- Opowiadanie: rybak - Opowieści starego Nawigatora: Rendez-vous z demonami

Opowieści starego Nawigatora: Rendez-vous z demonami

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Opowieści starego Nawigatora: Rendez-vous z demonami

Braliście kiedykolwiek udział w ekspedycji badawczej? Najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć załodze kosmicznego frachtowca. Nie dość, że trzeba na dłużej zrezygnować z jako tako uregulowanego trybu życia, nie dość, że przychodzi pora na pożegnanie się z ulubionymi knajpkami w galaktycznych węzłach przeładunkowych, to jeszcze to permanentne zamieszanie! Oraz, co najgorsze, konieczność znoszenia na pokładzie, Bóg wie jak długo, rozpanoszonych stad naukowców i ich personelu pomocniczego, bo oczywiście kłaść się do anabiozerów to oni zazwyczaj nie zamierzają. Czasu im szkoda, głowaczom.

Ale cierp ciało, coś chciało! Mój nowy kontrakt, podpisany z Trzecią Kompanią Transportową, jasno precyzował obowiązki na stanowisku pierwszego nawigatora szybkiego kontenerowca Surykatka V. Jednego z nowocześniejszych, choć przy tym najmniejszego we flocie. Podpisałem umowę, kiedym już uporał się z porządkowaniem odcinka Wielkiego Szlaku Galaktycznego zapaskudzonego rozrzuconym ładunkiem – stu milionami ton zamrożonego krowiego nawozu, podczas pierwszego (i miejmy nadzieję – ostatniego) w historii astronawigacji strajku robotów: „Punkt 48a – Kontraktor zobowiązuje się pod przewidzianą w niniejszej Umowie groźbą kar umownych do brania udziału na powierzonym stanowisku w rejsach czarterowych, także na dalekich dystansach galaktycznych”. A planeta ziemiopodobna w układzie z Gwiazdozbioru Łabędzia, na którą mieliśmy lecieć, znajdowała się właśnie na dalekim dystansie od układu Sol – 493 lata świetlne. Półroczny rejs w jedną stronę, pół roku na intensywne badania powierzchni, i tyle samo na powrót. Jeśli, oczywiście, nic nie stanie nam na przeszkodzie. Niby przy aktualnej średniej życia, sięgającej 180 lat, to relatywnie mniej więcej tyle, ile niegdyś zabierała podróż na Marsa, ale jednak niemało.

Co prawda, jedna ze świeżo zbudowanych nitek Szlaku kończyła się nie aż tak daleko od granicy układu Kepler 186, lecz nie da się ukryć, że droga miała być długa, nużąca i może nawet – niebezpieczna. Nawiasem mówiąc, nie macie pojęcia jak wkurza mnie do dziś ta idiotyczna gwiezdna systematyka. Cokolwiek w otwartym Kosmosie odkrywano przez kilka dekad funkcjonowania antycznego radioteleskopu orbitalnego Kepler, natychmiast dostawało nazwę właśnie od niego, przez co dziś rozmaite Keplery straszą rozsiane po całym ziemskim nieboskłonie, myląc mniej doświadczonych żeglarzy-amatorów i przyprawiając studentów astronawigacji o przedsesyjny ból głowy. No ale podobno to się ma zmienić i gwiazdy oraz ich układy planetarne będą niebawem brać nazwy od konkretnego korytarza Wielkiego Szlaku i odległości od Sol. Pożyjemy, zobaczymy.

Szczęście, że po wejściu do służby statków z drugą prędkością nadświetlną, przynajmniej efekt relatywistyczny nam nie groził: już dobre trzysta lat temu okazało się, kiedy jeszcze testowano stareńkie silniki na mezonach T, że powyżej prędkości 243,8742 razy wyższej od chyżości światła w próżni, efekt opisany przez Einsteina w jego równaniach przestaje gwałtownie obowiązywać. Jak to opisowo porównywali wówczas naukowcy, ku uciesze idących na łatwiznę uczniów szkół elementarnych – „nasz pies zapieprza już przez Kosmos tak szybko, że jest w stanie na prostej dogonić własny ogon”.

Bardziej jednak niż efektu relatywistycznego Einsteina, podczas ewentualnych spowolnień na Szlaku, zarówno komandor Doenig, jak i my, pozostała część załogi, obawialiśmy się niespodzianek związanych z nowością odcinka, po którym tym razem przejdzie nasza nieduża Surykatka. Tak, dobrze kombinujecie – trasa zawszeć mogła okazać się nie do końca oczyszczona przez automatyczne sondy niwelujące. W Kosmosie nie ma nic trwałego, trajektorie ciał niebieskich niekiedy zachodzą na któryś z fragmentów Szlaku, więc powstałe w ten sposób trakty co pewien czas trzeba powtórnie oczyszczać, modyfikować, a nawet przejściowo wyłączać, czy choćby budować tymczasowe objazdy. W co bardziej zaludnionych fragmentach naszego ramienia galaktyki zazwyczaj przez lata całe nie ma takiej potrzeby, bo na najbardziej uczęszczanych odcinkach i węzłowych odgałęzieniach kosmicznej sieci autostrad Susły, Borsuki i Surykatki (a obok nich, na pasach lokalnych, mrowie innych, mniejszych modeli), płyną dziś niczym niegdyś kontenerowce przez północny Atlantyk – jeden statek międzygwiezdny za drugim, niemalże obserwując swoje światła rufowe.

Jednak droga na Keplera 186f, skalistą planetę najbardziej podobną do Ziemi ze wszystkich dotychczas odkrytych, na razie nie oferowała takich udogodnień. Siódmą część trasy, prawie 72 lata świetlne, musieliśmy przebyć bez zewnętrznej asysty i osłony. Pocieszało nas jedynie to, że przy prędkości rejsowej Surykatki sięgającej po wejściu na Szlak 160 milionów mil na sekundę, jakikolwiek groźny obiekt zewnętrzny okaże się dla nas w zasadzie nieruchomy. I Ajka będzie go mogła łatwo wyminąć

Lecz nie tylko dlatego komandor Doenig był wściekły, w żywy kamień klęła też czarter i wszystkich naukowców świata cała załoga. Od pierwszego nawigatora, czyli mnie, po trzeciego mechanika Kiryła Modestowicza Iwanowa – owalnego niedużego faceta z węzłami porozmieszczanych gdzie popadnie mięśni, który w chwilach wolnych od służby miał zwyczaj zamykać się w swojej kajucie i bez przerwy oglądać archiwalne transmisje przestrzennego hokeja. W Kompanii plotkowano, że robi to nawet w anabiozerze, przez co wygląda o połowę starzej niż powinien. Teraz jednak zarzucał kapitana i mnie, pełniącego funkcję drugiego po Bogu, specyfikacjami niezbędnych części zamiennych, tonami rachunków do podpisu, a w końcu narzekaniem, że to wszystko przez nasze harde charaktery i zbyt sztywne kręgosłupy.

Fakt – do załogi weszli w zasadzie sami „ulubieńcy” prezesa Smithy’ego. Od drugiego nawigatora – lidera słynnego nieudanego strajku gwiezdnych marynarzy w roku 2385, po mnie – pierwszego nawigatora najbardziej w całej kompanijnej flocie irytującego dla zarządu, po krachu oszczędnościowego projektu robotyzacji floty. Nawet Doenig miał przerąbane: podobno stawiał się byłemu prezesowi Vranecowi, domagając się zwiększenia stawek za postojowe. Cwany ten Smithy: twarda umowa, premia za daleki rejs i na dłuższy czas ma z głowy większość źródeł potencjalnych kłopotów Kompanii.

Ale dość o tym. Naukowców było stu trzydziestu. W tym osiemnaście kobiet. Większość już z solidnymi tytułami naukowymi, więc poza sferą naszych zainteresowań, ale dwie… No cóż. Dwie okazały się i ładne, i młode, i w moim typie. Małe zwinne brunetki z ogniem w oczach. Podobne do siebie jak dwie krople wody i nic dziwnego, bo siostry bliźniaczki: Ania i Mania. Pierwsza – archeolog. Druga – specjalistka od antropologii i genetyki. Zastanowiło mnie, skąd takie profile naukowe w składzie ekspedycji i nawet o to zapytałem jej szefa – zaaferowanego profesora Pawło Malińskiego – nieźle zakonserwowanego blondyna w mocno średnim wieku, antropologa kultury z drugą specjalnością kosmozoologia, podwójnego noblisty i filaru któregoś ze środkowoeuropejskich uniwersytetów. Ten jednak oganiał się ode mnie jak od natrętnej muchy. Powiedział jedynie, między jednym krótkim przystankiem w pokładowym przedrejsowym cwale, a drugim, że wszystkiego dowiemy się po starcie.

Na razie badacze Malińskiego latali po pokładzie jak koty z pęcherzem. Dokładnie tak samo jak my. Czy macie pojęcie, ile oni ze sobą zabierali?! Samych podoczepianych na zewnątrz kadłuba towarowych promów–lądowników pięć. I tyleż modułowych prefabrykowanych baz. Półtora tysiąca dronów różnej wielkości – od biegających mechanizmów rozmiaru karalucha, po sześć ryjących w podłożu do głębokości osiemnastu mil, a każdy po półtora tysiąca ton metrycznych wagi. Z systemami podtrzymywania życia wystarczającymi na pięć lat egzystencji dla ośmiu członków załogi i dwudziestu pasażerów. Pokładowy sztauer Liu przesłał nam listę ładunku. Robiła wrażenie, tym bardziej że ekspedycja jawiła się i mnie, i Doenigowi czymś kompletnie zaskakującym. Miesiąc temu nikt o niej nawet na Dejmosie nie słyszał, a tu proszę – niemal z dnia na dzień rozmach i pośpiech, niczym podczas niedawnego zasiedlania Wenus, wystudzonej wreszcie, po wiekach terraformowania.

Mnóstwo sprzętu badawczego rozmieszczono we wszystkich możliwych ładowniach wewnętrznych Surykatki, przez co ciasno się na nim zrobiło niemożebnie. Bo tylko kompletni laicy wyobrażają sobie dzisiejszy transport galaktyczny jako przewożenie ładunków wewnątrz głębokich ładowni, jak niegdyś na ziemskich oceanicznych statkach. Sęk w tym, że naprawdę poważny fracht, choćby miliony ton rudy czy biomasy, umieszcza się wyłącznie na zewnątrz gwiazdolotów, mocując je do rdzenia kadłuba w postaci nieforemnych zbitych brył, niczym kokony na odwłoku pająka, za pomocą stabilnych pól siłowych. Prawdziwych wewnętrznych ładowni nasze masowce, nawet te największe, stumilionowe, a tym bardziej nieduże kontenerowce, mają stosunkowo niewiele – ot, po kilka, góra kilkanaście zamykanych hermetycznie niewysokich kawern o powierzchni najwyżej kilku boisk piłkarskich każda, otwieranych zdalnie z mostka, jeśli zajdzie taka konieczność. Oczywiście na orbicie. Żaden statek Kompanii nie jest przecież przystosowany do lądowania na powierzchni planet. Od tego są promy i automatyczne lichtugi towarowe.

I to był kolejny powód naszego zdenerwowania. Jak tu bowiem podczas tego niewydarzonego rejsu dorobić sobie nieformalnym, acz zwyczajowo uznawanym we wszystkich kompaniach transportowych frachtem, rozprowadzanym przez nas po cichu po tranzytowych węzłach przeładunkowych, skoro nawet skrzynki autentycznej szkockiej whisky się w takiej ładowni nie ukryje i nie przemyci, boć cała zapchana sprzętem badawczym i anabiozerami pasażerów?

***

Kiedy wystartowaliśmy i w końcu dotelepaliśmy się na początek Wielkiego Szlaku Galaktycznego, wchodząc płynnie w drugą nadświetlną, Pawło Maliński zwołał wspólne zebranie załogi i swojej ekipy. Nie mieliśmy odpowiednio wielkiej sali, mogącej służyć za konferencyjną, więc po prostu podłączyliśmy nasze osobiste terminale do gniazdek w kabinach, dzięki czemu jedna z ich ścian zmieniła się u wszystkich pasażerów w realistyczny holoekran. Maliński już na nim był. I bez chwili zwłoki zaczął wykład, po którym nic już nie miało być takie jak przedtem.

– Znacie państwo cel naszej wyprawy, glob o nazwie w klasyfikacji ogólnej: Kepler 186f – zaczął z werwą. – Jego obieg wokół gwiazdy macierzystej trwa 130 dni ziemskich, a masa to 1,1 masy Ziemi. Nasłonecznienie jak na Marsie, więc się nie poopalamy, doba ma 18 godzin standardowych, ciekła woda na powierzchni, średnia temperatura tlenowo-azotowej atmosfery około 295 K, zawartość tlenu 27 procent, za to ciśnienie niczym na szczycie Mont Blanc – gdyby ktoś zapomniał podstaw astrografii. Planeta jest skalista, ale występują na niej rzeki i jeziora. Jak wiecie – na razie uniknęła kolonizacji, ze względów czysto ekonomicznych. To po prostu wciąż cokolwiek dla nas za daleko. Zatem za drogo. Masowy transport na większą skalę nieopłacalny i zbyt ryzykowny, przynajmniej do chwili całkowitego ukończenia końcówki nowej nitki Szlaku. Co, z kolei, nie muszę wam, transportowcom i naukowcom przypominać, nie kalkuluje się na razie, bo niby co miałoby być po tej nowej trasie wożone, skoro planeta docelowa jest w zasadzie niezasiedlona.

– Po cóż więc tam w ogóle, i to tak liczną grupą, lecimy? Przecież to musi kosztować setki milionów kredytów. To kolonizacja i transport się nie opłacają, a nasza megawyprawa i owszem? – poznałem głos drugiego nawigatora.

– Lecimy, bo to pierwsza planeta w galaktyce, na której daleki zwiad znalazł ślady rozumnego życia – uprzejmie wyjaśnił Maliński.

– No, wielkie mi znowu odkrycie – wtrącił się mechanik Iwanow. – Musiał szukać aż tak daleko? W układzie Sol macie je na każdej większej planetoidzie, gdzie tylko żyją nasi…

– Nie zrozumieliśmy się – Maliński uśmiechnął się pobłażliwie, a za jego plecami pojawiły się na naszych holościanach trójwymiarowe zdjęcia obsypanych rudym piachem ruin, czegoś na kształt fundamentów baszt i… hangarów? Czy może raczej baraków? – Obcego życia rozumnego. Zdjęcia wysłała nam funkcjonująca na interesującym nas globie protestancka wspólnota religijna nieformalnych przesiedleńców z Plutona.

– Ta sekta, o której ucieczce w głęboki kosmos siedem standardowych lat temu pisały wszystkie holobrukowce? – zapytał Doenig, a ja natychmiast przypomniałem sobie całą sprawę, bo w swoim czasie było o niej naprawdę głośno. Nieczęsto przecież wieje w nieznane z Sol całe wyznanie: sześć tysięcy dusz z okładem. I to jednym statkiem.

– Dokładnie ta – potwierdził profesor. – Burza piaskowa siedem miejscowych lat temu, czyli mniej więcej trzy standardowe lata rachuby Sol, odsłoniła pozostałości budowli. I nie tylko budowli. Co aż tak zbulwersowało kolonistów, że się ujawnili i po natychmiastowej wysłali na Ziemię kilkadziesiąt terabajtów zaszyfrowanej relacji, tylko dla rządu galaktycznego: zdjęć, filmów… Ale i coś więcej – strzelił palcami i zawiadująca holoekranami Ajka uruchomiła kolejny holoprzekaz.

A na nim… A na nim na wpół zasypane piachem, w kilkunastu równych rzędach ciągnących się niemal po horyzont, wystające wprost z podłoża, leżały szkielety. Setki i tysiące szkieletów. Mniejsze i większe nagie kości, niektóre przyobleczone w strzępki tkanin, zastanawiająco do siebie podobnych, chyba brudnozielonych, wypełniały cały ekran. Istoty wydawały się humanoidalne. Ich czaszki, femury, kończyny… – właściwie nie mogłem dopatrzyć się różnic między nimi, a ludzkimi, znanymi z muzeów i podręczników anatomii. Może poza jedną, a właściwie dwiema: truchła obcych były wyposażone w niedługie, kilkusegmentowe, na oko półmetrowe ogony. I jeszcze coś: tam, gdzie ludzkie czaszki mają ciemię, dawało się dostrzec niewysoki kościany grzebień.

– Teraz najciekawsza sprawa – kontynuował Maliński – kolonistom co prawda ich wyznanie zakazywało robienia autopsji, ale mieli wśród siebie prawdziwego pasjonata wykopalisk, domorosłego archeologa z odpowiednim sprzętem. Datował szczątki. Pochodzą sprzed mniej więcej czterystu trzydziestu – czterystu sześćdziesięciu lat. Ale znalazł też coś jeszcze. Oto nagranie przedstawiające oględziny w sumie 25789 znalezionych dotychczas szkieletów. Co istotne – po jego przesłaniu na Ziemię, koloniści zaprzestali dalszych prac twierdząc, że nie chcą naruszać spokoju zmarłych. Indagowani po natychmiastowej dodali, że dusze zabitych ukazują się im i za dnia, i w nocy, zatem tym bardziej nie zamierzają bezcześcić miejsca tragedii, więc bez zwłoki wyruszają dalej. To był ich ostatni komunikat. Wysłana zaraz po nim, wyposażona we własną Ajkę bezzałogowa sonda zwiadowcza stwierdziła, że z Keplera wynieśli się równie szybko, jak niegdyś z Plutona. Gdzie są dziś – nadal nie wiemy.

I znów pstryknął palcami. A wtedy ktoś z widzów, co rzecz jasna wiernie przekazała Ajka, nerwowo zaklął, któraś z kobiet nie wytrzymała i wydała z siebie jakby głębokie westchnienie, a może nawet stłumiony szloch. Na holofilmie czyjeś bardzo delikatne ręce po kolei obracały czaszki potylicami do kamery. Na każdej z nich, niemal u nasady kręgosłupa, widniała niewielka okrągła dziurka. Ten widok coś mi przypominał, ale na razie nie byłem do końca pewien, co. Jedno wiedziałem – te istoty, ci, no w końcu przecież chyba ludzie, zostali zabici. Zamordowani, najprawdopodobniej w masowej egzekucji. A następnie pogrzebani na pustyni, na której zapewne nikt ich już nigdy nie miał odnaleźć.

I raptem do mnie dotarło. – Cooo?! – nie wytrzymałem. – Tylko pół millenium? To przecież moment, w kategoriach Galaktyki zupełnie nieistotny! Oni tam byli już wtedy, kiedy nasz ziemski Gagarin poleciał w kosmos, kiedy ledwie opanowaliśmy napęd odrzutowy w atmosferze, kiedy…

– No właśnie – dołączyła Ania, ta od archeologii. – Kiedy u nas na Ziemi też wciąż jeszcze zabijano masowo ludzi w ludobójczych egzekucjach. Można więc powiedzieć, że jeśli chodzi o poziom rozwoju społecznego, szliśmy ze sprawcami mordów na Keplerze dosłownie łeb w łeb.

– Tyle że technologicznie jakby nas już wówczas sporo wyprzedzali – napomknął ponuro sztauer Liu. – Przecież mało prawdopodobne, by ten obóz, czy co to tam na Keplerze znaleziono, był tworem lokalnej cywilizacji. Ewidentnie peryferyjne miejsce zsyłki dla przedstawicieli kultury, która opanowała technologie umożliwiające tanie podróże międzygwiezdne.

– Galaktyczny Gułag? – profesor Maliński przerwał nagłą ciszę. – Taka hipoteza też jest prawdopodobna. Właśnie dlatego musimy to dokładniej sprawdzić. To przecież od wieków najstraszniejszy nasz koszmar, odnoszący się do przyszłości: napotkać na kosmicznych szlakach cywilizację nie dość że totalitarną i ludobójczą, to w dodatku znacząco przewyższającą nas technologicznie… Kosmiczne hipernowoczesne demony bez szczypty nawet ludzkiej moralności.

***

Powinienem teraz zapewne opowiedzieć wam, jak przeszła nam podróż. Ale w zasadzie nie ma o czym mówić. W końcu, po kilku kolejnych holospotkaniach, większość z nas pokładła się do anabiozerów, by pół roku później wybudzić się już na miejscu. Czyli na orbicie planety stanowiącej cel ekspedycji. Ja miałem czuwać podczas wacht w drodze powrotnej, więc pomiędzy konferencją Malińskiego a wejściem na orbitę Keplera 186f, właściwie nie pamiętam niczego poza snami o Ani i Mani, biegających beztrosko pośród rzędów ogoniastych szkieletów. Tak mnie to umęczyło, że kiedym się rewitalizował, wciąż czułem w zębach chrzęszczące ziarenka rudawego piasku.

A potem zaczęła się zwyczajna służba. Wyładunek sprzętu, przerzucanie go lichtugami na powierzchnię planety, dwie mile od obcoplanetnego pola śmierci, potem nadzór nad automatami budującymi bazę dla ludzi, przewiezienie pasażerów, przeglądy Surykatki, wachty dyżurne, słowem – czysta w takich przypadkach rutyna. Aż do czasu, kiedy jeden z naukowców, pucołowaty Białorusin Kola, poszedł sam jeden, w nocy, między rzędy stopniowo odkopywanych przez nas szkieletów i się zwyczajnie zastrzelił, z archaicznego pistoletu nieznanej mi konstrukcji, najwyraźniej jakimś cudem przemyconego na pokład Surykatki. Zostawił list, w którym kompletnie od rzeczy wyjaśnił, że nie może dłużej znieść zarówno nawiedzających go nocą koszmarów, jak i towarzyszących im myśli.

Nad śledztwem objęli wspólny nadzór komandor Doenig wraz z profesorem Malińskim. I oczywiście mnie także włączyli do komisji wyjaśniającej okoliczności tragedii. Lecz co tu było wyjaśniać? Koledzy Nikołaja potwierdzili, że kilkanaście dni wcześniej wrócił z terenu wykopalisk skrajnie wzburzony, niczego mówić o swoich przeżyciach im nie chciał, pił tylko w coraz większych ilościach wódkę kupowaną pokątnie od sztauera Liu. A potem zamknął się w sobie, coraz bardziej markotniał, budził ich krzykiem niemal każdej nocy, w końcu którejś z nich wyszedł z habitatu i żywy już do niego nie wrócił.

Dalsze śledztwo ustaliło, że w dniu, w którym doznał owego pierwszego nerwowego załamania, był przez kilka godzin na terenie wykopalisk zupełnie sam, bo dosłownie cała reszta naukowców, z górą setka osób przebywających akurat na powierzchni planety, pojechała czym kto mógł kilkanaście mil na zachód, gdzie odkryła pozostałości podobnych ruin, ale już bez szkieletów. Oraz coś jakby resztki ceglanej bramy i podkładów kolejowych, niknących pod piachem pustyni i idących wprost ku odsłoniętemu przez wichurę miejscu kaźni.

Kola nie zapisał niczego ani w notatniku, ani w chmurze indukowanej przez Ajkę. To znaczy, wydawało nam się, że nie zapisał, do chwili, gdy jego kolega z habitatu przyniósł Doenigowi niewielki notesik, a w nim archaicznym ołówkiem, mocno niepewnym pismem, skreślone kilka linijek tekstu: „Widzę ich co noc, kiedy tylko zamykam oczy. Taśma śmierci. Gospodi pomiłuj, wiem, WIEM co to znaczy…” I tu tekst się urywał. Notesik został przez Olega – współlokatora Koli, kierowcę transporterów i mechanika znaleziony pod pneumatycznym materacem nieżyjącego kumpla.

Dobre kilka dni zastanawialiśmy się z komandorem nad znaczeniem notatki. Zatrudniona do jej analizy pokładowa Ajka spisała nam błyskawicznie listę hipotez. Wśród nich znów znalazłem słowa „gwiezdny Gułag”, co, przyznam, wreszcie zadziałało i zmroziło mnie z przerażenia. I kiedym tak dumał bezskutecznie nad powodami załamania nerwowego pierwszej ludzkiej ofiary tutejszego pola straceń, bo nie wiedzieć czemu nikt z nas już na planecie nie myślał o nim inaczej, z nocnego treningowego marszobiegu nie wróciła Ania.

Alarm wszczęła oczywiście jej siostra Mania, po czterech długich godzinach oczekiwania w habitacie na nieobecną zbyt długo sportsmenkę.

– Obiecywała, że pobiegnie w stronę pasma górskiego, czyli w przeciwną do pola śmierci – łkała już od progu habitatu Doeniga, gdzie od dłuższego już czasu zbieraliśmy się w kilka osób, rozważając kolejne hipotetyczne wyjaśnienia i śmierci Koli, i powodów nagromadzenia w jednym miejscu aż takiej liczby obcych szkieletów. – Ale ja puuuściiiłam za nią drona – zaszlochała. – I on w pewnym momencie się wyłączył. A jak uruchomił się na nowo, to Ani nigdzie w pobliżu już nie byyyłoo – rozpłakała się na moim ramieniu, a ja zacząłem się wtedy – pamiętam – po raz pierwszy zastanawiać, ile jeszcze ofiar pochłonie ta piekielna planeta.

Drony Ani nie znalazły. Skanowanie powierzchni planety w promieniu trzystu mil od bazy, przez odpalone na szybko nanoboty Ajki z Surykatki, też nie. Po tygodniu poszukiwań uznaliśmy, że niczego więcej nie zdziałamy. Nanoboty rozszerzały stopniowo krąg, Ajka miała jakby co, alarmować, ale nadzieję zaczęliśmy tracić. I wówczas doszło do prawdziwej sensacji. Bo wreszcie zrobiliśmy to, co powinno się w takich przypadkach uczynić już na wstępie: zabraliśmy się do solidnego badania kilku szkieletów. Na wytłumaczenie mogliśmy mieć jedynie to, że całe wyposażenie anatomopatologiczne wyładowaliśmy w ostatniej kolejności, ktoś na Dejmosie wsadził je do ładowni na samym początku, przez co trochę to musiało potrwać, zanim się do niego zdołaliśmy dogrzebać. Już pierwsza tomografia wywołała szok u naukowców i nieliche poruszenie u załogi Surykatki. Otóż szkielety nie miały puszki mózgowej. To znaczy niby miały, ale o pojemności góra sześciennego cala. Niczym nasze hodowlane woły. Wykluczało to raczej jakąkolwiek rozumność tych istot, bądź co bądź – białkowych. Mogły mieć inteligencję wystarczającą do w miarę samodzielnego poruszania się i oddychania, ale do niczego ponadto.

Potem, po dalszych analizach wyszło ekipie biologów, że wszystkie te truchła są genetycznie jednakowe – niczym spod sztancy. Różnice zaś w ich rozmiarach wynikały jedynie z etapu rozwoju osobniczego. Mieliśmy do czynienia z polem martwych i bezmózgich klonów. I wtedy dopiero się zaczęło! Ajka i sztab naukowy Malińskiego tworzyli coraz to nowe hipotezy, a jedna głupsza od drugiej. Wymienię wam tylko dwie, sami się przekonacie. Kośćce miałyby być więc pozostałością po dawnej hodowli mięsa na ubój, albo wynikiem szaleństwa ich twórców – bo że są one wyłącznie sztucznym produktem Obcych – nie ulegało już raczej wątpliwości. Co się jednak stało z ich właścicielami, dlaczego pozostawiono je zakopane w długich dołach, po co te szyny i ruiny, tego na razie nie wiedzieliśmy.

***

Tak czy siak, Maliński odpalił wreszcie swoje maszyny i zaczął kopać w obu interesujących nas miejscach. No i w końcu, po kolejnym tygodniu pracy, wreszcie się dokopał. Już na głębokości mili pod dalszymi ruinami, jeden z jego ryjących dronów natknął się na sporą kawernę. Ot, drobiazg: ledwie mila średnicy. A w niej… w niej oprócz setek pootwieranych pomieszczeń i całej, działającej po części automatyki, oprócz czynnej sieci wodociągowej i całkiem nowoczesnych systemów podtrzymywania życia oraz łączności, znalazł składowisko z kolejnymi kilkoma tysiącami porzuconych zasuszonych trucheł. Oraz składy z archaiczną prochową bronią krótką i długą, a nawet magazyny na wpół zetlałej odzieży. Od czegoś nazwanego przez Kiryła Iwanowa kufajkami, po mundury.

Byłem w drugiej grupie eksplorującej podziemia. Śledztwo w sprawie Koli nadal przecież trwało. Długie korytarze wciąż oświetlane przez awaryjne lampy, zasilane przez nadal pracujące generatory M-pola. Zbudowane według zasad identycznych co nasze, dzisiejsze. Po obu stronach, na kilkudziesięciu poziomach, sale wypełnione sprzętem, odzieżą, tysiącami przedmiotów niemal takich samych jak produkty ziemskiej cywilizacji technicznej sprzed czterech stuleci. A na końcu… Na końcu w sali pełnej prawie ziemskich w kształcie foteli, znaleźliśmy Anię. Żywą, acz po trzech tygodniach pobytu w podziemiach zagłodzoną do granic wytrzymałości. I siwiuteńką jak gołąbek. Kiedy już coś zjadła i odpoczęła, bo poddania się zabiegom rewitalizacji jako sportsmenka zdecydowanie odmówiła, opowiedziała nam całą resztę.

– Biegłam ku górom – zaczęła, gdy po dwóch dniach doszła jakoś do siebie. Doenig ze swojej pokładowej holościanki, Maliński i ja słuchaliśmy uważnie. I na razie nie zadawaliśmy żadnych pytań. – Obóz prawie cały spał, ludzie jak zwykle o tej porze nie wyłazili z habitatów i nie pętali się na zewnątrz, lekki chłodek, nasze szlaki transportowe rzęsiście oświetlone, po północy na tej zakazanej planecie panują świetne warunki do treningów. Zatem biegłam, ale nagle, kiedy na chwilę stanęłam, żeby poprawić dres, a przy okazji popatrzeć sobie, jak co noc, na nasz obóz z daleka, sami wiecie, że niesamowicie wśród tej pustki wygląda, w dali za bazą, nad polem śmierci ujrzałam coś w rodzaju zorzy. Seledynowozielone migocące pasma, ledwie, zresztą, widoczne. Zawróciłam więc. Nie chciałam nikogo budzić, popatrzę – pomyślałam sobie – i wrócę. Ta mgła to gęstniała, to się rozpływała, ale im byłam bliżej, tym stawała się bardziej widoczna. Nie wiem, w jaki sposób, bo choć oko nie wyłapywało szczegółów, to i tak wyświetlały mi się, niczym wizje, w głowie.

Ujrzałam doły, świeżo wykopane. Postacie przemocą ciągnące nad nie naszych grzebieniastych. Widziałam, jak ofiarom inni grzebieniaści, w mundurach, strzelają w tył głowy z czegoś w rodzaju pistoletów. Widziałam podjeżdżające w okolice rowów wagony i wyładowywanych kolejnych skazańców. I znów egzekucje. I ani jednego dźwięku. Kiedy dobiegłam do terenu wykopalisk, nagle spostrzegłam wyłaniającą się z piasku okrągłą, świecącą lekko platformę. Im byłam bliżej, tym wyraźniej nie tylko oglądałam ten dziwny wewnętrzny holofilm, ale i zaczęłam go odczuwać. Chyba wtedy osiwiałam. Bezgraniczny strach, wręcz przerażenie, zgroza, odraza, gniew, w końcu poczucie skrajnego wewnętrznego odrzucenia obserwowanych scen – sekwencja powtarzała się kilkakrotnie, za każdym razem silniej. Sama nie wiem, jak i kiedy weszłam na platformę. Byłam chyba półprzytomna, bo nawet nie spostrzegłam, gdy otoczyło mnie wyłaniające się z niej pole siłowe i wraz ze mną zanurzyło się pod ziemię. Zmysły odzyskałam dopiero w kawernie, w której mnie znaleźliście. A dalej, cóż. Dopóki mogłam, szukałam wyjścia i eksplorowałam podziemia, piłam wodę z podajników na korytarzach, chyba służyły do pojenia biorobotów – statystów.

– Kogo?! – Wykrzyknęliśmy z Doenigiem niemal równocześnie.

– Mówię przecież – statystów. Na najwyższych poziomach znajdziecie kilkanaście regularnych studiów reżyserskich. Holoekrany, panele sterowania, w końcu banki pamięci. Tu była wytwórnia filmowa. A na powierzchni plenery. Grzebieniaści odtwarzali i utrwalali co ciekawsze sceny z naszej ziemskiej historii. Siądźcie sobie w ich „sali kinowej”, bo i ona tam jest. Kameralna, na ledwie kilkadziesiąt tysięcy miejsc, ta w której mnie znaleźliście. Kiedy już po tygodniu jakoś się ogarnęłam, a wyjścia nadal nie odkryłam, siedziałam w niej większą część doby.

– Po co, koleżanko? – łagodnie zapytał Maliński.

– By zobaczyć, jak nas grzebieniaści widzą.

– I jak, mianowicie?

– Mamy czas, sami się przekonacie – odparła lakonicznie Ania. I zamilkła.

Oczywiście obejrzeliśmy. Wielokrotnie. A właściwie – odczuliśmy cały bezmiar tego, czym darzyli (i pewnie nadal darzą) nas grzebieniaści. Obserwowali Ziemię mniej więcej od X wieku. Uważnie, skrycie, bez narzucania się, unikając w miarę możliwości wykrycia. Lecz kiedy w XX wieku stopień zbydlęcenia ludzkości osiągnął apogeum, nie wytrzymali i odlecieli na zawsze. Porażeni naszym okrucieństwem i bezmyślnością, nie chcieli wracać.

Ale… musieli przecież jakoś ostrzec przed nami resztę Galaktyki. Na Keplerze 186f mieli warunki niemal wymarzone by rekonstruować co bardziej krwawe epizody z historii Homo Sapiens. Zbudowali więc podziemną bazę, ściągnęli sprzęt, naprodukowali ile im było trzeba rekwizytów oraz bioautomatów i… nakręcili swoje czuciowe superprodukcje. Z tego, co sprawdziliśmy w ich magazynach danych – około trzydziestu. Obejrzałem je wszystkie, bo wystarczyło usiąść na dowolnie wybranym fotelu w sali projekcyjnej, by coś zaczynało je odtwarzać.

Czego tam nie było. Prekolumbijskie hekatomby na schodach piramid. Wbijanie całych wsi na pale gdzieś na wschodzie Europy. Setki, tysiące stosów płonących na głównych placach protestanckich miast Starego Kontynentu, rozpalonych przez żarliwych krzewicieli nowej wiary w dobie Reformacji. Łowy na niewolników i ich transport na pola trzciny cukrowej na Karaibach oraz bawełny w Ameryce. Gilotyny i spadające głowy podczas Rewolucji Francuskiej. Rzeź Wandei z topionymi przez jakobińskie oddziały barkami pełnymi cywilnej ludności. Masakry tubylców w belgijskim Kongu. Ataki gazowe na frontach I. Wojny Światowej. Bolszewickie taśmy śmierci, wraz z masowym rozstrzeliwaniem jeńców-oficerów obcych armii (to ten plener odsłoniła burza na Keplerze, nawet liczba zwłok się zgadzała). Dzieci mrące z głodu jak muchy w czasie ukraińskiego Hołodomoru. Komory gazowe socjalistów Hitlera, wraz z ceglaną bramą do niemieckiego obozu śmierci. Płonące polskie wioski. Znowu jakieś egzekucje. Gruzowana dom po domu Warszawa. Ogarnięta piekłem atomowego wybuchu Hiroszima. Jakaś Korea. Jakiś Wietnam. Afganistan. Rwanda, Tutsi i Hutu. Irak, nowojorskie rozsypujące się wieżowce, zamachowcy-samobójcy wysadzający się w powietrze na ulicach gwarnych miast… Demony. Prawdziwe demony. Do wyboru i koloru, a co przekaz, to straszniejsze odczucia płynące z projektorów ku widowni. Nie osiwiałem ze zgrozy jak Ania chyba tylko dlatego, że od późnej młodości, jak wszyscy moi męscy protoplaści z rodu Snuffów, jestem dokumentnie łysy.

Zmontowali, podkręcili poziom emocji, a potem odtwarzali sobie do woli – przed rozpowszechnieniem… Dlaczego właśnie tak, a nie za pomocą superkomputerów, które przecież już pół tysiąclecia temu mieli? A diabli wiedzą. Może taka maniera, może obyczaje, nawet religia? Gdy już uznali, że wystarczy, porzucili wszystko, nie zabrali ze sobą niczego poza zakończonymi „filmami”, chyba tym samym uznali ludzkość i wszystko co się z nią wiąże za nieodwołalnie skażone złem.

Skąd o tym wszystkim wiem? Kolejne miesiące pobytu na tej zakazanej planecie spędziliśmy głównie w podziemnej bazie grzebieniastych. Prowadzeni przez Anię, przejrzeliśmy, co tylko się dało, odtworzyliśmy z baz pamięci, zinwentaryzowaliśmy, utrwaliliśmy, opisaliśmy, zapakowaliśmy na Surykatkę. Nasze sondy odkryły jeszcze kilka innych “plenerów” na powierzchni, było więc co zbierać, utrwalać i katalogować. A potem ustawiliśmy w przestrzeni przed planetą galaktyczne zakazy wjazdu i lądowania, nadaliśmy sprawozdania po natychmiastowej na Sol i nie oglądając się, w te pędy wróciliśmy do siebie.

Na razie to musi wystarczyć. Drugiej wyprawy na Keplera 186 nikt, z tego co wiem, nie planuje. Planetę wyłączono z planów kolonizacji. Wielki Szlak nie będzie ku niej ciągnięty przez najbliższe dekady, albo i stulecia. Podobnie jak przez obszary galaktyki, które zaczynają się za „studiem filmowym”. Bo choć dla reszty ludzkości tę wiedzę utajniono i ukryto, my, uczestnicy niefortunnej wyprawy, wiemy swoje.

Także dlatego, że kiedy już zbliżaliśmy się do Sol, oglądaliśmy zawartość anabiozera, do którego na początku drogi powrotnej weszła Ania. Albo to coś, co ją z powodzeniem udawało. Na zasuszonym kośćcu, w który przekształciła się w ciągu ledwie kilku minut po opuszczeniu przez Surykatkę układu Keplera 186, tylko włosy pozostały takie jak wcześniej. Srebrne. Na czaszce zaznaczał się niewielki grzebień. Puszki mózgowej niemal nie było… Odbiornik. Biorobot. Klon. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego od momentu odnalezienia w bazie grzebieniastych, nie pozwalała się badać i zamieszkała sama, w oddzielnym habitacie.

A skoro była wyłącznie odbiornikiem, w dodatku działającym według kompletnie nie znanych nam zasad, woleliśmy się nie zastanawiać, kto i skąd nim kierował i jak potężna technologia go wytworzyła. Grzebieniaści mogli usunąć z planety wszelkie ślady swej obecności, to by nawet pasowało do ich stylu, ale tego nie zrobili. Dlaczego, okazało się, zanim jeszcze uciekliśmy stamtąd w popłochu, tuż po tym, jak nieopodal gwiazdy centralnej układu nasze sondy odkryły orbitujący statek zaginionych sekciarzy z Plutona. Zaś w nim, oprócz dziennika pokładowego, sześć tysięcy trzysta martwych ciał w anabiozerach. A wszystkie przeżarte Szarą Pleśnią. Co do jednego.

Tuż przed swym odlotem z planety, już po ostatnim seansie nad masowymi „grobami” statystów, odtworzonym przez automatyczną aparaturę obcych filmowców, dostali przecież to samo ostrzeżenie co my – jednoznaczny czucioprzekaz: ani kroku w galaktykę, poza Keplera 186. Demony Kosmosu nie mają od tej pory wstępu nawet na parsek dalej.

Ale oni, w przeciwieństwie do nas – nie posłuchali.

Koniec

Komentarze

Hm, mam zagwozdkę.

Bo czytało mi się sprawnie i szybko, ale jednak nie jestem w pełni usatysfakcjonowany.

Raz – techniczny wstęp o kosmicznych szlakach przydługi. Wiem, ze ciągniesz swoją historię i jest to pewien łącznik z wcześniejszymi opowiadaniami o Nawigatorze, ale jednak…

Dwa – rozwiązanie zagadki nie zaskoczyło. Pewnie nie miało zaskoczyć, a przynajmniej nie było to główne przesłanie tego tekstu. “Wróble Galaktyki” Fiałkowskiego i podobne w tonie opko z któregoś “Spotkania w przestworzach” czytałeś zapewne. Brakło mi tu jednak jakiegoś pazura.

Czyli – jest poprawnie, ale bez zaskoczenia, jak w Twoich poprzednich tekstach!

Co do szczególików:

– “A planeta ziemiopodobna w Gwiazdozbiorze Łabędzia” – to brzmi trochę niezręcznie – gwiazdozbiór z reguły skałda się z gwiazd mocno od siebie oddalonych; czyli raczej: “planeta okrążająca gwiazdę…” itd;

– “od C, czyli chyżości światła w próżni” – czemu wielkie “C”?;

– “pierwszego nawigatora (…) irytującego dla zarządu, po krachu jego oszczędnościowego projektu robotyzacji floty” – to brzmi, jakby projekt robotyzacji wyszedł od Nawigatora;

– “Naukowców było stu trzydziestu. W tym osiemnaście kobiet” – uuu, toś pojechał po bandzie ;); a gdzie tu parytet? wyobrażasz sobie napięcia damsko-męskie na takim statku? chyba że setka panów… lubi panów ;);

– “i zaczął kopać w głąb” – to “w głąb” bym wyrzucił, bo raczej w innym kierunku się rzadko kopie (no, tunele może).

Czasem niepotrzebnie używasz wielkich liter. I czemu się uparłeś na mile?

 

Mimo starczego marudzenia – czekam na kolejne przygody Nawigatora :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Poprawki naniosłem. I wyciąłem parę zbyt oczywistych dłużyzn i podpowiedzi… Finał też zmieniłem, Staruchu ;). Mam nadzieję, że ten ci się bardziej spodoba.

Przez Wróble nigdy nie przebrnąłem.

Mile są od pierwszego Snuffa…

Dzięki za uwagi:)

Czytałem jeszcze przed poprawkami po komentarzu Starucha, stąd mnie też nieco znużyły dłużyzny opisowe na początku. Drugim zgrzytem było małe zaangażowanie narratora w opowiadane wydarzenia. W poprzednich dwóch odcinkach jakoś mniej mnie to raziło. Tutaj Snuff opowiada o strasznym położeniu załogi na nawiedzonej planecie, ale w jego słowach nie czuć zbytnio, by on sam odczuwał strach. Pewną próbą większego zaangażowania bohatera było wprowadzenie wątku dwóch młodych pasażerek, ale pozostał on praktycznie nierozwinięty (nie twierdzę, że miałeś z opowiadania robić obyczajówkę, ale jak już wspomniałeś, że były obie w jego guście, to mogło się zadziać coś więcej niż oparcie się Mani na jego ramieniu ;)).

 

Z kolei samo rozwiązanie zagadki Keplera mnie, w przeciwieństwie do Starucha, zaskoczyło, ale to pewnie dlatego, że czytam mało sf. Tak więc ogólnie fabuła na plus.

 

Czekam z niecierpliwością na dalsze przygody nawigatora Snuffa ;)

 

PS: Trochę hipokryci z tych kosmitów. Mordujący się nawzajem ludzie są be, ale już ukatrupienie sześciu milionów z nich nie.

Jak zwykle w podobnych sytuacjach obie strony siebie warte. Jest potencjał na przyszłość.;). Snuff jest tu tym razem głównie kronikarzem… A, i jeszcze coś – tysiąckrotnie zmniejszyłem liczbę kolonistów z Plutona;). Trochę ich było (te pierwotne 6 mln) za dużo, by nie musieli na Keplerze 186f rozwinąć intensywnego rolnictwa, a nie – jechać głównie na zapasach, jak założyłem w opowiadaniu ;)

 

Mnie przydługi wstęp nawet nie przeszkadzał. Ten Twój gawędziarz może opowiadać nawet o technikach wiązania sznurówek i prawdopodobnie mnie tym nie znuży.

Przeszkadzało za to trochę rozwiązanie zagadki. Dla mnie przyszło zbyt szybko. Liczyłem na parę “przestrzelonych” hipotez. Może jakiś okres bezradności. Ja wiem, że to mogło niepotrzebnie rozciągnąć opowiadanie. Ale czułem się trochę tak, jakbyś wciągnął mnie w swoją historię i naraz wyrwał z niej, kiedy najmniej sobie tego życzyłem.

Nie jest to rzecz jasna jakiś wielki zarzut. Raczej sugestia, że czyta się naprawdę dobrze i większa ilość tekstu raczej mnie akurat nie zniechęci. Ewentualnie uwaga, że historie Nawigatora mają już pewną renomę i siłą rzeczy oczekuje się od nich coraz więcej.

W każdym razie napisałeś dobre opowiadanie, które pozwala fajnie spędzić czas. Dla mnie to zawsze najważniejsze kryterium odbioru tekstu. Bo przecież czytam dla przyjemności.

Dwa spostrzeżenia na koniec.

 

Tak, dobrze kombinujecie – trasa zawszeć mogła okazać się nie całkiem do końca oczyszczona przez automatyczne sondy niwelujące.

Dziwnie mi to brzmiało. Sądziłem, że wystarczy krótsze: nie w pełni oczyszczona. Albo coś w tym stylu. Tutaj jednak ocenę zostawię osobom bardziej kompetentnym w tych kwestiach ode mnie.

 

– Kogo?! – Wykrzyknęlismy z Doenigiem niemal równocześnie/

Nie przestrzeliłeś czasem z klawiszem na końcu zdania? :)

I jedna literówka.

 

Przyłączam się do grona oczekujących na kolejne przygody Nawigatora.

 

 

 

Dziękuję, CM :). Poprawki naniosłem.

Rybaku, przeczytane. Opowiadanie jest porządnie napisane, ale tak jak wspominali inni, chociaż był plot twist, to nie do końca satysfakcjonujący pod względem fabularnym. Z drugiej strony szafując dużymi liczbami, co do pojemności statku etc., naprawdę świetnie oddałeś klimat typowego science fiction. Podsumowując myślę, że te 30 tys. znaków po prostu mocno ograniczyło potencjał tekstu. Na minus jest to, że nie podałeś imienia Nawigatora, przez co rzeczywiście przypomina takiego Galla Anonima, i ogólnie na początku miałem trochę problemów z przyswojeniem imion wszystkich postaci. Powodzenia przy kolejnych częściach ;)

Snuff. Imię miał podawane w dwóch pierwszych opkach cyklu:) pozdr.

Mnie się bardzo spodobał pomysł na to opowiadanie. O takich obcych jeszcze nie czytałam. Niezły rodzaj sztuki sobie wynaleźli. I bardzo dobrze ten pomysł wykorzystałeś.

Rozwiązanie zagadki satysfakcjonujące. Fakt, początek nieco się dłuży.

Datował radiowęglowo szczątki.

Nie jestem pewna, czy to by się dało zrobić. OK, pewne procesy będą zachodzić identycznie. Ale trzeba znać wyjściową zawartość C14 w C. Czy musi być taka sama jak na Ziemi? Wątpię. Możliwe, że na planecie ciągle jest życie i można sobie porównać, ale nie przypominam sobie wzmianki w tekście na ten temat.

Babska logika rządzi!

C14 był w kośćcach owych biorobotów. Myślę, że zaawansowana technologia przetwarzania danych przyszłości by sobie z tym poradziła.

Dzięki za lekturę i ocenę :)

No, jeśli w samych kościach, to trochę mało. Znamy tempo ubytku (zakładam, że jest stałe w całym Wszechświecie), ale jeśli nie znamy poziomu początkowego, to mamy za dużo niewiadomych.

Babska logika rządzi!

Początek nieco nużący, ale później sprawy z wolna nabierają tempa i zaczyna się robić ciekawie. To opowiadanie odbiega nieco klimatem od poprzednich, ale to dobrze, bo przecież Stary Nawigator doświadcza różnych przygód.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałbym kliknąć Bibliotekę. :)

 

zre­zy­gno­wać z ja­ko-ta­ko ure­gu­lo­wa­ne­go… –> …zre­zy­gno­wać z ja­ko ta­ko ure­gu­lo­wa­ne­go

 

stu mi­lio­na­mi ton za­mro­żo­ne­go kro­wie­go guana… –> O ile mi wiadomo, guano to odchody ptaków morskich, nie krów.

Proponuję: …stu mi­lio­na­mi ton za­mro­żo­ne­go kro­wie­go łajna

 

tem­pe­ra­tu­ra tle­no­wo-azo­to­wej at­mos­fe­ry około 295 K , –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

cał­ko­wi­te­go ukoń­cze­nia in­fra­struk­tu­ry w koń­co­wym od­cin­ku… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie czę­sto prze­cież wieje w nie­zna­ne… –> Nieczę­sto prze­cież wieje w nie­zna­ne

 

A na­stęp­nie za­ko­pa­ni i po­grze­ba­ni na pu­sty­ni… –> Na czym polega pogrzebanie po zakopaniu?

 

z ar­cha­icz­ne­go pi­sto­le­tu, nie zna­nej mi kon­struk­cji… –> …z ar­cha­icz­ne­go pi­sto­le­tu, niezna­nej mi kon­struk­cji

 

ob­cych szkie­le­tów. – ale ja pu­uuściii­łam za nią drona – za­szlo­cha­ła. –> Postawiwszy kropkę, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

za­bra­li­śmy się za so­lid­ne ba­da­nie kilku szkie­le­tów. –> …za­bra­li­śmy się do so­lid­nego ba­da­nia kilku szkie­le­tów.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Ale oni, w prze­ciw­iń­stwie do nas… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sierobiszanpani:)

Dzięki!

 

…I zrobione…

OK. Klikam. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry tekst, podobnie jak poprzednie przygody Nawigatora humorystycznie podchodzący nawet do kwestii nader poważnych (w tym wypadku – horroru). Mnie początek nie znużył, wręcz podobało mi się uzasadnienie innego działania relatywistyki dla FTLa niż zakładano :)

Sama fabuła niczego sobie, sam motyw z ostrzeżeniem i studiem filmowym przedstawiłeś ciekawie. Gdzieś po zniknięciu Ani przegapiłem reakcje Mani – trochę szkoda, że zniknęła mi z oczu (możliwe, że przez moje niedopatrzenie).

Jest to więc dobry koncert fajerwerków, czasem wywoła uśmiech. Taki idealny tekst na wyluzowanie po obiedzie. Ode mnie klik.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jakby mniej humoru, trochę mniej bohatera, ale wydźwięk opowiadania bardzo w moim guście :) Tylko co się stało z prawdziwą Anią? Została zamordowana prze obcych z taką samą bezdusznością, o którą nas posądzono? ;)

Świat Snuffa wbrew pozorom nie jest czarno-biały i to jest widoczne w każdym opku serii. ;). W trzecim też. Grzebieniaści są zatem hmmm… ludźmi bis. Tak starałem się to napisać – żeby na przyszłość jedni drugich i wzajem mogli nazywać demonami… A siebie wręcz przeciwnie… Bo … nie, nie będę zdradzać treści kolejnych Nawigatorów ;). Co do Ani mam plany na przyszłość.

Pozdr.

I cyk do biblioteki :) Widzę, że to jakaś seria opowiadań, nie znam wcześniejszych, ale to jest bardzo dobre i broni się samodzielnie. Pomysł na obcą cywilizację i jej kinematografię – bardzo dobry.

Fajne, podobało mi się :)

Uzupełniłem o wyjaśnienie dot. Ani/Mani i kawałek z bazy grzebieniastych. Teraz jest lepiej. Choć smutniej. Za to przy okazji Snuff też został przedstawiony;)

 

Fakt – do załogi weszli w zasadzie sami „ulubieńcy” prezesa Smithy’ego: od drugiego nawigatora – lidera słynnego nieudanego strajku gwiezdnych marynarzy w roku 2385, po mnie – pierwszego nawigatora najbardziej w całej kompanijnej flocie irytującego dla zarządu, po krachu oszczędnościowego projektu robotyzacji floty.

To zdanie nie jest udane. Przemyśl je.

 

Samych podoczepianych na zewnątrz kadłuba towarowych promów – lądowników pięć.

promów-lądowników (wywal spacje)

 

Mnóstwo sprzętu badawczego porozmieszczano po wszystkich możliwych ładowniach wewnętrznych Surykatki

– ot, po kilka, góra kilkanaście [+,] zamykanych hermetycznie niewysokich kawern o powierzchni najwyżej kilku boisk piłkarskich każda, otwieranych zdalnie z mostka, jeśli zajdzie taka konieczność.

mogącej służyć za konferencyjną, więc po prostu popodłączaliśmy nasze osobiste terminale do gniazdek w kabinach

Nieczęsto przecież wieje w nieznane z Sol całe wyznanie, sześć tysięcy dusz z okładem. I to jednym statkiem.

pomyśl nad szykiem albo nad tym, czy wszystkie słowa są Ci tu potrzebne.

 

Datował radiowęglowo szczątki. Pochodzą sprzed mniej więcej czterystu trzydziestu – czterystu sześćdziesięciu lat.

Tu jest problem merytoryczny. Skąd znali zmiany izotopowego składu atmosfery na obcej planecie? Wartość ta jest zmienna w czasie, gdyż zależy od stężenia węgla w atmosferze oraz natężenia promieniowania kosmicznego. Na Ziemi opracowanie tych danych trwało wiele lat, wiele różnorakich kalibracji, a i tak wciąż metoda jest dość dyskusyjna.

Z drugiej strony skoro masz tu prędkości nadświetlne, to poziom abstrakcji jest wystarczająco wysoki, by amator bez laboratorium mógł takie rzeczy robić.

 

z archaicznego pistoletu [-,] nieznanej mi konstrukcji

„Widzę ich co nocy, kiedy tylko zamykam oczy. Taśma śmierci. Gospodi pomiłuj, wiem, WIEM co to znaczy…”

co noc

Notesik został przez współlokatora Koli, kierowcę transporterów [+,] i mechanika Olega znaleziony pod pneumatycznym materacem nieżyjącego kumpla.

Byłem w drugiej grupie eksplorującej podziemia.

Dlaczego pierwszy nawigator eksploruje podziemia? Przecież mają od tego 150 naukowców na pokładzie. To nie jego kompetencje. Kto będzie za niego na mostku wachtę trzymał?

 

Kiedy już coś zjadła i odpoczęła, bo poddania się zabiegom rewitalizacji jako sportsmenka zdecydowanie odmówiła, opowiedziała nam całą resztę.

Raczej wypiła. Po 3 tygodniach głodówki od jedzenia by im zeszła.

 

Doenig, Maliński i ja słuchaliśmy uważnie. I na razie nie zadawaliśmy żadnych pytań.

To kapitan też opuścił statek, razem z pierwszym nawigatorem i szefem ekspedycji naukowej?

No nie bardzo.

 

Łowy na niewolników i ich transport na pola trzciny cukrowej na Karaibach oraz bawełny w Ameryce.

Komory gazowe socjalistów Hitlera

Dość ciekawe określenie. Skrót myślowy czy podświadoma nienawiść do pewnej ideologii?

 

Świetny tekst. Tym razem dramat, bez groteski, osadzony w tym samym uniwersum. Miałem co nieco uwag, są wypisane powyżej, ale nie zmienia to faktu, że całość bardzo dobra.

Ruszyło mnie i skłoniło do refleksji. 

A co mi tam, zgłaszam do piórka.

Dzięki za uwagi i piórko. Socjaliści Hitlera, bo Narodowo Socjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza . Nie rozumiem pytania… Pozdr.

 

“Narodowy socjalizm” a “socjalizm” to jednak zasadnicza różnica. Pomijanie pierwszego członu tutaj zmienia znaczenie wyrażenia. Dlatego pytam, czy było to zamierzone, czy jedynie skrót myślowy.

 

Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei

W oryginale “narodowosocjalistyczna” jest nawet pisane razem.

Socjalizm Hitlera był nawet bardziej socjalistyczny od socjalizmu Lenina, bo w szerszym zakresie wprowadził tzw zdobycze socjalne ludu pracującego w praktykę społeczną na masową skalę. Np wczasy pracownicze, dotacje do spożycia zbiorowego zatrudnionych, umowy zbiorowe pracy itd…

Nie ma żadnej różnicy między socjalizmem komunistycznym a socjalizmem narodowym ,poza obiektem masowej eliminacji przeznaczonym do zabicia w niemal identycznych obozach zagłady. U hitlerowców rasy, u leninowców klasy. Przypomnę tak nieśmiało, że nawet wolne w 1 maja święto pracy hitlerowcy wprowadzili do kalendarza świąt państwowych PRZED leninowcami. Tego to pewnie nie wiedziałeś;)I proponuję doskonały film: "Czekista", żeby sobie porównać technologię obu tych socjalizmów. pozdr.

 

Nowa Fantastyka