- Opowiadanie: hircus - STOP-CZAS

STOP-CZAS

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

STOP-CZAS

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, gdy nagle zaciera się nieodzowna więź pomiędzy przyczyną, działaniem i skutkiem. Bez wyraźnej przyczyny, jakoby bez udziału świadomości, podejmujemy określone działania, a skutek owych działań, zgoła nieoczekiwany, można by rzec wręcz sprzeczny z naturą ciągu przyczynowo-skutkowego, niezmiernie nas zaskakuje. Takie nieuzasadnione incydenty, anomalie zazwyczaj nie mają znaczniejszego wpływu na dalszy bieg zdarzeń.

Łudzimy się płonną nadzieją…

 

~*~

 

Stefan zamyślonym spojrzeniem zliczał równe rzędy kostki brukowej umykającej mu spod stóp. Jak zwykle w każde sobotnie popołudnie wybrał się na spacer po ruchliwym centrum miasta, które nie wyróżniało się wśród innych na mapie. Uwielbiał przechadzać się zatłoczonymi ulicami i wsłuchiwać w rytm życia miejskiej dżungli. Wyznaczonego przez ryk silników i odgłosy klaksonów maltretowanych przez sfrustrowanych kierowców oraz porykiwanie karetek pogotowia i policji. Ten zgiełk działała na niego wyciszająco. Wystarczyło tylko odetchnąć spalinami i ruszyć przed siebie.

W pewnym momencie Stefan zwrócił uwagę na pozornie niewyróżniający się sklep. Wśród krzykliwych neonów i pstrokatych wystaw, ten zdawał być się szary, nijaki i nieczynny.  Przeczyło temu jednak rozświetlone wnętrze i wyraźna żółta tabliczka z napisem „OTWARTE”. Na niemal pustej wystawie pod kiczowatym napisem „Sklep staroci – Wszystko to, co wyrzucone. Wszystko to, co niezbędnie potrzebne” stało samotne, bogato rzeźbione biurko z szafką i rzędem szufladek. Na jego blacie obok karteczki ze śmiesznie niską ceną sterczała wypchana sowa. Nastroszone piórka były pokryte wieloletnią warstwą kurzu, ale niepasujące do całości oczy, jakby przeszyte z innego zwierzęcia, zdawały się płonąć życiem.

Stefan w pierwszej chwili poczuł, jak żelazna dłoń irracjonalnego strachu zaciska mu się na sercu. Pod żadnym pozorem nie powinien wchodzić do środka. Jednak tknięty niepojętym impulsem podekscytowania, zignorował dziwaczne uczucia i przeszedł na drugą stronę ulicy.

Z pozoru klaustrofobiczne wnętrze, okazało się być całkiem przestronne. Po lewej stronie stały ustawione rzędami meble, stylistyką przypominające biurko z wystawy. Dalej, na prawo, ciągnęły się przeszklone witryny, gdzie wyeksponowano stare monety, zabytkowe przedmioty codziennego użytku, papierośnice, sztućce, binokle. Była też biżuteria w barakowym stylu, zdobiona lśniącymi kamieniami wielkości włoskich orzechów. Pod sufitem podwieszono wypchane sylwetki drapieżnego ptactwa. Zaś w głębi pomieszczenia na przeszklonej ladzie ustawiono kilka zdobionych flakonów do atramentu. Pod ladą leżały wieczne pióra i archaiczne zegarki kieszonkowe na łańcuszkach.

Gdy ucichł dzwonek informujący o przybyciu kolejnego klienta, z zaplecza wyszła anemicznie blada kobieta. Jej krótkie, srebrzyste włosy stały nastroszone we wszystkich kierunkach, a ostre niebieskie spojrzenie przeszywało na wylot.

– Dzień dobry. – Jej głos miał zaskakująco ciepłą barwę. – Szuka pan czegoś konkretnego?

– Nie, nie tylko się rozglądam – odparł zmieszany Stefan. Kobieta wciąż nie spuszczała z niego wzroku. W końcu dotarł do przeszklonej lady. Zainteresowały go zegarki. Doskonale pamiętał dziadka, który ze swoim nigdy się nie rozstawał.

– Mógłbym zobaczyć ten zegarek? – Wskazał znacznie większy od pozostałych. Na złotej, nieco zaśniedziałej tarczy był wyryty globus w otoczeniu siedmiu pierścieni. Miał dodatkowe trzy pokrętła, jedno większe i dwa mniejsze po bokach. Mienił się dziwnym blaskiem, jakby sam był źródłem światła, a nie tylko je odbijał. Oprócz traczy zegarowej po lewej stronie, na dole namalowano zagadkową małą dwudziestostopniową tarczę, po której sunęła wskazówka w kształcie strzały. Jako jedyny wskazywał prawie prawidłową godzinę.

– W jakiej jest cenie?

– Dla Pana? – Spytała sprzedawczyni, a jej spojrzenie stało się nieobecne. – Złotówka.

– Chyba czegoś nie zrozumiałem. Jak to dla mnie złotówka? – Głos Stefana zabrzmiał, jak głos dziecka, które pyta: „Dlaczego niebo jest niebieskie?”.

– Czego Pan nie rozumie? Zegarek kosztuje złotówkę. Kupuje Pan czy nie? Proszę się zdecydować, dziś wcześniej zamykam. – Kobieta najwyraźniej chciała się go pozbyć.

Dziwne, jakoś nie opędzali się od klientów. Stefan bez zadawania kolejnych pytań zapłacił. Kiedy wychodził, wydawało mu się, że kobieta coś jeszcze powiedziała. Gdy rozmyślał nad jej dziwnym zachowaniem, uświadomił sobie absurdalność swoich czynów.  Po co mu jakiś stary zegarek? W tym dziwnym roztargnieniu nawet nie sprawdził, czy rzeczywiście jest na chodzie. Z nagłym triumfem racjonalności pomyślał, że powinien go zwrócić. Ale wykłócać się o złotówkę? Idiotyzm. Z naglą determinacją podszedł do najbliższego kosza na śmieci. Gdy już wyciągnął dłoń z zegarkiem, który groźnie zawisnął nad czeluścią kosza, coś go powstrzymało. Gdzieś na granicy umysłu zajaśniała jakaś myśl. Przeświadczenie, że nagle ta niepozorna rzecz stała się ośrodkiem jego życia i że to ona zaważy na jego całej przyszłości. Ta absurdalna myśl wydała się anomalią, chwilowym zaćmieniem umysłu. Jednak Stefan dziwnie spokojnym gestem schował zegarek do kieszeni i ruszył przed siebie, wygwizdując pod nosem jakąś melodię.

 

~*~

 

Po powrocie do domu Stefan ostatkiem sił doczołgał się do łóżka, czując zmęczenie, które mógł porównać do tego po przebiegnięciu zeszłorocznego maratonu. Gdy tylko jego głowa dotknęła poduszki, zapadł w głęboki, niespokojny sen pełen wizji.

Kiedy obudził się następnego ranka, jego umysł był otępiały. Pamięć z trudem przywołała zdarzenia z poprzedniego dnia. Wizytę w dziwnym sklepie i zegarek zostawiony w kieszeni kurtki. Gdy go wyciągnął, skonsultował godzinę z telefonem. Spóźniał się 5 minut. Stefan intuicyjnie wybrał środkowe pokrętło, chcąc skorygować położenie wskazówek. Jednak, gdy tylko go dotknął, na stoliku z głuchym pyknięciem pojawiła się wściekle turkusowa broszurka, ze szkicem zegarka na okładce i wytłuszczonym napisem Stop-czas instrukcji obsługi. Stefan spojrzał na nią ze zdumieniem. Podniósł broszurę, ważąc ją w dłoni, jakby chcąc sprawdzić jej realność. Co tu się dzieje do cholery! Ktoś musiał mi coś dosypać! Po chwili jakby oprzytomniał. Rozejrzał się podejrzliwie szukając intruza, który mógłby podrzucić dziwny obiekt.

Był sam.

Otworzył trzymaną w ręku ulotkę i zaczął czytać.

 

INSTRUKACJA OBSŁUGI STOP-CZASU

Uwaga! Zachowaj niniejszą broszurę, by w razie jakichkolwiek wątpliwość upewnić się, co do prawidłowości swoich poczynań.

Uwaga! Nieprawidłowe użytkowanie stop-czasu, może spowodować różne skutki uboczne. Zgonów nie stwierdzono.

1. Co to jest stop-czas?

Stop-czas to urządzenie umożliwiające przeprowadzenia operacji czasowych takich jak: zatrzymywanie czasu, przesuwanie czasu do przodu i cofanie czasu.

2. Ale… Zawsze są jakieś, ale.

Żadna z operacji nie może przekraczać limitu czasowego. Limit ten wynosi 20 jednostek czasu (w skrócie JC). 1 JC=77s Czyli limit wynosi 20JC 26 minut.

3. Treść, która najbardziej Cię powinna interesować – sposób użycia.

Główna tarcza zegara wskazuje czas rzeczywisty. Dodatkowa 20-stopniowa tarcza służy do określania wartość dokonywanej operacji. Wartość tę ustawia się tak, jak nakręca się zwykły zegarek, trzeba wybrać tylko właściwe pokrętło. Lewe pokrętło służyło do cofania czasu, środkowe do zatrzymywania, zaś prawe do popychania czasu w przód.

4. Treść, która najmniej powinna Cię interesować – możliwe skutki uboczne.

– utrata pamięci

– splątanie, trudność w logicznym myśleniu

– wymioty

– utrata rozsądku, spowodowana nadmiernymi sukcesami

Skutki te zaobserwowano tylko u ok. 5% badanych.

ZGONÓW NIE STWIERDZONO!

5. W razie pytań skonsultuj się z dystrybutorem.

Życzymy udanego użytkowania produktu!

 

Stefan z kpiącym uśmieszkiem odrzucił ulotkę. Sięgnął po zegarek i z miną człowieka, który wie, że właśnie udowadnia oczywistą oczywistość ustawił środkowe pokrętło na jedną jednostkę czasu.

Nic. Żadnych trzasków, pyknięć. Cisza.

Nienaturalna cisza, przyprawiająca o ciarki przebiegające w rytm bicia serca, wzdłuż kręgosłupa. Ucichło nawet tykanie zegara. Wskazówki nowoczesnego zegara zawieszonego na ścianie znieruchomiały. Stefan niemal biegiem zerwał się z kuchennego krzesła i podbiegł do okna. Wszystko wyglądało jak zatrzymany kadr filmu. Samochody stały nieruchomo, rowerzysta przejeżdżający w niedozwolonym miejscu spoglądał w prawo. Dziecko idące obok matki właśnie lizało różowego loda, starając się zagarnąć językiem jak największa porcję smakołyku.

Stefan z największym zdumieniem obserwował niezrozumiałą rzeczywistość. Duże wskazówki stop-czasu stały nieruchomo, natomiast mała wskazówka na dodatkowej tarczy sunęła wstecz zataczając 18– stopniowy kąt, od jedynki do zera. 77 Sekund ciągnęło się niczym 77 minut, wypełnione bezczynnością.

Co można zrobić w trakcie nadprogramowych 77sekund?

W końcu, gdy strzałka wskazała 0, świat ruszył z miejsca, jakby ktoś wcisnął PLAY. Samochody ruszyły, jak gdyby nigdy się nie zatrzymywał, a dziecko uśmiechnęło się, smakując zimny deser.

Stefan zrozumiał, że w ciągu 77 nadprogramowych sekund można zrobić wszystko.

 

~*~

 

Stefan zaczął zupełnie nowe życie. Nie był już tylko początkującym prawnikiem. Stefan stał się władcą czasu i geniuszem prawa, przy okazji. Mając we władaniu czas, mógł z łatwością rozpoznać strategie przeciwnika, wygrywać większość spraw. Trzeba było tylko użyć stop-czasu po całej rozprawie, która zazwyczaj okazywała się być dla Stefana przegraną. Znając wszystkie zeznania świadków i dowody, wystarczyło cofnąć czas i odpowiednio pokierować rozprawą.

Słowem, Stefan stał się królem życia.

Jednak im częściej używał stop-czasu, tym częściej miewał ten dziwny sen. Zaczęło się, gdy znalazł, a raczej kupił stop-czas. Sen zawsze był taki sam, do bólu realistyczny w swej surrealistyczności.

 

~*~

 

Znajdował się w wielkim pomieszczeniu. Sączące się gdzieś z góry światło nie potrafiło sięgnąć ścian. A może wcale ich nie było? Za to były zegary. Wszędzie zegary. Wielkie zdobne stojące i ścienne. Takie z wiecznie żywą kukułką. Nowoczesne, awangardowe. Małe, kieszonkowe. Budziki o dużych uszach. Zegary na zegarach. Małe na dużych. Tylko zegary. Wszystkie co do minuty i co do sekundy wskazujące tą samą godzinę.

Zwykle tu sen się urywał… Jak ucięta przez reżysera scena.

Jednak tym razem było inaczej.

Zza jednego z większych zegarów wyszedł dziwny mężczyzna. Jasne, niemal białe włosy spięte z tyłu głowy, spływały lśniącą taflą do połowy pleców. Jego niebieskie przeszywające spojrzenie zamrażało. Dosłownie. Stefan, czując na sobie jego karcące spojrzenie, nie mógł się poruszyć. Próbował, jednak nie uzyskał nic prócz grymasu twarzy.

Po lewym policzku tajemniczego mężczyzny ciągnęła się paskudna szrama pozostawiona przez cięcie jakiegoś topornego narzędzia. Po chwili uwolnił Stefana od swojego spojrzenia i zaczął poprawiać ustawienie jednego z zegarów.

– Kim jesteś? – Spytał Stefan, jednocześnie wyrzucając sobie, że mógł zadać lepsze pytanie. Mężczyzna znów na niego spojrzał, jednak tym razem spojrzenie było łagodne, wręcz pobłażliwe.

– Zegarmistrzem – odpowiedział lekko schrypniętym głosem. No jasne! Jakbym nie mógł się domyślić, pomyślał Stefan.

– Gdzie jesteśmy?

– Nigdzie i wszędzie.

– Nigdzie? Wszędzie? – Stefan powtórzył bezmyślnie. Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiał.

 – Ach wy jednoliniowcy… – zegarmistrz z teatralną miną cierpiętnika, załamał dłonie, jakby miał przedszkolakowi wyłuszczać fizykę kwantową – Ludzie i inne podobne wam istoty, nie znacie natury czasu, wydaje się wam stały, w każdym jego możliwym aspekcie. Jednak w rzeczywistości czas jest zjawiskiem natury liniowej. Podobno większość z was, aby coś zrozumieć, potrzebuje wizualizacji. Więc wyobraź sobie sześcienny stelaż, na którym poprzewiązywano nitki, które krzyżują się tworząc coś w rodzaju sieci. Ten sześcian to czasoprzestrzeń, a nici to linie czasu. Jednak ta czasoprzestrzeń sześcianu niekoniecznie jest czasoprzestrzenią. To, co wy znacie, jako czasoprzestrzeń, to tylko płaszczyzna wytyczono przez waszą linię czasu. Po prostu to, co dla was jest trójwymiarowe, dla nas zegarmistrzów jest dwuwymiarowe. Albo to, co dla nas jest trójwymiarowe dla was jest sześciowymiarowe. Zależy jak na to spojrzeć. Jest też punkt zera absolutnego, gdzie zbiegają się wszystkie linie czasu. Tu się właśnie znajdujemy. Konkretnie nigdzie, bo wszędzie jednocześnie.

– Aha… – Stefan z przekąsem pomyślał, że to nie było zbyt inteligentne z jego strony.

– Czego chcesz… chcecie ode mnie?

– Oddaj go! – Nie trudno było się domyślić, o co chodzi.

– Dlaczego on jest dla Was taki ważny?

– Jestem zegarmistrzem. Strażnikiem harmonii. Pamiętam to, co było. Widzę to, co będzie. Mogę rozglądać się na wszystkich liniach czasu. Ale są też Inni. Oni chcą zaburzyć ciąg – przyczynowo– skutkowy i cofnąć się do świata sprzed Rozdzielenia Materii. Wy chyba to nazywacie Wielkim Wybuchem. Oni porzucają takie stop-czasy – to słowo zabrzmiało w jego ustach jak przekleństwo – zmyślne urządrzonka, które mogą takim nieuświadomionym ludziom jak Ty, namieszać w głowie. Zresztą nie tylko tam. Jedna zmarszczka na linii czasu nie jest groźna, ale skutki każdej kolejnej nakładają się wykładniczo. Prowadzą do zaburzenia porządku materii i porządku świata, który chyli się ku chaosowi.

– Czy … – Stefan sam do końca nie widział, o co chce zapytać.

– Wykorzystałeś cały limit operacji czasowych stop-czasu. Wykonałeś dwadzieścia operacji! To cud, że jeszcze żyjesz!

– Ale w instrukcji było napisane… – zegarmistrz lekceważąco machnął ręką.

– Instrukcja mówi o skutkach jednej operacji czasowej, a nie o dwudziestu. Po za tym ona miała Cię zachęcić do używania stop-czasu. Ludzie mogą poruszać się po swojej linii czasu tylko w przód. Żadnych przystanków czy zawracania w tył. Organizmy ludzkie, już na poziomie komórkowym, nie są przystosowane do czasowych podróży, a twoje komórki były zmuszane do procesu odmładzania się, nadmiernego starzenia się, recesji czy stagnacji. Facet! Ty rozpadasz się na poziomie molekularnym! Jeszcze jedno kliknięcie i zostałyby z Ciebie tylko atomy. – Z każdym słowem zegarmistrza, Stefan uświadamiał sobie, że to prawda. Czuł to. Delikatne mrowienie pod skórą, irytujące uczucie uśpienia. I myśli, tak dziwnie splątane i opierzchłe.

– Co ja mam zrobić!? – Stefan usłyszał swój głos, przesączony stu procentową paniką. Gdzieś zza ściany. A może gdzieś z wnętrza własnej głowy?

-Ty już nic nie możesz zrobić.

Świtało po prostu zgasło.

 

~*~

 

Obudził się, czując coś w rodzaju kaca stulecia, gorączki i zakwasów jednocześnie. W kurczowo zaciśniętej dłoni ściskał stop-czas. Był jakiś inny. Jakby mniejszy, zmatowiały i zimny. Martwy.

Pamiętał każde słowo zegarmistrza. Jednak nie mógł oprzeć się pokusie. Chyba uzależnił się od czasu. Powoli przekręcił środkowe pokrętło.

Nic się nie zdarzyło. Sekundnik kuchennego zegara sunął niewzruszenie zaliczając kolejne stacje, a Stefan zamyślonym spojrzeniem wpatrywał się w bezużyteczny stop-czas.

Stop-czas był już tylko zegarkiem. Staromodnym zegarkiem, który na dodatek spóźnia się o 5 minut.

Jego myśli zerwały się do szaleńczego biegu. Co teraz zrobi? Jak miał żyć bez stop-czasu? Jakże trudno będzie odzwyczaić się od władzy nad czasem? Odwyknąć od tego upajającego mdląco-słodkiego smaku wiedzy. Wiedzy z przyszłości, a przynajmniej którejś z jej wersji.  Ona ma tyle do zaoferowania, a może miałaby gdyby nie… 

Przez jego umysł z wizgiem przepłynęła dziwna myśl, pozostawiając po sobie olśnienie.  Spłynęło na niego niewiadomo skąd. Gdzieś z dalekiej przestrzeni? Z serca kosmosu? Cokolwiek to znaczyło, tak się właśnie czuł.

Władza nad czasem nie polega na zabawianiu się zegarami. Jej istota tkwi w zrozumieniu samego czasu.

To, co było, należy do przeszłości. Jedyne, co może nam ona przynieść, to mądrość płynąca z naszych własnych błędów.

 Przyszłość jest jak mleczna szyba. Możemy zobaczyć cienie. Ale nigdy nie dowiemy się, czym tak naprawdę jest.

Liczy się teraźniejszość. Liczy się tylko dzisiaj.

Teraz. I tu.

Koniec

Komentarze

Pomysł na zabawę z czasem nie jest nowy, był film, którego bohater też się czasem zabawiał, tyle że za pomocą pilota.

Mam wrażenie, że zacząłeś to opowiadanie i nie do końca wiedziałeś, jak je skończyć. Zakończenie wydaje mi się trochę wymuszone i na dodatek nieco nachalnie moralizatorskie.

Spotkania z zegarmistrzem nie bardzo rozumiem. Dlaczego zegarmistrz żąda, żeby twój bohater oddał zegarek, skoro on i tak przestaje działać? Wywody na temat czasu i czasoprzestrzeni też są dla mnie niezrozumiałe, ale nie jestem fizykiem.

Przyznam, że nie do końca przekonało mnie to, co napisałeś.

Masz też trochę błędów.

 

Uwielbiał przechadzać się zatłoczonymi ulicami i wsłuchiwać w rytm życia miejskiej dżungli. Wyznaczonego przez ryk silników i odgłosy klaksonów maltretowanych przez sfrustrowanych kierowców oraz porykiwanie karetek pogotowia i policji. Ten zgiełk działała na niego wyciszająco. Wystarczyło tylko odetchnąć spalinami i ruszyć przed siebie.

Wsłuchuje się w rytm, a więc wyznaczony, nie wznaczonego. Po dżungli dałabym przecinek. Zgiełk działał – literówka.

 

Jednak tknięty niepojętym impulsem podekscytowania, zignorował dziwaczne uczucia i przeszedł na drugą stronę ulicy.

Wcześniej piszesz, że twój bohater dostrzegł m.in. kartkę z niską ceną i kurz na piórkach sowy. Z drugiej strony ulicy? Ma gość sokoli wzrok. Impuls podekscytowania też brzmi dla mnie dziwnie, czy nie wystarczyłby sam impuls?

 

Była też biżuteria w barakowym stylu, zdobiona lśniącymi kamieniami wielkości włoskich orzechów.

Literówka – barokowym.

 

Zaś w głębi pomieszczenia na przeszklonej ladzie ustawiono kilka zdobionych flakonów do atramentu.

Flakony na atrament, albo po prostu kałamarze.

 

Gdy ucichł dzwonek informujący o przybyciu kolejnego klienta

Brzmi to tak, jakby za twoim bohaterem jeszcze ktoś wszedł.

 

Gdy już wyciągnął dłoń z zegarkiem, który groźnie zawisnął nad czeluścią kosza, coś go powstrzymało.

Moim zdaniem lepiej brzmiałoby: Już wyciągnął dłoń z zegarkiem, który groźnie zawisnął nad czeluścią kosza, gdy coś go powstrzymało.

 

Przeświadczenie, że nagle ta niepozorna rzecz stała się ośrodkiem jego życia i że to ona zaważy na jego całej przyszłości.

To tylko propozycja.

 

wygwizdując pod nosem jakąś melodię.

Pogwizdując.

 

Gdy go wyciągnął, skonsultował godzinę z telefonem.

Skonsultować można z kimś, ale nie czymś, bo to wymaga gadania przez obie strony. Proponuję: Wyciągnął go i porównał czas z komórką.

 

jakby chcąc sprawdzić jej realność.

Lepiej: jakby chciał sprawdzić…

 

Nienaturalna cisza, przyprawiająca o ciarki (,) przebiegające w rytm bicia serca, wzdłuż kręgosłupa.

Na moje oko brakuje przecinka.

 

Ucichło nawet tykanie zegara. Wskazówki nowoczesnego zegara zawieszonego na ścianie znieruchomiały. Stefan niemal biegiem zerwał się z kuchennego krzesła i podbiegł do okna. Wszystko wyglądało jak zatrzymany kadr filmu. Samochody stały nieruchomo, rowerzysta przejeżdżający w niedozwolonym miejscu spoglądał w prawo. Dziecko idące obok matki właśnie lizało różowego loda, starając się zagarnąć językiem jak największa porcję smakołyku.

Powtarza ci się zegar. Poza tym nowoczesny czasomierz kojarzy mi się raczej z wyświetlającymi się cyframi, niż ze wskazówkami.

Rozumiem, że wszyscy powinni zastygnąć w bezruchu, ale dziecko idzie i liże loda.

 

Stefan zaczął zupełnie nowe życie. Nie był już tylko początkującym prawnikiem. Stefan stał się władcą czasu i geniuszem prawa, przy okazji.

Za często powtarzające się imię.

Niestety, pomysł nie porwał. Podobnych historii było już wiele, a tutaj w zasadzie nic się nie dzieje. Poza wzmianką o kilku wygranych sprawach sądowych, nic się nie wydarzyło, a potem urządzenie przestało działać i zabawa się skończyła.

Nie podoba mi się osobnik ze snu i jego niezrozumiała tyrada o czasie. Zakończenie też chyba nie do końca przemyślane.

Do nie najlepszego wrażenia z pewnością przyczyniło się także fatalne wykonanie. Masa błędów i usterek doskonale utrudniła lekturę

 

Ste­fan za­my­ślo­nym spoj­rze­niem zli­czał równe rzędy kost­ki bru­ko­wej umy­ka­ją­cej mu spod stóp. –> Rzędy jednej kostki?

 

po ru­chli­wym cen­trum mia­sta, które nie wy­róż­nia­ło się wśród in­nych na mapie. –> Dlaczego centrum miasta Stefana miałoby wyróżniać się na mapie?

 

ten zda­wał być się szary, ni­ja­ki i nie­czyn­ny. –> …ten zda­wał się być szary, ni­ja­ki i nie­czyn­ny.

 

Pod su­fi­tem pod­wie­szo­no wy­pcha­ne syl­wet­ki dra­pież­ne­go ptac­twa. –> W jaki sposób można wypchać sylwetki a potem podwiesić je?

 

i ar­cha­icz­ne ze­gar­ki kie­szon­ko­we na łań­cusz­kach. –> Owe łańcuszki mają swoją nazwę.

Proponuję: …i ar­cha­icz­ne ze­gar­ki kie­szon­ko­we z dewizkami.

 

Oprócz tra­czy ze­ga­ro­wej po lewej stro­nie… –> Literówka.

 

Na zło­tej, nieco za­śnie­dzia­łej tar­czy był wy­ry­ty glo­bus w oto­cze­niu sied­miu pier­ście­ni. […] Oprócz tra­czy ze­ga­ro­wej po lewej stro­nie, na dole na­ma­lo­wa­no za­gad­ko­wą małą dwu­dzie­sto­stop­nio­wą tar­czę… –> Zrozumiałam, że cyferblat zegarka był złoty i miał wyryty globus, a nieco dalej nagle czytam, że tarcza była namalowana i miała w dodatku jeszcze jedną tarczę… Nie bardzo to rozumiem. :(

 

– Dla Pana? – Spy­ta­ła sprze­daw­czy­ni, a jej spoj­rze­nie stało się nie­obec­ne. –> – Dla pana? – spy­ta­ła sprze­daw­czy­ni, a jej spoj­rze­nie stało się nie­obec­ne.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd powtarza się w dalszym ciągu rozmowy z ekspedientką.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Gdy już wy­cią­gnął dłoń z ze­gar­kiem, który groź­nie za­wi­snął nad cze­lu­ścią kosza, coś go po­wstrzy­ma­ło. –> Czym przejawiała się groza tej sytuacji?

 

Spóź­niał się 5 minut. –> Spóź­niał się pięć minut.

Liczebniki zapisujemy słownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

…i wy­tłusz­czo­nym na­pi­sem Stop-czas in­struk­cji ob­słu­gi. –> Skoro napis był wytłuszczony, to dlaczego napisałaś go kursywą?

Proponuję: …i wy­tłusz­czo­nym na­pi­sem: Stop-czas in­struk­cji ob­słu­gi.

 

Ste­fan spoj­rzał na nią ze zdu­mie­niem. –? Raczej: Ste­fan spoj­rzał na nią zdu­miony.

 

Ste­fan nie­mal bie­giem ze­rwał się z ku­chen­ne­go krze­sła pod­biegł do okna. –> Powtórzenie.

Można, zerwawszy się z krzesła, ruszyć biegiem, ale nie wiem, jak można niemal biegiem zerwać się z krzesła.

 

su­nę­ła wstecz za­ta­cza­jąc 18– stop­nio­wy kąt… –> Czy kąty można zataczać?

su­nę­ła wstecz, wyznaczając osiemnastostopniowy kąt

 

wska­zu­ją­ce samą go­dzi­nę. –> …wska­zu­ją­ce samą go­dzi­nę.

 

Jasne, nie­mal białe włosy spię­te z tyłu głowy, spły­wa­ły lśnią­cą taflą do po­ło­wy ple­ców. –> Poznaj znaczenie słowa tafla.

Proponuję: …spły­wa­ły lśniącym pasmem do po­ło­wy ple­ców.

 

Nie trud­no było się do­my­ślić, o co cho­dzi. –> Nietrud­no było się do­my­ślić, o co cho­dzi.

 

– Dla­cze­go on jest dla Was taki ważny? –> – Dla­cze­go on jest dla was taki ważny?

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

Oni chcą za­bu­rzyć ciąg – przy­czy­no­wo– skut­ko­wy… –> Oni chcą za­bu­rzyć ciąg przy­czy­no­wo-skut­ko­wy

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

 

zmyśl­ne urzą­drzon­ka, które mogą… –> Literówka.

 

– Czy … – Ste­fan sam do końca nie wi­dział, o co chce za­py­tać. –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Po za tym ona miała Cię za­chę­cić… –> Poza tym ona miała cię za­chę­cić

 

Żad­nych przy­stan­ków czy za­wra­ca­nia w tył. –> Masło maślane. Czy można zawrócić w przód?

 

I myśli, tak dziw­nie splą­ta­ne i opierz­chłe. –> Na czym polega opierzchnięcie myśli?

Pewnie miało być: I myśli, tak dziw­nie splą­ta­ne i opieszałe.

 

Ste­fan usły­szał swój głos, prze­są­czo­ny stu pro­cen­to­wą pa­ni­ką. –> Ste­fan usły­szał swój głos, prze­są­czo­ny stupro­cen­to­wą pa­ni­ką.

 

-Ty już nic nie mo­żesz zro­bić. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Spły­nę­ło na niego nie­wia­do­mo skąd. –> Spły­nę­ło na niego nie­ wia­do­mo skąd.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie też tekst nie urzekł. Pomysł zabawy z czasem i jej opłakane skutki nie jest nowy.

Jakim cudem Stefan cofał przegrane rozprawy, skoro miał tylko 26 minut do dyspozycji? To tak krótko trwa?

Z wykonaniem tak sobie. Zapis dialogów do totalnego remontu.

– Nie, nie tylko się rozglądam

Czasami przecinek może zmienić sens zdania. W tej chwili powyższe sugeruje, że Stefan nie tylko się rozgląda, ale robi coś jeszcze.

– Dla Pana?

W dialogach ty, twój, pan itp. piszemy małą literą. W listach dużą.

Babska logika rządzi!

Nie mam tu za dużo do powiedzenia. Część uwag z bety wprowadziłaś, ale raczej tych dotyczących konkretnych zdań, a nie całości. Jak już pisałem w trakcie bety – kuleje tutaj ogólna koncepcja, brakuje jakiejś zmiany w bohaterze, puenta jest naiwna, a wywód Zegarmistrza ociera się o pseudonaukowy bełkot. Wzięłaś się za trudny (i dość wyeksploatowany) temat jakim są podróże w czasie i się na nim przejechałaś. Do tego ciągle kuleje zapis dialogów (linkowałem ci odpowiedni poradnik). Zwracałem ci też uwagę na błędy logiczne które już wytknięto ci w komentarzach – czemu Zegarmistrz zainterweniował dopiero, gdy zegarek się wyczerpał? Jakim cudem Stefan cofał całe rozprawy? W zasadzie to ograniczenie czasowe w działaniu zegarka wydaje się zupełnie zbędne. Ale tak naprawdę poprawienie tych aspektów wymagałoby napisanie całego opowiadania od nowa, rozumiem więc, czemu zdecydowałaś się je opublikować w tej formie. I jak już wspominałem w trakcie bety – jest też trochę plusów, wśród których najważniejszy jest ten, że pomimo sporej ilości błędów opowiadanie czytało się całkiem nieźle. Dlatego też liczę, że twoje kolejne teksty będą lepsze :D

Przeczytałem do końca. Pomysł jest, ale muszę się zgodzić z wcześniejszymi komentarzami. Temat opowiadania mocno ograny. Rozumiem, że trudno zaskoczyć czymś nowym i tekst niestety nie zaskakuje. Brakuje jakiegoś mocniejszego zwrotu akcji, np. poważniejszej konsekwencji z używania stop-czasu. W tej formie zakończenie jest trochę nijakie.

 

“Oni porzucają takie stop-czasy – to słowo zabrzmiało w jego ustach jak przekleństwo – zmyślne urządrzonka, które mogą takim nieuświadomionym ludziom jak Ty, namieszać w głowie.”

 

Nie lepsze byłoby stwierdzenie “Oni podrzucają takie stop-czasy”

Jak wspominałam to opowiadanie sprzed kilku lat. Wiem, że nie jest do końca udane. Opublikowałam je ponieważ chciałam poznać wasze opinie :D Aby je poprawić musiałabym je napisać od nowa, a wolę skupić się na nowych pomysłach. Choć nie wykluczam, że kiedyś i stop-czas dostanie drugie wcielenie. Dziękuje za wszystkie komentarze :)

Potwory nie boją się świała, to my boimy się ciemności...

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka