieczeniową.

Jęśli chodzi o statki, to tylko o firmę ubezpieczeniową. Najstarszą i największą (wtedy, bo dziś to nie wiem). Automatyczne skojarzenie: jak pieluchy z Pampers. Szukasz statku, kierujesz się do Lloyd’sa. Dla marynistów (nawet tych niedzielnych), znaczenie tego słowa nie potrzebuje dodatkowych wyjaśnień :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Do zadań wywiadowczych wybiera się raczej takich, co mówią jak “native speakerzy”.

Wiesz, niekoniecznie. Facet mógłby tam być zupełnie sensownie i legalnie, powiedzmy jako przedstawiciel handlowy – a wiadomo, że Anglicy z językami nieszczególnie. Ale w sumie masz rację – skupiłam się za mocno na noirowej atmosferze, a za słabo na tzw. legendzie. No, i z Jamesa taki Bond, jak ze mnie Konopnicka ;) Może następny szpieg wyjdzie mi trudniejszy do złapania.

 gorącego, suchego miejsca.

Bardziej celowałam w miejsce gorące i duszne – Gdańsk też taki bywa latem.

 Nie byłem tam nigdy

Ja też nie :)

 Mógłby być przypadkowym Angolem w Lizbonie, niewiedzącym, co ze sobą począć i historyjka nic by nie straciła.

Ano, właśnie. Co mi strzeliło z tym szpiegostwem?

 Jeśli to przeformułujesz: “teraz światło przefiltrowane przez wino padało na okładkę leżącej przed nim na stole książki”, to widać, że przecinki niepotrzebne, bo to nie wtrącenie

Hmm. Niby tak, ale…

 Oszalały wydaje mi się zbyt mocnym określeniem.

Wcześniej spokojnie sobie siedział, a tu nagle nie. Więc czemu nie?

 w tej samej pozie[-,] co wczoraj,

To jest przecinek wyrzucony przez jedną z bet :)

 Mam ten sam problem co Staruch: dlaczego “to trudno”?

Dlatego, że taki z niego szpieg, jak ze mnie skrzypce i nie może zapomnieć o swoim angielskim wychowaniu. That would be ungentlemanly ;)

 Może lepiej: “A, faktycznie”.

Może lepiej.

 Druga część wypowiedzi powinna być w tym samym akapicie.

Wark, znowu zapomniałam.

 Nie bardzo rozumiem, dlaczego dziwna mu się wydaje druga połowa liczby, a nie pierwsza?

Taka czkawka mózgu – tzw. double take. Ludzie tak mają czasami.

 To zależy, czy chodzi o bank, czy firmę ubezpieczeniową.

O firmę ubezpieczeniową. Potem może coś z tym zrobię.

 Wychodzi na to, że z wyobraźni studenta. Może “jak wyobrażona ciotka”?

Dobra myśl.

 Tu się zastanawiam nad przecinkiem

… skąd on się tu wziął? Już wywalam.

 Chyba bez przecinka, chyba że to emfatycznie.

Emfatycznie.

 Guten Morgen[+.]

Gupi język, ten niemiecki :) (wcale nie byłam z niego zagrożona na okres, nie, kto Ci to powiedział?)

 Bo dał się złapać nie “jak przesiadujący”, ale z powodu przesiadywania.

Niewykluczone, że włączył mi się tryb anglojęzyczny. This stays for now.

 Jeśli to wypowiedź deszczu, to dwukropek po powiedział. A jeśli nie, to nie wiem, co.

Słynne Wydawnictwo dobiło moje wyczucie interpunkcji…

 Ostatnie zdanie dałabym w nowym akapicie

Było w nim – coś się musiało popsuć.

 Dla marynistów (nawet tych niedzielnych), znaczenie tego słowa nie potrzebuje dodatkowych wyjaśnień :).

Nawet dla niemarynistów – Sherlock Holmes zawsze tam biegał, kiedy podejrzany wsiadł na statek.

 

Zaraz posprzątam i dzięki za poprawki :)

ETA: A, i jeszcze co do pułkownika Bogeya – konkretnie miałam na myśli tę przeróbkę z tekstem “Hitler has only got one ball” :D James w ten sposób rozładowuje napięcie nerwowe.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nie byłam w Lizbonie, więc niestety co do klimatu się nie wypowiem, ale na Cyprze w lipcu jest upał plus upiorna zupełnie parówka. Jak mi zgubili bagaż, a w Warszawie było akurat zimno, to wylazłam z klimatyzowanej sali do sauny i nie było to przyjemne uczucie – było się kompletnie oblepionym ciężką, lepką wilgocią. Dodaj do tego dżinsy i bluzę z długimi rękawami i nic na zmianę. Więc tak sobie wyobraziłam Twoją Lizbonę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytawszy.

Odnoszę wrażenie, że nazwa kraju, która powinna znaleźć się w przedmowie to “Nowe Państwo”, a Portugalia aka Republika Portugalska ciągle jest do wzięcia. Correct me if I’m wrong.

Babska logika rządzi!

Nie każdy będzie wiedział, co to za państwo, to nowe, a moment w czasie jest określony – wolę, żeby było czytelnie. Ponadto istnieje ciągłość (będziesz Trzecią Rzeszę liczyła jako coś osobnego od Niemiec? A państewka sprzed zjednoczenia?).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ekhem, ekhem, ten temat był wałkowany zaraz po ogłoszeniu konkursu :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pamiętam, ale ustalenia nie wyszły szczególnie konkretne (ulubiona_emotka_Baila).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Jak nie wyszły? Ja mam swoją wersję: oficjalna nazwa się liczy, zechciały władze zmienić nazwę państwa, to kim ja jestem, żeby tego nie uznawać?

I tak, będę III Rzeszę liczyć jako odrębny twór państwowy. A nawet, jeśli ktoś opisze alternatywną historię IIWŚ i będzie się upierał, że dotyczy kraju “Niemcy”, to nie uznam.

Jeśli chcesz, żeby było klarownie, możesz w nawiasie dopisać, że tak się natenczas nazywała Portugalia – tego Ci nie zamierzam bronić. :-)

Babska logika rządzi!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jeśli chcesz, żeby było klarownie, możesz w nawiasie dopisać, że tak się natenczas nazywała Portugalia – tego Ci nie zamierzam bronić. :-)

Finkla locuta, zaraz poprawię ;)

Thargone… dałeś mi w prezencie tramwaj. Aww ^^

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Podoba mi się, lubię takie klimaty i lubię nieśpieszne opowieści.

 

Marudzenie:

Twój szpieg powinien trafić do podręcznika pod tytułem “Czego absolutnie nie powinien robić wywiadowca”, ale to już wytknęli przedpiścy.

Natomiast ja nie potrafię zrozumieć, dlaczego ta kobieta czeka na swojego faceta na tym świecie. Przecież oboje są martwi, nie powinni się spotkać w zaświatach? No i nie wiem, czy w połowie XX wieku na statkach byli jeszcze okrętowi cieśle, jeśli nie, to coś powinno Jamesowi wcześniej zaświtać.

No i nie wiem, czy w połowie XX wieku na statkach byli jeszcze okrętowi cieśle

Skoro są w wieku XXI, to i na początku XX nie powinno być problemu ;) – “Każdy ma świadomość, przed jakim wyzwaniem stoimy: i cieśla żaglomistrz, i starszy oficer, i chief maszyny, i kucharz”.

 

Za – https://radiogdansk.pl/rejs-niepodleglosci/item/76593-22-porty-w-18-panstwach-rejs-daru-mlodziezy-dookola-swiata-coraz-blizej/76593-22-porty-w-18-panstwach-rejs-daru-mlodziezy-dookola-swiata-coraz-blizej 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No i nie wiem, czy w połowie XX wieku na statkach byli jeszcze okrętowi cieśle,

Czyli nie widać, że duch tu sterczy od XV wieku?

 

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Czyli nie widać, że duch tu sterczy od XV wieku?

 

Widać, widać, ale James spotyka go w XX i – jeśli dobrze zrozumiałam – początkowo nie wie, z kim ma do czynienia. Więc dziwi mnie, że tak bez zastanowienia przełyka tego cieślę.

 

Staruchu, niby masz rację, ale pamiętaj, że trwa wojna i grasują niemieckie ubooty, więc żaglowce raczej stoją w porcie.

Irko, nie masz racji :).

Żaglowce były często używane do żeglugi przybrzeżnej, kabotażowej. A były i okręty wojenne, choć zakamuflowane (czyli statki-pułapki).

O, jak ten – https://en.wikipedia.org/wiki/USS_Irene_Forsyte_(IX-93) 

 

EDIT: A prawie połowa zatopień ORP “Sokół” na Morzu Śródziemnym to żaglowce – https://pl.wikipedia.org/wiki/ORP_Sokół_(1940) 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu, teraz to już mnie przekonałeś. Człowiek stale dowiaduje się czegoś nowego. :)

Dziwne? Bardziej podobało mi się opowiadanie o smoku i dziewczynie, Pisz-o-dziej i recenzja – o, ta była super. 

Masz pewien rodzaj oglądu rzeczywistości, który trafia do mnie, przeszywając w sam środek tarczy! Tutaj nie jestem pewna.

Ale po kolei, już wiem, że nie powinno zaczynać się od ale. Ale Staruch ma sporo racji z tym nieudolnym szpiegiem/agentem. Z drugiej strony, przecież wywiadowcy nie są perfekcyjni, a opowieść dotyczy Lizbony, a motyw ducha czekającego na swojego ukochanego budzi wiele skojarzeń, jest uniwersalny i piękny:).  W Lizbonie nie byłam, to jedno z miejsc, do którego kiedyś chciałbym dotrzeć. Może się uda:)

 

Będę pisała tylko o odczuciach, subiektywnych, i swoim zwyczajem proponowała skreślanie tego, co wydaje się możliwe. Taki ze mnie kamikadze usuwania. 

*Tytuł – usunęłabym „tylko”

*mieszałabym krótkie i długie zdania. Po co to rozmycie na samym początku – „o jasnym środku i rozmytych brzegach”. Purpurowa, zdaje się wystarczająca. 

*inne, dalej:

Nawet wino udawało coś, czym nie było. James już od kilku dni ryzykował, wysiadując nad kolejnymi butelkami i wytartym na zamsz egzemplarzem „Kima”, udając, że czyta i usiłując się nie zastanawiać, czy właściciel kafejki dodał już dwa do dwóch, czy jeszcze nie. Czasami Portugalczyk unosił brew w bardzo sugestywny sposób. Czasem, niby to przypadkiem, przechodził obok stolika, podkręcając wąsa. James powtarzał sobie wtedy, że w tym zawodzie łatwo o paranoję.

Niemcy nie mogli przecież opłacić całej południowej Europy.

Tarnino, to są drobiazgi, takie nadmiarowe wypełnienia, i podkreślę – tylko moim zdaniem. Czasami zdaje mi się, że przesadzasz z dookreśleniem, ale mogę nie mieć racji.

*”pili kawę wypełniającą salę ciężkim aromatem” – niejasne?

*fado – jestem za, więc rozumiem

*Kiedy następnego dnia pojawił się w kawiarni, od razu ją zobaczył. Siedziała przy tym samym stoliku…

wyboldowane – do usunięcia

*a dalej, to:

„A może jednak? Niemcy nie musieli opłacać całego miasta, wystarczyło parę osób. Parę nierzucających się w oczy osób.

Książka huknęła o blat. James zacisnął wargi, żeby się nie skrzywić i nie wypaść z roli. Nie od razu. pozie, co wczoraj, jakby spędziła tu całą noc”

wywaliłabym całość, lecz może nie mam racji.

 

Myślę sobie tak: popłyń i chrzań poprawność. Przepraszam, bo może to bez sensu. Twoje doświadczenie z tekstem jest większe, a ja po własnych emocjach przeczytałam.

 

Dla mnie najmocniejsze sceny to obrazki z Lizbony i spotkanie z dziewczyną, a nie z oprawcą. Jednak może to bardziej mojsze, znaczy subiektywne.

 

Bond w Lizbonie, lubię:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

*Tytuł – usunęłabym „tylko”

To akurat jest najbardziej bondowskie nawiązanie w całym tym, ekhm, dziele – więc musi zostać.

Tarnino, to są drobiazgi, takie nadmiarowe wypełnienia, i podkreślę – tylko moim zdaniem.

Z tak uprzejmie wyrażonym zdaniem aż przykro się nie zgodzić – ale niestety muszę :( dla mnie te słowa sklejają wszystko w jedną, gładką całość, gdyby ich zabrakło, tekst wydałby mi się porwany. W ogóle często mam takie wrażenie, czytając własną pisaninę, więc może przesadzam z tą taśmą klejącą – ale odrywać jej nie mam zamiaru.

wywaliłabym całość, lecz może nie mam racji.

Yy, ale czemu?

Myślę sobie tak: popłyń i chrzań poprawność.

Nie da rady, próbowałam :)

Dla mnie najmocniejsze sceny to obrazki z Lizbony i spotkanie z dziewczyną, a nie z oprawcą.

Uhm, te Niemce trochę mi nie wyszły. Zrobię lepsze kiedy indziej?

 

Za uwagi – thank you very much.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Cześć Tarnino:)

Człowiek się wiecznie uczy, eh, czemuż to musi być – na swoich błędach. Noc przespałam, przeczytałam opowiadanie drugi raz i część mojego komentarza zadaje mi się bez sensu. Odszczekać pod stołem, więc część muszę. 

To akurat jest najbardziej bondowskie nawiązanie w całym tym, ekhm, dziele – więc musi zostać

W takim razie musi, a ja racji nie miałam, nie skojarzyłam po prostu, pewnie przez brak szampana, ale w Lizbonie popijać go nie mógł.

sklejają wszystko w jedną, gładką całość, gdyby ich zabrakło, tekst wydałby mi się porwany. W ogóle często mam takie wrażenie, czytając własną pisaninę, więc może przesadzam z tą taśmą klejącą – ale odrywać jej nie mam zamiaru.

Tu się z Tobą, w części – jedna gładka całość – w całej rozciągłości zgodzę, a w drugiej – tym bardziej… :)

Co więcej, rownież muszę rakiem wycofać się się z tej swojej gadaniny o poprawności i płynięciu, ponieważ w tym tekście to zrobiłaś i to jest niesamowicie fajne. Głupstwa też napisałam na temat zdań krótkich i długich. Jest bardzo ok, pod tym względem. Sklejki są, a z tych, które widzę, niektóre być muszą, a o niektórych, może bym podyskutowała.

wywaliłabym całość, lecz może nie mam racji. – Yy, ale czemu?

Czemu nie mam racji, czy czemu wywaliłabym? :D

Pierwsze, ponieważ pływam po nieznanym morzu bez przyrządów; a do drugiego przymierzę się poniżej. 

Tarnino, nie mam pewności, bo wywalam/zaznaczam zwykle po emocjach, a nie rozumie, ale spróbuję uzasadnić, choć nie wiem, czy nie będzie to dorabianie ideologii… , lecz ten fragment zatrzymał mnie również przy powtórnym czytaniu.

Widzi dziewczynę, znowu siedzącą w tym samym miejscu, jest zaniepokojony, może wściekły, chce sprawę wyjaśnić i przeciąć swoje rozterki, skończyć z tym raz na zawsze. Wie już, że ona na niego nie czeka (z poprzedniego zdania), lecz pewności nie ma, więc szybko do niej podchodzi, trochę siłą rozpędu. I w czasie tego impulsywnego podchodzenia zaczynają się rozkminki i zwalniasz – zaznaczone. 

Dlaczego ten fragment zwrócił moją uwagę? Chyba przez dwie rzeczy:

*przerywasz mpz Bonda, przenosząc kolejną jego myśl do nowej linijki – dla mnie to całość, od „wyraźnie” do „osób”.

*wybija „książka huknęła o blat” – tak, jakby zrobiła to sama, a to on musiał nią „ciepnąć” o stół. 

 

„… Kiedy następnego dnia pojawił się w kawiarni, od razu ją zobaczył. Siedziała przy tym samym stoliku, w tej samej pozie, co wczoraj, jakby spędziła tu całą noc. Zerknęła na drzwi, kiedy James wchodził ze swoim Kiplingiem pod pachą, ale zaraz spuściła wzrok. Wyraźnie to nie na niego czekała. Jeśli czekała na kogokolwiek.

A może jednak? Niemcy nie musieli opłacać całego miasta, wystarczyło parę osób. Parę nierzucających się w oczy osób.

Książka huknęła o blat. James zacisnął wargi, żeby się nie skrzywić i nie wypaść z roli. Nie od razu.

Chwycił krzesło, usiadł naprzeciwko dziewczyny i zajrzał jej w oczy, opierając podbródek na splecionych palcach.

– Mógłbym wiedzieć, na kogo czekasz?…”

 

Niemce są ok, bo widziani sarkastycznym, nonszalanckim okiem Bonda, poza tym niewiele ich tam jest. W ogóle, ten bohater IMHO udał Ci się, jest prawdziwy, z tym swoim zagubieniem i sprawnością jednocześnie oraz dystansem do rzeczywistości. Niezły mądrala z niego. Podobnie duch i Lisbona, która również jest bohaterem tej historii. 

Opowieść, Tarnino, jest bardzo dobrze pomyślana, świetna fabuła i sam pomysł też. Co do leniwości przebiegu, przecież to Lisbona, więc pośpiech nie pasowałby, też imho.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Człowiek się wiecznie uczy, eh, czemuż to musi być – na swoich błędach.

No problem :)

 *wybija „książka huknęła o blat” – tak, jakby zrobiła to sama, a to on musiał nią „ciepnąć” o stół.

No, i James właśnie ciepnął. To nie jest jasne?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dla mnie jasne – w sensie domyśliłam się, lecz chodzi o kwestię zapisu i dwa kolejne zdania, które komentują w chwili działania.

James zacisnął wargi, żeby się nie skrzywić i nie wypaść z roli. Nie od razu.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przeczytane.

Nie bardzo wiem, o co tu chodzi. Jaki jest związek między osobliwie zachowującym się szpiegiem, a duchem panny nieżyjącej od wieków?

Przeczytałam bez przykrości, ale i satysfakcji nie zaznałam.

Podobają mi się zdjęcia opisanego cmentarza.

 

i wy­tar­tym na zamsz eg­zem­pla­rzem „Kima”… –> Co to znaczy wytartym na zamsz?

 

pić vinho verde, czer­wo­ne jak rubin i kwa­śne… –> Kiedy wino jest kwaśne, to znaczy że zrobił się z niego ocet; takiego wina chyba nikt nie pije.

A może miało być: …pić vinho verde, czer­wo­ne jak rubin i cierpkie

 

zja­wia­ją­cą się punkt szes­na­sta na jeden kie­li­szek Ma­teus Rose i ciast­ko. –> …zja­wia­ją­cą się punkt szes­na­sta na jeden kie­li­szek ma­teus rose i ciast­ko.

Nazwy trunków piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

– Prze­pra­szam – sko­rzy­stał, że wła­ści­ciel aku­rat zna­lazł się w za­się­gu ręki i szarp­nął go za ścier­kę. –> – Prze­pra­szam.Sko­rzy­stał, że wła­ści­ciel

 

Wy­obra­ził sobie swoją ciot­kę Vio­let, for­te­cę Low Church pod czar­nym ak­sa­mit­nym sztan­da­rem, pio­ru­nu­ją­cą go wzro­kiem i grzmią­cą „Pa­pi­stow­skie bred­nie, chłop­cze!” –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Tu i tam jak ko­lum­na wzno­sił się cis, albo tuja, albo inne ża­łob­nie po­etyc­kie drze­wo. –> Obejrzałam zdjęcia cmentarza i mam wrażenie, że drzewa wznoszące się jak kolumny, to chyba  cyprysy.

 

Pani od Ma­teus Rosé po­cią­gnę­ła ma­leń­ki ły­czek… –> Pani od ma­teus rosé po­cią­gnę­ła ma­leń­ki ły­czek

 

– … ko­mu­ni­stycz­ne świ­nie! –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Deszcz za­grze­cho­tał o dach. –> Wcześniej napisałaś: …fuk­nął, zanim do­tar­ło do niego, że w pu­stej, ciem­nej piw­ni­cy usły­szał wła­śnie dziew­czę­cy głos. –> Czy w piwnicy można usłyszeć, że deszcz grzechocze o dach?

 

James przy­gryzł wargę, żeby opa­no­wać ru­mie­niec. –> W jaki sposób przygryzanie wargi przeciwdziała wystąpieniu rumieńca?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, reg. Związek jest luźny – ot, ships that pass in the night. Ale faktycznie, jak już mówiłam, za mocno się tu skupiłam na atmosferze – no i ucierpiała fabuła. Zrobię lepsze kiedy indziej?

Co to znaczy wytartym na zamsz?

Nie masz w domu zaczytanych książek, których okładki już się zrobiły miękkie, takie zamszowe w dotyku?

Kiedy wino jest kwaśne, to znaczy że zrobił się z niego ocet; takiego wina chyba nikt nie pije.

Albo, że pijącemu nie smakuje, bo, na przykład, nawykł do słodszego. Albo w ogóle chciałby pić co innego. Albo…

Nazwy trunków piszemy małą literą.

Niech to, angielszczyzna mi się włączyła. Poprawię po wynikach.

mam wrażenie, że drzewa wznoszące się jak kolumny, to chyba cyprysy.

Niewykluczone, ale Jamesowi oszczędzono tej wiadomości, co zresztą zaznacza.

Zbędna spacja po wielokropku

Wskoczyła, korzystając z mojej nieuwagi. Po wynikach przegonię.

Czy w piwnicy można usłyszeć, że deszcz grzechocze o dach?

No… może faktycznie ciężko. Ale to niekoniecznie jest piwnica pod kamienicą.

W jaki sposób przygryzanie wargi przeciwdziała wystąpieniu rumieńca?

A nie przeciwdziała? O fizjologię pytaj medyków, ja wiem tylko, że ludzie tak robią.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nie masz w domu za­czy­ta­nych ksią­żek, któ­rych okład­ki już się zro­bi­ły mięk­kie, takie za­mszo­we w do­ty­ku?

Tarnino, mam książki po wielokroć czytane, ale nie przyszłoby mi do głowy powiedzieć, że są wytarte na zamsz. No bo czy zaczytana okładka staje się omszona? A zamsz kojarzy mi się właśnie z meszkiem.

 

Krokus uroczy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przepadam za takimi klimatami, a mianowicie druga wojna jakoś mi nie leży. Pomimo tego bardzo miło się czytało i zaciekawiło do samego końca. Owszem można się przyczepić jak poprzednicy do szpiega nieudacznika, czy też do ducha czekającego na ducha w świecie żywych, ale ja tego nie będę robił po co powtarzać po innych. Natomiast powiem wszystkim, wczujcie się w klimat sytuacji, a w szczególności w Jamesa, w jego osobę. Owszem jest szpiegiem , ale znajduje się w nietypowej dla siebie sytuacji. Kontakt się nie pojawia, za to napotyka zjawę, piękną kobietę, być może zauroczył się nią, na pewno jej postać i historia, jaka ją spotkała wciągnęła Jamesa i szlag trafił wszelkie zasady szpiegostwa. Ja to kupuję. To trzecie opowiadanie, które przeczytałem w Geofantastyce i najbardziej mi leży. Gratuluję Tarnino.

czy zaczytana okładka staje się omszona

Omszona nie, ale taka miękka i w dotyku zamszowata.

Tomaszu, muito obrigada.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Portugalia! Ale tak bez francesinii? Chociaż wiki mówi, że wynaleziono ją gdzieś z dziesięć lat po Twoim opowiadaniu, więc niech będzie.

 

James fajny, taki nie-szpieg. Klimat raczej luźny, więc wjeżdżasz z tym duchem z buta, powiem, że powinnam się spodziewać, ale w sumie czekałam na jakieś takie porządne pogańskie, portugalskie bum. Niemcy shweiny, znaczy stereotypowe. Z drugiej strony bardzo fajnie Ci wyszła brytyjska fajtłapowatość Jamesa, zgaduję, że zamierzona. Szkoda chłopaka, bo narrację prowadził śmiechową. Poza tym, to opowiadanie za krótkie, proszę iść pisać dłuższe.

 

 

Thanks, love, will try (nareszcie ktoś docenił brytyjską fajtłapowatość :D)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przyjemne opowiadanie. Wrażenia mam jak najbardziej pozytywne.

Ten bohater wyszedł Ci trochę jak Jaś Fasola, ale mnie to się akurat spodobało. Ileż można czytać o niezawodnych szpiegach, co to wszystko potrafią i wyratują się z każdych tarapatów. Ten Twój jest taki… ludzki. A przez to na swój sposób sympatyczny, bo można łatwiej wczuć się w jego poczynania. 

Opowiadanie określiłbym mianem mocno… geofantastycznego. :) Sporo miejsca poświęcasz opisom, można się wirtualnie wybrać na spacer po Portugalii, fabuła robi bardzo wiele, żeby nie odwracać od tych opisów uwagi. I jeśli coś mi tu przeszkadzało, to właśnie ta skąpa fabuła. Nie działo się jakoś szczególnie dużo. W każdym razie nie tyle, ile bym oczekiwał. “Podłączę się” do opinii Żonglerki. Opowiadanie jest za krótkie. Skoro Jaś Fasola zdołał ocalić życie, to mógłby się jakoś odwdzięczyć za to światu.

Nawet przez przypadek. :)

Kurczę, dzięki, ale Jaś Fasola? Bez przesady :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bo to łajza, a nie szpieg ;P!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Kurczę, dzięki, ale Jaś Fasola? Bez przesady :)

Wiedziałem, że za tego Jasia Fasolę to mi się dostanie. :)

Inna rzecz, że przez skąpą fabułę, czułem się sprowokowany, żeby swoją wyobraźnią dorzucić coś od siebie. :)

A tak poważnie.

