- Opowiadanie: GhostWriter - Eliksir

Eliksir

Odkąd byłem tu ostatni raz, 6 lat temu, wiele się zmieniło. Mam nadzieję, że połapię się w tutejszych funkcjach.

Oddaje w Wasze ręce opowiadanie high fantasy “Eliksir” ukazujące historię Eleny – wyniosłej Pani Borów i jej trzech młodych uczennic.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Eliksir

ELIKSIR

 

Elena obserwowała, jak jej uczennice wypełniają mchem szczeliny i pęknięcia powstałe w wyniku rozrostu drzew, między którymi znajdowała się piętrowa chatka.

– No i co robisz? – Braiła zwróciła się do Flory. – Przecież za dużo dajesz!

– Tylko chcę pomóc – odparła niemal płaczliwym głosem zrugana dziewczyna.

– Pomożesz, nie pomagając. Robisz więcej szkód niż pożytku. – Piegowata Braiła pokręciła głową z dezaprobatą.

– Przepraszam.

– Tylko przepraszam i przepraszam. Nie przepraszaj, tylko zrób coś raz porządnie. Do niczego się nie nadajesz – odburknęła Braiła.

Flora ze łzami w oczach wycofała się do drugiej izby.

– Ale jej dogryzłaś – odezwała się pięknolica Pasife, naprawiająca pęknięcie w przeciwległym kącie.

– Jest bezużyteczna.

Valada westchnęła. Trzy uczennice były różne jak żywioły, co nie raz prowadziło do wybuchu emocji. Dziś jednak nie miała głowy, by je korygować. Czekało ją ważne spotkanie. Aby zdążyć na czas, musiała rychło ruszać.

– Wrócę jutro, może pojutrze – poinformowała dziewczęta. – Mam nadzieję, że do mojego powrotu uporacie się z naprawami.

– Na pewno – obiecała ambitna Braiła.

Elena poprawiła zieloną suknię, spięła kasztanowe włosy i raz jeszcze spojrzała w podręczne lusterko. Kurze łapki, zmarszczki na czole i wokół ust odcisnęły już piętno na jej pięknym obliczu. Sprawdziła, czy ma w torbie wszystko co potrzebne. Otworzyła właz. Spuściła linę i zeszła po niej na ziemię. Pasife wciągnęła sznur i zamknęła klapę.

Zielarka, stąpając boso po miękkiej trawie, odeszła kilkanaście kroków i spojrzała na swój skryty gęstym listowiem dom, zbudowany między pniami trzech drzew. Odetchnęła zapachem boru. Wyciągnęła z torby flet i zagrała kilka dźwięków. Po chwili niedalekie krzaki zadrżały. Spomiędzy nich na polanę wyskoczył biały tygrys. Elena zatopiła dłoń w jego gęstym futrze, podrapała za uchem. Po tych czułościach dosiadła zwierza i pomknęła leśnymi ostępami w stronę odległego miasteczka.

 

2. Pod wieczór dostrzegła skupisko świateł. Tygrysa zostawiła na obrzeżach miejscowości. Wystarczyło, że jej postać budziła tu respekt. Nie chciała straszyć miejscowych niezwykłym wierzchowcem. Nieliczni przechodnie pozdrawiali ją z szacunkiem. Odpowiadała łaskawymi skinieniami. Kroki skierowała do miejscowej gospody, gdzie zatrzymał się człowiek, z którym miała umówione spotkanie. Okna piętrowego budynku rozświetlały szarzejący gościniec. Na werandzie siedziało paru gości sączących trunki. Weszła do środka i zapytała karczmarza, czy przybył interesujący ją podróżny. Właściciel podał jej numer pokoju.

– Szczęśliwa czwórka – rzekła, wchodząc do izby.

Obrzuciła wzrokiem pomieszczenie. Pod stropem wisiały pajęczyny, materac z sitowia obciągnięty szarym prześcieradłem wyglądał jakby nigdy nie widział ługu. Na krześle przy stoliku siedział mężczyzna w sile wieku, odziany w niebieską szatę z wysokim kołnierzem. Włosy na głowie i brodzie miał poprzetykane pojedynczymi siwymi nićmi.

– Witaj, Eleno! – Od razu poderwał się z siedzenia na widok gościa. – W gospodach gdzie numerują pokoje biorę tylko czwórki.

– A gdy czwórka jest zajęta?

– Gdy ja przybywam, zawsze jest wolna – odparł, puszczając do niej oko. – Proszę, siadaj. – Wskazał drewniane krzesło.

Siadając raz jeszcze obrzuciła wzrokiem pomieszczenie.

– Nie jest to najlepsza gospoda w Kurgan – podróżny roześmiał się – ale w tej mieścinie jedyna. A bliższej miejsca twojego zamieszkania nie ma.

– Darujmy więc sobie o niej rozmowę. Powiedz mi, co udało ci się dowiedzieć o eliksirze?

– Jak zwykle konkretna. Nie na darmo dźwięk twego imienia budzi tutaj lęk. Eliksir, cóż, to wielka tajemnica. Niewiele jest poszlak, które go dotyczą.

– Wielki Mistrz Przemian chyba nie przejechał połowy Kurgan, by mi powiedzieć, że nic nie wie. – Pierwszy raz kobieta uśmiechnęła się.

Było w tym uśmiechu coś tajemniczego, a jednocześnie drwiącego. Niewiasta intrygowała go od ich pierwszego spotkania w bibliotece Białej Wieży.

– Jak na mistrza przystało, wiem wiele. A i tajemnice eliksiru zostaną przed nami odkryte, czcigodna Valado. Może wina? – Sięgnął po karafkę stojącą na stole.

– Nigdy nie odmawiam – odparła z błyskiem w oku.

 

Wracała bogatsza o garść informacji i tajemnice gładkiego, choć niemłodego już ciała Wielkiego Mistrza Przemian. Zdradził, że receptura może znajdować się w ruinach Portiusopolis – miasta zniszczonego przed stu laty w trakcie gwałtownych walk po upadku Imperium Rhynn. Chęć podjęcia tam poszukiwań oznaczała daleką wyprawę na północ i przekroczenie wysokich gór. Zielarka rozmyślała, jak szybko może się tam udać. I jaką drogę obrać?

 

3. Elena z uwagą patrzyła, jak uczennice robią maść na oczy.

– Dodaj trochę wody, bo zrobią ci się grudki – poradziła Florze.

– Dobrze Braiła, idealna konsystencja – pochwaliła, patrząc jej przez ramię.

Dziewczyna z wyższością popatrzyła na towarzyszki, którym nie szło tak dobrze. Elena przeszła się po izbie, przekręciła głowę, aż coś strzeliło jej w karku. Usiadła na posłaniu naprzeciwko dziewcząt.

– Wspominałam wam już o tym, że czeka mnie daleka wyprawa.

– Kiedy wyruszamy? – spytała ciekawska Pasife.

– Wyruszamy? Myślałam o samotnej podróży.

Flora struchlała.

– Nie zostawiaj nas.

– Właśnie nad tym myślę. Chyba jednak wezmę was ze sobą. Będziemy musiały przeprawić się przez północne góry do kraju zwanego Likarią.

– Nigdy nie byłam tak daleko od sioła i matki. – Flora popatrzyła na nią wielkimi, zielonymi oczami.

– Do czasu kiedy cię wygnali, w ogóle nie wyściubiałaś nosa poza wioskę – prychnęła Braiła. – Zresztą, wypędzili cię z wioski, a teraz będziesz za nimi tęsknić?

– To nie matula mnie wypędziła – zaprotestowała dziewczyna.

– Gdyby jej na tobie zależało, to nie pozwoliłaby cię wygnać.

Flora ze łzami w oczach porzuciła maść i wyszła do drugiej izby.

– A ciebie to niby ktoś ochronił? – Niebieskooka Pasife zwróciła się do Braiły.

– Moi rodzice już nie żyją, a mój wuj u którego mieszkałam to kawał bydlaka. Ucieszył się, gdy ten szaleniec oskarżył nas o pomór królików i tamę bobrów, co zalała pola w Zakrzewku.

– Tak. – Pasife zamyśliła się. Nie mieściło jej się w głowie, że do wioski przybył jakiś kaznodzieja obcych bóstw i zdołał przekonać kmieci, że za nieszczęścia odpowiadają czarownice. Starszyzna wytypowała trzy dziewczyny, które odstawały od reszty – opryskliwą Bariłę, płaczliwą Florę i uwodzicielską Pasifę – i wygnała je z opola. Tułały się po lesie, aż przygarnęła je Valada.

Do pomieszczenia wróciła Flora. Usiadła przy stoliku i w ciszy zajęła się ucieraniem maści. Elena przyjrzała się zawartości glinianych miseczek. Uznała, że wyniki ich wysiłków są zadowalające. Zapowiedziała, że wyruszą jutro z samego rana. Nie zamierzała zwlekać. Należało przekroczyć góry zanim skończy się lato.

 

4. Stały na polanie gotowe do drogi. Obserwowały, jak ich mistrzyni czyni pod wielkim dębem jakieś znaki rękoma. Płynnymi ruchami malowała różne figury, a powietrze za jej dłońmi drżało. Nad drzewami pojawiła się migotliwa poświata, która niczym śnieg opadła na ukrytą wśród gałęzi chatkę. Elena dołączyła do dziewcząt.

– Dzięki temu nikt nie znajdzie naszego domu, gdy będziemy daleko stąd – objaśniła sens swoich zabiegów. – Ruszajmy, długa droga przed nami.

