- Opowiadanie: Irka_Luz - Zabawka bogów

Zabawka bogów

Nie wiem, czy ten tekst nie powinien jeszcze trochę poleżeć, ale cierpliwość nigdy nie była moją cnotą.

Poprawiałam wiele razy, ale pewnie i tak coś przeoczyłam. Moja wina.

Cóż, przedstawiam wam Olgę...

 

*Zdanie oznaczone gwiazdką jest cytatem w wiersza “Kot w pustym mieszkaniu” naszej szacownej noblistki.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zabawka bogów

Tego dnia Olga czuła się szczęśliwa. Czasami tak miała, budziła się rano i nie czuła przyginającego ją do ziemi ciężaru, ani zwojów tiulu okrywających zmysły. Zauważała, że świeci słońce, jest ciepło i zbliża się wiosna.

Szła ulicą handlową, zmierzając w stronę stacji metra. Pośrodku promenady mężczyzna w staroświeckim meloniku na głowie żonglował jabłkami i srebrną monetą. Z przyjemnością wpatrywała się w latające z ogromną precyzją soczystoczerwone owoce i błyski światła, które rzucała moneta. W takie dni potrafiła docenić dające przyjemność drobiazgi. U stóp mężczyzny stało miedziane naczynie, przypominające sosjerkę, albo raczej lamkę oliwną. Wyglądało, jakby zaraz miał z niego wylecieć dżin. Przechodnie wrzucali do naczyńka drobniaki.

– Orzeł czy reszka? – spytał żongler, kiedy się z nim zrównała.

Normalnie minęłaby go bez słowa, ale to był dzień, w którym czuła się szczęśliwa. Uśmiechnęła się.

– Reszka – odpowiedziała, nie zatrzymując się.

 

***

 

Ludzie zamarli, umilkły wszelkie odgłosy miasta, a Olga uderzyła w niewidzialną barierę.

– Wiesz, o co ze mną grasz, jaka jest stawka? – zapytał mężczyzna w meloniku, jedyna oprócz niej osoba, która nie zastygła w bezruchu. Jabłka, którymi żonglował zniknęły, w powietrzu wirowała jedynie srebrna moneta. Olga nie zwracała na to uwagi, szła wzdłuż niewidzialnej granicy, próbując się wydostać.  Gubiła oddech, wdech mylił jej się z wydechem, zachłystywała się powietrzem, by zaraz wpaść w bezdech. Czuła, jak kurczy się każdy mięsień jej ciała, a strach, jak trucizna paraliżuje układ nerwowy.

– Jesteśmy w czymś w rodzaju bańki, na zewnątrz czas się zatrzymał, nie da się tam teraz wejść – wyjaśnił żongler, przyglądając jej się z zainteresowaniem.

Spojrzała na niego z przerażeniem. Panika rosła w niej, jak fala tsunami. Wiedziała, że tym razem nie zdoła się opanować. To, co się działo nie było normalne. Na taką sytuację nie miała żadnej sztuczki.

„Dlaczego znowu ja?” – To była jej ostatnia myśl, zanim zmieniła się w oszalałe z trwogi zwierzę. Nie słyszała, jak wrzeszczy. Nie czuła łez. Nie wiedziała, że wali z całej siły w nieistniejący mur. W końcu zdesperowana rzuciła się na mężczyznę.

 

***

 

I nagle wszystko znowu było normalne. Ludzie przemierzali promenadę, śpiesząc nie wiadomo dokąd. Odległy warkot samochodów mieszał się ze szmerem setek rozmów. Olga słyszała dzwonki komórek, muzykę ze smartfonów, szczekanie psa i dziesiątki innych dźwięków. Stała twarzą w twarz z żonglerem, z uniesionymi pięściami, jakby chciała go uderzyć. Zwyczajne jabłka toczyły się po chodniku. A przede wszystkim przepadło poczucie zamknięcia, była wolna. Opuściła ręce.

„O Boże, oszalałam” – pomyślała z rezygnacją. Zastanawiała się, co myślą mijający ich ludzie. Może wezmą to za kłótnię kochanków? Rozejrzała się, nikt nie zwracał na nich uwagi. Może nic nie myślą, zajęci swoimi ważnymi sprawami.

Wiedziała, że przeżyła atak paniki. Wciąż miała przyśpieszony oddech, drżała, bluzka lepiła się do spoconego ciała i powrócił dobrze znany, przytłaczający ją ciężar.

– Interesujące! – Żongler wpatrywał się w nią intensywnie. – Chodź, chyba musisz odpocząć.

Miał rację, już robiło jej się ciemno przed oczami, a jego głos brzmiał, jakby dochodził z oddali. Musiała usiąść, zanim urządzi kolejne przedstawienie, tym razem zwyczajnie mdlejąc. Pozwoliła mu się zaprowadzić do pobliskiej kawiarni.

– Zdejmij płaszcz, ale zrób to bardzo ostrożnie. W kapturze masz monetę. Nie mogę jej wyjąć, bo wszystko zacznie się od nowa. Musisz zrobić to sama. Uważaj, żeby nie upadła na podłogę. Bardzo uważaj – przemawiał do niej, jak do dziecka.

Nie miała siły dyskutować, ani nawet dziwić się, po prostu zgodnie z instrukcją powoli zdjęła popielatą budrysówkę i z obszernego kaptura wyjęła monetę. Położyła ją na stoliku, konstatując jedynie, że wygląda na bardzo starą i wreszcie opadła na niezbyt wygodne krzesło. Żongler zamówił dla niej herbatę, dokładnie taką, jak lubiła, ale nawet to nie przykuło jej uwagi. Siedziała, czekając aż ustąpi osłabienie. Chciała się napić, ale ręce tak jej drżały, że nie byłaby w stanie utrzymać filiżanki. Dopiero po kilku minutach poczuła się lepiej i mogła sięgnąć po herbatę, bez obawy, że rozleje napój. Na szczęście mężczyzna milczał; nie zadawał pytań, nie dociekał, jak się czuje. Dał jej czas na dojście do siebie.

– To było bardzo interesujące, Olgo. Wiedziałem o twoim drobnym problemie, ale nie sądziłem, że może mieć aż takie konsekwencje – powiedział w końcu.

Zagryzła wargę, żeby się nie roześmiać. Śmiech szybko mógłby zmienić się w histerię, a tego nie potrzebowała. Drobny problem?! Dobre sobie. No dobrze, w gruncie rzeczy klaustrofobia nie przeszkadzała jej już aż tak bardzo. Przez miesiące terapii nauczyła się, jak sobie z nią radzić. Nie tylko z nią, ze wszystkim.

 

***

 

Była jedyną, która po tym, co je spotkało, nie wylądowała w psychiatryku i bardzo jej zależało, żeby tak pozostało. Już kiedy ją oswobodzili i przywieźli poranioną do szpitala, zdawała sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec drogi do wolności. Współpracowała z policją, odpowiadała szczegółowo na pytania śledczych, wyrażała wdzięczność za ratunek, starała się być uprzejma i pomocna. Zgodziła się spotkać z psychologiem i przyznała, że potrzebuje dłuższej terapii. Lawirowała i wyślizgiwała im się, jak tylko potrafiła. Opuściła szpital tak szybko, jak to było możliwe.

Wróciła do domu. Teoretycznie nadal była zatrudniona, choć przebywała na zwolnieniu lekarskim. Poza tym miała pieniądze z ubezpieczenia. Nie było tego dużo, ale nagle odkryła, że nie potrzebuje wiele. Nie wychodziła zbyt często. Po dniach, które spędziła w zatęchłej i ciemnej piwnicy, klaustrofobia była właściwie naturalną koleją rzeczy. Jazda metrem, czy nawet autobusem była problemem, podobnie jak wejście do ulubionego antykwariatu, który mieścił się w suterenie. Zaczęła robić szybkie zakupy w pobliskim supermarkecie, najlepiej rano, kiedy nie było jeszcze ludzi, bo w tłumie też nie czuła się dobrze. Przeważnie po prostu siedziała w mieszkaniu i przeżywała wszystko na nowo, zastanawiała się, jak to się stało, w którym miejscu popełniła błąd.

Początkowo kontaktowała się jeszcze z innymi, łączyło je to samo doświadczenie, ale one po kolei znikały za murami miejscowego szpitala psychiatrycznego. Patrzyła, jak odchodzą i powoli przestawała ufać komukolwiek, a lekarzy i policjantów zaczęła traktować jak wrogów. Była przekonana, że zależy im tylko na tym, żeby zamieść całą sprawę pod dywan, zamknąć je wszystkie w szpitalnej sali z kratami w oknach i wyrzucić klucz. Nie widziała przed sobą żadnej przyszłości, żadnej normalności, obawiała się, że już na zawsze pozostanie tylko ofiarą.

Miała wrażenie, że wszyscy są przeciwko niej, odwracają się od niej, jak od kogoś, kto przegrał wszystko. I coś w tym było. Przyjaciele, którzy w pierwszych dniach zapewniali jej wsparcie, zaczęli się szybko wykruszać. Widziała, że patrzą na nią z coraz większą litością i prawie za każdym razem udawało jej się przewidzieć, że to czyjaś pożegnalna wizyta. Któregoś dnia, ostatni z dawnych kolegów powiedział wprost, że nie będzie jej już więcej odwiedzał. Przepraszał. Wyznał, że kiedy z nią rozmawia, czuje się, jakby z każdym jej słowem zbliżał się do serca Mordoru. Nie da rady już dłużej.

Te słowa nią wstrząsnęły. Zaczęła wsłuchiwać się w to, co mówi i myśli, i odkryła czarną otchłań. Później była wdzięczna owemu znajomemu za jego wynurzenia, przynajmniej jako jedyny powiedział prawdę.

 

***

 

Poszła na terapię i zaczęła brać leki. Poradziła sobie z klaustrofobią. Chodziła z terapeutką po mieście, zaglądając do każdego mijanego małego sklepiku, zaliczyła windy we wszystkich okolicznych biurowcach i poznała niemal wszystkie linie metra. Aż fobia skurczyła się do akceptowalnego poziomu; nadal czuła się niepewnie w windzie, ale potrafiła do niej wsiąść. Sama. Nauczyła się radzić sobie ze strachem, który pojawiał się co jakiś czas i paraliżował ją. I z gniewem, który przychodził później, potężny i niszczycielski jak tornado.

Terapeutka, wysoka kobieta z burzą dredów sięgających do pasa, nauczyła ją sztuczek, które pozwalały zachować kontrolę nad sobą. Były jak triki iluzjonisty, a czasami jak zaklęcie Riddikulus z książki o Harrym Potterze, ale działały. Olga wielokrotnie opowiadała, co ją spotkało, najpierw z zaciśniętym gardłem i dłońmi zwiniętymi w pięści, z czasem coraz spokojniej. Po czterech miesiącach terapii potrafiła już gawędzić z ludźmi, a jej rozmówcy nie patrzyli na nią z mieszaniną litości i przerażenia i nie wzbraniali się przed dalszymi kontaktami. Za zgodą terapeutki odstawiła leki.

Mniej więcej w tym czasie w jej życiu pojawił się kot. Ranny i wygłodzony wypełzł z chaszczy w parku, w którym spacerowała (zalecenie terapeutki) i zamiauczał prosząco. Wezwała taksówkę i zawiozła opatulonego w polar zwierzaka do weterynarza. Kot zamieszkał z nią, choć miała wątpliwości, czy nie robi mu krzywdy, więżąc w mieszkaniu na drugim piętrze. Kocur wydawał się jednak zadowolony. Terapeutka też pochwaliła tę decyzję.

Po kolejnych dwóch miesiącach Olga rozstała się z korporacją, w której pracowała, przeprowadziła się do miasteczka na obrzeżach metropolii i tam znalazła nową pracę. Co prawda grubo poniżej swoich kwalifikacji i o niebo mniej płatną, ale tym się już nie przejmowała. Przynajmniej nikt tu nie znał jej historii. Te zmiany pozwoliły jej także zmniejszyć liczbę spotkań z psycholożką. Pomogła jej, to prawda, ale ostatnio Olga miała dość sesji zaczynających się nieodmiennie od pytania, co czuje. Nie, jak się czuje, ale właśnie co czuje. Problem polegał na tym, że – poza strachem i gniewem – nie odczuwała nic więcej. Miewała lepsze i gorsze chwile, dzieliła je na te, w których czuła się szczęśliwa i te, w których nie czuła się szczęśliwa, choć nie były to zbyt precyzyjne określenia i niestety nie zadawalały terapeutki. Ledwie pamiętała czasy, w których pełna była różnorakich emocji. Wszystkie wyrwano z niej jak chwasty. Czuła się pusta, a pytania o utracone uczucia były jak rozdrapywanie starej rany.

Umówiły się, że będą się spotykać co miesiąc. Właśnie wracała ze spotkania, kiedy…

 

***

 

Ocknęła się z zamyślenia i powróciła do rzeczywistości. Rozejrzała się po kawiarni, do której kiedyś, w dawnych czasach bardzo lubiła przychodzić. Na ścianach wisiały powiększone zdjęcia motyli, a na stolikach stały wazoniki z barwnymi kompozycjami kwiatów. Jakże to wszystko nie pasowało do jej nastroju.

Żongler czekał cierpliwie. Wreszcie mu się przyjrzała. Miał twarz wiecznego chłopca, ale oczy starego człowieka, który niejedno już widział.

– Kim ty właściwie jesteś? – zapytała.

– Ludzie nadawali mi różne imiona. Nazywali mnie Atropos, Skuld, Morta… – odpowiedział.

Olga obracała w palcach monetę i nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.

– To kobiece bóstwa – stwierdziła w końcu i od razu poczuła, że zabrzmiało to głupio.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– I co z tego? – zapytał.

„Witaj w krainie absurdu” – pomyślała Olga.

Zastanawiała się, ile z tego, co teraz przeżywa dzieje się naprawdę, a ile jest tworem jej wyobraźni. Czy rzeczywiście rozmawia ze starożytną boginią, przecinającą nić żywota, która wygląda jak Hugh Grant w „Notting Hill”? Czy też po prostu gada do siebie, albo raczej do pustego krzesła obok? Czy za nią też zatrzasną się drzwi szpitala psychiatrycznego?

„Może powinny”. – Zaraz przestraszyła się tej podstępnej myśli, która nagle pojawiła się w jej głowie.

Żongler jakby wyczuł jej wątpliwości, skinął na kelnera, zamówił jeszcze jedną kawę dla siebie i herbatę dla niej i poprosił o przyniesienie rachunku. Ta krótka wymiana zdań między mężczyznami brzmiała tak zwyczajnie, że Olga poczuła ulgę. Jednak, kiedy tylko kelner odszedł, znowu naszły ją wątpliwości, czy aby cała scenka nie była tworem jej imaginacji. Milczała, dopóki nie wrócił i nie postawił przed nią filiżanki. Herbata była realna. Żongler zapłacił rachunek.

– Wybacz – powiedział, kiedy znowu zostali sami. – Nie tak to miało wyglądać.

– Miałam umrzeć? – spytała.

– Chciałem ci dać to, czego w głębi duszy pragniesz – odpowiedział enigmatycznie. – Ktoś się jednak wtrącił, może moje siostry, może jeszcze ktoś inny. Nawet mnie można czasem oszukać – przyznał.

– Więc tym jestem?! Zabawką w rękach bogów?! To wszystko… – Zamrugała, żeby pozbyć się sprzed oczu obrazów, które tak bardzo chciała zapomnieć. – To wszystko było tylko waszą grą?

Olga poczuła się potwornie zmęczona. Chciała znaleźć się w domu, usiąść na sofie i poczytać książkę, albo pogłaskać kota.

– To nie do końca tak. Ludzie mają… – Przerwała mu wpół słowa:

– Proszę, przestań! Nie mam ochoty tego słuchać. Kurwa, nawet nie wiem, czy ty istniejesz naprawdę!

Zapatrzyła się w zdjęcie cytrynka, wiszące nad ich stolikiem.

– Cóż, chyba powinienem już iść. Zostawiam ci monetę.

Nie spieszył się jednak z odejściem.

– A jeśli nigdy nią nie rzucę? – spytała, nie patrząc na niego.

– Kiedyś to zrobisz. W którymś momencie każdy jest na to gotowy – odparł.

 

***

 

Olga w milczeniu wpatrywała się w motyla. Kiedy wreszcie odwróciła wzrok, żonglera już nie było, ani jego filiżanki po kawie. Westchnęła, czyli jednak halucynacje. Założyła płaszcz i już miała odejść, kiedy jej spojrzenie przyciągnął błysk światła. Samotny promień słońca odbił się w srebrnej monecie. Zamarła, a potem podniosła ją. Była realna. Chyba.

Zawahała się. Nie wiedziała, co zrobić. Z jednej strony miała ochotę zostawić monetę i zapomnieć o wszystkim, co się tu zdarzyło. Cokolwiek to było! Z drugiej, nie potrafiła się na to zdobyć. W końcu wrzuciła ją do kieszeni budrysówki.

Podeszła do kelnera.

– Przepraszam, jestem dzisiaj trochę nie w sosie. Zapłaciłam rachunek? – Wolała nie ryzykować, że zatrzymają ją przy wyjściu.

– Pani towarzysz… Eee – zająknął się, patrząc na pusty stolik, przy którym przed chwilą siedziała. Zerknął nerwowo w niewielki tablet. – Rachunek jest zapłacony – oznajmił w końcu sztywno.

Ucieszył ją wyraz konsternacji, malujący się na jego twarzy, jeszcze jeden drobny dowód na to, że jednak nie zwariowała. Chyba.

 

***

 

Olga wróciła do mieszkania i z ulgą zamknęła drzwi. Z sypialni wyłonił się kot i rozpoczął swój codzienny powitalny ceremoniał. Rozprostował przednie łapy, wypinając przy tym tyłek, potem przeniósł środek ciężkości ciała do przodu i zajął się rozciąganiem tylnych łapek. Usiadł i wylizał niewidoczne plamki na futerku. Wreszcie uznał, że jest gotowy, podszedł do niej nieśpiesznie i otarł się o jej nogi. Uwielbiała te kocie rytuały, było w nich coś uspokajającego. Schyliła się, żeby pogłaskać pupila.

– Jak ci minął dzień, futrzaku? – spytała. – Bo mnie nie najlepiej.

Szybko nabrała zwyczaju rozmawiania z kotem. Opowiadała mu, jak minął jej dzień, relacjonowała, co działo się w pracy, dzieliła się swoimi lękami. Był uważnym słuchaczem i jedynym, jakiego miała.

Razem poszli do kuchni. Olga wyjęła z kieszeni monetę i położyła ją na stole. Kot, jak zwykle, wskoczył na mebel, żeby zbadać, co przyniosła. Niemal natychmiast zjeżył sierść, nastroszył i wygiął grzbiet i przez moment wyglądał jak zwierzak z kreskówki. Wydał z siebie przejmujący dźwięk, jakiego jeszcze nie słyszała i uciekł. Reakcja kota była tak nietypowa i szybka, że Olga dosłownie zamarła z zaskoczenia.

Otrząsnęła się i postanowiła dokładniej obejrzeć monetę. Była niewątpliwie bardzo stara, zarówno rewers, jak i awers starły się tak, że trudno było odgadnąć, co pierwotnie przedstawiały. Trzymała ją przez chwilę, a potem podrzuciła. Nie czuła nic, patrząc jak moneta wiruje hipnotyzująco w powietrzu. Tego się nie robi kotu.* Złapała ją bez trudu, gdy zaczęła opadać. Przez chwilę zastanawiała się, co powinna z nią zrobić. Po namyśle odnalazła miniaturową portmonetkę i włożyła do niej monetę. Tak zabezpieczony artefakt wrzuciła do szuflady, do której nigdy nie zaglądała. Jeszcze jedna rzecz, o której trzeba zapomnieć.

Założyła wygodne, domowe ciuchy, zrobiła kawę i rozłożyła się na sofie w salonie. Kota nie było nigdzie widać. Zastanawiała się, czy jeszcze do niej przyjdzie, czy też uraziła go na dobre. Stale się bała, że w którymś momencie ją opuści, dlatego nie nadała mu jeszcze imienia. Przyszedł. Trochę niepewnie, z wahaniem. Najpierw wyciągnął się i zaczął chłonąć jej zapach. Podszedł bliżej i znowu powęszył. Wskoczył jej na brzuch i bardzo ostrożnie dotknął łapką policzka. Pogłaskała go. Kiedy miał już dość pieszczot, wskoczył na swoje ulubione miejsce na oparciu sofy, tuż obok jej głowy i zamruczał uspokajająco. Olga odprężyła się.

– Wiesz co, kocie, pieprzyć bogów – stwierdziła.

– Miau! – przytaknął kot.

 

Koniec

Komentarze

Interesujący tekst.

Krótki, ale zdążyłaś dobrze przedstawić bohaterkę. Chętnie powitałabym więcej wyjaśnień (ja z tych, co lubią wszystko rozumieć); o co grali, dlaczego Atropos była mężczyzną, co zobaczył w monecie kot, że tak się wystraszył…

Ciekawy pomysł na element fantastyczny.

Napisane całkiem przyzwoicie.

soczysto-czerwone owoce

Bez dywizu. Jeden kolor – jeden wyraz. Gdyby jabłka były zielono-czerwone, to co innego.

Babska logika rządzi!

Finkla, cieszę się, że wpadłaś i że chyba ci się podobało.

 

Już tłumaczę.

Grali rzecz jasna o życie, o cóż innego można z Atropos.

 

Zrobiłam z Atropos faceta, bo się zafiksowałam na punkcie żonglera, którego rzeczywiście widziałam w realu i który był pierwowzorem mojej postaci. I uważam, że wyszło ciekawiej, bardziej absurdalnie, niż gdyby Atropos była kobietą.

 

Kocury zaś są wyczulone na wszelki niesamowitości, niektórzy wierzą nawet, że koty wyczuwają śmierć, więc moneta, która może śmierć spowodować, niewątpliwie kota wystraszy.

 

Babola natychmiast poprawiam.

Hmmm. A co było do wygrania? Jeśli tylko dalsze życie, to dziwne, że ktokolwiek chciał grać.

Babska logika rządzi!

Rzecz w tym, że człowiek w ogóle nie wie, że gra. Przeszodzisz koło żonglera, on pyta reszka czy orzeł, odpowiadasz reszka, bo to dla ciebie nic nie znaczy, tylko uprzejmość żonglerowi wyświadczysz, a tu nagle okazuje się, że zawarłaś bliższą znajomość z boginią przecinającą nić życia. A to zdrowe nie jest. Na dodatek tym razem bogini chce się porządnie zabawić i jak wypadnie reszka, dostaniesz to, czego w głębi duszy pragniesz. Jeśli, jak Olga, cierpisz na depresję równie dobrze możesz paść na miejscu trupem, jak i spokojnie odejść.

Hmmm, ale jeśli bogini tak się o Olgę troszczy, to dlaczego w ogóle pytała?

Aha, jeszcze pytałaś, czy mi się podobało. Całkiem, całkiem – nawet na bibliotekę kliknęłam.

Babska logika rządzi!

O, dziękuję bardzo! Zaglądam na najnowsze komentarze, a tam klików nie widać. Naprawdę się cieszę, że ci się podoba.:D

 

Co zaś do motywacji bogini… We wrednej wersji robi to, żeby się kosztem Olgi zabawić. W wersji pozytywnej, żeby skłonić ją do zastanowienia się nad sobą, uświadomienia sobie pewnych rzeczy i ewentualnie, żeby pozwolić jej odejść, jeśli rzeczywiście tego chce. W gruncie rzeczy bogini nie wie, czego Olga chce (może nawet sama Olga tego nie wie). A dopóki moneta jest w powietrzu, pragnienia Olgi mogą się zmienić.

 

Do mnie ten tekst nie przemawia. Owszem sympatyczny i miły, ale… No właśnie to ale. Niby jest jakiś głębszy sens, ale nie do końca wiadomo jaki i o co chodzi. Dopiero gdy tłumaczysz Finkli, tekst nabiera wyrazu i pełniejszego obrazu, może warto by było go bardziej rozwinąć?

Tomku, dziękuję za opinię, choć oczywiście szkoda, że ci się mój tekst nie podoba. Mogę jedynie obiecać, że przyjrzę się jeszcze raz opowiadaniu i zastanowię się, co w nim można poprawić, żeby był czytelniejszy.

– Wiesz co, kocie, pieprzyć bogów – stwierdziła.

To przedostatnie zdanie jest super, a cały tekst też mi się spodobał. Najbardziej do gustu jednak przypadła mi pierwsze scena z żonglerem, ta, w której dziewczyna doznaje dziwnej paranoi-ataku klaustrofobii. Od razy skojarzył mi się obrazek, który Queen użył jako ilustracji, pod tytułem “żonglujący światami”, który może być chyba Twoim żonglerem z tekstu :)

Płyta nazywa się “Innuendu” – polecam całość, a najbardziej utwór tytułowy :P

 

 

Klikam bibliotekę, ale żeby rytuałowi stało się zadość, zostawiam więcej merytorycznego komentarza.

Podoba mi się ta historia, a rys psychologiczny głównej bohaterki jest bardzo przekonujący i taki nowoczesny – psychiatrzy, terapie… wiadomix.

Tworzysz nastrojowe opisy i klimatowe sceny, w których Olga nie ma pewności w kwestii swego zdrowia psychicznego.

Kot też na plus :)

Z punktu widzenia literówek i przecinków – w moim laickim mniemaniu, bez zarzutu.

Piotrek, dziękuję za klika, akurat o płycie Queen nie myślałam, ale znam i zaraz sobie posłucham.

Stwierdziłam, że byłoby trochę dziwne, gdyby Olga tak po prostu przyjęła do wiadomości, że rozmawia z bóstwem, stąd kazałam jej się porządnie pomartwić, czy przypadkiem nie oszalała.

A koty uwielbiam:D

Bardzo dobrze napisane pod względem językowym. Nie potknąłem się na żadnym zdaniu.

Co do przedstawionej historii, spróbowałaś zmierzyć się z klaustrofobią i udało Ci się to dość dobrze. Potrafiłem wczuć się w stan bohaterki. Niezbyt mi się stan podobał. Troszkę zbyt depresyjny, zbyt… nawet nie mroczny, co po prostu beznadziejny. 

Udało Ci się przedstawić tu namiastkę tego na tyle dobrze, że choć na swój sposób lubię smutek i melancholię, o tyle w ciele Twojej bohaterki znaleźć bym się nie chciał.

 Niestety ten dość szczegółowy rys psychologiczny odbija się nieco na fabule. Niewiele się dzieje. A raczej, proporcje akcji do rozmyślań, sprawiają, że tekst nie porywa. Napawa za to nostalgią.

Jeżeli taki był Twój zamysł, to udało Ci się.

 

Tekst wart biblioteki.

Chroscisko, cieszę się, że wpadłeś i przeczytałeś. Bardzo dziękuję za klika.

Zdaję sobie sprawę, że mój tekst jest trochę dołujący i nie ma w nim fajerwerków, ale tak właśnie miało być. Gdybym kazała Oldze jakoś aktywniej brać udział w tym, co się wokół niej dzieje to, z uwagi na jej depresję, byłoby to niewiarygodne. Ona po prostu przyjmuje do wiadomości, że po raz kolejny dostaje w d…

Nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że jej stan jest beznadziejny, myślę, że Olga jest w gruncie rzeczy twardą kobitką. W końcu przetrwała.

Nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że jej stan jest beznadziejny, myślę, że Olga jest w gruncie rzeczy twardą kobitką. W końcu przetrwała.

Myślę, że trochę się źle wyraziłem. Z tą beznadzieją chodziło mi bardziej o to, co ja czułem, gdy wszedłem w jej skórę. 

W to wierzę! Przez krótki czas pomagałam pewnej straszej osobie, cierpiącej na depresję. Babcia trafiła w końcu do szpitala psychiatrycznego. Ten tekst jest trochę formą odreagowania tej znajomości i tego, jak się czułam, przebywając z tą kobietą.

Irko, bardzo udany tekst!

Najbardziej podobały mi się pierwsze sceny, te z Żonglerem, w kawiarni i na ulicy. Trochę mniej porwały mnie przemyślenia głównej bohaterki, ale nie czepiam się, bo faktycznie wprowadzasz nimi nostalgiczny nastrój :). Językowo nie ma się do czego przyczepić. Gratuluję udanego tekstu, idę nominować do biblioteki :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy, dziękuję za wizytę, komentarz i nominację.

Chciałam trochę opowiedzieć czytelnikowi o Oldze, bałam się, że bez tego jej poczynania nie będą miały sensu. Zastanawiałam się, czy to tłumaczenie nie wyszło mi przydługawe, ostatecznie zostawiłam jak jest. Poza tym, jak pisałam już Chroscisko, ten tekst jest też formą odreagowania po spotkaniu z osobą chorą na depresję.

Niezły tekst, przywodzący na myśl Amerykańskich Bogów Gaimana, oraz jeszcze jedno jego opowiadanie, nie pamiętam tytułu, w każdym razie działo się w Krakowie i dotyczyło człowieka-posągu, który skojarzył mi się z Twoim żonglerem ;)

Postawiłaś bohaterkę w bardzo ciekawej sytuacji i interesująco to dograłaś. Nie dowiadujemy się wszystkiego, ale poziom niedopowiedzeń jest według mnie w sam raz na to, by pobudzić wyobraźnię i pozostawić czytelnika z pewnym niepokojem. Czyli fajnie :)

Tekst napisany jest całkiem zgrabnie, choć trochę szlifu by się jeszcze przydało. Nie bardzo podobały mi się opisy stanu emocjonalnego bohaterki. To są stany skrajne, nie przez każdego doświadczane, co już na starcie stwarza trudność – jak to zrobić, żeby czytelnik to poczuł. Ja pozostałam w sporym dystansie wobec tych napadów paniki, czegoś mi tu zabrakło, żeby zbliżyć się do bohaterki. Wydaje mi się, choć na pierwszy rzut oka może się to wydać paradoksalne, że tym mniej kupuję strach postaci, im więcej w jego opisie pojawia się słów typu “przerażenie”, “panika”, “trwoga”, “desperacja”. Bardziej wymowne są te fragmenty, gdy pokazujesz, co dzieje się z bohaterką, nie nazywając tego wprost. Wtedy – tak sobie kombinuję – przetwarzam to co czytam bardziej na poziomie emocjonalnym niż semantycznym. I tak mi się fajniej obcuje z tekstem, choć naturalnie może to być tylko moja preferencja ;)

 

Szczególiki:

 

Zaczęła robić szybkie zakupy w pobliskim supermarkecie, najlepiej rano, kiedy nie było jeszcze ludzi, bo w tłumie też nie czuła się najlepiej.

 

To krótka wymiana zdań między oboma mężczyznami była taka zwyczajna, że Olga poczuła ulgę. Jednak, kiedy tylko kelner odszedł, znowu naszły ją wątpliwości, czy aby cała scenka nie była tworem jej imaginacji. Milczała, dopóki kelner nie postawił przed nią filiżanki. Herbata była realna. Żongler zapłacił rachunek.

 

Olga w milczeniu wpatrywała się w motyla. Kiedy wreszcie odwróciła wzrok, żonglera już nie było, ani jego filiżanki po kawie. Westchnęła, czyli jednak halucynacje. Założyła płaszcz i już miała odejść, kiedy jej wzrok przyciągnął błysk światła.

Werweno, dziękuję, że wpadłaś i cieszę się, że ci się mój tekst podobał. Poza tym fajnie, że spojrzałaś krytycznym okiem i wyłapałaś te szczególiki, bo samemu się pewnych rzeczy zwyczajnie nie widzi.

 

Podwójne “najlepiej” i podwójny “wzrok” już poprawiłam. Udało mi się nawet pozbyć jednego “była”. Mnogość kelnerów zauważyłam już wcześniej sama, ale prawdę powiedziawszy nie wiem, co z tym zrobić. Nie znalazłam żadnego sensownego synonimu, którego mogłabym użyć, więc z bólem serca zostawiam, jak jest.

 

Pewnie masz sporo racji mówiąc:

Wydaje mi się, choć na pierwszy rzut oka może się to wydać paradoksalne, że tym mniej kupuję strach postaci, im więcej w jego opisie pojawia się słów typu “przerażenie”, “panika”, “trwoga”, “desperacja”.

Muszę to jeszcze przemyśleć. Może byłoby łatwiej, gdybyś mi pokazała te fragmenty, które do ciebie przemówiły.

Zawsze da się inaczej.

Jednak, kiedy tylko kelner odszedł,

Jednak, kiedy tylko obsługa odeszła,

Milczała, dopóki kelner nie postawił przed nią filiżanki.

Milczała, dopóki nie pojawiła się przed nią filiżanka/ nie przyniesiono jej filiżanki/ nie dostała filiżanki.

Babska logika rządzi!

Niby tak, z obsługą już próbowałam, ale jakoś mi to dziwnie brzmi.

A co powiesz na:

Jednak, kiedy tylko kelner odszedł, znowu naszły ją wątpliwości, czy aby cała scenka nie była tworem jej imaginacji. Milczała, dopóki kelner nie wrócił i nie postawił przed nią filiżanki.

Będzie to jasne?

Powinno być.

Babska logika rządzi!

Dzięki, to poprawiam. :D

Ode mnie krótki komentarz laika.

Cytując klasyka: “Dobrze mi się czytało”.

Dwie uwagi.

Fajnie przedstawiasz Olgę. Pozwalasz się z nią zapoznać. Poczuć towarzyszące jej odczucia i emocje. I tylko kiedy wydaje mi się, że poznałem ją już dość dobrze… opowiadanie się kończy. Szybko przerywasz tą znajomość. :)

Druga sprawa, to cel gry. Poznaję go dopiero w komentarzach. Pewnie można się było domyślić, ale jak przystało na lenia wolę mieć wszystko podane na tacy. :)

Tyle marudzenia. Po za tym tekst naprawdę bardzo fajny. Pozwala miło spędzić czas, a to zawsze jest dla mnie najważniejsze. Nie mogłem tylko oprzeć się wrażeniu, że cechowała go pewna ostrożność. Zupełnie jakbyś w tym swoim pierwszym opowiadaniu, jakie tutaj zamieszczasz, nie chciała przeszarżować z ilością znaków? z przesadnym rozwinięciem wątków? Zwłaszcza tej gry o życie było tu dla mnie trochę za mało.

Podsumowując.

Narobiłaś apetytu.

Najadłem się…

I tylko ktoś mi chyba gwizdnął deser. :)

 

Ale opowiadanie naprawdę przyjemne.

CM, dzięki za odwiedziny, cieszę się, że ci się spodobało. :D

 

Jeśli chodzi o twoje uwagi…

…cel gry. Poznaję go dopiero w komentarzach.

Jakoś tak wydawało mi się, że samo imię Atropos wystarczy, żeby się czytelnik domyślił o co toczy się gra. Mam nauczkę na przyszłość.

 

Nie mogłem tylko oprzeć się wrażeniu, że cechowała go pewna ostrożność. Zupełnie jakbyś w tym swoim pierwszym opowiadaniu, jakie tutaj zamieszczasz, nie chciała przeszarżować z ilością znaków? z przesadnym rozwinięciem wątków?

Wiesz, coś w tym jest. Po pierwsze – z natury jestem ostrożna. Poza tym krótki tekst łatwiej dopieścić. No i na pewno jest większe prawdopodobieństwo, że kilka osób przeczyta. Debiut na 40 tysięcy znaków nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Chciałam, żeby to była krótka impresja, trochę nieoczywista historia. Oczywiście krótki tekst na swoje minusy, które zauważyłeś.

 

I tylko ktoś mi chyba gwizdnął deser. :)

Hmm, może jeszcze kiedyś wrócę do Olgi i napiszę o niej coś więcej. :)

Można się domyślić, co się straci w grze z Atropos. Ale trudno zgadnąć, co jest do wygrania.

Babska logika rządzi!

Finkla, jak zaczęliście się dopytywać, to też widzę, że trzeba było jakoś dopowiedzieć. Tylko, kurcze, belki we własnym oku się z reguły nie dostrzega.

 

Bardzo zacny debiut, Irko.

Opowiadanie niezbyt długie, ale zdołałaś w nim pomieścić całkiem niezłą historię. Potrafiłaś stworzyć klimat niepewności i kiedy czytałam przemyślenia bohaterki, sama miałam wątpliwości, czy Olga przeżywa tę sytuację naprawdę, czy ma jakieś urojenia. Jednakowoż moneta i reakcja Kota są dowodem, że to się wydarzyło.

Zabawkę bogów przeczytałam z prawdziwą przyjemnością i mam nadzieję, że to nie jest Twoje ostatnie słowo. ;)

Wykonanie mogłoby być nieco staranniejsze.

 

Uśmiech­nę­ła się; –> Zamiast średnika powinna być kropka.

 

za­py­tał męż­czy­na w me­lo­ni­ku… –> Literówka.

 

Uwa­żaj, żeby nie upa­dła na zie­mię. –> Rzecz dzieje się w kawiarni, więc: Uwa­żaj, żeby nie upa­dła na podłogę.

 

Drob­ny pro­blem??! Dobre sobie! –> Wystarczy jeden pytajnik. Wykrzykniki są zbędne – przecież Olga nie krzyczy tych słów, nawet ich głośno nie wymawia.

 

że to czy­jaś ostat­nia wi­zy­ta. Któ­re­goś dnia, ostat­ni z daw­nych ko­le­gów… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

wa­zo­ni­ki z barw­na­mi kom­po­zy­cja­mi kwia­tów. –> Literówka.

 

a ile jest two­rem jej wo­braź­ni. –> Literówka.

 

„Może po­win­ny.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

– Więc tym je­stem?! Za­baw­ką w rę­kach bogów!? To wszyst­ko… –> Nie wydaje mi się, aby wykrzykniki były tutaj potrzebne – przecież Olga nawet nie podnosi głosu.

 

Za­pa­trzy­ła się zdję­cie cy­tryn­ka… –> Za­pa­trzy­ła się na zdję­cie cy­tryn­ka

 

niemal natychmiast jego sierść się zje­ży­ła, zro­bił prze­ra­żo­ny koci grzbiet… –> Wiem, co opisujesz, ale nie wydaje mi się, by koci grzbiet mógł być przerażony, tym bardziej, że nie każdy koci grzbiet jest oznaką przerażenia Kota.

Proponuję: …niemal natychmiast zjeżył sierść, nastroszył i wygiął grzbiet

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, cały czas z nadzieją czekałam, aż wpadniesz i pogrzebiesz w tym, co napisałam. Nie ma, jak dobra korekta, a ty to robisz świetnie. :D

Wierz mi, albo nie, ale czytałam kilka razy, także wówczas, kiedy tekst był już na stronie i babole mi cały czas umykały. Po prostu własne błędy trudniej zauważyć, człowiek widzi to, co powinno być, a nie to, co jest w rzeczywistości.

Większość poprawiłam, w niektórych wypadkach mam pewne wątpliwości.

 

Uśmiechnęła się; –> Zamiast średnika powinna być kropka.

Poprawiłam, ale chcę wyjaśnić skąd mi się wziął średnik. Dla mnie uśmiech Olgi i jej odpowiedź na pytanie żonglera działy się jednocześnie i średnik miał to podkreślać.

 

 

Drobny problem??!

Więc tym jestem?! Zabawką w rękach bogów!?

Trochę popoprawiałam, teraz jest:

Drobny problem?! Dobre sobie.

Więc tym jestem?! Zabawką w rękach bogów?!

Nie chodziło mi o to, że Olga podnosi głos, a raczej o wyrażenie zdumienia, a później oburzenia.

Ze SJP:

gdy wypowiedzeniu o charakterze pytania (zdanie pytajne, równoważnik zdania pytajnego, nawet ograniczony do zaimka pytajnego tudzież partykuły pytajnej: co?) zakończonemu znakiem zapytania towarzyszy zdumienie, przestrach lub oburzenie, możemy dodatkowo postawić znak wykrzyknika, np. „Co?!”;

I jeszcze:

Zapatrzyła się zdjęcie cytrynka… –> Zapatrzyła się na zdjęcie cytrynka

Sama nie byłam pewna “w” czy “na”, ale znalazłam to:

zapatrzyć się

dk VIb, \zapatrzyć sięrzę się, \zapatrzyć sięrzysz się, \zapatrzyć siępatrz się, \zapatrzyć sięrzył się – zapatrywać się ndk VIIIa, \zapatrzyć sięruję się, \zapatrzyć sięrujesz się, \zapatrzyć sięruj się, \zapatrzyć sięywał się

1. częściej dk «utkwić w czymś, w kimś wzrok, spojrzeć na coś długo, z uwagą, z zajęciem lub z zadumą; nie odrywać oczu od kogoś, czegoś; wpatrywać się»

http://polish.enacademic.com/69812/zapatrzy%C4%87_si%C4%99

No i tu mam zgryza. Co myślisz na ten temat?

 

Koci grzbiet poprawiłam. Zdanie, które zaproponowałaś brzmi o niebo lepiej.

Chciałam w tym miejscu wkleić zdjęcia zwykłego kociego grzbietu i przerażonego kociego grzbietu, ale wygląda na to, że nie umiem. ;)

 

 

 

A próbowałaś kliknąć na ikonkę obrazka?

Babska logika rządzi!

Próbowałam, ale system żąda jakiegoś adresu U-coś tam. Ja te zdjęcia ściągnęłam z internetu, ale tak dawno temu, że nie mam pojęcia skąd dokładnie.

Tam jest jeszcze druga zakładka – “wyślij”.

Babska logika rządzi!

 

Finkla, dzięki! A to zwykły koci grzbiet.

 

 

I przerażony koci grzbiet.

Tekst portretem bohaterki stoi. Motyw fantastyczny jest tutaj raczej wymówką do prezentacji postaci Oli. Dla mnie, jako osoby nie będącej miłośnikiem literatury psychologicznej, może nawet mam do czynienia ze zbyt dokładnym. Charakteryzujesz Olę w każdym detalu, aż nie zostawiłaś dla mnie, jako czytelnika, miejsca na interpretacje. Zostałem obserwatorem jej zachowań w tekście i poza tę rolę nie wychodzę. Stąd też nie potrafiłem się przejąć jej odczuciami, wejść w jej skórę. Ciężko mi tu do końca podać powód – może język zbyt sterylny, dokładny w nazywaniu uczuć, może odrobina szeroko rozumianej poetyckości by pomogła. W każdym razie mam jak Werwena – doceniam detale, ale nie poczułem emocji, jakie powinienem.

Wykonanie nie chrobotało. Czytało się przyjemnie. Fabuła raczej pretekstowa – jest tu jakiś sposób na dziwną “grę”, ale to właściwie tło dla prezentacji postaci.

Tak więc zacny koncert fajerwerków, nawet jeśli uczucia bohaterki przeszły obok mnie. Klikałbym.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, miło że wpadłeś i przeczytałeś. Dziękuję za “koncert fajerwerków”, choć zdaję sobie sprawę, że tekst nie do końca cię przekonał.

Prawdę powiedziawszy początkowo miał to być short o kobiecie, która spotyka Atropos, dostaje ataku klaustrofobii w bańce czasu i udaje jej się, może przez przypadek, może z czyjąś pomocą, oszukać boginię. Krótko mówiąc kładłam nacisk na elementy fantastyczne.

Jednak w którymś momencie fabuła mi się zbiesiła i polazła tam, gdzie sama chciała. Czy wyszło to opowiadaniu na dobre, nie potrafię powiedzieć.

Zastanawiałam się, czy nie opowiadam o Oldze zbyt dużo, ale w końcu stwierdziłam, że dużo to jednak nie wszystko i zostawiłam tak, jak się napisało. Charakterystyka Olgi jest rzeczywiście bardzo konkretna. Właściwie nie wiem dlaczego. Może chciałam mieć coś bardziej konkretnego w opozycji do wszystkich “dziwności”, które ją właśnie spotkały, ale teraz to już chyba interpretuję samą siebie.

…cały czas z na­dzie­ją cze­ka­łam, aż wpad­niesz i po­grze­biesz w tym, co na­pi­sa­łam.

Miło być wyczekiwaną, ale cóż, pierwszeństwo mają opowiadania dodane w dni moich dyżurów. Pozostałe staram się czytać w kolejności pojawiania się w poczekalni. :)

 

Po pro­stu wła­sne błędy trud­niej za­uwa­żyć…

Istotnie, taka jest prawda. Dlatego warto odłożyć opowiadanie na tydzień lub dwa i trochę o nim zapomnieć. Po tym czasie tekst nie będzie już taki znajomy, a wtedy łatwiej dostrzec usterki. Zauważyłam też, że jeśli do kolejnego czytania zmienię czcionkę, tekst jawi mi się jako zupełnie nowy. Czytam go wtedy z większą uwagą, a byczki niemal same wyłażą przed oczy. :)

 

Dla mnie uśmiech Olgi i jej od­po­wiedź na py­ta­nie żon­gle­ra dzia­ły się jed­no­cze­śnie i śred­nik miał to pod­kre­ślać.

Rozumiem Twoją intencję, tyle że z tego co wiem, średnika nie stawia się na końcu zdania.

Proponuję:

Normalnie minęłaby go bez słowa, ale to był dzień, w którym czuła się szczęśliwa. Uśmiechnęła się więc i, nie zatrzymując się, powiedziała:

– Reszka.

Lub, żeby uniknąć siękozy:

Normalnie minęłaby go bez słowa, ale dziś była szczęśliwa. Uśmiechnęła się więc i, nawet nie zwalniając, powiedziała:

– Reszka.

 

Nie cho­dzi­ło mi o to, że Olga pod­no­si głos, a ra­czej o wy­ra­że­nie zdu­mie­nia, a póź­niej obu­rze­nia.

Już rozumiem Twoje wykrzykniki.

 

Sama nie byłam pewna “w” czy “na”…

I ja się zastanawiałam, ale doszłam do wniosku, że skoro patrzę na zdjęcie, to jeśli się zapatrzę, to też na zdjęcie.

 

Koci grzbiet po­pra­wi­łam. Zda­nie, które za­pro­po­no­wa­łaś brzmi o niebo le­piej.

Niezmiernie się cieszę, że propozycję uznałaś za godną swojego opowiadania. ;D

Dodam tylko, że i ja wielbię Koty, mieszkało ich z nami bardzo wiele, przez pewien czas nawet sześć jednocześnie, więc miałam okazję obserwować kocie zachowania i uważam, że zdjęcie białego Kota niekoniecznie ilustruje przerażenie. Ten Kot może równie dobrze być niezadowolony z sytuacji, w jakiej się znalazł. Może też chcieć odstraszyć intruza – moje dorosłe Koty tak reagowały na malutkiego obcego Kotka. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło być wyczekiwaną, ale…

Regulatorzy, to Boże broń nie był zarzut. Autentycznie cieszę się, że wpadłaś i mój tekst przejrzałaś, bo nigdzie nie jest napisane, że musisz to zrobić.

 

Zauważyłam też, że jeśli do kolejnego czytania zmienię czcionkę, tekst jawi mi się jako zupełnie nowy.

Następnym razem spróbuję. I pewnie pozwolę kolejnemu opowiadaniu trochę poleżeć, albo zdecyduję się na betę.

 

Jeśli chodzi o średnik, jest poprawiony i na razie tak zostawię.

 

I ja się zastanawiałam, ale doszłam do wniosku, że skoro patrzę na zdjęcie, to jeśli się zapatrzę, to też na zdjęcie.

Nie gniewaj się, ale to zostawię jak jest. Dla mnie Olga nie patrzyła na zdjęcie, ona się w nie bezmyślnie wgapiała, żeby na czymś skupić wzrok, nie patrzeć na żonglera, odseparować się od tego, co się dzieje. Takie “zapatrzenie się na…” sugeruje moim zdaniem, że patrzyła, bo jej się podobało i generalnie, że w ogóle cokolwiek widziała. A niezupełnie o to mi chodziło.

 

Co do kota, możesz mieć rację, trochę mu jeszcze czegoś brakuje do pełnego przerażenia. ;)

 

Mnie się wydaje, że on raczej chce przerażać niż jest przerażony, ale ja się nie znam na kotach.

Babska logika rządzi!

Irko, no co Ty! Do głowy mi nie przyszło, że cokolwiek mi zarzucasz. I nie, nawet nie podejrzewaj, że o cokolwiek mogę się obrazić. To przecież Twoje opowiadanie i tylko od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla, jeśli chce przerażać, to chyba tylko coś mniejszego od siebie. ;)

 

Regulatorzy,

no co Ty!

kurcze, to dobrze, bo już się przestraszyłam. ;)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe opowiadanko :) W pewnym momencie byłem przekonany, że to wszystko tylko urojenia Oli i zaraz ją obudzisz, tłumacząc wszystko chorobą psychiczną albo snem. Super, że tego nie zrobiłaś i zaskoczyłaś mnie zakończeniem. Żongler jako bogini wypadł bardzo fajnie. Ola ze swoimi problemami też ładnie tu pasuje. 

Podobało się :) 

Hmm, nawet spoko, ale nie zrozumiałem o co chodzi z tym żonglerem/boginią, o co i po co gra on z bohaterką i jaki jest właściwie gry tej wynik. Bo stwierdzenie “pieprzyć bogów” brzmi tak, jakby cała ta sprawa z monetą i tak nie miała wpływu na los bohaterki.

Dopiero lektura komentarzy wyjaśniła więcej, zwłaszcza poniższego wytłumaczenia skierowanego do Finkli, i właśnie te informacje wg mnie powinny znaleźć się w tekście.

Rzecz w tym, że człowiek w ogóle nie wie, że gra. Przeszodzisz koło żonglera, on pyta reszka czy orzeł, odpowiadasz reszka, bo to dla ciebie nic nie znaczy, tylko uprzejmość żonglerowi wyświadczysz, a tu nagle okazuje się, że zawarłaś bliższą znajomość z boginią przecinającą nić życia. A to zdrowe nie jest. Na dodatek tym razem bogini chce się porządnie zabawić i jak wypadnie reszka, dostaniesz to, czego w głębi duszy pragniesz. Jeśli, jak Olga, cierpisz na depresję równie dobrze możesz paść na miejscu trupem, jak i spokojnie odejść.

 

Nie do końca też widzę związek klaustrofobii z resztą tekstu. Czy to właśnie ta przypadłość bohaterki sprawiła, że bogini rozpoczęła z nią swoją grę? A jeśli tak, to dlaczego?

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Leniwiec, fajnie, że ci się podobało.

Chciałam, żeby się czytelnik do końca zastanawiał, czy jej przypadkiem nie odbiło.

 

El Lobo, myślę, że bogowie pogrywali z Olgą już wcześniej, a przynajmniej ona doszła – w trakcie rozmowy z boginią – do wniosku, że wszystko, co ją wcześniej spotkało, było ich dziełem. Klaustrofobia i depresja też wynikają z jej wcześniejszych przeżyć.

Masz rację, pewne rzeczy powinny się znaleźć w tekście. Jak już napisałam CM, mam nauczkę na przyszłość.

Była jedyną, która po tym, co je spotkało[+,] nie wylądowała w psychiatryku i bardzo jej zależało, żeby tak pozostało.

Po kolejnych dwóch miesiącach[-,] Olga rozstała się z korporacją, w której pracowała, przeprowadziła się do miasteczka na obrzeżach metropolii i tam znalazła nową pracę.

Fajne, podobało mi się :)

Anet, cieszę się, że się spodobało. Przecinki poprawione.

Wciąż miała przyśpieszony oddech, drżała, bluzka lepiła się do jej spoconego ciała i powrócił dobrze znany, przytłaczający ją ciężar.

 No dobrze, w gruncie rzeczy klaustrofobia nie przeszkadzała jej już aż tak bardzo. Przez miesiące terapii nauczyła się radzić sobie z nią.

Nie brzmi to dobrze. Może: Przez miesiące terapii nauczyła się, jak sobie z nią radzić. 

Wydawało jej się, że wszyscy są przeciwko niej, odwracają się od niej, jak od kogoś, kto przegrał wszystko.

Trochę za dużo zaimków w jednym zdaniu. 

Te słowa nią wstrząsnęły. Zaczęła wsłuchiwać się w to, co mówi i myśli i odkryła czarną otchłań.

Przed drugim “i” przecinek? 

Terapeutka, wysoka kobieta z burzą dredów sięgających do pasa, nauczyła ją sztuczek, które pozwalały zachować kontrolę nad sobą. (…)Za zgodą terapeutki odstawiła leki.

O ile rzecz nie dzieje się w USA, to terapeuta nie przepisuje leków ani nie prowadzi kuracji lekowej. Terapeuta/psycholog leczy rozmową. Stroną farmakologiczną zajmuje się psychiatra. A i szybkie odstawianie leków nie jest dobrym rozwiązaniem (zależy oczywiście od diagnozy).

To krótka wymiana zdań między mężczyznami brzmiała tak zwyczajnie, że Olga poczuła ulgę.

 literówka

 

Ogólnie dobrze napisane warsztatowo. Historia ciekawa, choć pozostawiająca wiele niedopowiedzeń. Miałem wrażenie jakby urwała się w połowie. Materiał na coś dłuższego. Niekiedy jednak lepiej zostawić kilka pytań niż powiedzieć zbyt wiele.

 

Pozdrawiam

GhostWriter, dzięki za wizytę i twoje uwagi. Większość już uwzględniłam.

Dziękuję też za pochwały i cieszę się, że historia Olgi ci się podobała. To mój debiut na portalu i nie chciałam przeginać z długością tekstu. Niewykluczone, że do jeszcze kiedyś wrócę do tej historii.

 

Mam wątpliwości, czy dredy powinny sięgać pasa, czy do pasa. W internecie znajdowałam obie formy. Jakoś bardziej pasowało mi z “do”, nie mam pojęcia czemu.

 

O ile rzecz nie dzieje się w USA, to terapeuta nie przepisuje leków ani nie prowadzi kuracji lekowej.

Wiem o tym, dlatego dość zachowawczo napisałam, że Olga zaczęła chodzić na terapię i przyjmować leki, bez wnikania, skąd te leki miała. Zgadzam się z tobą w kwestii zbyt wczesnego odstawienia medykamentów, ale z drugiej strony nie można nikogo zmusić do ich przyjmowania, a Olga dość nieufnie podchodziła do lekarzy i wszystkiego, co ma z nimi związek.

 

Ładnie napisane, dobrze, że krótkie, bo taki afabularny tekścik w większej dawce by nużył. Nawet w sumie można by wyrzucić/skrócić fragmenty o terapii, te najbardziej realistyczne i retrospekcyjne, a tekst by nie stracił.

Fantastyka – miałam problem ze stwierdzeniem, czy jest to fantastyka, bo Żongler i bogowie mogliby być równie dobrze urojeniem (wyrzuciłabym tag “choroba psychiczna”, bo mocno kieruje w tę stronę i sugeruje, że to wszystko nie naprawdę). Ale in dubio pro reo kupuję wersję, że to trochę jak u Gaimana ;)

Na plus zdecydowanie opisy klaustrofobii, ale wolałabym, żeby cały tekst był taki z pogranicza, bardziej introwertyczny. Niemniej jak na debiut – całkiem udane.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, dzięki za wizytę i miłe słowa pod adresem mojego debiutu.

 

…miałam problem ze stwierdzeniem, czy jest to fantastyka, bo Żongler i bogowie mogliby być równie dobrze urojeniem

Przyznam, że taki był zamysł. Chciałam, żeby czytelnik się zastanawiał, czy to się zdarzyło naprawdę, czy też Olga oszalała i chciałam, żeby mógł sobie wybrać swoją interpretację. Moja jest oczywiście taka, że Olga rzeczywiście spotkała boginię.

Co do otagowania, szukałam tagu “deprasja”, ale nie ma nic takiego, więc wrzuciłam “chorobę psychiczną”, choć nie do końca mi pasowała. Nie wiem, czy to da się jeszcze teraz usunąć.

Irko, a może, zamiast choroby psychicznej, lepszy byłby obłęd?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, możesz zmieniać tagi – edytujesz tekst i wywalasz stare/ dodajesz nowe.

Babska logika rządzi!

Finkla, jesteś niezastąpiona. :D Niby widziałam te krzyżyki przy tagach, ale trochę bałam się ruszać. W ogóle tu by się przydał jakiś wątek pod tytułem: pomoc przy obsłudze strony, gdzie można by było zapytać o takie rzeczy.

 

Regulatorzy, obłęd mi kompletnie nie pasuje. To by dopiero sugerowało, że wszystko dzieje się tylko w głowie Olgi.

No cóż, chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie zapominajmy o świadectwie danym przez kota. ;-)

Babska logika rządzi!

Zupełnie dobry tekst, porządnie napisany. Czasami rzucił się w oczy nadmiar zamków, o na przykład tu:

Miała wrażenie, że wszyscy są przeciwko niej, odwracają się od niej, jak od kogoś, kto przegrał wszystko. I coś w tym było. Przyjaciele, którzy w pierwszych dniach zapewniali jej wsparcie, zaczęli się szybko wykruszać. Widziała, że patrzą na nią z coraz większą litością i prawie za każdym razem udawało jej się przewidzieć, że to czyjaś pożegnalna wizyta. Któregoś dnia, ostatni z dawnych kolegów powiedział wprost, że nie będzie jej już więcej odwiedzał. Przepraszał. Wyznał, że kiedy z nią rozmawia, czuje się, jakby z każdym jej słowem zbliżał się do serca Mordoru.

Nie jest to jednak rzecz specjalnie rażąca. 

Jak ktoś już zauważył, siłą tekstu jest obraz bohaterki, bogaty, ciekawy, zastanawiający. I realistyczny. Najpierw przeszkadzał mi fakt, że emocje (ataki klaustrofobii, agresji) Olgi przedstawiasz dość sucho i beznamiętnie. Ale pomyślałem sobie, że narracja epatująca emocjami kompletnie nie grałaby z ogólnym stanem Olgi, która raczej była przez większość czasu depresyjnie wytłumiona. Zatem narracja na plus. 

Pomysł ciekawy i intrygujący, ale z jego wykonania i poprowadzenia akcji zadowolony nie jestem. Gdyby nie wyjaśnienia w komentarzach nie miałbym pojęcia o co chodzi i co się tam tak naprawdę wydarzyło. Wszystkie niedopowiedzenia i tajemnice są zapewne celowe i wiem, że wielu czytelnikom będą bardzo pasować. Ale ja należę do tych, którzy lubią wiedzieć, nie domyślać się. Dlatego przeszkadzał mi fakt, że nie mówisz co przytrafiło się Oldze, nawet jeśli zdaję sobie sprawę z tego, że natura tego wydarzenia nie ma większego wpływu na fabułę. Przeszkadza to, iż nie wiem dlaczego Olga utknąła na chwilę w klaustrofobicznej bańce czasu, choć większość ludzi nie zauważa nawet, że bogowie angażują ich w jakieś gry. Przeszkadza zakończenie, które zdaje mi się cokolwiek urwane, zawieszone, bez wyraźnego akcentu. Ech… 

To dobry tekst, ale niestety niespecjalnie do mnie trafił. To nic :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, przede wszystkim dziękuję, że przeczytałeś. Cieszę się z wielu ciepłych słów pod adresem mojego opka, choć oczywiście żałuję, że do ciebie nie trafił.

 

Dlatego przeszkadzał mi fakt, że nie mówisz co przytrafiło się Oldze, nawet jeśli zdaję sobie sprawę z tego, że natura tego wydarzenia nie ma większego wpływu na fabułę.

Była piwnica i kilka uwięzionych w niej kobiet, czyli materiał na dobry triller. Tyle że ja za bardzo nie nadaję się do pisania trillerów, po prostu opisywanie przemocy nie sprawia mi frajdy. Bardziej interesuje mnie moment, w którym wszyscy autorzy kończą, czyli odpowiedź na pytanie, co dalej dzieje się z ofiarami, które miały szczęście (lub pecha) przeżyć.

 

Wszystkie niedopowiedzenia i tajemnice są zapewne celowe i wiem, że wielu czytelnikom będą bardzo pasować.

No, powiedzmy sobie szczerze, że nie wszystkie. Trochę muszę się jeszcze nauczyć. Wydawało mi się, że ta gra z żonglerem będzie zrozumiała dla czytelnika, tymczasem wiele osób pisze w komentarzach, że to akurat jasne nie jest.

 

 

Były już zabawy bogów pokazane “z góry” (to znaczy z punktu widzenia tychże bogów), tutaj natomiast mamy taką zabawę pokazaną z dołu (to znaczy z punktu widzenia samej “zabawki”). To ciekawe, dobrze napisane, a puenta “pieprzyć bogów” zasługuje na duży plus (choć tu ciekawość bierze, co było dalej?). Gdyby jeszcze ten cel gry był bardziej sprecyzowany, to satysfakcja czytelnika byłaby pełna. Zasłużona Biblioteka.

Dziękuję za miłe słowa.

Tak mi przyszło do głowy: dopóki bohaterka nie rzuci monetą, to jest nieśmiertelna, bo zakład zostaje nierozstrzygnięty, tak? Niezła luka prawna. ;-)

Babska logika rządzi!

Zgadza, przecież pyta, co będzie, jeśli nigdy nią nie rzuci. :)

Ciekawy tekst. Podobało mi się połączenie tematyki zaburzeń psychicznych z motywami mitologicznymi. Zaintrygowała mnie też postać żonglera; w ogóle to intro jest bardzo udane, przyciąga uwagę.

W moim odczuciu zakończenie pozostawia lekki niedosyt. Z jednej strony ma oczywiście sens jako symboliczne odzyskanie przez bohaterkę kontroli nad swoim życiem, ale z drugiej cała sprawa zbyt łatwo się rozwiązuje. Z perspektywy całości nieco odbiera to wagę rozmowom Olgi z Atropos.

A napisane całkiem sprawnie, może trochę “przezroczyście” stylistycznie, ale precyzyjnie i z wyczuciem rytmu.

Edit: Dla mnie osobiście niedopowiedzenia jak najbardziej na plus. Pozostawiają większe pole do interpretacji, a w tym konkretnym przypadku dobrze współgrają z zamysłem opowiadania.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Nowa Fantastyka