- Opowiadanie: RogerRedeye - Pieśń skowronka

Pieśń skowronka

Tekst pisałem z przeznaczeniem dla “Okolicy Strachu”, ale, niestety, nie znalazł uznania. Szkoda. Jednakowoż przyjęła go “Histeria” i tam miał premierę. Miałem trochę czasu, więc bardzo nieznacznie poszerzyłem opowieść o uboczny wątek, który określiłem jako motyw Raskolnikowa. Robin Destroyer jest oczytany i zna powieść Dostojewskiego. 

Dodałem jeszcze ostatni rozdział.

Potem opowiadanie opublikowała “Herbatka u Heleny” i tam jeden z recenzentów stwierdził,  że jest  to opowieść o ludziach, podludziach i nadludziach. Coś w tym jest, chociaż to nie jest główna oś narracji.

Spokojnej lektury o tym, jak niespełniona miłość może doprowadzić do obrócenie wniwecz prawie już pewnego tryumfu ludzi. nad ich zarażonymi przeciwnikami, też ludźmi. 

Koleżankom i kolegom portalowym dziękuję za cenne opinie.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Nevaz, wilk-zimowy

Oceny

Pieśń skowronka

 

Felix Schumacher z zadowoleniem zatarł dłonie. Nowy, wyjątkowo duży szyld jego wytwórni prezentował się wspaniale.

Schumacher wstał wcześnie rano, zaraz po świcie. Tylko w niedzielę pozwalał sobie na nieco dłuższy sen. Linie energetyczne i magistrale gazowe ciągle były martwe, więc skrzętnie wykorzystywano światło dnia.

Po zmierzchu chroniono się w domach, ryglowano drzwi, sprawdzano mocowanie okiennic. Lampy naftowe były w cenie, podobnie jak kopcące łojówki, a wielu mieszkańców dzielnicy nieźle się dorobiło na ich produkcji. Felix słyszał, że pojawiły się nowe świece, wytwarzane z ciał odmieńców, dające znacznie więcej światła, ale były pioruńsko drogie, więc zrezygnował z ich zakupu.

Rozległe osiedle, położone na krańcach jednego z przedmieść San Francisco, ożywało, gdy rozświetliło się niebo.

Felix cofnął się o kilka kroków, żeby ponownie sprawdzić pierwsze wrażenie. Utwierdził się w przekonaniu, że go nie myliło.

Postać Robina Destroyera zajmowała sporo miejsca, świetnie namalowana przez Harriet. Schumacher w duchu przyznał, że córka naprawdę ma talent. Napis „Felix Arms Company” także przyciągał wzrok. Znany wytwórca broni ocenił, że liternictwo jest takie, jak trzeba, ani zbyt duże, ani za małe, a jego surowa prostota na pewno zwróci uwagę nowych nabywców.

Robin na obrazie został wyposażony w broń, której codziennie używał, wykonaną w zakładzie Felixa, wyraziście wyeksponowaną. W lewej ręce dzierżył skałkową dwururkę, w prawej rewolwer, wzorowany na pierwszym modelu peacemakera Colta. Nie było widać ciężkiego pałasza, tylko jego rękojeść. Harriet uczyniła tak świadomie – kordy, szable i tasaki produkował inny zakład.  

Dolną część zdobił napis „Pamiętaj, rewolwer Schumachera zawsze trafia tam, gdzie mierzysz! Celuj w głowę, a pozbawisz życia tych odmieńców! Na zawsze! Nieodwołalnie! Użyźnią pola Samuela!”.

Felix uśmiechnął się radośnie. Podobiznę i reklamowy slogan widać było z daleka. Nie narzekał na brak zamówień, ciągle przybywali nowi klienci. Wielu dawało zadatki. Ale teraz ich liczba na pewno wydatnie wzrośnie. Przyniosą wszystko, czego potrzebował on, córka, pracownicy i ich rodziny – cukier, sól, ziarna kawy, herbatę, pakiety ciastek, będący rarytasem chleb kukurydziany, mięso, może znajdzie się też świeże masło i nadal rzadko spotykane owoce.

Życie powoli wracało do normalności, uzyskiwano przewagę nad odmieńcami, zarażonymi albo zakażonymi, jak często ich określano. Obszar władztwa ludzi systematycznie się rozrastał, a to umożliwiało organizowanie znacznie większej ilości wypraw, penetrujących magazyny dawnych sklepów, hurtowni i supermarketów, ciągle jeszcze nie do końca opróżnionych. Nadal przynoszono obfity łup, chociaż wiele pojemników już wypełniała dziwna, kleista maź, pełna robaków, a z konserw, mimo szczelnego zamknięcia, bił zatykający nozdrza fetor.

Schumacher, jego córka i pracownicy nie narzekali na głód i ubóstwo, przeciwnie, Felix rozważał wykorzystanie dawnego garażu na dodatkową spiżarnię. Niekiedy ze śmiechem powiadał, że wróciły czasy pierwotnej wymiany towarowej, a on na niej bardzo korzysta. Czasami dodawał, że papierowe dolary znakomicie sprawdzają się w roli przybitek do strzelb skałkowych i otrzymuje je w setkach sztuk, i to bez żadnych kłopotów.

Felix i jego ludzie, ponad dwa tuziny robotników, ustawicznie zajęci pracą, nie mieli czasu na pozyskiwanie pożywienia. Wraz z innymi cennymi przedmiotami przynosili je klienci, wymieniając na broń.

Wszystkie drzewa parkowe i owocowe wraz z krzewami bezlitośnie wycięto. Pnie i grubsze gałęzie wykorzystano do budowy okiennic, zapór, parkanów i wzmocnień drzwi, pozostałości dawnej flory służyły jako opał do prymitywnie skleconych piecyków kuchennych. Nadal na oswobodzonych terenach każde drzewo szło pod topór, a Schumacher zacierał dłonie – jego wypalarnia węgla drzewnego pożerała mnóstwo surowca, niezbędnego do produkcji prochu. Dopiero niedawno gdzieniegdzie pojawiły się jabłonie i grusze, zdobiące dawne trawniki, pilnie teraz strzeżone przed intruzami. Felix nie miał pojęcia, skąd wzięto nasiona. Przy przeszukiwaniu pozostałości dawnych sieci handlowych baczono, żeby nie zapuścić się za daleko. Tereny poza już kontrolowanym obszarem nazywano krótko – „no man's land”.

Nikt nie wiedział, skąd wzięło się to określenie.

O jednym nigdy nie zapominano – z dziką rozkoszą wybijano nieumarłych, przynajmniej tutaj, w okolicy, gdzie Felix stworzył swoją manufakturę. Okazało się, że nie do końca byli tacy niezniszczalni.

Przełom zapoczątkował Robin, ale rewolwery Felixa i kule odlewane z metali kolorowych miały w tym wielki udział, może nawet kluczowy. Pozwalały z odległości kilkunastu kroków trafić w mózg odmieńca, co kładło kres jego istnieniu. Już się nie odradzał. Dla pewności ucinano truposzowi głowę.

Znany wytwórca broni ponownie zwrócił wzrok na pięknie prezentujący się szyld. Niebawem Destroyer przybędzie po odbiór honorarium. Czekało ich pyszne śniadanie i rozmowa o poważnych interesach, propozycję których Felix zamierzał przedstawić, radykalnie zmieniających przyszłość. Uważał, że bohater walki z odmieńcami ją przyjmie.

Powinien też zjawić się inny gość, bardzo lubiany przez Schumachera, każdego poranka niecierpliwie wyczekiwany.

Dzisiaj dziwnie się spóźniał…

 

***

 

Felix skierował spojrzenie ku niebu.

Z utęsknieniem i rosnącym zniecierpliwieniem czekał na codziennego przybysza i jego popis – na pieśń skowronka.

– Nuże, chłopcze, zaczynaj. Nie guzdraj się – mruknął pod nosem Schumacher. – Bez ciebie dzień jest niepełny… Nijaki, źle się zaczyna. Zaśpiewaj mi pieśń tryumfu!

Skowronki pojawiły się dwa lata temu. Felix wcześniej nigdy ich nie widział. Ze wstydem przyznawał, że nawet nie wiedział o ich istnieniu.

Harriet, kochająca zbierać książki i je studiować, szybko odkryła, czemu ranki umilają wspaniale brzmiące trele.

– Samczyk oznajmia swoim pobratymcom, że włada tym polem, a oni niech szukają sobie innego – stwierdziła stanowczo. – Może też śpiewać pieśń godową. Przyzywa przyszłą żonę.

Felix zauważył, że z uśmiechem zerknęła wtedy w stronę Willy’ego, czeladnika zajmującego się wytwarzaniem nabojów. Kleił papierowe tutki i napełniał je prochem, a potem mocował kapiszon i osadzał kule. Miał bardzo odpowiedzialną pracę. Też uwielbiał zgłębiać stare szpargały, pozostałości po dawnych dniach spokojnego życia. Bez wahania niszczył dzieła, które określał jako szmatławe i nic niewarte. Wszelkiego rodzaju encyklopedie, poradniki i instrukcje troskliwie odkładał na bok.

Schumacher sądził, że córka i Willy wkrótce wezmą ślub. Wyglądało na to, że się kochają, a połączyły ich wyprawy do bibliotek po papier. Cieszyła go myśl, że pewnie niebawem zostanie dziadkiem. Żałował, że żona nie doczekała odmiany losu mieszkańców osiedla. Zmarła na zawał, śmiertelnie przerażona hordami odmieńców, zmieniających ludzi w żywe trupy.

Harriet nie rozumiała tylko, czemu skowronki osiedliły się właśnie tutaj.

Schumacher wyjaśnił, dlaczego tak się stało. Doskonale pojmował przyczyny osiedlenia się podniebnych przybyszów.

– Za tylnym parkanem rozciąga się jedno z pól Samuela – stwierdził z uśmiechem. – Zobacz, jak bujnie rośnie tam trawa. Ptaszki mają w bród pożywienia. I pewnie gnilne soki też im smakują…

Pola Samuela były miejscami, w których chowano trupy odmieńców, nareszcie zastygłe w bezruchu. Bano się ich nawet dotknąć, lękając się zarażenia. Pierwszym, który odważył się wrzucić zwłoki do rozległego dołu, był farmer Samuel Spade. Nie zależało mu na życiu, stracił żonę i dwójkę dzieci.

Zaryzykował i w grubych, długich do łokcia rękawicach pogrzebał nadal broczące ropą zwłoki, a potem wyrównał grunt i posiał na nim kukurydzę. Tłumaczył sąsiadom, że szkoda mu było zostawić bez pożytku akr ziemi.

Rośliny wspaniale obrodziły, a wyrośnięte kolby łamały łodygi.

Teraz pola Samuela stały się powszedniością. Ich twórca związał się z pewną wdową i począł wypiekać chleb, który natychmiast znajdował nabywców.

Na firmamencie nareszcie pojawił się wyczekiwany ptaszek. Łukowatymi zakosami wznosił się w przestworza, w idealnie spiralnym locie. Początkowo milczał, ale przy trzecim kręgu perliste trele zaczęły pieścić uszy Felixa. Dźwięki układały się w harmonijną melodię, radosną, w koncert niebywałej śpiewaczej doskonałości.

Skowronek nieruchomo zawisł wysoko i ciągnął dalej swój popis.

Brzmiał cudownie.

– Wspaniałych masz sąsiadów – Mocno brzmiący głos odwrócił uwagę Felixa. – Zazdroszczę ci… Tam, gdzie mieszkam, jeszcze nie ma tych ptasząt. Fenomenalnie śpiewa!

Za masywną, dobrze zaryglowaną bramą stał dryblas w kasku z nosalem i drucianą osłoną twarzy, ubrany w gruby kaftan ze skóry, wzmocniony sztabkami żelaza, spodnie z samodziału i buty z wysokimi cholewkami. Za pasem miał rewolwer, a u boku ciężki kord.

Robin Destroyer, najbardziej znany eksterminator zarażonych, punktualnie stawił się po odbiór należności za udostępnienie swojego wizerunku.

Jak często się zdarzało, w swojej wypowiedzi użył prawie już zapomnianego, niemal archaicznego wyrazu.

 

***

 

– Myślę, że codziennie intonuje hymn radości – poważnym tonem odpowiedział Felix.

Rozejrzał się uważnie. Tak czyniono zawsze, sprawdzając, czy gdzieś, za załomem murów, wrakami samochodów i tramwajów nie czai się śmiertelne niebezpieczeństwo – grupa odmieńców. Zaczął zwalniać zasuwy.

– Ma w bród jedzenia i nikt go nie niepokoi. Dla mnie – ciągnął z uśmiechem – ta pieśń jest potwierdzeniem naszego sukcesu.

Uścisnęli sobie serdecznie dłonie.

– Chodź – zakończył Schumacher, kordialnie klepiąc gościa po ramieniu. – Zjemy pyszne śniadanie, a potem pogadamy o przyszłości. O wielkich planach i wielkich interesach.

 

***

 

Po wejściu do salonu Robin stanął, zaskoczony tym, co zobaczył.

Centralny pokój willi Schumachera lśnił czystością, stół przyciągał uwagę pięknym nakryciem, śnieżnobiałym obrusem z misternymi haftami, krzesła z wysokimi oparciami obiecywały wygodę, ale do elegancji tego pomieszczenia Robin dawno się przyzwyczaił.

Nowością był pyszniący się na ścianie zegar wiszący. Głośno tykał.

Prostokątną obudowę zdobiło wypukłe obramowanie, przypominające fantazyjne wijące się łodygi bajkowych roślin. Zadziwiało symetrią poszczególnych elementów i precyzją wykonania. Szczyt wieńczyła rzeźba, przedstawiająca spinającego konia jeźdźca w kapeluszu, z wyciągniętą przed sobie szablą. Sprawiała wrażenie, że za parę sekund kawalerzysta śmiało popędzi dalej.

Całość wykonano w drewnie, pokrytym bijącą ciepłym blaskiem brązową politurą.

Wahadło połyskiwało świeżo nałożoną pozłotą, a porcelanowy cyferblat bielą niedawnego odnowienia.

Stary czasomierz prezentował się niezwykle majestatycznie.

Robin otworzył usta, pewnie chcąc zadać jakieś pytanie, ale Felix go ubiegł.

– Sam nie wiem, dlaczego go nabyłem, a drogo mnie kosztował – stwierdził poważnym tonem. – Chociaż…

– Chociaż – z uśmiechem ciągnął po chwili milczenia – pomysł kupna tego muzealnego okazu był efektem pracy nad moim planem. Opowiem o nim po śniadaniu – dodał pośpiesznie. – Uzmysłowiłem sobie, jak bardzo ten relikt przeszłości jest ważny. Sam się wkrótce przekonasz, dlaczego.

Zerknął na tarczę z czarnymi wskazówkami.

– Ale teraz zacznijmy jeść, inaczej pieczyste wystygnie – dodał. – Harriet by nas przeklęła, bo mocno się napracowała.

Zdjął pokrywkę z pokaźnego półmiska.

Posiłki traktowano teraz z nabożeństwem, a do łask wróciły dawniej używane określenia potraw.

– Co dałeś w zamian za zegar? – z zainteresowaniem zapytał Robin.

Już trzymał widelec w dłoni.

– Dwa pistolety skałkowe i dziesięć ładunków. – Felix wyraźnie się skrzywił. – Dwulufowe, cenne…

Przez kilka długich minut sycili głód. Tylko tykanie zegara zakłócało ciszę.

– Ten muzealnik mieszka blisko rubieży, nadal zajmowanej przez odmieńców – podjął Schumacher. – Boi się o swoją rodzinę. Z tej broni zgładzi co najmniej trzech zarażonych, czwarty pocisk wpakuje sobie w głowę. Albo pozbawi życia żonę, dwoje dzieci i na końcu popełni samobójstwo.

Krzywo się uśmiechnął.

Ludzie nie cenili teraz swojego istnienia. W sytuacji zagrożenia często woleli szybko umrzeć, nim staną się członkami hordy broczących ropą napastników. Albo ich pokarmem i skonają, pożarci żywcem.

Robin pokiwał głową.

– Życie… – stwierdził. – Samo życie…

Uderzenie kuranta zabrzmiało czysto, metalicznie, bardzo podobnie do dźwięku gongu, wypełniając przestrzeń salonu. Za pierwszym nastąpiło kolejnych pięć.

Zegar oznajmił, że upłynęło sześć pierwszych godzin dnia.

– Widzisz, on mi przypomina, że musimy wykorzystać każdą chwilę, każdy kwadrans, każdą dobę do osiągnięcia naszego celu: wycięcia tych ludzkich bydląt do ostatniego – poważnym tonem stwierdził Schumacher. – Teraz chyba rozumiesz, czemu go kupiłem? Nie możemy tracić czasu, a ten zabytek mnie o tym informuje… Niedługo dowiesz się, co opracowałem. Projekt zwycięstwa…

Szeroko się uśmiechnął.

Palce Felixa wybiły na blacie stołu jednostajny, ale szybki rytm, podobny do uderzeń werbla, parę wieków temu towarzyszących żołnierzom idącym do szturmu.

 

***

 

– Parę kropelek śliwówki do kawy? – Felix wyjął korek z pękatej butelki. – Znakomicie poprawia smak.

– Poproszę. – Robin kiwnął głową.

– Wiesz – ciągnął Schumacher rozbawionym tonem – niedawno dowiedziałem się, że sąsiad urządził na jakimś polu Samuela sad pełen śliw. Na drzewach rosną owoce ledwie mieszczące się w dłoni, o niebiańskim smaku. Zaczął produkować z nich doskonałą wódkę. Nawóz z ciał tych skurwieli przydaje się do wszystkiego! Zabawne…

– Pewnie z dawnych czasów jakimś cudem zostały mu pestki, więc je wykorzystał – dodał po chwili zastanowienia. – Przypomniał sobie, że to przecież nasiona… Na razie to jedyny taki ogród.

Robin wzruszył ramionami. Zdawał się nie słuchać – zerkał w stronę stolika pod oknem. Harriet i Willy też teraz rozkoszowali się rannym posiłkiem. Nagle dziewczyna zaczęła się perliście śmiać.

Czule potargała Willy’emu bujną czuprynę.

– Mają się ku sobie – konspiracyjnym tonem zauważył Felix. – Chyba wezmą ślub.

Na twarzy Robina odbiło się zaskoczenie.

– Myślałem, że…

Nie dokończył zdania. Tak mocno zwarł zęby, może w przypływie nagłego gniewu, że zgrzytnęły. Niecierpliwym gestem przetarł powieki.

Robin miał chudą, młodo wyglądającą twarz, rzadkie włosy koloru słomy i kilka piegów na policzkach. Górną wargę okalał wąsik, przypominający zwitek pozostałości po uschniętym pęku pokrzyw.

– Już nieważne… – stwierdził głucho brzmiącym głosem.

Zacisnął wargi. Wydawało się, że zmełł w ustach wulgarne przekleństwo, nie chcąc, żeby Felix je usłyszał.

Gospodarz niespodziewanie zmienił temat rozmowy.

– Naprawdę nazywasz się Destroyer? – spytał z ciekawością. – Nigdy nie słyszałem takiego nazwiska, chociaż, przyznam, pasuje do ciebie.

– Skądże. – Robin wzruszył potężnymi ramionami. – Jestem Robin Smith i tego jestem pewien.

Potrząsnął głową, jakby chciał odegnać złe, męczące umysł wspomnienia.

Może poczucie sytości, a może uspokajające tykanie zegara spowodowały, że nagle zdecydował się na chwilę zwierzeń.  

– Współpracujemy i osiągamy coraz większe sukcesy – stwierdził. – Dobrze byłoby, żebyś wiedział, z kim masz do czynienia, więc opowiem ci moją historię, chociaż naprawdę nie jest ciekawa. Nikt jej nie zna, a ja sam chciałbym o niej na zawsze zapomnieć…

Niepodziewanie ciężko westchnął.

 

***

 

– Matka podrzuciła mnie pod bramę sierocińca, gdy nie miałem jeszcze trzech lat. – Twarz przybysza skurczyła się w dziwnym grymasie. – Wredna suka… Chyba naczytała się za dużo komiksów o banitach z Sherwood – ciągnął wolno – i z nich wzięła imię. Pamiętam, że dużo tych opowieści walało się w klitce, w której się gnieździliśmy, pełnej karaluchów. Na nadgarstku miałem pasek papieru z imieniem, nazwiskiem i datą urodzenia, przyklejony przezroczystą taśmą klejącą. Bardzo bolało, gdy zakonnicy ją odrywali. Destroyer to przydomek.

– Co było dalej? – zapytał Felix. Siorbnął łyk kawy i z uznaniem pokiwał głową.

– Wielkie gówno – spokojnie odpowiedział Robin. – Tak, skończyłem szkolę, nauczyłem się tam wielu rzeczy. Ale jedzenia dawali tyle, co kot napłakał. Kazali nam ciężko harować. To wcale nie było jeszcze najgorsze, najgorsze było co innego. Domyśl się, co.

Wyraźnie się wstrząsnął. Sięgnął po zapomnianą filiżankę z czarnym jak smoła naparem.

Milczeli przez chwilę.

– W końcu dałem nogę, o parę lat za późno. – Robin krzywo się uśmiechnął. Cały czas zerkał w stronę stolika, przy którym Willy i Harriet o czymś żywo dyskutowali przyciszonymi głosami. – Powiem jedno – gdybym teraz napotkał moich opiekunów w sutannach, związałbym i zataszczył pod najbliższe miejsce pobytu odmieńców. Wyjął im na wierzch kutasy, żeby ludojady od nich zaczęły ucztę. Dbali o swoje penisy, dbali, więc to powinno sprawić im przyjemność… Rozumiesz, o co chodzi?

– Chyba tak – ostrożnie odpowiedział Schumacher. – Nie miałeś szczęśliwego dzieciństwa.

Wyjął z szuflady stołu kilkanaście kartek papieru zapisanych ołówkiem. Nikt już nie pamiętał, kiedy zniknęły wieczne pióra i długopisy, z wkładami zaschniętymi na kamień, ale ołówki nadal znajdowano.

– Potem już nie było tak źle – obojętnie stwierdził Robin. – Pracowałem jako robotnik rolny. Zbierałem fasolę, kukurydzę, winogrona. Niewiele płacono, garść dolarów i talerz strawy za dzień mordęgi, ale nie miałem wielkich potrzeb. No i decydowałem sam o sobie… W końcu wydarzył się szczęśliwy traf. Zatrudnił mnie jako nocnego stróża właściciel sklepu z bronią – ciągnął z nikłym uśmiechem.

Widać było, że to wspomnienie sprawia mu przyjemność.

– Nazywał się Jack Atkins. Trochę go oszukałem, jeżeli idzie o wiek. Płacił mało, ale miałem własny pokoik. Zajął się mną, ukończyłem kurs księgowości, i nauczyłem się dobrze strzelać, z każdej pozycji. Rozumiesz, klienci sprawdzali właściwości broni… Teraz to się bardzo przydaje. Oncle Jack, bo tak go potem nazywałem, dysponował wspaniałą biblioteką, spadkiem po jego rodzicach i dziadkach, więc dużo czytałem. Prawdę powiedziawszy, pożerałem książki, jedną po drugiej. Moim pierwszym bohaterem stał się D’Artagnan… Potem przyszedł czas na „Moby Dicka” Melville’a. I innych, Stendahla, Hemingwaya, Tołstoja i Dostojewskiego… Wiesz, nawet polubiłem Raskolnikowa. Bardzo się rozwinąłem.

Uśmiechnął się tęsknie, jakby pamięć niespodziewanie przywiodła piękne wspomnienia i marzenia, nadal tlące się w głębi duszy.

Nagle Robin strzelił palcami, jakby coś sobie przypomniał.

– Atkins nosił wąsy, więc ja sobie też zapuściłem. Z nimi nikt nie wziąłby mnie za młodego gnojka. No i lepiej wyglądam…

Felix kaszlnął, jakby chciał stłumić śmiech. Dziwnie brzmiące nazwisko, przywołane przez przybysza, nic mu nie mówiło.

Teraz już jednak wiedział, skąd gość czerpie te pięknie brzmiące, ale prawie zapomniane określenia. Przyswoił je sobie w młodości.

– Ciekawe wspomnienia z czasów przed zagładą. Każdy jakieś ma, czasami dobre, czasami złe… – rzucił.

Zdawało się, że Schumacher myśli już o czymś zupełnie innym.

– Porozmawiajmy o przyszłości. O moim wielkim planie i wielkich interesach. Czekają nas wspaniałe perspektywy, przekonasz się!

Odsunął kubek i wziął ze stosiku pierwszą kartę.

Musiały być ważne, bo zwykle papier wykorzystywano tylko do produkcji rewolwerowych ładunków.

 

***

 

– Co zamierzasz?

Robin znowu przeniósł spojrzenie na stolik pod oknem, z którego Willy i Harriet uprzątali talerzyki i sztućce.

– Staram się, poszerzamy władztwo ludzi – dodał. – Praca na lata… Cóż więcej jeszcze można zrobić?

Podniósł i zważył w ręku pękatą sakwę, wypełnioną darami Felixa, zapłatę za udostępnienie swojego wizerunku. Chrząknął z uznaniem.

– Nie sprawdzisz, co dostałeś? – ze zdziwieniem zapytał Schumacher. Ciągle trzymał w dłoni gęsto zapisaną kartkę.

– Na pewno dałeś tyle, ile trzeba – spokojnie odpowiedział Robin. – Powiedz tylko, czy włożyłeś kruche ciastka z cukrem?

– Całą torbę, tak, jak prosiłeś. Wczoraj wypiekane. Lubisz?

– Szkraby w moim apartamentowcu zajadają się nimi. – Niespodziewanie Robin szeroko się uśmiechnął. – Żebyś widział, jak się cieszą, gdy je przynoszę! Trochę się nimi opiekuję…

Zamyślił się. Nagle westchnął.

– Dobrze znam to uczucie – kontynuował. – Też strasznie tęskniłem za słodkościami, gdy przebywałem w zakładzie tych pierdolonych gwałcicieli, zwanym sierocińcem. Czekałem cały tydzień, żeby w niedzielę skosztować kęs stęchłego puddingu…

Przywołana przeszłość nadal musiała dręczyć Robina, bo nagle bluznął ordynarnym przekleństwem, a potem pogardliwie prychnął.  

– Już nieważne… Niepotrzebnie o tym opowiadałem. Dobra, koniec z tymi głupimi wspomnieniami.

Mocno potrząsnął głową, jakby ponownie pragnął odpędzić męczące go złe myśli.

– Lepiej powiedz, o co chodzi? – zapytał zdecydowanie.

 

***

 

– O projekt przyśpieszenia dalszego rozwoju, skokowego postępu, opracowany przez Willy’ego – spokojnie odpowiedział Schumacher. – Łebski z niego chłopak… Kończył socjologię, gdy nagle pojawiły się te ludojady i świat przewrócił się do góry nogami. Już wcześniej miałem taki pomysł, ale on go sprecyzował i rozwinął.

Przeciągnął dłonią po wydatnej łysince.

Felix niegdyś, w czasach młodości, prowadził dobrze prosperujący warsztat samochodowy. Największy dochód przynosiło jednak dodatkowe zajęcie, tworzenie replik dawnej broni. Znajdowały wielu odbiorców. Wybudował nawet niewielką rusznikarnię. Z czasów przed inwazją zarażonych pozostało wiele gotowych półfabrykatów, luf, kurków, bębenków i sprężyn. Długo wydawały się zupełnie niepotrzebnymi gratami, ale po wyczerpaniu zapasów amunicji Felix szybko zrozumiał, jak bardzo są ważne.

Teraz stale powiększana fabryczka stała się podstawowym elementem jego manufaktury, chociaż nie jedynym.  

– Tak… – mruknął Robin. – Niektórzy siedzą w ciepełku, a inni się narażają. Na pożarcie żywcem, jeżeli te bestie są wygłodzone.

Schumacher nie zareagował na kąśliwą uwagę.

– Jedni wykonują to, inni tamto – stwierdził krótko. – Posłuchaj: odzyskujemy teren, ale straszliwie wolno. Potrzeba znacznie większej liczby grup egzekucyjnych… A ich szefowie stworzą następne. Ty je przeszkolisz i będziesz nimi kierował. Doskonale znasz tę robotę… Nowe tereny, nowe źródła materiałów, miedzi, srebra, złota i brązu na lanie kul. Pojmujesz? Realna możliwość zwiększenia produkcji moich rewolwerów. Podstawa ekspansji…

Oczy mu błysnęły. Ze stosika wyjął kartkę i przez moment studiował ją uważnie, kiwając głową, może chcąc coś sobie przypominać.  

– Teraz kontrolujemy parę kwartałów, niebawem całą dzielnicę, potem kolejną – ciągnął. Machał dłonią dla podkreślenia wagi swoich słów. – W końcu, dzięki nowym oddziałom trzebicieli zarażonych, wyzwolimy Frisco. Zabierzemy się za oswobadzanie stanu. Ha!

Odłożył arkusik na miejsce.

– Wtedy ogłoszę się burmistrzem.

Uśmiechnął się wyraźnym zadowoleniem.

– Potrzebny jest taki urząd. Potem pewnie gubernatorem.

Twarz dawnego mechanika przybrała marzycielski wyraz.

Sięgnął po kolejne zapiski, chcąc kontynuować przedstawianie swoich zamierzeń, ale uniemożliwiło to bicie zegara.

Siedem uderzeń przypomniało, że minęła kolejna godzina.

– Czas ucieka, ale my go niebawem nadrobimy. Wyprzedzimy – stwierdził Felix pewnym siebie tonem. – Moim wnukom zostawię wspaniałe dziedzictwo. Oni dokończą dzieła.

Nie zauważył, że Robin wyraźnie się skrzywił.

 

***

 

Przez kilkanaście sekund obaj wsłuchiwali się w tykanie starego zegara.

– Kim zostanie Harriet? – cicho zapytał Robin.

Przegładził płowy wąsik. Nadal zarost pod nosem wyglądał jak pozostałość po wyschniętych chwastach.

– Moim sekretarzem – bez wahania odpowiedział Felix. – Ważną postacią. Wszystko mamy opracowane.

Zerknął na kartkę i wziął następną.

– Willy stanie na czele rady naukowej, pewnie też powołam go na mojego zastępcę. Umie organizować pracę, szpera w dokumentach, zanim pójdą do wytwórni nabojów. Twierdzi, że  może poznamy przyczyny zmiany ludzi w odmieńców. Wyjaśnienie, dlaczego ropa i ta dziwna wydzielina nie krzepną, ma istotnie znaczenie. Gniją za życia, ale nie umierają… Ruszają się, atakują, żywią wyłącznie człowieczym mięsem. Przemieniają się w drapieżne zwierzęta.

Ludzie dobrze już wiedzieli, jak wygląda proces przeistaczania się zarażonych. Przednie zęby stawały się ostrymi kłami, palce szponami, zdolnymi bez wysiłku rozrywać ciała ofiar. Skóra odmieńców zaczynała płatami odpadać, a ilość ropy i dziwnej wydzieliny stale się powiększała.

Nigdy nie krzepły. Niekiedy śmiano się, że ci, u których ten proces osiągnął apogeum, przypominają żywe sadzawki.

Ci stanowili największe niebezpieczeństwo. Dawno już zauważono, że szybko zostają prowodyrami grup odmieńców, prowadzą ich do ataków, starając się zwiększyć liczebność hordy.

Tych osobników Robin i inni łowcy odstrzeliwali w pierwszej kolejności.

Niespodziewanie Felix zamyślił się.

– Willy sądzi, że odmieńcy są efektem nieudanych eksperymentów genetycznych, mających na celu osiągnięcie długowieczności i odmładzania ludzkich tkanek. Także mózgu, chociaż to wydaje się nieprawdopodobne… – podjął z zastanowieniem. – Coś jednak poszło nie tak, stworzono zwyrodnialców. Wyzwolili się, i w okamgnieniu niczym szarańcza wszędzie rozlali. To dopiero przyszłość, ale takie badania mogą zwiększyć produkcję żywności.

Głośno strzelił palcami.

– Na razie starcza, ale co będzie później? – zapytał z emfazą. I sam sobie odpowiedział.

– Potrzebujemy wielu upraw kukurydzy, pszenicy, fasoli, kawy, może i tytoniu, nawożonych ludzkim gnojem z ciał odmieńców, niezwykle wydajnym… Wtedy przeżyjemy. Ten problem ma strategiczne znaczenie.

Słowa Felixa zabrzmiały dziwnie, tak, jakby Schumacher kogoś cytował. Robin wiedział, że Willy’ego. Już chciał wypowiedzieć zjadliwą uwagę, ale zmilczał.

W czasach, gdy Robin pracował u Atkinsa, niespecjalne gustował w oglądaniu telewizji. Właściciel sklepu przeciwnie, uwielbiał łączyć kolację z śledzeniem dzienników. Pasjonował się programami publicystycznymi. Robina one nie interesowały, wolny czas poświęcał na lekturę i słuchanie kanałów muzycznych, odkrywając stare i nowe przeboje, dla niego nieznane. Pozwalały oderwać myśli od wspomnień, powoli pokrywając je mgiełką zapomnienia.

Teraz w umyśle zabójcy odmieńców niespodziewanie mignęło spostrzeżenie, że Felix zachowuje się tak samo, jak politycy, niegdyś goszczący w studiach telewizyjnych. Jest patetyczny, święcie przekonany o słuszności swojej wizji, a z każdego zdania emanuje nieznośna emfaza.

Robin uznał, że nie warto o tym wspominać – od Schumachera wiele zależało.

Gospodarz z uśmiechem zerknął w ostatni arkusik, pokryty rycinami. Wyglądał inaczej od pozostałych, był znacznie grubszy i mocno zażółcony ze starości. Ktoś u góry foremnymi literami dopisał ołówkiem kilka linijek tekstu.

Robin wytężył wzrok. Felix zauważył zainteresowanie gościa.

– „Z nowej broni Schumachera jak zwykle trafisz nieomylnie w głowę odmieńca, tylko ze znacznie większej odległości! Zwłoki wykorzystasz jako gnój na swoim polu Samuela i zyskasz więcej, niż wydasz” – wolno odczytał dopisek.

Zachichotał.

– Na podstawie starego wzorca opracowałem nową broń, karabin iglicowy – stwierdził z dumą. – Doskonała flinta! Willy wymyślił reklamę.

W głosie Schumachera zabrzmiał zachwyt.

– Wielki, pełen rozmachu plan, muszę go przemyśleć – cicho stwierdził Robin. Wstał. Wydawało się, że zbiera się do odejścia. – Wreszcie zatryumfujemy…

Założył hełm.

– Ten Willy wszędzie się pcha, niczym natrętna mucha… – stwierdził sucho.

Ochrona głowy w rzeczywistości była kaskiem motocyklowym z mocną osłoną podbródka. Schumacher dołączył do niego sztabę żelaza, przesłaniającą nos i przymocował nitami plecionkę z drutów z owalnymi otworami na wysokości oczu, umożliwiającymi swobodne patrzenie. Z tyłu kark zabezpieczał gruby płat skóry.

– Inteligentny i dobrze poukładany chłopak – poważnym tonem odpowiedział Felix. – Gdy już oczyścimy nasz kwartał do końca, planują pierwsze dziecko. Wiesz – ciągnął z uśmiechem – pewnie stworzymy ród, podobny do klanu Kennedych. Czemu nie? Chciałbym tego doczekać…

Worek z darami Felix związał długim sznurem, tworzącym pętlę. Pomógł Robinowi przewiesić pakunek przez ramię, żeby ręce miał wolne.

Robin nic już nie powiedział, tylko zacisnął wargi. Dowiedział się najważniejszego, czegoś, co obracało w gruzy planowaną przez niego przyszłość.

Nikt nie dostrzegł, że znowu spojrzał na przemierzającą pokój Harriet, a jego twarz skurczyła się w grymasie gniewu.

Schumacher wyszedł razem z nim. Musiał zamknąć bramę.  

Na stoliku pozostały dwie filiżanki z niedopitą kawą, butelka śliwowicy i piękne kryształowe naczynie, pełne trzcinowego cukru, jeden z wielu przedmiotów, będących dumą Felixa, świadczących o powracaniu do normalności.

 

***

 

Wracając do siebie, Robin kręcił głową i uważnie się rozglądał. To był nawyk doświadczonego łowcy, mimo tego, że w ten kwadrat ulic odmieńcy zapuszczali się już bardzo rzadko. Robin sądził, że woleli szturmować dalsze rewiry przedmieścia, łatwo znajdując tam ludzki łup. Strawę nasycającą ich ciągle łaknące mięsa żołądki.

Obojętnie mijał wypatroszone do cna wraki samochodów i tramwajów. Wszystko się przydawało do codziennego życia. Zniknęły też metalowe skrzynki na listy, zagrabione przez czeladników Schumachera na potrzeby jego wytwórni. Każda uncja metalu była cenna.

Domy – niewielkie wille z zachwaszczonymi ogródkami, niecały tuzin kilkupiętrowych kamienic – wyglądały jednak porządnie, zabezpieczone zaporami z prętów i drutów, z oknami na parterach osłonionymi warstwami desek. W jednej z czynszówek na wyższej kondygnacji pyszniły się nawet firanki.

Ta część suburbium San Francisco za dnia mocno się już ożywiała. Kobieta w chustce na głowie właśnie zabierała się za mycie czarnych od brudu szyb okiennych. Pomachała Robinowi ręką.

Odpowiedział ospałym gestem.

Czuł, że przepełnia go dawno nie odczuwane i prawie zapomniane poczucie bezsilności. I bezwolności, jak wtedy, gdy został pensjonariuszem sierocińca.

Kochał Harriet całą duszą, od chwili, gdy ją zobaczył. Dla niej podejmował coraz bardziej ryzykowne wyzwania, dzięki niej stał się osobą znaną i podziwianą. Czuł się spełniony, szczęśliwy, jak nigdy w życiu. Żył w przeświadczeniu, że jego dokonania i rosnąca sława wywołują admirację Harriet. Zauroczenie, coraz bliższe gorącemu uczuciu. Był tego pewien. Niezłomnie wierzył, że niebawem połączą się i staną jednością. Będą mieli dzieci. 

Ten świat nagle się zawalił. W jednej chwili marzenia prysły niczym mydlana bańka. I nic nie mógł już zrobić.

Teraz Robin rozumiał, że żył w krainie umysłowej ułudy, głupich, szczeniackich marzeń, istotnych tylko dla niego.

– Będę nadal ryzykował, starał się, a oni będą płodzić śliczne maluchy… – mruknął pod nosem. – Stworzą klan Schumacherów… Gdy wreszcie przestanę być potrzebny, znowu zmienię się w popychle, zbieracza kukurydzy na polach Samuela… Gubernator Schumacher, senator Schumacher, a o mnie zapomną. Felix nawet nie nadmienił, jakie stanowisko obsadzę. Niedoczekanie…

Wiedział, że przemawia przez niego gorycz zawodu, ale na to nie zważał. Czuł gniew, szybko zamieniający się w furiacką wściekłość.

– Niedoczekanie – powtórzył głucho. – Codziennie się narażałem, a ją zdobył zwykły gnojek, damski pieszczoch, pewnie srający w gacie ze strachu na widok zarażonego. Jedno wielkie skurwysyństwo!

Nagle stanął. W umyśle narodziła się dziwna myśl.

Początkowo wydawała się szaleńcza, niemal obłąkana, straszna, ale teraz zaczynała mu się coraz bardziej podobać.

Uśmiechając się sam do siebie, raźno ruszył naprzód.

Nagle odnalazł nowy cel życia i możliwość okrutnej zemsty. Musiał je spokojnie rozpatrzeć.

 

***

 

Dopiero zaczynało świtać, gdy następnego dnia Robin Smith, zwany Destroyerem, wyruszył na poszukiwanie bandy odmieńców. Zwiadowcy ustalili, że bytują w zrujnowanej willi i stamtąd dokonują wypadów. Dwa dni temu zmasakrowali mieszkańców małego zaułka, przemieniając ofiary w swoich pobratymców.

Robin korzystał ze wsparcia kilkunastu osób. Pomagali mu młodzi mieszkańcy apartamentowca, w którym znalazł locum, przeprowadzając rozpoznanie, osłaniając atak, a po zakończeniu akcji zabierając zwłoki. Teraz już je ćwiartowali, żeby szybciej użyźniały glebę. Poszatkowane na kawałki trupy nabywali okoliczni mieszkańcy, dobrze się odpłacając. 

Pomocników Robina nazywano zwiadowcami, często też rangersami.

Ale teraz Robin był sam. Jego towarzysze mieli opuścić apartamentowiec trzy kwadranse później, przyczaić się w bezpiecznym miejscu i ruszyć, gdy umilkną strzały.

Zanim wyszedł, ułożył na kuchennym stole resztę kruchych ciastek z cukrem dla dzieciaków rangersów. Zostało ich jeszcze sporo.

Spędził bezsenną noc, bijąc się z myślami, i jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji, chociaż pragnienie zemsty na Harriet stawało się coraz bardziej dominujące.

Tłumaczył sobie, że musi pogrzebać dotychczasowe marzenia, zapomnieć o nich, ale natychmiast w umyśle rodziły się natrętne wizje kochających się Harriet i Willy’ego, niebawem opiekujących się dziećmi. Wtedy czuł narastające poczucie wściekłości, odepchnięcia. Potraktowania jak niepotrzebny, zużyty przedmiot. I poczucie bezsilności, a od czasu pobytu w sierocińcu go nie znosił. Ale pomysł zemsty był równie obrzydliwy, straszny, rodził nieodwracalne skutki. Budził lęk.

Bandę zarażonych spostrzegł z odległości nie przekraczającej stu jardów, jeszcze bezpiecznej. Siedmiu mężczyzn i młoda kobieta pożerali ciało nieszczęśnika, który nieopatrznie zapuścił się zbyt daleko od kontrolowanych przez ludzi rewirów, może w poszukiwaniu cennych metali.

Odmieńcy musieli być wyjątkowo głodni. Ich wygląd wskazywał, że u wszystkich proces przemiany dopiero się rozpoczął.

Nie stanowili zagrożenia. Robin miał świetny wzrok i na tym dystansie rozróżniał prawie wszystkie szczegóły. Z tej odległości wykończy dwóch strzałami z dubeltówki, resztę poślą do piekła kule z sześciostrzałowca Schumachera, a egzekucję zakończy ciosami kordu, odrąbując głowy.

Oni też go zauważyli. Zaczęli się cofać. Dziewczyna z długimi włosami nadal łakomie obgryzała coś, co wyglądało na męski łokieć. Niespodziewanie poprawiła ciągle jeszcze dobrze wyglądającą fryzurę. Tylko ropa, sącząca się z kącików ust, zdradzała, kim jest.

– Stójcie! Pogadamy! – krzyknął Robin.

Wiedział, że nie musi się śpieszyć. Byli na jego łasce.

– Robin King… – dobiegł go chropawo brzmiący kobiecy głos. – To Robin King… Nie zabijesz nas?

Odmieńcy szybko tracili zdolność mówienia. Po zarażeniu jeszcze trwała, potem jednak nieodwracalnie zanikała. Wtedy zarażonym pozostawał już tylko charkot, chociaż wielu twierdziło, że to inny rodzaj porozumiewania się.

 Nikt nie wiedział, jak długo trwa ten proces.

– Jeszcze nie, chciałem się czegoś dowiedzieć. Nazywacie mnie King? Ciekawe.

Sam nie wiedział, dlaczego poczuł radość.

– Tak, jesteś przecież władcą. Królem… Robin the King. Podziwiałam cię, gdy jeszcze byłam… człowiekiem.

Kobieta dziwnie kokieteryjnym gestem znowu przegładziła włosy. Gdyby nie kropelki wydzieliny, też już spływające z nozdrzy i część męskiego ramienia w dłoni, wyglądałaby jak mieszkanka ludzkiej dzielnicy.

 – Możecie nadal bez problemów używać rąk? – zapytał Robin. Już prawie się zdecydował. Zemsta za odtrącenie przez Harriet pogrąży ludzi ze szczętem, nieodwołalnie, wiedział o tym. Stanie się ostateczna. Pragnął jednak poznać ważne szczegóły.

– Tak – cicho odpowiedziała dziewczyna. Nagle cisnęła częś kiści ręki na ziemię, jakby chała pozbyć się niepotrzebnego już ochłapu. – Widzisz? Z łatwością. Mam… miałam… na imię Janet.

– W rękawicach nadal bez przeszkód naładuję broń. Nie przeszkodzą mi ani szpony, ani ropa. – Robin zmrużył oczy. – U Schumachera zdobędę nowe ładunki… Potem przestaną być potrzebne.

Już prawie się zdecydował, ale ciągle się wahał.

Pamięć Robina nagle przywiodła postać Raskolnikowa. Przez parę sekund rozważał, czy czuł to samo, co on, zanim Rodion wziął do ręki siekierę.

Też wymierzy sprawiedliwą karę za to, że społeczeństwo go odtrąciło.

Porzucił tę myśl, nie miała teraz znaczenia. 

– Będziesz mi wierna? – zadał ostatnie pytanie.

W napięciu czekał na odpowiedź.

– Tak – cicho odpowiedziała Janet. – Uwielbiałam cię. Nie wiem tylko, jak długo. Stale się zmieniamy, przeistaczamy, i nikt z nas nie zna kresu tej drogi. Jedno wiem na pewno: dopóki nie rozpryśnie się nam mózg i nie stracimy czaszek, żyjemy i nic nam nie szkodzi, tylko w coraz mniejszym stopniu jesteśmy ludźmi. Byłam ciekawa, co mnie czeka, i o wszystko pytałam.

Zwiesiła głowę.

– Albo innymi ludźmi… – nagle wyszeptała.

– Innymi ludźmi… – nieco głośniej powtórzył Robin. – Po prostu innymi ludźmi… Nową rasą.

Mógł stać się jej twórcą. Zostać półbogiem, jak dobrze pamiętane postacie z helleńskich mitów. One też popełniały zbrodnie.

Poczuł ulgę. Powoli zdjął hełm i prasnął nim z całej siły na ziemię.

– Ukąś mnie! – krzyknął. – Ugryź w policzek, zanim się rozmyślę! Daj mi pocałunek przemienienia!

Uderzenia zębisk Janet nie sprawiły mu bólu. Czuł tylko, że z jego ciałem dzieje się coś dziwnego. Zmienia się.

Zbliżył dłonie do oczu. Spod paznokci już zaczynała ciec ropa.

Pomacał twarz. Palce pokryła dziwna wydzielina. Nie krzepła, jakby żyła własnym życiem.

– Witaj wśród nas, mój mężu – usłyszał głos Janet. – Królu, poprowadź nas do zwycięstwa.

Delikatnie ujęła go za rękę.

 

***

 

Słońce już mocno świeciło, gdy szara plamka wzbiła się w niebo. Łagodnymi łukami zmierzała coraz wyżej. Zabrzmiała pieśń skowronka, witająca piękny ranek.

Nowy odmieniec podniósł głowę.

– Cudownie śpiewasz – mruknął. Ze zdziwieniem stwierdził, że zmienił mu się głos. Brzmiał ochryple. – Dzisiaj jeszcze wyrzucasz z siebie hymn powitalny dla ludzi. Niebawem zanucisz im elegię żałobną. Swoją krwią użyźnią ziemię. Jeżeli będzie miał kto ich chować… Niewiele to da, bo obeżremy wybrane ofiary aż do kości. Może niektórych oszczędzimy i staną się rodzajem rzeźnego bydła, dawcami pokarmu, bo przecież będzie potrzebny…

Krzywo się uśmiechnął, dziwnym, pełnym pogardy i nienawiści wygięciem warg.

– A potem stale będziesz witał rankiem nas – dodał po chwili. – Nowych władców tego przeklętego, przemienionego w piekło świata. Zanucisz pean na cześć nowego gatunku istot rozumnych…

Wraz z resztą towarzyszy pewnym krokiem poszedł w stronę ich schronienia.

Na asfalcie pozostał zapomniany przez Robina hełm, jeden z wielu wyrobów Schumachera, jeden z przedmiotów jego dumy, świadectwo stałego postępu osiąganego przez ludzi, symbol zbliżającego się ostatecznego zwycięstwa.  

 

***

 

Kolejnego dnia, o brzasku, nowy odmieniec wyszedł na werandę starej willi, zajmowanej przez współplemieńców. Towarzyszyła mu Janet.

Czekali na pieśń skowronka. Zaraz potem miano podjąć szturm na apartamentowiec.

Robin niecierpliwym gestem otarł wydzielinę, sączącą się z kącików ust. Trochę mu przeszkadzała, ale rozumiał, że szybko do niej się przyzwyczai.

Brązowa plamka łagodnymi zakosami wzbijała się w niebo. Zawisła na szczycie łuku i rozpoczęła swój codzienny występ.

Z gardziołka wydobyło się ochrypłe krakanie, podobne do głosu wrony. Z otwartego dziobka na ziemię spadały krople jakieś cieczy.

Kilka upadło przed Robinem. Przyjrzał się im uważnie.

To była ropa, bardzo podobna do tej, która ciągle sączyła się z ciał zarażonych. Nie zastygała.

– Dawniej śpiewał inaczej, ale teraz równie pięknie. – Głos Janet zmusił Robina do odwrócenia głowy. – To te gnilne soki z ciał naszych współbraci, którymi te ptaszki się żywią. Do naszego kręgu dołączyły nowe istoty – kontynuowała po chwili. – Potem zjawią się następne. Wspaniale!

Niedawny zabójca zakażonych z uśmiechem pokiwał głową.

 

28 maja 2019 r.   Roger Redeye

 

Ilustracja – za Wikipedią – skowronek zwyczajny.

Źródło ilustracji: https://poetrysoulcloset.com/2010/08/09/goddess-heather-mirassou/

Koniec

Komentarze

Było już wiele opowieści o żywych trupach, zombie czy innych przemienionych osobnikach, stanowiących śmiertelne zagrożenie dla ludzkości. Czytając Pieśni skowronka nie dowiedziałam się niczego nowego, nawet tego, skąd się tutaj te twory wzięły. No, może tylko tyle, że w opowiadaniu są to odmieńcy i z ich pomocą ma się dokonać okrutna zemsta mężczyzny, którego uczucia do pewnej panny zostały srodze zawiedzione.

Opowiadanie jest napisane całkiem nieźle, choć masa szczegółów i drobiazgowych opisów wydała mi się nużącymi ozdobnikami, raczej niewiele wnoszącymi do istoty całej historii.

 

okre­ślał jako szma­tła­we i nic nie warte. ―> …okre­ślał jako szma­tła­we i nic niewarte.

 

– My­śla­łem, że … ―> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Twarz przy­by­sza sku­rzy­ła się w dziw­nym gry­ma­sie. ―> Literówka.

 

Się­gnął po za­po­mnia­ną fi­li­żan­kę z pa­ru­ją­cym na­pa­rem. ―> Nie brzmi to najlepiej.

A skoro filiżanka została zapomniana, to wypełniający ja napar chyba przestał parować.

 

uwiel­biał łą­czyć ko­la­cję z śle­dze­niem dzien­ni­ków. ―> Raczej: …uwiel­biał łą­czyć ko­la­cję ze śle­dze­niem dzien­ni­ków.

 

za­bie­ra­ła się za mycie czar­nych od brudu szyb… ―> …za­bie­ra­ła się do mycia czar­nych od brudu szyb

 

ob­gry­za­ła coś, co wy­glą­da­ło na męski ło­kieć. ―> W jaki sposób, z odległości około stu jardów, można odróżnić męski łokieć od damskiego?

 

Tylko ropa, są­dzą­ca się z ką­ci­ków ust… ―> Literówka.

 

Gdyby nie kro­pel­ki wy­dzie­li­ny, też już są­czą­ce się z noz­drzy, część mę­skie­go ra­mie­nia w dłoni, wy­glą­da­ła­by jak miesz­kan­ka ludz­kiej dziel­ni­cy. ―> Chyba miało być: …z noz­drzy i część mę­skie­go ra­mie­nia w dłoni

 

Nagle ci­snę­ła kiść ręki na zie­mię… ―> Jak mogła cisnąć kiść, skoro trzymała łokieć?

 

Po­wo­li zdjął hełm i pra­snął nim z całej siły na zie­mię. ―> Raczej: Po­wo­li zdjął hełm i pra­snął go z całej siły na zie­mię. Lub: Po­wo­li zdjął hełm i pra­snął nim z całej siły o zie­mię.

 

Słon­ce już mocno świe­ci­ło… ―> Literówka.

 

Ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że Zmie­nił mu się głos. ―> Dlaczego wielka litera?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To prawda, że motyw nieumarłych czy też zombie był często wykorzystywany, zarówno w prozie, jak i w filmach. A czy jest nadal literacko nośny? Wszystko chyba zależy od sposobu przedstawienia.

Niektórych bardzo zaciekawił → “Wciągająca, mądra opowieść o ludziach, nadludziach i podludziach, żądzach i prawidłach rządzących tym światem, bez względu na czas i przestrzeń z celnymi odniesieniami do literatury światowej. Na koniec jakże oczywiste i proste unaocznienie, że zazdrość i związana z nią gorycz czynią mało cudowne cuda. Człowiek tu przedstawiony nie wypada dobrze, niewiele wyciąga wniosków z doświadczeń, powiela stare błędy, wchodzi w podobne schematy, Zakażenie można zrozumieć dosłownie i symbolicznie, jak kto woli.”

Jakoś w tej opinii nic nie ma o jakiejś tam pannicy… Cóż, miałem wcześniejsze recenzje i tea opowieść została przyjęta dobrze. Wszystko zależ od czytelniczego gustu.

A dlaczegOZ to nic niewart? Może jakiś słownikowy link? A poza ty, to autor kształtuje język, a nie słowniki.

Dzięki za wskazania zaledwie kilku literówek. Powoli usunę.

Przyznaję, że nie przepadam za zombiakami. Musi być w nich coś extra, żeby mnie ruszyć. W tym wypadku nie ruszyło :(

Nie widzę tu opowieści o ludziach, nadludziach i podludziach. Masz żądnego władzy faceta, który zwietrzył okazję. A z drugiej strony człowieka, któremu życie dało w dupę. Już miał nadzieję, że się odbije, że będzie kimś ważnym, a tu nic. Człowieka, który na dodatek nie wierzy w siebie. Cóż bowiem stało na przeszkodzie, aby zwrócił uwagę Felixa na swoje potrzeby i ambicje. Nie był brany pod uwagę, bo nie walczył o swoje. A przecież miał mocne atuty, był Felixowi niezbędny.

Nie sądzę, żeby Robin faktycznie kochał Harriet, za łatwo i za szybko mu poszło przestawienie się na nienawiść. Nie rozumiem, dlaczego nie zadbał o dzieci, którym przynosił ciastka, wydawał się być z nimi mocno związany.

Jeśli podludźmi miały być zombiaki, to też nie do końca wyszło. Za mało ich perspektywy w tym opku.

Gdzieś mi się niewiara otwierała, kiedy czytałam o traktowaniu padłych zombiaków jako nawozu. Ludzie przypuszczali, że zombiaki to wynik nieudanego eksperymentu genetycznego. Początkowo bali się ich nawet dotknąć, a potem hodowali na ich ciałach żywność? I nikomu nie przyszło do głowy, że to może mieć skutki uboczne?

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nie wiem, dlaczego, ale u mnie pojawiają się komentarze z okresu wcześniejszego opiniowania. Dziwne.

Coż, taka była jedna z opinii o tekście.

Pozdrówka.

PS. Ona tak oceniła opoweieść, a inni podobnie, a tutaj na razie też inaczej. Tak bywa, bo oceny są bardzo różne. A w tekście jedno zdanie informuje, że przy tych eksperymentach chodziło o wydłużenie długowieczności i i sprawności mózgu. Akcja dzieje się w przyszości… 

Chciałbym się upewnić, czy dobrze zrozumiałem – jeżeli nieumarli pozabijaliby/poprzemieniali resztkę ocalałych ludzi, nie mieli by co jeść (jeżeli żywili się wyłącznie ludzkim mięsem)?

Swoją drogą przypomina mi się to klasyczne pytanie – jak to jest, że żywi się martwią, a martwi się nie żywią ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bardzo możliwe, że wtedy zaczeliby się wzajemnie wybijać. Albo zaczęliby hodować normalnych ludzi na mięso, traktując ich jako rzeżne bydło. To niewykluczone, bo z tekstu, a zwłaszcza z wypowiedzi Janet wybika, że oni się rozwijali. Przemieniali w inną rasę ludzi.

Ale tym problemem nie zajmowałem się, bardziej interesował mnjnie Robin i ludzie, wśród których żył i właśnie wśród nich cieszył się znakomitą reputacją. Ale to go nie powstrzymało od zemsty.

Możliwe, że potrzebne jest jedno zdanie w końcówce w tej sprawie. Pewnie dopiszę.

Dzięki za komentarz.

Pozdrówka. 

PS. Dopisałem.

 

Mam wrażenie, że teraz jest odrobinkę logiczniej, ta zmiana trafia do mnie na tyle, że pozwolę sobie kliknąć.

Warsztatowo jak zwykle bez istotnych zastrzeżeń, bardzo przyzwoity poziom.

Jeżeli chodzi o światotwórstwo, wydaje mi się, że nie dopatrzyłem się rzeczy, których w tej czy innej formie nie widziałbym już gdzieś wcześniej. Najfajniejszym elementem były chyba pola Samuela. Moja wiedza z zakresu rusznikarstwa jest bardzo powierzchowna, ale zastanawiałem się, czy w tak przesiąkniętym sympatią do broni palnej społeczeństwie jak amerykańskie nikt nie potrafiłby wytwarzać broni bardziej zaawansowanej technologicznie niż skałkowa. Armia Krajowa produkowała pistolety maszynowe w warunkach konspiracji, im również raczej nie było łatwo pozyskiwać niezbędne materiały.

Jeśli miałbym skomentować wykreowanych bohaterów, zastanawiałem się nad postacią Robina i choć nie mam wątpliwości, że pragnienie zemsty to silna motywacja, chyba bardziej przemawiałaby do mnie zemsta wymierzona w Willy’ego. Nieco zdziwiło mnie również, że Robin otwiera się przed Felixem opowiadając o najintymniejszych, najmroczniejszych doświadczeniach z przeszłości a bardziej aktualnych żalów nie chce przedstawić, decydując się raczej na konfrontację. Tutaj rozumiem wątpliwości Irki.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jeżeli coś się uzupełnia w tekście, często bywa tak, że uzupełnienie rodzi konieczność dopisania kolejnego \dania. I tak było teraz. Po tym zdaniu o traktowaniu ludzi jako rzeźne bydło doszło następne → Krzywo się uśmiechnął, dziwnym, pełnym pogardy i nienawiści wygięciem warg.

Raz, że charakteryzuje ono uczucia Robina, a dwa, że rozgranicza partię dialogową i wprowadza na chwilę moment zawieszenia.

Jeżeli idzie o broń, zdecydowanie nie, bo AK dysponowała amunicją fabryczną, albo zdobyczną, albo zrzutową. A produkowanie takiej amunicji nie jest proste i w podziemiu jej nie produkowano. Ale wytwarzanie kapiszonów i ładunków papierowych na czarny proch już tak, tbyłoby możliwe, tyle, że do takiej klasycznej walki partyzanckiiej one się komplatnie nie nadają. 

Dlatego podkreślam, że Schumacher odlewał kule z matali kolorowych, bo topienie i formowanie takiego metalu, prxykładowo ołowiu, nie jest trudne.

Ano, Robin kocha Harriet, a Willy’ego traktuje jako chłystka. Jest pewien, ze imponuje ukochanej, a tu nie…

Cóż, motyw otwarcia się przed Schumacherem jest dość chyba jasny. Robin z nim współpracuje, osiąga dzięki broni Felixa wielkie sukcesy, więc Destroyer stwierdza, że dobrze byłoby , żeby Felix wiedział, z kim ma do czynienie. Może też, tak po prostu, chce się komuś zwierzyć..

Dz\ięki za ocenę tekstu.

A okazało się, że jednak zdecydowanie nic niewart. Sprawdziłem, poprawione.

Pozdrawiam.

Zombiaki to temat dosyć wyeksploatowany, ale skowronka w tym ujęciu jeszcze nie widziałam.

IMO, Schumacher zachowuje się dziwnie krótkowzrocznie jak na polityka. Miał rozmawiać o interesach, a nawija wyłącznie o swoich planach i marzeniach, nic nie oferując partnerowi. Błąd.

Wątek Robina nawet ciekawy.

Babska logika rządzi!

W tej opowieści jest wiele motywów, nieznanych w innych opowiadaniach o nieumarłych. Oczywiście, że Schumacher mówi dużo o swoich dalekosiężnych planach, ale też wspomina o interesach. Swoich… W tekście umieściłem o tym wyrazisty passus .

A że nie mówi o korzyściach Robina? A tak, nie wspomina o tym nawet słówkiem, i Destroyer wie o tym. W drodze powrotnej zrozumisł, że traktowany jest jednak jako pospolity egzekutor. Zostanie wykorzystany, później Felix go porzuci. Też zamieściłem wyrazisty opis.

A Harriet nie odwzajemniła jego miłości…

Więc decyduje się na zupelnie inne rozwiązanie. 

Tyle i aż tyle. Bardzo dużo.

Nowa Fantastyka