Jaś Fasola jest w tym komentarzu żartobliwym (i celowo przesadzonym :)) podkreśleniem fajtłapowatości Twojego bohatera. 

I tak, wiem, że mogłem sobie pomóc cudzysłowem. :)

Nie zmienia to naturalnie faktu, że sam Jaś Fasola bardzo by mi w tym opowiadaniu pasował.

Czytałbym. :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Vinho verde miało barwę rubinu. Nawet wino udawało coś, czym nie było.

Bardzo podobają mi się te ładne przykłady fałszerstw na samym początku.

Pięknie poetycki ten wstęp – to plama winnego światła <3

No, śliczny klimacik tam zrobiłaś, aż zazdroszczę!

 

pić vinho verde, czerwone jak rubin i kwaśne, zamiast londyńskiej herbaty.

tu mi coś to kwaśne nie pasuje – chyba przez bliskość do herbaty.

 

James dość wcześnie zrezygnował z czekania. Nie mógł się skupić na pracy, myśli i spojrzenie cały czas zbaczały w kierunku dziewczyny.

Do czekania nie trzeba się specjalnie skupiać ;D

 

Chwileczkę, czy mu się wydawało, czy przeczytał portugalską nazwę? Saõ Tome, tak. Zwięzła notka mówiła o odkryciu wraku u wybrzeża Mozambiku, podawała też szacunkową datę zatonięcia.

To, jak rozumiem jest gazeta której przeczytanie pamiętał sprzed wojny? To jest chyba większy zbieg okoliczności niż trafienie na akurat odpowiedni artykuł ; )

 

W dzień powszedni większość przebywających w mieście rodaków pracowała, a miejscowi nie mieli specjalnego powodu tu przychodzić – James po raz pierwszy od dłuższego czasu był sam z własnymi myślami.

Ci rodacy brzmią tu jak rodacy Jamesa.

 

Do licha, nawet w butelkach za kontuarem nie zamigotało światło!

Ale czemu miałoby migotać?

 

Kipling ma rację. Biali ani trochę nie umieją przeklinać.

Skąd to? ;D

 

Hm, opisy ślicznie, ale akcja szpiegowska nie bardzo zagrała z tą wcześniejszą nastrojowością.

I nie wiem, czy nie byłoby dobrze usunąć tag duch – do jakby nie ten tag, to bym się zastanawiała, co barman kombinuje, a tak to od razu było jasne, że gdzieś jest duch.

 

 

I jak thargone wszystkim daje rysunki, to może się nawet na udział skuszę ;P

I would prefer not to.

Jejciu, wybranko, ja się chyba zarumienię :)

 To, jak rozumiem jest gazeta której przeczytanie pamiętał sprzed wojny? To jest chyba większy zbieg okoliczności niż trafienie na akurat odpowiedni artykuł ; )

Yup :)

 Ci rodacy brzmią tu jak rodacy Jamesa.

Bo to właśnie są rodacy Jamesa.

 Ale czemu miałoby migotać?

Bo jak się ktoś rusza, to troszkę migocze. Może bardziej cienie, niż światło, hmm… na przyszłość zapamiętam, że to niejasne.

 Skąd to? ;D

Z "Kima".

 I jak thargone wszystkim daje rysunki, to może się nawet na udział skuszę ;P

Masz dwa tygodnie – sport ekstremalny :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Interesująca próba. Dwóch spraw nie zrozumiałem – do czego miały służyć cytryny i jaką rolę pełnił człowiek na cmentarzu przed pomnikiem Fieldinga?

Pozdrówka.

 Ci rodacy brzmią tu jak rodacy Jamesa.

Bo to właśnie są rodacy Jamesa.

Ale skąd oni na portugalskim cmentarzu?…

I would prefer not to.

RR, jak to do czego służą cytryny??? 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przeczytałam z przyjemnością. :)

Na pierwszy plan wysuwają się tutaj subtelnie tajemniczy klimat i narracja – spokojna, precyzyjna, wyważona. Podpisuję się też pod uwagami wybranietz odnośnie intro, ładnie wprowadza w opowiadanie.

Fabularnie najbardziej podobał mi się wątek dziewczyny-ducha – mnie osobiście nie przeszkadzał motyw oczekiwania na zmarłego narzeczonego (uznajmy, że duchy miewają tego typu fiksacje), natomiast liczyłam na większe powiązanie jej postaci z Jamesem. Podobają mi się też opisy wyglądu zjawy, takie bardzo delikatnie niepokojące.

Była zarysem w ciemności, szelestem sukni i głosem, ale była. To wiedział na pewno.

Stała pod ścianą, obok ciemnego prostokąta drzwi, i wyglądała całkiem zwyczajnie, jeżeli pominąć przeświecające przez jej suknię krawędzie cegieł z jasnymi smugami zaprawy.

 

Scena z Niemcami dzieje się jakoś tak nagle, że jednak nie do końca odczułam jej ciężar. Trochę mnie też zmylił zapis dialogów w scenie na cmentarzu, coś bym tutaj poprawiła.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

do czego miały służyć cytryny

Tuszę, że nie sugerujesz, że powinnam była tu wykorzystać metodę "C" Cummingsa?

jaką rolę pełnił człowiek na cmentarzu przed pomnikiem Fieldinga?

Mogłabym Ci powiedzieć, ale musiałabym Cię zabić :)

Ale skąd oni na portugalskim cmentarzu?…

Nie na cmentarz, a w mieście – to niejasne?

 

Jej, dzięki, black-cape. Na razie nic tu nie będę ruszać, może później.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No ja myślałam, że to jest na cmentarzy, ale mogłam po prostu zaziemniaczyć xD

I would prefer not to.

Rozmontuj sobie klawiaturę i złóż z powrotem, zobaczymy, czy nie będziesz robiła literówek XD

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Specjalnie dużo to się nie dowiedziałem…

Wyjaśnienie kawę na ławę: cytryna posłużyła do napisania tajnej wiadomości, następnie ukrytej w książeczce zapałek i przekazanej tajemniczemu Don Pedro facetowi z cmentarza.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wywiad i duchy. Nie powiem, ciekawa mieszanka.

Opisy miasta bardzo ładne. Podoba mi się też motyw z zagadaniem przez Jamesa do zjawy. Choć rewelacja po przeczytaniu artykułu przyszła dosyć… gładko. Nie wiem, spodziewałem się większej paniki z jego strony.

Do tego jako agent Mr James mocno się wyróżnia. Czyta Times, myli akcenty. Otoczka szpiegowsko-wojenna wyszła tu z lekka przymusowa, by uzasadnić wpadnięcie Anglika w kłopoty, bo sam bohater ni diabła dobrym agentem w moich oczach nie został.

Technicznie nieźle. Tempo powolne, nagle przyspiesza pod koniec przez tę akcję z Niemcami. Nie powiem, z lekka mnie to ożywiło, ale też zmusiło do zadania dodatkowych pytań: czemu teraz, po co itp.

Podsumowując: fajny, nieśpieszny koncert fajerwerków z ciekawym wątkiem z duchem i z lekka mniej interesującym tłem szpiegowskim.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Potrafisz klimatycznie malować rzeczywistośćsmiley. Główny bohater jest taki ludzki, dziewczyna tajemnicza. Zgadzam się z przedmówcą, że gdyby w tagu nie było mowy o duchach, cała opowieść jeszcze zyskałaby na tajemniczości. Dla mnie jego szpiegowska misja dodaje opowieści smaczku, choć faktycznie robi to trochę nieudolniesmiley. Pomysł z cytryną odgadłam, ale faktu, że wiadomość została przekazana na cmentarzu już nie. Zwłaszcza, że nie zauważyłam, aby dostał cynk o spotkaniu. Albo przegapiłam, albo daj jakąś poszlakę? Podoba mi się również przestraszenie Niemców w piwnicysmiley.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursiesmiley

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Chyba nie zrozumiałam, o co chodzi, ale czytało mi się dobrze :)

Znam tylko pięć liter ;)

Kraj jest, ale powiązania z nim wydają się raczej słabe – wszystkie sprowadzają się do scenografii i trwającej wojny. Równie dobrze bohater mógłby zakumplować się z duchem w każdym innym okupowanym państwie.

Element fantastyczny mocny – bez ducha ta historia potoczyłaby się całkiem inaczej.

Fabularnie szału nie ma – prosta historyjka, oparta na ogranych motywach (zła wojna i szpiegowanie w dobrej sprawie, duch (przynajmniej o tyle niesztampowy, że idzie na współpracę. Ale Kacper też chyba był sympatyczny?)). Ale możliwe, że czegoś nie zrozumiałam; co protagonista właściwie robił z cytrynami? Pierwsze skojarzenie ze szpiegowaniem: atrament sympatyczny. Ale co dalej? Sokiem z cytryn w liczbie mnogiej to można niezły elaborat napisać. Bardzo możliwe, że czegoś nie wiem i z tego powodu wiele mi umknęło. Rozmowy na cmentarzu też nie kumam. Wydaje mi się dziwna, jakby bez przerwy wymieniali się hasłami i odzewami.

Oryginalność sprowadza się do scenografii. Ładne, klimatyczne opisy.

Bohaterowie nie porażają rozbudowaniem, ale i plaskato nie wyglądają. Robota szpiega wydała mi się głupio niebezpieczna. Dlaczego on tak długo siedział w tej knajpie? Nie mieli umówionego jakiegoś tajnego znaku na wypadek wpadki? Dwudziestu trzech żelazek na parapecie czy czegoś?

Wykonanie niezłe, ale widywałam lepsze. Momentami przecinkologia utyka, czasem podmiot gdzieś zwieje, powtórzenie się trafi.

Babska logika rządzi!

Nie mieli umówionego jakiegoś tajnego znaku na wypadek wpadki? Dwudziestu trzech żelazek na parapecie czy czegoś?

XD

Wydaje mi się dziwna, jakby bez przerwy wymieniali się hasłami i odzewami.

I tak właśnie było.

 

Oj, widać, że nie jestem w formie – konkurs miał mnie w tę formę z powrotem wtłoczyć, co ewidentnie się nie udało. No, nic. Próbujemy dalej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Próbuj! Forma ma znaczenie. Dla Arystotelesa chyba największe. A może to Platon był? ;-)

Babska logika rządzi!

Arystoteles :P ale w polemice z Platonem.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Czyli dobrze mi dzwoniło. :-)

Babska logika rządzi!

Wprowadziłam obiecane powynikowe poprawki.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Cześć, Tarnino!

 

– językowo jest ślicznie, sunęłam przez zdania jak na pastelkach de nata, atmosfera Lizbony była ciężka, duszna i pachniała sardynkami, bardzo mi się. Poza tym tekst odznaczał się wysoką ilością poetyki czasami przechodzącej w oniryzm, co urozmaicało lekturę

– "kobiet w czerni, śpiewających o zdradzie, śmierci i nadziei, i uchodźców ze wschodu, którzy nie rozumieli tych pieśni, choć uciekli przed śmiercią, a żyli nadzieją.” – śliczne zdanie

– A co to za vihno verde, które jest czerwone? Mówisz o vihno verde rose? Ale ono też raczej różowe… No i w Lizbonie, przynajmniej na tyle na ile ja poznałam ten region, vihno verde nie było zbyt popularne, to się pije na północy. Z drugiej strony, przy takiej ilości głupich wpadek, jakie zaliczył James, nie zdziwiłabym się, gdyby on się na to zielone/różowe zaparł i zmusił właściciela do przetrząsania piwnic sąsiadów ;)

– fajne mrugnięcie z imieniem bohatera – szkoda, że nie zostawiłaś mu też jamesowej błyskotliwości, bo opowiadanie sporo traci przez niedostatki w inteligencji głównego bohatera

– natomiast fabularnie trudno mi było całą historię kupić. Zacząwszy od tego, że niemal od pierwszej sceny (gdy James pyta właściciela kawiarni, kim jest fadista, a ten odpowiada, że tam nikt nie siedzi) wiadomo, że dziewczyna jest duchem, a wydaje się, że kolejnymi scenami próbowałaś utrzymać jej status w tajemnicy, bądź odkrywać go małymi kroczkami. Dlaczego James jako jedyny widział ją? Fadista powiedziała, że próbował jej pomóc w kawiarni, ale jak? Wątkowi szpiegowskiemu brakuje ciągłości. Scena na cmentarzu wydawała się dawać zalążek nowej historii, a tu nic. Niemcy porywają go znikąd i znienacka.

– aspekt geograficzny: no, Lizbona jest piękna i oddałaś jej klimat 10/10, natomiast czemu ta historia działa się w Lizbonie? Portugalia przez większość czasu drugiej wojny światowej była neutralna i dość zdecydowanie starała trzymać się na uboczu wojennej zawieruchy, zajęta przemianami politycznymi na swoim poletku (także zamorskim). Nie wydaje mi się, żeby Niemcy mieli tam czego szukać, a skoro nie było tam Niemców, to niepotrzebni byli też szpiedzy brytyjscy. Co zresztą widać w twoim opowiadaniu, bo Niemcy nie mają w nim nic do roboty, poza porywaniem Brytoli i chowaniem ich po kątach.

– podsumowując, czytało się miło i napisane jest pięknie, natomiast fabularnie i geofantastycznie jednak kuleje.

 

Dziękuję za udział w konkursie :)

A co to za vihno verde, które jest czerwone?

Tę informację zawdzięczam książeczce “Porto, sardynka i fado” (moja Mama namiętnie kolekcjonowała książki kucharskie), której autorom zawierzyłam, bo oni byli w Portugalii, a ja nie :)

Dlaczego James jako jedyny widział ją?

Mam na to wyjaśnienie. Nikt na nie nie wpadł, co oznacza, że skopałam ten tekst doszczętnie – co, cóż, mówi się trudno i żyje się dalej.

James widzi ducha, bo tak intensywnie tęskni za ojczyzną. Nie widzi go w momencie, kiedy jest w dobrym humorze (to, myślę, wyszło mi mocno niezręcznie). Inni nie widzą, bo są zajęci prozą życia. Może trzeba było tam wprowadzić jakiegoś nieszczęśliwego kochanka?

Portugalia przez większość czasu drugiej wojny światowej była neutralna

Na ile się zorientowałam, tę neutralność wcale niełatwo było utrzymać (dało się w ogóle dzięki temu, że Portugalia sprzedawała wolfram obu stronom, była więc niezbędna). A szpiegów pętało się tam mnóstwo, choćby Ian Fleming (który nie robił “w polu”, ale był).

 

Tak czy siak – dzięki ^^

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Zjawiłem się tu kierowany zdrożną ciekawością. Jak to się dzieje, że autorka, sądząc po komentarzach, osoba niewątpliwie błyskotliwa, do tego nad wyraz biegła w posługiwaniu się językiem polskim, nie posłała nas jeszcze w kosmos owocami swego talentu?

Skusiłem się więc do lektury niniejszego tekstu, by przekonać się, czemu Twój talent jeszcze nie eksplodował.

 

Na białym obrusie widniała purpurowa plama o jasnym środku i rozmytych brzegach.

Czy purpurowa plama może mieć jasny środek? Czy jasna purpura to nadal purpura?

 

Zdania tworzysz piękne. Dużo w nich barw, dźwięków, zapachów. Niebanalne. Tworzą klimat. Choć jak na mój gust, zdarzają się takie zbyt wielokrotnie złożone, które choć poprawne, to wybijają z rytmu. Czytelnik, zamiast płynąć przez tekst i chłonąć przedstawiony świat, zmuszony jest powracać do rzeczywistości, by sprawdzić, czy ten długi tasiemiec jest gramatycznie poprawny, bądź przeczytać go dwukrotnie, by pojąć ogrom jego znaczenia.

I co z tego, że ostatecznie zdanie okaże się poprawne i wcale logiczne, skoro, nie po uliczkach Lizbony się błądzi a w zakamarkach orzeczeń i podmiotów. Misternie utkany klimat umyka i trzeba kolejnych kilka akapitów, by go znów odnaleźć.

 

To jest pierwsza istotna wada, jaką znalazłem. Drugą zaś jest fabuła. Co my tu mamy?

Angielski szpieg w Lizbonie czeka na spotkanie. Niewiele się dzieje. Czeka i czeka. W międzyczasie skąpo dozujesz elementy jakiejś większej układanki. Jest kobieta na wpół niewidzialna. Jest wątek statku i narzeczonego. Jest rozmowa na cmentarzu, dziwaczna, która nie wiadomo do czego prowadzi.

Ostatecznie szpieg wpada w pułapkę, z której ratuje go duch pięknej nieznajomej. I to wszystko.

 

Potrafię sobie wyobrazić to jako fragment powieści, który mógłby być całkiem niezły, jeśliby wszystkie te rozpoczęte wątki rozwinąć, połączyć w całość i oprawić w jakąś spójną formę. U Ciebie tego nie ma. Jest fragment historii, z której niewiele wynika. Czy miała jakieś przesłanie? Jeśli tak, to go nie odnalazłem. Czy miała jakieś smaczki, trudno powiedzieć, bo ukryłaś je bardzo głęboko.

Pisząc o mało znanych miejscach i postaciach, trzeba czytelnikowi je przybliżyć, inaczej tekst będzie atrakcyjny tylko dla kilku osób, które akurat danym tematem się interesują.

 

Dlaczego James jako jedyny widział ją?

Mam na to wyjaśnienie. Nikt na nie nie wpadł, co oznacza, że skopałam ten tekst doszczętnie – co, cóż, mówi się trudno i żyje się dalej.

W życiu bym na to nie wpadł ;)

 

Żeby jednak nie było tak gorzko, to oprócz wspomnianych kwestii, cała reszta wyszła Ci bardzo dobrze. Ładnie zbudowałaś klimat. Warsztatowo jest tak, jak mogłem się po Tobie spodziewać. No może z wyjątkiem tych kilku przecinków czy kropek.

 

Opowiadanie przeczytałem z przyjemnością.

Dostajesz ode mnie 5/6.

 

Jak to się dzieje, że autorka, sądząc po komentarzach, osoba niewątpliwie błyskotliwa, do tego nad wyraz biegła w posługiwaniu się językiem polskim, nie posłała nas jeszcze w kosmos owocami swego talentu?

Flattery will get you nowhere :)

Czy purpurowa plama może mieć jasny środek? Czy jasna purpura to nadal purpura?

… tak? Postaw sobie kieliszek z winem na tle rozświetlonego słońcem okna i poobserwuj? Tam się robi taka jasna plamka (nie jasnopurpurowa, jasna, w kolorze słonecznego światła – chyba, że to Cię zmyliło?), a brzegi są nieostre.

sprawdzić, czy ten długi tasiemiec jest gramatycznie poprawny, bądź przeczytać go dwukrotnie, by pojąć ogrom jego znaczenia.

Hmm. Mnie wybija z rytmu raczej ewidentna niepoprawność… zechcesz wiwisekcjonować któreś zdanie, żebym zobaczyła, co masz na myśli?

W życiu bym na to nie wpadł ;)

No, toć mówię, że skopałam :)

cała reszta wyszła Ci bardzo dobrze

Dziękować serdecznie (bardzo dobrze, trója z plusem :D).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Flattery will get you nowhere :)

For neither at any time used we flattering words, as ye know, nor of men sought we glory, neither of you, nor yet of others, but we were gentle among you.

 

… tak? Postaw sobie kieliszek z winem na tle rozświetlonego słońcem okna i poobserwuj? Tam się robi taka jasna plamka (nie jasnopurpurowa, jasna, w kolorze słonecznego światła – chyba, że to Cię zmyliło?), a brzegi są nieostre.

Chodziło mi o to, że skoro jest w kolorze słonecznego światła, to nie jest purpurowa.

 

zechcesz wiwisekcjonować któreś zdanie, żebym zobaczyła, co masz na myśli?

Proszę bardzo. Poniżej dwa takie zdania z samego początku:

 

James już od kilku dni ryzykował, wysiadując nad kolejnymi butelkami i wytartym na zamsz egzemplarzem „Kima”, udając, że czyta i usiłując się nie zastanawiać, czy właściciel kafejki dodał już dwa do dwóch, czy jeszcze nie.

 

Kiedy indziej Atlantyk przypominał o sobie mgłą, wiatrem i mżawką, jakby Lizbona próbowała udawać Londyn – ale za szarą woalką pozostawała sobą, obcym miastem mozaik, wina i zapachu spalonych sardynek, i kobiet w czerni, śpiewających o zdradzie, śmierci i nadziei, i uchodźców ze wschodu, którzy nie rozumieli tych pieśni, choć uciekli przed śmiercią, a żyli nadzieją.

 

Tu masz w jednym zdaniu 6 orzeczeń oraz 5 spójników “i”, nie mówiąc o przecinkach czy innych spójnikach.

Początkowo podmiotem jest Atlantyk, potem Lizbona, potem przychodzi całe mnóstwo określeń Lizbony. Potem podmiotem stają się kobiety w czerni, a następnie uchodźcy. Wszystko w jednym zdaniu.

I to zdanie, jeżeli chodzi o treść, jest piękne. Nie wątpię, że wiele osób zachwyci. Ale jednocześnie jest na tyle skomplikowane, że łatwo się w nim pogubić. A przynajmniej ja się pogubiłem, czytając je pierwszy raz.

Chodziło mi o to, że skoro jest w kolorze słonecznego światła, to nie jest purpurowa.

Czyli dobrze zgadłam, że właśnie to Cię zmyliło?

Tu masz w jednym zdaniu 6 orzeczeń oraz 5 spójników “i”, nie mówiąc o przecinkach czy innych spójnikach.

Hmm. Nie mogę nie przyznać Ci racji, ale… w obu tych zdaniach chodziło mi właśnie o taki wartki strumień świadomości. Czyli kolejna wskazówka, że poszłam za daleko w atmosferę, zaniedbując właściwą konstrukcję? Bo jeśli się pogubiłeś, to niedobrze – chciałam tej atmosfery upchnąć dużo w małej objętości.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Z tą plamą to jakoś nie potrafiłem sobie jej wyobrazić. Widziałem przed oczami kleks z wyblakłym środkiem i nijak mi nie pasował do purpury, która ma barwę intensywnie nasyconą.

Ale dlaczego purpura musi być nasycona? IMO, każdy kolor może być nasycony, rozbielony itd.

Babska logika rządzi!

Purpura zwykle kojarzy się z intensywnym odcieniem. Gdybym chciała coś bladego, byłyby kwiatki.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bo wtedy nie jest purpurą tylko jakimś różem?

Fioletem. Jak barwinek może? Fiołki?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To jeszcze ja, w kwestii Tarninowych zdań  przytoczonych przez Chrościsko, tak abyś miała i drugą opinię. Wg mnie pierwsze do “rozbicia”, natomiast drugie nie – bo cudne  i klimatyczne:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zaglądam zza węgła w nadziei, że nikt we mnie niczym nie rzuci. Przepraszam za brak prawdziwego komentarza i że zwlekałem tak długo. Spieszę donieść, że to nie jest tak, że zobaczyłem w tekście Lizbonę, machnąłem tramwaj i pognałem dalej nieprzeczytawszy, a potem zagłosowałem na pałę. Tekst oczywiście przeczytałem, co więcej z ogromną przyjemnością. Poziom skomplikowania i złożoności zdań mi nie przeszkadzał, co więcej to on właśnie tworzył tutaj klimat, sprawiał, że tekst jest szczególny. Zwłaszcza, że operujesz stylem jak Dr Strange skalpelem (przed wypadkiem) i to wszystko czytało się znakomicie. Opisy są pełne dźwięków, kolorów, zapachów, w ogóle zmysłowych wrażeń, czasem szczegółowo dokładnych, kiedy indziej znów proponujących luźne skojarzenia i tworzących specyficzny nastrój. 

Dlatego tekst konkursowo-geograficznie jest majstersztykiem. Bo nie jest wielką sztuką dobrze opisać Pasikurowice Dolne tak, by ktoś, kto Pasikurowice zna, powiedział: "Zaiste! Pasikurowice jako żywo!" Raczej chodzi o to, żeby ten, który w rzeczonej wiosce nigdy nie był nie tyle potrafił sobie ją plastycznie wyobrazić, a poczuć specyfikę miejsca, poczuć jego nastrój, odebrać, za przeproszeniem, mojo. Robisz to celująco, z Lizboną co prawda, ale jestem pewien, że z Pasikurowicami Dolnymi też byś sobie poradziła. 

Ale jest jeszcze fabuła, a ta, delikatnie mówiąc, nie porywa. Wiem, że bohater, który szwenda się po ulicach i siedzi w knajpach świetnie się nadaje do opisywania miasta, ale sam w sobie interesujący nie jest. Zwłaszcza, że nie dajesz mu możliwości wykazania się jako agentowi. Jest zagadka ducha i teoretycznie powinna mi się podobać, bo mam słabość do takich nekromansów, ale niestety nie chwyciło. Zabrakło mi tam jakiegoś zaangażowania, emocji może. Najlepiej wychodzą opisy ducha pijącego wino (znów klimat) i właściwie tyle. 

Całość sprawia wrażenie ćwiczenia stylistycznego w nastrojowości opisów (celująco wykonanego) a fabuła jest, no bo musi być, ale bez jakiegoś nacisku na nią. Nie twierdzę oczywiscie, że w literackim tekście zawsze najważniejsza jest historia i bohaterowie, ale myślę, iż w tym konkretnym tekście świetna fabuła w połączeniu z genialnym klimatem zrobiłaby opowiadanie rewelacyjne. Piórka i tak dalej. A tak, jest "jedynie" bardzo dobrze :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Merci.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka