- Opowiadanie: mcraptorking - Wzgórza Redreach

Wzgórza Redreach

To moje pierwsze opowiadanie opublikowane gdziekolwiek. Od ponad roku walczę z tekstem, ale dotychczasowe próby okazywały się równie niewarte pokazywania, co ambitne. Nie zrozumcie mnie źle, mojemu najnowszemu dziełu brakuje bardzo dużo i wstawiam je tu właśnie po to, żeby zaczerpnąć konstruktywnych uwag i zostać potraktowany kubłami zimnej wody.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wzgórza Redreach

Ucałował śpiące córki i pożegnał żonę czułym słowem. Półleżąc, czytała jeden z poematów ze swojego zbioru. Francuski tytuł mówił mu nie wiele, zauważył tylko, że czytywała go już wcześniej. Na odchodnym kazał powożącemu chłopcu mieć oko na wszystko i wzywać w razie potrzeby, po czym udał się w stronę ognisk, skąd dochodził gwar rozmów i śmiechów.

Wśród wzgórz Redreach obóz rozbiła karawana, zmierzająca do Salt Lake City. W krytych wozach kobiety i dzieci układały się do snu, mężczyźni zaś gromadzili przy ogniskach, by wspólnie czuwać. Koczowali przez ziemie niegdyś należące do Indian i owiane złą sławą. Chodziły słuchy o zaginięciach w niewyjaśnionych okolicznościach, czego powodem miała być klątwa. Prawdę mówiąc, nikt nie traktował tego poważnie i wartę pełniono raczej w spokoju, popijając trunki, popalając różne wyroby tytoniowe i dzieląc się żartami oraz historiami. Luke Bustone, szef najemnej bandy ochraniającej karawanę, jako jeden z nielicznych patrzył na to wszystko czujnym i surowym okiem, co będzie miało znaczący wpływ na przebieg tej historii.

Ronowi zostawienie rodziny, żony z dwojgiem dzieci, było w niesmak, jednak Martha sama mu to poleciła. Powiedziała, że jeśli chce, to może, a nawet powinien dołączyć do reszty dzisiejszej nocy. Usłyszała jego popołudniową rozmowę z Bernardem Ulmerem, który cały dzień poszukiwał kompanii do gry w karty i palenia papierosów. Ronald ostatecznie zgodził się ze swą ukochaną, brakowało mu nieco rozrywki, a przy partyjce łatwiej nawiązać pożyteczne kontakty. Tak to sobie wytłumaczywszy, maszerował ku uciechom, co by nie mówić chętnie, aczkolwiek pewna doza obaw  go nie opuszczała.

U podnóża niskiego pagórka, w pewnej odległości od krytych wozów wędrujący w najlepsze używali nocnego życia. Płonęło sześć ognisk, przy każdym siedziało kilku mężczyzn. Rozstawiono też stoły, krzesła i ławy, aby było gdzie wygodnie usiąść, rozstawić przybory do wszelakich gier i prowiant. W powietrzu unosiły się wonie grzanego wina, kawy i tytoniu. Noc była bezgwiezdna i bezksiężycowa.

 Na uboczu, przy okrągłym stoliku, siedziało dwóch mężczyzn. Stojąca na blacie lampa naftowa oświetlała ich twarze, uwydatniając zmarszczki i bruzdy, tworząc cienie, czarne plamy, które zmieniały kształty i położenie, podczas gdy mężczyźni toczyli rozmowę. Tworzyło to iluzję ciągłych zmian, transformacji twarzy i z daleka wyglądało nieco upiornie, ale po dłuższym przyglądaniu się, Ron rozpoznał jedną z głów. Dwa podbródki, czarne loczki opadające na zmarszczone czoło. Należała do Bernarda Ulmera, czterdziestoletniego urzędnika z Denver, znanego całej karawanie już drugiego dnia wędrówki. Zagadywał każdego, zabawiał kawałami, zaczepiał, spoufalał się na wszelkie możliwe sposoby. I jeśli w istocie stały za tym szczere, dobroduszne intencje, to i tak szybko przypięto mu łatkę uprzykrzacza, nieznośnego błazna. Z początku otaczała go liczna kompania, potem otwarcie go odtrącano. Okrzesał się nieco od tamtej pory i rozmawiał raczej tylko z ludźmi, przed którymi nie miał dotąd okazji się skompromitować. Między innymi z Ronaldem McConneyem, trzymającym się na uboczu, wolącym towarzystwo swej rodziny. Jeśli chodzi o te sprawy, to Bernard Ulmer miał żonę i nastoletniego syna, ale nie zaprzątał sobie nimi głowy w stopniu choćby zbliżonym do troski Rona.

Przy stoliku siedział ktoś trzeci. Wątrobowe plamy pokrywały dłonie, którymi starzec głaskał siwą bródkę. W skupieniu mrużył oczy, kiedy Ronald witał się z Ulmerem. Urzędnik przedstawił ich sobie chwilę później.

­– Panie Charlesie to Ronald McConney, młodzieniec, o którym panu opowiadałem, że ma z nami dzisiaj grywać. Ronaldzie, tu oto siedzi Charles Lebowski.

Dziadek zerwał się na dźwięk własnego nazwiska i uśmiechając się poczciwie, wyciągnął rękę w stronę Rona.

– Miło mi poznać panie McConney.

– I vice versa panie Lebowski – odparł Ronald, podając mu prawicę. Serdecznie uścisnęli sobie dłonie, po czym opadli na taborety. Bernard Ulmer zdążył akurat przetasować karty i już rozkładał je na stole. Mieli grać w pokera, więc z kieszeni marynarki wydobył kilka garści starych żetonów i je również rozdał. Co ciekawe na kartach nie znajdowały się tradycyjne wizerunki figur. Królów, walety i damy zastąpiły postacie pochodzące z greckiej mitologii. Ronowi trudno było oderwać wzrok od groteskowych rysunków. Dajmy na to, walet pik jawił się jako roztańczony Faun, bóg płodności. Miał kopyta, rogi i obłęd w oczach. „Malowany diabeł” stwierdził Ron.

– Poczęstujesz się pan? – zapytał Bernard Ulmer, wyrywając go z refleksji i podsuwając mu pod nos otwartą papierośnicę, a w niej przygotowane wcześniej skręty. Młodzieniec odparł, że chętnie się skusi. Urzędnik użyczył mu na dodatek zapałek, żeby miał czym odpalić. Ronald nie zaliczał się raczej do entuzjastów podobnych używek, ale akurat ten tytoń niespodziewanie przypadł mu do gustu. Naturalnie dym drapał w gardło, wywołując pokasływanie, ale pod tym ciężarem, kryły się pewne słodkie nuty, jakby wanilii, naprawdę smaczne. Przystąpili do rozgrywki. W pierwszych rozdaniach prym wiódł urzędnik Ulmer. Okazał się najbardziej wprawiony z nich trzech, sukcesywnie stosującym zmyślne triki i fortele. Stary Charles również potrafił wprowadzić w życie zamysł na zagranie i zgarnąć pulę. Najgorzej radził sobie Ron McConney. Brak doświadczenia, szczęścia w kartach, przyczyn było wiele, skutkiem zaś utrata kolejnych żetonów. Nieciekawy przebieg rozgrywki rekompensowały mu rozmowy pomiędzy rozdaniami, w których nie ustępował przeciwnikom. Pomimo tego, że był od nich znacznie młodszy, orientował się w wielu tematach, braki uzupełniając taktem. Charles Lebowski, przedstawiciel czasów minionych, często nie zgadzał się ze współczesnym tokiem rozumowanie Rona, ale zachowywał się uprzejmie, ani razu mu nie umniejszając. Bernard Ulmer w kwestiach poważniejszych, na przykład budowa kolei żelaznej, gorączka złota na Zachodnim Wybrzeżu, nie miał raczej nic ciekawego do powiedzenia i starał się trzymać język za zębami, gdy takowe poruszano. No, chyba że przypomniał mu się akurat wyjątkowo śmieszny żart lub anegdotka związane z poruszaną materią. Zasadniczo wywarł pozytywne wrażenie na Ronaldzie. Wbrew posłyszanym opiniom, obcowanie z nim okazało się przyjemne. Pewne grubiaństwo i zbytnia ekspresywność w tym człowieku tkwiły, to prawda, unikał też jak ognia tematu swojej pracy, jakby coś ukrywał, ale poza tym jego niefrasobliwość tylko pozytywnie wpływała na aurę przy stole. „Przypomina wujaszka Joe. Typ ludzki, który nigdy nie ściąga maski poczciwego chłopiny, skrywając głęboko wszystko, co problematyczne, jest dosyć powszechny” rozmyślał Ronald.

Szczerze cieszył się z tego, że tu przyszedł, zapomniał o troskach. Martha jak zwykle miała rację. Jego posępność wynikała z rutyny, którą wystarczyło przerwać. Niczym głupiec uśmiechnięty od ucha do ucha grał, żeby przegrać, palił, żeby się dusić. I gdy jego błogostan osiągał zenit, Lebowski i Ulmer zamilkli, porzucając nowo rozpoczęty wątek wędrownych trup cyrkowych. Zamiast toczyć dyskusję, patrzyli z trwogą na niezajęte miejsce przy stoliku, w takim razie i Ron skierował tam wzrok, by z przerażeniem spostrzec, że ktoś tam jednak siedzi. Nieznajomy w czarnym płaszczu i cylindrze na głowie przysiadł się do nich po kryjomu. Doprawdy nie było słychać żadnych kroków bądź powitania. Postawiony, szeroki kołnierz płaszcza zakrywał mu facjatę, tak że widoczne były tylko jasnoniebieskie oczy, beznamiętnie ich obserwujące.

– Chcesz pan zagrać, czy o co chodzi? – zapytał niepewnie Bernard Ulmer, przełamując milczenie.

– Mogę spróbować, chociaż już dawno nie miałem okazji. ­– Z niewidocznych ust wydobył się łagodny głos.

– No to czekaj pan, aż skończymy.

Ron odpuścił sobie starania we wznowionej rozgrywce, ponieważ jegomość w czerni zanadto rozpraszał go swą enigmatycznością. Łypiąc na niego dyskretnie, młodzieniec skonstatował wiele niepokojących cech. Ten człowiek nie ruszał się wcale, wyłącznie źrenicami leniwie śledził pokerowe zagrania. Spod bladosinej skóry na czole prześwitywała mu sieć ciemnych żyłek, kojarząca się z objawami jakiejś poważnej choroby układu krwionośnego. Ponadto myśli, pogłębiające uczucie grozy, nasuwały się Ronaldowi. Nie był w stanie sobie przypomnieć, by ktokolwiek o podobnym wyglądzie wędrował z nimi w dniach ubiegłych. Oznaczałoby to, że albo ten ktoś przesiadywał na wozie, kryjąc się przed słońcem i wychodził dopiero po zmroku, albo co już całkiem niezwykłe przyłączył się do karawaniarzy właśnie teraz. Ron nie miał doświadczenia w nocnych wypadach, nie mógł więc orzec, czy ów jegomość, takowe uskuteczniał. Machinalnie podniósł oczy na Ulmera, by sprawdzić, jak na niego podziałało pojawienia się nieznajomego. Urzędnik Bernard także czuł się nieswój, zdradzały go trzęsące się dłonie i ukradkowe spoglądanie na tajemniczego mężczyznę, siedzącego naprzeciwko. Charles Lebowski zachowywał się podobnie. Coś ewidentnie było na rzeczy.

Jeszcze nim gra dobiegła końca, posłyszeli kroki. Nie jedna, a dwie dodatkowe osoby zbliżały się do ich miejsca na uboczu. Nowo przybyły drgnął dziwnie i jakby uśmiechnął się znad stójki. Masywne łapsko chwyciło go za ramię.

– Mamy cię sukinkocie! – zabrzmiał niski głos. – Gadaj coś za jeden!

W zasięgu światła lampy znalazło się dwóch mężczyzn w rynsztunku rewolwerowców. Do pasów mieli przytroczone kabury, w których tkwiły pistolety, na głowach zaś kapelusze o szerokich rondach. Luke Bustone, mocno trzymał ramię, jak to określił, sukinkota, natomiast jego podkomendny młody William Cugar pozostawał w pogotowiu dwa kroki za nim. McConney, Lebowski i Ulmer dosłownie znieruchomieli.

Pytany o swą tożsamość jegomość w czerni powstał, na co zezwolił Bustone, zwalniając uścisk. Stali na równi i patrzyli sobie w oczy. Wtedy domniemany intruz zaspokoił ciekawość wszystkich zgromadzonych po kres ich istnienia.

– Ja kowboju? Ja jestem bestią, pomiotem bez duszy. A wśród tych wzgórz, wśród wzgórz Redreach kryje się wielu mi podobnych. Patrzymy na was uważnie, wiemy, że już nie zdołacie zawrócić. Dotarliście do środka nicości… sam na sam z nami… wasza podróż wkrótce się skończy.

­– O czym ty… – Luke Bustone nie zdołał dokończyć. Serią ruchów, tak szybkich, że ledwie zauważalnych bestia unieruchomiła go. Oplotła jego ręce i nogi swoimi kończynami nienaturalnie wiotkimi i dłuższymi niż przeciętne. Następnie pomiot bez duszy odchylił głowę, odsłaniając to, co skrywał kołnierz. Fioletowe wargi i zaostrzone zęby, które zatopił w krtani pana Luka. Kąsał wściekle, rozrywając skórę, mięśnie i żyły, a bryzgającą krew zachłannie chłeptał. Bustone wrzeszczał rozpaczliwie, na próżno prężył muskuły, próbując się oswobodzić. Bill Cugar, który razem z nim tu zaszedł, w końcu otrząsnął się z szoku, uniósł rewolwer i wypalił. Kula trafiła w tył głowy i zdawać by się mogło, uśmierciła potwora. Zwiesił się bezwładnie na swej ofierze, razem runęli na ziemię. Leżeli tak sekundę lub dwie, Luke Gustone krztuszący się własną krwią, monstrum niedające znaku życia.

Ta scena, straszna sama w sobie, była tylko początkiem horroru. Gdyż o to ku zgrozie obserwatorów istota człowiekowi podobna, lecz człowiekiem niebędąca, z dziurą w potylicy dźwignęła się z ziemi. Bil Cugar pod wpływem buzującej adrenaliny, gdy tylko dojrzał ruch ze strony monstrum, wystrzelał w jego stronę resztę magazynku. Pociski, co prawda, stosownie odrzucały bestię, a z ran postrzałowych sączyła się czarna posoka, ale to najwidoczniej była cała krzywda, jaką tej istocie wyrządzał ołów. Podziurawiona z powrotem zajęła się panem Lukiem, tymczasem młody Billy zemdlał. 

Posiliwszy się Gustonem, krwiożerca podniósł się i zwrócił w stronę pokerzystów, szczerząc zwierzęce uzębienie w makabrycznym grymasie. Parodiując ukłon, schylił się po cylinder, który spadł mu z czerepu podczas jatki, odwrócił się na pięcie i czmychnął w mrok, niknąc w nim od razu.

Lebowski, stękając żałośnie, zwymiotował wieczerzę. Ulmer trząsł się niby zrobiony z żelatyny. Ron McConney zlany zimnym potem wstał i pobiegł ratować rodzinę. Ludzie, których mijał, próbowali go zatrzymać, pytali o rzeczy, dla niego niepojęte. Wyrywał im się, krzycząc, żeby zostawili go w spokoju, że musi się śpieszyć. Potknął się raz i drugi, zdzierając kolana, ale nie zwracał uwagi na takie błahostki. W oddali zamajaczył wóz, który wynajmowali. Dobiegłszy tam ostatkiem sił, zajrzał do środka. Słodko spały, cały jego świat pogrążony w głębokim śnie. Osunął się na kolana.

– Proszę pana? ­– Ron usłyszał senny głos powożącego chłopca, ale już z oddali, odbijający się echem. Zawładnęła nim kojąca niemoc, której oddał się bez cienia sprzeciwu, zamknąwszy powieki.

Koniec

Komentarze

No cóż, Mcraptorkingu, jak na mój gust, strasznie mało horroru w tym horrorze. Ociekający krwią opis pożerania Bustona przez monstrum, jest tylko krwawym opisem pożerania Bustona przez monstrum. Brakło mi tu klimatu niepokoju, sytuacji zapowiadających zbliżanie się czegoś niesamowitego, oznak wieszczących, że coś się wydarzy. Brakło mi także informacji, kim były monstra i skąd się wzięły akurat w tym miejscu.

Zupełnie nie miałam wrażenia, że rzecz dzieje się na Dzikim Zachodzie – nazwiska bohaterów i wymienienie nazw kilku miejsc nie przekonało mnie o tym. Podobne zdarzenie mogłoby wydarzyć się chyba wszędzie.

Wykonanie, niestety, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Wypisałam to, co szczególnie skaleczyło mi oczy, ale do poprawienia jest znacznie więcej.

 

nikt nie trak­to­wał tego po­waż­nie i ra­czej w roz­luź­nie­niu spę­dza­no wartę… –> Warty się nie spędza, wartę się pełni/ trzyma. Rozluźnienie też brzmi nie najlepiej.

Proponuję: …nikt nie trak­to­wał tego po­waż­nie i wartę pełniono ra­czej w spokoju

 

po­pi­ja­jąc trun­ki, po­pa­la­jąc różne wy­ro­by… –> Co to znaczy, że popalali różne wyroby? Jakie?

Kiełbasa też jest wyrobem.

 

pa­trzył na to wszyst­ko czuj­nym i su­ro­wym okiem, co bę­dzie miało zna­czą­cy wpływ na prze­bieg tej hi­sto­rii. –> Po co uprzedzasz czytelnika i przygotowujesz go na coś szczególnego?

 

Ro­no­wi zo­sta­wia­nie ro­dzi­ny, matki z dwoj­giem dzie­ci, było w nie­smak, jed­nak ona sama mu to po­le­ci­ła. To jest, jego żona Mar­tha po­wie­dzia­ła… –> Początek zdania sugeruje, że z dziećmi została matka Rona, a potem nagle pojawia się żona.

Proponuję: Zo­sta­wia­nie ro­dzi­ny – żony z dwoj­giem dzie­ci, było Ronowi nie w ­smak, jed­nak Martha sama mu po­wie­dzia­ła

 

U pod­nó­ża ni­skie­go wzgó­rza… –> Czy to celowy rym?

Proponuję: U pod­nó­ża ni­skie­go pagórka

 

Pło­nę­ło sześć ognisk, przy każ­dym urzę­do­wa­ło po kilku je­go­mo­ści. –> Jegomość i urzędowanie przy ognisku, zupełnie nie pasuje do koczowników.

Proponuję: Pło­nę­ło sześć ognisk, przy każ­dym siedziało kilku mężczyzn.

Jegomoście pojawiają się także w dalszej części opowiadania.

 

Roz­sta­wio­no też drew­nia­ne stoły, krze­sła i ławy… –> Czy istniała możliwość, aby wymienione meble były inne, nie drewniane?

 

roz­sta­wić ekwi­paż do wsze­la­kich gier i pro­wiant. –> Raczej: …roz­sta­wić przybory/ akcesoria/ utensylia do wsze­la­kich gier i pro­wiant.

Za SJP PWN: ekwipaż daw. «lekki, luksusowy pojazd konny»

 

W po­wie­trzu uno­si­ły się wonie grza­ne­go wina, kawy i ty­to­niu. –> Nie twierdzę, że to niemożliwe, ale nie bardzo umiem sobie wyobrazić amerykańskich osadników popijających grzane wino.

 

Za to tam, gdzie nie do­cie­ra­ły nawet naj­wą­tlej­sze smuż­ki świa­tła, pod nie­bem bez­gwiezd­nym i bez­k­się­ży­co­wym, pa­no­wa­ły nie­prze­by­te ciem­no­ści. –> Po co piszesz o czymś oczywistym – przecież wiadomo, że jeśli gdzieś nie dociera światło, to jest tam ciemno. Zwłaszcza w nocy.

 

przy okrą­głym sto­li­ku, sie­dzia­ło dwóch męż­czyzn. Sto­ją­ca na bla­cie lampa oliw­na oświe­tla­ła ich twa­rze, uwy­dat­nia­jąc zmarszcz­ki i bruz­dy, two­rząc cie­nie, czar­ne plamy, które zmie­nia­ły kształ­ty i po­ło­że­nie, pod­czas gdy tamci to­czy­li roz­mo­wę. –> Opisujesz dwóch mężczyzn, ale nie wiem, kim są tamci?

Wydaje mi się, że powinna to być lampa naftowa.

 

Dwa skocz­ne pod­bród­ki… – Na czym polega skoczność podbródków?

Za SJP PWN: skoczny I 1. «żywy, szybki» 2. «taki, któremu towarzyszą skoki» 3. «umiejący dobrze skakać» 4. «służący do skakania»

 

mło­dzie­niec, o któ­rym panu opo­wia­da­łem, że ma z nami dzi­siaj gry­wać. –> …mło­dzie­niec, o któ­rym panu opo­wia­da­łem, że ma z nami dzi­siaj grać.

Grywać to znaczy zagrać od czasu do czasu.

 

Ro­no­wi cięż­ko było ode­rwać wzrok od gro­te­sko­wych ry­sun­ków. –> Ro­no­wi trudno było ode­rwać wzrok od gro­te­sko­wych ry­sun­ków.

 

roz­mo­wy po­mię­dzy roz­da­nia­mi, w któ­rych nie od­stę­po­wał prze­ciw­ni­kom. –> …roz­mo­wy po­mię­dzy roz­da­nia­mi, w któ­rych nie ustę­po­wał prze­ciw­ni­kom.

 

go­rącz­ka złota na za­chod­nim wy­brze­żu… –> …go­rącz­ka złota na Za­chod­nim Wy­brze­żu

 

Nie­zna­jo­my w czar­nym płasz­czu i z cy­lin­drem na gło­wie… –> Nie­zna­jo­my w czar­nym płasz­czu i cy­lin­drze na gło­wie

 

Spod bla­do-si­nej skóry na czole… –> Spod bla­dosi­nej skóry na czole

 

Ron nie miał kom­pe­ten­cji w noc­nych wy­pa­dach… –> Raczej: Ron nie miał doświadczenia w noc­nych wy­pa­dach

 

i jakby uśmiech­nął się spod stój­ki. –> …i jakby uśmiech­nął się znad/ zza stój­ki.

 

trzy­mał ramię, jakże to okre­ślił, su­kin­ko­ta… –> …trzy­mał ramię, jak to okre­ślił, su­kin­ko­ta

 

a bry­zga­ją­cą krew za­chłan­nie po­chła­niał. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …a bry­zga­ją­cą krew za­chłan­nie zlizywał/ chłeptał.

 

Gdyż o to ku zgro­zie ob­ser­wa­to­rów… –> Gdyż oto ku zgro­zie ob­ser­wa­to­rów

 

lecz czło­wie­kiem nie bę­dą­ca… –> …lecz czło­wie­kiem niebę­dą­ca

 

z dziu­rą w po­ty­li­cy dźwi­gnę­ła się z pod­ło­ża. –> …z dziu­rą w po­ty­li­cy dźwi­gnę­ła się z ziemi.

 

od­wró­cił na pię­cie i czmych­nął w mrok… –> …od­wró­cił się na pię­cie i czmych­nął w mrok

 

Le­bow­ski, stę­ka­jąc ża­ło­śnie, zwy­mio­to­wał wie­cze­rze… –> Literówka.

 

W od­da­li za­ma­ja­czał wóz… –> W od­da­li za­ma­ja­czył wóz

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuje za wkład włożony w sprawdzenie tekstu. W najbliższym czasie wszystko poprawię. 

Bardzo proszę. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rzeczywiście jak na horror, to za mało tutaj starań o wytworzenie klimatu grozy i budowania napięcia. Zupełnie nie pojmuję, po co w tak krótkiej opowieści, tak długie wprowadzenie i prezentacja postaci. Opisujesz ich wygląd, charaktery, podajesz dokładnie imiona i nazwiska, relacje w grupie pionierów, tematy rozmów przy stoliku zajmują cały długi akapit, a to wszystko jest zupełnie niepotrzebne. W decydujących chwilach tak skrupulatnie opisany i przedstawiony Bernard Ulmer po prostu siedzi i się gapi nie biorąc udziału w wydarzeniach. Podobnie jest z Lebowskim. Wprowadzasz kolejną postać, wkracza ona na scenę w pewnej otoczce tajemnicy, przypomina samego Szatana (obiecuje intrygę), a tak naprawdę jest tylko jakimś dziadkiem, który nie robi w finale zupełnie nic.

Nawet karty, którymi grają bohaterowie wydają się mieć jakieś znaczenie. Piszesz o ich nietypowym wyglądzie i czytelnik zachodzi w głowę, jakie będą miały wpływ na fabułę. Okazuje się, że nie mają żadnego znaczenia, co w tak krótkim tekście, jest zbrodnią literacką. Przecież mając do opowiedzenia krótką historię, trzeba uważnie i sensownie pogrywać wszystkimi elementami świata przedstawionego i fabuły. A u Ciebie, wiele elementów znajduje się w tekście bez powodu i bez znaczenia. Na przykład, nie wiadomo czemu, sporo miejsca poświęcasz "wyrobom tytoniowym"…

 

Ten brak równowagi i wyważenia elementów składowych naprawdę razi podczas lektury. Nieumiejętnie stawiasz akcenty. Chyba że jest to jakiś wstęp do dłuższej historii, na co wskazywałby również nijaki finał bez wyrazu i podsumowania wydarzeń (facet w obliczu takich wydarzeń po prostu zasnął???!!!). A jeśli tak, to niestety opowiadanko tym bardziej nie broni się jako samodzielna historia.

Kompozycja, w której ponad połowa treści dotyczy nieistotnych spraw i tylko pozornie wprowadza czytelnika w okoliczności fabuły (bo sam świat przedstawiony jest bardzo ubogo i umownie jak na realia Dzikiego Zachodu), i w której główny wątek pojawia się niemal bez odpowiedniego wprowadzenia, i ogranicza się do krwawej scenki bez finału, puenty, w której to scence "główny potwór" wygłasza swoje kwestie o tym, jaki jest straszny i jak kiepski jest los bohaterów, po czym zjada kogoś i znika, to kompozycja słaba, sam przyznasz.

Językowo i stylistycznie również sporo rzeczy zgrzyta. Są fragmenty trochę lepsze i są zdecydowanie słabsze. Kilka przykładów:

 

Ronowi zostawianie rodziny, żonę z dwojgiem dzieci, było w niesmak (…)

– brzmi to nie bardzo, do tego sugeruje, że było tych "zostawień" więcej, a narrator mówi co innego.

 

Koczowali przez ziemie niegdyś należące (…)

– koczować to od biedy i tułać się, ale podstawowe znaczenie tego słowa to jednak przebywanie na jakimś terenie. Zatem nie przez ziemie tylko na ziemiach.

 

Luke Bustone, szef najemnej bandy ochraniającej karawanę, jako jeden z nielicznych patrzył na to wszystko czujnym i surowym okiem, co będzie miało znaczący wpływ na przebieg tej historii.

– zupełnie nie pojmuję, dlaczego ten jeden raz narrator zwraca się wprost do czytelnika. Nie stosujesz więcej tego zabiegu i dlatego brzmi on w tym miejscu fałszywie.

 

Rozstawiono też stoły, krzesła i ławy, aby było gdzie wygodnie usiąść, rozstawić przybory do wszelakich gier i prowiant. W powietrzu unosiły się wonie grzanego wina, kawy i tytoniu. Noc była bezgwiezdna i bezksiężycowa.

– potem czytamy, że siedzieli na taboretach. Dziwi trochę ten cały ekwipunek, jaki pionierzy tachają ze sobą. Poza tym dziwnie budujesz opis, umieszczając informację o nocy na końcu i jakby na doczepkę.

 

Prawdę mówiąc, nikt nie traktował tego poważnie i wartę pełniono raczej w spokoju, popijając trunki, popalając różne wyroby tytoniowe i dzieląc się żartami oraz historiami.

– sztuczny i nienaturalny ten opis, Do tego mało literacki. Różne wyroby tytoniowe? Taka informacja, w ten sposób podana, ma zainteresować czytelnika?

 

 

Na zachętę dodam, że zdarzają się w tekście naprawdę fajne momenty. Najlepszy jest chyba ten:

Niczym głupiec uśmiechnięty od ucha do ucha grał, żeby przegrać, palił, żeby się dusić.

Ćwiczyć, czytać, betować, analizować uwagi czytelników i będzie dobrze. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję za uwagi i zachętę. I zgadłeś, to opowiadanie miało być pierwszym z serii, ale teraz nie wiem czy tego nie porzucić i nie zająć się innymi pomysłami. Mam już zaplanowane jedno, nieco bardziej klasyczne opowiadanie fantasy. Będzie miało normalne wstęp, rozwinięcie, zakończenie, przemyślane zwroty akcji itd. Taki standard na rozruszanie powinien być w sam raz.

Nadmierne opisy i brak celu, do którego mogłaby zmierzać opowieść… Mr. M ładnie wszystko wypunktował. Ze swojej strony dodam, abyś unikał tworzenia bloków tekstu. Nie bój się akapitów. Popraw co się da i się nie zniechęcaj :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Mr.Maras zawarł wszystko to, co i ja bym napisał. Pomysł jest, ale źle akcentując opisy i stawiając ich akcenty na rzeczach, które potem nic nie wnoszą do historii, mocno dezorientujesz. Jednak jak na “pierwsze koty za płoty” nie jest też zupełnie źle – kwestia wyrobienia. Analizuj swój tekst, myśl, czy dany opis coś wnosi (światotwórczo, klimatycznie, odnośnie postaci) i brutalnie kasuj to, co wystaje. Trudno się to robi, ale nie raz to najlepsza droga.

Ode mnie garść linków, których treść pomoże Ci doszlifować teksty i podpowie jak działać na portalu :)

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Z częścią poradników już się zapoznałem, ale nie wiedziałem nic o tematach, na których można pytać o różne rzeczy, więc dziękuję.

Francuski tytuł mówił mu nie wiele, zauważył tylko, że czytywała go już wcześniej.

Łącznie.

Chyba nie będę nic wypisywać, bo zatrzymują mnie rzeczy typu “koczowanie przez ziemie” czy “coś było w niesmak”. Koczowanie jednak nie kojarzy nam się z ruchem, napisałabym raczej “koczowali na ziemiach” albo w ogóle użyła innego słowa (”podróżowali/wędrowali przez ziemie”). Podobnie z drugą kwestią: “nie w smak”.

Nie bardzo wiem, co chciałeś opowiedzieć tym tekstem. Stosunkowo dużo miejsca poświęcasz sprawom, które okazują się nie mieć żadnego znaczenia, nagle wyskakujesz z jakimś potworem i niczego nie tłumaczysz. Nie mam pojęcia, kim byli ci ludzie, co robili, skąd się wzięła bestia i dlaczego kogoś zagryzła.

Cóż… Czytaj, ćwicz, będzie dobrze ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka