- Opowiadanie: tomaszg - Katedra

Katedra

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Katedra

Północ.

Głodno, chłodno i do domu daleko.

Od skoków ciśnienia boli mnie głowa, ale równocześnie cieszę się jak małe dziecko, gdyż wypełniłem trudną misję i nie utraciłem drogocennego ładunku.

Mam nadzieję, że tym razem zadowolę potężnych szefów. Wiem, że nie puściliby płazem kolejnej porażki. Nie znam ich osobiście, ale wciąż pamiętam, jak pokazali niezadowolenie nasyłając na mnie chłopców z miasta.

Szumowiny z Krzysiem Jarzyną miały używanie, a ja zdecydowanie nie chciałbym powtórzyć tego wątpliwego doświadczenia.

Cóż za emocje.

Przed chwilą lało, ale chociaż lało, to udało mi się dobiec do autobusu i chociaż ten zjeżdżał do zajezdni, to zdążyłem na kolejny, a tym dojechałem na czas na Gar Kornawan.

Jestem z siebie niezwykle dumny.

Nie zmokłem, ja ani mój plecak z cenną zawartością.

Wszystko zawdzięczam temu, że jako przezorny człowiek zawsze noszę mały składany parasol kupiony za tamtych ruskich w Oszom.

Dałem za niego dwadzieścia zeta i pomijając fajki i gumki i bolesny incydent to najlepiej wydane dwadzieścia zeta w moim życiu. Moja mała inwestycja zwróciła się po wielokroć, a dziś dzięki niej względnie suchy siedzę w ostatnim nocnym pociągu.

Mogę wreszcie odpocząć. Przysypiam z plecakiem pod ręką, zaś kolejne przystanki jawią mi się niczym klatki kolorowego filmu 3D.

Mrug-mrug. Stacja.

Mrug-mrug. Kolejna.

Lozan, Friburg, Iwerdą-liba, No-szatel, Nio, Morż, Zoloturn.

Tyle ich w okolicy, że nawet nie wiem przez które przejeżdżam.

Wszystkie takie same i tak inne.

Ludzie wchodzą i wychodzą.

Żołnierze, młodzi oglądający filmy na najnowszych srajfonach albo makbukach, starsze dystyngowane panie "co to nie ja" albo zmęczeni żołnierze wracający po weekendzie do domu, każdy z obowiązkową zieloną torbą i nowoczesną bronią maszynową.

Człowiek od razu czuje się bezpieczniej.

„Bo u nas w Szwajcarii wszystko jest najlepsze…” – podpowiada moje wewnętrzne dziecko, któremu od razu potwierdzam – „Zaiste milordzie”.

Mam ku temu bardzo dobre powody.

Jadę czystym składem, który wygląda jakby wyszedł prosto z fabryki, zaś dzięki mojej przesyłce wszyscy mogą liczyć na lepsze jutro, na to, że jutro wstanie następny cudowny dzień, dzień, w którym dzieci, żony i kochanki kolejny raz będą mogły powiedzieć „kocham cię kochanie moje”.

Z niektórymi pasażerami mam kontakt wzrokowy, inni mnie trącają, a jeszcze inni dla odmiany nie zwracają najmniejszej uwagi.

– Bonżur. – słyszę nagle nad sobą.

Na słowo klucz bez zastanowienia wyjmuję błękitną kartę i podaję ją szeroko szczerząc zęby. – Bonsua. Silwuple.

– Mersi – Konduktor oddaje mój bilet z głębokim ukłonem, gdyż widzi, że jest zapisany na najdroższym modelu czipa, który kosztował o wiele więcej niż normalny.

Przyzwyczaiłem się do tej służalczości, a zakup tej karty był rzeczywiście bardzo dobrym ruchem. Jest ona niczym platynowa Wiza i choć budzi zazdrosne spojrzenia autochtonów, to zyski z jej posiadania są ogromne… a najważniejszy to brak znienawidzonego NFC i modułu GSM jak na karcie czerwonej.

Po kontroli nic już nie mąci mojego spokoju i mogę spokojnie odpocząć.

Jadę, przystanki mijają a pociąg monotonne stuka…

Stuk-stuk, stuk-stuk, stuk-stuk…

***

Z rana pierwsze zazwyczaj docierają do mnie odgłosy pracy terkoczącego generatora i stłumione krzyki bawiących się dziatek.

Wsłuchuję się w nie i myślę o straconych szansach, a potem gapię się w nieskończoność na rysy na suficie.

Często wyobrażam sobie, że tak na mapie wyglądają pasma górskie, które niedługo bohatersko zdobędę.

Dziwne, że w ogóle to rozważam, tym bardziej, że zawsze kojarzyły mi się niedobrze.

Pamiętam jak na wycieczkach szkolnych wlokłem się na szarym końcu, a wypoczęta grupa pryszczatych piękności i młodych byczków zawsze, ale to zawsze, ruszała jak tylko do nich dołączałem. Wspaniałe czasy. Turlałem brzuszysko pod górę, a potem bez chwili wytchnienia musiałem dymać dalej, poganiany docinkami o warchlaku, który mógłby w końcu ruszyć cholerną tłustą dupę.

To tyle, jeśli chodzi o wspomnienia z gór i dlatego w sumie nie rozumiem, dlaczego tak bardzo chciałbym je jeszcze zobaczyć.

Mam też drugie marzenie i pragnę odwiedzić krystalicznie czystą plażę z palmami skąpaną w promieniach zachodzącego pomarańczowego słońca.

Jest na wyciągnięcie dłoni.

Widać ją na starym plakacie powieszonym po lewej stronie łóżka.

Ten wyblakły kawałek papieru na najmarniejszym gazetowym papierze to jedyna piękna rzecz w mojej komórce, która jest tak wąska, że mieści się w niej tylko twarde i śmierdzące łóżko.

Dwa metry na metr na półtora.

Tyle dokładnie ma mała klitka, którą dostałem za zasługi przy umacnianiu potęgi naszej wspaniałej społeczności. Wygląda ona trochę jak kapsuły w Japonii albo leżanki w starych pociągach, jedyna różnica w tym, że tu mam metr przestrzeni nad sobą dla siebie i tylko dla siebie. Otaczają mnie ściany ze sklejki i nie ma mowy o żadnej intymności. Brakuje nawet drzwi, a w nogach łóżka wisi kotara z burego materiału, przez którą każdy może swobodnie wejść z korytarza.

Świat się skurczył, ale w sumie dobre i to.

Małe, ciasne, ale własne.

Tak kiedyś mówiłem na kawalerki, teraz cieszę się przede wszystkim z tego, że nie muszę patrzeć na innych. Nie liczy się to, że wysokość tego żałosnego lokum to tylko półtora metra i ani centymetra więcej, najważniejsza jest iluzja odseparowania od niemytych ciał, nieskrępowanego seksu swingersów, płaczu dzieciaczków i bab, które chcą zdobyć upatrzonego faceta albo kombinują jak tu po cichu zwinąć jakąś błyskotkę.

Wiem, że miałem sen. Nie zdarzają się zbyt często, a ten dzisiaj był o pociągu w nieznanym kraju, w którym Johny Łolker płynął z każdego kranu.

Tak kiedyś gadał jeden z biznesmenów ze stacji Racławicka i wyglądało to na prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Nie pamiętam twarzy gościa i nie wiem, kiedy dokładnie go spotkałem, ale teraz to nieważne.

Tak w ogóle, to nie wiem wielu rzeczy.

Nie wiem chociażby skąd to moje zastanawianie się i myślenie. Chciałbym być normalny, ale to jest silniejsze ode mnie i czasami potrafię, jak to ładnie mówią moi znajomi, zawiesić się.

Już dawno przylepili mi ksywkę mały łepek i obrabiają mi dupę na lewo i prawo mówiąc, że śnię o zielonych migdałach zamiast brać się za prawdziwą męską robotę.

Wiem, że chcą dobrze, ale równocześnie pieprzą trzy po trzy i przekręcają wszystko, w tym stare powiedzenie, w którym migdały są niebieskie. Mam argumenty i siłę, żeby zaprotestować, ale odpuszczam, bo nie ma nic ciekawego w rytmicznych ruchach do przodu i tyłu i nie czuję specjalnej potrzeby, żeby ich bronić.

Gorsze od tego jest to, że pieprzymy się we własnym sosie gnijąc w norze, jaką jest stacja Metro Politechnika, a mnie na dodatek czeka obowiązkowa sesja z lekarzem.

Znów to samo.

W sumie nie mam pretensji do Robcia, że mnie w to wszystko wkopał. Było, minęło, złość mi dawno przeszła, nie zmienia to jednak faktu, że teraz nie mam ochoty iść do konowała.

Nie, nie i nie. Nie mam i już.

Nie chcę iść, więc leżę i zastanawiam się do czego to wszystko prowadzi, przy czym myśląc wszystko mam na myśli życie wszystkich ocalałych w Warszawie.

Od razu psuje mi się humor.

Wciąż się łudzę, że dostąpimy zaszczytu i wyjdziemy na powierzchnię, zrzucimy maski i kombinezony, odrzucimy liczniki i rozpylacze i będziemy się namiętnie kochać, popijać drinki z palemką i delektować promieniami ciepłego życiodajnego słońca.

Wiem, że to niemożliwe, ale wciąż się łudzę, bo nadzieja umiera ostatnia.

„To se ne wróci pane Havranek”.

Naszym przekleństwem jest nie tylko zamknięcie, ale również czas, a właściwie jego nadmiar.

Nie pracujemy zbyt dużo pod przeklętą powierzchnią, bo nie ma takiej potrzeby. Ludzie różnie na to reagują, a ja świruję, gdyż nie wiem, czy jest dzień czy noc, czy pada, czy śnieży, czy jest ładna, czy brzydka pogoda. Tutaj wszystko bywa płynne i zależy od tego czy sympatyczna pani Teklińska zaspała czy nie, a brak rytmu dobowego powoduje, że co i rusz ktoś trafia do doktorka albo na umieralnię.

„Dno, muł, krosty i wodorosty” – podsumowuję, potem wstaję i wyjmuję ubranie z plecaka, który miałem pod głową.

„Może być”. – Mój nos nie czuje, żeby ciuchy były zbyt brudne, więc ledwo widząc ubieram się stojąc w nogach łóżka i wychodzę na korytarz stając gwałtownie jak wryty.

– Oooo, siema młody. – Ruda Kamila wprawdzie omal na mnie nie wpada, ale nawet na sekundę nie traci wigoru, tylko z gracją usuwa się na bok, przerzuca na plecy tę swoją burzę ognistych włosów, robi do mnie oko i idzie dalej tyłem do przodu wyraźnie mnie prowokując.

Od razu wraca mi humor, pierś wysuwa się do przodu, a plecy robią proste.

– Joł piękna – Salutuję dziewczynie i stąpając po metalowych kratkach przechodzę do końca poziomu i miejsca, w którym znajduje się przechowalnia bagażu.

– Siema szefuńciu. – Pozdrawia mnie jeden ze strażników.

– Ma-sie. – Uśmiecham się i wpycham plecak do wolnej przegródki.

To jeden z niewielu przywilejów, które można tu mieć. Szafki z przeźroczystym przodem zostały ściągnięte z któregoś z supermarketów, bodajże z OBI, i można w nich zostawić wszyscy co się żywnie podoba i mieć pewność, że mili panowie skrupulatnie tego przypilnują.

Z przechowalni schodzę drabinką w dół na peron, a potem udaję się schodami na wyższy poziom.

Mijają mnie obywatele naszej szanownej uczonej społeczności, a ja nie zaszczycam ich nawet przelotnym spojrzeniem.

Idę do knajpy, z której rozciąga się przepiękny widok na cały peron. Normalnych ludzi on nie wzrusza, ale ja jestem sentymentalny i pomimo wielu lat wciąż podziwiam kunszt polskich inżynierów, którzy pracując w pocie czoła ściągnęli metalowe podesty, drewniane ścianki i masę innego śmiecia i zbudowali z tego dwa poziomy pomieszczeń, które ciągną się wzdłuż całego peronu. Z profilu wygląda to jak odwrócona litera T i na górze jest miejsce dla bogaczy i przejścia po obu stronach, a na dole, cóż, na dole są rzędy sklepów, burdeli i wszelakich lokali usługowych, które stykają się tylną ścianą.

Jak popatrzeć ze schodów, po których stąpam, to przypomina to rzędy kontenerów postawionych z prawej strony peronu, przed którymi kłębią się tłumy tych wszystkich których nie stać na luksusy.

Tak w ogóle to plebs jest tu mocno uprzywilejowany i ma do dyspozycji również tor, który kiedyś prowadził z Centrum.

Knajpa, do której podążam, góruje nad całym tym światem. Lokal jest mały i ekskluzywny. Kilku szemranych gości z układami urządziło go na miejscu dawnego kiosku. Stoi w nim ledwo sześć stolików i nie podają tam ośmiorniczek, ale obecnie to ulubione miejsce władz, spekulantów, przemytników jak również wszystkich, którzy odczuwają nieodpartą potrzebę obserwacji wejść z Nowowiejskiej i placu Zbawiciela.

Jem tam zieleninę albo zupę, w zależności od tego co akurat mają. Nie wnikam co dokładnie podają, ważne, że jest to pożywne. Nie muszę im płacić i mam prawo do jednego posiłku dziennie ze względu na dawne zasługi dla całego metra. Wiem, że to koryto się kiedyś skończy, ale na razie władze nic mi nie mówią, więc korzystam i delektuję się tym luksusem, ile tylko wlezie.

– Cześć. – Robię strzałkę ze znajomym Michałem i pytam się bez żadnego pieprzenia i owijania w bawełnę. – Macie coś dla takich jak ja?

– Nie no stary, wiesz, jak jest. No nie mogę. – Chłopaczyna zachowuje pozory, a ja już wiem, że wieczorem skapnie robótka ekstra.

– No wiem, wiem. Co dzisiaj polecacie?

– Wczoraj była zupa, więc teraz czas na zieleninę. Znasz zasady, nic spod lady.

– Nic nie może się marnować, znam, znam – Cytuję komendanta stacji jego magnificencję rektora.

Michał nic już nie mówi, tylko odsłania kotarę i wpuszcza mnie do wnętrza, w którym połowa stolików jest akurat wolna.

„Nieźle” – myślę i zajmuję miejsce najbliżej okna.

Nie muszę nawet nic zamawiać, żarełko przyjdzie samo, a ponieważ nie mam nic lepszego do roboty, to zaczynam obserwować ludzi.

– Stary, mówię ci, tam jest atomówka – Na oko piętnastoletni chłopak siedzi w rogu i patrzy na pewnego doświadczonego stalkera, którego doskonale znam z widzenia.

Ten tylko się uśmiecha i mówi wyliczając na palcach. – Jakoś nie słyszałem, żeby ktoś zostawił w okolicy tak cenny podarek. Zwykłe bomby jak najbardziej, rakiety też, gazy bojowe a jakże, ale atom? Pierwsze słyszę.

– Pańska woda. – Obserwację przerywa mi kelner stawiając przede mną szklankę z przefiltrowaną cieczą, a ja zaczynam popijać nektar bogów i wracam wzrokiem do pary w rogu.

– No ale to na pewno coś z atomem.

– Synku, jedyny reaktor to był pod Warszawą, a to co zostało w szpitalach to nie jest warte nawet splunięcia.

– Ale…

– Załóżmy, że jakimś cudem masz rację. I co? Pójdziesz? Zapukasz? Poprosisz? Weźmiesz, bo się ładnie nazywasz? Synku, dorośnij, to nie metro, gdzie cię wszyscy znają. Po za tym to bujda, legenda, którą straszy się niedobre dzieci na dobranoc.

„Staruszek doskonale zna realia” – myślę. Zgadzam się, że takie rzeczy jak ładunek atomowy bronione byłyby za cenę życia, i jeżeli wszyscy obrońcy mieliby być zabici to prędzej by się wysadzili niż się poddali.

– Słyszałem to od takiego jednego który słyszał to od kogoś ze stacji Stadion.

– Taa, a słonie mogą latać. Stadion przecież jest rozwalony. Synku, czy ty tam kiedyś byłeś?

– No ten, tego…

– Synku, powiem ci, że od lat nawet ja najdalej bywam w Centrum Kopernika. To teraz jak kiedyś stąd do Ameryki. Ehhh, pamiętam to miejsce sprzed wojny. – Tu stalker pokazuje na kelnera, żeby przyniósł mu kielicha. – Piękne czasy. Tyle maluchów każdego dnia i tyle nauki w jednym miejscu…

***

Spieszę się na samolot i po przejściu przez bramkę chcę być pierwszy w kolejce do security.

„Głupia picza” – Klnę w myślach, bo kobieta, która wpycha się przede mną z prawej, robi to tak nieudolnie, że przypadkiem dotykam ją kabinówką.

Jestem zły, bo rano wstałem lewą nogą i w nocy śniły mi się jakieś koszmary, coś o wojnie i moich studenckich czasach, gdy dzielnie pomykałem metrem na Elkę.

Ziewam, ale brnę dalej.

– To uderzenie to chyba za karę. – Kobieta rzuca chwilę później.

– Akurat nie. – Machinalnie odparowuję wiedząc, że ją tylko dotknąłem a nie obiłem.

– Miał mnie pan z prawej. – Wyraźnie szuka zaczepki.

– Nie zawsze skrzyżowania są równorzędne.

– To akurat było.

– Kwestia interpretacji, gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania.

– I tak rozmawiamy, kiedyś byśmy się pokłócili, to już zmiana na lepsze.

– To fakt, dużo się w Polsce zmienia. – mówię dodając ironicznie – Dobra zmiana.

– A ja się spakowałam w plecaczek

– Wie pani, ja mam tylko walizkę podręczną…

I tak rozmawiamy stojąc w kolejce aż w końcu rozchodzimy się do oddzielnych kontroli.

„Mogłem jej powiedzieć, że to zmiana pasa i umówić się na kawę” – przychodzi mi to na myśl chwilę potem, ale to już musztarda po obiedzie.

***

– Doktorze, coś się ze mną dzieje – mówię do naszego znachora, doktora Dłubka, który w poprzednim życiu był dentystą, a w tym został specjalistą pierwszego kontaktu.

– Z każdym coś dzieje. – Doktor wkłada palec do nosa i zaczyna w nim dłubać. – Szczególnie w tych ciężkich i niepewnych czasach.

– Doktorze, doktorze, doktorze. – Znam jego dziwaczne zachowania i dlatego niezrażony kontynuuję wodząc wzrokiem po małej kanciapce szpitala stacji Metro Politechnika. – Mam wrażenie, że wariuję, a dokładniej mówiąc wierzę, że tracę zmysły w niekontrolowanym procesie myślowym. Przez długie lata nic mi się nie śniło, a teraz miewam realistyczne sny praktycznie każdej nocy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że rozumiem co w nich się dzieje, chociaż nie byłem w różnych miejscach. To nie jest normalne.

– Ludzie źle znoszą długie zamknięcie. Kiedy ostatnio byłeś na powierzchni?

– Tydzień temu. I nieśpieszno mi tam, odkąd w okolicy Biblioteki Narodowej pojawiły się wilki…

***

„Co, u…”

Stoję w ciasnym pomieszczeniu i przyglądam się wszystkiemu wokół z iście dziecięcą ciekawością.

Rury, zawory, przełączniki, manometry i inne dziwności.

Brudno, duszno i głośno.

„Jakaś maszynownia”. – Myślę z otwartymi ze zdziwienia ustami, a wszystko gwałtownie się przechyla na tyle że rzuca mnie na metalową barierkę z tyłu.

Łapię się jej podczas gdy całe pomieszczenie tańczy w każdą możliwą stronę.

„Gdzie jestem? Dlaczego nic nie pamiętam?”

Ostatnie co sobie przypominam, to wyjście od jakiegoś doktora, jak mu tam było, Ząbka, Trupka, Bubka, Żłóbka, Dupka czy jakoś tak.

„Statek. I to stary.” – Dochodzę do wniosku patrząc na wielką tablicę elektryczną, na której widać dziesiątki archaicznych wskaźników.

Słyszę głosy i instynktownie ruszam do przodu.

Chcę uciec.

Drabinka, barierki, właz.

„Cholera, zimno” – Kulę się czując przenikliwy wiatr i widząc przelewający się grafitowy ocean.

Statek czy okręt znów się przechyla a ja odruchowo łapię się lodowatego relingu.

Czuję, że za mną otwierają się drzwi.

– Kim jesteś? – słyszę.

Nie czekam na ciąg dalszy tylko ruszam do tyłu okrętu.

– Stój. – Gonią mnie krzyki – Stać. Halt. Stop.

Okręt wydaje się znajomy i wygląda jak muzeum, które dawno temu zacumowano w Gdyni…

***

– Eksperyment Filadelfia, mówi wam to coś? – Słyszę znajomy głos profesora i mrugam ze zdziwienia, gdyż przed chwilą byłem na statku, a teraz najwyraźniej znajduję się w ciepłej i bezpiecznej salce Metra Politechnika.

Jest ona bardzo mała, znajdują się w niej szkolne ławki i krzesła dla dwunastu osób i podest ze starych palet dla prezentera.

Siedzę w niej z tyłu i obserwuję jak młodziki mówią „Coś”, a potem pomimo ironii przestają rzucać się kulkami i chyba nabierają szacunku do starszego pana, który w poprzednim wcieleniu wykładał na obrośniętej bluszczem katedrze.

– W czterdziestym trzecim eksperymentowano z silnym polem magnetycznym. Niektórzy twierdzili, że amerykański niszczyciel przeniósł się w inne miejsce, a jego załoga stopiła się z metalem okrętu. Osobiście w to wierzę i myślę, że wtedy otwarto pierwsze okno czasoprzestrzenne, ale tylko częściowo i stąd te problemy.

Słuchacze patrzą się po sobie z powątpiewaniem, zaś uczony niczym niezrażony ciągnie swój wykład tym samym profesorskim tonem:

– Mieli rozmach sukinsyny, ale zabrakło im energii. Tej dopiero dostarczyła bomba atomowa. Amerykanie to wiedzieli i również dlatego tak ochoczo ją budowali. Panie i panowie – Tu zawiesza glos. – I to jest właśnie droga do zbudowania wehikułu czasu.

Tym razem spojrzenia wszystkich mówią jednoznacznie i bardzo jasno, że uważają go za wariata, ale ten niestrudzenie głosi swoje:

– Podobno ktoś z tym eksperymentował, zrobił przez przypadek mały bum, a głupie komputery odpowiedziały jak na atak, potem w kilka minut inne jeszcze głupsze komputery odpaliły co miały i mamy co mamy.

– Podobno to ja mam pytona w gaciach. – Młody w pierwszym rzędzie rzuca niewybrednym dowcipem, a sala wybucha śmiechem.

Od razu bystrzeję. Wiem, że profesor znany jest z ciętych ripost.

– A chłopca czy dziewczynkę? Bo wie pan, że one są… przepraszam, były, obojnakami.

– Te dziadek, nie mędrkuj się – Zgodnie z oczekiwaniami młody się obrusza, wstaje gwałtownie uderzając w ławkę przed nim, a z nim wychodzi reszta jego kolesi.

Profesor patrzy się, siada ciężko, a ja się go pytam:

– Profesorze czy my mieliśmy przed wojną atom?

– Tak, pod Warszawą.

– A cyklotron?

– Na Banacha chyba do końca jakaś miniaturka była…

– Mam jedno pytanie, proszę jednak nie patrzyć na mnie zbyt dziwnie. Czy zabawy z atomem mogą spowodować, że ludzie wokół nagle mają wizje?

– A ja wiem? – Uczony wzrusza ramionami, ale dodaje. – Może. Są rzeczy, które nie śniły się naprawdę nikomu.

***

Otwieram ze zdziwienia usta, gdyż w lewej ręce dzielnie dzierżę ciężkie czerwone wiadro z czarną od brudu wodą, a w drugiej ściskam równie czystą żółtą gąbkę.

Mam mętlik w głowie, a najbardziej męczy mnie słowo cyklotron, które powtarzam sobie co chwila w myślach.

„Cyklotron to, cyklotron tamto…”

O co tu chodzi?

– No co się tak patrzysz młody? Działaj z tą ścierą. No ruchy ruchy. – Słyszę jakiś męski głos.

Rozglądam się.

Stoję z tyłu jakiegoś archaicznego samochodu, a słowa wypowiedział chłopak w średnim wieku, z którym najwyraźniej coś mnie łączy.

„Skoda 105L”. – Czytam na chromowanej tabliczce i próbuję się patrzyć tak niepewnie jak to tylko możliwe.

– O bransoletkę chodzi? Że się ubrudzi? – Pyta się stojąca obok kobieta.

– No tak – mówię.

Kobieta przede mną się uśmiecha i pociąga za krawędź kieszeni swojej sukienki w kwiaty.

– Daj mi ją tu i bierz się do roboty, obiad niedługo.

Ze zdumieniem odkrywam, że na ręce rzeczywiście mam grubą srebrną bransoletkę.

„Jak u nowobogackich”. – Zauważam.

Nie wiem jak to możliwe, ale coś mi mówi, że dostałem ją w prezencie tego samego dnia i tak mi się spodobała, że postanowiłem nigdy się z nią nie rozstawać.

Po zdjęciu i oddaniu bransoletki czuję się wprawdzie nagi, niemniej jednak z zapałem przechodzę do pucowania białego, a właściwie bardziej kremowego, samochodziku. Pieszczę siermiężne blachy i światła, myję szyby i patrzę na ten dziwny wytwór czechosłowackiej motoryzacji, do którego czuję nagłą niespodziewaną sympatię.

– Jeszcze felgi. – Słyszę i dodaję w myślach „nie dość, że haruję za miskę żarcia, to żadnej wdzięczności”.

Wylewam brudną wodę z kubła na stalowe obręcze i próbuję przemyć je do czysta.

„Cudownie”. – Oceniam efekt, który jest bardziej niż zadowalający biorąc pod uwagę wiek i zmęczenie tego bolidu.

„Na pewno ma dwa akumulatory” – myślę z kpiną. „I jedzie sto pięć z górki”.

Auto wygląda wprawdzie lepiej niż wszystkie maluchy, Fiaty i Polonezy wokół, ale jest ubogie chociażby w porównaniu do beczki stojącej w rogu tego parkingu.

Myjemy, pucujemy, nablyszczamy plastiki, aż w końcu słyszę upragnione – Fajrant.

Po tej całej zabawie na parkingu jest obiad i powrót do domu. Przez dłuższy czas nie śmiem się pytać o bransoletkę, ale w końcu coś we mnie pęka i mówię nieśmiało. – Mamo, czy oddasz mi bransoletkę?

– Bransoletkę? A dlaczego miałabym ci ją oddać?

– No przecież dałem ci ją jak myliśmy samochód.

– Nie pamiętam.

– A ty powiedziałaś, że ją przetrzymasz w kieszeni.

– Jesteś pewien? Poczekaj, sprawdzę w sukience. Nie ma. Dziwne. Jesteś pewien? Poszukamy jutro na parkingu…

***

– Czy wiecie kto zdetonował największą bombę?

Tłuścioszek przede mną uśmiecha się szeroko, ja zaś siedzę ewidentnie przerażony.

„Jak w Incepcji” – myślę patrząc na restaurację stacji Metro Politechnika i rzucam mu na odczepnego. – Amerykanie?

– Ruscy, proszę szanownego pana, ruscy. Car bomba. Pięćdziesiąt megaton, a projekt był przewidziany na sto. Nawet Chińczycy ich nie przebili. Przez całe lata wierzono, że towarzysze chcieli być lepsi od kowbojów, ale ja tam wiem swoje.

Patrzę się na niego jak na czubka i nie ukrywam tego jak dodaje. – Skubańce chcieli tego, jak mu tam, Marksa i Engelsa zanieść na inną ziemię.

– Taaa, i jak niby tam przejść?

– A bo ja wiem? Może mieli jakaś specjalną kapsułę? Pan zobaczy, jak wyskoczyli do przodu z badaniami kosmosu, a tamte kapsuły to takie wytrzymałe, że ho ho.

Uśmiecham się z pobłażaniem, ale to taki nieszczery uśmiech.

Wiem, że w ZSRR wiele rzeczy robiono gorzej niż na zgniłym zachodzie, ale równocześnie Rosjanie w wielu dziedzinach wyprzedzili swoich kolegów.

A jeżeli to jest racja i znaleźli sposób, żeby się ewakuować?

***

Młody chłopak z latarką patrzy na mnie jak sparaliżowany, a ja czuję, że głupkowato się uśmiecham.

– Du, du, du… duch.

Nie widzę swoich rąk ani nóg, nie jest mi ciepło ani zimno, nie jestem nawet głodny i słyszę tylko szepty zza pleców chłopaka.

Przestaje mnie to obchodzić, bo powoli się unoszę.

Przenikam przez beton.

„Kiepski. Komunistyczny” – przychodzi mi na myśl i jest to niepokojące, bo przecież ludzie nie jadają ścian, a już na pewno nie wiedzą, jak miałby smakować beton z bloku wschodniego.

Co jeszcze bardziej niepokojące, czuję, że wilgoć zaczyna mi smakować.

Wszystko tu jest takie… niedokończone.

Jakby ktoś zaczął budowę i przerwał ją zaraz po postawieniu szkieletu.

Widzę rdzę prętów zbrojeniowych, popękane puste przestrzenie w betonie, brak tynku, wystające resztki kabli i graffiti… masę graffiti.

Wszystko w stanie surowym, a ja fruwam bez sensu w lewo i prawo zupełnie jakbym był duchem.

Wylatuję do góry i widzę wielki kompleks w kształcie znaku zagrożenia biologicznego.

I wszystko jasne

Khovrino.

Szpital, który przez lata stał niedokończony w Moskwie. Miejsce, gdzie straszyło, gdzie podobno ginęli sataniści i wielu normalnych ludzi, miejsce, gdzie w nocy widywano światła i duchy…

***

– Idioci chcą otworzyć przejście do innego świata. – Słyszę znajomy głos rektora i dociera do mnie, jak bardzo dziwne jest to, że tak mówi.

Znowu jestem na Politechnice, gdzie teorie profesora po ostatnim odczycie uznano za herezje. Ziewam, bo te przeskoki, sny i sny na jawie zaczynają robić się nudne.

– Wzięli całe wyposażenie. Czterech ludzi. Kto jest za tym, żeby ich ścigać? – Mówi to jedna z pięciu najważniejszych osób, z którą siedzę przy stole i najwyraźniej omawiam jakąś strategiczną sprawę.

– Pieprzyć to. – Przedstawiciel młodych jest czarujący i konkretny jak zawsze. – Nie rozpieprzą miasta, bo sami w nim mieszkają.

„Pieprzyć bąka, niechaj brzdąka, pieprzyć żbika, niech pomyka” – głupie to, że przypomina mi się część dziecięcej wyliczanki.

Zamyślam się głęboko.

Młody ma trochę racji, z drugiej strony faktem jest to, że koniec świata nikogo nic nie nauczył i młodzi by tylko ruchali i robili to co przyjemne, a każde dobre słowo starszych uważają za ograniczenie ich wolności

– Jakimi siłami? – pytam się ostrożnie.

– Czterech pancernych i pies.

– Czyli? – Dociekam.

– Szczęśliwa piątka, dwóch karków, dwóch doświadczonych żołnierzy i mózgowiec.

– Nie za dużo?

– Akurat tyle żeby oddział miał szybkość, siłę i wiedzę.

– Kto pójdzie?

– No ty na pewno nie, natomiast zawołajcie nam tu profesora.

Jeden z ochroniarzy wychodzi, a ja pytam się wprost – Wykluczacie mnie?

Rektor wzrusza ramionami – Każda osoba to dodatkowe opłaty i ryzyko.

„No tak, każda wymówka jest dobra”. – Myślę i dodaję. – Ale ja mam dodatkowe informacje…

– Jak ostatnio? Dziękuję postoję. Jeszcze nam tu czubka brakuje – Zabiera głos młody.

On się uśmiecha szyderczo, tymczasem do salki wchodzi profesor.

– Profesorze, dziękuję, że pan do nas dołączył. Dochodzą do nas słuchy, że ktoś na Pradze nieładnie bawi się atomem. Potrzebujemy eksperta. Jakby jeszcze mało to skradziono nam trochę sprzętu. Jak przypuszczamy sprawcy chcą znaleźć tamtych.

– Słuchajcie… – zaczynam, ale rektor przerywa mi mówiąc zimno. – Panu już dziękujemy.

Robi mi się zimno…

***

Zimno.

Znajduję się w jakimś budynku, w którym wszystko jest wypalone do gołej ściany.

Nie widzę szyb i czuję powiewy chłodnego wiatru, który unosi pył z lewej strony na prawą. Księżycowy blask wpada do środka i pada na drobinki popiołu, które pozostały z telewizorów, pralek, szafek, łóżek i masy innego dobra.

Brodzę w tym brudzie do kolan i tam, gdzie pada światło, widzę cienie osób, które niegdyś musiały tu mieszkać albo przebywać.

Wyglądam przez okno.

Stoję na wysokim piętrze jakiegoś wieżowca.

Zielone drzewa, światła, samochody, statki i mali ludzie poruszający się niczym mróweczki.

To chyba Londyn.

Cofam się i dopiero teraz zauważam widmową dwójkę młodych, którzy tulą się do siebie na rownie nierealnym łóżku.

Mam gęsią skórkę.

Wieżowiec. Księżyc. Duchy.

Czuję, że mnie nie widzą i są zajęte upiornym odgrywaniem sceny swoich ostatnich chwil.

„Jacy oni młodzi, mogli jeszcze pożyć” – myślę obserwując chłopaka czule obejmującego głowę dziewczyny przy swoim sercu i jej nierealne oczy wpatrzonego w niego, gdy pochyla się i obdarza ją ostatnim pocałunkiem… Tulą się, a chwilę potem ich ciała drgają bezskutecznie próbując złapać powietrze…

Nieruchomieją, a cała scena powtarza się od nowa…

***

– Profesorze, moje wizje się pogłębiają. Są coraz bardziej niepokojące i zaczynają dotyczyć duchów. Nie wiem czy całkiem tracę zmysły, ale mam wrażenie, że uczestniczę w czymś co wydarzyło się naprawdę.

– A byłeś u doktora?

Patrzę się na niego jakby nie miał piątej klepki, a on zauważa, że popełnił fax paux i mówi. – Wiesz co? Inni nie mają takich wizji i czuję, że musisz pójść z nami.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale, i szczerze mówiąc mam w dupie co mówią władze. Wychodzimy jutro o dziesiątej, czekaj przy wyjściu północnym. Mamy iść metrem.

– Jest jeden problem.

– A jaki?

– Mój sprzęt nie jest taki jak wy dostaniecie. Ja jestem tylko skromnym zbieraczem.

– Zrobimy co należy. – Profesor uśmiecha się szeroko, a ja ściskam z nim rękę na pożegnanie i idę spać do swojej komórki.

***

– Prostokąt przestał działać. – Mówi starszy pan do siedzącego chłopaka o wyglądzie pół-Azjaty, a ten ubrany w srebrny ściśle dopasowany kombinezon unosi ze zdziwienia brwi, ale robi delikatny ukłon i odpowiada. – Tak czcigodny ojcze. Już idę.

Wychodzi biorąc swój tablet z listą materiałów i zaczyna skakać z chmury na chmurę zbierając materiały do małego wózka sklepowego i odczytując wszystko na głos:

– Alumnum – trzysta.

– Staleo – trzydzieści.

– Piastek – pięćset.

Zbiera te materiały, żeby potem zanieść je do głównego komputera, który ma z nich zbudować nowy prostokąt dla jego ojca…

***

Budzę się zlany potem. Pamiętam cały sen i wiem, że wyglądał bardzo nierealistycznie.

„To jakieś urojenia albo przyszłość” – myślę. „Ktoś albo coś coraz bardziej miesza albo ja wariuję”.

Mam wrażenie, że w ostatnim śnie ludzie cofnęli się w rozwoju. Idiokracja, w której wszyscy potrafili jedynie produkować nowe sztuki sprzętu, który ktoś zaprojektował setki lat wcześniej.

„Europa padła”. – Coś mi mówi, że zobaczyłem potomków powstałych z połączenia się rasy białej i azjatyckiej.

„Tak by było, gdyby nie przeklęta wojna”. – myślę – „Chińczyki ze skrzydłami husarzy. Bogumił ze skośnymi oczami. Jagna płaska jak deska co nie może powiedzieć w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”.

Śmieję się do swoich myśli widząc w głowie Japończyków z polonistyki i ich seplenienie i od razu zaczynam kasłać jak gruźlik.

Pomijając ten drobiazg ten dzień praktycznie nie różni się od pozostałych i znowu patrzę się na rysy na suficie i myślę o życiu.

Intuicja mi podpowiada, że to może być ostatnia noc w tym miejscu. Postanawiam delektować się chwilą tak długo jak to tylko możliwe.

„Ten to Rysy, a tamten to Śnieżka”. – Śledzę załamania na suficie nie przejmując się nawet tym, czy spóźnię się na dyżur.

Nie wiem, ile to trwa, ale w końcu mi się nudzi i idę z plecakiem do przechowalni.

– Siema szefuńciu. – Mówi jeden z ochroniarzy, a ja łamię nasz codzienny rytuał i zamiast odpowiedzi formalnie normalnie salutuję.

Po śniadaniu pracuję, sumiennie jak zawsze, wieczorem zaś wciskam się w najlepsze wyjściowe szmaty i przeciskam do tunelu, gdzie w kolejce stoi nasza dzielna drużyna A.

– A ty gdzie? – Pułkownik próbuje zasłonić mi drogę.

– Bez niego nie idę. – Protestuje nasz uczony, który stoi obok.

– Wczoraj nie było o tym mowy.

– Mam to w nosie. Możecie mnie zmusić, ale i tak będę opóźniał marsz. Stary jestem i mi obojętne co zrobicie. Bądźcie grzeczni, bo mi się jeszcze ręce pomylą przy bombie.

– Profesorze, jak tak można?

– Na północy ci, którzy chcą zakrzyczeć wszystko i wszystkich. Hipokryci, którzy dalej nienawidzą wszystkiego co zachodnie, ale żeby pracować to to to to nie. – Tu profesor zaczął kiwać paluszkiem, a potem obrazowo wskazywać całą dłonią. – Tylko żrą i drą te swoje japy o socjal. Na południu wybrańcy świata, którym wszystko się należy. Na wschód francja tolerancja elegancja, która pozwala sobie na wszystko. A na zachód feministki, które prowadzają mężczyzn na krótkich smyczach. I gdzie jest panie dziejku miejsce dla nas naukowców?

Tu profesor mruga do mnie okiem. – Nie idę bez kolegi i już. Od wie swoje, ja swoje, jesteśmy jak palce jednej ręki.

– Uczeni do kurwy nędzy. – mruczy pułkownik i mówi do swoich ludzi. – Dobra, dajcie mu coś do ubrania, żeby nam, he-he, nie zaziębił się po kilku dniach i żeby cera mu się nie przypiekła.

***

„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie? Co to będzie?”

Noc.

Zero ludzi.

Nogi odmawiają mi posłuszeństwa, w płucach gra czwarta symfonia Bethowena, a światła pobliskich domostw są tak bliskie i dalekie zarazem.

Leje jak z cebra.

Mam ze sobą dwie ciężkie walizki i plecak z komputerem i do przejścia na oko pięćset metrów.

Tylko pięćset metrów i aż pięćset metrów.

Jest mi źle i modlę się do różnych świętych, żeby chociaż laptopa nie zalało, bo wtedy straciłbym dosłownie wszystko.

Przeklinam wszystko i wszystkich, że jestem w obcym kraju, że dałem się w to wszystko wrobić, że doszedłem do granic swoich możliwości i nie mam sił na nic więcej.

Leje, wieje i zacina z każdej możliwej strony, a ja walczę z parasolką, walczę z bagażem i swoimi odwiecznymi słabościami.

Nie mogę poprosić nikogo o pomoc.

Wiem, że mój krzyk utonąłby w szumie wszechobecnej ulewy.

Wszyscy są zamknięci w betonowych klatkach i nikt nie patrzy na ulicę, a nawet gdyby to na pewno nie wyszedłby widząc obcego idącego powoli do przodu.

To mój krzyż.

Odkąd wysiadłem z pociągu to zdołałem przejść ledwie dwadzieścia metrów. Dwadzieścia metrów w kwadrans na ciemnym pustym parkingu przy supermarkecie obok nieosłoniętego przystanku podmiejskiej kolejki

Prędkość godna żółwia.

Ciągnę te walizki i patrzę na tak bliskie i tak dalekie światła domów.

Jeszcze tylko kilkaset metrów…

***

Boli mnie kark i jest to fakt bezsporny. Opieram głowę na lewym ramieniu profesora, który jak gdyby nigdy nic chrapie w najlepsze.

Zaczynam się wsłuchiwać w odgłosy nocy, zaś jakiś szósty zmysł nakazuje mi żebym był czujny.

To z góry przegrana walka, bo na zewnątrz najwyraźniej pada deszcz.

Jak dotąd poszło nam podejrzanie łatwo. Z Metra Politechnika przedostaliśmy się do nieukończonej stacji Plac Konstytucji, stamtąd do bogatego Centrum i stacji Metro Świętokrzyska, a potem do drugiej linii i centrum Kopernika.

Po wojnie nigdy tędy nie chodziłem, ale pomimo ogromu wrażeń nie polubiłem tej trasy, bo im bliżej Wisły tym mniej cywilizacji i więcej wilgoci, brudu i wszechobecnego zwierzęcego strachu, który wylewa się dosłownie z każdego kąta.

Jedynym ciekawym urozmaiceniem był przelatujący samolot.

Kiedyś jak czytałem te wszystkie książki o końcu świata to nie było już nic.

Ale przecież to nieprawda.

Nie może tak być, że zniszczono wszystko. Muszą być na świecie jakieś lotniska, a bogacze na pewno wciąż decydują się na podróże, do tego pozostały pojedyncze satelity i stacja kosmiczna.

Tego nie zniszczyła wojna, no bo w sumie po co to robić?

O ile zresztą dobrze pamiętam to USA i Chiny miały tysiące kilometrów tuneli i niemożliwością byłoby wyłuskanie całego tego sprzętu, który tam zmagazynowano.

„Odbieramy czasem różne stacje radiowe” – Powiedział mi wczoraj profesor potwierdzając to co czuję od dawna. – „Mamy na przykład taki bliski sygnał, coś jakby o pomocy, ze Służewca czy Ursynowa. Powtarza się nieregularnie i mówi coś o promieniowaniu i rozwiązaniach i kto wie, czy nie zrobimy tam wyprawy”.

Zdziwiło mnie to, bo najdalej chodzimy do Racławickiej, niemniej jednak nie dałem tego po sobie poznać.

Dzisiaj nocujemy w pawilonie fizyków. Nie zostało z niego zbyt dużo, a w każdym razie nie tyle, żeby można było zaprosić tu kogokolwiek na jakąkolwiek wystawę.

To miejsce ma czasy świetności za sobą i trzeba się z tym pogodzić.

Siedzimy na starych materacach oparci o ściany i jesteśmy odgrodzeni od świata starym regalem, który blokuje wejście do jednej z niewielu wewnętrznych salek konferencyjnych.

Żołnierze trzymają warty na zewnątrz, a ja właśnie się obudziłem i czuwam czując znajomą gęsią skórkę.

Chociaż to idiotyczne, to słyszę jakieś szelesty.

Wiem, że to niemożliwe, ale cały czas mam wrażenie, że jesteśmy śledzeni i że dotarliśmy aż dotąd wyłącznie dlatego bo ktoś miał taki kaprys…

Ziewam, próbuję czuwać, ale moje oczy same się zamykają.

***

Są takie momenty, które każde mądre dziecko i człowiek pamięta do końca życia.

Ja na przykład pamiętam smród chloru i ławkę, na której siedziałem po zajęciach na pływalni na Balkonowej i „Bajtka”, w którym przeczytałem o jakimś tam Linuksie, który miał być o niebo lepszy od Łindołs.

Pamiętam też jak drżały mi ręce, kiedy pierwszy raz w życiu prowadziłem samochód nie mając przy sobie instruktora ani żadnego kierowcy. Owszem, siedziała przy mnie młodsza siostra, która chciała pomóc i dużo gadała, ale tak naprawdę w żaden sposób nie mogła za mnie decydować i byłem zdany wyłącznie sam na siebie, gdy coraz pewniej mijałem kolejne skrzyżowania.

Pamiętam też jak kiedyś rodzice wysyłali mnie na siłę do dziadków żebym tylko nie siedział w otoczeniu betonu. Chcieli dobrze, nie zmienia to jednak faktu, że jako mały chłopiec nie doceniałem wielu drobnych wspaniałości i mocno się tam dusiłem.

***

Stadion Narodowy imienia Lecha to teraz totalna ruina.

Widzę ją z odległości kilkuset metrów przez ryj nowoczesnej maski i chce mi się płakać gorzkimi łzami.

Biało-czerwone ściany, które zmieniły się w czarne wypalone ogniem kikuty. Gówno przeróżnych stworzeń oblepiające każdy skrawek wolnej przestrzeni. Wejścia zablokowane gruzem. Drzewa wyglądające jak puszcza z horrorów i zwierzęta, które przy bliższym poznaniu z łatwością rozniosłyby nas na strzępy.

Mnie interesuje zwłaszcza fauna i flora.

I tak na górze góruje młody raptor dokładnie czyszczący skrzydła i małe gołąbki, które niegdyś zwiastowały pokój a teraz przyprawiają o siwe włosy zbyt wielu nieostrożnych wędrowców. Na drzewach dostrzegam małe żuczki które zbudowały kopce na wzór termitów, na ziemi natomiast widzę ogromne mrówki i łagodne niuchacze pilnujące gniazd.

Do tego oczywiście dochodzą rośliny, które szukają okazji, żeby owinąć się na czymś żywym i zasiać tam swoje zarodniki, które będą czerpać energię z umierającego ciała.

Chciałoby się powiedzieć, że to nowe włości zdobyte przez nasze niezliczone wojska, przejęte ogniem i mieczem na chwałę korony i suwerena, ale tym razem to nas pokonano. Przegraliśmy z deszczem, ogniem i atomem.

„Dostali serię z rakiet” – Mówi nasz przewodnik, a ja się dziwię, bo akurat tego nie wiedziałem.

Pocieszające, że nasza duma narodowa do ostatnich dni pozostała polska i nikt jej nie sprzedał w ramach zapłaty za wydumane odszkodowania wojenne, smutne, że jest w gorszym stanie niż reszta kraju i w sumie dzisiaj nikt już nie wie, imieniem którego Lecha ją nazwano.

Jakby tego mało, to gdzieś z tyłu głowy męczy mnie pewność, że ta mała zwariowana wycieczka może szybko dobiec końca. Mamy ogon i chociaż ten się nie ujawnił, to przynajmniej nie przeszkodził.

Rozmawiałem o moich podejrzeniach z profesorem a on cicho przytaknął, że również ma takie wrażenie i że dobrze, że to nie zima i nikt nas nie może śledzić po śladach na śniegu.

Z Centrum Kopernika wróciliśmy do metra, gdzie przeszliśmy przez kilka posterunków samozwańczych strażników nowego ładu i porządku. Myślałem, że tubylcy będą robić problemy a oni wyglądali jakby byli zastraszeni i po obejrzeniu paszportów po prostu nas puszczali.

Naszym celem była stacja metra z tej strony, niegdyś piękna i ze szklanym dachem, teraz zniszczona podobnie jak wszystko na tej umierającej planecie. Doszliśmy do niej bez strat własnych, odpoczęliśmy na bocznicy a potem wyszliśmy tu, gdzie jesteśmy.

Ciekawe, że ludzie przy stadionie okazali się w miarę normalni i ciekawe, że przewodnik pogonił nas wszystkich na górę.

Jest noc, lato, nie za zimno i nie za gorąco, i na szczęście nie pada.

Chowamy się teraz w zakamarkach ogromnych zapór ustawionych wokół wyjścia z metra i uważnie lustrujemy okolicę.

Czyżby nie wszystko szło po naszej myśli?

Czy coś nam grozi czy to tylko standardowe środki bezpieczeństwa?

Patrzę na to wszystko trochę z boku i znowu mam myślówkę.

Nie wiem co nas definiuje jako ludzi, ale wiem, że okazaliśmy się gorsi niż zwierzęta i nie wystarczyło nam pełzające globalne ocieplenie. Za mało było wycinania katalizatorów, za mało niszczenia raf koralowych i lasów tropikalnych, my woleliśmy załatwić wszystko raz a dobrze i w jednym dniu oddać świat mądrzejszym i sprytniejszym.

Zniknęły piękne uczucia, zniknęła nadzieja, a wszystko zastąpił strach, głód i przerażenie.

Czart zapanował nad światem.

Nie wiem czy tak miał wyglądać koniec, ale najwidoczniej coś nas jeszcze czeka, skoro żyjemy.

Może ci co umarli poszli do piekła a to co tu i teraz to nasz czyściec? Nasze odkupienie za grzechy które z taką radością popełnialiśmy?

Najgorsze w tym jest to, że przez lata często zdawałem sobie pytania czy jeszcze czekać czy już wypić jakieś żrące gówno, przeciąć sobie żyły albo przekupić strażników, żeby wypuścili mnie bez maski i kombinezonu.

To pytania bez odpowiedzi i nieraz przeklinałem dzień, w którym zdążyłem na dół, w którym pokazałem, ile warte są moje nogi, dzień, w którym wyprzedziłem innych, może godniejszych, żeby żyć.

Nie mam pojęcia, czy powinien to być ktoś z kasty korposzczurków, kto z biura z kiepską klimą rządził rzędami dusz i dawał zgodę na zatruwanie świata, czy może ksiądz, który pobłądził przez lata, ale w ostatniej chwili się nawrócił czy wreszcie mały zgarbiony człowieczek który dzień w dzień w pobliskiej fabryce przykręcał te same śrubki.

To teraz nieważne.

I tak jest za późno.

Ledwo słyszymy i widzimy nawet w najlepszych kombinezonach, wszystko nas w nich swędzi, filtry ograniczają czas, a w gumie bywa tak gorąco, że pot leje się strumieniami.

„To nie jest nasz świat”.

Przewodnik pokazuje palcem jedno z drzew, a mnie ogarnia autentyczne przerażenie. Nie mogę wprawdzie spojrzeć przez celownik, ale nawet stąd daje się zauważyć, że biedak został owinięty w kokon i zjedzony żywcem, powoli i metodycznie, a przerażającą wręcz precyzją.

„Te wszystkie książki o apokalipsie to można sobie w dupę wsadzić”. – myślę.

Co innego siedzieć na kanapie czy w pociągu i czytać o mutacjach i cudach nowego świata, co innego być głodnym i nie mieć sił po gównianej strawie i na dodatek czuć paniczny strach przed nowymi władcami.

To koszmar, ale najgorsze nie jest nawet to, że nie ma żarcia, ale to, że każdy z nas ma przy sobie cząstkę starego życia do której nie może wrócić.

Ludzie się zabijają, żeby nie zamoczyć i nie zniszczyć telefonów i tabletów które często są najmarniejszej jakości i dawno temu uległy korozji i rozpadowi.

Ufają, że kiedyś choć przez chwilę będą mogli zobaczyć bliskich i pokazać nowym znajomym w jakich luksusach dawniej żyli. Wierzą, że napuchnięte baterie wytrzymają, że tanie kondensatory się nie poddadzą a nieodświeżana pamięć wciąż trzyma swoją zawartość.

Ta wiara powoduje, że wielu z nich robi dosłownie wszystko, żeby ożywić swoje stare zabawki.

Ja już dawno temu pozbyłem się tego złudzenia. Nie ryzykuje swojego zdrowia ani tym bardziej życia dla niepewnej obietnicy kilku miłych chwil i nie sprzedaje się jak dziwka za to żeby jakiś bezzębny staruch albo niedojebana amazonka pożyczyła mi nędzną prądnicę na kilka minut.

Pod stadionem jestem pierwszy raz od dnia zero i nie wiem czy akurat to miejsce tak działa wywołując u mnie burzę myśli czy to zasługa dużej otwartej przestrzeni i tego, że mogę w spokoju stać nie bojąc się tego co będzie za kilka sekund.

Z tego co wiem, ludzie mówią, że nie ma tu silnego promieniowania, ale równocześnie omijają budowlę szerokim łukiem. Niektórzy zaklinają się, że widzieli nad nią ducha Górniak, który wciąż trenuje hymn, inni, że Kaczyński i Duda próbowali wygłosić płomienną przemowę i naprawić to co zepsuli, a jeszcze inni dopatrują się tu znaków opatrzności bożej.

Nie wiem czy to wina grzybków, zarodników, promieniowania czy zwykłego zmęczenia, ale na pewno czuć tu jakąś mistykę.

Błysk… błysk-błysk-błysk…

„Kurwa mać. Przywidzenia? Czy jakiś niedorobiony jasny tunel? A może umarłem i tak wygląda piekło?” – Mój karabin sam podskakuje do góry, mięśnie prężą się w gotowości, a oczy delikatnie mrużą łapiąc ostrość.

Stoję w lekkim rozkroku z palcem na spuście i okiem skupionym na celowniku.

Lewa. Prawa. Góra. Dół.

Niewiele widzę, ale przynajmniej jestem pewien, że to nie złudzenie. Inni robią dokładnie to co ja. Nasz przewodnik patrzy z czujnością, chyba nie dowierza, ale odpowiada krótkim sygnałem…

Błysk-błysk-błysk z naszej strony zastępuje cały alfabet.

„Jak jacyś pieprzeni Indianie” – zauważam i uspokajam oddech, gdy mężczyzna opuszcza rękę.

Już wiem, że mamy kolejnego pomocnika i że nie będziemy się musieli tłuc sami po niebezpiecznej okolicy.

„Ta-ta-ta, ta-ta-ta, ta-ta-ta… Przyjedź na Pragię… dostaniesz lagię… przyjdziesz z donosem… dostaniesz kosę… Bo tu morowe są nasze chłopaki… co to nie boją się żadnej draki… I co to honor mocny swój mają… i co od paki się nie migają…”

Nie wiem skąd mi się to bierze, ale to jest takie kiepskie i prawdziwe zarazem.

***

Chociaż ludzie mówią inaczej, to ja wiem, że są rzeczy, których nie da się kupić za żadne pieniądze.

Omdlenie przy pierwszym orgazmie. Wytrysk jako nagroda za myślenie o kobiecie. Spotkanie dziewczyny, przy której penis jest cały czas w gotowości.

Nazywała się Zosia i miałem wrażenie, że jest to najpiękniejsza i najbardziej wychowana dama na świecie.

Zofia, Zosieńka, Zo-fija.

Mówiła o filozofii, chodziła do prestiżowego liceum i zaprosiła mnie na przedstawienie do swojej szkoły.

Ubrałem się w najpiękniejszy sweter i poszedłem, a ona zapoznała mnie z jakąś kobietą – To moja mama, a to on.

– Dzień dobry pani.

Starsza pani nawet nie kryła wyrazu odrazy, gdy podała do pocałowania wypielęgnowaną dłoń. – Dzień dobry… chłopcze.

Zosia wzięła mnie za rękę i zaprowadziła na koniec sali w sam kącik. – Usiądź tutaj.

Było mi przykro, niezwykle przykro. Przedstawienie było piękne, ale po usłyszeniu zimnego i protekcjonalnego tonu tej kobiety poczułem się jak piąte koło u wozu.

Z Zosią spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, raz nawet spałem u niej w domu i chociaż nic nie pamiętam to od jej znajomej dowiedziałem się, że moja ukochana podobno przyszła w nocy do mojego pokoju.

Spotkanie na Powiślu i kilka innych drobiazgów spowodowało, że musiałem do niej zadzwonić i zerwać. Było to kilka dni przed moją studniówką, a ja przeżyłem szok.

Niewiele pamiętam z kolejnych dni.

Po latach wiem, że mój umysł żałował tego, że nie zobaczę na zosinych rękach satynowych rękawiczek bez palców z przepięknym trójkątnym zakończeniem z guziczkiem i nitką wokół środkowego palca.

Pamiętam też jak w ramach zadośćuczynienia kupiłem sobie książkę z serii Metro o Warszawie i po jej przeczytaniu popadłem w jeszcze większe przygnębienie, bo była tak niesamowicie słaba.

Reszta to w sumie czarna dziura, a na studniówce… cóż, nie zaliczyłem pierwszego razu, bo nikt mnie nie chciał, ale za to rozbiłem masę talerzy.

***

– Jak doszliście do wniosku, że to musi być tutaj? – pytam się przewodnika, gdy siedzimy w jednej z loży dla VIP-ów na stacji metra Wileńska.

Ten jest wyluzowany, rozmowny i robi większy wywód. – Myśleliśmy, że skryli się w ruinach stadionu, ale licznik nic nie pokazał. Obstawialiśmy kilka centrów handlowych i loftów, ani nie znaleźliśmy absolutnie nic ciekawego. Sprawdziliśmy również tunele burzowe i stare szpitale. I pewnie byśmy szukali dalej, gdyby nie kilka zamówień, które dostarczono na Wileńską. Myśleliśmy, że jakiś zdrajca chciał wyeksportować technologie naszym nieprzewidywalnym sąsiadom, ale popytaliśmy tu i tam… i wyszło na to, że mają większe problemy niż nawracanie niewiernych.

Tu przerywa i popija niezłe piwo z kufla, a mnie w sumie obojętne co powie dalej.

Wiem, że przez kilka godzin nie mamy nic lepszego do roboty. Na stacji Wileńska byłem dwa razy i teraz jest właśnie ten drugi. To największe miejsce po tej stronie Wisły. Na górze są tu pozostałości wielkiego centrum handlowego, na peronach na górze wciąż kuszą setki ton złomu z Chochlików, Elfów, Skrzatów i innych pociągów, które już nigdzie nie pojadą.

Przewodnicy pokazali swoje doświadczenie. Podobno ominęliśmy wszystkie pułapki w tunelu drugiej nitki, a ja nawet się zdziwiłem, że udało nam się przejść ledwo w tydzień.

Życie na Politechnice jawi mi się jak sen, coś co kiedyś robiłem, albo robił to ktoś inny, a jakaś nieznana siła wtłoczyła czyjeś wspomnienia do mojej głowy.

Od kilku dni siedzimy tu jak paniska i odpoczywamy nie rzucając się za bardzo w oczy. To nudne, ale nie narzekam, bo moje wizje robią się coraz ciekawsze i bardziej szczegółowe.

Zagajam ponownie rozmowę. – Co teraz?

– Czekamy na naszego informatora.

– Wiecie, że tu są ukryte tunele?

– To wiedzą nawet małe dzieci. – Przewodnik macha ręką.

– Nie o tym mówię.

– Jak to nie o tym?

– Nie o metrze głębokim.

– A o czym?

– No o tych tunelach które miały być jak Metro dwa w Moskwie. Jak byłem na targu, to jeden taki kupiec…

– …powiedział, że zna kogoś, a ten kogoś innego, kto za kilka garści napojów może dać mapę. – Kończy przewodnik. – Mogliby w końcu wymyślić coś nowego.

– Czyli to bujda?

– A jak myślisz?

Nie wiem co mądrego mogę powiedzieć, więc siedzę czekając czy ktoś inny coś zaproponuje. Ciszę przerywa kelner, który podaje przewodnikowi kartkę – Wiadomość dla pana.

– Dziękuję – Ten mu odpowiada, czyta ją, a nam oznajmia ponuro – Musimy iść do księży.

– No tak, kleru się znowu zachciewa. Już to przerabialiśmy w naszym pięknym kraju. – mówi złośliwie profesor, a ja się zastanawiam co dalej, bo o tej legendzie akurat słyszałem. Podobno braciszkowie wciąż pilnują jakiegoś cudu z ten części miasta i dzielnie pomagają im w tym strażacy i pracownicy bliskiego szpitala. Podobno zbudowali osłony, ale nie na tyle, żeby im totalnie odbiło, zaś można ich przekupić wyłącznie nabojami.

– A teraz najlepsze. Mamy zaproszenia na koncert. – Przewodnik patrzy się na nas oczekująco a ja się pytam. – Na co?

– Z choinki spadłeś? Koncerty to największe wydarzenie każdego miesiąca. Ludzie zbierają się w katedrze i słuchają pięknej muzyki organowej.

– A czy to nie jest niebezpieczne?

– Niepisany rozejm trwa już kilka lat, a kościół jest wtedy dodatkowo chroniony. Od wieków tak było ze jak trwoga to… Mamy dwa zaproszenia na zwiedzanie podziemi. To tam prowadzone są badania.

– Skąd to przypuszczenie?

– Licznik Geigera na dronie pokazał co trzeba a informator potwierdził, gdzie jest właściwe laboratorium.

– Na dronie?

– A co? Myślałeś, że żaden się nie uchował?

– Czyli że braciszkowie kombinują z atomem?

– Na to wygląda.

– A czy nie jest niebezpieczne tam przebywać? Chodzi o promieniowanie.

– Tylko jak wejdziesz od strony szpitala.

– A ten informator?

– Braciszek Witold. Wprowadzi was. Macie zrobić rozeznanie i wycofać się.

– Nie będą nas szukać?

– Podstawimy dwóch pozorantów.

***

Wow.

Przewracam się.

Plecy bolą jak diabli a ja ślizgam się ledwo orientując się, że jestem w jakimś małym ciasnym metalowym pomieszczeniu.

Sekunda i wpadam do zimnej wody.

Walczę rękami a ubranie ciągnie mnie w dół.

Woda wybija powoli do góry, a światła, teraz z boku, powoli są zalewane i nieubłaganie gasną.

Ogarnia mnie panika.

To statek, który wygląda na nowoczesny.

– Co-sta… – sylabizuję.

***

„Budzi wrażenie” – Znów siedzę w katedrze z otwartą buzią i podziwiam strzelistość i wysokość całej konstrukcji, chorągwie strażaków, posągi i witraże, które, nawet zasłonięte, są po prostu rewelacyjnie. Nie wiem jak oni to wszystko zrobili, że w środku można zdjąć maski, ale wszystko najwyraźniej jest uszczelnione.

– Alle-lu-ja, alle, alle, alle-luja – niesie się w kościele, a mnie przychodzi na myśl niezbyt ładne rymowanie „Ksiądz ma… się buja”.

– Interstellar – mówi przez tubę lektor, a organy grają pierwsze takty.

Muzyka rozbrzmiewa, a we mnie nagle podnosi się duch. Z zewnątrz słychać strzały, ale ludzi to nie rusza i poddają się magicznej mocy muzyki.

Ta-ta-ta-ta, ta-ta-ta-ta, ta-ta-ta-ta, tamm, tam-tam…

Czuję się jakby się przeniósł w kosmos i właśnie odwiedzał dalekie galaktyki.

– My Tears Are Becoming Sea – lektor mówi to z ogromną mocą, a ja słyszę chór i śpiewaka – „I'm slowly drifting to you…”

„Jezu, dziękuję” – Chowam głowę w złożone ręce, bo mam ochotę płakać.

– Chevaliers de Sangreal – tłum wstaje i zaczyna gwizdać, gdy organy odtwarzają takty kolejnego wspaniałego utworu.

Wszystkich ogarnia euforia i zaczynają się ściskać, a ja nie wiem co o tym myśleć. Braciszkowie wyglądają przerażająco stojąc w brązowych habitach z kapturami, które w większości zakrywają ich krostowate twarze. Nie odzywają się tylko chodzą, a właściwie bardziej płyną po ziemi, z tymi wielkimi drewnianymi klockowatymi różańcami przy pasie, których podobnież potrafią używać jak lassa.

Wieść niesie, że umieją również czytać w myślach, a nawet wymuszać pewne zachowania.

Budzą przerażenie, ale równocześnie potrafią zagrzewać ludzi i ci sami z siebie podchodzą i rzucają bardzo różne rzeczy do ogromnych koszy, które stoją pod ołtarzem.

Tam, Tam, Tam – Nagle rozbrzmiewa marsz imperialny, a wszyscy się śmieją.

Nie wiem, ile to trwa, ale nie liczę minut, po koncercie zaś jest czas na zwiedzanie krypt.

– Ty, ty i ty. – ludzie płaczą, wyraźnie ze szczęścia, a ja w sumie nie wiem jak mam się zachować.

Odpowiedni datek załatwił sprawę i ten wybór nie stanowi dla mnie tak naprawdę zaskoczenia, podobnie dla jednego z naszych żołnierzy, niemniej jednak robię najbardziej szczęśliwą minę i idę za stadem.

Snujemy się na końcu, a za jednym z zakrętów braciszek z tyłu pokazuje nam którą furtkę mamy otworzyć.

Wiem, że Witold, bo tak się nazywa, zgodził się nam pomóc. Wierzy, że Kościół sprzeniewierzył się swoim ideałom i z tego co wiem usunięto go z parafii, gdy zaczął raportować do kurii różne nieprawidłowości.

„Pomysłowy Dobromir, kurwa jego mać” – myślę patrząc jak mój wojskowy towarzysz przewleka druciki chcąc otworzyć zamek.

Adrenalina rośnie, ale w końcu wchodzimy. Furtka jest naoliwiona i nie daje żadnego odgłosu, tunel jest oświetlony diodami LED i z murowanego zmienia się w kamienny, a potem ziemny ze stropem podartym stemplami.

„Jak w kopalni” – Nigdy w żadnej nie byłem, ale skojarzenie z tym, co dawno temu widziałem w filmach, jest oczywiste.

Jest coraz zimniej i za trzecim zakrętem słyszymy głosy.

Skradamy się coraz wolniej i w końcu docieramy do małej jaskini, w której wejście jest na górnym poziomie, a na dolnym umieszczono coś w rodzaju laboratorium.

Kładziemy się na ziemi i czekamy…

***

Alleluja…

Niesie się pieśń w kościele… ludzie idą do komunii a mnie zamykają się ze zmęczenia oczy. Odpływam… i wtedy czuję pod powiekami ból jakby ktoś zapalił wokół mnie tysiąc słońc.

Ludzie krzyczą, a ja bardziej czuję niż widzę… czerwonego anioła.

„Nie bój się dziecko”.

Lekko uchylam powieki i je natychmiast zamykam z uwagi na jasny blask sączący się ze wszystkich okien.

„Kurwa, jeszcze oślepnę na własne żądanie”

„Nie bój się dziecko”

Wszystko zaczyna drżeć.

– Boże miej nas w opiece. Matko boska prosimy. – Babcie gdzieś przede mną włączają tryb turbo.

„Co z nami będzie?”

***

Stoję i widzę zdrajcę z pistoletem w ręku, a za nim gorące falujące powietrze. Jestem zły, że daliśmy się im zaskoczyć leżąc na półce, a jeszcze bardziej wściekam się, że nie mogłem nic zrobić, gdy opuścił ręce i przeszedł na ich stronę.

– Zmienimy świat. Przeniesiemy katedrę i wiernych. Tak trzeba. – Uśmiecha się, ale równocześnie jego oczy i usta wyrażają bezlitosną pogardę.

Zaczynam rozumieć, że mam ogromny dar i talent i moje sny od zawsze były prorocze, a myśli o przeniesieniu kościoła są tego najlepszym przykładem.

Zamykam oczy i słyszę huk.

Raz, dwa, trzy, cztery.

Nie czuję bólu, ale nagle coś pcha mnie do przodu…

– Tak trzeba. Obłęd i geniusz to niebezpieczna kombinacja. Amen bracie. – Słyszę odległy cichnący głos profesora.

***

Pik, pik, pik…

Leżę i nic mnie nie boli.

Średnio przyjemny ton powtarza się regularnie, a ja mam zamknięte oczy. Czuję delikatną woń środków odkażających i coś jeszcze, coś czego się nie zapomina jak jazdy na rowerze czy pierwszego seksu.

Otwieram powoli oczy i pierwsze co widzę to biała kołdra i moje własne ręce, które spokojnie na niej leżą.

Obracam je ze zdziwieniem zupełnie jakby nie należały do mnie.

Półmrok, ale dostrzegam jak na jednym palcu mam coś założone, a nade mną wyraźnie wisi pilot.

Teraz już wiem, że to szpital. Powoli przekręcam głowę i widzę okno, a za nim wieczorną panoramę jakiegoś miasta.

Niskie budynki. Zabudowa, której nie poznaję.

Odwracam się powoli w drugą stronę.

Boli mnie bok, ale się nie poddaję.

Stolik.

Gazeta z programem telewizyjnym.

„Deep Space Neun. Mars” – Mimo półmroku z wielkim wysiłkiem odcyfrowuję tytuł i dociera do mnie, że jestem sam w tym pokoju.

Rozglądam się dalej i w końcu naciskam czerwony guzik.

Wchodzi kobieta w średnim wieku

– Gutek Abend. Wie geht's?

– Wo…

Zaczynam mówić, ale już po chwili przerywam i zanoszę się kaszlem.

Wszystko drapie mnie w gardle.

Kobieta pokazuje mi palcem przyłożonym do ust, żebym przestał mówić, otwiera szafkę obok łóżka, wyciąga Perriera w szklanej zielonej butelce, nalewa wodę do plastikowego kubka, potem podwyższa oparcie i podaje mi kubek.

Prawie siedzę, a woda jest przyjemnie chłodna, ale nie zimna.

– Wo – Kaszlę – Wo sind wir?

Z trudem przypominam sobie niemieckie słowa, ale na niej najwyraźniej nie sprawia to wrażenia i spokojnie, i profesjonalnie odpowiada.

– Genf

Opadam bezwładnie na poduszkę i myślę o profesorze i bezimiennych żołnierzach, których już nigdy nie zobaczę.

– Welches? Welches Jahr haben wir?

– Neunzehn acht und neunzig.

Mdleję.

Koniec

Komentarze

Trudno nawet przeczytać tę historię do końca. Wygląda to, jakbyś wyciął (wycięła) pojedyncze zdania z różnych opowiadań i wrzucił (wrzuciła) do swojego tekstu. Chyba nigdy nie widziałem aż tylu akapitów. Mam problem z wyłapaniem sensu, czy choćby nakreśleniem w myślach elementów świata przedstawionego. Trochę to przypomina nieudolną próbę naśladowania Masłowskiej, tym bardziej, że w “Pawiu królowej” autorka również miała wiele zapożyczeń, cytatów i kryptocytatów z kultury. Fakt, że ona opatrzyła swoje dziełko także bibliografią, a tutaj mamy raczej zbieraninę tekstów z podstawówki, przemieszanych z przysłowiami mojej babci, fragmentami lektur czy tekstów popularnych piosenek, np.

 

Głodno, chłodno i do domu daleko.

„Dno, muł, krosty i wodorosty”

„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie? Co to będzie?

„Co z nami będzie?”

 

A dodatkowo:

 

 

Szumowiny z Krzysiem Jarzyną miały używanie

Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, serio?

 

zawsze noszę mały składany parasol kupiony za tamtych ruskich w Oszom.

Że co?

 

Całość mnie nie urzekła, być może nie łapię tej koncepcji. Nie mam nawet pomysłu, co zrobić, żeby było lepiej. Chyba tylko zamknąć oczy, a następnie wcisnąć i przytrzymać klawisz del… No hard feelings.

Exit light

“Ziewam, bo te przeskoki, sny i sny na jawie zaczynają robić się nudne” – hmm, to zdanie nieźle oddaje wrażenia z lektury.

Za bardzo to wszystko poszatkowane, nie sposób zapamiętać wszystkich wątków, nie widać, żeby się wyraźnie łączyły.

Końcówka zaskoczyła mnie o tyle, że nie mam pojęcia, który tam jest rok. Dziewiętnaście osiem i dziewięćdziesiąt? Słabo znam to narzecze… Chłopinę tak data zdziwiła czy zemdlał z innego powodu?

Warszawę też znam słabo, więc podane adresy nic mi nie mówią.

Ogólnie wychodzi wielki chaos.

Skąd informacja, że pytony są obojnakami? Węże raczej mają normalnie dwie płcie, samice składają jaja.

Interpunkcja kuleje, niektóre zdania w ogóle nie mają nic na końcu. Dlaczego niektóre obcojęzyczne wypowiedzi są zapisane fonetycznie? Tym bardziej to dziwi, że nie wszystkie.

„To se ne wróci pane Havranek”.

To se ne vrati, pane Havranek.

wychodzę na korytarz stając gwałtownie jak wryty.

Taka konstrukcja zakłada jednoczesność obu czynności. A nie da się wyjść i stać. Przecinek obowiązkowy.

Auto wygląda wprawdzie lepiej niż wszystkie maluchy, Fiaty i Polonezy wokół,

Nazwy samochodów małą literą. A maluch to nie fiat, że podajesz jako odrębną kategorię?

popękane puste przestrzenie w betonie,

Czy przestrzeń może popękać?

Babska logika rządzi!

No cóż, czytałam bez satysfakcji, albowiem opowiadanie jest napisane w sposób doskonale utrudniający jego zrozumienie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właściwie mam te same uwagi, co przy pierwszym Twoim opowiadaniu. Zostawiam znak jako sobotni dyżurny i polecam przeczytać mój komentarz pod tamtejszym tekstem. Jest pomysł, ale wykonanie go zarzyna.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Porwał mnie ten strumień, jednak nurt okazał się zbyt wartki i się pogubiłem. Opowiadanie ma fajne smaczki i wątki, a tu i ówdzie naprawę dobrze napisane fragmenty. Sposób zapisu, akapity i tak dalej – męczą strasznie. 

Nowa Fantastyka