Wędrówka lasami w słoneczne dni lata była przyjemna. Jadły jagody, grzyby i dzikie owoce. Stroniły od ludzkich osiedli. Flora często tańczyła na bujnym mchu, przytulała drzewa. Pasife przekonała napotkanego raz leszego,[1] by poprowadził je najkrótszą drogą przez swoje terytorium. Przy okazji obdarzył je koszem jagód. Braiła patrzyła wtedy z dezaprobatą jak wdzięczy się do młodzieńca o zielonkawej cerze, ale jagodami nie pogardziła. Dopiero dwudniowa wspinaczka dała im się we znaki. Zatrzymały się w ruinach starej twierdzy na kurgańskim pogórzu. Otaczał ich las iglasty i wiele samotnych skał. Późnym wieczorem grzały się przy ognisku. Pasife warzyła wywar z kory, do którego wrzuciła kilka dzikich marchwi i garść ziół. Braiła opierając dłoń o porośnięty mchem, zimny głaz, wpatrywała się w las rozciągający się u podnóża gór. Wytężyła wzrok.

– Wydaje mi się, że ktoś za nami idzie – rzuciła jakby mimochodem.

Pasife nie zwróciła na to uwagi, ale Elena i Flora podeszły bliżej.

– Tam – Braiła wskazała kierunek – wygląda jak światła pochodni.

– Zbliża się coś niedobrego. – Flora szepnęła mentorce na ucho.

Valada nic nie odrzekła, ale czuła to samo.

 

5. Rankiem kolejnego dnia pokonały przełęcz, zaś około południa teren zaczął opadać. Przekroczyły granicę Kurgan i znalazły się w obcym kraju. Co jakiś czas słyszały za sobą odgłosy, które zdawały się potwierdzać obawy Braiły. Ktoś za nimi szedł. Zmieniły nieco kurs. Po pewnym czasie przystanęły nad strumykiem, by ugasić pragnienie.

– Już ich nie słychać. Zgubiłyśmy ich – zauważyła Braiła.

Pasife jej nie słuchała. Siedziała na kamieniu i bawiła się z motylami fruwającymi nad strumieniem. Flora złapała się za ramiona, jakby przeszedł ją dreszcz, choć dzień był przyjemnie ciepły. Wielka Elena przymknęła oczy, wsłuchała się w odgłosy lasu. Gdzieś w jego harmonijnej melodii, głęboko ukryte, pojawiały się fałszywe nuty. Zdawały się skażać każdy dźwięk. Dochodziły zewsząd, otaczały. Uniosła powieki. Wiedziała już, że nie zdołają umknąć. Wzięła do ręki laskę, stanęła twarzą do ściany drzew. Po chwili nawet Flora usłyszała trzask gałęzi. Motyle odleciały. Spomiędzy krzewów na polanę wyszła grupa mężczyzn, dzierżących drewniane pałki. Kilku pojawiło się po drugiej stronie strumienia. Na ich czele stał krępy człowiek w ciemnobrązowej szacie. Pogładził się po brodzie. Do pasa miał przywiązany nasiekaniec.

– Wreszcie znaleźliśmy żmiję z młodymi – rzekł do kompanów.

Dziewczęta odruchowo schowały się za zielarką. Florze od razu napłynęły do oczu łzy.

– Czego chcesz? – rzuciła wyniosłym tonem Elena.

– Położyć kres waszym czarom. Mówiłem starszyźnie, że sługi złego trzeba oczyścić ogniem. Nie słuchali. Wygnali te żmije, które chowają się za twoimi plecami. Wiedziałem, że będą się mścić. Pomór królików nie ustał. Wreszcie zrozumieli, że tylko unicestwienie zła powstrzyma plagę.

Braiła zauważyła swojego wuja wśród agresorów. Wiedziała, że jest bydlakiem, ale nie spodziewała się, że będzie chciał ją zabić.

– Mało ci, że przez twoje krętactwa wygnano te dziewczęta z ich wiosek? – zapytała Valada.

– Milcz wiedźmo!

– Jeśli chcesz powstrzymać zło, to zabij się sam. Odejdź póki możesz.

– Nie przestraszymy się twojego złorzeczenia, córko ciemności. Zgładzimy twoją nikczemność i tych trzech małych wiedźm, które przygarnęłaś.

Elena uniosła oburącz laskę nad głowę.

– Wzywam moce serca puszczy! – krzyknęła, zataczając okrąg.

Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się strzała, która utkwiła w piersi prowodyra. Zaskoczony mężczyzna popatrzył na Elenę. Czuł grot tkwiący głęboko w ciele. Zabrakło mu tchu. Upadł martwy. Pozostali odsunęli się od ciała.

– Wracajcie do domów póki możecie! – krzyknęła zielarka. – Albo wasze ciała zostaną tu ptactwu niebios na żer!

Chłopi jak na komendę porzucili pałki i zniknęli w leśnej gęstwinie. Braiła pierwsza podeszła do ciała. Bliżej przyjrzała się strzale. Lotka była wykonana z ptasich piór czerwonej barwy.

– Valado, jak to zrobiłaś?

– To nie ja. – Elena rozejrzała się po koronach drzew. – Pokaż się!

Po chwili w gałęziach sporego grabu coś zaszeleściło. Na ziemię osunął się młodzieniec w brązowo-zielonym stroju. Na głowie miał czapkę z piórkiem, a w ręce trzymał prosty łuk. Pasife podbiegła do niego pierwsza.

– Witaj nasz wybawicielu. – Złożyła na jego policzku pocałunek. – Jak ci na imię?

– Jestem Kasztan – odezwał się młodzieniec, nad którego górną wargą dopiero pojawił się pierwszy zarost.

– Sokole oko – komplementowała Elena. – Czułam twoją obecność – przyznała poniewczasie. Czasami interpretacje sygnałów, które odbierała z otoczenia nadchodziły do jej świadomości zbyt późno. Miała ten dar od urodzenia, a jednak nadal nie w pełni umiała z niego korzystać.

– Obserwowałem was odkąd weszłyście do tych lasów. Tę bandę także. Jak się spodziewałem, nie mieli dobrych zamiarów.

– Jak ci się możemy odwdzięczyć? – spytała Valada.

– Nie oczekuję niczego. Wiem, że nie wyrządzicie krzywdy moim lasom. Idźcie w pokoju.

Pasife patrzyła zawiedziona, jak młodzieniec zbiera się do odejścia.

– Zaczekaj! – Podbiegła, położyła mu dłoń na ramieniu. – Widać, że dobrze znasz tę puszczę. My przyszłyśmy zza gór. Czy mógłbyś nas przeprowadzić przez swoje terytorium na północ? Przy tobie będziemy czuły się naprawdę bezpieczne – dodała zalotnie.

Młodzieniec tylko spojrzał w jej skrzące się szafirem oczy. Od razu się zgodził.

Przodem szła Pasife pod rękę z Kasztanem. Szczebiotali jak para słowików. Za nimi Flora roztańczonym krokiem muskała mijane pnie drzew, rozmazywała na twarzy krople rosy. Dalej kroczyła Braiła, z jak zwykle skwaszoną miną, ledwo wytrzymując wylewającą się zewsząd słodycz. Pochód zamykała Elena, której umysł zaprzątnięty był wskazówkami Wielkiego Mistrza Przemian. Myślami była już w ruinach miasta zniszczonego ponad sto lat temu w trakcie wielkiego chaosu po upadku rhynnyjskiego imperium.

– Znam w tych lasach każdy kamień, każdy strumień i każdego potwora.

– Potwora? – Flora objęła leśnika w pasie, chwilowo udając przestrach. – Wydaje się tu tak spokojnie – dodała rozmarzonym głosem, gdy jej dłoń niby przypadkiem zsunęła się na jego pośladek.

– Niejedna bestia czyha w tych, zdałoby się niewinnych, zaroślach. Są tu wilki, rysie, niedźwiedzie. Można natknąć się też na jadowite żmije. Ale najgroźniejsze są diatrymy. To wielkie potwory. Dwakroć a nawet więcej wyższe od człowieka. Opierzone jak kurczaki, a dzioby mają tak wielkie, że potrafią pożreć męża jednym kłapnięciem – opowiadał z uśmiechem, patrząc w urzekające oczy gładkiego dziewczęcia. Odgarnął ogromne, niczym zasłony w szlacheckim dworze, liście łopianu królewskiego. – Gdybyśmy byli nieostrożni i zbliżyli…

Błyskawicznie źrenice Pasife się zwęziły. Ledwo z krzykiem zdążyła odskoczyć na bok. Wielka paszcza, która nagle wychynęła zza liści, chwyciła Kasztana w pół. Podrzuciła go do góry. Nieszczęśnik zdążył tylko panicznie pomachać nogami, zanim w całości znalazł się w dziobie diatrymy. Ten okaz był zdecydowanie o wiele większy, niż te w jego opowieściach. Dziewczęta w panice rozbiegły się we wszystkie strony. Nawet Elena, mimo, że szła na końcu, wzięła nogi za pas.

Gdy ochłonęła, zajęła się odnalezieniem wszystkich dziewcząt. Najwidoczniej w słodkim zapomnieniu Kasztan wprowadził ich wprost w gniazdo nielota, mimo, że w tej samej chwili sam przed tym przestrzegał. Elena pytała sama siebie, czy nie powinna się zacząć obawiać uwodzicielskich zdolności swojej uczennicy. Z najwyższą ostrożnością ominęły dolinę, gdzie mogły żerować diatrymy i ponownie skierowały się na północ. Flora modliła się w duchu do leśnych bóstw, by na swojej drodze nikogo ani niczego już nie spotkały. Najwidoczniej jej prośby nie zostały wysłuchane, bo pod wieczór natknęły się na grupę zbrojnych. Stali przy przecinającym las trakcie i żywo o czymś dyskutowali. Z tej odległości nie było słychać o czym, a one nie zamierzały ryzykować. Ominęły grupę szerokim łukiem. Wkrótce znów usłyszały czyjąś obecność. Ukryły się za głazem narzutowym. Obserwowały postawnego mężczyznę. Miał przepaskę na skroniach i starannie przyciętą, czarną brodę. Na ramieniu niósł łuk, przy boku miał przypasany miecz. Chodził rozglądając się, jakby czegoś szukał. Kilka razy zmienił kierunek.

– Jak obok niego przejdziemy? Nie wiadomo gdzie skręci. – Pasife zastanawiała się na głos.

– Poczekajmy, aż sobie pójdzie – zaproponowała Flora, lecz bez zwyczajowej w jej wypadku bojaźni w głosie.

– Zaraz go zdzielę. – Braiła sięgnęła po leżący nieopodal gruby konar.

Elena zatrzymała ją gestem, popatrzyła na Florę.

– Wydaje mi się, że to dobry człowiek – powiedziała z namysłem dziewczyna.

– Dobry człowiek? – prychnęła Braiła. – Widziałaś go jeno z daleka i już wiesz, że jest dobry?

– Cisza. – Elena położyła palec na ustach. – Wy tu zostańcie, sama do niego podejdę.

Zielarka zbliżyła się w taki sposób, że późno spostrzegł jej obecność.

– Zgubiłeś się?

Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Popatrzył na nią łagodnym wzrokiem. Schodząc ze wzgórza z kosturem w dłoni, rozwianymi rudymi włosami i w długiej trawiastej sukni wyglądała jak opiekuńczy duch boru.

– Jesteś panią tych lasów?

– Można tak powiedzieć – odparła Elena. – A więc zgubiłeś się?

– Cóż… – Mężczyzna rozglądnął się wokoło. – Skłamałbym, gdybym zaprzeczył. Nie honor się przyznać, gdy król gubi się we własnym królestwie.

– Jesteś królem tego kraju?

– Zwą mnie Ethelred. Jestem tu na polowaniu z przybocznymi, ale jak widać zostałem sam.

– Mówić prawdę zawsze honor. Więc i ja nie skłamię. Jestem Elena. Pani borów, ale nie tych. Przybyłam zza gór. Widziałam twoich kamratów niedaleko na południe stąd. Mogę cię tam zaprowadzić.

– Będę wdzięczny szlachetna Eleno.

Poprowadziła go łukiem, tak by nie zdradzić obecności uczennic.

– Co cię tu sprowadziło aż z południa? – zagadnął, gdy w ciszy przemierzali zarośla.

– Zmierzam do Portiusopolis.

– Z tego miasta zostały same ruiny. Co tam może być takiego, co warte było dalekiej wędrówki?

– Stare ruiny mogą skrywać wiele tajemnic – odrzekła dyplomatycznie.

Zdał sobie sprawę, że przewodniczka nie chce wyjawić swego celu. Gdy byli już niedaleko zatrzymała go, kładąc mu rękę na ramieniu.

– Widzisz? Są tam. Ja w tym miejscu zawrócę.

– Zaczekaj – rzekł, ściągając z szyi złoty medalion. – Weź to jako dowód mojej wdzięczności. Ochroni cię przed plugawymi stworami mieszkającymi w ruinach.

Elena wzięła do ręki dysk z symbolami słońca i księżyca. Uprzejmie skłoniła głowę i zawróciła. Ethelred dołączył do towarzyszy, którzy właśnie naradzali się, gdzie dalej szukać monarchy.

 

6. Ruiny miasta wyłaniały się wprost z gęstwiny. Wszystkie drogi prowadzące niegdyś do tego miejsca zarosły młodymi drzewami. Sto lat po masakrze na ulicach wciąż bielały kości mieszkańców, podczas gdy korzenie drzew rozsadzały fundamenty ich domów.

– Co za straszne miejsce. – Flora wzdrygnęła się ze strachu.

– Tylko się znowu nie popłacz. – Braiła nie mogła sobie darować uszczypliwości.

Kroki skierowały do górującej na ruinami świątyni. Jej dach, chyba jedyny, który jeszcze ocalał w Portiusopolis, pokrywała jasnozielona patyna i mech. Elena nie powiedziała tego dziewczętom, ale według wskazówek maga, w piwnicach tej budowli znajdowało się zejście do systemu korytarzy wydrążonych pod miastem. Nie były to kanały, czy labirynt zbudowany przez szalonego architekta. Pod ziemią znajdowało się drugie miasto wydrążone w lessowej skale: magazyny, kaplice, sklepy, podziemne piętra kamienic sięgające nawet trzech kondygnacji w głąb.

Wrota świątyni zastały uchylone. Weszły do środka. Chwilę zajęło im, zanim odnalazły się w panującym mroku. Przez dziury w dachu wpadało kilka snopów dziennego światła, w którym tańczyły drobinki kurzu. Na marmurowej posadzce leżały liście i drobne gałązki przyniesione przez wiatr. Z obu stron spoglądał na nich szpaler kamiennych świętych. Niektórzy mieli ukruszone ręce lub twarze, ale większość zachowała się w dobrym stanie. Elena przeszła środkiem w stronę ołtarza. Przekroczyła przewrócony kandelabr. Gdzieś tu powinien być właz do podziemi. Gdy szukała klapy w podłodze coś poruszyło się pod ołtarzem. Z mroku wychynęła dłoń wyposażona w krótkie, tępe pazury. Uchwyciła się krawędzi ołtarza. Za ręką, z ciemności, wyłoniła się kreatura o brunatno-zgniłozielonej cerze. Jedynym okiem popatrzyła na pochylającą się nad podłogą zielarkę. Rozchyliła usta, ukazując rząd poczerniałych zębów. Oblizała się długim, czerwonym językiem. Rozwierając paszczę, szybkim ruchem rzuciła się na Elenę. Valada gwałtownie odchyliła się, potykając o przewrócony świecznik. Potwór złapał w paszczę złoty medalion, podczas gdy zielarka wyłożyła się jak długa na marmurowej podłodze. Stojące w pewnej odległości dziewczęta struchlały. Nieco zaskoczony stwór przegryzł medalion. Koniec złotego łańcuszka wystawał mu z paszczy. Wypatrzył jednym okiem kąsek leżący bezradnie na podłodze. Gdy pochylił się, by wyszarpać trochę świeżego mięsa, nagle skrzywił się jak po cytrynach. Głośno zacharczał. Cofnął się, usiłując przełknąć medalion, który stanął mu w gardle. Oparł się o ołtarz głośno charcząc. Elena powoli odczołgała się na bok. Po chwili potwór zaczął się dusić. Rozpaczliwie tłukł łapami o kamienny ołtarz. W końcu cały zadrżał i osunął się na posadzkę. Dziewczęta podeszły do zielarki. Pomogły jej wstać.

– Co mu się stało? – Pasife bała się zajrzeć za ołtarz.

– Udławił się medalionem od tego człowieka, któremu pomogłyśmy w lesie – wyjaśniła Elena.

Dziewczęta z przestrachem obserwowały, jak mistrzyni podchodzi do ciała stwora, upewniając się, że nie stanowi już zagrożenia. Miał rację, ten medalion rzeczywiście chroni przed plugawymi stworami – pomyślała. – Szkoda tylko, że jednorazowo.

– Dobrze, moje kochane, szukamy zejścia do podziemi. Szukajcie jakiejś klapy albo schodów – poleciła.

Uczennice z drżeniem rozeszły się po świątyni.

– Znalazłam! – krzyknęła Braiła z zakamarka w absydzie za ołtarzem.

– Świetnie – pochwaliła Valada. – Czas zapalić łuczywa.

Braiła i Pasife, uchwyciwszy żelazną obręcz, otwarły właz.

– Valado, w tych ruinach jest coś złego. – Flora szepnęła zielarce na ucho.

– Nie przejmuj się, dziecię, ze mną nic ci nie grozi – zapewniła Elena.

Flora skinęła głową. Ufała swojej mistrzyni.

 

7. Podziemia uderzały chłodnym, suchym powietrzem. Gdzieniegdzie w lessowych ścianach tkwiły ociosane bryły jakiegoś kryształu, który pod wpływem światła łuczywa sam zaczynał jarzyć się biało-niebieską poświatą. Natknęły się na coś w rodzaju karczmy. Jej wnętrze wyglądało jakby rozegrała się tu gwałtowna walka. Połamane krzesła, porozbijane kufle. Na podłodze leżały ciała. Przed planszą z figurkami rycerzy, przy jedynym ocalałym stoliku, siedziało czterech graczy. Każdy wykrzywiony w śmiertelnym grymasie. Lekko żółtawa skóra sprawiała wrażenie, jakby śmierć zabrała ich całkiem niedawno. Flora nie zdecydowała się wejść do środka. Za to Braiła z bliska przyglądała się graczom.

– Kiedy to miasto zostało zniszczone? – zwróciła się do mistrzyni.

– Sto lat temu – odparł Elena.

– Niesamowite. Wyglądają jakby w ogóle nie imał się ich rozkład.

– To pewnie przez to suche powietrze – wywnioskowała zielarka. – Chodźcie. Tu nic nie znajdziemy.

Pasife zastanawiała się, czego tak naprawdę szukają. Dopytywała w drodze, ale opiekunka nie podała konkretnej odpowiedzi. W podziemiach kazała zwracać uwagę na miejsca kultu i pomieszczenia sprawiające wrażenie, że bytował tam ktoś uczony. Elena zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa na jakie naraża siebie i uczennice. Wbrew instynktowi zapuściła się w te ruiny, ale pragnienie odnalezienia receptury eliksiru było potężniejsze niż wszelkie obawy. Dziewczęta trzymały się blisko zielarki, zwłaszcza Flora. Braiła po pewnym czasie poczuła się na tyle pewnie, że niektóre wnęki penetrowała sama, pilnując tylko, by być w zasięgu głosu towarzyszek. Elena o mało nie przegapiłaby łukowatego wejścia, gdyby nie było umocnione sklepieniem ze świecących kryształów. Blade światło uwydatniło wyrytą inskrypcję. Valada przesunęła palcami po zimnym kamieniu.

– Te runy… To może być to, czego szukamy – rzekła, przekraczając portal.

– Co tam było napisane? – zagadnęła Braiła.

– To komnaty elfickiego kapłana.

Było tu sporo misternie rzeźbionych mebli: szaf, kufrów, półek ukrytych w ścianach. Pasife weszła do sypialni. Otwarła jedną ze skrzyń. Wewnątrz znalazła pięknie tkane szaty. Mimo upływu czasu, w świetle pochodni, można było dostrzec żywe kolory.

– Jak wyglądam? – Towarzyszki spojrzały na Pasife, która przyciskała do piersi karmazynową szatę. – Piękna prawda? Te wzory są niesamowite. – Z podnieceniem gładziła wypukłe hafty.

– To męska szata. – Elena niemal parsknęła śmiechem. – Liturgiczna szata elfów – sprecyzowała.

– Chyba coś znalazłam! – Usłyszały okrzyk Braiły z głębi kompleksu komnat.

Dziewczyna stała przed zaryglowanymi, stalowymi drzwiami. Framugi były osadzone w kamieniu.

– Brawo Braiła. – Elena klasnęła w dłonie, po tym jak przekazała pochodnię Florze i kazała sobie przyświecić. – Ściany są z kamienia, przez less można byłoby się przekopać, a na ryglu, widzicie? Glify strażnicze. To pewnie skarbiec. Tam musi być coś cennego.

– Da się przełamać te runy? – zagadnęła Pasife.

– Moja droga, nie zwaliby mnie Valadą, gdybym nie potrafiła takich rzeczy.

Wbrew przechwałkom nie okazało się to takie proste. Zirytowana zielarka zarządziła poszukiwania w księgozbiorze zamieszkującego niegdyś te komnaty elfa. Gdy ona i Braiła przeglądały księgi, Pasife i Flora szperały we wszystkich szufladkach, skrytkach, wazonach i innych zakamarkach. Po kilku godzinach zmęczone usiadły w sypialni.

– Nic nie znalazłyśmy. – Pasife rozłożyła ręce.

– Musiałyśmy coś pominąć. – Elena w zamyśleniu wpatrywała się w pustą lampę oliwną, wiszącą u stropu na trzech łańcuchach.

– Dobrze przynajmniej, że w składziku są pochodnie, bo niedługo nasze się wypalą. – Pięknolica Pasife spoglądała na migoczący płomień swojego łuczywa.

– Czyli wracamy? – zapytała nieśmiało Flora.

Valada popatrzyła na nią niemal z oburzeniem.

– To dopiero początek. Nie przeszłyśmy nawet dziesiątej części tych podziemi, ale nie wyjdę stąd, dopóki nie otworzymy tamtych drzwi.

– A jeśli cenna rzecz, której poszukujesz, jest gdzie indziej? – Zapytała trzeźwo Braiła.

– Możliwe, ale jeśli jest za tymi drzwiami, głupotą byłoby je porzucić.

Gdy Elena z Pasife i Braiłą dyskutowały o otwarciu skarbca, zmęczona Flora położyła się na łożu elfa. Uwalniając świadomość od myśli, wodziła palcem po kwiatowych wzorach wyrzeźbionych w zagłówku. Jeśli ciało nie mogło tańczyć wśród drzew to przynajmniej palec tańczył z geometrycznymi inkrustacjami. Pod jej dotykiem część wyrzeźbionego liścia się zapadła, zaś nad jej głową wysunęła się niewielka skrytka w kształcie małej łódeczki. Sięgnęła do środka. Wyciągnęła mieszczący się w dłoni, metalowy przedmiot o nieregularnych kształtach.

– Czy to coś ważnego? – Podała znalezisko Elenie.

– Skąd to masz? – Zielarka dokładnie oglądnęła przedmiot.

– Ze skrytki w łóżku. – Wskazała dziewczyna.

– Patrząc z tej strony to przypomina…

– Czy w ryglu nie było podobnego wgłębienia? – zapytała spostrzegawcza Braiła.

Przedmiot rzeczywiście pasował. Trzeba było jednak czegoś jeszcze. Ach tak! – Elena doznała nagłego olśnienia. – Dwuczęściowy zamek runiczny. No teraz to będzie proste.

Czynności wykonywane przy drzwiach przez Valadę były dla uczennic zagadką. Nim zdążyły zapytać, rygiel strzegący tajemnic mieszkającego tu przed wiekiem elfickiego kapłana ustąpił. Pomieszczenie było większe niż się spodziewały. Światło pochodni nie docierało do przeciwległej ściany. Weszły ostrożnie. Elena zachwiała się z trudem utrzymując równowagę. Poczuła ból w kostce. Popatrzyła pod nogi.

– Uważajcie – ostrzegła uczennice, spoglądając na ukryty w mroku stopień – podłoga nie jest równa.

Kamienna posadzka co kilka stóp opadała nieco niżej. Szły obok siebie w równych odstępach na całej szerokości komnaty i dokładnie sprawdzały podłoże. Krótki okrzyk Braiły sprawił, że w jednym momencie wszystkie przystanęły.

– Braiła? Co się stało? – Elena z niepokojem spojrzała w jej kierunku.

– Nie idźcie dalej. Kolejny stopień jest wysoki. Nie mogę dosięgnąć… chyba ma z cztery stopy.

Ostrożnie podeszły do krawędzi.

– Tu gdzie jestem przy stopniu leży jakiś wystający głaz – rzekła Pasife.

Sprawdziła stopą. Gdy uznała, że daje pewne oparcie, wdrapała się na skałę.

– Co widzisz? – zawołała z mroku Elena.

Pasife podeszła dwa kroczki.

– Dalej jest stromo. Co do…?

Wydawało jej się, że głaz drgnął.

– Dobra, wracam – mruknęła sama do siebie.

Gdy powoli się odwróciła, głaz zadrżał. Straciła równowagę i z głuchym odgłosem upadła w głąb komnaty.

– Pasife, co to było? Pasife! Pasife! Żyjesz? – Elena zawróciła w kierunku uczennicy.

– Tak, tak, nic mi nie jest! – zawołała jakby ze studni.

Wstała, trzymając się za obolały łokieć. Nad sobą zobaczyła blask łuczywa mistrzyni. Elena w słabym świetle widziała tylko jej głowę.

– Aż tak tam jest głęboko? Nic sobie nie zrobiłaś?

– Chyba nie. Co to jest? Słyszysz, Valado?

Odgłos brzmiał jak chrapanie starego psa. Flora i Braiła zaniepokojone upadkiem towarzyszki zawróciły w stronę mentorki.

– To dochodzi z tej skały? – Pasife zapytała samą siebie.

– Skały nie mruczą. To nie jest skała. – Elena nie zapanowała nad drżeniem głosu. – Pasife, słuchaj mnie bacznie, teraz powoli i ostrożnie go obejdź. Wyciągniemy cię tutaj.

Dziewczyna stąpała uważnie jak po ściernisku. Chrapanie i drżenie wzmagało się. Pasife była już blisko krawędzi, gdy nadepnęła na jakiś długi, owalny przedmiot. Skała uniosła się gwałtownie, wydając wibrujący pomruk. Dziewczyna z krzykiem uskoczyła w mrok. Elena uniosła kostur, gdy ogon podnoszącego się potwora powalił ją na ziemię. Przeraźliwy pisk dziewczyny, która została w czeluści sam na sam z bestią, sparaliżował jej mięśnie. Braiła przytomnie złapała mistrzynię za kołnierz i podniosła z ziemi. Rzuciły się do ucieczki. Zatrzasnęły i zaryglowały żelazne drzwi skarbca. Usiadły pod ścianą.

– A co z Pasife? – pytała przez łzy Flora.

– Obawiam się dziecko, że w żaden sposób nie możemy jej pomóc.

– Ale…

Zamilkła. Zza grubych drzwi słychać było trzaski i odgłosy rozszarpywania. Wielkie jak groch łzy spływały po policzkach Flory i upadały w kurz pokrywający podłogę. Elena uspokoiła oddech. Nagle zdała sobie sprawę, że odgłosy za drzwiami ucichły.

– To nie był skarbiec Valado, to było więzienie – rzekła chłodno Braiła.

Zielarka miała ochotę zdzielić ją laską. Żadne słowa, nawet prawdziwe, nie cofną tego co się stało. Co im teraz powiedzieć? Rozchyliła usta, ale nie znalazła, żadnych właściwych słów.

Potężne uderzenie w żelazne wrota rzuciło je na ziemię. Z przerażeniem patrzyły jak przy kolejnym blacha się wygina.

– Bez zamka runicznego ucieknie! Zrób coś! – Braiła naskoczyła na mistrzynię.

– Zabierz Florę – poleciła ostro Valada.

Cofnęła się nieco, stając przed uczennicami. Potwór nie ustawał w próbach sforsowania rygla. Elena złożyła dłonie w trójkąt, wypowiedziała inkantację. Rozłączyła dłonie, a w powietrzu został niebieskawy kształt. Cofnęła się jeszcze o krok.

– To powinno go zatrzymać.

Z kolejnym uderzeniem drzwi ustąpiły. Z ciemności wyłoniła się wielka paszcza, błyskająca ostrymi kłami, ociekającymi czerwoną cieczą. Równie czerwone ślepia przez chwilę wpatrywały się w kobiety. Potwór ruszył do ataku, ale odbił się od magicznej bariery.

– Musimy się wycofać. Nie wiem jak długo go to powstrzyma.

Gdy się odwróciła, dziewczęta były już w łukowatym portalu prowadzącym do komnat elfiego kapłana.

– Co teraz? – Gdyby było tu lepsze oświetlenie, wyraźnie byłoby widać, że Flora jest blada jak ściana.

– Idziemy na powierzchnię – odparła ponuro Elena.

Gdy to powiedziała, usłyszały za sobą huk roztrzaskiwanych mebli. Stwór zrezygnował z frontalnych ataków na barierę. Przebił cienką lessową ścianę z korytarza przed skarbcem do komnaty obok.

– Zaraz tu będzie!

Elena wepchnęła uczennice do wnęki naprzeciwko portalu z runiczną inskrypcją. Wyszeptała kilka słów, po czym zwróciła się do dziewczyn:

– Zachowajcie milczenie. Najlepiej nawet nie oddychajcie.

Słyszały jak stwór rozbija się po komnatach elfa. Zaraz pojawił się w portalu. Unosił okrągłe nozdrza, wywinął górną wargę, intensywnie węsząc dokładnie naprzeciwko wnęki. Flora przykucnęła za Valadą, chowając twarz w połę jej szaty. Braiła wyglądała zza ramienia mistrzyni. Wielki pysk pokryty łuskami przypomniał jej raptora z iluminacji w księdze, którą niedawno przeglądała w chatce na drzewie. Bestia skręciła w lewo. Biegła podziemnymi korytarzami aż ściany drżały. Po chwili wszystko ucichło. Elena jednym gestem zdjęła eteralną zasłonę.

– Przestań się mnie kurczowo trzymać. – Wyrwała połę szaty z rąk Flory. – Już sobie poszedł.

– Dokąd teraz? – zapytała Braiła, podnosząc z ziemi łuczywo, które podczas ucieczki niedbale porzuciła w przedsionku.

– Najgorsze, że poszedł w stronę, z której przyszłyśmy. Musimy poszukać innego wyjścia.

 

8. Jakiś czas kluczyły w podziemnym labiryncie. Na tyłach jednego z magazynów, za drewnianymi drzwiami, znalazły głęboką sztolnię. Na drugą stronę prowadziła kładka z desek powiązanych sznurem. Gdy Elena zastanawiała się, czy zawrócić, usłyszały niepokojące odgłosy. Nasilały się z każdą chwilą.

– Wywęszył nas. Jest gdzieś blisko – szepnęła Braiła, niepewnie oglądając się przez ramię.

– Idziemy na drugą stronę – poleciła Valada.

Gdy szły chwiejącą się konstrukcją, kroki potwora stały się tak głośne, że ściany studni drżały. Niech no tylko spróbuje nas ścigać – pomyślała Elena. – Niech no tylko wejdzie na kładkę, strącę go w przepaść.

Dopadły drzwi po drugiej stronie. Flora je otwarła, wpadając wprost na rozwartą, cuchnącą paszczę. Podstępny stwór już tu na nie czekał. Z przeraźliwym piskiem rzuciły się do ucieczki. Przebiegły kładkę, magazynowe pomieszczenia i przylegający do nich korytarz. Skręciły w odnogę, w której wcześniej nie były. Zatrzymały się w niepozornej jamie, wyglądającej jakby wygrzebanej rękoma. Valada z przerażeniem dostrzegła, że jest z nią tylko jedna uczennica.

– Gdzie Flora?

Braiła obejrzała się.

– Była tuż za mną.

Wtedy usłyszały przyprawiający o dreszcze krzyk. I nie był to krzyk przerażenia, ale przeraźliwy krzyk śmierci.

– Pani, musimy szybko znaleźć wyjście, bo nas też zeżre – powiedziała roztrzęsiona Braiła. Dopiero teraz do jej, zwykle pewnej siebie, świadomości dotarło, że może tę wyprawę przypłacić życiem.

Nie było innej rady jak brnąć w głąb podziemi, licząc na szczęśliwy traf. Szły przed siebie, starając się jak najbardziej oddalić od zwinnego prześladowcy. Nie było to łatwe, gdyż bestia nie traciła tropu. Choć słychać było wyraźnie, że się zbliża, Elena niespodziewanie zatrzymała się na środku przestronnej komnaty, można by nawet rzec – placu.

– Valado co robisz? Zaraz tu będzie!

– Stań przy mnie.

Elena uniosła kostur nad głowę. Przymknęła oczy. Braiła obserwowała jak jej usta drżą. Spojrzała w korytarz, z którego przybiegły. W jego głębi błysnęły czerwone ślepia. Sparaliżował ją strach. Potwór rozpędził się. Na krawędzi placu wybił się tylnymi łapami i skoczył na kobiety. Odbił się od niewidzialnej kopuły. Elena osunęła się na kolana, opierając ręce na kosturze.

– To sanktuarium – szepnęła do Braiły. – Nie dopadnie nas.

Ochronna bariera nabrała niebieskawego koloru. Znalazły się w środku sfery przypominającej wielką bańkę mydlaną. Stwór chodził wokół nich, wydając groźne pomruki.

 

9. Minęło sporo czasu. Valada słabła. Utrzymywanie sanktuarium oznaczało ciągły wydatek sił witalnych. Porzucone na placu łuczywa zgasły. Gdy w ciemności pozostała tylko niebieskawa poświata ochronnej bariery, w ścianach ograniczających plac zjaśniały polerowane kryształy. Braiła zauważyła w głębi komnaty portal w całości wykonany ze święcącego kamienia.

– Mistrzyni, zobacz – zwróciła uwagę mentorki. – Są tam takie inskrypcje jak w komnatach kapłana.

Umęczona Elena wytężyła wzrok.

– Elficka świątynia – szepnęła.

Bariera zamigotała.

– Co się dzieje?

– Nie mam już sił – rzekła słabym głosem.

Rozejrzała się wokół. Stwór leżał w kącie placu, czujnie je obserwując.

– Zdejmę zasłonę…

– Co?

– Słuchaj, Braiła. Zdejmę zasłonę. Na pewno się na nas rzuci. Ty uciekaj. Szukaj wyjścia. Może ci się uda.

– Pani, a co z tobą? – Elena po raz pierwszy zobaczyła w oczach uczennicy łzy.

– Mną się już nie przejmuj – odparła umęczonym głosem.

– Nie…

– Tak musi być. Ty jedyna masz jeszcze siły. Tobie może się udać. Przygotuj się.

Braiła kucnęła przy krawędzi sanktuarium, niedaleko najbliższego korytarza wychodzącego z placu.

– Gotowa? – Elena popatrzyła na nią ostatni raz. Odwróciła wzrok. – Idź.

Kopuła zniknęła. Valada nie miała już sił nawet klęczeć, opadła na ziemię. Braiła rzuciła się do ucieczki. Stwór nie od razu ruszył do ataku, jakby zaskoczony rozwojem wypadków. Wstał, leniwie się przeciągnął. Wie, że nie ucieknę – przemknęło Elenie przez myśl. Wydał gardłowy ryk i rzucił się w korytarz, w który pobiegła Braiła.

– Nie! – Zachrypnięty głos zielarki ledwo dał się słyszeć.

Zebrała resztki sił. Oparta o laskę, powłócząc nogami, weszła do elfickiej świątyni. Gdy przekraczała jej próg, usłyszała z oddali ściskający serce krzyk. Doskonale wiedziała, co oznaczał. Potykając się o pokruszone kamienie, zbliżyła się do ołtarza, nad którym górował posag jakiegoś elfickiego bóstwa. Upadła na marmurową posadzkę. Sięgnęła do torby przewieszonej przez ramię. Wyciągnęła węglowy rysik i kawałek pergaminu. W wydobywającej się z kryształów, słabej, podobnej do księżycowej poświacie, postanowiła skreślić swoje ostatnie słowa:

 

Wiedz, że zwłoki, przy których znajdziesz ten pergamin, należą do wielkiej do zielarki Eleny. Jeszcze żyję, choć wiem, że niewiele czasu mi zostało. Gdy on skończy się pożywiać, wywęszy i mnie. A nie wiem, jak wydostać się z tej cholernej plątaniny korytarzy. Moja sztuka w walce z nim okazała się równie bezużyteczna, jak wskazówki tego łajdaka zwanego Wielkim Mistrzem Przemian. Teraz wiem, że nie był żadnym wielkim magiem, jeno dyletantem z rozbuchanym ego, a kłamstewkami o eliksirze chciał utorować sobie drogę do mojego łoża. Gdyby jeszcze jego krętactwa doprowadziły tylko do mojej zguby… Ale te trzy biedne duszyczki, które przywiodłam tu ze sobą…

 

Były jak pisklęta, które wypadły z gniazda. Braiła, opryskliwa i zapatrzona w siebie, najszybciej potrafiła mnie zirytować. Zawsze tak przekonana o własnych talentach… Może sama ją w tym utwierdzałam? Muszę przyznać, że była najbardziej uzdolniona z moich uczennic. Flora była jej przeciwieństwem. Zwiewna i delikatna jak poranna rosa, krucha jak kryształ. Wrażliwa. Uszczypliwe uwagi Braiły szybko doprowadzały ją do płaczu. Traktowałam to jako słabość jej młodego charakteru. Ale Flora czuła. Najbardziej z całej trójki. Czuła przepływ energii we wszystkim, co żyje, i tak jak ja szybko wyczuwała wszelkie zakłócenia zwiastujące zło, niegodziwość, dysharmonię. Miałam z nią najsilniejszą duchową wieź, ale nigdy jej tego nie powiedziałam, czego teraz najbardziej żałuję.

Była jeszcze Pasife. Piękna niczym nimfa i o równie uwodzicielskich skłonnościach, i talentach. W nauce zielarskiego rzemiosła wszystko przychodziło jej z łatwością, co niezmiernie drażniło Braiłę, która to samo musiała osiągać ciężką pracą, choć i tak uważała, że jest najlepsza. Florze nauka szła jak po grudzie, ale zdarzało się jej z nagła błysnąć intelektem, który rozwierał nawet szczęki Braiły, zazwyczaj zaciśnięte zawziętym grymasem. Wszystkie łączyło to, że wygnano je z rodzinnych wsi. Tylko dlatego, że…

 

 Ja sama byłam… owładnięta swoim celem, teraz wiem – chorą wizją. Byłam wyniosłą Valadą – panią z głębi borów, wobec której wieśniacy czuli nabożny szacunek. Nieliczni, których moja osoba napawała odrazą, zwali mnie czarownicą. Jedni i drudzy utkani byli z lęku. A ja chciałam jednego – tego co wielu głupców zwących się mędrcami przede mną – wiecznego życia. Teraz pragnę jedynie, wiem

Słyszę, jak się zbliża. Wywęszył drogę do mojej kryjówki. Znalazco, przekaż mojemu…

 

Ostatnie zdanie dopisała drżącą dłonią. W wejściu pojawił się potwór. Rozwarł wielką paszczę. Spomiędzy ostrych zębów sączyła się zabarwiona na czerwono ślina. Elena zrobiła kilka gestów dłońmi, ale zatęchłe powietrze tylko lekko zawirowało. Gdy się na nią rzucił, odruchowo zasłoniła się nogami. Usłyszała trzask łamanych kości. Złapał ją na wysokości kolana. Uniósł i trzepał pyskiem na boki, chcąc wyrwać kęs. Ostre zęby szarpały tkanki i ścięgna, miażdżyły kości. Odgryzł jej nogę w kolanie. Zielarka z impetem uderzyła o ścianę i upadła w gruz leżący pod starym ołtarzem. Zaciskała zęby z bólu, aż pękało szkliwo. Za sobą słyszała, jak w paszczy potwora chrupią jej kości, niby kości kurczaka w zębach wojownika. Nie było ucieczki, ale instynktownie podczołgała się w kierunku ołtarza, by jak najbardziej odwlec nieuniknione. Obok rzeźbionej w marmurze nogi ofiarnego stołu jej ręka natknęła się na jakiś przedmiot pokryty kurzem. Złapała go drżącą dłonią. Starła pył. Wewnątrz flaszy skrzył się niebieskawy płyn. Nie wiedziała, co to jest. Odkorkowała naczynie i przystawiła do ust, gdy potwór przełknął nogę i ruszył w jej kierunku po następny kęs wieczerzy. Ujrzała błysk, a potem była już tylko ciemność.

 

10. Świadomość wracała etapami. Lekko uniosła głowę. Czuła odciśnięty na twarzy gruz. Przetarła oczy. Kryształy lśniły niespodziewanie mocnym blaskiem. Podparła się łokciami, usiadła na posadzce. Jej zielona szata była postrzępiona i splamiona krwią. Jej krwią. Ale ciało było całe, bez ran, czy choćby zadrapań. Podciągnęła nogę, którą jak pamiętała, straciła w zębach potwora. Skóra na łydce była gładka i jakby jędrniejsza. Dotknęła dłońmi twarzy. Nie wyczuła pod palcami żadnych zmarszczek. Powoli wstała. Rozejrzała się po świątyni. Figury stojące uprzednio pod filarami leżały teraz potrzaskane na posadzce. Gdzieś spod gruzów wystawała końcówka jej połamanego kostura. Zadarła głowę. Przez otwór w stropie sączyło się do środka światło słońca. Wdrapała się po zwalonym posągu, którego głowa wybiła dziurę w kopule świątyni wystającej ponad poziom gruntu. Wyczołgała się na zewnątrz. Z przyjemnością wciągnęła do płuc rześkie powietrze jesiennego poranka. Ptaki szczebiotały w konarach, a poranna mgła ujawniła wśród traw wszystkie misternie tkane poprzedniej nocy pajęczyny. Z zarośli naokoło kopuły wyrastały kamienne płyty nagrobne. Znalazła się na obrzeżach miasta. Nagle puściła się pędem w las. Biegła tak długo, aż zabrakło jej tchu. Stanęła pod wielkim dębem, daleko od ruin. Rozpostarła ramiona, chłonąc woń lasu. Powiedziała sama do siebie:

– Nie jestem już Eleną. Elena umarła w ruinach Portiusopolis. Mam na imię Halishia.[2]

 

[1] Leszy – opiekuńczy duch leśny, przyjmujący różne postacie, czasami zwierzęcia, czasami starca z długa brodą, a niekiedy urodziwego młodzieńca.

[2] Halishia – imię to znaczy „wiatr szumiący wśród konarów”.

Koniec

Komentarze

Kiedy byłem w połowie opowiadania, myślałem, że okaże się zupełnie miałkie. Jednak końcówka zaskoczyła i to bardzo pozytywnie.

Niestety momentami się dłużyło, a kiedy następował ciekawszy zwrot akcji problem rozwiązywał się zanim zdążył się dobrze zacząć (nie licząc potwora na końcu). To trochę zabijało mój zapał do czytania.

Zresztą pojawienie się Kasztana zaleciało bardzo deus ex machina. Nagle pojawia się wybawiciel, o którym nie było żadnej, najdrobniejszej wzmianki (i to w zasadzie nic złego, ale mała wskazówka, jakiś znak od chłopaka, zamieniłby akcję na dużo smaczniejszą). 

Ten okaz był zdecydowanie o wiele większy, niż te w jego opowieściach.

A gdzie to opowieści? Była ich garść pod krzakiem lub kilometr przy drodze? Znali się chwilę, a z tekstu można wywnioskować, że opowieść była tylko jedna. 

Spora część dialogów była dość toporna i brzmiała nienaturalnie. 

Mojego czepialstwa tyle :P. Nie jestem ekspertem i dopiero się uczę wychwytywać błędy (które w większości są subiektywnym odczuciem i wcale nie musisz się zgadzać), ale staram się pomóc jak mogę. Opowiadanie ciekawe, czytało się miło, ale w moim odczuciu było zbyt rozlazłe tam gdzie nie trzeba, a zbyt zwięzłe, kiedy akcja stawała się znacznie bardziej interesująca. 

 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Początek jak w klasycznym, sztampowym fantasy – nieco przegadany i patetyczny. Dobrzy są dzielnymi rycerzami, którzy zawsze pomagają niewiastom w potrzebie. Źli krzywdzą wdowy i sieroty. Dobrzy zabijają złych.

Fajne zróżnicowanie uczennic. Mentorka za głupia, żeby być mentorką. Podejmuje nieprzemyślane decyzje: “Pójdę sama. Albo nie, wezmę was ze sobą”. Tak to się może wahać młoda dziewucha.

Niektóre zwroty zalatują deus ex machina; leszy (btw, nie trzeba wyjaśniać w przypisie, co to znaczy), znalezienie klucza do zamka.

Interpunkcja utyka, czasami literówki, z rzadka zgubione podmioty.

– Nie przejmuj się dziecię, ze mną nic ci nie grozi – zapewniła Elena.

Przekonała dziewczyny, które niedawno widziały, jak niemal została pożarta? BTW, przecinek po “się”.

Elena o mało nie przegapiłaby łukowatego wejścia, gdyby nie było umocnione sklepieniem ze święcących kryształów.

W podziemiach chyba trudno przegapić coś, co świeci? BTW, literówka. Nie rozumiem tego opisu – wejście umocnione sklepieniem?

Świadomość wracała etapami. Lekko uniosła głowę.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego świadomość?

Babska logika rządzi!

MaSkrol

Zresztą pojawienie się Kasztana zaleciało bardzo deus ex machina. Nagle pojawia się wybawiciel, o którym nie było żadnej, najdrobniejszej wzmianki (i to w zasadzie nic złego, ale mała wskazówka, jakiś znak od chłopaka, zamieniłby akcję na dużo smaczniejszą). 

Gdyby nie on, zielarka sama by sobie poradziła z napastnikami, nie był im do tego potrzebny ;)

a jego pojawienie się (tudzież sprawstwo) miało być własnie zaskakujące. 

A gdzie to opowieści? Była ich garść pod krzakiem lub kilometr przy drodze? Znali się chwilę, a z tekstu można wywnioskować, że opowieść była tylko jedna. 

Tekst tego nie precyzuje. Czasami też mówi się o pewnych rzeczach w liczbie mnogiej, choć precyzyjniej byłoby użyć pojedynczej (jak na moje ucho”Nie wierz w jego opowieści” brzmi płynniej niż “Nie wierz w jego opowieść”) 

Spora część dialogów była dość toporna i brzmiała nienaturalnie.

Trudno mi się tu odnieść, bo to ogólne odczucie, więc z tym nie dyskutuję. 

Dziękuję za przeczytanie i podzielenie się opinią.

 

Finkla

Początek jak w klasycznym, sztampowym fantasy – nieco przegadany i patetyczny. Dobrzy są dzielnymi rycerzami, którzy zawsze pomagają niewiastom w potrzebie. Źli krzywdzą wdowy i sieroty. Dobrzy zabijają złych.

Bo ja wiem? Co prawda hołduję klasyce fantasy a nie porno-fantasy w stylu Gry o Tron, gdzie są tylko źli i gorsi, ale mamy tu wyniosłą zielarkę, która dla własnego egoistycznego celu naraża swoje podopieczne, jej kumpla-maga-ściemniacza, chłopów podburzonych przez fanatyka i garść epizodycznych postaci. 

Fajne zróżnicowanie uczennic. Mentorka za głupia, żeby być mentorką. Podejmuje nieprzemyślane decyzje: “Pójdę sama. Albo nie, wezmę was ze sobą”. Tak to się może wahać młoda dziewucha.

Po prostu myślała na głos przed podjęciem decyzji.

Przekonała dziewczyny, które niedawno widziały, jak niemal została pożarta?

Ufają jej, zresztą nie mają wyboru. Jest jedyna przyjazną im osobą jaką znają i na tę chwilę jeszcze nie wątpią w jej potęgę i poczucie bezpieczeństwa jakie im zapewnia jej obecność. To, że pokładane w niej nadzieje są bez pokrycia to się dopiero przekonają, ale nawet wtedy będzie ich jedyną nadzieją.

W podziemiach chyba trudno przegapić coś, co świeci? BTW, literówka. Nie rozumiem tego opisu – wejście umocnione sklepieniem?

 

Dlatego przegapiłaby je, gdyby nie było zbudowane z kryształów, które pod wpływem zewnętrznego światła same zaczynają emitować słaby blask. Co do umocnionego sklepienia – to całość podziemnego miasta jest wydrążona w lessie. Wzmacnianie newralgicznych pod względem architektonicznym miejsc sprzyjało trwałości tuneli i komnat.

 

Świadomość wracała etapami. Lekko uniosła głowę.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego świadomość?

To wynika z szerszego kontekstu. Akurat tu nie jestem purystą językowym, jeśli kontekst jasno wskazuje na podmiot unikam zbędnych zaimków osobowych czy nazw własnych. Gdy czytelnik czyta o perypetiach zielarki nigdy nie pomyśli, że świadomość uniosła głowę. 

 

Dziękuję za wizytę i uwagi. Jak ogarnę edycję, to poprawię literówki.

Pozdrawiam

Co prawda hołduję klasyce fantasy a nie porno-fantasy w stylu Gry o Tron, gdzie są tylko źli i gorsi,

A ja hołduję śmiesznej fantasy w stylu Pratchetta. Jeśli jakiś cny rycerz ratuje wielkiej urody dziewoję przed smokiem, a potem nie próbuje zaciągnąć jej do łóżka, staje się podejrzany. ;-)

Babska logika rządzi!

A ja hołduję śmiesznej fantasy w stylu Pratchetta. Jeśli jakiś cny rycerz ratuje wielkiej urody dziewoję przed smokiem, a potem nie próbuje zaciągnąć jej do łóżka, staje się podejrzany. ;-)

;) No Pratchett to niedościgły wzór. Do takiego pisania naprawdę trzeba mieć talent, bo tylko usiłując być zabawnym można skopać tekst. Dlatego jak na razie nie próbowałem pisać zabawnie ;)

A jeden z moich ulubionych cytatów z Prachetta to:

“Zawsze pamiętaj, że tłum, który oklaskuje twoją koronację, jest tym samym tłumem, który będzie oklaskiwał twoją egzekucję.”

Pozdrawiam :)

Pratchett ma mnóstwo świetnych cytatów. Ten też dobry. :-)

Babska logika rządzi!

 

Valada westchnęła. Trzy uczennice były różne jak żywioły, co nie raz prowadziło do wybuchu emocji.

bym usunął – różne, 

 

Dziś jednak nie miała głowy, by je korygować.

słowo – korygować kojarzy mi się z maszyną, a nie z charakterem kogoś, 

https://sjp.pwn.pl/sjp/korygowac;2474213.html

 

Czekało ją ważne spotkanie. Aby zdążyć na czas, musiała rychło ruszać.

bym usunął – na czas

 

Sprawdziła, czy ma w torbie wszystko co potrzebne. Otworzyła właz.

wow przez chwilę myślałem, iż to właz do torby xD, 

 

Po tych czułościach dosiadła zwierza i pomknęła leśnymi ostępami w stronę odległego miasteczka.

Czułościach? może bardziej powitaniu, ale błędu nie ma,

słowo – odległego, bym usunął, i dopiero w następnym zdaniu jakoś je zlokalizował, ale nie jest to błąd, tak tylko sobie gadam (piszę) ;)

 

Tygrysa zostawiła na obrzeżach miejscowości.

hmm to nie samochód, może puściła go wolno? skoro i tak przychodził do niej jak dmuchnęła w tę jej piszczałkę? 

Wystarczyło, że jej postać budziła tu respekt.

że tak powiem, – Wystarczyła jej postać budząca tu respekt. 

Ogólnie jestem na etapie nie dla że ;) i staram się go unikać jak się da w pisaniu ;)

 

Nie chciała straszyć miejscowych niezwykłym wierzchowcem.

Pewnie by jej wybaczyli, i tak się jej bali ;)

 

Nieliczni przechodnie pozdrawiali ją z szacunkiem.

 

czy jest specyficzny powód dla którego przechodnie byli nieliczni? (oczywiście poza wieczorową porą) ja bym usunął słowo – nieliczni.

 

Stały na polanie gotowe do drogi. Obserwowały, jak ich mistrzyni czyni pod wielkim dębem jakieś znaki rękoma.

usunąłbym słowo – jakieś, 

Płynnymi ruchami malowała w powietrzu różne figury, a powietrze za jej dłońmi drżało.

usunąłbym słowo – różne, 

 

Braiła zauważyła swojego wuja wśród agresorów. Wiedziała, że jest bydlakiem, ale nie spodziewała się, że będzie chciał ją zabić.

sporo że, i wcześniej też, 

 

dalej pojawia się młodzieniec, który szybko ginie, ale tam jest wzmianka o tej pięknej uwodzicielce – Pasife, normalnie myślałem jak wpadła do tego potwora, [że] uwiedzie go i poślubi, a ten ją zeżarł….. brakło mi tutaj czegoś, trochę się zawiodłem, to jak kawał o bohaterach smoku i pszczołach, 

http://forum.pclab.pl/topic/463813-Baaaaardzo-przyd%C5%82ugie-kawa%C5%82y-Kto-zna-jeszcze-jakie%C5%9B/

 

Biegła podziemnymi korytarzami aż ściany drżały.

 

drżały z powodu? [pewnie się potwora wystraszyły ;) ]

 

Valada z przerażeniem dostrzegła, że jest z nią tylko jedna uczennica

– Gdzie Flora?

Braiła obejrzała się.

– Była tuż za mną.

Wtedy usłyszały przyprawiający o dreszcze krzyk. I nie był to krzyk przerażenia, ale przeraźliwy krzyk śmierci.

 

nuda, tutaj się głęboko zastanawiałem, czy doczytam do końca, ale się udało, i sam nie wiem, ale to powiadanie powinno mieć tag Horror, 

 

Ogólnie mogło być lepiej, opowiadanie nie wciąga, ale również nie zniechęca. 

ale mamy tu wyniosłą zielarkę, która dla własnego egoistycznego celu naraża swoje podopieczne,

Jeśli chciałeś stworzyć Elenę, jako wyniosłą i zapatrzoną w siebie to moim zdaniem ci nie wyszło, raczej jest nijaka, od baba co ma trzy uczennice, i tyle. 

 

Rozdziały 1-5 można spokojnie pominąć, i całą akcję tych rozdziałów przepakować do podziemi, taka retrospekcja z podziemi w czasie ataku dinozaura xD, jurasic park7 – under the ground, 

Nie chcę być uszczypliwy, ani niemiły, sama chęć pisania to dla mnie wielka rzecz, nie każdemu się chce, więc na plus, reszta [podobno] przyjdzie z czasem.

Dzięki za podzielenie się i powodzenia w dalszym pisaniu o/

 

 

Skull

 

słowo – korygować kojarzy mi się z maszyną, a nie z charakterem kogoś, 

https://sjp.pwn.pl/sjp/korygowac;2474213.html

Dla mnie jednoznacznie kojarzy się z wychowywaniem i kształtowaniem charakteru; ale to może dlatego, że zajmuję się pedagogiką i nauczaniem. 

że tak powiem, – Wystarczyła jej postać budząca tu respekt. 

Ogólnie jestem na etapie nie dla że ;) i staram się go unikać jak się da w pisaniu ;)

No cóż, każdy ma jakieś językowe uprzedzenia :D

Ja ostatni walczę ze zwrotem “po czym”

normalnie myślałem jak wpadła do tego potwora, [że] uwiedzie go i poślubi,

No to byłby zaiste zwrot akcji wciskający w fotel :D

 drżały z powodu? [pewnie się potwora wystraszyły ;) ]

 Tu nie rozumiem pytania. Drżenie, wibracje – po prostu fizyka.

sam nie wiem, ale to powiadanie powinno mieć tag Horror, 

Horror to gatunek gdzie zło ma nadprzyrodzone źródło (duchy, demony etc.) Tu było całkiem materialne, więc pod horror to nie podpada. 

Jeśli chciałeś stworzyć Elenę, jako wyniosłą i zapatrzoną w siebie to moim zdaniem ci nie wyszło, raczej jest nijaka, od baba co ma trzy uczennice, i tyle. 

Psychologię postaci tworzy każdy dialog i każde zachowanie. Każda scena mówi coś o postaci i jest tego w tym opowiadaniu sporo. Cóż – nie każdy może to dostrzega.

Rozdziały 1-5 można spokojnie pominąć, i całą akcję tych rozdziałów przepakować do podziemi, taka retrospekcja z podziemi w czasie ataku dinozaura xD, jurasic park7 – under the ground, 

Gdybym chciał wprowadzić retrospekcję (niekiedy korzystam z takiego zabiegu literackiego) to bym ją wprowadził. Można byłoby i zacząć od końca i wyjaśniać jak doszło do tego momentu. To już zależy od autora w jakim porządku chce opowiedzieć historię. Tu akurat poniekąd tak było. Najpierw napisałem pożegnalny list jako miniaturę literacką. Po roku naszła mnie wena by obudować ją “pełnometrażowym” opowiadaniem. 

Nie chcę być uszczypliwy, ani niemiły, sama chęć pisania to dla mnie wielka rzecz, nie każdemu się chce, więc na plus, reszta [podobno] przyjdzie z czasem.

Dzięki za podzielenie się i powodzenia w dalszym pisaniu o/

A dziękuję. Jedną książkę już wydałem, drugą napisałem, a trzecia jest na półmetku. Więc jak na razie wena mi sprzyja.

Pozdrawiam 

Opowieść wydała mi się mocno przydługa i dość nużąca – ot, starzejąca się zielarka postanawia zdobyć cudowny eliksir i wyprawia się poń w towarzystwie uczennic. Ich wędrówka w zasadzie nie różni się od podobnych, z którymi zetknęłam się wielokrotnie, a w których uczestniczyli różni magowie, czarodzieje tudzież inne persony, mający na celu zdobycie jakiegoś artefaktu. Innymi słowy – Eliksir niespecjalnie mi się spodobał, ale może dalsze losy jego bohaterki okażą się ciekawsze.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

mię­dzy któ­ry­mi znaj­do­wa­ła się pię­tro­wa chat­ka. –> Chatka jest z definicji malutka, a skoro wzmiankowany budynek jest piętrowy – piętrowość sugeruje jego znaczniejsze rozmiary – to raczej nie jest chatką.

 

Swoje kroki skie­ro­wa­ła do miej­sco­wej go­spo­dy… –> Zbędny zaimek. Czy Elena mogła skierować do gospody cudze kroki?

 

Okna pię­tro­we­go lo­ka­lu roz­świe­tla­ły sza­rze­ją­cy go­ści­niec. –> Raczej: Okna pię­tro­we­go budynku roz­świe­tla­ły sza­rze­ją­cy go­ści­niec.

Określenie lokal zupełnie nie pasuje do gospody z opowieści fantasy.

Lokalem mogę nazwać współczesną restaurację, ale nie hotel, choćby i z restauracją.

 

Wska­zał drew­nia­ne krze­sło z opar­ciem. –> Masło maślane. Krzesło ma zawsze oparcie. Bez oparcia byłoby taboretem/ stołkiem.

 

– Nie jest to naj­lep­sza go­spo­da w Kur­gan – po­dróż­ny ro­ze­śmiał się – ale w tej mie­ści­nie je­dy­na. –> – Nie jest to naj­lep­sza go­spo­da w Kur­gan.Po­dróż­ny ro­ze­śmiał się.Ale w tej mie­ści­nie je­dy­na.

 

Elena prze­szła się po chat­ce… –> Obeszła piętrowy budyneczek, czy raczej przeszła się po izbie?

 

Flora po­pa­trzy­ła na nią swo­imi wiel­ki­mi, zie­lo­ny­mi ocza­mi. –> Czy mogła patrzeć cudzymi oczami?

 

Star­szy­zna wy­ty­po­wa­ła trzy dziew­czy­ny, które od­sta­wa­ły od resz­ty – opry­skli­wą Ba­ri­łę, płacz­li­wą Florę i uwo­dzi­ciel­ską Pa­si­fę – i wy­gna­ła ich z opola. Tu­ła­ły się po lesie, aż przy­gar­nę­ła ich Va­la­da. –> Piszesz o dziewczynach, więc: …i wy­gna­ła je z opola. Tu­ła­ły się po lesie, aż przy­gar­nę­ła je Va­la­da.

 

Płyn­ny­mi ru­cha­mi ma­lo­wa­ła w po­wie­trzu różne fi­gu­ry, a po­wie­trze za jej dłoń­mi drża­ło. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Dzięki temu nikt nie znajdzie naszego domu, gdy będziemy daleko stąd.Objaśniła sens swoich zabiegów. –> – Dzięki temu nikt nie znajdzie naszego domu, gdy będziemy daleko stąd – objaśniła sens swoich zabiegów.

 

 

Do­pie­ro dwu­dnio­wa wspi­nacz­ka dała im się we znaki. […] Ran­kiem ko­lej­ne­go dnia po­ko­na­ły prze­łęcz, zaś około po­łu­dnia trakt za­czął opa­dać. –> Czy dobrze rozumiem, że, pokonując góry, wspinały się traktem???

 

Elena roz­gląd­nę­ła się po ko­ro­nach drzew. –> Raczej: Elena rozejrzała się po ko­ro­nach drzew.

 

Pa­si­fe pod­bie­gła do niego pierw­sza, skła­da­jąc na jego po­licz­ku po­ca­łu­nek. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Za­cze­kaj – pod­bie­gła, po­ło­ży­ła mu dłoń na ra­mie­niu. –> – Za­cze­kaj! – Pod­bie­gła, po­ło­ży­ła mu dłoń na ra­mie­niu.

 

Dalej szła Bra­iła, z jak zwy­kle skwa­szo­ną miną, ledwo wy­trzy­mu­jąc wy­le­wa­ją­cą się ze­wsząd sło­dycz. Na końcu szła Elena roz­my­śla­jąc nad wska­zów­ka­mi Wiel­kie­go Mi­strza Prze­mian. My­śla­mi była już… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

pa­trząc w urze­ka­ją­ce źre­ni­ce gład­kie­go dziew­czę­cia. –> Podejrzewam, że patrzył w tęczówki, no bo cóż urzekającego może być w źrenicach?

 

W mgnie­niu gromu źre­ni­ce Pa­si­fe się zwę­zi­ły. –> Grom to grzmot – na czym polega mgnienie gromu/ grzmotu?

 

Ich lekko żół­ta­wa skóra spra­wia­ła wra­że­nie, jakby śmierć za­bra­ła ich cał­kiem nie­daw­no. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Pod jej do­ty­kiem część wy­rzeź­bio­ne­go li­ścia się za­pa­dła, zaś nad jej głową… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Ze skrytki w łóżku – wskazała dziewczyna. –> – Ze skrytki w łóżku.Wskazała dziewczyna.

 

– Tak, tak, nic mi nie jest! – Zawołała jakby ze studni. –> – Tak, tak, nic mi nie jest! – zawołała jakby ze studni.

 

Po­tęż­ne ude­rze­nie w że­la­zne wrota rzu­ci­ło je na zie­mie. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowieść wydała mi się mocno przydługa i dość nużąca – ot, starzejąca się zielarka postanawia zdobyć cudowny eliksir i wyprawia się poń w towarzystwie uczennic. Ich wędrówka w zasadzie nie różni się od podobnych, z którymi zetknęłam się wielokrotnie, a w których uczestniczyli różni magowie, czarodzieje tudzież inne persony, mający na celu zdobycie jakiegoś artefaktu. Innymi słowy – Eliksir niespecjalnie mi się spodobał, ale może dalsze losy jego bohaterki okażą się ciekawsze.

Wszystko już kiedyś było. W zasadzie nie da się uniknąć nawiązani do archetypów czy motywów, które już gdzieś się pojawiły. I nie ukrywam, że do takich archetypów sięgam (wyprawa, cel w postaci zdobycia artefaktu, relacja mistrz-uczeń czy nawet motyw monarchy gubiącego się w lesie). Sztuka polega na wykorzystaniu archetypów w świeży sposób albo przynajmniej opowiedzeniu ciekawej historii. Nie udało się. Trudno.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Dzięki za uwagi techniczne. Pomimo licznych poprawek aż dziw bierze, że się jeszcze tyle chochlików ukryło, zwłaszcza w zapisie dialogów, na co zwracam szczególną uwagę. Zaimplementuje większość o ile nie wszystkie proponowane korekty.

Dopiero dwudniowa wspinaczka dała im się we znaki. […] Rankiem kolejnego dnia pokonały przełęcz, zaś około południa trakt zaczął opadać. –> Czy dobrze rozumiem, że, pokonując góry, wspinały się traktem???

Rzeczywiście w tym miejscu słowo “wspinaczka” może nie być adekwatne. 

Piszesz o dziewczynach, więc: …i wygnała je z opolaTułały się po lesie, aż przygarnęła je Valada.

Tak, to było jedno z wyzwań :D

Pierwszy raz głównymi bohaterkami opowiadania uczyniłem białogłowy i przestawienie się na odpowiednie zaimki jak widać nie było łatwe. 

mgnieniu gromu źrenice Pasife się zwęziły. –> Grom to grzmot – na czym polega mgnienie gromu/ grzmotu?

To autorski konstrukt. Artystyczny ekwiwalent oklepanego “ułamka chwili” lub nie pasującej do fantasy “jednej sekundy”. Taki eksperyment. Grzmot – jednoznacznie wskazuje na dźwięk zaś według PWN:

grom

1. «piorun lub grzmot»

2. «gniewne ostrzeżenie lub napomnienie»

Słowa “grom” używam w tym konkretnym sformułowaniu w charakterze synonimu “błyskawicy”; a więc czegoś nagłego i krótkotrwałego.

Pozdrawiam

To au­tor­ski kon­strukt. Ar­ty­stycz­ny ekwi­wa­lent okle­pa­ne­go “ułam­ka chwi­li” lub nie pa­su­ją­cej do fan­ta­sy “jed­nej se­kun­dy”. Taki eks­pe­ry­ment. Słowa “grom” uży­wam w tym kon­kret­nym sfor­mu­ło­wa­niu w cha­rak­te­rze sy­no­ni­mu “bły­ska­wi­cy”; a więc cze­goś na­głe­go i krótkotrwałego.

Tyle że grom nie jest synonimem błyskawicy.

Owszem, grom towarzyszy błyskawicy, ale nią nie jest. Grom objawia się dźwiękiem, a błyskawica światłem i nie wydaje mi się, aby można te zjawiska pomylić, choć można je łączyć, z racji że zdarza się im występować jednocześnie.

 

Proponuję: Źrenice Pasifae zwęziły się momentalnie/ błyskawicznie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawki wprowadziłem, choć do tego mam wątpliwości:

– Nie jest to najlepsza gospoda w Kurgan – podróżny roześmiał się – ale w tej mieścinie jedyna. –> – Nie jest to najlepsza gospoda w Kurgan. – Podróżny roześmiał się. – Ale w tej mieścinie jedyna.

Gdy komentarz rozdziela zdanie (Nie jest to najlepsza gospoda w Kurgan, ale w tej mieścinie jedyna.) piszemy go z małej litery i bez kropki. Można podzielić zdanie, ale zaczynanie nowego od “Ale” wygląda średnio.

GhostWriterze, gdybyś napisał: Nie jest to naj­lep­sza go­spo­da w Kur­gan – ro­ze­śmiał się podróżny – ale w tej mie­ści­nie je­dy­na. – to owszem. Sugeruję, abyś zajrzał tutaj: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

Pragnę jeszcze dodać, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje. Wyłącznie od Ciebie zależy jakimi słowami i w jaki sposób będzie napisane Twoje opowiadanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pragnę jeszcze dodać, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje. Wyłącznie od Ciebie zależy jakimi słowami i w jaki sposób będzie napisane Twoje opowiadanie.

Oczywiście, z tym, że większość Twoich uwag była bardzo pomocna, a że potrafię swoje teksty szlifując językowo czytać i po (bez przesady) 40-50 razy, to z otwartymi ramionami przyjmuje wszystkie konkretne wskazówki i wyłapane chochliki, które tyle razy umknęły przed moim wzrokiem.

Przy chatce zostałem, bo bez trudu wyobrażam sobie, że ma skromne pięterko ;)

Dzięki i pozdrawiam

Jeśli zostajesz przy chatce, to może, zamiast pięterka, daj jej stryszek lub poddasze. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka