- Opowiadanie: Wiktor Orłowski - Świt nad doliną

Świt nad doliną

Wielcy i zasłużeni: Chroscisko, Varg, Fajrom, Sy, Kam_mod, Wisielec. Stokrotne dzięki!

 

Za bezcenną pomoc merytoryczną oraz wsparcie przy interpretacji Mahabharaty serdecznie dziękuję Pani prof. dr hab. Joannie Sachse (Zakład Filologii Indyjskiej Uniwersytetu Wrocławskiego).

 

Informacja dla jury (i ciekawskich): Opowiadanie bazuje na starożytnym eposie, którego kluczowy wątek – legendarna wojna Pandawów z Kaurawami – uważana jest za (epicko rozdmuchany) fakt historyczny, choć nie ma zgodności w jego datowaniu (5-1 tys. lat p.n.e.). W tekście przywołana jest rzeka Sarasvarati, która wyschła ok. 2 tysiące lat p.n.e. Mam nadzieję, że regulamin dopuszcza takie datowanie “pi razy drzwi”. ;) 

 

*Cytaty pochodzą z Mahabharaty, jej streszczeń i opracowań, a dokładnie:

Mahabharata, Vyasa (tł. A. Lange)

Mahabharata, B. Mikołajewska

Mahabharata, Krishna Dharma (tł. z angielskiego Iwona Szuwalska)

Mahabharata, K. M. Ganguli (przekład angielski, tł. własne)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Świt nad doliną

Jako dym osłania płomień, a rdza żelazo,

jak macica otacza płód, tak szaleństwo przykrywa świat.*

 

 

Viratanagari

czwarty dzień miesiąca sahasja

 

Wielka sala zgromadzeń tonęła w szeptach. Powietrze pachniało olejkiem z korzeni nalada i sandałową papką, którą wojownicy z kasty kszatrija namaszczali swoje ciała. Długie knoty płonęły w misach pełnych klarowanego masła. Roztańczony ogień rzucał cienie na mroczne sylwetki rycerzy, upodabniając ich do demonów rakszasa.

– Co mówi mój wuj? – spytał Judhszithira, pocierając obolałe skronie. W ostatnich latach bardzo posiwiał; wygnanie i utrata ziem przysporzyły mu aż nadto zmartwień.

– Milczał przez całe posiedzenie, panie. Najwięcej mówił pierwszy książę Durjodhana i jego przyboczny, bohater Karna. – Poseł skrzywił się. – Lżyli cię słowami tak grubiańskimi, że nie śmiem ich przytoczyć.

– Przekazałeś moją wiadomość?

– Tak, panie. Książę Durjodhana odmówił należnej ci połowy królestwa. Nie odda Indraprasthy po dobroci.

– A to zawistny dureń! – syknął Ardżuna, zaciskając pięści tak mocno, że aż pobielały mu knykcie.

Judhszithira powiódł zmęczonym wzrokiem po twarzach swoich braci. Bhimasena, drugi w kolejności starszeństwa, oddychał płytko z wściekłości. Trzeci syn, Ardżuna, mamrotał pod nosem niewyraźne przekleństwa. Nakula i Sahadewa milczeli jak zaklęci, twarze zakrywszy chustami z wzorzystego jedwabiu. Bliźniaczy wojownicy, najmłodsi z rodu zmarłego króla Pandu, przyrzekli nie odsłaniać twarzy, dopóki nie odzyskają ojcowizny. Zhańbieni, wypędzeni, zmuszeni kryć się pod cudzym dachem, kipieli teraz żądzą zemsty.

Najstarszy książę westchnął.

– Będzie, co ma być – powiedział cicho, wstając. – Jeszcze dziś roześlę poselstwa do władców, którzy nam sprzyjają. Rozpowiedzcie na cztery strony świata o boskiej broni, która jest w posiadaniu Ardżuny. Powiedzcie, że synowie Pandu, prawowici dziedzice, po trzynastu latach wygnania upominają się o tron. Może Durjodhana ochłonie, słysząc plotki, a jeśli nie… – Zawiesił głos. – A jeśli nie, niech bogowie mają nas w opiece.

 

 

Matsja było pięknym królestwem, zaś jego stolica, Viratanagri, ze wszech miar urokliwym miastem. Mimo że urodą nie dorównywała Hastinapurze – z jej szerokimi, gładko brukowanymi ulicami i powietrzem wonnym od korzeni i pachnideł – panował w niej ład i harmonia. Nakula lubił to miejsce – odnajdywał w nim spokój podczas wieczornych przechadzek.

Teraz jednak nie mógł marzyć o spokoju. Choć nogi miał długie, ledwie mógł nadążyć za Sahadewą.

– Zaczekaj! – jęknął wreszcie, kapitulując.

Odpowiedziało mu wściekłe prychnięcie.

Razem dotarli do królewskiej pracowni. Wirata, miłościwy król, który przygarnął braci w trzynastym roku wygnania, poznawszy się na niezwykłych talentach Sahadewy przydzielił ją braciom do badań. Od miesięcy dziesiątki wykwalifikowanych robotników uwijały się tu jak w ukropie, rozbierając i na powrót składając niezwykłe latające pojazdy zwane wimanami.

Z oddali dobiegał metaliczny syk i gwar wielu podniesionych głosów. Kilka wehikułów leżało w pracowni mistrza – sprowadzono je z Hastinapury za góry złota i rozłożono, by szczegółowo poznać mechanizm ich działania. Uczeni bramini tłoczyli się wokół nich niczym muchy dookoła wypatroszonej ryby. Z mądrymi minami wygłaszali swoje tezy, ale każdy wiedział, że nie dokonaliby niczego bez lotnego umysłu młodszego z bliźniąt.

Szczegóły budowy wielkich latających fortec były bardzo ciekawe, ale projekt nowej broni wymagał tylko drobnego udziału niedużej, jednoosobowej wimany.

– Co cię ugryzło? – spytał Nakula, opierając dłonie o kolana. Mimo świetnej kondycji zdążył złapać zadyszkę.

– Brat kazał rozpowiedzieć o „broni Ardżuny”. – Głos Sahadewy drżał z ledwo skrywanego gniewu. – Kazał powiedzieć, że to on jest jej twórcą.

Nakula westchnął, prostując się.

– Dobrze wiesz, dlaczego to zrobił – powiedział łagodnie. – Chodzi tylko i wyłącznie o twoje bezpieczeństwo. Jesteś przecież…

– Ani słowa! – Czarne oczy Sahadewy, jedyny widoczny element w przesłoniętej chustami twarzy, rozszerzyły się niebezpiecznie. – Nie chcę słyszeć w twoich ustach tego słowa, bracie. Teraz ani nigdy.

 

 

Hastinapura

czternasty dzień miesiąca sahasja

 

W warsztatach Adhirathy od rana panował zgiełk i tłok. Rzesze półnagich mężczyzn o torsach zlanych potem pracowały, dzień w dzień kując doskonałą stal, odlewając ze szlachetnych metali elementy mechanizmów i przycinając drewno do rozmaitych form. Uczeni wykrzykiwali polecenia, a służący zdzierali sandały, biegając, by dostarczyć rozkazy do odległych zakątków pracowni. Roznoszono dzbany bezcennej rtęci, która była podstawą tajemnego napędu latających pojazdów.

Dziennie składano tu od sześciu do dwunastu wiman. Dość, by niegdysiejszy woźnica mógł szczycić się bogactwem godnym królów, gdyby tylko nie przeznaczał ogromnej części dochodu na jałmużnę dla braminów.

W południe przy wejściu zapanowało poruszenie. Nagłe przybycie intruza zaburzyło harmonię pracy; robotnicy rozpierzchnęli się jak pszczoły na widok szerszenia. Orszak w barwach pierwszego księcia wtargnął do pracowni.

Durjodhana płynął przez fabrykę krokiem godnym boga. Dwie piękne służące ochładzały go ruchami olbrzymich wachlarzy.

– Spójrz, Karno! – krzyknął, teatralnie zataczając ręką koło. – Wszelka mądrość zrodzona z ascezy i dyscyplina, jakiej poddano najtęższe umysły, obradza w tym miejscu!

Wojownik czknął ordynarnie, ulewając ze złotej czary nieco palmowego wina.

– Słuchasz mnie?

– Słucham. Wszelka mądrość, asceza, dyscyplina i owoce, tak. A właśnie, owoce. Przynieść daktyli! I wina! – ryknął, a jedna ze służących natychmiast oderwała się od orszaku i popędziła, by spełnić jego zachciankę.

Od strony prywatnych komnat nadbiegał właśnie Adhiratha, gnąc się w pokłonach. Zmarszczki na jego ogorzałej twarzy wyglądały jak koryta dawno wyschłych rzek. Uśmiechał się przyjaźnie, ale czarne, przymrużone oczy miał chłodne.

– Wielka to radość gościć cię w swych progach, książę – wymamrotał tonem, który sugerował, że stary woźnica w istocie od szczęścia jest bardzo daleki. – Cóż cię do mnie sprowadza?

– Wojna – przemówił książę zaskakująco krótko i rzeczowo. – Wojna, która spopieli i rozniesie w pył pyszałkowatych synów Pandu. Jako pierworodny syn króla i ten, który obejmie po nim rządy, pragnę upewnić się, jak przebiegają prace. Twoje wimany przysłużą się na polu walki.

– Nie jestem godzien twojej łaskawości, panie.

Adhiratha pokłonił się wystarczająco nisko, by książę nie dostrzegł na jego twarzy wyrazu niezadowolenia. Jak wszystkim starszym, którzy mieli głowy na karkach, wizja wojny z synami króla Pandu zupełnie mu się nie uśmiechała.

Konflikt, choć na wskroś prozaiczny, miał wszelki potencjał, by doprowadzić do tragedii.

Obecny król Hastinapury, Dhritarasztra, urodził się ślepy. Mimo że prawem starszeństwa przysługiwał mu tron, władzę oddano jego młodszemu bratu – lubianemu i poważanemu Pandu, który doczekał się pięciorga dzieci: Judhszithiry, Bhimy, Ardżuny, Nakuli i Sahadewy. Synowie Dhritarasztry, z głupim i gnuśnym Durjodhaną na czele, kuzynów serdecznie nienawidzili. Nie chodziło nawet o władzę i przywileje – po prostu synowie Pandu byli mądrzejsi, silniejsi i lepsi we wszystkim, czego się tknęli.

Po śmierci Pandu tron objął najstarszy Judhszithira. Zazdrosny Durjodhana dopuścił się zamachu na życie prawowitych sukcesorów – po nieudanej próbie spalenia żywcem bracia zmuszeni byli uciekać. Gdy wrócili, uradowany lud powitał ich jak bogów, a wtedy wściekli kuzyni wyzwali ich do nieuczciwej gry w kości. Młody król przegrał wszystko, co miał – tron, żonę, nawet samego siebie – i obiecał odejść na trzynaście lat.

Ale teraz kończyło się ich wygnanie. Synowie Pandu wracali i będą się mścić, a od ich gniewu zapłonie ziemia i oceany zamienią się w parę, głupi książę zaś chciał, by wielki w tym udział miały latające pojazdy Adhirathy.

Stary woźnica westchnął w duchu. Bogowie pokarali go za długim życiem – dość, by musiał patrzeć, jak jego dzieło zabija pierwszych synów królestwa.

– Oczekuję po tobie wielkich rzeczy, woźnico – przemówił książę, wiodąc dłonią po glinianym kadłubie najbliższej ze składanych wiman. Była nieduża, w sam raz dla dwojga ludzi.

– Ja po tobie również, książę – wymamrotał starzec.

Durjodhana odwrócił się na pięcie i wyszedł. Karna charknął i splunął na starannie zamiecioną podłogę, po czym ruszył za nim.

 

 

Viratanagari

dwudziesty dzień miesiąca sahasja

 

O świcie wojska Pandawów wyruszyły z miasta.

Wajśja żyjący z uprawy pszenicy i ryżu, którzy ściągali tłumnie do stolicy, by sprzedać owoce swojej pracy, w panice uskakiwali z dróg. Szerokimi traktami maszerowała armia. Tysiące mężczyzn o silnych ramionach prowadziło zdyscyplinowane słonie bojowe. Setki rumaków ciągnęły rydwany słynnych wojowników. Synów Pandu wspomagało wiele mocarstw – mieli za sobą Wiratę, Drupadę, króla Magathy Dżjatsenę, wojska dynastii Czadisu. Judhiszthirze udało się zgromadzić masę wojska w imponującej liczbie siedmiu akszauhini. Ziemia drżała pod naporem sandałów i końskich kopyt. Kolumna bogato zdobionych wozów zdawała się nie mieć końca.

Ardżuna siedział na grzbiecie słonia, ze zmarszczonymi brwiami lustrując barwną rzekę wierzchowców, ludzi i sprzętu.

– Zdajesz się być strapiony, bracie – przemówił jadący po jego prawicy Judhszithira.

Książę potrząsnął głową.

– Martwi mnie to wszystko – wyznał. – Ta wojna. Wiesz dobrze, że nie brak mi odwagi, ale ja… nie chcę brać w niej udziału. Durjodhana to nasz kuzyn, jego bliscy to nasza rodzina. Uznaj, że stchórzyłem, jeśli nie zdołasz przyjąć moich racji, ale nie chcę napinać łuku przeciwko swoim.

Najstarszy z braci uśmiechnął się lekko. Jego złote kolczyki ozdobione brylantami łowiły promienie porannego słońca.

– Rozumiem cię – rzekł cicho. – Ja również nie mogę przez to spać. Ale lud Hastinapury to moi poddani, ojciec zostawił ich mojej opiece, gdy umierał. Durjodhana jest głupi i próżny, nie potrafi rządzić państwem. Jeśli żal ci śmierci naszych kuzynów na wojnie, pomyśl o ludziach, których jego polityka wpędzi w głód.

Ardżuna milczał dłuższą chwilę. W końcu, mimo że siodło słonia nie dawało mu ku temu wielkich możliwości, zgiął się przed bratem w ukłonie pełnym szacunku. Gęste ciemne włosy spłynęły mu na twarz.

– Prawdę mówią, że jesteś najmądrzejszym z Pandawów – powiedział, a Judhszithira roześmiał się.

– Nie, bracie! Ja jestem tylko przezorny. Wcieleniem mądrości jest Sahadewa. Klnę się, że wiedzą dorównuje samemu Indrze. Widziałem projekty, są doprawdy…

– Nie.

Młodszy z braci na powrót usiadł prosto w siodle i ujął wodze. Twarz miał zasnutą cieniem niepokoju, między jego brwiami pojawiła się drobna zmarszczka.

– Ardżuno?

– Sahadewa umie liczyć, ale nie myl tego z prawdziwą mądrością. Boję się… Boję się, że ta broń przyniesie nam więcej łez niż radości.

Zanim Judhszithira zdążył się odezwać, Ardżuna popędził słonia, zostawiwszy brata w tyle.

 

 

Hastinapura

dwudziesty szósty dzień miesiąca sahasja

 

Stolica nocą lśniła niczym klejnoty w koronach bogów. Szerokie ulice, czyste i proste jak klingi mieczy, za dnia tak pełne podróżnych z rozmaitych stron świata, po zmroku rozjaśniano ogniem płonącym w setkach glinianych mis. Rozgrzane powietrze syciło się wonią kwiatowych girland, słodkich owoców z drzewa aśwattha, liści wawrzynu i kardamonu. Garncarze, murarze i rzemieślnicy z kasty wajśja zamykali już swoje kramy – z wyjątkiem może tych, co na codzienną miskę ryżu zarabiali sprzedażą alkoholu. W wyszynkach zaraz po zmroku zaroiło się od mężczyzn, którzy zboczyli z chwalebnej ścieżki dharmy.

Nocą na ulice wyszły prostytutki. Wdzięczyły się, zsuwając szaty z uperfumowanych ramion. Czcigodni bramini omijali je wzrokiem, niestrudzenie rozprawiając o mądrościach zawartych w strofach Wed. Ich śladem podążali chudzi, żylaści uczniowie. Hastinapurskie kurtyzany łowiły ich pożądliwe spojrzenia.

Nieliczni śudrowie i niewolnicy uwijali się jak w ukropie, nawet o tej porze goniąc za sprawunkami dla swych panów. Nieczystych najpodlejszego stanu, którzy sprzątali ulice i grzebali trupy, nie spotykano – im nie wolno było korzystać z publicznych dróg.

Niebo nad miastem pełne było wiman. Latające pojazdy – nieduże, zdolne ledwie pomieścić posłańca oraz wielkie, służące możnym do wieczornych wycieczek – płynęły statecznie, migocząc płomieniami niewielkich lampek, z dołu przypominając nowe konstelacje gwiazd.

Mężczyzna odziany w czarne szaty skręcił gwałtownie, zbaczając w stronę wąskiej uliczki przeznaczonej dla dasami. Wyminął jatkę i, przyciskając do twarzy kawałek szmaty,  przeskoczył przez niski mur okalający domostwo rzeźnika. Odór suszonych na słońcu skór aż odebrał mu oddech.

Dotarłszy do wielkiego kompleksu warsztatów woźnicy, nieomylnie skręcił w lewo i plątaniną wąskich skrótów przecisnął się do tajnego wejścia.

Adhiratha czekał na niego. Siedział ze skrzyżowanymi nogami na gołej ziemi, z opuszczonymi powiekami recytując modlitwy o uzdrowienie. Mimo wieku ciało miał silne i choć błagał o zdrowie, nie czynił tego dla siebie.

– Byłbyś łaskaw nie pluć na podłogę tym razem – przemówił zamiast powitania. – Służba poszła już do domów.

Mężczyzna zsunął z twarzy czarną chustę. W półmroku jego przystojna twarz wydawała się szczuplejsza, czarne oczy o wykroju płatków lotosu miał podkrążone.

Karna uśmiechnął się lekko i złożył ukłon pełen szacunku.

– Wybacz mi uprzednie grubiaństwo, ojcze.

– Wybaczam, bo wiem, że wychowałem cię na człowieka wielkiego serca.

– O innych organach nie mówiąc – mruknął Karna, siadając przed starcem, a twarz Adhirathy na moment skurczyła się z bólu. O wielki Brahmo, dlaczego tak karzesz sługi swoje? – Jak posuwają się prace? Nie mogłem należycie rozmówić się z tobą przy ostatniej wizycie, ojcze.

– Nim nadejdzie miesiąc tapas, dostaniesz wszystkie wimany, które zaprojektowałeś. Sto osiemdziesiąt, razem ze sferycznymi.

– Co z podniebnymi woźnicami?

– Drona szkoli ich potajemnie.

Karna otworzył usta, by coś powiedzieć, albo może zapytać, ale targnął nim nagle spazm potężnego kaszlu. Zgiął się wpół, oburącz ściskając szatę na piersi. Miał wrażenie, że w okolicach serca zagnieździły mu się jeżowce, które czasami próbowały piąć się w górę gardła.

Poczuł na podbródku wilgoć. Krew w półmroku wyglądała na czarną.

– Co mówią ci bramini? – zapytał Adhiratha cicho, patrząc na syna z mieszaniną lęku i czułości. Choć nie był prawdziwym ojcem Karny – czego ten nie wiedział – darzył go miłością na równi z prawdziwymi synami.

Wojownik wzruszył ramionami. Rozumiał, o co pyta ojciec, ale wolał odpowiedzieć wymijająco.

– Że nadchodzi Kalijuga, wiek żelazny, wiek kłótni i hipokryzji. Tu akurat mogą mieć rację. Książę Durjodhana to wcielenie kłótni i hipokryzji.

Stary woźnica złapał go za przedramię i ścisnął, jak zwykle zadziwiając się jego obwodem i twardością. Karna pozwalał, by potężne ciało wojownika skryło go jak najlepsza maska, a sploty mięśni starannie zasłoniły przed postronnymi najgroźniejszą z jego broni – umysł. Lotny, przenikliwy, ostry jak strzały Ardżuny.

– Więc dlaczego go wspierasz? – Adhiratha zatoczył ręką wokoło. – Po co to wszystko? Jeszcze jako dziecko pomogłeś mi okiełznać moc gorącej rtęci. Wymyśliłeś połowę pojazdów, które tu tworzę, ale wciąż z uporem udajesz wyzbytego czci głupca. Książę je ci z ręki, ale ma cię za nic. Dlaczego wspierasz jego chore pragnienie wojny? Masz na niego wpływ – dlaczego go nie powstrzymasz? Do czego ty dążysz, Karno?

Wojownik delikatnie rozgiął jego palce i powoli uwolnił się z uścisku. W kąciku ust błyszczała mu kropla jeszcze świeżej krwi.

– Nie przybyłem tu odpowiadać na twoje pytania, ojcze. Przyszedłem, by zadać własne.

W czarnych oczach Adhirathy coś błysnęło i zgasło.

– Pytaj.

– Doszły mnie słuchy, że Pandawowie posiadają broń zdolną zrównać z ziemią armię bogów. Znasz nas od dziecka i uczyłeś wszystkich książąt, więc powiedz mi: czy Ardżuna byłby w stanie stworzyć coś tak potężnego?

– Nie – odparł starzec.

– Czy którykolwiek z synów Pandu byłby w stanie tego dokonać?

– Nie, Karno. Żaden.

 

 

Karna nie był lubiany na królewskim dworze.

Jako mieszaniec dwóch stanów, z racji samego urodzenia nie mógł cieszyć się wieloma przywilejami, a gwałtowne usposobienie nie przysparzało mu przyjaciół. Stary doradca króla Bhiszma bezskutecznie domagał się wydalenia go z pałacu. Drona, słynny mistrz królewskich synów, odmówił mu swoich nauk. Król miał go za walecznego, ale nieokrzesanego furiata, służące zaś za groźne, lubieżne monstrum. Prócz ojca nie było nikogo, kto darzyłby Karnę szacunkiem.

Z wyjątkiem jednej osoby.

Adhira usługiwała mu od trzech lat i jako jedyna wiedziała, jak mądrym i przewidującym człowiekiem jest jej pan. Wiedziała, jak wiele wysiłku wkłada w potajemną pracę. Wiedziała, że nigdy nie skrzywdziłby kobiety, a służące hojnie wynagradzał za rozpowiadanie bzdur.

Wiedziała też, że Karna umiera.

– Panie – wyszeptała, wilgotną szmatką ocierając mu twarz.

Jechali w bogatym wozie o ciasno zasuniętych kotarach. Adhira nie miała miejsca na nogi, bo rozciągnięty na kocach, rozłożony gorączką mężczyzna zajmował prawie całą przestrzeń. W róg pojazdu wcisnęła się druga służka, która zawodziła ogłuszająco, imitując miłosne jęki. Głos miała imponujący; niemal udało jej się przekrzyczeń ryk tłumu, który odprowadzał idącą do boju armię.

Był dwunasty dzień miesiąca tapas. Durjodhana wyprowadzał wojska z miasta – wozy ciągnęły się bez końca, wijąc niczym olbrzymia skolopendra. Rozgrzane powietrze zdawało się zastygnąć, przerażone ogromem zgromadzonych sił. Książę zdołał zebrać pod swoją wodzą jedenaście akszauhini – wsparli go Jadawowie, król Szalja z Madrasu i cała armia Kryszny.

Poddani wiwatowali ogłuszająco. Na czele kolumny dumnie jechali najbardziej znamienici rycerze królestwa – z wyjątkiem może jednego, który zgodnie ze swoimi zwyczajami wolał zabrać do wozu dziewkę, niż demonstrować cnoty stanu kszatrija. Tak się przynajmniej mogło z zewnątrz wydawać; ciało kobiety było ostatnim, o czym osłabiony Karna mógł myśleć.

Adhira zagryzła wargi, wykręcając mokrą szmatkę. Ułożyła ją na rozpalonym czole pana. Ostatnio pogarszało mu się. Leżał płasko na deskach wozu, oddychając ciężko, zbyt słaby, by opuścić Hastinapurę na końskim grzbiecie.

Kotara nagle zadrżała. Młodzieniec wskoczył do wozu miękko jak kot i starannie zasunął ją za sobą.

– Jak to wygląda? – spytał Karna, unosząc się na łokciach. Szpieg uśmiechnął się.

– Bhiszma grzmi, że nie stanie do walki, jeśli ty także będziesz walczył, panie. Drona jest oburzony twym zachowaniem. Muszę nadmienić, że ja również. Znalazłbym dla tej dzierlatki lepsze zajęcie. – Wyszczerzył zęby w stronę udającej spełnienie dziewczyny, która zaczerwieniła się jak kwiat lotosu. – Choć przyznam, że te gromkie śluby zdają się być dla was bardzo korzystne – dodał, unosząc lekko brwi. Aktualny stan Karny bynajmniej nie nastrajał bojowo.

Kszatrija warknął i nakazał mu opisać pochód.

– Tłuszcza tańczy i śpiewa. Załogi wiman rzucają z nieba całe kosze kwiatów. Ale nie wszystkie wzbiły się w powietrze, te, które kazałeś owinąć płótnami, jadą na wozach od sto czterdziestego szóstego do…

Karna rozkaszlał się chrapliwie. Adhira przyskoczyła, by otrzeć mu usta, ale odpędził ją niecierpliwym gestem.

– Słuchałeś plotek, jak ci kazałem?

– Tak, panie. Zewsząd płyną wieści o niszczycielskiej broni Ardżuny.

– A co kazał ci uczynić twój drugi chlebodawca?

Szpieg uśmiechnął się przebiegle i nachylił w kierunku Karny. Dziewczyna spięła się i sięgnęła pod suknię, ale pan powstrzymał ją gestem, nim wyjęła sztylet. Młodzieniec wyszeptał mu na ucho kilka słów – widziała, jak twarz wojownika raptownie blednie, a jego oczy rozszerzają się w zdumieniu.

– To wszystko? – spytał.

– Ręczę głową.

– Mówisz prawdę?

– Ten, który powierzył mi te słowa, słynie z prawdy, panie.

– Możesz odejść.

Szpieg skłonił się i zręcznie wyskoczył z wozu. Karna podciągnął się na rękach, po omacku sięgając po dzban palmowego wina. Adhira przyskoczyła, by usłużyć mu kielichem.

– Ważne wieści, panie? – szepnęła.

Karna milczał przez chwilę, zanim odpowiedział.

– Nie.

 

 

Dolina Kurukszetra

dwudziesty dzień miesiąca tapas

 

Świętą Ziemię oplatały wstęgi dwóch pradawnych rzek. Święte wody Saraswati i Driszadwati obmywały ją, przydając ośmiu wielkich cnót: ascezy, prawdy, przebaczenia, życzliwości, czystości, hojności, pobożności i brahmy. Mawiano, że przed wiekami sam wielki król Kuru wybrał ją na miejsce bitew. Każdy, kto straciłby życie na jej świętym łonie, natychmiast szedł do krainy bogów.

Dolina Kurukszetry była ziemią krwi.

Nad ranem ze wschodu przybyło jedenaście akszauhini Durjodhany. Zdawało się, że razem z nimi nadszedł świt, że sam bóg słońca zszedł z nieba, by wspomóc księcia. Ostre języki brzasku lizały złocone czapraki koni, przeglądały się w polerowanych tarczach, lśniły w klejnotach wprawionych w kolczyki.

Armia Pandawów nadeszła z zachodu, mroczna, ponura i zacięta. Najstarszy z braci, pobladły i poważny, jechał na przedzie wraz ze swoim pierwszym dowódcą. Prawą flankę wiódł Ardżuna o ustach do krwi poranionych nerwowym przygryzaniem. Lewą prowadził Bhimasena, tak wściekły, że bali się go nawet właśni żołnierze. Nigdzie nie było widać bliźniąt.

Podczas gdy tylne linie w pośpiechu rozbijały obozy i rozpalały ogniska, dowództwa zbliżyły się. Rozmów nie było. Judhiszthira z szacunkiem padł na kolana przed starszymi wojownikami, błagając o błogosławieństwo. Sojusznicy Durjodhany zaczęli ordynarnie gwizdać, ale oczy nauczycieli zwilgotniały.

Zdetronizowany król wstał i bez słowa wrócił do swoich ludzi. Kiedy zajął miejsce na rydwanie, uroczyście zadęto w konchy, obwieszczając rozpoczęcie wojny.

 

 

Na dźwięk tysięcy konch, trąbek i bębnów armie żołnierzy ruszyły przeciwko sobie z wysoko uniesioną bronią. Ziemia trzęsła się, a suchy pył unosił pod ich stopami, pokrywając wszystko niczym chmury. Ścierające się ze sobą armie rykiem i wyglądem przypominały uderzające o siebie oceany.

 

 

To był huk i ogłuszające rżenie rannych koni. Zawodzenie instrumentów, w które trębacze dęli, dopóki strzały nie przeszywały im gardeł, krzyki żołnierzy, przejmujące wycie umierających w bólu słoni. To był szczęk broni trafiających o broń i łoskot, z jakim rozpędzone ciała zderzały się, miażdżąc wzajemnie na krwawą papkę.

Był tam kurz Kurukszetry, który chciwie spijał rozlewaną posokę. Wizg setek tysięcy wypuszczanych strzał, trzeszczenie napiętych cięciw i mięśni. Chrapliwy oddech, urwany w pół ostrzem oszczepu wepchniętym pod płuco. Niskie, monotonne buczenie unoszących się w powietrzu wiman, z których łucznicy szyli w dół deszczem strzał. Bezsensownie wykrzykiwane, sprzeczne rozkazy. Zapach płonącego drewna, końskiego moczu i ludzkiego gówna z rozprutych jelit. Był Bhimasena zlany cudzą i własną krwią, który ryczał jak ranne zwierzę, wywijając dookoła maczugą z żelaznymi guzami. Były czaszki rozbijane jak kokosy i wywleczone mózgi, nagie i miękkie jak ostrygi.

Ardżuna krzyczał, zwijając swoich ludzi w ciasny klin, którym jak w bryłę masła wrąbał się w szeregi wroga, roznosząc śmierć. Blady Judhszithira mamrotał modlitwy do wszystkich bogów, lecz oni zamknęli uszy i nie chcieli słuchać.

Była tam powinność stanu kszatrija, warny wodzów i wojowników, wyryta w błocie spazmatycznym skurczem palców umierających żołnierzy.

Była pisana w prawie jałmużna hojnie rozrzucanych strzał, tym bardziej miłych sercu, im bliżej sięgnęły celu. Drona ustawił swoich ludzi w niezwyciężoną, kolistą formację i krzykiem ponaglał ich do ataku. Żołnierze Pandawów wpadli w nią i umarli z szałem w oczach. Było tam wiele innych, drobniejszych potyczek, a wkrótce po nich nieprzebrane mrowie bezgłowych, rozszarpanych trupów.

O zachodzie słońca, kiedy konchy ogłosiły koniec walk i nieludzko zmęczeni żołnierze wrócili do obozów, Ardżuna zrozumiał, czego jedynie tam nie było.

Życzliwości, prawdy i przebaczenia.

– To jest szaleństwo – powiedział w namiocie Judhszithiry między jedną a drugą łyżką papki rozwodnionego ryżu. Nie  miał apetytu, ale jadł, wiedząc, że będzie potrzebował sił. – Odpuśćmy, błagam. Wolę całe życie spędzić w lesie, niż mieć krew rodziny na rękach.

Ale najstarszy z braci tylko bez słowa pokręcił głową.

Następnego dnia było gorzej.

O świcie w niebo wzbiły się kuliste twory. Żołnierze Pandawów zamierali z ustami półotwartymi w zdziwieniu. Niektórzy rzucali broń i padali na kolana, przekonani, że to bogowie zstąpili ze świata górnego, by obwieścić swoją wolę. Zaalarmowany Judhiszthira wypadł ze swojego namiotu i stanął jak skamieniały.

– Na wielkiego Indrę – wyszeptał. – Co to jest?

Pod czystym niebem płynęły kule blasku. Było ich nie więcej niż trzydzieści, leciały wolno, w eleganckim szyku, z oddali podobne do maleńkich słońc. Zbliżały się w stronę namiotu książąt.

Dowódcy Pandawów zareagowali błyskawicznie, zbierając trzy kolumny wojska, które podjechały do nich od trzech stron i zasypały deszczem strzał. Atak okazał się nieskuteczny; strzały spłynęły po kulach, jakby były kroplami deszczu. Lśniące sfery obniżyły lot, wyraźnie obierając kurs na namiot Judhiszthiry.

– Strzelać! – wrzasnął Ardżuna, przewidując najgorsze. – Strzelać, do stu rakszasów!

Niegdysiejszy król wypadł na zewnątrz i zamarł w szoku. Rżenie koni i łoskot pędzących rydwanów zlały się w jednej jazgot. Ledwie poczuł, jak ktoś z nieludzką siłą łapie go w pół i wciąga na wóz. Słyszał krzyki – rozpoznawał głos brata, ale nie rozumiał słów.

Na jego oczach latające kule u podstaw otworzyły się i rzygnęły strugami płonącej cieczy. Czarny śluz zalał łuczników i ich konie. Łuki natychmiast zajęły się ogniem; żołnierze w panice rzucali się na ziemię, zdzierając go razem ze skórą. Oszalałe z cierpienia konie wyły, miotając się we wszystkie strony. Cokolwiek w ich zasięgu uchowało się żywe, pod naporem kopyt szybko żyć przestawało.

Sfery złocistego blasku zamknęły się szczelnie i zawróciły. Rydwan zatrzymał się. Judhszithira zwymiotował i zachwiał się, omal nie spadając z pojazdu. Brat podtrzymał go w ostatniej chwili.

– Co to było, na bogów?!

Poczuł na policzkach mokry jedwab. Ktoś ocierał mu twarz.

– Wimany – usłyszał, z ulgą rozpoznając głos. Sahadewa. – Ale nie znam tego typu. Są całkowicie kuliste i gładkie.

– Nasze strzały ich nie sięgnęły! – warknął Ardżuna.

– Natarto je tłuszczem.

– Ale jeśli nawet…

– I obracają się. – Czarne oczy Sahadewy zapłonęły. – Nie mogliście tego dojrzeć, bo w całości okuto je gładkim metalem, by odbijały światło. Są śliskie i poruszają się ruchem obrotowym. Pozwól mi użyć mojej broni, bracie. Zmiażdżę ich.

Judhiszthira wyprostował się, biorąc głęboki oddech.

– Możesz odkryć słabe ogniwo tych wiman? – spytał słabo.

– Tak, bracie, ale…

– Bez uciekania się do twego wynalazku?

Milczenie Sahadewy, choć trwało tylko chwilę, kipiało od gniewu.

– Tak, bracie. Mogę.

 

१०

 

Kurukszetrę nazywano doliną łez, a przez kolejne dni Judhszithira pojął, dlaczego. Żołnierze walczyli, płacząc, płakali walcząc, zasypiali z oczami pełnymi łez i budzili się, szlochem witając świt. Armie kuzynów ścierały się jak zęby, przeżuwając wzajemną nienawiść i urazę. W pewnej chwili, choć nikt nie wiedział, kiedy, przełknęły ją, a wtedy już tylko tarły się, by w złości niszczyć szkliwo własnych ludzi. Kuliste wimany Karny latały nad polem bitwy jak lśniące sępy. Pluły swoim czarnym jadem, pokrywając obie armie czerwonym nalotem ognia.

Czwartego dnia nastąpiło przełamanie. Obserwatorzy Sahadewy zauważyli już, że niezwykłe wimany – małe, mogące pomieścić zaledwie dwóch, może trzech ludzi – latały raczej krótko i na niskich wysokościach, bezskutecznie przeszukując pole walki w poszukiwaniu Judhszithiry. Zwykle po upływie muhurty zrzucały swój śmiercionośny ładunek na głowy żołnierzy i wracały. Tym razem jednak było inaczej.

Wraz ze świtem na niebie zapłonęły srebrzyste kule. Pierwszy z Pandawów powitał je na czele pierwszej linii, odziany w pełną zbroję. Rycerze stali nieruchomo, wpatrzeni w niebo.

– Panie… – wyszeptał adiutant, ale król pokręcił głową.

– Czekać – padł rozkaz.

Na tle czarnej linii łuczników ostrym zadziorem wybiła się sylwetka Sahadewy z uniesioną ręką. Mężczyźni o pobladłych twarzach napięli cięciwy. Nakula podniósł łuk.

– Jeśli nie masz racji, wszyscy zginiemy – wyszeptał.

– Milcz. Czekać!

Kule zbliżały się.

Żołnierze drżeli. To byli prości ludzie, prości kszatrija sławiący Wisznu, wychowani w poszanowaniu praw zawartych w Wedach, całe życie pragnący kroczyć ścieżką dharmy. Uczono ich łuku, miecza i maczugi, nie bali się śmierci zadanej ostrzem, ale ta, która lepką strugą ciekła z nieba, siała w ich sercach ziarna strachu.

Wiedzieli, że umrą, spaleni żywcem.

– To Durjodhana – rozległ się cichy szept Sahadewy. – Chciał nas spalić, gdy byliśmy mali, chce nas spalić też teraz. Ale on jest za głupi, by to wymyślić. Ktoś stworzył to dla niego, ktoś…

Wimany obniżyły lot. Żołnierze zacisnęli usta.

– Czekać!

Po bokach szalała bitwa, ale tutaj, w sercu doliny zdawało się, że czas zamarzł i zapadła cisza. Kszatrija słyszeli tylko bicie swojego serca. A potem był wrzask.

– Teraz!

Setki czysto poprowadzonych strzał pomknęły pionowo i wgryzły w okute metalem kadłuby wiman. Zdyscyplinowani żołnierze natychmiast rozdzielili się i rozpierzchnęli, patrząc, jak lśniące sfery tracą stabilność i spadają.

Spadły do błota pełnego krwi.

 

११

 

– Twój geniusz przerasta bogów.

– To tylko chwilowe zwycięstwo, bracie. Durjodhanę wspomaga zdolny konstruktor. Wycofaj nasze wojska i zostaw mnie z garstką oddanych sprawie ludzi. Przysięgam ci, że w jedną kasztę zrównam ich armię z ziemią.

Judhszithira położył dłoń na ramieniu Sahadewy ojcowskim gestem. Gardło ścisnęło mu się ze wzruszenia, gdy poczuł jego smukłość. To nie było dobre miejsce, nie dla…

– Bracie!

– Nie mogę – powiedział król. – Okryjemy się hańbą, uciekając jak psy z podkulonym ogonem. Poza tym, twoja broń…

– Boisz się, że nie zadziała? – Oczy Sahadewy przymrużyły się lekko. Na dnie źrenic zalśnił gniewny błysk. – Moje obliczenia są doskonałe. Wiesz o tym.

– Wiem i tego się boję. Wciąż pragnę powstrzymać rozlew krwi. – Zacisnął palce, powstrzymując Sahadewę przed wyrwaniem się. – Podjąłem już pewne środki. Ktoś… ważny dla nas otrzymał informację, która może zmienić oblicze tej wojny. Zaufaj mi, proszę.

– A czy ty mi ufasz, bracie? Ta bitwa to szlachtowanie świni, a wy zmieniliście Kurukszetrę w rzeźnię, nas wszystkich zaś w nieczystych! Durjodhana wyżyna nas w pień, a my odpłacamy mu pięknym za nadobne. Wkrótce zostaną tylko psy, które będą jadły nasze trupy…

– Więc dlaczego nie umrzeć już teraz i zabrać wroga ze sobą? – dokończył Judhiszthira cicho. Przymknął oczy, a przez jego twarz przebiegł wyraz bólu. – Na bogów, Ardżuna miał rację. Potrafisz tylko liczyć.

Nie czekając na odpowiedź Sahadewy, ukłonił się lekko i odszedł do swojego namiotu.

 

१२

 

Adhira płakała, brutalnie ciągnięta za włosy. Jej stopy bezradnie orały piaszczystą, suchą ziemię – zgubiła nawet jeden sandał, ale Karna nie zwolnił ani trochę. Przydzielił jej jednego ze swych sług wraz z wozem i nakazał natychmiast opuścić obóz. Po zmierzchu palono nieliczne ogniska; nikt ich nie widział.

– Błagam! – krzyczała Adhira, zapierając się z całych sił. – Oszczędź mnie, panie!

Karna zatrzymał się i odwrócił. Oczy błyszczały mu, na policzkach miał krwawe wypieki gorączki, ale wciąż był bardzo silny.

– Przecież właśnie to robię, głupia kozo – odpowiedział zadziwiająco łagodnie. – Ratuję ci życie.

Adhira uniosła podbródek, ośmielając się spojrzeć temu kszatrija w oczy. Po raz pierwszy w życiu ośmieliła się postawić mężczyźnie.

– Nie chcę! Chcę z tobą umrzeć.

Na twarzy Karny odbiła się cała gama uczuć; złość, zniecierpliwienie, konsternacja, cień wzruszenia i głębokiej, wariackiej radości.

– Nie, durna. Ty chcesz ze mną żyć. – Rycerz zaklął i przemocą wsadził ją na wóz. Służąca uczepiła się jego muskularnych ramion; poczuł, jak paznokcie orzą mu skórę. – Puszczaj!

– Nie!

– Niech cię rakszasy porwą! Puszczaj! – wrzasnął. – Nie masz pojęcia, co tu się dzieje. Judhszithira ma kogoś, kto mnie przejrzał. Wimany miały tylko jeden słaby punkt, na złączeniu płyt, tuż obok głównego zbiornika w układzie cyrkulacji rtęci, a on go, na bogów, znalazł! Jeśli mam rację, niebawem…

Adhira przestała się szarpać. W zdumieniu obserwowała bladą, wycieńczoną twarz Karny.

– Panie, ty… uśmiechasz się.

– Co?

– Ty się cieszysz.

Spojrzała mu w oczy i w jednym momencie, w trwającym zaledwie kasztę złączeniu dusz zrozumiała, co przepełniało jego myśli i wprawiało serce w drżenie, co było mu radością życia.

Karna schylił się lekko, jakby sam zdziwiony tym ruchem. Jego suche, spieczone wargi odnalazły miękkie usta Adhiry.

– Rozumiesz, czego chcę? – wyszeptał cicho, dając znak służącemu, żeby zajął miejsce na wozie.

Dziewczyna otarła twarz, ale łzy nie przestały cieknąć.

– Rozumiem – szepnęła, zanosząc się urywanym szlochem – Zawsze pytałeś mnie, czy rozumiem, jakbyś mówił do małpy! Może i urodziłam się niewiastą, ale nie jestem głupia.

Karna gwizdnął przez zęby. Woźnica strzelił z bata, poganiając wałachy, które w pośpiechu ruszyły na wschód, byle dalej od Kurukszetry. Obóz nocą pogrążony był w ciszy. Nikt ich nie zatrzymywał.

Kszatrija patrzył za nim tak długo, aż zniknął mu z oczy.

– Nigdy nie twierdziłem, że jesteś głupia, bo jesteś… – urwał, kiedy z gładkim kliknięciem naoliwionych przekładni brakujące elementy świata wskoczyły na swoje miejsce.

Ryknął śmiechem. Spazm bólu w płucach odebrał mu oddech; runął na kolana, zanosząc się szaleńczym rechotem.

 

१३

 

Przed świtem powietrze miało zapach burzy. Judhszithirę zbudzono gwałtownym szarpnięciem. Ujrzał zaniepokojone oblicze Ardżuny.

– Karna – powiedział krótko. Król natychmiast oprzytomniał. – Jedzie tutaj.

– Chce walczyć?

– Nie wiem. Śmieje się, jakby nie miał w głowie nic prócz słoniowego łajna!

Judhszithira poczuł ukłucie lęku. Czy szpieg na pewno przekazał Karnie, że tak naprawdę jest nieślubnym synem pierwszej żony Pandu? Czy Karna wie, że w istocie jest ich najstarszym bratem?

Przy namiocie zapanował rozgardiasz. Ktoś wpadł do środka. Dwaj bracia zadrżeli, widząc starszego z bliźniaków – Nakula był półnagi, rozczochrany i blady jak ser.

– Gdzie jest Sahadewa? – wykrztusił, a wtedy niegdysiejszy król poczuł, jak cały świat zamiera, a jego serce wraz z nim. – Gdzie jest moja siostra?!

 

१४

 

Był dwudziesty siódmy dzień miesiąca tapas, kiedy ich oczy spotkały się. Żelazna wimana, mała jak ptasia klatka, wolno wznosiła się ku niebu. Kobieta nie zamknęła włazu. Wiatr rozwiewał jej czarne włosy, gdy wzbijała się ponad dolinę, a Karna śmiał się, wyciągając ręce, jakby pragnął wznieść modły do bogów. Sahadewa patrzyła na niego spod nieba. Rozmawiali bez słów, w języku, którego nie znała ta ziemia.

Nagle puściła stery, a wtedy powietrzny rydwan zaczął spadać. Słońce iskrzyło na jego powierzchniach, gdy mknął na spotkanie ziemi.

Był dwudziesty siódmy dzień tapas, dzień, w którym wieszczono nadejście wieku żelaza. Nadchodził czas ciemności i śmierci, czas Kalijuga.

Nad doliną wstawał świt.

 

१५

 

– Ojciec powiedział mi, że żaden z synów Pandu nie mógłby mądrością dorównać bogom. Teraz wiem, że mówił prawdę. Skąd miałaś moje notatki, piękna Sahadewo?

– Adhiratha przez cały czas wiedział, gdzie jesteśmy. Słał mi twoje tabliczki, by studia mogły osłodzić mi gorycz wygnania.

– Musiały wydać ci się trudne.

– Tak. Ja i Nakula byliśmy bardzo mali, gdy musieliśmy uciekać po tym, jak nasz brat przegrał miasto. Nie miałam pałacowych nauczycieli. Wszystkiego uczyli mnie wędrowni bramini – i twoje zapiski, Karno.

– Król Wirata kupił moje wimany. To ty zrozumiałaś, jak działają?

– Tak.

– Masz umysł ostrzejszy niż strzały twego brata. Kto kazał ci udawać mężczyznę?

– Judhiszthira. Moja matka była w ciąży, gdy twój przyjaciel próbował otruć Bhimę. Byli przerażeni, gdy dowiedzieli się, że królowa powiła bliźniaki obu płci. Bali się, że zechcecie mnie skrzywdzić, jeśli poznacie prawdę.

– To prawda. Skrzywdziłbym cię.

– Wiem.

– Wziąłbym cię za żonę.

– Wiem.

 

१६

 

Wybuchł pocisk uzbrojony w całą energię wszechświata. Rozżarzony słup dymu i ognia, tak oślepiający jak dziesięć tysięcy słońc, uniósł się w całej swej wspaniałości.

Posłaniec śmierci obrócił w pył cały lud Vrishni i Andrakha.

Ich paznokcie i włosy wypadały, a pióra ptaków zbielały jak śnieg. Po kilku godzinach całe pożywienie zostało zatrute. By uciec przed tym ogniem, żołnierze rzucali się do rzek i strumieni, aby obmyć siebie i swój ekwipunek.

 

१७

 

– Moje obliczenia nigdy nie dotarły tak daleko. Powiesz mi, jak to działa?

– Jak ja i ty, Karno. Dwie części ziemi obdarzone wolą bogów, które w samotności niezdolne są poruszyć ziarnka piasku. Jeśli jednak zbliżą się z odpowiednią prędkością, zapłonie iskra, od której trzy światy rozgorzeją i wybuchną z całą mocą słońca. Poniosą śmierć niczym kaskada wonnej wody w pałacowych basenach.

– Powiedzą, że zrobiłaś to dla zemsty, Sahadewo. Bo odebrano ci stan księżniczki i zmuszono do życia w ukryciu, w męskim przebraniu, z mieczem w dłoni. Bo zmuszona byłaś doścignąć swoich braci. Bo gwiazdy prędzej wypalą się, nim pozwolą ci stanąć ze sobą na równi, chociaż to ty posiadłaś rozum godny bogów. Stałaś się śmiercią, niszczycielem światów.

– A co z tobą, synu woźnicy? Mieszańcu dwóch kast? Upokorzony i odrzucony przez piękną Draupadi? Co z tobą, Karno, któremu Drona odmówił swych nauk?

– Powiedzą, że zrobiłem to z zazdrości.

– Ale nie będą mieli racji.

 

१८

 

Ziemię pokryła ciemność. Ptaki, dzikie zwierzęta, krowy i mędrcy utracili spokój umysłu. Pięć elementów zdawało się być w zamęcie. Słońce zdawało się obracać i cały wszechświat zdawał się mieć gorączkę. Słonie biegały jak szalone, ciężko dysząc, chcąc schować się gdzieś przed tą bronią. Rozgrzane wody i rezydujące w nich żywe istoty zdawały się płonąć. Zdawało się, że sam bóg ognia Agni spala żołnierzy Pandawów przybrawszy formę ognia Samwarta, który konsumuje wszystko na koniec eonu.

 

१९

 

Wyglądało to tak, jak gdyby sam bóg śmierci Jama postanowił włączyć dolinę Kurukszetry w swoje włości. W jednej chwili tysiące żołnierzy zniknęły, jakby ziemia nigdy nie nosiła ich na swym łonie. Roślinność zginęła pod falą gorącego powietrza, która rozeszła się, zdzierając skórę z bojowych słoni. Siny dym zasłonił niebo, ze szczętem zakrywając południowe słońce. Olbrzymi kłąb wirującego kurzu zawisł nad doliną, z daleka przypominając trujący grzyb.

Najdalej zgromadzone oddziały sojuszników zamilkły w osłupieniu. Wydawało się, że oto nadszedł sławiony w pieśniach czas żelaza.

– Do wody! – wrzeszczał śatapa w barwach królestwa Madry ledwie trzymając się grzbietu oszalałego ze strachu konia. – Kto żyw, do wody! Uciekajcie od tego dymu! Uciekajcie!

Żołnierze biegli na zachód, ścigani promieniami wstającego słońca. Nadchodził dwudziesty ósmy dzień miesiąca tapas.

Nadchodził świt Kalijuga.

 

२०

 

Dolina Kurukszetry

tysiąc lat później

 

– Powstało wiele zapisków o bratobójczej wojnie Kaurawów i Pandawów – mówił uczony bramin, podczas gdy uczniowie krzątali się, przygotowując posiłek. – Sięgnięto wówczas po niezrównaną broń, której budowy i zasad działania nie znamy. Niektórzy kronikarze twierdzą, że pochodziła od bogów. Za jej twórczynię uważa się Sahadewę, choć prawie pewne jest, że opierała się na wstępnych obliczeniach Karny. Bezpowrotnie zatracono też wiedzę o budowie latających pojazdów zwanych wimanami. Zginęli wszyscy, którzy potrafili je wprawiać w ruch.

– Dlaczego to zrobili, mistrzu? – zapytał młody adept, postawiwszy przed guru miskę gotowanej soczewicy.

Stary bramin pogrzebał łyżką w potrawie. Dobrze wiedział, o co pyta jego ulubiony uczeń. Długo milczał, zanim podjął przerwany wątek.

– Czcigodny Sujddratha pisze, że z zazdrości, Abdiszmani, że dla zemsty, sceptyczny Riheja zaś, że z głupoty, bo nie przewidziano skali zniszczeń. Zdumiewającą relację z przebiegu bitwy zawarto w dziełach nieznanego bramina. Ponoć spisał on wspomnienia jednego z niewielu naocznych świadków bitwy – służki Karny imieniem Adhira. Według jej słów…

Czarne oczy mędrca błysnęły.

– Panie?

– Według niej zrobili to z ciekawości – powiedział. – Byli uczonymi, chcieli wiedzieć, czy ich teza była słuszna. Chcieli zobaczyć owoc swojego dzieła. Za wszelką cenę. Nie istniało nic, co miałoby dla nich wyższą wartość.

Jeszcze tego samego dnia wędrowna szkoła bramina zwinęła skromny obóz i ruszyła ku ośnieżonym szczytom góry Himavat. Zanim jednak odeszli, chłopiec zatrzymał się i odwrócił, by raz jeszcze spojrzeć na Dolinę Pielgrzymów.

– Niesamowite – wyszeptał. – A więc tak wygląda pole bitwy, w której ludzi wspomogli bogowie?

Ale bramin, który był stary i wiele wiedział, pokręcił tylko głową i rzekł cicho:

– Nie. Tak wygląda pole bitwy, w której bogowie woleli ludzi opuścić.

Koniec

Komentarze

Wiktorio, “Świt nad Doliną” z pewnością jest tekstem, którego nie powinno się przebiegać wzrokiem, a po prostu cieszyć spokojną lekturą. Aż z ciekawości sprawdziłem te lampy z użyciem klarowanego masła, niby drobna rzecz, ale świetnie pozwala wczuć się w klimat egzotycznego wschodu (nie wspominając już min. o cytatach z Mahabharaty). Pierwszorzędne opisy walki, tylko te wimany i płonąca ciecz jakoś kojarzą mi się z Chinami, jednak nie zaliczałbym tego do uwag. Nie do końca też rozumiem samobójstwo Sahadewy oraz Karny, w końcu to, iż osobiście kierowali pojazdem, nie pozwoliło im zobaczyć pełnego efektu działania ich broni ostatecznej destrukcji :/

Rozumiał, co o pyta ojciec, ale wolał odpowiedzieć wymijająco.

Rżenie koni i łoskot pędzących rydwanów zlały się w jednej jazgot.

wprawiało w serce w drżenie, co było mu radością życia.

Fajnie napisane, z rozmachem, bez brania jeńców.

Ale trochę brakuje mi ciekawej fabuły – zwykła naparzanka o władzę, trochę filozoficznych rozważań o przyczynach użycia wypasionej broni.

No właśnie – mam wrażenie, że opisujesz broń atomową. Mocno, jak na tysiące lat przed Projektem Manhattan.

Na plus egzotyka – podobało mi się zastosowanie hinduskich cyfr do numerowania rozdziałów. Ale nie ułatwiasz życia czytelnikowi – nie brakuje czysto hinduskich terminów, a te ich imiona… Nie mam żadnego znajomego, który miałby coś takiego w paszporcie… ;-)

Roznoszono dzbany bezcennej rtęci,

Rtęć jest dość ciężka. Daliby radę nosić dzbany? Ucha dzbanów by wytrzymały?

Babska logika rządzi!

Spodobał mi się egzotyczny klimat opowieści, ale rodzinne starcia o władzę już nieco mniej, bo było oczywiste, że musi to doprowadzić do wojny. Jednakowoż zdaję sobie sprawę, że bez tego nie byłoby opowieści.

Bitwa jest przedstawiona bardzo malowniczo i zupełnie nie zaprzątam sobie głowy tym, czy w czasach kiedy dzieje się ta historia, możliwe było posłużenie się bronią, której skutki użycia zostały opisane.

Natomiast do rozpaczy doprowadzały mnie wszelkie nazwy i imiona bohaterów – nie zapamiętałam żadnego. No, może tylko Karnę.

Wykonanie jest całkiem porządne, ale uważam, że mogłoby być lepsze.

 

Mimo że urodą nie do­ra­sta­ła Ha­sti­na­pu­rze… –> Czy uroda może dorastać?

A może: Mimo że urodą nie dorównywała Ha­sti­na­pu­rze

 

– Spójrz, Karno! – krzyk­nął, za­ta­cza­jąc ręką te­atral­ne koło. –> Co to jest teatralne koło?

A może: …krzyk­nął, teatralnie za­ta­cza­jąc ręką koło.

 

W wy­szyn­kach zaraz po zmro­ku za­ro­iło się od męż­czyzn… –> Jakim sposobem mężczyźni roili się w sprzedaży alkoholu?

Za SJP PWN: wyszynk «sprzedaż napojów alkoholowych wypijanych na miejscu»

 

Ich śla­dem po­dą­żą­li chu­dzi, ży­la­ści ucznio­wie. –> Literówka.

 

O wiel­ki Brah­mo, dla­cze­go tak ka­żesz sługi swoje? –> O wiel­ki Brah­mo, dla­cze­go tak ka­rzesz sługi swoje?

Bój się bogów, Wiktorze!

 

Ro­zu­miał, co o pyta oj­ciec… –> Pewnie miało być: Ro­zu­miał, o co pyta oj­ciec

 

– Do­szły mnie słu­chy, że Pan­da­wo­wie po­sia­da­ją broń zdol­ną zrów­nać armię bogów. –> Zrównać z czym?

 

z wy­so­ko unie­sio­ną bro­nią. Zie­mia trzę­sła się, a suchy pył uno­sił pod… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

la­ta­ły ra­czej krót­ko i na ni­skich wy­so­ko­ściach… –> Niska wysokość, moim zdaniem, brzmi dość osobliwie.

Proponuję: …la­ta­ły ra­czej krót­ko i na niewielkich wy­so­ko­ściach… Lub: …la­ta­ły ra­czej krót­ko i ni­ezbyt wy­so­ko­

 

bez­sku­tecz­nie prze­szu­ku­jąc pole walki w po­szu­ki­wa­niu Ju­dh­szi­thi­ry. –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …bez­sku­tecz­nie przeczesując pole walki w po­szu­ki­wa­niu Ju­dh­szi­thi­ry.

 

co prze­peł­nia­ło jego myśli i wpra­wia­ło w serce w drże­nie… –> Literówka.

 

Dziew­czy­na otwar­ła twarz, ale łzy nie prze­sta­ły ciek­nąć. –> Co zrobiła???

Pewnie miało być: Dziew­czy­na otar­ła twarz, ale łzy nie prze­sta­ły ciek­nąć.

 

Pięć ele­men­tów zda­wa­ło się być w za­mę­cie. Słoń­ce zda­wa­ło się ob­ra­cać i cały wszech­świat zda­wał się mieć go­rącz­kę. Sło­nie bie­ga­ły jak sza­lo­ne, cięż­ko dy­sząc, chcąc scho­wać się gdzieś przed tą bro­nią. Roz­grza­ne wody i re­zy­du­ją­ce w nich żywe isto­ty zda­wa­ły się pło­nąć. Zda­wa­ło się–> Czy to celowe powtórzenia?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Za nomenklaturę to możecie winić Mahabharatę ;) Wrócę, jak przeczytam całość

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@Krikosie, 

cześć, dziękuję Ci za wizytę! Cieszę się, że wykreowany klimat do Ciebie przemówił. Z płonącą cieczą mogę się zgodzić, że jest średnio “made in Bharat” (bardziej kojarzy nam się “ogień grecki”), natomiast wimany są jak najbardziej lokalne i pochodzą z Mahabharaty. ;) Epos przytacza opisy latających fortec bogów, co jest źródłem teorii spiskowych, jakoby starożytni Hindusi mieli samoloty. I nie tylko zresztą.

Dzięki za wskazanie usterek – poprawione!

 

@ Finklo, 

dzień dobry, dziękuję za komentarz. ;) Przysięgam, że gdybym brała jeńców, traktowałabym ich humanitarnie (tzw. amunicją humanitarną, też się liczy?).

Twoje spostrzeżenie odnośnie typu zastosowanej broni jest całkiem trafne. :D Czy “mocno”? Jak najbardziej, ale nie pojawiła się w tym opowiadaniu bezpodstawnie. Uważni czytacze wyłowią z dialogów pewien legendarny już cytat, który także nie został wpleciony przypadkowo. :D 

Fanką teorii spiskowych nie jestem, ale w kontekście “retrowizji” wydały mi się ciekawym punktem wyjścia.

Ha, a ja mam kolegę hindusa, ma w dowodzie Akshiya! Wpadłabyś na to, że to należy czytać “Akszej”?

Co do rtęci – nie precyzowałam, jak duże były to dzbany i w jaki sposób je noszono – chłopy silne są, myślę, że daliby radę. ;)

 

@Reg

O matko, dziękuję Ci bardzo za łapankę. :C Klęczę na grochu za to “każesz”. 

Cieszę się, że klimat przypadł Ci do gustu. Jak już wyręczyła mnie drakaina – nazewnictwo nie do końca jest moją winą, a jego zmiana, by ułatwić odbiór czytelnikowi polskiemu, raczej tylko zaszkodziłaby opowiadaniu. Myślę, że nie ma tego też z kolei tak dużo, ani nazwy i imiona nie są jakoś wybitnie trudne, wystarczy przyjąć spokojnie i się nie zrażać. :D Mity greckie i Paoliniego czytaliśmy – i żyjemy!

 

Rozczulający jest ten zlinkowany artykuł :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nooo, niewątpliwie jest to kawał tekstu. Po pierwsze wiedza/świetny risercz zaowocował bardzo plastycznym, bogatym w szczegóły obrazem starożytnych Indii. Takie rzeczy zawsze mi imponują – przekonujące umieszczenie opowieści w realiach odmiennej kultury, w dodatku starożytnej (może nie tak owadzio obcej jak Chiny i okolice, ale jednak) to jest coś, na co sam zapewne niegdy porwać sie nie zdołam. Do tego dochodzi narracja i styl, również bogaty, upstrzony ozdobnikami, ale jednocześnie spokojny, nieco podniosły, z dozą, jak by to nazwać… delikatnej szlachetności (nawet w opisach rzezi i rozpierduchy) bez wpadania w pseudobaśniową pretensjonalność. Nieliczne potknięcia (wszystkie, na które zwróciłem uwagę już wskazała Reg, więc nie będę powtarzał) nie psują efektu. Nie czytałem jeszcze tego nominowanego do piórka tekstu, co to Darcon narzekał, że pół forum Ci w nim pomagało, ale póki co, "Świt nad doliną" to najlepszy Twój produkt. 

Fabularnie… Heh. Problem w tym, że kompletnie pogubiłem się w tym kto jest kogo ojcem, synem/córką, bratem, wujkiem, ciotką, dziadkiem, królem, pretendentem, wygnańcem, prawowitym nastepcą, ewentualnie wszystkim powyższym jednocześnie. Do tego niemożliwe do zapamiętania imiona (zakładam, że oryginalne, więc to w sumie nie Twoja wina) powodują, że bez ładnie rozrysowanego drzewa genealogicznego totalnie nie dam rady się w tym zamieszaniu odnaleźć. A to minus, bo owe koligacje stanowią oś fabuły i motywacje napędzające bohaterów. Czyli rzecz bardzo istotną. Skończyło się na tym, że olewałem sceny przedstawiające te zależności i wynikające z nich emocje bohaterów, a skupiłem się na opisach technologii i walki, co z pewnością negatywnie wpłynęło na odbiór tekstu. Bez przesady z tym "negatywnie", bo rzecz napisana jest na tyle fajnie, że czytanie sprawia przyjemność. Niestety pozostało jednak wrażenie, że sporo rzeczy mi ucieka. 

Wynika to w dużej mierze z nieznajomości treści owej Maharabrahataty, który to poemat jest kanwą fabuły. Oczywiście te czadowe cytaty o nuklearnej eksplozji i niszczycielce światów są mi znane, to jednak sama fabuła jawi mi się mętnie, a Twój tekst zbyt wiele nie wyjaśnia. 

Oczywiscie doceniam wybór źródła – Maharathabaratatata jest tak samo wdzięcznym obiektem (a może i nawet bardziej) do fantastycznej interpretacji, co Iliada i Odyseja. Problem w tym, że nie wiem skąd wzięła się ta odjechana technologia – w "Ilionie" i "Olimpie" Dan Simmons utożsamił bogów z zabawiającymi się czasoprzestrzenią postludźmi. A u Ciebie? Skąd wzięły się napędzane rtęcią(!) wimany? Skąd bomba atomowa? Od bogów (kosmitów) czy za sprawą genialnego umysłu ludzkiego konstruktora? Bo w tym drugim przypadku, nawet jeśli ktoś opracował teorię (wątpliwe, ale to fantastyka) to nijak się to ma do zastosowania praktycznego. Coś jak w "Jankesie na dworze króla Artura" Twayna – facet znał teorię ale nie byłby w stanie wyprodukować dział, bazując na średniowiecznej technice obróbki metali. 

U Ciebie tak samo – doprowadzenie do wybuchowej reakcji rozszczepienia uranu wymaga ogromnego zaplecza technicznego, nie jednego, genialnego matematyka. W jaki sposób ludzie mogliby to osiągnąć (nie mówiąc o latających wigwamach) bez pomocy bogów/kosmitów? Däniken się tu wkrada, ot co. Zwłaszcza, ze zaznaczasz (zajebisty pod prostu oneliner na zakończenie) "Tak wygląda pole bitwy, w którym bogowie woleli ludzi opuścić". Więc bogowie (kosmici, jedna zaraza wie co jeszcze) nic z tym wspólnego nie mieli.

Zatem – świetnie napisana rzecz, ale genealogiczne zamieszanie, plus brak wyjaśnień co do tak niesamowitego rozwoju technologicznego nieco psuje lekturę. 

Mimo wszystko, także jak wspominałem – to najlepsza Twoja rzecz, jaką czytałem.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jak to leciało?

“Stałem się śmiercią, niszczycielem światów” ;P?

A tak w ogóle, Wipsano czterdzieste wcielenie Wisznu, wk…wiasz jak jasna cholera. Wszak ja tak nigdy nie napiszę :(. I jak tu żyć?

Znowu wygrana w konkursie? Tak obstawiam.

A teraz do meritum – sztafaż mi znany, Mahabharata trochę mniej. Jak Twoje opko ma się do “Pana Światła” Zelazny’ego ciekaw jestem. Historia daenikenowska trochę, ale ciekawa. Trochę od czapy ta bomba atomowa i samoloty, ale pamiętam, że to Hindusi przegięli, a nie Ty :).

Co prawda, mam (jak na Twój tekst) zaskakująco dużo uwag:

– “Uczeni bramini tłoczyli się wokół nich” – to akurat jest pytanie: bramini byli też uczonymi? bo wg mojej wiedzy byli tylko kapłanami? ale może się mylę;

– “Jego złote kolczyki ozdobione brylantami” – Mahabharata to podobno IX wiek p.n.e.; na pewno umieli wtedy obrabiać diamenty? podobno ta umiejętność pochodzi z V w. p.n.e.; dałabyś “diamenty” i nie czapiałbym się więcej :);

– “usiadł prosto w siodle i ujął wodze” – słonie mają wędzidła? z tego, co wiem, słoniami kieruje się mową, dotykiem, ewentualnie ościeniem;

– “zlały się w jednej jazgot” – literówka;

– “Judhiszthira” – zdecyduj się na pisownię tego imienia, bo występuje w dwóch formach;

– “Spadły do błota pełnego krwi” – tu wolałbym: “w błoto”;

– “uciekając jak psy z podkulonym ogonem” – skoro “psy”, to “z podkulonymi ogonami”;

– “Durjodhana wyżyna nas w pień” – teoretycznie może być, ale poprawnie byłoby “wyrzyna”;

– “spojrzeć temu kszatrija w oczy” – czemu słowa “kszatrija” nie odmieniasz? taka odmiana jest stosowana, np w “Indiach” Bashama; wszak “kszatrija” to coś jak “rycerz”, jeśli dobrze pomnę;

– “odbiła się cała gama uczuć; złość” – a tu czemu średnik zamiast dwukropka?;

– “aż zniknął mu z oczy” – literówka;

– “Vrishni i Andrakha” – to pewnie zostało ci z jakiegoś oryginału, ale jak ja nie cierpię takiej pisowni, wrr; “Wriszni i Andracha” nie byłoby ładniej?

 

Wróżę zwycięstwo w konkursie, bo to kawał dobrej literatury jest. Czemu “NF” takich opek nie drukuje? Ech…

(a ja idę sobie popłakać w kąciku…) 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

@Reg, wypadło mi z głowy:

Pięć elementów zdawało się być w zamęcie. Słońce zdawało się obracać i cały wszechświat zdawał się mieć gorączkę. Słonie biegały jak szalone, ciężko dysząc, chcąc schować się gdzieś przed tą bronią. Rozgrzane wody i rezydujące w nich żywe istoty zdawały się płonąć. Zdawało się… –> Czy to celowe powtórzenia?

Ten fragment został zacytowany, więc wolałam pozostawić go w formie oryginalnej, jakkolwiek ona wygląda. ;) 

 

@Drakaino, nieprawdaż? Jest tego więcej!

 

@Tharg1, cześć!

Jest mi bardzo miło, że doceniłeś wykonany research – jak na razie jest to tekst, w który włożyłam najwięcej wysiłku, by zebrać informacje (aż nie obyło się bez zawracania głowy pani profesor :D). Cieszę się, że widać to w konstrukcji świata przedstawionego. Starałam się oddać klimat i pewną językową staroświeckość charakteryzującą epos, więc Twoja wzmianka o “delikatnej szlachetności” przy opisach rozpierduchy bardzo mnie cieszy. Mission completed. 

Co do “zamotania genealogicznego” pozwolę sobie jednak się nie zgodzić. Zdaję sobie sprawę z tego, że imiona (i w ogóle nazewnictwo) to kosmos, ale w tekście zawarłam (niekiedy wyłożone wręcz łopatą) fragmenty wyjaśniające oś konfliktu. Chociażby:

Obecny król Hastinapury, Dhritarasztra, urodził się ślepy. Mimo że prawem starszeństwa przysługiwał mu tron, władzę oddano jego młodszemu bratu – lubianemu i poważanemu Pandu, który doczekał się pięciorga dzieci: Judhszithiry, Bhimy, Ardżuny, Nakuli i Sahadewy. Synowie Dhritarasztry, z głupim i gnuśnym Durjodhaną na czele, kuzynów serdecznie nienawidzili. Nie chodziło nawet o władzę i przywileje – po prostu synowie Pandu byli mądrzejsi, silniejsi i lepsi we wszystkim, czego się tknęli.

Po śmierci Pandu tron objął najstarszy Judhszithira. Zazdrosny Durjodhana dopuścił się zamachu na życie prawowitych sukcesorów – po nieudanej próbie spalenia żywcem bracia zmuszeni byli uciekać. Gdy wrócili, uradowany lud powitał ich jak bogów, a wtedy wściekli kuzyni wyzwali ich do nieuczciwej gry w kości. Młody król przegrał wszystko, co miał – tron, żonę, nawet samego siebie – i obiecał odejść na trzynaście lat.

Trąci to nawet infodumpem, ale zostało wrzucone celowo dla wyklarowania sytuacji. Niestety epos, na którym bazowałam, jest tak obszerną “Modą na sukces”, że musisz uwierzyć mi – dołożyłam wszelkich starań, żeby uczynić rzecz czytelną, nie tracąc kontekstu.

Ale – jako że wspomniałeś, że przydałoby się może jakieś drzewo – oto i ono. Główni bohaterowie zaznaczeni na niebiesko (oprócz Karny, jest rządek wyżej :D):

Panie, zrobiłam, co mogłam, żeby to uprościć! 

Skąd wzięła się bomba i wimany? Z Mahabharaty właśnie. ;) Przyznam, że celowo nie zamierzałam zagłębiać się w mniej lub bardziej składne próby tłumaczenia, jak to działało i dlaczego tak, bo przyniosłoby to więcej szkody niż pożytku. Dlatego też kwestię, o którą pytasz (”Bogowie czy ludzie?”) od początku zamierzałam pozostawić w stanie zawieszenia. ;)

Dziękuję za dobre słowo (i klika)!

Ten fragment został zacytowany, więc wolałam pozostawić go w formie oryginalnej, jakkolwiek ona wygląda. ;) 

Rozumiem, Wiktorze, cytatów nie tykamy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Starcze, ale proszę nie płakusiać.

Jeżeli chodzi o cytat, to – bingo! Tak to leciało. ;) Ba, i to leciało w Bhagawadgicie, z której to dopiero cytował Oppenheimer, Bhagawadgita zaś jest kluczową księgą Mahabharaty.

W kwestii preferowanych sposobów życia mogę wesprzeć się jedynie metodologią Bailouta (2019): szybko, szczęśliwie i krótko. I bez nerwów, a już zwłaszcza na mnie! (Toż ja tak nie ze złośliwości…)

Jak Twoje opko ma się do “Pana Światła” Zelazny’ego ciekaw jestem.

Ja też, bo cytując kolejne wielkie dzieło “nie znam tego dobrego człowieka”. Danikena też nie. :<

Samoloty i bomby może i trochę od czapy, ale chcieli retrofuturystyki, to majo.

 

Dzięki za usterki, poprawię jak najszybciej, dopóki jeszcze można! W kwestii braminów – można się tu trochę spierać, ale byli grupą uprzywilejowaną i uczoną w Wedach, zaś jak na tamte czasy myślę, że Wedom właśnie było najbliżej do pojęcia znanej nam nauki. Kszatrija wprawdzie także byli wykształceni, ale ich kompetencje zorientowane były bardziej na rządzeniu społeczeństwem. Przez analogię z kapłanami innych systemów religijnych (np. egipskich), którzy byli po części także “naukowcami”, uznałam, że jeśli ktoś tutaj miałby być protoinżynierem, to już najprędzej bramin. Chyba że jakaś przebrana za chłopa księżniczka. ;)

Bardzo Ci dziękuję za motywujące komentarze, inspirują mnie do dalszych starań! :D A teraz wstań, otrzyj oczy i nie płakusiaj więcej.

Wiktorze, moją opinię już znasz, więc nie będę się powtarzał.

Osobiście bardziej mi podszedł Norton, bo Świt to raczej sztuka w sensie poważnym, której mój plebejski umysł zwykle nie ogarnia. 

Na szczęście dla Ciebie w Loży mamy koneserów, więc masz dużą szansę po raz pierwszy w historii tego protalu (tu proszę o sprostowanie pradawnych portalowych kronikarzy, jeżeli o czymś nie wiem), dostać dwa pióra w jednym miesiącu ;)

Czego Ci oczywiście życzę.

masz dużą szansę po raz pierwszy w historii tego protalu (tu proszę o sprostowanie pradawnych portalowych kronikarzy, jeżeli o czymś nie wiem), dostać dwa pióra w jednym miesiącu ;)

Od kiedy jestem w Loży, czyli od marca 2013 roku, z szansą na dwa pióra w miesiącu było wielu. Jednakowoż rekordzistami są: z trzema nominacjami: Emelkali – w listopadzie 2014 roku i funthesystem – w lipcu 2017 roku, oraz Uradowanczyk – w styczniu 2015 miał nominowane aż cztery opowiadania.

Jednakowoż faktem jest, że jeszcze nikt nie zdobył dwóch piór w jednym miesiącu. ;)

Wiktorze, masz szansę być pierwsza. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przysięgam, że gdybym brała jeńców, traktowałabym ich humanitarnie (tzw. amunicją humanitarną, też się liczy?).

I jeszcze odrobina zdrowej gimnastyki przy kopaniu grobu przed humanitarnym strzałem w potylicę? ;-)

Babska logika rządzi!

Z racji wykształcenia do kopania grobów jestem absolutnie pierwsza. Stare, nowe, cudze, własne…

Fajne opowiadanie. Najmocniejsza – scena bitwy. 

Oparcie opowiadania na Mahabharacie, jej szczególnym fragmencie jest największym walorem tekstu i jednocześnie (dla mnie) jego największą słabością. W skondensowanej formie przybliżasz spory fragment eposu, jego część – akcyjną, czyli postaci, wydarzenia, słowa, fabuła. Popularyzowanie wiedzy o dolinie i tyglu, w którym wykuwali się hinduscy bogowie i idee.

Dłuższym eposem jest kirgiski Manas.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No. Jest się czym pochwalić. Naprawdę solidny tekst. Widać tytaniczny research, który nie poszedł na marne. Odwzorowanie całego świata i klimatu jest chyba tym, co najlepiej zagrało w całym opowiadaniu. Świetnie wypadła też stylizacja języka na ten eposu. Całość jest naprawdę dobra, dlatego też poprzyczepiam się gdzie się da :D 

Największym problemem jest to, że moim zdaniem nie wpasowuje się do końca w założenia konkursu. Miał być świat odmieniony gwałtownym rozwojem jakiejś technologii, a tutaj tego nie ma. Bomba atomowa i latające statki napędzane rtęcią stoją tutaj w zupełnym oderwaniu od całego świata i dostępnej w nim technologii. Trochę starałaś się to nadgonić wzmianką o bogaczach latających na wycieczki w wimanach, ale to za mało. No ale to było chyba nie do uniknięcia w przypadku tak silnego oparcia na Mahabharacie.

Drugim, co mnie uderzyło, jest problem, który widziałem też w twoim “Diable…”. Chodzi o to, że tak mocno opierasz się na odtworzeniu wydarzeń historycznych (czy tu mitycznych), że w praktyce opowiadanie jest przede wszystkim twoim literackim opisem wydarzeń. Nie zrozum mnie źle, jest to prześwietnie napisane i fantastycznie się czyta, ale brakuje mi w tym trochę wartości dodanej. Czegoś od ciebie, historii zbudowanej na historycznych wydarzeniach, a nie opisu tych wydarzeń. 

Z wcześniejszym problemem (oczywiście tylko w moim mniemaniu) wiąże się brak większej fabuły. Zostaje nam przedstawione tło z którego wynikła wojna (akurat moim zdaniem bardzo dobrze przedstawione, ja tam zrozumiałem o co chodzi, chociaż nie będę udawał że ogarnąłem imiona, umiałem ich tylko przypisać do odpowiedniej strony :D), a potem przygotowania do bitwy i bitwę. Wolałbym konkretniejszą, bardziej rozbudowaną fabułę. No ale wiem, że gdybyś miała opisać trzynaście lat wygnania i bitwę na jego koniec to by ci wyszła powieść, a nie opowiadanie, więc tak tylko sobie narzekam.

I dalej w łańcuchu wynikających z siebie problemów są bohaterowie. Niestety niezbyt rozbudowani. Widać, że starałaś się nadać każdemu z nich rys jakiegoś charakteru (chociaż i tak mocno gubi się dwójka z braci), ale po prostu masz ich tutaj tak dużo, że nie ma szans porządnie napisać każdego z nich w takim krótkim tekście. No wiem, że nie o to tu chodziło, ale jednak trochę niedosyt.

To chyba tyle z takich ogólnych uwag dotyczących całego tekstu. W żadne łapanki nawet nie będę próbował się bawić, ale było napisane tak dobrym językiem, że nie ma potrzeby, bo chyba ani razu na jakichś błędach się nie potknąłem. Tak na szybko, to przypominam sobie, że tylko jedno zdanie mnie wybiło mocniej z rytmu:

Łuki natychmiast zajęły się ogniem; żołnierze w panice rzucali się na ziemię, zdzierając go razem ze skórą.

Trochę tutaj nie ogarniam. Bo jeśli jakimś cudem tylko łuki zajęły się ogniem, tak jak tu piszesz, to czemu oni ich nie rzucali, tylko sami po tej ziemi się tarzali? Zresztą druga część zdania też jakaś dziwna, bo nie jestem pewien co ci łucznicy mieli zdzierać. Ogień zdzierali razem ze skórą? Jak można ogień zdzierać? 

No, w każdym razie to by było na tyle. Ponarzekałem sobie ile się dało. Nie zmienia to faktu, że to świetne opowiadanie które bardzo mi się podobało. Jeszcze bardziej doceniam ogromny research. Zresztą i tak dobrze wiesz, że łykam praktycznie wszystko co piszesz XD

 

edit:

Yay, 400 komentarz! :D

umiałem ich tylko przypisać do odpowiedniej strony :D)

A widzisz, ja nawet tego nie zawsze :-) Dlatego pisałem o tym całym drzewku, bo o ile fragment (infodumpowy czy nie) przytoczony przez Wiktorię w odpowiedzi na mój komentarz było jasny, to potem gubiłem się w relacjach między nimi, zwłaszcza że dochodziły do tego modonasukcesowe akcje typu "On nie jest twoim prawdziwym ojcem", "on nie jest twoim synem, tylko moją córką" itp. 

Cóż, nie jest to wina Wiktorii, bo materiał źródłowy był jaki był, ale może masz rację co do tego, że to trochę zakręconym bardzo opis wydarzeń i za mało rzeczy dodanych… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wisielcze, dzięki za uwagi, poprawki wprowadziłam! Nie do końca zgodzę się z Twoją opinią, że stylistycznie było mi tu niewygodnie – ja się bawiłam całkiem nieźle, a to chyba najważniejsze :D – natomiast klimat eposu mógł do Ciebie nie przemówić.

Ech, jestem wielkim fanem wszelkich mitologii, uwielbiam Gilgamesza, Iliadę i Odyseję czytam sobie na głos, jak mi smutno. Stąd może krytyczna ocena Twojego tekstu; jestem bardzo krytyczny, jeśli proza dotyka bliskich mi nurtów.

Moja opinia może być zatem nieco skrzywiona. Brzmi niestety nieprzychylnie, uważam, że  Świt wypadł blado na tle innych Twoich tekstów i trochę szkoda, że puściłaś go w tym stanie.

Największym problemem wydaje mi się powierzchowne odtworzenie realiów; niestety wygląda to tak, jakbyś podpierała się artykułami z wikipedii.

Przytłaczająca ilość nazw własnych nie służy niczemu.

Opowiadanie cierpi też na dłużyzny i brak zwrotów akcji.

Mam nadzieję napisać zupełnie inną opinię pod następnym Twoim tekstem.

Od kiedy jestem w Loży, czyli od marca 2013 roku, z szansą na dwa pióra w miesiącu było wielu. Jednakowoż rekordzistami są: z trzema nominacjami: Emelkali – w listopadzie 2014 roku i funthesystem – w lipcu 2017 roku, oraz Uradowanczyk – w styczniu 2015 miał nominowane aż cztery opowiadania.

Reg, cóż za pamięć :)

 

Chroscisko, dziękuję za uznanie. A na pamięć nie narzekam. No i są jeszcze zapiski w HP, choć tam trzeba trochę grzebać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nooo, szczere gratulacje. :)

Zawsze mówiłem, że research to podstawa. I znów się sprawdziło. Betowany, nie betowany, ale bardzo dobry klimatyczny tekst! ;)

Oo… Wiktorze! Bardzo dobre opowiadanie.

 

Największą robotę robi tutaj ogromnie dopracowany risercz i styl, w jakim pisałaś. Czuć indyjski klimat poprzez świetne opisy.

Nie zgadzam się z zarzutami, że fabuła jest przewidywalna i nudna. Wiadomo, że opieranie historii na czymś (faktach historycznych, wydarzeniach opisanych w poemacie) jest zawsze trochę ograniczające, ale moim zdaniem, poradziłaś sobie śpiewająco. Konflikt rodów jest dobrze zarysowany, nie wszystko jest tak oczywiste, jak się wydaje na początku, chociażby zachowanie Karny. Wykorzystana technologia na plus, najlepiej się ją pokazuje właśnie w starciach bitewnych :3.

Imiona trudne, tak, tu się zgadzam, ale jest to niezależne od ciebie. Poza tym, wykładasz wszystko łopatologicznie na początku, kto jest kim. Prościej się już chyba nie da, bez wrażenia infodumpu. Zachowałaś równowagę, za co chałwa ci.

Idę nominować.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Opowiadanie bardzo dobre, aczkolwiek bardzo mocno osadzone w świecie poematu Mahabharata 

Dzięki temu opowiadaniu odkryłem coś takiego jak czytanie taktyczne. :)

Czytanie taktyczne w skrócie polega na tym, że zdając sobie sprawę z ograniczeń czy to opowiadania, czy moich własnych, dobrałem taki sposób podejścia do tekstu, by mimo wszystko wynieść z niego jak najwięcej dla siebie.

Pisząc zaś zupełnie wprost, ponieważ sromotnie poległem przy imionach, co ograniczyło mi w pewien sposób odnajdywanie się w całej historii, postanowiłem cieszyć oko poszczególnymi fragmentami. Czytało się świetnie, bo też Twój styl (a może zwyczajnie poziom) pisania zdaje się gwarantować opowiadanie atrakcyjne dla czytelnika. I tak jak odbiór tych poszczególnych fragmentów (nie będę wymieniał, bo też nie chcę powtarzać za przepiścami) był naprawdę świetny, tak opowiadania jako całości…

No właśnie.

Często staram się zaznaczać, że mój komentarz należy odbierać jako opinię laika. Osoby, która pewnie nie znajdzie w tekście wszystkich ukrytych smaczków, która nie będzie piać z zachwytu nad poszczególnymi odniesieniami, bo też zawsze na końcu szukam zwyczajnie ciekawej historii, dzięki której spędzę miło trochę czasu. Tutaj te nieszczęsne imiona trochę wytrącały mnie z rytmu.

Po przeczytanie tego tekstu pozwoliłem sobie na mały eksperyment. Wyobraziłem sobie mianowicie, że dysponuję tym opowiadaniem jedynie w formie audiobooka. Jego odbiór wyglądał następująco. Zamykam oczy. Wyłączam się. Lektor płynnie prowadzi mnie przez bieg kolejnych zdarzeń. Wiele wysiłku w to nie wkłada, bo też całą robotę zrobiła za niego autorka. I kiedy tak płynę sobie przez ten świetnie oddany klimat Indii, naraz te bezlitosne imiona wytrącają mnie z rytmu. Ignoruję to raz czy drugi, ale później już niestety wiem, że tak jak całe opowiadanie jest świetne, tak słuchanie go przyniesie mi tyle frajdy, co irytacji. I celowo wspominam o tym słuchaniu. Bo tutaj pewne fragmenty mogę przeskoczyć. Przy audiobooku, próbując tak zwyczajnie sobie “odpłynąć”, takie rozwiązanie raczej nie wchodzi w grę (wiem, można przewinąć, ale przecież nie o to chodzi).

Wiesz, ja nie chcę, żeby ta uwaga wyglądała na zarzut. Zarzut kojarzy mi się z błędami, bądź niewłaściwym wykonaniem. Tutaj żadnego błędu nie zrobiłaś, ale też oparłaś się na historii, której pewne elementy (przynajmniej dla prostego czytelnika) mocno ograniczają jej pozytywny odbiór. I tak jak rozumiem, że nie ma Twojej winy w takim, a nie innym brzmieniu tych imion, tak na końcu to zawsze autor bierze odpowiedzialność za odbiór swojego opowiadania.

Tak czy inaczej gratuluję wykonania, bo momentami przez ten tekst mogłem sobie po prostu płynąć.

Swoją drogą, ja tylko czekam, aż ktoś się porwie na opowiadanie o Tajlandii. Tam (chyba, że coś pokręciłem) potrafią dopiero się znęcać imionami. :)

 

 

 

Ech. Niestety muszę się zgodzić z kilkoma przedpiścami, że troszkę mało tu elementu dodanego – masz pecha, że z powodu tłumaczonej rok temu młodzieżówki z Mahabharatą w tle jestem na bieżąco z eposem, bo go sobie przeczytałam przy tej okazji… Imiona i nazwy zatem nie stanowiły dla mnie problemu, ale za to trochę się nudziłam, czytając spore połacie tekstu.

 

Jest to bardzo ładnie napisane, co nie zaskakuje, ale w dużej mierze streszcza Mahabharatę, więc po prawdzie sporą część czytałam dość pobieżnie, bo wiedziałam, o co chodzi. Fajne jest wykorzystanie tych wszystkich spiskowych teorii o broni nuklearnej, ale…

 

Właśnie. Tak nie bardzo wiedząc, jak ugryźć ocenę tego tekstu, pomyślałam o przypisywanych Goethemu słowach “po ograniczeniach poznać mistrza”. Mam wrażenie, że tu po prostu przestrzeliłaś – postanowiłaś oprzeć fabułę na samych Pandawach (i na dodatek głównym wątku eposu), w związku z czym założyłaś, że musisz wykorzystać wszystkich pięciu, plus sporo osób z ich otoczenia i tak dalej. W rezultacie w dość krótkim tekście (Mahabharata, którą posiadam, to potężne, chyba tysiącstronicowe tomiszcze!) masz nagromadzenie trudnych i obcobrzmiących nazw własnych, które dla większości czytelników okazały się elementem przeszkadzającym. Może trzeba było skupić się albo na jednym z braci, albo na kimś – najlepiej fikcyjnym – z ich otoczenia. Dać czytelnikom możliwość śledzenia losów jednej postaci, podczas gdy cały ten tłum byłby w tle. Bo przyznam, że jakkolwiek epos znam i nawet imiona jakoś tam pamiętam, to i dla mnie było to dość męczące, zwłaszcza że cały czas czekałam na jakieś nieznane mi fajerwerki i dostałam ich na koniec trochę za mało.

 

I jeszcze jedno – mam wrażenie, jakby cały ten tekst został napisany dla ostatnich zdań. Znakomitych, to prawda. Zwłaszcza ostatnie – do pozazdroszczenia. Ale może zasługujących na coś bardziej oryginalnego, co by do nich prowadziło?

 

 

wyżyna nas w pień → wyrzyna (wyrżnąć w pień, nie wyżąć w pień)

SJP PWN wyżąć II – wyżynać «żnąc, usunąć trawę, zboże itp. z jakiegoś miejsca»

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Moje zdanie znasz (co się nanarzekałam przy tym tekście, to moje). Powodzenia i trzymam kciuki w konkursie <3

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Poległam na imionach. Wprowadziłaś do tekstu tak dużo postaci o tak trudnych imionach, że momentami nie wiedziałam już, o której stronie konfliktu czytam. I to zdecydowanie utrudniało odbiór opka. Poza tym, Indiami nigdy się nie interesowałam, nie znam historii, mitologii, literatury, co też nie pomogło. Dlatego była to lektura trochę męcząca. Nie zachęciła mnie też do przyjrzenia się bliżej tej części świata. Twoje opowiadanie nie porwało mnie na tyle, żeby chciało mi się szukać książek historycznych, czy zapoznać się z Mahabharatą. :(

 

Na plus – twój opis bitwy powala na kolana, jest mistrzowski, fantastyczny i w ogóle aż słów mi brak.

“Setki czysto poprowadzonych strzał pomknęły pionowo i wgryzły w okute metalem kadłuby wiman.” – wgryzły się

 

Jakkolwiek lubię Twoją pisaninę, Wiktorio, tym razem mnie zgubiłaś. Na pewno w znacznej mierze odpowiadają za to obco brzmiące słowa, tak imiona bohaterów, jak i nazwy własne oraz używane czasem dodatkowe określenia, które niewątpliwie pozwalają nakreślić realia i wczuć się w klimat jakże inny od tego, co znamy na co dzień… jednak, koniec końców, trudno mi się było połapać kto jest kim, kto jest kim dla kogo i jak to się wszystko łączy. Podziwiam nakład pracy, który musiałaś włożyć w przygotowanie się do pisania, pojmuję wszystkie etapy fabuły, ale po prostu nie zdołałam się wczuć, nie zostałam kupiona, zabrakło mi tu… czegoś. Mimo wszystko cały ten konflikt nie wydał mi się na tyle dramatyczny i sensowny, bym się nim przejęła. Doceniam pomysł, doceniam wykonanie, ale ewidentnie nie jestem targetem.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Kurczę, ja chcę Oko Agamotto. Albo chociaż TARDIS. Ciągle się spóźniam :(

 Najwięcej mówił

Może "mówili", skoro było ich dwóch.

 odmówił należnej ci połowy królestwa

To brzmi tak, jakby odmówił jej przyjęcia, a miał ją chyba oddać.

 pobielały mu knykcie

Obejdzie się bez "mu".

 twarze zakrywszy chustami

To brzmi tak, jakby je zakryli teraz, a z kontekstu wynika, że nosili chusty stale.

 Mimo że urodą nie dorównywała Hastinapurze (…) panował w niej ład

A jak to się wyklucza?

odnajdywał w nim spokój podczas wieczornych przechadzek.

Hmm.

 jęknął wreszcie, kapitulując.

"Kapitulując" bym wycięła, nic nie wnosi.

 przydzielił ją braciom do badań

Mieli badać pracownię? Wiktorio!

 drobnego udziału

Raczej niewielkiego.

 zdążył złapać zadyszkę

Ztrasznie zdużo zetów :P

jedyny widoczny element w przesłoniętej chustami twarzy

Hmm. Może wytnij "z"?

bezcennej rtęci, która była podstawą tajemnego napędu latających pojazdów.

Ej, miało być bez kosmitów :P

 przybycie intruza zaburzyło harmonię pracy

Hmm.

 obradza w tym miejscu

Hmm.

 oczy miał chłodne

Chyba ich spojrzenie było chłodne?

 upewnić się, jak

Raczej się dowiedzieć, albo skontrolować przebieg prac.Upewnić się mógłby, że prace przebiegają dobrze.

 choć na wskroś prozaiczny, miał wszelki potencjał, by doprowadzić do tragedii.

A jak to się wyklucza?

 kuzynów serdecznie nienawidzili

Nie widzę, po co to przestawiłaś.

 by wielki w tym udział miały latające pojazdy

Jak wyżej.

 za długim życiem

"Zbyt długim" bardziej by pasowało do tonu.

 glinianym kadłubie najbliższej ze składanych wiman

Nie mam pojęcia, jak chcesz to rozwiązać technicznie.

 w panice uskakiwali z dróg

Z drogi – bo uskakiwali przed tą armią, to jest idiom.

 masę wojska

"Masa" nic nie wnosi.

 Zdajesz się być strapiony

"Być" jest zbędnym anglicyzmem.

 dawało mu ku temu wielkich możliwości

Po temu.

 zdolne ledwie pomieścić posłańca

Raczej: zdolne pomieścić ledwie posłańca.

 nieomylnie skręcił

Nieomylnie?

 zsunął z twarzy czarną chustę. W półmroku jego przystojna twarz

Powtórzenie.

 razem ze sferycznymi.

A może: licząc też sferyczne?

jeżowce, które czasami próbowały piąć się w górę gardła.

Dziwna metafora, wysilona.

 ścisnął, jak zwykle zadziwiając się jego obwodem i twardością

 moc gorącej rtęci

… what?

 które tu tworzę

Chyba raczej: buduję.

 nie przysparzało mu przyjaciół

Aliteracja.

służące hojnie wynagradzał

Wynagradza, c.t.

 przekrzyczeń

Literówka.

 wijąc niczym olbrzymia skolopendra

Dziwnie wyszło.

 Rozgrzane powietrze zdawało się zastygnąć

Hem?

 gromkie śluby

Śluby?

 unosząc lekko brwi

Może jednak: nieco.

 Aktualny stan Karny bynajmniej nie nastrajał bojowo.

Nie wiem, czy to potrzebne.

 owinąć płótnami

Płótnem.

 co kazał ci uczynić

Co ci kazał uczynić.

 słynie z prawdy

Chyba z prawdomówności?

 kto straciłby życie

Stracił.

 Ostre języki brzasku lizały

Nie bardzo mi się podoba ta metafora.

 pobladły i poważny

Aliteracja. Może: blady i poważny?

 tylne linie w pośpiechu rozbijały obozy

Linie?

 unosił pod ich stopami

A nie "spod ich stóp"?

 dopóki strzały nie przeszywały

Nie przeszyły – bo to jednorazowe (w przypadku każdego kolejnego trębacza).

 ciała zderzały się, miażdżąc wzajemnie na krwawą papkę

Chyba tu przesadziłaś.

 pisana w prawie

Hmm?

 umarli z szałem w oczach

Raczej zginęli, bo to była śmierć gwałtowna.

 papki rozwodnionego ryżu

Papki z ryżu.

 Odpuśćmy, błagam

Kolokwializm.

 strzały spłynęły po kulach, jakby były kroplami deszczu

Co porównujesz do kropli deszczu, bo to niejasne?

 jednej jazgot

Literówka: jeden.

 Oszalałe z cierpienia

Wystarczy "oszalałe", wiemy, czemu.

 zachwiał się

Trzy "się" w takim krótkim akapicie to chyba za dużo.

 słabe ogniwo

To nie łańcuchy.

 przełknęły ją

Zęby? Metafora Ci się rozjeżdża.

 nastąpiło przełamanie

Raczej: przełom.

 że niezwykłe wimany (…) latały

C.t. Latają.

 na niskich wysokościach

Nie lepiej po prostu: nisko?

 też teraz

"Też" źle mi tu brzmi.

 czysto poprowadzonych strzał

Tak się mówi?

 rozpierzchnęli,

Rozpierzchli.

Wiem i tego się boję

Wiem, i tego się boję.

 nie przestały cieknąć

Hmm. No, nie wiem.

 kiedy z gładkim kliknięciem naoliwionych przekładni brakujące elementy świata wskoczyły na swoje miejsce.

Zgadł tajemnicę Sahadewy, ale co z nią zrobi?

 nic prócz

Nic, prócz.

 oczy spotkały się

Dałabym raczej: oczy się spotkały.

 wydać ci się

Ci się wydać.

 Moje obliczenia nigdy nie dotarły tak daleko

Obliczenia same donikąd nie docierają.

Ptaki, dzikie zwierzęta, krowy i mędrcy utracili spokój umysłu. Pięć elementów zdawało się być w zamęcie.

Za bardzo mnie o tym zapewniasz.

 chcąc schować się gdzieś przed tą bronią.

Skondensowałabym: szukając kryjówki.

rezydujące w nich żywe istoty

Rezydujące? Piszesz, że to cytat, ale tłumacze nie zawsze mają dobry słuch językowy. Nie wiem, dlaczego.

 ognia Samwarta, który konsumuje

Anglicyzm. Ogień spala albo pożera, ale nie konsumuje. Wyobrażasz go sobie z nożem i widelcem? :P

 

Zgrabne. To znaczy, zgrabne kompozycyjnie, bo w szczegółach mogłoby być lepiej. Podoba mi się ten hinduski klimat, chociaż pod koniec trochę zanika.

 Uważni czytacze wyłowią z dialogów pewien legendarny już cytat, który także nie został wpleciony przypadkowo.

No, się rozumie. Ale, kurczę, troszkę mi tu jednak zaleciało "Starożytnymi kosmitami" :)

 Miał być świat odmieniony gwałtownym rozwojem jakiejś technologii, a tutaj tego nie ma.

Ano, nie.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Zajrzałam, przeczytałam.

Tekst pod wieloma względami imponujący. Ogrom detali, szczegółów, pracy włożonej w oddanie realiów budzi respekt. Tym niemniej nie byłbym sobą, gdybym nie ponarzekał.

 

Przede wszystkim w całej tej oprawie ginie wszystko inne. Fabuła, postacie, wynalazki – wszystko to jest w tekście, ale nie gra pierwszych skrzypiec. A przez to lektura momentami nieco mi się ciągnęła.

Drugi zarzut jest dzieckiem pierwszego. Są w tym tekście fragmenty, które nie służą niczemu, prócz ozdoby. Czytając np. coś takiego:

Nieczystych najpodlejszego stanu, którzy sprzątali ulice i grzebali trupy, nie spotykano – im nie wolno było korzystać z publicznych dróg.

dowiaduję się czegoś, ale jednocześnie zostaję wybity z lektury, bo czuję, że przestałaś opowiadać historię, a zaczęłaś sypać ciekawostkami. Te wrzutki z kultury Indii, choć wzbogacają tekst, jednocześnie bywają nieco sztuczne – szczególnie, że nie są niezbędne, do zrozumienia fabuły. Nie jest to poważny zarzut sam w sobie, ale biorąc pod uwagę ogólne rozwodnienie opowieści, z pewnością nie pomaga.

No i mój trzeci problem – przewidywalność. Choć wplatasz w fabułę kilka tajemnic, to rozwiązanie żadnej z nich tak naprawdę mnie nie zaskoczyło. 

Do tego czepy małe:

dobiegał metaliczny syk

Metal nie kojarzy mi się sykiem, nie potrafię sobie wyobrazić tego dźwięku.

odlewając ze szlachetnych metali elementy mechanizmów

Szlachetne metale – jeżeli mówimy o złocie, srebrze itd – nie nadają się na tryby. Są ciężkie, miękkie i łatwo się ścierają.

Łuki natychmiast zajęły się ogniem; żołnierze w panice rzucali się na ziemię, zdzierając go razem ze skórą.

Zdzierając co ze skórą?

 

Ogólnie – czytałem z podziwem dla włożonej w tekst pracy, ale niestety bez emocji.

Szlachetne metale – jeżeli mówimy o złocie, srebrze itd – nie nadają się na tryby. Są ciężkie, miękkie i łatwo się ścierają.

Seconded. (Jak ja to przegapiłam?)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przeczytałem. 

Wykorzystam Wiktora ( ͡° ͜ʖ ͡°) żeby ponarzekać na limit, bo jestem pewna, że gdyby był większy, to tekst płynąłby swobodniej.

 

Wydaje mi się, że trochę tu za ciasno dla takiego operowo-teatralnego rozmachu, szekspirowego spisku i właściwie ogółu tej epickiej cywilizacji, która przecież zasługuje, żeby swobodnie pofrunąć (jak Twoje wimany), spopielić nas na zdumiony pyłek i zamieść resztki pod dywan. Tymczasem – choć bardzo podobała mi się dosadna, soczysta bitewna brutalność – brnęłam tak jakby nieco pod wiatr.

 

Ta Twoja plastusiowość (<3) pozwala mi zobaczyć wszystkie sceny jak kadry z filmu, tyle że tutaj wyraźnie potrzeba serialu – czegoś dłuższego, bardziej szczegółowego, gdzie jest miejsce na oddech, refleksję i bakstejdż pełen załogi. Postacie przeminęły obok mnie zbyt szybko, było ich zdecydowanie za dużo – już imion się nie czepiam, bo przecież o to chodzi, żeby reprezentowały konkretny okres w dziejach – za to czepiam się zbyt małej różnicy między nimi, przez co część z nich zwyczajnie zlała mi się w jedno (nie pomaga moja trzysekundowa pamięć, ale o tym innym razem). Czasami też czułam się, jakbyś karmiła mnie na siłę łyżeczką pełną kulturowego riserczu; zwykle robisz to bardzo dostojnie, tutaj jestem przejedzona :< Ponarzekałabym jak przy wisielcowym Seleukosie, że target ze mnie nijaki, jednak czuję, że to za płytkie wytłumaczenie: wszystko zależy od wyjątkowości tekstu, coś, co sprawi, że zostanie mi na dłużej w pamięci (na więcej niż te wspomniane trzy sekundy).

 

Tak czy siak, gratuluję biblioteki, ale z ostatnich Twoich płodów to zdecydowanie wolę Nortona (idę tam napisać komentarz).

Ja też miałem niemałe problemy z imionami i często musiałem się cofać, żeby załapać po której stronie jest dana postać. Tą niedogodność zrzucam jednak na moją kiepską pamięć do (szczególnie tak trudnych) imion ;) Poza tym czytało mi się naprawdę super. Bardzo fajny pomysł z wykorzystaniem wiman i fragmentów Mahabharaty, ciekawy klimacik starożytnych Indii („gwiazdki” bombowe), świetny research, Byłem ciekawy czy spróbujesz nieco wyjaśnić jak to wszystko działało i troszeczkę się zawiodłem, ale to w sumie mało istotne ;)

Zdecydowanie mi się podobało :) 

Przeczytałem.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka