- Opowiadanie: CM - Męki piekielne

Męki piekielne

UWAGA CZYTELNIK!

Opowiadanie napisane w oparciu o głupotę własną.

Czytasz na swoją odpowiedzialność!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Męki piekielne

I

 

NUMER 967.

Flegmatyczny głos komputera wypchnął go z głębokiego zamyślenia. Zastanawiał się właśnie, jakie złośliwe wiatry przygnały go w tak osobliwe miejsce. Obszerna poczekalnia robiła na nim wrażenie wizualnie obłąkanej. Wyglądała trochę jak średnio udana hybryda starej, obskurnej przychodni oraz gmachu potężnego urzędu. Jej brudne, szarozielone ściany odbierały chęci do życia skuteczniej niż najpodlejszy komornik. Był to najwyraźniej jeden z tych specyficznych budynków, którego każdy paskudny element wnętrza zdawał się istnieć wyłącznie po to, by przypominać wszystkim oczekującym, jak bardzo nie chcieli się w nim znajdować. Spojrzał na ściskany w dłoni świstek papieru. Widniał na nim numer 968.

Na co właściwie czekał?

Nie wiedział. Pamięć kategorycznie odmawiała udzielenia jakichkolwiek informacji w tym zakresie.

Dlaczego zatem nie wyszedł?

Bo się bał! Gdyby tak tuż po opuszczeniu budynku przypomniał sobie o powodzie wizyty…

Nie. Stanowczo należało zaczekać.

Jego numer był w końcu następny.

Zamknął oczy. Pamięć, w przypływie litości, zgodziła się podrzucić kilka nieskładnych fragmentów ostatnio zarejestrowanych wspomnień. Siedział przy oknie. Na zewnątrz szalała potworna wichura. Szeroko otwartymi ustami łapał zachłannie głębokie hausty zimnego powietrza. Było mu duszno. Serce dudniło jak szalone. Ostatnim tchem usiłował wzywać pomocy…

Później nie było już nic.

Skupił myśli. Strzępki zebranych wspomnień posłusznie ułożyły się w oczekiwaną odpowiedź.

Śmierć.

Brzmiała wiarygodnie. Rozważywszy wszystkie aspekty, zwrócił właściwie uwagę tylko na jeden, niepozorny szczegół.

Siedział w poczekalni.

A zatem z całą pewnością żył!

Odpuścił pamięci. Prawo wygłoszenia opinii otrzymała teraz bezrobotna od lat wyobraźnia. Ta z kolei upierała się przy pobycie w szpitalu. Po głębokim namyśle gotów był nawet dać tej teorii wiarę.

Tylko od kiedy pacjentów ubiera się w garnitury? – zauważył naraz złośliwy rozsądek.

I cała koncepcja upadła.

Wyobraźnia nie dawała za wygraną. Kolejną jej sugestię stanowił sen. Wyśnił sobie poczekalnię. Wyśnił drewnianą ławę, na której, jak sądził, przesiedział już całe wieki.

A co powiesz o wspomnieniach? – Rozsądek ani myślał skapitulować. – Czy je również mógł sobie wyśnić?

Bierny dotąd rozum natychmiast zaoponował.

NUMER 968.

 

II

 

Podszedł do drzwi. Naciskając ostrożnie klamkę, zajrzał nieśmiało do środka. W pokoju, za zawalonym stertą papierów biurkiem, siedział… diabeł.

Tak po prostu.

Wystrojony w garnitur, zakopany w dokumentach, pospolity diabeł.

Zaczął wyglądać ukrytej kamery.

Zawahał się. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie wiedział, jak się zachować. Odnajdywanie się w głupich żartach nigdy nie było jego mocną stroną.

– No wchodź! – Potężny głos diabła niósł się po całej poczekalni. – Zaproszenie mam ci wysłać?

Zamknął drzwi. Tamten wskazał na wolne krzesło ustawione po przeciwległej stronie biurka.

– Imię? – zapytał nagle diabeł, spoglądając na jakiś formularz.

– Piotr? – rozbrzmiała niepewna odpowiedź.

– Ty zgadujesz, czy wiesz?

– Słucham?

– Matko jedyna! JAK MASZ NA IMIĘ, CZŁOWIEKU?!

– Piotr.

– W końcu jakiś postęp. Nazwisko?

– Kowalski.

– Jasna cholera! Znowu?! Czy wy naprawdę nie znacie żadnych, innych nazwisk? Tyle istnieje ciekawych opcji do wyboru. Pałąk, Gnuśniak, Kindybał, Cietrzembrzak, Kusibaba. A tu ciągle tylko Kowalski i Kowalski.

– To bardzo popularne nazwisko.

– Zauważyłem. Zawód?

– Księgowy.

– Jeszcze lepiej. Nie dosyć, że Kowalski, to jeszcze księgowy. Najgorszy sort człowieka.

– Przepraszam. Gdzie ja właściwie jestem?

– Jak to, gdzie? W piekle.

– Słucham?!

– Czy ja niewyraźnie mówię? W PIE-KLE!

– Znaczy, że ja… umarłem?!

– Żywych tu chyba nie biorą, nie?

– Ale… jak?

– Nie wiem. Nie wnikam. Ja tu tylko wykonuję swoją robotę. Sun!

Zatrzęsło podłogą. Buchnęło ogniem. I naraz z kłębów gęstego dymu wyłoniła się młoda, pełna wdzięku niewiasta. Kowalski pomyślał, że wygląda jak milion dolarów.

– I karze jak najokrutniejszy kat – rzuciła Sun z wyraźną pogardą w głosie.

– Słucham? – Mózg Kowalskiego przestawał powoli nadążać za biegiem wydarzeń.

– Trzeci raz każe sobie powtarzać – zauważył diabeł. – Głuchy jak pień!

– WYGLĄDA JAK MILION DOLARÓW I KARZE JAK NAJOKRUTNIEJSZY KAT. – Sun przełączyła na audycję dla niesłyszących.

– Słyszę dobrze! – żachnął się Kowalski. – Ale przecież ja nic…

– Nic nie mówiłeś – potwierdziła Sun. – Za to pomyślałeś. A ja całkiem nieźle potrafię czytać w myślach.

– Znaczy, że…

Kowalski poczerwieniał jak burak.

– Znaczy, że ten prymitywny, skąpy strój, w którym mnie sobie wyobraziłeś, stanowczo nie pozostanie bez konsekwencji. Swoją drogą, czy wy wszyscy musicie myśleć tylko o jednym?

Kowalski podjął natychmiastową walkę z myślami, by te nie zechciały czasem zdradzić Sun prawidłowej odpowiedzi.

– Oto twój nowy podopieczny – powiedział diabeł, podając Sun jakiś świeżo wypełniony dokument. Wyraźny nacisk na ostatnie słowo kazał się zaś domyślać, że akurat opieka będzie pierwszą rzeczą, jakiej nie należało oczekiwać.

– Zajmę się nim najlepiej jak potrafię – odpowiedziała z godnością Sun.

– Jaką nagrodę planujesz dla naszego nowego mieszkańca za niepohamowany upust niesfornych myśli?

– Przyśnię mu się dzisiejszej nocy. W stroju, jakiego po mnie oczekiwał.

Kowalski odpłynął myślami. Wyglądało na to, że w piekle bardzo opacznie interpretowano termin ludzkiej męki.

Może nie będzie tu tak źle?

– Słuchaj, kiedy o tobie mówię! – zdenerwowała się Sun.

– Słucham, słucham. – Ocknął się naraz wyrwany z marzeń Kowalski.

– Przyśnię mu się zatem dzisiejszej nocy. Odziana w strój żywcem wyjęty z jego myśli. Będę gotowa na wszystko. Obiecam spełnić każdą jego fantazję.

Coraz lepiej. Coraz lepiej!

– Zbliżę się do niego – kontynuowała Sun. – Delikatnie musnę wargami…

No! – Kowalski nie potrafił utrzymać myśli na wodzy. – I…

– I WTEDY SIĘ OBUDZI! – skończyła Sun, mierząc go lodowatym wzrokiem.

Zatem wszelkie nadzieje przepadły.

– Sun to jedna z naszych najzdolniejszych diablic – powiedział diabeł z wyraźną dumą w głosie. – Ma pod swoimi skrzydłami wielu uznanych mieszkańców piekła.

– Jakieś przykłady? – zaciekawił się Kowalski.

– Hitler. Stalin… – wymieniała z dumą Sun.

– O! I jak im tutaj?

– Hitler mieszka w kwaterze bez okien i klamek.

– Też mi wielka kara.

– Razem z dziesięcioma Żydami!

– Jasna cholera! A Stalin?

– Podobna kwatera. Tyle, że do towarzystwa Świadkowie Jehowy.

Kowalski z trudem ukrył niepokój. Zna się na swojej robocie – pomyślał. – A wydaje się być taka słodka…

Podła wiedźma!

Nagle rozbolał go ząb.

– Pierwsze ostrzeżenie – rzuciła chłodno Sun.

– Zaraz… Więc ten ząb… To przez ciebie?!

Drugi ząb.

– Przecież nic nie powiedziałem!

I po chwili namysłu.

– Ani nie pomyślałem!

– Ale chciałeś!

I trzeci ząb.

– A to?!

– Żeby tym dwóm nie było smutno.

– Co za wstrętna małpa!

Oj…

– Jeszcze jedna taka uwaga, a poczujesz ból w zupełnie innym miejscu.

– Nie! Tylko nie tam!

– Właśnie tam.

– To chyba wszystko z mojej strony – powiedział diabeł, przybijając pieczątkę na kolejnym dokumencie. – Przejdziesz teraz do sali obok, weźmiesz grzecznie numerek i zaczekasz na wydanie zbioru przepisów.

– Jakich przepisów?

– Kodeks norm piekielnych, Regulamin egzystowania w piekle, Zakres obowiązków duszy potępionej…

– I ja mam to wszystko przeczytać? Przecież to zajmie całe wieki!

– A gdzie ci się spieszy?

– Ale po co to wszystko?

– Do uzyskania stosownych certyfikatów.

– I do czego mi one potrzebne?

– Do niczego.

– No przecież to…

– Bez sensu?

– Nie da się ukryć.

– I pewnie uważasz, że to zwykła strata czasu?

– Trudno się nie zgodzić.

– Witaj w piekle!

Diabeł parsknął niedobrym śmiechem.

Kowalski powoli podniósł się z krzesła. Zmierzając w kierunku drzwi, zajrzał do wnętrza otrzymanej od czorta, przepastnej teczki. Sam kwestionariusz duszy nieczystej liczył nieomal trzysta pozycji.

– Więc to tak wygląda piekło – rzucił na odchodne. – Muszę przyznać, że trochę inaczej to sobie wyobrażałem.

– Niech zgadnę – odparł diabeł. – Kotły, wrząca smoła, smród siarki?

Kowalski kiwnął twierdząco głową.

– To przeżytek! Pozbyliśmy się tego całe lata temu. Trzeba iść z duchem czasu!

Kowalski podszedł do drzwi. „Coś” nie pozwalało mu jednak opuścić gabinetu diabła. W dodatku upierało się, że rozmowa z całą pewnością nie została jeszcze zakończona. Zawrócił.

– Dlaczego ja właściwie trafiłem do piekła? – zapytał głosem obrażonego petenta. – Przecież za życia nie zrobiłem nic złego.

– Jasne. Jak wszyscy. Tutaj trafiają sami niewinni.

– Kiedy ja naprawdę…

– Podatki liczyłeś?

– Ponad pół życia.

– Naciągałeś przepisy na korzyść podatników?

– Nigdy!

– Sam widzisz. Twoja wina jest bezsporna.

– Zaraz. Skazujecie mnie za uczciwe wyliczanie podatków?!

– Nie istnieje coś takiego jak „uczciwy podatek”. Swoją wieloletnią, niegodziwą postawą przyczyniałeś się do grabienia niewinnych ludzi przez bezduszny aparat państwowy.

– Przecież wszyscy płacą podatki!

– A ty? Płaciłeś?

– No… Był taki przepis…

– I o czym ty chcesz dyskutować?

– Ale żeby od razu piekło. Litości! Może chociaż czyściec?

– Tego jeszcze nie grali. Z diabłem chcesz się targować?!

– Błagam! Daj mi szansę!

– Chcesz szansy? – Diabeł pogrążył się w zadumie. Nagle przez jego oblicze przemknął chytry, złośliwy uśmiech. – Dobrze. Dostaniesz. Będziesz mógł odzyskać utraconą za życia twarz.

– Dziękuję, litościwy!

– Panie! – oburzyła się Sun. – To przecież degenerat!

– Spokojnie, Sun – odparł beztrosko diabeł. – Chce szansy, niech próbuje.

– Na pewno nie zawiodę! – zakrzyknął Kowalski. – Powiedz mi tylko, co mam zrobić.

– O, nic trudnego. Zwyczajnie zajmiesz moje miejsce.

– Jak?!

– Przez trzy kolejne dni będziesz pełnił obowiązki diabła. Naturalnie, nie zwalnia cię to z konieczności odbywania swojej kary. Sun odpowiednio „umili” ci egzystencję w piekle. Nadal w końcu pozostajesz potępionym. Powiedzmy jednak, że w ramach chwili słabości daruję ci ten zbiór przepisów piekielnych. Pasuje?

– Musi.

– Świetnie. Rozwiąż zatem wszystkie bieżące problemy piekła, a czyściec stanie przed tobą otworem.

– A ty? Co będziesz robił?

– Jadę na ryby. Po tylu latach ciężkiej pracy należy mi się chyba w końcu jakiś urlop.

– Chcesz mnie z tym zostawić?!

– Sun we wszystko cię wprowadzi. Jakieś pytania?

– Zaraz… Moment… – Kowalski usiłował uporządkować myśli. Nic mu z tego nie wychodziło. – Chyba… Chyba nie… Chociaż… Może jedno.

– Tak?

– Skoro jesteśmy w piekle, to dlaczego jest tu tak potwornie zimno?

– Odcięli nam ogrzewanie.

Diabeł ponownie zaniósł się śmiechem.

I znikł.

 

III

 

Sun wskazała mu właściwą kwaterę. Kowalski nie od razu dostał się do środka. Jakiś czas tłukł w pozbawione klamki drzwi. Dopiero później, wsłuchawszy się w podszepty zdrowego rozsądku, zwrócił uwagę na stertę papierów porozrzucanych na szklanym blacie ustawionego nieopodal stolika.

Naturalnie.

Należało złożyć wniosek.

W pięciu egzemplarzach.

Uzupełniony dwunastoma załącznikami.

Z zadaniem tym uporał się Kowalski nie bez problemów. Nawet tak doświadczony wyga poległ na punkcie wymagającym motywacji wniosku. Gotowy formularz, celem skrócenia czasu oczekiwania, przyjmował specjalnie przystosowany do tego automat.

Odpowiedź przyszła po trzech godzinach.

Odmowna.

Wniosek zawierał błędy formalne.

Pozytywny skutek przyniosła dopiero czwarta jego korekta.

Poprzedzona rozmową z konsultantem.

Poprzedzoną wysłuchaniem „Sonaty Księżycowej”.

Dziewiętnaście razy.

Wnętrze kwatery imponowało przestronną nicością. Diabeł ani myślał ograniczać bogatej przestrzeni mieszkańcom piekła. W swojej wspaniałomyślności nie tylko więc nie zmuszał ich do posiadania szaf, ale odpuścił także łóżka, dywany, biurka, stoliki, a nawet okna i lampy.

Udostępnił za to mrok. I chłód. Kowalski, zwolniony z konieczności przyglądania się wnętrzu kwatery, przysiadł w jej kącie, opierając głowę o ścianę. Sen zjawił się wyraźnie spóźniony.

 

IV

 

Ocknął się nagle. Obolały i zły. Sun rzeczywiście przyśniła mu się ostatniej nocy. Zapomniała jedynie wspomnieć, że tuż przed przebudzeniem zdąży go jeszcze uderzyć w pewien czuły punkt, znajdujący się nieznacznie poniżej pasa.

I że po przebudzeniu nadal będzie bolało!

Spróbował otworzyć drzwi.

Zamknięte.

Pomysł wypełnienia wniosku odrzucił z góry. W tych egipskich ciemnościach brzmiał on równie rozsądnie, co chęć bezpośrednich negocjacji z drzwiami. Musiał istnieć jakiś inny sposób wydostania się z tej ciemni.

Jaki?

Szorując dłonią po ścianie natrafił na niewielki pulpit. Poniżej znajdowała się miniaturowa wersja klawiatury. Kowalski niepewnie przycisnął klawisz znajdujący się w jej lewym, górnym rogu.

Ekran natychmiast rozjaśnił mrok kwatery, witając go znajomym komunikatem:

NIEOCZEKIWANY BŁĄD SYSTEMU!

Po dziesiątej próbie restartu urządzenie wróciło do żywych.

Kolejne trzy godziny poświęcił Kowalski na rejestrację do Informatycznego Systemu Obsługi Wniosków Piekielnych.

Dalej miał już z górki.

Nieprawda!

Przyjazna ikonka „Wnioski” wyprawiła go w długą, wyboistą drogę ku szczęściu…

– Wniosek o otwarcie drzwi – wybierz jeden.

Kowalski zdecydowanym ruchem wybrał jedynkę, nie rozważając nawet pozostałych opcji.

– Pierwszy wniosek o otwarcie drzwi – wybierz jeden.

– Kolejny wniosek o otwarcie drzwi – wybierz dwa.

– Korekta wniosku o otwarcie drzwi – wybierz trzy.

Godzinę później…

– Wniosek o jednorazowe otwarcie drzwi – wybierz jeden.

– Wniosek o tymczasowe otwarcie drzwi – wybierz dwa.

– Wniosek o wielokrotne otwarcie drzwi – wybierz trzy.

Pięćdziesiąt niecenzuralnych komentarzy później…

– Wniosek o otwarcie drzwi celem wyjścia – wybierz jeden.

– Wniosek o uchylenie drzwi celem przewietrzenia – wybierz dwa.

– For English – choose three.

Trzydzieści sześć zakładek później…

NIEOCZEKIWANY BŁĄD SYSTEMU!

 

V

 

Czas upływał w piekle według własnych reguł. Zgodnie z zasadą postępującej złośliwości, wskazówki zegara poruszały się tempem odwrotnie proporcjonalnym do potrzeb potępionych. Zwalniały w kolejkach, stawały w poczekalniach, by nabierać gwałtownego rozpędu w chwilach nerwowości i pośpiechu.

Wskazówki zegara Kowalskiego mogły obecnie pełnić rolę wiatraka.

Zostało mu zaledwie dwa i pół dnia.

Kwadrans po dwunastej zjawiła się Sun. Wtedy dopiero zdołał Kowalski opuścić swoje luksusowe włości. Mimo wielkiej ochoty, nie odważył się jednak przy tej sposobności podziękować diablicy za niezapowiedziany dodatek do snu.

Pierwszy etap zwiedzania piekła prowadził na najniższą jego kondygnację. Idąc za Sun, pełniący obowiązki diabła Kowalski powoli przesuwał pokrętło ostrożności na poziom „Wszystko zamierza cię zabić!”. Stare, betonowe schody, poza swoją podstawową funkcją, oferowały również szereg dodatkowych atrakcji w postaci błyskawicznej korekty nosa czy nabijania ozdobnych siniaków. Charakterystyczny półmrok oraz zatęchłe powietrze budziły z kolei najgłębiej uśpione wspomnienia z lat wczesnego dzieciństwa. Do pełni obrazu brakowało jedynie potężnej szafy wypełnionej po brzegi domowymi przetworami oraz wściekłego dziadka, walczącego przy wsparciu niszczejącej piły z minimalnie nierówną nogą taboretu.

Na dole znajdował się długi korytarz. Sun, irytująco brzęcząc kluczami, usiłowała sforsować zardzewiałą kłódkę pierwszego ze znajdujących się tam pomieszczeń. Kowalski, wsparty dłonią o jedną ze ścian, snuł tymczasem alternatywne możliwości przedostania się do środka. Można było kichnąć. Tupnąć nogą. Zaklaskać w dłonie. Stare, spróchniałe, drewniane drzwi zdawały się gwarantować uległość wobec każdej z wymienionych metod.

Kłódka puściła. Sun, z ostrożnością godną sapera, delikatnie uchyliła wrota tajemniczej komnaty.

Nie rozpadły się.

Choć ich wątpliwej jakości konstrukcja zdawała się krzyczeć: „Jeszcze!”.

Weszli do środka. Ciasne pomieszczenie wypełniały rzędy metalowych regałów, uginających się pod ciężarem dziesiątek zakurzonych segregatorów. Wyglądało, że w te akurat rejony piekła zapuszczano się relatywnie rzadko.

I raczej nigdy z własnej woli.

– Gdzie my jesteśmy? – zapytał w końcu zniecierpliwiony już lekko Kowalski.

– W dziale księgowości – odparła Sun z zastanawiającą satysfakcją w głosie.

Kowalski zaksięgował to zdarzenie w rubryce „WYJĄTKOWO PODEJRZANE!”.

– Trzymacie księgowych w tak fatalnych warunkach?!

– Nie zatrudniamy żadnych księgowych.

– To kto zajmuje się finansami piekła?

– Niech pomyślę… W świetle ostatnich zmian… Ty!

Dawny księgowy zrobił marsową minę.

– Co wy właściwie trzymacie w tych wszystkich segregatorach? – zapytał.

– Zaległe płatności.

– Aż tyle?!

– Nie. Skąd. Aż tyle mamy w kolejnych pomieszczeniach.

– Żartujesz?! Przecież na ziemi to oznaczało pewne bankructwo!

– Ty! To zupełnie jak u nas!

Kowalski porwał pierwszy z brzegu segregator. Pożółkłe papiery absolutnie nie dawały się odczytać.

– Co to jest?

– Niech spojrzę… Chyba fakturki za kotły.

Kowalskim zatrzęsło. Nienawidził tego zdrobnienia! Nazwać tak poważny dokument „fakturką” znaczyło dla niego tyle, co określić wielkiego monarchę mianem „miłościwego królika”.

– Przecież diabeł mówił, że pozbyliście się kotłów.

– Gwoli ścisłości zajęła je windykacja.

Ja tu się chyba powieszę – pomyślał.

– Obawiam się, że niewiele ci to pomoże – powiedziała Sun, uśmiechając się od ucha do ucha. – Z piekła nie ma ucieczki.

Pełniący obowiązki diabła Kowalski kolejny raz usiłował uporządkować myśli. Panujący w jego głowie permanentny chaos zdawał się być jednak absolutnie nie do ogarnięcia. Nie mając lepszego pomysłu, porwał pierwszy lepszy segregator.

– A to? – zapytał tonem znudzonego wnuka, przeglądającego trzeci z kolei babciny album z okresu młodości.

– Zaległe fakturki za dostawy smoły i siarki.

Znów ten specyficzny akcent. Zdrabniała specjalnie!

(Rozbrzmiał gong. Rozpoczęła się druga runda wyniszczającej walki z niepokornymi myślami. Kowalski zaatakował szybką serią głupawych rozmyślań o niczym, dominując armię złośliwych określeń, z których jedynie żmija i jędza nadawały się do cytowania).

Ruszyli dalej. Kolejne pomieszczenia odkrywały przed Kowalskim pewien nieodkryty jak dotąd potencjał piekielnych finansów. Wysokie wieże umów kredytowych pozwalały myśleć o wytapetowaniu połowy co najmniej piekła. Drugie pół można było pokryć stertą ponagleń i wezwań do zapłaty. Z kolei ewidencje zaległych wynagrodzeń tworzyły całkiem wiarygodną perspektywę utworzenia solidnej floty papierowych statków. Na desant powietrzny świetnie nadawały się noty odsetkowe.

Dotarli do ostatniego z pomieszczeń. Lawina zaległych opłat czynszowych zasypała Kowalskiego natychmiast po uchyleniu drzwi.

– Jakim cudem nie wypowiedzieli wam jeszcze umów najmu? – zapytał chwilowy książę ciemności, wygrzebując się spod hałdy papierów.

– „Cud” to dobre określenie – odparła Sun z bezczelnym uśmiechem. Znać było, że wypełnianie obowiązków diablicy traktowała głównie w kategoriach rozrywki.

– Do kogo należą tereny zajmowane przez piekło?

– Do nieba.

– To piekło współpracuje z niebem?!

– Piekło należy do nieba, ośle!

– Mówże jaśniej, bo nic nie rozumiem.

– I z taką wiedzą chcesz kierować królestwem szatana?

– Istnieje kilka zdecydowanie trafniejszych określeń niż „chcesz”.

– Piekło powstało wyłącznie na potrzeby nieba. To dzięki naszemu istnieniu ludzie mają motywację, by dążyć do wiecznego zbawienia.

– I nie wydaje ci się dziwne, że w tej sytuacji to niebo narzuca wam opłaty?

– Oni twierdzą, że tak jest uczciwie.

– A wy im w to wierzycie?!

Sun naiwnie kiwnęła głową.

– Zostawmy to – powiedział zrezygnowany Kowalski. – Mam nadzieję, że złoża piekielnych przychodów prezentują się równie obficie.

– Jakie złoża?

– Przychodów. Zarobków. Wpływów.

– Nie kojarzę.

– Jak to?! Przecież piekło musi na siebie zarabiać!

– Naprawdę? Fascynująca teoria.

– A jak zamierzaliście spłacać zobowiązania?

– Zamierzaliśmy? Diabeł nic nie wspominał o podobnych planach.

– Zaraz. Od początku. W jakim celu, twoim zdaniem, otrzymujecie te wszystkie faktury?

– Sądziłam, że na pamiątkę.

– Święci Pańscy! Na co mi to było!… Oj, przepraszam.

– Ostatnie ostrzeżenie!

– Litości, Sun. Czy naprawdę tak trudno było się domyślić, że dostajecie te faktury, ŻEBY ZA NIE ZAPŁACIĆ?

– Trudno!

Sun obrzuciła go spojrzeniem naburmuszonego dziecka. Znikąd dostał ostrego ataku migreny.

– Czy nie? – dorzuciła po chwili.

– Trudno, trudno! – Rozsądek zdołał tym razem o ułamek sekundy wyprzedzić logikę.

Migrena jednak nie ustąpiła.

Wrócili na górę. Pełniący obowiązki diabła Kowalski szedł dumnym krokiem w kierunku swojego nowego gabinetu. Piastowane stanowisko wymagało w końcu odpowiedniej prezencji!

Poczekalnia pękała w szwach. Już z daleka widać było transparent o wiele mówiącej treści „Diabeł to kanalia!”. Kilka mniejszych tytułowało go z kolei zaszczytnym mianem mendy, złodzieja, bęcwała i łachudry. Dostęp do ABSOLUTNIE NIEGODNYCH RANGI STANOWISKA drzwi gabinetu blokowało kilkanaście zakapturzonych postaci. Kowalski odniósł wrażenie, że żadna z nich nie posiadała twarzy. Sun wyjaśniła, iż była to grupa niezadowolonych demonów. Za nimi koczowały jeszcze zwarte szeregi diabłów różnego stopnia.

Czyżby strajk?

– Zgadza się – potwierdziła natychmiast Sun.

– Czego oni chcą? – wyszeptał przerażony Kowalski.

– Sam zapytaj. Oto Adud. – Sun wskazała na kroczącego ku nim demona. – Przewodniczący Komitetu Strajkowego.

– O co wam chodzi? – zapytał Kowalski, uchylając się przed lecącym w jego stronę kartoflem.

– Żądamy założenia Wolnych Związków Zawodowych! – Adud wydukał z kartki pierwszy punkt listy postulatów. – Oczekujemy wolnych sobót, prawa do płatnych urlopów oraz premii za nadgodziny!

– I awansów! – dorzucił któryś z demonów.

– I awansów! – powtórzył bezmyślnie Adud.

– Niech będzie – odparł niepewnie Kowalski, zaskakując tą odpowiedzią wszystkich z sobą włącznie. – Zgadzam się.

– Tak… Tak po prostu?

– A jesteś skłonny do negocjacji?

– Po stokroć NIE!!! – Kolejna kartka podpowiedziała prawidłową odpowiedź.

– Sam widzisz. Muszę się zgodzić. Wpadnij jutro do mojego gabinetu. Omówimy szczegóły.

– Zaraz… To jakiś numer… Przyjdę jutro, a ty mnie oszukasz!

– Możesz przecież zabrać kolegów.

– A wezmę, wezmę!

– Brawo. Decyzja godna wybitnego stratega.

– I co teraz?

– Sugeruję się rozejść.

– Zapomnij!

– Spełniono wszystkie wasze żądania. Strajkując dalej wyjdziecie na zwykłych idiotów.

Adud spojrzał głupawo na resztę protestujących. Później wydał nakaz rozejścia.

Pełniący obowiązki diabła Kowalski wszedł niespiesznie do swojego gabinetu. Zmęczony, osunął się ostrożnie na ABSOLUTNIE NIEGODNY RANGI STANOWISKA fotel szefa. Sun wciąż była przy nim. Najwyraźniej na długach i strajku problemy piekła się nie kończyły.

– Jak zamierzasz spełnić żądania strajkujących? – Diablica zabrała się do wbijania ostatniego gwoździa do trumny Kowalskiego.

– Domyśl się – burknął ponuro dawny księgowy, gapiąc się na blat ABSOLUTNIE NIEGODNEGO RANGI STANOWISKA biurka.

Zapadła cisza. Sun, zamknąwszy oczy, wybrała się w ponowną podróż do krainy myśli Kowalskiego. Powitał ją mrok. Brnąc na ślepo, omijała tabuny utyskiwań na niesprawiedliwy los. Gdzieniegdzie natrafiała na skrzętnie poukrywane opinie na temat swojego charakteru. Zwłaszcza wstrętny małpiszon wyjątkowo nie przypadł jej do gustu. W końcu znalazła. Odpowiedź schowała się pomiędzy wredną larwą, a złośliwą czarownicą. Brzmiała krótko.

Nie mam pojęcia!

– Pozostaje nam jeszcze kwestia kilku niesfornych mieszkańców piekła – wycedziła przez zęby Sun, powróciwszy z krótkiej delegacji.

– Nie słyszałaś powiedzenia, że nie kopie się leżącego?

– Słyszałam. Dlatego kopię.

– Czymże zatem chcesz mnie dobić, okrutna diablico?

– Jak powiedziałam, kilka dusz nieczystych wymaga natychmiastowych restrykcji. Inaczej wymkną się spod kontroli.

– A konkretnie?

– Hitler. Stalin. Montezuma i… chwila. Zaraz znajdę.

– Pewnie Mao Zedong.

– Nie. Wiedźmy.

– Jakie wiedźmy?

– Wiedźmy z ZUS-u.

– A czego one chcą?!

– ZUS-u.

– Świetnie! Nawet po śmierci nie ma z nimi spokoju. Montezuma?

– Żąda prawa do składania ofiar.

– A jeśli odmówię?

– Grozi, że podpali całe piekło.

– No to przynajmniej będzie nam cieplej!

Kowalski próbował nadrabiać miną.

– Nie lekceważ go! To wariat!

– Tego akurat zdążyłem się domyślić. Co z pozostałą dwójką?

– Planują przejąć władzę nad piekłem.

– A to niespodzianka! Wspólnie?

– Nie. Każdy knuje na własną rękę.

– Czy to już wszystkie niespodzianki?

– Na dzisiaj tak. Życzę miłej nocy.

Sun zachichotała cicho pod nosem.

 

VI

 

Nocy tej Kowalski nie zmrużył oka. Coraz nachalniej napraszający się sen musiał jednak ustąpić miejsca sprawom bieżącym. Czas uciekał.

On tymczasem nie zrobił wciąż nic!

Sun nie zapomniała o nim. Troska o losy podopiecznych należała w końcu do jej obowiązków. W żartobliwym nawiązaniu do jednego z problemów uszczęśliwiła Kowalskiego zemstą Montezumy.

Pełniący obowiązki diabła Kowalski stukał nerwowo w klawisze klawiatury, popijając kolejną kawę z ABSOLUTNIE NIEGODNEGO RANGI STANOWISKA kubka z napisem „Love”. Zza potężnego pliku dokumentów widać już było jedynie czubek jego głowy. Niebawem zjawiła się Sun.

– Jak upłynęła noc? – zapytała diablica z niewinnym uśmiechem.

– Filozoficznie – odburknął Kowalski, nie odrywając wzroku od monitora.

– Nie rozumiem.

– Siedziałem i myślałem – Kowalski odburknął ponownie, kładąc mocny nacisk na pierwszy z wyrazów.

– Przybył Komitet Strajkowy.

– Prosić.

Komitet składał się z kilkunastu demonów. Reszta, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca w ciasnym gabinecie, zablokowała poczekalnię, nasłuchując rozstrzygnięć kluczowego etapu negocjacji.

– Witam szanownego Aduda i czcigodne demony. – Kowalski podniósł się z fotela, skłaniając z przesadnie udawanym szacunkiem.

– Nie ustąpimy nawet na krok! – rzucił z pamięci demon, szukając jednocześnie reszty wypowiedzi na pogniecionej kartce. – Wszystkie nasze postulaty muszą zostać spełnione!

– Oto postawa Przewodniczącego Komitetu Strajkowego! Demony muszą być z ciebie dumne, Adudzie.

– I co dalej? – Kartka najwyraźniej nie zamierzała udzielać żadnych dalszych instrukcji.

– Otwórzcie, proszę, drzwi. Chcę, by wszyscy mnie usłyszeli.

Zapadła cisza. Kilkanaście zaniepokojonych demonów skierowało pytające spojrzenia w stronę Aduda. Demon zamarł w nerwowym bezruchu. Znać było, że samodzielne myślenie nie należało do jego bazowych obowiązków.

– Wykonać! – krzyknął w końcu Adud głosem tak pełnym desperacji, jakby rozstrzygał właśnie czy przeciąć czarny, czy może jednak czerwony kabel tykającej bomby.

Polecenie niezwłocznie wykonano. Kowalski wyszedł na korytarz i przemówił do zgromadzenia pełnym podniosłości głosem.

– Ogłaszam, że z dniem dzisiejszym diabły dziesiątego stopnia zostają awansowane na diabły stopnia dziewiątego!

Głośny okrzyk „Hurra!” wypełnił całą poczekalnię.

UWAGA CZYTELNIK!

W tym miejscu autor, mając na uwadze troskę o drogocenny czas czytających oraz rażącą przewidywalność wypowiedzi Kowalskiego, pozwala sobie pominąć dalszy jej fragment, zamieszczając w zamian krótkie streszczenie.

Z oświadczenia wynikało, że każdy z diabłów zostaje awansowany o jeden stopień.

KONIEC KOMUNIKATU!

– Z kolei diabły pierwszego stopnia – ciągnął niestrudzenie Kowalski – z dniem dzisiejszym otrzymują awans na stanowisko demonów!

– Zaraz! A my?! – oburzył się Adud.

– Demonom, moim skromnym zdaniem, w uznaniu niewątpliwych zasług dla rozwoju piekła należą się wyłącznie fotele prezesów! No jest tak, czy nie?

JEST! Rozbrzmiała zgodna odpowiedź.

– Czyż po tych wszystkich latach ciężkiej posługi nie zasługujecie w końcu na coś lepszego?

ZASŁUGUJEMY!

– Czyż nie upokarza was walka o własne prawa, podczas gdy sami możecie decydować o wszystkim?

UPOKARZA!

I czyż nie dajecie się wodzić za nos jak skończone osły? – nie bez satysfakcji pomyślał Kowalski. Bawił się coraz lepiej. Stara zasada „Głupi tłum w tłumie” działała bez najmniejszego zarzutu. Spojrzał na Sun. Zdegustowana mina diablicy podpowiadała, że kolejna, nierozważna myśl nie umknęła jej czujnej uwadze.

I nie pozostanie bez konsekwencji! – dorzucił zaraz lodowaty wzrok.

– Co właściwie będę robił, jak już zostanę prezesem? – dopytywał się zaciekawiony Adud.

– Jak to, co? Siedział w fotelu, wydawał polecenia i liczył mamonę.

– A kto ją dla mnie zarobi? – Nieskomplikowana twarz Aduda zdradziła naraz śladowe ilości inteligencji.

– Twoi pracownicy! – Kowalski zaśmiał się serdecznie. – Co potrafisz robić, Adudzie?

– Tak najlepiej? To chyba… Hmm… W sumie to nic.

– Urodzony prezes! Co powiesz na to? – Kowalski wręczył Adudowi ulotkę reklamową.

 

PiekłoTour! Wycieczki po piekle!

Oferta dla wniebowziętych i dusz w czyśćcu cierpiących.

Nocleg gratis!

 

– Co to jest? – zdziwił się Adud.

– Twoja nowa firma! – odparł Kowalski. – Bilet do władzy i bogactwa!

– Naprawdę?

– Pewnie. Wystarczy jeden podpis. – Kowalski wyszukał stosowny formularz. – O tutaj.

– Ja też chcę być prezesem! – wyrwał się nagle kolejny z demonów.

– Żaden problem – odpowiedział przymilnie Kowalski. – Co potrafisz robić?

– To samo, co Adud.

– Sam go wszystkiego uczyłem! – krzyknął zachwycony Pan Prezes.

– Miło słyszeć – uśmiechnął się Kowalski. – Oto moja propozycja.

 

OdpustMarkt! Handel odpustami!

Dzień świętego spokoju dla każdego mieszkańca piekła!

Przystępne ceny! Rabat dla stałych klientów!

 

– Popyt gwarantowany! – dorzucił Kowalski.

– Biorę! – Uśmiechnięty demon aż podskoczył z radości. – Gdzie podpisać?

Podupadły piekielny biznes w szybkim tempie podnosił się z kolan. Efektowne, kolorowe ulotki znikały z biurka przejmowane przez rozochocone demony. Fantazja Kowalskiego pracowała bez żadnych zahamowań.

 

TYGODNIK PIEKIELNY! Jedyne niezależne źródło informacji!

Wkurza cię sąsiad? Masz dosyć teściowej?

Wykup artykuł już dziś! Zmieszamy z błotem, kogo dusza zapragnie!

 

ANGELS HUNTERS! Spółka bez żadnej odpowiedzialności.

Kompleksowe usługi dla nieba.

Nakłaniamy do grzechu. Wodzimy na pokuszenie.

Testujemy kandydatów do nieba.

Jedyna na rynku firma dokonująca selekcji potencjalnych wniebowziętych.

 

ANGELS HUNTERS BIS! Pełne wsparcie dla czyśćca.

Nie masz pewności, czy dusza jest godna wiecznego zbawienia?

Zgłoś się do nas! Sprawdzimy za ciebie.

Certyfikaty w cenie usługi.

 

Firma „MOCNI W WIERZE” oferuje hartowanie dusz niebieskich.

Przekonaj się, czy zbawiony nie kryje w sobie diabła.

 

RADIO PIEKŁO!

Nadajemy przez całą dobę! Na każdego!

Możliwość naubliżania wrogowi za przystępną cenę.

 

Biuro Pośrednictwa Pracy „PRACOHOLIK”.

Praca dla każdego! Pensja dla nikogo.

 

Usługi kurierskie „SZLAG BY GO TRAFIŁ!”.

Tylko teraz groźby i donosy jedynie za pół ceny.

 

WESOŁA WINDYKACJA”.

Odzyskiwanie długów. Nawet nienależnych.

 

Kowalski ani się spostrzegł, kiedy wszystkie demony stały się dumnymi posiadaczami własnych interesów. Na tym huczny strajk się zakończył.

 

VII

 

Pełniący obowiązki diabła Kowalski spojrzał z obawą na zegarek. Dobiegała dwudziesta. Dałby sobie rękę uciąć, że strajkowi demonów poświęcił nie więcej niż dwie godziny. Niechby i trzy.

Ale nie cały dzień!

Czas wyraźnie robił mu na złość. Na szczęście problemy znikały w szybkim tempie.

– Gdzie zamierzasz znaleźć pracowników do tych wszystkich firm? – zapytała znienacka Sun.

– Jak to, gdzie? – zdziwił się Kowalski. – Mamy tu przecież miliony potępionych.

– Chcesz im dać pracę?

– A pewnie! Dosyć już tej egzystencji na koszt piekła.

– Rozumiem, że mówimy o pracy nieodpłatnej?

– Nie. Damy im pensje.

– Zapomnij! Nigdy się na to nie zgodzę! Zarabiać to sobie mogą wniebowzięci. Potępieni mają harować za darmo!

– Zwariowałaś?! Męczenników chcesz z nich zrobić?! Pół roku takiej pracy i wezmą ich hurtem do nieba. Muszą dostać pensje. Uczciwie głodowe, upadlające wynagrodzenia. Oskładkowane do granic możliwości. Opodatkowane, czym tylko się da.

– Taki wariant mogę zaakceptować. Co zresztą problemów?

– Rozwiązane.

– Wszystkie?!

– Wszystkie.

– Wiedźmy z ZUS-u?

– Wyruszyły drogą tysiąca zaświadczeń.

– Czym wyruszyły?!

– Inaczej mówiąc, nasze drogie panie załatwiają obecnie wszelkie formalności związane z otwarciem pierwszego prywatnego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

– Ale nie załatwią ich, prawda?

– Kiedyś w końcu załatwią.

– I co wtedy?

– Zgodnie z obietnicą otworzymy im ZUS. Przygotowałem już nawet stosowny regulamin funkcjonowania tej placówki. Zwróć proszę uwagę na punkt czterdziesty siódmy.

Sun złapała gruby plik spiętych kartek, zerkając podejrzliwie na wskazaną przez Kowalskiego pozycję regulaminu. Po chwili na jej twarzy pojawił się wiele mówiący grymas niezrozumienia.

– Co ma znaczyć ten bełkot?

– W wolnym tłumaczeniu: każda niezałatwiona przez ZUS sprawa skutkuje karami umownymi na rzecz piekła.

– To znaczy…

– To znaczy, że szanowne panie będą musiały uwijać się jak w ukropie, jeśli nie chcą dokładać do interesu.

– Ty podły…

– Diable?

– Gnomie! Co z Montezumą?

– Otrzymał warunkowe zezwolenie na składanie ofiar.

– Ty się chyba zapominasz. Jesteśmy w piekle! Tutaj znęcamy się nad potępionymi.

– Powiedziałem przecież, że warunkowe.

– Jeszcze jedno niedomówienie, a najbliższej nocy znów ci się przyśnię. I to mniej litościwa niż ostatnim razem.

Szybki rachunek zysków i strat sugerował Kowalskiemu natychmiastowe złożenie wyjaśnień.

– Obywatel Montezuma może naturalnie składać cyklicznie ofiary, pod warunkiem uzyskania stosownych uprawnień. W tym celu należy ukończyć szereg odpowiednich kursów i szkoleń. Nawiasem mówiąc, drogich jak szlag.

– W końcu jednak zdobędzie te uprawnienia.

– Wtedy też otrzyma informację, iż jedyną dopuszczalną przez piekło formą składania ofiar jest samospalenie.

– Nadal uważasz, że nie zasłużyłeś na piekło?

– Ja tylko wypełniam swoje obowiązki.

– Jasne… Co z Hitlerem i Stalinem?

– Znalazłem im zajęcie.

– Czym się teraz zajmują?

– Sobą.

– Ty lubisz moje kary, prawda?

– Już wyjaśniam! Otóż dziś rano, w wyniku „fatalnej pomyłki”, obywatel Stalin otrzymał list zaadresowany do Hitlera.

– Co było w tym liście?

– Zawiadomienie, że dzierżawiona przez niego kwatera numer cztery zostaje mu przekazana na własność.

– Czekaj. Przecież to Stalin mieszka w kwaterze numer cztery.

– No właśnie. Można by pomyśleć, że Hitler specjalnie umieścił Świadków Jehowy w kwaterze dawnego wroga.

– Ty draniu! A Hitler?

– Cóż. Okazuje się, że dziś rano popełniono jeszcze jeden błąd…

– Sprytnie. Naprawdę sprytnie.

– Miło słyszeć.

– Obawiam się jednak, że w tym wypadku trochę poniosła cię wyobraźnia.

– Dlaczego?

– Stalin trafił do piekła później niż Hitler. Nie mógł zatem umieścić go w kwaterze z Żydami.

– Litości, Sun. Naprawdę wierzysz, że dam ci się złapać na taki prosty numer?

– Nie rozumiem.

– Wszystko dokładnie sprawdziłem. Przydział kwater wprowadzono w piekle ledwie trzydzieści lat temu. Zresztą, za twoją skromną sugestią.

– Touché! Ciekawi mnie tylko, jak zamierzasz podtrzymać ich konflikt?

– Bardzo prosto. Mamy przecież ”Tygodnik Piekielny”. Mamy „Radio Piekło”. Mogą sobie ubliżać do woli.

– A jeśli spróbują się porozumieć?

– Słyszałaś może o cenzurze?

– Jesteś najgorszym wcieleniem diabła!

– A dziękuję.

– Zadowolony z siebie?

– Bardzo.

– A zostały ci jeszcze długi. Masa długów.

– Znów pudło. Po założeniu nowych firm i aktywizacji bezrobotnych piekielna kasa szybko się zapełni. Samych podatków i składek powinno wystarczyć na pokrycie manka. Wygląda na to, że jestem na ostatniej prostej do czyśćca!

 

VIII

 

A trzeciego dnia odpoczywał…

Godzinę.

Później zjawiła się Sun.

Kowalski powitał ją pełen nowych sił. Ostatnia noc upłynęła mu zadziwiająco spokojnie. Rubryka „WYJĄTKOWO PODEJRZANE!” zyskała tym samym nową pozycję.

– Ty jeszcze niegotowy? – zapytała Sun z teatralnie odegranym zdziwieniem. – Za godzinę zjawią się przecież anioły.

– Jakie anioły?! – Kowalski rzucił na Sun spojrzenie człowieka, któremu wizja szczęścia nieoczekiwanie rzuciła się pod pociąg. – Nic nie wiem o żadnych aniołach!

– Nie? Cholerka… Byłam pewna, że ci mówiłam.

– Zrobiłaś to specjalnie!

– Tak myślisz?

Kowalskiego dopadła czkawka.

– T… T… T… Nie!

I czkawka przeszła.

– Anioły przybywają w sprawie zajęcia części piekła. Chodzi naturalnie o niezapłacone faktury.

– Przecież lada chwila wszystko im spłacimy.

– Obawiam się, że niebo nie zamierza dłużej czekać.

– Już ja im pokażę! Wołaj mi tu demony. Wszystkie!

– Co mam im powiedzieć?

– Że w ramach troski o harmonijny rozwój ich firm, udzielę im bezpłatnego szkolenia w zakresie tworzenia dokumentów.

Trwały jeszcze ostatnie prace, gdy Sun zaanonsowała przybycie aniołów. Kowalski powitał je z wszelkimi honorami.

– Witam szanowną reprezentację nieba. Jak podróż?

– Nie najgorzej – odpowiedział wyższy z aniołów. Wyglądało, iż to on był liderem tej skromnej delegacji. – Szkoda, że w tak przykrej sprawie.

– Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się w nieco bardziej przyjaznych okolicznościach.

– I my w to głęboko wierzymy. Kiedy piekło będzie gotowe opuścić zadłużone nieruchomości?

– Niezwłocznie. Nie zamierzamy stwarzać żadnych niepotrzebnych problemów.

– Miło słyszeć.

– Wszelkie sprawy formalne możemy w zasadzie załatwić od ręki. Poproszę o potwierdzenie zapłaty podatku.

– Podatku?

– O tak. Proszę łaskawie spojrzeć. Artykuł siódmy, punkt drugi ustawy o podatku piekielnym. Przez opodatkowaną dostawę towarów rozumie się również ich nieodpłatne przekazanie.

– Obawiam się, że nie rozumiem.

– Już tłumaczę. – Kowalski pospiesznie uruchomił tryb „Bełkotliwy księgowy”. – Powyższy zapis oznacza, iż obejmując pełnię praw do kontroli nad daną nieruchomością w drodze nieodpłatnego przejęcia, należy naliczyć, a następnie uiścić stosowny podatek należny równy wartości podatku naliczonego od kwoty sprzedaży danego obiektu, możliwej do uzyskania zgodnie z jego ceną rynkową na dzień nieodpłatnego przejęcia. Czy brzmi jasno?

– Nie bardzo.

– Zatem inaczej. Piekielny Urząd Podatkowy jako organ właściwy na terenie piekła do poboru należności podatkowych, ma obowiązek, celem należytego zabezpieczenia interesów piekła przed zamierzonym unikaniem opodatkowania oraz zaniżaniem podstawy opodatkowania, zobowiązać podmiot obejmujący pełnię praw do kontroli nad daną nieruchomością w drodze nieodpłatnego przejęcia do uiszczenia stosownego podatku należnego, stanowiącego rekompensatę dla Piekielnego Urzędu Podatkowego z tytułu utraty wpływów podatkowych możliwych do uzyskania w przypadku sprzedaży danej nieruchomości bądź zaistnienia opodatkowanych przychodów z tytułu prowadzenia na terenie obiektu działań o charakterze handlowym, usługowym lub produkcyjnym. Jak teraz?

– Trochę to skomplikowane.

– Krótko mówiąc, przejęcie nieruchomości bez zapłaty podatku uznawane jest w piekle za ciężkie przestępstwo.

– Ojej!

– Podobnie rzecz ma się z podatkiem od aureoli. Nie wątpię jednak, że to zobowiązanie zdążyliście już uiścić.

– Musiało nam umknąć…

– To bardzo niedobrze. Windykacja piekielna z pewnością zechce zająć wasze skrzydła na poczet długów.

– Ale jak my wtedy wrócimy?

– Piekło oczywiście zwróci wam skrzydła, gdy tylko należność zostanie uregulowana.

– I nic nie da się zrobić?

– Cóż… Chyba mam pewien pomysł.

– Naprawdę?! To cudownie!

– Rzućcie proszę okiem.

Pełniący obowiązki diabła Kowalski podsunął w stronę aniołów plik zadrukowanych drobną czcionką dokumentów. Na każdym z nich widniał tajemniczo brzmiący napis „Kompensata”.

– Co to? – zapytał zdziwiony anioł.

– Kompensata wzajemnych zobowiązań. Dzięki niej zaległy podatek od aureoli w jednej chwili odejdzie w niepamięć. Wystarczy tylko pieczątka i podpis.

Anioł, zachęcony nagłą wizją ocalenia skrzydeł, przybił bezzwłocznie stosowny stempel.

– I problem z głowy – powiedział Kowalski z miną pozornie życzliwego urzędnika. – Jeden podatek mniej.

– Jak to, jeden?

– Zostały nam jeszcze: podatek ekologiczny od redukcji zużycia smoły i siarki, podatek od nieodpłatnie świadczonych usług na rzecz nieba, opłata drogowa od skrzydlatych środków transportu… Przyznaję z przykrością, że niebo zaniedbało trochę płatności wobec piekła.

– A nie dałoby się użyć tej…

– Kompensaty? Nie widzę przeszkód.

Kowalski podsunął przepastny plik papierów.

I kolejny.

I następny.

Anioł podbijał wszystko bez zmrużenia oka.

– A co z naszą sprawą? – Nieco zdezorientowany delegat nieba przypomniał sobie w końcu o powodzie wizyty.

– Chodzi o zaległości czynszowe?

Anioł kiwnął twierdząco głową.

– Pragnę z przyjemnością poinformować, że wszystkie zaległości zostały uregulowane.

– Naprawdę? – ucieszył się anioł.

Pełniący obowiązki diabła Kowalski wskazał na rejestr zaległych faktur. Przy każdej z nich widniała znajoma adnotacja „Skompensowano”.

– A tak przy okazji. Słyszeliście już może o najnowszej ofercie piekła dla nieba. Nasze nowoczesne firmy mogą wyręczyć was we wszystkim. Wystarczy tylko pieczątka i podpis…

 

IX

 

– Wstawaj! – Ponury głos diabła wyrwał go ze snu.

– Już jesteś? – Bezprzytomny jeszcze Kowalski uśmiechnął się na widok czorta. – I jak ryby? Brały?

– Coś ty najlepszego narobił?! Za godzinę będzie tu kurator niebiański. Piekło chcą mi odebrać!

– Zaraz… Czekaj… Co?!… Ale za co?!

– Za co?! Za manipulację wysłanników niebiańskich oraz ustawiczne działanie na niekorzyść piekła! – diabeł wykrzyczał fragment otrzymanego zawiadomienia.

– A czego oni oczekiwali po piekle? Uczciwości?

– Już ja się tobą zajmę! – Teraz dopiero zauważył Kowalski stojącą w kącie gabinetu Sun. – Żadnej litości. Przygotuj się na największy koszmar każdego mężczyzny.

– Teściową?! – przeraził się Kowalski.

– Prysznic? – Diabeł włączył się do zabawy.

– Nie – zaprzeczyła Sun. – Bezwzględny, morderczy, bezlitosny KATAR!

– Nie! – Kowalski nieomal padł na kolana. – Zaczekajcie. Ja… Ja wszystko naprawię!

– Niczego nie będziesz naprawiał! – zawyrokował diabeł. – Dosyć już napsułeś.

– Obawiam się, że musisz dać mi spróbować. – Kowalski uznał, że nie ma już nic do stracenia.

– To ma być żart?

– Nie. Zgodnie z konwencją konkursu jako główny bohater i upadły protagonista zarazem, powinienem otrzymać możliwość odzyskania utraconej twarzy.

– Miałeś swoją szansę!

– W regulaminie nie ma ani słowa o tym, że ma to być tylko jedna szansa.

– Sun. Jak to wygląda z perspektywy Kodeksu prawa piekielnego?

Diablica bezradnie wzruszyła ramionami.

– Pomyśl, diable. – Kowalski poszedł za ciosem. – Nie macie już przecież nic do stracenia.

Zapadła cisza. Diabeł zatracił się w nerwowej zadumie. Czekając na wyrok, Kowalski spojrzał z głębokim lękiem na bezlitosny zegarek. Jego wskazówki gnały jak spóźniony podróżny na ostatni autobus. Gdyby tylko mógł, oskarżyłby je o mobbing.

– Niech ci będzie. – Zrezygnowany diabeł machnął bezradnie ręką. – Walcz o przyszłość swoją i naszą.

– Panie! – Sun tupnęła ze złości nogą. – Po tym wszystkim chcesz dać mu szansę?!

– Jest naszą jedyną nadzieją.

– Nieprawda. Na pewno zdołasz coś wymyślić. Jesteś diabłem!

– Spójrzmy prawdzie w oczy, Sun. Ja się chyba wypaliłem…

Kowalski poczuł nagły przypływ adrenaliny. Może jeszcze nie wszystko stracone?

Myślał teraz najintensywniej jak potrafił. Przepełniająca go energia rozglądała się z nadzieją za jakimś ponętnym rozwiązaniem. Niestety. Inwencja twórcza akurat w tym momencie musiała się upomnieć o zaległy urlop.

Denerwował się. Lada moment miał przybyć ten przeklęty kurator niebiański. On tymczasem wciąż nie miał żadnego pomysłu!

Naraz pojawił się błysk.

Nie za późno?

Do przybycia kuratora pozostawał niecały kwadrans. Wolałby pewnie trochę więcej, ale co można…

– Sun! – krzyknął Kowalski, tchnięty nową wiarą w ocalenie. – Wołaj mi tu demony!

– W jakim celu? – zdziwiła się diablica.

– Powiedz, że niebo chce im odebrać firmy. Muszą protestować! Natychmiast!

– Strajk to nie zupka chińska, żeby go przygotować w pięć minut!

– Mają dwie godziny. Najwyżej trzy. Niech przygotują kukłę kuratora. I zapałki!

Kowalski dopadł do komputera. Palce tłukły z impetem w klawiaturę, jakby od tego zależało życie ich właściciela.

Jeszcze tylko osiem minut…

– Co ty kombinujesz? – Pociąg zwariowanych wizji Kowalskiego zostawił diabła na poprzednim peronie.

– Nie teraz. Nie mamy czasu!

– Ale…

– Czy piekło dysponuje jakimś polem?

– Polem?!

– Potrzebuję kilku kilometrów wolnej powierzchni.

– Mamy plac zbawienia. Kilkadziesiąt hektarów suchej ziemi zasypanej sianem. Potępieni szukają tam zagubionej igły. Jeśli znajdą, pójdą prosto do nieba.

– Tam nie ma żadnej igły, prawda?

– Nie ma. Ale oni o tym nie wiedzą.

– Tak czy inaczej trzeba to pole natychmiast oczyścić.

– Ale po co?!

– Diable, czas!

Do przybycia kuratora pozostawała zaledwie minuta…

– No dobrze. Ale to potrwa kilka godzin.

– Trudno. Coś wymyślę.

W tym momencie rozległo się głośne stukanie do drzwi. Diabeł pospiesznie opuścił gabinet, nie poświęcając kuratorowi nawet pół słowa.

– Pan, to? – zapytał kurator z wyraźną wyższością w głosie.

– Piotr Kowalski. Pełnomocnik diabła.

– Już nie. Zwalniam pana!

Szybki jest – pomyślał Kowalski. – Szybki i dumny. A od dumy już tylko krok do głupoty…

– Zwolnienie przyjęło się wręczać na piśmie. – Kowalski rozpoczął subtelny kontratak. – Pańskie papiery?

– Proszę.

Tamten wręczył stosowny dokument. Kowalski spojrzał na niego z nadzieją, badając wnikliwie każdy fragment zawiłej treści.

Niestety.

Ustanowienie kuratora zwierzchnikiem piekła w żaden sposób nie dawało się podważyć.

Cholerne niebiańskie gryzipiórki!

– Zwolnienie przyjdzie pocztą – rzucił beztrosko kurator, przymierzając się do fotela szefa.

– Bardzo mi to odpowiada. Co z procedurą przejęcia piekła?

– Uważam ją za zakończoną.

– Świetnie. Oto stosowny protokół. Wystarczy jeden podpis. Długopis?

– Dziękuję. Mam pióro.

Kurator złożył zamaszystą parafę.

– To chyba wszystko. – Kowalski ruszył niespiesznie w kierunku drzwi. – Swoją drogą, gratuluję odwagi. Przejąć piekło w tak fatalnej kondycji. Na dodatek zupełnie w ciemno. Brawura godna japońskiego kamikaze.

Kowalski powoli ułożył dłoń na klamce. Wiedział, że tamten nie pozwoli mu wyjść.

– Zaraz! – krzyknął kurator. – Nie tak prędko!

– O co chodzi?

– Pan chciał mnie oszukać!

– Ja?

– Pewnie! Podobnie jak wcześniej anioły. Czy pan myśli, że niebo składa się z samych idiotów?!

– Gdzież bym śmiał.

– Żądam szczegółowej procedury przejęcia!

– Ale pan podpisał…

– Dokument jest nieważny! – Kurator bez namysłu przedarł podpisany protokół. – Proszę natychmiast przystąpić do działań!

 

X

 

Pierwsza godzina procedury przejęcia…

– Oto nasz dział księgowości – powiedział Kowalski szarpiąc się z kłódką.

Puściła.

Razem z drzwiami.

– Ta stara piwnica?! – Kurator nie skrywał oburzenia. – To jakiś dowcip?!

– W żadnym razie. Żartujemy wyłącznie z potępionych.

I z nadętych bufonów w garniturach – dopowiedział Kowalski w myślach.

Bo chyba kurator nie potrafił w nich czytać?

– Co trzymacie w tych segregatorach? – zapytał kurator, nieśmiało przeglądając zawartość pierwszego z pomieszczeń.

– Skrupulatnie ewidencjonowane zadłużenie piekła.

– To wszystko są długi?!

– Ależ skąd. To tylko drobny odsetek.

 

Szósta godzina procedury przejęcia…

– A tutaj, faktura numer 125674895/A/PIEKŁO. – Kowalski przedstawił kuratorowi kolejny pożółkły dokument. – Dotyczy ostatniej dostawy siarki do piekła. Obawiam się, że ciągle niezapłacona.

– Jak można było doprowadzić piekło do takiej ruiny?! Będziecie mi za to odpowiadać!

– Ostanie lata faktycznie trudno uznać za udane.

– Kto sprawuje pieczę nad finansami?

– Niech pomyślę… W świetle ostatnich zmian… Tak. Zdecydowanie pan.

Musiał teraz przyznać, że z innej perspektywy złośliwości Sun rzeczywiście zdawały się być całkiem zabawne.

 

Dwunasta godzina procedury przejęcia…

– Ostanie pomieszczenie. Trzymamy w nim faktury czynszowe. Czy moje porozumienie z niebem zostaje utrzymane w mocy?

– Nie. Zawarto je bezprawnie.

– Szkoda. Zatem każdą z tych faktur należy uznać za zaległą.

– To skandal!

– Przepraszam za niedyskrecję, ale… czy zdążył pan… ukryć swój majątek?

– A cóż to za pytanie?!

– Sam pan rozumie. Zwierzchnik królestwa ciemności odpowiada za zobowiązania piekła całym swoim majątkiem. Komornik tylko czeka na stosowną okazję…

Kurator wyraźnie pobladł.

 

Czternasta godzina procedury przejęcia…

– Gdzieś pan mnie przywlókł?!

– Oto plac zbawienia. Przedstawię panu teraz uproszczony rachunek minusów i strat.

– Chyba zysków i strat?

– Piekło nie wykazuje żadnych zysków.

– To już zakrawa na kpinę! I jeszcze to miejsce. Co za głupi pomysł, żeby mnie tu ciągnąć?

– A co ja zrobię, że tylko tutaj mogę rozwinąć czterokilometrowy dokument?

 

Tuż przed północą…

– Co to jest?! – Kurator zatrzymał się, osłupiały.

– Strajk demonów.

– Czego one chcą?!

– Zaraz się dowiemy. Proszę za mną.

– Nie ma mowy! Przecież one… palą moją podobiznę!

– To jeszcze nic. Później pozna pan Montezumę. Ten to dopiero pali na potęgę. Ostatnio zagroził, że puści z dymem całe piekło.

– Dosyć na dziś! Jestem zmęczony.

– A co z przejęciem piekła?

– Jutro!

 

XI

 

Kowalski wrócił do swojej kwatery. Wycieńczony do cna, przysiadł nieporadnie w ulubionym kącie, czekając z utęsknieniem objęć Morfeusza. Bezlitosny katar-morderca długo jednak nie pozwalał mu zasnąć. Miał za to sporo czasu na myślenie.

Głównie o tym, że to przeklęte przeziębienie nie daje mu spać!

Krótko po szóstej zjawił się diabeł.

– Kowalski! Mordo ty moja!

– Diabeł?! Co się stało?

– Kurator się wycofał! Oddali mi piekło!

– A moje umowy z aniołami?

– Obowiązują! Niebawem będziemy bogaci!

– Czy to znaczy, że ja… trafię do czyśćca?

– Lepiej, mój Kowalski. Lepiej! Idziesz prosto do nieba!

– Naprawdę?! To fantastycznie!

– Ktoś w końcu musi wygrzebać raj z tej finansowej ruiny, w którą go wpędziłeś…

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Sympatyczny tekst, spodobał mi się pomysł na fabułę. :-)

Ech, wpuścić gdzieś księgowego… Przypomina mi się stary dowcip:

 

Rosyjska parada wojskowa. Zaproszonym gościom zagranicznym ktoś wyjaśnia, co się dzieje:

– Maszeruje piechota. Za nimi artyleria.

Na placu pojawia się coraz gorsza broń. Działa, czołgi, latają samoloty…

– A na tych wielkich lawetach?

– Głowice jądrowe.

Na końcu jedzie niepozorny łazik, a w nim kilku ludzi w szarych mundurach.

– A to kto?

– To są ekonomiści!

 

Mam wrażenie, że dialogi są trochę na siłę błyskotliwe. Pewnie niektóre można skrócić, a za to rozwinąć didaskalia, które potraktowałeś po macoszemu.

Ale ogólnie na plus. I potęga księgowego jest ogromna.

Interpunkcja niedomaga. Wołacze, CM, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Jeden paskudny ortograf.

Pamięć, w przypływie litości, zgodziła się podrzucić kilka nieskładnych strzępek ostatnich zarejestrowanych wspomnień.

Strzępek (w tym znaczeniu) jest rodzaju męskiego.

– I każe jak najokrutniejszy kat – rzuciła Sun z wyraźną pogardą w głosie.

Ojjj. Sprawdź w słowniku, co znaczy “każe”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Fajny pomysł na obrotnego księgowego i takoż opisana jego działalność w charakterze  zastępcy diabła.

Czytało się całkiem nieźle, bo rzecz została podana lekko i dowcipnie, choć miejscami miałam wrażenie lekkiego przegadania. Kładę to jednak na karb specyficznego wyłuszczania przez Kowalskiego jego kolejnych poczynań. ;)

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Przy­stro­jo­ny w gar­ni­tur… –> Wy­stro­jo­ny w gar­ni­tur

Za SJP PWN: przystroić 1. «przybrać kogoś lub coś jakimiś ozdobami»

 

Po­tęż­ny głos dia­bła za­niósł się po całej po­cze­kal­ni. –> Po­tęż­ny głos dia­bła ­niósł się po całej po­cze­kal­ni.

Można zanosić się płaczem/ szlochem, ale głos może się nieść, nie zanosić.

 

WY­GLĄ­DA JAK MI­LION DO­LA­RÓW I KAŻE JAK NAJ­OKRUT­NIEJ­SZY KAT. –> WY­GLĄ­DA JAK MI­LION DO­LA­RÓW I KARZE JAK NAJ­OKRUT­NIEJ­SZY KAT.

 

Uzu­peł­nio­ny o dwa­na­ście za­łącz­ni­ków. –> Uzu­peł­nio­ny dwunastoma załącznikami.

Uzupełniamy coś czymś, nie o coś.

 

zdąży go jesz­cze ude­rzyć nie­znacz­nie po­ni­żej pasa. –> Czy zdąży go uderzyć nieznacznie, czy nieznacznie poniżej pasa?

 

Ko­wal­ski po­rwał za pierw­szy z brze­gu se­gre­ga­tor. –> Ko­wal­ski po­rwał pierw­szy z brze­gu se­gre­ga­tor.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

po­rwał za pierw­szy lep­szy se­gre­ga­tor. –> …po­rwał pierw­szy lep­szy se­gre­ga­tor.

 

nada­wa­ły się do cy­to­wa­nia.) –> Kropkę stawiamy po zamknięciu nawiasu.

 

…pe­wien nie od­kry­ty jak dotąd… –> …pe­wien nieod­kry­ty jak dotąd

 

Dia­bli­ca za­bra­ła się za wbi­ja­nie ostat­nie­go gwoź­dzia… –> Dia­bli­ca za­bra­ła się do wpijania ostat­nie­go gwoź­dzia

 

Gdzie­nie­gdzie na­tra­fiała na skrzęt­ne po­ukry­wa­ne… –> Literówka.

 

JEST! Za­nio­sło się zgod­nie. –> Dokąd się zaniosło?

 

RADIO PIE­KŁO!

Na­da­je­my przez całą dobę! Na każ­de­go! Moż­li­wość na­ubli­ża­nia wro­go­wi na wizji za przy­stęp­ną cenę. –> Wizja w radiu? W radiu to chyba fonia.

 

Ko­wal­ski ani do­strzegł, kiedy wszyst­kie de­mo­ny… –> Ko­wal­ski ani się spo­strzegł, kiedy wszyst­kie de­mo­ny

 

Sun zła­pa­ła za gruby plik spię­tych kar­tek… –> Sun zła­pa­ła gruby plik spię­tych kar­tek

 

A nie dało by się użyć tej Kom­pen­sa­ty? –> A nie dałoby się użyć tej Kom­pen­sa­ty?

 

Palce tłu­kły z im­pe­tem w kla­wi­sze kla­wia­tu­ry… –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niniejszym obiecuję, że następny mój tekst już NA PEWNO trafi na betalistę.

Zdecydowanie za dużo tych błędów. :(

 

Finklo,

dziękuję za odwiedziny i komentarz.

“Sympatyczny tekst” brzmi całkiem pozytywnie, więc wierzę, że nie zmarnowałaś czasu przy tym (przydługim nieco) gniocie. :)

 

Mam wrażenie, że dialogi są trochę na siłę błyskotliwe. Pewnie niektóre można skrócić, a za to rozwinąć didaskalia, które potraktowałeś po macoszemu.

Litościwa ocena. :) Ja miałem poczucie, że ten mój tekst jest zdecydowanie przegadany. Głównie dlatego, że powstał trochę ponadplanowo. Pomysł przyszedł nagle. Czasu miałem dosyć mało. Pisałem więc trochę “na wariata”. Zwłaszcza, że jednak planowałem skorzystać z betalisty. Gdybym skończył tydzień wcześniej, pewnie by się tam znalazł.

 

Ojjj. Sprawdź w słowniku, co znaczy “każe”. Możesz się zdziwić.

Sprawdziłem. I rzeczywiście nie ukrywam zdziwienia. :)

Błąd oczywiście poprawiłem. Gorzej z brakującymi przecinkami. Tutaj poniosłem sromotną klęskę. :(

 

Reg,

ogromne podziękowania za wytrwałą walkę z moją grafomanią. Twoja cierpliwość sprawia, że inni będą się męczyć zdecydowanie mniej. Chociaż tytuł podpowiada, że powinno być chyba odwrotnie. :)

Dwa pytania.

 

Diablica zabrała się za wbijanie ostatniego gwoździa… –> Diablica zabrała się do wpijania ostatniego gwoździa

Dlaczego “wpijania” ?

 

Palce maltretowały klawisze klawiatury, jakby od tego zależało życie ich właściciela.

Czy teraz brzmi dobrze?

Klik!:)

p.s. zdaje się, że powinienem uzasadnić: po pierwsze – (prawie) żelazna konsekwencja i logika wewnętrzna. To się po prostu kupy trzyma. Po drugie – nienachalna satyra. Po trzecie – humanizm całości. Dziwne, nie? A jednak! No i w końcu – przeczytałem CAŁE opowiadanie z przyjemnością, a dropy po drodze mi nie przeszkadzały. Rada: ponanoś szybko poprawki życzliwych Czytelników, a klików zapewne będzie więcej. Pozdr.

Podziękował, Rybaku.

 

No i w końcu – przeczytałem CAŁE opowiadanie z przyjemnością, a dropy po drodze mi nie przeszkadzały.

Oprawię sobie ten fragment w ramkę. :)

 

Poprawki wprowadzam na bieżąco. Jeżeli ktoś poświęca swój czas, żeby stworzyć mi możliwość poprawy błędów, to należy to docenić i wykorzystać.

“Sympatyczny tekst” brzmi całkiem pozytywnie, więc wierzę, że nie zmarnowałaś czasu przy tym (przydługim nieco) gniocie. :)

Nie, bawiłam się całkiem nieźle. Gdyby nie ten paskudny ortograf, też bym kliknęła.

Babska logika rządzi!

@CM, bardzo fajne. Podobało mi się.  Zabawne i kupiłeś mnie porównaniami “księgowymi”.  Zamieszczę przykłady po powrocie do domu, bo z telefonu – kłopot. 

Gratuluję konsekwencji trzymania się piekielnego klimatu i postaci  Sun (imienia naturalnie  też).

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mnie nie kupiło aż tak bardzo, nawet nieco znużyło, może po części dlatego, że humor środowiskowy jest dla mnie mało czytelny, a ogólne grepsy jednak dość typowe. Na tle wielu czytanych tu ostatnio historyjek “pośmiertno-piekielnych” wypada nie najgorzej, ale to tyle. Temat biurokracji w piekle jest dość zgrany, była nawet taka humorystyczna powieść “666 stopni Fahrenheita”, w całości oparta na podobnym pomyśle, więc nowością mi tu też specjalnie nie powiało…

Ale źle też nie jest.

 

Na samym początku wpadasz w klasyczną pułapkę związaną z nienazywaniem rzeczy (a raczej ludzi) po imieniu, czyli zaimkozę (niepotrzebną, bo potem bohater się nazywa):

“Flegmatyczny głos komputera wypchnął go z głębokiego zamyślenia. Zastanawiał się właśnie, jakie złośliwe wiatry przygnały go w tak osobliwe miejsce. Obszerna poczekalnia robiła na nim wrażenie wizualnie obłąkanej.”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

CM, niezmiernie się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. :D

 

Dia­bli­ca za­bra­ła się za wbi­ja­nie ostat­nie­go gwoź­dzia… –> Dia­bli­ca za­bra­ła się do wpi­ja­nia ostat­nie­go gwoź­dzia

Dla­cze­go “wpi­ja­nia” ?

Ano dlatego, że popełniłam literówkę. :(

Winno być, rzecz jasna: Dia­bli­ca za­bra­ła się do wbi­ja­nia ostat­nie­go gwoź­dzia

 

Palce mal­tre­to­wa­ły kla­wi­sze kla­wia­tu­ry, jakby od tego za­le­ża­ło życie ich wła­ści­cie­la.

Czy teraz brzmi do­brze?

No, nie o to mi chodziło. Mogła zostać i pierwsza wersja, tylko bez nie najlepiej brzmiących klawiszy klawiatury, bo to trąci masłem maślanym.

Ponieważ wiadomo, że Kowalski pisze, moim zdaniem wystarczy: Palce tłu­kły z im­pe­tem w kla­wi­sze… Lub: Palce tłu­kły z im­pe­tem w kla­wiaturę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie, bawiłam się całkiem nieźle. Gdyby nie ten paskudny ortograf, też bym kliknęła.

Finklo, widziałem po godzinie komentarza, że “Męki piekielnie” musiałaś czytać dosyć późno. Nie mogło ci się przy tym błędzie trochę zdrzemnąć. :)

Oczywiście żartuję. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. :(

 

Asylum, bardzo się cieszę, że ci się podobało. Widzę po komentarzu, że planujesz go rozbudować, więc też nie będę się jeszcze rozpisywać.

 

Drakaino, ja tylko czekałem, aż ktoś da mi po głowie za ten nadmiar “księgowości” w tekście. Planowo miało być go mniej. Znacznie mniej. Ale później koncepcja zderzyła się z umiejętnościami. Efekt tej kraksy miałaś okazję przeczytać. :)

 

Na samym początku wpadasz w klasyczną pułapkę związaną z nienazywaniem rzeczy (a raczej ludzi) po imieniu, czyli zaimkozę (niepotrzebną, bo potem bohater się nazywa):

“Flegmatyczny głos komputera wypchnął go z głębokiego zamyślenia. Zastanawiał się właśnie, jakie złośliwe wiatry przygnały go w tak osobliwe miejsce. Obszerna poczekalnia robiła na nim wrażenie wizualnie obłąkanej.”

Ten błąd zawdzięczam własnej głupocie. Uparłem się, że Kowalskiego przedstawię dopiero przy pierwszym dialogu. Przez to kombinowałem w tym fragmencie jak koń pod górę.

 

Ale źle też nie jest.

Super zdanie. Takie “na zachętę”. :)

 

Reg, ślicznie dziękuję za odpowiedź. Może następnym razem będziesz miała przy moim tekście trochę mniej roboty. :)

 

Bardzo proszę, CM.

 

Może następnym razem będziesz miała przy moim tekście trochę mniej roboty. :)

I ja mam nadzieję, że słowo ciałem się stanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie mogło ci się przy tym błędzie trochę zdrzemnąć. :)

CM, z czym do sowy? ;-)

Babska logika rządzi!

Czytało się dobrze, moim zdaniem,  dlatego że nie zboczyłeś z odwoływania się do wyobrażenia piekła i ich zarządzających. To dla mnie jeden z głównych walorów Twojego opowiadania. Konsekwencja.

Czy przegadane? – może trochę. Rozumiem to, ponieważ niosła ciebie wena, flow i samemu trudno ocenić, co jest już nadmiarowe. Bawiłeś się podczas pisania. Jest mi to bliskie i nie wiem co zrobić potem, jak ocenić, co jest zbędne. Pewnie doświadczenie.

Czy interpunkcja i składnia kuleje – tu jestem dyletantem, lecz byłabym ostrożna, gdyż dla mnie poprawność=brak swojego głosu. Co prawda, istnieje granica, lecz dla mnie jest jak na razie niewidzialna. 

 

Co mi się spodobało (w rankingowej kolejności):

*humor i odwołanie do ludzkich doświadczeń, księgowości, biurokracji i świata załączników przeniesionych do wirtualności

 

*poruszanie się w metaforach, symbolach „finansowych, księgowych”. Obiecałam przykłady, zatem kilka poniżej:

‚Jej brudne, szarozielone ściany odbierały chęci do życia skuteczniej niż najpodlejszy komornik

‚Nazwać tak poważny dokument „fakturką” znaczyło dla niego tyle, co określić wielkiego monarchę mianem „miłościwego królika”.

‚złoża piekielnych przychodów prezentują się równie obficie.

‚pomysły na firmy dla demonów

 

*kibicowałam również, swego rodzaju personifikacji procesów wewnętrznych. Pokazywały konflikt, wątpliwość, rozgrywały wewnątrz bohatera:

‚Pamięć kategorycznie odmawiała udzielenia jakichkolwiek informacji w tym zakresie.

‚Pamięć, w przypływie litości

‚Strzępki zebranych wspomnień posłusznie ułożyły się w oczekiwaną odpowiedź.

‚Prawo wygłoszenia opinii otrzymała teraz bezrobotna od lat wyobraźnia. Ta z kolei upierała się przy pobycie w szpitalu

Bierny dotąd rozum natychmiast zaoponował

 

*postać Sun – godny przeciwnik bohatera, z którym się zmagał, tak jak ze swoją sytuacją.

*jeszcze jedno – nie brakowało mi dekoracji.

*plus za nawiązanie do kafkowskiej beznadziei, jesteś winien i już, a poza tym radź sobie sam.

 

Minusy:

*część trzecia – formularze rozrzucone na stoliku, dlaczego nie komputer? Jak/gdzie złożył wniosek?, a wiemy że odpowiedź przyszła po trzech godzinach – posłańcem? Z tymi papierami i on-line, wygląda na to to, że u Ciebie pojawiają się jak babka wróżyła.

*w kwestii wycinania – wyboldowane, moim zdaniem do usunięcia. Przykłady poniżej, lecz cały tekst można byłoby pod tym kątem przejrzeć:

‚W swojej wspaniałomyślności nie tylko więc nie zmuszał ich do posiadania szaf, ale odpuścił także łóżka, dywany, biurka, stoliki, a nawet okna i lampy.

‚W tych egipskich ciemnościach brzmiał on równie rozsądnie, co chęć bezpośrednich negocjacji z drzwiami.

Wskazówki zegara Kowalskiego mogły obecnie pełnić rolę wiatraka. – niepotrzebne wg mnie

‚Żądamy założenia Wolnych Związków Zawodowych! – wolnych, niepotrzebne odwołanie

‚Nocy tej Kowalski nie zmrużył oka. Coraz nachalniej napraszający się sen musiał jednak ustąpić miejsca sprawom bieżącym. Czas uciekał.

On tymczasem nie zrobił wciąż nic!

Sun nie zapomniała o nim. Troska o losy podopiecznych należała w końcu do jej obowiązków. W żartobliwym nawiązaniu do jednego z problemów uszczęśliwiła Kowalskiego zemstą Montezumy.

Pełniący obowiązki diabła Kowalski stukał nerwowo w klawisze klawiatury, popijając kolejną kawę z ABSOLUTNIE NIEGODNEGO RANGI STANOWISKA kubka z napisem „Love”. Zza potężnego pliku dokumentów widać już było jedynie czubek jego głowy. Niebawem zjawiła się Sun.

– Jak upłynęła noc? – zapytała diablica z niewinnym uśmiechem. – w tym fragmencie mam kłopot z plikiem tj. papiery, czy komputer?

 

*mam alergię (lecz to pewnie tylko moje) – zawsze – z wyróżnianiem fragmentów tekstu przez kursywę, czy druk. Akceptuję wyłącznie wtedy, kiedy to esej, artykuł, a w literaturze mam z tym kłopot, musi być cholernie uzasadnione, ponieważ to skrót. W poniższych przykładach nie widzę uzasadnienia:

Czy naprawdę tak trudno było się domyślić, że dostajecie te faktury, ŻEBY ZA NIE ZAPŁACIĆ?

‚Dostęp do ABSOLUTNIE NIEGODNYCH RANGI STANOWISKA drzwi gabinetu

‚wszystkie zbiorowe odpowiedzi Komitetu Strajkowego

 

Pozdrawiam, A

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję za obszerny komentarz, Asylum. To fajnie, że zechciałaś poświęcić tyle czasu tej mojej “pisaninie”. Jeszcze fajniej, że znalazłaś w niej tyle pozytywów.

O wskazanych przez ciebie zaletach nie napiszę za wiele. Zamiast tego, po prostu się uśmiechnę. Taki przyjemny komentarz zawsze poprawia humor.

A minusy?

 

*część trzecia – formularze rozrzucone na stoliku, dlaczego nie komputer? Jak/gdzie złożył wniosek?, a wiemy że odpowiedź przyszła po trzech godzinach – posłańcem? Z tymi papierami i on-line, wygląda na to to, że u Ciebie pojawiają się jak babka wróżyła.

Przyznaję się bez bicia, że tu wszystko zostawiłem domysłom. :)

Wymyśliłem sobie super automat, który załatwia wszelkie sprawy, pod warunkiem, że :

– nie zawiesi się

– nie zepsuje się

– użytkownik nabędzie złotą wiedzę, jak się to “dziadostwo” obsługuje

Jednym słowem, taką ułudę cudownej maszyny, która bezboleśnie zastąpi człowieka, a której sami ludzie zdają się coraz częściej szukać.

Odpowiedzi na wnioski miała w tym wypadku wyświetlać sama maszyna. Z kolei obowiązek papierowego składania tych wniosków wprowadziłem, bo… to bez sensu (na pewno zderzyłaś się kiedyś z podobną niekonsekwencją w życiu codziennym. Chciałem ją trochę “uwypuklić”).

Na pytanie: Czegoś tego wszystkiego nie opisał?

Odpowiadam: Nie mam zielonego pojęcia. :)

 

*w kwestii wycinania – wyboldowane, moim zdaniem do usunięcia.

Tutaj również nie będę czarował. Kilka co najmniej zdań powstało wyłącznie po to, żeby tekst nie składał się z samych dialogów. :) W swoich uwagach masz jednak sporo racji. W całym opowiadaniu widziałem sporo rzeczy, które można było zmienić/napisać lepiej. Nie ruszałem ich jednak, w myśl zasady “Lepsze wrogiem dobrego”.

 

*mam alergię (lecz to pewnie tylko moje) – zawsze – z wyróżnianiem fragmentów tekstu przez kursywę, czy druk. Akceptuję wyłącznie wtedy, kiedy to esej, artykuł, a w literaturze mam z tym kłopot, musi być cholernie uzasadnione, ponieważ to skrót.

Myślę, że nie tylko twoje. :) U mnie takich “kwiatków” zawsze będzie sporo. Zabrałem się za pisanie celem zabawy tekstem (jak tutaj), albo eksperymentów na tekście (jak w “Chmurze”). Musisz mi uwierzyć na słowo, że napisanie “normalnego” tekstu bez żadnych (często nieracjonalnych) udziwnień jest zdecydowanie ponad moje możliwości. :)

 

Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za komentarz.

 

 

Nie mogło ci się przy tym błędzie trochę zdrzemnąć. :)

CM, z czym do sowy? ;-)

Finklo, następnym razem spróbuję odwrócić twoją uwagę od błędów skrajną głupotą treści tekstu. Może ten sposób przyniesie jakiś rezultat. :)

Zawsze możesz próbować, ale nie jestem pewna, że ta ścieżka prowadzi do jakiegoś interesującego miejsca. ;-)

Babska logika rządzi!

Potraktujmy to jako niekonwencjonalną próbę poszerzania horyzontów. :)

Jak mawiają Rosjanie – popytka nie pytka! :-)

Babska logika rządzi!

Fajny i zabawny tekst. Trochę się na początku bałem, że idziesz w banały – zestawienie obrazów piekła; diabły, które nie są takie złe itp. Jednak kiedy wątki docierają do księgowego, zaczyna się robić znacznie ciekawiej i bardziej pomysłowo. I choć nie pękałem ze śmiechu, humor mimo wszystko mi to poprawiło. 

Wykonanie z lekka chrobocze, ale czytało się nie najgorzej. Postacie zabawne, ale nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć. Chyba tylko Sun mi zapadła mocniej w pamięć. Spełniają więc swoją fabularną rolę i tyle.

Tempo odpowiednie. Nie czułem się zmęczony pomimo długości tekstu, a co chwila dawałeś jakieś nowe pomysły.

Podsumowując: przyzwoity koncert fajerwerków. Wart klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za opinię i klika.

A zwłaszcza za informację, że nie zmęczyła Cię długość tekstu. Trochę z nią przesadziłem. :)

Czytałam na telefonie, więc nawet nie bardzo zwracałam uwagę, czy jeszcze jakieś usterki zostały. Poza tym czytało mi się tak lekko i przyjemnie, że i z tego powodu mogłam na coś nie zwrócić uwagi. Łapanki więc nie będzie. 

Dawno się tak nie ubawiłam. Pomysł na piekło i zarządzanie nim – szalenie sympatyczny. Księgowy – pierwsza klasa. tekst masz oparty głównie na dialogach, narracji tyle, co kot napłakał ale nie przeszkadzało mi to. To, co miało być pokazane, zostało pokazane bez zbędnego rozwlekania. 

Jedynie na początku (dokładniej cz II) nie do końca podobał mi się brak podmiotu w zdaniach traktujących o Kowalskim, gdy już był i diabeł. Niby było wiadomo, który którą czynność wykonuje, ale i tak jakoś to jak dla mnie sztuczne było. 

Generalnie – jestem usatysfakcjonowana lekturą. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki wielkie za przeczytanie i komentarz, Śniąca.

Tekst otrzymał ode mnie proste zadanie. Miał wywołać uśmiech. Tylko tyle. Jeśli zdołał Cię rozbawić to mogę się tylko cieszyć. Zwłaszcza, że każdy taki komentarz daje mnóstwo satysfakcji. :)

Obszerna poczekalnia robiła na nim wrażenie wizualnie obłąkanej.

Czy poczekalnia może być obłąkana?

Pamięć, w przypływie litości, zgodziła się podrzucić kilka nieskładnych fragmentów ostatnich zarejestrowanych wspomnień.

Ostatnio zarejestrowanych wspomnień lub ostatnich wspomnień

Tylko od kiedy pacjentów ubiera się w garnitury? – zauważył naraz złośliwy rozsądek.

I cała koncepcja w jednej chwili upadła.

Czy gdybyś usunął jeden z wytłuszczonych zwrotów, to tekst by na tym cokolwiek utracił?

I na tym bieg rozmyślań uległ nagłemu zerwaniu.

A to zdanie. Czy jest potrzebne? IMHO tylko zabija dynamikę sceny.

 

Mam subiektywne odczucie, że nieco nadużywasz słów. Tak jakieś 5% (w całym pierwszym rozdziale) z nich jest niepotrzebnych lub niewiele wnosi.

 

Na przykład tutaj:

Nie wiedział, co powinien powiedzieć. Nie wiedział, jak należało się zachować.

że wygląda jak milion dolarów.

Kalka z angielskiego. Nie pasuje mi tutaj.

– Nic nie mówiłeś – potwierdziła Sun. – Za to pomyślałeś. A ja całkiem nieźle potrafię czytać w myślach.

Końcówka wynika z kontekstu. Zaufaj nieco w inteligencję swego czytelnika :)

NB. Humor w tym fragmencie całkiem przyjemny

– I WTEDY SIĘ OBUDZI! – skończyła Sun, mierząc go lodowatym wzrokiem.

Zatem wszelkie nadzieje przepadły.

j.w. wynika z kontekstu.

Powiedzmy jednak, że w ramach chwili słabości daruję ci ten zbiór przepisów piekielnych.

To jest niezrozumiałe. Skoro darował mu zbiór przepisów, to dlaczego chwilę później musiał wypełniać wniosek? I o co wnioskował?

że tuż przed przebudzeniem zdąży go jeszcze uderzyć w pewien czuły punkt, znajdujący się nieznacznie poniżej pasa.

Niepotrzebne. Czy w tym kontekście przychodzi Ci jakiś inny czuły punkt, w który mogłaby go uderzyć?

UWAGA CZYTELNIK!

W tym miejscu autor, mając na uwadze troskę o drogocenny czas czytających oraz rażącą przewidywalność wypowiedzi Kowalskiego, pozwala sobie pominąć dalszy jej fragment, zamieszczając w zamian krótkie streszczenie.

Z oświadczenia wynikało, że każdy z diabłów zostaje awansowany o jeden stopień.

KONIEC KOMUNIKATU!

Nie polecam tego typu konwersacji z czytelnikiem. Dla wielu, w tym mnie, bywa drażniąca. Jak już zaprowadziłeś mnie do piekła i sprawiłeś, że poczułem jego klimat, że niejako jestem tym Kowalskim, to nie wyciągaj mnie z niego za uszy, by przypomnieć swoją obecność. Najlepszy narrator to niedostrzegalny narrator.

 

Jak nie lubię diabelsko-anielskich motywów, tak przyznam szczerze, że uratowałeś opowiadanie swoim poczuciem humoru. Bawiłem się całkiem nieźle.

Lekki tekst, zabawny, i pomimo powyższych uwag, dobrze napisany językowo.

Jak wspomniałem brakuje Ci tylko nieco wyczucia balansu ilości potrzebnych słów w zdaniach. Zdarzają się takie, które niewiele wnoszą. Czasem też próbujesz zbyt szczegółowo wyjaśniać czytelnikowi to, co wynika z kontekstu. Ale to wyczucie przyjdzie z czasem, tym bardziej że warsztat masz dobry.

 

Dostajesz ode mnie klika do biblioteki. 

 

ps.

 

UWAGA CZYTELNIK!

Opowiadanie napisane w oparciu o głupotę własną.

Czytasz na swoją odpowiedzialność!

 

Niepotrzebna ta przedmowa. Brzmi jakbyś się asekurował, że komuś Twoje poczucie humoru się nie spodoba. Więcej pewności siebie.

Wielki dzięki za odwiedziny i komentarz.

Z uwagami trudno się nie zgodzić.

Zwłaszcza z tą:

 

Mam subiektywne odczucie, że nieco nadużywasz słów. Tak jakieś 5% (w całym pierwszym rozdziale) z nich jest niepotrzebnych lub niewiele wnosi.

Tego durnego nawyku mam pełną świadomość. I wiem, że muszę się go pozbyć. Niestety, w tym przypadku zanosi się na długą, krwawą wojnę na wyniszczenie.

 

To jest niezrozumiałe. Skoro darował mu zbiór przepisów, to dlaczego chwilę później musiał wypełniać wniosek? I o co wnioskował?

Darowanie zbioru przepisów stanowiło jednorazowy akt łaski. Wnioskował z kolei o otwarcie drzwi, co wynikało z pełnej biurokratyzacji piekła. Ale rozumiem, że powinieneś się tego dowiedzieć z opowiadania. Nie z mojego komentarza.

 

Zaufaj nieco w inteligencję swego czytelnika :)

Próbuję. :) Ale zawsze na końcu dochodzę do wniosku, że dany fragment jednak potrzebuje jeszcze jednego zdania wyjaśnienia. Zdania, które oczywiście nic nie wnosi. :)

 

Nie polecam tego typu konwersacji z czytelnikiem. Dla wielu, w tym mnie, bywa drażniąca. Jak już zaprowadziłeś mnie do piekła i sprawiłeś, że poczułem jego klimat, że niejako jestem tym Kowalskim, to nie wyciągaj mnie z niego za uszy, by przypomnieć swoją obecność. Najlepszy narrator to niedostrzegalny narrator.

I tutaj mam problem, bo akurat cały mój pomysł na pisanie oparłem na takich dziwnych kombinacjach. Trzeba będzie poszukać jakiegoś kompromisu. :)

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za komentarz. Każda taka opinia to fajny materiał do wyciągania wniosków.

Nad błędami w tym tekście popracuję. Oczywiście już po rozstrzygnięciu konkursu.

– Znaczy, że ten prymitywny, skąpy strój[+,] w którym mnie sobie wyobraziłeś, stanowczo nie pozostanie bez konsekwencji.

– Mam nadzieje, że złoża piekielnych przychodów prezentują się równie obficie.

Literówka.

– Otwórzcie[+,] proszę[+] drzwi.

Bardzo fajne opowiadanie, lekkie, świetnie się czyta. Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki za odwiedziny, Anet.

Fajnie, że się podobało. :)

Błędy poprawię, jak tylko Beryl ogłosi wyrok…

Znaczy wyniki!

Ponoć to już niedługo… ;-)

Babska logika rządzi!

Z wyraźnym zastrzeżeniem, że w przypadku Beryla niedługo to czas bliżej nieokreślony. :)

Przynajmniej tak czytałem. :)

CM, Twoje opowiadanie zdecydowanie poprawiło mi humor. Czytałam z uśmiechem na ustach. :)

Księgowość… brr… Wywody o podatkach od czegoś tam, jeśli coś tam, coś tam… ;) Niczego nie zrozumiałam, ale nie o to chodziło. Moim zdaniem świetne opowiadanie! Niektóre fragmenty, stwierdzenia, są w punkt! 

Katar najgorszą karą dla mężczyzny. :D 

Przyznam, że obawiałam się, że takie przedstawienie piekła i diabła może wyjść słabo, ale udało Ci się wybrnąć. Jest to pomysł niebanalny. Opowiadanie lekkie, przyjemne. Dobrze się bawiłam.

 

Pozdrawiam! :)

Sara

Rzeczywistość wywołuje u mnie zadziwienie. :-)

Witaj, Saro. Nie myślałem, że komuś będzie się jeszcze chciało wracać do tego opowiadania. Zwłaszcza, że do najkrótszych ono nie należy.

Niczego nie zrozumiałam, ale nie o to chodziło.

I bardzo dobrze, bo robiłem wszystko, żeby tak właśnie było. Z pomocą przyszła mi tutaj ustawa o VAT. :-)

Bardzo Ci dziękuję za odwiedziny i komentarz. Fajnie, że się dobrze bawiłaś, bo głównie w takim celu powstał ten tekst.

Pozdrawiam! :-)

Ten tekst nie jest aż taki stary. ;) Podobało mi się Twoje konkursowe, mitologiczne, więc postanowiłam zajrzeć, co tam jeszcze naskrobałeś. Nie żałuję. :)

Ustawa o VAT wywołuje u mnie dreszcze. Podziwiam, że w ogóle dałeś radę coś z niej wycisnąć. 

Przeczytałam już kilkadziesiąt opowiadań na Fantastyce. Tych, które zapadły mi w pamięć jest może dziesięć. W tym dwa Twoje.

Kibicuję i czekam na więcej!

Sara

A ile fiskus wyciska z ustawy o VAT… ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam już kilkadziesiąt opowiadań na Fantastyce. Tych, które zapadły mi w pamięć jest może dziesięć. W tym dwa Twoje.

Kibicuję i czekam na więcej!

Dziękuję. Bardzo mi miło. :-)

 

A ile fiskus wyciska z ustawy o VAT… ;-)

Ja tam wolałbym wiedzieć, skąd jej autorzy czerpią inspirację na tekst, bo przy tych zawijasach słownych to nawet syndrom Stn-Żonglerka wysiada. :-)

“A ile fiskus wyciska z ustawy o VAT… ;-)”

 

Finklo, i do Ciebie udać się muszę. Twoja “Hipoteza” także znalazła miejsce w moim Top 10. ;)

Gdybym tylko nie była istotą, która musi spać jak kot… Marzenie.

Sara

O, mnie też jest miło. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka