- Opowiadanie: PiotrSkowronek - Imperatyw mroku

Imperatyw mroku

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Imperatyw mroku

 

 

 

 

– Imperatyw mro-ku niesie kozła w o-ku – zanucił Himmler, rysując czerwoną kredką pentagram w zeszycie.

– Oglądał pan wczoraj mecz? – Zaciągnąłem się papierosem.

– Nienawidzę piłki nożnej. – Po twarzy mężczyzny przemknął cień szaleństwa.

Potem już nie mogliśmy rozmawiać, gdyż wszystko, nawet nasze myśli, zagłuszył warkot silników.

W gabinecie zrobiło się ciemno. Ominąłem biurko i podeszliśmy do okna.

Ławica stalowych rekinów Luftwaffe płynęła po niebie.

Gestem wskazał mi krzesło po drugiej stronie blatu, a sam patrzył w okno jeszcze przez jakiś czas.

Usiadłem i skupiłem wzrok na drewnianej figurce orła.

Gdy wreszcie, po minutach jazgotu i wdychania nikotynowej mgły, nastała cisza, Himmler uchylił okno.

– Nienawidzę dymu. – Skrzywił się.

Pokuśtykał dookoła biurka i położył mi rękę na ramieniu.

– Pijesz? – Jego oddech był ciepły i cuchnący.

Oparłem wzrok na portrecie Hitlera.

– Nieustająco, ale teraz tylko kawę.

– Że też ta cholerna sekretarka musiała umrzeć akurat dzisiaj! – Naczelny okultysta Rzeszy obrócił się na pięcie. – Zajmę się tym… Osobiście.

 

***

 

Himmler, a raczej to, czym się stał – zaparzyło kawę.

– Z mlekiem? – zagulgotała ta kreatura, te zwały mięsa i tłuszczu, przerośnięty demon.

– Poproszę.

– Słodzisz, Auguście?

– Trzy łyżeczki.

– To dużo. – Uśmiechnął się mutant. – Ale powiedz mi, Auguście, co naprawdę cię tu sprowadza? Wiesz dobrze, że nasz pan bóg, Hitler, zna wszystkie myśli swych sług i wiele wybacza, ale… Nie wszystko.

Himmler obrócił się ku mnie niosąc w drżącej, spaczonej dłoni porcelanową filiżankę.

Z trudem mogłem rozpoznać twarz mężczyzny, który uwierzył w demony i czarną magię. Tym sposobem właśnie zapewnił przedłużone życie mnie i całemu Wehrmachtowi, a Ziemi przekleństwo. Zapewnił swej armii nieśmiertelność. Dlatego wiedziałem, że muszę go zabić.

Kawa była z pewnością zatruta. Jeśli znał me myśli, nie potrzebował odpowiedzi na pytania, które zadał.

Grał na czas, ale mu go nie dałem.

A gdy biomechanicznym ramieniem przebiłem serce wroga, nareszcie mogli przegrać. Wyrwałem kolec z drżącego ciała i patrzyłem, jak karminowy, płynny dywan z posoki przykrywa stopniowo posadzkę jego biura.

Wtedy bestie już wiedziały o mnie – istniała między nami aż do czasu odłączenia niewidzialna nić porozumienia psyche – i ja domyślałem się, że ten heroizm przypłacę życiem, konający przywódca dał bowiem znak.

Teraz, gdy już nie żyję, opisać mogę wszystko na spokojnie i z precyzją.

Podobno duchy nie muszą snuć opowieści, lecz żywi powinni znać prawdę.

 

***

 

Pamiętam, jakby to było wczoraj, w trzydziestym dziewiątym, dokładnie dziesięć lat temu, gdy Hitler rozpętał wojnę.

Miał zbyt wiele szczęścia.

Naukowcy wodza rozpracowali technikę biomechaniczną, a jego prawa ręka, Himmler, ruszył na badania. Zaszył się w swej cytadeli, gdzie przeprowadzał nekromanckie, barbarzyńskie eksperymenty polegające na ożywianiu ludzi. Uprzednio ich zabijał. Wiem, bo sam byłem jeńcem.

Skoczyliśmy ze spadochronem, ja i Emma. Mieliśmy być szpiegami.

Gdyby nie fakt, że kobieta skręciła kostkę, wszystko szłoby zapewne zgodnie z planem. A tak, szybko nas pojmali.

Himmler oszczędził kobietę. Do czasu.

A gdy ja już umarłem, a później otrzymałem nowe życie za sprawą jego… Demonicznych sił… Znalazłem się całkowicie we władzy diabła, jakim jest Hitler. JEST. Ale już niedługo. Bo odkąd nie ma wsparcia ze strony zaświatów, klęska jego jest kwestią nieuniknioną.

Wtedy jednak czułem w sobie niespożytą energię i miałem niewłaściwego pana.

– Zabij. – Himmler wsparł dłonie na biodrach.

Mężczyzna już wtedy zaczynał ulegać metamorfozie, bynajmniej nie w motyla.

– Wybacz Emmo. Imperatyw mroku. – I zadałem jeden, silny cios.

Jelita kobiety rozlały się dookoła.

– Jak widzisz, drogi superżołnierzu, jesteśmy tylko workami na wnętrzności. Moja matka mawiała, że gdy płoną lasy, nie powinienem żałować róż. Całe życie się tego trzymam. I dobrze na tym wychodzę. – Uśmiechnął się kącikiem ust.

Nie mógł przewidzieć, że ten jeden sługa należał będzie do najmniej pokornych.

Obserwowałem matowiejącą twarz kobiety. Wraz z krwią uchodziły z niej resztki życia.

Potem biomechaniczne psy-zombie na pstryknięcie palców pana pożarły jej zwłoki.

Coś we mnie drgnęło, nie wiedziałem wtedy jeszcze, co dokładnie. Miałem nie mieć sumienia, lecz najwyraźniej i w piekle diabłu noga może się powinąć. I to dwa razy z rzędu.

 

***

 

Lud podnosi się ze zgliszczy.

Wiedza o Holokauście trafiła wreszcie do informacji publicznej.

Przed wojną byłem zwykłym dziennikarzem i bolało mnie, gdy w radiu usłyszałem, jak Niemcy palą książki. A potem, gdy pojąłem, że palą ludzi – nawróciłem się.

Gdzieś wewnątrz mej ożywionej klatki piersiowej, w ciele pooranym bliznami, bladym i dumnym, opancerzonym, zaopatrzonym w odrzutowy plecak, ostrze miast lewego ramienia i z dezintegratorem w dłoni… Poczułem bunt.

Na początku to uczucie nie stanowiło niczego konkretnego, żadnej określonej wariacji, ot, zwykłe mdłości. Ale potem, po kilku dniach zacząłem rozumieć, że to co czuję, jest nie tylko fizjologią, a… Sam już nie wiem. To było coś innego, coś więcej!

I uczucie to narastało. Nie walczyłem z niczym konkretnym, a raczej czułem odrazę do wszystkiego dookoła.

Ujrzałem w mroku blask, metaforycznie rzecz ujmując.

I światło przemówiło do mnie. Nie pamiętam słów, może nie było żadnych, lecz był głos, jak ze snu, błogi i miły.

Zrozumiałem wtedy, że na każdego przyjdzie kres.

 

***

 

Po zabiciu właściciela cytadeli, zacząłem zwiedzać komnaty.

Odkryłem cały teatr makabry.

Laboratoria wypełnione słojami pełnymi mutantów w formalinie.

W piwnicach, w prywatnej katedrze Himmlera, pod zamczyskiem, płonęły miriady czerwonych świec. Nie było tam innych źródeł światła. Moje oko dostrzegło splamiony krwią katafalk, który temu wariatowi musiał służyć za ołtarz.

Gdy wyszedłem na zewnątrz, poprzez kręte i spękane, śmierdzące zgnilizną klatki schodowe, moje oczy i nozdrza zaatakowały doznania nieestetyczne.

Poczułem odór padliny i ujrzałem hordy nieumarłych uzbrojonych po zęby przez dywizje naukowców Hitlera.

Proporce ze swastykami łopotały na wietrze.

Ujrzałem kilku strażników, podobnych do mnie, skrzydlate demony i morze hełmów nad wygniłymi twarzami.

Przybyli wszyscy, z całej okolicy, a jeszcze ostatnio obserwowałem ich, jak palą miotaczami ostatnie krzyże, niszczą wsie, a także pożerają wieśniaków i ich psy.

Nie wiem dlaczego, lecz do cierpień ludzi się przyzwyczaiłem i nie robią na mnie większego wrażenia.

Lecz gdy ujrzałem, jak jeden z biomechanicznych strażników, podobnych do mnie, rzuca budą razem z psem tak, żeby zawisły na łańcuchu na ramieniu krzyża, coś we mnie pękło.

Zombie podpalił całą „szubienicę”.

Gdy już zwierzę przestało skamlać, straciło futro i zyskało czarną barwę, przestrzelili łańcuch. Potem zjedli pieczeń.

Gdy ostatnie kęsy cuchnącego spalonym futrem mięsa przechodziły im przez gardła, światło wreszcie we mnie zatryumfowało.

Wielkim, trójkątnym ostrzem, które miałem zamiast lewej ręki, a zaczynało się od łokcia, przeciąłem strażnika i żołdaka zombie.

 

***

 

Pomimo intensywnych poszukiwań, w odmętach cytadeli nie odnalazłem kanistra z paliwem do odrzutowego plecaka.

Stałem więc oto, przed armią potworów, gotowy na śmierć.

Pocisk z dezintegratora rozerwał jedną z większych bestii i kilkanaście mniejszych na atomy. Skoczyłem w bok, żeby uniknąć ich pocisków, a potem rzuciłem się w tłum tnąc i rąbiąc.

Dezintegrator musiał się chwilę ładować, lecz nie oczekiwałem, że zdołam oddać kolejny strzał.

Na szczęście pociski anihilujące pochodzące od strażników nie przedostawały się, a zabijały przeciwników, którzy mnie otaczali.

Jeszcze jednego – myślałem. – I jeszcze raz!

Zaczynałem bawić się świetnie. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że bliskość śmierci może być tak stymulująca.

Niestety, otoczony, nie mogłem wypalić po raz drugi, bo pocisk zabrałby i mnie.

Zostawiłem to na koniec, bo nie miałem szans na powrót na „suchy ląd”, w bezpieczne miejsce. Tańczyłem ile sił ten z góry skazany na przegranie taniec w deszczu posoki.

Nikt nie nadszedł z pomocą.

Życie to nie bajka.

Gdy już poranili mnie dostatecznie mocno, abym czuł, że tracę świadomość, wypaliłem na ślepo, lecz nie nastał mrok, o nie, a światło.

A może nawet zabłysło coś mocniejszego, bo to nie była zwykła świeca ani latarka, ani nawet ich miriady. To czego doświadczyłem było skondensowanym strumieniem, laserem o mocy milionów słońc uderzających prosto w serce – świadomością wszechrzeczy.

Dlatego teraz stoję tu przed wami. Śmierć pozwoliła mi oddzielić ziarna od plew, mięso od kości, metalowe implanty od zgniłego ciała zombie…

 

***

 

Teraz tak sobie myślę…

Być może źle zrobiłem, że zabiłem Himmlera, ale cóż, stało się.

Teraz, gdy Hitler dowiedział się o wszystkim, chcieć może użyć swego najnowszego, technologicznego potwora – bomby atomowej.

Jedyna szansa w Amerykanach i Rosjanach. Póki co, blefują, że też ujarzmili energię jądrową, lecz nie mówcie o tym nikomu. Trzymam kciuki, aby jak najszybciej się uzbroili i zapanował pat. Bo o mata będzie baaaardzo trudno.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.

Próbuję wciąż odnaleźć Emmę, którą, z powodu okrutnego losu, przyszło mi zabić. Nie mogę w pamięci odtworzyć jej twarzy, niestety. Szukam jej więc w zaświatach, lecz na próżno.

Czuję się dziwnie, że po śmierci moje emocje nie wygasły. Może po prostu nie umarłem jeszcze zupełnie…

Cóż… Zrywa się wiatr. Mam wrażenie, że niniejsza zamiana pogody wyrwie mnie wreszcie z tego czyśćca. Czuję to jeszcze w kościach, a raczej w tych złudnych protezach minionej egzystencji.

Atawizm ten zapewne wkrótce przeminie.

Być może spotkam Emmę, chociaż w chwili obecnej robi się to dla mnie zupełnie obojętne…

 

***

 

Tymczasem w alternatywnej rzeczywistości…

Obserwuję siebie jeszcze żyjącego, już po zamordowaniu Himmlera.

Tym razem w cytadeli ja, a raczej ten mały człowieczek w dole, dokładniej rzecz ujmując biomechanoid, jednak odnajduje zapas paliwa do swego jetpacka.

Tym razem nie idę w dół, do piwnic, lecz na szczyt wieży i stamtąd odlatuję.

Omijam armie ciemności. Niestety, historia lubi się powtarzać. Czekają na mnie już dalej. Trafiam do niewoli. Najpierw wyrywają mi paznokcie, potem włosy, obdzierają skórę i łamią kości. Obcinają stopę, nogę w kolanie, w końcu przecinają mnie na pół…

Znowu umieram…

To zabawny awatar, ten zgniłek mięsny tam w dole, te szczątki MNIE.

Jakim cudem, jeśli moja dusza czyli JA-prawdziwe szybuje tu, w górze, moje ciało bezwiednie spaceruje po wieżach a potem ginie…

Chyba nigdy się tego nie dowiem. Najwyraźniej nigdy nie umieramy do końca podobnie, jak nigdy nie ożywamy naprawdę.

Jeśli istnieje Bóg, jest on szalonym władcą marionetek!

I znowu to samo…

Tym razem wojna skończyła się w czterdziestym dziewiątym. Jakimś cudem Himmler nie wywołał diabła, a Hitlerowi skończyły się środki na prowadzenie wojny.

Wódz popełnia samobójstwo. Nie inaczej, dobrześ usłyszoł chopie!

A ja… No cóż… Znowu umieram…

Nieszczęśliwy wypadek.

Gdy już wojna dobiega końca, były dziennikarz, a obecny żołnierz, wchodzi na minę przeciwpiechotną.

Obserwuję, jak eksplozja wyrzuca me żałosne ciało w powietrze. Umieram, konam, po raz kolejny i ostatni.

Wystarczy już tych tortur, drogi Boże! Już rozumiem, umarłem i nigdy nie wrócę do żywych!

Choćbym się starał przeniknąć do innej czasoprzestrzeni, zamknięty jestem, opakowany niczym ciało w trumnę, jak ślimak w muszlę i… Muszę skonać!

Czuję już, że tracę wizję, głuchnę, znikam, wiatr się wzmaga…

To koniec…

Imperatyw mroku nie przebacza.

 

***

 

Imperatyw mroku… Niesie kozła w oku…

Koniec

Komentarze

“Return To Castle Wolfenstein” ;)?

Krwawa jatka, zombie, niemieccy zbrodniarze, alternatywna rzeczywistość (jakżeby inaczej, wszak to Retrowizje ;))…

Czyta się szybko (bo i tekst krótki) i niby jest to fajne, ale…

Zabrakło tej nutki szaleństwa, kompletnego odjechania, totalnego odpału, które cechują inne Twoje teksty. Czegoś takiego: “o matko, co on pieprzy?”. A tu wszystko jakieś gładkie, przewidywalne.

Są i babolki:

– “Kawa była z pewnością otruta” – zatruta;

– “może hełmów nad wygnitymi twarzami” – Piotrusiu, proszę Cię!!! popraw jak najszybciej!;

– “rozerwał jedną z większy bestii” – większych;

– “było skondensowanym strumień” – strumieniem.

 

Czyli niezłe, ale jakoś nie porwało, niestety.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Witaj Staruchu!

Babole poprawiwszy…

Nigdy nie wiem, na ile stężenie szaleństwa w moim tekście poruszy odbiorcę.

Do końca miesiąca w opowiadaniu można jeszcze wprowadzać zmiany, a, cóż, mam pomysł na zwariowany epilog :)

Zobaczymy, co powiedzą inni :)

Skoro w tym tekście nie ma

nutki szaleństwa, kompletnego odjechania, totalnego odpału, które cechują inne Twoje teksty

to muszę przeczytać te inne. Jak dla mnie to jest kompletnie odjechane. W pozytywnym słowa tego znaczeniu. Pojmany szpieg, zabity, ożywiony i zmieniony w lojalnego żołnierza. A na dodatek ten zombiak zachował resztki sumienia, które doprowadzają go do czegoś w rodzaju moralnego odrodzenia. I jeszcze między tym historia Emmy, Himmler, jako – właściwie nie wiem co. Pełny odlot!

 

A teraz trochę czepiania się:

 

Piszesz:

A gdy biomechanicznym ramieniem przebiłem serce wroga, nareszcie mogli przegrać.

Znalazłem się całkowicie we władzy diabła, jakim jest Hitler. JEST. Ale już niedługo. Bo odkąd nie ma wsparcia ze strony zaświatów, klęska jego jest kwestią nieuniknioną.

A potem:

Jedyna szansa w Amerykanach i Rosjanach. Póki co, blefują, że też ujarzmili energię jądrową, lecz nie mówcie o tym nikomu. Trzymam kciuki, aby jak najszybciej się uzbroili i zapanował pat. Bo o mata będzie baaaardzo trudno.

Czy jedno drugiemu trochę nie zaprzecza?

 

Poza tym przejrzyj interpunkcję. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że momentami masz za dużo przecinków.

Irka_Luz – wielkie dzięki za uwagi!

Właśnie ciekawa jest opinia Starucha i Twoja pod tym względem, że przyjęliście zupełnie sprzeczne stanowiska – On narzeka na brak szaleństwa, Ty twierdzisz, że obłędu tutaj dostatek :)

Co do tych zdań teoretycznie sobie przeczących.

Ja widzę to tak – armie Hitlera były niepokonane na lądzie, bo miały całe wsparcie demonów, a teraz już pozostał ostatni element konfliktu – wojna atomowa.

W sumie w rzeczywistej historii świata było podobnie. Długo Amerykanie myśleli, że to Niemcy dysponują bronią jądrową, więc była ta “zimna wojna”. Wiesz, nigdy do końca nie wiadomo – zawsze szala zwycięstwa może jeszcze przechylić się w ostatniej chwili.

 

A co do Starucha… Wcześniej przy tekście “Karma wraca” narzekał, że właśnie u mnie jest to wszystko zbyt szalone :D

 

Co do interpunkcji – zdaję się na Regulatorzy.

Piotrze – bo Irka nie czytała jeszcze Twoich innych tekstów :).

W porównaniu z innymi ten jest grzeczny jak “Czterej pancerni…”.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu – no ja właśnie chciałem to trochę złagodzić, bo zauważyłem, że natłok (może nawet chaos) jakoś jednak Was odstraszał do tej pory :)

Piotrze, nie wskazywałam ci, gdzie masz za dużo przecinków, bo zauważyłam, że tu są lepsi ode mnie w tej kwestii, z Regulatorzy na czele.

Co do szaleństwa… idę czytać “Karma wraca”. Cholera, naprawdę mnie obaj ze Staruchem zaciekawiliście.

Irka_Luz – dostajesz to małe, czerwone coś :D – heart

Tak jak w Twoich innych osobliwych opowiadaniach, od których zazwyczaj się odbijam, tu też znalazłam typową dla Ciebie nutę rzeczonej osobliwości, ale ku własnemu zdumieniu pojęłam o czym opowiadasz. A choć nie mogę powiedzieć, że Imperatyw mroku porwał mnie jakoś szczególnie, to jednakowoż wyznam, że przeczytałam bez najmniejszej przykrości.

 

Sko­czy­li­śmy ze spa­do­chro­nu… –> Sko­czy­li­śmy ze spa­do­chro­nem

 

morze heł­mów nad wy­gni­ty­mi twa­rza­mi. –> …morze heł­mów nad wygniłymi/ zgniłymi twa­rza­mi.

 

Zom­bie pod­pa­li­ło całą „szu­bie­ni­cę”. –> Zombie jest rodzaju męskozwierzęcego, więc: Zom­bie pod­pa­li­ł całą „szu­bie­ni­cę”.

 

Gdy ostat­nie kęsy cuch­ną­ce­go nad­pa­lo­nym fu­trem mięsa… –> Przypuszczam, że futro spłonęło doszczętnie, więc: Gdy ostat­nie kęsy cuch­ną­ce­go spa­lo­nym fu­trem mięsa

 

ten zgni­łek mię­sny tam w dole, te szcząt­ki JA. –> Chyba: …ten zgni­łek mię­sny tam w dole, te szcząt­ki MNIE.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Danke, danke!

Wprowadziłem poprawki. Hmmm, jesteś niezwykle precyzyjna ;)

Cieszy mnie, że wreszcie któryś tekst ode mnie nie spowodował przykrości <szczerzy kły>

Fajnie, że wreszcie napisałem też to wszystko na tyle jasno, że wiesz o co chodzi :)

Kto wie, może jeszcze jest dla mnie jakaś nadzieja?

Bitte, Peter, bitte. ;)

I ja się cieszę, że Twoja twórczość wreszcie do mnie dotarła. ;)

No i nie zadawaj głupich pytań – nadziei jest takie mnóstwo. że pewnie w końcu zamieni się w pewność. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Teraz będę atakował tekstem na Geofantastykę!

yes

Nie będę się bronić przed Twoim atakiem. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To będzie atak tym wszystkim, co już i tak znasz z, hmmmm, być może nutką czegoś nowego :)

To hmmmm, jest szczególnie intrygujące. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Hmmmm” – to taka furtka. Sam jeszcze nie wiem, czym nadchodzący tekst się różni od pozostałych, jeśli czymkolwiek, ale muszę przyznać, że poruszyłem w nim swoje ulubione tematy, jednak w – z racji konkursowych wymogów – inne szerokość i długość geograficzną, co, szczerze pisząc, podoba mi się najbardziej.

Pomysł Finkli, aby ograniczyć możliwości wyboru lokalizacji i tym samym wybić pisarzy z ich geocentryzmu – uznaję za genialny.

Skoro tworzysz z wielkim zadowoleniem, należy przypuszczać, że udziałem czytelników też będzie zadowolenie, co najmniej równe Twojemu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Motyw nazistów kombinujących z czarną magią nie jest nowy. Ale OK, to jakieś wyjaśnienie wydarzeń.

Trochę mi tu brakuje konkursowego motywu – przełomu technologicznego. Bo magią można wytłumaczyć wszystko. Jest bomba atomowa, ale pozostaje na marginesie. Zresztą, niech się tym Jurki martwią. ;-)

Na szczęście pociski anihilujące strażników

Niejasna konstrukcja. Pociski wystrzeliwane przez/ należące do strażników czy anihilujące strażników?

Babska logika rządzi!

Zajrzałam, przeczytałam.

Ja też.

Cóż, ewidentnie nie mój klimat, zarówno w sensie tematu, jaki i stylu pisania. Nie twierdzę, że jest on zły, po prostu nie dla mnie. Ponadto, wydaje mi się, że tekst kompletnie nie pasuje do tematu konkursu. Oczywiście, biomechanika, mutacje itp są nowym elementem alternatywnej wizji przeszłości, ale nie zostały rozwinięte na bazie postępu naukowego, a czarnej magii.

Na jeden drobiazg zwróciłbym uwagę. Chodzi mi o “jetpack” a konkretnie jego angielskie określenie. Dlaczego w świecie zominowanym przez niemiecką myśl technologiczno – magiczną, urządzenie tak rewolucyjne nosi angielskie imię? Tym bardziej mi ono nie pasuje, że narracja jest pierwszoosobowa, a zatem z punktu widzenia człowieka z tego świata i z tych czasów. Pół biedy, gdybyśmy mieli do czynienia z narracją zewnętrzną, ale tak to mi bardzo zgrzytnęło. Sądzę, że naziści używaliby jakiejś szaleńczo niemieckiej nazwy, jednego słowa, złożonego z trzech lub czterech, jak to w niemieckim bywa, np. kriegsfliegerschultasche ;) czy coś w ten deseń. Oczywiście wtedy nazwa nie byłaby czytelna, jak teraz, wymagałaby wyjaśnienia, ale byłaby spójna z realiami świata.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Caernie, jest mi niezmiernie miło, że skomentowałeś moje dzieło! :)

No cóż, że to nie Twój klimat – bywa :)

Lecz uwagę o “jetpacku” uznaję za niezwykle cenną, bo i bardzo celną. Zgadzam się z Tobą w stu procentach, nie użyję natomiast dziwnego, niemieckiego słowa, a po prostu kulturowo neutralnego zamiennika – “plecaka odrzutowego”. I wtedy i amerykanizm znika, nie ma też problemu z niezrozumiałym słowem w obcym języku, bo chociaż bohater był szpiegiem o narodowości angielskiej lub amerykańskiej, przyjmuję, że słowa i tak najlepsze jest po polsku, bo nie chcę tu wchodzić w szczegóły kto w owej alternatywnej rzeczywistości owe wspomaganie wymyślił.

Co do rozwinięcia technologii na bazie okultyzmu – starałem się opisać dość jasno, że jednak Himmler zajął się czarną magią, a inżynierowie Hitlera – biotechnologią. Dopiero potem połączyli siły.

 

Naukowcy wodza rozpracowali technikę biomechaniczną, a jego prawa ręka, Himmler, ruszył na badania.

 

 

 

 

Regulatorzy – heart

 

 

 

 

Finklo – trochę się czepiasz ;P

Co nie?

 

 

 

 

Staruchu – wspomniałeś o zamku “Wolfenstein”, ale w oryginale przecież był to Wewelsburg, który jednak nie był cytadelą. Zamczysko mieściło się bodajże w Nadrenii Północnej-Westfalii.

Hmmm… Zastanawiam się nad wprowadzeniem wzmianki lokalizacyjnej przed tekstem ;)

Trochę się czepiam w kwestii motywu konkursowego. W pozostałych – raczej nie.

Babska logika rządzi!

Piotrze – nie wiem, gdzie owe zamki leżą. Ale od razu skojarzyło mi się z grą. A już te jetpacki niemal mnie upewniły. Zabrakło tylko apteczek i upgrade’owania broni :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Finklo – przemilczałaś lub przeoczyłaś, choć być może nie jest on zbyt mocno zarysowany w tekście – motyw biomechaniczny.

Kwestia bomby atomowej. Rzeczywiście, owa technologia istniała wtedy na świecie – ja ten motyw odwróciłem, bo Niemcy jej nie mieli, a Amerykanie. Więc w pewnym sensie nawet ujarzmienie energii jądrowej w tym kontekście jest już bliski fantastyce, jeśli nawet w nią nie wpadający.

Teraz przyszło mi takie skojarzenie, ot, ironia losu.

Naziści palili, między innymi książki Einsteina – a to on w dużej mierze przyczynił się do wynalezienia broni nuklearnej. Wtedy przebywał w USA.

 

 

W kwestii tamtego zdania o “pociskach anihilujących strażników” – raczej wszyscy Przedpiścy domyślili się z kontekstu. Nie jest to być może rozwiązanie purystyczne językowo, lecz i narrator nie należy do nieomylnych robotów.

 

 

 

Staruchu – zadziwiają mnie Twe skojarzenia z grami komputerowymi.

Twórcy zarówno powyżej wspomnianych, jak i filmów czy książek czerpią raczej z rzeczywistości, nie na odwrót.

Apteczki są wymysłem bardzo realnym, występującym na polu bitwy, w samochodach czy domach. Te z frontu zawierały na przykład adrenalinę, te domowe częściej plastry, gazę i wodę utlenioną.

Co do tych apgrejdów broni – też pochodzą z życia.

Doczepiane lunety, latarki, celowniki, granatniki?

To wszystko już było na dziesięciolecia przed wynalezieniem komputera!

Skojarzenie ciekawe, ale moim skromnym zdaniem, bardzo powierzchowne.

Jetpacków wyzbyłem się z powodu jednego z komentujących, który zwrócił mi uwagę, że to termin historycznie niepoprawny. Użyłem go odruchowo z racji tego, że jednak język angielski jest bliższy memu sercu niż niemiecki.

Teraz to “odrzutowe plecaki”.

 

OK, biomechanikę przeoczyłam, ale to nie ma większego znaczenia, bo ja nie juror.

Prawda, naziści rozwalili własną naukę. Na początku XX wieku niemiecka fizyka była w czołówce światowej. Do dziś w angielskim ważny termin z rachunku macierzowego nosi niemiecką nazwę – eigenvalue. No, jeśli się najlepsze mózgi wygania albo wtyka karabin do ręki i musztruje, to trudno oczekiwać czegoś innego…

A na zdaniu się potknęłam i musiałam się chwilę zastanawiać. Takie drobiazgi potrafią zniszczyć imersję.

Babska logika rządzi!

Nie mogę zlokalizować znaczenia słowa “imersja” w tym kontekście.

Teraz, skoro już wiem o potknięciu, mogę empatyzować z Twym tokiem myślowym.

I zdanie wygląda tak:

Na szczęście pociski anihilujące pochodzące od strażników nie przedostawały się do mnie, a zabijały przeciwników, którzy mnie otaczali.

Imersja albo immersja… Kiedy człowiek czyta, jego mózg zachowuje się, jakby sam uczestniczył w opisywanych wydarzeniach. Widzi obrazy, czuje zapachy… Ale jak zacznie się zastanawiać, czy w tym zdaniu powinien być przecinek albo czy “łuć” oznacza “łudź” czy “łódź”, wszystko szlag trafia.

Babska logika rządzi!

Może imersja powróci. W każdym razie wyeliminowałem ze zdania logiczną nieścisłość, a przeoczyłem powtórzenie “mnie”. Teraz jest tak:

Na szczęście pociski anihilujące pochodzące od strażników nie przedostawały się, a zabijały przeciwników, którzy mnie otaczali.

Lepiej?

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąco – melduję, że przeczytałem meldunek przeczytania.

Dzień dobry!

Przeczytałam już kilka opowiadań konkursowych i to, póki co, podoba mi się najbardziej. Żałuję, że takie krótkie.

Tylko co to za malowidło nad tekstem?

 

Pozdrawiam :)

Sara Winter

Dzień dobry wieczór bardzo, cześć!

Wiem, że jesteś tu – na portalu – nowa, SaroWinter, czuj się więc powitana!

To miłe, że mój tekst przypadł Ci do gustu najbardziej z pozostałych konkursowych.

Ilustracja to takie abstrakcyjne malowidło, żeby tylko dodać tu jeszcze odrobinę artyzmu ;)

Pozdrawiam :)

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Veni, vidi, vici.

Przeczytałem.

Przeczytałem.

Witam Szanowną Komisję :)

Nowa Fantastyka