- Opowiadanie: LAYV - Bez tytułu

Bez tytułu

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Bez tytułu

 – Potrzebuję dziewicy – oznajmił lekko drżącym głosem rycerzyk.

 – Osobliwy fetysz – stwierdziła Gwenda, przyglądając mu się sceptycznie. – Nigdy go nie zrozumiem. A co to ma wspólnego ze mną?

 

Zakuty łeb pojawił się w jej chruśniaku pewnego pięknego, zimowego poranka. Kary ogier wart kilka wsi, oraz kosztowny i dobrze utrzymany rynsztunek sugerowały, że osobnik ten nie jest ubogim najemnikiem szukającym banalnego leku na wstydliwą chorobę. Ubogi najemnik mógłby zwierzyć się ze swojego problemu przypadkowym towarzyszom od kielicha w jednej z okolicznych karczm. Ubogiemu najemnikowi ktoś mógłby szepnąć po cichu że podobno, jest takie miejsce w lesie… Z drugiej strony, zestaw starannie dobranych uroków gwarantował, że na polanę nie trafiali zabłąkani wędrowcy lub przypadkowi włóczykije. Gwenda przez chwilę zastanawiała się, który z jej kontrahentów mógł być przyczyną tej wysoce niemiłej niespodzianki. Równocześnie chłodno rozważała kwestię pozbycia się nieproszonego gościa. Tacy jak on, nie wiadomo czemu, mieli w zwyczaju zjawiać się przed nią tkwiąc po uszy w gównie. Teoretycznie, to powinno ułatwiać jej zadanie. Teoretycznie.

 – No… paracie się magią? – zapytał bezradnie rycerzyk, unosząc przyłbicę.

 – Ależ skąd ten wniosek, młodzieńcze? – zapytała bez przekonania. Z wnętrza hełmu patrzyły na nią przerażone oczy królika i perspektywa rozbabranie młodzieńca jakimś zaklęciem coraz bardziej nabierała cech aktu miłosierdzia.

 – No… – Chłopak znowu się zacukał. Zdecydowanie panicz z dobrego domu. Najpewniej nie miał jeszcze zbyt wielu okazji by nacieszyć się pasem i ostrogami. – Mieszkacie, pani, w lesie. Sama. I… No, wybaczcie, ale na młódkę to wy nie wyglądacie – stwierdził oględnie, a ona, z wredną satysfakcją patrzyła, jak na czoło wystąpiły mu kropelki potu. – No, a wiecie co ludzie w takich razach prawią…

 – Nie wiem, a co takiego? – udała niewinne zdziwienie.

 – No… wszyscy wiedzą, że w lesie to tylko wiedźma żyć może. Tedy widzicie pani, że mus wam być wiedźmą albo i demonem. Jak też i ludkowie we wsi o was mówią. – Zakończył z widoczną ulgą.

 – Tak mówią? No popatrz, popatrz. A, co mi tam, posłuchaj, coś ci powiem – zbliżyła się do niego, zniżając konfidencjonalnie głos. – W każdym większym mieście masz pod dostatkiem zamtuzów, z których przynajmniej jeden powinien mieć świeżą dziewkę na przyuczeniu. Nie jest to tani towar, ale chyba ciutkę mniej kłopotliwe to, niż szukanie panien po lasach?

 – Nie mogę. – Oczy chłopaka zalśniły gorączkowo, – ojciec kazał nam wybrać żonę.

Gwenda przez chwilę gapiła się na niego, po czym bez słowa obróciła się i weszła do chaty. Nie zamknęła za sobą drzwi.

 

Zakuty łeb miał na imię Hans i był trzecim synem Hieronimusa Suchanóżki, lokalnego włodarza. Włodarzowi roiło się zostać wojewodą, i latorośle chował adekwatnie do ambicji. Nie wystarczyło mu posyłanie synów do najbliższego kapłana, by ten za pomocą ostrego języka i giętkiej brzeziny wpoił im nieco żmudnej sztuki składania liter oraz szacunku dla ogólnie przyjętych wartości. Ponieważ pan na Durnostojach miał wobec swoich dzieci plany, w jego siedzibie zamieszkał skryba i bard w jednym, który miał za zadanie nadać domostwu gospodarza i jego potomkom nieco dworskiego poloru. Kilka lat później do grona sług dołączyła dorodna jejmość, podobno wdowa po jednym z pokojowych najjaśniejszego pana. Dzięki niej także i córki dziedzica mogły zakosztować nieco edukacji właściwej damom ze szlachetnego rodu. Niestety, efekty nie okazały się spektakularne. Minstrel ulotnił się z najstarszą jaśnie panienką, co opiekunka dziewcząt przypłaciła atakiem apopleksji. Druga córka, być może ze wstydu, wstąpiła do klasztoru. Dopiero trzecią udało się upchnąć w łożu stetryczałego magnata, skoligaconego z jakąś personą na królewskim dworze. W międzyczasie, pozostawieni samym sobie panicze pałętali się po okolicy, rzekomo szukając okazji do chwalebnych czynów, a faktycznie włażąc w szkodę gdzie się dało. Tak przynajmniej twierdzili okoliczni kmiecie, którzy składali Gwendzie dyskretne wizyty w sobie tylko wiadomych celach.

 – I tak jakoś zaraz po pokładzinach Melanii, pan ojciec zaczął marudzić, że rycerz bez małżonki, to jak chłop bez pola, bo, powiada, jakie plony zbierze, kto po gościńcu sieje? – Rycerzyk czknął lekko, wbijając srogie spojrzenie w wiszącą na kołku przy drzwiach starą kapotę Gwendy. – I bracia poszli po rozum do głowy, a potem w zaloty. Znaleźli panny, a jakże. Najstarszy przygruchał sobie młodszą córkę komesa. Brzydka jest, mówię wam, gorzej niż grzech pierworodny. To tam pal sześć, przynajmniej mu jej żaden minstrel nie złaba, zabła, zb… no wiecie…

 – Nie przedmucha – podpowiedziała usłużnie Gwenda nalewając następną kolejkę. Pili nalewkę ze śliwek, którą dostała za wyleczenie zapalenia wymion u pierwszorzędnej mlecznej krowy. Likwor miał kopa nie gorszego niż ocalone zwierzątko.

 – O właśnie! Zgrabnieście to ujęli – ucieszył się rycerzyk. – Bo to, widzicie – znów się na chwilę zamyślił, – brat powiedział, że jeżeli, będą mieć synów, to pal sześć a jak córki to może wdadzą się w niego a Maks to gładysz jest… że, ho ho – tu spojrzał na swoją gospodynię, jakby oczekiwał, że mu zaprzeczy. Ta tylko zerknęła na gościa spod wpółprzymkniętych powiek i pomyślała, że znając życie, będą mieli same córki, a wszystkie wdadzą się w matkę. 

 – Ale posag, moja kochana… – ciągnął Hans, nie doczekawszy się żadnego komentarza. – Ten posag to potęga nie mniejsza niż parantele dziewki. Z posagu brat ufundował już szpital, i tak, cholera jasna, wraz z przyszłą małżonką w szpitalu cierpiących nawiedza, powiada, co by, powiada, ulgę nieść jak może… A tak po prawdzie to zachodzą tylko do komnaty naczelnego medyka na pogaduchy. Cała moja nadzieja w tym, że może i tak francę tam jaką złapią i sczezną – zakończył ponuro i opróżnił stojącą przed nim szklankę.

 – A drugi? – zagadnęła po chwili Gwenda. Kiedy zasiedli do stołu miała zamiar po prostu go upić, trochę z litości, a trochę w nadziei, że dzięki temu uniknie dodatkowego sprzątania po skończonej robocie. Jednak, wbrew sobie, zaczęła się dobrze bawić.

 – Franz z kolei znalazł jakąś ubogą sierotę, córkę kupca – zaśmiał się niewesoło przyszły nieodżałowany. – Po śmierci ojca dziewka robiła za pomywaczkę u ciotki. Żebyście widzieli jak to się ludzie zaczęli rozczulać, że z niego taki wrażliwy, ludzki pan, iście, po nogach srają z zachwytu na widok narzeczonych. Bo piękni to są obydwoje – oddał im niechętnie sprawiedliwość. – Już o nich pieśni układają, jak to rycerz sprawiedliwy ocalił uciśnioną, nie tylko majątek ojca, co go ta kurew ciotka zagarnęła, oddał, ale i do wyższego stanu podniósł. Ot, jak cnota zwycięża. O ile w zgrabną szkatułę spakowana – dodał cicho, jakby na własny użytek. 

 – No dobrze – powiedziała po chwili Gwenda, – wyżaliłeś się, napiłeś, pojadłeś, myślę, że czas ci w drogę.

 – Nie mogę. Już mówiłem. Jesteście pani moją ostatnią szansą. Nie macie pojęcia jak to jest. Porządek dziobania jest taki… – Policzki Hansa płonęły szkarłatem, uszy poróżowiały, a w oczach znowu błyszczała gorączka. – Najstarszy, pierworodny, wychuchany. Potem trafiły się dwie córki, ale tu są potencjalne korzyści, wszak dla podtrzymania sojuszu nie ma to jak pieczęć dziewiczej krwi na prześcieradle. Drugi, to ten, co zabezpiecza linię w razie gdyby pierworodny okazał się do dupy. Potem jeszcze jedna córka, ojciec już nie tak zachwycony, bo, powiada, dukaty na posag na drzewach nie rosną. A na końcu ja. No… – znowu się zająknął, – no chciałbym coś zrobić. Coś takiego, żeby pan ojciec dumny był. I żebym raz nie był ostatni. – spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. Gwenda przez chwilę mu się przyglądała. Zdecydowanie coś kręcił.

 – Dalej nie wiem jak niby miałabym ci pomóc – stwierdziła. – Tobie potrzebna dobra swatka, a nie czarownica.

 – Nie, nie rozumiecie… To musi być zaklęta dziewica, którą uratowałem przed potworem – jęknął zdesperowany.

 – Zupełnie cię posrało? – Zapytała go życzliwie. – Nawet gdybym o takiej słyszała, to jak ty to sobie wyobrażasz? 

 – Za… zapłacę wam – z sakiewki u pasa wyjął srebrne lusterko i szczotkę do włosów, – należały do mojej matki, ale…

 – Weź to zabierz, dziecko – westchnęła. Zaczynała mieć zgagę, jak zwykle po śliwowicy.

 – Nie rozumiecie – powtórzył Hans. Znowu brzmiał jak osaczony królik. – On chciał się mnie wyrzec.

Gwenda przyglądała mu się wyczekująco.

 – Ja… Ja pozwoliłem im uciec… – Głośno przełknął ślinę. – Hedwidze i jej minstrelowi. Pozwoliłem… Pozwoliłem im odejść. Bo się kochali. A on się dowiedział.

 – Rozumiem. – Powiedziała po chwili, bardzo cicho, – a teraz wypierdalaj mi stąd, jeśli łaska. 

A kiedy nadal stał tam, gapiąc się na nią cielęcym wzrokiem, nakreśliła palcami znak i wyszeptała kilka słów. Być może coś mówił, gdy nogi same niosły go do drzwi, ale Gwenda już nie słuchała.

 

Poranek na dzień dobry naszczał jej w usta. Przynajmniej takie miała wrażenie, przesuwając językiem po zębach. Na domiar złego, jedną z pierwszych rzeczy jakie dostrzegła, gdy już rozkleiła powieki, były srebrna szczotka do włosów i lusterko. Leżały na stole, między szklankami, dokładnie tam gdzie wczoraj je położył. Wzięła je bez jednego słowa i ruszyła w stronę drzwi. Na końcach jej włosów trzaskały iskierki wyładowań. Nadal milcząc przemaszerowała przez polanę i stanęła przed Hansem podając mu jego własność. Uciekaj króliczku, uciekaj co sił, szeptała rosnąca chmara iskier w jej głowie, kiedy kamiennym wzrokiem patrzyła w jego zaczerwienione oczy. Pozwoliła, żeby zobaczył echo tego szeptu w jej twarzy.

 – Proszę… – trzeba było mu przyznać, że nie był tchórzem

Kiedy odwracała się w stronę chaty kątem oka dostrzegła nóż. Mimo to, nie zatrzymała się. Była w połowie polany, gdy znowu się odezwał.

 – Przeklnę cię – krzyknął i coś w jego głosie sprawiło, że zamarła. Tym nie mniej, nawet w tym momencie pozostała wierna sobie.

 – A jak masz zamiar to zrobić? – Zapytała lekkim tonem spoglądając przez ramię. – Porządnie rzucona klątwa wymaga ofiary z dziewicy, a tego dobra akurat nie masz w nadmiarze.

Na szczęście zdążyła mu zabrać nóż zanim zrobił sobie jakąś krzywdę.

 

Kolejny mroźny poranek zastał ich w połowie drogi do zamku. Hans władczym gestem obejmował smukłą kibić siedzącej przed nim w siodle jasnowłosej dziewczyny. Dziewczynie, nie wiedzieć czemu, lekko drgała lewa powieka.

 – Cały czas zastanawiam się, czy nie prościej jednak byłoby urwać ci głowę – stwierdziła w pewnym momencie.

 – Przesadzasz – uśmiechnął się krzywo. Gwenda pomyślała, że jakaś dziewczyna mogłaby ten uśmiech polubić. Ta myśl, acz pozbawiona zazdrości, nie wprawiła jej w dobry humor.

 – Przesadzam? –Łagodna twarzyczka ułożyła się w wilczy uśmiech. – Hans, kochany, ja nie jestem cudotwórcą. Nie mam mocy zdolnej odmienić serce twojego ojca. Mam tylko moc wpływania na okoliczności – z satysfakcją obserwowała efekt swoich słów. – Zrozum, żeby wynieść cię na właściwe miejsce w oczach twojego ojca, będę musiała nieco… zdyskredytować twoich braci. A ponieważ nie zawarłeś paktu z dobrą wróżką, będą mieli szczęście jeżeli to przeżyją. Za to oddałeś swoją duszę. Nadal uważasz, że zrobiłeś dobry interes?

Reszta drogi upłynęła im w milczeniu.

 

Z bliska gród Suchanóżki wglądał jeszcze mniej imponująco niż się spodziewała. Po pełnym błota i brudnej słomy podwórku pałętało się stadko rachitycznych kurczaków. Gromadka chudych jak szczapa, acz rumianych dzieciaków z rozdziawionymi buziami gapiła się na Hansa i Gwendę, jak gdyby nigdy nie było w tych murach większego dziwowiska. Chłopak pomógł zsiąść z konia swojej towarzyszce i odczepił przytroczoną do siodła głowę trolla. Ruszyli przez dziedziniec, w stronę głównego wejścia. Kiedy tam dotarli powitał ich tłumek zaaferowanych domowników, pod przywództwem dwóch mężczyzn, równie jasnowłosych jak Hans. Wyższy z dwójki podszedł do nich, jego męskie, regularne rysy twarzy układały się w uśmiech, bardzo podobny do tego, który Gwenda często widywała w lustrze. Najwyraźniej, pomimo swojej działalności na rzecz chorych i cierpiących, Maksymilian jest urodzonym gnojkiem, uznała w duchu. Maks zamknął młodszego brata w niedźwiedzim uścisku, ani na moment nie spuszczając wzroku z jego towarzyszki. Gwenda obdarzyła go uprzejmym uśmiechem, równocześnie starając się dostrzec, która z obecnych kobiet będzie jej to najbardziej miała za złe.

Witaj w domu braciszku – głos Maksa brzmiał jak pomruk wielkiego kota. – Ojciec czeka na ciebie w swojej małej komnacie.

 

Hieronimus Suchanóżka miał równie regularne i męskie rysy twarz jak jego najstarszy syn. Jeżeli Maks przypominał zadowolonego z siebie kota, Hans królika, a trzymający się na uboczu Franz czujnego charta, z twarzy włodarza patrzyły na Gwendę oczy drapieżnego ptaka. To nie wróżyło dobrze jej planom.

 – Troll w Solnej, powiadasz – ojciec nie zaszczycił ofiarowanego mu trofeum nawet jednym spojrzeniem. – Myślałem, że zostały tam tylko ruiny.

 – Bo zostały.

 – A ona? Skąd się tam wzięłaś, dziewko. 

Wargi dziewczyny zadrżały, a chabrowe oczy wypełniły się łzami.

 – Nie wiem, panie… Ja… Nie pamiętam. Nic nie pamiętam, tylko tego stwora – spojrzała na leżącą na biurku głowę i rozszlochała się na dobre. Hans chwycił jej dłoń i zamknął w swoich.

 – Już dobrze pani, jesteś tu bezpieczna – zaczekał aż trochę się uspokoi i zwrócił się w stronę ojca. – Musimy zasięgnąć języka w okolicy. Rodzina na pewno jej szuka. Jeżeli jeszcze żyją – dodał ponuro, co wywołało kolejne, rozpaczliwe łkanie. Suchanóżka przyglądał się im, na pozór obojętnie. 

 – Dobrze – stwierdził wreszcie. – Roześlij umyślnych po okolicznych dworach. Zobaczymy czego się dowiedzą. I powiedz gospodyni, żeby przygotowała komnatę dla naszego gościa. Niech odpocznie, dojdzie do siebie, a może, z czasem, będzie mogła nam powiedzieć coś więcej.

Gwenda spojrzała na niego z wdzięcznością.

 

Kilka następnych dni Gwenda spędziła na rozpoznaniu terenu. W praktyce oznaczało to, że większość czasu spędzała z innymi kobietami, z igłą w dłoni, szyjąc, naprawiając i nadstawiając ucha dla wszystkich soczystych plotek. Od czasu do czasu wybierała się też na przechadzkę z Hansem, starannie pilnując by zawsze pozostawać w zasięgu czyjegoś wzroku. Uznała, że dobrze będzie jeżeli ludzie przyzwyczają się do myślenia o nich razem jako o czymś naturalnym, z drugiej strony musiała pamiętać o swojej reputacji. Przechadzki upływały im częściowo w milczeniu, choć coraz częściej, prowokowany przez Gwendę Hans opowiadał jej o swojej rodzinie i dotychczasowym życiu. Nie wyróżniało się ono niczym szczególnym na tle podobnych historii, które już usłyszała. Był synem trzeciej, i jak do tej pory, ulubionej małżonki Hieronimusa. Jego matka, tak jak jej poprzedniczki, zmarła przy porodzie. Dziecko, kolejny syn, zmarło wraz z nią. Hans miał wtedy osiem lat, pamiętał ją, choć niezbyt dobrze. Z jego opowieści wynikało, że spędzała wiele czasu na modłach w kaplicy. Być może, gdyby ktoś zapytał ją o zdanie, wybrałaby welon zakonny, zamiast czepca mężatki. Niestety, jej ojciec uznał, że woli być w dobrych stosunkach z sąsiadem, niż z bożą opatrznością. Gwenda rozumiała jego punkt widzenia.

 – A ty? – zapytał nagle Hans. Stali na cmentarzu, przy grobie ze szczątkami kobiety, która wydała go na świat. Z irytacja pomyślała, że to chyba widok szarej, kamiennej płyty natchnął Hansa nieoczekiwaną ciekawością.

 – Co ja?

 – No, jesteś człowiekiem. Miałaś dom, rodzinę. Dlaczego zaprzedałaś się ciemnym mocom?

Milcząc ruszyła powoli w stronę kościoła. 

– Tak, miałam. – Powiedziała w końcu. – dom, rodzinę, narzeczonego. Można powiedzieć, że miałam wszystko – stwierdziła uśmiechając się krzywo.

 – Więc dlaczego?

 – To naprawdę nie twoja sprawa – odparła spokojnie. – Ale powiem ci, że będziesz ostatni. Kiedy oni dostaną twoją duszę, ja będę wolna. Nie umiesz negocjować – potrząsnęła głową, rozbawiona na widok jego szeroko otwartych oczu.

 

Pierwszy był Franz, o łagodnym, słodkim głosie. Ze swoją dumną, pociągła twarzą o melancholijnie zapadniętych policzkach, z nosem jak ostrze miecza, krążył pomiędzy Gwendą a Hansem, pomiędzy Maksem i obiecaną mu poważną, smagłą Hermengardą o krogulczym nosie. Rozsnuwał między nimi misterną sieć słów, uwag, pozornie bez znaczenia, niewinnych pytań, drobnych żartów, które mogli co najwyżej skwitować kwaśnym uśmieszkiem. Gwenda obserwowała go z taką samą przyjemnością, z jaką obserwowała każde udane przedstawienie. Jednak jej uwagę przykuwała przede wszystkim uwieszona u jego ramienia córka kupca, Matylda. Dziewczyna patrzyła na świat zielonymi oczami z pod miedzianych loków, zawsze jakby nieco senna, nieobecna, nie do końca świadoma swojego otoczenia, a może po prostu obojętna. Ale kiedy Gwenda kilka razy zbliżyła się do niej, nawiązała się między nimi nić porozumienia. Potem rozmawiając z innymi domownikami podopieczna Hansa rozpływała się w zachwycie nad dobrymi manierami, łagodnym sercem i skromnością swej nowej przyjaciółki. Przymioty te uważała za właściwe raczej dla dobrze urodzonej mniszki, niż osoby z gminu. Nie znalazła nikogo, kto nie przyznałby jej racji. I chyba nikt nie był bardziej zaskoczony niż ona, gdy pewnego dnia skryta Matylda raczyła zauważyć jednego ze stajennych na tyle długo, by rozłożyć dla niego swoje smukłe nogi. Franz zastał ich w jednym z pustych boksów, gdy zabawiali się w zwierzę o dwóch grzbietach i o mały włos, a nadziałby na swój miecz obydwie ptaszyny. Jednak raz jeszcze jego narzeczona wykazała się niezwykła jak na nią energią. Ukochany gonił ją przez dziedziniec i błotniste zaułki, nagą, pomijając rudą chorągiew włosów. Niecodzienna pogoń odbyła się w milczeniu, obydwoje byli zbyt zawzięci by marnować oddech na błagania o litość, czy obelgi. Dopiero na stopniach kościoła udało mu się ją dopaść. Wychodząca z kościoła procesja wiernych ujrzała przed sobą zdyszanego młodzieńca trzymającego w jednej ręce obciętą głowę niedoszłej małżonki, a w drugiej zakrwawiony miecz. Choć pogrzeb nieszczęsnych kochanków nie przyciągnął tłumów, a proces mordercy odbył się za zamknietymi drzwiami, wkrótce po okolicznych dworach zaczęły krążyć szydercze przyśpiewki o przygłupim rycerzu, który chciał zrobić damę z kocmołucha.

 

Nikt nie wiedział na pewno jakim cudem Suchanóżka zapobiegł zerwaniu zaręczyn przez rodzinę Hermengardy. A jednak, nie upłynęło wiele czasu gdy nadeszła wiosna, i przygotowania do ślubu ruszyły z kopyta. Hans nadal asystował Gwendzie, w zgodzie z wszelkimi regułami przyzwoitości. Tego dnia kobiety kończyły haftować welon ślubny Hermengardy. Najmłodszy panicz z całych sił starał się służyć pomocą swojej ulubienicy podając nici, nożyczki, przynosząc przekąski i generalnie działając na nerwy dwórkom, które w jego obecności nie mogły należycie pofolgować zamiłowaniu do plotek. W końcu dziewczyna zlitowała się nad nimi i zabrała go na przechadzkę. Mieli wyjść poza mury grodu, zebrać trochę wczesnego kwiecia, żeby przystroić komnatę przyszłej oblubienicy. Nie odzywali się do siebie, jak zwykle od czasu tragedii Franza. Z początku Gwenda oczekiwała wyrzutów, słów oburzenia, może nawet próby zerwania ich paktu, ale nic takiego nie nastąpiło. Wyglądało na to, że chłopak potulnie pogodził się z losem, ot trochę gorzej sypiał, stracił nieco ciała. Wszyscy kładli to na karb trawiących go namiętnych uczuć, a idący obok niego domniemany obiekt tychże odczuwał na myśl o tym coś na kształt rozbawienia. I choć czasami ciążyła jej ta cisza, uważała, że rozumie jej przyczyny i starała się nie narzucać. Kiedy przechodzili obok kościoła Hans odwrócił głowę i zobaczyła wyraz jego twarzy.

 – Ostrzegałam cię – przypomniała mu, choć on nic nie powiedział.

 – Tak, ale…

 – Będzie żył – stwierdziła sucho. – Przyjdzie wojna, wypuszczą go, żeby odkupił grzech przelanej krwi, przelewając jej jeszcze trochę. Zawsze tak robią. 

 – Byłoby lepiej, gdyby nie zrobił tego na poświęconej ziemi – podjęła gdy stanęli przy bramie. Uniosła dłoń do oczu, szukając wzrokiem czegoś na gościńcu.

 – Myślałam, że szybciej biega – zakończyła, z niesmakiem w głosie.

 – Nie rozumiem tylko, dlaczego ona to zrobiła – stwierdził bezradnie.

Gwenda spojrzała na niego z politowaniem.

 – Nie przyszło ci nigdy do głowy, że wcale nie chciała za niego wychodzić? – parsknęła na widok jego zdumionej miny. – Majątek jej ojca to wcale nie gorszy kąsek niż posag córki komesa. A ona miała głowę do interesów. Mogła znaleźć sobie męża, który służyłby jej pomocą, ale to nadal ona trzymałaby wszystko w garści. Niektóre kobiety to lubią – znów spojrzała w stronę drogi. Pod lasem pojawili się konni. Hans uznał, że to dworscy, wracają z polowania.

 – Co masz zamiar zrobić z Maksem? – zapytał nagle.

 – Już zrobiłam.

 – Co?!

 – Zaraz się dowiesz.

 

Wszystkim było doskonale wiadome, że Maksymilian miał w zwyczaju obdarzać swoją uwagą każdą niewiastę, którą uznał za dostatecznie urodziwą. Nikt też, włączając w to jego narzeczoną, nie spodziewał się, że zaniecha tego zwyczaju z przyczyny tak błahej jak zrękowiny, lub nawet stan małżeński. Nikomu też, nawet w najdzikszych snach, nie przyszło do głowy, by którykolwiek z kmieci, obdarzonych przez łaskawego panicza herbowym porożem, zdobył się choćby na słowo protestu. Niestety, w końcu znalazł się taki, który zastawszy go w objęciach swojej małżonki posunął się jeszcze dalej w wyrażaniu swojego niezadowolenia. Jedno precyzyjne cięcie zakończyło karierę nieszczęsnego uwodziciela, kładąc równocześnie kres wszelkim nadziejom na spłodzenie potomstwa. Maks przeżył, choć było jasne, że w obecnym stanie być może nadaje się do stanu kapłańskiego, ale nie do żeniaczki. Porywczy kmieć drogo zapłacił za swoje dążenie do sprawiedliwości. Sługom, którzy nie upilnowali panicza również nie było do śmiechu.

 

 – Jeden kapłon, a drugi przeklęty przez Boga morderca – Heronimus ponuro patrzył w swój kielich. Podniósł spojrzenie na najmłodszego, który, po drugiej stronie ławy, siedział sztywno jak kij, starając się wyglądać jak wcielenie posłuszeństwa i pokory

 – Ożenisz się z Hermengardą – stwierdził w końcu ojciec. Hans przełkną ślinę.

 – Jak sobie życzycie panie, a co z…

 – Znajdę odsyłam do klasztoru. Zajmie się nią twoja siostra. Nie życzę sobie, żeby ta dziewka dalej się tu pałętała i nie życzę sobie, żebyś z jej powodu spierdolił wszystko, tak, jak któryś z twoich braci, rozumiesz?

 – Rozumiem. Nie zawiodę cię.

 – Mam nadzieję.

Jeszcze długo siedzieli tak razem, to milcząc, to snując plany.

 

Następnego dnia Hans nie był w stanie podnieść się z łoża. Wstrząsały nim dreszcze, był cały rozpalony i szybko stało się jasne, że to coś zdecydowanie gorszego niż skutki nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. W ogólnym zamieszaniu nikt nie miał czasu zawracać sobie głowy odsyłaniem Gwendy dokądkolwiek. Ona, ze swojej strony, o ile do tej pory starała się nie rzucać w oczy panu, teraz z ujmującym wszystkim poświęceniem oddała się opiece nad chorym, czuwając przy nim dzień i noc, i asystując nadwornej zielarce przy przygotowaniu leczniczych mikstur. Ojciec podopiecznego nie wyraził sprzeciwu, być może dlatego, że okazała się nader zręczną opiekunką, być może w nadziei, że sama się zarazi i umrze, zdejmując mu z głowy przynajmniej jeden problem. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Wreszcie, po czterech dniach, kiedy stan Hansa nadal się nie poprawiał, nieśmiało zapukała do drzwi gospodarza, prosząc by zechciał poświęcić jej chwilę uwagi. Tego wieczora odbyli krótką rozmowę w cztery oczy, o nieznanej nikomu treści. Wyszła od niego spokojna i natychmiast udała się na spoczynek. Hieronimus spędził noc samotnie, patrząc w ogień na kominku i pijąc. Następnej nocy gdzieś zniknął. Kiedy rano zszedł na śniadanie, wyglądał jakby postarzał się o dziesięć lat. Tego samego dnia gorączka panicza spadła i chłopak odzyskał wreszcie przytomność.

 

Przyszła do niego tuż przed świtem, w dniu swojego wyjazdu do klasztoru. Spał jeszcze, i przez chwilę przyglądała mu się, myśląc, nie bez satysfakcji, że będzie nie najgorszym mężem dla Hermengardy i dobrym władcą. Obiekt jej obserwacji otworzył wreszcie oczy. Dała mu jeszcze chwilę, żeby oprzytomniał.

 – Mężczyzna, z którym byłam zaręczona zachorował. Moja dusza za jego życie – poinformowała go rzeczowo. Przez chwilę przyglądał jej się, oszołomiony.

 – Nie wyszłaś za niego – stwierdził wreszcie. Wzruszyła ramionami.

 – Zakochał się w córce swojego medyka.

 – Co zrobiłaś?

 – Odeszłam. Moja dusza za jego życie.

 – Ale…

 – Moja dusza za jego życie.

 – Och..

 – No właśnie.

 – Po co tu właściwie przyszłaś? – zapytał, nagle rozgniewany.

 – Mam dla ciebie prezent ślubny – spojrzał na nią spode łba. – Jesteś wolny – wyjaśniła.

 – Co?

 – Zawarłam układ z kimś innym. Już dopełniony – stwierdziła z satysfakcją w głosie.

 – Z kim?

 – Nie musisz wiedzieć – uśmiechnęła się niewinnie, wstając. – Ty tworzysz sobie własne piekło, z ludzi, których kochasz – już otwierał usta, ale nie dała mu dojść do słowa. – Znajdź siostrę – coś w jej głosie i w oczach sprawiło, że zadrżał. – Znajdź siostrę i upewnij się, że ma dach nad głową. Że nie głoduje. Zrobisz to?

Kiedy przytaknął odwróciła się i wyszła. Musiała się pospieszyć. Miała spotkanie z watahą wilków nad wodopojem, na drodze do klasztoru.

Koniec

Komentarze

Melduję, że znalazłam literówkę

perspektywa rozbabranie młodzieńca jakimś zaklęciem -

pewnie miało być rozbabrania.

 

Poza tym świetne.

No nie powiem, jak na fantasy całkiem, całkiem ;).

Sprawność pisarska rośnie w Tobie, padawanko, bo czyta się dosyć gładko. Są co prawda zagubione przecinki, są spore bloki tekstu do rozbicia, ale ogólnie technicznie jest dobrze.

Jedyny problem z tym tekstem mam taki, że właściwie nie wiem w jakiej ono jest tonacji. Bo większa część jest humorystyczna – a potem, łup, morderstwo. Łup, ofiara z życia. I tak mi to trochę dysonansuje…

Z uwag szczegółowych:

– “sugerowały, że nie jest ubogim najemnikiem” – ale kto nie jest najemnikiem – ogier czy rynsztunek? brakło Ci tu podmiotu;

– “zwykle po śliwowicy” – jako znawca i smakosz ;) informuję, że nalewka na śliwkach a śliwowica to dwa różne trunki (acz oba wyśmienite);

– “Tym nie mniej” – tym niemniej;

– “oczami z pod miedzianych loków” – spod;

– “za zamknietymi drzwiami” – zjedzony ogonek;

– “Jedno precyzyjne cięcie zakończyć karierę” – a to jest w języku Kalego;

– “Hans przełkną ślinę” – zjedzona literka.

Aha, i z tym “naszczaniem do ust” to przeholowałaś. Niesmaczne :(.

 

Mimo moich marudzeń – podobało mi się! Mimo, że to fantasy z tłumem klisz i stereotypów, sama treść stereotypowa już nie jest. I za to brawa!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Całkiem przyjemna bajka. Przecinki chwilami szaleją, ale czyta się płynnie i bezboleśnie. Niby nic, niby zgadzam się ze Staruchem, że bardzo kliszowa fantasy (celowo? jest na tyle dobrze napisana, plus jakieś twiściki są, że podejrzewam pastisz), ale miła niezobowiązująca lektura, zasługująca na bibliotekę.

 

Nie rozumiem tylko, dlaczego bez tytułu ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie rozumiem tylko, dlaczego bez tytułu ;)

Też się zastanawiałem, ale może dlatego, że to chłopak jest bez tytułu? A chciałby ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Kurczę, też główkowałam nad czymś w treści, ale narzucające się znaczenie jest tak mocno zafiksowane w literackiej wyobraźni, że nie pomyślałam :D Jeśli masz rację, to zwiększa moc mojej hipotezy o pastiszowości i uśmiecha, nawet bardzo!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgadzam się z przedpiścami – lekkie fantasy. Raczej sympatyczne, nie przeszkadzały mi trupy i ostry handel duszami. Gwenda go ostrzegała, prawda?

Wykonanie mogło być lepsze. Interpunkcja kuleje, literówki, czasem podmiot ucieknie, czasem powtórzenie…

 – Ależ skąd ten wniosek, młodzieńcze – zapytała bez przekonania.

Jeśli zapytała, to pytajnik się należy. I czy można pytać przez przekonania?

Gromadka chudych jak szczapa, acz rumianych dzieciaków

Cała gromadka chyba nie mogła być chuda jak jedna szczapa. Raczej jak szczapy.

Jedno precyzyjne cięcie zakończyć karierę nieszczęsnego uwodziciela,

Mnie też się Kali przypomnieć.

Babska logika rządzi!

Mnie także spodobała się opowieść, miejscami zabawna i lekka, mimo przelanej krwi. Czytało się całkiem nieźle, a mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby w tekście nie było tylu usterek.

 

– No… – chło­pak znowu się za­cu­kał. –> – No… – Chło­pak znowu się za­cu­kał.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może jednak warto skorzystać z poradnika: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

– Nie mogę – oczy chło­pa­ka za­lśni­ły go­rącz­ko­wo, – oj­ciec kazał nam wy­brać żonę. –> – Nie mogę. Oczy chło­pa­ka za­lśni­ły go­rącz­ko­wo – oj­ciec kazał nam wy­brać żonę.

Przed półpauzą nie stawia się przecinka. Ten błąd pojawia się jeszcze dwukrotnie w dalszej części opowiadania.

 

pod­po­wie­dzia­ła usłuż­nie Gwen­da po­le­wa­jąc na­stęp­ną ko­lej­kę. –> …pod­po­wie­dzia­ła usłuż­nie Gwen­da na­le­wa­jąc na­stęp­ną ko­lej­kę.

Polewać to szpetny współczesny potocyzm.

 

– Co masz za­miar zro­bić z Mak­sem? -za­py­tał nagle. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

za­wra­cać sobie głowy od­sy­ła­niem Gwen­dy gdzie­kol­wiek. –> …za­wra­cać sobie głowy od­sy­ła­niem Gwen­dy dokądkolwiek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobała mi się historyjka, którą dobrze opisują ostatnie słowa wiedźmy. Tworzysz bohaterów o wyraźnych motywacjach, co tez się chwali.

Podoba mi się język dialogów – trochę stylizowany, ale mimo to łatwy do zrozumienia. 

Technicznie zgrzytało, ale nie aż tak mocno. Nie przeszkadzało cieszyć się historią.

Podsumowując: lekki koncert fajerwerków, wart klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Kary ogier wart kilka wsi, oraz kosztowny i dobrze utrzymany rynsztunek 

Ten przecinek jest potrzebny?

Ubogiemu najemnikowi ktoś mógłby szepnąć po cichu, że podobno[-,] jest takie miejsce w lesie… Z drugiej strony, zestaw starannie dobranych uroków gwarantował, że na polanę nie trafiali zabłąkani wędrowcy[-,] lub przypadkowi włóczykije.

Chyba przyjrzałabym się przecinkom.

 – Ależ skąd ten wniosek, młodzieńcze – zapytała bez przekonania. Z wnętrza hełmu patrzyły na nią przerażone oczy królika i perspektywa rozbabranie młodzieńca jakimś zaklęciem coraz bardziej nabierała cech aktu miłosierdzia.

Dałabym znak zapytania. 

I wyobraźnia podsunęła mi obraz królika w hełmie.

Perspektywa rozbabrania. Mam problem z tym sformułowaniem: rozbabranie zaklęciem czyli co?

 – Nie mogę – oczy chłopaka zalśniły gorączkowo[-,] – ojciec kazał nam wybrać żonę.

Nie wystarczyło mu posyłanie synów do najbliższego kapłana, by ten za pomocą ostrego języka i giętkiej brzeziny wpoił im nieco żmudnej sztuki składania liter[-,] oraz szacunku dla ogólnie przyjętych wartości. Ponieważ pan na Durnostojach[-,] miał wobec swoich dzieci plany, w jego siedzibie zamieszkał skryba i bard w jednym, który miał za zadanie nadać domostwu gospodarza i jego potomkom nieco dworskiego poloru.

Bardzo rzadko stawia się przecinek przed “i”. 

W drugim zdaniu oddzieliłaś podmiot od orzeczenia.

Jedno precyzyjne cięcie zakończyć karierę nieszczęsnego uwodziciela, kładąc równocześnie kres wszelkim nadziejom na spłodzenie potomstwa.

Zwróć też uwagę na przecinki przy wołaczach (zawsze oddzielamy) i zdaniach wtrąconych (trzeba je i “otworzyć”, i “zamknąć”).

teraz z ujmujących wszystkim poświęceniem oddała się opiece nad chorym,

ujmującym

Powiem tak: opowiadanie jest całkiem sympatyczne, ale wolałabym je przeczytać po poprawkach. 

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój swój własny, prywatny czas na przeczytanie i popełnienie komentarza. Conieco poprawione, conieco trzeba jeszcze przemyśleć i się poprawi. W kwestii tytułu, to (rzecz jasna) wyobraźnia odmówiła wspólpracy. Nie mam pojęcia dlaczego. 

Ale!

Jestem padawnką… Tralallallalalalala :DDD

Nie trawię fantasy…Ale takie mogę czytać bez zwracania ;) Tak, jak wspominał Staruch, w pewnym momencie zmienia się ton opowiadania, ale to akurat uznaje za wartość dodaną opowiadania :) Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

 

Opowiadanie stale balansuje na krawędzi pastiszu czy może humorystycznej fantasy (głównie pierwsze akapity), a poważnej opowieści (nawet okrutnej) z lekko nostalgiczną atmosferą. Nie zawsze jest płynnie, nie zawsze stylistycznie równo, ale wygląda na to, że masz swój STYL. A to bardzo cenna rzecz dla pisarza.

Niby historia pod koniec zbacza na zupełnie niezapowiadane rejony, ale powoli nasycasz ją specyficznym klimatem i gdy robi się poważniej, robi się też ciekawiej. Bohaterowie to typy znane i dosyć oklepane (Hans, niedobrzy bracia), ale Gwenda zdecydowanie się wyróżnia na ich tle swoim sarkazmem i gorzkim podejściem do świata (za którym skrywa własną tajemnicę).

Podoba mi się, jak opisujesz pewne sceny pod względem językowym i nie przeszkadzają nawet za bardzo anachronizmy językowe, które dodają umowności światu przedstawionemu.

Historia dosyć prosta, ale niełatwa do zaszufladkowania – coś na pograniczu okrutnej obyczajówki i romansu w realiach fantasy ;). Za to przemyciłaś w niej kilka gorzkich prawd o życiu i typach ludzkich.

A w tytule mała i nawet zabawna gra słowna.

Po przeczytaniu spalić monitor.

motywem odzyskania twarzy – chyba nie zrozumiałam.

Pastisz, bardziej podobała mi się pierwsza część, w drugiej oczekiwałam mniej krwiożerczych zaklęć,  żal mi się zrobiło braci rycerzyka i panien, nawet ojca.

Cięte riposty, jędrne konstatacje. Zabawne, chociaż w jednym przypadku “naszczała”, dla mnie jużza daleko. 

Czy znała rycerzyka, czy nie? Z początku Gwenda przygląda mu się jak nieznajomemu, a potem 

"Tak przynajmniej twierdzili okoliczni kmiecie, którzy składali Gwendzie dyskretne wizyty w sobie tylko wiadomych celach"

 

Kilka literówek:

– perspektywa rozbabranie

– co go ta kurew ciotka zagarnęła

– Ze swoją dumną, pociągła twarzą

– Dziewczyna patrzyła na świat zielonymi oczami z pod miedzianych loków  - spod?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka