- Opowiadanie: LanaVallen - Nie spalaj feniksa w krwi jego

Nie spalaj feniksa w krwi jego

Słowem wstępu: narracja tutaj jest trochę inna, wszystko zamierzone. Opowiadanie pisane dosyć długo, bo z licznymi przerwami. Jest to taki trochę mój eksperyment, więc naprawdę przydadzą mi się wszelkie opinie ;) 

 

 

(*) – cytaty pochodzą z Sonetu XIX W.Shakespeare’a, przetłumaczyłam i zinterpretowałam (?) je sama; nie jest to wyjątek z oficjalnego tłumaczenia. Dotyczy to również tytułu. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Nie spalaj feniksa w krwi jego

Pożar w Domu Weselnym nie należał do zamachów. Nie był zaplanowany. Zwęglone deski i ocalałe zastawy stołowe nie miały być manifestem przeciwko instytucji małżeństwa.

Obecny tu Narrator nie jest w stanie zapewnić o prawdziwości tego, co widział, ale może zdać relację na temat niesławnego Doktora, gdyż miał ten zaszczyt poznać go osobiście. Jako Narrator nie powinien kierować się rzekomymi sympatiami, spróbuje więc oddać wszystko możliwie jak najrzetelniej. 

A zaczęło się od kobiety. 

 

Żoną Doktora została powszechnie znana Profesorowa. Jej najważniejszą zasadą, jak sama mawiała, było “carpe diem”. No więc chwytała. Jednego dnia wraz z Dziekanem, innego razem z Rektorem. Doktor, ze swoim drobnym tytułem, nie mógł długo liczyć na względy ukochanej. Powód w dokumentacji rozwodowej: “niespełniony cenzus wykształcenia”. Bolesna sprawa.

Uznany jako podmiot sprawczy, pod oskarżającym spojrzeniem ławy przysięgłych, przypadkowo złożonej z samej płci pięknej, usunął się w cień. 

Narrator wielokrotnie odwiedzał Doktora w jego posiadłości o wątpliwym stanie bezpieczeństwa i za każdym razem powtarzała się taka oto sytuacja: Doktor wracał z piwnicy z zakłopotaną miną, pocierał dłonie o spodnie, po czym próbował doprowadzić się do porządku. Jako niezbyt wysoki, ale bardzo szczupły mężczyzna, w przydużym swetrze i zbyt szerokim spodniach, które musiał mocno zaciskać paskiem, sprawiał wrażenie niezwykle drobnego. Dodając do tego bladą, wręcz białą skórę, i prawie siwe włosy można orzec, że wyglądał jak zjawa.

– Nie spodziewałem się… Och, taki tu nieporządek… Wiesz, nie miałem czasu – sapał niezdarnie. 

– Spokojnie – odpowiadał Narrator.

Później przechodzili do zwyczajowych pogaduszek.

W każdej historii jest jakiś punkt zapalny, moment, zmieniający wszystko. Dla Doktora był to niefortunny rozwód. Dla Narratora zaś pytanie, które nurtowało go od dawna, a które zadał dopiero po którejś z kolei wizycie.

– Co ty tam robisz w tej piwnicy, przyjacielu?

Początkowo Doktor zdawał się nie usłyszeć pytania. Zareagował po kilku długich, przesiąkniętych milczeniem sekundach.

– W… w piwnicy? – wyjąkał speszony.

– Tak. W piwnicy – odpowiedział Narrator jak zwykle bez cienia niecierpliwości. – I uprzedzając twoje kolejne pytanie: w tej, z której wychodzisz za każdym razem, gdy do ciebie przychodzę. 

Znowu upłynęło kilka chwil. 

– Może najlepiej będzie, jak ci pokażę.

Schodząc do tego sekretnego pomieszczenia, Narrator jeszcze dotkliwiej odczuł zaniedbanie domu. Każdy krok w dół, pod którym nie zapadła się deska, uważał za zwyciężony, a każde skrzypnięcie, nie powodujące ostatecznie zerwania sufitu, za cud. Jeśli Narrator może pozwolić sobie na słowo refleksji, to powie w tym miejscu, że mimo to cały dom, a w szczególności piwnica, miały w sobie przedziwny urok. Przychodząc do Doktora bał się, ale i drżał z ekscytacji.

Gdy w końcu udało im się zejść na dół, Doktor był jeszcze bledszy niż zwykle. 

– Nikomu jeszcze tego nie pokazywałem… Nie jest mądrze ufać komukolwiek w takich kwestiach. Większość ludzi myśli tylko o własnych zyskach, znaczy nie ty, dlatego właśnie pozwolę ci, ale…

Narrator położył dłoń na ramieniu zdenerwowanego przyjaciela.

– Moje usta pozostaną zamknięte. 

Doktorowi najwidoczniej wystarczyło takie zapewnienie, bo przekręcił klucz w zamku.

Po przekroczeniu progu pomieszczenia można było poczuć się jak w jednej z tych przepełnionych parą powieści, które ostatnio zyskały na popularności. Bowiem na licznych stołach piętrzyły się góry bezwartościowego złomu, a wszędzie, gdzie jeszcze się dało, wylegiwały się klucze, śrubki, kołatki i przekładki. Podłoga została wyłożona metalicznymi kafelkami, a ściany „zdobiła” brudnoszara tapeta. Jedyne, czego brakowało, to tajemniczego wynalazku – znaczy na samym środku stało wielkie coś przykryte płótnem, ale Narrator miał wielką nadzieję, że to po prostu lubieżna rzeźba, którą dla dobra własnej opinii należało zasłaniać.

Jednak, jak to zwykle bywa, prawda jawiła się jako dużo bardziej złożona i nienaturalna. Doktor zerwał płótno i ich oczom ukazała się złowrogo wyglądająca maszyna.

– Uff… Bałem się, że coś będzie nie tak – szepnął uradowany.

– Doktorze, przyjacielu mój. Co to jest, na Boga?! 

– Nie podoba ci się? Byłem pewny… Myślałem, że właśnie tobie się spodoba. 

Narrator westchnął. Czasami zapominał, że inteligencja i szaleństwo to dwie strony tego samego medalu. 

– Czy to jest, i niech Bóg cię chroni, jeśli potwierdzisz, owa machina czasu, o której próbowałeś napisać w mojej gazecie? 

Nie wiedzieć czemu oczy Doktora radośnie zalśniły, a usta zakrył dłońmi. 

– Tak! Och, wiedziałem, że zgadniesz! 

– Nigdy nie miałeś mi za złe tego artykułu, ale rozumiesz, dlaczego nie mogłem go puścić? Samo myślenie o takich machinach jest uważane za zbrodnię, a faktyczne zabranie się za nią to… to… – W tej sytuacji nawet jemu trudno było zachować spokój. – Nieważne czy działa, czy nie, czeka cię szafot!

Oburzony Doktor położył dłonie na biodrach. 

– Oczywiście, że działa! Inaczej bym ci jej nie pokazał. 

– Przyjacielu… – Narrator załamał ręce.

– Może i masz rację, ale tylko, jeśli mnie złapią.

– Raczej kiedy. Kiedy cię złapią.

Ale Doktor nie słuchał. Już dawno stał przy maszynie i grzebał w obwodach. Wydawał się przy tym tak skupiony, jakby zapomniał o wszystkich swych problemach. Narrator z pewnością nie chciał kazać wracać mu do codziennej gehenny, ale znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Należało przecież skończyć to szaleństwo, prawda? 

– Co zamierzasz? – Żadne inne pytanie nie przyszło mu do głowy. 

Doktor rzucił nań spojrzenie, którym zaszczyca się jedynie idiotów lub dzieci. Takie dobrotliwe politowanie, potrafiące wzburzyć nawet największych stoików. Złość nie obeszła więc również Narratora. 

Aczkolwiek, zanim choćby otworzył usta, Doktor już popędził z wyjaśnieniem (a szkoda, bo Narrator miał przygotowanych parę niemiłych słów).

– No jak to co? Zademonstruję ci mój geniusz! 

Doktor był jedną z tych osób, potrafiących zmienić się w ciągu kilku sekund. Nie został ślad po dawniejszym zdenerwowaniu czy zagubieniu. 

– Aha! – sapnął drugi z mężczyzn, ten w pełni władz psychicznych. – Wiesz, powinienem spróbować cię ratować od coraz większego tonięcia w tej kałuży błota, którą żeś sobie nawlókł, ale dobrze. Demonstruj. – Kto żyw, nie widział tak wzburzonego Narratora. 

Twarz Doktora przyoblekła się miną kojarzoną jedynie z naprawdę małymi dziećmi. Wydął usta, przymknął lekko oczy i wysunął podbródek. Zdawał się mówić: „Już ja ci pokażę!”.

– Wszystko ustawione, możemy wchodzić – powiedział na głos. 

Maszyna faktycznie wyglądała na włączoną, ale to jedyne, co Narrator był w stanie o niej powiedzieć. Sprawiała bowiem wrażenie niezdatnej do użytku, a co więcej – na bardzo niestabilną. Rozległo się sapanie; wprzódy jakoby umęczonego gruźlicą starca, później człowieka z płucami pełnymi sadzy. To zdecydowanie brzmiało lepiej. Teraz Narrator wiedział, że maszyna najpierw stanie w ogniu, a dopiero potem wybuchnie. 

– Jak to: „my”? – zapytał więc, na próżno próbując ponowie odzyskać rezon. 

Znowu dobrotliwe politowanie.

– No przecież jak inaczej chcesz się przekonać, że maszyna rzeczywiście działa, jeśli nie pójdziesz ze mną?

Och, tak. Narrator w tamtym momencie pożałował swojego pytania. Wiedział, że nie może się wycofać, skoro sam chciał wiedzieć, co jest w piwnicy. Już wiedział. I nagle okazało się, że jednocześnie stał się elementem doświadczalnym. 

– Więc uważasz, że naprawdę przenosi w czasie? 

– O nie, mój przyjacielu. Niczego nie uważam. To jest prawdziwa machina czasu. Co prawda potrafi tylko to – nie przeniesie nas nagle do Afryki – i nie znam jeszcze jej pełnej rozpiętości czasowej, ale i tak taki światły człowiek jak ty powinien być pod wrażeniem – powiedział jakoby z wyrzutem. Szczególnie słowo „przyjaciel” zabrzmiało nieprzyjaźnie. 

– Przepraszam. Nie chciałem zabrzmieć tak, jakbym w ciebie nie wierzył. Po prostu…

– Wiem, masz wątpliwości – przerwał, uspokajając go wyciągniętymi dłońmi. – Słuszne i zdroworozsądkowe. Szczerze: miałbym cię za wariata lub kłamcę, jakbyś zareagował zbyt entuzjastycznie. Ale proszę, pozwól wyprowadzić się z błędu. 

– Nooo… dobrze – wystękał.

Taki już był ten Narrator – dla przyjaciół potrafił zrobić wszystko. Nie musiał się długo namyślać, bo nie należało odmówić. Poza tym pamiętał o tym niesławnym przypadku Sędziego. Na co dzień imający się prawa, w sekrecie wymyślił i zbudował działającą machinę czasu. Sędzia narobił sporo złego, nie obyło się bez ofiar, więc manipulacje czasowe zostały surowo zakazane. Szczególnie, że podczas eksplozji niestabilnej maszyny zginął sam Dziedzic.

Czuł, że znalazł się w patowej sytuacji. Będąc po stronie Doktora wręcz namawiał go do kontynuowania eksperymentów. Jednak będąc przeciwko, nie mógłby pomóc mu, gdyby stało się coś złego. 

Doktorowi momentalnie zapaliły się iście szaleńcze iskierki w oczach. Znowu był w swoim naukowym azylu. Zaczął gmerać przy maszynie, naciskać przyciski, pociągać wajchy. Ku wielkiemu niezadowoleniu Narratora nie trwało to długo. Już po chwili bowiem Doktor odwrócił się z uśmiechem kota z wąsami ubrudzonego śmietaną. 

– Zdejmij zegarek – rozkazał Doktor. – I zostaw na stole. 

– Po co? – zapytał Narrator w trakcie rozpinania. 

– Z powodu niedoskonałości maszyny zapewne przeniesiemy się zaledwie chwilę wstecz. Tak od jednej do pięciu minut. Będziesz miał żywy, własny dowód. 

– Zapewne? Nie masz władzy nad wybraniem czasu? 

– Jeszcze do tego nie doszedłem – wystękał mimochodem. Był zajęty przeglądaniem małej, szklanej płytki wgłębi maszyny. Wyglądała jak szyba, tyle tylko że o czarnej barwie, więc nie przeświecała przez urządzenie. Narrator nie był jednak pewny, czy to przez kolor, czy raczej dlatego, że płytka ta nie miała nic wspólnego z funkcją szyby. – Która jest dokładnie godzina?

– Trzynasta trzydzieści dziewięć i dwadzieścia sekund.

Już trzydzieści sekund później oboje stali w ciasnej metalowej klatce. Słyszeli jak maszyna chrzęści coraz bardziej. Teraz to już był starzec z gruźlicą, którego właśnie wynieśli ledwie żywego z pożaru. Ostatnie jej tchnienie brzmiało tak, jak mogłoby brzmieć ostatnie tchnienie tegoż właśnie starca, dech świszczący i wywołujący ciarki na ciele.

Nastała cisza. Sekundę później świat zdawał się wirować. 

Narrator chciałby w tym momencie zwrócić uwagę na słowo „zdawało”. Albowiem nie za bardzo wie, co dokładnie poczuł. Znając późniejszy przebieg wypadków, zapewne nie było to nic więcej ponad zwyczajne ludzkie poddanie się chwili. 

Będąc już poza maszyną, Narrator zaczął przyglądać się pomieszczeniu. W żadnym konkretnym celu, bo w końcu Doktor sam powiedział, że nie przeniosą się zbyt daleko, więc wygląd pokoju zwyczajnie w świecie raczej nie powinien był się zmienić. I faktycznie, trochę rozczarowany, nie zauważył niczego nowego. Najwyraźniej skrycie liczył, że nastanie go inny wiek. 

Doktor stał z konspiracyjną miną z zegarkiem w ręku.

– Trzynasta trzydzieści dziewięć i dwadzieścia sekund – szepnął. – Ta, o której odłożyłeś zegarek. Więc przenieśliśmy się o około półtorej minuty! 

Narrator już bardzo dawno nie widział go tak szczęśliwego i dumnego jednocześnie. Ostatni raz wyglądał tak podczas ślubu z Profesorową. Wciąż rozkojarzony, sięgnął po zegarek i założył go. 

– Rzeczywiście, trzynasta trzydzieści dziewięć i… – przerwał i jeszcze raz spojrzał na tarczę. –… i dwudziesta sekunda… Przyjacielu, eee… – Nie za bardzo umiał zebrać słowa. Szczególnie, że Doktor właśnie zaczął nucić „Gdzie się podziała tamta Doktorowa”. – Wydaje mi się, że zegarek stanął. Albo od razu, gdy go zostawiłem, albo chwilę wcześniej, a ja nie zauważyłem – mamrotał z wielką żałością w głosie.

Ale Doktor nie słuchał. Majstrował przy maszynie, gwiżdżąc w przerwach od śpiewania.

– Nawet wiem, co muszę zrobić, aby zwiększyć jej efektywność. Spokojnie, przyjacielu, już niedługo to my będziemy się śmiać – zagrzmiał i uniósł palec wskazujący. – Stępiaj pazury lwa, czasie żarłoczny, stępiaj!*

 

W ciągu paru następnych dni Narrator ani razu nie pojawił się u swego przyjaciela. Jego wymówką były ostatnie słowa, które rzucił doń Doktor, wtedy kiedy jedną nogą stał praktycznie za drzwiami. Powiedział: „Za tydzień Doktorowa (jakoś tak nagle zaczął nazywać tę przebrzydłą maszynę) będzie w znakomitej formie, mówię ci!” 

To jednak wcale nie zwalniało go z powinności odwiedzenia przyjaciela choć raz w przeciągu tego tygodnia. Nawet jeśli momentalnie zostałby wyproszony, tak nakazywało dobre wychowanie. Aczkolwiek prawda była taka, że mężczyźnie zwyczajnie się nie chciało. Nie miał ochoty patrzeć znowu na ten rozmarzony błysk doktorowych oczu, wiedząc że albo w niedługim czasie kompletnie się załamie, albo trafi na szafot. Przy okazji próbował znaleźć sposób, aby odciągnąć Doktora od całej tej machiny, czy też „Doktorowej”, nie szkodząc jednocześnie jego umysłowi, ale raz za razem ponosił porażkę. Było to zadanie ponad lotny umysł mężczyzny. Co bardziej akuratne, a z czego Narrator nie zdawał sobie sprawy, najzwyczajniej marzył o podróżach w czasie. Jakkolwiek przeczyłyby temu jego słowa, chciał, aby przyjacielowi się powiodło. 

Dokładnie tydzień później Narrator w połyskującym w słońcu kapeluszu i brązowym płaszczu zapukał krótko, lecz pewną ręką, do zapadłej rezydencji Doktora. Ach, jak bardzo człowiek potrafi zmienić się pod wpływem konkretnych bodźców. Gdyby Narrator nie miał tak rozsądnego umysłu, jaki niewątpliwie ma, byłby pewien, że jakimś sposobem przeniósł się w czasie bez wchodzenia do metalowej trumny.

Bowiem stojący przed nim człowiek prawie niczym nie różnił się od tego sprzed dwóch lat. Co prawda w ciągu tygodnia nie był zdolny przybyć zbyt wielu kilogramów ani nagle nie odmłodniał, ale ubranie miał niezwykle eleganckie, a włosy zaczesane do tyłu. Odcień skóry nie przypominał już wziętego od zjawy, był zdrowy i nawet z lekka zaróżowiony. Największe zaskoczenie stanowiły jego oczy: odbijał się w nich czysty ekscentryzm, nie zabarwiony strachem ani zagubieniem. Znowu sprawiał wrażenie człowieka wybitnie inteligentnego, nie mającego cierpliwości dla ułomnych w tej kwestii. Na przywitanie wyciągnął dłoń.

– Wiedziałem, że przyjdziesz, przyjacielu. Byłem pewien.

– Po twej radości wnioskuję, że idzie ci coraz lepiej – odpowiedział Narrator, oszołomiony wyrazistością głosu przyjaciela.

– Ha, właśnie zaczynam „Sonatę f-moll”. Szkoda, że nie mam czterech dłoni! – zakrzyknął, a w jego oczach z powrotem ukazały się błyski przerażenia. 

Gdy już zamknęły się drzwi, a płaszcz i kapelusz zawisły na haku, Narrator zapytał z odpowiednią dozą zmartwienia.

– O co chodzi?

– Paru takich zaczęło się interesować. Często przechodzą pod domem. Lepiej być ostrożnym. 

– Słucham?!

Doktor machnął ręką.

– To nic takiego. Odkąd prowadziłem eksperymenty co rusz ktoś się interesował. Trochę zapomniałem, jak to jest przez tę moją długą przerwę. Herbaty? – zapytał mimochodem. 

Krew Narratora zaczęła się burzyć pod wpływem jego spokojnego głosu. Było gorzej niż myślał. 

–Nie! Nie chcę herbaty! – krzyknął. – Co z tobą?! Nie zajmujesz się już preparatem na porost włosów! Jeśli ktoś zaczął się interesować, jesteś jedną nogą w grobie! 

Doktor znowu przybrał tę głupią minę obrażonego dzieciaka. 

– Ech, nic nie rozumiesz – bąknął. Odwrócił się i podszedł do ukrytych drzwi prowadzących do piwnicy. Cała jego wcześniejsza radość i pewność siebie znikły. –Może jak zobaczysz, co udało mi się przez ten tydzień osiągnąć, to zmienisz podejście. Idziesz?

Czy Narrator poszedł? Oczywiście, że tak. 

 

– Pamiętasz tamte półtorej minuty? – zaczął Doktor znienacka. – To było ekscytujące, ale niezbyt znaczące. Osiągnięcie, ale nie takie, którym można się chwalić. 

Narrator chciałby w tym momencie zaznaczyć, że Doktor mówił o tym feralnym „przeniesieniu” w czasie, a nie o czymkolwiek innym! A już na pewno nie o TYM. 

– Myślałem więc i sądzę… Nie, jestem pewien, że udało mi się zwiększyć jej skuteczność. Ale tak naprawdę dobrze. Nawet do kilku lat wstecz! Dodatkowo podróż nie jest przypadkowa – mogę ustawić Doktorową z dokładnością co do godziny – kontynuował entuzjastycznie. Właśnie wyciągnął klucz i otworzył drzwi. 

– Ekhm… to brzmi niesamowicie – podsumował drugi z mężczyzn. Z całych sił próbował nie zabrzmieć sceptycznie. 

Dla Narratora największym osiągnięciem Doktora było sprawienie, że maszyna nie wydawała tych przerażających odgłosów krztuszenia się. Generalnie „Doktorowa” miała się znacznie lepiej. Wiele części, które wydawały się wcześniej Narratorowi używane, teraz wyglądały na najwyższą klasę stali, lśniącą w blasku żarówek. 

Doktor zaprosił przyjaciela do środka, nie mówiąc tym razem nic o zegarku. W końcu mieli przenieść się o kilka lat…

– Trzy… dwa… jeden… – odliczał. 

Tym razem nic się Narratorowi nie zdawało. Doznał faktycznego szoku, a zawroty głowy były jak najbardziej prawdziwe. Czuł, że coś jest nie w porządku (choć raczej powinien był myśleć odwrotnie). Miał mroczki przed oczami; gdy udało mu się wyjść musiał chwycić się stołu i głęboko zaczerpnąć powietrza. Co ciekawe, a co dodatkowo potwierdziło ich sytuację, w pokoju nie było niczego oprócz tego starego stołu.

Kiedy w końcu wróciła mu ostrość widzenia, zauważył, że przyjaciel ma podobne problemy, ale w odróżnieniu od niego na twarzy Doktora widniała szalona ekscytacja. Narrator jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nie chciał przyłożyć mu jak w tamtym momencie. 

– Chodź – rozkazał z głupkowatym uśmiechem Doktor. – Musimy iść na wesele. 

– Wesele? Kogo?

Ten jednak jedynie uśmiechnął się jeszcze bardziej podstępie. 

– No chyba nie twoje…? – zapytał Narrator z przestrachem. 

W głowie zaczęły krążyć mu mroczne myśli. Mógł zepsuć przyszłość, sprawić, że straciłby osiem lat z Profesorową w jednej chwili. Choć może właśnie o to mu chodziło. Nagle poczuł złość, która narastała z każdym słowem. 

– Czyli po to budowałeś tę maszynę… 

– Doktorową! 

–…żeby zepsuć własne wesele – ciągnął niezrażony. 

Znowu przypomniał mu się Sędzia, który przecież zbudował maszynę czasu, aby naprawić relację z córką. Kiedy wrócił do teraźniejszości, córka nie żyła od trzech lat. 

Doktor poczerwieniał na twarzy, próbował coś powiedzieć, ale wyglądał jak ryba wyrzucona na brzeg. Złapał się pod boki.

– Zepsuć?! To był najlepszy dzień… najlepsze cztery dni… mojego życia! Chciałem tylko znowu je przeżyć. Zobaczyć… Ech, nieważne. – odpowiedział. – Chodźmy już. 

Narrator zauważył, że ściany, sufit i nawet schody były w dużo lepszym stanie niż w przyszłości. Po prawdzie czuł się swojsko i obco jednocześnie; jakby znał ten dom bardzo dobrze, ale nagle mieszkał tu ktoś nowy, wprowadzając inną atmosferę, zapach i gust. 

– Ach, to jej styl. Jak ona uwielbiała ten kolor! – mówił rozmarzony Doktor, rozglądając się w drodze do drzwi wyjściowych. 

Jednakże ignorował szczegóły, które nie mogły umknąć uwadze Narratorowi: miłosne zdjęcia Profesorowej z łysym mężczyzną, duże męskie ubrania, zapach cygar. Nic z tego nie pasowało do Doktora, nawet tego sprzed kilku lat. 

Ten jednak parł dalej, kompletnie zapominając, że technicznie nie powinno ich tu być i ogólnie nikt nie może ich rozpoznać.

– Ślub odbył się godzinę temu, więc wesele już trwa. To niedaleko stąd, możemy pójść na piechotę – oznajmił Doktor. 

– A co z nami? Przecież nikt nie może nas rozpoznać. 

– Maski, mój przyjacielu. Nie pamiętasz już, że nasze wesele było jednocześnie balem maskowym? 

Ach, tak. Narratorowi wróciły wspomnienia. Nie ma co – osobliwą kobietą była Profesorowa. Zawsze inaczej od innych, zawsze pod prąd, ale i zawsze z odpowiednią dozą elegancji. Później dowiedział się, że w Domu Weselnym to stało się tradycją. Prawie każde wesele było organizowane tam w maskach.

Gdy tylko wyszli na świeże powietrze, mężczyzna zwrócił uwagę jak bardzo słoneczny był dzień. Teraz, kiedy już wróciły mu wspomnienia tamtego dnia, pamiętał, że padało. Nie mogło być inaczej – miało być w końcu idealnie, a Doktor od początku starał się ze wszystkich sił, aby zadowolić ukochaną, ale przeważnie mu nie wychodziło. Nawet pogody nie potrafił dopasować. Padało i to mocno, Narrator nie miał co do tego wątpliwości. Ale w dniu, do którego się przenieśli, świeciło słońce. 

Nagle niedaleko nich przemknął Cadillac V16. Przecież to niemożliwe! Ten model miał być wprowadzony do użytku dopiero za pół roku. Doskonale pamiętał, jak parę dni temu zatwierdził o tym artykuł do swojej gazety! 

Czyżby…? Nie, to przecież całkowicie niedorzeczne! Jak można przenieść się w przyszłość zamiast w przeszłość? Przecież na pewno w maszynie była jakaś wajcha czy pokrętło. Myśli Narratora stanowiły kwintesencję rozsądku, ale z uwagi na sytuację rozsądek nie za wiele mógł pomóc. Czy pomylenie się w ustawieniu odpowiedniego czasu było absurdalne? Oczywiście, jak najbardziej. Trudno o większy nonsens. Ale tak właśnie się zdarzyło. 

Mężczyzna potrzebował już tylko jednej rzeczy, żeby się całkowicie upewnić. Wyszukał wzrokiem najbliższego gazeciarza i podczas gdy Doktor pruł naprzód, ten podbiegł szybko do chłopca i spojrzał na gazetę. Starając się nie dostrzec nagłówka, zauważył datę. Przenieśli się dwa lata w przód.

– Zobaczyć to, co już znam, w porządku. Ale na to się nie pisałem – mruknął oburzony Narrator. 

– No, żwawiej! – zawołał Doktor.

Mężczyzna dołączył do przyjaciela i lekko dysząc zamierzał przekazać mu złe wieści.

– Chwila, muszę ci coś powiedzieć. 

Doktor znowu zaczął pruć naprzód i nawet nie odwrócił głowy.

– Tak? 

Zanim Narrator zdążył powiedzieć choć słowo, Doktor nagle wyhamował.

– Tam! Spójrz! To nasz Dom Weselny. Pamiętam, że jest tylne wejście. Będziemy mogli się wślizgnąć. 

Patrząc w twarz przyjaciela, w te rozbiegane oczy i rozedrgane usta, na zarumienione policzki i dziecięco uniesione czoło, Narrator nie potrafił wydusić słowa. A prawda i tak zaraz sama miała wyjść na jaw – nawet jeśli będzie trwało jakieś wesele, to kogoś innego.

Więc w milczeniu ruszyli do przepięknego budynku o alabastrowych ścianach i korynckich kolumnach. Nazwa została finezyjnie wykuta nad wejściem. Budynek wyglądał jak po gruntownym remoncie, więc całość naprawdę robiła wrażenie, ale Narratorowi kojarzył się z pobojowiskiem jakie wywołać może jedynie czterodniowe picie. Od razu zrobiło mu się niedobrze.

Porzuciwszy szkaradne wspomnienia zauważył, że pod Domem Weselnym i w okolicy roiło się od przyjeżdżających i odjeżdżających powozów. Narrator westchnął przeciągle, bo miał nadzieję na rychły powrót do domu, a wiedział, że byłoby szybciej, gdyby Dom stał po prostu pusty. Spostrzegł również, że wciąż, mimo upływu dwóch lat, wesele organizowane było w maskach.

Doktor pociągnął go za poły płaszcza, niczym młokos, a, jak uprzejmie chciałby w tym momencie zauważyć Narrator, oboje zdecydowanie nie byli już młodzikami. 

W końcu znaleźli się pod odpowiednimi drzwiami, ale stanowiło to większy problem, niż zakładali, bo przy głównym wejściu stało parę znanych im twarzy. Ich widok jeszcze bardziej rozochocił Doktora, ale Narratora skłonił do przemyśleń. Który z jego znajomych ma tych samych znajomych co on? A co ważniejsze: który z tych znajomych zaprosiłby tych konkretnych znajomych? Jakoś tak złe przeczucie uczepiło się niego znienacka. 

Doktor wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza dwie białe maski. 

– Masz jakiś… plan? – odważył się zapytać Narrator. 

– Pooglądam, powspominam, przeżyję ten dzień raz jeszcze. Pamiętam, że podawaliśmy wspaniały alkohol… – rozmarzył się przyjaciel, ale drugi z mężczyzn uwiesił na nim wzrok o sekundę za długo. – O co ci znowu chodzi?

– O, o nic takiego. – Mężczyzna memłał maskę w dłoniach. – Na pewno tego chcesz? Rozdrapywanie starych ran… 

– Jak na takiego pisarza znów używasz złych słów. Nie rozdrapywanie, a zasklepianie. Te rany nigdy się nie zagoiły – warknął, ale już sekundę później odetchnął. – Rozumiem, że się martwisz, ale będzie dobrze. I nie, nie zamierzam zrobić niczego nikczemnego. Przysięgam.

To nie tak, że Narrator nie ufał przyjacielowi, ale zawsze trudniej ocenić człowieka, gdy nie widać jego twarzy. Zamiast serdecznego spojrzenia, które tak umiłował, widział jedynie dwie puste dziury.

– A teraz zakładaj tę maskę i wtop się w tłum. 

To były ostatnie słowa, które zdążył usłyszeć, zanim Doktor zniknął mu z oczu.

– Ech… – sapnął, po czym wkroczył do Domu Weselnego z tym nieprzyjemnym uczuciem, że zdarzy się coś niedobrego. 

Sala była urządzona niesamowicie ekstrawagancko – dosłownie jak nie z tej epoki. Z początku stanowiła idealne odzwierciedlenie stylu empire, ponownie pojawiającego się na salonach. Dominowały więc ciężkie zasłony i mahoniowe meble. Jednak obok odlanych z brązu Apolinów stały surowe krzesła z rozetami o nóżkach ptasich szponów i stoły malowane tak, aby imitowały lakę. Za to sufit, o zgrozo, ozdobiony został złotą boazerią. 

Narrator nie był pewny, czy projektant tego wnętrza miał problem z głową czy z piciem. Jego artystyczne oko nie potrafiło znieść tej kombinacji trzech odrębnych stylów, a wrodzone poczucie elegancji cierpiało katusze. Chippendale, empire, rokoko… a gdzieniegdzie nawet kwiaty biedermeier!

Narrator musiał zacisnąć oczy i policzyć do trzech. Mógł mieć jedynie nadzieję, że nie będzie to dominujący „styl” za dwa lata, a pulsujący ból głowy minie (chyba w tym momencie należałoby przeprosić za zbytnią dygresję, ale nie da się zaprzeczyć, że tamto szkaradztwo nigdy nie powinno było powstać). 

Narrator próbował odszukać wzrokiem Doktora, ale Dom Weselny zdawał się pełny po ostatnie kąty. Zamaskowani goście, jazgot umożliwiający rozróżnienie głosu, Doktor najpewniej pijący już drugi kieliszek, nagi Dawid obok lustra o kwiecistej ramie… Na szczęście mężczyzna bywał już w gorszych sytuacjach (ale na pewno nie w dziwniejszych). 

Zaczął przepychać się do głównej sali, rozróżniając co trzecie słowo z zasłyszanych rozmów. To jednak wystarczyło, aby pogłębić jego obawy. Teraz musiał tylko zobaczyć pannę młodą…

…która właśnie wirowała w rozłożystej białej sukni. Żadna inna kobieta nie poruszała się w taki sposób, ani żadna nie miała tak długiego, brązowego warkocza. Nie musiał widzieć jej twarzy, aby być pewnym, że po raz drugi znalazł się na ślubie Profesorowej. O tak, tylko ona potrafiłaby ustanowić nową modę i ubrać biel jako rozwódka.  

– I tak oto, kochani, komedia przerodziła się w farsę, a farsa w tragedię. Bo tragedie nigdy nie kończą się dobrze! – krzyknął mężczyzna w fioletowej masce i burgundowym fraku tuż obok Narratora. 

Narrator zaś z całych sił próbował zrozumieć, kto kryje się pod maską z papuzich piór. Mężczyzna tańczący z Profesorową miał atletyczną budowę i wysoki wzrost. Na domiar złego jawił się jako urodzony tancerz. 

–…ale chwilę, chwileczkę! Przecież to oczywiste! – krzyczał dalej Burgund. – Przepraszam bardzo pana… Czy mógłby pan…? Och! 

I wtedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Rozpoznali się pomimo masek. 

– Zobaczcie, kogo to przywiało! Nasz Dziennikarzyna – zawołał Burgund, którego Narrator teraz zaczął nazywać Spekulantem, jak to zawsze w myślach robił. 

– Jestem Wydawcą. I to już od sześciu lat. 

Oczywiście mężczyzna nie wiedział, czy wciąż nim był, ale miał ogromną nadzieję, że tak.

– Słuchaj… – zaczął Narrator. – Naprawdę nie powinienem był przychodzić, no wiesz, ze względu na Doktora, ale miałem ochotę poznać tego… – Wskazał głową na wykonującego właśnie obrót Pana Młodego. 

– Naszego Rektora? Przecież na pewno go poznałeś! W zeszłe lato graliśmy razem w… 

– Do zobaczenia… wczoraj! – przerwał mu Narrator i poklepał po plecach, po czym jak najszybciej wtopił w tłum. Zdecydowanie niczego więcej nie potrzebował od Spekulanta. 

Musiał odszukać Doktora. Tym bardziej odkąd odkrył tożsamość Pana Młodego. On i Rektor nienawidzili się paskudnie. Jeśli tylko Doktor by go rozpoznał, komuś, to znaczy Doktorowi, mogłaby stać się krzywda. 

Znalezienie go nie zajęło mu dużo czasu. Stał wśród biedermeierowskich kwiatów i rokokowych amorków i wychylał zapewne kolejny kieliszek wódki. Przez cały czas nie spuszczał rozmarzonego wzroku z Profesorowej. Po jego minie Narrator wywnioskował, że ten wciąż myślał, że to jego własny ślub. 

– Och, przyjacielu, popatrz! Jakie to piękne! – zawołał zaszlochany. – Ech, mówię ci – starość nie radość… Zobacz te ruchy. Boskie!

Narrator parsknął pod nosem, kiedy przypomniał sobie taniec Doktora i Profesorowej. On wyglądał jak żaba na elektrowstrząsach, ona jak zgniły pomidor. Nic dziwnego, że głównym wymogiem dla nowego męża ustaliła gibkość i elastyczność na scenie. 

– Doprawdy… – mruknął Narrator, przewracając oczami. – Może powinniśmy…

Chciał w tym momencie zasugerować powrót do domu, ale wiedział, że Doktor nie zgodziłby się za żadne skarby.

– Powinniśmy się więcej napić! 

Z lubością patrzył, jak Doktor wychylał kolejny kieliszek. Bowiem Narrator wiedział, że mężczyzna źle radził sobie z alkoholem i tworzył zeń posłuszną kukiełkę. 

– Nie czuję się najlepiej – wystękał Doktor po jakimś czasie. 

Dokładnie na to czekał Narrator. Podniósł przyjaciela ze stołka i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia. 

– Chodź, odpoczniesz i będzie ci lepiej. 

– Ale wesele… – wydukał Doktor, jeszcze przez chwilę się opierając. 

– Będzie trwało jeszcze trzy kolejne dni, zapomniałeś? 

Doktor wybełkotał parę słów, ale Narrator nie zawracał sobie głowy zrozumieniem.

Oczywiście od początku zakładał, że ciężko będzie się przedrzeć przez zbitą, cuchnącą alkoholem ciżbę, ale w pewnym momencie zadanie zaczęło robić się niemożliwe. Na scenę wkroczyli muzycy, którzy potrafili poderwać z miejsca każdego, więc zaroiło się od wirujących sukni i zamaszystych ukłonów. Narrator wzmocnił chwyt, ale na niewiele się to zdało, bo z każdym krokiem Doktor mu się coraz bardziej wyślizgiwał. 

Musieli tworzyć prześmiewczą parę – jeden z mokrą i czerwoną twarzą, a drugi z wymemłanym ubraniem i półprzytomnym spojrzeniem. Pierwszy torujący drogę, drugi uczepiony ramienia tego pierwszego.

W końcu Narrator dojrzał wyjście i rozradowany ruszył w jego kierunku. I właśnie wtedy weszła grupa spóźnionych gości. 

– Na Boga, iluż ona ich zaprosiła?… – wystękał Narrator, czując że brakuje mu powietrza.

– No przecież… hyp!… Byliśmy popularni… Tak? – wybełkotał Doktor. 

– Mhm.

Nowi goście sprawili, że wyjście z budynku jeszcze bardziej się opóźniło. Nagle w korytarzu obok doszło do bójki, więc tłum instynktownie odsunął się do tyłu. I tak oto Spekulant wpadł na Narratora, przez co ten wypuścił Doktora. Mężczyzna runął na podłogę. Spekulant usłużnie przepraszał, ale Narratora obchodziło jedynie szybkie podniesienie przyjaciela. 

– Poradzimy sobie! 

– No co ty, pomogę. 

Dopiero postawiwszy Doktora na ziemię, Narrator zorientował się, że mężczyźnie brakuje maski. Niestety było już za późno.

– Doktor…?! Ale przecież ty nie żyjesz! – wydukał Spekulant. 

I wtedy zniknęli, nie zdążywszy odpowiedzieć. 

 

Wszystko zmieniło się po tym feralnym dniu. Co było prawdą, a czego Narrator nie wiedział, Doktor codziennie wchodził do maszyny, badając przyszłość. Prawie gwałtem wyciągnął z przyjaciela informacje na temat tamtego dnia. A więc dowiedział się, że przenieśli się w przyszłość a nie w przeszłość; Profesorowa wyszła za Rektora; a on sam umrze w przeciągu dwóch następnych lat. Później zdenerwował się na Narratora i przysiągł, że nie chce go więcej widzieć. 

Tak więc on sam go nie widywał, lecz Narrator nie dał się tak łatwo przepędzić i obserwował przyjaciela ukradkiem. Widząc stan, w jaki Doktor się wpędzał, Narrator coraz bardziej szarpał się z myślami, co by wezwać odpowiednie służby, a zrobiłby to jedynie z czystej troski. Tyle że to najprawdopodobniej doprowadziłoby do jego śmierci, toteż nie wchodziło w rachubę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że znalazł się pomiędzy młotem a kowadłem. 

Doktor zachowywał się wtedy jak każdy inny człowiek, który wiedziałby tyle co on – znając swoją przyszłość, starał się ją zmienić. Narrator chciałby teraz wszystkich uspokoić. Ależ nie, Doktor nie posunął się do morderstwa. Jako uczony człowiek zrobił najgłupszą rzecz z możliwych. Doprawdy jego myślenie jawiło się jako mniej niż przeciętne. Otóż postanowił spalić Dom Weselny. 

Nie był to zamach ni akt planowany. Działał jedynie z odruchu i z desperacji.

 

Narrator przybył za późno. Dom Weselny już dogorywał, a miejscowe służby kręciły się w amoku. Narrator został świadkiem, przepytywanym przez długie godziny, ale niewiele mógł powiedzieć. 

– Wie pan, jakie są niektóre kobiety… Doktor całkowicie się załamał po tamtym rozwodzie. Dużo pił i widać przez przypadek spowodował pożar… – mówił.

Policmajstrzy skwapliwe przyjęli jego wytłumaczenie. W końcu to nie pierwszy przypadek. Szczególnie, że nie znaleźli w jego domu niczego podejrzanego, nawet zwykłego preparatu na porost włosów… 

Jakiś czas później Narrator przyszedł na cmentarz powspominać starego przyjaciela. Jak zwykle uwiesił wzrok na epitafium: „Ziemia pożarła kwiat potomstwa swego”*.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie uwiodło.

Doktor dokonuje wynalazku, długo eksperymentuje, ulepsza maszynę. Ale ten wynalazek jest już dokonany (i zakazany), bo jakiś Sędzia kiedyś spowodował tragedię. Coś tu się nie zgadza.

W zachowanie Doktora na weselu też mi trudno uwierzyć. Tak bardzo się starał, chciał przeżyć to jeszcze raz, że od wejścia zaczął się zalewać w trupa? Prościej byłoby to zrobić bez wychodzenia z domu. Zdążył się urżnąć, a tu dopiero przychodzą spóźnieni goście? To co oni tyle czasu robili?

Jak pili i jedli w maskach?

A w ogóle taka maska na twarzy to pic na wodę – bez problemu można poznać znajomych.

W pewnym momencie zgubiłam się, kto co mówi. Narrator w końcu jest Pisarzem, Dziennikarzem czy Wydawcą?

Ale ciekawa ta narracja.

Aha, nie widzę związku między treścią a tytułem.

– Pamiętasz tamte półtora minuty?

Półtorej minuty, półtora roku.

Później dowiedział się, że w Domie Weselnym to stało się tradycją.

Czemu nie w domu?

a, jak uprzejmie chciałby w tym momencie zauważyć Narrator, obydwoje zdecydowanie nie byli już młodzikami. 

Obydwaj. Obydwoje to para mieszana.

I stojąc tak w korytarzu obok doszło do bójki,

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu. Bo wychodzi, że stało to tajemnicze coś, które doszło.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za odwiedziny i komentarz! Jeśli chodzi o maski, nie zaznaczyłam, że nie były na całą twarz – wyobrażałam je sobie jako takie sięgające do ust, ale zapomniałam dodać. Wtedy pewnie jeszcze łatwiej byłoby ich rozpoznać, ale właściwie nikt nie spodziewał się zobaczyć na przyjęciu Doktora, więc mogliby go nie zauważyć. :) 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Tekst mnie nie porwał, ale ma coś w sobie ciekawego. Atmosfera na pewno może przyciągnąć, ale myślę, że to dopiero próba. Myślę, że w kolejnych tekstach lepiej to rozwiniesz. Mimo że tekst jakoś specjalnie mnie nie zafrapował, spodobał mi się sztafaż. Nie mam też do czego się przyczepić w kontekście stylu, który mi odpowiada. Jednak mieszały mi się się postacie i nie czułam, żeby takie nazywanie spełniało jakąś specjalną funkcję. Na pewno dodawało atmosfery, a i poplątałaś swoją fabułę ciut za bardzo. Więc jak Finkla, już nie byłam pewna o kim czytam.

Nie jest to idealny tekst, ale i tak udany eksperyment. Ciekawa jestem co zrobisz dalej :)

Jest jakiś pomysł na tę historię, przedstawiony jednak na tyle chaotycznie, że miejscami gubiłam się, zwłaszcza że wyławiając liczne błędy i usterki często traciłam wątek i może dlatego z trudem dobrnęłam do końca, jednakowoż nie do końca pojmując, o co chodzi w tej opowieści.

Wykonanie, jak wspomniałam, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

pod oskar­ża­ją­cym spoj­rze­niem ławy przy­się­głych, przy­pad­ko­wo zło­żo­nej z samej płci pięk­nej, usu­nął się w cień. –> Pewnie miało być: …przy­pad­ko­wo zło­żo­nej z samych przedstawicielek płci pięk­nej, usu­nął się w cień.

Nie wydaje mi się, aby ława przysięgłych mogła składać się z płci.

 

w przy­du­żym swe­trze i zbyt sze­ro­kim spodniach… –> Literówka.

 

Dla Nar­ra­to­ra zaś py­ta­nie, które nur­to­wa­ło go od dawna, a które zadał do­pie­ro po któ­rejś z kolei wi­zy­cie. –> Skoro zadał pytanie po wizycie, to kogo zapytał?

A może miało być: …a które zadał do­pie­ro w czasie któ­rejś z kolei wi­zy­ty.

 

Każdy krok w dół, pod któ­rym nie za­pa­dła się deska, uwa­żał za zwy­cię­żo­ny… –> Na czym polega zwyciężanie kroków?

Proponuję: Każdy krok w dół, który nie spowodował zapadnięcia się deski, uwa­żał za osiągnięcie

 

Takie do­bro­tli­we po­li­to­wa­nie, po­tra­fią­ce wzbu­rzyć nawet naj­więk­szych sto­ików. Złość nie obe­szła więc rów­nież Nar­ra­to­ra. –> W jednym zdaniu sugerujesz, że Narrator powinien być wzburzony, a w drugim oznajmiasz, że złość go nie obeszła, czyli pozostał spokojny.

Jeśli coś nie obeszło kogoś, to znaczy, że nie wzbudziło żadnego zainteresowania, spłynęło po nim jak woda po kaczce.

Sugeruję drugie zdanie: Złość nie ominęła więc rów­nież Nar­ra­to­ra.

 

w tej ka­łu­ży błota, którą żeś sobie na­wlókł… –> Nawlókł sobie błota, więc: …w tej ka­łu­ży błota, którego żeś sobie na­wlókł

 

Kto żyw, nie wi­dział tak wzbu­rzo­ne­go Nar­ra­to­ra. –> A nieżywi widzieli?

 

Twarz Dok­to­ra przy­oble­kła się miną ko­ja­rzo­ną… –> Raczej: Twarz Dok­to­ra przyoblekła/ przybrała minę, ko­ja­rzo­ną

 

Spra­wia­ła bo­wiem wra­że­nie nie­zdat­nej do użyt­ku, a co wię­cej – na bar­dzo nie­sta­bil­ną. –> Spra­wia­ła bo­wiem wra­że­nie nie­zdat­nej do użyt­ku, a co wię­cej – bar­dzo nie­sta­bil­nej.

 

Roz­le­gło się sa­pa­nie; wprzó­dy ja­ko­by umę­czo­ne­go gruź­li­cą star­ca… –> Roz­le­gło się sa­pa­nie; wprzó­d ja­k­by umę­czo­ne­go gruź­li­cą star­ca

Jakobyjakby nie są synonimami.

 

po­wie­dział ja­ko­by z wy­rzu­tem. –> …po­wie­dział ja­k­by z wy­rzu­tem.

 

Na co dzień ima­ją­cy się prawa… –> Czy na pewno chwytał się prawa?

 

Był za­ję­ty prze­glą­da­niem małej, szkla­nej płyt­ki wgłę­bi ma­szy­ny. –> Był za­ję­ty prze­glą­da­niem małej, szkla­nej płyt­ki w głę­bi ma­szy­ny.

 

Już trzy­dzie­ści se­kund póź­niej oboje stali… –> Piszesz o mężczyznach, więc: Już trzy­dzie­ści se­kund póź­niej obaj stali

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Naj­wy­raź­niej skry­cie li­czył, że na­sta­nie go inny wiek. –> Naj­wy­raź­niej skry­cie li­czył, że na­sta­nie inny wiek.

 

–… i dwu­dzie­sta se­kun­da… –> Zbędna spacja po pierwszym wielokropku.

 

Gdyby Nar­ra­tor nie miał tak roz­sąd­ne­go umy­słu… –> Rozsądny może być Narrator, ale chyba nie jego umysł.

 

w ciągu ty­go­dnia nie był zdol­ny przy­być zbyt wielu ki­lo­gra­mów… –> …w ciągu ty­go­dnia nie był zdol­ny przybrać zbyt wielu ki­lo­gra­mów

 

eks­cen­tryzm, nie za­bar­wio­ny stra­chem ani za­gu­bie­niem. – …eks­cen­tryzm, nieza­bar­wio­ny stra­chem ani za­gu­bie­niem.

 

czło­wie­ka wy­bit­nie in­te­li­gent­ne­go, nie ma­ją­ce­go cier­pli­wo­ści… –> …czło­wie­ka wy­bit­nie in­te­li­gent­ne­go, niema­ją­ce­go cier­pli­wo­ści

 

–Nie! Nie chcę her­ba­ty! –> Brak spacji po półpauzie.

 

–Może jak zo­ba­czysz, co udało mi się… –> Jak wyżej.

 

– We­se­le? Kogo? –> – We­se­le? Czyje?

 

Ten jed­nak je­dy­nie uśmiech­nął się jesz­cze bar­dziej pod­stę­pie. –> Literówka.

 

–…żeby ze­psuć wła­sne we­se­le – cią­gnął nie­zra­żo­ny. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Jed­nak­że igno­ro­wał szcze­gó­ły, które nie mogły umknąć uwa­dze Nar­ra­to­ro­wi: –> Jed­nak­że igno­ro­wał szcze­gó­ły, które nie mogły umknąć uwa­dze Nar­ra­to­ra:

 

Nagle nie­da­le­ko nich prze­mknął Ca­dil­lac V16. –> Nagle nie­da­le­ko nich prze­mknął ca­dil­lac V16.

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Dok­tor po­cią­gnął go za poły płasz­cza… –> Za obie naraz?

 

ale drugi z męż­czyzn uwie­sił na nim wzrok o se­kun­dę za długo. –> …ale drugi z męż­czyzn zawie­sił na nim wzrok o se­kun­dę za długo.

 

Za­ma­sko­wa­ni go­ście, ja­zgot umoż­li­wia­ją­cy roz­róż­nie­nie głosu… –> Pewnie miało być: Za­ma­sko­wa­ni go­ście, ja­zgot uniemoż­li­wia­ją­cy roz­róż­nie­nie głosu

 

tylko ona po­tra­fi­ła­by usta­no­wić nową modę i ubrać biel jako roz­wód­ka. –> W co ubrała biel?

Biel, czyli białą suknię, tak jak każdą odzież można włożyć, założyć, przywdziać, ubrać się w nią, wystroić się, ale bieli/ białej sukni nie można ubrać!

Winno być: …tylko ona po­tra­fi­ła­by usta­no­wić nową modę i, będąc rozwódką, ubrać się w biel.

 

Męż­czy­zna tań­czą­cy z Pro­fe­so­ro­wą miał atle­tycz­ną bu­do­wę i wy­so­ki wzrost. –> Proponuję:  Męż­czy­zna tań­czą­cy z Pro­fe­so­ro­wą był wysoki i atletycznie zbudowany.

 

–…ale chwi­lę, chwi­lecz­kę! –> Brak spacji po półpauzie.

 

Mu­sie­li two­rzyć prze­śmiew­czą parę… –> Pewnie miało być: Mu­sie­li two­rzyć prze­śmieszną parę

Poznaj znaczenie słowa prześmiewczy.

 

a drugi z wy­mem­ła­nym ubra­niem i pół­przy­tom­nym spoj­rze­niem. –> …a drugi w wy­mem­ła­nym ubra­niuz pół­przy­tom­nym spoj­rze­niem.

 

Do­pie­ro po­sta­wiw­szy Dok­to­ra na zie­mię… –> Rzecz dzieje się w budynku, więc: Do­pie­ro po­sta­wiw­szy Dok­to­ra na podłodze

 

szar­pał się z my­śla­mi, co by we­zwać od­po­wied­nie służ­by… –> …szar­pał się z my­śla­mi, czy by nie we­zwać od­po­wied­nie służ­by

 

Jak zwy­kle uwie­sił wzrok na epi­ta­fium… –> Jak zwy­kle zawie­sił wzrok na epi­ta­fium

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest pomysł, są fragmenty zapadające w pamięć. Ale mam jak Reg – nie połapałem się do końca, o co chodzi. Też pogubiłem się pod koniec w tym, kim jest osoba narratora.

Wykonanie chrobotliwe.

Podsumowując: zabrakło mocniejszego szlifu przy tym koncercie fajerwerków. Był pomysł, ale zaszumiony przez chaotyczną dla mnie narracje.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pożar w Domu Weselnym nie należał do zamachów.

Yyy… niby jasne, ale strasznie dziwnie brzmi.

 ocalałe zastawy stołowe

Ocalała zastawa – "zastawa stołowa" jest rzeczownikiem zbiorowym (jak "las") i singularis tantum (myślę, że po prostu obejmuje całość naczyń, ale tu mogę się mylić).

 miał ten zaszczyt

Wystarczy: miał zaszczyt.

 rzekomymi sympatiami

Dlaczego "rzekomymi"?

 Żoną Doktora została powszechnie znana Profesorowa.

Nie jest to błąd, ale czuję się w obowiązku zaznaczyć, że "Profesorowa" to żona Profesora, a zatem nie był to zapewne pierwszy rozwód w życiu owej damy ;)

 Jej najważniejszą zasadą, jak sama mawiała, było “carpe diem”.

Jakoś mi to nie brzmi.

 swoim drobnym tytułem

Od kiedy tytuły są "drobne"?

 Powód w dokumentacji rozwodowej

Hmm.

 Uznany jako podmiot sprawczy,

Uznany za. Chociaż spotykałam się z "uznać jako", ale tylko w kontekście "uznali go jako prawowitego króla". Ponadto – mój dyplom z filozofii chciałby zapytać, czym, na stare majtki Engelsa, jest "podmiot sprawczy". Słyszałam o przyczynie sprawczej i o podmiocie moralnym, ale o tym – nie. Jeśli to żargon prawniczy – przykro mi, ale na żargon jest w literaturze miejsce tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jest on zrozumiały (albo kiedy chcesz czytelnika skonfundować).

 pod oskarżającym spojrzeniem

Oskarżycielskim.

 o wątpliwym stanie bezpieczeństwa

A co to za licho? Masz na myśli, że mieszkał w środku dzielnicy czerwonych latarni, czy że mu się strop walił na głowę?

 pocierał dłonie o spodnie

Na pewno nie "wycierał"?

 Jako niezbyt wysoki, ale bardzo szczupły mężczyzna, w przydużym swetrze i zbyt szerokim spodniach, które musiał mocno zaciskać paskiem, sprawiał wrażenie niezwykle drobnego.

Ten opis nie wydaje mi się dobrze zorganizowany – wiem, zawsze powtarzam, żeby zacząć od przesłanek, ale to nie jest obojętne, od której zaczniesz.

 Dodając do tego bladą, wręcz białą skórę, i prawie siwe włosy można orzec, że wyglądał jak zjawa.

Czemu tak wysoko? Kontynuując sprawę opisu: niby dałaś mi dość materiału, ale ja i tak nie widzę tego faceta. Spróbuj go sobie wyobrazić i opisać od najbardziej rzucającego się w oczy szczegółu.

 sapał niezdarnie.

Nie pasuje mi tu to "niezdarnie", jakieś jest od czapy.

 moment, zmieniający wszystko

Bez przecinka – nie oddzielaj określenia od tego, co określa.

 Dla Narratora zaś pytanie,

W jaki sposób pytanie mogło być "momentem"? Chyba chwila zadania pytania?

 po którejś z kolei wizycie

Znaczy się, wychodząc?

 Narrator jak zwykle

Narrator, jak zwykle.

 sekretnego pomieszczenia

Coś mi tu nie gra.

 dotkliwiej odczuł zaniedbanie domu

Czy to on je odczuwał?

 Każdy krok w dół, pod którym nie zapadła się deska, uważał za zwyciężony

Ojejciu. Jak zwyciężyć krok? I od kiedy pod krokiem zapada się deska?

 skrzypnięcie, nie powodujące ostatecznie zerwania sufitu

Jeśli już, to skrzypnięcie, które nie spowodowało – a poza tym skrzypienie jest objawem chwiejności struktury budynku, ale nie jej przyczyną.

 dom, a w szczególności piwnica, miały

Dom miał – związek zgody.

 bał się, ale i drżał z ekscytacji

Hmm. Skracalne.

 znaczy nie ty, dlatego właśnie pozwolę ci, ale…

Nie wygląda to naturalnie.

Moje usta pozostaną zamknięte.

To tym bardziej.

 Po przekroczeniu progu pomieszczenia można było poczuć się jak w jednej z tych przepełnionych parą powieści, które ostatnio zyskały na popularności.

Na 21 słów 9 zaczyna się na "p" – to chyba za dużo. I jakie powieści są "przepełnione parą"? Jeśli kalkujesz angielskie "steamy", to ono oznacza nie parę w kotle, ale na zasapanym lustrze. A lustro jest zaparowane, bo głównym tematem tych powieści są… hmm… ćwiczenia aerobowe. If you know what I mean.

 Bowiem na licznych stołach

"Bowiem" jest doskonale zbędne – wiemy, że teraz będziesz wyjaśniać poprzednie zdanie.

 góry bezwartościowego złomu

Skąd to wiadomo?

 a wszędzie, gdzie jeszcze się dało, wylegiwały się klucze…

Mętlik. Klucze i reszta – to nie złom?

 metalicznymi kafelkami

Czyli wyglądającymi na metal. Nie widziałam takich, ale niech ci będzie.

 ściany „zdobiła” brudnoszara tapeta

Zauważyłby to?

znaczy na samym środku stało wielkie coś

"Znaczy" jest o wiele zbyt kolokwialne w porównaniu ze stylem, jaki trzymałaś dotąd.

 miał wielką nadzieję, że to po prostu lubieżna rzeźba

Skąd mu to przyszło do głowy?

 dla dobra własnej opinii należało zasłaniać.

Raczej reputacji – zresztą, kto ją tu zobaczy? Narrator chwyta się brzytwy.

 prawda jawiła się jako dużo bardziej złożona i nienaturalna

Wiem, co znaczą wszystkie te słowa, ale nie mam pojęcia, o co chodzi w ich złożeniu.

 złowrogo wyglądająca maszyna

Trochę konkretniej – co ją czyniło taką straszną?

 owa machina czasu

Tu skaczesz ze stylem trochę wysoko.

 Nie wiedzieć czemu oczy

Nie wiedzieć, czemu, oczy.

 radośnie zalśniły

Powtórzony dźwięk.

 Nigdy nie miałeś mi za złe tego artykułu

Hmm. Brzmi to tak, jakby Narrator go napisał.

 Samo myślenie o takich machinach jest uważane za zbrodnię

Dlaczego?

 faktyczne zabranie się za nią to

Z gramatyki wynika, że zabrał się za zbrodnię.

Już dawno stał

Może raczej: od dawna, tak jest jaśniej.

 nie chciał kazać wracać mu do codziennej gehenny,

Nie chciał mu kazać wracać. I dlaczego "gehenny"?

 Takie dobrotliwe politowanie

Politowanie to nie spojrzenie.

 Złość nie obeszła

Idiom – nie ominęła.

 Aczkolwiek, zanim

Na jakie licho Ci to "aczkolwiek"?

 popędził z wyjaśnieniem

Idiom: pospieszył z wyjaśnieniem. W ogóle przeformułowałabym to zdanie.

No jak to co?

No, jak to co?

jedną z tych osób, potrafiących

Jedną z tych osób, które potrafią.

 drugi z mężczyzn, ten w pełni władz psychicznych

Wydumane to.

 cię ratować od coraz większego tonięcia w tej kałuży błota, którą żeś sobie nawlókł,

Bardzo nienaturalne. Może: od tonięcia coraz głębiej? Sama nie wiem.

 Kto żyw, nie widział tak wzburzonego Narratora.

Zapewniasz nas o tym, ale po prostu nie mamy porównania, więc musi wypaść blado.

 przyoblekła się miną

To już całkiem nie po polsku. Przyobleka się kogo? co? ubranie. Minę można przybrać.

 kojarzoną jedynie z naprawdę małymi dziećmi.

Kojarzoną? "Naprawdę mały" to anglicyzm (jeśli chodziło Ci o "bardzo mały", a nie o zapewnienie, że tak, serio mały, a nie duży).

 faktycznie wyglądała na włączoną

Na jakiej podstawie Narrator tak uważa, skoro zupełnie nie może się w rzeczy połapać?

 Sprawiała bowiem wrażenie niezdatnej do użytku, a co więcej – na bardzo niestabilną.

Primo – związek zgody. Albo sprawiała wrażenie niezdatnej do użytku i niestabilnej, albo wyglądała na niezdatną i niestabilną. Secundo – skąd on to wszystko wie?

 wprzódy jakoby umęczonego gruźlicą starca

Styl bardzo wysoki, aż do śmieszności.

 To zdecydowanie brzmiało lepiej.

Hmm? Ale zgryźliwy komentarz Narratora fajny.

 na próżno próbując ponowie odzyskać

"Ponownie odzyskać" to pleonazm – skasuj "ponownie", a "próbując" zamień na "usiłując" albo coś takiego, żeby się pozbyć aliteracji.

 No przecież jak

No, przecież jak.

 Narrator w tamtym momencie pożałował

Wiemy, kiedy. Wystarczy: Narrator pożałował.

 skoro sam chciał wiedzieć

Można by coś z tym zrobić, żeby się nie powtarzało "wiedzieć".

 elementem doświadczalnym

Co to jest? Chyba "elementem doświadczenia"?

Co prawda potrafi

Co prawda, potrafi.

 rozpiętości czasowej

"Rozpiętość" to to samo, co "rozciągłość", a Tobie chodzi chyba o "zasięg".

jakoby z wyrzutem

Jakby. Nie wyrażasz tu wątpliwości, ale przypuszczenie – czy się mylę?

 słowo „przyjaciel” zabrzmiało nieprzyjaźnie.

Jakieś to postmodernistyczne.

Nie chciałem zabrzmieć

Okropnie kolokwialne, zwłaszcza na tle wcześniejszego tonu.

 uspokajając go wyciągniętymi dłońmi

Czyli?

 jakbyś zareagował

Gdybyś. "Jakbyś" jest kolokwialne i nie pasuje do reszty zdania.

 pozwól wyprowadzić się

Naturalniej: pozwól się wyprowadzić.

Na co dzień imający się prawa

To już zbyt archaiczne.

 Sędzia narobił sporo złego, nie obyło się bez ofiar, więc manipulacje czasowe zostały surowo zakazane.

No, to chyba wszyscy powinni o tym pamiętać – cokolwiek mało zgrabny infodump.

Będąc po stronie Doktora wręcz namawiał go do kontynuowania eksperymentów.

Potknęłam się.

 zapaliły się iście szaleńcze iskierki w oczach

Coś tu jest mocno nie tak.

 kota z wąsami ubrudzonego śmietaną

W życiu nie widziałam kota bez wąsów.

 Nie masz władzy nad wybraniem czasu?

To zupełnie nie ma sensu. Zgaduję, że chodzi o sterowanie maszyną, ale…

 wgłębi

W głębi. Zresztą, może być "wewnątrz".

 Wyglądała jak szyba, tyle tylko że o czarnej barwie, więc nie przeświecała przez urządzenie (…) płytka ta nie miała nic wspólnego z funkcją szyby.

… jestem skonfundowana. Co to znaczy "przeświecać"?

 Trzynasta trzydzieści dziewięć i dwadzieścia sekund.

Tak dokładny zegarek w steampunkowym/gotyckohorrorowym/pseudodziewiętnastowiecznym świecie? Hmm?

 oboje stali

Obaj stali, bo oba samce.

 Słyszeli jak

Słyszeli, jak.

 tegoż właśnie starca

Spokojnie wystarczyłoby "starca".

 ciarki na ciele

A tutaj "ciarki". Nie byłoby aliteracji.

 Albowiem nie za bardzo wie

Zderzenie wysokiego "albowiem" z kolokwialnym "nie za bardzo". Nie za bardzo.

 nic więcej ponad

Nic więcej, niż.

 Będąc już poza maszyną

Ee?

 zwyczajnie w świecie

To bym wycięła, nic nie wnosi poza konfuzją.

 nastanie go inny wiek

Nastanie?

 Trzynasta trzydzieści dziewięć i dwadzieścia sekund – szepnął. – Ta, o której odłożyłeś zegarek.

Hmm? To przenieśli się, czy nie?

 zaczął nucić „Gdzie się podziała tamta Doktorowa”.

Komiczny wtręt nie bardzo na miejscu.

 zagrzmiał

Dlaczego nagle "zagrzmiał"?

 wtedy kiedy

Wtedy, kiedy.

 mężczyźnie zwyczajnie się nie chciało

No, nie wiem. To ma być przyjaciel…

 raz za razem ponosił porażkę. Było to zadanie ponad lotny umysł mężczyzny

Dublujesz informację – ja wycięłabym drugie zdanie.

 Co bardziej akuratne

Nie. Reszta zdania trochę mętna.

 Jakkolwiek przeczyłyby temu jego słowa

No, nie wiem.

 zapukał krótko, lecz pewną ręką, do zapadłej rezydencji

Puka się do drzwi.

 Ach, jak bardzo człowiek potrafi zmienić się pod wpływem konkretnych bodźców.

Nie trzymasz stylu, te "konkretne bodźce" są mało konkretne.

 w ciągu tygodnia nie był zdolny przybyć zbyt wielu kilogramów

To nie po polsku. W ciągu tygodnia nie mógłby wiele przybrać na wadze.

 Odcień skóry nie przypominał już wziętego od zjawy, był zdrowy

Czy odcień może być zdrowy? Albo wzięty od czegoś?

 nie mającego cierpliwości dla ułomnych w tej kwestii

No, nie wiem.

 , oszołomiony wyrazistością głosu przyjaciela.

Co to wnosi?

 a w jego oczach z powrotem ukazały się błyski przerażenia.

E? Nie wiem, o co chodzi.

 zapytał z odpowiednią dozą zmartwienia.

Dziwne to.

 Odkąd prowadziłem eksperymenty co rusz

Odkąd prowadzę eksperymenty, co rusz.

 zapomniałem, jak to jest przez

Zapomniałem, jak to jest, przez.

 burzyć pod wpływem jego spokojnego głosu

Dziwnie to brzmi. Trochę oksymoron.

 Nie zajmujesz się już preparatem na porost włosów!

A kiedy się zajmował?

 Może jak zobaczysz

Może, jak zobaczysz.

 mówił o tym feralnym „przeniesieniu” w czasie

Dlaczego "feralnym"?

 A już na pewno nie o TYM.

… o czym?

 Ale tak naprawdę dobrze.

Kolokwializm.

 Dodatkowo podróż nie jest przypadkowa

Nie po polsku.

 nie zabrzmieć sceptycznie

Bardzo źle to brzmi.

 wydawały się wcześniej Narratorowi używane, teraz wyglądały na najwyższą klasę stali

A jak to się wyklucza?

 mieli przenieść się

Naturalniej: mieli się przenieść.

 Czuł, że coś jest nie w porządku (choć raczej powinien był myśleć odwrotnie).

Dlaczego odwrotnie? Nic nie rozumiem.

 udało mu się wyjść musiał

Udało mu się wyjść, musiał.

 a co dodatkowo potwierdziło ich sytuację

Nie lepiej opisać, jak teraz wygląda pokój? Zwłaszcza, że zaraz mówisz, że Narrator źle w tej chwili widzi – więc zaczekałabym z tym opisem.

 ale w odróżnieniu od niego na twarzy Doktora

Całe to zdanie jest gramatycznie poplątane i niepoprawne.

nigdy w życiu tak bardzo nie chciał przyłożyć mu jak w tamtym momencie.

Nigdy w życiu tak bardzo nie chciał mu przyłożyć, jak w tamtym momencie.

 Wesele? Kogo?

Czyje?

 podstępie.

Literówka: podstępnie.

 No chyba

No, chyba.

 wyglądał jak ryba wyrzucona na brzeg

W jaki sposób?

 zauważył, że ściany, sufit i nawet schody były

Że są – następstwo czasów.

 miłosne zdjęcia Profesorowej

Czyli jakie zdjęcia?

 kompletnie zapominając

Chyba jednak zupełnie zapomniawszy.

 zawsze z odpowiednią dozą elegancji

Hmm.

 w Domu Weselnym to stało się tradycją

Stało się to tradycją. I nie jest jasne, co się stało tą tradycją.

 każde wesele było organizowane tam w maskach

Każde wesele było tam organizowane jako maskarada.

 zwrócił uwagę jak bardzo słoneczny był dzień

A może: zauważył, jak bardzo słoneczny jest dzień?

 kiedy już wróciły mu wspomnienia tamtego dnia

Powtarzasz "dzień".

 zatwierdził o tym artykuł

Zatwierdził artykuł o tym. Albo: na ten temat.

 Przecież na pewno w maszynie była jakaś wajcha czy pokrętło

I co z tego, skoro źle zadziałało?

 Myśli Narratora stanowiły kwintesencję rozsądku

Nie przesadzajmy,

 Czy pomylenie się w ustawieniu odpowiedniego czasu było absurdalne?

Dlaczego? I lepiej brzmiałaby "pomyłka", unikaj zbędnych "się".

podczas gdy

Podczas, gdy.

 ten podbiegł

Raczej: on podbiegł. To nie jest osoba trzecia.

 Starając się nie dostrzec nagłówka

Raczej: nie czytać nagłówka. Swoją drogą, klisza z tym datowaniem.

 lekko dysząc zamierzał

Lekko dysząc, zamierzał. Czyli zamierzał to zrobić dysząc, czy był zdyszany, zamierzając?

 znowu zaczął pruć naprzód

Nie brzmi to naturalnie.

 dziecięco uniesione czoło

Dziecięco?

 Nazwa została finezyjnie wykuta

Finezyjnie?

 Budynek wyglądał jak po gruntownym remoncie, (…) ale Narratorowi kojarzył się z pobojowiskiem jakie wywołać może jedynie czterodniowe picie.

Zdanie przeczy samo sobie. Z pobojowiskiem, jakie pozostaje po czterodniowym piciu.

 Porzuciwszy szkaradne wspomnienia

Nie mam pojęcia, o co chodzi. Trochę zbyt ą-ę ci Twoi bohaterowie, żeby urządzać popijawy na widoku.

 roiło się

Roi się. Następstwo czasów.

 wciąż, mimo upływu dwóch lat, wesele organizowane było w maskach.

Czyli było organizowane przez dwa lata? Hmm?

 oboje zdecydowanie nie byli już młodzikami

Może jednak: żaden z nich nie był już młodzikiem.

 W końcu znaleźli się pod odpowiednimi drzwiami, ale stanowiło to większy problem, niż zakładali,

Zamotane.

 przy głównym wejściu stało parę znanych im twarzy

Erm… twarzy?

 Który z jego znajomych ma tych samych znajomych co on?

Tych samych znajomych, co. Mogłoby to być jaśniejsze.

 uczepiło się niego

Krótki zaimek: uczepiło się go.

 Pamiętam, że podawaliśmy wspaniały alkohol…

To nic konkretnego.

 uwiesił na nim wzrok

Yyy?

 Mężczyzna memłał maskę

Aliteracja. I maska nie powinna chyba być miękka i memłalna?

 widział jedynie dwie puste dziury.

Oczy jednak widać…

 z tym nieprzyjemnym uczuciem, że zdarzy się coś niedobrego.

No, nie wiem.

 ponownie pojawiającego się na salonach

Powracającego na salony – nie byłoby aliteracji.

 ozdobiony został złotą boazerią.

Sufit?

 problem z głową czy z piciem

Problem z głową, czy z piciem.

 przeprosić za zbytnią dygresję

Przeprosić za dygresję. Ona może być zbędna albo zbyteczna, ale nie zbytnia – czyli za duża, przesadzona.

 zdawał się pełny po ostatnie kąty

Dziwne to jakieś. Kąty – ostatnie?

 Na szczęście mężczyzna bywał już w gorszych sytuacjach (ale na pewno nie w dziwniejszych).

Co to wnosi?

 To jednak wystarczyło, aby pogłębić jego obawy.

Dlaczego?

 rozłożystej białej sukni

Suknia raczej rozkloszowana, niż rozłożysta.

 długiego, brązowego warkocza

Warkocze nosiły raczej wieśniaczki, Profesorowa jako światowa dama miałaby pewnie najszykowniejszy kok na sali.

 ubrać biel jako rozwódka

Ubrać się w biel. Albo włożyć białą suknię.

 krzyknął mężczyzna w fioletowej masce i burgundowym fraku tuż obok Narratora.

Coś tu się zdezorganizowało.

 Narrator zaś z całych sił próbował zrozumieć, kto kryje się pod maską z papuzich piór.

Nie zrozumieć, a dociec. I potknęłam się – gdybyś wyżej zaznaczyła, że tańczy z nią facet w masce z piór, byłoby o niebo jaśniej.

 Na domiar złego jawił się jako urodzony tancerz.

No, i?

 Narrator teraz zaczął nazywać

Narrator zaczął teraz nazywać.

 Oczywiście mężczyzna nie wiedział, czy wciąż nim był, ale miał ogromną nadzieję, że tak.

Chwilę potrwało, zanim to zrozumiałam. Czy wciąż nim jest (następstwo czasów).

 nienawidzili się paskudnie

Dziwnie to brzmi.

 wywnioskował, że ten wciąż myślał,

Wywnioskował, że nadal myśli.

 zawołał zaszlochany

Jak to zrobił?

 On wyglądał jak żaba na elektrowstrząsach

Nie pasuje to do ogólnego tonu.

 głównym wymogiem dla nowego męża ustaliła gibkość i elastyczność na scenie

To nie po polsku. Doznałam oczopląsu.

 Z lubością patrzył

?

 że mężczyzna źle radził sobie z alkoholem i tworzył zeń posłuszną kukiełkę.

Czyli robił kukiełkę z alkoholu. I – następstwo czasów!

 Dokładnie na to czekał

Właśnie na to czekał.

 przez zbitą, cuchnącą alkoholem ciżbę

Ciżba z definicji jest zbita, a nie każda impreza musi być ochlajem. Właśnie wesele w środowisku akademickim raczej by nim nie było, przynajmniej nie oficjalnie.

 Na scenę wkroczyli muzycy

A wcześniej ich nie było?

 prześmiewczą parę

Jak kabareciarze? Czy może jednak komiczną?

 Pierwszy torujący drogę, drugi uczepiony ramienia tego pierwszego.

Ale Doktor jest zbyt napruty, żeby się przepychać? Ponadto – skoro przyjechał tu patrzeć, czemu zaraz się przypiął do baru?

 Nowi goście sprawili, że wyjście z budynku jeszcze bardziej się opóźniło.

To już powiedziałaś.

 Nagle w korytarzu obok doszło do bójki,

To już zjechałam, więc nie będę powtarzać.

 tłum instynktownie odsunął się do tyłu

Ale w korytarzu obok, to za ścianą. Hmm?

 Narratora obchodziło jedynie szybkie podniesienie przyjaciela.

Dziwnie to brzmi.

 Niestety było

Niestety, było.

 Co było prawdą, a czego Narrator nie wiedział, Doktor codziennie wchodził do maszyny, badając przyszłość.

Ee? Ale dlaczego miałoby to nie być prawdą? Jestem skonfudowana.

 co by wezwać

To stylizacja zupełnie z innego worka.

 Tyle że to

Tyle, że to.

 młotem a kowadłem.

Młotem, a kowadłem.

tyle co on

Tyle, co on.

 Doprawdy jego myślenie jawiło się jako mniej niż przeciętne.

Doprawdy, jego myślenie jawiło się jako mniej niż przeciętne. Dziwne.

 zamach ni akt planowany.

Zamach, ni akt planowany.

 

Eej, ja chciałam pisać o maszynie czasu! Wrr :P Logiczna konstrukcja, ale to niestety jedyna pochwała, której mogę udzielić. Styl jest bardzo niestaranny – mam nadzieję, że wypisałam wszystko.

 Ale ten wynalazek jest już dokonany (i zakazany), bo jakiś Sędzia kiedyś spowodował tragedię. Coś tu się nie zgadza.

To samo w sobie miałoby sens, ale sposób pokazania tego jest zbyt zdawkowy i za bardzo "na bieżąco", jakbyś sobie o tym przypomniała w ostatniej chwili. Obeszłoby się bez tego.

 Aha, nie widzę związku między treścią a tytułem.

Ja też niespecjalnie. To już do mojego pomysłu pasowałby bardziej (a i tak słabo, więc nie bój żaby, nie ukradnę).

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Nowa Fantastyka