- Opowiadanie: Światowider - Smok nad Warszawą

Smok nad Warszawą

Bardzo dziękuję za betę Drakainie i Wiktorowi. Dodatkowo specjalne podziękowania dla Drakainy za przetłumaczenie na moją prośbę francuskiego opisu machiny Boriatiniego.

W tekście wykorzystałem siedemnastowieczny wiersz Sebastiana Petrycego.

 

Życzę miłego czytania!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Smok nad Warszawą

Latanie nie jest niemożliwe, tak jak to dotychczas powszechnie sądzono.

Tito Livio Boriatini

 

Błonia warszawskie wypełniał kolorowy tłum szlachty, mieszczan, a także plebejuszy. Wśród barwnych strojów można było dostrzec nawet błękitne kurtki królewskich drabantów, które świadczyły o obecności samego monarchy. Nikt nie wiedział z pewnością, czemu ma służyć to zgromadzenie. Niesamowite wydarzenia zwiastowała stojąca pośrodku równiny tajemnicza machina.

Drewniana konstrukcja przypominała rozmiarem żmudzkiego konika lub dużego psa, ale osiem wielkich skrzydeł, podobne do gadziej łuski obicie, uzbrojone w pazury łapy i ohydny, szczerzący ostre kły pysk, przywodziły na myśl raczej smoka. Zebrani ludzie prześcigali się w domysłach, na co komu może być użyteczne takie dziwowisko. Jedni powiadali, iż to nowy rodzaj armaty, drudzy, że maszyna latająca, taka, jaką budują ponoć Francuzi. Jeszcze inni zarzucali pozostałym głupotę, twierdząc, iż to jedynie model pomnika, jaki jego królewska mość chce wystawić przed swym pałacem. Nie potrafili jednak wyjaśnić, po cóż miałby monarcha budować statuę tak odrażającej maszkary.

Tymczasem na błonie przybył wreszcie sam król Władysław. Tłuste cielsko monarchy opinał ciasno strój niemieckiego kroju. U boku władcy kroczył niski południowiec.

– Zapewniam waszą wysokość, że wbrew krotochwilnym uwagom, jakie raczyli niedawno uczynić wasi dworzanie, mój Dragon bez trudu wzniesie się nad ziemię – mówił po włosku cudzoziemiec. – Umysł ludzki poprzez długie studia i obserwacje doszedł zaprawdę do poznania najprzedziwniejszych tajemnic, aleć wciąż pozostają rzeczy przed nim zakryte. Owóż wzbicie się człowieka w przestworza do tegoż stopnia uważa się za niepodobieństwo, że lud, gdy mówi, iż coś jest niemożliwe, powiada, że jest to jak latanie. Jednakże dziś mój Latający Smok pokaże wszystkim niedowiarkom, cóż znaczy siła ludzkiego umysłu.

– Nie wątpię w to, messer Boriatini – odparł w tym samym języku król. – Kto jednak pokieruje ową machiną?

– Mój kot – odpowiedział wesoło Włoch.

Władysław wybuchnął śmiechem.

– Jakże to?! Zali zwierz podoła takiej imprezie? Wszak latanie tak samo obce jest naturze kotów, jak i ludzi.

– Obaczym, miłościwy panie – rzekł krótko Boriatini, po czym skłonił się wytwornie i zbliżył do drewnianego smoka.

Do siedziska machiny istotnie przymocowana została klatka, w której wnętrzu zamknięto popielatego kota. Niezadowolone z uwięzienia i przerażone zgromadzonym tłumem zwierzę na widok Boriatiniego zaczęło głośno miauczeć.

– Cichaj, mości Ikarze, nie chceszli zyskać miana pierwszego podniebnego kota? – zapytał szeptem wynalazca, jednocześnie dokonując ostatniej kontroli machiny. Gdy tylko skończył, zwrócił się znów w stronę króla, który zajął już miejsce na wzniesieniu uprzednio przygotowanym do obserwacji.

– Miłościwy panie – zawołał głośno. – Pozwól, że nim Latający Smok wzbije się w przestworza, opiszę przedtem dokładnie jego konstrukcję, tak byś miał wasza królewska mość pewność, że nie jest to żadne szarlataństwo, a jeno prawy tryumf nauki. Wpierw racz spojrzeć, najjaśniejszy panie, na owe dwa skrzydła. – Wskazał wielkie płaty wyrastające pośrodku grzbietu machiny, przypominające błoniaste skrzydła nietoperza. – One posłużą Smokowi przy ruchu w przód. Takoż ich zadaniem jest utrzymać go w powietrzu, ten sam cel przyświeca też czterem drobniejszym. – Dotknął jednego z mniejszych skrzydeł, połączonych z bokami drewnianego stwora. – Oweż ostatnie dwa skrzydełka posłużą ruchowi naprzód, tak jak duże. By w bok skręcić, Smok mój musi ogona użyć. – Podszedł do tylnego zakończenia machiny. Wystawała z niego grubo skręcona lina. Boriatini chwycił ją mocno w obie dłonie, nie przerywając swego wywodu. – Tenże sznur zaś całą machinę w bieg wprawia. Stąd, jako że kot sam nie mocen jest go utrzymywać, Smok dotąd jeno się wzniesie, dokąd ludzka ręka może za linę ową ciągnąć.

To mówiąc, szarpnął mocno linę. Z wnętrza machiny dobył się głośny hurkot. Po chwili największe skrzydła Smoka delikatnie drgnęły. Przez tłum przeszedł szmer. Szybko jednak został zagłuszony przez coraz głośniejszy łopot ośmiu skrzydeł. Boriatini dalej wytrwale napędzał mechanizm miarowymi pociągnięciami za linę. Wreszcie machina zatrzeszczała i powoli zaczęła się wzbijać nad ziemię, unosząc z sobą wyjącego ze strachu kota. Nie mniejszy wrzask podniosła tłuszcza, ku której powolnym ruchem skierował się Latający Smok. Wszyscy, nie bacząc na godność czy stan, rozpierzchli się sprzed drogi stworowi. Niepotrzebnie, nie upłynął bowiem nawet jeden pacierz, a potężne skrzydła zaczęły zwalniać. Machina powoli zniżyła się, aż wreszcie osiadła szczęśliwie na ziemi. Tak gładkie lądowanie przywitał głośny chór wiwatów.

Dumny jak paw Boriatini porzucił linę, po czym podszedł do środkowej części swego wynalazku. Zabrzęczał odpięty od pasa pęk kluczy i po chwili klatka, wewnątrz której siedział pierwszy w świecie podniebny kot, stanęła otworem.

– Wyjdźże, mości Ikarze! – zawołał uradowany wynalazca.

Jednak jegomość Ikar niezbyt sobie cenił powietrzne zdobycze. Przerażone zwierzę jednym susem wypadło z klatki i wbiło pazury w ciało swego właściciela, przylegając mocno do jego piersi. Niemile zaskoczony Boriatini zatoczył się, wydając okrzyk bólu.

– A niech cię diabeł porwie, przeklęty futrzaku! – zaklął.

– Do usług – odpowiedział mu zza pleców niski, chrapliwy głos.

Przez kark Boriatiniego przebiegł dreszcz, którego nie stłumiły nawet orzące jego pierś pazury. Po krótkiej chwili wahania odwrócił się. Ujrzał przed sobą czarną jak smoła, kozią bródkę oraz zaczesane ku górze wąsy, między nimi zaś nieprzyjemny uśmieszek, który zdawał się poprzedzać mające wkrótce wybrzmieć szyderstwo. Jednak ich właściciel, wysoki człowiek w zachodnim odzieniu, zamiast prawić złośliwości, zdjął kapelusz i złożył dworny ukłon.

– Zwę się Jaques Blanchard, do usług, monsieur – powtórzył nieznajomy.

Choć pierwsze słowa wymówił po włosku, tym razem przeszedł na nienaganny francuski.

– Gra… grazie – wyjąkał nieco skonfundowany Boriatini, wybałuszając oczy, jakby zobaczył samego wysłannika piekieł.

Na ten widok Francuz wybuchnął śmiechem.

– Wybaczcie, mistrzu, żem was zalterował mą krotochwilą. Jako żywo, nie jestem czartem, jeno amatorem takowych ekstraordynaryjnych machin, jak to wasze cudo. – Skinął głową w kierunku Latającego Smoka.

Boriatini uspokoił się. Wprawdzie pobrzmiewający niezrozumiałym szyderstwem śmiech Blancharda niejako zaprzeczał grzecznym słowom Francuza, ale włoski wynalazca zwykł brać cudze pochlebstwa za dobrą monetę, więc i tym razem nie uczynił wyjątku.

– Czyś z samej Francyi przybył, messer Blanchard?

– Tak jest. Wieści o waszych eksperymentach szerokim echem rozchodzą się po całej Europie. Jednakowoż co niektórzy głośno wyrażają powątpiewanie, suponując, iż wasz Dragon Volant jest jeno kopiją machiny monsieur d’Essona. Podjąłem się więc na własną rękę uczynić inkwizycję, aby sprawdzić dowodnie, zali słuszne są owe oskarżenia.

Boriatini skrzywił się. Nie wiadomo, czy na dźwięk nazwiska francuskiego konkurenta, czy też dlatego, że właśnie odrywał od siebie wciąż uczepionego go kota.

– Zapewniam, messer Blanchard, iże mój Dragon mą własną ręką został skonstruowany. Doszły tu słuchy o owych pomówieniach, jakiemi mnie pan d’Esson raczy obdarzać. Sto dukatów jednak w zakład postawię, że jeślibym posłał mu mą machinę na części rozłożoną, niechybnie nie podołałby jej złożeniu. Racz kiedyś zajść do mej pracowni, messer, a łacno mogęż tam dać ci dowód, że wszelkie owe kalumnie to jeno bujdy i bajania. – Przerwał na chwilę, głaszcząc w zamyśleniu uspokojonego już kota. – Tymczasem wybaczcie mi, aleć nie mogę dozwalać czekać na siebie jego królewskiej mości. Jeżeli najdzie was, messer Blanchard, chęć zwiedzenia mej pracowni, mój czeladnik Jakub chętnie waści oprowadzi.

Wskazał na młodego chłopaka, który właśnie podbiegł do rozmawiających i odebrał z rąk Boriatiniego kota. Blanchard wbił skupiony wzrok w twarz młodzieńca, jakby chciał ją dobrze zapamiętać.

– Nie śmiem nadużywać jego, ni twej grzeczności, monsieur – przemówił w końcu. – Zresztą i mnie Chronos goni. Aleć zaproszenie do twej pracowni, mistrzu, przyjmuję z ochotą i, da Bóg, wkrótce uczynię mu zadość.

Ponownie złożył ukłon. Nim jednak Boriatini zdążył odpowiedzieć na tę grzeczność, Francuz już rozpłynął się w tłumie.

 

***

 

Gospoda “U Kaspra Winiarza” nie gromadziła o tej porze tłumów. W ciemnej izbie siedziało zaledwie kilku bywalców. W jednym z rogów sączył wino młodzieniec, najwyraźniej spędzający przy trunku przerwę od pracy. Do niego właśnie podszedł cudzoziemiec ze sterczącymi wąsami i szyderczym uśmieszkiem na twarzy, który przed chwilą wkroczył śmiałym krokiem do karczmy.

– Ach, kogóż widzą oczy moje?! – zawołał wymawianą z mocnym francuskim akcentem łaciną. – Zali to nie czeladnik mistrza Boriatiniego? Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności, doprawdy, Fortuna dziś uśmiecha się do mnie. Nie odmówisz mi miejsca u twego stołu, prawda, mon ami?

Młodzieniec w milczeniu skinął głową.

– Hej, mości Kasprze, bądź łaskaw przynieść mi wina i dolać go memu przyjacielowi! – zawołał na karczmarza Francuz, sadowiąc się przy tym wygodnie na ławie.

Gdy tylko gospodarz wrócił do szynkwasu, Blanchard wykrzyknął “Allez!”, pociągnął spory łyk trunku, po czym położył na stole złożony skrawek papieru.

– Tak, jakom mówił, niezwyczajny zbieg okoliczności, owo nasze spotkanie. Imaginuj bowiem sobie, mon ami, wielce przykry wypadek spotkał onegdaj wielkiej pamięci monsieur Fryderyka Fukiera. – Czeladnik drgnął, ale nie odezwał się. Francuz ciągnął więc swój wywód dalej. – Tak, wielce przykry wypadek. Jaki, chcesz li pewnikiem zagadnąć. Otóż powiadają, że napaść okrutną nań uczyniono. Czystym jednak przypadkiem tak się złożyło, iże byłem przy owem nieszczęściu. Zapewniam cię więc, mon ami, że to żadni bryganci, ale atak jakowejś choroby okrutnej przeniósł nieboszczyka Fukiera na tamten świat. – Westchnął ciężko. – Takież to dziwa Fortuna w życiu naszym czyni, a nieraz nagle je skraca. Żal człowieka, nawet jeśli złe języki o nim prawiły, że wzorem reszty swej familiji lichwą i szalbierstwem się trudnił. Jam tym potwarzom nigdy wiary nie dawał, moi foi! Aleć, kiedym pragnął ulżyć niebożęciu w trudzie rozstania się z żywotem, znalazłem przy nim ten oto papier. – Stuknął palcem w leżący na stole skrawek.– Jest to weksel na sto czerwonych złotych opiewający. A u dołu czyjaż sygnacyja? Obaczmy. – Rozwinął dokument i podsunął go czeladnikowi. – Zali to nie twoje nazwisko, mon cher?

Młodzieniec niechętnie rzucił okiem na pismo, po czym gwałtownym ruchem chwycił dłonią kielich i wychylił go niemal do dna.

– Czego waść chcesz? – zapytał słabym głosem.

Blanchard nie odpowiedział od razu, wpierw złożył i schował z powrotem dokument.

– Suponuję z twego responsu, że nie mocen jesteś opłacić owego długu – podjął spokojnie Francuz. – Ale od tegom tu jest, by ci pomóc, mon ami. Starczy, że uczynisz dla mnie pewną przysługę drobną, a ów weksel pochłoną płomienie i wszyscy o nim zapomnim.

– Czego waść chcesz? – powtórzył czeladnik.

– Owa machina, której prezentacyi onegdaj dokonał twój mistrz. – Blanchard pochylił się nad młodzieńcem i zniżył głos do szeptu. – To był jeno pokaz zabawki dla gawiedzi, n’est-ce pas? Powiedzże, mon Jacob, jak daleko już z mistrzem swym zaszliście? Pewnikiem budowaliście już większe machiny, nie jeno kota, ale i człowieka unieść zdolne. Czy się mylę?

Młodzieniec przełknął głośno ślinę. Na jego czole błysnęły kropelki potu.

– Tak jest – przemówił w końcu. – Lecz to ino modele… Ni ja, ni mój mistrz, jeszcze nie lecielim w Smoku.

Francuz zmarszczył brwi, jakby nie dowierzał swemu rozmówcy.

– Bien – rzekł po chwili milczenia. – Dostarczysz mi plany tych… “modeli”.

Jakub skulił się nad trzymanym w obu dłoniach kielichem.

– Nie mogę – wyszeptał.

– Jakże to, nie możesz? – wycedził jadowicie Blanchard. – Chceszli, mon cher, pozbyć się owego weksla, czy też mamy pogawędzić mniej układnie?

Czeladnik nie odpowiedział od razu. Drżącą dłonią otarł pot z czoła.

– Dobrze – przemówił w końcu ledwie słyszalnym szeptem. – Dobrze, uczynię to.

– Bon, nie brak ci jednak całkiem dowcipu. Przyjmę wszelkie dokumenta, jakie wyszły spod twego mistrza ręki, a należą do konceptu Latającego Smoka: plany, rysunki, listy. Spotkamyż się za dwa dni, tu, o tej samej porze. Nie zawiedź mnie, mon ami.

 

***

 

W wynajętym alkierzu winiarni, puszczając z fajki siwe kłęby dymu, Blanchard studiował przyniesione mu poprzedniego dnia przez czeladnika pisma. Z początku przeraziły one Francuza swą różnorodnością. Boriatnini zdawał się interesować każdą dziedziną ludzkiego życia i wszelkimi dziełami natury. Wpierw Blanchard trafił na pisane po angielsku i francusku listy oraz notatki z podróży do Egiptu, następnie włoskie opisy badań nad soczewkami, wreszcie łacińskie notatki do traktatu o lataniu, który Włoch przedstawił po przybyciu do Warszawy polskiemu królowi. Istna wieża Babel!

Tracąc już powoli nadzieję, Francuz wreszcie trafił na coś interesującego. Kolejne karty zapełniały nieporządne, robione na szybko szkice konstrukcji fantastycznych machin. Szybko pominął kilka rysunków, których autor widocznie zastanawiał się, czy nadać swemu dziełu postać smoka, czy też gryfa. Jednak dalsze plany natychmiast przykuły uwagę Blancharda. Oto zobaczył wehikuł z zamontowanym u grzbietu, zamiast skrzydeł, kolistym przedmiotem, kształtem przypominającym wielką banię. Przy rysunku znajdował się lakoniczny dopisek “vuoto” – “próżnia”. A więc Boriatini musiał współpracować z innym przebywającym na dworze polskim Włochem, Magnim, który, podług wiedzy Blancharda, badał właśnie odkryte niedawno zjawisko próżni.

Francuz przeszedł do następnego szkicu.

– Très bien – mruknął.

Rysunek wyróżniał się spośród reszty starannym, uważnym wykonaniem. Widniała na nim znana już dobrze Blanchardowi figura smoczej machiny, łudząco podobna do tej, którą zaprezentował Boriatini kilka dni temu. Różnił je jednak niewielki szczegół. U sterów zamiast zwierzęcia siedział człowiek.

Francuz przeczytał dokładny opis poszczególnych części machiny, jaki zanotował u dołu karty wynalazca, po czym przeszedł do kolejnego, ostatniego rysunku.

– Mon Dieu – szepnął zaskoczony. Przez chwilę bystro spoglądał na trzymany drżącą dłonią szkic, chcąc się upewnić, czy przemęczone oczy nie spłatały mu niemiłego figla. Nic się jednak nie zmieniało. – Parbleu! – zaklął głośno.

Ów włoski wynalazca zaszedł doprawdy zbyt daleko. Nie było czasu na dłuższe, wyrafinowane działania. Musiał jak najprędzej spotkać się ponownie z czeladnikiem, a później wziąć całą sprawę we własne ręce.

 

***

 

Tym razem to Blanchard oczekiwał czeladnika. Gdy Jakub przybył do winiarni, Francuz siedział już na jednej z ław, z przygotowanymi dwoma pełnymi kielichami wina.

– Oto plan dokładny pracowni mego mistrza, podług życzenia waszmości – Młodzieniec położył na stole złożony kawałek papieru.

– Bien, bien, usiądź, mon ami. – Cudzoziemiec pozornie taktownym, lecz szybkim ruchem położył dłoń na rysunku i przysunął go do siebie.

– Jutro mój mistrz dzień niemal cały ma przepędzić u jego królewskiej mości. W tem czasie, jeśli zechce waszmość, mogę waści oprowadzić po pracowni mego mistrza, a waść mnie wtedy z owego weksla skwituje.

Blanchard przez chwilę gładził brodę, przyglądając się w zamyśleniu twarzy swego rozmówcy. Zdenerwowany tym milczeniem czeladnik pociągnął łyk ze swego kielicha. Gdy tylko odstawił go z powrotem na stół, Francuz niespodziewanie skoczył na równe nogi.

– Uczynię to zaraz, mon cher, boś doprawdy zacnie się spisał i tuszę, że dochowasz ugody naszej do końca! – zawołał Blanchard, po czym skoczył ku kominkowi.

Wyciągnął z zanadrza weksel i teatralnym gestem cisnął go w ogień. Dopełniwszy tego czynu, spokojnie powrócił na swe miejsce.

– Oto pierwsza część twej nagrody – podjął znowu. – Druga będzie tu czekała jutra. – Uderzył się dłonią po pasie. Spod sukna jego kaftana dobiegł brzęk monet.

– Dziękuję wasza miłość – odpowiedział cicho czeladnik. – Czy… Czy mogęż zadać jedno pytanie waszej miłości?

– Pytaj, mon ami.

– Na… Na cóż to wszystko? Któż chciałby wykradać potajemnie plany machiny, którą bez trudu obaczyć może, jeśli jeno poprosi? Niech mi wasza miłość wybaczy mą śmiałość, aleć nie daje mi sprawa owa spokoju.

Blanchard uśmiechnął się.

– Pofolguję twej ciekawości. Wpierw jednak opowiem ci pewną dykteryjkę z mej ojczyzny pochodzącą. Za czasów, gdy żył jeszcze nieboszczyk kardynał Richelieu, jednego dnia doniesiono jego eminencji o pewnym mnichu cudotwórcy. Ów sługa Boży deklarował, jakoby potrafił sobie jeno znanym kunsztem magicznym ołów przemienić w złoto. Wiedzion ciekawością kardynał zgodził się uczestniczyć w prezentacyi owej niezwykłej sztuki. Mnich jednak pokpił sprawę, a jego rzekome biegłości czarnoksięskie okazały się pospolitym łgarstwem. Wiesz li, co zrobiono z tym nieszczęsnym głupcem?

Czeladnik pokręcił głową.

– Skazano go na śmierć za paranie się magią! Jego eminencja wielce nie lubił, gdy ktoś nie dopełnił raz danych mu obietnic. – Francuz wybuchnął krótkim, szyderczym śmiechem. – Znan ci zapewne z opowieści monsieur d’Esson także słyszał ową facecyję. Pojmuje on dobrze, że kardynał Mazarin zachowuje w tych sprawach zdanie podobne do swego poprzednika.

– Cóż ma jednak ów d’Esson wspólnego z tym biednym mnichem?

– Monsieur d’Esson – odparł z naciskiem Blanchard – obiecał jego eminencji latające machiny, zdolne unieść człowieka i dać Francyi ostateczną wiktoryję w niemieckiej wojnie. Nietrudno zaś wykoncypować, cóż przygodzi się monsieur d’Essonowi, jeżeli nad armią francuską, miast lauru zwycięstwa, zawiśnie armada Latających Smoków, którą w sukurs cesarskiemu krewnemu pośle wasz monarcha.

– Aleć przecie do machiny człeka unieść zdolnej jeszcze nam daleko! – niemal krzyknął czeladnik. – Kot, a człek to wszak nie to samo.

– Doprawdy? Cóż, jeśli nawet wedle twej wiedzy masz słuszność, jak możesz być pewnym, iże twój mistrz dopuszcza cię do wszystkich swych sekretów? Po tom tu właśnie przybył, aby w tej sprawie dokładną inkwizycją odprawić.

– I… I wszelkie machiny mego mistrza zniszczyć?

– Ach, a więc są jednak machiny inne od tej, którą dni temu kilka mistrz twój prezentował? Jako żywo, zniszczę je, jeśli okażą się bliższymi wzbicia się w przestworza niźli dzieła monsieur d’Essona.

Oburzony młodzieniec poderwał się gwałtownie ze swego miejsca. Jego uniżony ton zniknął bezpowrotnie. Czeladnik podniósł nad głowę zaciśniętą pięść, jakby zamierzał natrzeć na cudzoziemca i wykrzyknął:

– Jakże to?! Powiadał przecie waszmość, że chce jeno machiny mego mistrza zbadać i spokojno obejrzeć. A waść chcesz je zniszczyć?! Nie, ja na to nie dozwolę! Ja powiem komu trzeba. Powiem…

Blanchard nie okazał żadnego zaskoczenia tym nagłym wybuchem. Patrzył tylko drwiąco, z nieodłącznym uśmieszkiem wyzierającym szyderczo spod czarnych wąsów, jak stojący nad nim chłopak piekli się i czerwienieje ze złości. Twarz Francuza nie drgnęła nawet, gdy młodzieniec przerwał nagle swą tyradę, po czym opadł z cichym jękiem z powrotem na ławę, chwytając się przy tym za brzuch.

– Cóż to, mon ami? – zapytał drwiąco Blanchard. – Zali niepotrzebna złość ci zaszkodziła?

Twarz czeladnika, jeszcze przed chwilą purpurowa, pobladła. Usta wykrzywił mu grymas bólu. Wzrok chłopaka padł na stojący przed nim pusty kielich.

– Wino – jęknął cicho.

W odpowiedzi Blanchard podkręcił wąsa.

– A juści. Bystry wyrostek z ciebie, mon cher. Jakaż szkoda, że nie dość bystry.

Wstał i założył kapelusz.

– Wybacz, mon ami, że nie dotrzymam ci kompaniji do końca tej ostatniej dla ciebie wyprawy. Mam ważkie zadania do dopełnienia, a, jak to wy mawiacie, periculum in mora. Sługa uniżony, mon cher.

Przyjrzał się jeszcze uważnie swej ofierze. Omdlały, już zbyt słaby, by wydać jakiś głos, czeladnik mógł bez trudu uchodzić za pijanego w sztok. Nim gospodarz zorientuje się, że w jego winiarni siedzi trup, minie zapewne sporo czasu. Uspokojony Blanchard dotknął ronda kapelusza w geście pożegnania, po czym spokojnym krokiem opuścił gospodę.

 

***

 

Słońce dawno skryło się już za horyzontem, lecz mimo to Tytus Boriatini nie opuścił jeszcze swej pracowni. Siedział w półmroku przy słabym blasku świec nad kartami papieru, powoli zapełniając je rzędami cyfr i liter. Pracował nad rozwinięciem jednego z projektów swego duchowego mistrza, Galileusza, czyli nad powszechnym systemem miar i wag. Pragnął przedstawić go jego królewskiej mości, tak, by ten mógł uczynić z Rzeczypospolitej wzór postępu dla innych krajów Europy. Ze świata liczb wyrwał go nagle dziwny dźwięk, który, choć ledwie słyszalny, zdawał się rozrywać nocną ciszę niby ostrze tnące delikatną tkaninę. Zdumiony Boriatini nadstawił uszu. Przecież jego czeladnik dostał w tym dniu wolne, zresztą powinien już od dawna spać. Któż inny mógł nawiedzać pracownię o tak późnej porze? Jednak po chwili nasłuchiwania wynalazca stracił wszelkie wątpliwości – z sąsiedniego pomieszczenia dobiegało ciche, prawie niedosłyszalne skrzypienie czyichś kroków.

Zaskoczony tym dziwnym zjawiskiem Włoch wstał od stołu. Chwycił lichtarz z płonącą świecą i ruszył zbadać źródło tajemniczych dźwięków. W sąsiedztwie jego gabinetu mieściła się duża hala, wypełniona różnorakimi modelami i wynalazkami, przywiezionymi przez Boriatiniego do Polski, bądź skonstruowanymi już na miejscu. Sala tonęła w nieprzeniknionych ciemnościach. W jej głębi Włoch dostrzegł jednak nikły blask, poruszający się powoli, niby ognik, który podług wierzeń gminu zwodzi nieostrożnych podróżnych ku śmierci w topieli. To zasiało w sercu wynalazcy ziarno niepokoju. Po cóż ten intruz wędrował skrycie wśród jego konstrukcji?

– Kto tu? – zawołał, jednocześnie przybliżając się do tajemniczego ognika.

Światełko zatrzymało się.

– Kto tu? – powtórzył Boriatini, dojrzawszy wreszcie ciemną sylwetkę nieznajomego.

Intruz i tym razem nie odpowiedział. Włoch podszedł jeszcze bliżej, po czym uniósł lichtarz, by oświetlić twarz zagadkowej postaci. W blasku świecy ujrzał wykrzywione złośliwym uśmiechem oblicze Blancharda.

– Bonsoir, monsieur Boriatini – przemówił Francuz. – Widzę, mistrzu, że niczym Atlas, nie znasz spoczynku ni za dnia, ni w nocy.

– Czego tu chcesz? – zapytał ostrym głosem wynalazca.

– A czegóż miałbym pragnąć, jeśli nie obaczenia tych cudów, jakieś tu mistrzu zgromadził i ukrył przed wzrokiem zwykłych śmiertelników? – Uniósł trzymaną w lewej ręce lampę i powiódł nią dookoła. – Ileż dziwów! Figury straszliwe, z dalekich krain Lewantu zapewne przywiezione, machiny z doprawionemi pęcherzami na grzbiecie miast skrzydeł, modele tajemnymi znakami poznaczone… – Gdy mówił, kolejne opisywane obiekty wyłaniały się z ciemności, oświetlone przez jego lampę. – Zaprawdę, monsieur Boriatini, niczym jest ów pokazan onegdaj Dragon Volante wobec tych cudów.

– Czemuś zatem przyszedł, messer, nocą? Stokroć większy twój podziw wzbudziłyby me machiny widziane w świetle dnia.

– Owszem. Lecz wśród nocnej ciszy łacniej kontemplować geniusz demiurga, który wszystkie owe dzieła stworzył.

– I równie łacno uniknąć z tymże demiurgiem spotkania – dokończył cierpko Włoch. – Suponuję, żeś messer tuszył nie zastać mnie tutaj o tej porze?

– Jako żywo – odparł szczerze Blanchard.

– Ponownie zatem zapytam, czegóż chcesz tutaj? Cóż znaczy ta twa wizyta?

Boriatini podszedł jeszcze bliżej, podsuwając lichtarz niemal pod sam nos Francuza. Ten, zamiast się cofnąć, wstrząsnął tylko nieznacznie głową.

– Nie radzę – szepnął, wskazując oczami na swą prawicę.

Włoch dopiero w tej chwili dojrzał bukłak, trzymany w prawej ręce przez intruza. Ciało przeszedł mu zimny dreszcz wywołany przez straszne podejrzenie. Ostrożnie oświetlił lichtarzem najbliższą machinę. Na drewnianej powierzchni zatańczyły błyszczące odbicia pełgających ogników świec. Przerażony wynalazca dotknął konstrukcji palcem wolnej ręki. Zgodnie z przewidywaniem uczuł jakąś mokrą maź. Zbliżył dłoń do nozdrzy.

– Łotr! – wykrzyknął. Jego modele zostały oblane oliwą!

– Spokojnie, monsieur, zbytnia złość zdrowiu szkodzi.

– Bogdajeś duszę diabłu oddał! – zawołał wściekły Włoch. – Pracę mą całą, którąż w pocie czoła na chwałę jego królewskiej mości i tej to Rzeczypospolitej, drugiej ojczyzny mej, odprawuję, chcesz jedną iskierką zniszczyć? O, niedoczekanie twe, psi synu! Straże!

Odpowiedziała mu cisza, którą po krótkiej chwili przerwał śmiech Blancharda.

– Na nic twe wołanie, mistrzu. Nie spodziewałem się ciebie tutaj, alem przecie nie tak głupi, by nie ubezpieczyć swych tyłów. Lecz może i dobrze, żem cię tu zastał, monsieur. Planowałem złożyć twe prace w ofierze Wulkanowi, tak aby dać mym mocodawcom czas, niezbędny, by mogli wyprzedzić twój niedościgniony geniusz. Teraz widzę jednak, że Fortuna zsyła mi okazyję, by ugodzić od razu w samo sedno problemu. Pozdrowienia od monsieur d’Essona, mistrzu Boriatini.

Odrzucił manierkę i błyskawicznym ruchem sięgnął dłonią za pazuchę. Błysnęło jasne ostrze sztyletu. Przerażony Boriatini cofnął się o krok, lichtarz zadrżał mu w ręce.

Nim jednak Blanchard zdołał zadać śmiertelny cios, na jego kark, niby grom z nieba, spadł ciemny kształt.

– Sacrébleu! – wrzasnął Francuz, zaskoczony nagłym atakiem.

– Dobra robota, mości Ikarze – szepnął Boriatini, po czym rzucił się do ucieczki.

Blanchard przez chwilę, klnąc w głos, zataczał się jak pijany. W końcu odrzucił sztylet, który z brzękiem upadł na posadzkę. Uwolnioną ręką Francuz chwycił uczepionego jego karku napastnika i, przy wtórze bolesnego jęku, oderwał go od ciała.

– Do diabła z tobą, parszywy futrzaku – warknął, po czym cisnął kotem jak najdalej od siebie. Ciało zwierzęcia huknęło głucho, uderzając o jedną z drewnianych konstrukcji.

Pozbywszy się niespodziewanej przeszkody, Francuz podniósł sztylet, po czym ruszył za Boriatinim. Szybko dotarł do małego gabinetu wynalazcy. Uniósł wysoko latarnię, nastawił ostrze do ciosu, po czym jednym susem wskoczył do pomieszczenia. Tu stał przez chwilę, dysząc ciężko i zbłąkanym wzrokiem szukając swej ofiary, jednak pokój ział pustką. Zdumiony Blanchard zawahał się. Czyżby gabinet posiadał tajemne wyjście? Może Boriatini pędzi właśnie na złamanie karku, byle powiadomić w porę królewskich drabantów i schwytać niedoszłego zabójcę uwięzionego w pracowni niby ryba w saku? Niespokojne myśli przerwał głośny łomot i następujące po nim furczenie, jakie dobiegły z sąsiedniej hali. Widać Włoch wcale nie umknął do gabinetu, ale zatoczył koło i wrócił, by uruchomić jeden ze swych wynalazków.

Blanchard pośpiesznie zawrócił z powrotem do dużego pomieszczenia. Gdy tylko przekroczył próg, przystanął oszołomiony. Oślepił go blask dwóch rozdzierających ciemność lamp, które unosiły się w powietrzu niczym ślepia ognistego smoka. Gdy po chwili oczy Francuza przywykły do światła, ujrzał wzniesioną pod sam sufit konstrukcję. Zdawała się podobna do latającej machiny, jakiej pokaz widział kilka dni temu, była jednak znacznie większa. Nad lampami pochylał się cień, przypominający ludzką sylwetkę. Pojmując, że to sam Boriatini, Blanchard wytężył wzrok, by odgadnąć, co tak zaabsorbowało Włocha. Po chwili zrozumiał. Spomiędzy dwóch latarni wyzierała rozwarta smocza paszcza, w której wnętrzu lśniła lufa małej śmigownicy. Otwór armatki zwracał się wprost na Francuza.

Zabójca nie podjął jednak na ten widok ucieczki. Szok przykuł jego nogi do ziemi. Sztylet i lampa wysunęły mu się z dłoni.

– A więc tak dalekoś zaszedł, monsieur Boriatini – wyszeptał spierzchniętymi wargami. – D’Esson nie ma szans w gonitwie z tobą. Francyja nie ma szans.

Moment słabości nie trwał jednak długo.

– Ale od czegom tu jest! – zawołał Blanchard, po czym sięgnął do ukrytego przy pasie pistoletu.

Nie zdążył go dobyć. Rozległ się głośny huk. Rozpędzona kula ołowiu uderzyła w ścianę ponad głową swego celu, odbiła się i opadła, dosięgając wreszcie z druzgocącą siłą czaszki ofiary. Latający Smok po raz pierwszy zionął ogniem.

 

***

 

Władysław Waza skończył właśnie dyktować ostry list, jaki tego jeszcze dnia miał otrzymać goniec szykujący się do drogi ku Francji. Zwykle bierny i znany z chwiejności w decyzjach monarcha, pod wpływem silnych wzruszeń potrafił na krótko wykrzesać z siebie nagle niezłomną wolę. Tak też podziałała nań wściekłość, jaką odczuł, słysząc wieść o zamachu na jednego z jego ulubionych uczonych. Raporty nie pozostawiały wątpliwości co do pochodzenia niedoszłego zabójcy. Porwany namiętnością król w jednej chwili postanowił przekreślić całą dotychczasową politykę lawiracji między ścierającymi się w wojnie niemieckiej potęgami i poprzeć jednoznacznie obóz cesarza. Sekretarz zapisywał już ostatnie zdania listu, gdy do komnaty wkroczył wezwany przez monarchę Boriatini.

– Ach, jesteś wreszcie! – zawołał po włosku król. – Powiadaj prędko, zali naprawdę nie poniosłeś żadnego uszczerbku w owej imprezie?

– W istocie żadnego, prawie doniesiono waszej królewskiej mości – odpowiedział spokojnie wynalazca. – Jeno jegomość Ikar ucierpiał mocno z ręki owego francuskiego zbira, aleć i on się wyliże.

– Powiadano mi jednak, że strzał, któren powalił owego raubrittera, zapalił rozlaną przezeń uprzednio oliwę, ogień zaś nieprędko zdołano ugasić. Dzieła twego żywota pszły z dymem!

– Nic to – odparł wesoło Boratini. – Wszystkie te modele razem mniej były warte, niż ów, który żem nie tylko od ognia salwował, ale i sprawność jego potwierdził. – Podniósł głos. – Miłościwy panie! Niejeden na twym dworze szaleństwo mi zarzucał i powiadał, żem w czasie swych podróży po Egipcie do reszty zdziwaczał, gdym ci, wasza królewska mość, obiecywał, że zbuduję machinę, która człowieka w powietrze uniesie. A oto ja wieczora wczorajszego nie tylko się wzniosłem, ale i z przymocowanej do machiny śmigownicy zdołałem ognia dać, kładąc owego francuskiego szelmę trupem.

– Umocowałeś armatę na Latającym Smoku? – przerwał zdumiony król.

– Tak jest. Smok musi wszak mieć czym ziać w potrzebie. Myślałeś, miłościwy królu, że ja jeno dla fraszki ową machinę buduję? Ha! Nie fraszka to, ale broń potężna, którą ja dłoń twą panie uzbrajam.

Zbliżył się do monarchy i spojrzał mu śmiało w oczy.

– Imaginuj sobie, wasza królewska mość, jakąż potęgę uczyni z Rzeczypospolitej choć dziesięć takich machin. A przecież mogą ich być setki! Cóż wtedy będą znaczyć owi grożący nam dziś Osmanowie, Moskiwcini, czy nawet Francuzowie? Tyleż co pył, który co dzień depczemy! Miłościwy królu! Wspomóż jeno groszem ubogiego Włocha i nakłoń rycerstwo tego kraju, by toż samo uczyniło, a przysięgam, że odzyszczesz wszystko, coś utracił w młodości. Me smoki wrócą ci tron moskiewski i nagną zdradliwych bojarów do twej woli. Smocze skrzydła poniosą twe wojska za morze i oddadzą ci dziedzictwo, które uronił twój wielkiej pamięci ojciec. Wrócą ci Szwecję!

Na wspomnienie dwóch utraconych koron oczy monarchy zalśniły.

– Jeśli prawie mówisz, co tylko zechcesz, otrzymasz.

– Nie zawiedziesz się, mój królu! – zawołał uradowany Boriatini.

Skłonił się uroczyście, lecz nie opuścił jeszcze komnaty. Milczał przez chwilę, aż wreszcie przemówił, łamaną polszczyzną powtarzając słowa dawnego, pochodzącego jeszcze z czasów wojen moskiewskich wiersza:

 

Pewna, że Bóg sam króluje w niebie;

My, Władysławie, królewiczu, ciebie

Bogiem mieć będziem, kiedy do Korony

Przyłączysz Moskwę i Septemtryjony.

Koniec

Komentarze

Przywykłam, że smok był w Krakowie, więc pomysł na smoka w Warszawie okazał się całkiem niezły, a wplecenie go w historię szpiegowsko-kryminalną okazało się naprawdę interesujące.

Domyślam się, że zależało Ci, aby tekst brzmiał tak, jakby był napisany w odległych czasach, ale muszę wyznać, że mnie ta stylizacja mocno zmęczyła.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

– A niech cię dia­beł po­rwie, prze­klę­ty fu­trza­ku! –> To słowo, moim zdaniem, nie ma prawa bytu w tym opowiadaniu.

 

Uj­rzał przed sobą czar­ną jak smoła,kozią bród­kę… –> Brak spacji po przecinku.

 

W ciem­nej izbie sie­dzia­ło za­le­d­wie kilku sta­łych by­wal­ców.–> Masło maślane. Bywalec jest stały z definicji.

 

są­czył wino mło­dzie­niec, naj­wy­raź­niej spę­dza­ją­cy przy winie prze­rwę od pracy. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Hej, mości Ka­sprze, bądź ła­skaw przy­nieść mi wina… –> Nie wydaje mi się, aby mówiąc do karczmarza, używano zwrotu mości.

 

Gdy tylko go­spo­darz wró­cił z po­wro­tem do szynk­wa­su… –> Masło maślane. Skoro wrócił, to był z powrotem.

 

wresz­cie ła­ciń­skie no­tat­ki do trak­ta­tu la­ta­niu… –> Pewnie miało być: …wresz­cie ła­ciń­skie no­tat­ki do trak­ta­tu o la­ta­niu

 

Spod sukni jego ka­fta­na do­biegł brzęk monet. –> Czy tu aby nie miało być: Spod sukna jego ka­fta­na do­biegł brzęk monet.

 

Znan ci za­pew­ne z opo­wie­ści mon­sieur d’Esson… –> Literówka.

 

Nie trud­no zaś wy­kon­cy­po­wać… –> Nietrud­no zaś wy­kon­cy­po­wać

 

Wstał i za­ło­żył na głowę ka­pe­lusz. –> Zbędne dopowiedzenie. Czy założyłby kapelusz na coś innego niż głowa?

 

Chwy­cił lich­tarz z pło­ną­cy­mi świe­ca­mi… –> Lichtarz jest przeznaczony na jedną świecę.

 

Do dia­bła z tobą, par­szy­wy fu­trza­ku… –> To słowo, moim zdaniem, nie ma prawa bytu w tym opowiadaniu.

 

Ośle­pił go blask dwóch ro­dzie­ra­ją­cych ciem­ność lamp… –> Literówka.

 

od­bi­ła się i opa­dła w dół… –> Masło maślane. Czy mogła opaść w górę?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Interesujący pomysł, ale tak jakoś bez werwy podany. Mam wrażenie, że cała para poszła w research. Zadbałeś o to, żeby było archaicznie i zgodnie z wiedzą historyczną, ale już nie o to, żeby tekst był ciekawy.

Ale jest solidny, chociaż nieporywający.

Babska logika rządzi!

Finklo – no cóż, pozostaje mi podziękować za poświęcony czas i klika :)

 

Reg – z Twoich komentarzy pod moimi poprzednimi opowiadaniami wiem, że nie jesteś wielbicielką stylizacji, więc po prostu moja filozofia pisania rozmija się z Twoimi gustami. Cieszę się jednak, że trochę ten problem zrekompensowała fabuła. Bardzo dziękuję za poprawki, choć z częścią ośmielę się nie zgodzić:

– A niech cię diabeł porwie, przeklęty futrzaku! –> To słowo, moim zdaniem, nie ma prawa bytu w tym opowiadaniu.

Moim zdaniem ma, stąd, o ile nie nawiedzi mnie tłum wściekłych czytelników z widłami, pozwolę sobie na razie je zostawić.

 

– Hej, mości Kasprze, bądź łaskaw przynieść mi wina… –> Nie wydaje mi się, aby mówiąc do karczmarza, używano zwrotu mości.

Z reguły nie, ale Blanchard co chwila podrwiwa sobie z konwenansów, więc czyni to i tutaj.

 

– Znan ci zapewne z opowieści monsieur d’Esson… –> Literówka.

Nie, celowy archaizm ;)

 

Chwycił lichtarz z płonącymi świecami… –> Lichtarz jest przeznaczony na jedną świecę.

A tu aż się spłoniłem ze wstydu – dotąd naiwnie sądziłem, że to prosty synonim świecznika. Trza zapamiętać!

 

Resztę poprawek wprowadziłem bez marudzenia i jeszcze raz za nie dziękuję.

A ja biję się w piersi za przegapienie lichtarza :/

 

Skrót z bety z dodatkami: zdecydowanie mi się podoba, bardzo ładne fabularne rozwinięcie listu wspomnianego w przedmowie. Oczywiście ja tam kibicuję Francuzom oraz mam mieszane uczucia co do nazwiska “złola” (ale autor przekonał mnie, że każda rodzina ma czarną owcę).

Stylizację udało mi się lekko poskromić w miejscach, gdzie brzmiała zdecydowanie źle, ale ogólnie uważam, że mało kto na tym forum ma takie ucho do archaizacji jak Światowider, co udowadnia po raz kolejny. Byle nie przesadzał ilościowo, jest to bardzo strawna stylizacja (a nie lubię zasadniczo archaizacji!).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rozumiem, Światowidrze. To przecież Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. Jednakowoż cieszę się, że nie do wszystkich uwag masz zastrzeżenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Osobiście, gdy zaczynałem czytać,  to opowiadanie uważałem, że to się nie może udać. Czasy gdy Rzeczypostpolita Obojga Narodów ruszyła w dół po równi pochyłej i latające machiny a’la da Vinci. Jednak gdy dotarłem do końca byłem pod dużym wrażeniem. Wszystko było spójne, klimat epoki dobrze oddany, a postaci idealnie dopasowane. Jestem na tak. 

MPJ 79 dziękuję bardzo :)

A maszyna jak najbardziej mogła się udać, skoro się udała. Opis pokazu na początku opowiadania, to fabularyzacja prawdziwego zdarzenia ;)

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję i witam pierwszego jurora ;)

Chwała niech będzie Wielkiej Lech… eee, Rzeczypospolitej Wielu Narodów :)!

Bardzo, bardzo fajne. Muszkieterowie i kapitan Alatriste (bo Sienkiewicza tu jakoś nie dostrzegłem). W kazdym bądź razie – takie opowiastki właśnie lubię. Bo to i przyjemność w czytaniu, i nauczyć się trochę można.

Mam tylko jedno pytanie, bo coś chyba nieuważnie czytałem – na jakiej zasadzie właściwie działa Smok? To jest szybowiec holowany, podobny do Lilienthalowego? Oraz czemu Blanchard najpierw nie spalił modeli, a potem dopiero pobiegł szukać Włocha? Ale to drobiażdżki :).

A, ale jeszcze drobiażdżków kilka:

– “Z wnętrza machiny dobył się głośny szwargot” – Niemcy tam jakowyś siedzieli ;)? bo szwargot to gadanie po niemiecku; “hurkot” może?;

– “zaczesane ku górze wąsy, między nimi zaś nieprzyjemny uśmieszek” – no niby wiem, o co Ci chodzi; ale, że wąsy był zaczesane ku górze, to najpierw miałem warażenie, że gość ma uśmiech w miejscu nosa;

– “wychylił go niemal do pełna” – hę? “do dna” raczej;

– “którą onegdaj mistrz twój prezentował” – a tu taka mała dygresja – w owych czasach “onegdaj” znaczyło “przedwczoraj”, co tu akurat nie pasuje; “ongiś” może?

 

Tym niemniej – wielceś mnie Waćpan swym pisaniem ukontentował!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

– “Z wnętrza machiny dobył się głośny szwargot” – Niemcy tam jakowyś siedzieli ;)? bo szwargot to gadanie po niemiecku; “hurkot” może?;

Nie do końca. SJP PWN: szwargot pot. «rozmowa w języku, którego ktoś nie zna lub nie lubi, zwłaszcza w języku niemieckim»

Ale tak czy siak, nie pasuje, biję się w betowe piersi ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zacznę od języka. Myślę, że odbiór tych archaizmów będzie bardzo mocno uzależniony od gustów, ale mnie wyjątkowo się spodobał. Takie zabawy językowe wymagają moim zdaniem niesamowitego wyczucia. Zawsze trzeba znaleźć odpowiedni balans między efektownością tekstu, a jego przyswajalnością dla czytelnika. U Ciebie ten język fajnie budował pewien klimat i nawet zabrał mnie na swój sposób w podróż do przeszłości. Co ważne, nie miałem przy tym większych problemów ze zrozumieniem tekstu, więc dla mnie jest to na pewno wartość dodana opowiadania.

Druga sprawa to Smok. Retrowizje uważam za konkurs bardzo wymagający wobec autorów. Tu nie wystarczy wrzucić magicznej różdżki, która wyczaruje nam spektakularną broń czy technologię, działającą w oparciu o niezbity argument: Bo tak! Jasne, fantastyka na taki zabieg pozwala. Czytelnik będzie jednak oczekiwał czegoś więcej. Pomysłu w pewien sposób wiarygodnego, który nie polegnie w zderzeniu z wyobraźnią czy logiką. W Twojego Smoka udało mi się uwierzyć. To bardzo ważne, bo też miało spory wpływ na odbiór i ocenę opowiadania.

Przyczepię się tylko do jednej rzeczy. Prezentujesz fajny pomysł na Smoka, pozwalasz uwierzyć w jego wartość, a jednocześnie… nie chcesz sprawdzić go w wielkim boju. Nie dajesz mu się do końca wykazać (chodzi mi o wpływ na naprawdę wielkie zdarzenia, takie, jakie pojawiają się niejako w zapowiedzi). Trochę szkoda, że nie dałeś temu Smokowi jakoś mocniej wpłynąć na losy Rzeczpospolitej. Coś w rodzaju ostatecznego potwierdzenia wartości tej maszyny. Nie jest to jakaś wada opowiadania. Raczej takie delikatne poczucie rozczarowania, że oczekując treści od A do Z, zatrzymałem się na Y. Jasne, to Z bardzo łatwo sobie dopowiedzieć. Pewnie na wiele różnych sposobów. Ja jednak lubię dostać wszystko na tacy, a odniosłem wrażenie, że napisanie jakiejś większej roli dla tego Smoka nie będzie dla Ciebie wielkim problemem.

Tak czy inaczej, naprawdę fajnie mi się czytało. Bardzo dobre opowiadanie.

Pozdrawiam.

Staruchu, zaiste, kontent jestem z Twego ukontentowania ;D

 

Mam tylko jedno pytanie, bo coś chyba nieuważnie czytałem – na jakiej zasadzie właściwie działa Smok?

Trza było mistrza Boriatiniego słuchać, gdy to objaśniał! Ale skoroś Waść tak nieuważny, to przytoczę jeszcze opis naocznego świadka pokazu, Thévenota (w tłumaczeniu nieocenionej Drakainy):

Mamy tu pewnego Pana Matematyka nazwiskiem Buratin, który pokazywał Królowi Polski projekt {rysunek} i pomniejszony model Maszyny służącej do wznoszenia się {w powietrze} i sprawiania, żeby człowiek mógł latać. Przesyłam panu rysunek, który mi dał, a jeśli chodzi o model, powiem panu, że to, co zaprezentował Królowi miało cztery lub pięć stóp długości łącznie z ogonem, który to model za pomocą liny, która wychodzi z ogona unosi się w powietrze, lina wprawia w ruch resory i koła znajdujące się poniżej. I ten model unosi kota, którego wkłada się do środka i utrzymuje się on w powietrzu tak długo, jak długo za pomocą liny da się poruszać koła, i dlatego trzeba być tyle uniesionym ile Maszyna. Jest ewidentne, że gdyby kot znał pojęcie pracowania (ponieważ jego siła wystarczy), mógłby się unieść w powietrze.

Jeśli byłbyś bardziej zainteresowany Latającym Smokiem, mogę podesłać pełną bibliografię opowiadania ;)

 

Oraz czemu Blanchard najpierw nie spalił modeli, a potem dopiero pobiegł szukać Włocha?

Bo nie mógł być pewien, że wszystkie spłoną. Nie dokończył jeszcze procederu z oliwą, a na domiar złego Boriatini, gdyby zdołał się wymknąć, pewnie by zorganizował akcję gaśniczą.

 

“Z wnętrza machiny dobył się głośny szwargot” – Niemcy tam jakowyś siedzieli ;)? bo szwargot to gadanie po niemiecku; “hurkot” może?

Pewnie siedziały w środku niemieckie gnomy, pedałując na rowerkach by napędzać skrzydła, i przeklinały swój los ;P

 

– “którą onegdaj mistrz twój prezentował” – a tu taka mała dygresja – w owych czasach “onegdaj” znaczyło “przedwczoraj”, co tu akurat nie pasuje; “ongiś” może?

Jeśli mnie pamięć nie myli, nie deklaruję w tekście, ile dni minęło od pokazu, więc mógł on być i przedwczoraj.

 

CM – Dziękuję za poświęcenie czasu mojemu opowiadaniu :) Cieszę się, że udało Ci się uwierzyć w Smoka, tym bardziej, że rzeczywiście on istniał, choć tylko w formie z pierwszej sceny opowiadania. 

 

W kwestii zakończenia, tu nałożyło się kilka powodów. Po pierwsze limit, po drugie moim zdaniem przedstawienie Smoków w “wielkim boju” zaburzyłoby układ i główną oś tej konkretnej opowieści, po trzecie wreszcie, mam ochotę wrócić kiedyś do Smoków, stąd pozostawiłem sobie otwarte zakończenie. Tak więc może będziesz miał okazję poznać dalsze losy alternatywnego mistrza Boriatiniego ;)

Jeśli mnie pamięć nie myli, nie deklaruję w tekście, ile dni minęło od pokazu, więc mógł on być i przedwczoraj.

A nie nie nie. Logika, mój drogi Watsonie. Kiedy Blanchard po raz pierwszy spotyka czeladnika, mówi – “Ach, a więc są jednak machiny inne od tej, którą onegdaj mistrz twój prezentował?”. Czyli pokaz był w dniu przedwczorajszym pierwszego spotkania. Potem mija kilka dni, bo Blanchard studiuje pisma przyniesione poprzedniego dnia. I dopiero przy kolejnym spotkaniu pada zdanie – “Ach, a więc są jednak machiny inne od tej, którą onegdaj mistrz twój prezentował?”.

Logicznym jest, że pokaz nie mógł odbyć się w dniu przedwczorajszym tego drugiego spotkania, bo minęło już kolejne kilka dni.

Quod erat demonstrandum ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Słusznie, zapomniałem o drugim "onegdaj". Jeszcze raz dzięki za czujność!

Bardzo dobrze napisane – czytało się bardzo przyjemnie i lekko. Dodatkowo w tekście nie stwierdzono zgrzytów czy sytuacji, gdzie nie wiadomo o co tak naprawdę chodzi, albo kto jest kto. ;)

Podobało mi się również przedstawienie konceptu latających machin oraz historycznych realiów, no i tych wszystkich smaczków budujących klimat.

Stylizacja języka – z jednej strony należy Ci się pochwała, że potrafiłeś ją w taki sposób stworzyć, z drugiej strony było jej odrobinę za dużo (we wskazaniem na “odrobinę”.

Przy tych wszystkich pozytywach nieco rozczarowująca okazała się jednak fabuła. Owszem, była spójna, zrozumiała i pod innymi względami poprawna, ale niestety nic więcej. Nie okazała się zbyt ciekawa, emocjonująca czy odkrywcza. Sprawia wręcz wrażenie pretekstowej.

I cyk Biblioteka.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Przepięknym językiem ześ to napisał, archaizmów było akurat w sam raz. Pomysł na smokolot też przedni. Z wyczuciem piszesz o polityce.

Przez moment bałam się, że pozwolisz temu Francuzowi wygrać i bardzo się ucieszyłam, że został pokonany. A ponieważ mam lekkiego świra na punkcie kotów, zachwycił mnie Ikar.

Całość bardzo mi się podobała. :)

Po drobnym rozkminie natury etycznej – betowałam, ale ograniczyło się to do niewielkich sugestii dotyczących języka i kawałka dyskusji historycznej, niemającej wpływu na tekst – nominowałam to opowiadanie do piórka.

Jest ono znakomicie napisane w sensie wyczucia epoki, języka, stylizacji. W tej ostatniej autor jest mistrzem – zazwyczaj nie przepadam za archaizacją, bo zazwyczaj brzmi ona naturalnie, a tu ona płynie, nie zgrzyta, nie wali po oczach nienaturalnością.

Do tego może lekko schematyczna, ale bardzo klarowna fabuła – w sumie w takim tekście ta schematyczność jest raczej zaletą niż wadą, bo taki gatunek. To samo dotyczy postaci – mieliśmy w becie chwilę zastanowienia, czy nie brakuje im głębi psychologicznej. Tak, może i brakuje, ale znów – gatunek. Postacie są tak wyraziste, jak powinny być, te drugoplanowe ładnie zarysowane, zindywidualizowane.

Słowem – porządna robota, dobra przygodówka z dbałością o realia epoki, język, ale i ten epicki wymiar opowieści, który ujawnia się w finale.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Najpierw obowiązek, potem przyjemność. Czyli najpierw czepy.

 

a także pospolitych plebejuszy.

Bywają niepospolici plebejusze?

Przyjrzał się jeszcze uważnie swej ofierze. Omdlały, już zbyt słaby, by wydać jakiś głos, czeladnik mógł bez trudu uchodzić za pijanego w sztok.

Czep raczej formalny: przepraszam, ale co to była za trucizna? Większość środków znanych w epoce działa z dużym (wielogodzinnym lub nawet wielodniowym) opóźnieniem, z kolei te działające szybciej powodują niemal zawsze nudności, wymioty, silny ból. Tak czy siak, raczej nie ma szans, by otruty od tak sobie odpłynął.

Rozumiem, że popowy obraz trucizn jest inny, niemniej poszedłeś w wiarygodne oddanie realiów, więc uwierało mnie to.

Włoch dopiero w tej chwili dojrzał skórzany bukłak

Jak zakładam, bukłak dający się nosić i używać jednorącz nie mógł zawierać więcej niż litr czy dwa oliwy. Oblanie tym całej pracowni wydaje się lekko nieprawdopodobne.

Oślepił go blask dwóch rozdzierających ciemność lamp, które unosiły się w powietrzu niczym ślepia ognistego smoka

Czyli nasz wynalazca, ścigany mordercę, przystanął, by pozapalać lampy na swoim oblanym oliwą wynalazku?

 

Pomijając powyższe czepialstwo – tekst mi się podobał. Kompozycyjnie więcej niż w porządku (choć koncept, że machina jest uzbrojona mógłby zostać zasygnalizowany wcześniej). Dialogi chwilami nieco się ciągnęły, padało bowiem wiele słów, ale mało nowych informacji – szczególnie dotyczy to wymiany zdań w ciemnej pracowni. Pomijając jednak te dwa drobiazgi, nieźle bawiłem się przy lekturze, nawet jeżeli nie zdołałeś mnie zaskoczyć. 

Podsumowując – chwilami coś zazgrzytało, ale ogólnie przyjemne czytadełko. 

Fajne takie czepialstwo, człowiek dowiaduje się, czego nie zauważa, zapatrzony w inne elementy świata :)

 

OT. None – ponieważ planuję w najbliższej przyszłości opowiadanie o truciznach, a wprawdzie mam mamę farmaceutkę, ale nie pracowała nigdy w zawodzie, więc sporo już nie pamięta, czy można się do Ciebie w razie czego uśmiechnąć o konsultacje?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

El Lobo, Irko – Wielkie dzięki za przeczytanie i uwagi :)

 

None – Właśnie mimowolnie spełniłeś moje małe marzenie, bo obserwując Twoje bardzo wnikliwe komentarze pod innymi opowiadaniami, nieśmiało liczyłem, że i do mnie zawitasz ;)

 

Odnośnie trucizny, tak niestety tutaj liczę na popkulturowe zawieszenie niewiary, bo rzeczywiście nie wiem jaka to substancja była. Wprawdzie wydaje mi się, że pewne trucizny używane przez Indian do polowań wywołują po prostu nieprzytomność (choć podejrzewam, że działają natychmiastowo, więc Blanchard nie miałby szans na pogawędkę), ale zbyt mało się znam na koloniach, by wiedzieć, czy Europejczycy mogli mieć wówczas do nich dostęp.

 

Jak zakładam, bukłak dający się nosić i używać jednorącz nie mógł zawierać więcej niż litr czy dwa oliwy. Oblanie tym całej pracowni wydaje się lekko nieprawdopodobne.

Owszem, ale to nie znaczy, iż gdzieś dalej nie zostawił beczułki, do której się wracał, by zaczerpnąć kolejną porcję. Dźwiganie samej beczułki byłoby chyba mało praktyczne.

 

Czyli nasz wynalazca, ścigany mordercę, przystanął, by pozapalać lampy na swoim oblanym oliwą wynalazku?

Nie wiemy, czy akurat ten był obrany oliwą. Blanchard nie zdążył dokończyć dzieła, łażąc po ciemku nie był też raczej w stanie ocenić natychmiast, od oblewania którego modelu należy zacząć. 

 

Drakaino Bardzo dziękuję za nominację. Zakładam, że mogę też liczyć na Twój głos za piórkiem, więc z zadowoleniem przyjmuję, że nie cofam się w rozwoju, bo opowiadanie sowowe miało zero głosów ;)

No, sowowe nominowałam, ale nie głosowałam…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wprawdzie wydaje mi się, że pewne trucizny używane przez Indian do polowań wywołują po prostu nieprzytomność

Kurara i podobne trucizny działają zwiotczająco. Mogą dać podobny efekt. Ale nie działają po podaniu doustnym, a jedynie po podaniu bezpośrednio do krwiobiegu (słynne zatrute strzały i igły do dmuchawek).

Czy znano ja w Europie? Nie wiem. Arthur Conan Doyle wspominał o niej bodaj w którymś swoim opowiadaniu, ale to XIX wiek.

Nie wiemy, czy akurat ten był obrany oliwą. Blanchard nie zdążył dokończyć dzieła, łażąc po ciemku nie był też raczej w stanie ocenić natychmiast, od oblewania którego modelu należy zacząć. 

Nie mniej fakt, że naukowiec stracił czas na zapalanie lamp trochę uwiera. Ale tylko trochę.

 

No i zapomniałem jeszcze o jednym czepie – finałowe deus ex machina w postaci ataku kota też trochę zgrzytnęło. Niby zostało wcześniej zasygnalizowane, ale jednak – sierściuch nie ma w zasadzie powodu atakować naszego szpiega. Bardziej elegancko byłoby pozwolić wynalazcy wyrwać się z matni własnym sprytem.

Pozwolę sobie dodać uwagę do zdania, które zacytował None, a które umknęło łapance:

Włoch dopiero w tej chwili dojrzał skórzany bukłak, trzymany w prawej ręce przez intruza. –> Masło maślane. Bukłak jest skórzany z definicji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy zawsze na posterunku! Bardzo dziękuję!

Bardzo proszę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kurara i podobne trucizny działają zwiotczająco. Mogą dać podobny efekt. Ale nie działają po podaniu doustnym, a jedynie po podaniu bezpośrednio do krwiobiegu (słynne zatrute strzały i igły do dmuchawek).

Czy znano ja w Europie? Nie wiem. Arthur Conan Doyle wspominał o niej bodaj w którymś swoim opowiadaniu, ale to XIX wiek.

Pozostaje mi pochylić czoła przed Twą wiedzą. W tym opowiadaniu nie będę tego zmieniał, bo kłucie w karczmie zdecydowanie trudniej dyskretnie zaaranżować niż zatrucie napitku, ale obiecuję, że jak następnym razem będę kogoś truł, to bardziej się przyłożę ;)

 

No i zapomniałem jeszcze o jednym czepie – finałowe deus ex machina w postaci ataku kota też trochę zgrzytnęło. Niby zostało wcześniej zasygnalizowane, ale jednak – sierściuch nie ma w zasadzie powodu atakować naszego szpiega. Bardziej elegancko byłoby pozwolić wynalazcy wyrwać się z matni własnym sprytem.

Jak to nie ma powodu? Jego pan jest w niebezpieczeństwie! ;D Zresztą myślę, że to zależy od gustów. Już dwóm czytelnikom szczególnie spodobał się wątek koci, więc sądzę, że był on wart konkretnej roli w fabule.

A kot, dodajmy, występował w autentycznym liście, który zainspirował to opowiadanie, więc trochę głupio byłoby nie dać sierściuchowi sensownej roli ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak to nie ma powodu? Jego pan jest w niebezpieczeństwie! ;D

A to przepraszam, cofam zarzut. Koty, jak wiadomo, są bardzo wyczulone na takie sprawy. ;)

W tym opowiadaniu nie będę tego zmieniał, bo kłucie w karczmie zdecydowanie trudniej dyskretnie zaaranżować niż zatrucie napitku

Jasne, nawet tego nie sugeruję. To tylko takie moje gderanie.

Znowu przegrywam wyścig z biblioteką :)

 nie wiedział z pewnością, czemu miało służyć

Czemu ma służyć – następstwo czasów.

 Niesamowite wydarzenia zwiastowała stojąca pośrodku równiny tajemnicza machina.

Hmm. "Równiny-machina" trochę mi nie brzmi, i ten szyk też cokolwiek dziwny.

 przypominała rozmiarem żmudzkiego konika lub dużego psa

To nie za duża była. Wystarczy Ci siły nośnej?

 pysk, przywodziły

Nie dałabym głowy za ten przecinek.

 strój niemieckiego kroju

Znowu prawie zrymowałeś.

 wzniesieniu uprzednio przygotowanym do obserwacji.

Hmm.

 racz spojrzeć najjaśniejszy panie na owe dwa

Racz spojrzeć, najjaśniejszy panie, na owe dwa.

 budzące skojarzenia

Potknięcie stylizacji, mym zdaniem. Za współcześnie.

 jako i ten sam cel przyświeca

Ale tu trochę przesadziłeś, ucierpiała czytelność.

 skrzydeł, połączonych z bokami

Hmm.

 tylnego zakończenia

Trochę to dziwne.

 sam nie mocen jest go utrzymywać

Hmm.

 rozpierzchli się sprzed drogi stworowi

Hmm.

 Niemile zaskoczony Boriatini

Facet nie ma pojęcia o kotach ;)

 dreszcz, którego nie stłumiły nawet orzące jego pierś pazury

Pazury miałyby stłumić dreszcz?

 sprawdzić dowodnie zali

Sprawdzić dowodnie, zali.

 od siebie wciąż uczepionego go kota

To "go" sprawia wrażenie czkawki, dałabym raczej "uczepionego koszuli" czy coś w ten deseń.

 przeze mnie jeno został skonstruowany

Chyba jednak "własną moją ręką" lub coś podobnego. Bo tak wygląda, jakbyś przekładał współczesne konstrukcje, co niekoniecznie jest fortunne.

 wszelkie owe kalumnie to jeno bujdy i bajania

Hmm. Kalumnie to z definicji bujdy.

 uspokojonego już kota

Hmm.

 wbił skupiony wzrok w twarz

Au :)

 W jednym z rogów

Nie ryksztosuje mi to z architekturą.

 cudzoziemiec ze sterczącymi wąsami

Trochę współczesne – czemu nie "o sterczących wąsach"? I – młodzieniec-cudzoziemiec to kolejny prawie rym.

 wymawianą z mocnym francuskim akcentem łaciną

Jakoś niezgrabnie to wyszło.

milcząco skinął głową

Dałabym raczej: w milczeniu.

 przynieść mi wina i dolać go memu przyjacielowi

Czyli ma to wino dolać przyjacielowi, nie jemu?

 Otóż, powiadają

Bez przecinka.

 wyszły spod twego mistrza ręki

Może jednak: wyszły spod ręki twego mistrza.

 traktatu o lataniu, jaki Włoch przedstawił później

Chyba raczej: który – i kiedy "później"?

 dłuższe, wyrafinowane działania

Hmm.

 odłożył go z powrotem na stół

Zwykle kielich się odstawia.

 Wyciągnął z zanadrza weksel i teatralnym gestem cisnął go w ogień.

Ale czy to był ten sam weksel, hmm.

 Wiesz li co zrobiono

Wiesz li, co zrobiono.

 armada Latających Smoków, jaką

Armada, którą – bo chodzi o konkretną armadę, nie o rodzaj armady.

 Kot a człek

Kot, a człek. Ładny chwyt z tym wekslem, odwróciłeś uwagę od wina.

choć ledwie słyszalny, zdawał się rozrywać nocną ciszę niby ostrze tnące delikatną tkaninę

Rozbuchana metafora, a i dźwięczy niezbyt perliście ;)

 czeladnik otrzymał w tym dniu wolne

Uch, "otrzymać" można polecenie, ale wolne? Raczej nie.

 Któż inny mógł więc nawiedzać

Wycięłabym "więc".

 wypełniona przez różnorakie modele

Bardziej elegancko byłoby: wypełniona modelami.

 niby ognik, który podług wierzeń gminu zwodzi nieostrożnych podróżnych ku śmierci w topieli

Ładne.

 przybliżając się pospiesznie

Mniej ładne. Skróciłabym.

 przyszedł messer nocą

Przyszedł, messer, nocą.

 większy twój podziw wzbudziłyby

Hmm.

 wstrząsnął tylko delikatnie głową

Nieznacznie. To nie to samo, co delikatnie, które psuje tu cały efekt.

 Ostrożnie oświetlił lichtarzem

Hmm.

 dać czas niezbędny mym mocodawcom

Dać mym mocodawcom czas, niezbędny, by…

 Uwolnioną ręką Francuz chwycił uczepionego jego karku napastnika i, przy wtórze bolesnego jęku, oderwał go od swego ciała.

"Swego" bym wycięła, to jasne. I coś mi tu nie brzmi z tym jękiem, ale nie jestem pewna.

 gabinet posiadał tajemne wyjście

Miał. Gabinet nie jest osobą, żeby cokolwiek posiadać.

 Latający Smok po raz pierwszy zionął ogniem.

Z punktu widzenia pożarnictwa nie wydaje mi się to rozsądne.

 list, jaki

Który – p. wyż.

 Zwykle bierny i znany z niezdecydowania

Zwykle znany z niezdecydowania?

 politykę lawiracji

Lawirowania.

 wkroczył wezwany uprzednio

"Uprzednio" uważam za zbędne – poza tym się powtarza.

 Umocowałeś armatę na Latającym Smoku?

I on jeszcze lata z ciężką zapewne pukawką?

 łamanym polskim

Łamaną polszczyzną.

 

Myślę, że miejscami cokolwiek przestylizowałeś. Zdarzają się takoż rozwlekłości. Ale intryga zacna, acz prosta, w napięciu trzymająca, a i zakomponowana niezgorzej.

Co do zasady działania Smoka – hmm. Trzepocze. To trochę mało. Nie udaję, że się na tym znam (kto nie oblał reologii ni razu, ten nigdy nie studiował chemii :D), ale są takie rzeczy, jak siła nośna i ciąg. Samo trzepotanie nie wystarcza – masz to objaśnione w "Jak to działa" Macauleya (to ta książka z mamutami).

 Pewnie siedziały w środku niemieckie gnomy, pedałując na rowerkach by napędzać skrzydła, i przeklinały swój los ;P

XD

 Czep raczej formalny: przepraszam, ale co to była za trucizna?

Hmm. Może opium? Musiałabym pogrzebać, ale najszybciej, o ile wiem, z układu pokarmowego zadziała cyjanek, tylko nie dam głowy, czy wtedy już go znano.

 sierściuch nie ma w zasadzie powodu atakować naszego szpiega

Tyż prawda. Chyba, że uznamy to za objaw traumy, którą przeszedł ;)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Może opium?

Może. Nie powoduje bólu brzucha, a senność owszem. Tylko też raczej nie zadziała tak szybko. No i o ile wiem, jest bardzo gorzkie, więc czuć by je było w winie.

Musiałabym pogrzebać, ale najszybciej, o ile wiem, z układu pokarmowego zadziała cyjanek

Zaczyna wchłaniać się w żołądku, więc faktycznie działa szybko. Przy dużych dawkach już w kilka minut. Problemem jest oczywiście słynny zapach gorzkich migdałów. Też niestety nie wiem, kiedy wszedł do użycia.

No i oczywiście pierwszym objawem są nudności i wymioty.

None, a czy opium ma jakiś charakterystyczny zapach?

 

Co do historii, niestety mam tylko książkę o wiktoriańskim arszeniku :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No i oczywiście pierwszym objawem są nudności i wymioty.

To dotyczy większości trucizn, o ile wiem.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To dotyczy większości trucizn, o ile wiem.

Jasne. Stąd problem. ;)

None, a czy opium ma jakiś charakterystyczny zapach?

Palone z całą pewnością. W formie mleczka… Nie wiem, ale nie przypuszczam. Pogrzebię, zobaczymy czy uda się coś ustalić.

 

EDIT

Otrzymana w ten sposób substancja jest bardzo plastyczna, koloru czarno – brunatnego, o charakterystycznym ostrym, swoistym zapachu i bardzo gorzkim smaku.

Czyli jednak jakiś ma. oszukam jeszcze pewniejszego źródła, bo to z internetu.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tarnino, bardzo dziękuję za odwiedziny i wnikliwy komentarz.

 

Hmm. Kalumnie to z definicji bujdy.

Myślę, że w tym wypadku takie powtórzenie znaczeniowe ma sens, podkreśla treść wypowiedzi.

 

Czyli ma to wino dolać przyjacielowi, nie jemu?

Owszem, jemu ma dopiero nalać.

 

Uch, "otrzymać" można polecenie, ale wolne? Raczej nie.

Skoro można wolne dostać, to chyba otrzymać też?

 

I on jeszcze lata z ciężką zapewne pukawką?

Bez przesady, myślę, że coś takiego zbyt ciężkie nie by nie było.

 

Co do zasady działania Smoka – hmm. Trzepocze. To trochę mało. Nie udaję, że się na tym znam (kto nie oblał reologii ni razu, ten nigdy nie studiował chemii :D), ale są takie rzeczy, jak siła nośna i ciąg. Samo trzepotanie nie wystarcza – masz to objaśnione w "Jak to działa" Macauleya (to ta książka z mamutami).

Może to za mało, ale co najmniej cztery wiarygodne źródła potwierdzają, że Smok dwukrotnie poleciał. Wprawdzie sam Boriatini pisze we wspomnianym traktacie, że spłatał “figla naturze”, ale myślę, że raczej z czarnej magii nie korzystał (ani tym bardziej niemieckich gnomów) ;)

 

NWM Gratias ago :)

Myślę, że w tym wypadku takie powtórzenie znaczeniowe ma sens, podkreśla treść wypowiedzi.

No, w sumie. Podkreśla stan emocjonalny mówiącego.

 Skoro można wolne dostać, to chyba otrzymać też?

Nie. W przeciwieństwie do języka angielskiego, który na wszystko ma co najmniej dwa słowa, w tym jedno rodzime celtyckie lub saskie, a drugie ą-ę łacińskie, w polszczyźnie słowa ą-ę z reguły mają inne kolokacje, niż te bardziej swojskie. Arbitrariness of the sign, cóż mogę rzec.

 Bez przesady, myślę, że coś takiego zbyt ciężkie nie by nie było.

Internet podaje gęstość spiżu: 8 719 kg/m³. Sam sobie policz :)

 ani tym bardziej niemieckich gnomów

Nie było gnomów? Teraz mi smutno.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Arbitrariness of the sign, cóż mogę rzec.

No dobrze, już poprawiam ;D

 

Nie było gnomów? Teraz mi smutno.

Gnomy mają lepsze sposoby latania (nawet jeśli ten poniżej to bardziej krasnoludek):

Zajrzałam, przeczytałam.

Gnomy mają lepsze sposoby latania (nawet jeśli ten poniżej to bardziej krasnoludek):

Jesteś lepszy od paroksetyny XD

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Do usług :)

Bardzo udany tekst. 

Zgrabna stylizacja. O ile sam fakt stylizowania tekstu na "onegdaj" rzadko mi przeszkadza (mam wysoką tolerancję na takie rzeczy, archaizowanie musi być naprawdę fatalne, żeby mnie odrzuciło) to w znakomitej większości tekstów jest w zasadzie niepotrzebny. U ciebie dość, że sprawnie to wyszło, to jeszcze tekstowi pomaga – prosta, awanturniczo – szpiegowska historia wiele zyskuje na uroku i pewnej autentyczności (literackiej, nie faktycznej, ale to dobrze) W ogóle, gdyby nie dobra stylizacja, można byłoby się czepiać: że fabuła jasna i prosta jak włos Norwega, że postacie stereotypowe i bez głębi, że kulminacyjna scena kuriozalna (facet ucieka przed szpiegiem – zabojcą, mając góra kilkanaście sekund przewagi, i daje radę uruchomić latającą machinę, zapalić lampy, załadować armatę – jakoś nie sądzę, by cały czas była gotowa do strzału)… Ale w momencie, gdy głównie dzięki owej stylizacji przyjmujemy i godzimy się z konwencją, wszystko gra. 

Zgrzytnęło mi jedynie zakończenie. Oczywiście zrozumiałym jest, że po tak spektakularnym udowodnieniu wartości swojego wynalazku Borattini pognał do króla, by kuć żelazo póki gorące i zgrabnym posłodzeniem jeszcze głębiej sięgnąć do królewskiej szkatuły, ale jakoś za słodko to wyszło, za podniośle (zwłaszcza z tym wierszem na końcu, choć autentycznym) jakbyś pisał opowieść ku pokrzepieniu serc, co nie o psuje rozrywkowy wydźwięk całości. 

Co nie zmienia faktu, że opowiadanie bardzo dobre. 

Dzieła twego żywota pszły z dymem! 

Żadnych innych uchybień technicznych nie zauważyłem, bardzo to wszystko porządne. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, dziękuję za wizytę!

 

W kwestii zakończenia – przy pisaniu miałem rzeczywiście obawy, że okaże się zbyt patetyczne, ale gdy po przepuszczeniu tekstu przez betę nie zapaliły się w tej sprawie żadne czerwone lampki, postanowiłem puścić go w obecnej formie. Zresztą jesteś pierwszym, który zauważył tu problem, więc chyba nie jest tak źle (ale zobaczymy co na to jury ;)).

 

Te “pszły” niestety zostaną do sądnego dnia, w którym Cobold obwieści wyniki, ale dzięki za wyłapanie.

Przeczytane. Według mnie napisane interesująco, bardzo klimatycznie, chociaż zakończenie trochę za przewidywalne. Aczkolwiek czytało się bardzo przyjemnie i z całą pewnością, tekst zapada w pamięci. Planujesz jakieś kolejne części przygód wynalazcy Boriatiniego?

Sporą miałem radochę z czytania tego opowiadania.

Historia klarowna, język gładki, a stylizacja bardzo udana. W przeciwieństwie do niektórych nie uznałem dialogów za “wymuszone”, nie utrudniały mi też lektury. Wprost przeciwnie – dobrze się przy nich bawiłem ;) A “pszły” uznałem nie za błąd, ale dziwaczną, przesadną stylizację XD

A zatem – pod względem frajdy bardzo wysoka nota.

A także immersji.

I tempa, które w kilku miejscach niepotrzebnie zwolniłeś (None o tym pisał), ale nie tak, by zaczęło dokuczać.

Jak reszta? Niestety… poprawnie. Tylko poprawnie.

Bo latająca maszyna to żadne novum, konstruował ją chociażby Da Vinci w Assassin’s Creedzie 2 ^^

Bo intryga prosta jak budowa cepa.

Bo z bohaterów ponad przeciętność wybija się jedynie… Ikar ;)

Odwzorowanie epoki itd niezbyt mnie obchodzi prawdę mówiąc, bo nie wiem, jak ta epoka dokładnie wyglądała. Ale z pewnością należy Ci to poczytać za plus.

Co się po prostu nie udało?

Chyba nic.

Wszystko zdaje mi się albo poprawne, albo dobre lub bardzo dobre.

Chociaż nie – tytuł jak z wypracowania szkolnego. To jest słabe ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

BearClaw, Count, dzięki za odwiedziny!

 

Planujesz jakieś kolejne części przygód wynalazcy Boriatiniego?

Niewykluczone, ale to by wymagało chyba dłuższej formy niż opowiadanie, więc raczej rychło nie powstanie ;)

 

Bo latająca maszyna to żadne novum, konstruował ją chociażby Da Vinci w Assassin’s Creedzie 2 ^^

Ale przyznasz chyba, mości Hrabio, że między konstruowaniem, a skonstruowaniem jest spora różnica? ;P

 

Chociaż nie – tytuł jak z wypracowania szkolnego. To jest słabe ;)

Niestety, nie umiem wymyślać tytułów :(

Przeczytałem.

Przeczytałem.

Dziękuję, już prawie komplet jury :)

 

Przeczytałem.

Odniosłem wrażenie, że forma zdominowała tutaj treść. To prawda, jest imponująca i masz pełne prawo się nią chwalić, ale gdyby otworzyć to bogate zdobione pudełeczko, cóż można znaleźć wewnątrz? Postaci równo bezbarwne, historia poprawnie nijaka, zaskoczeń brak, zakończenie też całkiem spodziewane.

Odbieram to opowiadanie jako kąsek dla koneserów, którzy lubią popodziwiać językowe fikołki, a niekoniecznie interesuje ich opowiadana historia. Mnie te słowne popisy raczej znużyły. Ponadto zgrzytnęło mi, że choć w tekście występują Włoch, Francuz i kilku Polaków, tak każdy wypowiada się tą samą, literacką polszczyzną. Wtrącanie oczywistych obcych słów czy wyrażeń, moim zdaniem, tylko pogarsza wrażenie, bo tak będą robić osoby niepewne władanego języka, a co za tym idzie, nadal popełniające w nim błędy, chociażby składniowe. Vide: wypowiedzi Michela Morana po polsku.

 

Wtrącanie oczywistych obcych słów czy wyrażeń, moim zdaniem, tylko pogarsza wrażenie, bo tak będą robić osoby niepewne władanego języka, a co za tym idzie, nadal popełniające w nim błędy, chociażby składniowe.

Niekoniecznie. Wprawdzie na dominację Francji jeszcze za wcześnie, ale już dwadzieścia lat później takie wtrącenia będą robić nawet ludzie nie francuskojęzyczni. Stąd sądzę, że Francuz (bo te wtrącenia pojawiają się głównie u Blancharda), jeszcze w dodatku ze skłonnościami do teatralnej mowy i gestów, tym bardziej może się decydować na dokonywanie takich wtrąceń.

 

Dziękuję za odwiedziny ;)

Tak w sumie, to jest konwencja. Poza tym: nawet, jeśli ktoś jest dwujęzyczny, i tak czasami będzie mu brakowało słowa (i wtedy przeskakuje na drugi język, to się samo robi).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Co do tego tekstu też miałam trochę wątpliwości…

Na pewno na plus olbrzymia wiedza historyczna, cały research. Również stylizacja.

Trochę przytłaczają fabułę, ale o tym już marudziłam.

Świetny kot i cały humor z nim związany, z imieniem włącznie. Ale w takich momentach w poważnych tekstach zastanawiam się, skąd wymyślający imię znał przyszłość, że mógł tak dobrze dobrać miano.

Tytuł raczej słaby – mógłby dotyczyć różnych tekstów, w tym żartobliwego opisu wycieczki Wawelskiego.

Summa summarum, jestem na TAK. Ale mógłbyś kiedyś napisać coś z żywszą akcją i mniejszą koncentracją opisów walki.

Babska logika rządzi!

Summa summarum, jestem na TAK. Ale mógłbyś kiedyś napisać coś z żywszą akcją i mniejszą koncentracją opisów walki.

Zważywszy na to, że w opowiadaniu pada cały jeden strzał i właściwie walki jest jak na lekarstwo, rozumiem, że jest to eufemistycznie żądanie tekstu całkowicie walki pozbawionego? ;)

Hmmm. Odebrałam smoka jako broń, więc dla mnie to tak, jakbyś napisał tekst o wypasionym czołgu, który strzela w opowiadaniu tylko raz.

Ale prawda – sformułowanie z opisami walki było bardzo niefortunne. :-) Konfrontacja wynalazcy i tego łobuza?

Babska logika rządzi!

Wreszcie dotarłam.

No więc, dlaczego mi żal? Twoje opowiadania są szalenie charakterystyczne, przez stylizację, okres którego się trzymasz (czytałam jeszcze jedno – to był chyba konkurs Sowy i skowronki, i chyba jeszcze jedno na samym początku). Wiarygodność z nich bije, a poza tym są napisane z nerwem i pomysłem na tamten czas, nie opisujesz w sposób literacki minionych zdarzeń, lecz one stanowią dla nich tło. Jestem pod wrażeniem Twojej wiedzy i dokładności.

W zalewie książek, a podobno wydaje się ich w Polsce ponad trzydzieści pięć tysięcy rocznie, możliwość i umiejętność takiego opowiadania historii zdecydowanie się wyróżnia.

Podobają mi się też dialogi oraz mam zero zatrzymań, ponieważ tekst jest w wysokim stopniu dopieszczony (może niektóre zdania za bardzo, ale o tym za chwilę), wszystko wydaje mi się ok i ciągle więcej niż ok. 

Z retrowizją, w przypadku tego opowiadania pewnie miałabym dylemat, ale byłby związany z tym, że przedstawiasz niezwykły wynalazek, którego los może mieć potencjalny wpływ na losy Europy, ale nie pokazałeś go w użyciu, jak zmienia świat. Na szczęście, to nie mój kłopot. 

 

A teraz, kilka myśli krytycznych, a może raczej tego, co sama zmieniłabym, mając w ręku Twoje opowiadanie. Nie wiem, czy mam rację, więc za bardzo nie przywiązuj się do tej części komentarza, ponieważ to tylko mój „gust”, a na nim trudno polegać.

Moją uwagę zwróciły cztery rzeczy:

*słowa, które można usunąć, bez szkody dla zdania, tak. Zdają mi się nadmiarowe. Wezmę fragment i zaznaczę przykładowo z zastrzeżeniem, że trochę trzeba byłoby wtedy zmienić resztę:

Miłościwy panie – zawołał głośno. – Pozwól, że nim Latający Smok wzbije się w przestworza, opiszę przedtem dokładnie jego konstrukcję, tak byś miał wasza królewska mość pewność, że nie jest to żadne szarlataństwo, a jeno prawy tryumf nauki. Wpierw racz spojrzeć, najjaśniejszy panie, na owe dwa skrzydła. – Wskazał wielkie płaty wyrastające pośrodku grzbietu machiny, przypominające błoniaste skrzydła nietoperza. – One posłużą Smokowi przy ruchu w przód. Takoż ich zadaniem jest utrzymać go w powietrzu, ten sam cel przyświeca też czterem drobniejszym. – Dotknął jednego z mniejszych skrzydeł, połączonych z bokami drewnianego stwora. – Oweż ostatnie dwa skrzydełka posłużą ruchowi naprzód, tak jak duże. By w bok skręcić, Smok mój musi ogona użyć. – Podszedł do tylnego zakończenia machiny. Wystawała z niego grubo skręcona lina. Boriatini chwycił ją mocno w obie dłonie, nie przerywając swego wywodu. – Tenże sznur zaś całą machinę w bieg wprawia. Stąd, jako że kot sam nie mocen jest go utrzymywać, Smok dotąd jeno się wzniesie, dokąd ludzka ręka może za linę ową ciągnąć.

To mówiąc, szarpnął mocno linę. Z wnętrza machiny dobył się głośny hurkot. Po chwili największe skrzydła Smoka delikatnie drgnęły. Przez tłum przeszedł szmer. Szybko jednak został zagłuszony przez coraz głośniejszy łopot ośmiu skrzydeł. Boriatini dalej wytrwale napędzał mechanizm miarowymi pociągnięciami za linę. Wreszcie machina zatrzeszczała i powoli zaczęła się wzbijać nad ziemię, unosząc z sobą wyjącego ze strachu kota. Nie mniejszy wrzask podniosła tłuszcza, ku której powolnym ruchem skierował się Latający Smok. Wszyscy, nie bacząc na godność czy stan, rozpierzchli się sprzed drogi stworowi. Niepotrzebnie, nie upłynął bowiem nawet jeden pacierz, a potężne skrzydła zaczęły zwalniać. Machina powoli zniżyła się, aż wreszcie osiadła szczęśliwie na ziemi. Tak gładkie lądowanie przywitał głośny chór wiwatów.

*pewien rodzaj monotonii w prowadzeniu opowieści. Tempo jest równe, niezależnie od charakteru opisywanych zdarzeń. Musiałabym sprawdzić w „Trzech muszkieterach”, bądź Austen, „Buddenbrokach” ,jak tam jest prowadzona narracja i nie tylko ona.

*opowiadanie jest przygodowo-szpiegowskie, a za mało tu przygód, albo bohaterowie za słabo zarysowani. Tu nie jestem pewna, ponieważ jest limit, jednakże, gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, który z bohaterów najbardziej „utkwił mi głowie” to Blanchard i gruby król Władysław, potem Jakub, a na samym końcu Boriatini (wiem, że jest Włochem, pasjonatem techniki i przyjechał do Polski, ale po co, dlaczego, jaka jest jego przeszłość). Mocną postacią jest zdecydowanie dla kot, a jego imię pokochałam od razu :D.

*jest jeszcze jedna rzecz, która mnie drażni – zamienniki nazywania postaci. Nie lubię ich i uważam, że nie wolno tego robić czytelnikowi. Postać ma jedno imię i takie sztuczki są – moim zdaniem –  zarezerwowane dla wyjątkowych przypadków. 

Boriatini – wynalazca, Włoch, 

Włoch wstał od stołu. Chwycił lichtarz… przywiezionymi przez Boriatiniego do Polski… W jej głębi Włoch dostrzegł jednak nikły blask… To zasiało w sercu wynalazcy ziarno niepokoju.

w obrębie jednego akapitu trzy określenia głównego bohatera.

 

Blanchard – Francuz,

Blanchard przez chwilę…Uwolnioną ręką Francuz chwycił uczepionego jego karku napastnika

tu podobnie

 

Jakub – czeladnik, młodzieniec, 

Oburzony młodzieniec poderwał się gwałtownie ze swego miejsca. Jego uniżony ton zniknął bezpowrotnie. Czeladnik podniósł nad głowę zaciśniętą pięść,

i w tym przypadku jest to zdecydowanie niepotrzebne

 

Gorąco kibicuję w Retrowizjach! i pozdrawiam, a

 

Edit: przepraszam, wkradła się niezamierzona pomyłka – została poprawiona i wyboldowana. Konkurs Retrowizje. Finklo – podziękowania składam. Wyjaśnienie – myśli moje krążą wokół geofantastyki, czy uda się ją napisać, ot przyczyna.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ale to nie jest tekst na Geofantastykę. :-O

Babska logika rządzi!

Tak, tak, tak masz rację:DDD. Dobrze że napisałaś. Już poprawiam – na Retrowizje. Jak się ma otwarte kilka dokumentów, to sygnatury się plączą. Szkoda, że  w domu nie mam kilka monitorów i nie, nie bedę ich miała!, basta, przecież wystarczy uważność.

Już dodaję edytkę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Udana stylizacja robi wrażenie, niestety przesłania to, co najważniejsze. I nie przesłania tego czytelnikowi, tylko Autorowi. Mianowicie brakuje tu oryginalnej, interesującej fabuły. Mam wrażenie, że opowiadanie jest klasyczne/staromodne nie tylko pod względem formy, ale też treści. Bo historia jest bardzo prosta. Wynalazek, pojedynek i nagle bach!, koniec. Nie zdziwiłbym się, gdybym wśród XIX-wiecznych opowiadań znalazł coś bardzo podobnego.

Prostotę fabularną byłbym jeszcze w stanie wybaczyć, bo stylizacja naprawdę mi się podoba i taki tekst wzbogaciłby antologię o coś „innego” w dobrym tego słowa znaczeniu. Trudno jednak wybaczyć to, że nie wczytałeś się w założenia konkursu. Fajnie, że zrobiłeś research i sięgnąłeś do źródeł. Szkoda, że poprzestałeś na „origin story”. To, czego oczekiwałem po Retrowizjach, w Twoim tekście dopiero ma nastąpić. Napisałeś prolog, coś, co w prawdziwej Retrowizji mogłoby być wplecione w retrospekcję, infodump, dialog dwójki bohaterów. O ile ciekawiej byłoby zobaczyć Polskę podbijającą inne kraje, niż kolejną opowieść o rywalizacji dwóch wynalazców.

Czyli forma bardzo mi się podobała, jednak treść nie usatysfakcjonowała. Ale generalnie tekst na plus. 

 

Dopisek po wynikach:

Jak widać, pozostałym jurorom nie przeszkadzało “origin story” ;) Ale to fajny tekst, więc teraz się cieszę, że trafił do antologii. 

Co by tu radzić? Z tego, co pamiętam, przydałoby się finał wygładzić. Ale to już jakiś redaktor może wskaże. 

Pozostaje więc pogratulować piątego miejsca :)

 

PS Wiesz, że w aktualnym Przekroju jest artykuł o tym samym tytule i… w ogóle o tym samym? Chyba że to Twój? :D

Asylum – bardzo dziękuję za komentarz! Uwagi z wdzięcznością przyjmuję. Polemikę ośmielam się podjąć jedynie w kwestii zamienników. W tym opowiadaniu ich liczba może być rzeczywiście przesadzona, generalnie jednak uważam, że lepsze jest kilka zamienników, niż narażanie się na niepotrzebne powtórzenia. Dodatkowo, jeśli nie mogę znaleźć charakterystycznego określenia dla danej postaci poza jej imieniem, jest to dobry sygnał, że trzeba coś dopracować w jej kreacji.

 

Fun – Pięknie dziękuję za komentarz, gratulacje, a przede wszystkim za włożenie wysiłku w funkcję jurora :)

O ile ciekawiej byłoby zobaczyć Polskę podbijającą inne kraje, niż kolejną opowieść o rywalizacji dwóch wynalazców.

Z pewnością, ale raczej nie w 40 tys. znaków ;)

PS Wiesz, że w aktualnym Przekroju jest artykuł o tym samym tytule i… w ogóle o tym samym? Chyba że to Twój? :D

Nie, to zbieg okoliczności. Ale ja, zdaje się, opublikowałem opowiadanie dzień wcześniej. Może autor artykułu zagląda na portal i się nie przyznaje? ;D

 

Światowidrze, polemizuj ze wszystkimi moimi uwagami! :) Pewności nie mam, to są odczucia. 

Zabawne jest, że w jednej sprawie gotowa jestem pójść na wojnę, zbroję z piwnicy wyjąć, szablę sprawdzić i hełm odkurzyć. Kwestia ta zwie się właśnie zamienniki i cholernie świadome ich używanie.  Lepsze powtórzenia niż zamiennik.  Wydaje mi się, że zawsze można ominąć zamiennik, w każdym razie jest ostateczną ostatecznością. 

Tak sobie myślę, ale fantazjuję, że jeśli trzeba poszukać jakiegoś zamiennika, aby dopracować jego kreację to może to znak, że warto pochylić się nad bohaterem, lecz nie przez nazwę, lecz historię, charakterystyczne zachowania, gesty, przyzwyczajenia i inne. Wiem, piszę  oczywistości.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Widać Twoją znajomość epoki. Tworzysz więc w opowieści wyraźny klimat poprzez rozmowy, opisy. Bohaterowie do zapomnienia – pamiętałem tylko Włocha-wynalazcę i Francuza-szpiega. Spełnili swe funkcje fabularne, ale nie mieli nic takiego, co zapadłoby mi w pamięć.

Sama fabułą ciekawa, trzyma w napięciu. Masz fajne zwroty, a sceny akcji są dynamiczne jak trzeba. Tak więc konstrukcyjnie jest dobrze.

I tylko jedna wada przy światotworzeniu, kiedy patrzałem na wyniki konkursowe – widzę początek nowej rzeczywistości, natomiast wręcz pragnąłbym poznać rezultaty. Obecnie poza "smokiem" nie ma nic, co by wyróżniło tenże wiek XVII od innych. A przynajmniej w momencie, kiedy dzieje się akcja. Trochę szkoda, ale niewielka.

Podsumowując: fajny szpiegowski koncert fajerwerków z mocnym zabarwieniem historycznym.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cny Panie, smoku Pańskiemu co prawda pierz do latania zbędny, ale myślę, że zaszkodzić też nie zaszkodzi. A Piórko wręczyć mu ochotę mam niemałą, bo to zacny kawał gadziny jest. Reasumując – komentarz będzie z tych króciutkich.

Gorzej, że mimo wszystko trochę niemrawy, bo – pomijając tło (też zresztą nie do końca oryginalne) – cała historia jest ograna do bólu. Ot, kolejna szpiegowska przygoda, jakich wiele. Liczyłem na jakiś choćby delikatny, ale fajny twist czy po prostu nieszablonowe zakończenie, ale się, niestety, rozczarowałem. Ponadto zdecydowanie bym wolał jednak coś “z pola”, jak Twoja “kwiląca sowa”, bo dworskie intrygi zawsze mnie nieco nudziły (plebs jestem widocznie – trudno), ale to już subiektywne marudzenie, które nijak nie wpływa jednak na ocenę końcową niniejszego dzieła. 

Nie sposób zresztą nie docenić, że mamy tu prostą, logiczną, dziur pozbawioną historię, która – sama w sobie – po prostu mi się podobała (i to nie tylko dlatego, że miłą zagrała melodię na patriotycznych strunach mej duszy ;). Ponadto jest to historia napisana w sposób zachwycający. Ale że moje prosienkiewiczowskie preferencje już znasz, wiele nad tym rozwodził się nie będę. Klimat rewelacyjny, stylizacja, nawet jeśli po sienkiewiczowemu błędna (w co, nie wnikając, wątpię), wypadła świetnie, naturalnie i przekonująco, dialogi chędogie, bohaterowie też odpowiednio dostrojeni do epoki, że tak powiem. Generalnie, jeśli chodzi o stronę literacką – dla mnie bombarda. Warsztatowo też większych uwag bez, choć kilka przecinków gdzieś tam jeszcze Ci się zbiesiło.

Krótko i na temat: “Smok” to prosta i mało odkrywcza, ale ciekawa i składna historia napisana w sposób jak na mój gust rewelacyjny. Lektura sprawiła mi ogrom czytelniczej frajdy i mam nadzieję, że doczekam się więcej. Najlepiej na papierze. Tak więc czekam na druk, a tymczasem mały motywator z mojej strony.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki za przypomnienie postaci Boriatiniego!

Fajne, klimatyczne opowiadanie, z otwartym zakończeniem ratującym zgodność z założeniami konkursu. Stylizacja rzeczywiście sprawna, jak dla mnie może o jeden ton za mocna. Przyznam się natomiast, że najwięcej kłopotu sprawiły mi powtarzające się wzmianki o tym, jakim językiem w danym momencie posługują się bohaterowie: włoski, francuski, łacina. Włączył mi się wewnętrzny analityk i zamiast płynąć z tekstem, zacząłem rozważać zasadność tego rozwiązania. No bo skoro mówią w swoich językach, czy dobrym pomysłem jest tłumaczyć to na stylizowaną staropolszczyznę? Po chwili rozważań przyznałem Ci rację, zacząłem natomiast dywagować, czy nie należałoby zatem bardziej zróżnicować stylu tych wypowiedzi. To na pewno trudne i wymagające dogłębnej znajomości historii rozwoju każdego z tych języków, a przy tym jeśli zastanowić się nad istotą procesów myślowych stojących za rozmową w obcym języku – pewnie zbędne. No i wreszcie doszedłem do pomysłu wplatania tych słów nie przetłumaczonych (messerów, mon ami, mon Dieu itd.). Ja wiem, że tak się zwyczajowo robi, ale z logicznego punktu widzenia to bez sensu – wybiórczo nie tłumaczyć pojedynczych słów z obcojęzycznej wypowiedzi. Co innego, gdyby obcokrajowiec kaleczył polszczyznę, wrzucając przy tym swoje makaronizmy. No i tak sobie rozmyślałem, zamiast poddać się tekstowi – nie traktuj tego jako krytyki, ale jako sygnał, że dla niektórych czytelników może to być niepotrzebny dystraktor. Osobiście chyba pominąłbym w ogóle informacje o języku rozmowy – bohaterowie rozmawialiby ze sobą tak po prostu, jak Ziemianie z Marsjanami w klasycznej SF ;) Z drugiej strony to wymienianie kolejnych języków jest ciekawym przyczynkiem do nakreślenia uniwersalizmu dworskiego świata. Ciekaw jestem Twojej i innych czytelników opinii na powyższy temat.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

NWM,

Sama fabułą ciekawa, trzyma w napięciu. Masz fajne zwroty, a sceny akcji są dynamiczne jak trzeba. Tak więc konstrukcyjnie jest dobrze.

No proszę, a wszyscy na tę fabułę kręcą nosem ;)

Przy światotworzeniu rzeczywiście uciekłem nieco od warunków konkursu, ale uczyniłem to świadomie. Po prostu mając całkiem postępowy, a jednocześnie w pełni historyczny wynalazek nie miałem ochoty zbytnio go ulepszać. Poza tym, tak jak wskazałem w odpowiedzi Funowi, uważam, że przedstawianie dalszych losów masowej produkcji Smoków wymagałoby znacznie dłuższego tekstu.

Dziękuję za komentarz i podjęcie wysiłku jurorowania!

 

Cieniu, wielcem wdzięczny, żeś chciał mego Smoka przyozdobić piórem, ale zapewniam, że TAK od Ciebie to artefakt niemal równie rzadki, a więc takoż dodający niemałego splendoru ;)

 

Ponadto zdecydowanie bym wolał jednak coś “z pola”, jak Twoja “kwiląca sowa”, bo dworskie intrygi zawsze mnie nieco nudziły (plebs jestem widocznie – trudno), ale to już subiektywne marudzenie, które nijak nie wpływa jednak na ocenę końcową niniejszego dzieła. 

Finkla z kolei marudzi, że wciąż za dużo opisów walki, więc chyba w tej sferze wszystkim nie dogodzę :D Ale cieszę się, bo jeśli ktoś daje takie subiektywne uwagi, to zdaje się dlatego, że ma zamiar czytywać moją pisaninę również w przyszłości.

 

Najlepiej na papierze. Tak więc czekam na druk, a tymczasem mały motywator z mojej strony.

Obawiam się, że do druku jeszcze daleko (chyba, że antologia będzie jak Fantazmaty miała kilka papierowych egzemplarzy?), ale dziękuję za bardzo motywujący motywator ;)

 

Coboldzie,

Dzięki za przypomnienie postaci Boriatiniego!

Do usług!

Ja wiem, że tak się zwyczajowo robi, ale z logicznego punktu widzenia to bez sensu – wybiórczo nie tłumaczyć pojedynczych słów z obcojęzycznej wypowiedzi. Co innego, gdyby obcokrajowiec kaleczył polszczyznę, wrzucając przy tym swoje makaronizmy.

Jeśli chodzi o rozmowy Boriatiniego z królem i wtrącenia włoskie, masz rację (ale z drugiej strony, skoro zabieg ten stosuje sporo niepoślednich pisarzy, to czemu ja miałbym go sobie odmawiać? ;)). Jednak Blanchard mówi po łacinie (symbolizowaną w tym wypadku przez język polski) i dokonuje wtrąceń francuskich, odmiennych od “bazowego” języka, stąd ich nietłumaczenie moim zdaniem z logiką się nie rozmija.

Pomysł pominięcia wymieniania języków mi się nie podoba z kilku powodów. Po pierwsze, gdybym był czytelnikiem takiego opowiadania, pewnie wytknąłbym taką nieścisłość, bo przecież wszyscy nie mogli rozmawiać w tym samym języku. Tak więc poza nielogicznością powstałby pewien brak w malowaniu siedemnastowiecznego świata. Chciałem w tym opowiadaniu trochę pokazać międzynarodowy charakter ówczesnej Rzplitej. Właściwie w całym tekście nie pojawia się ani jeden stricte polski bohater, mamy za to Włocha, Francuza, niemieckich mieszczan i króla, który wprawdzie urodził się w Polsce, ale jego pierwszym językiem był niemiecki. Zwrócenie uwagi na wielojęzyczność, jak sądzę, podkreśla jeszcze barwność tej narodowej mozaiki. Wreszcie na koniec, osobiście ciekawym faktem dla mnie jest, że Władysław IV umiał mówić po włosku (a nie umiał np. po szwedzku, co by mu się teoretycznie bardziej przydało) i szkoda mi było nie powiązać tego z jego fascynacją włoskimi uczonymi.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

A ja dziękuję za tak sprawną organizację :)

Jak dla mnie dobrze wyszła Ci stylistyka. Archaizacje ładnie podkreślają klimat epoki i awanturniczej opowieści. I tym moim zdaniem tekst wygrywa. Pomysł na fabułę też ciekawy, chociaż wszystko toczy się bardziej w kulisach niż na „froncie” i jest raczej prosty, bez zakręconych intryg. Ciekawie też wykreowałeś postaci. I w sumie nie wiem, dalczego, ale jakoś najbardziej przypadł mi do gustu Francuz. Jego osoba mnie zaintrygowała i przykuła uwagę.

Generalnie jedno z lepszych opowiadań biorąc pod uwagę całość, w tym podejście do tematu konkursu.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka