- Opowiadanie: maciekzolnowski - Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, wspomnienia)

Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, wspomnienia)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, wspomnienia)

Co zrobić, gdy się ma do dyspozycji wolny dzień, a najlepiej cały wolny tydzień, letni i upalny? Jak przyjemnie się ten czas planuje, dzieli się go na kawałeczki, dysponuje się nim lekko i niezobowiązująco, medytuje się nad nim w lesie, w cieniu, po południu i o zachodzie, aż w końcu zapomina się o nim, że jest, że istnieje i że właśnie ucieka. Dzieci to nie dotyczy: nie istnieje dla nich problem braku czasu, a wręcz przeciwnie, i to jest bez porównania. Wiem, co mówię, bo sam jestem od czasu do czasu dzieckiem. I mam świadomość tego, jak bardzo czas mi się wlecze, jak wielce się on dłuży. Tego dnia też się cholernie dłużył, ale na szczęście – nie tylko mnie.

Opowiem dziś, jak razu pewnego uciekałem przed plugawym pijakiem racławickim, a on mnie gonił i nie chciał odpuścić tej za mną pogoni szaleńczej, morderczej. Nie chciał mi darować tego, co mu uczyniłem złego i co było ewentualnie do darowania, czym go tak paskudnie obraziłem (a może i nie obraziłem – no to już zależy od punktu widzenia). Opowiem, co z tego dnia ucieczki zapamiętałem, kiedy go obraziłem, choć ani mu przecież nie naubliżałem, ani wyzwiskami, jakimiś brzydkimi zawołaniami go nie zaczepiłem, nie oszpeciłem tej jego gęby bardziej, aniżeli on sam to był uczynił pijaństwem niepohamowanym swojej dumie. Jako że mały byłem i jestem, zarejestrowałem to tylko, co zarejestrować się dało, co mi pamięć dziecka pozwoliła uszczknąć z tego, co nadawało się do uszczknięcia. A więc po kolei…

 

***

Żar z nieba lał się lipcowy, niemiłosierny żar lipcowy dawał się we znaki, a dzień zapowiadał się przepiękny. Dzieciaki z wioski, polne Jaśki i wiejskie Małgośki nudziły się okrutnie, gdyż niczego do roboty znaleźć sobie nie potrafiły ani miejsca zagrzać nigdzie na stałe nie umiały. Pilnie poszukiwało się więc wrażeń, rozmaitych impulsów do zabaw i najgłupszych nawet uciech, w rodzaju konkursu plucia w dal czy wyścigu ślimaków winniczków.

To nieróbstwo wciągające i daleko posunięte trwałoby może jeszcze długo, gdyby nie tajemnicza postać siedząca na zbitej z desek ławce byle jakiej, w pobliżu ulicy Ogrodowej, na zabitej dechami wsi opolskiej, także byle jakiej i szkaradnej. Postać wydzielała woń intensywnie alkoholową, wzmocnioną przez upał sakramencki, intensywnie się z nieba lejący. Śmierdziało w pobliżu ławeczki i w oddali, ale w pobliżu śmierdziało najbardziej (hmm, cóż za odkrywcze stwierdzenie). Ale nie tylko śmierdziało, bo i pachniało trochę też jednak: owocami. Był to zapach winny, jabolowy, jakby coś żyło i gniło jednocześnie, a gnijąc czerpało z tego bakchiczną radość życia. I wkrótce cała, nieplamiąca się żadną robotą, hałastra podwórkowa postanowiła sprawą się bliżej zainteresować. A ta śmierdziała i miała na imię Witek.

Był to miejscowy Janko-muzykant, talent do dmuchania i dojenia równo. Doił mianowicie piwsko, wódkę i ogólnie wszystko, co się doić dało, a dmuchał w ustnik albo też stroik, kiedy grał na którymś z instrumentów dętych ustnikowych albo stroikowych. Boże, jak on grał, jak on grzmiał! Obsługiwał wszystkie wesela i pogrzeby (niektórzy umierali po to tylko, ażeby jako duchy posłuchać sobie Witkowej interpretacji „Ave Maria”). Pojawiał się na imprezach szkolnych, kościelnych i gminnych. Zaliczał roztańczone dancingi, a one zaliczały jego, bo był przystojny i tani. Czasem bawił ludzi grą, a niekiedy – sam się bawił, świetnie się bawił, tą grą, o której wspominałem, i nie tylko grą, bo przecież lubił się bawić, a nie tylko lubił grać.

I właśnie wracał z kolejnej takiej „umpa, umpa”, z Radosnej wracał kolejnej. Najpewniej nie mógł, a może i nie chciał trafić do domu, nie myślał do chałupy trafić może. Siedział więc na tej obskurnej ławce, zawieszony, z głową zwieszoną, pochyloną w dół, z tępym spojrzeniem zamroczonego lwa spelunowego, i napawał się własnymi perfumami, woniami letnimi i samotnością się napawał. Postanowiłem go zaczepić, gdyż byłem odważny jak nie wiem, ale tylko do czasu, a teraz przez moment jeszcze byłem, więc go zaczepiłem:

– Cześć Witek!

– No cześć!

– A co tak siedzisz?

– A co?

– Zaśpiewasz z nami?

– Zaśpiewam.

No i zaśpiewał: pierwszą zwrotkę sam, drugą ze mną, a trzecią z całą ferajną. Wszystko byłoby może i dobrze, gdybyśmy poprzestali na jednej pioseneczce, i przyjemnej takiej, i miłej dla ucha, i gdybyśmy nie przystawali z pijakami, choćby najzdolniejszymi i najmilszymi pod słońcem, księżycem oraz gwiazdami. Ale dla mnie było nie dość na jeden dzień, za mało mi było wrażeń, no więc tak z głupia frant siupnąłem z siebie takie oto pytanko, a potem cały ciąg siupnąłem i wylałem w eter kilka kwestyjek:

– Chcesz, Wituś, cukierka?

– Chcę.

– Na pewno chcesz?

– No pewno, że chcę!

– No to idź do Gierka. Gierek ma, to ci da. Kopa w dupę. I pa, pa!

– Cooooo?

– A jajco, Wituś, jajco!

Oj, niepotrzebne to było z mojej strony pytanie, zagranie, niepotrzebne takie jakby zagajenie, na nerwach mu zagranie, a potem jeszcze rozwinięcie tematu tego chcenia, chciejstwa, chuci tej związanej ze słodyczami czy jak to nazwać. Już wkrótce miałem się przekonać o tym, jak bardzo było niepotrzebne i niestosowne, to pytanie, które było też przy okazji niemiłe. No i jeszcze ten ciąg siupnięć niestosownych z Gierkiem na czele i dupą kopaną na wielki finał. O, zgrozo!

Dzieciarnia zamarła tymczasem, ja zamarłem tymczasem, ptaki przestały śpiewać, ale latać jeszcze nie przestały, bo nie widziałem, ażeby któryś z ptaków spadł z niebios, choć podobno parę tygodni temu coś złego wydarzyło się w Czarnobylu, ale co ja tam wiem, sześciolatek. I nawet one zamarły, zamilkły znaczy, przestały kwilić i ćwierkać, te skrzydlate kruki, wrony i gawrony (nie znam się na ptakach, ale wiem, że niektóre kwilą i pięknie śpiewają). No a krowy? Co z nimi? Krowy na moment dawać mleka zaprzestały, a w każdym razie – tak mi się wtedy wydawało, że zaprzestały, bo przecież nie sprawdzałem, co robią krowy we wsi i czy dają, czy nie dają się doić i w ogóle. Miałem pilniejsze sprawy od dojenia, ważniejsze na głowie i pijaka też miałem albo mieć mogłem, i to już wkrótce!

Cisza zapanowała, bezgraniczna cisza absolutna zatriumfowała i absurdalna, zważywszy na pogodę, która do cichanek nie zachęcała wcale a wcale. I Adam, starszy mój koleżka z sąsiedztwa – bo ja mam takowego sąsiada, co chodzi do starszaków – mógł wreszcie usłyszeć burczenie w brzuchu, co mu pomogło zdać sobie sprawę z uczucia. To głód, świdrujący i grający marsza, za pośrednictwem kiszek, dawał o sobie znać. Dopóki jednak kolor skóry muzykalnego pijaka ogrodowego, racławickiego był zielony, wszystko było okej (zieleń kojarzyła się szkolnej hałastrze z lekcją biologii i równie mało ją obchodziła), jednak kiedy naprzód szyja, a potem już cała twarz Witka zrobiła się czerwona niczym piec rozgrzanej lokomotywy albo ciuchci, powoli stawało się jasne, że kto ma nogi, musi wiać, i to szybko musi!

Tak więc ruszyliśmy, my, hałastra, dzieci-śmieci, my, bąki-dzieci, dzieci-bum-cyki, my, małe rozbójniki. Po chwili jednak okazało się, że „wszyscy jak jeden mąż” nie oznacza wcale „tak samo, jednakowo, równo”, bo oto znajdowali się między nami sprinterzy, ale były wśród nas też i pospolite cieniasy, z wuefu słabowite. Takie armie słabowitych i nawet całe nietrafione zastępy, bo słabowitych było więcej, aniżeli niesłabowitych. Wiadomo: zawsze tak jest przeważnie i to „zawsze” jest sprawą normalną oczywistą.

Jako pierwszy stanął Adam, koleżka mój, bo go wnet kolka złapała, co mu wewnętrzne głosy oznajmiły, utwierdziły go w przekonaniu o niemocy ciała słabego, kruchego. Dla niego było już po zawodach, po tym głosów buczącym, huczącym zwiastowaniu. Właściwie to on w ogóle nie biegł, wcale właściwie nie biegł owego dnia. To znaczy trochę biegł, a trochę szedł chyba najwięcej. Powiedziałem „chyba”, a to dlatego, że byłem zajęty uciekaniem bardziej, aniżeli obserwowaniem kogokolwiek z wyjątkiem samego pijaka, przez którego ta cała draka, więc nie zaobserwowałem, co dokładnie robił Adaś, ale wiem, domniemywam, że trochę biec musiał przecież, skoro wspominał później o kolce.

A ludzie w całej wsi gadali przez kolejne trzy dni i trzy noce (to jest do czasu, gdy co innego łby im zajęło plotkarskie i te wiecznie mielące ozory) o cudownym ocaleniu koleżki starszaka, co to mu Pan Bóg podał pomocną dłoń opatrznościową. Chyba była to czapka niewidka, cudowna jakaś, z daszkiem i w ogóle, bo Witek go nie zauważył i pobiegł dalej przed siebie, a za mną i za resztą bezkolkowych-innych, którzy także umykali przed żulem, co wcześniej pił i siedział na tej oto ławce, a teraz się na dodatek gniewał, zamaszyście przy tym gestykulując i wygrażając, i wymachując rękami: uuu, uuu! Ale nie na Adasia, o, nie, nie, tylko na mnie się wpieniał, ot co.

Jako kolejny odpadł gruby Wrona. Sam z siebie stanął znienacka pod wielkim prasłowiańskim dębem: przodem do pijaka, a tyłkiem do drzewa. Och, cóż za autonomia w podejmowaniu odważnych decyzji! Znać wybitnie indywidualny charakter tego – w pewnym sensie – zawodnika, racławickiego indywiduum, naszej maskotki (fajnego, bo grubego, na którym to grubym skupiały się wielkie dla niego zachwycenia). No więc stanął. I jak stanął, tak trwał, stał i trwał, jak ten dąb prastary, prawieczny. Jak gdyby chciał w ten sposób wszystkim zakomunikować: „Wrona żyją stadnie, orzeł – sam”. I tylko lejąca się po koronie drzewa półpłynna ciecz stanowiła skazę na nieskazitelnym wizerunku tego „odważnego inaczej”. A zresztą: kto tutaj był dziś odważny, tak naprawdę, no kto, w obliczu nieobliczalnego i niemożliwego!? Niemożliwe było bowiem to, że nieprzytomny prawie pijak zdołał się w ogóle z ławki ogrodowej podnieść, unieść się zdołał, a nie dość, że zdołał i że powstał, to jeszcze zaczął naszą ferajnę ostro gnębić. I ganiał ją po całych Racławicach i innych Klisinach, po ogrodach i podwórkach, jak jakieś zombie, jakieś zombie, jakiś stwór, nieżywy stwór, na wpółżywy stwór, a jednak wciąż bardzo żwawy! Ładnie żwawy, pięknie i ładnie zwinny, choć zagniewany taką wielką pasją żalową, prawdziwym żalem pasyjnym zagniewany i wkurzony. Ech, ładne rzeczy!

Jako następny zatrzymał się Boguś, koleżka trochę przyjezdny, a trochę miejscowy (na miejscu miał babcię, starowinkę, astmatyczkę, która tu mieszkała w tym starym, poniemieckim domu mieszkała, naprzeciwko mojego starego, poniemieckiego). Nic o nim więcej nie powiem, oprócz tego, że zasłynął w okolicy spektakularnym wypraniem komeżki mszalnej w gnojówce z przydomowego rowu, z przydomowej obory pochodzącej, wyciekającej. Co za bezmyślność! Ale też i – co za regaty na falach gnojowicy, ładne bardzo! Szkoda, że tego nie widziałem, że mi o tym opowiadano, naprawdę szkoda.

I tak odpadali kolejni „biegacze”. Nie wiem dokładnie, ilu ich było, bowiem przyszłość zwiększyła tę magiczną liczbę tak, iż z owych pięciu zrobiło się ich raptem dziesięciu, a z tych dziesięciu jeszcze piętnastu – i tak do końca wakacji nie było we wsi dziecka, coby przed Witkiem nie uciekało. Od razu widać siłę legendy i potęgę plotki.

A Witek tymczasem ścigał mnie aż do domu. Najpierw gonił mnie przez wioskę, a następnie – dalej przez pola, kiedy wioska się skończyła. No a potem – to już nie wiem, czy gnałem sam czy też z Witkiem, gdyż wolałem się nie oglądać i tego nie sprawdzać. Zatoczyłem w efekcie wielkie koło i powróciłem wałem nadrzecznym oraz ogrodami do siebie. I tam spostrzegłem, jak mój dziadek, który jest w połowie człowiekiem a w połowie obcym, dokonuje wyrafinowanej teleportacji żula w siną dal kosmiczną, liczoną w latach świetlnych.

Ale nie to jest najważniejsze, bo u nas we wsi jest bardzo wielu takich obcych, którzy pozostali jeszcze po wojnie. Autochtoni, androidoni czy jakoś tak (nie wiem, jak zapisuje się to trudne słowo). To zdaje się pozostałość po Trzeciej Rzeszy i w ogóle tajne sprawy, sprawki i eksperymenty Hitlera. Zastanawiam się tylko, dlaczego ci obcy nie mają dużych czarnych oczu i skóry w kolorze zielonym, takiej z łuskami, jak pokazywali w „Star Treku”. Będę musiał o to kiedyś spytać dziadka (on wie tak dużo i też kocha kapitana Kirka i Spocka). Ale – jak się rzekło – nie to jest najważniejsze. A co? Ha!

 

***

Tego dnia coś się we mnie zmieniło: przeistoczyłem się nagle w sportowca, prawdziwego sprintera, runnera i stałem się oto mężczyzną, drugim Forrestem Gumpem, jednym z tych wiecznie zrzędzących dorosłych, co to z niczym się nie wyrabiają, bo czas płynie dla nich o wiele za szybko. Pamiętam też, że leciałem jak na komendę z filmu, który dopiero powstanie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym: run, Forrest, run, run”, że gnałem jak oszalały aż do wspomnianego gniazda rodzinnego, gdzie wkrótce padły słowa, którymi mój dziadek osobiście rozbroił pijaczka z tej jego pijackiej piany i zacietrzewienia, a zrobił to na tyle skutecznie, że potem już nigdy więcej mi Witek nie zagrażał:

– Moczymordę obrazić niepodobna, gdyż jest to, proszę pana, niemożliwe. A więc żegnam! Do zobaczenia w innym układzie. Planetarnym!

Koniec

Komentarze

Czyta się naprawdę dobrze, bo zdarzenie opisałeś ze swadą i chyba już nie przeszkadza mi Twoja szczególna maniera, bo się do niej przyzwyczaiłam, a nawet rodzi się we mnie pewien podziw, że z pojedynczej scenki i dość głupawego starego powiedzonka-rymowanki, potrafiłeś stworzyć zabawną historyjkę.

Nie pojmuję tylko, co Cię skłoniło do usiłowania bycia tym razem twórcą anonimowym, podczas gdy już tytuł mówi, kto jest autorem dzieła. ;D

 

czy wy­ści­gu śli­ma­ków-win­nicz­ków. –> …czy wy­ści­gu śli­ma­ków win­nicz­ków.

 

nie było we wsi dziec­ka, coby z Wit­kiem w kon­ku­ry rze­ko­mo nie sta­wa­ło. –> Czy aby na pewno w konkury?

Za SJP PWN: konkury daw. «staranie się o rękę kobiety»

 

Będę mu­siał się o to kie­dyś spy­tać dziad­ka… –> Będę mu­siał o to kie­dyś spy­tać dziad­ka

 

– Mo­czy­mor­dę ob­ra­zić nie­po­dob­na, gdyż jest to, pro­szę Pana, nie­moż­li­we. –> – Mo­czy­mor­dę ob­ra­zić nie­po­dob­na, gdyż jest to, pro­szę pana, nie­moż­li­we.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie dzięki, Reg! Naprawiłem usterki, które byłaś uprzejma mi wskazać. I przestałem być anonimowy, jak widać. Choć nie pisałem o górach, to styl mój zdradził mnie i całkowicie obnażył. Ty rozpoznałaś w Maćku Maćka już po pierwszym zdaniu (tytule). Czy to źle? A już myślałem, że skryję się bezpiecznie za dziewięcioletnim, racławickim kronikarzem. :-) 

 

PS: Jestem człowiekiem wpływowym. Czy ktoś wyczuł w tekście refrenowy, repryzowy styl Stachury? 

Kurcze, nie wiem co powiedzieć! Napisałeś prawie 13 tysięcy znaków o tym, jak uciekałeś przed wiejskim pijaczkiem, co już samo w sobie jest majstersztykiem. I na dodatek napisałeś to tak, że się podoba. Przynajmniej mnie. Serio, perełka. :-)

Czytałam i miałam wrażenie, że coś mi to przypomina, ale nie wiedziałam co. I całkiem możliwe, że przypominało Stachurę właśnie. Zaczytywałam się nim, ale to było wieki temu.

No cóż, Maćku, nie skryłeś się, ale dobrze, że się odanonimowałeś, bo choć wiedziałam z kim mam do czynienia, to teraz wiem to znacznie lepiej. ;)

 

PS: Jestem człowiekiem wpływowym. Czy ktoś wyczuł w tekście refrenowy, repryzowy styl Stachury? 

Wyczuł, wyczuł. ;)

Maćku, czy na pewno jesteś człowiekiem wpływowym, czy może raczej ulegasz wpływom…?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

# Tak, można tak powiedzieć, Reg, że ulegam różnym wpływom, ale ważne jest to, że jakiś styl, własny idiom mam. Dzięki wielkie za kliczek. :)

 

# Irka_Luz, dzięki. Ja Stachurę dopiero odkrywam. Już cztery lata go odkrywam. 

 

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję też przy okazji, że “Adama, gałeczkę…” w końcu ukończyłem (dopisałem końcówkę i scaliłem części składowe w jedną). Zajrzyj, proszę, jak będziesz miała chwilkę. :D

OK, Maćku, mogę zajrzeć, ale czego ode mnie oczekujesz? Jeśli ponownej lektury, to musisz uzbroić się w cierpliwość, bo na razie nie nadążam z czytaniem opowiadań bieżących.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szczerze mówiąc nie gustuje w tego typu opowiadaniach i normalnie przeszedłbym obok niego bez echa, ale… No właśnie styl i język jakim się posłużyłeś spowodował, że przeczytałem do samej dechy i spodobało się. Naprawdę szapo ba. Naprawdę czyta się z wielką przyjemnością i smaczkiem.

# Dzięki! Przez moment myślałem, że jesteś tym znanym pisarzem grozy: http://lubimyczytac.pl/autor/82837/tomasz-czarny . Twoje słowa dla mnie dużo znaczą, Tomaszu R., zwłaszcza, że akurat stylizacja zastosowana w “Pijaku…” budzi skrajne uczucia: jednym się podoba, innym absolutnie nie. Wzorowałem się na Stachurze (stosowny cytat u dołu), ale – nie powiem – pokusa przedstawienia tego opowiadania z punktu widzenia siedmiolatka (językiem dziecka) była mocna. Wiem, że pomysł nie jest nowy, ale coś w sobie ma i być może należało pójść właśnie w tę stronę. 

Oto jeden z tych fragmentów, na którym się wzorowałem:

"Rano przyjechałem do tego wielkiego miasta. Cały dzień po nim łaziłem, po jego ulicach i mostach, których jest pełno w tym mieście. Przepływa przez to miasto druga wielka rzeka tego kraju, ale nie jednym korytem, tylko mnóstwem kanałów, które gdzieś, za miastem,muszą się łączyć, ale w mieście jest pełno kanałów, stąd pełno mostów, po których łaziłem przez cały dzień. I po ulicach między mostami. Prawie na każdym moście przystawałem".

 

# Dzięki Reg, uzbrajam się zatem w cierpliwość. :) 

Niestety nie jestem tym Tomaszem Czarnym i przyznaję, że twórczość Stachury jest mi daleka. Liznąłem kilka tekstów, jednak to nie moja bajka. Jeżeli chodzi o skrajne uczucia, to świetnie jest jeżeli coś budzi takie uczucia, to znaczy że to jest bardzo dobre. Zauważ że wielkie rzeczy budzą skrajne uczucia. Jak coś jest ciepłe to nie koniecznie dobre, a jeżeli coś jest tak dobre, że mrozi i parzy to jest wyśmienite. 

Liznąłem kilka tekstów, jednak to nie moja bajka.

To też nie moja bajka, ale chwilowa fascynacja (czytam “Dziennik” Stachury).

 

Jeżeli chodzi o skrajne uczucia, to świetnie jest jeżeli coś budzi takie uczucia, to znaczy że to jest bardzo dobre.

:D Oj, chciałbym, żeby tak było i żeby odnosiło się to również do mojego tekstu.

 

Eee, co tam! Jak to nie jesteś Tomaszem Czarnym, jak właśnie jesteś Tomaszem Czarnym, prozą piszącym, wiem, bo właśnie sobie czytam o krasnoludach itp. ;-)

Stachurą pobrzmiewało, fakt. Ale napisane doskonale: Ze swadą, lekkościąi pgromną kulturą Słowa. Może i tam niewiele fantastyki, ale ja i tak klikam:)

 

Kurde, dzięki, nie wiem, co powiedzieć. :)

No dobra, a gdzie jest fantastyka?

Obiecujesz w tytule fantasy, potem wspominasz o filmie niby SF i o ufoludkach, ale na obiecankach się kończy. :-(

Styl gawędziarski mocno, ale to pewnie wiesz.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla. W poprzednim moim tekście było całkiem sporo fantasy właśnie (jakieś zombiaki biegały po lesie i w ogóle), więc chyba tak już z rozpędu zaznaczyłem nieodpowiednią kategorię – tę rzeczoną właśnie. Teraz kliknąłem na “inne”, żeby było zgodnie z prawdą, regulaminem i tak dalej (gatunku “wspomnienia” nie znalazłem). 

 

Ale na obiecankach się kończy.

Ja Ci mogę różne rzeczy obiecać, Finkla. Powiem Ci prawdę: facetom nie należy wierzyć (nawet wtedy, kiedy deklarują, że mówią prawdę, i dozgonnie coś obiecują). :-)

 

Ja to zasadniczo wiem, ale kłamać nawet w takich banalnych i prostych do sprawdzenia kwestiach? To już patologia. ;-)

Babska logika rządzi!

Wow, bardzo mi się podobało.

Przede wszystkim bardzo zazdroszczę umiejętności napisania stosunkowo krótkiej historii w tylu znakach i to bez popadania w grafomanię. Czytało mi się super, głównie z powodu specyficznego stylu. Może rzeczywiście nie ma tu nadmiaru fantastyki, ale opowiadanie zdecydowanie warte jest biblioteki.

Dziękuję, Rossa. Twe słowa wiele dla mnie znaczą, zwłaszcza, że sama piszesz, i to wcale niemało, więc potrafisz docenić atuty, warsztat u innych, a w tym wypadku – także dobre chęci. Nie chciałem, żeby to była historyjka i nic ponadto, więc wykorzystałem chwilową fascynację “Siekierezadą” i innymi dziełami wspomnianego autora (jego delektowanie się słowem, operowanie czasem). A dzieciństwo… ech, jest jak kuferek ze skarbami na stryszku skryty: zakurzony, zapomniany, ale wciąż nadający się do otwarcia, do wykorzystania w każdej chwili. Poznając dzieciństwo – poznaję tak jakby siebie. Jestem coś winny tym ludziom, których kiedyś kochałem, i temu miejscu, którego już nawet nie ma. Czerpię z tego wspominania wiele radości, bo przeżywam jak gdyby drugą młodość. Myślę, że wiesz, o czym mówię. To są dobre chęci – moja motywacja. Dlatego powstał, bo musiał powstać, ten tekst. :)

 

Melduję też przy okazji, że “Adama, gałeczkę…” w końcu ukończyłem (dopisałem końcówkę i scaliłem części składowe w jedną). Zajrzyj, proszę, jak będziesz miała chwilkę. :D

Zajrzałam. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, wiem i jestem Ci bardzo wdzięczny. I dziękuję stokrotnie. A błędami zajmę się dopiero jutro, bo dziś już odpadam. ;)

(na miejscu miał babcię, starowinkę, astmatyczkę, która tu mieszkała w tym starym, poniemieckim domu mieszkała, naprzeciwko mojego starego, poniemieckiego)

Sympatyczne :)

Właściwie celowe było powtórzenie wyrazu “mieszkała”, choć może akurat w tym zdaniu nie brzmi to najlepiej. Sam nie wiem. Dzięki, Anet! Pozdrawiam serdecznie! :)

Nie wiem, podwójny “poniemiecki” mi nie przeszkadza, a tamto zgrzyta.

Nowa Fantastyka