- Opowiadanie: OneTwo - Szpital dla leniwych

Szpital dla leniwych

Jako autor chciałem dokonać researchu i napisać wiarygodny tekst umiejscowiony w epoce paleolitu. Udało mi się zebrać niezbędną fachową literaturę z okresu. Niestety nie chciało mi się jej przeczytać, ponieważ wolałem pooglądać stare kreskówki.

Wobec tego poniższy tekst jest utrzymany w bardziej absurdalnym, przerysowanym tonie.

Tak czy inaczej, miłego czytania!

Wersje:
1.01 – Poprawki Anubisa. Dziękuje ci za betę.
1.02 – Poprawki ludzi spoza forum. Dzięki wszystkim zwłaszcza Patrykowi.
1.03 – Poprawki od Regulatorzy.
1.04 – Usunięcie dwóch ewidentnych nawiązań, hasło o wolności i eufemizm dotyczący niemieckiej polityki.
1.05 – Uwzględnione drobne poprawki Starucha.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Szpital dla leniwych

Badanie się przeciągało. Lekarz po raz trzeci przesunął po mojej klatce piersiowej owalny i wyjątkowo zimny kamień. Zastanawiałem się, jakim cudem działał ten stetoskop? To był tylko kawałek sznurka z przymocowanym kamykiem! Nie miałem kataru ani kaszlu, nawet podwyższonej temperatury. Czułem się świetnie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

 Niestety, przeszywający wzrok lekarza nie pozostawiał złudzeń.

 – Proszę usiąść – powiedział doktor w kitlu z futra śnieżnobiałego tygrysa. Wskazał na kamienne siedzisko. – Panie Kołogu, proszę dokładnie opisać, jak zachowywał się pan w szkole?  – zapytał.

 – Nie rozumiem… Co to ma do rzeczy?

 – Ciężko pracuję w tym szpitalu od trzydziestu lat, ale nigdy nie widziałem takiego przypadku. – Podniósł się z krzesła. – Proszę na siebie spojrzeć. Mięśnie niemal nie istnieją, nogi wiotkie, skóra sucha, sam szkielet. Potu od wysiłku to pan chyba nigdy nie uświadczył. Proszę odpowiedzieć na moje pytanie. Może nie jest aż tak źle?

 – No… – Milczałem przez chwilę.

– Przyznaję, nie uczyłem się systematycznie, na lekcjach nie mogłem się skupić, myślałem o niebieskich migdałach. Starczy, doktorze? – ledwo wydusiłem to z siebie. Nie ukrywałem, że się wstydziłem.

 – Proszę kontynuować.

 Musiałem złapać oddech.

– Przysypiałem na lekcjach, nie słuchałem nauczycieli, nie odrabiałem zadań domowych. Co gorsza, spisywałem je na przerwach…

 – To jakaś plaga! Ta dzisiejsza młodzież jest strasznie sucha – warknął podłamany. Jak zwykle starsi narzekali, że obecne pokolenie nie pociło się nadmiernie.

 – Doktorze, czy to coś poważnego? – zapytałem z trudem, chociaż bałem się diagnozy.

 – Śmiertelnie poważne! Cierpi pan na złośliwy przypadek choroby zdolnicius ales lenivus z przerzutami.

 – Z przerzutami? – przerwałem z niedowierzaniem. Nie sądziłem, że sprawy miały się aż tak źle.

 – Niestety, wszystko wskazuje, że choroba opanowała mózg. Prawdopodobnie jej skutki są nieodwracalne. Przykro mi – lekarz rozłożył ręce.

 Usłyszałem wyrok. Milczałem. Całe dotychczasowe życie stanęło mi przed oczami. Gdybym mógł cofnąć czas, to posłuchałbym matki. Uczyłbym się systematycznie i odrabiał zadania domowe. Wtedy czekałaby na mnie dobra praca. Teraz spełniało się najczarniejsze proroctwo, że niczego w życiu nie osiągnę. Nie, to tak nie mogło się skończyć!

– Błagam doktorze. Na pewno da się coś jeszcze zrobić. Zasługuję na jeszcze jedną szansę!

– Cóż… – lekarz popatrzył na okienny otwór w kamiennej ścianie. – Mam przyjaciela, który prowadzi z sukcesami placówkę z takimi przypadkami jak pański. Mimo wszystko obawiam się, że nawet jego terapia w pana przypadku może nie zadziałać.

– Zrobię wszystko! Przysięgam!

– Dobrze. Na pana odpowiedzialność. Wykuję panu skierowanie.

Lekarz wziął płaski głaz i dłuto. Zaczął powoli rzeźbić litery na tabliczce. Na marmurowy stół zaczęły się sypać odłamki. Pojawił się kurz.

– Długo jeszcze? – Nie potrafiłem usiedzieć na niewygodnym bazaltowym zydelku.

– Chwileczkę – przerwał. – Nie widzisz młodzieńcze, że ciężko pracuję?

Niewątpliwie. Lekarz miał szerokie bary od wydłubywania znaków na kamiennych tablicach. Każda litera wymagała starannego rzeźbienia, co trwało niewyobrażalnie długo. Po co to robił? Wystarczyłoby, gdyby powiedział, gdzie powinienem się udać. Cóż za niepotrzebny wysiłek! Na jego biurku leżało przynajmniej kilkadziesiąt różnych skierowań, recept, których sam bym nawet nie tknął.

Wykazałem się niezwykłą cierpliwością, czekając na skierowanie. Nie zwracałem uwagi na mamrotanie doktora. Chciałem tylko jak najszybciej rozpocząć nowe, pracowite życie. Musiałem jeszcze złapać komunikację miejską.

Szczęśliwie po wyjściu ze szpitala trafiłem na biegobus. Super! Ośmiu rosłych mężczyzn niosło drewnianą lektykę. Całe szczęście w środku nie było tłoku. Na cztery wolne miejsca tylko jedno z tyłu zostało zajęte przez jakąś panią, której zarówno torebkę, jak i całą sukienkę zdobiły lamparcie cętki.

Wygodnie rozsiadłem się na siedzisku, jak jakiś myśliwy po wyczerpujących łowach na mamuty. Problem w tym, że nie robiłem dzisiaj niczego wyjątkowo męczącego. Wprawdzie zjadłem trochę nerwów u lekarza, to nie mogło się równać wysiłkowi ośmiu śmiałków, którzy prowadzili pojazd. Trochę im współczułem, że nosili takiego pachnącego lenia jak ja.

W rzeczywistości żałowałem, że nie robiłem w życiu niczego ciekawego. Niestety to wszystko dlatego, że nie miałem dobrych stopni w szkole. To smutne, że matka, jako dyrektorka szkoły, tak ciężko pracowała nad edukacją innych dzieciaków, że zapomniała o moim wychowaniu. Mógłbym posłuchać jej rad, to nie narobiłbym wstydu rodzinie.

– Stać! Rubinowe! Gwałtowne hamowanie. – Szarpnęło mną, że aż prawie wyleciałem z lektyki.

Gdybym starał się na lekcjach, to pracowałbym przynajmniej w komunikacji miejskiej. Wprawdzie nie chciałbym zostać jednym z kierowców pojazdu, bo nie przepadałem za bieganiem synchronicznym. Niemniej chętnie zostałbym kontrolerem światła ulicznego.

Na każdym skrzyżowaniu stały cztery budki, gdzie siedzieli ludzie. Ich zadaniem było liczenie na głos do sześćdziesięciu, a następnie podmienianie świecących kamieni. To była prosta, odpowiedzialna i, co najważniejsze, lekka robota, w której bym się nie spocił. Zaraz, co ja powiedziałem? Niewymagająca praca? Kurcze. Znów prześladowało mnie moje lenistwo. Musiałem wziąć się w garść. Niestety przez całe życie wypracowałem złe nawyki.

– Złote. Szmaragdowe. Biegniemy!

Pojazd ruszył. Przemierzaliśmy ulicę Wynalazcy Ognia, gdzie znajdowały się najbardziej reprezentacyjne kamienice, stworzone z najcenniejszych materiałów.

Mój świętej pamięci tatuś pracował jako górnik kamieni szlachetnych. Ojciec zasuwał po szesnaście godzin, siedem dni w tygodniu. Schodził na najniższe poziomy kopalni. Wydobywał najbardziej niedostępne kamienne bloki. Pot połączony z heroicznym wysiłkiem uszlachetniał skały. Wtedy granit stawał się cenniejszy, a taki materiał mógł trafić na wykończenia elewacji, które przypominały o ciężkiej pracy, jaką włożono w jego wydobycie. Nic w tym świecie nie miało większej wartości.

Tatuś często mi powtarzał, że powinienem cieszyć się z pracy. Bo co bym robił, gdybym jej nie miał? Tu tkwiło sedno. Tu każdy pracował dla innych najciężej, jak potrafił. Tylko ja się obijałem i stawałem się dla społeczeństwa nieprzydatny.

Kilka lat temu ojciec zmarł najpiękniejszą śmiercią. Miał szczęście umrzeć w czasie pracy. Strop zwalił mu się na głowę podczas wydobycia. Niech mu ziemia lekką będzie! Wzruszałem się za każdym razem, kiedy oglądałem zdobione wysiłkiem ojca elewacje kamienic.

Wysiadłem z biegobusa. Przeczytałem napis na tablicy – Centrum Zdrowotne Pracologii Stosowanej. W końcu trafiłem. Miła pani recepcjonistka skierowała mnie do gabinetu doktora Mengulu. Stamtąd właśnie wyszedł zdyszany facet, który potrzebował chwili odpoczynku.

– Proszę wejść! – odezwał się postawny mężczyzna odziany w kitel z futra niedźwiedzia polarnego.

– Dzień dobry, jestem chory na zdolnivius ales lenivus. Podobno tylko pan może mnie uratować.

– Tak, tak, tak. – Wyglądał, jakby nie zwracał na mnie uwagi. – Wszystko wiem. – Popatrzył na mnie lekceważąco.

– Skąd pan o tym wie?

– Nie widział pan kuriera? Ma pan również problemy ze wzrokiem? Przed chwilą dostałem pańskie wyniki.

Faktycznie! Ten zmęczony facet pełnił funkcje człowieka pocztowego. Jak mogłem go nie rozpoznać? Nie sądziłem, że służba zdrowia dostarczała sobie wzajemnie materiały w trybie ekspresowym.

– Jeszcze nie mieliśmy tutaj tak ciężkiego przypadku…

– Ale wyleczy mnie pan? – przerwałem.

– Nie martw się młodzieńcze. Nasza terapia jest bezbłędna. Pozwól, że przedstawię ci, na czym ona polega.

Słuchałem uważnie.

– Wypleniamy lenistwo niczym robactwo, metodycznie, krok po kroku. – Lekarz w międzyczasie zgniótł kilka mrówek, które chodziły po jego stole. – Narząd po narządzie, zaczynając od rąk, przez tułów, poprzez nogi. Umysł leczymy na samym końcu. Kiedy pacjent wychodzi ze szpitala, to jest gotowy do pracy w najcięższym zawodzie. Mamy niezwykłą skuteczność suchutki.

– Rozumiem. A na czym będzie to konkretnie polegać? – zapytałem, bo niewiele zrozumiałem.

– Uczymy pracy od podstaw. Dzięki temu nasi pacjenci nabierają masy, mężnieją, stają się dla społeczeństwa atrakcyjni. To jest najważniejsze! Początki będą ciężkie, zapewniam. Mimo to zaczniemy od wysokich obciążeń, aby celowo wywołać dyskomfort i szok dla organizmu. Nie martw się, raczej przeżyjesz tę terapię – uśmiechnął się szeroko.

– Jak to raczej przeżyję? – przeraziłem się.

– Raczej nie masz wyboru obiboku! Jesteś dla społeczeństwa zupełnie nieprzydatny, bo nie pracujesz jak każdy. Szkołę skończyłeś, ale po linii najmniejszego oporu i nie masz szans na żaden zawód, nawet na najlżejszą robotę kamionkową za biurkiem.

Lekarz wstał i poszedł w kierunku okna.

– Przyznaję, nie zazdroszczę ci wyboru między ostatnią szansą na rehabilitację a banicją. Dobrze wiesz, że jako pachnący leń nie poradzisz sobie bez społeczeństwa, które cię utrzymywało. – Doktor Mengulu obrócił się w moim kierunku. – To co? Przyjmujesz szansę na porzucenie roli chłopca? Czy chcesz w końcu stać się prawdziwym mężczyzną? – Podał mi dłoń.

Zawahałem się. Jednak nie po to tu przyjechałem, aby w ostatniej chwili zrezygnować. Zresztą sam w lesie nie wytrzymałbym tygodnia, bo nie miałem predyspozycji kłusowniczych. Przynajmniej tak mówiła moja nauczycielka. Tyle zapamiętałem, bo zwykle drzemałem na lekcjach z myślistwa.

– Dobrze… Podejmuję terapię.

 – Wspaniale! To najważniejszy dzień twojego życia! Zaczynamy od zaraz! – zapiał zadowolony doktor.

 Natychmiast zostałem zaprowadzony do pomieszczenia, gdzie czekał na mnie człowiek z obsydianowym ostrzem. Twarz mężczyzny nie zdradzała żadnych emocji.

 – Dzień dobry, będę pana automatem. Za chwilę zaczniemy terapię. Proszę się wygodnie rozsiąść na tym fotelu.

Posłusznie wykonałem polecenie, próbując znaleźć odpowiednią pozycję na niewygodnym siedzisku. Pewnie gdybym nie miał na widoku ostrej brzytwy, czułbym się lepiej.

 – Czy to naprawdę konieczne? – zapytałem.

 – Proszę nie zadawać pytań! Jeszcze uznają pana za wariata. – Automat się oburzył. Bezwarunkowe posłuszeństwo jest warunkiem wyleczenia z choroby. Doktor Mengulu panu o tym nie wspominał?

 – Nic, a nic.

 – To proszę posłuchać. Należy wykonywać polecenia przełożonych, bo przez kombinatorstwo i olewanie obowiązków rozprzestrzenia się w społeczeństwie wirus lenistwa, który powoduje spustoszenie w całym kraju. To on jest odpowiedzialny za niedobory wody, plagę wszy i śmiertelność niemowląt.

Przełknąłem ślinę.

– A teraz proszę rozluźnić się i pochylić głowę.

Obsydianowa brzytwa powoli ścinała moje krótkie włosy, pozostawiając gładką skórę.  Po kilku ruchach ostrza byłem zupełnie łysy.

 Automat zaprowadził mnie do kolejnego pokoju.

 – Proszę się rozebrać! – rozkazał.

 – Że co?

 – Wspominałem coś o posłuszeństwie! – Facet pokazał brzytwę.

Już zrozumiałem. Posłusznie ściągnąłem ubranie. Kurcze! Chciałbym być zdrowy, jednak moje nawyki nie pozwalały mi na bezwarunkową uległość. Miałem nadzieję, że niebawem zostanę wyleczony z mojej przypadłości.

 Tymczasem automat wszedł po drabinie i zrzucił na mnie trzy wiadra wody. Ależ była lodowata! W ten sposób skorzystałem z zimnego prysznica. Szkoda tylko, że mężczyzna nie wcielił się wcześniej w rolę bojlera i nie podgrzał kubłów. Cóż, nie mogłem spodziewać się luksusów w szpitalu. Może chociaż jedzenie będzie dobre?

– Teraz jest pan czysty. Proszę, oto pana nowe ubrania.

 – Dziękuję – wyjąkałem, cały czas trzęsąc się z zimna.

Otrzymałem skórę z zebry. Przyznaję, że od dziecka marzyłem o pasiastej piżamie.

 – Ubrany? To teraz marsz na zbiórkę! Doktor zaraz będzie przemawiał!

Opanowałem się i poszedłem, tak jak mi kazano. Robiłem postępy w byciu posłusznym. W rzędzie widziałem kilkunastu rosłych mężczyzn. Stali na baczność, wpatrzeni na pana Mengulu jak w obrazek. Wtopiłem się w tłum, chociaż łatwo dało się wypatrzeć takiego chudzielca jak ja.

 – Pacjenci! Co wam zawsze powtarzam? – zapytał zebranych lekarz.

 – Bez pracy nie ma kołaczy! – odpowiedzieli chórem. Ja milczałem.

Doktor podszedł do najbardziej zdyszanego mężczyzny.

 – Co dzisiaj robiłeś? Wypalałeś lenistwo, tak jak kazałem? – Mengulu przejechał palcem po gołej klatce piersiowej pacjenta. – Widzę, żeś pięknie spocony.

 – Ja, ja… – zająknął się. – Ja pracowałem od czwartej, skoro świt w kamieniołomie, przysięgam. – Przełknął ślinę. – Przerwałem, kiedy szanowny doktor zwołał zbiórkę.

 – Grzeczny z pana pacjent. Pielęgniarzu Łubu Dubu! Nagroda! – zawołał wielkiego faceta, który jednym uderzeniem mógłby powalić największego niedźwiedzia.

 – Masz, zasłużyłeś. – Rzucił bochenek chleba pod nogi pacjenta. – Już niebawem wyjdziesz i zaczniesz pracowite życie, jesteś prawie gotowy. Twój brak lenistwa jest dla nas wszystkich wzorem.

 Mężczyzna rzucił się na otrzymane pieczywo. Wyglądał tak, jakby chciał całować nogi Doktora.  – Dziękuję doktorze, prawdę mówicie, że praca czyni wolnym.

– To nasze motto pacjencie – odpowiedział. – Pozostali otrzymają połowę jedzenia za dzisiejszą pracę.

Pielęgniarz rozdawał pozostałym wypracowane racje. Szkoda, że posiłki w szpitalu nie należały do najlepszych, jednak zawsze mogło być gorzej.

– Ty tam, nowy! – zwrócił się do mnie doktor. – Ty nic nie dostajesz, bo nawet się nie zmęczyłeś, twojego potu nikt jeszcze nie widział.

– Ale ja jestem głodny. Błagam, chociaż małą kromkę.

– Nie słuchałeś apelu, suchutki? Co zawsze powtarzam? – zapytał Mengulu. Wyglądał, jakby chciał zabić mnie wzrokiem.

– Że, no bez pracy nie ma kołaczy…

– A pracowałeś dzisiaj? Ile kamieni wydobyłeś? Ile skalnych bloków przeniosłeś? Chcę widzieć, jak pot spływa po twoim ciele. Bez tego nawet nie powąchasz chleba.

– Rozumiem. – Spuściłem głowę.

– Pamiętaj też o jednym. Nie kwestionuj niczego. Zawsze się mnie słuchaj. Zrozumiano?

– Tak.

– Doskonale. Twoja przemiana się zaczyna. Dostaniesz kilof i będziesz pracował, aż padniesz ze zmęczenia. Do roboty!

Cholera! Skończyło się przyjemne życie…

Dostałem od pielęgniarza kamienne narzędzie. Ledwo mogłem je utrzymać w dłoniach. Zostałem skierowany na blok operacyjny numer siedem. Do mojego zadania należało wyłupywanie masywnych kamiennych bloków.

Kurcze! Zupełnie nie wiedziałem jak posługiwać się kilofem. Dlaczego nie uważałem na lekcjach z górnictwa? Zawsze nie cierpiałem tego przedmiotu i dostawałem z niego same pały. Tylko matka, jako dyrektorka, pozwalała mi przejść warunkowo do kolejnych klas.

Mogłem tylko obserwować innych, jak pracowali. To była jedyna szansa.

– Kolego! – zawołałem sąsiada, jednak ten nie zwracał na mnie uwagi. – Pomożesz mi? Jestem tu nowy. Widzisz, wstyd się przyznać, ale trochę nie wiem jak zabrać się za dzisiejszą pracę. Może to dla ciebie głupie, ale nie wiem jak efektywnie machać kilofem.

– Cicho tam! Nie widzisz, że pracuję? – wysapał przez zęby.

– Wybacz, nie chciałem przeszkadzać. Może masz chociaż dla mnie jakąś radę?

– Radę? – zastanowił się chwilę. – Ciężka praca to podstawa sukcesu. Nic innego się nie liczy.

– Okej, dzięki.

– A teraz zjeżdżaj. Daj wypocić lenistwo.

Nie ukrywałem, że spodziewałem się bardziej pożytecznej odpowiedzi. Z drugiej strony może mój sąsiad miał rację? Nieważne było, jak pracujesz, ale to, że pracujesz. Mimo wszystko poprawnie wywnioskowałem działanie narzędzia. Wziąłem zamach i uderzyłem w skałę. Zauważyłem tylko drobne pęknięcie. Wziąłem kolejny zamach, i kolejny.  Po kilku minutach łupania w skałę zmęczyłem się i zarazem znudziłem monotonią wyznaczonego zadania. Jednak pracowałem dalej, aby wydobyć chociaż jeden kamień, bo inaczej musiałbym zapomnieć o jedzeniu.

Byłem wygłodzony, padałem ze zmęczenia, na dłoniach wyskoczyły mi ogromne pęcherze. Pomimo tego osiągnąłem sukces! Udało się! Wydobyłem coś! Miałem na koncie jeden marmurowy blok. Cieszyłem się wewnętrznie jak małe dziecko. Teraz mogłem udać się na zasłużony wypoczynek. Tylko coś mi nie pasowało. Sąsiad wydobył w tym samym czasie około pięćdziesięciu bloków i nie zamierzał na tym poprzestać. To jednak nie miało znaczenia, bo przecież ja dałem z siebie sto procent!

 

***

 

– Uwaga! Uwaga! Jestem megafonem! – darł się jakiś facet. Drań obudził mnie z popołudniowej drzemki.

– Zgodnie z poleceniem doktora Mengulu. Kolejne zadanie rehabilitacyjne. Do wyznaczonego miejsca na placu centralnym należy przenieść wydobyte kamienie. Następnie te same kamienie przenieść na własne stanowisko. Uprasza się o zrobienie dziesięciu powtórzeń. Wykonać!

– Co? Jaki to ma sens? – zapytałem z niedowierzaniem.

Oczekiwałem wsparcia. Niestety, pacjenci spojrzeli na mnie jak na wariata. – Naprawdę nie wiem, po co przenosić te durne kamienie tam i z powrotem. Rozumiem przenosić, bo budujemy dom czy coś, ale tak przenosić bez celu? To jakiś absurd! – skwitowałem.

– Pan jest naprawdę poważnie chory na głowę! Jeszcze nie widziałem nikogo, kto by rozmawiał z megafonem – oburzył się jeden z pacjentów.

– Podważać ćwiczenia rehabilitacyjne? One są dla twojego dobra! – dodał kolejny.

– Skandal! Weź się do roboty pachnący leniu!

Czułem się źle. Palnąłem głupotę. Tak, popełniłem błąd. Widziałem w ich oczach,  że z przyjemnością spraliby moje chuderlawe dupsko. Na szczęście nie doszło do rękoczynów. Najwyraźniej szkoda im było tracić cenną energię  na takiego próżniaka jak ja.

Z jednej strony chciałem się wyleczyć. Przyszedłem tutaj z postanowieniem, aby zostać małą, tyrającą mrówką dla społeczeństwa, w pełni posłuszną przełożonym. Niestety nie panowałem nad sobą. Przerzuty lenistwa, które opanowały mózg, coraz bardziej dawały mi się we znaki. Serce chciało zmian, jednak umysł nie pozwalał.

Tak czy inaczej musiałem się zabrać do roboty. Niemniej chciałem to zrobić optymalnie, tak aby się spocić trochę na pokaz, ale nie przemęczyć za bardzo. Wszak tyrałem jak szalony przez ostatnią godzinę.

Przez chwil obserwowałem innych, jak przenosili kamienne bloki. Skoro zadanie polegało na noszeniu kamieni tam i z powrotem, to niekoniecznie musiały to być kwadratowe bloki. Takie niewygodnie trzymało się w dłoniach, a ja nie miałem już siły w rękach. A może gdybym zmienił ich kształt? Eureka!

Wykrzesałem z siebie ostatnie siły. Zacząłem skubać kamień kilofem. Powoli nabierał nowej formy. Z każdym uderzeniem stawał się coraz bardziej okrągły. Cieszyłem się jak dziecko. Teraz bez większych przeszkód przesuwałem obrobiony kamienny blok. Mogłem tylko współczuć, jak inni męczyli się, gdy przenosili skały. Śmiałem się pod nosem, jak bez problemu dotarłem na plac główny, turlając oszlifowaną skałę. W takim tempie bez problemu wyrobiłbym się z zadaniem w pół godziny. Dzięki temu myślałem o kolejnej drzemce.

Mijały kolejne powtórzenia, a ja zdałem sobie sprawę, że dokonałem przełomowego odkrycia! Ten głaz o dziwnym kształcie miał potencjał na zrewolucjonizowanie transportu, jako największy wynalazek od czasów wprowadzenia lektyki. Gdyby zamontowano cztery takie kamienie do biegobusa, to mógłby stać się wydajniejszy i szybszy. Taki pojazd mógłby być napędzany przez zaledwie dwie osoby za pomocą siły pchnięć. Wtedy nazwałbym go pchaniobusem. Kurcze! Ależ to głupio brzmiało! Potrzebowałem lepszego określenia.

Byłem szczerze dumny ze swojego dzieła. Nazwałem je kołem, a nowy potencjalny pojazd kołobusem. Nazwa pochodziła od mojego nazwiska Kołogu. Cóż, jak widać zawsze miałem problemy nie tylko z lenistwem, ale i ze skromnością.

 Szybko zdałem sobie sprawę z problemu potencjalnego wynalazku. Gdyby wprowadzono tę innowacje, okazałoby się, że zaledwie dwie z ośmiu osób utrzymałyby pracę. To niestety oznaczało najgorsze. Sześć osób stałoby się bezrobotnymi. Nie robiłyby nic pożytecznego, więc zostałyby leniami, takimi jak ja.

 – Na najświętszy granit! Widzisz to, Łubu Dubu? – Odezwał się doktor Mengulu. – On, on nawet się nie męczy, nie poci… Doprawdy nie widziałem nigdy czegoś tak obrzydliwego!

 – Doktorze, terapia szokowa? – zasugerował pielęgniarz, który nosił wielką maczugę.

 – Nie, to nic nie da. Choroba postąpiła już za daleko, nic nie możemy zrobić. Przypadek beznadziejny – podsumował Mengulu.

 – Doktorze, to co robimy?

 – Nic nie możemy zrobić. Zawiedliśmy.

 Obaj podeszli do mnie. Ich miny mówiły wszystko.

 – Panie doktorze, pielęgniarzu, to nie tak jak myślicie. Ja wszystko wytłumaczę. Naprawdę! – Chciałem się bronić, jednak dostałem wielką pałą w łeb. Straciłem przytomność. Padłem na ziemię jak trup. Nie miałem szans.

 – Doktorze, mam dokończyć? – zapytał Łubu Dubu.

 – Dobrze się spisałeś, jednak teraz ja muszę popracować. Daj maczugę. – Mengulu wpadł w szał. – Będziesz pracował do usranej śmierci! – Uderzył. – Tak jak twoja matka będzie pracowała do usranej śmierci! – Walnął po raz drugi. Poleciała krew. – Tak jak twój ojciec pracował do usranej śmierci! – Nie miał litości. – Tak i ja będę pracował od usranej śmierci, bo taka jest naturalna kolej tego świata! Skończyłem! – Doktor otarł pot z czoła.

Historia kołem się nie toczyła, a społeczeństwo na zawsze pogrążyło się w epoce kamienia łupanego.

Koniec

Komentarze

Zajrzałam, przeczytałam.

Twój “wstępniak” niestety nie zachęcił mnie do dalszego czytania – mimo to postanowiłem spróbować.

Odkrywcze to opowiadanie nie jest – można by mu nadać tytuł ”Lenistwo jako choroba śmiertelna prowadząca do postępu ludzkości”.

Odniesienia do obozu koncentracyjnego wydają mi się zbędne, a miejscami nawet lekko żenujące. 

Mimo tych zastrzeżeń i występujących od czasu do czasu dłużyzn, czytało mi się całkiem dobrze. Dość zgrabnie prowadzisz narrację i utrzymujesz moją ciekawość na poziomie niezbyt co prawda wysokim, zachęcającym jednak cały czas do dalszego czytania.

Po przeczytaniu całości, zrozumiałem wymowę “wstępniaka” co nie zmienia w żaden sposób jego odbioru przez czytelnika nie znającego tekstu.

Obawiam się, OneTwo, że chyba nie zrozumiałam Twojego pomysłu, bo opowiadanie zupełnie nie przypadło mi do gustu, a zaordynowana terapia wręcz wywołała zażenowanie. Owszem, dostrzegłam zapowiedziany tagiem absurd, jednak okazało się, że ten jego rodzaj w ogóle do mnie nie przemawia.

 

– No… – mil­cza­łem przez chwi­lę. –>  – No… – Mil­cza­łem przez chwi­lę.

 

Gdy­bym mógł cof­nąć czas, to po­słu­chał­bym się matki. –> Gdy­bym mógł cof­nąć czas, to po­słu­chał­bym matki.

 

Kur­cze! –> Literówka.

 

Prze­mie­rza­li­śmy ulicę Wy­na­laz­cy ognia… –> Prze­mie­rza­li­śmy ulicę Wy­na­laz­cy Ognia

 

Przyj­mu­jesz szan­se na po­rzu­ce­nie roli chłop­ca? –> Literówka.

 

Nie ważne było, jak pra­cu­jesz… –> Nieważne było, jak pra­cu­jesz

 

– Co? Jaki to ma sens? – za­py­ta­łem z nie­do­wie­rza­niem –> Brak kropki po didaskaliach.

 

Przez chwi­le ob­ser­wo­wa­łem in­nych… –> Literówka.

 

Sześć osób sta­ły­by się bez­ro­bot­ny­mi.Sześć osób sta­ło­by się bez­ro­bot­ny­mi.

 

 Oboje po­de­szli do mnie. –> Piszesz o mężczyznach, więc: Obaj po­de­szli do mnie.

Oboje to mężczyzna i kobieta.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@fizyk111

Dziękuje za komentarz. Cieszę się, że tekst w jakiś sposób zaciekawił.

 

Nie wiem, czy dobrze rozumiem zarzut o zażenowaniu. Bardziej przeszkadzają ci imię doktora i pewne wstawki jak “Praca czyni wolnym” niż sam fakt umiejscowienia drugiej połowy w pseudo obozie koncentracyjnym. Pytam, abym mógł doprecyzować i wprowadzić ewentualne poprawki.

 

Złagodziłem też nieco przemowę. Chyba faktycznie nieco przesadziłem.

 

@regulatorzy

Dziękuje za łapankę. Poprawiłem już usterki.

Rozumiem, że zaprezentowany absurd mógł nie przemówić zwłaszcza, że celowo użyłem kontrastu, który zupełnie ci nie pod pasował. Sam sens nie wydawał mi się zagmatwany, a jego sedno znajdowało się w ostatnim zdaniu.

Tymczasowy lakoński król

Mam jak Reg, to nie mój typ absurdu, a nawiązania obozowe uważam za niesmaczne. Ale ważniejsze pytanie jest takie: jak się to opowiadanie ma do założeń Retrowizji?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sam sens nie wydawał mi się zagmatwany, a jego sedno znajdowało się w ostatnim zdaniu.

OneTwo – opowiadanie zrozumiałam, bo zagmatwane nie jest. Umknął mi jednak cel, dla którego opisałeś zdarzenia dziejące się w Szpitalu dla leniwych.

A jeśli sednem Twojego pomysłu ma być ostatnie zdanie, to cóż, chyba wolałabym aby w opisanym świecie trwała epoka kamienia nierozłupanego. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@reg

Cel? Ukazanie, że lenistwo nie jest zupełną negatywną cechą, a całkowite wyeliminowanie go pociąga konsekwencje, tutaj zahamowanie postępu technologicznego. Świat nie może się opierać tylko na ciężkiej pracy, bo nikt nie zastanowi się jak ją ulepszyć. To nie jest strickte jedyna rzecz, można to trochę podciągnąć pod satyrę na edukację.

Być może zbyt dosadnie, nie dla każdego, jednak byłem przez moich czytelników przedpremierowych chwalony za bezkompromisowe, karykaturalne ukazanie tematu.

 

@drakaina

Dzięki za odwiedziny. Rozumiem.

Cóż jak dla mnie ukazane stonepunkowe społeczeństwo na modłę współczesną wpisuje się w krajobraz retrowizji. Może nie mamy przełomowych wynalazków, a znaczy mamy tylko że wykorzystują ludzi :) W myśl zasady po co coś wymyślać skoro człowiek może to wykonać (megafon, prysznic).

Mimo wszystko moi prehistoryczni ludzie prowadzą osiadły tryb życia, zbudowali kamienice, pojawia się motyw wynalazcy koła. Okej nie wszystko jest powiedziane wprost, ale IMO wynika z kontekstu.

Cobold wspominał, że wszystko jest zależne od konwencji, także zobaczymy.

Tymczasowy lakoński król

OneTwo, dobrze rozumiem, że to absurdalna satyra, tyle że dla mnie dość niesmaczna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Flintstonowie ;)?

Przeczytałem bez przykrości, acz ta pochwała lenistwa jak dla mnie trochę za długa. Może gdybyś wcześniej sygnalizował, że lenistwo to motor postępu, wybrzmiałoby to lepiej? A tak – tylko koło…

Kilka uwag:

– “jej skutki są nieodwracalnie” – nieodwracalne;

– “na mamrotanie doktora pod nosem” – to “pod nosem” wydaje mi się zbędne; nie da się chyba inaczej mamrotać?;

– “Szyb zwalił mu się na głowę podczas wydobycia” – a widziałeś kiedyś szyb :D? raczej coś w stylu – “strop zwalił mu się na głowę podczas drążenia nowej komory (ew. wyrobiska)”;

– “Po kilku ruchach ostrzem byłem” – a nie “ostrza”?;

– “Straciłem przytomność” – to kto jest narratorem w ostatnim fragmencie i kto słyszy słowa doktora?

 

Przeczytałem. Uśmiechnąłem się lekko. Tyle.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

jak dla mnie ukazane stonepunkowe społeczeństwo na modłę współczesną wpisuje się w krajobraz retrowizji.

W zasadach konkursu czytamy jednakowoż (podkreślenie oryginalne Cobolda, nie moje): “opowiadanie, którego akcja dzieje się w dającej się określić (dzięki np. elementom tła, wzmiankom historycznym, obyczajowości czy nawet postaciom) przeszłości, ale zarazem kreujące alternatywny świat, oparty na spektakularnym rozwoju technologii właściwej dla tego okresu.”

 

A tu nie dość, że deklarujesz paleolit, a osiadły tryb życia to dopiero neolit (co skądinąd odróżniałoby ten tekst od paleolitycznego stonepunku Chrościska), to jeszcze na dodatek zupełnie nie ma tu realiów epoki… Flintstone’owie to jednak nie epoka ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Konwencja ocierająca się o kreskówkę. Gdzieś tam w tle dobiegało “Wilma I’m home” Freda Flinstona. Tyle, że Flinsotnowie tylko luźno nawiązywali do paleolitu ponieważ byli de facto plagiatem “Miodowych lat” Wytwórnie nawet miały się o to procesować.  

Co prawda podzielam zastrzeżenia Drakainy co do technologii, niemniej nie poczytuje ci tego grzechu jako szczególnie ciężki, bo i moje opowiadanie też miało trochę zastrzeżeń z tego tytułu, aczkolwiek umiałem się wybronić. W każdym razie tak mi się zdaje.

Większe wątpliwości mam co do metod wydobycia granitu. Z tego co pamiętam w neolicie i paleolicie były kopalnie, ale wydobywano w nich krzemień na broń, noże, skrobaczki itp rzeczy. Granit jeśli nie ma się metalu można wydobywać tylko w kamieniołomach krusząc go bryłami jeszcze twardszych kamieni w kopalni zwyczajnie nie byłoby na to miejsca.  

Przeczytałem (w wersji 1.03). Ale raczej się krzywiłem niż uśmiechałem.

 

Tekst nie jest do końca zły. Język jest w porządku, humor może momentami bawić (choć wyraźnie czuć tu inspirację i Flinstonami i Asteriksem i Obeliksem (kamionkowa robota), pośmierduje też odrobinę niższej klasy Pilipiukiem). Przekaz jakiś jest, choć zaakcentowany słabo i dopiero w końcówce.

 

Z wad – nie podoba mi się struktura. Brak mi tu tego klasycznego wstęp-rozwiniecie-zakończenie. Brak jakiegoś progresu – bohater pozostaje niezmienny, fabuła zatacza koło i wraca do punktu wyjścia, świat z samej koncepcji pozostaje niezmieniony. Konflikt niby jest, ale raczej anemiczny. Emocjonalnie susza. Słowem, brak tu napędu dla fabuły, która przez to raczej kula się niż toczy. 

Raczej przydługi dowcip, niż wciągająca opowieść.

@Staruch

Dzięki za drobne stylistyczne uwagi. Uznaje za przydatne. Dobrze, że chociaż się uśmiałeś.

Faktycznie początkowo chciałem tekst znacznie krótszy, jednak znalazłem pomysł na ukazanie nieco świata, uznałem to za intrygującą dystopię wartą wzmianki. Szkoda, że przez to nie chwyciło mocniej.

 

@MPJ 78

Hmm wspominałem, że nie dokonałem researchu?

Cóż sam wspomniałeś, że konwencja ociera się o kreskówkę, więc nie traktowałem bardzo poważnie zasad górnictwa. Sam granit użyłem tylko po to aby dodać nieco klimatu i raczej jako kolejny synonim kamienia, bo same kopalnie zwykłych kamieni nie brzmiały wystarczająco intrygująco. W zasadzie mógłbym zmienić na dowolny inny rodzaj kamienia/budulca, tylko nie jestem do tego przekonany ze względu na absuralną konwencje.

Tak wiem, że Flinstonowie to kopia Hooneymoners, czyli na Polskie Miodowych Lat. Zabrałem z nich stylistykę, ale niekoniecznie technologie, bo Flinstonowie byli leniwi i do swoich wynalazków zazwyczaj wykorzystywali zwierzaki w tym Dinozaury.

Dzięki za odwiedziny!

 

@drakaina

Nie chce się z tobą sprzeczać o detale związane z historią, bo wiem, że masz znacznie większą wiedze ode mnie. Alternatywny świat i technologia właściwa dla okresu to pojęcia szerokie, myślę, że mogą podlegać różnej interpretacji. Sam Cobold w wątku doprecyzował.

 

Stopień wymaganego prawdopodobieństwa zależy w dużej mierze od konwencji, na którą się zdecydujecie. W końcu “Flinstonowie” są uważani za modelowy przykład absurdalno-komediowego stone-punka.

 

Myślę, jednak że dalsza dyskusja na ten temat trochę mija się z celem, bo to bardziej problem dla jurorów niż uczestników. Najwyżej tekst zostanie zdyskwalifikowany albo zostanie z tego powodu słabo oceniony. Ot proza życia.

 

Tymczasowy lakoński król

@None

Szkoda, że nie byłeś moim betującym. Uwagi uznaje za słuszne, tylko nijak jest jak je wprowadzić, bo trzeba napisać tekst od nowa.

Tymczasowy lakoński król

A mnie się podobało. Sama wierzę, że lenistwo jest motorem postępu. I czuję wdzięczność, dla tego pachnącego lenia, któremu nie chciało się nosić ciężarów na grzbiecie, więc wymyślił koło. I dla tego, który miał dosyć żucia surowego żarcia i sprawdził, co wyjdzie, jeśli się je podpiecze w ognisku. I dla tego… ;-)

Humor zawsze na plus.

Jabadabadu!

Babska logika rządzi!

@Finkla

Dzięki za klika i docenienie tekstu. Chyba mamy wspólne poczucie humoru :)

Tymczasowy lakoński król

jakim cudem działał

Działa – c.t.

 przeszywający wzrok

Hmm.

 nie uświadczył

Nie doświadczył.

 że się wstydziłem.

C.t. – że się wstydzę. Albo: nie ukrywałem wstydu (i problem z głowy).

 że obecne pokolenie nie pociło się nadmiernie

Jeśli nie pociło się równocześnie z narzekaniem (lub consuetudinalnie) – to c.t. A jeśli już się miało spocić, ale tego zaniedbało, to w porządku :P

 zdolnicius ales lenivus

… Canis latinicus.

Błagam doktorze

Błagam, doktorze.

 okienny otwór w kamiennej ścianie

"Okno w kamiennej ścianie" brzmiałoby lepiej, nie powtarza schematu.

 placówkę z takimi przypadkami jak pański

Raczej: placówkę dla takich przypadków, jak pański. I w następnym zdaniu powtarzasz "przypadek".

 Nie widzisz młodzieńcze

Nie widzisz, młodzieńcze.

 na tabliczce

To jasne z kontekstu, obeszłoby się bez tego.

 gdzie powinienem się udać

Dokąd.

złapać komunikację miejską

Nie słyszałam, żeby ktoś tak mówił.

 Całe szczęście w środku

Całe szczęście, w środku.

 żałowałem, że nie robiłem

Jak wyżej – jeśli żałuje tego, co teraz, daj czas teraźniejszy. Jeśli tego, co było, to wszystko gra.

 Niestety to wszystko

Niestety, to wszystko.

 budki, gdzie siedzieli

Raczej: w których siedzieli.

Niestety przez

Niestety, przez.

 stworzone z najcenniejszych materiałów

Zbudowane – stwarzanie jest ex nihilo.

 umrzeć w czasie pracy

Tu akurat lepiej "zginął" – bo ginie się gwałtownie, a umiera – niekoniecznie.

 Wysiadłem z biegobusa.

Jeśli to ma być analog autobusu, to z biegobusu.

który potrzebował chwili odpoczynku.

Skąd on to wie?

 sądziłem, że służba zdrowia dostarczała

To już było, sam sobie dośpiewaj ;)

 Nie martw się młodzieńcze

Nie martw się, młodzieńcze. Przed wołaczem – przecinek.

 w międzyczasie

To jasne z kontekstu.

 skuteczność suchutki.

Skuteczność, suchutki.

 Jak to raczej przeżyję?

Dałabym "raczej" w cudzysłów, ale nie jestem pewna, czy to konieczne. A przynajmniej przecinek przed tym “raczej”.

 nie masz wyboru obiboku

Nie masz wyboru, obiboku.

 robotę kamionkową za biurkiem

XD

 szansą na rehabilitację a banicją

Szansą na rehabilitację, a banicją.

lekcjach z myślistwa

Lekcjach myślistwa.

 zapiał zadowolony

Aliteracja.

 skórę z zebry

Skórę zebry. Chociaż facet się trzęsie…

 chudzielca jak

Chudzielca, jak.

 Szkoda, że posiłki w szpitalu nie należały do najlepszych, jednak zawsze mogło być gorzej.

Coś tu nie do końca wynika.

 chciał zabić mnie

Naturalniej: chciał mnie zabić.

 Do mojego zadania należało

Idiom: do moich zadań należało. To sugeruje, że miał ich więcej, nie chodzi Ci aby o to, że jego zadaniem było…?

 nie wiedziałem jak (…) nie wiem jak

Nie wiedziałem, jak.

 poprawnie wywnioskowałem działanie narzędzia

Wywnioskować można wiedzę, że, a Ty mówisz o wiedzy, jak. Może: domyśliłem się, jak używać narzędzia?

 mogłem udać się

Naturalniej: mogłem się udać.

 Do wyznaczonego miejsca na placu centralnym należy przenieść

Kamienie przenosi się na wyznaczone miejsce.

 roboty pachnący leniu

Roboty, pachnący leniu.

 takiego próżniaka jak

Takiego próżniaka, jak.

 małą, tyrającą mrówką dla społeczeństwa

Chyba: małą mrówką, tyrającą dla społeczeństwa?

 Niestety nie panowałem

Niestety, nie panowałem.

 Tak czy inaczej musiałem

Tak czy inaczej, musiałem.

 męczyli się, gdy przenosili

Myślę, że tu ładniejszy byłby imiesłów.

 Śmiałem się pod nosem, jak bez problemu

A tutaj dałabym raczej "kiedy".

 Dzięki temu myślałem o kolejnej drzemce.

Myślał dzięki temu, że w pół godziny?

 od mojego nazwiska Kołogu.

Albo: od mojego nazwiska, Kołogu; albo: od mojego nazwiska "Kołogu". (Ponadto: XD)

 problemu potencjalnego wynalazku

Problemu, jaki wynalazek mógłby nastręczyć, jeśli już.

okazałoby się, że

Wycięłabym, nic nie wnosi.

 To niestety oznaczało

To, niestety, oznaczało.

takimi jak

Takimi, jak.

 Doprawdy nie widziałem nigdy czegoś tak obrzydliwego!

Zgrabniej: Doprawdy, nie widziałem jeszcze niczego tak obrzydliwego!

 Chciałem się bronić, jednak dostałem

"Jednak" cokolwiek mi tu zgrzyta, jest zbyt wymyślne w kontekście.

 Tak jak

Tak, jak.

 

Zgaduję inspirację. Wyznaję, że jestem gruboskórem, bo mnie żarcik rozśmieszył – może nie w stopniu ściągającym ludzi z drugiego pokoju, ale zawsze.

Tylko pamiętaj – paszczowe małą, niepaszczowe dużą (czasem zapominasz). I przecinaj przecinkami miejsca na wtrącenia oraz przed zwrotem do adresata.

I nie trać poczucia humoru, skoro już je masz ;) choć czarniawe ono cokolwiek.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zaciekawiłeś mnie tym opowiadaniem. Na tyle, że prawie spóźniłem się przez nie do pracy. :) Po kilku zdaniach czułem, że tekst może w jakiś sposób “otrzeć się” o mój gust. I niezależnie od kilku jego przywar, ani myślałem zrezygnować z czytania.

Najpierw o zaletach.

– Bardzo ciekawy pomysł. Niby nie był on jakoś niesamowicie odkrywczy, ale dawał nadzieję przeczytania naprawdę fajnej, zabawnej historii z elementami obiecanego przez Ciebie absurdu.

– Plus za “zabawę tematem lenistwa” i upchnięcie jej w klimat Flinstonów. Znowu, żaden rewolucyjny pomysł, ale mieszając jedno z drugim uzyskałeś bardzo przyjemny efekt.

– Kolejny plus za to, że mimo tych przywar, o których zaraz wspomnę, naprawdę ciężko było mi się od tego tekstu oderwać. Nie zachwycił, momentami nawet rozczarował, a jednak zmuszał do przeczytania. I to zmuszał JUŻ, NATYCHMIAST (nawet jeśli zegarek sugerował odłożenie opowiadania na później). Nie do końca rozumiem, jak uzyskałeś taki efekt, ale czytało się naprawdę fajnie i trzeba to zapisać na plus.

A teraz o plusach ujemnych. :)

– Nawiązanie do obozów. Wybrałeś bardzo ryzykowne rozwiązanie w postaci balansowania na granicy humoru i niesmaku. Ryzykowne dlatego, ponieważ każdy wyznacza te granice w innym miejscu i czasem możesz zrazić kogoś do swojego pomysłu właściwie wyłącznie poprzez przekroczenie tych granic. Ja, jako czytelnik, miałem poczucie, że to ryzyko było niepotrzebne. Wyobraziłem sobie na przykład, że zamiast do obozów, można było nawiązać do współczesnych fabryk czy zakładów produkcyjnych. One również (przynajmniej moim zdaniem) stanowią swego rodzaju kopalnie absurdu. Choćby narzucenie ośmiu godzin pracy niezależnie od tego, ile w danym dniu ma się do zrobienia. W efekcie okazuje się czasem, że nie mając nic do roboty, siedzimy bezczynnie, sprzedając w ten sposób dwie, trzy, a czasem nawet i całe osiem godzin swojego życia. Absurdalne? Z pewnością. Przy tym zupełnie prawdziwe. Myślę, że próba takich nawiązań (zamiast tych obozów) mogła być nieco bezpieczniejsza. Tą uwagę możesz jednak nawet i zignorować. Piszę o tym, co mnie, jako czytelnikowi, podpowiadała wyobraźnia i może być to opinia całkowicie odosobniona (myślę o nawiązaniu do fabryk, nie o samych obozach, o których przecież pisano tu już sporo).

– Odniosłem wrażenie, że opowiadanie budowałeś pod samo zakończenie. I choć fajnie wyrażało ono sens Twojego tekstu, to jednak znowu wydało mi się niepotrzebnie ostre. Bardzo ryzykowne w odbiorze. Znów posłużę się moją wyobraźnią. I znów napiszę wyłącznie o moich oczekiwaniach. Pomyślałem, że ten agresywny koniec z maczugą można było zastąpić jakąś zbiorową prezentacją “uleczonych”, którzy klepaliby z pełną wiarą, niemal jak modlitwę, jak to bezwzględnie należy pracować do śmierci, bo przecież na tym polega sens życia.

– Ostatnia uwaga. Z cyklu przyganiał kocioł garnkowi. Miałem poczucie że czasem trochę na siłę podkreślałeś, jak to lenistwo jest złe, a praca cudowna. Ja wiem, że taki był zamysł opowiadania i to podkreślanie miało w nim konkretną rolę. Tyle tylko, że nie do końca właściwie ją spełniało.Zamiast bawić tym przesadzonym napiętnowaniem lenistwa i wynoszeniem (nawet bezmyślnej) pracy na piedestał, trochę jednak te fragmenty nużyły.

To tyle.

Jak widzisz, uwagom poświęciłem trochę więcej miejsca niż zaletom. Nie znaczy to jednak, że uważam Twoje opowiadanie za złe. Przeciwnie. Jest całkiem niezłe, czyta się dosyć dobrze, a jeśli męczę Cię tym przydługim komentarzem, ty tylko dlatego, że dajesz spore nadzieje na lepsze.

Pozdrawiam.

Myślę, że próba takich nawiązań (zamiast tych obozów) mogła być nieco bezpieczniejsza.

CM słusznie prawi.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przeczytałem.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem.

Czytało się przyjemnie. Tekst z rodzaju tych luźnych. Rodzi się więc pytanie: po co dorzucałeś tu nawiązania do obozów koncentracyjnych?! No ale nie będę się nad tym pastwił. Raczej ;)

Jest tu sporo fajnych elementów świata przedstawionego. Nie wiem, na ile to inspirowane Flintstone’ami, bo oglądałem lata temu.

Oprócz wywalenia tych nieszczęsnych nawiązań, widziałbym tu jeszcze dwie rzeczy. Neologizmy zamiast znanych nam słów. Czemu „stetoskop”? Czemu „koło”? Trzeba było iść w „pchaniobusy” (no, w każdym razie w tym kierunku, tylko zgrabniej). A po drugie – jaki tu był potencjał na coś naprawdę dużego i mądrego! Gdybyś przyjrzał się poważniej kwestii zastąpienia wynalazków tanią siłą roboczą… Przecież to temat na coś na serio. Może już ta problematyka była poruszana, ale gdyby podejść do tego z rozmachem, właśnie w paleolicie… To mogłoby być coś.

Podsumowując: czytało się przyjemnie (pomijając nawiązania), ale szkoda niewykorzystanego potencjału.

Dobry pomysł na scenografię i pójście w stronę bardziej absurdu niż "realistycznej" opowieści. Sam świat przywodzi na myśl Flinstone'ów – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jednak do absurdu pasuje on znakomicie. Choć muszę przyznać, że humor nie zawsze trafiający czy smaczny. Z żartami trzeba uważać.

Bohater w miarę wyraźny, choć tak mocno pompuje się jego największą wadę, że to właściwie jedna rzecz, dzięki której go zapamiętałem. Reszta postaci nie wybiła się, ale swoje zadanie fabularne spełniła.

Sama fabuła jasno i wyraźnie przekazuje zamierzoną treść. Mam z tym jeden problem – przez fakt tak mocnego uniwersalizmu przesłania, dekoracja schodzi na bardzo daleki plan. Taka sama opowieść działała by w świecie XX wieku, renesansu czy średniowiecza. Jaskiniowe tło jest tylko tłem.

Podsumowując: fajny koncert fajerwerków o przemyślanej fabule. Jednak tło, choć też zaciekawia, nie nie wychodzi poza trzeci kadr.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niestety nie tym razem. Niezły pomysł (lenistwo jako matka wynalazku pożenione z anegdotą o niewolnikach i Heronie) zepsuty wykonaniem. Absurd absurdem, ale anachroniczność języka narracji i realiów świata (szkoła, szpital) w stosunku do czasów akcji wydała mi się raczej pójściem na łatwiznę niż przejawem dowcipu. Gra słów Kołogu/koło bardzo słaba. Doktora Mengelu chyba byłbym w stanie przełknąć, „Praca czyni wolnym” jest jednak dla mnie niedopuszczalna.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Przyznaję, że świetnie się bawiłam przy lekturze tego opowiadania – przynajmniej do pewnego momentu. Poziom i rodzaj absurdu przyswajalny przeze mnie, co uczyniło go zrozumiałym.

Bardzo ciekawy pomysł, jak dla mnie nieco „antyretrowizyjny”, bo pokazujesz wynalazek i nie to jak on zmienił świat, ale jak jego odrzucenie to zrobiło. To odwrócenie dodało sporej dawki świeżości do dobrze znanych, choćby z Flinstonów, motywów. Do tego na swój sposób podobała mi się postać głównego bohatera. Ciekawie nakreśliłeś chłopaka i jego rozterki.

A teraz największy minus, który w moich (i pewnie nie tylko moich) oczach przekreślił szanse na przychylniejsze spojrzenie. Śmieszki śmieszkami, ale tym razem z hasłami i nazwami nawiązującymi do tragicznych elementów historii wyszedłeś daleko poza pewną granicę. Nie wiem, dlaczego tak zrobiłeś, ale jestem pewna, że tekst i humor obroniłyby się bez tych nawiązań. Dlatego szkoda, że jednak się nie pohamowałeś. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cóż wybaczcie, że zniknąłem na dobry miesiąc i nie odpisywałem na komentarze. Przepraszam za to czytelników zwłaszcza Tarninę, która zrobiła łapankę. Zwyczajnie mam bardzo emocjonalny stosunek do tekstów i muszę się odciąć.

 

CM Ma absolutną rację, że zmiana fabryk na obozy mogłaby uratować tekst. Tą drugą część należałoby przepisać na nowo.

 

Śniąca pojechałem ostro bo uznałem, że to się sprawdzi tylko i wyłącznie dlatego. Mi to pasowało. Pierwsi czytacze chwalili. To zwyczajnie poszło.

Ale coż ja to ja. W kartach przeciwko ludzkości lubię używać karty żyda w najbardziej okrutnych sytuacjach.

Na przyszłość będę uważał. Tyle.

 

Cobold byłem pewny, że zmieniałem “Praca czyni wolnym” na “Praca uszlachetnia”, jednak takie proste zmiany nie uratowały by tego tekstu. Widocznie portal nie zapisał moich ostatnich edycji.

 

Dzięki jeszcze raz za przeczytanie. Uwagi jak zwykle cenne. Zgadzam się, szkoda zmarnowanego potencjału. Pewnie mógłbym coś jeszcze odpisać, ale zwyczajnie nie mogę.

Na przyszłość bez przetrzebienia ze wszystkich stron nie publikuje, bo mam niezwykły talent do wywalania się na detalach, prowadzenia opowieści w złym kierunku. Trzeba mieć świadomość swoich słabości.

Tymczasowy lakoński król

Nowa Fantastyka