- Opowiadanie: Tomasz R.Czarny - Powrót pohańbionego

Powrót pohańbionego

Kraj: Benin, czasy współ­cze­sne.

 

 Czy­taj­cie ko­men­tuj­cie, uży­waj­cie. Jak prze­czy­tasz, zo­staw dwa słowa, obo­jęt­nie jakie.

Czar­ny. Baw­cie się tak do­brze jak ja.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Powrót pohańbionego

Cza­row­nik podał czar­kę z na­po­jem Ra­ma­ne Osse­ni, ten uważ­nie ujął ją obie­ma rę­ka­mi i po­wo­li uniósł do ust. Chwi­lę się za­wa­hał, na­stęp­nie prze­chy­lił i wypił jej za­war­tość. Naj­pierw po­czuł ogrom­ne pie­cze­nie. Miał wra­że­nie, iż po­ły­ka żywy ogień. Chciał od­rzu­cić czar­kę i wy­pluć to, co już wypił, ale ona sama wy­le­cia­ła mu z rąk. Tra­cił kon­tro­lę nad cia­łem. Czuł, jak nie­wi­dzial­na siła wdzie­ra mu się w trze­wia, a na­stęp­nie pró­bu­je wy­drzeć go z ciała. Pierś Ra­ma­ne eks­plo­do­wa­ła bólem. Miał wra­że­nie, że ktoś wy­ry­wa mu wszyst­kie wnętrz­no­ści. Chciał krzyk­nąć, ale z ust nie wy­do­był się żaden dźwięk. 

Po chwi­li wszyst­ko usta­ło. Ból ule­ciał tak szyb­ko, jak się po­ja­wił. Ra­ma­ne po­czuł ulgę i lek­kość. Za­czął się uno­sić. Nie był pe­wien, czy to tylko mu się wy­da­je, czy też na­praw­dę lewituje. Spoj­rzał w dół i zo­ba­czył swoje ciało, le­żą­ce na ziemi. Pa­trzył na sie­bie i nie bar­dzo ro­zu­miał.

Wszyst­ko wokół spo­wi­ła ciem­ność. Tuż przed uno­szą­cą się duszą Ra­ma­ne roz­legł się grzmot, a po­wie­trze prze­szył pio­run. Bły­ska­wi­ca zni­kła, a w jej miej­sce po­ja­wi­ła się po­stać, którą ota­cza­ły wy­ła­do­wa­nia elek­trycz­ne.

– Witaj, Ra­ma­ne Osse­ni – prze­mó­wi­ła po­stać.

– Kim je­steś? – za­py­tał prze­ra­żo­ny Ra­ma­ne.

– Zbaw­cą ludu Jo­ru­ba.

– Czego ode mnie chcesz?

– Naj­pierw chcę ci coś po­ka­zać.

Po­stać unio­sła rękę, w któ­rej trzy­ma­ła coś na kształt bły­ska­wi­cy, na­stęp­nie wy­mie­rzy­ła przed sie­bie w stro­nę ciem­no­ści. Oczom Ra­ma­ne uka­za­ła się wiel­ka armia czar­no­skó­rych męż­czyzn, uzbro­jo­na po zęby.

– To jest armia ludu Jo­ru­ba – po­wie­dzia­ła po­stać. – Prze­zna­cze­niem jej jest zwy­cię­żać.

– Czemu mi to po­ka­zu­jesz? – za­py­tał Osse­ni.

– Bo ty mo­żesz sta­nąć na jej czele.

– Jak to?

– Zo­sta­łeś wy­bra­ny, aby po­pro­wa­dzić lud Jo­ru­ba do chwa­ły.

– Czemu ja?

– Uro­dzi­łeś się już z tym pięt­nem.

– Co mam zro­bić?

– Zanim od­po­wiem ci na py­ta­nie, zo­bacz, co może się stać.

Oczom Ra­ma­ne uka­zał się obraz zwy­cię­skiej armii, która ru­szy­ła naj­pierw by wy­zwo­lić lud Jo­ru­ba z nie­wo­li. Na jej czele wi­dział sie­bie, nie­zwy­cię­żo­ne­go, pro­wa­dzą­ce­go do chwa­ły. Armia kro­czy­ła do przo­du, po­ko­nu­jąc wroga i ro­snąc w siłę. Lud Jo­ru­ba skan­do­wał jego imię, imię zwy­cię­zcy. Cały świat padł na ko­la­na przed nim i jego armią. Wtedy po­ja­wił się biały czło­wiek, armia za­pło­nę­ła, a on zo­stał wtrą­co­ny do cze­lu­ści pie­kiel­nych. Na ko­niec zo­ba­czył tylko zglisz­cza i roz­pa­cza­ją­ce nie­wia­sty z dzieć­mi.

– Przy­szłość cały czas jest ru­cho­ma i sami ją two­rzy­my. Po­ka­za­łem ci jeden ze sce­na­riu­szy, jaki może się zda­rzyć – wy­ja­śni­ła po­stać z pio­ru­nem.

– Kim jest ten biały czło­wiek?

– Jego się wy­strze­gaj, on może do­pro­wa­dzić do two­je­go upad­ku. Mu­sisz wy­słać za­bój­cę, który usu­nie bia­łe­go de­mo­na z two­jej ścież­ki.

– Gdzie mam zna­leźć tego bia­łe­go de­mo­na?

– Cza­row­nik go znaj­dzie.

 

Spo­tka­nie re­ko­lek­cyj­ne do­bie­gło końca. Mło­dzież po­wo­li za­czę­ła opusz­czać ko­ściół, żywo dys­ku­tu­jąc na te­ma­ty, które po­ru­szył ksiądz. Je­zu­ita Wik­tor To­ma­szew­ski był ak­tu­al­nie księ­dzem eg­zor­cy­stą, peł­nią­cym po­słu­gę przy kurii szcze­ciń­sko-ka­mień­skiej. Wcze­śniej wiele lat spę­dził jako mi­sjo­narz w Be­ni­nie. To wła­śnie tam po raz pierw­szy spo­tkał się ze znie­wo­le­niem i opę­ta­niem. Nie­jed­no­krot­nie sta­wał twa­rzą w twarz z umę­czo­ny­mi ludź­mi i po­ma­gał im w walce. Sam pa­pież, wi­dząc jego osią­gnię­cia, mia­no­wał go eg­zor­cy­stą. Teraz na­uczał mło­dych ludzi, jak unik­nąć znie­wo­le­nia i jak wal­czyć ze złem.

Klę­cząc przed ob­li­czem Pana na krzy­żu, cze­kał, aż ko­ściół opu­sto­sze­je, za­głę­bia­jąc się w mo­dli­twie.

– Długo jesz­cze bę­dzie ksiądz się mo­dlił? – Usły­szał głos ko­ściel­ne­go.

– W za­sa­dzie już wy­cho­dzę.

Wik­tor wstał z klę­czek i po­że­gnaw­szy się z ko­ściel­nym, wy­szedł z Domu Bo­że­go. Na ze­wnątrz przy­sta­nął, aby na­cią­gnąć kap­tur. Usły­szał od­głos kro­ków za sobą. Ob­ró­cił się i zo­ba­czył czar­no­skó­re­go, mło­de­go męż­czy­znę, ubra­ne­go na ciem­no, który pręż­nym kro­kiem zbli­żał się do niego. W ostat­niej chwi­li doj­rzał w pra­wym ręku męż­czy­zny nóż. Chło­pak zro­bił za­mach, sy­gna­li­zu­jąc, pchnie­cie. To­ma­szew­ski bły­ska­wicz­nie za­re­ago­wał, ukła­da­jąc ręce do bloku, jed­no­cze­śnie zszedł z linii ataku. Chwy­cił rękę męż­czy­zny i wy­ko­rzy­stu­jąc jego siłę, oba­lił go na zie­mię. Na­stęp­nie przy wy­ko­rzy­sta­niu chwy­tów ju-jit­su, unie­ru­cho­mił męż­czy­znę i wy­trą­cił mu nóż.

– Kim je­steś? – za­py­tał Wik­tor.

Męż­czy­zna za­czął wy­rzu­cać słowa w dziw­nym ję­zy­ku. Wy­glą­da­ło, jakby od­ma­wiał jakąś mo­dli­twę. Ksiądz To­ma­szew­ski do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wał się, że zna ten język. Nie wszyst­ko ro­zu­miał. Męż­czy­zna mówił zbyt szyb­ko. Je­zu­ita tknię­ty ja­kimś dziw­nym prze­czu­ciem, wolną ręką wyjął te­le­fon i włą­czył opcje na­gry­wa­nia.

– Dla­cze­go chcia­łeś mnie zabić? – zadał męż­czyź­nie py­ta­nie w ję­zy­ku, któ­rym ten się po­słu­gi­wał. 

Czar­no­skó­ry chło­pak na chwi­lę prze­rwał mo­dli­twę i za­sko­czo­ny spoj­rzał na księ­dza.

– Je­steś bia­łym de­mo­nem i mu­sisz umrzeć – wy­sy­czał męż­czy­zna.

– Co tu się dzie­je? – za­py­tał osłu­pia­ły ko­ściel­ny, wi­dząc wal­czą­cych.

– Niech pan za­dzwo­ni na po­li­cję – po­pro­sił Wik­tor.

Do czasu przy­jaz­du pa­tro­lu, czar­no­skó­ry chło­pak nie od­po­wie­dział na żadne py­ta­nie Wik­to­ra, po­mi­mo że ten usi­ło­wał wy­cią­gnąć z niego, kim jest i dla­cze­go chciał go zabić. Męż­czy­zna przez cały czas wy­po­wia­dał mo­dli­twę i na­zy­wał księ­dza bia­łym de­mo­nem, który musi umrzeć. Na ko­mi­sa­ria­cie funk­cjo­na­riu­sze też nie uzy­ska­li in­for­ma­cji od chło­pa­ka. Nie do­wie­dzie­li się nawet, jak się na­zy­wa. Facet za­milkł i nie wy­po­wie­dział ani jed­nej sy­la­by.

Ksiądz To­ma­szew­ski wró­cił do sie­bie późną nocą. Nie po­ło­żył się spać. Nawet by nie po­tra­fił za­snąć po tych prze­ży­ciach. W dro­dze do domu wstą­pił po coś moc­niej­sze­go, na miej­scu nalał sobie drin­ka i od­pa­lił kom­pu­ter. Język, jakim się po­słu­gi­wał czar­no­skó­ry za­ma­cho­wiec, przy­na­le­żał do afry­kań­skie­go ple­mie­nia Jo­ru­ba. We­dług in­for­ma­cji w in­ter­ne­cie ple­mię to za­miesz­ki­wa­ło za­chod­nią część Afry­ki, a w szcze­gól­no­ści Ni­ge­rię, Togo i Benin. Dane na rok 2017 mó­wi­ły, że lud ten liczy około czter­dzie­stu pię­ciu mi­lio­nów osób. Wik­tor spo­tkał się z tym ludem i ich ję­zy­kiem pod­czas misji w Be­ni­nie. Praw­do­po­dob­nie chło­pak wła­śnie stam­tąd po­cho­dził. Dla­cze­go chciał go zabić? Nic nie przy­cho­dzi­ło księ­dzu do głowy, żadne zda­rze­nie z tam­te­go okre­su, które mo­gło­by tłu­ma­czyć dzi­siej­sze zaj­ście. Po­sta­no­wił za­brać się do tłu­ma­cze­nia ma­te­ria­łu na­gra­ne­go na te­le­fon.

Po dwóch go­dzi­nach tłu­ma­cze­nia i trzech drin­kach stwier­dził, że to była jakaś mo­dli­twa. Chło­pak wzy­wał zba­wi­cie­la ludu Jo­ru­ba, aby dodał mu sił i wy­zwo­lił go od mocy bia­łe­go de­mo­na. Wik­tor nic z tego nie ro­zu­miał. Po­trze­bo­wał po­mo­cy. Przy­szły mu na myśl dwie osoby. Pierw­szą był mi­sjo­narz i przy­ja­ciel, który nadal był w Be­ni­nie, Paul Ver­ges. Na­pi­sał do niego maila. Drugą osobą był eme­ry­to­wa­ny po­li­cjant Szy­mon Bart­ko­wiak.

Dwie go­dzi­ny póź­niej stał przed drzwia­mi miesz­ka­nia Bart­ko­wia­ka i upar­cie na­ci­skał dzwo­nek. W końcu usły­szał zgrzyt zamka i zo­ba­czył za­spa­ne­go Szy­mo­na.

– Po­trze­bu­je two­jej po­mo­cy – oświad­czył i nie cze­ka­jąc na re­ak­cję Szy­mo­na, wszedł do miesz­ka­nia.

– Wiesz, która jest go­dzi­na?

– Nie – od­parł szcze­rze To­ma­szew­ski.

– Piąta rano.

– Wczo­raj ktoś usi­ło­wał mnie zabić.

– Nie pra­cu­ję już w po­li­cji.

– Wiem. Po­li­cja nic z tym nie zrobi. Gość nie jest Po­la­kiem i po­słu­gu­je się ję­zy­kiem Jo­ru­ba.

– Czym?

– Lud Jo­ru­ba wy­wo­dzą­cy się z za­chod­niej Afry­ki – wy­ja­śnił ksiądz.

Szy­mon wy­cią­gnął mleko z lo­dów­ki i po­cią­ga­jąc tęgi łyk zba­wien­ne­go na­po­ju, opadł cięż­ko na ka­na­pę.

– Czego ty ode mnie chcesz?

– Chcę, żebyś się do­wie­dział, kim ten czło­wiek jest i dla­cze­go chciał mnie zabić? Za­pła­cę.

 

Wik­tor sie­dział w swoim po­ko­ju, po­chło­nię­ty stu­dio­wa­niem mi­to­lo­gii Jo­ru­bów. Ver­ges od­po­wie­dział na maila, nie­ste­ty nic to nie wnio­sło do spra­wy. Bart­ko­wiak też nie po­ja­wił się od trzech dni. Zgod­nie z tym, co zna­lazł To­ma­szew­ski, nóż, jakim po­słu­gi­wał się spraw­ca, nosił znaki i sym­bo­le zwią­za­ne z mi­to­lo­gią Jo­ru­ba, a ści­ślej mó­wiąc z ich naj­wyż­szym bó­stwem Olo­du­ma­re, wład­cą nieba, źró­dło zasad mo­ral­nych i tu coś nie pa­so­wa­ło.

Pu­ka­nie do drzwi wy­rwa­ło księ­dza z za­my­śle­nia.

– Pro­szę.

W drzwiach po­ja­wił się Szy­mon Bart­ko­wiak.

– Je­steś. Gdzie się po­dzie­wa­łeś?

– Masz coś na roz­grza­nie?

Wik­tor się­gnął do szaf­ki i wy­cią­gnął her­ba­cia­ny tru­nek. Po chwi­li po­ja­wi­ły się dwie szkla­necz­ki. Szy­mon od­cze­kał, aż zo­sta­ną na­peł­nio­ne, potem upił po­ło­wę za­war­to­ści.

– Masz coś dla mnie? – za­py­tał To­ma­szew­ski.

– Nie­wie­le. Tak jak po­dej­rze­wa­łeś, gość po­cho­dzi z Be­ni­nu, poza tym nic spe­cjal­ne­go go nie wy­róż­nia. Zwy­kły stu­dent z Afry­ki. 

– Z ja­kiej miej­sco­wo­ści po­cho­dzi?

– Oues­se.

– Nic mi to nie mówi.

– Co dalej?

– Masz ro­bo­tę?

– Do czego zmie­rzasz?

– Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję.

– Boję się za­py­tać jaką.

– Leć ze mną do Be­ni­nu.

– Za­po­mnij.

 

Niebo po­god­ne i sło­necz­ne za­mie­ni­ło się w jed­nej chwi­li w po­nu­re i zło­wro­gie. Czar­ne chmu­ry prze­sło­ni­ły słoń­ce, wiatr roz­sza­lał się na dobre, a grzmo­ty i bły­ska­wi­ce za­czę­ły hulać po nie­bo­skło­nie. Sa­mo­lot wpadł w tur­bu­len­cję. Wszyst­ko za­czę­ło się tuż przy po­dej­ściu do lą­do­wa­nia w por­cie lot­ni­czym Ko­to­nu w Be­ni­nie. Wik­tor To­ma­szew­ski sie­dział spo­koj­nie, przy­glą­da­jąc się tym nie­zwy­kłym zja­wi­skom po­go­do­wym i mo­dlił się, cał­ko­wi­cie za­wie­rza­jąc Bogu.

Tro­chę ina­czej wy­glą­da­ła sy­tu­acja Szy­mo­na. Naj­pierw zro­bił się blady, potem prze­zro­czy­sty, a w końcu wręcz zie­lo­ny. Było mu nie­do­brze. Czuł, że zaraz zwy­mio­tu­je. Po jaką cho­le­rę dał się na­mó­wić na tę po­dróż.

Sa­mo­lot pod­cho­dził do lą­do­wa­nia dwa razy i za każ­dym razem pilot mu­siał po­de­rwać go w po­wie­trze, gdyż siła wia­tru była tak ogrom­na, że zno­si­ła ma­szy­nę poza pas do lą­do­wa­nia. Teraz przy­mie­rza­li się do ko­lej­nej próby. Nagle sil­ni­ki za­mil­kły i sa­mo­lot za­czął spa­dać.

– Panie ty je­steś moją opoką, ja po­dą­żam ścież­ka­mi wy­ty­czo­ny­mi przez Cie­bie, Tobie ufam i od­da­je się w Twoje ręce – mo­dlił się Wik­tor.

Sil­ni­ki ożyły. Pilot wy­rów­nał lot. Burza za­mil­kła i mogli bez­piecz­nie wy­lą­do­wać.

Szy­mon ode­tchnął do­pie­ro, gdy we­szli na stały ląd.

– Co to kurwa było? – za­klął Szy­mon, gdy zna­leź­li się na pły­cie lot­ni­ska.

– Nie prze­kli­naj – upo­mniał go ksiądz.

Za­mel­do­wa­li się w ho­te­lu Best We­stern Plus No­bi­la Air­port przy Route de l’ae­ro­port. W po­bli­żu ho­te­lu znaj­do­wa­ła się re­stau­ra­cja De­bo­na­irs/Ste­ers, w któ­rej mieli się spo­tkać z Fa­bien Bes­san. Bes­san był wróż­bi­tą na­le­żą­cym do ludu Jo­ru­ba i bar­dzo do­brym zna­jo­mym księ­dza Ver­ge­sa. 

 

Cza­row­nik wy­szedł z transu, był cały mokry od potu. Po­wo­li uniósł głowę i spoj­rzał na Ra­ma­ne.

– Zbaw­ca jest jesz­cze za słaby. Biały demon jest w Be­ni­nie – po­wie­dział le­d­wie sły­szal­nym gło­sem.

– Co mam czy­nić? – za­py­tał Ra­ma­ne.

– Mu­sisz za­py­tać zbaw­cę.

 

Fa­bien już na nich cze­kał. Gdy tylko się przy­sie­dli kel­ner przy­niósł im je­dze­nie.

– Po­zwo­li­łem sobie za­mó­wić wam nasz przy­smak – wy­ja­śnił Fa­bien po fran­cu­sku.

– Co to ta­kie­go? – Szy­mon spoj­rzał na po­tra­wę na ta­le­rzu. Pach­nia­ła i wy­glą­da­ła ape­tycz­nie.

– Moyo z kur­cza­ka, bar­dzo dobre – po­wie­dział Wik­tor, roz­po­zna­jąc po­tra­wę.

Szy­mon za­brał się do je­dze­nia, w tym cza­sie Wik­tor zre­la­cjo­no­wał wy­da­rze­nia Fa­bie­no­wi. Po­ka­zał mu zdję­cie noża i od­two­rzył na­gra­nie na te­le­fo­nie.

Wróż­bi­ta uważ­nie przyj­rzał się na­rzę­dziu zbrod­ni i kilka razy wy­słu­chał w mil­cze­niu na­gra­nia.

– Dziw­na spra­wa. Dziw­na i nie­po­ko­ją­ca – ode­zwał się w końcu.

– Gdy­byś mógł roz­wi­nąć myśl – po­pro­sił ksiądz Wik­tor.

– Pierw­szy raz spo­tka­łem się z taką mo­dli­twą. Nigdy wcze­śniej jej nie sły­sza­łem. Po­nad­to w re­li­gii Jo­ru­ba nie ma mowy o na­dej­ściu zba­wi­cie­la na­sze­go ludu. Nóż i znaki na nim też się gryzą. Olo­du­ma­re nigdy nie na­wo­ły­wał do za­bójstw, jest wład­cą nieba i źró­dłem zasad mo­ral­nych. Tu musi cho­dzić o inne bó­stwo. Muszę rzu­cić mu­szel­ki kauri.

– Co to ta­kie­go? – za­in­te­re­so­wał się Wik­tor.

– Wróż­ba.

 

Do­koń­czy­li jeść i opu­ści­li re­stau­ra­cję. Na par­kin­gu wsie­dli do no­we­go mer­ce­de­sa, na­le­żą­ce­go do Fa­bie­na. Przez całą drogę Bes­san sta­rał się im stre­ścić, na czym po­le­ga re­li­gia Jo­ru­bów. Przedar­li się do au­to­stra­dy RNIE1, którą po­dą­ży­li do Porto Novo.

Miesz­ka­nie Be­niń­czy­ka mie­ści­ło się na obrze­żach mia­sta w po­łó­dnio­wo-za­chod­niej czę­ści.

Przez całą drogę Fa­bien miał wra­że­nie, że są śle­dze­ni. Po­dzie­lił się oba­wa­mi ze swo­imi to­wa­rzy­sza­mi. Szy­mon, jako naj­bar­dziej do­świad­czo­ny w ta­kich spra­wach, za­czął in­stru­ować go, co ma robić. Za­czę­li klu­czyć. Trwa­ło to dobre pół­ go­dzi­ny, zanim Szy­mon się upew­nił, że nie mają ogona. 

Na miej­scu wróż­bi­ta po­pro­wa­dził ich do po­miesz­cze­nia cał­ko­wi­cie od­cię­te­go od świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Nie było tu okien i pa­no­wa­ły ciem­no­ści. Je­dy­nym świa­tłem były nie­licz­ne świe­ce, za­pa­lo­ne przez Fa­bie­na. Pokój był cały przy­ozdo­bio­ny róż­ne­go ty­pa­mi masek i amu­le­tów oraz ar­te­fak­tów. Usie­dli na pod­ło­dze, two­rząc trój­kąt. Pośrod­ku utwo­rzo­nej fi­gu­ry wróż­bi­ta rzu­cał mu­szel­ka­mi kauri i mam­ro­tał ja­kieś za­klę­cia.

– Mrok wam to­wa­rzy­szy – ode­zwał się po czwar­tym rzu­ce­niu mu­sze­lek.

– Jaki mrok? – za­py­tał ksiądz.

– Nie po­tra­fię tego okre­ślić. Coś mrocz­ne­go i po­tęż­ne­go czai się za wami. Je­ste­ście w wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwie.

Na po­twier­dze­nie tych słów usły­sze­li grzmot.

– Bę­dzie le­piej jak za­pro­wa­dzę was do wiedź­my.

– Do wiedź­my? – zdzi­wił się Wik­tor.

– Co on po­wie­dział? – Szy­mon nic nie ro­zu­miał z ich roz­mo­wy. Mó­wi­li po fran­cu­sku, a to był obcy mu język.

– Chce nas za­wieźć do wiedź­my.

– A to cza­sa­mi nie gry­zie się z twoim ka­płań­stwem?

– Gry­zie się, ale jak chce­my się do­wie­dzieć, dla­cze­go chcą mnie zabić, mu­si­my po­dą­żać za tym tro­pem.

– Za­czy­na mi się po­do­bać – po­wie­dział tro­chę sar­ka­stycz­nie Szy­mon.

– Masz inny po­mysł?

– Tak. Wy­star­czy po­cze­kać w jed­nym miej­scu, rzu­ca­jąc się w oczy, a za­bój­cy sami cię znaj­dą.

– To my ich mamy zna­leźć, a nie oni nas.

– Jak oni nas znaj­dą to i my ich znaj­dzie­my. Po­trze­bu­ję czło­wie­ka, żeby go prze­słu­chać.

 

Wik­tor zde­cy­do­wał się pójść za radą Fa­bie­na. Miał ich za­wieźć do za­ufa­nej wiedź­my. Zdą­ży­li wyjść z miesz­ka­nia Be­niń­czy­ka i skie­ro­wać kroki w stro­nę sa­mo­cho­du, gdy trze­ci zmysł Szy­mo­na wy­czuł nie­bez­pie­czeń­stwo. Spoj­rzał na prawo i zo­ba­czył mło­de­go męż­czy­znę, pręż­nie idą­ce­go w ich kie­run­ku. Coś Szy­mo­no­wi nie pa­so­wa­ło w jego za­cho­wa­niu. Przy­go­to­wał się na od­par­cie ataku. W jego gło­wie po­wsta­ły sce­na­riu­sze zda­rzeń. 

Wzrok mło­de­go męż­czy­zny spo­czął na księ­dzu To­ma­szew­skim. Nic poza tym nie ist­nia­ło. Wszyst­ko inne od­pły­nę­ło w nie­byt. Przy­spie­szył kroku, na­piął mię­śnie, za­ci­snął dłoń na rę­ko­je­ści.

Szy­mon ru­szył w stro­nę po­dej­rza­ne­go. W dłoni chło­pa­ka po­ja­wił się nóż, wy­ko­nał lekki za­mach, w tym cza­sie Szy­mon kop­nął prze­ciw­ni­ka pod ko­la­no, chwy­tem unie­ru­cho­mił rękę uzbro­jo­ną w nóż i za­ło­żył chwyt na szyję, wy­ko­nu­jąc du­sze­nie. Po chwi­li chło­pak stra­cił przy­tom­ność.

Fa­bien nie po­zwo­lił go prze­słu­chać, tłu­ma­cząc, że bę­dzie to stra­ta czasu. Za­pro­po­no­wał, żeby zwią­zać chło­pa­ka, umie­ścić go w ba­gaż­ni­ku i za­brać ze sobą do wiedź­my i tam do­pie­ro prze­słu­chać. Tak zro­bi­li. 

 

Na widok ko­bie­ty, która otwo­rzy­ła im drzwi, Szy­mo­no­wi za­par­ło dech w pier­siach. Pięk­na ko­bie­ta nie mogła mieć wię­cej lat jak trzy­dzie­ści parę. Miała dłu­gie, krę­co­ne, czar­ne włosy, spa­da­ją­ce na wy­dat­ne pier­si, ukry­te za luźną, ko­lo­ro­wą su­kien­ką. Pięk­ne, duże, czar­ne oczy, które prze­świ­dro­wa­ły przy­by­szy na wskroś, usta w kształ­cie ser­dusz­ka z uwy­dat­nio­ną dolną wargą. De­li­kat­ne okrą­głe rysy twa­rzy i mlecz­na cera. Nie była ro­do­wi­tą Afry­kan­ką, w jej ży­łach pły­nę­ła do­miesz­ka bia­łej krwi.

– Witaj, Fa­bien. Co cię spro­wa­dza do mnie? Kim są twoi to­wa­rzy­sze? – przy­wi­ta­ła ich, za­trzy­mu­jąc o se­kun­dę dłu­żej wzrok na Szy­mo­nie niż na po­zo­sta­łych.

– Witaj, Zuri, po­trze­bu­je­my two­jej po­mo­cy.

Wpu­ści­ła ich do środ­ka. Bes­san przed­sta­wił swo­ich to­wa­rzy­szy i stre­ścił wy­da­rze­nia ostat­nich dni.

Szy­mon do­wie­dziaw­szy się, że ta zja­wi­sko­wa pięk­ność jest wiedź­mą, nie po­tra­fił tego ogar­nąć. Spo­dzie­wał się zu­peł­nie in­ne­go ob­ra­zu ko­bie­ty. Wiedź­ma ko­ja­rzy­ła mu się ze starą, zrzę­dli­wą, po­marsz­czo­ną i brzyd­ką babą. Przez cały czas wpa­try­wał się w nią, nie mogąc ode­rwać oczu od jej urody.

Po wy­słu­cha­niu Fa­bie­na, Zuri chcia­ła zo­ba­czyć jeńca. Przy­wle­kli go zwią­za­ne­go i za­kne­blo­wa­ne­go przed jej ob­li­cze. Męż­czy­zna był już przy­tom­ny, od razu roz­po­znał z kim ma do czy­nie­nia. Ko­bie­ta trzy­ma­ła w ręku bar­dzo do­brze mu znane ma­gicz­ne przed­mio­ty, maskę o sym­bo­lach kro­ko­dy­la i oczach ka­me­le­ona, sym­bol praw­dy, oraz czar­kę z pły­nem. Za­czął się szar­pać i ję­czeć, a w oczach po­ja­wi­ło się prze­ra­że­nie.

– Przy­trzy­maj­cie go – po­wie­dzia­ła do Fa­bie­na i Szy­mo­na.

Ksiądz prze­tłu­ma­czył Szy­mo­no­wi po­le­ce­nie. Obaj chwy­ci­li jeńca, tak by ogra­ni­czyć mu ruchy.

 Wiedź­ma siłą wlała mu za­war­tość czar­ki do ust. Chwi­le potem cia­łem chło­pa­ka za­czę­ły tar­gać kon­wul­sje. Trwa­ło to kilka se­kund. Stał się bez­wład­ny. Szy­mon spoj­rzał na jego oczy. Miał tylko biał­ka.

– Wyjdź­cie – po­pro­si­ła wiedź­ma. Na­ło­ży­ła maskę, a do rąk wzię­ła coś na po­do­bień­stwo grze­cho­tek ozdo­bio­nych sym­bo­la­mi.

Szy­mon czas ocze­ki­wa­nia spę­dził na stu­dio­wa­niu mi­to­lo­gi Jo­ru­ba, miał na­dzie­ję, że znaj­dzie jakiś punkt za­cze­pie­nia. Wątki kul­tu­ro­wo nie­zro­zu­mia­łe dla niego, tłu­ma­czył Fa­bien przy po­mo­cy księ­dza. Go­dzi­nę póź­niej był bar­dziej obe­zna­ny w wie­rze­niach ludu afry­kań­skie­go.

Zuri wy­szła z po­miesz­cze­nia i po­wio­dła wzro­kiem po całej trój­ce.

– Po­tęż­ne i mrocz­ne siły są za­an­ga­żo­wa­ne w waszą spra­wę.

– Ale do­wie­dzia­łaś się cze­goś? – za­py­tał Fa­bien.

– Za całą spra­wą stoi jakiś po­tęż­ny cza­row­nik, nie­ste­ty nie wiem kim on jest, ani gdzie go zna­leźć. Wiem, że ten cza­row­nik uważa cię za za­gro­że­nie i dla­te­go chce się cie­bie po­zbyć – zwró­ci­ła się do księ­dza To­ma­szew­skie­go.

– Jak niby mam mu za­gra­żać? – Wik­tor nic z tego nie ro­zu­miał.

– Tego nie wiem.

– Nic wię­cej z niego nie wy­cią­gnę­łaś? – wtrą­cił Fa­bien.

– Kilka lat temu przy­szedł do niego cza­row­nik i opo­wie­dział mu o nad­cho­dzą­cym zba­wi­cie­lu. Tak zo­stał zwer­bo­wa­ny. Wię­cej nie wi­dział cza­row­ni­ka, w każ­dym razie nie w rze­czy­wi­sto­ści. Ob­ja­wiał się w snach na­sze­go za­ma­chow­ca i wy­da­wał mu po­le­ce­nia oraz na­uczał. Nie mo­głam dojść do cza­row­ni­ka, ciem­na za­sło­na go owia­ła. Tu po­trzeb­ny jest inny cza­row­nik albo pomoc ja­kie­goś bó­stwa.

– Znasz ja­kie­goś cza­row­ni­ka, który im po­mo­że?

– Znam.

Wik­tor prze­tłu­ma­czył ich roz­mo­wę Szy­mo­no­wi.

– Co to za pier­do­le­nie? Cza­row­nik? Ciem­ne moce? Bó­stwa? A my to pew­nie dru­ży­na pier­ście­nia. – To wszyst­ko nie mie­ści­ło się w gło­wie Szy­mo­na.

– Nie mamy wy­bo­ru, je­że­li chce­my do­wie­dzieć się kto na mnie po­lu­je – po­wie­dział Wik­tor.

– I to mówi ksiądz, ka­to­lik.

– Oni w to wie­rzą i ten, kto usi­łu­je mnie zabić, żeby go zła­pać, mu­si­my za­cząć my­śleć jak on i zro­zu­mieć jego mo­ty­wy.

– Wik­tor, daj mi dzie­sięć minut, pod­łą­czę tego faj­fu­sa do aku­mu­la­to­ra i bę­dzie śpie­wał jak skow­ro­nek.

– Mó­wisz po an­giel­sku? – za­py­ta­ła Zuri w tym ję­zy­ku Szy­mo­na.

– Tak – od­parł jej.

– Nie wie­rzysz w to, co po­wie­dzia­łam?

– Wy­bacz, ale…

– Masz silną aurę. Po­sia­dasz moc, o któ­rej nie zda­jesz sobie spra­wy.

– Tak, jak byłem mały to tre­no­wał mnie mistrz Yoda – po­wie­dział iro­nicz­nie Szy­mon.

– Nie na­śmie­waj się z rze­czy, o któ­rych nie masz po­ję­cia.

– Więc pro­wadź o pani do wiel­kie­go sza­ma­na – na­igra­wał się.

Zuri zmie­rzy­ła go su­ro­wym wzro­kiem, a potem prze­nio­sła spoj­rze­nie na księ­dza.

– Twoja wola. Ja nie muszę wam po­ma­gać, mo­żesz po­słu­chać tego pa­ja­ca.

– Wy­bacz, to jest facet twar­do stą­pa­ją­cy po ziemi i cięż­ko go prze­ko­nać do du­cho­we­go po­strze­ga­nia świa­ta.

– Ro­zu­miem.

– Pro­wadź.

Cała czwór­ka wsia­dła do sa­mo­cho­du Bes­sa­na i po­je­cha­li do Ka­ta­go­ny. Ma­low­ni­czej miej­sco­wo­ści gdzie domki jed­no­ro­dzin­ne były od­dzie­lo­ne od sie­bie mnó­stwem ni­sko­pien­nych palm. Zna­jo­my cza­row­nik miał miesz­kać w małej chat­ce na obrze­żach, za­szy­tej w gę­stwi­nie ro­ślin­no­ści afry­kań­skiej.

Nikt nie wy­szedł ich przy­wi­tać. Miej­sce spra­wia­ło wra­że­nie opusz­czo­ne­go. Za­nie­po­ko­jo­na Zuri po­sta­no­wi­ła sama spraw­dzić, czy cza­row­nik jest w miesz­ka­niu. Szy­mon uparł się, że dla bez­pie­czeń­stwa bę­dzie jej to­wa­rzy­szyć. Po krót­kiej wy­mia­nie zdań ule­gła. Ten biały sa­miec dzia­łał jej na nerwy. Biały sa­miec, wła­śnie tak go na­zy­wa­ła w my­ślach. 

Miesz­ka­nie było puste i splą­dro­wa­ne. Zuri za­czę­ła się nie­po­ko­ić. Po­sta­no­wi­ła zaj­rzeć do wspól­ne­go zna­jo­me­go, jej i cza­row­ni­ka, który też za­miesz­ki­wał w Ka­ta­go­nie. In­for­ma­cje jakie uzy­ska­ła, jesz­cze bar­dziej ją za­nie­po­ko­iły.

– Mó­wi­łem, żeby tam­te­go skur­wie­la nie pusz­czać i pod­łą­czyć mu aku­mu­la­tor do jajec – po­wie­dział Szy­mon.

– Bę­dziesz miał swoje pięć minut – wark­nę­ła Zuri i ka­za­ła Fa­bie­no­wi wra­cać do chaty cza­row­ni­ka.

Na miej­scu za­czę­ła prze­glą­dać w jego rze­czach.

– Co za­mie­rzasz? – za­py­tał za­cie­ka­wio­ny Fa­bien.

– Chcę na­wią­zać kon­takt z Orun­mi­la.

– Ty? – zdzi­wił się Fa­bien.

– Nie sama.

– Je­że­li masz na myśli mnie…

– Nie.

– A kogo?

Nie od­po­wie­dzia­ła, tylko spoj­rza­ła w kie­run­ku Szy­mo­na.

– Do tego po­trzeb­ny jest cza­row­nik albo ka­płan ba­ba­la­wo. On nie ma o tym zie­lo­ne­go po­ję­cia.

Nie od­po­wie­dzia­ła mu. Miała swój plan i mu­sia­ła spró­bo­wać. W końcu zna­la­zła to, czego szu­ka­ła. Szyb­ko spo­rzą­dzi­ła mik­stu­rę. Przy­wo­ła­ła do sie­bie wszyst­kich. Wcze­śniej po­in­for­mo­wa­ła Bes­sa­na co za­mie­rza i czego od niego ocze­ku­je. Szy­mo­no­wi po­sta­no­wi­ła po­wie­dzieć, gdy już nie bę­dzie mógł się wy­co­fać.

– Za­mie­rzam na­wią­zać kon­takt z Orun­mi­la, który jest straż­ni­kiem tra­dy­cyj­nej wy­rocz­ni ifá, dzię­ki któ­rej można doj­rzeć przy­szłość – wy­ja­śni­ła po­bież­nie swój plan. Ski­nę­ła na Fa­bie­na. Ten za­re­ago­wał na­tych­miast. Przy­padł od tyłu do Szy­mo­na i go unie­ru­cho­mił. Atak był tak za­ska­ku­ją­cy, że Szy­mon nie był w sta­nie się obro­nić. Wtedy Zuri rzu­ci­ła prosz­kiem w oczy Bart­ko­wia­ka. Zo­stał ośle­pio­ny. Po­wo­li czuł, jak jego ciało staje się bez­wład­ne. Ktoś przy­padł do niego i za­czął mu wle­wać płyn do ust. Płyn był gorz­ki i pa­lą­cy. Nie był w sta­nie go wy­pluć. Czuł jak kręci mu się w gło­wie. Zda­wał sobie spra­wę, że zaraz stra­ci przy­tom­ność i nagle wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Wszyst­ko wró­ci­ło do normy. Po­czuł się taki lekki i bez­wład­ny. Otwo­rzył oczy. Ogar­nia­ła go bez­gra­nicz­na ciem­ność. W od­da­li po­ja­wi­ło się ma­leń­kie świa­teł­ko, które za­czę­ło ro­snąć i przy­bli­żać się do niego. Z tego świa­tła wy­ło­ni­ła się po­stać. To była Zuri.

– Co mi zro­bi­łaś? – za­ata­ko­wał ją Szy­mon.

– Prze­nio­słam nas w inny wy­miar – wy­ja­śni­ła wiedź­ma.

– Jaki wy­miar? Co ty pie­przysz? Odu­rzy­łaś mnie ja­ki­miś pro­cha­mi – wy­rzu­cał z sie­bie zda­nia.

– Po­trzeb­ny mi je­steś do spo­tka­nia z Orun­mi­la, straż­ni­kiem wy­rocz­ni Ifa – Zuri sta­ra­ła się za­cho­wać spo­kój.

– To ja­kieś ha­lu­cy­na­cje. – Szy­mon nie do­pusz­czał do sie­bie słów wiedź­my.

– Za­ufaj mi i po­dą­żaj za mną – po­wie­dzia­ła i ru­szy­ła w ciem­ność.

Szy­mon chwi­lę się wahał. Wi­dząc, jak po­stać dziew­czy­ny za­ni­ka w czer­ni, po­dą­żył za nią. Zanim ją do­go­nił, Zuri przy­sta­nę­ła i padła na ko­la­na, po­chy­la­jąc głowę w ge­ście uni­że­nia i pod­da­nia. 

– Co… – Szy­mon prze­rwał swoją wy­po­wiedź, wi­dząc, przed czym klę­czy wiedź­ma. Miał przed sobą wiel­ką bramę zdo­bio­ną pi­smem Jo­ru­ba i róż­ne­go ro­dza­ju twa­rza­mi, jak się do­my­ślał, były to bó­stwa afry­kań­skie.

– Weź to i rzuć na świę­tej tacy, która leży po pra­wej stro­nie bram. – Zuri wy­cią­gnę­ła rękę w kie­run­ku Szy­mo­na.

– Co to jest?

– Orzesz­ki ikin.

– Czemu ja mam rzu­cić, a nie ty?

– Bo je­stem wiedź­mą. Tego ry­tu­ału do­ko­nu­ją ka­pła­ni ba­ba­la­wo, mi nie wolno.

– Nie je­stem ka­pła­nem.

– Wiem, ale masz silną aurę i gdy­byś uro­dził się Jo­ru­ba, mógł­byś zo­stać ba­ba­la­wo, dla­te­go wy­bra­łam cie­bie.

– A Fa­bien? On prze­cież jest wróż­bi­tą.

– Masz o wiele sil­niej­szą aurę, za­ufaj mi.

Szy­mon wzru­szył ra­mio­na­mi i wziął od Zuri orzesz­ki. Pod­szedł do świę­tej tacy i rzu­cił je. Nic się nie stało.

– Co mam teraz robić?

– Pad­nij na ko­la­na i cze­kaj.

– Na co?

– Na Eszu, po­słań­ca bogów.

– Ale czad.

Szy­mo­na ba­wi­ły te za­bo­bo­ny. Klęk­nął i cze­kał. Po chwi­li roz­legł się od­głos otwie­ra­nych wrót i ku zdzi­wie­niu Szy­mo­na po­ja­wił się nagi z prze­pa­ską na bio­drach, czar­no­skó­ry męż­czy­zna. Na gło­wie miał coś na wzór pió­ro­pu­sza w kształ­cie za­krzy­wio­ne­go rogu, a u szyi za­wie­szo­ny na­szyj­nik z głową psa. 

– Kto śmie za­kłó­cać mój spo­kój? – ode­zwał się przy­bysz tu­bal­nym gło­sem.

– Witaj, wiel­ki Eszu – od­po­wie­dzia­ła Zuri. – Wy­bacz, że ośmie­la­my się wzy­wać cię bez darów, ale je­ste­śmy w wiel­kiej po­trze­bie.

Przy­bysz spoj­rzał na nią i na Szy­mo­na.

– Wiedź­ma i biały czło­wiek – ryk­nął z obrzy­dze­niem.

– Wy­bacz Eszu, nie mia­łam wyj­ścia. Wy­słu­chaj mnie, a potem osą­dzisz wedle swo­jej woli.

– Dla­cze­go ty wiedź­mo prze­ma­wiasz, a nie ten biały mag.

– Prze­ma­wiam w jego imie­niu. On nie zna ję­zy­ka Jo­ru­ba.

– Po­wi­nie­nem was prze­go­nić na czte­ry wia­try albo jed­nym tchnie­niem po­zba­wić życia, ale po­bu­dzi­li­ście moją cie­ka­wość, dla­te­go po­sta­no­wi­łem was wy­słu­chać.

– Dzię­ki, wiel­ki Eszu.

– Nie płaszcz się wiedź­mo i mów co was spro­wa­dza do mnie?

– Wszyst­ko za­czę­ło się od za­ma­chu na bia­łe­go ka­pła­na. Za­ma­chow­cem oka­zał się Jo­ru­ba. Tropy przy­wio­dły bia­łe­go ka­pła­na i bia­łe­go maga do Be­ni­nu. Tu na miej­scu po­now­nie usi­ło­wa­li zabić bia­łe­go ka­pła­na. Udało im się schwy­tać za­ma­chow­ca i przy­pro­wa­dzi­li go do mnie. We­szłam do jego umy­słu, ale był chro­nio­ny ciem­ną ba­rie­rą. Do­wie­dzia­łam się, że w spra­wę jest za­an­ga­żo­wa­ny po­tęż­ny cza­row­nik. Nie­po­ko­ją­cy jest fakt, że obaj za­ma­chow­cy mówią coś o zba­wi­cie­lu ludu Jo­ru­ba, który ma na­dejść. Uda­łam się z tą spra­wą do zna­jo­me­go cza­row­ni­ka, nie­ste­ty on znikł. Do­wie­dzia­łam się też, że to nie pierw­szy cza­row­nik ludu Jo­ru­ba, który za­gi­nął lub zgi­nął w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach. Praw­do­po­dob­nie na te­re­nie Ni­ge­rii i Togo od­no­to­wa­no wiele ta­kich przy­pad­ków, ktoś po­zby­wa się cza­row­ni­ków, dla­te­go po­sta­no­wi­łam się od­wa­żyć na kon­takt z Tobą przy po­mo­cy bia­łe­go maga – zre­la­cjo­no­wa­ła sy­tu­ację.

– Za­in­te­re­so­wa­łaś mnie wiedź­mo. Czego ocze­ku­jesz?

– Chce­my zadać kilka pytań Orun­mi­li.

– Za­cze­kaj­cie.

Eszu znikł za bramą, a drzwi za­mknę­ły się ze zgrzy­tem.

– O czym roz­ma­wia­li­ście? – za­py­tał nadal oszo­ło­mio­ny Szy­mon.

– Po­pro­si­łam o moż­li­wość roz­mo­wy z Orun­mi­la.

– A kto to jest?

– Bó­stwo mą­dro­ści i straż­nik wy­rocz­ni.

Po­now­nie za­zgrzy­ta­ły wrota i po­ja­wił się Eszu.

– Wiel­ki Orun­mi­la od­po­wie na wsze py­ta­nia. Niech biały mag rzuci orzesz­ka­mi ikin.

– Masz rzu­cić orzesz­ka­mi na świę­tej tacy – Zuri prze­tłu­ma­czy­ła Szy­mo­no­wi po­le­ce­nie. Ten wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­ko­nał za­da­nie.

Eszu spoj­rzał na układ ikin. Wziął tacę do ręki i bez słowa znik­nął za bramą.

– Co się dzie­je?

– Mu­si­my po­cze­kać.

Cze­ka­li w mil­cze­niu. W końcu się po­ja­wił.

– Orun­mi­la uka­zał mi, co musi być ujaw­nio­ne. Pytaj.

– Kim jest zba­wi­ciel Jo­ru­by?

– On sam nadał sobie to imię, jest nim ten, który za­wiódł, opusz­czo­ny, po­hań­bio­ny i ska­za­ny na po­tę­pie­nie jak zdraj­ca ori­szy bia­łe­go ka­pła­na, przy­był, by do­ko­nać ze­msty za owoc mi­ło­ści ko­lo­ro­we­go ptaka – Eszu od­po­wie­dział za­gad­ką.

– Co ma wspól­ne­go z tym biały ka­płan?

– Wszyst­kie po­zo­sta­łe od­po­wie­dzi są u bia­łe­go ka­pła­na. On jest klu­czem do za­gad­ki. Musi wró­cić na ścież­kę, którą po­dą­żał, do miej­sca po­now­ne­go na­ro­dze­nia, gdzie do­ko­nał zdra­dy ori­szy. Tylko on może skło­nić krew krwi, po­cho­dzą­cej od pier­wot­ne­go. Za­pa­mię­taj jesz­cze jedno i prze­każ to bia­łe­mu ka­pła­no­wi. Znajdź drze­wo grze­chu, które wy­da­ło owoc. Owoc z tego drze­wa jest krwią krwi od pier­wot­ne­go, na­tchnij go i uświęć, zmyj grzech pier­wo­rod­ny, a po­dą­ży za tobą. 

Po tych sło­wach Eszu znikł wraz z bramą.

 

Wik­tor To­ma­szew­ski sie­dział w na­pię­ciu, ob­ser­wu­jąc Szy­mo­na i wiedź­mę. Oboje le­że­li z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Zuri po­da­ła jakiś napój Szy­mo­no­wi i ten wpadł w trans, potem sama się na­pi­ła i do­łą­czy­ła do Bart­ko­wia­ka. Spra­wia­li wra­że­nie, jakby spali. Taka sy­tu­acja trwa­ła dobre dwa­dzie­ścia minut. Ksiądz po­wo­li za­czy­nał się nie­cier­pli­wić. Fa­bien, aby go uspo­ko­ić, za­czął mu tłu­ma­czyć, na czym po­le­ga ob­rzęd, który za­sto­so­wa­ła wiedź­ma.

Pierw­sza wy­bu­dzi­ła się Zuri, a na­stęp­nie wy­pro­wa­dzi­ła Szy­mo­na do rze­czy­wi­sto­ści.

– Czego się do­wie­dzia­łaś? – za­py­tał znie­cier­pli­wio­ny Wik­tor.

– Spo­tka­li­śmy się z Eszu i to z nim roz­ma­wia­li­śmy – od­po­wie­dzia­ła.

– To dzia­ło się na­praw­dę? – Szy­mon nadal nie mógł uwie­rzyć w to, co się stało. Są­dził, że były to ja­kieś nar­ko­tycz­ne ma­ja­ki po spo­ży­ciu mik­stu­ry. Zuri zi­gno­ro­wa­ła go.

– Od­po­wie­dział na nasze py­ta­nia, ale Eszu ma to do sie­bie, iż jego od­po­wie­dzi są w for­mie za­ga­dek.

– Co po­wie­dział? – wtrą­cił się Fa­bien.

– Za wszyst­kim stoi ten, który za­wiódł, opusz­czo­ny, po­hań­bio­ny i ska­za­ny na po­tę­pie­nie jak zdraj­ca ori­szy bia­łe­go ka­pła­na, przy­był, by do­ko­nać ze­msty za owoc mi­ło­ści ko­lo­ro­we­go ptaka.

– Co za beł­kot, nic nie ro­zu­miem – stwier­dził Szy­mon.

– Cho­dzi o zwy­kłe­go śmier­tel­ni­ka, boga czy cza­row­ni­ka? – Fa­bien pró­bo­wał uści­ślić temat.

– Nie wiem – od­par­ła szcze­rze Zuri.

– Co to ta ori­sza? – za­cie­ka­wił się Szy­mon.

– Ori­sza to bó­stwa w wie­rze­niach Jo­ru­bów – wy­ja­śni­ła wiedź­ma.

– Jezus – po­wie­dział Wik­tor.

– Co Jezus? – za­py­tał Fa­bien.

– Mój ori­sza to Jezus. Ska­za­ny na po­tę­pie­nie za zdra­dę mo­je­go ori­szy to Ju­dasz – ksiądz usi­ło­wał roz­wią­zać za­gad­kę.

– Więc szu­ka­my po­wią­zań z tym Ju­da­szem – oświad­czy­ła Zuri.

– Zdra­dził Je­zu­sa za trzy­dzie­ści srebr­ni­ków i nę­ka­ny wy­rzu­ta­mi su­mie­nia po­wie­sił się.

– Czyli szu­ka­my zdraj­cy – stwier­dził Szy­mon.

– Zdraj­ca, który za­wiódł, zo­stał opusz­czo­ny, po­hań­bio­ny i ska­za­ny na po­tę­pie­nie – roz­wa­żał na głos Fa­bien.

– Nikt nie przy­cho­dzi mi do głowy – stwier­dzi­ła Zuri.

– Nie bę­dzie łatwo – dodał Fa­bien.

– Przy­był, by do­ko­nać ze­msty za owoc mi­ło­ści ptaka ko­lo­ro­we­go – Wik­tor wy­po­wie­dział na głos ostat­nią część od­po­wie­dzi.

– To do­pie­ro jest po­ry­te – prych­nął Szy­mon.

– Owoc mi­ło­ści ptaka to jajko – stwier­dził Fa­bien.

– Szan­go – olśni­ło wiedź­mę.

– Czwar­ty wład­ca Jo­ru­bów; nie po­tra­fił po­skro­mić swych ge­ne­ra­łów; zde­spe­ro­wa­ni pod­da­ni po­sła­li mu wtedy tykwę z pa­pu­zi­mi jaj­ka­mi za znak, że po­wi­nien odejść; opusz­czo­ny przez pod­da­nych i mał­żon­ki, po­wie­sił się na drze­wie ojan – dodał Fa­bien.

– Wszyst­ko pa­su­je – za­uwa­żył Wik­tor.

– Mamy do czy­nie­nia z Szan­go i jego wy­znaw­ca­mi. – Zuri ze­rwa­ła się i za­czę­ła prze­szu­ki­wać księ­gi cza­row­ni­ka.

– Czego szu­kasz? – za­in­te­re­so­wał się Szy­mon.

– Ja­kichś wzmia­nek na temat na­sze­go bó­stwa. Wy tym­cza­sem za­sta­nów­cie się nad ko­lej­ną za­gad­ką.

– Jaką? – padło py­ta­nie z ust księ­dza.

– Eszu po­wie­dział, że wszyst­kie od­po­wie­dzi są w tobie. Ty je­steś klu­czem do roz­wią­za­nia tej spra­wy.

– Ja? – zdzi­wił się Wik­tor.

– Tak. Mu­sisz wró­cić na ścież­kę, którą po­dą­ża­łeś, do miej­sca po­now­ne­go na­ro­dze­nia, gdzie do­ko­na­łeś zdra­dy ori­szy. Tylko ty możesz skło­nić krew krwi, po­cho­dzą­cej od pier­wot­ne­go. Masz zna­leźć drze­wo grze­chu, które wy­da­ło owoc. Owoc z tego drze­wa jest krwią krwi od pier­wot­ne­go, na­tchnij go i uświęć, zmyj grzech pier­wo­rod­ny, a on po­dą­ży za tobą – Zuri sta­ra­ła się po­wtó­rzyć za­gad­kę co do słowa.

– Pobe – z ust Wik­to­ra padła nazwa miej­sco­wo­ści.

– Czemu Pobe? – za­py­tał Fa­bien.

– Se­mi­na­rium było dla mnie roz­cza­ro­wa­niem. To, co się tam dzia­ło spo­wo­do­wa­ło, że zwąt­pi­łem. No­si­łem się z za­mia­rem rzu­ce­nia su­tan­ny. Wtedy do­sta­łem pro­po­zy­cję wy­je­cha­nia na misję do Be­ni­nu. Wy­lą­do­wa­łem w Pobe. Tam po­now­nie od­na­la­złem Boga. Można po­wie­dzieć, że na­ro­dzi­łem się po­now­nie – wy­ja­śnił Wik­tor.

– A kwe­stia zdra­dy ori­szy? – za­in­te­re­so­wał się Szy­mon.

– Mia­łem ro­mans.

Za­pa­dła chwi­la ciszy.

– Mam – prze­rwa­ła ją Zuri, po­ka­zu­jąc wszyst­kim księ­gę. – Tu są wzmian­ki na temat Szan­go i jego po­wro­tu na zie­mię. Je­dzie­my do Pobe.

Ru­szy­li drogą RN3 pro­sto do celu. Po dro­dze Szy­mon po­dzi­wiał cią­gną­ce się sa­wan­ny drze­wia­ste po­kry­te ni­sko­pien­ny­mi pal­ma­mi oraz wiel­ki­mi ba­oba­ba­mi, gdzie­nie­gdzie prze­rwa­ne po­la­mi upraw­ny­mi i ga­ja­mi oliw­ny­mi.

– Drze­wo grze­chu, mam zna­leźć drze­wo grze­chu – Wik­tor za­sta­na­wiał się na głos.

– W re­li­gii Jo­ru­ba nic się nie mówi o drze­wie grze­chu – stwier­dził Fa­bien.

– Skoro to się tyczy Wik­to­ra, to może jest od­wo­ła­nie do chrze­ści­jań­stwa. Drze­wo grze­chu, ja­błoń – dy­wa­go­wał Szy­mon.

– U nas nie ma ja­bło­ni.

– Owoc z tego drze­wa jest krwią krwi – Wik­tor po­wta­rzał słowa za­gad­ki.

– Może tu nie cho­dzi wcale o drze­wo – po­wie­dział Szy­mon i wszy­scy skie­ro­wa­li uwagę na niego.

– Krew krwi to dziec­ko – mówił dalej. – Masz zna­leźć dziec­ko, owoc grze­chu, krew pier­wot­ne­go. Nie bar­dzo jarze ten tekst o pier­wot­nym.

– On ma rację – wtrą­ci­ła się Zuri, wska­zu­jąc im książ­kę, którą stu­dio­wa­ła.

Cze­ka­li na dal­szy ciąg.

– Zna­la­złam tekst mó­wią­cy, że Szan­go po­wró­ci, aby po­now­nie sta­nąć na czele Jo­ru­ba i ze­mści się na tych, któ­rzy przy­czy­ni­li się do jego upad­ku. Speł­ni się to wtedy, kiedy uro­dzi się po­to­mek czy­stej krwi Szan­go w pro­stej linii.

– Jed­nym sło­wem mu­si­my od­na­leźć po­tom­ka Szan­go w pro­stej linii. On jest od­po­wie­dzial­ny za ten ba­ła­gan – pod­su­mo­wał Wik­tor.

– Świet­nie – prych­nął Szy­mon, zda­jąc sobie spra­wę, że to może być jak szu­ka­nie igły w stogu siana. – Ale czym ja się przej­mu­ję, wy­star­czy zna­leźć drze­wo grze­chu, który wydał po­tom­ka pier­wot­ne­go.

– Je­że­li krew krwi to po­to­mek Szan­go, to drze­wem grze­chu jest ko­bie­ta. Szu­ka­my ko­bie­ty, która po­cho­dzi w pro­stej linii od Szan­go – stwier­dził Fa­bien.

– I to ma nam uła­twić spra­wę? – Szy­mon nie był tak opty­mi­stycz­nie na­sta­wio­ny, jak wróż­bi­ta.

To­ma­szew­ski nie sko­men­to­wał, tylko się za­sę­pił.

Tuż przed celem ich po­dró­ży niebo po­kry­ło się ciem­ny­mi chmu­ra­mi. Za­no­si­ło się na burzę. 

Zgod­nie ze wska­zów­ka­mi księ­dza To­ma­szew­skie­go, skie­ro­wa­li się do miej­sca za­miesz­ka­nia jego zna­jo­me­go z cza­sów misji.

– Po­cze­kaj­cie w sa­mo­cho­dzie, ja z nim po­roz­ma­wiam – po­wie­dział Wik­tor, gdy zna­leź­li się na miej­scu.

Wszedł do miesz­ka­nia zna­jo­me­go. Po dro­dze mu­siał się kulić, aby ochro­nić się od bom­bar­du­ją­cych go dro­bin pia­sku. Ze­rwał się po­ry­wi­sty wiatr, który po­ry­wał odro­bi­ny i ci­skał nim w księ­dza.

– Wik­tor przy­ja­cie­lu, wró­ci­łeś na misję? – ucie­szył się Abena Ogo­ulo­la na widok To­ma­szew­skie­go.

– Nie­ste­ty zu­peł­nie inne spra­wy przy­gna­ły mnie z po­wro­tem w to miej­sce, ale też się cie­szę, że cię widzę.

Obaj padli sobie w ra­mio­na.

– Co cię przy­gna­ło?

– Ktoś chce mnie zabić. Trop pro­wa­dzi mnie tutaj.

– Cie­bie? Kto? – zdzi­wił się Ogo­ulo­la.

– Nie wiem. Wiem tylko tyle, że ten ktoś jest w pro­stej linii po­tom­kiem Szan­go.

– Masz wiel­kie­go wroga – za­mar­twił się Abena.

Na ze­wnątrz ude­rzył pio­run, roz­sie­wa­jąc zło­wro­go grzmot.

– Mo­żesz zna­leźć tego czło­wie­ka?

– Wiele nie­do­bre­go ostat­nio się tu dzie­je.

– Co masz na myśli?

– Brat bratu jest wro­giem. Ciem­no­ści i za­ra­za oraz chaos pa­nu­je w Pobe.

– To jak?

– Po­mo­gę ci, ale wiedz, że Szan­go to po­tęż­ny prze­ciw­nik, je­że­li po­wró­cił, to wszy­scy je­ste­śmy w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie.

– Dzię­ku­ję.

– Przy­by­łeś tu sam?

– Nie, są ze mną przy­ja­cie­le.

– Za­wo­łaj ich. Mu­si­my po­ga­dać, a przy oka­zji coś zjemy. Wła­śnie przy­go­to­wa­łem po­si­łek.

Wik­tor za­wo­łał swo­ich to­wa­rzy­szy. Usie­dli w ja­dal­ni, w tym cza­sie Abena koń­czył przy­go­to­wy­wać je­dze­nie. Opo­wie­dzie­li mu wszyst­ko, co wie­dzie­li w tej ta­jem­ni­czej spra­wie, po­cząw­szy od pierw­sze­go za­ma­chu na księ­dza jesz­cze w Pol­sce. Abena uważ­nie słu­chał opo­wie­ści, od czasu do czasu za­da­jąc py­ta­nie.

Na dwo­rze burza roz­sza­la­ła się na dobre. Wiatr sma­gał desz­czem, a z nieba co chwi­la spły­wa­ła bły­ska­wi­ca, groź­nie mru­cząc grzmo­tem. Zda­wa­ło się, że mówi, je­ste­ście w pasz­czy lwa.

– Nie bę­dzie łatwo zna­leźć po­tom­ka w pierw­szej linii Szan­go. Mu­sie­li­by­śmy prze­śle­dzić całą hi­sto­rię życia bó­stwa – oświad­czył Abena, gdy skoń­czy­li opo­wia­dać.

– Nie mamy na to czasu – stwier­dzi­ła Zuri.

– Mam lep­szy po­mysł, za­cznij­my tu wę­szyć, po­ka­zy­wać się i robić hałas, a oni sami nas znaj­dą – za­pro­po­no­wał Szy­mon.

– To nie jest zbyt dzie­cin­ne? – po­wąt­pie­wał Abena w suk­ces tego planu.

– Z ja­kie­goś po­wo­du wiel­ki szu­szu nas tu przy­słał – po­wie­dział Szy­mon.

– Eszu – po­pra­wi­ła go Zuri.

– Eszu, szu­szu, co za róż­ni­ca, w każ­dym razie oba­wia­ją się Wik­to­ra i chcą się go po­zbyć, więc prę­dzej czy póź­niej spró­bu­ją po­now­nie.

– To nie jest głu­pie – przy­znał Fa­bien.

Po­sta­no­wi­li wcie­lić plan Szy­mo­na w życie.

Po skoń­czo­nym po­sił­ku ksiądz To­ma­szew­ski po­pro­sił Ogo­ulo­le o chwi­lę roz­mo­wy na osob­no­ści.

– Wiem, o czym chcesz po­roz­ma­wiać – po­wie­dział Abena, gdy byli już sami. Znał do­brze hi­sto­rię ro­man­su Wik­to­ra.

– Co u niej sły­chać?

– Nie żyje.

Ta­kiej od­po­wie­dzi się nie spo­dzie­wał. Nie wie­dział, co ma po­wie­dzieć. Otwo­rzył usta, ale żaden dźwięk się z nich nie wy­do­był. 

– Przy­kro mi. – Abena po­ło­żył rękę na barku księ­dza w ge­ście wspar­cia.

– Jak to się stało?

– Pio­run. Roz­sza­la­ła się taka sama burza jak teraz. – Jakby na po­twier­dze­nie na dwo­rze roz­legł się prze­raź­li­wy grzmot. – Była noc, pio­run ude­rzył w dom. Spło­nę­ła. Nie miała szans. Chcesz, to za­pro­wa­dzę cię na jej grób, jak tylko burza się uspo­koi.

– Dzię­ki, Abena.

Ta przy­kra wia­do­mość mocno przy­gnę­bi­ła Wik­to­ra.

Na dwo­rze po­wo­li za­czę­ło się roz­po­ga­dzać. Roz­le­gły się jesz­cze trzy grzmo­ty i wiatr ucichł jak na za­wo­ła­nie.

Szy­mon chciał iść razem z nimi, ale Wik­tor nie ży­czył sobie tego. Nie po­mo­gły żadne sen­sow­ne ar­gu­men­ty. Szcze­rze mó­wiąc, Wik­tor miał to gdzieś. Prze­sta­ło mu za­le­żeć na swoim życiu. Życie stra­ci­ło sens. To praw­da, że kil­ka­na­ście lat temu wy­brał Je­zu­sa i ją zo­sta­wił, ale nadal w głębi duszy ją ko­chał. To była je­dy­na osoba na świe­cie, która go ko­cha­ła i którą on ob­da­rzył tak pięk­nym uczu­ciem.

Po­szli tylko we dwoje. Wik­tor sta­nął nad gro­bem i za­pła­kał.

 

– Idę za nimi – stwier­dził Szy­mon, nie mogąc sobie zna­leźć miej­sca.

– Idzie­my z tobą – po­wie­dział Fa­bien.

– Nie, wy zo­stań­cie.

– Cii, ktoś idzie – uci­szy­ła ich Zuri, wy­czu­wa­jąc czy­jąś obec­ność przed domem. To nie był Aben ani Wik­tor.

Szy­mon szyb­ko przy­padł do ścia­ny przy drzwiach wej­ścio­wych i cze­kał. Klam­ka opa­dła w dół i w drzwiach po­ja­wił się młody męż­czy­zna o ka­ka­owej twa­rzy.

– Mi­strzu Abena – za­krzyk­nął. Za­marł wi­dząc Zuri i Fa­bie­na. Nie znał ich. Ni­g­dzie nie było widać mi­strza Ogo­ulo­le.

– Kim je­ste­ście i gdzie jest mistrz Abena? – wark­nął mło­dzie­niec, go­to­wy w każ­dej chwi­li za­ata­ko­wać.

– Je­ste­śmy jego zna­jo­my­mi, a ty kim je­steś? – po­wie­dzia­ła Zuri.

– Nie znam was. Gdzie jest mistrz? – na­le­gał Mulat.

– Po­szedł na cmen­tarz – od­po­wie­dzia­ła Zuri. Teraz zo­ba­czy­ła ta­tu­aż na ręku mło­dzień­ca. To była bły­ska­wi­ca. Znała ten sym­bol.

– Szy­mon! – krzyk­nę­ła. 

Mło­dzie­niec do­pie­ro teraz zdał sobie spra­wę, że ktoś czai się za jego ple­ca­mi. Za­czął się ob­ra­cać i wtedy po­czuł ude­rze­nie pod ko­la­no. Noga się ugię­ła i Mulat padł na ko­la­no, a po chwi­li po­czuł, po­tęż­ne ude­rze­nie w twarz i ogar­nę­ła go ciem­ność.

Szy­mon za­re­ago­wał na­tych­miast, gdy Zuri wy­krzyk­nę­ła jego imię. Nie było czasu na wy­ja­śnie­nia. Za­mro­czył mło­dzień­ca.

– O co cho­dzi? – za­py­tał, nie ro­zu­mie­jąc re­ak­cji wiedź­my.

– Ta­tu­aż – wska­za­ła Zuri.

– Sym­bol Szan­go – wy­ja­śnił Fa­bien, po­zna­jąc go.

– O kurwa – za­klął Szy­mon.

– Co się stało? – Zuri i Fab­nien nie bar­dzo wie­dzie­li, o co cho­dzi.

– Do sa­mo­cho­du i za­pier­da­la­my na cmen­tarz.

Wiedź­ma i wróż­bi­ta spoj­rze­li po sobie, nie bar­dzo ro­zu­mie­jąc, o co cho­dzi temu bia­łe­mu.

– Wszyst­ko wam wy­tłu­ma­czę po dro­dze. Tego też bie­rze­my. – Wska­zał na nie­przy­tom­ne­go mło­dzień­ca.

 

Abena stał za Wik­to­rem. Nie prze­szka­dzał mu w jego roz­pa­czy. Cze­kał. 

– Kiedy to się stało? – za­py­tał Wik­tor, gdy pierw­sza fala bólu prze­szła.

– Zaraz po tym, jak wpa­dła na ge­nial­ny po­mysł, aby się z tobą skon­tak­to­wać.

Usły­szał od­po­wiedź przy­ja­cie­la. Za­marł. Od­rzu­cił ża­ło­bę na dal­szy plan. Po­wo­li wstał z kolan. Nie od­wró­cił się. Nadal miał za ple­ca­mi Abene.

 

– Abena za wszyst­kim stoi, to on jest cza­row­ni­kiem Szan­go – wy­ja­śnił Szy­mon, gdy byli w sa­mo­cho­dzie w dro­dze na cmen­tarz.

– Jak do tego do­sze­dłeś? – nie ro­zu­miał Fa­bien.

– Ten gnój w ba­gaż­ni­ku mówił o nim mi­strzu.

– Przy­spiesz – Zuri po­na­gli­ła Fa­bie­na.

 

– O czym ty mó­wisz? – Wik­tor po­sta­no­wił grać na zwło­kę.

– O tym, że Chi­na­sa do­wie­dzia­ła się o moim pla­nie i za­mie­rza­ła ci o wszyst­kim po­wie­dzieć.

– O jakim pla­nie mó­wisz i co ja mam z tym wspól­ne­go? – Wik­tor po­wo­li za­czy­nał się ob­ra­cać w stro­nę Abeny.

– Szan­go prze­mó­wił do mnie. Chi­na­sa jest jego po­tom­kiem w pro­stej linii, a jej syn jest ko­lej­nym wcie­le­niem Szan­go. Dzię­ki magii w trak­cie za­ćmie­nia słoń­ca, Szan­go wstą­pi w Ra­ma­ne Osse­ni i od­ro­dzi się na ziemi. Sta­nie na czele Jo­ru­ba, po­mści zdraj­ców i po­pro­wa­dzi lud do wiecz­nej chwa­ły.

– A co ja mam z tym wspól­ne­go?

– Ra­ma­ne jest synem Chi­na­sy i twoim.

Wik­tor sta­nął za­mu­ro­wa­ny. Wszyst­kie czę­ści ukła­dan­ki uło­ży­ły się w jedną ca­łość.

– Teraz mu­sisz zgi­nąć.

Abena uło­żył dło­nie przed sobą, jakby coś trzy­mał mię­dzy nimi. Po­ja­wi­ła się tam błę­kit­na kula z pio­ru­na­mi. Uło­żył dło­nie w taki spo­sób, by pchnąć ma­gicz­ną kulę w stro­nę księ­dza.

– Nie radzę, albo ten młody zgi­nie.

Abena obej­rzał się w stro­nę, skąd do­cho­dził głos. Zo­ba­czył wiedź­mę, wróż­bi­tę i tego bia­łe­go przy­błę­dę, który trzy­mał nóż na gar­dle zwią­za­ne­go Ra­ma­ne.

– Nie rób mu krzyw­dy, to mój syn – krzyk­nął Wik­tor do Szy­mo­na.

Ta wia­do­mość za­sko­czy­ła całą czwór­kę. Na twa­rzy Abena po­ja­wił się chy­try uśmie­szek.

– Biały demon jest moim ojcem? – wy­sy­czał z obrzy­dze­niem Ra­ma­ne.

– Nie wie­dzia­łem o twoim ist­nie­niu – za­czął się tłu­ma­czyć Wik­tor.

– Zabij go mi­strzu.

 Abena skie­ro­wał prawą rękę w stro­nę Szy­mo­na, z jego pal­ców wy­strze­li­ły bły­ska­wi­ce, roz­ry­wa­jąc pęta wię­żą­ce Ra­ma­ne i od­rzu­ca­jąc Szy­mo­na w tył.

Mło­dzie­niec chwy­cił nóż, który wy­le­ciał z rąk Szy­mo­na i rzu­cił się w stro­nę ojca.

– Nie za­słu­ży­łem na twoją mi­łość i nie pro­szę o wy­ba­cze­nie, ale wy­ba­czam ci twój czyn – po­wie­dział Wik­tor i ukląkł przed Ra­ma­ne go­to­wy na śmierć.

Abena za­do­wo­lo­ny z ob­ro­tu sy­tu­acji, nie zwra­cał uwagi na wiedź­mę, która za­czę­ła szep­tać za­klę­cia, wpro­wa­dza­jąc się w trans. 

Zuri usi­ło­wa­ła we­drzeć się do świa­do­mo­ści cza­row­ni­ka.

Ra­ma­ne za­trzy­mał się przed klę­czą­cym Wik­to­rem. Za­wa­hał się.

Abena wi­dząc to, chciał za­re­ago­wać, ale po­czuł jak do jego umy­słu ktoś się wdzie­ra. Spoj­rzał w stro­nę wiedź­my. Była w tran­sie. Chciał ci­snąć w nią bły­ska­wi­cą, ale ręce od­mó­wi­ły po­słu­szeń­stwa.

Szy­mon nie wie­dział co się dzie­je, ale zda­wał sobie spra­wę, że w jakiś spo­sób Zuri po­wstrzy­mu­je cza­row­ni­ka przed ata­kiem. Spoj­rzał na nią. Była cała mokra od potu, a jej cia­łem tar­ga­ły kon­wul­sje. Abena po­wo­li od­zy­ski­wał wła­dzę nad cia­łem, wy­pę­dza­jąc wiedź­mę ze swo­je­go umy­słu. Szy­mon rzu­cił się na niego, oba­la­jąc na zie­mię.

– Synu, nie wie­dzia­łem o twoim ist­nie­niu – mówił Wik­tor, klę­cząc i wpa­tru­jąc się w oczy Ra­ma­ne. – Ja i twoja matka pod­ję­li­śmy wspól­nie de­cy­zję, że wrócę do Je­zu­sa, aby wal­czyć ze złem. Nie po­wie­dzia­ła mi o tym, że jest w ciąży.

– My­ślisz, że to cię ura­tu­je przed śmier­cią?

– Nie, ale twoja matka na pewno by nie chcia­ła, żebyś po­dą­żał tą ścież­ką.

– Skąd ty mo­żesz wie­dzieć, co ona by chcia­ła?

– Bo za­mie­rza­ła mnie pro­sić o pomoc, aby cię chro­nić.

– Dosyć tego. – Ręka z nożem po­wę­dro­wa­ła w górę.

– Ona zo­sta­ła za­bi­ta.

Ra­ma­ne za­trzy­mał cios.

Wik­tor po­wstał z kolan. Teraz stał twa­rzą w twarz z synem, pra­wie sty­ka­li się no­sa­mi.

– Bło­go­sła­wię cię synu w imię ojca i syna i ducha świę­te­go. 

Wik­tor na­kre­ślił kciu­kiem znak krzy­ża na czole Ra­ma­ne.

– Ko­cham cię synu. Czyń, co mu­sisz.

Abena uwol­nił się spod mocy wiedź­my, ode­pchnął Szy­mo­na od sie­bie siłą magi Szan­go i za­mie­rzał ci­snąć pio­ru­nem w na­past­ni­ka, aby go spo­pie­lić, gdy po­czuł zimne ostrze, wbi­ja­ją­ce się w pod­sta­wę czasz­ki.

– To za moją matkę. – Usły­szał szept Ra­ma­ne i za­padł w ciem­no­ści.

Ra­ma­ne sie­dział nad zwło­ka­mi swego mi­strza i pła­kał. Cały jego świat się za­wa­lił.

– Nie płacz synu. – Usły­szał zna­jo­my głos. Pod­niósł głowę i zo­ba­czył prze­zro­czy­stą po­stać matki.

– Mamo.

– Długa droga przed tobą. Nie zo­sta­wiam cię sa­me­go.

Wik­tor pod­szedł do syna i chwy­cił go za ramię. Padli sobie w ob­ję­cia.

Zuri pa­trzy­ła na ten pięk­ny ob­ra­zek z uśmie­chem na twa­rzy. Udało im się. Wy­gra­li.

– Zo­sta­niesz? – Spoj­rza­ła na Szy­mo­na.

– Chcia­łabyś? – od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie.

– Po­czu­łam to samo co ty, gdy cię po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam.

– Zo­sta­nę.

 

 

Koniec

Komentarze

No! Wreszcie ktoś bez przypominania napisał w przedmowie, co trzeba.

OK, Beninu jeszcze nie było. Do konkursu.

Babska logika rządzi!

To jeszcze nie jest gotowy materiał, czysta surowszczyzna, ale mam czas na poprawki.

Wytłumacz mi, Tomaszu, jaką przyjemność może mieć czytelnik z lektury opowiadania, które jeszcze nie jest gotowe i wymaga poprawek?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie jest zakończone, chodzi o interpunkcję i inne błędziki. Pracuję nad tym. Wrzucam ponieważ chcę zaklepać kraj. Postaram się wszystko poprawić jak najszybciej. Przepraszam i też was lubię.wink

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Jeszcze nie czytając: zastanawiałem się, kiedy wreszcie pojawi się Afryka :-)

 

Finkla dzięki.

 

Wilku-zimowy

Afryka jest, ona nie musi się pojawiać, istnieje od tysięcy lat. 

To jeszcze nie jest gotowy materiał, czysta surowszczyzna, ale mam czas na poprawki.

Tomaszu, jury czyta opowiadania w trakcie konkursu (jak widzisz, Finkla już się z nim zapoznała). Następnym razem staraj się opublikować opowiadanie w formie ugotowanej, nie surowej :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kolejność publikacji. Jest ważna, bo może decydować, który tekst zakwalifikuje się do konkursu, a który nie. Dlatego opublikowanie tekstu na chwilę, a później schowanie go i betowanie uważam za nieczyste zagranie i będę za to odejmować punkty. Jak już raz opowiadanie ujrzało światło dzienne, to powinno być dostępne dla wszystkich konkurentów – niech wiedzą, że to państwo już wypadło z gry. Można poprawiać teksty, ale otwarcie. Zastąpienie opowiadania czymś całkiem innym, z innym krajem – podobnie.

Kam_mod – zgodnie z regulaminem jest to dozwolone, więc powinno być brane pod uwagę, a w szczególności, że powiadomiłem o tym fakcie. Rozumie to tak, że mam czas do 30 kwietnia na poprawki i dopiero po tym terminie będzie oceniany materiał.

Hmmm. Na pewno masz prawo wprowadzać poprawki do końca kwietnia. Bez dwóch zdań.

Ale nie możemy pozwolić na sytuację, że ktoś bez żadnych konsekwencji publikuje niegotowy tekst, byle tylko zaklepać sobie kraj. W skrajnej sytuacji ktoś mógłby napisać dwa akapity i już – Polska albo Niemcy zajęte.

Publikując tekst, uczestnik wystawia zawodnika do walki. Jeśli przed skończeniem treningów – jego prawo i jego ryzyko.

Ja już tekst przeczytałam i – tak na marginesie – nie wypadłeś dobrze w kategorii warsztatowej. Jeśli popoprawiasz błędy, to jakieś tam punkty jeszcze dostaniesz, ale maksa już nie będziesz miał.

Babska logika rządzi!

W skrajnej sytuacji ktoś mógłby napisać dwa akapity i już – Polska albo Niemcy zajęte.

Finklo to nie są dwa akapity, to jest opowiadanie od początku do końca. Zgadzam się że napisanie zdania dla zaklepania kraju jest nie fair ale tu masz całe opowiadanie od a do z. Owszem to ty tworzysz zasady i przyjąłem ten nie bardzo dla mnie zrozumiały werdykt. smiley

Prawda – fabularnie jest od początku do końca. Ale produkcyjnie nie – zabrakło ostatnich szlifów (albo i pierwszych). Dla mnie to podobne sytuacje.

Babska logika rządzi!

Przeczytane.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kam, to już  wiesz po co warto dyskutować “nie tylko pod opowiadaniem” na temat "poprawki vs przemeblowania” ;-) 

Kiedy tu akurat chodzi raczej o drobne poprawki. Ale multum.

Babska logika rządzi!

“Papierz”? … hmmm … hę, że jak? No, chyba że to mąż papieża.

“Pan” czy “pan” … jakaś konsekwencja?

Przeczytane.

Mocno przegadane. Mało światotwórczości.

Szlifów nie zauważyłem … ani nawet Towotu.

Jest pomysł ale mnie nie porwało. Może dlatego, że na czarownikach i magii znam się raczej słabo.

 

Finkla – zrozumiałem, czekam na wyrok.

 

kam_mod – dzięki za przebrniecie.

 

Peter Barton – dzięki za komentarz. Każdy ma jakiś gust, miało prawo nie porwać skoro czarownicy i magia to nie twoja bajka. Może kiedy indziej trafie w to coś co porwie cię w świat magii.

Lud Joruba skandował jego imię, imię zwycięscy.

 

Niejednokrotnie stawał twarzą w twarz z umęczonymi ludźmi i pomagał im w walce ze złym. Sam papież, widząc jego osiągnięcia w walce ze złym, mianował go egzorcystą. Teraz nauczał młodych ludzi jak uniknąć zniewolenia i jak walczyć ze złem.

 

Na szybko dwa losowe przykłady, bo jeszcze nie czytałam tekstu i łapanki nie robiłam. Głos zabieram po przeczytaniu przedmowy i komentarzy. 

 

Zgadzam się z Finklą w 101% – według mnie tekst, zwłaszcza konkursowy, wstawić należy na maksa dopieszczony. To, że można do końca terminu wnosić poprawki, to nie znaczy, że dobre jest publikowanie surówki i korekta w trakcie trwania konkursu. Oczywiście, nawet najlepiej dopieszczony i po kilku autokorektach (a czasem i becie) tekst będzie miał jakieś przegapione babole i uważam, że to one powinny być poprawiane po publikacji, a nie całe ich mrowie. 

Jeśli lubisz obrazowe porównania, to proponuję takie: konkurs piękności. I wyobraź sobie, że jakaś kandydatka na miss wychodzi na scenę bez zrobionej fryzury, w rozciągniętym dresie, czy bez jakiegokolwiek makijażu. Jakie zrobi pierwsze wrażenie? A to ono się liczy. 

Tam, gdzie ja juroruję, zwracam uwagę na warsztat i technikalia i nawet jeśli autor dokona poprawek i coś mu ocenę podniosę na koniec, to i tak pierwsze wrażenie pozostaje i ocena w górę nie poszybuje.

 

Na Twoim miejscu nie zwlekałabym dłużej, tylko zabrała się za przegląd i korektę jak najszybciej.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki Śniąca, ale może zakończmy tę dyskusję kto ma rację, sprawa została wyjaśniona i patrząc na punkt pierwszy rację ma Finkla, a jeżeli Finkla nie ma racji to patrz punkt pierwszy. Koniec. Świetnie się bawię i to jest najważniejsze, a wy?

Śniąca jeszcze jedno:

 

Lud Joruba skandował jego imię, imię zwycięscy.

Co nie pasi w tym zdaniu?

Powinno być zwycięzcy (jest zwycięzca, nie zwycięsca). 

 

Jeśli Cię uraziłam, to przepraszam, już milknę. Chciałam tylko wytłumaczyć, jak to wszystko jest postrzegane i zwrócić uwagę, żebyś jednak jak najszybciej edytował tekst i naniósł poprawki. Jeśli już nie dla jurorów, to dla innych czytelników. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Żadna uraza, spoko, po prostu trochę się zmęczyłem wałkowaniem tematu. Zrozumiałem. Popraweczki staram się nanieść. Hajta wiśta wio i gitara.

yessmiley

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

[offtop]

bez jakiegokolwiek makijażu

Może jestem dziwny, ale mi się kobiety bez makijażu lub z makijażem bardzo dyskretnym podobają.

[/offtop]

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Tharg One coraz bardziej plastyczny!

Wilku – zimowy nie wiem czy ty jesteś dziwny, ale mi też podobają się kobiety bez makijażu ,ewentualnie z delikatnym podkreślającym naturalną urodę. Te z makijażem czasami przypominają auto powypadkowe wyszpachlowane na sprzedaż.

 

Thargone – wyśmienita grafika do tego opowiadania. Dziękuję.

A niby jak makijaż ma podkreślać naturalną urodę? Kobieta używająca jakichkolwiek kolorowych “cosiów” próbuje ukryć niedoskonałości lub upływający czas. Jeśli twierdzi inaczej, to oszukuje nie tylko innych ale też samą siebie. Makijażowi mówię zdecydowane NIE! I nie tylko dlatego, że nie lubię klaunów i mimów.

off top – “Naturalna uroda” – to dla mnie powoli oksymoron;) i dla … obu płci, lecz nie umiem rozeznać, czy to dobrze, czy źle – koniec off top

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Peter Barton – Dorosły mężczyzna i nie wie co to podkreślenie naturalnej urody makijażem? Zapytaj żony lub córki jeżeli ją masz, może być kochanka, tylko licz się z tym, że usłyszysz kilku godzinny wykład. Ja nie jestem godzien wypowiadać się w tej kwestii a poza tym to nie jest miejsce na takie dyskusje. 

 

Asylum – naturalna uroda to jest coś, co opiera się czasowi. Nie ma brzydkich kobiet tylko różne gusta. Kobieta w wieku 80 lat też nie jest stara i brzydka, bo dla mężczyzny 90-letniego może być boginią.

Tomasz R.Czarny – Zapewniam Cię, że przynajmniej jedna z nich nie stosuje makijażu. W przeciwieństwie do Ciebie nie muszę się też o to pytać i wystawiać na kilkugodzinny monolog, ponieważ mam własne zdanie w tej kwestii (Tobie współczuję). Ty widać jesteś w tej materii mocno indoktrynowany, co mnie niezmiernie dziwi. Wydajesz się osobą bardzo, bardzo pewną siebie z ukierunkowaniem na bycie aroganckim i paranoicznym typem. Ale uwierz, że tacy nie robią na mnie wrażenia swoim przerośniętym ego.

Peter Barton – ależ ty kąśliwy jesteś. Wyluzuj chłopie to tylko zabawa.

Tomasz R.Czarny – Już wyluzowałem. A Ty?

Peter Bartonyes

Zwyczajnie różnych ludzi kręcą różne cechy. Co jest dobre :-)

BTW, pamiętam jak kiedyś palnąłem gafę myląc (faktycznie, nie ze złośliwości) makijaż z podkrążeniem oczu XD Ale ja bywam mistrzem społecznych niezręczności XD

 

Cza­row­nik podał czar­kę z na­po­jem dla Ra­ma­ne Osse­ni, ten uważ­nie ujął ją… –> Cza­row­nik podał czar­kę z na­po­jem Ra­ma­ne Osse­ni, ten uważ­nie ujął ją

Podajemy coś komuś, nie dla kogoś.

 

Chwi­lę się za­wa­chał… –> Chwi­lę się za­wa­hał

Bój się bogów, Tomaszu!

 

nie­wi­dzial­na siła wdzie­ra mu się w trze­wia, a na­stęp­nie pró­bu­je wy­drzeć go z ciała. Jego pierś eks­plo­do­wa­ła bólem. Miał wra­że­nie, że ktoś wy­ry­wa mu wszyst­kie wnętrz­no­ści. Chciał krzyk­nąć, ale z jego ust… –> Nadmiar zaimków.

 

peł­nią­cym po­słu­gę przy Kurii Szcze­ciń­sko-Ka­mień­skiej. –> …peł­nią­cym po­słu­gę przy kurii szcze­ciń­sko-ka­mień­skiej.

 

Klę­cząc przed ob­li­czem pana na krzy­żu… –> Klę­cząc przed ob­li­czem Pana na krzy­żu

 

wy­szedł z domu Bo­że­go. –> …wy­szedł z Domu Bo­że­go.

 

Na ze­wnątrz przy­sta­nął, aby na­cią­gnąć kap­tur na głowę. –> Zbędne dopowiedzenie. Czy mógł naciągnąć kaptur na inną część ciała.

 

Je­zu­ita tchnię­ty ja­kimś dziw­nym prze­czu­ciem… –> Je­zu­ita tknię­ty ja­kimś dziw­nym prze­czu­ciem

 

zadał py­ta­nie męż­czyź­nie w ję­zy­ku, któ­rym się po­słu­gi­wał. –> …zadał męż­czyź­nie pytanie w ję­zy­ku, któ­rym ten się po­słu­gi­wał.

 

– Co tu się dzie­je? – po­wie­dział osłu­pia­ły ko­ściel­ny… –> Raczej: – Co tu się dzie­je? – zapytał osłu­pia­ły ko­ściel­ny

 

Po­sta­no­wił za­brać się za tłu­ma­cze­nie ma­te­ria­łu… –> Po­sta­no­wił za­brać się do tłu­ma­cze­nia ma­te­ria­łu

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

oświad­czył i nie cze­ka­jąc na Szy­mo­na re­ak­cję… –> …oświad­czył i nie cze­ka­jąc na reakcję Szy­mo­na

 

Gość nie jest po­la­kiem… –> Gość nie jest Po­la­kiem

 

Szy­mon wy­cią­gnął zimne mleko z lo­dów­ki… –> Zbędne dopowiedzenie, czy wyjąłby z lodówki ciepłe mleko?

 

Doczytałam do końca fragmentu opisującego wizytę Wiktora u Szymona i na tym kończę łapankę. Mam nadzieję, Tomaszu, że wskazane błędy i usterki uświadomią Ci, że opowiadanie wymaga jeszcze sporo pracy. Twojej pracy.

Nie wykluczam, że jeszcze tu wrócę i dokończę lekturę, ale już bez wskazywania błędów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – dzięki za odwiedzinki i wyłapanie baboli. Pozdrawiam.

 

Wilku-zimowy – dzięki, mam tak samo. Może zrobimy konkurs na mistrza gaf?

Hmm. Zamysł opowiadania ma potencjał – motyw zderzenia kultur lub światopoglądów zawsze budzi emocje, a ujęcie go od strony religijno-mitologicznej pozostawia dużą przestrzeń dla wszelkiego rodzaju fantastycznych wydarzeń. Tutaj mamy chrześcijaństwo i afrykańskie wierzenia plemienne, więc zarysowuje się ciekawy kontrast; osnucie akcji wokół rytuałów to bardzo fajny zabieg. Wybór państwa też na pewno nietypowy.

 

Tyle że, no właśnie, językowo i warsztatowo sporo jest tutaj do poprawy. Znalazło się trochę błędów interpunkcyjnych, często na przykład brakuje przecinka oddzielającego wołacz:

Witaj, Ramane Osseni (…).

Dzięki, Abena.

Synu, nie wiedziałem o twoim istnieniu (…).

 

Z kolei z punktu widzenia narracji zgrzytały mi tego typu zdania:

Ta przykra wiadomość mocno przygnębiła Wiktora.

Ta wiadomość zaskoczyła całą czwórkę.

Wątki kulturowo niezrozumiałe dla niego tłumaczył Fabien przy pomocy księdza. Godzinę później był bardziej obeznany w wierzeniach ludu afrykańskiego.

Znacznie lepiej byłoby pozwolić czytelnikowi wywnioskować to przygnębienie czy zaskoczenie z dialogu czy mowy ciała. Podobnie z wątkami niezrozumiałymi kulturowo – show, don’t tell i tak dalej. ;)

 

Główne zastrzeżenia miałabym jednak do dialogów – a tych w opowiadaniu jest bardzo dużo (zwłaszcza w dalszej części), więc automatycznie to na nich skupia się uwaga czytelnika. Tutaj konkretnie przeszkadzało mi, że bohaterowie prowadzą rozmowy zbyt gładko i bezproblemowo przy różnicach kulturowych czy nierzadko dramatycznych okolicznościach. Przydałoby się więcej subtelności, niedomówień, napięcia.

Na przykład ta rozmowa Szymona z Zuri podczas transu; nie wiem, czy przy jego podejściu powinna go tak po prostu zabrać na rytuał. Myślę, że bardziej wiarygodnym wyjściem byłoby tutaj oddanie jego dezorientacji, może wręcz przerażenia całą sytuacją.

 

Czyli w skrócie – koncepcyjnie opowiadanie ma moim zdaniem potencjał, rytuały intrygują, ale językowo i warsztatowo tekst wymaga wielu poprawek.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Dzięki, Black_cape za przeczytanie i komentarz. Sugestię na pewno wezmę sobie do serca i postaram sie poprawić.

Pomysł tu jest, zwłaszcza na miks fabularny. Takie mitologiczne fantasy z motywami religijnymi z chrześcijaństwa oraz Joruba. Sama konstrukcja tekstu okej, intryga odkrywana jest stopniowo aż do końca.

Sporo poświęciłeś na risercz odnośnie tych ostatnich. To widać w detalach w tekście. Niestety zawodzi forma przekazania tej wiedzy – wiele dialogów brzmi średnio naturalnie, postacie co i rusz przekazują sobie informacje tak, by tajemniczy obserwator (czytelnik) wiedział, o czym mówią. To powoduje dysonans, wybija z klimatu. Nie żałujesz też informacji w opisach narratora. I te ponownie nie zawsze brzmią dobrze – często to suche przekazanie informacji, a nie dodatkowy element budujący klimat.

Tekst technicznie nadal mocno chrobocze. Oj, przydałoby się tu betowanie.

Podsumowując: dobry pomysł na koncert fajerwerków zamordowany wykonaniem. Od strony technicznej trzeba tu jeszcze dopracować niemało elementów, jednak ostateczny efekt powinien być przyzwoity.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ogromny plus za zestawienie afrykańskich wierzeń z chrześcijaństwem. Na pewno był to motyw o sporym potencjale i fajnie, że zdecydowałeś się na takie “zderzenie” różnic kulturowych występujących pomiędzy Europą, a Afryką. Sama historia również potrafiła zaciekawić. Ponadto tekst ma w sobie pewną warstwę “poznawczą”, a to zawsze się chwali (choć u Ciebie momentami “hamuje” to trochę samą historię). Trochę przeszkadzały mi wulgaryzmy w tekście, ale głównie dlatego, że ogólnie nie jestem fanem ich występowania w literaturze. Nie jest to więc raczej wada tekstu, ale wyłącznie moje odczucia. O wykonaniu napisano już sporo (myślę o kwestiach technicznych) więc wiele nowego nie dodam. Czytając, potykałem się na niektórych zdaniach. Niestety, na dzisiaj nie jestem w stanie udzielić Ci żadnych fachowych porad, jak udoskonalić tekst pod tym względem. W moim przypadku to jeszcze niestety nie ten poziom i nie ta wiedza. 

Pozdrawiam.

NoWhereMan –  dzięki, bardzo sobie cenię Twe uwagi.

 

wiele dialogów brzmi średnio naturalnie  – z tym bym trochę dyskutował. Co znaczy średnio naturalnie? Według mnie dialogi są jak najbardziej naturalne, ale to pewnie kwestia gustu.

 

postacie co i rusz przekazują sobie informacje tak, by tajemniczy obserwator (czytelnik) wiedział, o czym mówią. – przyznam, że to był taki zamysł, ale widocznie zły. Wezmę to pod rozwagę.

 

Podsumowując: dobry pomysł na koncert fajerwerków zamordowany wykonaniem.  – Ale żeby zamordowany? Może tylko ogłuszony, co?

 smiley Jeszcze raz dzięki.

 

CM –  wielkie dzięki za ciepłe słowa i docenienie tego, co dobre, a nie tylko wytykanie, co złe. Jestem fanem kija i marchewki, twoja opinia była taka, więc jeszcze raz dzięki. Jeżeli chodzi o wulgaryzmy, no cóż, używanie ich w nadmiarze albo nie potrzebnie, jest nie halo, ale tu musiałem podkreślić autentyczność postaci. Uwierzyłbyś w byłego polskiego gliniarza, mówiącego: o kurczę co tu się dzieje. Dlaczego do jasnej ciasnej wy to robicie itd. itp.? Uważam że zachowanie autentyczności i realizmu postaci jest bardzo ważne. 

Wciągnęło mnie Twoje opowiadanie, lecz wiosny to nie czyni – od razu rozwieję złudzenia. 

Na plus: dobra konstrukcja, wartka akcja, postać Szymona i wiedźmy, wierzenia ludu Joruba. Nad postacią jezuity i zderzeniem chrześcijaństwa z wierzeniami popracowałabym mocniej, bo to ciekawe. 

Na minus – „ograna” historia ze zbawcą ludu i powrotem pohańbionego, więc – tym bardziej – warto byłoby pochylić się nad mitologią Jaruba. “Geo” jest przez wierzenia, szkoda że nie ma dekoracji. Niestety, i ja też muszę napisać o wykonaniu – przeczytałabym na Twoim miejscu opowiadanie (wtedy, kiedy jeszcze był na to czas) i poprawiłabym literówki, dołożyła ogonki tam, gdzie ich brakuje, poprawiła odmianę, niektóre zdania zmieniła, a inne wykreśliła, ponieważ są zbędne z powodu powtórzeń, duplikowania informacji. 

Iii… pozwolę sobie na podbicie jednego linku (papuguję od Ciebie NWMie):

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

 

Piszesz na Mitologie? Jeśli tak, to zajrzę.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Już napisał, wczoraj opublikowany.

Babska logika rządzi!

No to, przeczytam:), dzięki F.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki Asylum, cieszę się że Cię wciągnęło, przyznam, że wykonanie daje wiele do życzenia, no cóż wziąć do siebie wyciągnąć wnioski i dalej pisać, pisać pisać i pisać a potem pisać i pisać. Takie mam marzenie. 

Mówisz ograna historia, a ja mówię to samo danie podane w innej konwencji z innymi przyprawami i mamy zupełnie coś innego równie smacznego. Jeżeli coś bardzo lubisz to często do tego wracasz a dodać do tego nowe dodatki zupełnie jak coś nowego.

Owszem piszę na Mitologie i już opublikowałem jak słusznie zauważyła Finkla, zapraszam do lektury i po przeczytaniu poproszę o kilka słów. 

Dziękuję. 

Ps. Jeżeli odesłanie mnie do poradnika łowców komentarzy, miało za zadanie wytknięcie zbyt wolne odpowiadanie na komentarze, bo tak to zrozumiałem, to przepraszam, że nie mogę odpowiadać natychmiast, staram się to robić jak najszybciej. Jeszcze raz przepraszam.

Przepraszam za niejasność związaną z linkiem, raczej chciałam zachęcić Ciebie do komentowania opowiadań innych osób, ale zobaczyłam,  że już to robisz, więc link niepotrzebny :)  

Wolne odpowiadanie  w pełni rozumiem!:) Przecież pracujemy, uczymy się i nie możemy żyć na "stand by”.  Człowiek to nie urządzenie.

Pzd i też przepraszam, nie chciałam, abyś odebrał jako wytknięcie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Spoko. Ponawiam zaproszenie do przeczytania moich wypocin w Mitologii i czekam na komentarz. Hejka.

Oki doki :), pamiętam, lecz najpierw muszę przeczytać geo, żeby "wyrobić się" do piątego ze zgłoszeniem do najlepszych opowiadań kwietnia, jeszcze kilka mi zostało.

Edit: muszę dopisać. To nie są wypociny, to tekst, który może być lepszy, gorszy lecz został wymyślony, napisany oraz chcemy robić to coraz lepiej.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fabuła dość ciekawa, nieźle skonstruowana, ze zwrotami akcji i zazębiającymi się wątkami. Językowo nie porywa, dialogi miejscami mało naturalne. Osadzenie akcji w ciekawym miejscu na plus.

Tekst w zasadzie fajny. “W zasadzie”, bo został bardzo zepsuty zakończeniem.

Co do ogólnego narzekania na jakość – nie wiem jak tekst wyglądał wcześniej. Teraz jest w nim parę rzucających się w oczy mocnych babołów (”mitologi”, “magi” itp.), ale nie przeszkadzają one w czytaniu. Przez całość  przeszedłem dość sprawnie, jak na tę  długość tekstu jest dobrze.

Merytorycznie dwie sprawy.

“Ludzie wilkami” nie bardzo pasuje do Afryki. Nie wiem jak to wygląda kulturowo, może faktycznie używają tego określenia, ale o tyle wątpię, że wilki w tym regionie nie występują. Są za to likaony, w sumie nawet w środkowej Afryce – i jak na szybko sprawdziłem, również w północnym Beninie. Tylko pytanie jak są postrzegane.

Druga rzecz, to stwierdzenie, ze romans kapłana był grzechem. Z punktu widzenia współczesnego katolicyzmu tak, ale pierwotnie wyglądało to inaczej (a tutaj mówią o tym duchy, więc nie mają pryzmatu kultury). Celibat został wprowadzony dopiero we wczesnym średniowieczu i to nie z powodów religijnych, a po to, by zapobiec dzieleniu majątków kościelnych.

Niemniej czytało się dobrze. Co najwyżej zastanawiające jest, dlaczego w tego typu opowiadaniu nie pociągnąłeś wątku egzorcystycznego i wszystko zrzuciłeś na czarownicę. Czyżby to pozostałość po jakimś wątku, który miał się tu znaleźć, ale ostatecznie z niego zrezygnowałeś?

No i końcówka – trochę za łatwo syn wybaczył ojcu (nie mówię o zmianie stron, tylko o tym, że potem nastąpiło natychmiastowe wybaczenie), trochę tak znikąd nagłe wpadnięcie oczarowanie czarownicy i “goryla”.

Całość jednak zasługuje na bibliotekę i trochę dziwi, ze do tej pory nie ma tu ani jednego klika. Idę oddać swój głos w wątku bibliotecznym.

 

Zygfryd89 – dzięki za wpadnięcie i komentarz. Zastanawia mnie, co wy macie z tymi mało naturalnymi dialogami?

 

Wilk_zimowy – WIELKIE DZIĘKI ZA KLIKA, cieszę się że opowiadanie spodobało się na tyle iż uznałeś że jest godne klika, to mój pierwszy. Kurcze, masz rację z tym wilkiem, tak się starałem, aby wszystko wpasowało się w klimat i środowisko, że przeoczyłem prosty błąd, zagrała we mnie dusza polaka. 

Pozostałe uwagi również ciekawe i godne przemyślenia. Szybkie wybaczenie spowodowane jest ograniczeniem znaków i chęcią baśniowego zakończenia, jak to miłość ojca i syna przezwycięża wszystkie nieporozumienia. Jeżeli chodzi o czarownicę i goryla to ich zauroczenie nie jest taką niespodzianką, jej spojrzenie o odrobinę dłuższe na goryla niż na pozostałych, jego zachwycenie jej urodą, jej irytacja na jego sposób bycia i nazywanie go białym samcem. 

O, może hiena by tam bardziej pasowała?

Może i tak, może hiena ale zachodzi pytanie czy w ogóle oni mają takie powiedzenie, zastapienie zwierza na niewiele może się zdać ale hiena tak może pasować.

Chciał odrzucić czarkę i wypluć[-,] to[+,] co już wypił, ale ona sama wyleciała mu z rąk.

Ból uleciał[-,] tak szybko, jak się pojawił. Ramane poczuł ulgę i lekkość. Zaczął się unosić. Nie był pewien, czy to tylko mu się wydaje, czy też naprawdę zaczął lewitować.

Tuż przed unoszącą się duszą Ramane[-,] rozległ się grzmot, a powietrze przeszył piorun.

Oczom Ramane ukazała się wielka armia czarnoskórych mężczyzn, uzbrojona po zęby.

– To jest armia ludu Joruba – powiedziała postać.

Zwróć uwagę na przecinki i powtórzenia.

Lud Joruba skandował jego imię, imię zwycięscy.

Zwycięzcy.

Trwało to dobre półgodziny,

Brak spacji.

Potrzebuje człowieka, żeby go przesłuchać.

On niema o tym zielonego pojęcia.

Ups.

– Co …

Niepotrzebna spacja.

– Chcemy zadać kilka pytań dla Orunmila.

Pytania zadajemy komuś, nie dla kogoś.

– Co za bełkot, nic nie rozumiem

Tylko ty możesz skłonić krew krwi, pochodzącej od pierwotnego.

Podoba mi się pomysł :)

Znam tylko pięć liter ;)

Hej Anet, fajnie, że wpadłaś. Dzięki za łapankę.

Tomaszu, przejrzyj ten tekst pod kątem przecinków, zwłaszcza przy wołaczach, bo dalej też jest problem. Ale ogólnie czyta się ;)

Znam tylko pięć liter ;)

okej, dzięki.

Kraj jest, powiązania z nim dość mocne – to mogło się wydarzyć tylko w trzech państwach, o których wspominasz. Wykorzystujesz lud, z jego językiem, religią…

Element fantastyczny również mocny. Wręcz potykamy się o czarowników.

Spodobała mi się scena rozmowy z bogiem. Ładnie zagmatwana przepowiednia.

Fabuła też w porządku – ciągle coś się dzieje, głównemu bohaterowi coś zagraża, więc toczy się śledztwo w tej sprawie, i jego sojusznicy stopniowo odkrywają prawdę.

Bohaterowie nieco schematyczni; sceptyczny policjant, wierzący ksiądz. Dobrze, że przynajmniej przełamujesz te stereotypy romansem.

Wspominasz o piśmie Joruba, a tymczasem (przynajmniej wg Wiki) do zapisu tego języka wykorzystuje się alfabet łaciński.

A wszystko to skrzywdzone wykonaniem. Niekiedy brakuje przecinków, kłopoty z dużymi literami, trochę powtórzeń, zagubione podmioty, literówki, paskudne ortografy i różne inne usterki. Mam wrażenie, że nadużywasz zaimków. Dialogi sztywnawe.

Babska logika rządzi!

Bardzo dziękuję Finkla i poprawę obiecuję. Szczerze? Matura z polskiego z ledwością na trzy a tu paradoks, nałogowo czytam i uwielbiam pisać. Jeszcze raz dzięki.

Cześć, Tomaszu!

 

– historia była ciekawa i oryginalna – wybrałeś sobie dobry materiał początkowy, poszedłeś w nietypowym kierunku. O samej Afryce czytałam z zaciekawieniem i żałuję, że tekst nie został poparty solidniejszym researchem, bo w tej formie immersja kolebała się jak łódź na silnym wietrze. Natomiast zdecydowany plus za tematykę

– brak przedstawienia emocji, infantylizacja słownictwa („Ta przykra wiadomość mocno przygnębiła Wiktora” – do diabła, tu mówimy o romansie życia, nie o zepsutym mleku!)

– historii szkodzi brak warsztatowego wyrobienia, opisy nie zaciekawiają, akcja ma swoje przestoje i jest podawana infodumpami – natomiast jest to coś, co leczy się nabywaniem doświadczenia, więc pisz, pisz dużo, z każdym tekstem będzie lepiej

– gramatycznie słabo, interpukcja w rozsypce, błędy, powtórzenia

– ekspozycja nie pozostawiająca miejsca do namysłu, wręcz przeciwnie, okładająca czytelnika łopatą („teraz musisz zginąć”); dialogi-ekspozycje, mało naturalne, syndrom gadających głów

– brak ciągłości historii – początkowo byłam pewna, że Wiktor jest młody, a z krótkiej misji w Afryce wrócił niedawno, po czym okazuje się, że było to dwadzieścia lat temu

– romans Zuri i Szymona jakby trochę niepotrzebny, a nawet bardzo, szczególnie nie w miejscu zakończenia tekstu opowiadającego o Wiktorze i jego niedoszłym mordercy – bo co ma piernik do wiatraka

– podobało mi się wplecenie do tekstu afrykańskiej mitologii, choć chwilami miałam wrażenie, że zbyt daleko odbiegałeś od materiału źródłowego w stronę hollywoodzkich pokazów siły (tak, mówię o tej naparzance z końca tekstu, np. „odepchnął Szymona od siebie siłą magi (sic!) Szango”)

 

Dziękuję za udział w konkursie.

www.facebook.com/mika.modrzynska

kam_mod dzięki za ocenę i komentarz oraz słowa zachęty.

Nowa Fantastyka