- Opowiadanie: Mordecz - Beatrycze

Beatrycze

Pierwszy mój tekst publikowany w tym serwisie. Mam nadzieję, że się spodoba :)

Co prawda ten tekst wydaje się być wyrwany z jakiejś większej całości, jednakże takowa nigdy nie powstała. Ciekaw jestem, czy wywoła on jakiekolwiek reakcje wśród czytelników - od negatywnych po krytyczne skończywszy.

Oceny

Beatrycze

Dariusz von Architekt urodził się w 902 roku. Maeger. Mimo arystokratycznego pochodzenia, rodzina Architektów nigdy nie należała do majętnych ani znaczących w świecie magii czy wielkiej polityki. Ukończył Magiczne Przedszkole ze średnią 5,1, zapewniając sobie miejsce w Preakademii bez konieczności zdawania egzaminów wstępnych. W latach studenckich wiele czytał, głównie zagłębiał się w treści uznawane przez kulturoznawców za ezoteryczne, anarchiczne albo cieniste. Wczesne lata małego Dariusza polegały głównie na usługiwaniu podczas bankietów w charakterze pomocy organizatorskiej i sanitarnej. Nigdy nie przejawiał skłonności do opowiedzenia się przeciwko wierzeniom w dobrotliwość Księżny Seleste, a ślad jego nielegalnych zainteresowań znalazł miejsce w papierach tylko dlatego, że swoją pracę zaliczeniową oparł o teksty określane jako nieetyczne. Przerwy między semestrami poświęcał na podróżach po różnych zakątkach Krainy. Dotarł również do Żałobnego Miasta, a dzięki swojemu pochodzeniu miał okazję zachłysnąć się pięknem beatryczy. Pierwsze przybycie odnotowano w 925 roku za przepustką dyplomatyczną, a od 948 został w mieście na stałe.

Z wykształcenia adept szkoły protekcyjnej, ponadto ukończył fakultet z inżynierii techmaturgicznej. Znalazł zatrudnienie w Instytucie Technokratycznym jako projektant i instalator węzłów nentioenergetycznych. Wkrótce stał się aktywnym działaczem w Krajowym Kręgu, a podczas jednego z wieców poznał kobietę, z którą później założył rodzinę. Szczęśliwe małżeństwo trwało tylko trzy i pół roku. Małżonka z dzieckiem pojawiły się w złym miejscu i czasie – niekontrolowana eksplozja instalacji energetycznej na samym środku ulicy uczyniła go wdowcem. Latami też walczył w sądzie z nieuczciwym pracodawcą, który ciął koszta przeprowadzanych kontrol felernych instalacji. Nie otrzymał jednak żadnego zadośćuczynienia.

Ostatnia wiadomość o nim pochodzi z fotografii z 960 roku, uwiecznionej przez dziennikarza gazety w Zmiennym Kręgu, na którym ex-arystokrata spaceruje wzdłuż mostu na kilka minut przed wypadkiem komunikacyjnym. Umiera na miejscu.

U progu dorosłości miał jedno marzenie – odbyć pieszą pielgrzymkę do Cienia, przedzierając się przez obszary uznane za niemożliwe do pokonania. W kontaktach z innymi – powściągliwy, nieco ekscentryczny. Lubił się uśmiechać. W domu zazwyczaj spokojny ze skłonnościami do hucznego świętowania i zbierania mandatów za naruszanie ciszy nocnej. Po utracie rodziny raz choleryk, raz melancholik; produkt ożenku i tragicznego zakończenia. Regularnie uczęszczał na spotkania do psychologów; po utracie najbliższych nie stwierdzono tendencji samobójczych ani prokreacyjnych.

 

***

 

Nic jednak nie wskazywało na to, żeby Dariusz von Architekt nie zobaczył tegorocznych beatryczy. Stał właśnie przed wejściem do Théâtre des Changements, aby za okazaniem specjalnego zaproszenia uniknąć ciągłego moknięcia w deszczu. Wokół niego stali dostojnie odziani goście. Dominowała moda dyktowana przez miejscowych, lecz nie zabrakło wyraźnych Krajowych akcentów, charakteryzujących się długimi trenami, wielkimi parasolami, kapeluszami o rozległych rondach, przepychem i przesadą.

Korytarze teatru były wąskie, acz nikt spośród oczekujących na przedstawienie nie wpadał na innych. A przynajmniej unikano niezamierzonych, nietaktownych prób wkradnięcia się w łaski zamożnych bądź wpływowych indywiduów. W powietrzu dominowały mocne perfumy, zaś uszy nieraz atakowany były komentarzami zachwytu, bólami podróży, lecz głównym tematem była niezapeczalna sztuka "Damy w śniegu", tak żywiołowej!, tak realistycznej!, że tylko nenjijska kultura mogła coś takiego stworzyć. W powietrzu unosiły się pochwalne recenzje oraz pobudzające wyobraźnie epitety opisujące nie tylko piękno tytułowej damy, ale również scenografii czy orkiestry.

Nagle drzwi na widownię zostały otwarte, a uprzednio poinstruowani pracownicy wprowadzali gości jedno po drugim. Kiedy przyszła kolej na Dariusza, posłano po młodego neferiana. Na posępnego z wyglądu inżyniera czekało inne miejsce niż prezentowane całej reszcie krzesło na widowni. Idąc bocznym korytarzem, szybko dotarli na górę, do pokoju z balkonem. Czekała tam blada maegarianka w sile wieku. Jej alabastrowa, bujna fryzura przysłaniała czerwone oczy, a powabny uśmiech czynił z niej kąśliwą bestyjkę; zupełnie różną od zaproszonego gościa. Dariusz usiadł obok, po czym bez słowa skierował wzrok na scenę. W kanale dla orkiestry zasiedli sami najlepsi muzycy po tej stronie Stolicy, a nad nimi, spod czerwonej kurtyny, unosiły się światła lampionów.

– Jak się czujesz, kochanie? – kobieta zapytała czule, zachowując wcześniej wypracowany dystans. Nie mogła znieść jego smutnego wyrazu twarzy towarzyszącego mu od lat.

– Proszę, nie nazywaj mnie tak – Dariusz odparł, wiercąc się w niewygodnym fotelu. Nalał po lampce wina stojącego na stoliku przy wejściu. Kultura Stolicy nakazywała witać damy, zwłaszcza żony, napitkiem czerwonym jak krew i słodkim jak miód. Kiedy kobieta spróbowała wina, jej uśmiech tylko się zaognił.

Światła przygasły. Oczy wszystkich zostały skierowane na muzyków, jedynych widocznych pośród morza cieni. Nim cisza zaległa na dobre, nastąpiła fala pochrząkiwań oraz ostentacyjnych krzyków.

Dama spoglądała to na Dariusza, to na muzyków. Ruch pierwszych smyczków wypełnił przestrzeń dźwiękiem, potem do zbłąkanych nut dołączyły melodie fletów. Lekki ton przypominał inkantacje wprowadzającą nieświadomych widzów w rozluźniony nastrój.

– Nie możesz być dla siebie taki surowy. To nie twoja wina, że tamtego dnia umarłam – kobieta powiedziała znacznie ciszej. Ton wypowiedzi nie sugerował wybaczenia, a raczej dobicie siedzącego obok milczka.

Dariusz odetchnął głębiej.

– Nie mogę sobie wybaczyć, że nie było mnie tamtego dnia. Po prostu – zrobił przerwę na łyk wina – po prostu…

Mocniejsze uderzenie cymbałków i instrumentów dętych całkowicie rozproszyło Dariusza. Widownia wręcz zamarła na poważniejsze, wprowadzające odpowiedni klimat tony. Najmłodsi, zaciągnięci pod przymusem na spektakl, krzyknęli głośniej pod wpływem emocji, a potem zamarli z wrażenia. Opiekunowie zrezygnowali z uciszania, wsłuchawszy się w sztukę prezentowaną przez najlepszych z najlepszych. Ponury ton gęstniał coraz bardziej, a gwałtowne zakończenie zadziałało niczym zaklęcie. Gapie oniemieli, nie wydali z siebie nawet westchnienia zachwytu, kiedy dyrygent łamiącym uderzeniem batuty wyciszył całą salę, włącznie z muzykami.

Dla kobiety był to wystarczający znak, by wreszcie wyciągnąć spod stołu teczkę i przyjąć bardziej cywilizowaną formę. W przeciągu kilku chwil bladą maegeriankę zastąpiła sylwetka zmiennokształtnego o zielonych oczach i spiłowanych w połowie, wystających kłach. Mruknął coś o uldze z powrotu do męskiej postaci, wstukując w zamek odpowiedni kod. Teczka wyprostowała się niczym żądny pieszczot sierściuch, a wydrukowane fluorescencyjnym tuszem kartki pozwalały cieszyć się raportem bez konieczności zapalania światła.

W końcu nie chcieli osłabiać uroku rzuconego przez mistrza orkiestry.

To wszystko był fałsz. Zjazd znamienitości, beatrycze, sztuka. Fałszywi byli Dariusz oraz jego małżonka. Miłość owdowiałego inżyniera odtworzono na podstawie jego wspomnień przedstawionych psychologowi. Tak się akurat złożyło, że po tragedii, jeszcze żywy Dariusz trafił na kozetkę do recenserów, którzy skrupulatnie wysondowali jego osobowość, zmodyfikowali emocje, dzięki czemu w niedługim czasie stworzyli niemożliwą do wyleczenia pacynkę. Pracy przy nim nie było zbyt wiele, w dodatku ani metody Kasty, ani dracolingów nie miały prawa tego wykryć. Problem natomiast zaczynał się, kiedy wykorzystywano wizerunek zabitego w wypadku inżyniera. Wprawdzie nigdy ciała nie odnaleziono, ponieważ na chwilę przed zdarzeniem, recenser-opiekun przeniósł jego zwłoki do bezpiecznego miejsca, a pod resztkami pojazdu pozostawiono kilka fragmentów imitujących kończyny. Eksperci uznali, że pozostałości wylądowały w rzece i nie było potrzeby ich wyławiać.

Życie Dariusza von Architekta należało teraz do Hessa, któremu nie spieszno było wrócić do swojej oryginalnej postaci. Nowy właściciel osobowości wychodził z założenia, że nawet o skradzioną tożsamość należy dbać, dlatego wyprosił od przełożonego, by podczas beatryczy przybrał postać tragicznie zmarłej żony.

– Przejdźmy do interesów – zmiennokształtny o zielonych oczach zaproponował. Mówiło się, że na podstawie koloru ślepi ochrzczono go imieniem Greendyed.

Dla pewności rozejrzeli się po sali. Muzycy rozpoczynali kolejny utwór. Oczywiście muzycy-recenserzy, specjaliści od otumaniania tłumu, zwłaszcza takiego, który nie stawiał oporu, aby przyjść na spektakl. Wśród widowni działało kilku zmiennokształtnych w przebraniu, których zadaniem było sprawdzenie, czy któryś z przybyłych gości nadawałby się na rokującego kandydata do zasilenia roju.

Lecz beatrycze w Théâtre des Changements nie należały do mistyfikacji. To było prawdziwe doznanie, o którym następnego dnia napiszą w gazetach, ponieważ zarobi na siebie pełnymi widownią po ilekroć zostanie wystawione. Wielu z gości wróci do domu z dobrymi wspomnieniami, a tylko nieliczni srogo pożałują, że poczuli usilną potrzebę obcowania z kulturą wyższą. Na szczęście żaden agent Kasty ani dracoling nigdy nie zawitali na salony tak dostojnego wydarzenia, jakim były beatrycze. Półsmoki to, mówiąc delikatnie, prymitywy żywiące się wyłącznie spalonymi truchłami znalezionymi na śmietniku. Ich przeciętne móżdżki nigdy nie wykształciły potrzeby doświadczenia czegoś głębszego niż pół litra wódki. A gdyby jednak miały chwilę słabości i przyszły na przedstawienie, recenserów zastąpiliby prawdziwi artyści. Podobnie rzecz się miała z agentami Kasty, którzy w przeciwieństwie do prymitywów, nie potrafili ot tak wykryć zmiennokształtnej manipulacji.

– Uwielbiam beatrycze! – powiedział zachwycony Greendyed. – Nic tak nie cieszy, jak cała pula kandydatów na dawców osobowości albo przyszłych zmiennokształtnych. Jeżeli wystąpienie będzie naprawdę dobre, zainspirujemy młodych do zostania aktorami, a potem pójdzie jak z płatka.

– Dzisiaj jest pierwszy dzień występu wschodzącej gwiazdy, Zofii Hals? – Dariusz zapytał, wypiwszy do końca swój kieliszek. Nalawszy sobie do pełna, zaproponował drugą kolejkę zielonookiemu, lecz ten odmówił.

– Najpierw interesy, potem świętowanie – powtórzył, tym razem o wiele poważniejszym tonem.

Położone na stole kartki zawierały ściany tekstu, mrowie wykresów oraz schematów, wszystkie o ostatniej serii niepowodzeń, a winę za to ponosili zwolennicy idei psychologii stosowanej, wykreowanej przez Hegemona i medium nazwanym Internetem.

Wspomniany Internet miał być miejscem wolnym od zwolenników Seleste oraz Ojca Narodów – włodarzy odpowiednio Krainy i Żałobnego Miasta Nenji. Dzięki przebiegłości Hegemona, zdołano sprawnie podsycać rasistowskie oraz radykalne zapędy, zaogniając trwające od lat konflikty pomiędzy tradycjonalistami a rewolucjonistami. Niemożliwy do opanowania przez Służbę Bezpieczeństwa chaos miał stać się gwoździem do trumny agentów Kasty oraz początkiem upadku Nenji. Tak się jednak nie stało, ponieważ sam lider opowiedział się przeciwko Królowej, a w akcie desperacji przeniósł medialną burzę na recenserów.

Od miesięcy prowadzone były regularne czystki, a populacja zmiennokształtnych zmniejszyła się o ponad połowę. Poskromienie potencjału Internetu sprawiło, że wolne umysły tylko uodporniły się na dotychczasowe formy manipulacji. Młodzi i nowocześni coraz trudniej ulegali tradycyjnym pokusom oraz wypaczeniom, przez co grono potencjalnych kandydatów zaczęło maleć. Na szczęście zostali jeszcze zaściankowi, zapatrzeni w Seleste poszukiwacze piękna w kulturze wysokiej. Ale i oni kiedyś się skończą lub, co gorsza, uodpornią na zmiennokształtny wpływ.

– Zaczynamy przypominać kurczaka z obciętą głową – podsumował zielonooki, podając kolejne kartki. – Internet został zdominowany przez Kastę, wyłapują praktycznie każdy nasz bezpośredni kontakt. Poczta pantoflowa staje się coraz bardziej ryzykowna. Gdyby nie ten pieprzony Hegemon oraz idea zniszczenia od wewnątrz Nenji, to byśmy wciąż kontynuowali badania wpływu cyberprzestrzeni na jego użytkowników.

– Nie zapominaj o Połdykanach i tym samozwańczym synu Seleste – dodał Dariusz. – Od chwili porażki Królowej pod Żądłem możemy zapomnieć o przybywaniu kolejnych wyspecjalizowanych agentów.

– Wybijają nas jak kaczki, w dodatku niedługo umrzemy śmiercią naturalną, słowem: mamy przerąbane. – Greendyed nalał sobie kieliszek wina.

Wrócili do oglądania spektaklu. Zmiennokształtni odpowiedzialni za udźwiękowienie potrafili czarować bez używania magii. Powolna melodia, wprowadzająca zimowy nastrój tylko utwierdziła w przekonaniu, że jeżeli w poprzednim wcieleniu recenserzy również zajmowali się chwytającą za serca muzyką, to teraz potrafili doprowadzić wrażliwego słuchacza do ekstazy. Ciężkie tony wiolonczeli oraz delikatność skrzypiec, połączone z okazjonalnymi występami dzwoneczków sprawiały wrażenie, że słuchacz namacalnie trafiał do krainy mrozu i śniegu. Dominujący w utworze flet zmuszał do układania własnych słów w rytm wygrywanej melodii. Nawet jeżeli słuchacze pletli głupoty pod nosami, nie potrafili tego powstrzymać.

W takim nastroju na scenie pojawiła się okryta niebieską płachtą postać w masce z twarzą tak kamienną, że tylko lód mógł w niej żłobić uczucia. Usiadłszy na jedynym na sali powalonym pniu drzewa, gestem wprowadzał, zgodnie z melodią, kolejne elementy krajobrazu – ośnieżone góry, pokryte białym puchem drzewa, makiety leśnych zwierząt. Po chwili miejsce akcji nie przypominało sceny, a zaśnieżony górski zagajnik. Zamaskowana postać ukłoniła się nisko, zasługując sobie na morze oklasków.

Ubrana na jasno dziewczyna pojawiła się na scenie, zziębnięta, przemykająca między pniami drzew. Czegoś szukała, z pewnością ciepła. Kiedy podchodziła do makiet zwierząt, te uciekały od niej. Dziewczyna bezsilnie patrzyła na swoją kolejną porażkę. Po drugiej stronie sceny pojawiła się postać w płachcie o ciepłych barwach. Był to młody mężczyzna, do którego krzyknęła "Bracie!", podążając za nim. Zniknęli za opadającą kurtyną.

Lekko trzeźwiejący widzowie znowu zostali poddani muzycznej terapii, zaś zasiadający na balkonie zmiennokształtni wrócili do rozmowy.

Dariusz w końcu zrzucił z siebie maskę maegera ze Stolicy, aby zostać starym i nieodzownym Hessem, do którego widoku przywyknął zielonooki.

– W wiadomości, którą dostałem, pisałeś o gwałtownych zmianach – Hess rozpoczął, oczekując na kolejny akt sztuki.

– Musimy działać szybko, póki jeszcze jesteśmy w stanie się zorganizować. Na najbliższym spotkaniu mam największe szanse objąć pieczę głównodowodzącego, tak więc wolę działać z wyprzedzeniem i już wprowadzić co ważniejszych w mój plan.

– Zaczynając ode mnie – sprostował Hess. Przed spektaklem wymienił parę zdań z nadrządcami. Żaden nie podzielił się informacjami o nowym głównodowodzącym. Takie informacje z pierwszej ręki oznaczały wyłącznie kłopoty.

– Frontowi gracze zawsze przyjmują na siebie najwięcej obrażeń – zielonooki wyjaśnił, sprawdzając reakcję rozmówcy.

Hess zachował kamienną twarz. Lojalność wobec misji Królowej zobowiązywała do poświęceń, wliczając w to własne życie. Z tymże Hess był tylko szeregowym recenserem, zaś przedłużeniem ramienia jej Królewskiej Mości byli głównodowodzący z niesławnym Hegemonem na czele. Nadzorcy, w tym i Greendyed, stanowili oddzielną grupę, będącą głosicielem jedynego słusznego słowa oraz jego interpretatorem. Mimo to wszyscy wiedzieli, jaki cel im przyświecał, a podział na szeregowych i nadzorców miał charakter czysto formalny. Aczkolwiek ktoś rozkazy wydawać musiał.

Aby nieco osłodzić sobie widok nadchodzącej burzy, Hess nalał kolejną lampkę wina. Dochodził do wniosku, że im więcej wypije, tym łatwiej przyjmie do wiadomości wytyczne.

– Przestudiowałem wszystkie możliwości, jakie były dostępne. – W głosie Greendyeda dominowała duma. – Dotarłem do twoich archiwów i co się okazało, za życia należałeś do jednych z najlepszych transplantologów w szpitalu w Węźle Centralnym. Już jako recenser często pochłaniałeś umysły ścisłe, głównie inżynierów zatrudnionych w Instytucie Technokratycznym, nie porzucając wcześniej wyuczonego zawodu. Autentyczność Dariusza von Architekta jest koronnym dowodem twojej wszechstronności. Jak już się pewnie domyślasz, zamierzam wykorzystać twój potencjał, oferując zasoby tkanek niegdyś żywych oraz komponentów technicznych. Opracujesz prototyp trupa sterowanego przy użyciu fal radiowych.

– Liczysz na to, że armia maszyn wypełni luki w naszych szeregach? – Pomimo żartobliwego tonu, żadnemu zmiennokształtnemu nie było do śmiechu. Tak kuriozalny pomysł nie miał szans wypalić, zwłaszcza w ich obecnej sytuacji. Tego jednak Hess nie miał odwagi powiedzieć na głos.

– Nie zrozumiałeś. Ten prototyp, może nawet sama plotka o jego powstawaniu, zainteresuje Ojca Narodów, a za nim pójdą sznurem wszyscy agenci Kasty z dracolingami na czele. Przy pomyślnych wiatrach możemy stworzyć podwaliny nowej jednostki – odpornej na indoktrynację, niewrażliwej na ból oraz bezwzględnej w boju. Wyższy poziom nekromancji bez konieczności uciekania się do magii!

– A wy będziecie w tym czasie fetować mój sukces?

Rozmowę przerwano, ponieważ podniesiona kurtyna zasygnalizowała kolejny akt.

Na scenie ponownie zagościła dziewczyna w jasnym stroju, a za nią podążył upiór w kamiennej masce. Tym razem ich stroje nieco się zmieniły – aktorce zawieszono wzdłuż ciała lampki w dwóch kolorach. Ciepłe i chłodne barwy zapalały się raz po raz, kontrastując z zimową scenerią oraz błękitnymi światłami zawieszonymi na szyi upiora. Para kręciła się wokół powalonego drzewa, lecz to dziewczyna dominowała w tym osobliwym związku, a jej śpiew tylko dopełniał głośne i skoczne brzmienia orkiestry. Zdyszana usiadła na pniu, całkiem ignorując kokieteryjnego towarzysza. Gestem dłoni przywołał do siebie mu podobnych. Z różnych elementów sceny zaczęły wyłaniać się kolejne postacie z lampkami podobnymi do tych noszonych przez upiora. W tamtej chwili radość muzyków przybrała bardziej mroczne znamiona. Błękitne światła zalały scenę, a nosiciele, za dyktatem muzyków, zaczęli czcić aktora w kamiennej masce. Stroje poddanych mówiły jasno – bezdomni, żebracy, kalecy, łachmaniarze – poszukiwacze ukojenia w upiornym świetle. Wtem dama swoimi jasnymi kolorami wybiła się nad pozostałych. Otaczając ich swoją opoką, gasiła błękitne lampki, zapalając własne. Odmienieni w cudowny sposób padali do stóp, a potem odchodzili ze sceny, aż została ich dwójka. Dama i upiór okraszeni błękitem patrzyli na siebie z wrogością, lecz żadne nie chciało zaatakować. Cofnęli się, znikając w tym samym czasie ze sceny.

Standardowa taktyka, pomyślał Hess, analizując każdy zaprezentowany gest. Dopiero teraz zdołał zrozumieć, że otoczona ciepłymi barwami dziewczyna to Zofia Hals, wschodząca gwiazda, o której tyle mówiono przed przedstawieniem.

Wraz z Greendyedem uśmiechnęli się ponuro. Pośród recenserów utarło się powiedzenie, że udane beatrycze są okresem żniw. Tym razem dzierżącym kosę był walczący z kobietą upiór.

Po krótkim antrakcie zapalono na nowo reflektor, który blaskiem przeszył płótno przedstawiające gwieździstą noc. W jego świetle ponownie pojawiła się dziewczyna. Jej jasne barwy przygasały, jakby baterie podtrzymujące działanie lampek właśnie straciły swą moc. Gdy te całkowicie zgasły, a aktorka osunęła się na powalony pień, chłodne kolory ogarnęły całą scenę. Pozbawiona rumieńców twarz oraz szybkie oddechy towarzyszyły romantycznej melodii wygrywanej na flecie. Zofia Hals wyglądała zupełnie inaczej jak jeszcze chwilę temu, jakby przedwcześnie przejrzała na oczy i zrozumiała, czym tak naprawdę stał się spektakl. Wszystkie te obawy zniknęły wraz z pojawieniem się upiora. Nie wyglądał na wrogo nastawionego, wręcz przeciwnie. Powolnymi susami zbliżał się do niej, wyrażając swój podziw oraz komplementując jej pokrywaną lodem twarz. Patrzył to na nią, to na widownię, obserwując zachowanie tłumu.

Nie ma ucieczki, rzekł upiór.

Potężne światło reflektora uderzyło zza kulis wprost na groteskowego żniwiarza w masce. Uciekł, pozostawiając na dziewczynie naszyjnik z płatków śniegu. Ten jednak szybko zniknął, a na scenie pojawił się neferian otoczony jasną poświatą. Odmienił pogrążoną w chłodzie aktorkę, a ta skoczyła na niego, ściskając w podziękowaniach. Jej radość była tak autentyczna, tak prawdziwa, jakby rzeczywiście uratował ją przed najgorszym. A potem oboje opuścili scenę, biegnąc ile sił w nogach.

Hess poczuł, jak jego pozbawione cywilizowanych odruchów serce łomotało mocniej. Z trudem ukrywał zbierające w nim pożądanie. Greendyed skakał w krześle przy bardziej interesujących chwilach, a na wieść o braku ucieczki, niemal nie wydał z siebie entuzjastycznego okrzyku. Kiedy tylko opadła kurtyna, a orkiestra przygotowywała widownię do kolejnego aktu, recenserzy postanowili spożytkować zebrane emocje na bardziej przyszłościowe plany.

Zaczął zielonooki:

– Musimy wycofać się z Nenji. Sytuacja jest krytyczna. Na najbliższym zebraniu przekonam pozostałych nadrządców do realizacji Projektu Zaćmienie. Jeżeli plotka o inżynierze-nekromancie oraz owocach jego pracy okaże się prawdziwa, twoje działania będą stanowiły doskonałą przykrywkę dla naszych działań. Otrzymasz kilku pomocników, z którymi utworzycie drugi front. Wasz obszar działania obejmie Ludowy Krąg; ja oraz Wesloth zmobilizujemy siły w Krajowym oraz Zmiennym. W ten sposób przynajmniej jedna grupa się przedrze.

– A z drugiego zrobią sito – oznajmił Dariusz, patrząc na rozrysowaną kartkę. Plan wyglądał zachęcająco, lecz poza jego wyobrażeniem była przemiana zwykłego śmiertelnika, czy też świeżego trupa, w maszynę bojową. Po głowie Dariusza chodziła jeszcze jedna wątpliwość: – Nie zapomniałeś, że jestem wyłącznie agentem, a nie nadrządcą?

Zielonooki uśmiechnął się tajemniczo.

– Nie powinienem wyprzedzać wydarzeń, lecz skoro jako pierwszy usłyszałeś o wdrożeniu w życie projektu, to również powinieneś usłyszeć o swoim awansie. Podczas ostatniej zawieruchy wykazałeś hart ducha i wolę walki, a twoja trzeźwa ocena sytuacji pozwoliła ograniczyć straty w agentach do minimum. Długo nad tym dyskutowaliśmy i doszliśmy do wniosku, że otrzymasz awans na nadrządcę, a do zespołu przydzielimy tych, którzy mają u ciebie dług wdzięczności. Za dwa tygodnie, jak już ogłoszą mnie głównodowodzącym, udzielę swego błogosławieństwa oraz zainicjuję plan, dzięki któremu uzyskamy chociaż cień szansy na przetrwanie. Najwyższy czas narobić zamieszania, uciec pod przykrywką chaosu, dołączyć do naszych braci na południu i zniszczyć raz na zawsze Połdykanów oraz zdrajców opowiadających się za Postem. Taka jest wola Królowej!

Kurtyna ponownie uniosła się, ukazując tym razem parę aktorów o jasnej aurze, wokół których tańczyły postacie otoczone chłodem. Chociaż początkowo światło pokonywało sugestywny mrok, będący w centrum zainteresowania widocznie słabli. Dziewczyna płakała, drżała na samą myśl o tym, co się może stać. Widownia patrzyła z zapartym tchem na wirujący taniec, a część podniosła głos, gdy na scenę wkroczył upiór w kamiennej masce.

Światło reflektorów oślepiało patrzącą przed siebie aktorkę. Sceneria, muzyka, wirujące wokół sylwetki – wszystko wydało się takie realistyczne, że nie mogła przyjąć do wiadomości, że jest tylko pionkiem w czyjejś grze. Skrzywiła usta, łkała cicho, błagając o pomoc, lecz nie była do końca pewna, czy widownia po drugiej stronie nie jest wyłącznie wytworem jej wyobraźni.

Hess oraz Greendyed czuli panujące wśród widowni emocje, podniecone oddechy, zachwycone nastrojową muzyką postaci. Gdy upiór łamał czwartą ścianę swoimi ostentacyjnymi wystąpieniami, zdradzał dziewczynie, że ktoś po tej drugiej stronie mógłby ją uratować. To podjudzało aktorkę do bardziej wzmożonych, daremnych wysiłków.

Nie ma ucieczki, powtarzał upiór. Zbliżywszy się do siedzącej pary, porwał za scenę siedzącego przy niej obrońcę. Pozbawiona opieki dziewczyna patrzyła, jak to łachmaniarze, żebracy, kalecy i bezdomni próbują wyrwać z jej ciała coś dla siebie. Piękny naszyjnik z chłodnymi lampkami zniknął w blasku jasnych barw.

Nie ma ucieczki, powtarzali łachmaniarze, wyrywając z objęć bezbronnego ciała lwią część świecącej biżuterii. Aktorka krzyknęła w panice, a wszelkie próby stawiania oporu kończyły się autentycznymi ciosami w żebra. Beznadziejność sytuacji odbijała się w zaszklonych oczach, które mimo wszystko zachowywały w sobie resztki świadomości.

Nie ma ucieczki, powtarzali żebracy, łapczywie żerując na resztach pozostawionych przez ich poprzedników. Wybrawszy co piękniejsze żaróweczki, przykręcali je do swoich instalacji, zastępując chłód odrobiną ciepła. Dziewczyna z kolei patrzyła bezwiednie na gęstniejący wokół błękit.

Nie ma ucieczki, powtarzali bezdomni, zabierając ostałe świecidełka. Widownia zdała sobie sprawę, że dopiero w tej chwili mogą nawiązać szczery kontakt wzrokowy z główną bohaterką. Bezgłośne wołania o pomoc nie docierały do gapiów pobudzonych nieznanymi dotąd instynktami. Recenserzy znali doskonale ten stan – ciekawość świata, chęć eksperymentowania, przekraczania wcześniej wyznaczonych granic, wreszcie możliwość eksponowania własnego Ja. Siedzący na balkonie poczuli, jak bijące co sił serca widzów zaraz padną ze zmęczenia. Obawiali się tylko tego, że pod wpływem doznawanych emocji ktoś wybudzi się z muzycznego letargu i powiadomi Kastę o zbrodni praktykowanej na deskach teatru.

Nie ma ucieczki, powtarzali w końcu kalecy, którzy swoimi wynaturzonymi kończynami zabierali zostawione przez innych ochłapy. Rechotali jak zwierzęta, przykręcając potłuczone światełka do wolnych gniazd. Obnażywszy do reszty ciało dziewczyny, patrzyli na nią z obrzydzeniem. Dokąd dąży ta, która wcześniej dawała światło – dało się usłyszeć z powykręcanych ust.

Nie ma ucieczki, powtórzyli upiór wraz z mężczyzną, wróciwszy na scenę. Spoglądając badawczo na dziewczynę, nie dostrzegali dla niej ani krzty nadziei na wyswobodzenie z tej sytuacji. Wszyscy zanieśli się śmiechem. Brutalnym śmiechem wywołującym u wrażliwych widzów łzy. Upiór w końcu uniósł się nad Zofią swą mocą nakazał nałożyć zebranym kamienne maski.

Nie ma ucieczki, wymówiła bezgłośnie dziewczyna, patrząc resztkami sił na zgromadzenie. Ostatnim świadomym czynem było wyprostowanie swego ciała i oczekiwanie na finał. Z morza błękitu zaczęło wyłaniać się jasne światło. Nie budzące zainteresowania lampki zaczęły zmieniać swą barwę, potem ciepło rozlało się na zgromadzonych, aż w końcu strój upiora przypominał otoczony słoneczną łuną księżyc.

Przecież nigdzie nie uciekam, stwierdziła swą postawą dziewczyna, która zamknęła oczy, uśmiechnęła się błogo i ułożyła do snu. Kotara opadła w dół, a ciemności w sali ustępowały światłom lamp. Te na nowo ożywiły pomieszczenie, a lekko zmęczonych widzów pobudziły finalne akordy recenserdzkiej orkiestry. Nabrawszy sił, klaskali bez opamiętania, a ukłonom trupy aktorskiej nie było końca. Jeszcze przez wiele dni będą opowiadali o wspaniałym przedstawieniu "Damy w śniegu" z Zofią Hals w roli głównej, drwiąc jednocześnie z nenjijczyków niezaproszonych na tak elitarne wydarzenie jakim od zawsze były beatrycze.

W końcu na sali nie było nikogo. Nikogo, oprócz dwójki siedzących na balkonie recenserów.

– Wygląda na to, że Zofia Hals została jedną z nas. Szkoda. Tak dobrze się zapowiadała jako znana na całym kontynencie gwiazda – zielonooki zaśmiał się, ale jego żart nie wywołał uśmiechu na twarzy Hessa.

– Będzie z niej recenser?

– Raczej nie. Jej ciało jest wątłe. Myślę, że jej życiową rolą stanie się bycie tarczą strzelecką podczas naszej ucieczki z miasta.

Wypiwszy wino do ostatniej kropli, Greendyed wyciągnął z teczki ostatni dokument. Kartotekę stanowiącą podwaliny nowej osobowości, z której w przyszłości będą korzystali recenserzy.

Wielki, wytłuszczony nagłówek przedstawiał podstawowe personalia obowiązujące w Krainie – imię, wiek oraz miejsce urodzenia. Poniżej zamieszczono zdjęcie z archiwów prywatnych, a tuż obok drobnym drukiem wyszczególniono najważniejsze informacje. Kilka akapitów informacji o przeszłości, charakterze i ambicjach młodej aktorki potrzebowało jeszcze jednej wzmianki – szczegółów jej tajemniczego zniknięcia z życia publicznego.

Hess spojrzał raz jeszcze to na scenę, skąd właśnie zabierano nieprzytomną Zofię, to na dokument widniejący na stole. Nadstawił uszu, gdy tylko Greendyed zaczął czytać:

 

***

 

Zofia Hals, urodzona w 947 roku w Nenji. Neferianka. Swoje imię zawdzięcza okolicznościami przyjścia na świat – w najważniejszy dzień okresu nazywanego Ynn'Thall – wśród krajan obchodzone jest równolegle Wigilia Gorejących Serc. Większość życia spędziła w Krajowym Kręgu. Od najmłodszych lat członkini fanklubu promującego Księżną Seleste i odrzucająca dyktat miłościwie nam panującego Ojca Narodów. Na progu dorosłości działaczka polityczna, notoryczny uczestnik prokrajowych wieców.

Pomimo swoich politycznych przekonań, chciała pójść w ślady swoich rodziców, zostając gwiazdą estradową występującą na deskach teatrów w całej Krainie. Swój talent odkryła w trakcie beatryczy w 962 roku, kiedy odgrywała rolę Świetlistej Córeczki w spektaklu "Mroczne wygnanie" autorstwa duchowego spadkobiercy twórczości Północników. Większość dzieciństwa spędziła dobrowolnie ćwicząc przed lustrem i pozując do wybranej przez siebie sceny. Hobby połączone z chronicznym brakiem rodzicielskiej miłości (zawsze w rozjazdach) skutkowało niskimi wynikami w szkole oraz upośledzeniem społecznym. Mimo tych wad, swoją grą potrafiła skraść serce nawet najbardziej ponurego krytyka. Dostrzegli to reżyserzy beatryczy, którzy w tytułowej roli "Damy w śniegu" obsadzili właśnie Zofię Hals. Występ w 964 roku dał jej sławę na całą Krainę, a niedługo po tym – miano najlepszej młodej aktorki teatralnej na kontynencie.

Prywatnie Zofia Hals należała do aspołecznych dziewcząt. Dobrze się czuła wśród swoich wyśnionych ról oraz spektakli. W przerwach między próbami wiele czasu poświęcała na pisaniu własnych scenariuszy, lecz z nikim nie dzieliła się swoimi dziełami. Udana kariera aktorska miała przysporzyć jej bogactwa, za które miała postawić teatr, gdzie wystawiałaby własne beatrycze. Spekulanci twierdzą, że wyrobiona latami marka pozwoliłaby z powodzeniem przenieść typowo nenjijskie wydarzenie w głąb Krainy.

Największym marzeniem Zofii Hals było założenie prawdziwej rodziny. Brak rodziców oraz trudności z nawiązywaniem kontaktów uczyniły z aktorki socjopatkę. Po kilku miłosnych zawodach próbowała popełnić samobójstwo, lecz dzięki leczeniu farmakologicznemu zdołała wrócić do umiłowanego zawodu.

 

***

 

– Myślę, że wiem jak to uzupełnić – powiedział Hess, spoglądając na Greendyeda. – Zofia Hals padła ofiarą nieszczęśliwej, zawistnej wręcz miłości. Podczas jednego z występów uwiodła pochodzącego z Cienia możnowładcę, który zakochał się w niej na zabój. Aktorka, po zakończonym tournée, otrzymywała liczne listy z pogróżkami, że jeśli się mu nie odda, całkowicie zniszczy jej życie. Chcąc uwolnić się od jego wpływu, pewnego dnia zabrała swoje rzeczy z mieszkania i już miała uciekać do Stolicy, lecz po drodze trafiła na zawistnego kochanka. Kiedy powiedziała mu w twarz, że ma dość jego prześladowania, ten stracił nad sobą panowanie i roztrzaskał jej głowę na ziemi.

– Zbyt krwawe. Znowu nam zarzucą, że zamiast skupiać się na faktach, spełniamy nasze sadystyczne fantazje – cmoknął Greendyed. – Wrócisz z beatryczy, to napiszesz jeszcze jedną wersję. Nieco lżejszą, żeby nie wyszło na to, że wszyscy w Nenji umierają śmiercią tragiczną.

Zamknąwszy teczkę, zakończono spotkanie. Hess przed opuszczeniem teatru raz jeszcze przywdział maskę Dariusza von Architekta, depresyjnego inżyniera.

Spektakl, przyszłe plany, wizja sprowadzająca na niego zagładę. Zupełnie, jakby nałożono na niego piętno skazanego na porażkę. Widział przed sobą ostatni akt, ale tym razem to on stał na scenie. Miał być tym, z którego zedrą dosłownie wszystko i pozostawią na pożarcie.

Bzdura! – pomyślał, spacerując w deszczu. Po prostu "Dama w śniegu" wywołała w nim zbyt wielkie emocje i etykieta zblazowanego, pozbawionego perspektyw maegera za bardzo do niego przywarła.

Armia cybertruposzy – zaśmiał się rozbawiony kuriozalnym wytworem własnej wyobraźni. Przez resztę drogi do mieszkania gwizdał motyw przewodni ze spektaklu, zastanawiając się, jakie komponenty mechaniczne będzie musiał sprowadzić do swojej pracowni.

 

Koniec

Komentarze

Mordeczu, a czy nie mógłbyś z tego czegoś, co, jak sam piszesz, jest niedokończonym fragmentem, zrobić prawdziwego opowiadania?

Wiedz, że fragmenty są tu czytane bardzo niechętnie i raczej z rzadka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mordeczu, wybacz, ale nie zrozumiałam kompletnie niczego.

Nowa Fantastyka