- Opowiadanie: tomaszg - Ale to już było 1.1

Ale to już było 1.1

Po­niż­sze opo­wia­da­nie w ulep­szo­nej wer­sji uka­za­ło się w grud­niu 2019 w zbior­ku "A miało być tak pięk­nie" (do­stęp­ny pod ad­re­sem https://ridero.eu/pl/books/a_mialo_byc_tak_pieknie/ - ebook bez­płat­nie, wer­sja dru­ko­wa­na od­płat­nie).

Je­że­li cho­dzi o osoby z tego por­ta­lu, to bar­dzo dzię­ku­ję za pomoc szcze­gól­nie Fin­kli, re­gu­la­to­rom (zapis z małej li­te­ry w for­mie ory­gi­nal­nej) i No­Whe­re­Ma­no­wi (po­zo­sta­łym oczy­wi­ście rów­nież, na­to­miast ta trój­ka była naj­bar­dziej ak­tyw­na i wy­trwa­ła w po­ka­zy­wa­niu mi błę­dów i nie­do­ró­bek w mojej wcze­śniej­szej twór­czo­ści).

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ale to już było 1.1

Ocza­mi wy­obraź­ni widzę ko­lej­ny nie­zwy­kły świat. Muszę się spie­szyć, je­że­li mam go za­cho­wać, ina­czej roz­my­je się ni­czym fo­to­gra­fie z Nor­man­dii wy­wo­ła­ne z ar­ty­zmem przez nie­ja­kie­go Bank­sa.

Trze­cia trzy­dzie­ści sie­dem w nocy.

Moje myśli kłę­bią się jak chmu­ry przed burzą, mój wspa­nia­ły kom­pu­ter nie daje za­po­mnieć o naj­drob­niej­szym szcze­gó­le, zaś ciało drży ni­czym w eks­ta­zie nie­cier­pli­wie ocze­ku­jąc na ko­lej­ne roz­ka­zy.

Pełna go­to­wość sys­te­mu.

Je­stem pręż­ny i go­to­wy, na­ła­do­wa­ny ad­re­na­li­ną, en­dor­fi­na­mi i Bóg wie czym jesz­cze, rów­no­cze­śnie czuję nie­moc i mam ten prze­klę­ty tępy ból, który znik­nie do­pie­ro wtedy, gdy cała wizja zo­sta­nie do­kład­nie spi­sa­na.

Spra­wa jest jasna.

Nie będę mógł za­snąć, więc de­cy­du­ję się wy­sko­czyć z bez­piecz­ne­go łóżka, za­ło­żyć cie­płe bam­bo­sze, prze­nieść zadek przed nie­na­sy­co­ną ma­szy­nę i na­kar­mić jej trze­wia ro­biąc to co nie­unik­nio­ne.

„Użyt­kow­nik”. – Czy­tam na przy­ciem­nio­nym ekra­nie, potem przy­su­wam ulu­bio­ną miskę w ko­lo­ro­we misie, pew­nym i zde­cy­do­wa­nym ru­chem chwy­tam za le­żą­cą obok łyżkę, dziel­nie wio­słu­ję, na­bie­ram ka­nar­ko­wo-żół­ty budyń i bez­wstyd­nie pa­ku­ję go sobie do buzi.

Wszyst­ko jest nie tak.

Jem słod­ki wa­ni­lio­wy budyń, mimo że to śmier­tel­nie nie­zdro­we. To raz.

Budyń zro­bi­łem wie­czo­rem, więc nie jest ide­al­ny. To dwa.

Trzy­mam metal w ustach ry­zy­ku­jąc, że po­psu­ją się moje słabe zęby. To trzy.

No i naj­waż­niej­sze – po­wi­nie­nem opły­wać w luk­su­sy i cie­szyć się jak głupi do sera, tym­cza­sem je­stem uwię­zio­ny w po­dar­tym skó­ro­po­dob­nym fo­te­lu przy­su­nię­tym do naj­tań­sze­go biur­ka ze sklej­ki. Sie­dzę w czer­wo­nej ko­szul­ce i czar­nych spoden­kach i gapię się bez en­tu­zja­zmu na białą ścia­nę, którą jakiś pa­cyn­karz wy­ma­lo­wał z dzie­sięć lat wcze­śniej, jak nie le­piej. Chciał­bym za­snąć, ale nie mogę, na do­da­tek dziś będę dumny z no­we­go dzie­ła, a jutro się zdzi­wię, że wy­glą­da jak ma­ja­ki sta­ru­cha na łożu śmier­ci.

„To nie tak miało być. Do dia­bła z tym wszyst­kim”. – Prze­sta­ję uża­lać się nad sobą, wy­su­wam język, ob­le­śnie ob­li­zu­ję wargi, z na­masz­cze­niem li­ter­ka po li­ter­ce wstu­ku­ję li­ter­ki „t h o m a s”, a na końcu ener­gicz­nie ude­rzam w wy­tar­ty kla­wisz Re­turn.

Mój prze­sta­rza­ły rocz­ny lap­top przez chwi­lę jęczy war­ko­tem dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­we­go wia­tra­ka, pod­czas gdy ja prze­cho­dzę do pro­fi­lu i shor­ta, któ­re­go wrzu­ci­łem ty­dzień temu.

Czy­ta­nie za­czy­nam od ogło­szeń pa­ra­fial­nych.

„Na­ru­sze­nie zasad”.

Otwie­ram za­cie­ka­wio­ny.

„Drogi użyt­kow­ni­ku. Na mocy ar­ty­ku­łu trzy­na­ste­go wy­krop­ko­wa­li­śmy ele­men­ty, do któ­rych rości sobie prawa spół­ka Gra­ży­nex. Udzie­la­my Tobie upo­mnie­nia, po­wta­rza­ją­ce się na­ru­sze­nia prawa mogą skut­ko­wać ko­niecz­no­ścią uisz­cze­nia opła­ty ma­ni­pu­la­cyj­nej”.

„Nosz kurła”.

Prze­glą­dam tekst i widzę, że znik­nę­ły takie wy­ra­że­nia jak „Naj­lep­sza roz­kosz”, „Źró­dło mło­do­ści” czy „Wiel­ka pała”.

„Do­brze, że tylko sześć” – myślę pa­mię­ta­jąc po­grom z ze­szłe­go ty­go­dnia.

Za­czy­nam czy­tać ko­men­ta­rze użyt­kow­ni­ków. Wiem, że po­trze­bu­ję ich jak kania dżdżu i po­mi­mo czę­stej kry­ty­ki bar­dzo sza­nu­ję za każdy ko­men­tarz i wska­zów­kę. Je­stem im też wdzięcz­ny, bo za­zwy­czaj nie chcą źle i nie­sa­mo­wi­cie mnie mo­ty­wu­ją dając na­dzie­ję, że wejdę na sam szczyt szkla­nej góry.

Czy dziś bę­dzie po­dob­nie?

„Wszedł – brak wiel­kiej li­te­ry, do tego jak można tak ob­le­śnie pisać o uświę­co­nym zbli­że­niu ko­bie­ty i męż­czy­zny? Błeee… Wię­cej ro­man­ty­zmu. Na­pi­sał – li­te­rów­ka. Krop­ka po cu­dzy­sło­wie a nie przed. I dla­cze­go, do licha cięż­kie­go, tak ka­lasz prze­pięk­ny język swo­ich przod­ków?”.

„Sza­cun i chrzań się go­ściu”. – Od­zy­wa się moja gwał­tow­na sło­wiań­ska na­tu­ra. Mimo że nie uży­wam słów pew­nej bia­ło­gło­wy z Ryb­ni­ka, która znowu nie zdała „w tym wa­szym pier­do­lo­nym WOR­Dzie”, to udzie­lam sobie re­pry­men­dy i w my­ślach dzię­ku­ję, że ktoś po­świę­cił cenny czas i wy­chwy­cił to czego nie za­uwa­ży­łem, a wła­ści­wie czego nie za­uwa­żył mój nowy dar­mo­wy chiń­ski edy­tor.

„Co to jest? Brak kro­pek. Brak prze­cin­ków. Jak ja mam to czy­tać? Jesz­cze po­win­ni dać mi do­da­tek za szko­dli­wą pracę”. – Uwiel­biam cięty język dziew­czy­ny, cho­ciaż z dru­giej stro­ny te jej na­rze­ka­nia przy­po­mi­na­ją Ma­dzię Ges­sler i jej słyn­ne „To jest ohyd­ne! I co to ma być? Ogar­nij ten chlew!”.

„Hur­tow­nik znowu za­ata­ko­wał. Dzi­siaj czte­ry tek­sty, a koleś jest chyba nie­re­for­mo­wal­ny” – „Może i jest re­for­mo­wal­ny, ale kurwa mać, nie ma nawet czasu, żeby się w tyłek po­dra­pać”.

Wiem, że nie mam może warsz­ta­tu czy wy­szli­fo­wa­ne­go ta­len­tu, wiem, że chro­nicz­nie bra­ku­je mi czasu na pro­mo­cję i nie mam wy­so­ko po­sta­wio­nych zna­jo­mych, ale się sta­ram… i to sta­ram jak cho­le­ra cały czas szu­ka­jąc kogoś kto wy­cią­gnie mnie za uszy i po­mo­że wy­pły­nąć na po­wierzch­nię.

„Co dzień ta sama za­ba­wa się za­czy­na

I przy­po­mi­na dzie­cin­ne twoje sny

Chcesz roz­bić taflę szkła, a ona się ugina

I tam są wszy­scy, a na­prze­ciw ty”.

Przy­po­mi­na mi się stary dow­cip z brodą:

„A kto to jest stu­dent? A to taki młody i pełen en­tu­zja­zmu czło­wiek, który tapla się w oce­anie gówna i pró­bu­je do­pły­nąć do wyspy wie­dzy od­py­cha­jąc się ły­żecz­ką na łu­pin­ce orze­cha. A kto to jest pro­fe­sor? A to taki stary grzyb, który sie­dzi na wy­spie i z przy­jem­no­ścią na­pier­da­la w wodę i robi tak duże fale, żeby żaden stu­dent nawet się nie zbli­żył”.

W wer­sji ocen­zu­ro­wa­nej jakoś tak to le­cia­ło i kie­dyś miało sens, bo stu­dia rze­czy­wi­ście były trud­ne i do­stęp­ne tylko dla naj­lep­szych.

Myślę sobie, że je­stem jak ten bied­ny żak, który bez­rad­nie wio­słu­je mając na­dzie­ję, że zbie­rze to swoje do­świad­cze­nie, spo­tka swo­je­go Woź­nia­ka, przy­go­tu­je się na­le­ży­cie do wiel­kie­go skoku i zo­sta­nie w końcu za­uwa­żo­ny.

Moje tek­sty może i budzą po­li­to­wa­nie, ale za pięć, sześć lat… kto wie.

Tyle trwa­ła wojna zmie­nia­jąc świat o sto osiem­dzie­siąt stop­ni, tyle zde­cy­do­wa­nie wy­star­czy, żeby jeden homo, po­dob­no sa­piens, stał się kimś lep­szym.

„Gdzie tu fan­ta­sty­ka? Brak lo­gi­ki. Po­mysł okle­pa­ny, motyw stary jak świat. Tu błąd, tam brzyd­ko. Tu li­te­rów­ka, tam pa­skud­nie”.

„Stary wy­ja­dacz” – myślę z sza­cun­kiem i od razu za­uwa­żam. „Ale brzmi jak beton. Kur­cze, ilu świe­rza­ków od­pa­dło, bo ktoś ich zje­chał na samym star­cie? Dla­cze­go wszyst­ko ma być pi­sa­ne we­dług sza­blo­nu? Dla­cze­go wszyst­kie Ka­ry­ny i Se­bi­xy mają mieć ten sam styl? Czy szcze­gó­ły muszą być naj­waż­niej­sze? I dla­cze­go w in­nych świa­tach ma obo­wią­zy­wać do­kład­nie ta sama fi­zy­ka? Dla­cze­go, dla­cze­go, dla­cze­go? Nie za­wsze ma być lo­gicz­nie, na tym po­le­ga za­ba­wa, żeby usiąść, wy­lu­zo­wać, wczuć się i mieć fun przez wiel­kie F”.

„Nie wy­glą­da to jak opo­wia­da­nie”.

Opa­da­ją mi ręce i wszyst­ko inne.

„No tak, jakiś miły słod­ki miś gdzieś kie­dyś dawno temu wy­my­ślił sobie, że coś ma mieć pięć, dzie­sięć czy dwa­dzie­ścia ele­men­tów, a lu­dzi­ska się tego kur­czo­wo trzy­ma­ją. Naj­lep­sze, że miś na pewno był na kacu albo umie­rał śli­niąc się do baby co go nie znała".

I wła­śnie przez ta­kie­go pa­cjen­ta wszy­scy muszą się mę­czyć.

Ko­niec. Krop­ka. I prze­ci­nek.

To tak jak cią­gle wlec się pra­wym pasem, pa­trzeć na blask słoń­ca przez maskę spa­wa­cza czy uda­wać, że ka­łu­ża to ocean, inna spra­wa, że jak ktoś tak pisze to zna­czy, że tekst ge­ne­ral­nie nie przy­padł do gustu i trze­ba wró­cić do deski kre­ślar­skiej.

„Nie je­stem w sta­nie tego oce­nić. Tu masz po­rad­nik, jak naj­le­piej pisać dia­lo­gi”. – Takie wy­wa­żo­ne opi­nie lubię naj­bar­dziej, bo nie wkur­wia­ją w pierw­szym czy­ta­niu.

Prze­glą­dam te wszyst­kie ko­men­ta­rze wi­dząc, że lu­dzie znów mnie nie za­wie­dli.

To z jed­nej stro­ny, z dru­giej mam wra­że­nie, że pi­sa­nie naj­czę­ściej przy­po­mi­na pracę ga­ler­ni­ka albo orkę w no­wo­cze­snej kor­po­ra­cji, w któ­rej autor sprze­dał duszę jak gów­no­dziw­ka ryja w Du­ba­ju.

Cza­sem już sam nie wiem czy nie mam ta­len­tu, czy czasu, czy to za­wiść ludz­ka czy pro­blem ze zna­le­zie­niem od­po­wied­nich czy­tel­ni­ków.

Tak samo ma chyba zbyt wielu twór­ców i ogól­nie cięż­ko się wybić.

Kie­dyś autor to był koleś, ktoś nie z tej ziemi jak Hank Moody, teraz lu­dzie nie szu­ka­ją ta­kich unie­sień li­te­rac­kich, a po­nie­waż świa­tem rzą­dzi forsa, to wy­daw­nic­twa ak­cep­tu­ją głów­nie to co pro­ste, łatwe i przy­jem­ne.

Wła­śnie dla­te­go mamy tyle ro­man­si­deł, kry­mi­na­łów, kur­sów, po­rad­ni­ków i in­nych pier­dół, a pe­reł­ki idą do szu­fla­dy… i naj­czę­ściej są od­kry­wa­ne po śmier­ci au­to­ra, który zdy­chał w bólu i sa­mot­no­ści.

Świat jest prze­siąk­nię­ty tan­de­tą i błaga o po­wiew świe­żo­ści, a mnie prze­ra­ża, że inni jakoś tego nie za­uwa­ża­ją…

***

– Panie pre­mie­rze, jak praca nad bu­dże­tem?

– Panie pre­zy­den­cie – Po­li­tyk de­li­kat­nie się ukło­nił – po­win­ni­śmy go do­piąć, wszy­scy będą za­do­wo­le­ni i nie bę­dzie de­ba­ty i ca­łe­go tego cyrku co zwy­kle. Lu­dzie są zmę­cze­ni.

– Do­sko­na­le. Przy­naj­mniej nie będą pie­przyć o zim­nym Lechu i sztucz­nych ku­ta­sach. – Pre­zy­dent bar­dziej sko­men­to­wał niż stwier­dził, a potem za­py­tał się nie­pew­nie – To po co mnie we­zwa­łeś Lesz­ku? Nie chcia­łeś chyba roz­ma­wiać o bu­dże­cie?

– Teraz to Lesz­ku. – Z go­ry­czą po­wie­dział pre­mier, który wziął z biur­ka tecz­kę z wiel­kim na­pi­sem „Ści­śle tajne” i podał ją swo­je­mu naj­lep­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi. – Wczo­raj na mnie psy wie­sza­łeś a teraz to Lesz­ku. No do­brze. Nie mam wy­bo­ru. Nie bu­dżet mnie mar­twi, tylko to.

– Wiesz, że po­trze­bu­ję gło­sów i nie mam wy­bo­ru. Po­ma­gasz mi?

– A żebyś kurwa wie­dział. – Pre­mier wzru­szył ra­mio­na­mi. – I tak byś się do­wie­dział. Le­piej, je­że­li ja ci to po­wiem bez zgieł­ku, szumu i tych wszyst­kich głu­pot wokół.

– Za krzty bez­in­te­re­sow­no­ści. Masz dosyć Zyg­za­ka? – Pre­zy­dent par­sk­nął śmie­chem.

– Gnój pcha nosa w nie­swo­je spra­wy.

– Taka jego ro­bo­ta. – Pre­mier mach­nął prawą ręką i po­trzą­snął tecz­ką trzy­ma­ną w lewej. – Na co tu pa­trzę?

– Ra­por­ty ze szpi­ta­li psy­chia­trycz­nych, pod­su­mo­wa­nie z po­li­cji i służb i praw­dzi­we wskaź­ni­ki kon­sump­cji.

– Jest aż tak źle?

– Jesz­cze go­rzej. Nawet w tym mie­sią­cu było kil­ka­set sa­mo­bójstw z biedy. Dwa razy za­szy­li sobie bombę w brzu­chu. Tak już jest trze­ci rok z rzędu i ledwo to tu­szu­je­my. Nic im się nie chce, nie chce im się żyć, nie chce pie­przyć.

– To wszy­scy wie­dzą, nie po­ma­ga­ją pro­chy w wo­dzie?

– Nie po­ma­ga­ją. Spójrz tylko jak wsko­czy­ły wskaź­ni­ki. Nad­szedł czas.

– Od czego chcesz za­cząć?

– Mu­si­my to zro­bić przed któ­rymś więk­szym szczy­tem.

– Żeby służ­by były zor­ga­ni­zo­wa­ne?

– Do­brze my­ślisz.

– Co prze­wi­du­ją sy­mu­la­cje?

– W dziel­ni­cach bie­do­ty trzy­dzie­ści pro­cent wię­cej kra­dzie­ży. Brak elek­tro­ni­ki, a nawet pod­sta­wo­wych ar­ty­ku­łów. Tro­chę le­piej na za­mknię­tych osie­dlach, ale też bę­dzie pro­blem.

– To my mamy takie?

Pre­mier spoj­rzał się bez cie­nia zwy­kłej we­so­ło­ści na co pre­zy­dent za­py­tał się:

– Jest aż tak źle? To jak za­bez­pie­czy­my po­trze­by bu­dże­tów­ki?

– Trze­ba bę­dzie znów pu­ścić ba­jecz­kę, że ko­niec roku się zbli­ża, że jakiś bę­dzie ka­ta­klizm czy coś.

– Fra­nxi­tu ci po­trze­ba. Nie przej­dzie. Opo­zy­cja wy­czu­je, że krę­ci­my.

– A mamy jesz­cze jakąś? – Tu pre­mier uśmiech­nął się sze­ro­ko – No do­brze. Kit z nimi. Go­rzej, że mu­si­my za­bez­pie­czyć gra­ni­ce a wiesz, jak jest z woj­skiem.

– Czyli to już pewne?

– Tak. Nie mam wy­bo­ru. Mu­si­my wdro­żyć roz­kaz sześć­dzie­siąt sześć.

– I albo hi­sto­ria wy­nie­sie nas na pie­de­stał albo spad­nie­my.

– No wła­śnie. Miało być łatwo a jest dupa.

– Boże miej nas w swo­jej opie­ce. I jesz­cze jedno. – Tu męż­czy­zna za­wie­sił głos i podał rękę. – Le­szek, mordo moja, masz moje pełne po­par­cie.

– Dzię­ki Jarek. Po­nie­kąd wszy­scy go bę­dzie­my po­trze­bo­wać. – Pre­mier wie­dział, że do­świad­cze­nia z kra­jów roz­wi­nię­tych mówią jasno co bę­dzie bez in­ter­wen­cji, a Bre­xit i re­for­ma wa­lu­to­wa z pięć­dzie­sią­te­go po­ka­za­ły, jak na­le­ży się za­cho­wać.

***

– Masz trzy­dzie­ści gro­szy? To może cho­ciaż dzie­sięć, no nie bądź taki skne­ra. – Panna w ko­lej­ce metr ode mnie sępi kasę od chło­pa­ka obok, a ten zwija się na lewo i prawo i nie daje jak tylko może.

„Wie­dzie­li, ile wszyst­ko kosz­tu­je. Mogli się przy­go­to­wać”. – Zbie­ra mi się na śmiech, cho­ciaż do­sko­na­le ich ro­zu­miem. Oboje wy­glą­da­ją mi na stu­den­tów, a ona i tak jest mniej bez­czel­na niż ja, gdy za­ła­twi­łem zna­jo­me­go każąc mu że­brać przy opła­ce­niu za­mó­wie­nia w Maku.

– Jesz­cze punk­ci­ki. No jak to jakie? Pan nie wie? No takie dla naj­lep­szych klien­tów oczy­wi­ście. Bo ja snap­cha­ter­ką je­stem. – Tle­nio­na dwu­dziest­ka szcze­bio­cze obu­rza­jąc się przy kasie z lewej, a ja mam ocho­tę zwi­jać się ze śmie­chu, bo dziew­czy­na wzię­ła naj­tań­szą czar­ną kawę i za­blo­ko­wa­ła ko­lej­kę na dobre pięt­na­ście minut, a teraz za­cho­wu­je się jak jakaś cho­ler­na księż­nicz­ka. – Te­le­fo­nem, tak za­pła­cę te­le­fo­nem. Co to za py­ta­nie? Nor­mal­ni lu­dzie uży­wa­ją tylko jed­ne­go. Oczy­wi­ście że iPho­ne. Jak to nie można? iPho­nem wszyst­ko można. To może Re­zo­lu­tem? A Ewo­lu­tem? Pan spró­bu­je tę kartę. Co? Jak to pie­nię­dzy na niej nie ma? A bre­locz­kiem? Bre­locz­kiem też nie można? Od dzie­się­ciu zło­tych? Co to za zwy­cza­je? A ta­tu­ażem? Mam taki OD LO­RA­IR. Jak to pan nie wie kto to Lo­ra­ir?

„Dupa. Ścią­gnij gacie i za­płać dupą”. – Mam ocho­tę krzyk­nąć za­sta­na­wia­jąc się jak wy­glą­da­ła­by na pie­ska, ale po­wstrzy­mu­ję się i wy­ko­nu­ję po­pi­so­wy uśmiech pa­trząc na Mal­wi­nę, która spo­czy­wa na krze­śle do­kład­nie na­prze­ciw­ko mnie.

Sie­dzi­my od do­brych sied­miu minut w na­szej ulu­bio­nej ka­wiar­ni w stylu Ob­ce­go, którą od­wie­dza­my z rana do­słow­nie dzień w dzień.

Za­wsze jest tu taki ubaw, że boki zry­wać.

Kawa taka, sraka, z mle­kiem kro­wim, kozim, tłu­stym, chu­dym, sma­ko­wym, bez mleka, latte, z cu­krem, z bob­ka­mi, la­ska­mi, pał­ka­mi, ser­dusz­kiem, wi­sien­ką, od­tłusz­czo­na, po­pie­przo­na, z nutą soli, bez szczyp­ty wa­ni­lii…

Wła­śnie przez ten cyrk bę­dzie­my przy­cho­dzić tu do końca świa­ta, a nawet dzień dłu­żej.

Miej­sce jest nie­sa­mo­wi­te i wy­glą­da pra­wie jak ste­rów­ka stat­ku z filmu, i to tego dru­gie­go, a nie skun­dlo­ne­go „Pro­me­te­usza”.

Mam do tego lo­ka­lu po­dwój­ny sen­ty­ment i sie­dząc w nim czę­sto wra­cam my­śla­mi do sta­rych do­brych cza­sów i orgii dla wta­jem­ni­czo­nych, na któ­rych laski z naj­wyż­szej półki le­ża­ły na barze albo spo­czy­wa­ły na krze­słach na­wi­ga­to­rów a resz­ta je do­głęb­nie ob­słu­gi­wa­ła.

– Wpad­nij do mnie, bę­dzie kla­sy­ka. – Mal­wi­na naj­wy­raź­niej ma dosyć ga­pie­nia się na ludzi i prze­ry­wa moją go­ni­twę myśli i pa­nu­ją­cą mię­dzy nami nie­zręcz­ną ciszę. Dziew­czy­na za­pi­su­je na ser­wet­ce nowy kod do drzwi i pod­su­wa ją ze zna­czą­cym gry­ma­sem, a ja w mig poj­mu­ję co może cho­dzić po tej małej ślicz­nej głów­ce.

– Ko­cham cie­bie. – Uśmie­cham się do niej i zie­wam.

– Ja cie­bie też. – Na­chy­la się po­przez sto­lik i ca­łu­je mnie pro­sto w usta, bar­dzo czule, ale bez ję­zycz­ka. – Ko­lej­na nie­prze­spa­na noc?

– Tak.

– Znowu kosz­ma­ry czy chcia­łeś?

– Kosz­ma­ry. – mówię to mając na myśli wy­li­czan­kę, która prze­śla­do­wa­ła mnie przez więk­szą część nocy:

„Beton, beton,

Be­to­no­wi lu­dzie.

Co wy tu ro­bi­cie?

Oce­nia­my tek­sty,

Spraw­dza­my kon­tek­sty.

Ty­siąc ludzi za­trzy­ma­my,

A jed­ne­go do­ce­nia­my.

Raz, dwa, trzy,

Dobry ty”.

Mal­wi­na musi wi­dzieć mój ból dupy, bo mnie po­cie­sza:

– No to dzi­siaj za­śniesz jak nie­mow­lę.

Kiwam głową z głę­bo­kim zro­zu­mie­niem, a ona do­da­je:

– To wi­dzi­my się póź­niej.

– Nara.

– Nara.

Wsta­je­my i roz­cho­dzi­my się bez słowa, a ja cie­szę się, że wie­czo­rem nie będę sam jak ten kołek, pod­jem fry­ka­sów i po­ro­bię to co robi każdy sza­nu­ją­cy się oby­wa­tel.

To ostat­nio je­dy­ne uroz­ma­ice­nie mojej sza­rej rze­czy­wi­sto­ści.

Za­le­ży mi wy­łącz­nie na przy­jem­no­ści i nie in­te­re­su­je mnie zwią­zek na stałe, cho­ciaż po­wi­nien, bo je­stem w wieku roz­pło­do­wym i moim obo­wiąz­kiem jest dbać o prze­dłu­że­nie ga­tun­ku ludz­kie­go.

Może dla­te­go mnie to nie rusza, bo Mal­wi­na jest ko­cha­na, ale nie do końca w moim typie?

Mała ruda ko­biet­ka z pier­sia­mi jak orzesz­ki, pół­dup­ka­mi jak po­łów­ki ar­bu­za i twa­rzą anio­ła jest pięk­na, ale zbyt czę­sto wy­ka­zu­je się bra­kiem ro­zu­mu, a to od­stra­sza bar­dziej niż ję­dzo­wa­tość i naj­bar­dziej wy­myśl­ny pas cnoty.

Nie­wie­le mnie kosz­tu­ją te nasze wie­czo­ry, a do­kład­nie mó­wiąc muszę tylko kupić je­dze­nie i wy­ra­zić szcze­ry za­chwyt Bat­ma­nem, i to tym pierw­szym, tym w któ­rym wal­czył z Jo­ke­rem, a nie ja­kimś do­mo-omo-mul­ti-sa­do-coś.

Znam ten film na pa­mięć i mam go ser­decz­nie dosyć, z dru­giej jed­nak stro­ny czego to nie robi się dla pięk­nej damy, która ma po­pie­przo­ny fe­tysz i de­fekt fa­brycz­ny i po se­an­sie za­mie­nia się w kon­kret­ną i rze­czo­wą seks-ma­szy­nę.

Wobec tak wspa­nia­łej per­spek­ty­wy moja praca wy­da­je się być nie­zwy­kle nudna i nawet nie za­sta­na­wiam się co robię cały boży dzień.

Dzień jak co dzień, czyli pod­pi­sy­wa­nie dur­nych pa­pier­ków, ne­go­cja­cja jesz­cze głup­szych deali, za­spo­ka­ja­nie próż­no­ści żon kon­tra­hen­tów i opie­prza­nie ko­lej­nych szpa­rek se­kre­ta­rek, z któ­rych każda myśli, że jest naj­waż­niej­sza, bo ma dziu­rę i sypia z jakiś tam mi­siem.

Zwy­kłe pro­ble­my pierw­sze­go świa­ta i je­dy­nym uroz­ma­ice­niem dnia jest go­dzin­ne spo­tka­nie, na któ­rym mam za­miar po­sta­wić do pionu pewną pannę. Usta­wi­łem je u sie­bie w ga­bi­ne­cie, zaś dziew­czy­na spóź­nia się dobre pięć minut i wcho­dzi z mocno znu­dzo­ną miną.

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie – mówi to dosyć buń­czucz­nie sto­jąc w bez­czel­nej roz­kra­czo­nej pozie z te­le­fo­nem w ręku.

„Choć za­pu­ka­ła to zde­cy­do­wa­nie chce po­ka­zać kto tu rzą­dzi”. – Za­uwa­żam i wska­zu­ję jej ręką nie­wy­god­ny fotel. – Nie ma pro­ble­mu. Pro­szę usiąść. Wie pani, dla­cze­go jest to spo­tka­nie?

– Kilku użyt­kow­ni­ków miało drob­ne pro­ble­my. – Macha ręką i rzuca okiem na wy­świe­tlacz ko­mór­ki. – Ale ja już roz­po­czę­łam kam­pa­nię na ro­wer­ku.

Pa­trzę na nią nie­do­wie­rza­ją­co i stwier­dzam z cał­ko­wi­tym prze­ko­na­niem. – Te­le­me­tria wska­za­ła trzy­dzie­ści ty­się­cy trzy­sta sie­dem przy­pad­ków, w któ­rych naj­praw­do­po­dob­niej wy­stą­pił pro­blem. Do­brze, że nie mogą nas po­zwać jak w Ame­ry­ce. Co pani chce z tym zro­bić?

– Kam­pa­nia na zbocz­ku, pa­nocz­ku, twer­ku, ro­wer­ku, śmier­dziel­ku, a nawet… – Tu pa­trzy się trium­fu­ją­co i za­czy­na coś pisać na te­le­fo­nie – …a nawet na zbucz­ku i fejs­bucz­ku.

Po­wo­li zdej­mu­ję oku­la­ry i kładę je do­kład­nie wy­tre­no­wa­nym ge­stem na biur­ko.

Widzę, że dziew­czy­na traci czas, bo książ­ko-ryj jest mało po­pu­lar­ny od afer z pry­wat­no­ścią, z dru­giej stro­ny nie chcę wcho­dzić w jej buty i dla­te­go pytam się o to co dla mnie naj­waż­niej­sze. – Czy utra­ta pli­ków dla ty­się­cy użyt­kow­ni­ków to nic?

– No ale prze­cież mają kopię. Mamy taki dobry pro­gram do bac­ku­pu, na pewno wszy­scy go uży­wa­ją.

– A je­że­li nie?

– Lu­dzie dzie­lą się na ta­kich któ­rzy jesz­cze nie robią bac­ku­pu i na ta­kich któ­rzy to robią. – Wzru­sza ra­mio­na­mi nie prze­sta­jąc od­pi­sy­wać na ja­kie­goś SMS, twe­eta czy inne ba­dzie­wie. – Przy­naj­mniej ich cze­goś na­uczy­li­śmy.

Wciąż nie do­wie­rzam. Za moich cza­sów każdy błąd in­ży­nie­ra był skazą na jego ho­no­rze, a ona za­cho­wu­je się jakby pro­blem zu­peł­nie jej nie ob­cho­dził.

„Mi­le­nials albo tik­ta­ko­wiec” – myślę.

Wiem, że jej CV jest im­po­nu­ją­ce i za­wie­ra wszyst­ko, od pi­sa­nia ksią­żek czy ochro­ny su­ma­tek chrząst­ko­no­sych na Ma­da­ga­ska­rze po kursy pro­gra­mo­wa­nia dla ma­łych bied­nych dzie­ciacz­ków ze slum­sów w In­diach.

Panna zo­sta­ła, a wła­ści­wie mu­sia­ła zo­stać sze­fem wiel­kie­go i uty­tu­ło­wa­ne­go ze­spo­łu te­ster­skie­go.

Z tego co się do­wie­dzia­łem, wpro­wa­dzi­ła swoje po­rząd­ki i miej­sce jest do bólu spo­łecz­no­ścio­we.

„Lu­dzie mają czas na zaj­mo­wa­nie się na­klej­ka­mi na kom­pu­te­ry, mową nie­na­wi­ści i ty­sią­ca­mi in­nych rze­czy, a nie znaj­du­ją go na to co po­win­ni robić”. – Z tą opi­nią spo­tka­łem się zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto, gdy zbie­ra­łem wy­ni­ki au­dy­tu.

Wła­śnie przez takie za­cho­wa­nie mamy ogrom­ny pro­blem, jakim jest wkur­wie­nie ty­się­cy użyt­kow­ni­ków, któ­rzy nie­od­wra­cal­nie stra­ci­li swoje cenne dane. Baj­zel trze­ba po­sprzą­tać i panna wy­raź­nie nie chce tego przy­znać.

– Wie pani, że to wła­śnie oni płacą pani pen­sję? No i co ja niby mam teraz zro­bić?

– Ale prze­cież… – Za­czy­na, tro­chę mniej pew­nie co praw­da, ale mnie to już nie ob­cho­dzi i po­ka­zu­ję jej, żeby za­mil­kła.

– Ile dni ten bug nie był ru­szo­ny?

– A czy to ważne?

– Ile?

– No, ten, jakby to po­wie­dzieć…

– Wie pani, że bycie sze­fem ozna­cza zna­jo­mość ta­kich rze­czy?

– No…

Dziew­czy­na za­czy­na się mocno pocić, a ja mam nie­zły ubaw wi­dząc jak miga się i śli­zga chcąc za­mieść wszyst­ko pod dywan.

Słu­cham tej jej ża­ło­snej ga­da­ni­ny i w końcu prze­ry­wam.

– Po­pro­szę o ra­port z tego jakie bugi były te­sto­wa­ne w ko­lej­nych dniach i jak długo nie były ru­szo­ne. Nie robi pani tego co po­win­na, moim zda­niem.

– Ale…

– Na wczo­raj. Dzię­ku­ję. Do wi­dze­nia.

Od­pra­wiam ją ręką, ona się ocią­ga, chce coś po­wie­dzieć, ale w końcu wy­cho­dzi jak nie­pysz­na.

Dzień jak co­dzień, czyli ąę przez bi­buł­kę.

Cza­sem się za­sta­na­wiam, że faj­nie by­ło­by to wszyst­ko rzu­cić w dia­bły. Mam ocho­tę pójść do ga­le­rii na dole, zba­je­ro­wać sprze­daw­czy­nię, kupić modne oku­la­ry, potem wyjść na ulicę, za­trzy­mać pierw­szy lep­szy czer­wo­ny ka­brio­let, od­rzu­cić skła­da­ny dach i od­je­chać z pi­skiem w siną dal, naj­le­piej w stro­nę za­cho­dzą­ce­go słoń­ca.

Chciał­bym też wró­cić na stu­dia i znów za­nu­rzyć się w bi­nar­nym ko­dzie kla­sycz­nych sys­te­mów, gdzie nie ma ni smut­ku, ni pła­czu, ni bólu, ni stra­chu, gdzie zero to zero, jeden to jeden, czar­ne to czar­ne, a białe to białe.

My­śla­łem, że moje życie bę­dzie inne, tym­cza­sem to co prze­ży­wam wy­szło samo z sie­bie, nie wia­do­mo jak i kiedy.

Mo­głem się uże­rać na swoim czy pra­co­wać u ja­kie­goś Ja­nu­sza by­zne­su, na­to­miast z le­ni­stwa zde­cy­do­wa­łem się na mo­lo­cha, wiel­ką firmę, gdzie wszy­scy mają wy­glą­dać tak samo i nie pod­ska­ki­wać, a wła­ści­wie pod­ska­ki­wać, ale do­kład­nie tak jak inni.

Za­apli­ko­wa­łem tam po stu­diach i teraz ko­rzy­stam z tego sa­me­go naj­wspa­nial­sze­go te­le­fo­nu co wszy­scy i gapię się w ekran ta­kie­go lap­to­pa i pro­gra­mu pocz­to­we­go jak inni.

Czy to nie śmiesz­ne, że opie­ra­my się glo­ba­li­za­cji, ale rów­no­cze­śnie rzu­ca­my jak Rek­sio na szyn­kę, gdy wi­dzi­my te same rze­czy, któ­rych uży­wa­ją lu­dzie na całym świe­cie?

Przez resz­tę dnia mam na sobie do­sko­na­le do­pa­so­wa­ny pan­cerz kor­po­ra­cyj­ne­go wo­jow­ni­ka, swo­bod­nie la­wi­ru­ję mię­dzy prze­pi­sa­mi, robię do­brze wszyst­kim i sobie i je­stem zwy­cięz­cą, w końcu punkt sie­dem­na­sta zero zero zdej­mu­ję gębę i skórę kra­wa­cia­rza, prze­bie­ram się w luźne ciu­chy i idę do baru na rogu.

Chcę za­mó­wić tam nor­mal­ne je­dze­nie jak zwy­kły skrom­ny czło­wiek, któ­rym w sumie je­stem.

– Dzień dobry. Po­pro­szę to co za­wsze.

– Dzień dobry panie pre­ze­sie. Już po­da­ję.

Nie muszę mówić nic wię­cej, ze­staw numer pięć po­cho­dzi z naj­więk­szej kor­po­ra­cji spo­żyw­czej świa­ta i za­ma­wiam go u sym­pa­tycz­nej Włosz­ki, odkąd pa­mię­tam.

– Dwie­ście pięć­dzie­siąt zło­tych i sześć punk­tów.

– Aaaa prze­pra­szam, pro­szę jesz­cze do­rzu­cić nie­bie­skie­go wa­ria­ta.

Ko­bie­ta uśmie­cha się zna­czą­co, wy­cią­ga ta­blet­ki spod lady i do­da­je. – Trzy­sta i sie­dem punk­tów.

Cały zakup jest pro­sty, łatwy i przy­jem­ny. Przy­kła­dam kartę do czyt­ni­ka, a punk­ty wę­dru­ją na moje konto. Je­stem dumny. Sie­dem ozna­cza dużą eko­lo­gicz­ność. Jak do­brze pój­dzie, to już za sześć mie­się­cy będę mógł wy­brać coś z ka­ta­lo­gu, kto wie, może to bę­dzie nowa ba­je­ranc­ka karta pa­mię­ci albo dłu­go­pis z li­mi­to­wa­nej serii?

Bie­gnę do miesz­ka­nia Mal­wi­ny jak na skrzy­dłach i do­cie­ram tam aku­rat wtedy, gdy za­czy­na­ją się „Ochot­ni­cy”.

Dzi­siaj te­le­tur­niej ma wy­grać ten kto naj­mniej się rusza.

Ktoś chce pierd­nąć.

Zoon­nggg.

Wy­la­tu­je.

Ktoś inny chce się po­dra­pać.

Buuuu.

Sie­dzę w jej sa­lo­nie roz­par­ty na skó­rza­nej sofie, trzy­mam naj­przed­niej­szy schło­dzo­ny cydr i oglą­dam wszyst­ko na naj­now­szej pla­zmie.

Od­po­czy­wam, a w tym cza­sie po­ja­wia się Mal­wi­na. Od razu włą­cza­my Bat­ma­na i za­czy­na­my jeść z pa­pie­ro­wych pu­de­łek. Nic nie mó­wi­my tylko pa­trzy­my sobie głę­bo­ko w oczy, potem zgod­nie z nie­pi­sa­ną tra­dy­cją za­czy­na­my pod­bie­rać sobie ma­ka­ron.

– Dobre. – Za­czy­na moja ko­cha­na dziew­czy­na.

– Do­sko­na­łe. – Nie po­zo­sta­ję jej dłuż­ny.

Nagle od stro­ny drzwi sły­szy­my stuk i cichy sy­gnał brzę­czy­ka.

– Mają wy­czu­cie. – Uśmie­cham się za­wa­diac­ko i bie­gnę do drzwi do lo­dów­ki za­ku­po­wej po za­bez­pie­cze­nia, a chwi­lę potem wyj­mu­ję wraz z nimi coś jesz­cze i dro­gie­go szam­pa­na.

Staję przed dziew­czy­ną z wy­ra­zem bez­gra­nicz­ne­go zdu­mie­nia na twa­rzy, ide­al­nie zmro­żo­ną bu­tel­ką w jed­nej ręce i za­baw­ką w dru­giej.

– No co? Coś dla duszy i coś dla ciała. – Uśmie­cha się i od­ru­cho­wo ukła­da za uchem włosy, a potem po­ka­zu­je żebym się zbli­żył.

Od słowa do słowa przy­cho­dzi­my do po­ca­łun­ków i in­nych mi­łych rze­czy i w końcu rżnę co moje ni­czym drwal w lesie, a pięk­na isto­ta pode mną daje praw­dzi­wy popis nie­kon­tro­lo­wa­nych drga­wek i moż­li­wo­ści wo­kal­nych.

Rano budzę się przy uko­cha­nej przy­jem­nie zmę­czo­ny, za­spo­ko­jo­ny i szczę­śli­wy, potem ca­łu­ję ją de­li­kat­nie w słod­kie ustecz­ka i speł­niam jej jakże uprzej­mą proś­bę o do­piesz­cze­nie tyl­nych par­tii ciała.

Dziew­czy­na pada ze zmę­cze­nia, a ja wlokę się do ła­zien­ki.

Jest dzień wolny, więc nie muszę się spie­szyć. Golę się sta­ro­świec­ką brzy­twą, gdy nagle sły­chać pe­tar­dy i sły­szę pisk ra­do­ści Mal­wi­ny. Tro­chę to nie­spo­dzie­wa­ne, ale udaje mi się nie drgnąć. Ka­no­na­da trwa w naj­lep­sze a ja w tym cza­sie spo­koj­nie koń­czę to co ro­bi­łem, od­kła­dam zbrod­ni­cze na­rzę­dzie, do­kład­nie wy­cie­ram twarz z kremu i wy­cho­dzę z ła­zien­ki.

– Ko­cha­nie, tak się cie­szę. – Mal­wi­na wpada na mnie, za­pla­ta ręce za moją głową, ści­ska mnie no­ga­mi i daje mi na­praw­dę so­czy­ste­go ca­łu­sa.

– Co mnie omi­nę­ło?

– Reset, ko­cha­nie, reset, re-set, reset, reset, reset, jejku jak ja się cie­szę.

Za­czy­na­my tań­czyć i śmiać się po­dob­nie jak na po­cząt­ku na­szej zna­jo­mo­ści, a potem pa­da­my na ka­na­pę.

Włą­czam te­le­wi­zję.

„Reset za rok”.

„To wina Do­nal­da, że do­pie­ro teraz”.

„Wresz­cie”.

„Po na­mo­wach rządu PyS cała po­stę­po­wa Eu­ro­pa zde­cy­do­wa­ła”.

Każdy ser­wis aż kipi od ga­da­ją­cych głów, które wy­ja­śnia­ją na czym po­le­ga naj­wspa­nial­sze osią­gnię­cie świa­tłej cy­wi­li­za­cji za­cho­du.

Mal­wi­na idzie zro­bić coś do picia, a ja śmie­ję się, bo we­dług eks­per­tów „Nawet kury będą się nieść le­piej”.

– Pro­szę ko­cha­nie. – Moja ko­bie­ta mówi to pięć minut póź­niej, gdy wrę­cza mi ogrom­ny kubek z pa­ru­ją­cą i sma­ko­wi­cie pach­ną­cą za­war­to­ścią.

Wa­chlu­ję ręką nad fi­li­żan­ką prze­su­wa­jąc do mnie go­rą­ce po­wie­trze, wdy­cham aro­mat kawy po­mie­sza­ny z de­li­kat­ną nutą świe­że­go mleka i po­wo­li kosz­tu­ję ży­cio­daj­ny pa­rzą­cy płyn.

Latte bez cukru na po­dwój­nym mleku so­jo­wym mnie przy­jem­nie roz­grze­wa, a ja już ukła­dam plany na naj­bliż­sze mie­sią­ce.

„Wy­co­fać akcje, kupić zie­mię, wy­ku­pić co naj­mniej kil­ka­set dys­ków i spraw­dzić sejfy, za­ła­twić praw­ni­ka, albo i nie, pie­przyć tego ostat­nie­go”.

Życie na­bie­ra barw i wła­śnie dla­te­go tego dnia ku­pu­ję wszyst­kie moż­li­we ga­ze­ty co­dzien­ne i ty­go­dni­ki.

„Yes! We can!”.

„Go! Do­nald! Go!”.

„Nasza racja jest naj­moj­szej­sza”.

Uśmie­cham się, bo to ostat­nie pew­nie o krulu.

Na­stęp­ne­go dnia w dro­dze do pracy za­uwa­żam kilka zapór na dro­dze i pra­cow­ni­ków, któ­rzy kie­ru­ją na ob­jaz­dy. Korki są więk­sze niż nor­mal­nie, więc mogę spo­koj­nie za­trzy­mać się przy jed­nym z nich i za­py­tać:

– Co się dzie­je panie wła­dzo?

– Ro­bo­ty dro­go­we. Za­my­ka­my ma mie­siąc. Pro­szę je­chać i nie ta­mo­wać ruchu.

W samej pracy w kuch­ni wy­da­je się być gło­śniej niż nor­mal­nie, ale spe­cjal­nie nie zwra­cam na to uwagi.

W samej pracy biorę do ręki fi­li­żan­kę z kawą, pod­staw­kę, wsta­ję, pod­cho­dzę do szkla­nej ścia­ny z okna­mi i pa­trzę na Paryż pół­no­cy, który tętni ży­ciem dzie­sięć pię­ter niżej.

Wiem, że moje bo­gac­two jest ilu­zo­rycz­ne i choć mogę leżeć brzu­chem do góry, to za­wsze i w każ­dej chwi­li wszyst­ko może znik­nąć, a wtedy szko­da bę­dzie żyć na do­cho­dzie gwa­ran­to­wa­nym, no i nie bę­dzie tej ad­re­na­li­ny zwią­za­nej z wła­dzą i wyż­szo­ścią nad in­ny­mi.

„Gdzie będę za rok o tej samej porze?” – Wraca do mnie przy­kre py­ta­nie, które za­zwy­czaj za­da­ję sobie w prze­ło­mo­wych mo­men­tach mo­je­go życia.

Wiem, że świat pode mną ze­psu­ty jest do szpi­ku kości i cią­gle pro­du­ku­je to samo gówno.

Roz­wa­ża­nia o sto­sach ko­ro­wych, czyli temat duszy i re­in­kar­na­cji.

Gwiezd­ne wrota do in­nych miejsc wszech­świa­ta.

Ko­smicz­ne stat­ki widma.

Te­le­pa­ci.

Hi­per­prze­strzeń.

Zmę­cze­ni ży­ciem wie­ko­wi obcy któ­rzy prze­gry­wa­ją z naszą racz­ku­ją­cą cy­wi­li­za­cją.

Apo­ka­lip­tycz­ne ma­sów­ki, gdzie nie­do­bit­ki z ki­ja­mi i dzi­da­mi robią to czego nie umiał cały świat.

I gwiazd­ki pop które od lat śpie­wa­ją z play­bac­ku kilka iden­tycz­nych nut.

Wszę­dzie widać brak świe­żych po­my­słów i brud, ten wszech­obec­ny syf, od któ­re­go mi nie­do­brze.

To wina de­ka­den­cji i tego, że lu­dzie od­kry­li, jak prze­dłu­żać byt, jak le­czyć wszyst­kie moż­li­we cho­ro­by, wresz­cie jak za­pew­nić sobie szczę­śli­we życie.

„Tech­no­lo­gia tak ma”.

Do­kład­nie wtedy po­ja­wił się pro­blem.

To wszyst­ko było zbyt ide­al­ne. Można było nie pra­co­wać, można było jeź­dzić po całej kuli ziem­skiej, a nawet mieć wszyst­kie moż­li­we przy­jem­no­ści.

Za dużo tego było.

Ktoś lubił fan­ta­sty­kę?

To do­sta­wał ty­sią­ce po­dob­nych fil­mów, ksią­żek i in­nych dzieł, wli­cza­jąc w to wier­sze, pio­sen­ki, opery, wo­de­wi­le i ske­cze.

Chciał seksu?

Każda de­wia­cja mogła być za­spo­ko­jo­na na ty­sią­ce spo­so­bów.

I tak dalej, i tak bli­żej.

Nasze mózgi oka­za­ły się za małe, żeby prze­ro­bić taki ogrom in­for­ma­cji.

Stało się tak okrop­ne, że aż nie do wy­trzy­ma­nia, zaś ozna­ki brudu i ze­psu­cia lata świetl­ne temu za­uwa­żył już Ziem­kie­wicz.

Roz­wią­za­nie oka­za­ło się ide­al­nie pro­ste.

Reset.

Kij, żeby za­bez­pie­czyć naj­cen­niej­sze dane i mar­chew­ka, żeby wy­ma­zać grze­chy i za­cząć życie od nowa.

Gdy naród ma wy­pra­co­wa­ny od­po­wied­ni wzrost, ka­su­je się część in­for­ma­cji ta­kich jak dane o dłu­gach, nie­za­pła­co­nych po­dat­kach, wy­kro­cze­niach i prze­stęp­stwach, i tym po­dob­ne. Urzą­dza się na­ro­do­we gło­so­wa­nia, co zo­sta­wić a co nie. Zni­ka­ją kiep­skie filmy i utwo­ry i prze­róż­ne cy­fro­we śmie­ci. Je­że­li coś jest ważne do dzia­ła­nia firm, to te mają czas na przy­go­to­wa­nie się przed re­se­tem. Wszy­scy do­sta­ją mo­ty­wa­cję do dzia­ła­nia, i choć po­zwo­le­nia na za­cho­wa­nie da­nych i sprzęt kosz­tu­ją kro­cie, to na­praw­dę opła­ca się je mieć.

Nie­któ­re kraje idą nawet dalej i ka­su­ją znacz­nie wię­cej ban­ko­wych za­pi­sów, a do tego palą pa­pie­ro­we książ­ki i nisz­czą więk­szość utwo­rów elek­tro­nicz­nych. Są tacy, co po­rów­nu­ją to do ciem­nych wie­ków ludz­ko­ści i in­dek­su ksiąg za­ka­za­nych, sto­sów ksią­żek z nocy nie­na­wi­ści hi­tle­row­ców czy „Fah­ren­he­it 451”, ale po la­tach prze­py­cha­nek nikt nie trak­tu­je ich zbyt po­waż­nie.

„Cały naród bu­du­je swój do­bro­byt”.

W sto­łów­ce do­bie­ga­ją mnie strzęp­ki roz­mów, ale nie­spe­cjal­nie zwra­cam na nie uwagę:

– Roz­ru­chy na Pra­dze…

– Po­dob­no lu­dzie ma­so­wo wy­ku­pu­ją wszyst­ko ze skle­pów…

– To wina ko­smi­tów. Chcą że­by­śmy się po­wy­bi­ja­li.

Nie rusza mnie nic, nawet to, że przed wyj­ściem z pracy widzę na­ma­lo­wa­ne spray­em ogrom­ne li­te­ry „te­le­wi­zja kła­mie”.

– Gów­nia­rze, nie wie­dzą co piszą – kwi­tu­je jakiś sta­ru­szek, który pluje na ulicę do­słow­nie obok mnie.

Robi się dziw­nie, ale też to igno­ru­ję.

– Dzień dobry. Po­pro­szę to co za­wsze. – mówię do Włosz­ki kilka minut póź­niej.

– Dwie sześć­dzie­siąt i sześć punk­tów.

Za­mie­ram z wy­ra­zem zdzi­wie­nia, ale nie pytam się o nic, bo róż­ni­ca jest mar­gi­nal­na.

***

Puk. Puk. – roz­le­gło się w ga­bi­ne­cie pre­mie­ra, który ostat­nio usły­szał od pier­wo­rod­ne­go „Put­nij się w głowę” i który po­wta­rzał to sobie za każ­dym razem, gdy ktoś chciał się z nim spo­tkać.

– Wejść – od­po­wie­dział ma­chi­nal­nie po­li­tyk.

Drzwi de­li­kat­nie uchy­li­ły się, zaś w szpa­rze dało się zo­ba­czyć głowę szefa służb spe­cjal­nych, który nie­śmia­ło spoj­rzał do środ­ka i po przy­zy­wa­ją­cym ge­ście ręką wszedł i z lek­kim drże­niem rąk podał cien­ką szarą tecz­kę – Panie pre­mie­rze ra­port.

– Może mi pan go stre­ścić? Je­stem jakby za­ję­ty.

Szef uniósł ze zdzi­wie­nia brwi na co usły­szał. – Mam nad­zwy­czaj­ne po­sie­dze­nie w Sej­mie i nie za dużo czasu, muszę się przy­go­to­wać, sam pan widzi co się dzie­je.

– Woj­sko zmo­bi­li­zo­wa­ne w dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cen­tach.

– Ilu zde­zer­te­ro­wa­ło?

– Ooo, ktoś panu mówił?

– Nie, czy­ta­łem ra­por­ty z po­przed­nich re­se­tów.

– Dwu­stu trzech. W więk­szo­ści nie­na­gan­na służ­ba. Osiem­dzie­się­ciu zła­pa­li­śmy.

– Nie rób­cie im krzyw­dy.

– Bez obaw. Po­szli do psy­chusz­ki.

– Szpi­ta­le?

– Wszyst­ko dy­żu­ru­ją jak w trak­cie wojny. Go­rzej tylko że nie mamy ta­kie­go trans­por­tu jak kie­dyś.

– Widzę, że tę­sk­no panu do Au­to­sa­nów H9.

– Wie pan, kie­dyś to było… mój oj­ciec mi opo­wia­dał, że były takie pro­ste i tanie i że jak chcie­li tam nosze wło­żyć to nie było pro­ble­mu, a jak je na­pra­wia­li, to wy­star­czył mło­tek i kilka klu­czy.

– Za­miesz­ki? – Pre­mier uciął roz­ma­rzo­ne słowa za­wo­do­we­go woj­sko­we­go, który po­cho­dził z ro­dzi­ny z wie­lo­let­ni­mi tra­dy­cja­mi.

– Trzy ty­sią­ce dwu sied­miu za­trzy­ma­nych w samej War­sza­wie. Spa­lo­ne trzy­dzie­ści skle­pów i dwa cen­tra, do tego pięt­na­stu ran­nych stra­ża­ków i sie­dem­dzie­się­ciu po­li­cjan­tów.

– Te­le­wi­zja?

– Na medal.

– Nasi są­sie­dzi?

– Wy­sła­li noty po­pie­ra­ją­ce, z wy­jąt­kiem Rosji oczy­wi­ście.

– Oczy­wi­ście – dodał pre­mier cho­ciaż był zdzi­wio­ny, bo wie­dział ze Ro­sja­nie w ostat­nich la­tach wo­le­li bra­tać się z brać­mi Sło­wia­na­mi za­miast z Chiń­czy­ka­mi.

– Co mówi sek­cja trzy­dzie­ści jeden?

– PESEL siadł, ale we­dług nich to nor­mal­ny crash. Po­dob­nie CEPIK trzy.

– Więc nikt tego nie wy­ko­rzy­stał?

– Mówią, że to cisza przed burzą.

– Wie­rzy im pan?

– Oczy­wi­ście panie pre­mie­rze.

– Ceny?

– Trzy pro­cent po­ni­żej tego co za­kła­da­li­śmy.

– Cho­ciaż tyle do­bre­go.

– Tak, jest jesz­cze coś. – Nie­pew­nie dodał szef wy­wia­du.

– No co tam?

– Po­dob­no jest przy­go­to­wy­wa­ny za­mach na jedno z głów­nych sank­tu­ariów. Bie­rze­my pod uwagę Jasną Górę, Li­cheń, Ko­ściół Ma­riac­ki i kilka in­nych miejsc.

– Jezu, jesz­cze tego tam bra­ku­je. Który kraj chce nam do­piec?

– Służ­by usta­la­ją, praw­do­po­dob­nie jed­nak cho­dzi o ra­dy­ka­łów.

– Jak nie urok to prze­marsz woj­ska. Do­brze, in­for­muj­cie mnie na bie­żą­co i użyj­cie wszyst­kich moż­li­wych środ­ków. Po­le­ca głowy jak przej­dę do hi­sto­rii jako ten kto stra­cił jeden z za­byt­ków.

– Roz­kaz. – Za­sa­lu­to­wał jego pod­wład­ny.

– Panie pre­mie­rze, pre­zy­dent na linii – za­brzmia­ło z gło­śni­ka na biur­ku, a pre­mier na­ci­snął guzik i po­wie­dział. – Dzię­ku­ję, zaraz od­bio­rę.

– To ja już pójdę – Nie­śmia­ło rzekł szef.

– Dzię­ku­ję – stwier­dził pre­mier i pod­niósł słu­chaw­kę do­pie­ro, gdy ten wy­szedł. – Tak. tak. Znowu trzy punk­ty w dół. Wczo­raj dwa w górę, dzi­siaj w dół. Jak na rol­le­co­ste­rze. Wie­dzia­łeś, że ktoś dybie na Jasną Górę? Tak. Zga­dzam się. Niech woj­sko pil­nu­je i niech po­sta­wią bram­ki jak na lot­ni­skach. Jak to nie mogą? Wy­ko­nać.

***

– Wie­cie co nas czeka i wie­cie, że mu­si­my od­zy­skać długi od kon­tra­hen­tów i ścią­gnąć sprzęt. Ter­min jest nie­prze­kra­czal­ny. Ja­kieś po­my­sły? – mówię to cał­kiem po­waż­nie na ze­bra­niu ma­na­ge­rów wyż­sze­go szcze­bla.

Je­stem wście­kły, bo zegar nie­ubła­ga­nie tyka i minął już ponad ty­dzień od dnia ogło­sze­nia, a w na­szej fir­mie nie za­dzia­ło się do­słow­nie nic szcze­gól­ne­go i wszy­scy opier­dzie­la­ją się do­kład­nie jak za­wsze.

– Sze­fie, ceny bi­le­tów po­szły trzy­dzie­ści pro­cent w górę. Mamy pro­ble­my z po­dró­ża­mi i trze­ba robić video, a siec też zwol­ni­ła.

– Wy­mów­ki – ma­cham ręką. – Mamy bu­dżet i kon­trak­ty na usłu­gi, a wy mi mó­wi­cie o ja­kichś drob­nia­kach. Kon­kre­ty. Dawać mi tu kon­kre­ty, a nie ja­kieś pier­do­ły.

– Po­dwój­ne staw­ki dla niu­cha­czy? – Ktoś nie­śmia­ło bąka.

– To może od razu po­czwór­ne? I jesz­cze może dać im wolną rękę? – Ktoś inny jest wy­raź­nie iro­nicz­ny.

– A dla­cze­go nie? Niech robią z pie­niędz­mi co chcą, a u nas i tak prze­pad­ną. Mo­że­my też za­pła­cić im w kryp­to.

– Ile tego jest?

– Rocz­ny przy­chód.

In­ten­syw­nie myślę, czy na to wszyst­ko się zgo­dzić czy nie. Wiem, że z jed­nej stro­ny kon­tro­le są ostrzej­sze przed re­se­tem, z dru­giej stro­ny po nim ni­ko­mu nie bę­dzie się chcia­ło wszyst­kie­go do­cho­dzić.

„A co mi tam, sys­tem jest chory i tylko głupi by nie sko­rzy­stał”. – Pró­bu­ję się uspra­wie­dli­wić w my­ślach i ogła­szam wszem i wobec swoją nie­pod­wa­żal­ną de­cy­zję. – Do­brze. I niech bę­dzie któ­reś kryp­to.

Kiwam głową, bo je­stem cał­ko­wi­cie prze­ko­na­ny, że bę­dzie­my po­trze­bo­wa­li wszyst­kich moż­li­wych środ­ków, a potem do­da­ję. – I jesz­cze jedno.

Tu za­wie­szam efek­tyw­nie głos pa­trząc na na­la­ne gęby spa­sio­nych ma­na­ge­rów, dla lep­sze­go efek­tu wsta­ję, opie­ram się rę­ka­mi o blat i krzy­czę. – Do ro-bo-ty! Już was, do cho­le­ry, nie ma!

Oni pa­trzą się z nie­do­wie­rza­niem, więc pu­en­tu­ję. – No co jest? Za­pro­sze­nia jesz­cze mam wy­słać? Spier­da­lać mi stąd. Re­zul­ta­ty mają być.

Męż­czyź­ni ewa­ku­ują się z po­ko­ju, a ja uśmie­cham pod nosem z po­czu­ciem do­brze wy­peł­nio­ne­go obo­wiąz­ku. Wiem, że dzi­siaj dużo potu po­ciek­nie z ich tłu­stych twa­rzy i rów­no­cze­śnie je­stem prze­ko­na­ny, że efekt jest tego wart, a oni po­trze­bu­ją tylko kopa w tyłek i cią­głe­go pcha­nia jak stado bez­myśl­nych ba­ra­nów.

„Lu­dzie nie są tacy głupi, jak nam się wy­da­je. Są dużo głup­si”.

Cały ten reset jest na­praw­dę po­zy­tyw­ny, bo wy­wo­łu­je pier­wot­ne in­stynk­ty i przy­wra­ca to co za­bra­ła nam cy­wi­li­za­cja. Lu­dzie zmu­sze­ni są znowu wal­czyć o prze­trwa­nie, za­pa­mię­ty­wać ty­sią­ce waż­nych rze­czy i robić wszyst­ko od nowa…

***

– Nie zdą­ży­my Lesz­ku. – te­atral­nym ge­stem po­wie­dział pre­zy­dent, potem nalał setkę czy­stej do fi­li­żan­ki z kawą, upił łyka krzy­wiąc się przy tym nie­mi­ło­sier­nie i spoj­rzał z za­du­mą na pa­no­ra­mę War­sza­wy. – a nie chcę, żeby hi­sto­ria za­pa­mię­ta­ła nas jako nie­udacz­ni­ków.

– Jarek co ty od­wa­lasz? W May się ba­wisz? Chcesz coś ugrać? – od­po­wie­dział pre­mier i wró­cił do kosz­to­wa­nia pysz­ne­go pstrą­ga.

Obaj pa­no­wie sie­dzie­li w opróż­nio­nej z gości re­stau­ra­cji na naj­wyż­szym pię­trze ho­te­lu Mar­riot i za­sta­na­wia­li się nad przy­szło­ścią a ich obia­dy czwart­ko­we prze­szły już do le­gen­dy gdyż przy­naj­mniej raz w mie­sią­cu zaraz po nich ogła­sza­no ja­kieś re­wo­lu­cyj­ne de­cy­zje.

– Nie o par­tię mi cho­dzi. Pa­mię­tasz te zo­bo­wią­za­nia dla Chin? Jeśli zro­bi­my reset to ich nie do­trzy­ma­my.

– A niech spa­da­ją. Jak jest reset to wszyst­ko prze­pa­da i oni to wie­dzą. Za da­le­ko to za­szło i tego nie od­krę­ci­my.

– Tak, ale byłem wczo­raj na ko­la­cji z ich am­ba­sa­do­rem i po­wie­dział jasno, że je­że­li nie pod­pi­sze­my umów to nam dadzą do wi­wa­tu. Po­słu­chaj mnie. On dał do zro­zu­mie­nia, że spe­cjal­nie będą to prze­cią­gać i że ich nie in­te­re­su­ją nasze pro­ble­my.

– Żółte po­kur­cze. Ziemi im nie sprze­dam ani lasów…

– …bo czę­ścio­wo już obie­ca­ne. Do­brze, to co ro­bi­my?

– Nie wiem, ale ter­mi­nu nie chcę zmie­niać. Wszy­scy by nas wy­ty­ka­li jak bry­to­li.

– Tyyy, może biz­nes nam po­mo­że?

– Ale ne­go­cjuj­cie tylko z tymi naj­więk­szy­mi. I tak po cichu, bo nam prasa jaja utnie.

– Zyg­zag miał­by uży­wa­nie – po­twier­dził uśmie­chem pre­zy­dent. – a swoją drogą dzi­wię się, że nikt nie za­in­sta­lo­wał tu jesz­cze plu­skiew.

– Nie wy­wo­łuj wilka z lasu, sły­sza­łeś o tych naj­now­szych dro­nach które po­dob­no mogą latać przez cały dzień i są nie więk­sze niż pa­zno­kieć?

***

– Panie pre­ze­sie, jeden z pra­cow­ni­ków chciał­by się z panem wi­dzieć. Mówi, że cho­dzi o reset i pewne nie­pra­wi­dło­wo­ści. – Se­kre­tar­ka prze­ry­wa jedno z moich cią­gną­cych się jak guma nud­nych spo­tkań.

– Pro­szę to umó­wić na jutro dajmy na to na dzie­sią­tą.

– Tak jest.

– Jakie mamy szan­se na za­cho­wa­nie wszyst­kich klien­tów? – Zwra­cam się do mo­je­go roz­mów­cy.

– Trzy­dzie­ści pro­cent. Więk­szość z nich zban­kru­tu­je.

– Jak wy­glą­da bez­pie­czeń­stwo na­sze­go so­ftwa­re?

– Ser­we­row­nie są do­brze za­bez­pie­czo­ne przed im­pul­sem. Po­szło na to dwie­ście pro­cent rocz­ne­go bu­dże­tu, ale testy są bar­dzo obie­cu­ją­ce. Mamy rów­nież na­jem­ni­ków, któ­rzy już teraz chro­nią nas przed wro­gim prze­ję­ciem.

Biorę swój te­le­fon do ręki chcąc spraw­dzić sta­ty­sty­ki, a on prze­sta­je re­ago­wać.

Pró­bu­ję go zre­se­to­wać, ale się nie daje.

Wiem, że była jakaś taka kom­bi­na­cja kla­wi­szy, ale jak na złość jej nie pa­mię­tam.

Cho­le­ra!

Rzu­cam te­le­fon z od­ra­zą na stół.

Cho­ler­ne nie­wy­mien­ne ba­te­rie.

Cho­ler­ne kor­po­ra­cje, które tną kosz­ty i za­trud­nia­ją dzie­cia­ków co wolą cią­gle do­da­wać nowe fiu­czer­sy za­miast po­rząd­nie do­szli­fo­wać obec­ne… i jesz­cze na­rze­ka­ją, że lu­dzie nie chcą ku­po­wać kiep­skich rze­czy.

Mo­że­my wszyst­ko a nie umie­my zro­bić pro­ste­go ka­wał­ka elek­tro­ni­ki który nie bę­dzie iry­to­wać, gdzie nie bę­dzie super wiel­kiej mocy i po­trze­by wy­łą­cza­nia wszyst­kie­go, żeby mikra ba­te­ria wy­star­czy­ła cho­ciaż na kilka go­dzin.

Sraj­fo­ny, pyk­se­le, szaj­sun­gi, wszyst­ko takie same.

Mam dosyć sta­re­go po­rząd­ku. Tego jak wiele ko­biet się spina i że­brze, żeby zła­pać fa­ce­ta i jak od­rzu­ca każ­de­go kto sam do nich pod­bi­ja. I tego jak kie­ru­ją nimi pier­wot­ne in­stynk­ty…, żeby był bo­ga­ty, żeby o mnie dbał, żeby dał dziec­ko…

Wła­śnie wczo­raj dys­ku­to­wa­łem z jedną taką starą panną, która nie za­ła­twi­ła sobie chło­pa na czas.

– A bo wie pan, z męż­czy­zną spać to nie­hi­gie­nicz­ne.

– No ro­zu­miem, czy mo­że­my jed­nak za­wrzeć to po­ro­zu­mie­nie? Chcie­li­by­śmy, żeby pani firma spraw­dzi­ła nasze za­bez­pie­cze­nia, jeśli cho­dzi o fi­zy­kę pod­słu­chu.

– No nie wiem. A czy pan ma dzie­ci? To takie fajne i nie fajne za­ra­zem.

Ręce mi od­pa­dły, wie­dzia­łem jed­nak, że mu­si­my współ­pra­co­wać z ta­ki­mi "fa­chow­ca­mi" że­by­śmy nie stra­ci­li na­szych da­nych… i żeby potem nie usły­szeć „stało się”.

***

– Panie pre­mie­rze mamy kry­zys w War­sza­wie.

– Znowu? Co tam tym razem?

– Fe­mi­nist­ki zro­bi­ły dys­ko­te­kę w cen­trum. Całe mia­sto stoi.

– No i w czym pro­blem? Mamy po­li­cję.

– Pro­szę zo­ba­czyć to wideo.

Pre­mier bez słowa klik­nął Play na ekra­nie pod­sta­wio­ne­go lap­to­pa a po obej­rze­niu ca­ło­ści mruk­nął. – No tak, klip na ame­ry­kań­skim por­ta­lu z chiń­skiej my­del­nicz­ki uczy nie­za­wi­sły pol­ski rząd jak ma za­cho­wy­wać nie­pod­le­głość. Usuń­cie mi te baby z ulic i tyle.

– Tak jest.

– Jesz­cze ja­kieś inne spra­wy nie­cier­pią­ce zwło­ki?

– Mamy o wiele wię­cej do­mo­ro­słych ha­ke­rów.

– To było do prze­wi­dze­nia. Dzię­ku­ję.

– Dzię­ku­ję panie pre­mie­rze. – Szef służb spe­cjal­nych wy­szedł, a pre­mier wziął te­le­fon i za­dzwo­nił do pre­zy­den­ta. – Wi­dzia­łeś? Tak. Tak. Te baby to ro­bo­ta Chiń­czy­ków. Wła­śnie zo­ba­czy­łem na­gra­nie, gdzie jasno po­wie­dzia­no, gdzie jest nasze miej­sce. No i co? Do Ame­ry­ka­nów pój­dziesz? Nie mamy wiel­kie­go wy­bo­ru.

***

– Dzię­ku­ję, że pan pre­zes mnie przy­jął. Pra­cu­je­my nad nowym ro­dza­jem block­cha­in, nie­ste­ty nasz pro­jekt zo­stał ska­so­wa­ny.

– Nie bar­dzo ro­zu­miem czego pan ocze­ku­je.

– Do­brze. – Męż­czy­zna przede mną się waha – Po­wiem wprost. Szef dzia­łu mnie nie lubi i fa­wo­ry­zu­je mo­je­go kon­ku­ren­ta. Ma plecy, a ja widzę, że nie za­cho­wu­je­my tego co może przy­nieść fir­mie ko­rzy­ści tylko to co jest dobre we­dług par­tyj­ne­go klu­cza.

– To po­waż­ne oskar­że­nie. Czy może pan po­przeć to kon­kre­ta­mi?

– Oczy­wi­ście. Mam pre­zen­ta­cję. – Wy­cią­ga swój te­le­fon i pa­trzy się py­ta­ją­co. – Gdzie ją mogę prze­słać?

„Na wa­ria­ta to on nie wy­glą­da, ale może jed­nak to le­piej przej­rzeć na boku” – Myślę i mówię do niego po­da­jąc dane pry­wat­ne­go kon­te­ne­ra na śmie­ci. – Pro­szę prze­słać to blu­eto­othem. De­vi­ce­10.

Wy­mie­nia­my się pli­kiem, upew­niam się jesz­cze, że plik się otwie­ra i dzię­ku­ję za za­an­ga­żo­wa­nie.

Ca­łość otwie­ram po­now­nie po lun­chu.

Slaj­dy po­ka­zu­ją kilka roz­wią­zań, które cał­ko­wi­cie mogą wy­eli­mi­no­wać sła­bo­ści płat­no­ści bez­sty­ko­wych, jed­nak­że ba­zu­ją na ana­li­zie wzor­ców za­cho­wa­nia i wy­ma­ga­ją jesz­cze do­pra­co­wa­nia.

Pro­ble­mem oka­zu­ją się ilo­ści da­nych te­sto­wych i teo­re­tycz­nie szef pro­jek­tu miał pod­sta­wy, żeby się nie zgo­dzić na za­bez­pie­cze­nie.

„Ten czło­wiek bar­dzo lubi swoją pracę” – Przy­po­mi­nam sobie spo­tka­nie i łącze się z sie­cią spraw­dza­jąc co ma być za­cho­wa­ne w tym dzia­le.

„A jed­nak” – oka­zu­je się, że w ofi­cjal­nym ra­por­cie są tylko śmie­ci takie jak wzrost efek­tyw­no­ści nie­któ­rych al­go­ryt­mów o marne pół pro­cen­ta.

„Może wziąć to na sie­bie?” – myślę, gdy moja se­kre­tar­ka wcho­dzi do mo­je­go ga­bi­ne­tu i prze­ry­wa mi mó­wiąc:

– Panie pre­ze­sie go­ście z mi­ni­ster­stwa.

***

– Panie pre­mie­rze, było wła­ma­nie do Or­le­nu.

– Ile skra­dzio­no?

– Na szczę­ście nic.

– Co z uchodź­ca­mi?

– Na lot­ni­skach się już uspo­ko­iło, tak samo na dwor­cach i przej­ściach. Ci co mieli uciec już ucie­kli, dy­plo­ma­ci też się wy­co­fa­li.

– No tak, szczu­ry ucie­ka­ją jako pierw­sze.

– Co z gło­so­wa­nia­mi?

– Stro­ny dzia­ła­ją, in­fo­li­nie rów­nież, pro­gra­my są cały czas na­gry­wa­ne, mo­że­my za­cząć za jakiś mie­siąc.

– Do­sko­na­le.

– A jak za­bez­pie­cza­nie li­cen­cji?

– Też do­brze, po re­se­cie bę­dzie­my mogli gło­sić, że mamy masę no­wych za­ku­pów. No­to­wa­nia wzro­sną, wszy­scy się ucie­szą.

– Do­sko­na­le. A po­uf­ność?

– Pełna, jest jesz­cze coś.

– Tak?

– Służ­by chcą skrę­cić tro­chę kasy dla sie­bie i stąd ra­por­ty o za­ma­chach.

– Jaja im urwę. Przy samej ziemi. Będą śpie­wać fal­se­tem. – Pre­mier ude­rzył ze zło­ścią pię­ścią w stół.

***

Sie­dzi­my po dwa­na­ście go­dzin w pracy, a na­pię­cie w fir­mie i poza nią ro­śnie ze­ni­tu.

Mie­li­śmy kilka przy­pad­ków sa­bo­ta­żu, lu­dzie też po­peł­ni­li sporo błę­dów.

Ja jed­nak je­stem spo­koj­ny, bo zro­bi­li­śmy co mo­gli­śmy i teraz po­zo­sta­je je­dy­nie cze­kać.

Nie boję się o pla­ty­nę, złoto ani nie­ru­cho­mo­ści, je­dy­nym pro­ble­mem może je­dy­nie oka­zać się tech­no­lo­gia…

Naj­cie­kaw­sze są jed­nak usta­le­nia z rzą­dem a do­kład­niej ich nowe ob­li­ga­cje, dzię­ki któ­rym mamy szan­sę na po­dwój­ny zysk. Za­ak­cep­to­wa­łem, bo i tak go­tów­ka była nie­pew­na, a me­ta­le po­szy­bo­wa­ły tak w górę, że aż strach było my­śleć o ich cenie…

***

– Na trzy mie­sią­ce przed re­se­tem zo­sta­ną prze­pro­wa­dzo­ne ma­new­ry wojsk, dwa ty­go­dnie przed w więk­szych mia­stach po­ja­wią się kuch­nie po­lo­we i becz­ko­wo­zy. – po­wie­dział uśmiech­nię­ty pre­mier udzie­la­jąc wy­wia­du.

– To jak stan wo­jen­ny.

– Pani re­dak­tor, rząd jest zo­bo­wią­za­ny do tego, żeby po­ma­gać oby­wa­te­lom i żeby wszyst­ko prze­bie­gło moż­li­wie płyn­nie. Gdyby to był stan wo­jen­ny nie by­ło­by ostrze­że­nia. Wiemy, że wszy­scy są przy­go­to­wa­ni i że wszyst­ko prze­bie­gnie bez za­rzu­tu, ale chce­my też po­ka­zać wszyst­kim wi­chrzy­cie­lom, nie­do­wiar­kom i opor­tu­ni­stom, że je­ste­śmy silni i nawet je­że­li coś bę­dzie źle to mamy go­to­we środ­ki, żeby dzia­łać.

– Czy to nie wy­glą­da jak re­to­ry­ka z za­mierz­chłych cza­sów, o któ­rych chcie­li­by­śmy za­po­mnieć?

– Cza­sa­mi le­piej mówić jak jest niż za­sła­niać się ład­nym słów­ka­mi. Otwar­tość pani re­dak­tor, otwar­tość.

***

– Dzie­sięć, dzie­więć, osiem…

Wszyst­ko wokół ga­śnie.

– Sie­dem, sześć, pięć, czte­ry…

– Che­ers. – Wzno­szę wraz z in­ny­mi toast pa­trząc na tłumy na dole, które bawią się zu­peł­nie jak pod­czas Syl­we­stra.

Czuję się jak młody bóg. Jest cie­pły wie­czór, a lekki wia­te­rek lekko chło­dzi. Stoję oto­czo­ny zna­jo­my­mi na dachu wie­żow­ca, je­stem ubra­ny w szy­kow­ny smo­king i wła­śnie piję do­sko­na­łe­go szam­pa­na.

Co może pójść nie tak?

– Trzy, dwa, jeden…

Wszę­dzie wy­bu­cha­ją fa­jer­wer­ki. Wszy­scy się ca­łu­ją i ob­ści­sku­ją. Lu­dzie się cie­szą, a ja cie­szę się z nimi.

Dzie­sięć wer­sji „Za­gu­bio­nych w ko­smo­sie”, dwóch „Dok­to­rów Who” i wiele in­nych kiep­skich rze­czy szlag wła­śnie tra­fił, SI znowu będą miały co two­rzyć i sprze­da­wać, a lu­dzie co zbie­rać.

„Za­ba­wa za­czy­na się od nowa” – myślę.

Nowe sta­no­wi­ska pracy, mniej śmie­ci i wi­sien­ka na tor­cie po­stę­pu, czyli tyle no­wych moż­li­wo­ści po­grze­sze­nia.

Mam cichą na­dzie­ję, że wresz­cie upad­nie ta cała pie­przo­na po­li­tycz­na po­praw­ność i w fil­mach i grach nie bę­dzie­my mieć wię­cej czar­nych żoł­nie­rzy Hi­tle­ra ani sztucz­nej se­kre­tarz ONZ z Indii.

Nie to żebym miał coś prze­ciw­ko In­diom… nawet po kon­tak­tach z ich in­ży­nie­ra­mi.

Czuję się bez­piecz­nie.

Na moim sercu spo­czy­wa karta pa­mię­ci naj­now­szej ge­ne­ra­cji z całym moim ży­ciem.

Wszyst­ko na ka­wał­ku pla­sti­ku mniej­sze­go niż mój pa­zno­kieć.

Zdję­cia, pliki pracy ma­gi­ster­skiej, roz­po­czę­te i skoń­czo­ne pro­jek­ty, no­tat­ki, tek­sty, wszyst­kie okru­chy tego co stwo­rzy­łem i co de­fi­niu­je mnie sa­me­go.

To nie­sa­mo­wi­te jak czło­wiek zmu­szo­ny do prze­ży­cia po­tra­fi do­sto­so­wać się do nowej sy­tu­acji, nie­sa­mo­wi­te jak sku­tecz­nie znaj­du­je ko­lej­ne spo­so­by na zro­bie­nie kopii za­pa­so­wej i jak sku­tecz­nie wy­bie­ra to co naj­waż­niej­sze.

– A wiesz, że mój zięć bę­dzie mógł teraz apli­ko­wać do po­li­cji? – Mal­wi­na w prze­pięk­nej czer­wo­nej sukni opie­ra się o moje ramię.

Czuję jej włosy ła­sko­czą­ce mój po­li­czek i dro­gie per­fu­my, które sam ku­pi­łem.

– On, z pro­cha­mi w za­wia­sach?

Dziew­czy­na kiwa głową, a ja się śmie­ję. – Ale jaja. Jak be­re­ty.

Śmie­ję się nawet nie z tej sy­tu­acji, ale bar­dziej z tego, że Mal­wi­na nie wie o wielu rze­czach, na przy­kład nie ma po­ję­cia o tym, że do­kład­nie mi­nu­tę wcze­śniej wszyst­kie jej pie­nią­dze szlag tra­fił.

Zdra­dza­ła mnie i na­le­ża­ło się jej, a ja teraz mam praw­dzi­wą bekę.

To jed­nak nic w po­rów­na­niu do abo­li­cji. Jest to na­tu­ral­ne roz­wi­nię­cie ustaw no­rym­ber­skich, które po­zwa­la na le­gal­ne po­peł­nia­nie okre­ślo­nych prze­stępstw. Oczy­wi­ście nie otwie­ra to drogi do wszyst­kie­go wszyst­kim, nie­mniej jed­nak po­wo­du­je, że wielu ludzi od­na­la­zło swój cel i znowu za­czę­ło do cze­goś dążyć.

Re­je­stru­ją się w Mi­ni­ster­stwie do Spraw Wy­znań, płacą, do­sta­ją małe apa­ra­ci­ki, w któ­rych można wci­snąć przy­cisk, po­wie­dzieć ro­dzaj prze­stęp­stwa i je po­peł­nić.

To takie no­wo­cze­sne alibi.

Za prze­stęp­stwa się płaci, tak jak za man­da­ty. Można nawet kogoś le­gal­nie zabić, jeśli tego chce i zgo­dzi się na to w obec­no­ści no­ta­riu­sza. Dys­ku­sja nad tym trwa­ła wiele lat, ale w po­stę­po­wej Eu­ro­pie w końcu prze­szło to po­ło­wą gło­sów Ko­mi­sji Eu­ro­pej­skiej.

Po­stęp wy­grał, z do­brych wzor­ców sko­rzy­sta­li lu­dzie z wielu kra­jów, a wy­ła­ma­ła się jak za­wsze Ja­po­nia, gdzie sta­rusz­ki po­peł­nia­ją zbrod­nie, żeby tylko tra­fić do wię­zie­nia i mieć dar­mo­wą opie­kę i wszyst­kie przy­wi­le­je.

Cały czas za­sta­na­wiam się na co bę­dzie mnie teraz stać a ona kon­ty­nu­uje. – A ku­zyn­ka to bę­dzie mogła za­po­mnieć o kre­dy­cie na M4.

– Takim to do­brze – od­po­wia­dam dy­plo­ma­tycz­nie wie­dząc, że z ko­bie­ty było, jest i bę­dzie nie­złe ziół­ko i że nie do­sta­ła zwol­nie­nia sama z sie­bie, tylko na pewno na­pra­co­wa­ła się klę­cząc na ko­la­nach po­dob­nie jak dwa lata wcze­śniej w pew­nym apar­ta­men­cie na Pra­dze.

– Na co masz dzi­siaj ocho­tę ko­cha­nie? – pytam się cy­nicz­nie Mal­wi­ny i cie­szę się jesz­cze bar­dziej że mamy roz­dziel­ność ma­jąt­ko­wą i że ży­je­my od­dziel­nie.

– Szam­pan, szam­pan, szam­pan. – Ona idzie do baru, a ja dys­kret­nie ulat­niam się z przy­ję­cia.

Mam ocho­tę przejść się nad rzeką, gdzie widzę śmie­ją­cych się i wi­wa­tu­ją­cych ludzi.

Idę a wła­ści­wie bar­dziej pod­ska­ku­ję z ra­do­ścią do­kła­da­jąc stopę do stopy i ro­biąc rę­ka­mi orzeł­ka.

Czuję wi­bra­cje te­le­fo­nu, któ­re­go oczy­wi­ście nie od­bie­ram.

Je­stem wolny, w prze­no­śni i do­słow­nie, a moje małe ar­chi­wum za­pew­ni mi godne życie do końca moich dni.

Cho­ciaż Mal­wi­na tego nie wie, to zmie­ni­łem rów­nież adres, a moja firma zmie­ni­ła wła­ści­cie­la. Sprze­da­łem ją, a ku­pu­ją­cy oprócz za­pła­ty w zło­cie za­pew­ni mi mi­lio­ny z pro­cen­tu w re­gu­lar­nej pen­sji do końca życia, o ile oczy­wi­ście je za­ro­bi.

Życia jest pięk­ne i nie ma co przy­wią­zy­wać się do dóbr do­cze­snych.

***

– Je­ste­ście za­trzy­ma­ni za zdra­dę stanu.

Kilku zło­dzie­jasz­ków spoj­rza­ło się po sobie ze zdzi­wie­niem i pod­nio­sło ręce do góry. Chcie­li za­ro­bić i dla­te­go ro­bi­li co ro­bi­li, nie szu­ka­li jed­nak kło­po­tów i w ob­li­czu prze­wa­ża­ją­cych sił po­li­cji nie pró­bo­wa­li nawet od­sta­wiać bo­ha­te­rów.

– Nie sta­wiaj­cie oporu.

– Ale…

– Ty pod ścia­ną pokaż ręce. Co tam masz? Nie ru­szaj się bo bę­dzie­my strze­lać.

Po­li­cjan­ci krzy­cze­li, i po­mi­mo że oprysz­ko­wie nie ru­sza­li się nawet na mi­li­metr, to padły strza­ły i prze­wró­ci­li się mar­twi nie wie­dząc co wła­ści­wie się dzie­je.

– Tak. Tak. Wszyst­ko zgod­nie z pla­nem. – Do­wód­ca grupy spe­cjal­nej rzu­cił przez słu­chaw­kę i dodał do swo­ich ludzi. – Za­bez­pie­czyć.

„Cie­ka­we czy kie­dyś będę mógł o tym po­wie­dzieć swoim dzie­ciom” – po­my­ślał nie wie­dząc, że ta­kich grup było co naj­mniej kil­ka­na­ście i nie wie­dząc, że jego do­wód­ca skła­dał mel­du­nek w całej spra­wie samej górze z po­mi­nię­ciem ofi­cjal­nych metod kon­tak­tu.

***

Było kilka prób kra­dzie­ży i wła­mań w trak­cie re­se­tu, ale spraw­cy zo­sta­li uka­ra­ni z całą su­ro­wo­ścią prawa.

Naj­cie­kaw­szy oka­zał się zwłasz­cza atak na kryp­to­wa­lu­ty po­le­ga­ją­cy na eli­mi­na­cji czę­ści użyt­kow­ni­ków tak żeby ci za­in­fe­ko­wa­ni mieli ponad pięć­dzie­siąt pro­cent gło­sów i w efek­cie mogli uwie­rzy­tel­nić nie­wła­ści­we trans­ak­cje.

To jed­nak dro­biazg, ogól­nie wszyst­ko się udało i za­rów­no służ­by jak i oby­wa­te­le sta­nę­li na wy­so­ko­ści za­da­nia.

Mnie też się po­wio­dło i moje nowe uro­kli­we miesz­kan­ko jest w chiń­skiej dziel­ni­cy. „Małe Tokio” ulo­ko­wa­ne jest w oko­li­cach Wólki Ra­dzy­miń­skiej i mam tu i ciszę, i spo­kój. To cecha oko­lic pe­ry­fe­ryj­nych oraz za­słu­ga sku­tecz­nej ochro­ny, która nie do­pusz­cza zbyt dużo cie­kaw­skich.

Żyję jak król, a pie­nią­dze spły­wa­ją do mnie sze­ro­kim stru­mie­niem.

Nie wiem nawet jaki jest dzień ty­go­dnia, gdy de­cy­du­ję się wró­cić do mo­je­go dru­gie­go hobby jakim ko­do­wa­nie. Po­trze­bu­ję sprzę­tu, a że aku­rat jest cie­pło, to idę na po­bli­ski targ, gdzie urzę­du­je jeden z moich zna­jo­mych do­staw­ców.

– Dzień dobry sze­fuń­ciu – Wita mnie z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Cześć, po­trze­bu­ję nie­za­re­je­stro­wa­ny kom­pu­ter, dużo korów, RAM, po­rząd­ny pro­ce­sor. I nie wci­skaj mi In­te­la.

– Wie robi sze­fuń­ciu. Za­mó­wię co trze­ba, pój­dziesz i od­bie­rzesz pod tym ad­re­sem – Tu wy­pi­su­je mi kart­kę – A pa­pie­ry wy­peł­ni­my na słupa.

– Wie­dzia­łem, że je­steś naj­lep­szy.

– Taak. Na­zwi­sko. Imię. Re­li­gia. – Wpi­su­je w ogrom­ny for­mu­larz i po­da­je mi kartę chi­po­wą – Przyjdź po­ju­trze pod ten adres i po­wiedz, że je­steś ode mnie.

***

– Do­brze. Jak chce­cie to upłyn­nić?

– Panie pre­mie­rze,

– Już nie pre­mie­rze – Męż­czy­zna uśmiech­nął się gorz­ko.

– Dla nas bę­dzie pan za­wsze pre­mie­rem.

– Dzię­ku­ję Mie­ciu. I co teraz zro­bisz?

– Wie pan, te gnidy chcą wy­mie­nić wszyst­kich od dołu do góry.

– Wiesz, jak to jest.

– Każda wy­mów­ka jest dobra.

– Do­kład­nie.

– Mogą na nas psy wie­szać, ale cała ta ope­ra­cja to jeden wiel­ki suk­ces.

– Świę­te słowa Mie­ciu.

– Pan za­wsze był uczci­wy i ja tam nie wie­rzę, że pan miał ko­rzy­ści.

– Dzię­ku­ję – Uśmiech­nął się były pre­mier, który mógł teraz ze spo­ko­jem wy­je­chać i żyć jak król do końca życia nie­ru­sza­ny przez nowe wła­dze na mocy taj­ne­go po­ro­zu­mie­nia.

***

– Musi pan jesz­cze pod­pi­sać ten for­mu­larz.

– A co to ta­kie­go?

– Zrze­cze­nie się na­szej od­po­wie­dzial­no­ści, gdyby dane do­sta­ły się w ręce od­po­wied­nich służb. Za­zna­czy­łem już Stany i Rosję.

Pa­trzę się nie­pew­nie i nie wiem, czy sprze­daw­ca kpi czy nie.

– Ja tego nie zro­bię, żar­tu­je sobie sza­now­ny pan ze mnie.

Sprze­daw­ca wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Nowe prze­pi­sy, Stany są za­zna­czo­ne z uwagi na pro­ce­sor, a Rosja z uwagi na Ka­sper­skie­go, któ­re­go sza­now­ny pan rów­nież kupił.

– Ja tego nie pod­pi­szę, to skan­dal.

– Mo­że­my za­pro­po­no­wać sza­now­ne­mu panu audyt za je­dy­ne trzy­dzie­ści zło­tych.

– To wy­cią­ga­nie pie­nię­dzy.

– Po­wiem tak, gdyby sobie sza­now­ny pan sam zbu­do­wał pro­ce­sor i spraw­dził każdy tran­zy­stor i prze­śle­dził każdą li­nij­kę mi­kro­ko­du, wtedy można by mieć pew­ność. A tak…

– My­śla­łem, że po re­se­cie nie ma po­dob­nych spraw.

Sprze­daw­ca znowu wzru­sza ra­mio­na­mi

– To nie ja usta­lam re­gu­ły tej gry.

Pod­pi­su­ję co na­le­ży uży­wa­jąc oczy­wi­ście nowej karty, a potem za­bie­ram wiel­ką re­kla­mów­kę z mi­nia­tu­ro­wym pe­ce­tem, który ma tylko trzy­dzie­ści dwa rdze­nie. Je­stem spryt­ny i wiem, że nie po­wi­nie­nem mieć moc­ne­go sprzę­tu, bo zbyt wiel­kie zu­ży­cie ener­gii to sy­gnał dla wła­my­wa­czy, że trze­ba się mną bli­żej za­in­te­re­so­wać. Cie­szę się, zaś mo­je­go hu­mo­ru nie psuje nawet to, że w skle­pie nie ma mojej ulu­bio­nej Pepsi.

– Po­dob­no mają ja­kieś pro­ble­my ze wzno­wie­niem pro­duk­cji. – mówi do mnie sprze­daw­ca.

– Ale z tą syn­te­tycz­ną to nie mieli.

Męż­czy­zna wzru­sza ra­mio­na­mi a ja za­bie­ram za­ku­py i wy­cho­dzę.

„Umó­wi­li się, czy jak?” – myślę sobie i prze­cho­dzę do po­rząd­ku dzien­ne­go.

***

– Jak ceny?

– Bar­dzo do­brze panie pre­mie­rze, po­wo­li rosną i nikt nie pro­te­stu­je.

Młody yup­pie uśmiech­nął się wie­dząc że przez naj­bliż­sze kilka lat lu­dzie zmę­cze­ni po­przed­nią ekipą nie po­win­ni za­da­wać nie­wy­god­nych pytań i będą trak­to­wać no­wych fa­chow­ców jak znaw­ców cho­ciaż ci nie wy­ko­na­li prze­cież całej brud­nej ro­bo­ty.

– Numer z żabą za­wsze dzia­ła – mruk­nął pre­mier my­śląc z którą ko­le­żan­ką spę­dzi miło wie­czór.

– Nie ro­zu­miem.

– Nie­waż­ne. Mo­że­cie iść. Dzię­ku­ję.

– Tak jest!

***

Mój kom­pu­ter za­wie­sza się.

„Zda­rza się” – myślę i re­se­tu­ję złom, ten jed­nak upar­cie nie chce pod­łą­czyć jed­ne­go z dys­ków.

Wpi­su­ję i wpi­su­ję cho­ler­ne hasło, ale jest nie­pra­wi­dło­we.

„Gdzieś tu po­wi­nie­nem mieć kopię cer­ty­fi­ka­tu”

Plik jest, ale moje próby dalej nie dają po­zy­tyw­ne­go re­zul­ta­tu. Ob­le­wa mnie zimny pot. Biorę pod lupę ko­lej­ną kopię i ko­lej­ną, i ko­lej­ną. Każda jest inna, a ja je­stem pe­wien ze prze­cież je spraw­dza­łem jesz­cze dwa dni przed re­se­tem. Jest mi nie do śmie­chu, bo naj­wy­raź­niej wła­śnie stra­ci­łem klu­cze do kilku port­fe­li.

„Ale jak to moż­li­we? Prze­cież pliki były u mnie i of­fli­ne. Chyba że… nie to nie­moż­li­we…”

Ubie­ram się i idę do zna­jo­me­go.

– Co jest? Coś trze­ba do­ku­pić? – Uśmie­cha się do mnie, ale po chwi­li mina mu rzed­nie, gdy rzu­cam kom­pu­ter na sto­isko. – Ten sprzęt jest tref­ny.

– Do­staw­cy byli za­wsze w po­rząd­ku. – Jego mowa ciała wska­zu­je, że jest prze­ko­na­ny do tego co mówi a ja w sumie nie mam po­wo­dów, żeby mu nie wie­rzyć.

– Dobra, sprawdź­my to wspól­nie.

– Pa­trzy­łeś na tro­ja­ny? – Pyta się po­dejrz­li­wie.

– Tak.

– Key­log­ge­ry?

– Tak, UEFI też re­se­to­wa­łem.

– Dobra, dam to swo­je­mu spe­co­wi i zo­ba­czy­my co powie.

***

– Ktoś cię nie lubi. Mi­cha­elan­ge­lo. I to pod­pi­sa­ny „mo­głeś mnie nie za­sta­wiać”. – Mówi mój zna­jo­my, gdy przy­cho­dzę do niego ty­dzień póź­niej.

Ob­le­wa mnie zimny pot, po raz ko­lej­ny w tym ty­go­dniu, a to do­brze nie wróży.

– Wiesz kto? – do­py­tu­je się.

– Do­my­ślam się. Co ten twój spec po­wie­dział? Że jak to zro­bi­ła?

– Czyli ko­bie­ta. – Wzdy­cha. – No do­brze. Mała pod­po­wiedz za darmo. Bi­nar­ka sfla­sho­wa­ła chip­set i tyle.

– Co to robi?

– Koleś chce kasę za ana­li­zę, po­twier­dził tylko że to coś uszka­dza­ło pliki na dys­kach.

– Czyli bubu?

– Na to wy­glą­da. – Wzdy­cha.

– Czy mo­że­my to wy­ple­nić?

– Jak naj­bar­dziej.

***

W domu dzwo­nię do swo­je­go śled­cze­go, który w po­przed­niej fir­mie za­ła­twiał dla mnie różne rze­czy. Wy­łusz­czam mu spra­wę i pytam się wprost:

– Czy mo­żesz wy­śle­dzić Mal­wi­nę?

– Czy wzię­ła coś jesz­cze? Głęb­sza ze­msta czy cho­dzi tylko o kasę? – do­py­tu­je się. – Czy chcesz się do niej póź­niej ode­zwać?

– Nie wiem, roz­wa­żę to.

***

– Mal­wi­na znik­nę­ła. Z tego co wiem za­la­zła kilku lu­dziom za skórę. Szpie­go­stwo prze­my­sło­we. Szu­ka­łem jej wszę­dzie i albo tak do­brze za­szy­ła albo ktoś ją za­ko­pał metr pod zie­mią.

– Czyli mo­gi­ła, ka­pli­ca i nie da się nic zro­bić?

– Tak.

– Dzię­ki.

– Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie.

***

Pa­trzę na star­sze­go pana i za­sta­na­wiam się po co tu w ogóle przy­sze­dłem.

– Mo­że­my za­cząć? – pytam się grzecz­nie.

– Po­śpiech, po­śpiech, po­śpiech. Do ni­cze­go nie pro­wa­dzi, od po­śpie­chu jesz­cze nikt się nie ze­srał, naj­waż­niej­sze to się re­lak­so­wać i cie­szyć upły­wa­ją­cym cza­sem – od­po­wia­da po­pi­ja­jąc Ro­oibo­sa z fi­li­żan­ki, którą trzy­ma obu­rącz.

– To na pewno ten czło­wiek? – pytam się osten­ta­cyj­nie swo­je­go zna­jo­me­go sprze­daw­cy, bo widzę, że sta­ru­szek żyje chyba w zu­peł­nym ode­rwa­niu od rze­czy­wi­sto­ści.

De­ner­wu­ję się, tym­cza­sem on ma nie­zły ubaw i spo­koj­nie do­pi­ja swoją her­ba­tę, potem wsta­je, ob­ra­ca się bo­kiem, za­kła­da jedną rękę do tyłu, drugą wy­cią­ga do nas i po­ka­zu­je na nas zgię­ty­mi pal­ca­mi.

„Zu­peł­nie jak Neo w Ma­tri­xie przed walką”. – No­tu­ję w my­ślach wi­dząc słyn­ną pozę wo­jow­ni­ka.

Idzie­my za nom za jego dom, potem sta­je­my przed ja­kimś drze­wem, do któ­re­go zbli­ża dłoń i coś tam mówi.

„No po pro­stu czu­bek” – myślę, ale po chwi­li widzę, że obok otwie­ra się wej­ście do ja­kiejś zie­mian­ki.

– Za­pra­szam – Sta­ru­szek nagle prze­sta­je się gar­bić, a jego głos na­bie­ra siły.

Wcho­dzi­my.

Zie­mian­ka oka­zu­je się cał­kiem nie­złym bun­krem, w któ­rej widzę masę sprzę­tu. Coś mi tam nie pa­su­je, ale nie przej­mu­ję się tym zbyt­nio, ważne, żeby facet zro­bił co na­le­ży.

– To co się stało? Aaaa, klucz do port­fe­li – męż­czy­zna po­wo­li skła­da na stole lap­to­pa, modem, kla­wia­tu­rę i pod­łą­cza pod USB ja­kieś urzą­dze­nia, o któ­rych nie mam po­ję­cia.

Za­czy­na stu­kać w kla­wi­sze, a ja sie­dzę jak na szpil­kach, bo dalej mi coś nie pa­su­je.

„Wiem” – strze­lam się w czoło.

Wszyst­ko, ale to ab­so­lut­nie wszyst­ko, jest tu sprzed ja­kichś pię­ciu lat. Po­zna­ję sta­re­go Mac­Bo­oka ze śmiesz­nym szkla­nym ekra­nem, są Sam­sun­gi z dziur­ką w rogu, a nawet te­le­fo­ny Hu­awei sprzed re­bran­du. Zu­peł­nie jakby ktoś po­szedł wtedy do skle­pu i kupił to co jest naj­droż­sze i naj­lep­sze. Rze­czy te lśnią czy­sto­ścią i no­wo­ścią, ale mnie, sta­re­go wy­ja­da­cza, nie da się na­brać.

– Fajny ten sprzęt, co nie? – Szep­cze do mnie sprze­daw­ca, a ja zgod­nie z praw­dą kiwam prze­czą­co głową.

Za­smu­ca go to tro­chę, ale po chwi­li do­da­je. – Nie znaj­dziesz lep­sze­go speca, sprzęt zresz­tą nie­waż­ny, ważne, żeby koleś zro­bił co na­le­ży.

Przy­ta­ku­ję i muszę mieć chyba idio­tycz­ną minę, gdy po ja­kiejś pół­go­dzi­nie star­szy pan po­da­je mi pen­dri­ve mó­wiąc. – Pro­szę. Nie my­śla­łeś chyba, że ten reset jest dla wszyst­kich? Jak my­ślisz, dla­cze­go wielu ludzi nagle ma wiele ka­pi­ta­łu na start?

– Z kra­dzie­ży? – Pa­trzę z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie po­twier­dzam, nie za­prze­czam. A po­wiedz mi co tam wy­ka­so­wa­li i czym się chwa­li­li?

– No „Dok­to­ra Who” i ostat­ni "Kogel mogel".

– Jesz­cze wspo­mnisz moje słowa jak za ja­kieś pół roku wróci na VOD.

– No ale jak to?

– Żeby znik­nął to trze­ba by­ło­by to wy­ka­so­wać na całym świe­cie. Ten cały reset to tylko do­sko­na­ła wy­mów­ka do walki z tym tak zwa­nym pi­rac­twem.

– Ale prze­cież lu­dzie będą pa­mię­tać…

– Na­praw­dę synku w to wie­rzysz? A wiesz, że naj­wię­cej wy­ka­so­wa­no porno? I dla­cze­go?

– To źle?

– Spa­da­ły zyski z re­klam, więc firmy pod­pła­ci­ły, żeby zro­bić reset i moc pusz­czać w świat nowe pro­duk­cje.

– Chyba stare?

– Nie synku, wspo­mnisz moje słowa, że bę­dzie masa upro­wa­dzeń i nowej pro­sty­tu­cji. Nie opła­ca­ło się ku­po­wać dys­ków, robić bac­ku­pów i tak dalej. Stare na­gra­nia były stare. Nikt nie bę­dzie chciał oglą­dać Te­re­sy Or­low­ski w po­ko­ju z te­le­wi­zo­rem z dużą dupą. Jest popyt, bę­dzie de­pra­wa­cja.

– Głu­po­ty pan gada. – mówię do niego.

– Wiesz synku. Kie­dyś mó­wi­li, że te­le­wi­zja ogłu­pia. Była bez­płat­na i lu­dzie oglą­da­li to co im się ser­wu­je, ale tak na­praw­dę nikt nie mógł tego kon­tro­lo­wać. Potem wpro­wa­dzo­no płat­ną te­le­wi­zję, ale nie była zbyt po­pu­lar­na. Po­ja­wi­ły się Smart TV, ale lu­dzie też ich nie chcie­li. Mówią, że trzech razy sztu­ka. W końcu stwo­rzo­no VOD i teraz nie dość, że wszy­scy płacą to jesz­cze w każ­dym kraju wy­li­cza im się co mogą oglą­dać i spraw­dza po imie­niu i na­zwi­sku kto co obej­rzał z do­kład­no­ścią do se­kun­dy. Lu­dzie są durni i można ich wro­bić w każde gówno.

Nie wiem co mam od­po­wie­dzieć, ale koleś mnie za­czy­na iry­to­wać i dla­te­go pytam się ci­chym gło­sem:

– Za­pła­ta jak się uma­wia­li­śmy?

– Oczy­wi­ście. I wspo­mnisz mój ko­le­go, że będą jesz­cze wy­cie­ki z ka­me­rek z tych wszyst­kich te­le­fo­nów i ta­ble­tów, które po­ka­żą kto był grzecz­ny pod­czas oglą­da­nia VOD.

Po­da­ję sztab­kę pla­ty­ny i wy­cho­dzę pa­trząc się głu­pio na sprze­daw­cę mo­je­go nie­szczę­sne­go kom­pu­te­ra, który mówi od nie­chce­nia:

– Dobry jest, dobry, ale nie­do­ce­nio­ny. Jak wielu ge­niu­szy. Czy wiesz, że kie­dyś bez pro­ble­mu pisał opty­ma­li­za­cje kodu, które przy­spie­sza­ły znane apli­ka­cje dwa­dzie­ścia razy?

– On jest sław­ny?

– No nie do końca, nie opła­ca­ło mu się to.

– A dla­cze­go?

– Wy­obraź sobie, że masz ze­spół, w ze­spo­le lu­dzie ha­ru­ją przez cały rok i mają mi­zer­ne re­zul­ta­ty, a tu przy­cho­dzi taki koleś i zmie­nia coś od nie­chce­nia i kod za­czy­na fru­wać. I co byś zro­bił w ta­kiej sy­tu­acji?

– No do­ce­nił.

– No to chyba nie pra­co­wa­łeś w dużej zna­nej fir­mie. Ta­kich ludzi usuwa się i ośmie­sza. Za­wy­ża­ją normę i resz­ta ze­spo­łu ma pro­ble­my na kwar­tal­nych re­view. Tak więc, ten tego, dla dobra ze­spo­łu…

Pa­trzę się ba­ra­nim wzro­kiem, a on do­da­je. – Po­li­ty­ka.

– Aaaa.

– Swoją drogą takie duże firmy czę­sto ich potem za­trud­nia­ją, żeby mó­wi­li kor­po­ra­cyj­nym gwiazd­kom co mają robić.

– Oooo

– Nie my­śla­łeś, chyba że pięk­ne laski z pre­zen­ta­cji fir­mo­wych wszyst­ko wy­my­śla­ją same?

– My­ślisz…?

– Ja nie myślę, ja to wiem. – Uśmie­cha się do mnie. – My rzą­dzi­my świa­tem a nami ko­bie­ty… chaos rzą­dzi świa­tem…

– Że jak?

– „To tylko pre­lu­dium – tam, gdzie pali się książ­ki, w końcu pali się też ludzi”. – Dalej się uśmie­cha, ale już tak jakoś smut­no…

Koniec

Komentarze

No cóż, to kolejne Twoje opowiadanie, Tomaszug, które, niestety, nie przypadło mi do gustu – ani początek, którego bohater wylewa żale, bo czuje się niezrozumiany, ani reszta, traktująca o sprawach biznesowo-komputerowych.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, ponarzekałeś sobie. Poczułeś się lepiej?

Oczywiście, że możesz zmienić zasady fizyki w swoim świecie. Przynajmniej nie będę narzekać na brak fantastyki. Tylko zrób to tak, żeby było widać, że przemyślałeś sprawę, a nie się gdzieś rąbnąłeś.

Jasnym jest, że ten początek nie pasuje do reszty tekstu. Może niepotrzebnie zniechęcać czytelników, ale to Twój problem.

Podobał mi się pomysł na reset. Bardzo fajny, dziki. Mam wrażenie, że słabo go wykorzystałeś. Raptem zemsta porzuconej kobiety, a można było pokazać rzeczy dziejące się na całym świecie.

Końcówki chyba nie zrozumiałam, bo wygląda jak nieciekawe rozmowy dwóch kumpli przy piwie. Ale nie wykluczam, że na finiszu chciałeś sobie ponarzekać na korpo i na kobiety. W ramach klamry.

Zapis dialogów, literówki, ortografy, interpunkcja…

Kurcze, ilu świerzaków odpadło,

Od kiedy to pochodne “świeżego" pisze się przez rz?

Uśmiecham się, bo to ostatnie pewnie o krulu.

O kim?!

Tu zawieszam efektywnie głos patrząc na nalane gęby spasionych managerów,

Na pewno efektywnie?

Cholerne korporacje, które tną koszty i zatrudniają dzieciaków co wolą ciągle dodawać nowe fiuczersy zamiast porządnie doszlifować obecne…

Fiuczersy to rodzaj kontraktów terminowych. Miałeś na myśli ficzersy?

– Zrzeczenie się naszej odpowiedzialności,

To odpowiedzialności można się zrzec? Nie zrozumiałam, o co chodzi w tej rozmowie.

Babska logika rządzi!

Zostawiam znak jako sobotni dyżurny i polecam przeczytać mój komentarz pod pierwszym Twym tekstem. Jest pomysł, zmiana zasad fizyki to naprawdę ciekawa rzecz, ale wymaga sporego przemyślenia świata. A wykonanie techniczne niestety zarzyna jakąkolwiek opowieść, jaka tu była.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cały czas próbuję poprawić warsztat, mam nadzieję, że będzie lepszy z każdą kolejną próbą. Dziękuję za wasze komentarze.

Powyższe opowiadanie w ulepszonej wersji ukazało się w grudniu 2019 w zbiorku "A miało być tak pięknie" (dostępny pod adresem https://ridero.eu/pl/books/a_mialo_byc_tak_pieknie/ – ebook bezpłatnie, wersja drukowana odpłatnie).

Jeżeli chodzi o osoby z tego portalu, to bardzo dziękuję za pomoc szczególnie Finkli, regulatorom (zapis z małej litery w formie oryginalnej) i NoWhereManowi (pozostałym oczywiście również, natomiast ta trójka była najbardziej aktywna i wytrwała w pokazywaniu mi błędów i niedoróbek w mojej wcześniejszej twórczości).

Nowa Fantastyka