- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Zaginiona

Zaginiona

Wyrób amerykańskokryminałopodobny. Prawie bez fantastyki. Lepiej nie doszukiwać się sensu zbyt głęboko, chyba, że ktoś chce.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

mr.maras, regulatorzy, NoWhereMan

Oceny

Zaginiona

 

– Jedź! – roz­ka­zał.

Beth nie wy­ko­na­ła po­le­ce­nia, ogar­nia­jąc zba­ra­nia­łym wzro­kiem spo­co­ną twarz ob­ce­go męż­czy­zny, który wła­śnie wpa­ko­wał się na fotel pa­sa­że­ra. Wy­sa­dzi­ła Etha­na przed szko­łą, ale nie wpa­dła na to, by za­blo­ko­wać drzwi, gdy dzie­ciak wy­siadł. Świa­tła zmie­ni­ły kolor na zie­lo­ny, kie­row­cy z tyłu za­czę­li wście­kle trą­bić, a ona zdo­ła­ła wy­do­być z gar­dła je­dy­nie krót­ki, ża­ło­sny jęk:

– Ale…

– Ru­szaj, kurwa! – ryk­nął in­truz, wci­ska­jąc jed­no­cze­śnie pod jej żebra zimny przed­miot o wą­skim, ostro ścię­tym końcu. – Już!

Wy­raź­nie po­czu­ła go przez cien­ki ma­te­riał lek­kiej bluz­ki. Pi­sto­let czy nóż? Nie ośmie­li­ła się spoj­rzeć w dół. Stopa sama od­na­la­zła pedał gazu, sa­mo­chód ru­szył z pi­skiem opon, po­now­nie wi­ta­ny ja­zgo­tem klak­so­nów, tym razem ze stro­ny tych, któ­rym prze­cię­ła drogę. Od zde­rze­nia z pę­dzą­cą fur­go­net­ką dzie­li­ły ją mi­li­me­try.

– Prze­je­cha­łaś na czer­wo­nym – za­grzmiał, głę­biej wbi­ja­jąc twar­dy przed­miot w bok Beth. – Na drugi raz rób, co mówię!

In­stynk­tow­nie od­chy­li­ła ciało w bok i wstrzy­ma­ła od­dech, za­gry­za­jąc wargi aż do krwi. Na prze­kór bó­lo­wi i prze­ra­że­niu, wy­ci­ska­ją­cym łzy z oczu, radio bez­tro­sko mru­cza­ło pre­ten­sjo­nal­ną pio­sen­kę o mi­ło­ści. Why won't you re­le­ase me – pod­po­wia­dał re­fren.

– Mam syna… Puść mnie – wy­ją­ka­ła. – Bierz auto i jedź, dokąd chcesz!

Nie­spo­dzie­wa­nie cof­nął dłoń. Kątem oka do­strze­gła, jak ukry­wa pod kurt­ką pi­sto­let, wciąż jed­nak kie­ru­jąc lufę w jej stro­nę.

– Nie je­stem zło­dzie­jem. Ty po­je­dziesz. – Od­su­nął się, wy­god­niej sia­da­jąc w fo­te­lu pa­sa­że­ra i dodał: – Nie utrud­niaj, bo dzie­ciak zo­sta­nie sie­ro­tą.

I tak zo­sta­nie, prze­mknę­ła jej przez myśl po­nu­ra wieszcz­ba.

Za­gry­zła wargi jesz­cze moc­niej i ner­wo­wo za­ci­snę­ła palce na kie­row­ni­cy. Ko­lej­ne skrzy­żo­wa­nie po­wi­ta­ło ich czer­wie­nią. Pierw­szym, co przy­szło jej do głowy, był po­mysł, by pchnąć drzwi, ze­rwać się z fo­te­la i uciec. Mu­sia­ła­by jed­nak wpierw od­piąć pas. Czy on na­praw­dę strze­li, gdy tylko za­cznę mo­co­wać się z zam­kiem, roz­wa­ża­ła przez dłu­gie ni­czym wiecz­ność se­kun­dy po­zo­sta­łe do zmia­ny świa­teł.

Nie star­czy­ło jej od­wa­gi, by to spraw­dzić.

 

***

 

– To twoja matka?

Ethan nie­znacz­nie ski­nął głową. Przy­wykł do obo­jęt­nych, wy­zby­tych z cie­ka­wo­ści spoj­rzeń, ja­ki­mi po­stron­ni ob­da­rza­li po­gnie­cio­ne zdję­cie. Fo­to­gra­fia za­trzy­ma­ła czas dla nie­speł­na czter­dzie­sto­let­niej oku­lar­ni­cy, odzia­nej w bury, rów­nie nie­mod­ny jak fry­zu­ra swe­ter. Nie pa­mię­tał matki innej niż na tym zdję­ciu, jakby ka­wa­łek pa­pie­ru, po­prze­ci­na­ny ry­sa­mi za­gięć, za­własz­czył całą jego pa­mięć.

– Dawno było ro­bio­ne?

– Pięt­na­ście lat temu.

– No, to ma­mu­nia wy­glą­da teraz zu­peł­nie ina­czej. – Sprze­daw­ca w mi­ni­mar­ke­cie przy sta­cji paliw z iro­nicz­nym skrzy­wie­niem warg, ma­ją­cym ucho­dzić za uprzej­my uśmiech, oddał zdję­cie. – Śwież­sze­go nie masz?

– Nie. – Chło­pak zło­żył je na pół i scho­wał do kie­sze­ni.

Czuł, że nie­uprzej­my Metys zaraz zada jesz­cze jedno rze­czo­we py­ta­nie, a od­po­wiedź, któ­rej Ethan bę­dzie mu­siał mu udzie­lić, spra­wi, że gru­bas w brud­nym mun­dur­ku z logo dużej sieci pa­li­wo­wej prze­sta­nie trak­to­wać go po­waż­nie.

Nic no­we­go. Zdą­żył przy­wyk­nąć.

– A kiedy niby miała bywać w tej oko­li­cy? – spy­tał miej­sco­wy, wi­dząc mar­kot­ną minę chło­pa­ka, ra­czej po to, by przy­spie­szyć ko­niec roz­mo­wy niż ze szcze­rej chęci po­mo­cy.

– Wła­śnie wtedy. Wy­pła­ci­ła go­tów­kę z ban­ko­ma­tu na­prze­ciw­ko – padła od­po­wiedź. – Potem praw­do­po­dob­nie tu za­tan­ko­wa­ła.

– By­ła­by na na­gra­niu. Też mamy ka­me­ry. – Sprze­daw­ca ukrył dło­nie w kie­sze­niach i znu­dzo­ny, za­czął wy­py­chać je pię­ścia­mi.

– Wtedy mie­li­ście awa­rię.

Metys za­mru­gał kilka razy, po czym wydął usta i wo­dząc męt­nym spoj­rze­niem mię­dzy pu­sta­wy­mi pół­ka­mi, przy­znał:

– Tak, rze­czy­wi­ście… Fak­tycz­nie, przy­po­mi­nam sobie…

Serce Etha­na za­bi­ło moc­niej, choć roz­są­dek pod­po­wia­dał, że to ko­lej­ny fał­szy­wy alarm.

– Taak – eks­pe­dient do­koń­czył po chwi­li na­my­słu. – Rze­czy­wi­ście tam kie­dyś był ban­ko­mat. Ale zli­kwi­do­wa­li, prze­cież wszy­scy teraz płacą pay­pas­sem.

Chło­pak od­wró­cił się na pię­cie i wy­padł ze skle­pu, w od­we­cie zrzu­ca­jąc po dro­dze to­wa­ry z mi­ja­nych re­ga­łów. Mi­ni­mar­ket był ostat­nim miej­scem, które miał od­wie­dzić w tej mie­ści­nie. Ści­ga­ny wrza­ska­mi obu­rzo­ne­go sprze­daw­cy, roz­chla­pu­jąc po­śnie­go­we błoto, do­padł zde­ze­lo­wa­ne­go mu­stan­ga i z ry­kiem sil­ni­ka wy­je­chał na szosę pro­wa­dzą­cą do mostu na rzece Co­lum­bia.

Znowu wy­szedł na idio­tę. Przez nią, po­my­ślał z wście­kło­ścią. Rzuć to w cho­le­rę, usły­szał w gło­wie głos ciot­ki. By go za­głu­szyć, pod­krę­cił gło­śniej od­twa­rzacz. Otwo­rzył sze­ro­ko okno; mroź­ne po­wie­trze sku­tecz­nie stu­dzi­ło roz­pa­lo­ną skórę, nerwy też pu­ści­ły szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał.

Nie wrócę wię­cej do Van­ta­ge, obie­cał sobie.

Nie pierw­szy raz.

***

 

– Uuu, bied­nie – orzekł, za­glą­da­jąc do czer­wo­nej port­mo­net­ki.

Wy­słu­żo­ny che­vro­let Beth prze­my­kał głów­ną ulicą nie­wiel­kie­go mia­stecz­ka, ale sze­ro­ko roz­lo­ko­wa­ne schlud­ne domki i scen­ki z życia na pro­win­cji nie­wie­le ob­cho­dzi­ły po­rwa­ną. Od do­brej chwi­li ob­ser­wo­wa­ła ukrad­kiem, jak po­ry­wacz prze­grze­bu­je jej wiel­ką wor­ko­wa­tą to­reb­kę. Z po­cząt­ku uwa­ża­ła, że robi to z nudów, ale szyb­ko po­ję­ła, że po­szu­ku­je cze­goś kon­kret­ne­go.

Pie­nię­dzy.

A po­dob­no nie je­steś zło­dzie­jem, po­my­śla­ła z prze­ką­sem.

– No cóż, czas sko­rzy­stać z de­be­tu – oznaj­mił w końcu. – Nie­da­le­ko za­je­dzie­my z pu­stym ba­kiem.

Łyp­nę­ła okiem w bok – trzy­mał kartę kre­dy­to­wą po­mię­dzy dwoma pal­ca­mi tak, jak trzy­ma się pa­pie­ro­sa, by na­stęp­nie wsu­nąć pla­stik do kie­sze­ni na pier­si. Lekko ob­li­za­ła spie­czo­ne wargi i z wy­sił­kiem prze­łknę­ła zgęst­nia­łą ślinę. Nie­da­le­ko za­je­dzie­my z pu­stym ba­kiem, po­wie­dział. Czyż­by cze­ka­ła ich długa po­dróż?

– Chcia­ła­bym pa­pie­ro­sa – wy­mam­ro­ta­ła przez ści­śnię­te gar­dło.

– Ko­lej­na pa­lą­ca ma­muś­ka. – Facet za­nu­rzył rękę w tor­bie i wy­grze­bał stam­tąd po­mię­tą pacz­kę win­sto­nów, wyjął jed­ne­go i za­pa­lił. Resz­tę scho­wał do kie­sze­ni, igno­ru­jąc proś­bę ko­bie­ty. – Moja była taka sama. Wred­na, sa­mo­lub­na suka. Uwiel­bia­ła ku­rzyć w po­ko­ju dzie­cin­nym. Pa­mię­tam, jak pod­pa­la­ła pod­czas kar­mie­nia. W jed­nej ręce fajka, na dru­giej sio­stra. – Głę­bo­ko za­cią­gnął się dymem i osten­ta­cyj­nie strzą­snął po­piół do to­reb­ki. – Przy­znaj, Matko Świę­ta od Nie­usta­ją­ce­go Ja­ra­nia, twój dzie­ciak też już jest na­ło­gow­cem.

– Nie – jęk­nę­ła cicho, czu­jąc łzy na­pły­wa­ją­ce do oczu.

Stra­ci­ła ocho­tę na pa­pie­ro­sa. Po­wę­dro­wa­ła spoj­rze­niem ku ze­ga­ro­wi na ta­bli­cy roz­dziel­czej. Za parę go­dzin mały skoń­czy lek­cje i bę­dzie na nią cze­kał. Do tej pory za­wsze od­bie­ra­ła go na czas.

Chrząk­nę­ła dla do­da­nia sobie od­wa­gi i za­czę­ła cicho:

– Po­zwól mi za­dzwo­nić do bra­to­wej… Ktoś musi po­je­chać po Etha­na do szko­ły. Pro­szę…

Nadal palił, le­ni­wie pod­no­sząc pa­pie­ro­sa do ust i ze sto­ic­kim spo­ko­jem na twa­rzy strze­pu­jąc po­piół. Wy­glą­da­ło na to, że roz­wa­ża proś­bę.

Albo że wcale nie słu­cha.

– Pro­szę – po­wtó­rzy­ła. – Nie po­wiem ani słowa o tobie, przy­się­gam.

– Za­trzy­maj się – po­wie­dział nagle i wska­zał prze­stron­ny par­king przed sa­mot­nym pa­wi­lo­nem han­dlo­wym. – Tam.

Skwa­pli­wie wy­ko­na­ła po­le­ce­nie. Drżą­cy­mi pal­ca­mi prze­krę­ci­ła klucz w sta­cyj­ce, po czym ob­ró­ci­ła głowę i spoj­rza­ła z na­dzie­ją na po­ry­wa­cza.

– Po­zwo­lisz mi? Mogę za­dzwo­nić? – py­ta­ła go­rącz­ko­wo. – Mogę?

– Naj­pierw pój­dziesz do ban­ko­ma­tu. – Zrzu­cił torbę z kolan i we­pchnął ją stopą w niszę pod deskę roz­dziel­czą. Potem wy­cią­gnął z kie­sze­ni kartę kre­dy­to­wą. Pa­pie­ros mię­dzy pal­ca­mi dru­giej dłoni nie­ubła­ga­nie za­mie­niał się w rolkę po­pio­łu. – Wy­cią­gniesz, ile zdo­łasz. Póź­niej zo­ba­czy­my.

Z ocią­ga­niem się­gnę­ła po pla­stik. Za­hip­no­ty­zo­wa­na przez prze­ni­kli­we ciem­no­brą­zo­we oczy pa­trzą­ce spod krza­cza­stych brwi, nie za­uwa­ży­ła, że męż­czy­zna wcale nie po­da­je jej karty. Krzyk­nę­ła z bólu, gdy za­miast twar­de­go two­rzy­wa po­czu­ła żar ga­szo­ne­go we wnę­trzu dłoni nie­do­pał­ka. Nie po­zwo­lił jej cof­nąć ręki, przy­trzy­mu­jąc prze­gub trze­ma wol­ny­mi pal­ca­mi.

– Nie bę­dziesz ucie­kać ani z nikim gadać. – Roz­luź­nił uchwyt, rzu­cił jej kartę na ko­la­na i dobył broni. – Nie wcho­dzisz do środ­ka. Za­ła­twiasz ban­ko­mat i wra­casz. Wy­tniesz mi jakiś numer, to strze­lę w plecy. Tobie i każ­de­mu, z kim za­mie­nisz choć­by słowo. Ro­zu­miesz?

W mil­cze­niu ski­nę­ła głową. Ły­ka­jąc łzy, wy­sia­dła z sa­mo­cho­du.

 

***

 

Za­dzwo­ni­ła koło po­łu­dnia. Nie zdążę przy­je­chać po ma­łe­go, spóź­nię się. Tak po­wie­dzia­ła. Od­bierz go ze szko­ły, okej? Wrócę późno, mó­wi­ła. Wy­rod­na suka!

Nigdy nie wró­ci­ła. I Ethan wcale nie był pe­wien, czy w ogóle to obie­cy­wa­ła.

Słowa ciot­ki, re­la­cjo­nu­ją­ce ostat­nią roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną z młod­szą sio­strą męża, brzmia­ły za każ­dym razem po­dob­nie, choć z bie­giem czasu wkra­da­ła się mię­dzy nie dys­har­mo­nia fał­szy­wych wspo­mnień. Pięt­na­ście lat to szmat czasu, a pa­mięć po­tra­fi pła­tać figle. Jedno po­zo­sta­wa­ło nie­zmien­ne: na­gra­nie z mo­ni­to­rin­gu ban­ko­we­go. Dość mar­nej ja­ko­ści, ale matkę dało się na nim roz­po­znać. Eme­ry­to­wa­ny de­tek­tyw, który udo­stęp­nił chło­pa­ko­wi film, bez prze­ko­na­nia ży­cząc po­wo­dze­nia, sam pra­wie od razu po­szu­ki­wań za­prze­stał. Ofi­cjal­nie nie wy­kre­ślo­no jej z list osób za­gi­nio­nych, nie uzna­no też za zmar­łą, choć z rzeki na gra­ni­cy re­zer­wa­tu Coeur d'Alene wy­do­by­to na­le­żą­cy do niej wóz.

Ethan od­wie­dził wszyst­kie szpi­ta­le w oko­li­cy, ale w tam­tym cza­sie do żad­ne­go nie przy­ję­to Beth Dem­bow­sky ani mo­gą­cej za nią ucho­dzić Jane Doe. Jakby za­pa­dła się pod zie­mię.

Wie­lo­krot­nie po­ko­ny­wał drogi pro­wa­dzą­ce z ro­dzin­ne­go El­lens­bur­ga przez Van­ta­ge do gra­ni­cy stanu i dalej, przez re­zer­wat, aż do miej­sca, w któ­rym zna­le­zio­no sa­mo­chód. Od­wie­dzał sta­cje paliw, przy­droż­ne bary, ko­ścio­ły i mo­te­le, wszę­dzie wy­py­tu­jąc o sta­rych pra­cow­ni­ków, bo tylko oni mogli coś pa­mię­tać. Omi­jał za­gu­bio­ne w do­li­nach farmy, klu­czył wśród le­si­stych, ła­god­nie fa­lu­ją­cych wzgórz, z re­spek­tem spo­glą­da­jąc ku górom na ho­ry­zon­cie. Wy­bie­rał trasy, które pod­po­wie­dział­by mu GPS, gdyby z niego ko­rzy­stał, bo prze­cież matka, jako praw­dzi­wa mieszcz­ka, nie wy­szu­ki­wa­ła­by dróg trud­nych i nie­bez­piecz­nych. Za­kła­dał, że po wy­jeź­dzie z Van­ta­ge wy­bra­ła głów­ną szosę pro­wa­dzą­cą na pół­noc­ny wschód i nie po­rzu­ci­ła jej, do­pó­ki nie mu­sia­ła wje­chać na teren re­zer­wa­tu. Czego mia­ła­by tam szu­kać, nie wie­dział. Nie mieli in­diań­skich przod­ków. Może się zgu­bi­ła? Chyba że to nie była ona, tylko ktoś, kto prze­mo­cą za­brał jej sa­mo­chód.

Ale o tym wolał nie my­śleć.

Nie mie­wał prze­czuć. Wie­rzył, że kie­dyś, choć­by przy­pad­kiem, trafi na szlak, który prze­mie­rza­ła pięt­na­ście lat wcze­śniej. Nie miał in­ne­go wyj­ścia. Pod­po­rząd­ko­wał po­szu­ki­wa­niom życie oso­bi­ste, rzu­cił szko­łę, od­trą­cił dziew­czy­nę, po­świę­cił pracę, po­padł w kon­flikt z ro­dzi­ną. By­wa­ło, że miał ocho­tę dać za wy­gra­ną. Cza­sem, roz­go­ry­czo­ny ludz­ką nie­pa­mię­cią, je­chał przed sie­bie bez celu, byle dalej od miej­sca, w któ­rym nie było już śladu po za­to­pio­nym sa­mo­cho­dzie matki.

Tak jak wtedy, gdy pę­dził szosą numer dzie­więć­dzie­siąt pięć na po­łu­dnie, gnany wi­bru­ją­cym w gło­śni­kach grow­lem, pra­wie nie zdej­mu­jąc nogi z gazu. Gdyby nie matka, mógł­by tak je­chać aż do Las Vegas.

Gdyby nie matka.

Ciem­ny ra­dio­wóz po­li­cji sta­no­wej po­ja­wił się zni­kąd. W sła­bym świe­tle ga­sną­ce­go słoń­ca lśnił pra­wie ide­al­ną czer­nią, od­blask mi­ga­ją­ce­go ko­gu­ta za­ja­śniał we wstecz­nym lu­ster­ku jak bły­ska­wi­ca. Za­miast grzmo­tu za­brzmiał jed­nak krót­ki, urwa­ny ryk sy­re­ny, więc Ethan po­słusz­nie zje­chał na po­bo­cze. Bez słowa podał nie­wie­le star­sze­mu od sie­bie funk­cjo­na­riu­szo­wi prawo jazdy i obo­jęt­nie cze­kał, aż tam­ten ze­ska­nu­je umiesz­czo­ny na do­ku­men­cie kod QR. Wie­dział, że za chwi­lę czyt­nik nieco więk­szy niż po­pu­lar­ne smart­fo­ny po­ka­że dane oso­bo­we, in­for­ma­cje na temat sa­mo­cho­du, a nawet wykaz nie­za­pła­co­nych man­da­tów czy wy­kro­czeń dro­go­wych. Uwi­docz­nił­by rów­nież listę nie­daw­nych użyć karty płat­ni­czej oraz listę miejsc, w któ­rych Ethan po­przed­nio prze­by­wał, gdyby nie…

– Brak ak­tyw­ne­go po­łą­cze­nia z sie­cią – za­uwa­żył po­li­cjant, pod­no­sząc znad wy­świe­tla­cza su­ro­wy wzrok. – Coś nie tak z pań­skim urzą­dze­niem mo­bil­nym, panie Dem­bow­sky?

– Wła­śnie. – Chło­pak z za­kło­po­ta­niem po­dra­pał się po gło­wie. – Smar­fon mi padł.

– Pół roku temu? Wtedy sys­tem lo­ka­li­zo­wał pana ostat­ni raz.

Ethan zro­bił minę zbi­te­go psa. Tak, wtedy, zimą, przy­po­mniał sobie. Jesz­cze w El­lens­bur­gu, gdy ostat­ni raz dzwo­ni­łem do ciot­ki.

– Nooo… Widzi pan, taka spra­wa… Coś tam się spie­przy­ło w elek­tro­ni­ce, a szcze­rze mó­wiąc, nie­szcze­gól­nie mi się ostat­nio wie­dzie. Nie stać mnie na na­pra­wę.

Pełne dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie funk­cjo­na­riu­sza za­sty­gło na fan­ta­zyj­nych ta­tu­ażach zdo­bią­cych przed­ra­mio­na chło­pa­ka, prze­śli­zgnę­ło się po mi­ster­nych pier­ście­niach ze sty­li­zo­wa­ny­mi na sa­ta­ni­stycz­ne sym­bo­la­mi, de­ko­ru­ją­cych każdy za­ci­śnię­ty na kie­row­ni­cy palec, by na ko­niec po­wę­dro­wać ku licz­nym kol­czy­kom zna­czą­cym oba łuki brwio­we.

– Rząd bez­płat­nie wy­mie­ni panu na nowy – oznaj­mił zimno.

– Tak? – bąk­nął Ethan, pa­trząc w taki sam spo­sób na wy­po­le­ro­wa­ne gu­zi­ki i błysz­czą­cą gwiaz­dę na jego pier­si. – Na­praw­dę?

Nie­zra­żo­ny lek­ce­wa­że­niem mun­du­ro­wy za­czął re­cy­to­wać wy­uczo­ną for­muł­kę:

– Wy­star­czy zgło­sić się do naj­bliż­sze­go urzę­du bur­mi­strza. Na razie do­sta­nie pan ode mnie tym­cza­so­wy lo­ka­li­za­tor. Jego wy­da­nie wiąże się z ko­niecz­no­ścią uisz­cze­nia usta­wo­wej kau­cji w wy­so­ko­ści stu do­la­rów, która zo­sta­nie panu zwró­co­na w biu­rze lo­kal­ne­go sze­ry­fa.

– Uhm – z ust chło­pa­ka wy­rwał się dźwięk, od biedy mo­gą­cy ucho­dzić za zgodę.

Stra­ta stu do­la­rów nie bo­la­ła go tak bar­dzo, jak per­spek­ty­wa ko­rzy­sta­nia ze Sta­tes­bo­oka, apli­ka­cji od nie­daw­na obo­wiąz­ko­wej dla wszyst­kich oby­wa­te­li, i jak fakt, że bycie of­fli­ne zaj­mo­wa­ło przed­sta­wi­cie­li prawa bar­dziej niż wy­kro­cze­nie dro­go­we.

– Man­dat za prze­kro­cze­nie do­zwo­lo­nej pręd­ko­ści w sta­nie Idaho…

Funk­cjo­na­riusz dalej re­cy­to­wał wy­uczo­ne kwe­stie, ale chło­pak prze­stał słu­chać. Gdy mun­du­ro­wy wró­cił po lo­ka­li­za­tor do ra­dio­wo­zu i na mo­ment spu­ścił Etha­na z oczu, ten zro­bił naj­głup­szą i naj­bar­dziej ry­zy­kow­ną rzecz w życiu. Bez za­sta­no­wie­nia uru­cho­mił sil­nik, przy­ci­snął pedał gazu i prze­ciął pustą szosę, wpa­da­jąc w ob­ję­cia bocz­nej drogi, zda­ją­cej się pro­wa­dzić do­ni­kąd.

 

***

 

– Skręć tutaj.

Beth bez szem­ra­nia wy­ko­na­ła po­le­ce­nie, zjeż­dża­jąc w bocz­ną ulicz­kę. Krót­ko mknę­li mię­dzy­sta­no­wą szosą numer dzie­więć­dzie­siąt pięć, by znowu za­nu­rzyć się w plą­ta­ni­nie mało uczęsz­cza­nych dróg. Z po­cząt­ku dzi­wi­ła się, że po­ry­wacz kazał wy­łą­czyć na­wi­ga­cję i sam wiódł ją sobie tylko znaną trasą po­mię­dzy nie­wiel­ki­mi miej­sco­wo­ścia­mi. Spra­wiał wra­że­nie, że czuje się w tych oko­li­cach tak pew­nie, jakby wła­śnie stąd po­cho­dził.

Py­ta­nie o cel po­dró­ży zbył mil­cze­niem. Gdyby nie nie­mra­wo szem­rzą­ce radio, cisza sta­ła­by się nie­zno­śna. Go­dzi­ny mi­ja­ły jedna po dru­giej i Beth zro­zu­mia­ła w końcu, co było nie tak: bar­dziej niż mil­cze­nie to­wa­rzy­sza nie­po­ko­ił brak dzwon­ków ko­mór­ki. Nie jej wła­snej, bo tę po krót­kiej roz­mo­wie z bra­to­wą po­ry­wacz roz­bił o ka­mień, usu­nąw­szy wcze­śniej kartę SIM. Wy­glą­da­ło na to, że sam też nie po­sia­da smart­fo­na. Ani razu nie spraw­dził przy­cho­dzą­cych wia­do­mo­ści, nie sur­fo­wał po necie, nie od­bie­rał ani nie wy­ko­ny­wał po­łą­czeń.

Nie tylko dla­te­go bała się coraz bar­dziej. Oko­li­ca wy­raź­nie zmie­nia­ła cha­rak­ter – zni­ka­ły tra­wia­ste pa­gór­ki, coraz więk­sze po­ła­cie te­re­nu za­czy­nał zaj­mo­wać las. Szosa prze­szła w wąską, wy­bo­istą, grun­to­wą drogę i my­śla­mi po­rwa­nej nie­ubła­ga­nie za­wład­nę­ło przy­pusz­cze­nie, że skoń­czy jako ko­lej­na ofia­ra se­ryj­ne­go mor­der­cy. Za­gry­za­ła wargi coraz bo­le­śniej, od­dy­cha­ła jesz­cze szyb­ciej i pły­cej, a drże­nie, opa­no­wu­ją­ce stopy, prze­no­si­ło się na pedał gazu. Me­lo­dia sil­ni­ka stra­ci­ła równy rytm, sa­mo­chód zgasł raz i drugi, ale je­dy­nym, co usły­sza­ła od po­ry­wa­cza, było oschłe i, jak się jej zda­wa­ło, mocno cy­nicz­ne:

– Weź no się w garść, ko­bie­to. Już nie­da­le­ko.

Nie uspo­ko­iło jej to ani tro­chę; brzmia­ło jak groź­ba. Serce wa­li­ło jak młot. Za­schło jej w ustach, ale jakby na prze­kór su­cho­ści bluz­ka le­pi­ła się do spo­co­ne­go ciała, a słona wil­goć bez­li­to­śnie żarła opa­rze­li­nę na dłoni. Ge­hen­na trwa­ła aż do mo­men­tu, w któ­rym las zrzedł nagle, prze­cho­dząc w zna­jo­my po­fa­lo­wa­ny kra­jo­braz, ze skry­tą za fał­da­mi pa­gór­ków mie­ści­ną.

Fel­ton Creek, po­ło­żo­ne nad stru­mie­niem o tej samej na­zwie, po­wi­ta­ło ich krzą­ta­ni­ną po­po­łu­dnio­wych po­wro­tów z pracy. Za­szo­ko­wa­na Beth, nie wie­rząc w tak nagłą od­mia­nę losu, przy oka­zji krót­kie­go po­sto­ju przed przej­ściem dla pie­szych spoj­rza­ła py­ta­ją­co na po­ry­wa­cza.

– Co? – Zmarsz­czył kar­cą­co brwi. – Prze­cież mó­wi­łem, że nie­da­le­ko.

Otwo­rzy­ła usta, ale za­ci­śnię­te gar­dło nie po­zwo­li­ło na wy­po­wie­dze­nie choć­by słowa. Roz­wa­ża­ła, czy lekki uśmie­szek błą­ka­ją­cy się po jego war­gach na­le­żał do ba­wią­ce­go się wła­sną nie­czy­stą grą sa­dy­sty czy po­spo­li­te­go, choć groź­ne­go kpia­rza.

Nie po­zo­sta­wił jej zbyt wiele czasu na roz­trzą­sa­nie niu­an­sów swo­je­go cha­rak­te­ru, każąc za­trzy­mać sa­mo­chód na par­kin­gu obok za­byt­ko­we­go bu­dyn­ku lo­kal­ne­go banku. Jasny par­ter kon­tra­sto­wał z pię­trem z ciem­no­czer­wo­nej cegły, a kunsz­tow­ne łuki okien przy­wo­dzi­ły na myśl styl ko­lo­nial­ny. Za­sko­czo­na Beth po­zwo­li­ła sil­ni­ko­wi zga­snąć.

– Nie mam tu konta – wy­ją­ka­ła, ner­wo­wo po­pra­wia­jąc oku­la­ry.

– Masz – od­parł, roz­ba­wio­ny.

Od­wró­ci­ła głowę. Trzy­mał w dłoni pła­ski srebr­ny klucz.

– A do­kład­nie skryt­kę de­po­zy­to­wą na twoje na­zwi­sko – wy­ja­śnił. – In­te­re­su­je mnie jej za­war­tość. Pój­dzie­my tam razem. Jeśli spy­ta­ją, przed­sta­wisz mnie jako swo­je­go go­ry­la, na­rze­czo­ne­go, brata, wszyst­ko jedno. Pa­mię­taj, żeby grzecz­nie od­po­wia­dać na py­ta­nia i nie kła­pać nie­po­trzeb­nie dzio­bem, bo ktoś zgi­nie razem z tobą. Ro­zu­miesz?

– Ale… prze­cież nigdy tu nie byłam… Skąd nagle… de­po­zyt?

– Steve otwo­rzył go na twoje na­zwi­sko – oznaj­mił, wy­siadł z auta, po czym po­chy­lił się i zaj­rzał do środ­ka, spo­glą­da­jąc na Beth po­na­gla­ją­co, zdzi­wio­ny, że wciąż sie­dzi w fo­te­lu. – No dalej, idzie­my.

– Nie wi­dzia­łam su­kin­sy­na od dzie­wię­ciu lat – szep­nę­ła, skon­ster­no­wa­na, i unio­sła wy­so­ko brwi. – Kiedy to zro­bił?

– Wła­śnie wtedy – wark­nął, się­ga­jąc po jej to­reb­kę. Na­stęp­nie ob­szedł sa­mo­chód i otwo­rzył drzwi po stro­nie kie­row­cy. – Wy­sia­daj, do ja­snej cho­le­ry. Nie­dłu­go za­my­ka­ją.

Wy­ko­na­ła po­le­ce­nie jak au­to­mat. Po­grą­żo­na w my­ślach, rów­nie me­cha­nicz­nie ode­bra­ła torbę z jego rąk i za­blo­ko­wa­ła cen­tral­ny zamek. Po­ry­wacz chwy­cił ją za ramię i po­cią­gnął za sobą w stro­nę banku.

– Do­brze go znasz? – od­zy­ska­ła głos, za­sy­pu­jąc to­wa­rzy­sza py­ta­nia­mi. – Gdzie jest teraz? Dla­cze­go nie daje znaku życia? Czemu tak nagle znik­nął? Żyje z inną?

– Za­mknij się. Mia­łaś nie kła­pać dzio­bem, pa­mię­tasz? – Znie­cier­pli­wio­ny, za­trzy­mał Beth na­głym szarp­nię­ciem i pa­trząc jej pro­sto w oczy, przy­po­mniał szep­tem: – Masz za­da­nie do wy­ko­na­nia. Jak się do­brze spi­szesz, może po­wiem coś wię­cej. Może.

Za­mil­kła, usi­łu­jąc wy­czy­tać praw­dę z zim­ne­go wzro­ku, drga­ją­cych ner­wo­wo szczęk, ścią­gnię­tych brwi i nie­wiel­kich kro­pli potu zbie­ra­ją­cych się na czole i grzę­zną­cych w ciem­nym za­ro­ście, który za­czy­nał kieł­ko­wać na nie­ogo­lo­nych po­licz­kach. Bał się, zro­zu­mia­ła. Czego? De­ma­ska­cji, ochro­ny banku, zdra­dy z jej stro­ny? Stali tak, mil­cząc, na środ­ku tro­tu­aru, obo­jęt­nie omi­ja­ni przez przy­pad­ko­wych prze­chod­niów, mo­cu­jąc się spoj­rze­nia­mi. Wresz­cie Beth po­wo­li ski­nę­ła głową.

– Zro­bię, co ka­żesz. Ale potem po­wiesz.

– Może – po­wtó­rzył.

Czu­jąc, że uścisk pal­ców na jej ra­mie­niu ze­lżał, od­wró­ci­ła się i pchnę­ła cięż­kie skrzy­dło prze­szklo­nych drzwi banku. Po­ry­wacz po­dą­żył za nią jak cień. Powie, po­my­śla­ła. Wiem, że powie.

Nie była tylko pewna, czy to, co chcia­ła­by usły­szeć.

 

***

 

Gnał wąską grun­to­wą drogą, ści­ga­ny przez nie­ustę­pli­we­go funk­cjo­na­riu­sza po­li­cji sta­no­wej. Sa­mo­chód pod­ska­ki­wał na wy­bo­jach, ga­łę­zie krze­wów cięły ka­ro­se­rię na za­krę­tach, raz czy dwa pra­wie ocie­rał się o drze­wa. Las gęst­niał nie­bez­piecz­nie, serce Etha­na dud­ni­ło jak dzwon. Chło­pak po­dej­rze­wał, że droga za chwi­lę skoń­czy się prze­pa­ścią, jak w sła­bych fil­mach akcji klasy B. Ostre, nie­spo­dzie­wa­ne za­krę­ty nie wró­ży­ły nic do­bre­go, a po­ko­nu­jąc każdy ko­lej­ny, czuł, że bez­pow­rot­nie wy­czer­pu­je zapas farta, prze­wi­dzia­ne­go na całe życie. By­wa­ło, że mijał o włos po­rzu­co­ne na po­bo­czach pnie i słupy zna­ków ostrze­gaw­czych. Po jed­nym z ta­kich kar­ko­łom­nych łuków Ethan od­krył, że nie­od­stę­pu­ją­cy go ra­dio­wóz gdzieś prze­padł; za­pew­ne upar­ty suk­ce­sor Johna Wayne'a ze srebr­ną gwiaz­dą na pier­si ugrzązł na po­bo­czu.

Za­pa­trzo­ny we wstecz­ne lu­ster­ko, nie za­uwa­żył ko­lej­ne­go le­śne­go wi­ra­żu. Huk gnie­cio­ne­go me­ta­lu uto­nął w grzmo­cie eks­plo­du­ją­cej po­dusz­ki po­wietrz­nej. Oszo­ło­mio­ny chło­pak nie od­wa­żył się po­ru­szyć nawet wtedy, gdy kątem oka za­czął do­strze­gać zło­ta­we bły­ski, a je­dy­nym wy­ja­śnie­niem, jakie przy­cho­dzi­ło mu do głowy, był pożar. War­kot to­wa­rzy­szą­cy ta­jem­ni­cze­mu świa­tłu nie przy­po­mi­nał jed­nak skwier­czą­cych pło­mie­ni.

Nie­spo­dzie­wa­nie do wnę­trza sa­mo­cho­du wtar­gnął zimny i ostry po­wiew; ktoś otwo­rzył drzwi i o coś pytał, ale dud­nie­nie w uszach spra­wi­ło, że Ethan nie zro­zu­miał ani słowa. Potem ostroż­nie po­ru­szył głową i choć po­stać mó­wią­ce­go dwo­iła mu się w oczach, z ulgą od­krył, że za­miast nad­gor­li­we­go gli­nia­rza ma przed sobą star­sze­go fa­ce­ta w kom­bi­ne­zo­nie ro­bo­czym. Potem po­wo­li się­gnął do za­trza­sku pasa bez­pie­czeń­stwa i po omac­ku tra­fia­jąc pal­ca­mi, uwol­nił ciało z jego oko­wów.

Pod­trzy­my­wa­ny przez nie­zna­jo­me­go, wy­siadł z sa­mo­cho­du. Źró­dłem zło­te­go bla­sku oka­za­ły się re­flek­to­ry sta­rej pół­cię­ża­rów­ki. Chło­pak po­zwo­lił po­pro­wa­dzić się do niej jak dziec­ko. Szo­fer­ka śmier­dzia­ła ty­to­niem, tak jak i cała bar­czy­sta po­stać czło­wie­ka, który po­śpie­szył z po­mo­cą. Nie­ocze­ki­wa­nie za­pach pa­pie­ro­sów przy­po­mniał Etha­no­wi matkę.

Le­ka­rza w mie­ście… – tylko tyle zro­zu­miał z nie­usta­ją­cej pa­pla­ni­ny nie­zna­jo­me­go.

Czuł, że po­wi­nien od­mó­wić, ale sko­ja­rze­nie z dzie­ciń­stwem spra­wi­ło, że nie pro­te­sto­wał, zwłasz­cza że sil­nik pick-upa za­grał zna­jo­mo, ko­ją­co. Uspo­ka­jał ste­ra­ne nerwy au­tsaj­de­ra na­wy­kłe­go do nie­usta­ją­cej po­dró­ży.

Drze­wa wkrót­ce znik­nę­ły, a w od­da­li, tań­cząc w rytm pod­ska­ku­ją­ce­go na wy­bo­jach sa­mo­cho­du, za­ja­śnia­ły świa­tła ma­łe­go mia­stecz­ka.

Fel­ton Creek. Za­gu­bio­na wśród lasów miej­sco­wość miała nawet nie­wiel­ką lecz­ni­cę, na wy­rost okre­śla­ną mia­nem szpi­ta­la. Przy­pad­ko­wy ra­tow­nik do­pil­no­wał, by przy­ję­to chło­pa­ka w pierw­szej ko­lej­no­ści. Nikt z ocze­ku­ją­cych pa­cjen­tów nie opo­no­wał, wy­glą­da­ło zresz­tą na to, że wszy­scy do­brze się znali.

Przy­ja­znej at­mos­fe­ry nie zmą­ci­ło nawet przy­by­cie za­stęp­cy sze­ry­fa, po­staw­nej ko­bie­ty o nie­za­prze­czal­nie in­diań­skich ry­sach twa­rzy, no­szą­cej na na­szyw­ce po­spo­li­te na­zwi­sko White. Fa­mi­liar­nie ga­wę­dzi­ła z per­so­ne­lem, nie zwa­ża­jąc na spo­co­ne­go ze stra­chu Etha­na, i chło­pak już zdą­żył nawet po­my­śleć, że nie przy­by­ła do lecz­ni­cy z jego po­wo­du, gdy po­ufa­le klep­nąw­szy w plecy le­ka­rza, wy­pa­li­ła:

– Idź na kawę, Joe. Muszę za­mie­nić dwa słowa z na­szym kró­lem szos.

Sie­dzą­cy na le­żan­ce Ethan od­pro­wa­dził zroz­pa­czo­nym wzro­kiem wy­cho­dzą­ce­go z ga­bi­ne­tu le­ka­rza. Mu­siał wy­glą­dać jak dziec­ko, które ro­dzi­ce po raz pierw­szy po­zo­sta­wia­ją samo w szkol­nym au­to­bu­sie, bo groź­na ko­bie­ta w mun­du­rze uśmiech­nę­ła się wy­ro­zu­mia­le.

– Na­roz­ra­bia­li­śmy, co? – za­ga­iła i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, do­da­ła: – Nie martw się, synu. Stron­ghor­se przy­ho­lo­wał twój wóz. Mia­łeś cho­ler­ne szczę­ście, że na paru gu­zach się skoń­czy­ło.

Skoń­czy­ło? Czyż­by nie wie­dzia­ła, przed kim ucie­kał? Ner­wo­wo prze­łknął ślinę, czu­jąc nie­śmia­ły przy­pływ na­dziei.

– Wy­cią­gnął rów­nież z rowu jed­ne­go na­rwań­ca z po­li­cji sta­no­wej. Też za­ro­bił parę si­nia­ków, a jego wóz jest w o wiele lep­szej kon­dy­cji niż twój. Za­pew­ne bar­dzo cię to cie­szy, synu?

Spo­chmur­nia­ły chło­pak nie­zde­cy­do­wa­nie ski­nął głową. Na­dzie­ja matką głu­pich, po­my­ślał.

– Po­wiesz mi, czym sobie tak na­gra­bi­łeś?

– Byłem of­fli­ne – wy­chry­piał.

– Tylko?

Tylko? Co to, do ja­snej cho­le­ry, zna­czy? Zdzi­wio­ny Ethan zmarsz­czył brwi.

– Było jesz­cze prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści – przy­znał po­nu­ro.

Mun­du­ro­wa się­gnę­ła po le­żą­cy na biur­ku ka­pe­lusz.

– Zga­dza się – po­wie­dzia­ła, za­kła­da­jąc go. – Po wyj­ściu ze szpi­ta­la za­mel­du­jesz się u mnie. Za­trzy­mu­ję twoje prawo jazdy, na razie nie wolno ci opu­ścić Fel­ton Creek. – Za­mil­kła na chwi­lę, widać było, że miała ocho­tę po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale do­pie­ro na progu do­da­ła z su­ro­wą miną: – Dla two­je­go wła­sne­go dobra. I nie roz­ra­biaj, bo cię za­mknę. To spo­koj­ne mia­sto, ostat­nią strze­la­ni­nę mie­li­śmy tu pięt­na­ście lat temu.

Pięt­na­ście lat temu?

Ethan po­cząt­ko­wo z wy­sił­kiem prze­tra­wiał usły­sza­ne słowa, po czym nagle ze­rwał się z le­żan­ki i wy­padł z ga­bi­ne­tu, by po­biec ko­ry­ta­rzem za za­stęp­cą sze­ry­fa.

– Pro­szę pani! – Do­go­nił ko­bie­tę przy drzwiach lecz­ni­cy. – Ta strze­la­ni­na, kiedy to było?

Przez sze­ro­ką twarz White prze­mknął gry­mas zdzi­wie­nia.

– W dwa ty­sią­ce trzy­na­stym. Co za róż­ni­ca?

– Kiedy do­kład­nie? Pa­mię­ta pani?

– Bo­daj­że we wrze­śniu, ale…

– Ktoś zgi­nął?

– Jakaś ko­bie­ta. Nie­tu­tej­sza – wy­ja­śni­ła.

Przy­mru­żyw­szy po­wie­ki, pa­trzy­ła, jak chło­pak drżą­cy­mi dłoń­mi prze­szu­ku­je kie­sze­nie. Skóra wokół jej oczu po­kry­ła się siat­ką zmarsz­czek, spra­wia­jąc, że funk­cjo­na­riusz­ka wy­glą­da­ła na star­szą, niż była w isto­cie.

– Ona?

Po­wo­li wy­ję­ła z dłoni mło­de­go czło­wie­ka po­gnie­cio­ne zdję­cie i przez długą chwi­lę stu­dio­wa­ła je uważ­nie, zanim stwier­dzi­ła:

– Nie wiem. Nie było mnie wtedy w Fel­ton Creek. Ale spraw­dzę. – Scho­wa­ła fo­to­gra­fię i pod­nio­sła wzrok na prze­ję­te­go chło­pa­ka, szu­ka­jąc po­do­bień­stwa. – Matka?

– Tak – bez­gło­śnie po­ru­szył war­ga­mi.

– Spraw­dzę – obie­ca­ła, nim znik­nę­ła w przy­cza­jo­nym na ze­wnątrz mroku.

Ethan zo­stał, pa­trząc na swoje zde­for­mo­wa­ne od­bi­cie w szkla­nych drzwiach, potem po­wo­li obej­rzał się za sie­bie. Nikt go nie pil­no­wał, nikt nie zwra­cał na niego uwagi. Roz­są­dek pod­po­wia­dał, by pry­snąć; nawet na pie­cho­tę, po­wi­nien do rana do­trzeć do mię­dzy­sta­no­wej. Wpadł na ślad, może prze­cież wró­cić do Fel­ton Creek, gdy spra­wa przy­cich­nie.

Czuł jed­nak, że nie po­wi­nien teraz ucie­kać. I że wcale nie chce tego zro­bić.

 

***

 

Spra­wa w banku po­szła gład­ko. Zbyt gład­ko, są­dząc z po­śpie­chu, z jakim po­ry­wacz parł do sa­mo­cho­du. Za­war­tość skrzyn­ki ban­ko­wej przy­nio­sła Beth nie­ma­łe roz­cza­ro­wa­nie – za­miast spo­dzie­wa­nych równo uło­żo­nych zie­lo­nych bank­no­tów zna­la­zła w środ­ku je­dy­nie jakąś płytę CD bez opisu. To­wa­rzysz po krót­kim na­my­śle wrzu­cił dysk do to­reb­ki za­kład­nicz­ki, mru­cząc pod nosem coś w ro­dza­ju: Wezmę potem.

– Co to jest? – spy­ta­ła, gdy tylko opu­ści­li bu­dy­nek.

– Nie­waż­ne – mruk­nął, cią­gnąc Beth za rękę. – Nie ma czasu, nie teraz.

Roz­glą­dał się przy tym ner­wo­wo na boki, choć życie w mie­ście pły­nę­ło ryt­mem rów­nie le­ni­wym, jak przed wi­zy­tą w banku.

– Skoro masz, czego chcia­łeś, nie je­stem ci już po­trzeb­na – za­uwa­ży­ła, spo­glą­da­jąc ponad da­chem sa­mo­cho­du na spię­tą, spo­co­ną twarz męż­czy­zny. – Jedź dalej sam.

Unio­sła dłoń; w ranie za­szczy­pa­ło, metal klu­czy­ka brzęk­nął o dach.

– Wsia­daj – wark­nął. – Teraz za­czną po­lo­wać także na cie­bie, nie ro­zu­miesz?

– Kto? – spy­ta­ła, ale po­ry­wacz znik­nął w środ­ku. – Kto? – po­wtó­rzy­ła, wsia­da­jąc.

– Ru­szaj – ryk­nął, wy­ry­wa­jąc jej torbę z rąk. – Już!

Prze­stra­szo­na, uru­cho­mi­ła sil­nik. Sa­mo­chód, pod­ska­ku­jąc na nie­rów­no­ściach nie­dba­le ukle­pa­nej ziemi, wy­to­czył się z par­kin­gu na drogę.

– Dokąd? – za­py­ta­ła cicho, zre­zy­gno­wa­na.

– Na pół­noc – od­rzekł spo­koj­niej. – Jedź.

Pro­wa­dzi­ła w mil­cze­niu, zer­ka­jąc kątem oka, jak męż­czy­zna ner­wo­wo spo­glą­da za sie­bie, choć na dro­dze nie dzia­ło się nic po­dej­rza­ne­go. Jego za­cho­wa­nie coraz moc­niej pach­nia­ło pa­ra­no­ją i Beth po­sta­no­wi­ła, że musi uciec.

Nie ma in­ne­go wyj­ścia. Ale naj­pierw dowie się paru rze­czy.

– Skąd znasz Steve'a? – za­da­ła py­ta­nie, za­kła­da­jąc rów­no­cze­śnie, że przy oka­zji od­wró­ci uwagę po­ry­wa­cza od wy­ima­gi­no­wa­ne­go za­gro­że­nia.

– Zna­łem – spro­sto­wał, się­ga­jąc po broń. – Jadą za nami.

Spraw­dzi­ła we wstecz­nym lu­ster­ku – z bocz­nej ulicz­ki wy­jeż­dża­ła wła­śnie zwy­kła pół­cię­ża­rów­ka. Taka, ja­kich uży­wa­ją miej­sco­wi. Beth prze­łknę­ła ślinę, czu­jąc wzbie­ra­ją­cy nie­po­kój.

– Zna­łeś? Co to zna­czy?

– Wła­śnie to, co my­ślisz – od­parł z roz­tar­gnie­niem, ga­piąc się w tylną szybę.

– Nie wiesz, co myślę. – Pod­nio­sła wzrok; pick-up po­dą­żał ich śla­dem, ale przy­pi­sy­wa­nie temu fak­to­wi do­dat­ko­wych zna­czeń wciąż jesz­cze uwa­ża­ła za objaw pa­ra­noi. – Obie­ca­łeś, że mi po­wiesz. Zro­bi­łam to, czego chcia­łeś, więc…

– Póź­niej – syk­nął, nie wy­ja­śnia­jąc ni­cze­go. – Szyb­ciej!

Wóz miej­sco­wych zje­chał na po­bo­cze. Ciem­no­sza­ry sedan, który mu­siał je­chać za nim, wy­raź­nie przy­spie­szył. Beth nie za­uwa­ży­ła go wcze­śniej. In­stynk­tow­nie na­ci­snę­ła na pedał gazu, ale dy­stans mię­dzy nimi wcale się nie zmniej­szał. Coraz rza­dziej roz­rzu­co­ne za­bu­do­wa­nia po­wo­li ustę­po­wa­ły miej­sca po­ła­ciom pu­stych, tra­wia­stych prze­strze­ni. W od­da­li ma­ja­czy­ło ciem­ne pasmo lasu. Dotrą do niego w ciągu kilku minut. Co bę­dzie dalej, skoro ten świr zdo­był już to, na czym mu za­le­ża­ło?

– Myślę, że po pro­stu gówno wiesz. Może nawet wcale nie zna­łeś Steve'a, a ten klucz zdo­by­łeś przy­pad­kiem – po­wie­dzia­ła, usi­łu­jąc opa­no­wać drże­nie głosu. – To, że ktoś za nami je­dzie, też pew­nie jest zbie­giem oko­licz­no­ści…

– Za­mknij się! – Pod­niósł głos. – Przy­spiesz! Nie po­zwól mu wy­prze­dzać!

Szary sa­mo­chód zna­lazł się tuż za nimi, przy­go­to­wu­jąc się do ma­new­ru mi­ja­nia. Beth ner­wo­wo za­gry­zła wargi, de­cy­du­jąc się na ry­zy­kow­ny krok: nie­znacz­nie zmniej­szy­ła na­cisk na pedał gazu i pręd­kość nie wzro­sła. Po­ry­wacz to po­czuł; na­tych­miast od­bez­pie­czył broń i wci­snąw­szy go pod pod­bró­dek za­kład­nicz­ki, wy­ce­dził:

– Szyb­ciej!

Dotyk zim­ne­go me­ta­lu na skó­rze zmu­sił ją do dzia­ła­nia. Sil­nik zawył, auto po­mknę­ło przed sie­bie, zo­sta­wia­jąc po­ścig w tyle.

Ale tylko na mo­ment; sedan do­go­nił ich w mgnie­niu oka. Kid­na­per wy­co­fał dłoń z pi­sto­le­tem, wciąż jed­nak opie­ra­jąc ją o fotel bli­sko ucha po­rwa­nej i w ostat­niej chwi­li za­je­chał tam­te­mu drogę, znie­nac­ka skrę­ca­jąc kie­row­ni­cę. Oszo­ło­mio­na Beth nie zdo­ła­ła odbić tego de­spe­rac­kie­go pchnię­cia i sa­mo­chód wy­padł na po­bo­cze, grzę­znąc w pia­chu. Ciem­ny sedan też nie utrzy­mał się na szo­sie, lą­du­jąc w po­ro­śnię­tej usy­cha­ją­cą trawą skar­pie.

Za­kład­nicz­ka ska­mie­nia­ła, z tru­dem ła­piąc dech. Jak z od­da­li do­cie­ra­ło do niej szczęk­nię­cie otwie­ra­nych drzwi i po­śpiesz­ne kroki na as­fal­cie. Z odrę­twie­nia wy­rwał ją ogłu­sza­ją­cy huk; od­ru­cho­wo za­kry­ła uszy dłoń­mi. Mimo stra­chu spoj­rza­ła za sie­bie: po­ry­wacz otwo­rzył ogień do ludzi z sza­re­go wozu, od­da­jąc strzał za strza­łem.

Tamci od­po­wie­dzie­li tym samym.

 

***

 

Nie przy­pusz­czał, że kie­dy­kol­wiek z wła­snej woli wsią­dzie do ra­dio­wo­zu. W sa­mo­cho­dzie za­stęp­cy sze­ry­fa nie czuł się pew­nie, ale chwi­lo­wo cała nie­chęć, jaką żywił do przed­sta­wi­cie­li prawa, ze­szła na dal­szy plan. Nie umie­li, nie chcie­li prze­cież zna­leźć jego matki i od za­wsze miał im to za złe. Nie za­le­ża­ło im, wie­dział to aż na­zbyt do­brze.

Je­dy­nie In­dian­ka z Fel­ton Creek prze­ję­ła się swoją rolą i nie zbyła Etha­na wzru­sze­niem ra­mion, a teraz miała mu coś do po­wie­dze­nia. Nie zdra­dzi­ła co, ale i tak prze­czu­wał, dokąd jadą. Krót­ka prze­jażdż­ka nie przy­nio­sła mu roz­cza­ro­wa­nia, po­twier­dza­jąc to, czego pod­świa­do­mie ocze­ki­wał, nawet nie zda­jąc sobie z tego spra­wy.

Przy­sta­nę­li przed miej­sco­wym cmen­ta­rzem. Do­zor­ca za­pro­wa­dził ich do jed­ne­go z na­grob­ków, gdzie wszyst­kie wąt­pli­wo­ści Etha­na roz­wia­ły się jak dym. W za­wsty­dze­nie wpra­wił go tylko fakt, że naj­pierw po­czuł ulgę, do­pie­ro potem żal.

– Tu ją po­cho­wa­no. – Słowa za­stęp­cy sze­ry­fa nio­sły wię­cej smut­ku, niż po­tra­fił wy­krze­sać z sie­bie syn zmar­łej. – Na jej wła­sne ży­cze­nie.

– Jak to? – bąk­nął chło­pak, wo­dząc nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem po sta­ran­nie przy­cię­tej, choć już ze­schłej tra­wie i za­dba­nych pły­tach na­grob­nych.

Nawet mo­gi­ła obcej dla miej­sco­wych ko­bie­ty nie róż­ni­ła się od resz­ty.

– Po­dob­no przed śmier­cią za­strze­gła, że chce zo­stać w Fel­ton Creek.

– Nie ro­zu­miem. – Za­trzy­mał wzrok na funk­cjo­na­riusz­ce i marsz­cząc czoło, spy­tał: – Nie pro­si­ła, żeby po­wia­do­mić ro­dzi­nę? Poza tym była na sta­no­wej li­ście osób za­gi­nio­nych. Nikt nie sko­ja­rzył na­zwi­ska? Prze­cież pięt­na­ście lat temu in­ter­net był już dość po­wszech­ny, nie?

White zmarsz­czy­ła brwi w gry­ma­sie zdziwienia.

– Nie. Nasza spo­łecz­ność do dzi­siaj obywa się bez tego wy­na­laz­ku – od­rze­kła zimno. – Mamy spe­cjal­ne ze­zwo­le­nie Kon­gre­su. Na tych sa­mych za­sa­dach dla ami­szów zro­bio­no wy­ją­tek przy ubez­pie­cze­niach spo­łecz­nych. Tyczy się to jed­nak tylko en­kla­wy Fel­ton Creek i oby­wa­te­li mia­sta.

Za­sko­czo­ny Ethan za­stygł z pół­otwar­ty­mi usta­mi. Tak, fak­tycz­nie, teraz zdał sobie spra­wę, że ani w szpi­ta­lu, ani w mie­ście nie wi­dział ta­ble­tów, lap­to­pów, smart­fo­nów. Tu­tej­si nie stro­ni­li od elek­tro­ni­ki, ale wszyst­kie urzą­dze­nia, któ­rych uży­wa­li, miały swoje lata, jakby czas tutaj za­trzy­mał się pod ko­niec dwu­dzie­ste­go wieku.

Krót­ko­fa­lów­ka ponad oka­za­ły­mi pier­sia­mi za­stęp­cy sze­ry­fa za­brzę­cza­ła prze­cią­gle.

– Po­wi­nie­neś to ro­zu­mieć, sam wo­lisz być of­fli­ne. – White się­gnę­ła do urzą­dze­nia, wy­słu­cha­ła ko­mu­ni­ka­tu, po czym do­da­ła: – Wra­ca­my. Przy­je­cha­li po cie­bie ze sta­no­wej.

Chło­pak po raz ostat­ni ob­rzu­cił po­nu­rym spoj­rze­niem grób matki. Bez oporu wsiadł do po­li­cyj­ne­go sa­mo­cho­du, roz­my­śla­jąc o czymś in­ten­syw­nie.

– Skoro umar­ła tutaj, to dla­cze­go jej wóz zna­le­zio­no na gra­ni­cy re­zer­wa­tu? – spy­tał w końcu.

– Nie wiem, synu – od­par­ła mun­du­ro­wa. – Mu­siał­byś spy­tać Burta Stron­ghor­se'a. On wtedy kie­ro­wał tu­tej­szym po­ste­run­kiem.

– Nie zdążę – mruk­nął ze zło­ścią Ethan, od­ru­cho­wo za­ci­ska­jąc pię­ści.

– Nie zdą­żysz – przy­zna­ła la­ko­nicz­nie.

– Więc niech pani coś zrobi. Co­kol­wiek, żeby mnie nie za­bra­li. Jesz­cze nie teraz.

– Nie mogę tak, synu. Ale obie­cu­ję, że po­mo­gę ci, gdy tu wró­cisz. Bo wró­cisz, praw­da?

Chło­pak nie od­po­wie­dział. Nie ode­zwał się wię­cej, nawet wtedy, gdy prze­ka­zy­wa­ła go ofi­ce­rom po­li­cji sta­no­wej. Od­je­chał, że­gna­jąc Fel­ton Creek za­cię­tą miną i wście­kłym spoj­rze­niem. Funk­cjo­na­riusz­ka wie­dzia­ła, że pod płasz­czy­kiem gnie­wu skry­wał nie­pew­ność, strach i go­rycz, że cała jego wy­czer­pu­ją­ca kru­cja­ta zna­la­zła tak roz­cza­ro­wu­ją­cy finał.

Dla White spra­wa nie za­koń­czy­ła się rów­nie szyb­ko. Nie na­rze­ka­jąc na nad­miar obo­wiąz­ków w spo­koj­nej mie­ści­nie, coraz czę­ściej wra­ca­ła myślą do wąt­pli­wo­ści za­sia­nych przez chło­pa­ka. Wresz­cie, któ­re­goś piąt­ko­we­go po­po­łu­dnia, pękła i za­czę­ła prze­trzą­sać ar­chi­wum w po­szu­ki­wa­niu do­ku­men­tów do­ty­czą­cych zaj­ścia sprzed lat. Choć po­świę­ci­ła na to nie jeden, lecz kilka wie­czo­rów, nie zna­la­zła żad­nej wzmian­ki o je­dy­nej strze­la­ni­nie w mie­ście w prze­cią­gu pięt­na­stu lat. Prze­czu­wa­ła, że spra­wa mu­sia­ła mocno śmier­dzieć.

Na upra­gnio­ny trop tra­fi­ła do­pie­ro w kar­to­te­ce biura lo­kal­ne­go ko­ro­ne­ra. Ra­port z sek­cji wy­glą­dał na kom­plet­ny. Wy­ni­ka­ło z niego, że przy­jezd­na ko­bie­ta po­strze­li­ła się sama w ho­te­lo­wym po­ko­ju i umar­ła nie­dłu­go po nie­uda­nej pró­bie sa­mo­bój­czej. Je­dy­ne za­cho­wa­ne zdję­cie zwłok mogło przed­sta­wiać ko­bie­tę z fo­to­gra­fii Etha­na, ale nie­cel­ny strzał w skroń znie­kształ­cił rysy twa­rzy.

Skąd wzię­ła się le­gen­da o rze­ko­mej strze­la­ni­nie, po­zo­sta­wa­ło za­gad­ką.

 

***

 

Prze­raź­li­wy hałas roz­pry­sku­ją­cej się tyl­nej szyby wy­rwał Beth z odrę­twie­nia. Bez za­sta­no­wie­nia prze­krę­ci­ła klu­czyk w sta­cyj­ce i wci­snę­ła gaz. Koła za­buk­so­wa­ły w pia­chu, sil­nik zawył jak opę­ta­ny i wóz z naj­wyż­szym wy­sił­kiem wy­to­czył się na szosę, by na­stęp­nie po­mknąć przed sie­bie z otwar­ty­mi drzwia­mi po stro­nie pa­sa­że­ra. Nie my­śla­ła o tym, że ucie­ka­jąc, po­zba­wia kry­ją­ce­go się za sa­mo­cho­dem po­ry­wa­cza je­dy­nej osło­ny przed ku­la­mi. Zer­k­nę­ła we wstecz­ne lu­ster­ko tylko raz – męż­czy­zna leżał na jezd­ni, być może po­strze­lo­ny lub mar­twy. Gdy ciem­ny sedan znik­nął za za­krę­tem, za­trzy­ma­ła auto, ale tylko po to, by za­mknąć drzwi.

Potem czym prę­dzej ru­szy­ła przed sie­bie. Pro­win­cjo­nal­na, wąska szosa wio­dła brze­giem ciem­nie­ją­ce­go z mi­nu­ty na mi­nu­tę lasu, coraz czę­ściej prze­ry­wa­ne­go pu­sty­mi po­ła­cia­mi pól. Beth mknę­ła nią z duszą na ra­mie­niu, bojąc się za­trzy­mać przy roz­rzu­co­nych z rzad­ka far­mer­skich do­mo­stwach. Wy­glą­da­ło jed­nak na to, że nikt jej nie ści­gał.

Skrzy­żo­wa­nie za­sko­czy­ło ją po zmierz­chu. Ponad wzgó­rzem o ła­god­nych sto­kach niebo wciąż czer­wie­nia­ło. Nie­pew­na kie­run­ku, w któ­rym mia­ła­by po­dą­żać, od­wa­ży­ła się wy­siąść z sa­mo­cho­du i ro­zej­rzeć wo­ko­ło, po­śpiesz­nie wy­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa. Kie­ru­nek wy­bra­ła od­ru­cho­wo i, jak mnie­ma­ła, szczę­śli­wie. Po nie­speł­na kwa­dran­sie jazdy mi­nę­ła ra­dio­wóz. Przy­sta­nę­ła na­tych­miast, bez za­sta­no­wie­nia pro­sząc funk­cjo­na­riu­sza o pomoc. Wy­da­wa­ło się, że to ko­niec kło­po­tów: mun­du­ro­wy po­pro­sił o wspar­cie i kazał jej cze­kać. Uspo­ko­jo­na, przy­sia­dła na ka­na­pie w tyle po­li­cyj­ne­go auta.

Nie­po­kój po­wró­cił, gdy za­miast ko­lej­ne­go ra­dio­wo­zu po­ja­wił się zwy­kły ford, bar­dzo po­dob­ny do ciem­no­sza­re­go se­da­na. Wy­sie­dli z niego dwaj po­waż­ni, ofi­cjal­nie wy­glą­da­ją­cy męż­czyź­ni. Przy­po­mi­na­li agen­tów fe­de­ral­nych, nie przed­sta­wi­li się jed­nak, a już pierw­sze usły­sza­ne od nich py­ta­nie spra­wi­ło, że trzy­ma­ją­ca pa­pie­ro­sa dłoń Beth za­czę­ła ner­wo­wo drżeć.

– Gdzie jest Mat­thew Ju­arez?

– Kto? – Za­mru­ga­ła, jakby pa­pie­ro­so­wy dym nagle za­czął gryźć ją w oczy.

– Nie uda­waj głu­piej. Facet, z któ­rym po­dró­żo­wa­łaś.

– Zo­stał w Fel­ton Creek. Wpadł w szał, za­czął strze­lać… Ucie­kłam.

– Nie zo­stał w Fel­ton Creek – oznaj­mił drugi agent. – Mówił, dokąd się wy­bie­ra?

Beth do­pie­ro teraz po­czu­ła, jak zimny na­stał wie­czór. Dresz­cze za­czę­ły wę­dro­wać po jej zmę­czo­nym ciele.

– Nic nie mówił. Nawet jak się na­zy­wa. To skoń­czo­ny świr.

– Na pewno?

Wes­tchnę­ła, szu­ka­jąc w pa­mię­ci cze­go­kol­wiek, co za­do­wo­li­ło­by roz­mów­ców.

– Tylko to, że je­dzie na pół­noc.

– To zna­czy dokąd?

– Nie wiem! – wy­buch­nę­ła. – Mam to gdzieś, chcę wró­cić do domu!

– Ra­dził­bym współ­pra­co­wać – oświad­czył pierw­szy ostro. – Ju­arez zabił dwoje ludzi w Fel­ton Creek, a na razie nic nie wska­zu­je, że nie byłaś z nim w zmo­wie.

– Że jak? – Pa­pie­ros wy­padł z pal­ców Beth na jezd­nię. – Ja?

– Razem opróż­ni­li­ście skryt­kę ban­ko­wą. Co zro­bi­li­ście z za­war­to­ścią?

– On… – urwa­ła i naraz po­de­rwa­ła się z miej­sca. – Wrzu­cił mi do to­reb­ki, po­win­na jesz­cze tam być. Mam w wozie, po­ka­żę!

Naj­bli­żej sto­ją­cy agent ski­nął głową, ale ciem­ność spra­wi­ła, że wyraz jego twa­rzy po­zo­sta­wał za­gad­ką. Kątem oka za­uwa­ży­ła, że drugi dys­kret­nym ru­chem się­gnął pod pachę.

– Do­brze, pokaż – po­wie­dział, po czym zwró­cił się do po­li­cjan­ta: – Pan jest wolny, dzię­ku­je­my za po­wia­do­mie­nie.

Mun­du­ro­wy czym prę­dzej od­je­chał. Beth nie­pew­nym kro­kiem po­de­szła do sa­mo­cho­du i przy­siadł­szy w fo­te­lu kie­row­cy, się­gnę­ła po to­reb­kę. Go­rącz­ko­wo prze­szu­ka­ła za­war­tość, ale nie zna­la­zła zma­to­wia­łe­go ze sta­ro­ści pla­sti­ko­we­go pu­deł­ka. Po­no­wi­ła próbę, wy­rzu­ca­jąc wprost na jezd­nię co tylko wpa­dło jej w ręce, by w końcu wy­trzą­snąć wszyst­ko, ale płyty CD po­mię­dzy roz­rzu­co­ny­mi na szo­sie przed­mio­ta­mi nie było.

– Skur­wiel mu­siał ją za­brać – wy­ją­ka­ła, ła­piąc się za głowę.

– Tak więc wra­ca­my do punk­tu wyj­ścia – usły­sza­ła. – Gdzie on jest?

– Skąd mam wie­dzieć?

Nie spo­dzie­wa­ła się tego, co na­stą­pi­ło zaraz potem. Agent znie­nac­ka schwy­cił ją za ramię i wy­wlekł z sa­mo­cho­du.

– Gdzie, kurwa? – wrza­snął Beth wprost do ucha, przy­gnia­ta­jąc ją do szosy i bo­le­śnie wy­krę­ca­jąc rękę. – Gadaj, suko!

– Nie wiem! – za­wy­ła płacz­li­wie, czu­jąc wży­na­ją­cy się w skroń drut oku­la­rów. – Nie wiem!

Bar­dziej zga­dła, niż zo­ba­czy­ła, że drugi męż­czy­zna przy­ku­ca obok. Gdy czoło zmro­ził jej zimny dotyk me­ta­lu, na mo­ment prze­sta­ła od­dy­chać.

– Dokąd po­je­chał?

– Nie… nie… – char­cza­ła, ły­ka­jąc łzy. – Pro­szę…

Naraz na­cisk ustał. Silne ra­mio­na agen­ta unio­sły Beth w po­wie­trze i pod sto­pa­mi znów po­czu­ła twar­dy grunt. Zanim zro­zu­mia­ła, czemu za­wdzię­cza zmia­nę, obok prze­mknął sa­mo­chód. Ha­mo­wał; ja­skra­wy blask re­flek­to­rów roz­ma­zy­wał się w jej za­łza­wio­nych oczach. Sępy zla­tu­ją się na żer, po­my­śla­ła. Czer­wień szyb­ko prze­szła w białe świa­tła co­fa­nia, agen­ci od­zy­ska­li rezon i po­cią­gnę­li ko­bie­tę do swo­je­go auta, ale szyb­ko za­trzy­ma­li się w pół kroku.

Ja­dą­cy na wstecz­nym po­jazd z im­pe­tem ugo­dził przód ich służ­bo­we­go wozu. Ru­szył, za­ha­mo­wał, na­brał roz­pę­du, by ude­rzyć po raz drugi. Obaj się­gnę­li po broń. Beth od­zy­ska­ła wol­ność, ale przy­tom­no­ści umy­słu star­czy­ło jej tylko na to, by wpeł­znąć za wła­sne auto i za­sty­gł­szy w ciem­no­ści, li­czyć, że nie ona jest celem ataku.

Gdy od­da­li pierw­sze strza­ły, sa­mo­chód de­spe­ra­ta zmie­nił kie­ru­nek, ru­sza­jąc wprost na taj­nia­ków. Jeden z prze­raź­li­wym krzy­kiem padł na jezd­nię, pchnię­ty zde­rza­kiem, lecz wkrót­ce, miaż­dżo­ny ko­ła­mi, za­milkł. Drugi, ukry­ty za służ­bo­wym po­jaz­dem, nie prze­sta­wał strze­lać, do­pó­ki agre­sor, ude­rza­jąc przo­dem w bok jego wozu, nie przy­gwoź­dził go do drze­wa. Za­mro­czo­ny, ośle­pio­ny re­flek­to­ra­mi, na mo­ment stra­cił orien­ta­cję. Szczęk otwie­ra­nych drzwi i od­głos od­bez­pie­cza­nej broni zlały się nie­mal w jedno. Po strza­le, który go dobił, za­pa­dła cisza.

Tym wy­raź­niej za­brzmia­ły kroki kogoś, kto po­ko­nał agen­tów. Beth wstrzy­ma­ła od­dech, ukry­ła głowę w ra­mio­nach i wbiła pa­znok­cie w kępę wy­su­szo­nej trawy na po­bo­czu. Po­my­śla­ła, że po­win­na ucie­kać mię­dzy drze­wa, ale nie zdą­ży­ła wpro­wa­dzić tego w czyn. Za­ci­śnię­te na po­żół­kłych źdźbłach dło­nie nie­spo­dzie­wa­nie wy­do­był z ciem­no­ści snop świa­tła pod­ręcz­nej la­tar­ki.

– Wyłaź – usły­sza­ła zna­jo­my głos i prze­szył ją lo­do­wa­ty dreszcz. – Po­mo­żesz mi.

Znowu on. Jak na­zwa­li go agen­ci?

Mat­thew Ju­arez?

Po­czu­ła uścisk w gar­dle i przez chwi­lę z tru­dem chwy­ta­ła po­wie­trze, zanim nie­pew­nie wsta­ła, przy­trzy­mu­jąc się sa­mo­cho­du.

– Po co wró­ci­łeś? – bąk­nę­ła, zdez­o­rien­to­wa­na.

Po­cią­gnął ją za sobą na szosę.

– Wo­la­ła­byś, żeby cię za­bi­li? Mia­łem cię zo­sta­wić jak ty mnie w Fel­ton Creek? – spy­tał drwią­co, szu­ka­jąc la­tar­ką stra­to­wa­ne­go agen­ta. – Po­mo­żesz po­wsa­dzać ich do sa­mo­cho­dów i bę­dziesz woln…

Snop świa­tła wy­do­był z mroku zma­sa­kro­wa­ną po­stać. Z wy­sił­kiem uno­si­ła pi­sto­let z drżą­cej dłoni. W tej samej chwi­li padł wy­mie­rza­ny w źró­dło świa­tła strzał. Tra­fio­ny Matt krzyk­nął i przy­padł do ziemi. La­tar­ka po­to­czy­ła się po szo­sie.

– Kryj się! – wy­krztu­sił zdła­wio­nym gło­sem.

Nie mógł wi­dzieć, że prze­ra­żo­na Beth już wy­co­fa­ła się na po­bo­cze. Ko­lej­na kula świ­snę­ła tuż obok jego głowy. Na chwi­lę prze­zwy­cię­żył ból, z wy­sił­kiem się­gnął po broń i za­czął na­ci­skać spust, ce­lu­jąc na oślep w skry­te­go w mroku prze­ciw­ni­ka.

Prze­stał do­pie­ro, gdy opróż­nił ma­ga­zy­nek.

 

***

 

– Cześć, Burt. – White zdję­ła ka­pe­lusz i uśmiech­nę­ła się przy­jaź­nie. – Norma po­wie­dzia­ła, że cię tu znaj­dę.

Star­szy męż­czy­zna, po­chy­lo­ny nad sil­ni­kiem wy­słu­żo­nej pół­cię­ża­rów­ki, wy­pro­sto­wał plecy i się­gnął po szma­tę, by wy­trzeć uma­za­ne sma­rem dło­nie.

– Przy­cho­dzisz służ­bo­wo czy pry­wat­nie? – spy­tał.

– Ra­czej pry­wat­nie – od­par­ła, nieco zdzi­wio­na. – Z mun­du­rem rzad­ko się roz­sta­ję, wiesz.

Stron­ghor­se nigdy wcze­śniej nie witał jej w ten spo­sób. Wy­glą­dał na zmę­czo­ne­go, wręcz przy­bi­te­go, i White po­my­śla­ła, że coś mu do­le­ga.

– Ra­czej – po­wtó­rzył, zu­peł­nie jakby spo­dzie­wał się po tym sło­wie ukry­tych zna­czeń.

– Do­brze, niech bę­dzie pry­wat­nie – spro­sto­wa­ła i po­de­szła bli­żej. – Bez „ra­czej”. Znowu pompa? – za­in­te­re­so­wa­ła się uprzej­mie, zer­ka­jąc na od­sło­nię­ty sil­nik.

– Znowu – po­twier­dził i za­mknął maskę. – Chodź, po­ga­da­my w domu.

– Wo­la­ła­bym nie – od­par­ła w spo­sób zdra­dza­ją­cy, że od­ma­wia bar­dziej ze wzglę­du na Burta niż na sie­bie. – Zresz­tą spra­wa, z którą przy­cho­dzę, nie zaj­mie wiele czasu. I na pewno ma wia­ry­god­ne wy­ja­śnie­nie.

Star­szy czło­wiek oparł się o sa­mo­chód i skrzy­żo­wał dło­nie na pier­si.

– To zna­czy? – spy­tał bez krzty cie­ka­wo­ści, jakby wie­dział, o co cho­dzi.

– Pa­mię­tasz tamtą strze­la­ni­nę sprzed pięt­na­stu lat? – za­czę­ła White. – Wy­glą­da na to, że szlag tra­fił więk­szość do­ku­men­ta­cji.

– Co chcesz wie­dzieć?

– Jak było na­praw­dę. Tylko tyle.

Wy­bla­kłe, szkli­ste oczy Burta po­ciem­nia­ły.

– Nie było żad­nej strze­la­ni­ny. Jakaś przy­jezd­na piła do lu­stra w ho­te­lu, a potem pal­nę­ła sobie w łeb tak nie­udol­nie, że pra­wie od­strze­li­ła pół twa­rzy. Umar­ła tego sa­me­go dnia.

White ski­nę­ła głową ze zro­zu­mie­niem.

– Skąd więc ta hi­sto­ria?

– Przez lata uło­ży­ła się z ludz­kich fan­ta­zji. Zresz­tą, ta bie­dacz­ka sama miała nie­li­chą wy­obraź­nię. Twier­dzi­ła, że to nie ona strze­la­ła, cho­ciaż za­sta­li­śmy drzwi i okna za­mknię­te od we­wnątrz. I ślady pro­chu na jej dło­niach. Wiesz, jak u nas jest. Jedna pie­lę­gniar­ka opo­wie­dzia­ła dru­giej, ta sio­strze czy matce, wie­czo­rem każda mę­żo­wi… To, co tamta Dem­bow­sky mó­wi­ła przed śmier­cią, tylko pod­sy­ca­ło sen­sa­cyj­ne plot­ki.

Mun­du­ro­wa otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy.

– Co ta­kie­go?

– Że prze­wo­zi coś cen­ne­go, że przed kimś ucie­ka, że po nią przy­szli… Spraw­dzi­łem to, co no­si­ła przy sobie. Po­spo­li­te przed­mio­ty, nic nie­zwy­kłe­go ani war­to­ścio­we­go.

– Ale nie za­wia­do­mi­li­ście ro­dzi­ny.

– Twier­dzi­ła, że żad­nej nie ma. Zo­bo­wią­za­ła mnie do za­cho­wa­nia w ta­jem­ni­cy ja­kichś sen­sa­cyj­nych ma­te­ria­łów, które zdo­by­ła. Twier­dzi­ła, że mogą znisz­czyć ten kraj, a tak na­praw­dę…

Za­wie­sił głos i po­krę­cił głową z dez­apro­ba­tą.

– Co to było? – White z prze­ję­ciem ob­ró­ci­ła ka­pe­lusz w dło­niach, my­śląc jed­no­cze­śnie, że jak na kogoś, kto pra­wie od­strze­lił sobie pół twa­rzy, Dem­bow­sky była po­dej­rza­nie ga­da­tli­wa.

– Płyta CD z na­gra­niem ja­kie­goś ślubu. Mar­nej ja­ko­ści. Z tego, co pa­mię­tam – z po­cząt­ku wieku. – Burt po­tarł pal­ca­mi pie­ką­ce po­wie­ki, za­mknął maskę auta i uty­ka­jąc, ru­szył ku drzwiom warsz­ta­tu. – Wejdź do domu, Iris, na­pi­je­my się kawy. To stara spra­wa. Nie warto jej roz­grze­by­wać.

White sta­ran­nie za­ło­ży­ła ka­pe­lusz.

– Tylko jest jeden pro­blem: ta ko­bie­ta była wtedy i wciąż fi­gu­ru­je na li­ście za­gi­nio­nych stanu Wa­szyng­ton. Wiesz, że muszę za­wia­do­mić tam­tej­sze służ­by?

Stron­ghor­se za­trzy­mał się na progu, za­gra­dza­jąc jej drogę.

– Nie mu­sisz. Dasz oka­zję tym na górze. Tylko cze­ka­ją na pre­tekst, by za­brać nam nasze przy­wi­le­je. Chcesz, tak jak resz­ta kraju, nie­ustan­nie być on­li­ne?

Pod­nio­sła głowę i twar­do spoj­rza­ła mu w oczy.

– Nie. Ale chcę obej­rzeć to, co zo­sta­ło po tej Dem­bow­sky.

Burt wydął wargi. Wy­glą­dał, jakby roz­wa­żał, czy warto.

– Po­szu­kam – po­wie­dział w końcu. – Pod­rzu­cę z rana na po­ste­ru­nek.

Prze­czu­cie jed­nak mó­wi­ło White, że stary nic nie znaj­dzie. Nie za­mie­rzał nawet pró­bo­wać, co zro­zu­mia­ła, ob­ser­wu­jąc z od­da­li, jak po­śpiesz­nie opusz­cza po­se­sję rze­ko­mo nie­spraw­nym sta­rym do­dgem. Po­cze­ka do rana, po czym zada mu jesz­cze jedno py­ta­nie: jak sa­mo­chód Beth tra­fił do rzeki St. Ma­ries?

 

***

 

– Po­trze­bu­jesz le­ka­rza. – Długo mknę­li w ciem­no­ści, ale w od­da­li za­ma­ja­czy­ły świa­tła ludz­kich sie­dzib, więc Beth po­no­wi­ła proś­bę. – Po­szu­kaj­my po­mo­cy.

– Nie. – Od­dy­chał cięż­ko, wal­cząc z bólem. Plama krwi z rany pod lewym bar­kiem po­więk­sza­ła się z mi­nu­ty na mi­nu­tę. – Nie ma mowy.

– Wy­krwa­wisz się.

– Co z tego? – wark­nął. – Za­le­ży ci?

Nie od­po­wie­dzia­ła. Pro­wa­dzi­ła sa­mo­chód w mil­cze­niu przez po­grą­żo­ną we śnie miej­sco­wość, która oka­za­ła się nie­wiel­ką osadą z kil­ko­ma za­le­d­wie do­mo­stwa­mi.

– Wi­dzisz? – za­uwa­żył z sa­tys­fak­cją. – Nie mają tu nawet we­te­ry­na­rza.

– Przy­cho­dzi ci do głowy ja­kieś inne wyj­ście? – spy­ta­ła.

– Teraz w lewo – po­le­cił tylko w od­po­wie­dzi.

Szosa wkrót­ce znik­nę­ła w lesie i Beth in­stynk­tow­nie zwol­ni­ła. Po lewej, spoza drzew wy­ło­ni­ła się jasna fa­sa­da ko­ścio­ła. Zdję­ła nogę z gazu i zer­k­nę­ła py­ta­ją­co na Matta.

– Nie – od­po­wie­dział. – Tu też nie bę­dzie­my bez­piecz­ni. – Pró­bo­wał wziąć głę­bo­ki od­dech, ale pierś prze­szył po­tęż­ny ból. – Znam miej­sco­we­go… ko­le­gę z woj­ska. Był sa­ni­ta­riu­szem… Tylko jemu za­ufam. Jedź.

Przy­spie­szy­ła. Ciem­ne pnie drzew, wy­do­by­wa­ne z mroku przez re­flek­to­ry, umy­ka­ły coraz szyb­ciej. Przed ocza­mi Beth sta­nął obraz dwóch pło­ną­cych sa­mo­cho­dów, a na wspo­mnie­nie stra­to­wa­ne­go ko­ła­mi trupa, któ­re­go na po­le­ce­nie po­ry­wa­cza za­wle­kła do jed­ne­go z aut, żo­łą­dek wciąż pod­cho­dził jej do gar­dła. Wciąż czuła też na sobie smród ben­zy­ny, roz­le­wa­nej na po­rzu­co­ne po­jaz­dy. Jed­nym z nich przy­je­chał Ju­arez; da­ła­by głowę, że ten wła­śnie ford wcze­śniej brał udział w po­ści­gu. Opa­rzo­na dłoń pul­so­wa­ła bólem.

– Za­bi­łeś tam­tych ludzi na dro­dze z Fel­ton Creek, praw­da? – spy­ta­ła cicho i nie cze­ka­jąc na po­twier­dze­nie, do­da­ła: – Co to za jedni?

– ACID. Ad­van­ced Cyber In­tel­li­gen­ce Di­vi­sion. Wy­wiad elek­tro­nicz­ny, skie­ro­wa­ny prze­ciw­ko wro­gom we­wnętrz­nym, to zna­czy – oby­wa­te­lom. Nam.

Zmarsz­czy­ła brwi.

– Nigdy o nich nie sły­sza­łam.

– Nie ty jedna.

My­śla­ła przez chwi­lę, po czym po­nu­ro rze­kła:

– Za­bi­łeś agen­tów rzą­do­wych. To jak za­mor­do­wać po­li­cjan­ta, nie da­ru­ją ci.

– Nam – spro­sto­wał. – Nie uwie­rzą, że do­ko­na­łem tego wszyst­kie­go bez two­jej po­mo­cy. Za­gryzł wargi, zmro­żo­ny przez świa­tła nad­jeż­dża­ją­ce­go z prze­ciw­ka sa­mo­cho­du, i in­stynk­tow­nie się­gnął po broń, igno­ru­jąc lepką wil­goć, spły­wa­ją­cą z rany na brzuch. Ode­tchnął z ulgą, gdy po­jazd minął ich i znik­nął w mroku.

– Po­wiedz mi przy­naj­mniej, co jest na tej pły­cie – za­żą­da­ła po chwi­li. – Po­win­nam wie­dzieć, przez co za­mie­ni­łeś moje życie w szam­bo.

Ju­arez przez mo­ment zbie­rał siły, zanim za­czął mówić:

– Na­gra­nie z dwa ty­sią­ce trze­cie­go roku. Roz­mo­wa wy­so­ko po­sta­wio­ne­go urzęd­ni­ka fe­de­ral­ne­go z pew­nym po­my­sło­wym stu­den­tem Ha­rvar­du. – Ode­tchnął i kon­ty­nu­ował: – Parę mie­się­cy póź­niej za­czął dzia­łać pe­wien no­wa­tor­ski ser­wis spo­łecz­no­ścio­wy… i szyb­ko opa­no­wał rynek. Eh… Po­cząt­ko­wo za­kła­da­li, że za darmo będą szpie­go­wać na­szych gów­nia­rzy… Za­sko­czy­ło ich to, że rów­nie łatwo można in­wi­gi­lo­wać cały świat… Za jego zgodą.

– Ro­zu­miem, ale za­bi­jać przez coś ta­kie­go? – chrząk­nę­ła z nie­do­wie­rza­niem. – To chore.

– A jed­nak wła­śnie tak zgi­nął Steve – wy­ja­śnił zdu­szo­nym gło­sem.

– Nie… Nie­praw­da – wy­ją­ka­ła za­szo­ko­wa­na. – Drań uciekł z jakąś zdzi­rą.

Po­ry­wacz uśmiech­nął się smut­no.

– Uwa­żaj na słowa, to była moja sio­stra. – W jed­nej chwi­li spo­waż­niał i dodał: – Ją też za­bi­li… Dzię­ki temu, wi­dzisz, pra­wie je­ste­śmy ro­dzi­ną.

Ner­wo­wo po­pra­wi­ła po­krzy­wio­ne oku­la­ry.

– Chrza­nisz – od­par­ła, tym razem ze zło­ścią. – Je­steś zwy­kłym świ­rem. Nie wie­rzę w ani jedno słowo. Ani jedno, ro­zu­miesz?

– Twoja spra­wa – wy­mam­ro­tał.

Zer­k­nę­ła we wstecz­ne lu­ster­ko – w od­da­li za­ja­śnia­ły dwa świetl­ne punk­ty. Z bi­ciem serca śle­dzi­ła je wzro­kiem, ale utrzy­my­wa­ły dy­stans, by wkrót­ce znik­nąć. Pew­nie skrę­cił w jedną z licz­nych bocz­nych dróg, po­my­śla­ła. Ju­arez ję­czał, z tru­dem chwy­ta­jąc po­wie­trze. Trze­ba było od­wie­dzić tam­ten ko­ściół. Co zro­bię, jeśli drań mi tu umrze?

Cho­ciaż taka ewen­tu­al­ność by­ła­by ja­kimś roz­wią­za­niem skom­pli­ko­wa­nej sy­tu­acji, my­śla­ła o niej z nie­wy­tłu­ma­czal­ną nie­chę­cią.

– Wy­trzy­maj – po­wie­dzia­ła z nie­skry­wa­nym na­pię­ciem w gło­sie. – Jeśli od­pły­niesz, nigdy nie znaj­dę tego sa­ni­ta­riu­sza. Nie wiem, gdzie go mam szu­kać. Sły­szysz, Ju­arez?

Po­trzą­snął głową i wy­char­czał coś, co brzmia­ło jak adres na przed­mie­ściach St. Ma­ries.

Las wy­raź­nie się prze­rze­dził, drze­wa za­stą­pi­ły tra­wia­ste po­bo­cza, cza­sem gdzieś w mroku bły­ska­ły okna sa­mot­nych do­mostw, ta­kich jak to, które z po­cząt­ku mi­nę­ła obo­jęt­nie, prze­oczyw­szy zjazd z drogi sta­no­wej. Wście­kła na sie­bie, długo klu­czy­ła, zanim zna­la­zła wła­ści­wy bu­dy­nek. Za­trzy­ma­ła sa­mo­chód na pod­jeź­dzie; lampa na fron­cie domu za­pło­nę­ła au­to­ma­tycz­nie. Gdzieś z od­da­li do­bie­ga­ło uja­da­nie psów. Do­pie­ro wtedy od­wa­ży­ła się ode­zwać do to­wa­rzy­sza. Jego głowa, opar­ta o pier­si, ki­wa­ła się nie­znacz­ne.

– To tutaj? – Dem­bow­sky de­li­kat­nie trą­ci­ła ramię po­ry­wa­cza. – Ju­arez, to ten dom?

Za­rzę­ził cicho. Wszyst­ko jedno, po­my­śla­ła. W tej samej chwi­li otwo­rzy­ły się drzwi i na progu sta­nę­ła ko­bie­ta w szla­fro­ku. Beth wy­sia­dła po­śpiesz­nie.

– Pro­szę mi pomóc – za­wo­ła­ła bła­gal­nie. – Wiozę ran­ne­go, po­trze­bu­je­my le­ka­rza!

Go­spo­dy­ni po­sta­wi­ła kilka nie­pew­nych kro­ków. Żwir chrzę­ścił pod jej sto­pa­mi, gdy pod­cho­dzi­ła z ocią­ga­niem, a ze skry­tej w mroku twa­rzy nie dało się ni­cze­go wy­czy­tać. Beth czuła, jak bar­dzo jest prze­ra­żo­na. Ro­zu­mia­ła to; sama by­ła­by, gdyby jacyś po­kie­re­szo­wa­ni po­dróż­ni wy­rwa­li ją późną nocą z łóżka.

– Bła­gam! – skam­la­ła, coraz bar­dziej zde­spe­ro­wa­na. – Pani mąż słu­żył w armii, praw­da? Był sa­ni­ta­riu­szem! Znał tego czło­wie­ka. Niech pani coś powie, na li­tość boską! – Pod­bie­gła i otwo­rzy­ła drzwi pa­sa­że­ra. – Prze­nie­sie­my go do domu, po­mo­że mi pani?

– Dddo­brze – wy­mam­ro­ta­ła wresz­cie ko­bie­ta.

Beth za­nur­ko­wa­ła w aucie, by od­piąć pas bez­pie­czeń­stwa Ju­are­za, za­uwa­ża­jąc, że po­ry­wacz oprzy­tom­niał. Wpa­try­wał się przed sie­bie szkli­stym wzro­kiem i mam­ro­tał coś pod nosem. Za­sty­gła, na­słu­chu­jąc.

– Pies – po­wta­rzał. – Pies… ko­bie­to, po­patrz… Ten pies…

Skon­ster­no­wa­na, po­dą­ży­ła spoj­rze­niem w tym samym kie­run­ku, co on: na gra­ni­cy mię­dzy za­się­giem świa­teł re­flek­to­rów i mro­kiem le­ża­ło na żwi­rze duże ła­cia­te bydlę. Za zra­nio­ne­go łba le­ni­wie są­czy­ła się krew. W jed­nej chwi­li zro­zu­mia­ła wszyst­ko: brak po­ści­gu, szczę­śli­wą uciecz­kę, strach go­spo­dy­ni i mar­twe zwie­rzę.

Nie od­pię­ła pasów Matta. Bez za­sta­no­wie­nia za­trza­snę­ła drzwi pa­sa­że­ra, ode­pchnę­ła prze­ra­żo­ną ko­bie­tę i czym prę­dzej wró­ci­ła na fotel kie­row­cy. Jesz­cze zanim uru­cho­mi­ła sil­nik, z domu wy­pa­dli uzbro­je­ni lu­dzie. Ru­szy­ła na wstecz­nym, wy­pa­da­jąc z pod­jaz­du.

Ka­no­na­da strza­łów i ciem­ność spra­wi­ły, że za­miast wy­brać wy­jazd na drogę sta­no­wą, skrę­ci­ła w drugą stro­nę, na nie­zna­ny szlak. Chwi­lę potem na wiej­ską szosę wy­to­czył się cięż­ki SUV, bły­ska­jąc lam­pa­mi ostrze­gaw­czy­mi.

Głowa Ju­are­za po­now­nie opa­dła na pier­si, pod­ska­ku­jąc przy każ­dej nie­rów­no­ści. Błę­kit­ne re­flek­to­ry po­ści­gu zda­wa­ły się we wstecz­nym lu­ster­ku z każdą chwi­lą ro­snąć. Beth włą­czy­ła dłu­gie świa­tła i wi­dząc przed sobą pro­sty od­ci­nek, przy­spie­szy­ła. Prze­mknę­ła obok kilku ci­chych do­mostw, pra­wie nie re­je­stru­jąc ich ist­nie­nia, i zu­peł­nie obo­jęt­nie mi­nę­ła przy­sa­dzi­ste bryły za­bu­do­wań go­spo­dar­skich, le­żą­cych na łuku drogi.

W tym mo­men­cie sa­mo­cho­dem za­trzę­sło jesz­cze bar­dziej. Znisz­czo­na szosa ury­wa­ła się nagle, prze­cho­dząc w ubity polny trakt, wio­dą­cy mię­dzy drze­wa. Dem­bow­sky nie zdję­ła nogi z gazu aż do chwi­li, gdy zo­ba­czy­ła od­bły­ski świa­teł w ciem­nej toni.

Ostro przy­ha­mo­wa­ła, za­sty­ga­jąc cen­ty­me­try od brze­gu po­grą­żo­nej w mroku rzeki. Sil­nik zgasł, a ona sie­dzia­ła bez ruchu, dy­sząc cięż­ko jak po for­sow­nym biegu. Czuła, że po­win­na otwo­rzyć drzwi i uciec, ale nie dała rady zmu­sić ciała do jesz­cze więk­sze­go wy­sił­ku. No­ga­mi wstrzą­sa­ły nie­sko­or­dy­no­wa­ne skur­cze, pod­nie­sie­nie drżą­cej ręki do twa­rzy oka­za­ło się pra­wie nie­wy­ko­nal­ne, a serce zda­wa­ło się roz­sa­dzać nie tylko pierś, ale i me­ta­lo­wą pusz­kę nad­wo­zia.

Wkrót­ce zresz­tą było już za późno. Spoza drzew wy­to­czył się po­tęż­ny wóz ACID-u, na­tych­miast włą­cza­jąc ośle­pia­ją­cy szpe­racz.

– Otwórz po­wo­li okno i wysuń przez nie obie ręceusły­sza­ła ryk z gło­śni­ka.

Wtedy po­czu­ła na udach jakiś kan­cia­sty kształt. Zer­k­nę­ła w dół.

Płyta CD w wy­ma­za­nej krwią pla­sti­ko­wej ob­wo­lu­cie.

– Weź… Prze­cho­waj to dla mnie… Wrócę…

Z czar­nych, nie­ubła­ga­nie męt­nie­ją­cych oczu Ju­are­za wy­zie­ra­ła bez­gra­nicz­na roz­pacz. Słaby szept Matta uto­nął w ko­lej­nych we­zwa­niach agen­tów. Beth wy­cią­gnę­ła rękę, za­nu­rzy­ła dłoń w kę­dzie­rza­wych wło­sach po­ry­wa­cza i po­chy­li­ła się, skła­da­jąc na jego ustach długi, po­że­gnal­ny po­ca­łu­nek. Płyta zsu­nę­ła się z jej kolan, wpa­da­jąc pod fotel kie­row­cy.

Potem wy­su­nę­ła dło­nie za okno. W od­po­wie­dzi szczęk­nę­ły otwie­ra­ne drzwi rzą­do­we­go SUV-a, a pod sto­pa­mi agen­tów za­chrzę­ścił piach. Nad­cią­ga­li ostroż­nie, z bro­nią go­to­wą do strza­łu; ocze­ki­wa­nie cią­gnę­ło się jak tor­tu­ra. W ostat­niej chwi­li cof­nę­ła dłoń i się­gnę­ła do ha­mul­ca ręcz­ne­go.

Mimo prze­szy­wa­ją­ce­go bólu opa­rzo­nej dłoni, zwol­ni­ła go i za­mknę­ła oczy. Sa­mo­chód po­wo­li sta­czał się do rzeki.

 

***

 

– Wy­cho­dzisz, Dem­bow­sky – usły­szał. – Na jakiś czas, więc nie ciesz się za bar­dzo.

Spoj­rzał na straż­ni­ka spode łba.

– Jak to?

– Biuro sze­ry­fa hrab­stwa Latah wy­po­ży­cza cię na czas do­cho­dze­nia i obie­cu­je zwró­cić w sta­nie nie­na­ru­szo­nym – za­żar­to­wał nie­mło­dy, zgorzk­nia­ły funk­cjo­na­riusz.

– Bar­dzo za­baw­ne – mruk­nął iro­nicz­nie Ethan pod nosem. – Ja­kie­go do­cho­dze­nia?

– To już ty le­piej wiesz.

Nie miał po­ję­cia, ale gdy zo­ba­czył pod­pi­su­ją­cą ja­kieś pa­pie­rzy­ska White, zro­zu­miał. Zdzi­wi­ło go tylko, że nie no­si­ła mun­du­ru za­stęp­cy sze­ry­fa. W burej kurt­ce i cia­sna­wych je­an­sach wy­glą­da­ła jak pierw­sza lep­sza pro­win­cjusz­ka. Straż­nik wy­ce­dził coś do krót­ko­fa­lów­ki, jedna, potem druga krata z le­ni­wym po­mru­kiem wsu­nę­ła się w ścia­nę, gu­mo­we po­de­szwy te­ni­só­wek mięk­ko za­szu­ra­ły o pod­ło­gę. Straż­ni­cy nic wię­cej nie wy­ja­śni­li, a z ka­mien­nej twa­rzy funk­cjo­na­riusz­ki też nie wy­czy­tał ni­cze­go. Na ze­wnątrz cze­ka­ła go ko­lej­na nie­spo­dzian­ka: White przy­je­cha­ła nie ra­dio­wo­zem, a pry­wat­nym, nie­moż­li­wie za­bło­co­nym je­epem.

Sko­ło­wa­ny, spy­tał opry­skli­wie:

– O co znowu cho­dzi?

– Wizja lo­kal­na, synu – od­par­ła enig­ma­tycz­nie, zdej­mu­jąc mu kaj­dan­ki.

– Prze­cież nic nie zro­bi­łem.

– Wiem.

Tym razem to ona mil­cza­ła przez całą po­dróż. Ethan osten­ta­cyj­nie od­wró­cił głowę i tępo wpa­try­wał się w prze­my­ka­ją­ce za mo­krym oknem rol­ni­cze kra­jo­bra­zy. Z po­cząt­ku dzi­wi­ło go, że nie po­dą­ża­li w stro­nę Fel­ton Creek, ale na pół­noc mię­dzy­sta­no­wą numer dzie­więć­dzie­siąt pięć, ku za­le­sio­nym te­re­nom oka­la­ją­cym re­zer­wat Coeur d'Alene. Nie oka­zał jed­nak za­sko­cze­nia, po­dob­nie jak wtedy, gdy skrę­ci­li w jedną z pro­win­cjo­nal­nych dróg, obo­jęt­nie mi­nę­li jasne far­mer­skie domy i bu­dyn­ki go­spo­dar­skie, by za­nu­rzyć się w ciem­no­zie­lo­nym igla­stym lesie. Za­nie­po­ko­iło go, gdy White za­trzy­ma­ła te­re­nów­kę obok prze­chy­lo­nej ku ziemi, po­rdze­wia­łej skrzyn­ki na listy.

– Nie lubi gości – wy­ja­śni­ła, ga­sząc sil­nik.

– Kto? – spy­tał, wy­sia­da­jąc, ale nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi.

Roz­mię­kła po desz­czu grun­to­wa droga po­pro­wa­dzi­ła ich do za­nie­dba­ne­go, przy­po­mi­na­ją­ce­go skrzy­nię bu­dyn­ku. Nie miał w sobie nic z oszczęd­nej, pro­stej ele­gan­cji rol­ni­czych do­mostw ani z wy­piesz­czo­nych sze­re­gow­ców z przed­mieść. Przy­wo­dził na myśl wiel­ką przy­cze­pę kem­pin­go­wą, a ota­cza­ją­cy go nie­ład po­tę­go­wał to wra­że­nie. Tuż przy drzwiach za­sty­gło w god­nej po­ża­ło­wa­nia pozie trój­no­gie, oka­le­czo­ne krze­sło, gdzieś obok po­rzu­co­no sa­mo­cho­do­wą ka­na­pę. Spod wy­le­nia­łej ta­pi­cer­ki wy­ła­zi­ła żółta gąbka. Ethan ob­rzu­cił peł­nym nie­chę­ci spoj­rze­niem dziu­ra­we wia­dra, roz­mię­kłe kar­to­no­we pudła i roz­bi­ty te­le­wi­zor, z wnę­trza któ­re­go wy­glą­dał kot, by w końcu za­trzy­mać skon­ster­no­wa­ny wzrok na White.

– Czyj to dom?

– Ty mi po­wiesz.

– Nigdy tu nie byłem.

– Wiem.

Za­stu­ka­ła; z wnę­trza naj­pierw do­bie­gło miau­cze­nie, prze­raź­li­wy rumor, skrze­cze­nie: „Spie­przaj stąd!”, a potem wrzask ude­rzo­ne­go czy prze­pę­dza­ne­go zwie­rzę­cia. Drzwi po­zo­sta­ły jed­nak za­mknię­te.

– Pani Smith? – za­wo­ła­ła White naj­ła­god­niej, jak umia­ła. – Pro­szę otwo­rzyć, chce­my tylko po­roz­ma­wiać. Nie zaj­mie­my wiele czasu.

Ethan zmarsz­czył brwi i po­krę­cił głową. Czy tylko po to wy­cią­gnę­ła go z aresz­tu?

– Coś za jedna? – usły­sze­li.

– Iris, ku­zyn­ka Burta Stron­ghor­se'a– skła­ma­ła na po­cze­ka­niu funk­cjo­na­riusz­ka.

Za­chro­bo­tał klucz i drzwi roz­war­ły się nie­znacz­nie. Ko­bie­ta o rzad­kich si­wych wło­sach za­ło­ży­ła oku­la­ry ze skle­jo­nym brud­nym pla­strem no­skiem i wle­pi­ła we White nie­przy­tom­ne spoj­rze­nie.

– Czego? – wy­chry­pia­ła. – Nie znam cię.

Młody Dem­bow­sky po­czuł, jak po­mi­mo zimna i sią­pią­ce­go desz­czu ogar­nia go go­rą­co. Twarz go­spo­dy­ni, choć zde­for­mo­wa­na bli­zną cią­gną­cą się od skro­ni przez po­li­czek aż do ust, wy­glą­da­ła zna­jo­mo.

– To ona – wy­krztu­sił przez ści­śnię­te gar­dło.

– Teraz mogę ci po­wie­dzieć – szep­nę­ła do niego Iris. – Do­ko­na­li­śmy eks­hu­ma­cji: w gro­bie two­jej matki spo­czy­wa­ją zwło­ki spo­re­go psa. Burt Stron­ghor­se, przy­par­ty do muru, przy­znał, że po­ma­gał w upo­zo­ro­wa­niu śmier­ci. Po­dob­no bła­ga­ła o to, twier­dząc, że jest śle­dzo­na. Choć, je­stem pewna, że chro­nił ra­czej naszą spo­łecz­ność niż swój czy jej tyłek – do­da­ła, po czym po­wie­dzia­ła gło­śno: – Nie­moż­li­we. Burt na pewno o mnie wspo­mi­nał. Prze­cież był tu nie­daw­no. Za­po­wia­dał, że wpad­nę.

Wła­ści­ciel­ka domu przy­mru­ży­ła po­wie­ki, jakby coś sobie przy­po­mi­na­jąc. Nagle otwo­rzy­ła drzwi sze­rzej i po­na­gli­ła, za­afe­ro­wa­na:

– Coś wspo­mi­nał. Wchodź­cie. Szyb­ko, szyb­ko!

White we­szła pierw­sza. Zaraz ude­rzy­ły ją po­mie­sza­ne wonie zwie­rzę­cych od­cho­dów, brudu, stę­chli­zny. We wnę­trzu za­wa­lo­nym kar­to­na­mi, szma­ta­mi i pu­sty­mi opa­ko­wa­nia­mi po pro­duk­tach spo­żyw­czych har­co­wa­ły koty. Ethan z nie­skry­wa­ną przy­kro­ścią za­stygł na progu. Beth wcią­gnę­ła go do środ­ka, ener­gicz­nie za­trza­sku­jąc drzwi. Potem bez­ce­re­mo­nial­nie pchnę­ła syna na za­rzu­co­ny po­dar­ty­mi szma­ta­mi fotel i gniew­nie mam­ro­cząc coś pod nosem, za­czę­ła go­rącz­ko­wo prze­trzą­sać swój marny do­by­tek.

– Pro­szę pani? – za­ga­iła po­li­cjant­ka. – Szuka pani cze­goś?

– Tak, tak. – Go­spo­dy­ni zrzu­ci­ła na pod­ło­gę ko­lej­ny kar­ton. Ze środ­ka wy­sy­pa­ły się po­żół­kłe ga­ze­ty, wzbu­dza­jąc chmu­rę kurzu. – Kawy. Gdzieś mia­łam kawę. I pla­cek. Prze­cież wy­pa­da po­czę­sto­wać gości, no nie?

Chło­pa­ko­wi na samą myśl o je­dze­niu ze­bra­ło się na wy­mio­ty. Już pra­wie wsta­wał, by wy­biec na ze­wnątrz, gdy za­uwa­żył w dło­niach matki broń. Zanim zdą­żył choć­by jęk­nąć, strze­li­ła dwa razy w sze­ro­ką pierś White. Pod­ło­ga jęk­nę­ła głu­cho pod cię­ża­rem pa­da­ją­cej po­li­cjant­ki; na blu­zie Iris za­czę­ły ro­snąć dwie ciem­no­czer­wo­ne plamy.

Uzmy­sło­wił sobie, że oka­zję do uciecz­ki stra­cił bez­pow­rot­nie.

 

***

 

Chwi­lę trwa­ło, zanim zro­zu­mia­ła, że to kro­ple spa­da­ją­ce z ga­łę­zi drzew tak na­tar­czy­wie stu­ka­ją o maskę sta­re­go che­vro­le­ta. Otwo­rzy­ła oczy i rzu­ci­ła nie­przy­tom­nym wzro­kiem na deszcz, gęsto ob­sia­da­ją­cy przed­nią szybę. Na ze­wnątrz sza­rza­ło; zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. Tak, bez wąt­pie­nia wsta­wał świt.

– Ju­arez? – wy­beł­ko­ta­ła, ma­su­jąc pal­ca­mi ze­sztyw­nia­łą szyję.

Druga dłoń, wy­cią­gnię­ta ku miej­scu, w któ­rym po­win­na tra­fić na ramię po­ry­wa­cza, za­wi­sła w po­wie­trzu. Do­pie­ro wtedy Beth po­wo­li od­wró­ci­ła głowę, spo­glą­da­jąc z kon­ster­na­cją na pusty fotel pa­sa­że­ra. No tak, prze­cież go za­bra­li.

Skur­wie­le z ACID.

Me­cha­nicz­nym ru­chem zdję­ła oku­la­ry i ukry­ła twarz w dło­niach. Za­łka­ła, przy­tu­la­jąc po­li­czek do kie­row­ni­cy. Bied­ny Matt. Aresz­to­wa­li go… Za­pew­ne jej też nie spusz­czą z oka.

Nie po­win­na tkwić tu zbyt długo, nie mogła dłu­żej po­dró­żo­wać tym sa­mo­cho­dem. Bez­wład­ną, jakby obcą dło­nią pchnę­ła drzwi, po­sta­wi­ła stopę na mo­krym pia­sku i wyj­rza­ła na ze­wnątrz. Auto wciąż stało na brze­gu.

A prze­cież pa­mię­ta­ła, jak lu­zu­je ręcz­ny ha­mu­lec. Stchó­rzy­ła czy agen­ci w ostat­niej chwi­li uda­rem­ni­li jej próbę? Mętna toń rzeki St. Ma­ries, sma­ga­na stru­ga­mi desz­czu, po­wo­li zmie­nia­ła barwę ze smo­li­stej czer­ni na przy­gnę­bia­ją­cą sza­rość. Beth za­sty­gła, bez­rad­nie opar­ta na drzwiach, i roz­wa­ża­ła, co ma robić dalej. Prze­kli­na­ła w duchu nie­zde­cy­do­wa­nie i pust­kę w gło­wie. Wie­dzia­ła jedno: do daw­ne­go życia nie może wró­cić. Zbyt wiel­kie za­gro­że­nie spro­wa­dzi­ła­by na bli­skich. Na wspo­mnie­nie Etha­na po jej po­licz­ku po­pły­nę­ła cie­pła łza, lecz szyb­ko osty­gła, tłam­szo­na zim­ny­mi kro­pla­mi desz­czu.

Beth czuła zresz­tą, że wra­cać nie chce. Że po­win­na, musi, pójść tro­pem Steve'a. Do­wie­dzieć się, dla­cze­go drań po­rzu­cił ją i dziec­ko. W czym od niej była lep­sza ta la­ty­no­ska zdzi­ra, z którą uciekł? Jak zwy­kły me­cha­nik wszedł w po­sia­da­nie tak nie­bez­piecz­ne­go na­gra­nia? Dla­cze­go wła­śnie Beth zo­sta­wił w spad­ku strasz­li­wą ta­jem­ni­cę, ukry­wa­jąc ją w pro­win­cjo­nal­nym banku za­gu­bio­nej w gó­rzy­stych pust­ko­wiach mie­ści­ny? I co łą­czy­ło go z Fel­ton Creek?

Fel­ton Creek. Prze­cież Matt obie­cał, że wróci. Się­gnę­ła pod sie­dze­nie kie­row­cy, od­naj­du­jąc od­da­ną jej na prze­cho­wa­nie płytę. Nawet w pół­mro­ku desz­czo­we­go po­ran­ka do­brze wi­dzia­ła na pla­sti­ko­wym fu­te­ra­le krwa­wy ślad pal­ców Ju­are­za. Przy­ci­snę­ła go do pier­si jak drogą sercu pa­miąt­kę, wy­czu­wa­jąc bi­ją­ce od niej cie­pło.

Tak, Matt. Prze­cho­wam ją dla cie­bie. Cier­pli­wie za­cze­kam na twój po­wrót.

Zanim zlu­zo­wa­ła ręcz­ny ha­mu­lec, za­bra­ła z wozu to­reb­kę. Przez chwi­lę stała na brze­gu, usi­łu­jąc dło­nią osło­nić przed desz­czem ledwo tlący się pło­myk za­wil­got­nia­łe­go pa­pie­ro­sa. Sa­mo­chód ma­je­sta­tycz­nie tonął w męt­nych wo­dach. Tamta wizja mu­sia­ła być prze­czu­ciem, zro­zu­mia­ła. Pro­roc­twem, pod­pro­go­wą pod­po­wie­dzią losu.

Pa­pie­ros zgasł na dobre. Rzu­ci­ła go w błoto, po­pra­wi­ła na ra­mie­niu pasek torby i ru­szy­ła w drogę po­wrot­ną. Dzię­ki uczyn­nym kie­row­com do­tar­ła w końcu w oko­li­ce Fel­ton Creek i za resz­tę pie­nię­dzy wy­na­ję­ła w miej­sco­wym ho­te­lu pokój. Na­stęp­ne­go ranka za­cznę pytać o Steve'a, obie­ca­ła sobie, ale mimo zmę­cze­nia nie po­tra­fi­ła za­snąć. Za­war­tość odzie­dzi­czo­ne­go po Ju­are­zie dysku nie da­wa­ła jej spo­ko­ju.

Nie wy­trzy­ma­ła długo. Póź­nym wie­czo­rem ze­szła do re­cep­cji i po­pro­si­ła o moż­li­wość przej­rze­nia na­gra­nia. Uprzej­my wła­ści­ciel udo­stęp­nił jej wy­słu­żo­ny od­twa­rzacz i za­glą­dał przez ramię, gdy z tę­że­ją­cą z żalu twa­rzą uru­cho­mi­ła ama­tor­ski film ze ślubu Steve'a Halla i ciem­no­okiej la­ty­no­skiej zdzi­ry o mocno prze­cięt­nej uro­dzie.

Jej Steve'a.

Nie obej­rza­ła filmu do końca. Zo­sta­wi­ła płytę w kie­sze­ni od­twa­rza­cza i po­ru­szo­na, bez słowa wró­ci­ła do po­ko­ju. Ju­arez mnie oszu­kał, my­śla­ła, au­to­ma­tycz­nie po­ko­nu­jąc sto­pień za stop­niem skrzy­pią­cych scho­dów. A może sam nie wie­dział, co na­praw­dę za­wie­ra na­gra­nie?

Nie. Przy­sta­nę­ła na pół­pię­trze, do bólu wbi­ja­jąc pa­znok­cie w drew­nia­ną po­ręcz. To agen­ci mu­sie­li pod­mie­nić dysk. Tam, nad rzeką. Prze­cież mieli na to czas.

Wy­tar­ty dywan w ko­ry­ta­rzu mi­ło­sier­nie tłu­mił jej kroki, klucz do­no­śnie chro­bo­tał w nie­czę­sto uży­wa­nym zamku ho­te­lo­we­go po­ko­ju. Nie za­pa­li­ła lampy, neon za oknem i tak dawał aż nadto świa­tła. Beth, nie zdej­mu­jąc za­bło­co­nych butów, rzu­ci­ła się na łóżko, wbi­ja­jąc nie­przy­tom­ny wzrok w barw­ne smugi na su­fi­cie. A może…

Ale je­stem głu­pia. Zo­sta­wi­łam płytę, a prze­cież… Łóżko za­skrzy­pia­ło prze­raź­li­wie. Pod­ry­wa­ła się z myślą, że wła­ści­wy prze­kaz z pew­no­ścią zo­stał za­ko­do­wa­ny.

W tej samej chwi­li gdzieś z ciem­no­ści w rogu po­ko­ju padł strzał.

 

***

 

– Wie­dzia­łam, że w końcu przyj­dziesz – wy­mam­ro­ta­ła. Pi­sto­let drgał w jej kru­chych, przed­wcze­śnie po­sta­rza­łych dło­niach o po­krzy­wio­nych przez go­ściec pal­cach. – Cze­ka­łam na cie­bie, suko. To ty do mnie strze­la­łaś w ho­te­lu. Do­brze cię za­pa­mię­ta­łam.

Beth po­de­szła do White, nie prze­sta­jąc do niej mie­rzyć. Prze­stra­szo­ne hu­kiem koty jeden po dru­gim czmych­nę­ły na ze­wnątrz przez za­bez­pie­czo­ny klap­ką otwór w drzwiach.

– To nie tak – wy­beł­ko­tał Ethan. – Ona jest…

– Wiem kim – prze­rwa­ła mu. – Wy­star­czy mi twój strój.

W na­tło­ku zda­rzeń chło­pak zu­peł­nie za­po­mniał, że nosi wię­zien­ny uni­form. Matka tym­cza­sem po­now­nie rzu­ci­ła się w wir po­szu­ki­wań.

– Po­trze­bu­jesz nor­mal­ne­go ubra­nia – ga­da­ła niby do syna, niby do sie­bie. Wresz­cie wy­grze­ba­ła ze spo­rej ster­ty szmat w rogu dwie zle­ża­łe czę­ści mę­skiej gar­de­ro­by i rzu­ci­ła nimi w chło­pa­ka, by zaraz znik­nąć w klit­ce peł­nią­cej funk­cję sy­pial­ni. – Prze­bie­raj się. Szyb­ko, ktoś mógł sły­szeć strza­ły!

Z od­ra­zą zrzu­cił z kolan śmier­dzą­ce stę­chli­zną łach­ma­ny.

– Nie… Nie – wy­beł­ko­tał, wsta­jąc ostroż­nie. – Po­ra­dzę sobie.

Jęk sprę­żyn sta­re­go fo­te­la za­brzmiał jak ryk alar­mu, ale nie zwró­cił uwagi ro­dzi­ciel­ki. Ethan śmie­lej po­sta­wił na skrzy­pią­cej pod­ło­dze pierw­szy krok. Byle prę­dzej do­paść drzwi. Uciec, ko­rzy­sta­jąc z chwi­li nie­uwa­gi tej sta­rej wiedź­my.

Nie my­ślał już o niej jak o matce.

Nim prze­kro­czył le­żą­ce na środ­ku sa­lo­nu za­krwa­wio­ne ciało White, zer­k­nął do sy­pial­ni: wa­riat­ka klę­cza­ła; od­su­nę­ła jedną z desek i po­czę­ła grze­bać pod pod­ło­gą. Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, kuc­nął przy po­li­cjant­ce, by od­na­leźć klu­czy­ki do sa­mo­cho­du. Drżą­ce palce, wę­dru­ją­ce w po­śpie­chu od kie­sze­ni do kie­sze­ni, na­tra­fi­ły na skry­tą pod kurt­ką ka­bu­rę i in­stynk­tow­nie wy­rwa­ły z niej pi­sto­let. Szarp­nię­cie ocu­ci­ło Iris – z tru­dem unio­sła po­wie­ki, a wi­dząc chło­pa­ka, po­ru­szy­ła war­ga­mi w ci­chym bła­ga­niu:

– Pomóż… synu… Za­bierz mnie…

Za­nie­mó­wił. Są­dził, że po­li­cjant­ka nie żyje.

– Masz broń? – Usły­szał kroki, a zaraz potem głos matki: – Świet­nie. Żeby cię tylko z nią nie zła­pa­li, Ju­arez. Sa­mo­chód też mu­sisz zmie­nić, ale w tym je­steś cał­kiem dobry.

Ju­arez? Kto to, do kurwy nędzy, miał spy­tać, ale w ostat­niej chwi­li ugryzł się w język. Pod­niósł na matkę zba­ra­nia­ły wzrok. Stała tuż obok, w no­gach umie­ra­ją­cej Iris; za­uwa­żył z ulgą, że zo­sta­wi­ła gdzieś pi­sto­let.

– Trzy­maj. – Rzu­ci­ła na brzuch White po­mię­tą i po­pla­mio­ną pa­pie­ro­wą to­reb­kę z ledwo już wi­docz­nym logo Bur­ger Kinga i do­da­ła: – Prze­cho­wa­łam to dla cie­bie. Pięt­na­ście lat pil­no­wa­łam. Tak jak ka­za­łeś. Raz tylko spu­ści­łam z oka, ale do­brze się zło­ży­ło. Ina­czej by zna­leź­li.

Z ocią­ga­niem pod­niósł pa­pier i zaj­rzał do środ­ka: po­mię­dzy wy­bla­kły­mi kart­ka­mi ja­kiejś ga­ze­ty ja­śniał krą­żek prze­sta­rza­łe­go no­śni­ka da­nych. Na ta­kich za­pi­sy­wa­no dawno temu pliki. Brą­zo­we ślady na ob­wo­lu­cie z prze­zro­czy­ste­go two­rzy­wa przy­po­mi­na­ły za­schnię­tą krew. Nic nie ro­zu­miał z beł­ko­tu matki, ale przy­tom­nie nie spy­tał, co za­wie­ra dysk.

– A ona? – Wska­zał ru­chem głowy na za­stęp­cę sze­ry­fa.

– Ja się nią zajmę. – Beth z nie­na­wi­ścią kop­nę­ła kost­kę ko­na­ją­cej. – Jedź, zanim wpad­nie tu jej wspar­cie. No już! – wrza­snę­ła, wi­dząc nie­zde­cy­do­wa­nie chło­pa­ka. – Na co cze­kasz? Znowu cię zgar­ną, jak wtedy, nad rzeką!

– Ethan… – Głos Iris prze­cho­dził w rzę­że­nie. – Pro­szę… Pomóż…

– Tak nie można – po­wie­dział, przy­ku­ca­jąc za głową za­stęp­cy sze­ry­fa. Potem umie­ścił za pa­skiem broń, wsu­nął dło­nie pod pachy ran­nej i z nie­ma­łym wy­sił­kiem po­cią­gnął ją za sobą. – Jadę z nią do szpi­ta­la, ro­zu­miesz?

– Mowy nie ma! – Beth tup­nę­ła nogą i znik­nę­ła w po­miesz­cze­niu obok.

Mo­cu­jąc się z cia­łem po­staw­nej po­li­cjant­ki, nie prze­sta­wał po­dejrz­li­we zer­kać na sy­pial­nię. Spo­mię­dzy do­bie­ga­ją­cych stam­tąd zło­rze­czeń i rzę­że­nia Iris bez­błęd­nie wy­ło­wił od­głos prze­ła­do­wa­nia pi­sto­le­tu.

Gdy matka wró­ci­ła, był gotów.

– Ni­g­dzie z nią nie po­je­dziesz, Ju­arez. Ni­g­dzie! – wy­chry­pia­ła, po­now­nie ce­lu­jąc w pierś White, ale nie zdą­ży­ła po­cią­gnąć za spust.

Broń w dłoni syna wy­strze­li­ła pierw­sza.

Koniec

Komentarze

Anonimie, mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że tak długie opowiadanie, w dodatku opublikowane anonimowe, może nie znaleźć zbyt wielu czytelników.

Cóż, mówi się trudno i kocha się dalej ;)

W takim razie życzę bogatego i satysfakcjonującego życia uczuciowego. ;)

Dzięki! Niech tekst broni (albo pogrąża) się sam. Nie zamierzam mu pomagać (albo przeszkadzać) nickiem ;)

Jestem przekonana, że się obroni, bo jeśli mnie przeczucie nie myli, umiesz pisać, Anonimie. ;)

W szkole nauczyli, nie przeczę…

Wciąga. Czyta się.

Przymusowy online – dobre.

Niezłe zwroty akcji.

Zakończenie nagłe, otwarte i zalatuje trochę diabłem z maszyny (bardziej jednak diabłem niż maszyną). OK, można finiszować również w taki sposób. Przynajmniej nie zabiłeś głównego bohatera – ni stąd, ni zowąd, byle tylko postawić ostatnią kropkę. 

Przeczytałem, mimo że anonimów nie lubię i unikam. Uważam, że na takim portalu anonimowe publikacje to jakieś głupie gierki z czytelnikami, które od razu na starcie sugerują stronniczość czytelnika uzależnioną od nicka autora. Algirze, czy to Ty?

 

Przyznam szczerze, że opowiadanie zaintrygowało i zainteresowało od samego początku. To znaczy przyssalo mnie do lektury i długo trzymało przy ekranie. Naprawdę dobry warsztat, ciekawa kompozycja z fajnie rozegranymi przejściami fabularnymi pomiędzy czasem współczesnym opowiadania a retrospekcjami. Widać wyrobione pióro, dobre rzemiosło i znajomość materii. Sprawnie rzeźbisz w słowach i zdaniach. Sceny zazwyczaj dobrze rozpisane i napisane. Ameryka bliskiej przyszłości trochę umowna i filmowa ale trudno pisać nad Wisłą o świecie nad Missisipi czy Missouri wiarygodnie w stu procentach. Na potrzeby tej historii świat przedstawiony "wystarczał" w zupełności. 

Już miałem zastanawiać się nad głosem nominującym do piórka, gdy… No właśnie.

Opowieść lekko zaczęła kuleć. Bohaterowie – do tej pory w miarę wiarygodni (chociaż dosyć sztampowi) – zaczęli zachowywać się irracjonalnie. Fabuła traciła sens i "zakręcała się" wbrew logice (wiem, uprzedzales we wstępie). Główny bohater ucieka policjantowi bez szczególnego powodu, pojawia się robotnik w lesie wyciągający go z auta, inny facet, który pomagał matce bohatera, kryje tajemnice, a mnie się myli z tamtym robotnikiem z przyszłości. A może jednak to był ten sam facet? Źli agenci strzelają żeby zabić, ale potem nie zabijają tylko pozostawiają matkę żywą. Ona ucieka przed nimi staczając się w aucie do rzeki (?) ale jak się okazało jednak tego nie robi, potem strzela w finale do policjantki, którą myli z kimś w swoim szaleństwie, ale ja wcale nie jestem pewny czy na pewno myli. Porywacz niby tajemniczy, potem opowiada wszystko jak na spowiedzi, w sumie nie wiadomo czemu porywa matkę bohatera, może wystarczyło obiecać, że wyjawi sekret męża i sama pojechałaby z nim do banku. Niezbyt przekonuje również jej decyzja o porzuceniu dziecka dla jego bezpieczeństwa, ogólnie nie bardzo przyjmuje się synem w tej opowieści. Itd. itp.

Takich niejasności i nielogiczności jest więcej, podaję na gorącą tylko zapamiętane po długiej lekturze przykłady. Akcja, prowadzona wcześniej pewną, wyważoną ręką, zrywa się w kilku miejscach gwałtownie do przodu (wypadek bohatera) lub wykonuje dziwne zwroty pod koniec poszczególnych scen. Fabuła gubi rytm. I traci w tym wszystkim wiarygodność.

Gdy zacząłem gubić się lekko w wydarzeniach i włączył się wkurw na Autora, który na moich oczach psuł tak dobrze zapowiadające się opowiadanie, zacząłem dostrzegać inne irytujące detale. Nadmiar opisów, przymiotników, niepotrzebnie rozwleczone zdania. Krzesło opisane bardzo dokładnie i do tego okaleczone; gumowe podeszwy tenisówek miękko szurające o podłogę itd. l nagle niemal wszystko zdało się opisane ponad potrzebę. Oczywiście nadal przelane na papier sprawnie i składnie językowo, jednak zaczyna przeszkadzać w lekturze, gdy prawie każdy rzeczownik ma swój przymiotnik, do czasowników poprzykleilo się kilka przysłówków, przymiotniki miały swoje przysłówki itd.

Na koniec kilka słów o samej fabule. Przyznam szczerze, że główna tajemnica i tożsamość agentów ACID trochę rozczarowała. Wstęp zapowiadał coś bardziej niezwykłego. Na plus zwrócenie uwagi na zagrożenie jakim jest kontrola i inwigilacja społeczeństwo przez władze i różnego rodzaju tajne agencje. Fajny jest na przykład wątek enklawy offline. Ale sam przyznasz, że nie są to nowe i odkrywcze pomysły w fantastyce czy nawet literaturze sensacyjnej. Dobry jest także motyw syna i matki, którzy rozdzieleni wbrew sobie, szukający się, stają w finale z bronią w ręku przeciw sobie. Ale ten finał i tak nie wybrzmiewa zbyt mocno.

I tak niestety, nominacji ode mnie nie będzie, a przyznam szczerze, że wprowadzenie do historii i spora część rozwinięcia zapowiadały, że szybkim krokiem udam się do stosownego wątku. Szkoda.

 

Podczas lektury wyłapałem tylko jedną literówkę:

"drącej ręki do twarzy"

Wciąga. Czyta się.

I o nic więcej w tym nie chodzi. Dzięki, Jerohu.

 

mr.marasie,

 

tu nie-Algir ;)

Wiem z tak zwanej autopsji, że zupełnie inaczej ocenia się tekst znajomego. Umiesz oddzielić symptię/antypatię do autora od jego tekstu – świetnie. Gratuluję, bo ja nie potrafię, a wszystkie pochwały (ewentualne i hipotetyczne) zebrane z podniesioną przyłbicą traktuję bardzo podejrzliwie. Tak mam, nic nie poradzę. Dzięki za kliknięcie do biblio, i dzięki za niedodanie nominacji (to nie żart).

 

Pozdrawiam :)

Zaciekawił mnie już początek, a kolejne, przeplatające się fragmenty opisujące przeszłość i teraźniejszość, okazały się intrygujące i wciągnęły bez reszty. Częste wolty dodawały smaku tej nieźle pomyślanej historii, ale choć czytałam z dużym zainteresowaniem, nie mogę nie zgodzić się z krytycznymi uwagami mr.marasa.

 

Czy on na­praw­dę strze­li, gdy tylko za­cznę mo­co­wać się z zam­kiem?, roz­wa­ża­ła… –> Po pytajniku nie stawia się przecinka!

 

Nie jej wła­snej, bo po krót­kiej roz­mo­wie z bra­to­wą… –> Nie jej wła­snej, bo po krót­kiej roz­mo­wie z bra­to­wą

 

potem po­wo­li obej­rzał się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: …potem po­wo­li obej­rzał się. Lub: …potem po­wo­li spoj­rzał za sie­bie.

 

White zmarsz­czy­ła brwi w zdzi­wio­nym gry­ma­sie. –> Nie wydaje mi się, aby grymas mógł być zdziwiony.

Pewnie miało być: White zmarsz­czy­ła brwi w gry­ma­sie zdziwienia.

 

Po­czu­ła uścisk w gar­dle… –> Nie wydaje mi się, aby w gardle można poczuć uścisk.

Pewnie miało być:  Po­czu­ła ucisk w gar­dle

 

Z wy­sił­kiem uno­si­ła pi­sto­let drżą­cej dłoni. –> Pewnie miało być: Z wy­sił­kiem uno­si­ła pi­sto­let w drżą­cej dłoni.

 

pod­nie­sie­nie drą­cej ręki do twa­rzy oka­za­ło się pra­wie nie­wy­ko­nal­ne… –> Tu chyba miało być; …pod­nie­sie­nie drżą­cej ręki do twa­rzy oka­za­ło się pra­wie nie­wy­ko­nal­ne

Choć zdaję sobie sprawę, że ból w oparzonej ręce mógł być drący.

 

Nagle otwo­rzy­ła drzwi sze­rzej i po­na­gli­ła, za­afe­ro­wa­na: –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Na w wspo­mnie­nie Etha­na… –> Literówka.

Dzięki!

A ostrzegam w przedmowie, żeby nie szukać w tym tekście sensu na siłę… ;)

A mnie nie wciągnęło. Jakoś nie mogę czytać, jak ta kobieta słucha porywacza.

Chłopak szuka matki po piętnastu latach, a ktoś mu mówi o kamerach? Kto tak długo trzyma nagrania? Kto tak długo pamięta, że o, tego akurat dnia mieliśmy awarię?

Oficjalnie nie wykreślono jej z list osób zaginionych, nie uznano też za zmarłą,

Zdaje się, że w Polsce osobę zaginioną uznaje się za zmarłą po 10 latach. W USA nie ma takiej instytucji?

Jak Wy się w tej redakcji dogadujecie?

Ależ bardzo się cieszę, że Ci się nie podobało, Finklo ;) Cała przyjemność po mojej stronie :)

Co prawda nie wiem, czy mają tam taką instytucję, ale na wątek piętnastu lat nakierowało mnie to:

https://isp.idaho.gov/mp_viewer/findMissingPerson.action?category=e&

są tam ludzie, którzy nie dali znaku życia nawet dłużej. Oczywiście, w takim amatorskim opku jak to na pewno są elementy w stylu “jak widzi to mały Jaś”, nie zamierzam się wypierać.

 

mr.maras,

a nie miałeś przysłać jakiegoś tekstu, tak przy okazji?

No tak, zaginieni mogą się bardzo długo nie odnaleźć. Zwłaszcza jeśli leżą w płytkim grobie gdzieś w lesie albo ukrywają się przed znajomymi z gangu. Ale zwykle po jakimś tam czasie (różnie w różnych państwach i okolicznościach) sąd przeprowadza stosowną procedurę i osobę uznaje się za zmarłą. Spadkobiercy przejmują majątek, dzieci można adoptować bez zgody rodziców itd.

Z pewnością masz rację – ale tekst ma swoje lata i raczej nie ma sensu robić w nim rewolucji prawnej.

Faktycznie tekst spełnia wszystkie założenia z początku. Tekst od początku trzyma w napięciu, prowadzi akcję dwutorowo, ale nie zdradza żadnym z nich, co się wydarzy w drugim. Zakończenie satysfakcjonujące.

Czytało się dobrze, bez większych grud.

Generalnie to dobry akcyjniak, przyjemny tekst rozrywkowy do obiadu. Nie ma tu jakiejś wizji, która zostanie ze mną na dłużej, ale takiego wymagania nie stawiam “amerykańskokryminałopodobnym” dziełom :)

Ode mnie klik dla tego koncertu fajerwerków.

Hej, dzięki!

Lubię pisać dobre akcyjniaki, chociaż osobiście wolę czytać je po obiedzie, do kawy :)

Nowa Fantastyka